Miłość w czasach komuny

Elżbieta Kargol

Z pamiętników moich rodziców
Janina ur. 1931 / Stanisław ur. 1929, zm. 2016

Poznali się w Łodzi, na studiach. Mama studiowała na dziennych, tata na zaocznych. Oboje wybrali matematykę, z zamiarem późniejszej pracy w szkole, zresztą wcześniej już nauczali łaknącą wiedzy i nadrabiającą wojenne zaległości młodzież. Wiele ich różniło. Mama, adoptowana córka, urzędnika przedwojennego magistratu w Nowym Tomyślu, byłego Hallerczyka, zaangażowanego społecznika i patrioty, wychuchana jedynaczka, której wojna wprawdzie dała się we znaki, ale inaczej niż ojcu. On, jeden z dziesięciorga rodzeństwa, z biednej chłopskiej rodziny z Lachowic koło Suchej Beskidzkiej, któremu punkty za pochodzenie otwarły możliwości, o jakich przed wojną nawet nie odważył by się marzyć.

Zanim amor napiął cięciwę swojego łuku i przeszył strzałą serca rodziców, Janiny, nazywanej w okresie młodzieńczym Janetą, i Stanisława, obydwoje wzdychali do innych lub oweż zaloty odtrącali, przy czym mama żartowała, flirtowała i nie traktowała poważnie swoich adoratorów, ani rozterek sercowych, ojciec zaś cierpiał niczym młody Werter.

O miłostkach, zalotach i uczuciach mojej mamy wiem więcej, niż o ojcu. Mama opowiada chętnie, z pewną dumą i rozrzewnieniem. Zachował się zresztą pamiętnik z wpisami nie tylko wielbicieli.

Brulion zatytułowany A WARTIME LOG, oprawiony w sztywną płócienną okładkę, przeznaczony pierwotnie dla jeńców amerykańskich osadzonych w niemieckich stalagach, w jakiś sposób znalazł się w mamy posiadaniu i zapełnił się wpisami różnej treści.

Ojciec nie był skłonny do zwierzeń, a tym bardziej do wspominania swoich zauroczeń, ale zostawił również osobliwy pamiętnik, też oprawiony w sztywną płócienną okładkę, tylko inaczej zatytułowany: „Die deutsche Mutter und ihr erstes Kind“. Okładka tego nacjonalistycznego poradnika dla niemieckich matek skryła w sobie zszyte karki brulionu zapisane ręką ojca, które poradnikiem bynajmniej nie są, ale bardzo osobistymi przemyśleniami o miłości i nie tylko.

Ponieważ wiele lat przed śmiercią podarował go mojej córce, więc uznaję to za przyzwolenie do publikacji kilku fragmentów.

Och to jest straszliwe zakochać się tak na umór bez opamiętania. Cierpię więcej, co już na świecie było przecierpiane razem …. prawdą jest, że człowiek któremu odejmą strzaskaną rękę, czuje ból w próżni równającej się długości ręki.

Wciąż mi staje przed oczami widmo straszliwe twej piękności. Czuję, że się nie oprę pokusie, która stale trącana pęknie i zatruje mój młody organizm – więc miłość to trucizna? Trucizna ?(!!!) – tak! zatruła mi wszystko sen, jedzenie, radosne chwile przy rodzeństwie zamąciła spokój…

pisze w roku 1948. Wiem, że nadrabiał zaległości szkolne, ekspresowo i eksternistycznie zdawał małą maturę, pracował już w szkole i kochał się w Zosi, sklepowej z Kukowa. Czy do niej tak wzdychał, trudno powiedzieć, tym bardziej, że mama wspominała, iż owa Zosia pięknością nie była, jedna powieka zawsze jej opadała, no ale miłość ponoć ślepą jest. Prawdopodobnie z powodu owej Zosi, która nie przyjęła z należytą powagą wyznań miłosnych taty i skwitowała je tylko uśmiechem, tato poczuł niczym Kordian ból istnienia i bezsensu życia.

Przeklęte życie! przeklęta miłość! przeklęta miłość twórcza, przeklęta jesteś! Zgiń!!! Miej życie przeklęte, pełne goryczy zgrozy, wyrzutów nieprzyjacielskiej zemsty.

Więc czuję że jednak muszę iść tam gdzie ona chce. Ale ona się nie spieszy… widocznie jeszcze mało wycierpiałem: Śmierć to jakaś sławna i ważna osobistość i ma najzupełniejszą rację. Pragnąłbym, aby tym którzy będą po mnie żyli, został zwrócony raj na ziemi, aby nie musieli się męczyć i cierpieć tak jak ja. Niszczę sobie sam karierę nosząc na sercu szyld pierwszej niewinnej miłości, która jest ołowianą kulą w mym życiu, w życiu które jest szare zamienione w jałową pustynię, na której nie ma ani jednego serca do którego mógłbym się przytulić w tym opuszczeniu, po której twojej widmo się błąka, z którego słychać straszliwy krzyk istnienia. Życzyłbym sobie… w takim życiu… miałbym życzenie na takiej pustyni zamknąć ciebie przynajmniej raz w objęciach I choć raz złożyć pocałunek na twych ustach, ale wiem, że to jest niemożliwe – ma ofiara musi być zupełna – nie wolno mi myśleć o sobie. Ja jestem już u kresu życia, ale ciebie czeka świat…

Mama w tym czasie podkochiwała się w Janku, który nie był ją kompletnie zainteresowany, jego lakoniczny i oklepany wpis do pamiętnika tylko to potwierdzał. Choć rysunek, który dołączył do dwuwiersza, wiele obiecywał i pozwalał mamie na pozwalające mieć nadzieję interpretacje.


Tata, jako przyszły matematyk, pragnący miłości i jednocześnie dręczony tą namiętnością, próbował ją przedstawić jako równanie, nie wiem dlaczego zapis ów przekreślił, za mało danych, zbyt wiele niewiadomych? Równanie sprzeczne, bez rozwiązania?

Miłość końcowa to znaczy teraźniejsza minus miłość początkowa – dokładniej sprzed dwóch lat wzięta w nawias i pomnożona przez czas da nam na wynik: średnią proporcjonalną względnie geometryczną miłości mojej do ciebie (…..)?

Dużo prościej poradził sobie z równaniem niejaki filozof chłopski, który chyba niewiele miał pojęcia o trygonometrii, skoro sinus do cosinusa dawał mu całus do całusa. Mama opowiadała, że mógł ją dopiero wtedy pocałować w policzek, gdy nauczył się wszystkich tożsamości trygonometrycznych wraz z dowodami.

Tata w końcu spotkał dziewczynę i już prawie wydawało mu się, że to koniec jego udręki, ale pojawiło się zbyt dużo wątpliwości i trybu przypuszczającego.

Dlaczego Haniu nie pokochałem cię prawdziwie szczerze i wiernie? Czemu ten poryw nie był pierwszą miłością? Kochałbym cię teraz. Byłbym szczęśliwy. Znikłaby mi ta piękność tej młodej dziewczyny Choć czuję, że niezdolny jestem jeszcze do pierwszej miłości, to jednak Haniu chciałbym ciebie kochać.

Hanię dość szybko w pamiętniku zastąpiła Halinka.

Spotkałem dziewczynę, której kształty przypominają tamtą z marzeń … lecz wiem, że ona nie może do mnie należeć z prawa naturalnego, czy też moralnego…. dzieckiem jest dla mnie, miłość jeszcze do niej nie należy, pochwałę piękności przyjmuje na pewno tylko od matki. Dobrze, że ty nic o tym nie wiesz, postaram się zapomnieć na imię jej Halinka.

Mama zajęta nauką, harcerstwem, jeszcze nie całkowicie wypaczonym i zindoktrynowanym politycznie, miała szczęście do adoratorów piszących wierszem swoje płomienne wyznania. Wiersz, piosenkę, którą napisał tylko dla niej Janek A. pamięta do dzisiaj i z wypiekami na twarzy deklamuje:

Była sobie raz piosenka.
Młody uczeń ją ułożył.
Dla najdroższej swej dziewczyny,
W której swe nadzieje złożył.
xxxDziewczę piękne niby lilia
xxxJest ozdobą „ogródeczka”
xxxWłoski nosi w dwa motylki
xxxA na nosku dwa szkiełeczka.
Co w Jej sercu jest ukryte,
Bogu tylko jest wiadomo.
Bo na zewnątrz nic nie zdradza.
Umie kochać po kryjomu.
xxxLecz to serce, które bije.
xxxTylko dla niej na tym świecie
xxxCzasem wielkie ma cierpienie,
xxxGdy niepewność go przygniecie.
W dni ostatnie trzeciej klasy,
Piszę tobie to wspomnienie.
Gdy ci będzie kiedyś smutno,
Z serca przyślij mi westchnienie.
xxxWspomnij tego co cię kochał
xxxI tę piosnkę ci ułożył.
xxxWlał w nią całą swoją duszę.
xxxSwoje serce do niej włożył.

Innym poetą, któremu należałoby poświęcić osobną opowieść, był Longin D., starszy kilka lat od mamy, który być może miał poważne plany wobec niej, ale zrozumiał, że mamie jeszcze nie w głowie zakładanie rodziny. Podarował mamie trzy własnoręcznie napisane tomiki poezji, a kilka następnych przesłal po 60 latach!

Kto szczerze pokochał świat, ludzi i życie
Nie patrząc na nędze, cierpienia i trudy,
To szczęście i spokój od jego oblicza,
Odgoni cień troski zmartwienia, ułudy.

On pójdzie z uśmiechem przez klęski i znoje
Promienny, szczęśliwy w dniu każdym obrocie,
Bo serce i dusza właściwość tą mają,
Że czynią szczęśliwych tych, którzy kochają.

Ojca nie ominęła służba wojskowa. Dostał się do marynarki, i też próbował być poetą, rymował dość nieudolnie, tak po marynarsku. Dla kogo były te wiersze? Przed jaką nieznajomą udawał chojraka z pistoletem przy boku?

Piszę do ciebie z wybrzeża,
Szukając gwiazd na niebie,
A wokół mroźny wiatr gwiżdże
I cisza otacza mnie!

Piszę do ciebie z wybrzeża
Stojąc na posterunku
I słyszę groźny szum morza
Lecz PM mam przy boku!

Do ZMP mama się nigdy nie zapisała, choć było wielu, którzy ją do tego namiawali. Niejeden z jej absztyfikantów wielbił Lenina i Stalina, przynajmniej na równi z nią albo nawet więcej.

Bądź wierna ideałom ZMP
Bądź wierną towarzyszką walk braci walczących o wolność w krajach kapitalistycznych.
Sław i szanuj imię Marksa, Engelsa, Lenina, Stalina, Bieruta i tych, którzy walczą o lepszą przyszłość dla nas ludu i dla mas.

Zetempowskie „Cześć” koleżance z ławy szkolnej
wpisał się na pamiątkę ateista chcący być komunistą.

Potem był Mietek, z którym mama dośc okrutnie postępowała. Nie przychodziła na umówione spotkania, zamykała go w szafie z mapami, a na listy, w których zawsze prosił o „odpis mego listu”, mama przepisywała jego własne słowa i mu odsyłała. Oj, nacierpiał się biedaczek, zanim zrozumiał, że nie tędy droga i nie do tej.

Wreszcie nadszedł ów dzień: 18 lipca 1954, park Poniatowskiego w Łodzi.

Tata dostał przepustkę, żeby nadrobić zaległości na uczelni, oddać zaległy referat z ekonomii. Referatu nie napisał, czasu mało. Uczynna sekretarka w dziekanacie wypożyczyła ojcu jedną z prac już ocenionych. Przypadek albo zrządzenie losu sprawiły, że dostał referat mamy. Nie wiem, jak tata go odpisywał, podobno szybko i słowo w słowo, jednak ocenę dostał dużo lepszą. No cóż, dyskryminację kobiet w komunizmie, mimo zakłamanego równouprawnienia, można było odczuć na każdym kroku.

Nazywa się Janeta. Ale ja mówię do niej: Janetko i wydaje mi się, że ją teraz kocham.

Janetko! dałaś mi poznać rozkosz pocałunku rozbudziłaś we mnie szał i jakieś dziwne uczucie nienazwane – chyba to jest namiętność — i całować chciałbym całe życie twe usta … chciałbym abyś całe życie tuliła się do mnie była przy mnie …

pisał w lipcu 1955 roku, po spotkaniu w parku, a potem kupił czekoladę i bilet do teatru. Mama nie pamięta jaka to była sztuka, a tata nie pamiętał o czekoladzie lub też zbyt długo czekał na odpowiedni moment wyjęcia jej z wewnętrznej kieszeni marynarki. Podczas antraktu mama widząc wielką brązową plamę na koszuli taty, krzyknęła z przerażenia. Później były opowiadane różne wersje tego zdarzenia, że wytrwali do końca przedstawienia, że tata wybiegł zawstydzony sam z teatru, że wybiegli razem do stancyjnego pokoiku mamy i mama prała, a tata czekał.

Chyba to bez różnicy, jak było naprawdę, to przecież gorąc serca roztopił czekoladę. Wreszcie skutecznie dosięgła ich strzała Amora i już nie odpuściła aż po grób.

Mama podarowała mi ostatnio pakunek przewiązany, pewnie z braku różowej wstążki, różową chustką, pełen listów tak bardzo miłosnych, niezwykłych jak na dzisiejsze czasy, kiedy sztuka epistolarna jest na wymarciu. Lektura tych listów, ich intymna forma literacka, ich treść, a nawet kształty liter przepełnione są tak dużym ładunkiem emocjonalnym, szczerością i młodzieńczą namiętnością, że można je czytać po wielokroć.

Uczucie tych dwojga bliskich mi ludzi przetrwało dziesiątki lat, mimo burz i nawałnic, wzlotów i upadków. Gdyby nie przedwczesna śmierć taty, bo każda śmierć jest przedwczesna, obchodziliby diamentowe gody.

Mamie go bardzo brakuje

Spogląda swoim już niedowidzącym wzrokiem na puste miejsce przy stole, na jego opuszczony fotel, na książki, których nie przeczyta, krzyżówki, których nie rozwiąże, walizkę, której nie spakuje, sweter, którego nie włoży, laskę, którą się nie podeprze … żyje wspomnieniami… Wielkiej Miłości.

Halszka (5)

Janina Kowalska

Wspomnienia o mojej Mamie – życie po wojnie

(Uwaga fragment tego wpisu już TU publikowałam)

Wszyscy martwili się o to, z czego będziemy żyć, bo gorzelnia, w której pracowali obaj wujkowie i ciotka, została zamknięta. Co prawda mieliśmy sporo butelek spirytusu, który rozdano pracownikom przed wejściem wojsk sowieckich, a w tamtym czasie była to dobra „waluta”, za którą od żołnierzy rosyjskich można było kupić każde jedzenie. Nie wiedzieliśmy nic o najstarszym bracie Halszki i Edwarda, Ryszardzie, który mieszkał pod Tarczynem, trzeba było się jakoś z nim skontaktować, ale jak? Front był niedaleko, poczta nie działała, pociągi nie chodziły, a mróz nadal trzymał i było dużo śniegu i lodu.

Gdzieś chyba w połowie lutego mama oznajmiła, że pójdzie do brata na piechotę, “to będzie jakieś 30 kilometrów, w dwa dni zajdę”. Edward chciał iść z Mamą, ale stanowczo się temu sprzeciwiła. Teraz wszyscy zastanawiali się, w co ma się ubrać, żeby w tej drodze nie zamarzła.

Wyszła z domu o świcie ubrana w dwa swetry, żakiet i jesionkę, a na to wszystko miała chłopską chustę założoną na głowę i spadającą na ramiona. Wyglądała jak wiejska babina i dobrze, bo nie wyróżniała się wyglądem. W kieszeniach żakietu i palta miała dokumenty, pieniądze i coś do jedzenia. Trasę omówiono już w dniach poprzednich, ale jak ją wytyczono, tego nie wiem, bo nikt nie miał żadnej mapy. Poszła na “czuja”, „na nos”, no i „koniec języka za przewodnika”. Bardzo się o nią martwiłam. Mama znała język rosyjski, ale w tamtych czasach przyznawanie się do tego było ryzykowne, bo znających rosyjski często brano za szpiegów, a jak kończyli szpiedzy w czasie wojny, wszyscy wiemy. Całą nadzieję pokładałam w tym, że Halszka będzie wiedziała, kiedy się można przyznać do znajomości języka, a kiedy nie.

Wróciła po tygodniu, bardzo zmęczona, ale cała i zdrowa. Powitaliśmy ją jak bohaterkę, a wieczorami opowiadała nam o tej trudnej drodze.

W tamtą stronę szła dwa dni, nocowała w jakiejś wsi. Były to czasy, kiedy każdego wędrowca przyjmowano na nocleg, bo dużo ludzi chodziło, poszukując swoich bliskich wypędzonych przez Niemców z Warszawy i okolic. Opowiadała, że kilka razy podwoziły ją samochody wojskowe, które często zatrzymywały się same, a czasem ona, machnięciem ręki, je zatrzymywała.

Ryszard oniemiał prawie, widząc Mamę w drzwiach swojego domu, ostatnio widzieli się jakieś dwa lata temu. Radość z tej wizyty była ogromna, ale i zdziwienie, że taką drogę przebyła w tak mroźną pogodę. Po czterech dniach ruszyła z powrotem i dotarła do Żyrardowa w… jeden dzień.

Wdała się w rozmowę z żołnierzem rosyjskim, który prowadził zatrzymaną przez nią ciężarówkę. Rozmawiała z nim po rosyjsku, a on po chwili rozmowy przestraszony zapytał ją, czy nie jest szpiegiem, bo tak dobrze zna język. Wtedy Halszka zrobiła mu wykład, jak to za cara gnębiono Polaków i kazano mówić po rosyjsku, nawet w szkole lekcje były w tym języku i wszyscy z jej pokolenia znają ten język. Chłopina zrozumiał i wyłożył jej swój propagandowy pogląd na carat. Wzruszył się tak, że zboczył z drogi i podwiózł mamę pod sam Żyrardów. Mama spytała go, czy nie będzie miał kłopotów, że jedzie nie tą drogą, którą mu kazano, ale ją uspokoił mówiąc, że w zimie drogi są zawiane śniegiem i trzeba jechać tak, żeby nie utknąć w zaspie. Ostatni odcinek przebyła piechotą, ale leciała jak na skrzydłach z radości, że wyprawa, acz ryzykowna, tak pomyślnie się kończy.

To była ostatnia odważna eskapada Halszki. W maju skończyła się wojna, w końcu maja wrócił z obozu ojciec, zdrowy i cały. Na jego widok Halina zasłabła, a wracający szczęśliwie mąż chwycił w ramiona mdlejącą żonę. Po okresie powitań i opowiadań Halina oddala całą inicjatywę w ręce Wiktora i odsunęła się w cień.

Ja twierdzę, że każdy człowiek ma w sobie pewien zasób energii, odwagi, inicjatywy i jeżeli je zużyje, już ich odnowić nie może. Te zasoby są różnej wielkości u różnych osób, ale u wszystkich są nieodnawialne. Halszka wszystkie te zasoby miała w nadmiarze, ale warunki życiowe i historyczne zmusiły ją do całkowitego ich zużycia i nic jej nie pozostało. Stała się innym człowiekiem.

O tym innym człowieku będę pisać dalej, ale już nie będę używać imienia Halszka, bo to imię pasuje do tej przebojowej kobiety, którą była. Teraz będę pisać nazywając ja pięknym określeniem Matka, mama.

Po wojnie zmieniła zawód, już nie mogła być nauczycielką, bo nie miała na to siły. Ryszard nauczył ją prowadzenia ksiąg rachunkowych, czyli księgowości.

Ten zawód pasował do jej nowej osobowości – spokojne i systematyczne wpisywanie cyferek w odpowiednie rubryczki i pilnowanie, żeby wszystko się ze sobą zgadzało. Jako księgowa pracowała przez dziesięć lat w różnych instytucjach, wszędzie była lubiana i garnęły się do niej młodsze osoby, często też okrutnie doświadczone przez wojnę. Cały czas prowadziła dom, przyjmowała gości, chodziła z ojcem do kin, do teatrów. Często pomagała ludziom, opiekowała się tymi, którzy tej opieki potrzebowali, lubiła ludzi i otaczała się nimi, sama od życia nie wymagała wiele. Stale znajdowała sobie temat do martwienia się o coś lub o kogoś. Była skrajną pesymistką, choć losy jej życia raczej napawały optymizmem, z tylu opresji wyszła zwycięsko, ale musiała się czymś martwić.

Każdego wychodzącego z domu, pytała kiedy wróci i bardzo się denerwowała o każde nawet minimalne spóźnienie.

Po skończeniu 50 lat coraz częściej chorowała, przy jakimś rutynowym badaniu wyszło na jaw, że ma zaawansowaną cukrzycę. Leczenie było trudne, bo cukrzyca była insulinooporna, ustawienie dawek insuliny musiało się odbyć w szpitalu, gdzie leżała ponad dwa tygodnie. Dostawała bardzo duże dawki, które wydalała, do domu wypisano ją z zaleceniem dwóch zastrzyków dziennie. Cukrzyca działa destrukcyjnie na wiele narządów. W rezultacie mając 57 lat Mama musiała przestać pracować i przejść na rentę inwalidzką. Taką ciężką cukrzycę spowodowały, najprawdopodobniej, ciężkie przejścia wojenne.

Mama zawsze była krótkowidzem, po kilku latach choroby miała już ponad 50% utraty wzroku. W domu nosiła okulary, nikt z domowników nie zauważył, kiedy zaczęła je nosić i na ulicy (pamiętamy jak negatywnie była nastawiona do okularów). Nie umiała jednak schodzić po schodach w okularach, zakładała je dopiero na zewnątrz, chodziła już wówczas z laską i może to laska dawała jej pewność stąpania. Miała nagłe skoki ciśnienia i w 65 roku życia doszło do wylewu krwi do mózgu. Nastąpił paraliż lewej nogi i ręki. Chorobę znosiła cierpliwie i z rezygnacją. Co dzień przychodziła rehabilitantka, która ćwiczeniami uruchomiała bezwładne kończyny. Po prawie roku ćwiczeń i fizykoterapii bezwład ustąpił.

W latach pięćdziesiątych nasze mieszkanie zaczęło „pęcznieć”. Najpierw ja wyszłam za mąż i wprowadziłam do domu męża, a później urodziłam w odstępie półtora roku dwie córki. Oboje rodzice bardzo się cieszyli z wnuczek i byli dumni, że zostali dziadkami. Mama, w miarę swoich możliwości fizycznych, pomagała nam przy dzieciach.

Nie lubiła opuszczać na dłużej domu, z trudem udawało się ojcu i nam namówić ją na urlop nad morzem, ale przywykła do tych wyjazdów, w to samo miejsce i do tego samego gospodarza w Kuźnicy na półwyspie helskim.

Każde święta gromadziły u nas rozproszoną po Polsce rodzinę. W 1962 roku zbliżała się 40 rocznica ślubu rodziców. Mama wtedy powiedziała, że do złotego wesela (50 lat) to ona nie dożyje, wobec tego postanowiła zaprosić gości na czterdziestolecie i zrobić wystawne przyjęcie. Tak się też stało, jak powiedziała.

Po 15 latach naszego małżeństwa i mieszkania we wspólnym mieszkaniu z rodzicami, dostaliśmy, kilka przystanków dalej, nasze pierwsze samodzielne mieszkanie. Córki kończyły już szkolę podstawową, więc czas był się wyprowadzić. Mama kiedy ją, dużo wcześniej, uprzedziłam, po prostu się na nas obraziła, była nawet uszczypliwa, mówiąc o tym. My jednak rozumieliśmy te obawy, bo widzieliśmy jakie postępy robi choroba.

W 1971 roku nastąpił drugi wylew o wiele większy niż poprzedni, trzeba było oddać mamę do szpitala, gdzie nie odzyskawszy przytomności po 24 godzinach zmarła, 13 lutego 1971 roku. Miała 72 lata.

Tak się zakończyła historia życia kobiety, która przeżyła dwie wojny – przeżyła je aktywnie i żadne z doznanych trudności i cierpień nie zdołały zgasić w niej płomienia miłości do Ojczyzny.

Stuart słucha muzyki 9

Ewa Maria Slaska i Joanna Trümner

od czasu do czasu słuchają muzyki, której słucha Stuart. Ostatni raz przejrzały muzykotekę Stuarta w październiku ubiegłego roku i zakończyły na odcinku 23. Odległe czasy, również w życiu Stuarta. Meg wciąż jeszcze żyła, ba, wciąż go kochała, przynajmniej tak mu się wydawało. Tłumaczenia piosenek – Joanna Trümner.

Odcinek 24 Pożegnanie

To nie Meg żegna się ze Stuartem (jeszcze nie), to Stuart senior jest umierający. Stuart jedzie do niego Londynu, spotyka się  też z matką i z siostrami, oraz z Brianem, który rozstał się z wujem Staurta, a teraz cierpi, bo sądzi, że śmierć partnera jest jego winą. Stuart odziedziczy po wuju sporą sumę pieniędzy.

Here may come a time
You just can’t seem to find your way
For every door you walk on to
Seems like they get slammed in your face
That? s when you need someone
Someone that you can call
And when all your faith is gone
Feels like you can’t go on
Let it be me

Może nadejść taki czas,
Kiedy nie będziesz mógł znaleźć dalszej drogi

Z każdym otwarciem drzwi
Przed nosem zatrzasną ci kolejne
I wtedy będziesz potrzebował
Kogoś do kogo możesz się zwrócić
Gdy stracisz wiarę
I nie będziesz w stanie zrobić kolejnego kroku
Pozwól żebym to ja był tą osobą

Ray LaMontagne – Let It Be Me

***
Odcinek 25 Zmiany

Day after day
The clock is ticking and winding away
Where are you tonight?
I can still hear the chimes
Oh, why, oh why
What I’ve got in the end
Is a life to try and mend
And all I need is a chance to be myself again

Dzień po dniu zegar wybija godziny
I nakręca się ponownie.
Gdzie jesteś dzisiaj wieczorem?
Ciągle jeszcze słyszę melodię kurantów.
Dlaczego wszystko, co mi pozostało
To życie, które muszę spróbować naprawić.
A wszystko, czego potrzebuję to szansa, żeby znowu być sobą

Scott Matthews, Myself again

Te zmiany to przede wszystkim odejście Meg. Po ciężkim wypadku samochodowym i serii operacji, podczas długich miesięcy pobytu w szpitalu, dziewczyna najpierw zaprzyjaźniła się z młodym lekarzem, który ją operował, a potem go pokochała. Stuart cierpi jak pomyleniec, zaniedbuje się w obowiązkach, przestaje go interesować praca w szkole, gdzie  uczy matematyki i dotychczas był dobrym, lubianym nauczycielem.  Ostatnie zdanie tego odcinka to myśl Stuarta: „Teraz jestem zupełnie wolny, nie muszę się z nikim liczyć, mogę skoncentrować się wyłącznie na muzyce”. Jest tak, jak śpiewa Scott Matthews: A wszystko, czego potrzebuję to szansa, żeby znowu być sobą.  Ta piękna piosenka otwiera album ‘What the Night Delivers’ i Stuart musi się nauczyć, być sobą i brać to, co przynosi noc…

***

Odcinek 26 Nowy etap

I drink good coffee every morning
Comes from a place that’s far away
And when I’m done I feel like talking
Without you here there is less to say
Don’t want you thinking I’m unhappy
What is closer to the truth
If I lived till I was a hundred and two
I just don’t think I’ll ever get over you

Codziennie rano piję dobrą kawę,
Która pochodzi z dalekiego miejsca,
A kiedy po kawie chcę z kimś porozmawiać
Bez ciebie mam mniej do powiedzenia.
Nie chcę, byś myślała, że jestem nieszczęśliwy
Chociaż to jest bardzo bliskie prawdy.
Nawet jeśli dożyję do lat stu i dwu
Nie pogodzę się z tym że odeszłaś

 I Just Don’t Think I’ll Ever Get Over You, Colin Hay

Stuart wyprowadził się z domu i zamieszkał w nowym mieszkaniu. W szkole idzie mu coraz gorzej, a wieczorami zaczyna pić. Na szczęście również komponuje, powstają nowe piosenki i to one staną się drogowskazem, dokąd ma poprowadzić swoje życie. Podejmuje decyzję, że podczas wakacji uda się w podróż po Australii i będzie występował w knajpach i klubach. Okrzepł już tak bardzo, że zdobył się na odwagę i umówił się na spotkanie z Meg. Chciał zobaczyć, jak ona sobie radzi bez niego, a jak on sam poradzi sobie ze sobą, gdy się z nią zobaczy. Tytuł piosenki, którą na początku tego odcinka śpiewa Colin Hay mówi sam za siebie: Nie pogodzę się z tym że odeszłaś.

***
Zawsze tak nam się wydaje…

Szopa w salonie 21

Łukasz Szopa

Równa płaca

Zbliża się ósmy marca, więc napiszę coś o kobietach. A że zbliża się też tak zwany „Equal Pay Day“ (Dzień Równej Płacy), który w Polsce w 2018 przypada ledwie dzień później – czyli dziewiątego marca – będzie dziś o tym ważnym, aczkolwiek kontrowersyjnym dniu.

Kontrowersje dotyczą głównie definicji – bazujących na założeniach i statystyce. Mówiąc po prostu, licząc różnicę średniej płacy dla kobiety i mężczyzny, wychodzi na to – w każdym kraju różnie, ale wszędzie gorzej dla statystycznej kobiety – że kobiety zarabiają mniej, czyli jakby licząc w skali całego roku – do 9 marca pracują jakby za darmo.

Oczywiście, tak tego nie można liczyć, mówią jedni. Argumentując, całkiem niegłupio, że nie można porównywać gruszek z jabłkami, i że różnice w dochodach wynikają z różnych zawodów statystycznie i przeciętnie wykonywanych przez kobiety i przez mężczyzn, no i z faktu, że kobiety częściej pracują na pół czy trzy czwarte etatu. Dlatego istnieje też – przynajmniej w Niemczech – tak zwana „definicja sprostowana“, biorąca ww. powody pod uwagę. I wtedy wychodzi nam, że różnica w płacach to nie 21%, a tylko 6%. Też źle, choć mniej źle.

Oczywiście, Polki (a i Polacy!) mogą się cieszyć, że w Niemczech gorzej niż w Polsce, gdyż dla Niemek (a i innych kobiet obojętnie jakiej narodowości w Niemczech) do 18 marca, czyli 9 dni dłużej harują za nic. (Dane Polski i Niemiec z 2017). Ale co komu taka schadenfreude da – oprócz wyzyskujących różnice między krajami międzynarodowych korporacji? Z drugiej strony, zarówno w Polsce, jak i w Niemczech, z biegiem ostatnich 10 lat Equal Pay Day zbliża się do 8 marca, czyli różnice się zmiejszają. Ile jednak przyjdzie nam poczekać do północy z 31 grudnia na 1 stycznia?

Poza tym, uważam, że jednak powinno się brać pod uwagę tą wyższą różnicę, a nie „sprostowaną“. Dlaczego? Gdyż po pierwsze – jednak oznacza to, że ponad 50% pracujących ma mniej kasy, by z niej żyć, niż męska mniejszość. Po drugie – skądś się to przecież bierze. Czy to z gorszych szans w edukacji, w „selekcji“ w karierze zawodowej, w końcu w powodach, że jednak nadal „hamulcem“ w płacach jest dziecko. Nie tylko sam okres ciąży, czy miesięcy po. W końcu nadal w obu krajach jednak to matka więcej czasu po porodzie spędza w domu niż ojciec. A gdy dziecko uda się wreszcie oderwać od piersi i ulokować w przedszkolu, to i tak głównie kobiety pracują krócej – co widać codziennie przed przedszkolami, gdzie nawet w „lewicowo-liberalnym“ Berlinie 75% odbierających rodziców w godzinach między 16:00 a 17:00 to istoty płci żeńskiej… A o tym oczywiście wie każdy pracodawca – który wcale nie ze złośliwości czy mizogynii, a czysto materialistycznie, woli nie tylko promować raczej facetów w swojej firmie (nawet, gdy tym szefem-pracodawcą jest kobieta), ale i „na dzień dobry“, czyli od umowy o pracę, oferuje mężczyznom na takim samym stanowisku więcej niż kobiecie.

Są co prawda wyjątki – ale dotyczą głównie zawodów najgorzej opłacanych, jak listonosze/ listonoszki, pielęgniarki/pielęgniarze czy właśnie wychowawcy w przedszkolach.

Do tego dochodzi ciekawy fakt, że państwo pozwala na umowy o pracę, w których zawarte są punkty wyraźnie zabraniające pracownikom (obu płci!)… ujawniania własnych zarobków! Czyli jak chcę się dowiedzieć od kolegi/koleżanki, ile on/ona zarabia na tym samym stanowisku co ja, to… VERBOTEN! A i związki zawodowe jakoś wcale nie domagają się wyższych płac dla kobiet. Czyli wyrównania zarobków. Owszem, regularnie domagają się wyższych płac dla wszystkich, co w efekcie – jeśli podwyżka przejdzie – oznacza dalsze utrwalenie różnicy w płacach.

W sumie to nie tylko nielogiczne, ale i kryminalne. Zarówno zakazy upubliczniania zarobków, jak i w ogóle różne opłacanie pracownika/pracownicy za tą samą pracę. Proste. I niesprawiedliwe.

Gdyby do tego zrobić inne statystyki – na przykład wliczyć emerytury czy stan posiadania majątkowego (oszczędności, nieruchomości, itp.) na przeciętnego statystycznego Polaka/ Niemca w porównaniu ze statystyczną Polką/ Niemką – pewnie taki „Equal Capital Day“ wypadłby jeszcze gorzej dla kobiet. Tak, powie ktoś „ale kobiety dłużej żyją – i potem dostają to i tak w spadku“. Prawda, ale czy – jako mężczyźni – chcemy mieć sytuację, gdy potrzeba naszej wcześniejszej śmierci, by wyrównać tą materialną niesprawiedliwość?

Ale, żeby nie wypaść całkiem na feministę, dodam dręczący mnie trochę przykład wyrównania płac. Chodzi o profesjonalnego tenisa, czyli domenę, gdzie każdy „pracownik“ (czyli tenisistka czy tenisista) są „wolnym zawodem“ i niby to ich sprawa, ile zarabiają. No, ale w tenisie profesjonalnym jest tak, że każdy zarabia za każdy następny mecz w turnieju, i to tyle samo – w zależoności od rundy, którą udało się osiągnąć. Do niedawna nie było jednak „tyle samo“, gdyż istniała różnica między panami a paniami. Od kilku lat największe turnieje, taki Wimbledon na przykład, pod naciskiem kobiet (tenisistek, byłych i tych aktywnych), zmienił swoją „politykę płac“ – i kobiety dostają za każdą rundę, aż do nagrody za zwycięstwo tyle samo. Jedyną różnicą pozostał inaczej wyglądający puchar dla zwycięzcy/zwyciężyni.

No i tak sobie myślałem, że to jednak nie fair. Że kobiety zarabiają za zwycięstwo tyle samo co faceci. Bo w końcu – właśnie w turniejach wielkoszlemowych, jak Wimbledon, kobiety grają na dwa wygrane sety, a mężczyźni na „best of five“. Czyli kobieta gra mniej i krócej (średnio do zwycięstwa potrzebuje około 14-16 gemów), a mężczyzna musi się męczyć dłużej (średnio 23-26 gemów). Owszem, znam „fanów tenisa“ (mężczyzn!), którzy jednak wolą oglądać kobiety – i to nie tylko z uwagi na samą grę (zagrania, taktykę, technikę, emocje), ale dlatego że lubią wysportowane kobiety o długich nogach w któtkich spódniczkach, które co jakiś czas wydają jęki (wysiłku, nie rozkoszy, no ale…). No ale czy to – czysto kapitalistycznie patrząc – rzeczywiście tłumaczy fakt, że najwidoczniej opłaca się organizatorom turniejów tenisowych i ich sponsorom płacić kobietom więcej – licząc „na godzinę“?

Myślę, że jednak tak. Co prawda dane oglądalności, nie mówiąc o przeliczeniu na zyski z reklam, pozostają tajne, ale władcy pieniędzy w tenisie nie zrobiliby tego, gdyby się nie opłacało. A opłaca się może nie „od meczu“, ale ogólnie. Gdyż oprócz oglądalności dla organizatora i sponsorów liczy się też imidż turnieju. Taka to smutna prawda – że właśnie dlatego płacą kobietom tyle samo „od meczu“, czyli więcej „od punktu, gema, seta“. Dobrą stroną tego jest jednak to, że paniom udało się – solidarnością i naciskiem medialno-sportowym – zmusić organizatorów do takiej „polityki płac“. Gdyż żyjemy na szczęście w czasach, gdzie nierówne płacenie przestaje być „sprawiedliwe“ czy „sexy“ – czyli sami widzowie i fani tenisa, jak i konsumenci produktów każdego sponsora przyczynili się do tej zmiany.

No i udało się to właśnie dlatego, że w turniejach tenisowych płace – czyli nagrody za wygrane – SĄ JAWNE.

A panowie (nie widzowie, a gracze)? Jeśli im się nie podoba, to niech zaprotestują jak ich koleżanki. Oby jednak ich argumentem czy postulatem nie było „dajcie babom mniej!“ czy „niech i one grają dłużej!“ – a skrócenie własnego czasu pracy do dwóch wygranych setów.

Z kolei panowie pracujący w innych branżach niż profesjonalny tenis – niech zabawią się w „rebeliantów“ i „Janosików“, i niech otwarcie rozmawiają z koleżankami o swoich i ich płacach. A jak się boją, to wystarczy „niechcący“ pozostawić wyciąg z konta płac czy kopię umowy o pracę na stołówkowym stole…

Barataria 55 Über die Windmühlen

Letzte Woche traf ich mich mit meiner Freundin, die im Grenzgebiet zwischen Deutschland und Polen lebt, dh. in der Pampa an der Oder. Wir sprachen darüber, was man tun kann, um diese schöne Landschaften attraktiver zu machen, da sie eigentlich, abgesehen von ein paar Hundert Polen, die dorthin aus Polen eingezogen sind, fast leer liegen. Aber diese Leere, die man als Magnet für Stadtmüde-Intelektuellen benutzen könnte, zieht auch die Firmen an, die die berühmten energieherstellenden Windräder überall dort bauen wollen, wo sie mit wenig Protest rechnen müssen. Also da genau, an der Grenze!

Man möchte sich wehren, protestieren, die Errichtung des Windparks verhindern, sagte meine Freundin. Weil genau diese unberührte Leere das Einzige ist, was die Anziehungskraft dieser Gegenden ausmacht. Macht man sie kaputt, verbaut sie, kommen die Städtler nicht, um dort ihre Datschas zu errichten. Also zur Waffe!

Diese Kampfidee schien mir sehr cervantesque zu sein, weil ich in diesem Moment immer noch glaubte, besser zu wissen. Ich versuchte zu argumentieren, dass es doch in allgemeinem Interesse ist, doch irgendwo muss man diese Ungetümer errichten können, wir müssen doch umweltfreundlich agieren, sozial und nicht egoistisch… Blah blah…

Dann kam ich mit dem Zug zurück nach Berlin. Unterwegs las ich im Internet einen Artikel zum Thema. Und in der Zeitungskiosk fand ich einen Comic von Flix, in dem es um genau dasselbe geht. Alles Humbug! Plötzlich musste ich ansehen, dass man uns, gutmutigen Gutmenschen hinters Licht führte und dass, ehmmm, der olle gute Don Quijote es durchschaut hat und einfach im Recht ist! Wer hätte es gedacht?

Ewa Maria Slaska

Windenergie, kraftlos und teuer

Die Internationale Energieagentur (IEA) schätzt, dass heute weltweit etwa 0,4 % der Energie aus Wind und Solarkraft stammt. Selbst 2040, wenn alle Regierungen ihre grünen Versprechen gehalten haben, werden Solar und Wind nur 2,2 Prozent der weltweiten Energieversorgung decken.

… der Hauptgrund dafür, warum Wind und Solarkraft keine entscheidende Lösung gegen den Klimawandel sein können, besteht in einem fast unlösbaren Hindernis: Wir brauchen auch Energie, wenn die Sonne nicht scheint und der Wind nicht weht.

Und nun?

Es heißt, Windenergie sei billiger als fossile Brennstoffe, was aber weitgehend eine Fata Morgana ist. Große Windparks brauchen Subventionen oder Steuererleichterungen. Dies ist der einzige Grund, sie zu bauen.

Mehr noch!

Je mehr Windkraftwerke in Betrieb genommen werden, desto weniger ist der Strom wert, den sie erzeugen. Der weitere Ausbau von Wind- und Solarenergie mithilfe von Subventionen bedeutet, dass die Gesellschaften für den Strom dreimal zahlen müssen – einmal für den Strom selbst, einmal für die Subventionen an die ineffizienten erneuerbaren Energien und einmal für diejenigen, die jetzt auch noch an ineffiziente fossile Kraftwerke gehen. Allesamt werden die Subventionen in nächsten 25 Jahren über zwei Billionen Euro betragen. Damit erreicht man den Unterschied der Temperaturerhöhung um lediglich 0,0175 Grad Celsius.


In der Flix Version von den berühmten spanischen Roman befinden wir uns genauso dort und dann, wo ich mich letzter Woche befand: Jetzt und in der Norddeutschen-Pampa, in einem Dorf namens Tobosow mitten in der vorpommerschen Ödnis!

Der Held, ein alter, schrulliger Kauz, hatte bis jetzt nur eine Schnapsidee: Mittels der Leserbriefen, die bewahrte Waffe der Wutbürger sind, kämpfte er gegen die allgegenwärtigen Herrschaft der Comics in der Zeitungen, im Buchwesen und vor allen in den Köpfen der jungen Leser.

Zum Beginn der Story erreicht ihn aber noch eine Hiobnachricht, die noch schlimmer ist als Batmann, Spidermann und Supermann zusammen: Man wird in Tobosow einen Wind(mühlen)park einrichten. Don Quiijote begibt sich auf seinem alten Fahrrad in die Pampa, um seine Feinde zu vernichten. Mitdabei ist statt Sancho Pansa auch Don Quijotes 8-jähriger Enkelsohn, der tatsächlich den Kopf voller Comic-Helden hat, sich für Batman, den Dunklen Ritter hält und überall das Böse wittert, das er vernichten soll.
Dann sagt der Opa, es sei nicht wichtig, gegen das Böse zu kämpfen, es ist wichtig sich für das Gute zu engagieren.
Es ist doch das Gleiche, protestiert der Enkel.
Ist nicht, antwortet Opa, man muss nur die Welt genau beobachten, um die Wahrheit zu sehen.

Ja… und am Ende? Am Ende kehrt der Enkel zu Mama und benimmt sich ganz vernünftig. Der Opa landet im Seniorenheim für Alzheimer erkränkte, die sich alle für Ritter halten. Und in Tobosow… Na ja, es ist nicht klar, aber ich vermute in Tobosow wird der Windpark entstehen, damit sich die Bösen ihre Taschen mit Subventionen vollstopfen und wir, die Gutmenschen, glauben, den nächsten sauberen Schritt in die saubere Zukunft gemacht zu haben…

Aber nicht verzagen. Und weiter protestieren und gegen die Windmühlen zu kämpfen.  Wie sagte es der Meister Cervantes:

Derjenige, der Wohlstand verliert, verliert viel; derjenige, der einen Freund verliert, verliert mehr; doch derjenige, der seinen Mut verliert, verliert alles.

Gorączka oskarowej nocy (Reblog+)


Polsko-brytyjska produkcja “Twój Vincent” / “Loving Vincent” w reżyserii Doroty Kobieli i Hugha Welchmana została nominowana do Oscara w kategorii “najlepszy pełnometrażowy film animowany”.  “Twój Vincent” zmierzy się z: “Coco”, “Fernando”, “Dzieciak rządzi” i “The Breadwinner”. 23 stycznia, gdy w Los Angeles ogłoszono nominacje,
tvn24 rozmawiała z Dorotą Kobielą, reżyserką filmu. 

Zwiastun

“Jesteśmy w pozycji Dawida i Goliata”

– Czekałam na nominację, ale nie wyczekuję nagrody. Jesteśmy w pozycji Dawida i Goliata. Nie widzę dużych szans w walce z filmami, które mają budżet rzędu 175 milionów dolarów – mówi Kobiela. – Na pewno nastąpiła eksplozja radości. Siedzieliśmy zaciskając ręce, a zostaliśmy wyczytani jako ostatni. Cały czas jestem w innym świecie, w innej bajce, cały czas wierzę w wygraną.

W rozmowie Kobiela przypomniała, że budżet “Twojego Vincenta” wynosił pięć milionów dolarów.  – To nie jest kolejna wielka produkcja familijna z gigantycznym budżetem. To film o wybitnym, wspaniałym malarzu, artyście, którego wiele osób kocha i podziwia. To pierwszy taki film w historii, pierwszy film pełnometrażowy stworzony w pełni techniką malarską. Najpierw nakręcono zdjęcia z udziałem aktorów, następnie wyświetlano na płótnie pojedyncze kadry, które artyści klatka po klatce odmalowywali, by stworzyć ujęcie. Do nakręcenia filmu wykorzystano 65 tysięcy obrazów namalowanych przez 125 malarzy z 20 krajów – 65 z Polski, 60 z zagranicy – którzy zostali wybrani na podstawie pięciu tysięcy nadesłanych zgłoszeń. Film współtworzyli malarze 15 narodowości – pochodzący między innymi ze Stanów Zjednoczonych, Grecji, Ukrainy – którzy nigdy się nie spotkali. Pracowali w Grecji, Wrocławiu i Gdańsku. Łącznie zużyli trzy tysiące litrów farby.

Film to efekt współpracy polsko-brytyjskiej. Za scenariusz i reżyserię odpowiadają Dorota Kobiela oraz Hugh Welchman, a przy scenariuszu współpracował także Jacek Dehnel. Fabuła przywodzi na myśl filmy detektywistyczne – syn przyjaciela Vincenta van Gogha ma dostarczyć list malarza do jego brata, jednak kiedy wyjeżdża w poszukiwaniu Theo van Gogha, postanawia podjąć się próby rozwiązania zagadki śmierci malarza – do tej pory uznawanej za samobójstwo.

90 gala wręczenia Oscarów odbędzie się w Los Angeles 4 marca czyli dziś.

***

Tak czy owak, czy film dostanie Oskara czy nie, idźcie do kina, bo film jest dobry i oryginalny, a na zachętę piosenka z filmu:

Ciekawość oka i przyjemność patrzenia (11)

Dariusz Kacprzak

Jacek Malczewski wg Arnolda Böcklina,
Wyspa umarlych

Jacek Malczewski, autor kanonicznych dla polskiej historii sztuki Śmierci Ellenai, Introdukcji, Melancholii, Błędnego koła, Krajobrazu z Tobiaszem, niezliczonych autoportretów, wyobrażeń Thanatosa i Zatrutych Studni, należy do powszechnie znanych polskich twórców. Wypowiadał się nie tylko w malarstwie (ponad 2000 obrazów), pozostawił także ogromną, szacowaną na kilka tysięcy prac, spuściznę rysunkową, zajmował się również twórczością literacką. Jego bogaty, choć nierówny artystycznie, dorobek po dziś dzień intryguje, wciąż jest badany i poddawany rozmaitym analizom i interpretacjom.
Śmierć Ellenai z 1883 roku uczyniła syna Juliana Malczewskiego herbu Tarnawa, generalnego sekretarza Towarzystwa Kredytowego Ziemskiego guberni radomskiej, sławnym.
Wkrótce artysta stworzył charakterystyczny własny język symboliczny, którym za pomocą aniołów, chimer i faunów komponował sceny z przesłaniem historyczno-narodowym, młodopolską refleksją o powołaniu artysty i roli sztuki, wreszcie o przemijaniu i śmierci. W jego alegoryzowanych portretach, niezliczonych kostiumowych własnych wizerunkach, pejzażach polskich, scenach religijnych i rozmaitych kompozycjach rodzajowych, rodzimy folklor i polska tradycja narodowa spotykają się z mitologią starożytnych i duchem antyku dionizyjskiego.
„W twórczości Malczewskiego”, pisał współczesny artyście Stanisław Witkiewicz, “występują dwa wybitne pierwiastki życia ludzkiej duszy: głęboka poezja myśli i uczuć i potrzeba uplastycznienia jej za pomocą obrazowości. Jest on ilustratorem swoich niepisanych poematów. Każdy jego obraz jest zmaterializowanym momentem wielkiego ciągu myśli, które poprzedzają powstanie widzialnego obrazu i które występują na nim jako dalszy ciąg myślowego założenia, jego dopowiedzenie i wyjaśnienie”.
Artysta potrafił łączyć w jednej kompozycji przeciwstawne, zdawać by się mogło, liryzm i wyrafinowanie z dosadnością, linearyzm z malarskością i bogactwem rozwiązań kolorystycznych. Przed laty, w komentarzu do monograficznej wystawy jego prac w Stuttgarcie, w opiniotwórczym „Frankfurter Allgemeine Zeitung” pojawiła się następująca ocena: „Wystawa pokazuje, że mamy do czynienia nie tylko z jednym z największych polskich malarzy tej epoki w Europie. Porównując go z Corinthem stwierdzamy, że jest bardziej intelektualny, bogatszy myślowo, ostrzejszy psychologicznie i głębszy. W porównaniu z Liebermannem – brutalniejszy, tragiczniejszy. Z Klingerem – poważniejszy. Bliższy Francuzom może – Gauguinowi, van Goghowi, w każdym razie jest ich rangi. Specjaliści stają przed problemem – wpisania nowego rozdziału do historii sztuki europejskiej. Rozdziału brakującego od dawna”.
Zakupione całkiem niedawno do zbiorów Muzeum Narodowego w Szczecinie – będącego spadkobiercą i kontynuatorem ponad stutrzydziestoletniej tradycji pomorskiego, wpierw niemieckiego, a po 1945 roku polskiego, muzealnictwa – dzieło Jacka Malczewskiego stanowi ważne świadectwo europejskich inspiracji artysty. Obraz powstały, zapewne zgodnie z ideą Karola Lanckorońskiego (miłośnika sztuki Arnolda Böcklina), wkrótce po ich wspólnej wyprawie do Azji Mniejszej, podejmuje kwestię związków twórczości Jacka Malczewskiego ze sztuką Arnolda Böcklina. Namalowana kilka lat po oryginale „Wyspa umarłych” Jacka Malczewskiego trawestuje niezwykle niegdyś popularny obraz, znany w kilku wersjach, dziś rozproszonych po świecie, znajdujacych się w Bazylei, Nowym Jorku, Berlinie, Lugano i Lipsku.
Pełna niepokoju i tajemnicy Böcklinowska „Wyspa umarłych” doczekała się rozmaitych interpretacji, urosła do rangi emblematycznego dla europejskiej kultury dzieła epoki, z czasem stając się wręcz obiektem kultu, ikoną kultury popularnej, a nawet synonimem kiczu.
Praca polskiego symbolisty, będąca interpretacją dzieła innego, szwajcarskiego, symbolisty prowokuje do przypomnienia pytania, dlaczego mimo starań kilku pokoleń polskich muzealników, Malczewskiemu nie udało się przebić do kanonu sztuki europejskiej. Symboliczny język obrazów Böcklina zyskał wymiar uniwersalny, powszechnie zrozumiały, dzieła Malczewskiego zaś, choć atrakcyjne ikonograficznie, w swej wymowie
pozostają specyficznie polskie, dla Europy zdają się być wciąż nazbyt hermetyczne.

Jacek Malczewski, Wyspa umarłych, 1885–1886, olej, tektura, 30,3 x 41 cm, Muzeum Narodowe w Szczecinie, fot. Grzegorz Solecki, Arkadiusz Piętak

Dzień kobiet & Frauentag

8 marca staje się z roku na rok coraz bardziej popularny. To postpeerelowskie święto, przez dobre ćwierć wieku pogardzane i odrzucane, jest AD 2018 naszym ważnym Dniem Kobiet.

Z tej okazji zaproszenie na jedną z wielu imprez organizowanych w Berlinie oraz wiersz Eli, napisany w pociągu po obejrzeniu w Poznaniu wystawy Polki, patriotki, rebeliantki, towarzyszącej XI Kongresowi Kobiet. Czyli był wrzesień 2017…

Elżbieta Kargol

Polki, patriotki, rebeliantki….

Poznanianki, szczecinianki, warszawianki,
matki, siostry i kochanki,
czułe babcie i prababcie,
hrabiny, gaździny, matrony,
kochające i kochane żony,
księżniczki i żebraczki,
prostytutki, krawcowe i tkaczki,
zapłakane, roześmiane, rozebrane,
siksy, trzpiotki i podlotki,
małolatki, nastolatki,
stare, młode, grube, chude,
głupie, mądre, duże, małe,
siwe, czarne, blond i rude,
w uczuciach nie zawsze stałe,
chrześcijanki, muzułmanki,
ateistki, altruistki, sufrażystki, aktywistki,
rowerzystki, gitarzystki, traktorzystki,
kuzynki, stryjenki, siostrzenice,
ciotki, wujenki, bratanice,
bezrobotne i robotne,
pracowite i leniwe,
wesolutkie i markotne,
milczki i te gadatliwe,
zniewolone i te wolne,
z miasta, ze wsi, małorolne,
Dziewice Orleańskie i te z Koziej Wólki,
porzucone narzeczone,
niewierne i te zdradzone
i inne niechciane, co budzą się same nad ranem,
ekspedientki, malkontentki, elokwentki,
agnostyczki, kosmetyczki, bojowniczki,
pesymistki, optymistki i artystki,
aptekarki, pielęgniarki i pisarki,
piosenkarki, alpinistki i kwiaciarki,
panny z mokrą głową, panny na wydaniu,
panny już wydane, jeszcze zakochane
panienki z okienka,
w tiulach i sukienkach,
koleżanki, uczennice,
rozmodlone zakonnice,
czarownice, wiedźmy, anielice,
zielonookie, skośnookie okularnice,
Anie z Zielonych Wzgórz i Anny Kareniny,
dziewczynki z zapałkami i z perłą dziewczyny,
Dziewczęta z Nowolipek, i Panny z Wilka,
jest jeszcze innych kilka,
Balladyny i Aliny,
Kasie, Zosie Marty i Marysie, .
Janki, Ele, Jole i Gabrysie,
Zdzisie, Krysie, Ewy, Hanki,
Halinki, Helenki i Danki.
Klaudie i Wiolety,
my: KOBIETY.


Zapraszamy / Wir laden ein

Poster: Christine Ziegler / Posterfoto: Maciej Soja/ Fotos: Elżbieta Kargol

Halszka (4)

Janina Kowalska

Wspomnienia o mojej Mamie – wojna

Kiedy wybuchła wojna, oboje rodzice w ciągu jednego dnia stracili pracę. Właścicielami firmy, w której pracował tata, byli dwaj Węgrzy, którzy już 31 sierpnia wsiedli w samochód i nie wypłacając pensji pracownikom, uciekli na Węgry. Ojca nie powołano do wojska, a kiedy 2 września zgłosił się na poligon w Rembertowie, nie dali mu przydziału, mówiąc że jest za stary. Miał wtedy 44 lata. Poszedł na wschód Polski, szukać wojska, bo tam miała się formować armia, mająca stawić skuteczny opór Niemcom, ale po wkroczeniu bolszewików do Polski ten plan upadł definitywnie. Ojciec wrócił do Zielonki w październiku, Był w polowym mundurze, co znaczyło, że jednak znalazł jakiś oddział, który go przyjął w swoje szeregi.

W czasie działań wojennych przez krótki czas byłyśmy obie u znajomych, którzy mieli willę w lesie. Halinie wydawało się to miejscem bezpiecznym. Niestety po trzech dniach wojsko w lesie ustawiło armatki przeciwlotnicze i nam wszystkim kazano opuścić tę willę. Przeniosłyśmy się do wujków, których dom stał na górce, a ogród znajdował się dużo niżej. W zboczu góry była wykopana i wymurowana dość duża piwnica, w której schroniło się kilka kobiet z małymi dziećmi. Do nich dołączyłyśmy obie z mamą. Nad piwnicą była ścieżka trawersująca zbocze. Strach nas ogarnął, kiedy usłyszałyśmy kroki biegnących po ścieżce nad naszymi głowami, żołnierzy niemieckich. Drzwi do piwnicy były jednak dobrze zamaskowane rosnącymi tam krzakami i wcale ich nie było widać. Po ustaniu walk wyszłyśmy z piwnicy, bo dom stał pusty i bałyśmy się, że Niemcy zajmą go dla wojska. Wermacht niechętnie wyrzucał z domów rodziny, gdzie były małe dzieci, a była nas tam cała gromada. Ja, dziesięcioletnia, byłam najstarsza. Halina znała jako tako język niemiecki i pertraktowała z wojskiem o pozostawienie nas na miejscu. Udało się i choć zakwaterowali nam w jednym pokoju oficera z ordynansem, czułyśmy się z nimi bezpiecznie. Wojsko frontowe niemieckie nie pokazywało jeszcze „pazurów”, jak to czyniło później SS i inne formacje partyjne.

Rodzice w niedługim czasie znaleźli kontakt z formującym się ruchem oporu. Były to oddziały, które przyjęły nazwę Związek Walki Zbrojnej, w skrócie ZWZ, który w 1942 roku wszedł w skład Armii Krajowej.

ZWZ zorganizował nie tylko odziały do walki, ale również służby pomocnicze kobiece, nazwane Wojskowa Służba Kobiet, w skrócie WSK. Do tej organizacji należały kobiece oddziały łączności, oddziały sanitarne i oddziały gospodarcze.

Halszka, która przyjęła pseudonim „Mała”, zorganizowała w naszym mieszkaniu „skrzynkę pocztową”, do której wpływała przynoszona przez łączniczki poczta konspiracyjna, zabierana później przez następne łączniczki i dostarczana do adresatów. Mała organizowała też kursy dla łączniczek. W Zielonce były trzy patrole łączniczek, komendantką ich była Mała. Organizowała też szkolenia, których program przewidywał obsługę polowych łącznic telefonicznych z doprowadzeniem do nich kabla i montażem, odbieranie wiadomości i przekazywanie ich dalej. Były wykłady z terenoznawstwa, nauka o broni, strzelanie oraz krótkie kursy sanitarne. Najważniejszym „przedmiotem” były zasady konspiracji.

W małym miasteczku prowadzenie pracy konspiracyjnej to było trudne zadanie, były to przecież spotkania sześciu młodych kobiet i instruktora, bo każdy przedmiot miał swojego wykładowcę. Wszystko w pełnej konspiracji. Szkolenia organizowała Mała i była naszą komendantką, ona też przydzielała łączniczkom konkretną pracę, po wykonaniu której składało się jej meldunek.

Ojciec miał pseudonim „Kuszel”. Zajmował się organizowaniem i szkoleniem kompanii wojskowej na terenie Zielonki, a w następnych latach prowadził kolejne turnusy Szkoły Podchorążych Piechoty. Działalność obojga rodziców była czysto społeczna, przez nikogo nie opłacana. A żyć z czegoś trzeba było. Na szczęście wokół Zielonki były zasobne wsie. Hodowano w nich nielegalnie trzodę chlewną, mięso wożono do Warszawy i z zyskiem sprzedawano. Nikt nie chciał trzymać pieniędzy, które traciły wartość, należało więc kupować dobra trwale. W tych wsiach sprzedawaliśmy posiadane przez nas rzeczy, niekoniecznie potrzebne do życia w warunkach wojennych, takie jak obrazy, dywany, zastawę stołową, maszynę do szycia. Zapewniło nam to życie przez rok, no może trochę dłużej, ale co dalej? Odeszła gosposia, Halina musiała się zająć domem, czego nigdy przedtem nie robiła. Ojciec, zaraz po ustaniu działań wojennych i powrocie do Zielonki, zgromadził narzędzia potrzebne do pracy elektryka i jeździł do Warszawy naprawiać elektryczność w uszkodzonych domach. Ta praca dawała dobry zarobek, ale po kilku miesiącach zamówienia ustały.

Halszka nie umiała jeździć na rowerze, ale na początku pracy konspiracyjnej zorientowała się, że ta umiejętność będzie jej bardzo potrzebna, rozpoczęła więc naukę. Nie bardzo jej to szło – miała wówczas ponad 40 lat i trudno w tym wieku zaczynać działalność sportową. Któregoś dnia zjawił się u nas mój brat cioteczny, Lutek, który od czasu do czasu przyjeżdżał do nas na rowerze z Warszawy. Ocenił umiejętności Haliny i powiedział, że ją nauczy jeździć. Wsiedliśmy wszyscy troje na rowery, Halina na swoim, koło niej Lutek. Złapał ją z tyłu siodełka mocną ręką, żeby czuła się pewnie. Ruszyliśmy, Lutek wołał „ciotka kręć” i to powtarzał, a mama kręciła pedałami i dobrze jechała. W pewnym momencie Lutek mocniej pchnął Halę do przodu, żeby nabrała rozpędu i puścił siodełko, nadal krzycząc „ciotka kręć”.

My jechaliśmy wolno, a mama pojechała znacznie do przodu, po czym zorientowała się, że ten jego okrzyk słyszy coraz słabiej. Postanowiła zobaczyć, gdzie jest Lutek, obróciła się, w tym momencie straciła równowagę i runęła do rowu, głową w dół. My przyśpieszyliśmy, ale gdy dojechaliśmy do niej, nie mieliśmy siły wyciągnąć jej z tego rowu, bo oboje śmialiśmy się do łez. Halina wściekła wygramoliła się sama na szosę, wsiadła na rower i pojechała. Od tej pory nie rozstawała się z rowerem, ale do końca swoich dni nie zapomniała nam tego śmiechu.

X

Jak już pisałam, najstarszy brat Haliny, Ryszard, był typowym starym kawalerem, ale i stary kawaler może się podobać kobietom. Tuż przed wojną wujek poznał przystojną panią, której się spodobał. Pani była rozwódką, nie nalegała więc na małżeństwo, a może nie chciała taką propozycją spłoszyć wolnego, dość przystojnego i dobrze sytuowanego pana. Halina patrzyła na to przez palce, zresztą dowiedziała się o tej pani nieco później, jak sprawa się już zaczęła. W jakiś czas po wybuchu wojny Ryszard oznajmił Halinie, że dostał interesującą propozycję poprowadzenia niewielkiego mająteczku swojego przyjaciela, który o ziemi i jej potrzebach wiedział niewiele i nie chciał zmarnować tego, w co włożył sporo pieniędzy. Ryszard na ziemi się znal i dłubać w niej uwielbiał. Wyprowadził się więc do wsi Korzeniówka pod Tarczynem i zabrał ze sobą swoja panią. Chyba gdzieś w zimie 41 roku zjawił się u nas z propozycją, że zatrudni Halinę jako ogrodniczkę i jeżeli się zgodzi, to powinna zabrać mnie ze sobą. Jak wiemy, z pieniędzmi było w domu „krucho” i taka propozycja rodzicom odpowiadała. Wyjechałyśmy obie do Korzeniówki pod koniec marca. Na miejscu okazało się, że dom, a raczej zaprojektowana z rozmachem willa, jest niewykończona i różnymi szparami wieje, no i wujek nie mieszka sam tylko z panią Władą, dość ładną panią, ale o niezbyt ładnym charakterze. Pani z góry potraktowała Halszkę i była wyraźnie zazdrosna o braterskie i opiekuńcze uczucia do dużo młodszej siostry. Rozpoczęły się prace w polu i w ogrodzie i na takie drobiazgi nie było ani czasu, ani siły.

Nadeszły święta Wielkiej Nocy, Halina pomagała Władzie w ich przygotowaniu, przed świętami przyjechała siostra Włady z dwojgiem dzieci i w pierwszy dzień świąt okazało się, że nakryte są dwa stoły do obiadu, jeden w jadalni, a drugi w kuchni dla służby. Przy tym kuchennym stole było miejsce dla mamy i dla mnie. Kiedy wszyscy siedli do jedzenia przybiegła siostra Włady z przeprosinami i zaproszeniem dla nas do stołu razem z nimi. Mama odrzekła, że tu jest nam dobrze, a na nalegania odpowiedziała – „tu gdzie ja siedzę zawsze jest salon” i do końca zostałyśmy w kuchni. Później były różne inne szykany ze strony cioci, wyprowadziłyśmy się do pokoiku przy stajni i Halszka wytrzymała tam do połowy lipca. Wujek Ryszard przepraszał Halinę i tłumaczył, że go tak ta osoba omotała, że nie może pisnąć ani słówka. Wyjechałyśmy i o Korzeniówce nie było mowy ani wspominków, aż do czasów powojennych, kiedy wujek ożenił się z Władą i wymógł pogodzenie się obu kobiet.

Wokół domu w którym mieszkaliśmy był spory, zaniedbany ogród. Halszka zwróciła się do właściciela z propozycja, że wydzierżawimy tę ziemię, będziemy uprawiać ogrodowiznę i sprzedawać ją do zielonkowskich sklepików. Właściciel zgodził się i od wiosny rozpoczęliśmy prace w ogrodzie, a z rozmowy ze sklepikarzami dowiedziałyśmy się, co oni będą kupować, a więc co sadzić i co siać. Jak uprawiać taki ogród, Halina wiedziała doskonale, bo ojciec jej miał w Sulejówku pod Warszawą dom letni i spory ogród, który uprawiał i nakłaniał dzieci do pomocy. Cala rodzina Haliny lubiła pracę w ziemi. Mogę powiedzieć, że to zamiłowanie przeszło na następne pokolenia. Była to ciężka praca, ale tylko taka daje efekty i zarobek. Kopać, siać, sadzić lubiłam, podlewanie ułatwiała nam rzeka, która płynęła skrajem ogrodu. Wszystko było dobrze, dopóki nie posadzono mnie na grządce i nie kazano pielić. Nie znosiłam tej pracy, toteż w drugim sezonie 1942 roku, kiedy miałam 13 lat, zbuntowałam się i powiedziałam, że będę prowadzić dom, gotować, sprzątać, prać, a prało się wówczas w balii i na tarze, i prasować, ale pielenia nie wytrzymam. Mama się zgodziła, bo sama nie lubiła kucharzyć i wolała pielić grządki. Gotowanie było ułatwione, bo wszystko, co potrzebne było w ogrodzie, a mięso pojawiało się sporadycznie. W ogrodzie królowała Halszka, wszystko, co trzeba posiać, posadzić i gdzie, planowała jeszcze przed sezonem. Wiedziała, co z czym może sąsiadować, a co nie. Rozsadę siała późną zimą w domu, a na wiosnę wysadzała na grządki. Kopaniem grządek i ich formowaniem zajmował się Wiktor, za płotem na łące pasły się krowy, a my wieczorami robiliśmy wypady z kubełkiem po krowie placki, żeby było czym użyźnić ziemię. Wieczorem dołączałam do podlewania ogrodu, a wodę braliśmy z czyściutkiej rzeki. W zimie Halszka zajmowała się domem, a ja się intensywnie uczyłam. A wszystkiemu towarzyszyła jeszcze praca konspiracyjna.

Taki układ trwał dwa sezony, niestety trzeci, zaplanowany na 1944 rok, przerwało nam Gestapo, bo zostaliśmy wszyscy troje aresztowani. Poszukując dowodów, naszej pracy konspiracyjnej, Gestapo przekopało cały ogród. Na szczęście niczego nie znaleziono i mogliśmy nadal udawać niewiniątka.

Tu się zaczyna zupełnie inne nasze życie, którego część opisałam już w książce „Biała apaszka” (a również w wielu wpisach tu na blogu, publikowanych pod pseudonimem Mirka – EMS).

W noc aresztowania Halszka była całkiem załamana, patrzyła na mnie ze strachem w oczach, wydaje mi się, że dopiero w tę noc zdała sobie sprawę, że ja mam dopiero 14 lat i że ona i ojciec nieopatrznie wciągnęli mnie w tę pracę i odpowiedzialność, której moja psychika może nie udźwignąć.

Po nocy spędzonej na Szucha w podziemnych, jak to nazywano, tramwajach, rano przewieziono nas na Pawiak i tu rozdzielono z ojcem. My obie, na szczęście razem, zostałyśmy zaprowadzone do budynku więzienia kobiecego, które nazywano Serbia tu umieszczono nas na kwarantannie w celi numer 2. Halszka trwała w milczącym stanie depresji, nic nie mówiła i patrzyła w jeden punkt. Po kilku dniach dostałyśmy pierwszy gryps i to był punkt zwrotny w psychice Haliny, znak, że tam, na zewnątrz nie zapomnieli o nas, nie postawili na nas krzyżyka, coś próbują dla nas zrobić! Po tygodniu otrzymałyśmy paczkę z Patronatu nad Więźniami, nadawcą była „Nuna”, a my wiedziałyśmy kto to jest. To były znaki, które dawały Halinie nadzieję, może złudną, ale nadzieję.

Po dwóch, może trzech przesłuchaniach na Szucha, po których mogłyśmy zobaczyć ojca, nadszedł dla nas obu najgorszy dzień, wezwano tylko mnie, a Halina została na Serbii, byłyśmy wtedy już na stałej celi. Zaprowadzono mnie i kilka młodych kobiet na Pawiak, gdzie czekała grupka młodych chłopców. Wsadzono nas do samochodu-więźniarki i gdzieś wieziono; w więźniarce nie było okien, więc trudno było się zorientować, dokąd nas wiozą, siedzieliśmy na podłodze, zdziwieni, że jest nas tak mało, bo normalnie samochód był tak pełny, że trudno było się ruszyć. Ktoś powiedział, że może nas rozstrzelają, żeby pokazać, że młodzież też jest zagrożona. Po cichu żegnałam się z życiem. Jakież było nasze zdumienie, kiedy okazało się, że przywieziono nas na Szucha. Wprowadzono nas do pustych piwnic, dano nam kubły z wodą, szczotki, ścierki i kazano posprzątać całe podziemie. Myłam okna, które były wysoko i wychodziły na podwórze gmachu, dano mi drabinkę. Bardzo nas pilnowano, żeby nie rozmawiać i żeby było dobrze sprzątnięte. Chłopcy po umyciu podłóg pastowali je i froterowali. Dano nam obiad przywieziony z Pawiaka i zarządzono krótką przerwę na odpoczynek. Po przerwie dalsza praca, za umytymi przeze mnie oknami, zrobiło się zupełnie ciemno, a był to koniec kwietnia. Bałam się, że zostawią nas na noc. Wieczorem znów podróż więźniarką na Pawiak. W naszej celi było już po kolacji, kiedy mnie do niej wpuszczono. Mama rzuciła mi się na szyje i rozpłakała się. Domyślałam się, co przeżywała przez ten dzień, kiedy nie wiedziała, co się ze mną dzieje. O tym jak to było naprawdę dowiedziałam się dopiero po wojnie od Maryny, z którą na Serbii już nie zdążyłam porozmawiać, bo w dwa dni później Maryna pojechała transportem do Ravensbrück. Mama Marynie do ucha mówiła: „zabrali ją samą na Szucha, pewnie ją zabiją, nie mam już dziecka. Albo ją okaleczą i wróci do więziennego szpitala, a ja nawet nie będę wiedziała, że tu jest i może tego nie przeżyje, a ja jej nawet nie pożegnam”. Maryna pocieszała ją, jak umiała, ale Halina jej nie słuchała, tylko cicho rozpaczała, tak żeby inne więźniarki tego nie mogły słyszeć. Kiedy weszła do celi wachmajsterka i powiedziała, że są potrzebne dwie kobiety do obierania kartofli, Maryna pociągnęła Halinę i zgłosiła je obie, żeby było jakieś zajęcie, a nie tylko rozpacz. Maryna powiedziała, że mama wyglądała jak dzikie, zaszczute zwierzę i dlatego rozpłakała się, gdy mnie zobaczyła całą i zdrową.

Drugim wielkim wstrząsem dla Halszki był dzień, kiedy wywołano nas obie z celi i wachmajsterka powiedziała, żeby nic z sobą nie zabierać, ale że już tu nie wrócimy. Była 9 rano, czas w którym wywoływano na rozstrzelanie. Dla wszystkich kobiet w celi było to jednoznaczne, przez trzy wieczory modliły się za nasze dusze. A my zostałyśmy zaprowadzone do kancelarii Pawiaka, dostałyśmy zwolnienie, mamie zwrócono zostawione w depozycie pieniądze i złotą obrączkę, odwieziono nas samochodem do śródmieścia Warszawy. Zostałyśmy wykupione za słoną łapówkę, ale niestety ojciec został na Pawiaku.

Wyszłyśmy na wolność i pojechałyśmy do Zielonki, na szczęście nie nocowałyśmy w domu, tylko u ciotki, bo następnego dnia rano przyszedł łącznik i przyniósł wiadomość, że w naszym mieszkaniu w nocy było Gestapo. Albo chcieli znów pieniędzy, albo sądzili, że w naszym mieszkaniu witać nas będą inni przyjaciele z konspiracji i wszystkich razem będzie można zgarnąć. Po tej wiadomości musiałyśmy szybko opuścić Zielonkę, żeby nikogo nie narażać swoja obecnością. Przez następne dwa miesiące kilka razy zmieniałyśmy miejsce pobytu.

Był początek września 1944 roku. Wojsko niemieckie niemal w popłochu uciekało na Zachód. W Warszawie trwało Powstanie, którego pożary i wybuchy dobrze było słychać i widać w położonej na prawym brzegu Wisły Zielonce.

Obie z Haliną wróciłyśmy z kilkumiesięcznej tułaczki. Teraz w Zielonce i okolicach był front wojenny. W nocy podchodzili bolszewicy, a w dzień znów byli Niemcy. 4 września wyrzucono nas wszystkich z domów i kazano iść na Pragę do kościoła św. Floriana. Udało się nam „odłączyć” od tej kolumny uchodźców, patrolowanej przez Niemców na motocyklach i dotrzeć do wujostwa Edwardów, którzy mieszkali na Pradze. Oboje pracowali w Monopolu Spirytusowym, który za trzy dni miał być ewakuowany do Żyrardowa, gdzie znajdowała się należąca do Monopolu gorzelnia. Edwardowie załatwili, że zostałyśmy dołączone do tej ewakuacji, a jaką dali za to łapówkę, nikt nikomu nie powiedział.

8 września, w dzień zawieszenia broni między powstańcami a Niemcami, zostaliśmy przewiezieni wielką ciężarówką, przez Warszawę i dotarliśmy do Żyrardowa. Po kilku dniach znaleźliśmy mieszkanie na głównej ulicy. Mieszkanie to zresztą za duże słowo, były to dwa maleńkie pokoiku z maciupeńką kuchnią. Do pracy w gorzelni została przyjęta ciotka Stefa, jej mąż wujek Edward i jej brat Józef, a Halszka razem z żoną Józka zajmowały się zdobywaniem żywności i gotowaniem posiłków. Ja znalazłam kontakt z nielegalnie działającymi kompletami gimnazjalnymi i od października rozpoczęłam naukę w III klasie gimnazjum.

16 stycznia 1945 roku wojska sowieckie zajęły Żyrardów, Niemcy oddali miasto bez jednego wystrzału! Przez główną, przelotową ulicę, przy której mieszkaliśmy, przez 40 godzin jechały sowieckie czołgi, dosłownie jeden za drugim, “zderzak w zderzak”. Pogoda była piękna, ale mróz siarczysty, siedzieliśmy w domu i cały czas paliliśmy w piecyku, aby nie zamarznąć. Dołączyła do nas kuzynka ciotki, a więc było nas razem siedem osób w dwóch malutkich pokoikach, ale ważne że byliśmy razem, co prawda bez wieści o Ojcu, którego z Pawiaka wywieziono do obozu koncentracyjnego nad Bałtykiem, w Stutthofie. Wielkich nadziei na zobaczenie go jeszcze żywego nie mieliśmy.

Wojna się skończyła.

Z archiwum Andrzeja Rejmana

Zawsze można dać nie publikowane wiersze Saliny Baniewiczowej, napisał Andrzej Rejman, gdy nie byliśmy pewni, czy uda mu się coś napisać na czas… Zawsze się jednak udawało, aż do dziś, gdy się nie udało, ale może dlatego, że mu wczoraj odebraliśmy z Tomaszem Fetzkim jego przynależny, pana-Rejmanowy co drugi wtorek… I teraz, tuż przed północą i środą, którą mu w tym tygodniu przeznaczyłam, stwierdzam, że nic mi Andrzej nie przysłał, sięgam więc po tego maila z sierpnia ubiegłego roku i czytam:

zawsze można dać nie publikowane wiersze Baniewiczowej, wiersze są w mojej gestii, maszynopis przekazała  sama autorka mojej babci w latach 60, nikt ich nie publikował, oprócz wybranych kilkunastu – na naszym blogu też było kilka, ale można zawsze kontynuować. Wiersze są może bardzo naiwne, ale są pewnym świadectwem kulturalno-historycznym

… Baniewiczowa (czyli Salina Baniewicz) – pisała do swojego syna Antosia (ps. Wilczyński), który zginął w Powstaniu Warszawskim na Żoliborzu, 29 września 1944 roku. Powstało ponad 70 wierszy, w dużej części trenów, wiele zawierało refleksje na temat powojennej budzącej się do nowego życia, lecz zniewolonej wciąż Ojczyzny –

JUŻ NIEDALEKO

Już niedaleko do końca podróży –
Zostało zaledwie kilkanaście kroków;
A potem spokój – cisza po burzy
I ciemność milcząca, bez cierpień, bez oków.

W ostatnich chwilach wędrówki tułaczej,
Gdy nogi się plączą z wielkiego zmęczenia,
Czuję wyraźnie, lecz jakoś inaczej
Daremnych wysiłków upokorzenia.

Widzę, jak człowiek w trudzie i znoju
Bezwiednie wypacza rolę człowieka
I jak na szczęście trwałego pokoju
Od wieków na próżno cierpliwie czeka

A życie tymczasem jest uciążliwa
Walką bezwzględną, powszechną, stałą,
Z której mocniejszy intrygą złośliwą
Wychodzi pozornie zwycięsko i cało.

Na krzywdzie wyrasta dobrobyt sąsiada;
Zachłanność wypala jego sumienie;
Aż wreszcie niezgoda, zawiść i zdrada
Zniweczą radość, wzbudzą zwątpienie.

W chaosie wielu powikłań tragicznych
Twórcze poczucie piękna ginie;
A wśród szamotań się ustawicznych
I kult dla czynu też się rozpłynie.

Dola biedaka – gorzka, surowa
Szyderstwem, zniewagą boleśnie smaga;
Wynurza się nagle sprzeciw od nowa,
Pod którym drzemie lęk i odwaga.

Nędza i wyzysk, udręka niewoli
Strącają w otchłanie złorzeczeń, załamań;
A niesprawiedliwość sączy powoli
Jad nienawiści, ohydę zakłamań.

Bywa jednakże, że wielkie cierpienie
wspaniałą twórczość czasami rodzi;
Z tęsknoty nieraz powstaje natchnienie,
W rozpaczy talent do szczytu dochodzi.

Sprzeczności niczym nie wytłumaczone
Wiodą do próżni i w próżni toną…
U kresu podróży – myśli zmęczone
Płyną bezładnie w dal nieskończoną…

1953 r.

***

Podczas długich, samotnych wieczorów

Szkoda trawy zdeptanej na łąkach;
szkoda kwiatów, zerwanych w pakach;
szkoda pieśni, skowytem rozdartych
i na grobach – napisów zatartych.

Szkoda modlitw niewysłuchanych;
szkoda wierszy nieprzeczytanych,
w których łkają najświętsze wspomnienia,
które żarzą się męką cierpienia.

Szkoda czynów niedokonanych;
szkoda twarzy nierozpoznanych;
bohaterów żal – bezimiennych,
ich daremnych ukochań – płomiennych.

Szkoda pragnień ze złudzeń odartych;
smutnych oczu, szeroko otwartych,
w niewyraźną dal zapatrzonych,
wizją krwawych walk przerażonych.

Szkoda serc w zniechęceniu ginących;
zwierzeń cichych, szczerych, gorących;
myśli – niedopowiedzianych
i krzywd – niepowetowanych.

Szkoda haseł, gdzieś zagubionych;
marzeń śmiałych, lecz niespełnionych;
prawd – na zagładę skazanych;
obietnic – niedotrzymanych.

Podczas długich, samotnych wieczorów
szkoda w mroku tonących kolorów
i dławionej największej rozpaczy,
której nawet nikt nie zobaczy…

szkoda małych, bezdomnych dzieci,
cennych książek, rzuconych do śmieci..
i tej trawy zdeptanej na łąkach,
i tych kwiatów, zerwanych w pąkach.

Warszawa, 1950 r.

CZY ZNASZ…?

Czy znasz te uderzenie
Wrażej przemocy piekielnej
I poniewieranie, niszczenie,
Idei nieśmiertelnej?

Czy znasz tę pracę podziemną,
Powstania czyn szaleńczy…
I siłę ducha tajemną,
I zapał – ten młodzieńczy?

Czy znasz te ciemne otchłanie
Walki i męstwa bez granic,
O pomoc daremne wołanie,
Ofiary złożone… na nic?

Czy znasz to straszne cierpienie,
Które przenika w głąb serca
I każde szlachetne dążenie –
Paraliżuje, uśmierca?

Czy znasz ten ból dotkliwy,
Gdy wróg nikczemnie gnębi,
I jego śmiech zjadliwy,
Gdy skon twe czoło ziębi?

Czy znasz te życie skrwawione,
Odarte z miłości i złudzeń,
W ojczystą ziemię rzucone
Bez blasków i bez przebudzeń?

Czy znasz ten bunt bezsilny
I to powolne konanie,
Gdy mrok osnuwa mogilny –
Twoje jedyne kochanie…?

Warszawa, 1948 r.

POWINIENEŚ ŻYĆ JESZCZE…

Wszystkie myśli moje, nabrzmiałe rozpaczą,
Synku mój jedyny – w dal ku Tobie płyną,
Wspomnieniami łkają, co nigdy nie miną,
Łzami bólu, buntu i tęsknoty płaczą.

Powinieneś żyć jeszcze, cieszyć się młodością,
Zapachem żółtych liści opadłych, jesiennych,
Co szeleszczą o minionych dniach letnich, promiennych,
Pulsujących rozkoszą, ciepłem i radością.
.
Powinieneś żyć jeszcze… chłopcze mój rodzony.
Lecz miejsca ci zabrakło, chociaż świat jest duży.
Tyś tak kochał piękno, marzył o podróży,
Żeby chłonąć oczami cały kraj zielony.

Powinieneś żyć jeszcze…po krwawych latach znoju
Należą ci przecież błogie szczęścia chwile;
Lecz przetrwałeś wojnę, niebezpieczeństw tyle,
By w ostatnim dniu polec, jak bohater, w boju!

A poszedłeś walczyć uzbrojony w męstwo;
Innej broni nie miałeś…ale młodość, siła..
Siła Twego ducha – przeszkody kruszyła
I zmuszała wierzyć w wyśnione zwycięstwo.

I, jak zwykle, podczas wrażego naporu,
Zmęczony, spragniony, wyczerpany, głodny,
Chwytając w ataku karabin przygodny,-
Broniłeś czci Polaka, Ojczyzny honoru!

Butelką z benzyna – czołgi paliłeś,
W przemoc piekielną rzucałeś się bez lęku;
Ściskając tylko dwa granaty w ręku,-
Od bomb i pocisków – Warszawy broniłeś!

Nierównym, niezwykłym był ten bój uliczny…
A świat się tymczasem przyglądał ciekawie
Tej dziwnej, tej strasznej, upiornej zabawie,
Czekając spokojnie na wynik tragiczny.

W przedostatnim dniu września,
W godzinach porannych
Konało serce twoje na warszawskim bruku,
Wśród morza płomieni, w niemilknącym huku,
Wśród dymu, zgrzytu i salw nieustannych…

I Ciebie, coś braci ginących ratował-
Porzucono samego na pastwę zbrodniarzy,
I nikt się nie schylił do twej twarzy
I krwi, płynącej z ran, nie zatamował.

Syneczku! – niepokój mnie szarpie na nowo,
Bo już się nie dowiem jak bardzo cierpiałeś
W skonania chwili; może próbowałeś
Przesłać mi ciche pożegnalne słowo…?

I teraz, chodząc po smutnych cmentarzach
Każdą mogiłę całuję oczami,
Bo szukam Ciebie i pytam czasami:
Gdzie jesteś Synku – tu, czy na ołtarzach?

27 października 1948 r.