Rozmowy z Konradem: kraina czarów

Ewa Maria Slaska

Co Alicja zobaczyła po drugiej stronie ekranu?

Czatujemy.
Ciekawe, że już się wreszcie przyzwyczaiłam do tego słowa, bo jeszcze niedawno wzdragałam się przed używaniem go, gdyż czatowanie oznaczało przecież siedzenie w kryjówce i czekanie na zwierzynę lub wroga, a nie rozmowę. Podbnie jest zresztą ze słowem tuszowanie, które oznaczało ukrywanie wad, a nie malowanie oczu tuszem. A gumkowania nie było w ogóle
.
Slightly Smiling Face on WhatsApp 2.19.352

Z reguły dobrze nam się podczas tych czatów dochodzi do jakichś wspólnych ustaleń, a czasem nawet  żartów. To sztuka, bo czatowanie wcale nie jest łatwe, a z żartami to już w ogóle nie ma żartów. Piszę więc na czacie do Konrada, że to nawet nieco dziwne, bo jeśli chodzi o żarty, sarkazm i ironię, to są ludzie, z którymi rozumiemy się tylko, jeśli rozmawiamy osobiście, natomiast telefon, maile, smsy i czaty to jedna wielka katastrofa.

Porada mądrego młodego człowieka brzmi:

– Dlatego raczej należy unikać takich rzeczy przy czatowaniu… Lub garściami używać emoji.
Slightly Smiling Face on WhatsApp 2.19.352

Babcia Konrada choruje i czasem, jak czatujemy, stan zdrowia babci pojawia się w postaci krótkiego pytanka.

– Jak się czuje babcia?

– Lepiej!!! Ale jeszcze jest chora.

Pleading Face on Google Android 11.0
Pojawia się ładna emojka, nie znam jej jeszcze, pytam, co znaczy i dowiaduję się, że:

– na pewno ma wiele znaczeń, jak większość… Można jej używać jako “ale słodkie!” Albo jako “mogę? proooszę, zgódź się!”
To taka mina, jaką robimy, widząc słodkiego kotka. Bardzo młode osoby często robią taką minę, jak o coś proszą. Wszystko się zgadza.

Odpowiadam, że to dobrze, że babcia czuje się lepiej i wysyłam taki obrazek:

Sweat Droplets on WhatsApp 2.19.352

– A czemu woda?

– Żeby babcia cały czas dużo jej piła i żeby jej wieszać w pokoju mokre ręczniki. Próbuję zastosować się do Twojej porady, że w czatach trzeba stosować dużo emojek.

Ale głupio się zastosowałam do tej porady, bo oto…

– Aha. Wodnych emojek najczęściej używa się chyba z seksualnym podtekstem. Myślę, że częściej niż do określenia samej wody.

Omg.

– To ciekawe, jak one potrafią przybierać znaczenie, którego autorzy by się nie spodziewali. Tak widzę po internetach.

– Że zacytuję słynnego polskiego filozofa: tak źle i tak niedobrze, wszystko niedobrze (Miałam na myśli Kołakowskiego i jego Klucz niebieski)

Droplet on WhatsApp 2.19.352– Ta emodża oznacza kroplę wody i jest jak najbardziej neutralna wg mnie.

Natomiast ta Sweat Droplets on WhatsApp 2.19.352 często służy do przedstawienia potu lub innych płynów ustrojowych. Myślę że jej użycie nie będzie dziwne, jeśli kontekst będzie jasny. Np. “och, jaki cudny deszcz pada w Bydgoszczy”.
Ale tak bez słów, to ta emodża sama w sobie kojarzy się z seksem, przynajmniej młodemu pokoleniu.

W internecie odpowiedź jest jeszcze wyrazistsza. Te trzy krople potu oznaczają orgazm.

– Oczywiście. Po to wymyślono pismo. Bo obrazki można było różnie interpretować. Ale z drugiej strony… ja już chyba wyrosłam z wieku, w którym kobiety używają seksualnych aluzji i przecież to wiesz. Kobiety, bo pewien rodzaj facetów nigdy z tego wieku nie wyrasta.

– No tak, ale ja po prostu widząc wodę, nie potrafiłem zobaczyć wody. Tak bardzo znaczenie tej emodży jest przez nas młodych wypaczone. Przez ludzi poniżej czterdziestki albo trzydziestki, tak myślę.

– Cały czas nie mogę się otrząsnąć z wrażenia, że krople wody to podteksty seksualne. Już nawet pomijam fakt, że były to moje emojki w sprawie twojej babci, czyli no way. Ale te krople są śliczne i ja ich czasem używałam, no i… co teraz? Więcej nie będę, jasne, ale po pierwsze żal, a po drugie, ciekawe, komu to wysłałam i czy ten ktoś to odczytał tak czy owak?

Slightly Frowning Face on WhatsApp 2.19.352– O nie, ale narobiłem. Przepraszam. Nie, nie sądzę żeby ktoś to źle odebrał. Jeśli kontekst jest jasny, to nie ma problemu. Nadal używa sie tej emoji do normalnych zastosowań. Sprawdziłem w sieci, jak używają jej ludzie (na Twitterze) i faktycznie chyba większość miała podtekst, ale niemało też było właśnie np. o deszczu.

– No, miejmy nadzieję

– Nie martw się, Ewo. Slightly Frowning Face on WhatsApp 2.19.352

Dobrze, przeleciałam ostatnie kontakty na WhatsAppie. Niedawno użyłam tej ikonki w czacie z koleżanką nt rachunku za wodę. Uffg

Bardzo często rozmawiając z Konradem, który jest młodszy ode mnie o 51 lat, czuję się jak Alicja w Krainie Czarów. W świecie, w którym mieszka on, jego koleżanki i jego koledzy, aż się roi od dziwnych zjawisk. Pisałam tu już kiedyś o haulu (to informacje o dokonanych zakupach), o włosingu (pielęgnacja włosów), o stylingu i szafiarkach; to chyba był jedyny termin, który znaliśmy oboje, on i ja – znałam go, bo kiedyś Kasia Tusk udzielała porad, jak stylizować swoje outfity, miała miliony tzw. followersów, a interesowała nas, bo była córką Tuska, oczywiście.

Reszta tego młodego internetowego świata jest dla nas niepojęta. Przyzwyczailiśmy się już do tego, że istnieją emoji (emodże, emotki, a ja sama najbardziej lubię wymyślone przeze mnie słowo – emojki), używamy dość swobodnie 🙂 i :-(, niektórzy z nas potrafią jeszcze wyprodukować ;-), „ale to by było na tyle”.

Slightly Smiling Face on WhatsApp 2.19.352Slightly Frowning Face on WhatsApp 2.19.352Winking Face on Facebook 4.0

To był kiedyś, wieki temu, podstawowy repertuar emojek. Kiedy się one tak nagle rozmnożyły? Czy mój ulubiony pingwinek, którego nawet sama umiem zbudować, to już emojka, czy jeszcze stary poczciwy gif w jakiejś nowej odmianie? Uwaga, pingwinek świetnie buduje się na facebooku, natomiast w WhatsAppie nie. <(”)
Penguin on Samsung One UI 2.5

Zasugerowawszy się, że nieostrożne używanie emojek może przekazać whatsappowemu bądź facebookowemu rozmówcy wcale niechciane przez nas emocje, ba, niedwuznaczne propozycje, postanowiłam się jednak trochę douczyć na własną rękę. Weszłam na stronę pt. Czy wiesz co znaczą te emojki? Chodziło o bezpośredni bądź zawoalowany podtekst seksualny. Poległam na wszystkich pytaniach, tak jest, na wszystkich :-). Dopiero na ostatnie pytanie pytanie udało mi się udzielić prawidłowej odpowiedzi („tak, zróbmy to doggy style”), ale nie dlatego, że coś wiem, tylko, że już zrozumiałam, jakie intencje miała osoba układająca quiz i wiedziałam, którą z proponowanych odpowiedzi wybrać.
Dog Face on WhatsApp 2.19.352Smiling Face with Sunglasses on Google Android 11.0

A więc seks w Alicji w Krainie Czarów. Nie kłóci się. To książka pełna seksu. Ta szalona królowa i kichająca kucharka, posypującą pieprzem dziecko-prosiaka. W pojęciu wielu pokoleń ta scena pełna była seksualnych aluzji (wywołanych świadomie przez autora) i skojarzeń (czyli nie zaplanowanych przez autora). Zresztą cała ta książka, choć niewątpliwie mnóstwo z zaludniających ją istot przeniosło się na stałe do naszej zbiorowej wyobraźni, wywołuje jedno wielkie nieprzyjemne skojarzenie seksualne, przypominając, że faceci bardzo lubili w przeszłości, i lubiliby teraz i w przyszłości legalnie żenić się z dwunastolatkami.

Bo to przecież jeszcze całkiem niedawno było jak najbardziej legalne, a parę setek kilometrów od Europy nadal jest legalne.

Przepisy prawa kanonicznego w średniowieczu określały wiek zawierania małżeństw na 12 lat dla dziewczynek i 14 lat dla chłopców. Prawna zgoda na taki związek małżeński utrzymała się we Francji do rewolucji (1789 rok), kiedy te granice zmieniono na 13 i 15, by za czasów Napoleona podnieść wiek zdolności małżeńskiej na 15 lat dla dziewcząt i 18 dla chłopców. Od połowy XIX wieku wiek dziewczyny został jeszcze podniesiony o rok i taka norma (16 / 18) utrzymała się aż do XX wieku. W okresie napoleońskim przepisy francuskie zaczęły powoli obowiązywać w całej Europie i na świecie, jeśli podlegał on wpływom europejskim. Czyli 200 lat temu małżeństwo z dwunastolatką było absolutnie normalne, nawet jeśli, co wykazują statystyki, dość rzadkie.

Rodzina Kapulettich wydaje Julię za mąż, gdy ta kończy lat 14. Kandydat na męża, piękny hrabia Parys, ma pewnie lat 30, a więc dla Julii to dwa razy starszy od niej starzec.

Gdy pracowałam jako opiekunka uchodźców zetknęłam się kiedyś z 15-letnią dziewczyną, która miała już troje dzieci – starszą, trzyletnią dziewczynkę i dwóch chłopców bliźniaków, którzy mieli roczek.

A Księżna Marta Bibesco (ur. w 1890 r.), autorka książki Na balu z Proustem, żona rumuńskiego dyplomaty, która spędziła wiele lat w Paryżu, pisała po francusku i wydała kilka książek, przeważnie opartych na wspomnieniach ze swego życia (była sławną rumuńsko-francuską pisarką, ikoną mody i polityczką), urodziła córkę w roku 1903, czyli mając lat 13 i, jak sama napisała, we Francji było to zdrożnością. “Nawet chłopki we Francji rodziły dzieci później, niż ja urodziłam moją córkę”.

Cat on Samsung One UI 2.5Smiling Cat with Heart-Eyes on Facebook 4.0Grinning Cat on Samsung One UI 2.5Penguin on Samsung One UI 2.5Owl on Facebook 4.0
Od czasu przygody z kroplami potu wróciłam do dawnego przyzwyczajenia, żeby bardzo powściągliwie używać emodżi. Do trzech klasycznych buziek i pingwinka, dodałam jeszcze sowę na dobranoc, kota, uśmiechnięty pyszczek kotka i kotka z oczami w kształcie serca, ale jak ognia wystrzegałam się wszelkich aluzji do wody. Zdziwiło mnie więc, jak nagle Konrad użył ikonki roześmianej gęby z kroplą potu na czole.

Grinning Face with Sweat on WhatsApp 2.19.352 – Czy domyślasz się, co to znaczy?, zapytał.

Nie odpowiedziałam, bo i co mogłam odpowiedzieć, że może ta emojka znaczy, iż śmiejemy się tak, bo seks był dobry i się spociliśmy? A tu tymczasem…

– My używamy tego w znaczeniu: zakłopotanie lub lekkie zawstydzenie. W żartobliwym sensie często. Ta kropla oznacza pot na czole.

– Jesteście w pocie czoła zawstydzeni? Biją na Was siódme poty z zażenowania? Czy to przesada, która tak naprawdę pozwala wcale a wcale się nie wstydzić?

– Och. Fajnie to napisałaś. To przesada, która dzięki przesadzie pozwala się nie wstydzić. Tak to odbieram. Ale wydaje mi się, że to pochodzi z anime. Anime ma specyficzne sposoby zaznaczania emocji bohaterów. Jedną z nich jest właśnie kropla na czole. Ale ta kropla nie spływa, tylko tak wisi jak w tej emotce. Jako znak kropli, nie sama kropla. To ciekawe. Ktoś o tym pisał. Najpierw jest rzecz, potem symbol, który ją oznacza. A potem symbol odnosi się do koncepcji, ale już nie symbolu. Nie umiem tego opisać właściwie.

– Czy emojki są pochodną anime?

– Emoji powstały w Japonii. Więc bardzo możliwe, że inspirowały się anime. Czy mangą.

– I nadal są japońskie, czy już się uniezależniły?

– O mam, książka “Simulacra and Simulation” delineates the sign-order into four stages:

The first stage is a faithful image/copy, where we believe, and it may even be correct, that a sign is a “reflection of a profound reality” (pg 6), this is a good appearance, in what Baudrillard called “the sacramental order”.

The second stage is perversion of reality, this is where we come to believe the sign to be an unfaithful copy, which “masks and denatures” reality as an “evil appearance—it is of the order of maleficence”. Here, signs and images do not faithfully reveal reality to us, but can hint at the existence of an obscure reality which the sign itself is incapable of encapsulating.


The third stage masks the absence of a profound reality, where the sign pretends to be a faithful copy, but it is a copy with no original. Signs and images claim to represent something real, but no representation is taking place and arbitrary images are merely suggested as things which they have no relationship to. Baudrillard calls this the “order of sorcery”, a regime of semantic algebra where all human meaning is conjured artificially to appear as a reference to the (increasingly) hermetic truth.


The fourth stage is pure simulacrum, in which the simulacrum has no relationship to any reality whatsoever. Here, signs merely reflect other signs and any claim to reality on the part of images or signs is only of the order of other such claims. This is a regime of total equivalency, where cultural products need no longer even pretend to be real in a naïve sense, because the experiences of consumers’ lives are so predominantly artificial that even claims to reality are expected to be phrased in artificial, “hyperreal” terms. Any naïve pretension to reality as such is perceived as bereft of critical self-awareness, and thus as oversentimental.

Kiedyś emoji należały do jednej firmy, pewnego operatora komórek w Japonii. Wtedy powstała nazwa “emoji”. Ale te emoji, których my używamy, są ustalane przez Unicode, czyli tę samą organizację, która odpowiada za standaryzację innych znaków używanych na komputerze i sprawia, że między różnymi urządzeniami znak “=” jest rozumiany jako “=”. Ten znak ma numer przypisany przez Unicode i dzięki temu można go przesłać z Windowsa na Maca. Tak więc te nasze emoji to nie są oryginalne japońskie ikonki. Musieliśmy je stworzyć na nowo. Bo tamte należały do prywatnej firmy. Ale ona pierwsza (lub jako jedna z pierwszych) wymyśliła, że emotki mogą być kolorowymi grafikami, a nie tylko czymś takim : ).

PS 1.

Wszystkie wpisy w tym tygodniu pozostają pod znakiem coronawirusa, sprawdzam więc, czy są emojki o koronie. Oczywiście są: masa.

Spread of the Coronavirus Emoji

PS 2. Gdy już napisałam ten wpis, Konrad przysłał informację:

– Uwielbiam emojki na Skypie. Są po prostu najcudowniejsze. Słodkie, fajne, animowane.

Nie używam, nie będę więc o nich pisać, ale rzeczywiście są słodkie, fajne, animowane. Zobaczcie. Ale nie otwierajcie jakichś animowanych emojek na FB, bo to podobno jakieś zaraźliwe badziewie. Noście maski, wietrzcie mieszkania, bądźcie zdrowi.

Z wolnej stopy 17

Zbigniew Milewicz

Z Waldkiem Nowakowskim o życiu, malarstwie i innych zajęciach…

Powiedzmy, że nasza rozmowa toczyła się tak:
– Co robi marynarz pod Alpami?
– Za pozwoleniem, drugi oficer
– W porządku, ale dalej nie wiem.
– Czasami prądy morskie zanoszą łajbę w różne, dziwne miejsca. Najpierw był Londyn, dopiero później Monachium.
– Zapomniałeś o wojnie z 1982 roku na Południowym Atlantyku. O ile pamiętam, zszedłeś z kolegą z macierzystego statku na Falklandach i zaciągnąłeś się do brytyjskiej armii, żeby walczyć z Argentyną, wiem to z Twoich opowieści.
– Nie zapomniałem, tylko po co wracać do tamtego czasu? Zeszliśmy ze statku, bo został wprowadzony stan wojenny w Polsce i nikt nie wiedział, co nas czeka po powrocie do kraju, a że wtedy akurat junta wojskowa w Argentynie postanowiła odebrać Anglii wyspy Malwiny, to poszliśmy na wojenkę. W sumie było nas kilkunastu Polaków, którzy zeszli ze statków rybackich i po krótkim przeszkoleniu bojowym zostali wcieleni do desantu powietrznego. Brytyjska armia potrzebowała najemników, rdzenni Angole nie palili się do tego, żeby nadstawiać głowy za jakieś ich dalekie kolonie. Na szczęście wszystko trwało zaledwie kilka miesięcy, junta przegrała.
– I przyleciałeś do Anglii w glorii zwycięzcy…
– O tak, oczywiście! Wypuszczono nas Polaków z samolotu na samym końcu, cichcem, jak skończyło się oficjalne powitanie brytyjskich bohaterów i rozeszła się orkiestra oraz fotoreporterzy.
– Za to w Londynie poznałeś Ulkę, swoją przyszłą żonę. Jak wyglądały oświadczyny?
– Poznaliśmy się w niemieckiej ambasadzie. Nie miałem ochoty zostać w Anglii, w Niemczech mieszkała już moja mama i postanowiłem do niej dołączyć, a więc potrzebowałem wizy. Ulka też, jechała na polską pielgrzymkę na kontynent, m.in. do Niemiec, była z koleżanką i od razu wpadła mi w oko. Zaprosiłem dziewczyny na piwo do pubu i kiedy z niego wychodziliśmy, powiedziałem Ulce: Ty to będziesz moją żoną… Spojrzała wtedy na mnie, jak bym z księżyca spadł, a jednak się spełniło.
– A więc nie było żadnego romantycznego lotu balonem, kolacji przy świecach, nawet bukietu kwiatów…
– Romantycznie często było później, ale kobieta musi wiedzieć, że ma do czynienia z mężczyzną, któremu na niej zależy i wszelkie ceregiele są tutaj zbędne. Powtórzyłem bezwiednie numer mojego dziadka Grzegorza, który w latach międzywojennych pomagał w Gdyni wsiąść do pociągu z bagażami pewnej pięknej nieznajomej i powiedział: Pani to będzie moją żoną. To była moja przyszła babcia Leokadia.
– Dziadek sformułował to bardziej elegancko.
– Czasy były mniej chamskie.
– W Monachium robiłeś zawodowo różne rzeczy. Byłeś między innymi dozorcą, kurierem, pracownikiem banku, przedsiębiorcą samochodowym. Nie myślałeś nigdy o tym, żeby żyć z malowania obrazów?
– Myśleć można, ale malarstwo to jest tylko moja życiowa pasja, nie poparta żadnymi studiami. Staram się doskonalić to, co robię, jednak zawodowym artystą nie jestem.
– Kiedy namalowałeś swój pierwszy obraz?
– Jako kilkunastoletni chłopak. Kochałem czytać książki Stanisława Lema i w jednej z nich, opisującej wyprawę na Andromedę, zachwyciłem się rosnącymi tam kwiatami. Tak mi one nie dawały spokoju, że zacząłem je malować. Skończyłem jeden obraz, zabrałem się za następny i kolejny; zaniosłem je w Sopocie do Złotego Ula, modnej kawiarni przy głównym deptaku, tam je wystawiono i później wszystkie sprzedano. Wyobrażasz sobie, jaki byłem z tego powodu dumny…
– My poznaliśmy się osobiście, jak zakładałeś harcerstwo przy Polskiej Misji Katolickiej w Monachium, tylko nie pamiętam kiedy to było dokładnie.
– Zaraz ci powiem, to było w 1991 roku, na spotkaniu rodziców dzieci, którzy mieli mi je powierzyć. Nie wiedziałem wtedy jeszcze, jaką odpowiedzialność biorę na siebie.
– Miałeś do pomocy Sławka, swojego najstarszego syna, Ankę Ratajczak, Violettę, świetnych drużynowych, którzy dobrze radzili sobie z tym trochę rozpuszczonym na początku towarzystwem.
– Fakt, ale mimo wszystko sporo ryzykowałem. Przecież, gdyby któremuś z tych dzieciaków coś się stało na biwaku, albo obozie, nie wyszedłbym z mamra.
– Wyjazdy były jednak udane i dobrze zorganizowane, zwiedziliście trochę ciekawych miejsc w Polsce, próbowałeś nauczyć swoich podkomendnych dyscypliny; w sumie lubili Cię i szanowali, jako komendanta, choć do książkowego wzoru harcerskich cnót miałeś trochę daleko…
– Przepraszam, już nie palę, a że dla “zdrowotności” lubię czasami wypić kieliszek dobrej śliwowicy, to też nie powinno nikogo gorszyć. Przed harcerzami w każdym razie nigdy tych swoich słabostek nie eksponowałem.
– Szkoda, że po jedenastu latach Szczep „Białe Orły“ przestał istnieć.
– Cóż, dzieciaki wyrosły, poszły swoją drogą. Dla nowego narybku zabrakło kadrowych, zachorował mi poważnie Sławek, do tego zacząłem mieć problemy z własną firmą, nazbierało się powodów, żeby zakończyć ten temat.
– Niektórzy twoi starzy kumple nazywają Cię „Szabla“. Skąd ta ksywa?
– Na czternastej rocznicy ślubu, kiedy mieszkaliśmy z Ulką i dziećmi nad Lerchenauersee, jeden z gości, który miał już dobrze w czubie, zachował się mocno nieelegancko wobec pań na przyjęciu. Krew mi uderzyła do głowy, porwałem ze ściany szablę, przyłożyłem mu szpic do gardła i dałem trzy sekundy czasu, żeby się wyniósł z mieszkania. Wyrwał przez okno, momentalnie, mieszkaliśmy na parterze. Nawiasem mówiąc drań przyszedł nieproszony. Stąd “szabla”.
– Skąd ją masz?
– To stara, rodzinna pamiątka, pamięta jeszcze tureckie łby pod Wiedniem.
– Wróćmy do Twojego malarstwa; w ostatnią sobotę odbył się Twój pierwszy w życiu wernisaż. Adres jest bardzo dobry, Blumenstrasse 11, to niedaleko monachijskiego Viktualienmarktu*, ale jesteś 70-letnim emerytem, czy nie za późno na publiczny, artystyczny debiut?
– Lepiej późno niż później, poza tym młodość mi towarzyszy. Eryk, mój syn, jest współgospodarzem wernisażu i jego prace są zupełnie inne niż moje. Ja lubię malarstwo krajobrazowe, on abstrakcyjne. Malował również Sławek świętej pamięci, a specjalizował się w portretach. Tylko najmłodsza córuś, Magda, nie oddziedziczyła jakoś pociągu do sztalug.
– Pamiętasz jeszcze artystę Tadzia Świniarskiego, który przez pewien czas dorabiał w twojej firmie za kółkiem? Poleciłem Ci go.
– Oczywiście, w ostatnich latach osłabił nam się kontakt, ale kiedy jeszcze mieszkał pod Monachium, udzielił mi wielu cennych rad co do malowania, pokierował trochę moim rozwojem. To jest znakomity, profesjonalny malarz, z tego co wiem, mieszka na wsi, na Dolnym Śląsku i tam tworzy.
– Oczekuję więc, że sprzedasz mi ten swój żaglowiec, który mi się tak podoba, z solidnym rabatem…
– Pomyślimy.
– To był oczywiście tylko żart, ale powiedz mi na koniec, czy te Twoje nieustanne powroty do morskiej tematyki to rodzaj starej choroby zawodowej?
– Poniekąd tak, trochę życia spędziłem na statku. Poza tym urodziłem się i wychowałem sto metrów od morza w Sopocie, w kamienicy dziadka przy ulicy Kordeckiego 14. Kiedy wychodziłem na balkon, to wydawało mi się, że stoję w morzu.


Wystawę będzie można obejrzeć jeszcze 23 i 30 października b.r.,
w godzinach od 18.00 do 22.00.

Górne zdjęcie – autor, dwa dolne – syn, reszta – ojciec.

Osteuropa-Tage 2020 Übersetzerworkshop

Die Osteuropa-Tage Berlin 2019/2020 werden seit 2019 von der Berliner Senatsverwaltung für Kultur und Europa gefördert. Beim Festival stehen Künstler*innen, Autor*innen und Aktivist*innen im Mittelpunkt, die wegen ihrer pro-demokratischen und pro-feministischen Ansichten in ihren Herkunftsländern oft auf Kritik stoßen. In Berlin kommen Protagonist*innen aus Polen, Bulgarien, Tschechien und Russland in einem Polylog zusammen, um die Kooperation und Entwicklung gemeinsamer Methoden zu fördern, mit denen Feminismus & Demokratie den Mittelpunkt dieser Gesellschaften (wieder) erreichen.

Das Programm richtet sich an Interessierte an der Kultur der vier mittel-/osteuropäischen Länder, aber auch an diejenigen, die offen sind, zum ersten Mal damit in Berührung zu kommen.

Alle Veranstaltungen finden online statt.

Übersetzungsworkshop “Voices to be heard”

Wann:  24 und 25. Oktober, 10-16 Uhr (CET)
Wo: online, Anmelden via Eventbrite
Preis: kostenlos

Quo vadis, Osteuropa?

Polnische Städte erklären sich zu LGBTQ-freien Zonen, in Bulgarien protestieren Menschen gegen die Ratifizierung der sog. “Istanbul-Konvention” zur Bekämpfung von Gewalt gegen Frauen, die russische Regierung beschließt die Errichtung eines eigenen Internets unter kompletter Staatskontrolle… Solche Geschichten dominieren die deutsche Nachrichtenlandschaft in Bezug auf osteuropäische Länder. Wie ist es eigentlich, alles das “live” als Teil einer dieser Gesellschaften zu erleben? Unsere Autor*innen berichten. Sie schildern Kontexte, Zusammenhänge und Umstände für ihre Landesleute, so wie wir sie hier selten erleben können. Genau das wollen wir bei diesem Übersetzungsworkshop ermöglichen.

Zwei Tage lang werden wir in kleinen Gruppen publizistische Texte zu den aktuellen gesellschaftlichen Themen aus Polen, Bulgarien, Tschechien und Russland ins Deutsche übersetzen, um ihren Botschaften eine (weitere) Stimme in Deutschland zu geben. Die Gruppen werden von erfahrenen Übersetzer*innen geleitet, die die Teilnehmer*innen bei der Arbeit an den Texten unterstützen.

Es werden Texte von Monika Tichy (Polen, Vorstandsmitglied beim Stettiner LGBTQ+ Verein Lambda Szczecin), Nadezhda Dermendjieva (Bulgarien, Geschäftsführerin des Bulgarian Fund for Women), Jiří Přibáň (Tschechien, Juraprofessor an der Universität Cardiff) und Alexey Kovalev, Anna Vilisova & Ilya Schevelev (Russland, Investigativ-Ressort des unabhängigen Nachrichtenportals Meduza) übersetzt.

Alle Übersetzungen werden im Anschluss am Workshop lektoriert und voraussichtlich Ende 2020 veröffentlicht.

Du kannst dich für diese Veranstaltung auf Eventbrite registrieren.

***Der Zoom-Link zur Online-Veranstaltung wird innerhalb einer Woche vor dem Event an alle Teilnehmer*innen per Mail zugeschickt.***


So viel findet sich auf der offizieller Seite der OET. Ich werde hier noch meine Bemerkungen zufügen. Mindestens zwei Themen sind für mich persönlich interessant: die Werkstatt und Monika Tichy, Autorin aus Stettin.

Die Werkstatt haben wir uns vor 20 Jahren ausgedacht. 1994 gründeten wir den WIR e.V., Verein zur Förderung der Deutsch-Polnischen Literatur. Primärer Zweck des Vereins war es, Bücher herauszugeben. Inzwischen und danach gab es ganz viele andere Tätigkeiten, Lesungen, Performances, Festivals. Irgendwan junge Autoren, die mit WIR zusammen gearbeitet hatten, kamen zu den Vorstand mit der Frage, ob wir bereit wären, für junge Dichter aus Deutschland und Polen, einen Übersetzer-Werkstatt zu organisieren, um danach ein Buch mit deren Texten in beider Sprachen herauszugeben. Wir sagten zu, ohne zu wissen worauf wir uns ranlassen. Es gab insgesamt sechs wunderbare Workshops, mehrere Veranstaltungen, eine gemeinsame Fahrt auf der Oder und am Ende drei Bücher. Ca. 100 junge Dichter*Innen nahmen an all diesen Events teil. Manche sind danach sehr erfolgreich geworden und wir sind stolz, dass sie, als noch unbekannt, bei uns waren. Michał Witkowski, Alexander Gumz, Daniela Seel, Radek Wiśniewski, Janusz Gabryel, Łukasz Kaniewski sind inzwischen feste Bestandteile der Literaturszene in beiden Ländern.

Alexander Gumz, Jan Kettner und Jacek Slaski (die Gruppe nannte sich Arte Nova), die Initiatoren der Workshops, haben intuitiv eine wunderbare Methode ausgearbeitet, wie man an die Texten rangehen soll. Man wollte keine von oben herab vorbereitete Übersetzungen, die sehr oft die Themen, Worte, Ideen verfehlten. Die Übersetzungen sollten in einer gemeinsamer Arbeit der polnischen und deutschen Autoren entstehen. Jede(r) sollte mit jeder/m über seine / ihre Texte reden können, Ratschläge bei anderen suchen, immer wieder neu ausprobieren. Fachübersetzer sollten nur im Ernstfall eingreifen, meistens hielten sie sich am Rande der Workshops und dienten nur als Berater.
Junge Menschen bereiteten nicht nur Texte und Abschlußveranstaltungen vor, aber redigierten auch ihre eigene WIR-Bücher.

Irgendwann ging die Idee vom Autoren-Workshop in die Welt. Vor ein paar Jahren brachte ich sie in die Osteuropa-Tage und seitdem freue ich mich immer, dass sie sich so konsequent und erfolgreich entwickelt :-).

Bei der ersten Werkstatt, 2017, war mit uns noch Joanna Trümner, die in der Gruppe, die mit den Gedichten von Marek Maj, eines Dichters aus Stettin gearbeitet hat, mitübersetzte. In letztem Jahr wollte sie wieder dabei sein, als (Vor)Übersetzerin eines Texts von Frau Prof. Inga Iwasiów und eine Gruppenleiterin, aber die Krankheit war schon schneller als sie. In diesem Jahr weilt sie nicht mehr unter uns.

***

Monika Tichy traf ich schon ein paar Mal, einmal in Februar 2020, als wir, Berliner vor dem Polnischen Institut gegen Anti-LGBT-Politik der polnischen Regierung protestierten und Monika eine fantastische, sehr persönliche Rede hielt. Sie war auch vor einem Monat bei einem Protestmarsch aus Słubice nach Frankfurt / Oder, an dem ca. 1000 Deutsche und Polen teilnahmen (ich berichtete HIER). Ela Kargol und ich diskutierten HIER über einen Mural in Stettin, dessen Initiatorin Monika war. Ich finde, sie ist eine wunderbare Frau und ich werde gern erfahren, was sie schreibt und was hier übersetzt wird. Das aber erfahren wir erst am Tag des Workshops bei dem Workshop oder (hier) ein paar Tage später 🙂

Nach Marienfelde

Wanderung in der Zeiten der Seuche. Muss man sehr nah Wandern. Berliner Umgebung habe schon längst Entscheidung getrofen, man wünscht sich uns, die Berliner überhaupt nicht. Dan kam gestern weitere harte Corona Entscheidung, Leute die aus fünf polnische Voivodschaften nach Berlin kommen, werden in die Quarantäne geschickt. Darunter ist auch Danzig, Hart, hart, hart geht die Corona an uns zurück.

Text: Christine Ziegler, Fotos: Martin Cames

Ein neues Kapitel aus der Geschichte: Da war ich ja noch nie!

Die Pandemie hat genügend Schattenseiten, die sind auch des längeren beklagt und nicht so leicht auszuhalten. Desto wichtiger ist es, auch den Gewinn sich vor Augen zu führen. Seit März sind Martin und ich unterwegs im eigenen Kiez und darüber hinaus und probieren neue Wege aus. Nur ein Schritt zur Seite und schon öffnet sich eine unbekannte Welt. Wie verblüffend das immer wieder ist!

Nun sind wir aufgrund eines freundschaftlichen Tipps bis Marienfelde gefahren, das war mit hinreichender Sicherheit ein Ort, an dem wir Beide noch niemals waren. Anlass ist das 800 jährige Bestehen des Ortes.

Das wurde natürlich angemessen gefeiert und in diesem Zusammenhang hat das Künstlerduo Maria Vill und David Mannstein mit haushohen Fotos an wichtige Stationen und Personen der Marienfelder Geschichte herausgehoben.

Was haben wir gefunden?

Gleich zu Beginn stoßen wir auf eine freundliche Parole: Die Barmherzigkeit erhebt sich über das Gericht. Wo sind wir gelandet? Wir stehen in der Beyrodtstraße 4 vor der Kirche St. Alfons.

Was hat es damit auf sich? Wir lernen aus dem Begleittext: Der Heilige Alfons war bereits mit 16 Jahren promovierter Jurist. Weil er der Gerechtigkeit noch stärker dienen wollte, studierte er zusätzlich Theologie. Als Seelsorger widmete er sich den Ärmsten, als Theologe entwickelte er eine auf der göttlichen Barmherzigkeit gegründete Moraltheologie, die noch heute aktuell ist.

Da hab ich mich schon gewundert, dass jemand mit 16 Jahren promovierter Jurist sein kann, doch da reden wir auch vom 18 Jahrhundert.

Weiter gings und wir standen gleich darauf an der Marienfelder Allee 6 vor einem Haus, an das nichtwenige unserer Mitberliner:innen eine wahrscheinlich bittersüße Erinnerung haben werden. Marienfelde im geteilten Berlin: Eine Familie ist aus der DDR geflohen und findet Unterkunft im Notaufnahmelager. Das Bild erinnert uns, dass es eine Zeit gab, in der auch Deutsche Flüchtlinge waren – und schafft eine Nähe zu den geflüchteten Menschen, die heute hier aufgenommen sind.

Wir Frühaufsteher:innen waren noch vor der Öffnungszeit angekommen und so ging es gleich weiter zur Kaiserallee 33.

Das alte Preußen lässt grüßen. Aber was ist die Profession der Herren? Das Fahrrad bringt mich auf die richtige Spur, es sind die Männer von der Poststelle. Das Gebäude befindet sich gegenüber vom früheren Kaiserlichen Postamt, Kaiserallee 32. Die Postbeamten aus der Kaiserzeit waren so, wie sie hier stehen, 1905 in einem Gruppenportrait vor dem Postamt positioniert. Wäre es noch da, würden die Beamten von hier aus ihre Post betrachten.

Ok, statt des sicher stattlichen Postamts steht da ein eher unansehnlicher Zweckbau aus den 1970er Jahren und wir machen uns schnell wieder auf, um ein paar Meter weiter auf die Bibliothek zu treffen.

Das Mädchen scheint zu träumen. Es symbolisiert den Zustand der Ruhe, den wir brauchen, um uns von der Muse küssen zu lassen – in Form von Literatur, Musik, Kunst. Erst wenn man die Rückseite des Gebäudes betrachtet, sieht man eine fliegende Eule, Symbol der Weisheit und Tiefgründigkeit. Dem Nachtvogel haftet etwas nicht Greifbares an, so wie es auch in der Literatur immer einen unbegreiflichen „Rest“ gibt.

Von der Marienfelder Allee 107 geht es weiter zu einem Bild, das auch das Fliegen zum Thema hat. Hier hat leider der Zahn der Zeit schon am Motiv genagt.

Über das Motiv am Haus an der Budesstraße 101, am südlichen Einfallstor nach Berlin: Durch den nahen Flughafen ist hier nicht nur der Straßen-, sondern auch der Flugverkehr sehr lebendig.
Das Bild stellt unseren gewohnten Fortbewegungsmöglichkeiten auf humorvolle Weise klimafreundliche Alternativen zur Seite. Wie die Leute das wohl so finden, dass der Flugverkehr sehr lebendig ist? Schade um den Kranich, von dem nur noch der Kopf zu ahnen ist.
Also schnell weiter zu diesen zwei ehrwürdigen Personen. Wir sind ganz ratlos, wer das sein könnte.

Und lernen: Das Ehepaar Adolf und Emilie Kiepert prägte Marienfelde wie kaum jemand anderes. Adolf Kiepert erwarb das Rittergut Marienfelde 1844, baute einen landwirtschaftlichen Musterbetrieb auf und schaffte Erwerbsmöglichkeiten für viele Menschen. Er engagierte sich
vorbildlich für das Gemeinwohl in Marienfelde. Wir finden Adolf und Emilie am Gutshof klebend und alles gehört heute zum Bundesinstitut für Risikobewertung.

So langsam kriegen wir Hunger, doch noch sind nicht alle Stationen gesehen und Vollständigkeit ist
schließlich angestrebt. So finden wir den Weg zur Alten Feuerwache, Al ‐Marienfelde 36.

Das Bild finde ich wunderbar skurril.

Das helle Feuer oben, was mir der Turm der Feuerwache suggeriert ist in Wirklichkeit ein Koi und die Menschen der Räuberleiter findet ihn oben statt unten im Wasser. Was schreiben uns die Künstler:innen?
Ein Motiv mit hohem symbolischem Charakter: Die Räuberleiter steht als Bild für das Zusammenspiel im Sport. Wie so oft im Leben sind es nicht zuletzt soziale Kompetenzen wie Teamgeist und Zuverlässigkeit, die auch Ziele erreichbar machen, die alleine unerreichbar sind.

Ein Schluck Tee zum Aufwärmen, die Augen schon auf dem Weg nach nettem Unterschlupf fahndend, doch noch sind zwei Stationen zu finden:

Herrn Jacobsohn fehlt schon der Kopf, auch da hat das Wetter schon einen Teil der Kunst geraubt. Wenn es nur das Wetter wäre, an diesem Ort wurde schon ganz anderes geraubt: Das Bild zeigt einen durch einen Riss in der Fassade verschwindenden Arzt. Es symbolisiert den Riss im Leben Moritz Jacobsohns, der hier sein Zuhause und seinen Wirkungskreis hatte. Er war in Marienfelde verwurzelt und hoch angesehen. Mittellose Patient_innen behandelte er stets kostenlos, und er und seine Frau unterstützten Hilfesuchende, wo immer sie konnten. Wegen seiner jüdischen Herkunft waren er und seine Familie 1938 zur Flucht in die USA gezwungen.

Noch einmal am Weiher vorbei durch eine kleine Grünanlage stehen wir vor einer Schule. Doch da ist noch mehr zu entdecken. Szenen aus dem Klosterleben: Das Kloster Vom Guten Hirten nahm viele Mädchen und junge Frauen auf, die Opfer von Armut, Kriminalität, Prostitution oder Obdachlosigkeit waren. Durch Fürsorge, Schule und Ausbildung wurden sie auf einen Neuanfang im Leben vorbereitet.

Was ich erst aus begleitendem Material erfahre: Die schwarz gekleidete Schwester macht grad Sport. Turnmutter Hildegard statt Turnvater Jahn?

Heute ist hier noch immer eine Schule.

Es lohnt sich auf jeden Fall, diesen Pfad nachzugehen, wir hoffen, dass die Bilder noch eine Weile erhalten bleiben.

Noch einen Grund haben wir, euch vorzuschlagen, den Weg nach Marienfelde zu suchen. Unsere Rast haben wir bei „Erna und Else“ gehalten, dem Café vom Bauernhof Lehmann. Köstlicher Pflaumenkuchen, das wissen wir schon. Alle anderen Sorten müssen noch probiert werden! Sahen aber schon mal gut aus. Das alles gegenüber der alten Dorfkirche.

https://www.berlin.de/ba‐tempelhof‐schoeneberg/ueber‐den‐bezirk/veranstaltungen/800‐jahre‐ marienfelde/artikel.965959.php

https://www.berlin.de/ba‐tempelhof‐schoeneberg/ueber‐den‐bezirk/ortsteile/marienfelde/

ExpoMetro – uwaga, tylko do 19 października!

Dziś, jutro i pojutrze trzy propozycje, co robić, gdy znowu wisi nad nami Covid-19

Krystyna Koziewicz

Niezwykła galeria w berlińskim metrze – ExpoMetro

Życie kulturalne w czasach pandemii wymaga poszukiwań nowych form aktywności, które ostatnimi czasy przeniosły się do sieci lub w miejsca w przestrzeni publicznej. Coraz częściej proponuje się nam również obcowanie ze sztuką w metrze, co pozwala nam, podróżnym choć na chwilę oderwać się od szarej rzeczywistości i krzątaniny dnia codziennego. Stacja metra na Kreuzbegu – Mehringdamm już nieraz zaskoczyła podróżujących tą trasą znakomitą galerię zdjęć do filmu Minionki czy serialu Wiedźmin, nakręconego przez Netflix wg kultowej powieści polskiego autora SF, Andrzeja Sapkowskiego.

W tym roku team BVG przekształcił stacje metra Mehringdamm i Zoologischer Garten w galerię wystawiającą prace wielu wspaniałych, znanych i nieznanych artystów: Expo Metro. Wystawa została otwarta 9 października i potrwa jeszcze do poniedziałku, 19 października, jest zatem jeszcze czas, żeby pojechać do centrum lub na Kreuzberg i obejrzeć świetną, darmową ekspozycję.

To świetna okazja do spotkania ze sztuką, jej kontemplacji, dająca okazję do wyciszenia, refleksji, a może inspiracji. Artysta zawsze tworzy dla ludzi, po to, by dostarczyć nam nowych przeżyć, wzbogacić nasze życie duchowe. Ludzie czekający na kolejkę na tej właśnie stacji mają okazję, by zamiast nerwowego czekania i patrzenia ze złością na zegarek, bo metro właśnie znowu spóźniło się o 30 sekund, oddać się uspokojającemu i inspirującemu zajęciu podziwiania sztuki i bogactwa jej artystycznych form wyrazu.

W wystawie biorą udział profesjonalni artyści europejscy i amatorzy. We wrześniu wystawę obejrzeli paryżanie, w grudniu zostanie pokazana w Londynie.

Stacja metra: Mehrindamm U-6, U-7

Zoologischer Garten U-9

Więcej info https://expometro.co/de/exhibition/2020-berlin

Takie życie…

Teresa Rudolf

Słuchaj…

W oku mgnienia
upadł czerwony liść,
kwiat nagle opadł z sił,
zmarł komuś człowiek,
a komuś innemu pies.

W tym momencie
padło śmiertelne słowo,
urosła w sercu nadzieja,
urodził się człowiek,
mały kot otworzył oczy.

W tej sekundzie
komuś świat stał się piekny,
a innemu się znów zawalił,
tu powodzie zalewają światy,
tam susza zabiera życie.

Więc nikomu nie mów:
że życie jest piekne,
że życie jest wstrętne,
że lepiej wszystko wiesz,
że powinno się, lub nie warto.

Słuchaj,
nie każ wciąż porównywać
kamieni ze święconą wodą…

Esperanto oczu

Tyle oczu nagle,
mówią, krzyczą,
płaczą, szepczą.

Ciągle większa
perfekcja czytania
tego esperanta.

Oczy staruszki,
kamienują mnie
nieoczekiwanie.

Oczy pełne
poczucia wyższości,
pogardy dla świata…

….w brudnej masce.

Rozmowy z Konradem: kobiety

Wieczny dylemat, czyli mówić czy wyglądać?

Ewa Maria Slaska

Dla moich koleżanek i dla mnie, czyli tych kobiet, które zdały maturę w okolicy marca 1968 roku (to ważna cezura, jeszcze będę do niej wracać), bycie kobietą emancypowaną, było sprawą jak najbardziej naturalną. Miałyśmy nowoczesne matki, a niekiedy również babki, nasze nauczycielki były pełnokrwistymi indywidualnościami, a na dodatek nasze młode ciotki były dla nas jeszcze wzorem urody, powodzenia, ubierania się i czesania. Nie wiem, czy któraś z nas poświęciła w ciągu lat nauki choćby jedną myśl pytaniu, co to znaczy być kobietą emancypowaną, albo czy chcemy być emancypowane? To w ogóle nie było pytanie – było oczywiste, że już jesteśmy emancypowane i nie przychodzi nam do głowy żadna inna wersja losu kobiety. Miałyśmy studiować, a potem pracować, miałyśmy być piękne, dobrze ubrane i uczesane, chciałyśmy gotować fajne potrawy z oryginalnymi jarzynami i przyprawami (nie darmo Kalkowski od lat promował w Przekroju taki styl gotowania) i mieszkać w ładnych domach lub mieszkaniach z przystojnymi mężami podobnymi do Beatlesów i grzecznymi, inteligentnymi dziećmi.

Ten świetny model wielu z nas zatruł(by) życie, uczesane włosy były(by) w dwa dni po wizycie u fryzjera znowu potargane, na kolorowych podłogach zbierał(by) się kurz, mężczyźni podobni do Johna Lennona okazali(by) się zazdrosnymi nudziarzami, a szpinaku i tak nie było ani w sklepie, ani w polu, ani w zagrodzie.

Na szczęście w międzyczasie pojawili się hippisi i nie chodzi mi o te niewielkie grupki tzw. “prawdziwych hippisów PRL-u”, tylko o ideę, modę, muzykę, taniec, pacyfizm, tolerancję, luz, lekceważenie konwenansów, wegetarianizm, kwiaty we włosach, trawkę, wolny seks, pigułkę antykoncepcyjną i radio Luxemburg, czyli wszystko, co się zgromadziło wokół słowa “hippisi”. To osłabiło szczelny perelowski model emancypowanej kobiety i, choć w mniejszym stopniu, peerlowski model “prawdziwego mężczyzny”. Oba mocno się porysowały, a w drugiej połowie lat 60 zyskały nową treść – nasyciły się polityką. Dotychczas byliśmy, tak naprawdę, istotami apolitycznymi, urodziliśmy się po wojnie, stalinizmu świadomie nie pamiętaliśmy, nasi rodzice przezornie milczeli, partia i ZMS nie miały do nas dostępu, a kościół traktował nas łagodnie, kiedyś zostaliśmy ochrzczeni, potem poszliśmy do komunii, niektórzy z nas do bierzmowania, ale na pewno nie wszyscy. Partia przymykała oczy na sprawy społeczeństwa z kościołem, kościół nie żądał od społeczeństwa, by przestrzegało przykazań i zbyt surowo odcinało się od partii – wszyscy się jakoś “zaaranżowali”. Każdy próbował na swoją modłę urządzić sobie życie, no cóż – jak najprzyjemniej.

W drugiej połowie lat 60 polityka jednak gwałtownie wtargnęła w nasze życie. Zaczęło się od tego, że Willy Brandt podpisał umowy z Polską i z PRL zaczęli oficjalnie wyjeżdżać Niemcy. Okazało się wtedy, że w Polsce są jacyś Niemcy. Jeszcze nie otrząsnęliśmy się z faktu, że są Niemcy, gdy w roku 1968 pojawili się Żydzi. Pawłowi Jasienicy wytknięto jakiegoś ukraińskiego Łupaszkę, a to przypomniało, że byli kiedyś Łemkowie i Bojkowie, Ukraińcy. Rzeczpospolita przestała być jednolita “jak postaw czerwonego sukna” i mocno wystrzępiła się na brzegach. W roku 1970, właśnie próbowaliśmy być (mimo Marca 1968 roku) szczęśliwymi studentami, z całą mocą spadła na nas polityka, której już nie dało się pominąć. To nie były “obrzeża i skraje”, to nie byli Niemcy (nie byliśmy Niemcami), to nie byli Żydzi (nie byliśmy Żydami), to nie byli Ukraińcy. To był sam środek naszego życia. Polityka stała się jego główną treścią i, mimo iż stale przegrywaliśmy, a od czasu do czasu partia, rząd i milicja zabijały nas i biły, czuliśmy się silni, bo byliśmy razem. To była gra MY kontra ONI, i oni mogli mieć w garści wszystko, a my i tak byliśmy lepsi. Czyli było strasznie, ale wciąż było przyjemnie, pewnie dlatego że nie mieliśmy dylematów, czyli znaliśmy odpowiedzi na wszystkie pytania, jakie mogło zaserwować nam życie.

I tak było do roku 1980, czyli do strajków sierpniowych i powstania Solidarności, kiedy to cały ten pięknie funkcjonujący gmach, zbudowany przez nas w procesie wzajemnego aranżowania się Partii, Kościoła, Opozycji i Społeczeństwa, runął do śmietnika historii, a z każdego kąta zaczęły wyłazić upiory. Im więcej zdobywaliśmy wolności, tym było gorzej, tym więcej upiorów wsysało się nam w szyję i wypijało krew. Rozpadło się nasze “razem”, wszędzie czaili się wrogowie, często my nimi byliśmy dla innych. To czego nie dokonała Komuna, tego dokonała Wolność. Niestety, zaczęło się od razu po podpisaniu porozumień. Jeszcze nie wiadomo było, jak ruch się będzie nazywał, a już zaczęły się pojawiać zwiastuny tego, co nas zniszczy. Ruch w Obronie Dziecka Poczętego. Albo żołnierzy wyklętych. Skąd mogliśmy wiedzieć, że trzeba je zdusić w zarodku..

Przez ostatnie 40 lat podzieliśmy się, może na zawsze, a w każdym razie na długo. Nie  będę się tu zajmować “prawdziwymi Polakami”, nacjonalizmem, Obrońcami Jezusa, strefami wolnymi od uciekinierów, Żydów, gejów i gender, nie piszę rozprawy o Polsce PiSu, pozostanę zatem przy tym, co mnie dotyczy(ło) jak najbardziej bezpośrednio, czyli sprawie kobiet.

Pierwszy raz dowiedziałam się, że istnieje sprawa kobiet za czasów Solidarności. Przyjechały z Anglii dwie feministki i miałam im opowiedzieć o sprawie kobiet w Polsce. I w ogóle nie zrozumiałam, o co im chodzi. Przez cały czas mówiłam o polityce, o niesprawiedliwości społecznej, o potrzebie wolności, o skorumpowanej władzy i biedzie robotników i chłopów. A one pytały o sprawę kobiet. No to odpowiadałam, że nie ma podpasek, albo że są z ligniny twardej jak deska, że nie ma pieluch jednorazowych, ani proszku do prania pieluch z tetry. A one nadal pytały o sprawę kobiet, i nie interesowały ich nawet dziesięcioletnie kolejki po klucze do własnego mieszkania.
Wreszcie machnęły na mnie ręką.

Następne feministki spotkałam już w Niemczech. Był rok 1985. Zapytały mnie o sprawę kobiet, ale tym razem już wszystko wiedziałam. Poprosiły, żebym napisała o tym artykuł na światową konferencję kobiet w Nairobi. Czekałam na azyl polityczny w Niemczech i nie mogłam wyjechać, pojechał tylko mój referat. Nazywał się “The rights we don’t have”. Myślę, że był to taki tekst, może jedyny w moim życiu, który przeczytały miliony ludzi. Zapewne głównie kobiet. Był cytowany tak długo, że postradał i tytuł, i autorkę, a potem i sens, bo po roku 1989 wszystko się zmieniło. W referacie do Nairobi pisałam o tym, co się dzieje z prawami kobiet w kraju komunistycznym, jeśli kobieta nie należy (jak ja należałam) do uprzywilejowanej wyższej klasy średniej, nie ma emancypowanych rodziców, w miarę zamożnego życia i nie mieszka w wielkim mieście. O tym, że o obrazie świata decydowałyśmy my, inteligentne studentki z Warszawy, Gdańska, Krakowa i Poznania, a Polska wygląda zupełnie inaczej. Już Rzeszów albo Białystok są w stosunku do nich opóźnione o co najmniej 20 lat, miasta powiatowe są jeszcze bardziej zacofane, kobieta mieszkająca na wsi opóźniona była w stosunku do najbliższego miasta o kolejne 20 lat. O tym, co to jest potrójne obciążenie kobiety, czyli praca, dom i rodzina oraz, jako trzeci rodzaj zajęcia kobiety – zapewnianie zaopatrzenia, głównie stanie w kolejkach i dźwiganie siat. O źle płatnych sfeminizowanych zawodach, gdzie jednak zawsze nad całą gromadką pracownic stał kierownik lub dyrektor. O strajku głodowym pracownic fabryk włókienniczych. O wioskach, w których najbliższy ginekolog oddalony jest o 70 kilometrów, a autobus jeździ dwa razy dziennie. O szklanym suficie, czyli o tym, że dziewczęta lepiej się uczą, jest ich więcej w liceach i na studiach, a przecież ilość kobiet spada w miarę wspinania się po szczeblach kariery naukowej i że kadra profesorska to głównie mężczyźni. I że opozycja wcale nie jest lepsza, bo choć jest dużo niepokornych politycznie pisarek, to od roku 1962 do roku 1985 nagrodę Kościelskich dostało 85 osób piszących, a tylko 11 z nich to były kobiety, bo to nagroda dla polskich opozycjonistów, czyli dla mężczyzn. I że wszędzie (zresztą do dziś) przedstawia się Solidarność jako ruch brodatych mężczyzn koło 30, choć to kobiety wykonywały większość prac usługowych w Solidarności i niemal wszystkie, również przywódcze, w czasie stanu wojennego. I że w encyklopedii Solidarności nie było haseł kobieta, matka, prawa kobiet, aborcja, nierówne płace…

Był rok 1985, nie mogłam więc jeszcze napisać, że jak już w roku 1989 doszło do rozmów Okrągłego Stołu, to brała w nich udział tylko jedna kobieta, Grażyna Staniszewska.

I wtedy się okazało, że gdy odeszła Komuna, to sprawa kobiet przecież nie odeszła, ale wraz z Wolnością przyszła sprawa kobiet numer 2. Zaczęła się od odesłania kobiet do domu i publicznego głoszenia tezy, że miejscem kobiety jest rodzina. Pierwszy raz przeczytałam taką wypowiedź tuż po czerwcu 1989 roku. Właśnie tworzyliśmy zręby wolnej Polski. Powiedziała to w wywiadzie wnuczka Józefa Piłsudskiego, żona opozycjonisty i ważnego polityka nowej Polski, pierwszego cywilnego ministra obrony narodowej – Janusza Onyszkiewicza.
W roku 1993, za czasów, gdy Hanna Suchocka była premierką, wprowadzono niemal całkowity zakaz aborcji, obowiązujący do dziś i nazywany, nie wiadomo czemu – kompromisem aborcyjnym.

Poszliśmy do przodu, żebyśmy musiały się cofnąć, żeby się okazało, że tkwią w nas nauki nie tyle i nie tylko matek i babek, ale pewnie i praprababek. Gdzie one się podziewały, gdy byłam uczennicą i studentką? Skąd wychynęły?
Mężczyzna pracuje, kobieta przebywa w domu z dziećmi.
Kobieta nie odmawia seksu mężowi, nawet jeśli jest chora lub zmęczona.
Przetrwaj, przeczekaj.
Mąż może bić, poniżać i gwałcić. Wykorzystywać seksualnie dzieci.
Trzeba nieść swój krzyż.

Ale nie sięgajmy nawet do rejonów, które za moich młodych lat albo w ogóle nie istniały, albo uważałyśmy je za jakieś przeraźliwe patologie.
Bo nasze zniewolenie jest również znacznie subtelniejsze.
Mamy być powabne, ale przecież również chcemy być powabne. Zobaczcie, co robimy, jeśli do pokoju wchodzi mężczyzna. Porozwalałyśmy się z koleżankami na kanapach i fotelach, siedzimy wygodnie, naokoło nas bałagan, szklanki, gazety, ciastka. Gdy wchodzi mąż gospodyni, nagle wszystkie siadamy prosto, szybciutko uprzątamy bałagan, układamy nogi, by łydka zgrabnie się prezentowała, wciągamy brzuch…

Ale jest i na odwrót, mężczyzn w pokoju jest kilku, my dwie, a może nawet tylko jedna… Toczy się dyskusja na temat edukacji. Jedna z nas jest pedagożką i matką, miałaby coś do powiedzenia, ale póki co rezonują mężczyźni, nie ma jak dojść do głosu, wiedzą lepiej. No wreszcie, udało się, próbujemy coś powiedzieć, ale zanim to zrobimy, już się nas popędza. Właściwie może lepiej zamilknąć. Czy to znowu takie ważne, to co mamy do powiedzenia? OK, jednak udało się wygłosić jakieś zdanie, ale już ten Iksiński mi przerywa i… powtarza to, co ja właśnie powiedziałam jako swoją tezę. Tylko, że ja stosowałam wszystkie znane od tysiącleci sposoby mówienia niewolników, mówienia tak, by nie zirytować pana i jego przedstawicieli. Bo, gdy mówimy, irytujemy ich lub rozśmieszamy. Wiem, wszystkie wiemy, jak możemy próbować tego uniknąć. Mówiłam przepraszająco, ciszej, łagodniej, używałam słów chyba, może, wydaje mi się, a on po prostu zasuwa propagandową mowę z mównicy. Ale o co chodzi, przecież i tak było nienajgorzej, bo przecież mogłam usłyszeć, że nudzę i się wymądrzam, za dużo gadam, nie umiem się skracać, gdyby to było publiczne wystąpienie, można by mi było na przykład nie dać mikrofonu do ręki, tylko podetkać go pod nos lub głośnym szeptem pouczać, co mi wolno, a czego nie. To naprawdę nic trudnego publicznie mnie poniżyć i obrazić. Tak, żeby wszyscy słyszeli. A jeśli grzeczność będzie jednak wymagała przeprosin, zostanę przeproszona po cichu i prywatnie. Przez telefon albo smsem.
Ale nie mam czasu, żeby go przeczytać. Panowie stworzenia poszli na taras na papierosa. To ja tu tymczasem szybciutko trochę posprzątam… Bo przecież lubię, żeby naokoło było ładnie i powabnie.

Zasadniczo stale to robimy, automatycznie polepszamy nasz wygląd i wygląd naszego otoczenia, a pomniejszamy naszą inteligencję. Taki mechanizm obronny. Dzień w dzień próbujemy rozwiązać dylemat: mówić inteligentnie, czy ładnie wyglądać, czyli jak się nie narażać? I, moje młode, młodsze i najmłodsze, koleżanki. Nawet jeśli świadomie potraficie się temu przeciwstawić, w środku w Was tkwi wciąż ta istota, która pod atrakcyjnym wyglądem ukrywa fakt, że jest mądra. Nawet jeśli prowokujecie i mówicie jak zwyciężczynie. Przyjrzyjcie się sobie uważnie.

***

Nie mam racji? To proszę, posłuchajcie wystąpienia pastorki Pauli Stone Williams, która przeszła zmianę płci, a zatem dobrze wie jak to jest być mężczyzną, a jak kobietą. Jej całe wystąpienie jest właśnie o tym, nie o przemocy, gwałtach i niesprawiedliwości, nie, jej wystąpienie dotyczy tych subtelnych różnic:

Wystąpienie jest świetne, ale najlepsze jest zdanie: WHY DO I HAVE TO APOLOGISE FOR BEING RIGHT?

thatorfor

Przepraszam…

Z wolnej stopy 16

Zbigniew Milewicz

Mściwe niemowlę

Szperając w swoich starych publikacjach spod paragrafu, natrafiam przeważnie na historie cięższego kalibru – rozboje, oszustwa, tragiczne wypadki, ponure morderstwa w hotelach robotniczych, albo melinach, popełnione dla zdobycia pieniędzy na jeszcze jedną ćwiartkę… Nie mam ochoty do tych spraw wracać i ponownie się ładować ich złą energią, ale przecież były i lżejsze. Takie, jak Mściwe niemowlę, które napisałem jesienią, albo zimą 1975 r. Przytoczę je ze skrótami i poprawkami stylistycznymi, bo z perspektywy czasu dawny tekst aż prosi mi się o korektę:

Urodziło się planowo, w pierwszej połowie stycznia 1975 roku, w Gliwicach, zgodnie z obyczajem noworodków – rozwrzeszczane, zaborcze. Ile ważyło i mierzyło, nie wiem, ale spore chłopię to było i dano mu na imię Pawełek. Zaraz po przywiezieniu do domu, zażądał ten Pawełek całej masy rzeczy. Od rodziców – całodobowego czuwania nad kołyską, zawsze czynnego bufetu z błyskawiczną obsługą i takiej że wymiany brudnych pieluch na czyste. Od krewnych oczekiwał nieustannych wyrazów uwielbienia na swój widok, a od miejscowego proboszcza, że ochrzci go w stosownym czasie. Później miało się odbyć w domu wystawne przyjęcie z okazji chrztu i wręczenie dziecku okolicznościowych, godziwych prezentów.

Życzeniom Pawełka stało się zadość. Mama Maria i ojciec Marian nie liczyli bezsennych nocy, spędzonych nad kapryszącą zawartością becika, ani pieluch zmienianych w iście atomowym tempie. Nie milkły pełne zachwytu „ochy“ i „achy“, zgromadzonych wokół kołyski babć, cioć i wujów. Chrzest odbył się z iście królewską pompą, a o przyjęciu lepiej nie mówić, takie było udane. Z prezentów też był kontent, bogate były i ze szczodrego serca dane. Wszystkie, z wyjątkiem jednego… Chodziło o dar wujka Romka, brata mamy, tego co namiętnie palił fajkę. Otóż ten wujek Romek, w sposób nie licujący z bliskim pokrewieństwem, oszukał niemowlę, dając mu w prezencie podrobioną jednodolarówkę. Sądził, że Pawełek, z racji braku życiowego doświadczenia, weźmie ją za dobrą monetę, a raczej banknot, ale się pomylił i przyszło mu za to niebawem słono zapłacić.

W przeciwieństwie do swoich rodziców, cwany maluch od razu rozpoznał falsyfikat i żeby odegrać się na oszuście, wysłał ich do Pewexu po zachodnie kosmetyki dla niemowląt. Jak pamiętamy, choć pewnie nie wszyscy, w sieci tych sklepów, głównym środkiem płatniczym były dolary i tzw. bony dolarowe. Pan Marian dołożył jeszcze pięć swoich zielonych, które trzymał w szafie, w charakterze zaskórniaków i poszedł wraz z żoną do miejscowego Pewexu. Kasjerka rutynowo rozpoznała podróbę, dyskretnie wezwała milicję i tak, po nitce do kłębka, wyszło na jaw oszustwo wujka Romka. Wezwany na przesłuchanie do gliwickiej komendy milicji, przyznał się, że podrobiony dolar był przedtem jego własnością. Na temat okoliczności, w jakich wszedł w jego posiadanie, opowiedział następującą historię:

Gdzieś na początku stycznia zauważył, że kończy mu się Amphora, tytoń, którym zwykł był nabijać swą fajkę. W komisach go brakowało, więc od jakiegoś cinkciarza w mieście kupił 1 dolara, ale upłynęło trochę czasu zanim go upłynnił w sklepie PKO. Pracował jako technik w jednym z biur projektowych w Gliwicach i któregoś dnia dostał zlecenie, aby wykonać kserokopie pewnych dokumentów. Stojąc przy kserografie, przypomniał sobie o zakupionym dolarze i zastanowił się nad tym, jak też wyglądałaby jego kopia w stosunku do oryginału. Podkusiło go, żeby to sprawdzić. Koleżankę z pracy, która obsługiwała urządzenie również temat zaciekawił, więc zrobili kopię banknotu, ale ich rozczarowała. W domu porównał obydwa egzemplarze jeszcze raz i wpadł z kolei na pomysł, że można byłoby wyretuszować kopię kolorowymi kredkami, w kolorach oryginału. Był zdolnym rysownikiem, więc tym razem obydwa wizualnie prawie się nie różniły, ale papierem oczywiście – zdecydowanie tak. Powiedział śledczym, że wykonał tę kopię wyłącznie dla zabawy i kiedy wreszcie wydał oryginalnego dolara na swój ulubiony tytoń, o kopii niemal zapomniał.

Dopiero kiedy dowiedział się o chrzcinach siostrzeńca, na które został zaproszony wraz z małżonką, powstał problem prezentu. Wiedział, że ich krewni będą chcieli się postawić na forum rodzinnym i błysną kosztownymi podarkami, a im akurat wiodło się materialnie nienajlepiej. Byli młodym, startującym w życie małżeństwem, on zarabiał miesięcznie 1900 złotych, ona 2200. Spłacali raty za meble, ledwo radzili sobie z czynszem za ich M-3, coś trzeba było jeść, ciuchy kupić… W sumie nie stać ich było na wystawny prezent dla Pawełka. Poszli więc do sklepu z dewocjonaliami, kupili pamiątkowe serduszko w puzderku, a do środka włożyli tamtą podobiznę dolara, wykonaną dla zabawy.

W naszej rodzinie istnieje zwyczaj przechowywania prezentów, otrzymanych z okazji chrztu – stwierdził na sali sądowej wuj Pawełka, oskarżony o sfałszowanie zagranicznego środka płatniczego. – Nie przypuszczałem, że siostra będzie chciała puścić w obieg tę odbitkę i zamierzałem ją w późniejszym czasie wymienić na prawdziwego dolara. Gdybym wiedział, że sprawa przybierze tak fatalny obrót, nigdy nie odważyłbym się skopiować tego banknotu, nie miałem przecież zamiaru zostać fałszerzem pieniędzy – bronił się roztrzęsiony.

Pawełek otrzymał należytą satysfakcję. 23 czerwca 1975 roku Sąd Wojewódzki w Katowicach uznał jego wuja winnym popełnienia przestępstwa z art. 227 § 1 kk., ferując wyrok w postaci 1 roku i 6 miesięcy pozbawienia wolności, z zawieszeniem na 3 lata i 3 tysięcy złotych grzywny. Dodatkowo zasądzono od skazanego, tytułem opłat sądowych, kwotę 4.000 złotych na rzecz Skarbu Państwa i obciążono go wszystkimi kosztami postępowania w sprawie. Był to niewątpliwie najwyższy, światowy kurs amerykańskiego dolara, w historii tego środka płatniczego. Z czego nieszczęśnik zapłacił sądowe należności, tego się już nie dowiedziałem. Może zaczął kraść, albo zawodowo fałszować pieniądze, niejeden na jego miejscu by to zrobił. Nieznana mi jest również późniejsza droga życiowa Pawełka. Zapowiadał się dobrze na bezkompromisowego, mściwego człowieka władzy, jakich wielu po obydwu stronach polskiej sceny politycznej.

Circa van Gogh und die Künstliche Intelligenz

Meistens finde ich, irgendwo in der Stadt, Bücher oder Bücherseiten, diesmal war es eine alte Zeitung in einem Café, eine Seite vom Bild, auf die ich aufmerksam geworden bin, weil das, was man sofort sah, ein Selbstbildnis von van Gogh war. Die Buchstaben der Titel sind jedoch viel größer als das Bild. Ich, hmmm, entwand die Seite und erst später stellte ich fest, dass ich am 9. Oktober die Zeitung vom 1. September fand und entwand.

Echtheit mit künstlicher Intelligenz bewiesen

Computer löst van-Gogh-Rätsel

 

 

Van Gogh oder nicht van Gogh? Das Hamburger Auktionshaus Dechow versteigerte am Dienstag 1. September 2020 online ein Gemälde zum Ausgangspreis von 500 000 Euro, das eines der frühesten Werke von van Gogh sein soll, die „Mühle von Wijk“, eine Kopie des berühmten Bilds von Jacob van Ruisdael aus dem 17. Jahrhundert. Einige Experte hielten diese Kopie für “echt Vincent”. Das Amsterdamer Van-Gogh-Museum erkennt das Bild jedoch nicht als eigenhändig an, zumal auch die Unterschrift des Künstlers anders ist als sonst. Van Gogh unterschrieb seine Werke immer als Vincent, hier gibt es jedoch einen verschnörkelten van Gogh.

Jetzt hat angeblich ein Computer das Rätsel gelöst: Wolfgang Reuter (55) von der Münchner Data-Firma „Alexander Thamm“ ließ das Gemälde ohne Auftrag des Besitzers mit Künstlicher Intelligenz (KI) untersuchen. Das Ergebnis: Es stammt mit 89 % Wahrscheinlichkeit von der Hand des van Gogh (1853-1890). Reuter sollte für 20 Künstler einen Klassifizierungs-Alghorithmus gespeichert haben, Rembrandt, Leonardo da Vinci, van Gogh. Jeder Künstler hat eigene Stilelemente und Muster, die der Alghorithmus selbst erkennt und lernt. Es ist, sagt Reuter, ein digitaler Fingerabdruck des Malers, den ein Fälscher nicht hundertprozentig nachahmen kann.

Der Alghorithmus wurde mit 1878 Werken von van Gogh trainiert.

Bei mir im Kopf klingelt es Alarm Stufe A1! 1878 Werke! Wie das? Ich glaubte zu wissen, VvG hatte 300 Bilder gemalt. Ich lag allerdings falsch, bei Wikipedia fand ich die Information, es waren 864 Gemälde und über 1000 Zeichnungen. Nun also: der Alghorithmus wurde mit allen Werken von Vincent trainiert. Bei Testen des Bilds speisste man ihm mit ca. 100 zufällig ausgewählten Bildfragmente von Mühle von Wijk. Er verglich dies mit seinem eingespeicherten Fundus und entschied: Es ist echt!

Juristisch bindend ist der Urteil nicht. Nicht desto trotz hat jemand das Bild gekauft. Das Aktionshaus sagt der Öffentlichkeit nicht, wer der Käufer war.

Wenn das Bild aber nun echte van Goghs Kopie ist, wieso bezeugt man es nur 89%ige Echtheit?

Weil es mathematisch bei der Wahrscheinlichkeitsrechnung so ist. Mein Vater, der Ingenieur war, brachte mir irgendwann bei, wie man mit einem Rechenschieber rechnet.
Das erste, was wir gemeinsam ausgerechnet haben, war fantastisches Ergebnis:
2 x 2 ist ca. 4.
Circa? fragte ich.
Circa, stimmte mein Vater zu.

Circa van Gogh wurde für 550.000 Euro erworben.