Łucja, żaden autorytet (2)

Łucja Fice

Cisza

Passau. Lipiec 2016

Sama w lesie. Słuchawki na uszach. Odcinam się od głosów natury. Koła roweru posłuszne stopom. Życie musi być piękne, przecież sama je tworzę. Choć wszystko wokół żyje, ma głos, to chcę słuchać CISZY. Wchodzę w siebie, zaznaję izolacji od świata. Jestem swoim lustrem, przeglądam się w samej sobie. „Piękniejsza od muzyki jest tylko CISZA”. W tej CISZY, która panuje w mojej głowie, czuję cały kosmos. Jestem miniaturowym kosmosem. Szczęście. W jednej sekundzie myśli zmieniają tory, tak jak ja ścieżkę. Teraz wchodzę do naszego DOMU. To wspomnienie zawsze mnie zaskakuje. Może istnieję w tym trójwymiarowym świecie i jeszcze w innym, który jest odbiciem tego świata jak w kryształowym lustrze? A w tym drugim świecie odbijają się moje myśli, a jeśli myśli, to znaczy, że również moje grzechy? Czyżbym posiadała swój własny duplikat po drugiej stronie lustra? Czy ty tam będziesz? Czuję się zmieszana przywołanym obrazem i znajomym zapachem. Przecież domy pachną jak ludzie. To odczucie jest jak ucisk, jak porodowy skurcz.

Spoglądam na okolicę, na ten piękny świat. Słońce chowa się za drzewami. Światło, dotąd bezbarwne, robi się perliste. Krajobraz robi się bardzo znajomy. Może ta okolica czekała na mnie? – Wiesz! Czuję się, jak pomniejszony model samej siebie, a smutek sączy się po ramionach, spływa po udach w postaci słonego potu. Jestem wystraszona tym rodzajem wyobraźni, bo wiem, że nie wrócę do naszego DOMU, gdzie zaproponujesz herbatę, wspólne obejrzenie filmu i dotyk.

W mym sercu rządzi teraz rozterka i zamęt. Kochany. Może składamy się z własnych lęków, pragnień, a upływ czasu jest obojętny? Może życie to urywki albo strzępy naszych marzeń? Jak złożyć naszą historię, czy ona w ogóle istnieje? Ta CISZA odbiera mi rozum. Widzę ciebie. Też płaczesz? Słyszę jakąś melodię. Czy to muzyka CISZY? Nie płacz, proszę, to nie pasuje do twojego optymizmu. Nie chcę wpaść w pustkę. Zamień tę czerń na róż mojej ulubionej nocnej koszulki.

Kochany

Chcę Ci powiedzieć, że po tylu latach rozłąki nauczyłam się czekać. Będziemy jeszcze grzeszyć. Myślę teraz o nas, o DOMU, który tak daleki i ta odległość między nami, (może w tej chwili pracują w nas te miony, tachiony?) Odczuwam twoją bliskość. Mam wrażenie dotyku twojej dłoni. Słyszysz mnie? – Ktoś zapalił już wszystkie światła. Z oddali Dunaj się pali. Widzisz? W wartkiej wodzie odbija się Passau i moja tęsknota? Teraz pragnę, żebyś mnie stąd zabrał. Chcę kłamać, że jeszcze będę szczęśliwa. Spójrz! Słońce już zachodzi czerwonym arbuzem. Ciepło, gorąco, duszno. Dzisiaj nawet ptakom nie chciało się latać. Kochany. Ten spokój wśród drzew smakuje mi miętą. Chociaż …nie. Drzewa nie pachną miętą. Może tak pachnie tęsknota? Czuję głód powrotu. DOM. CISZO, bolisz mnie, choć jesteś piękniejsza od Miss Muzyki.

Zbliżam się do polany, na której pasą się konie. Polana jak teatralna dekoracja. W milczeniu przyglądam się zwierzętom.

Podchodzę do jednego i kładę dłoń na jego boku. Wyczuwam twarde, mocne ciało. Widzisz to? Zdumiewa mnie masywność zwierzęcia. Odsuwam się i czuję samą siebie. To doznanie mnie poraża. Zdaję sobie sprawę, jaka jestem mała, skurczona i zwiotczała przy tym cielsku.

Nie odchodź, słuchaj mnie, proszę. Patrzę jeszcze na zwierzęta i zaczynam odczuwać, jak między nami następuje ciche porozumienie. Porozumienie pomiędzy człowiekiem i fauną, porozumienie między mną TU, a Tobą w naszym domu. Rozumiesz to? Natura jest CISZĄ, a może CISZA to natura? Odczuwam tę całość. Ach! Więc jesteśmy całością? CISZA jest całością?
– A materia, atom, oktawa, płaszczyzna, plan świata astralnego?
– Co mówisz?
– Jak w przyrodzie, tak w człowieku, panuje królowa CISZA. Cisza, to kobieta. Kobieta to królowa, która nosi w sobie światło, twoje łono wybuchało dwa razy. Dwa potężne rozbłyski, które dały nowe życie. Był więc w tobie rozbłysk gwiazdy. Wiem, że żyjesz w kilku różnych światach, zawierających się w sobie. Jesteś moją królową. Pytasz gdzie teraz jestem? W twojej głowie, kochana, w twoich myślach, bo istnieją tachiony, te hipotetyczne cząsteczki, które mogą w próżni przekraczać prędkość światła. Dzięki nim zaglądam w twoją rzeczywistość. Może w nas są furtki do tunelu CZASU i może pojedyncze fotony w naszych komórkach podróżują szybciej niż światło i stąd w CISZY nasza komunikacja. Może istnieją w nas Informacyjne Porty z rezonansowym językiem i dlatego możemy komunikować się ze sobą.
– Ach!, choć daleko, to blisko?

Ruszam w drogę powrotną pełna zrozumienia i niezrozumienia odwiecznych spraw. Jestem już w tym cudzym domu, przy moim podopiecznym. Ciało gibkie. Napasłam oczy zielenią. Spoglądam w lustro i widzę, jak odbija się w źrenicach nieskończoność nienasyconej odpowiedzi na dręczące pytania. Czym jest CISZA? Czym jest ten świat? Czym jest życie? Oczy łzawią od wiatru, czuję powiew we włosach i zapach lasu, który pachniał mi miętą. Taka miętowa wsunęłabym Ci się pod kołdrę. Wyrywam jeszcze kartkę z kalendarza, a na jej odwrocie, jakby przekaz zza lustra. „Uważaj na swoje myśli, bo zamienią się w słowa. Uważaj na swoje słowa, bo zamienią się w czyny.” Będę czekać na Ciebie w moim śnie, w mojej CISZY.

Twoja Łucja, żaden autorytet

Jastarnia (5)

Jacek Krenz

Lata 60

Słoneczne dni spędzamy na plaży. Wylegujemy się w grajdołach – powieści, opowieści, dowcipy przeplatają się leniwie. Gadamy, czytamy, gramy w karty. Co pewien czas wskakujemy do zimnego zwykle Bałtyku. Najwięcej zabawy jest ze skakaniem na sztormowe fale, trzeba jednak uważać, by cofając się, nie wciągnęły w głąb. Nie lada wyczynem było dopłynięcie przy sporych falach na oddaloną od brzegu mieliznę, bo tuż przed nią silny prąd odpychał, utrudniając wejście na łachę piasku.

Lata 60 to już czas licealny. Beztroskie zabawy, figle i przekomarzania ustępują teraz poważniejszym rozmowom o książkach, filmach, o sztuce. Czytaliśmy też prasę, która wtedy była naprawdę ciekawa: „Świat Młodych”, „Poznaj Świat”, „Szpilki” z felietonami Toeplitza i rysunkami Mai Berezowskiej, „Forum” z fragmentami artykułów ze świata, no i „Przekrój” z komiksowym Panem Filutkiem i krzyżówką na ostatniej stronie. Z poważniejszych tygodników kupowało się „Kulisy”, „Film” i „Kulturę”. Należałem wtedy do Kółka Historii Sztuki w poznańskim Zamku. Mieliśmy więc z Iwoną wspólne zainteresowania, zwłaszcza że szykowała się na studia na Wydziale Historii Sztuki na Jagiellonce. Zachwycaliśmy się Barbarzyńcą w ogrodzie Herberta, malarstwem Jacka Malczewskiego. Lubiłem szczególnie jego Krajobraz z Tobiaszem, gdzie wyłaniająca się zza wzgórza wąska linia szczytu dachu zapowiadała ukryty świat. Obraz W tumanie, z grupą wirujących postaci na spokojnym tle melancholijnego pejzażu, za każdym razem odsłaniał coś nowego, czego wcześniej jakby nie dostrzegłem. Byłem poruszony, gdy Iwona zapoznała mnie ze Swietłaną i Jolą Malczewskimi, które podobno były jakoś z malarzem (malarzami, bo był przecież i Rafał) spokrewnione.

W gorszą pogodę graliśmy w karty w sali brydżowej Domu Zdrojowego. Spotykaliśmy się w kawiarni „Cichy Kącik” na rozmowy przy kieliszku wermutu Istra Bitter Sherry.

Odwiedzali mnie też wtedy moi szkolni koledzy. Do najbliższego mi przyjaciela Michała Ozdowskiego, dołączyli Romek Gabryel, Paweł Moś i Włodek Kaftański. Zmienił się zestaw naszych lektur. Czytaliśmy Salingera Buszującego w zbożu i Fanny i Zoe, i oczywiście Hemingwaya Ruchome święto, Pożegnanie z bronią i Za rzekę w cień drzew. Odkryciem okazał się też T.S. Eliot. Mama Krzysztofa, Krystyna Starczewska, wiedząc o moich zainteresowaniach, pożyczyła mi biografię Suzanne Valadon, o której tak czule pisał jej syn, Maurice Utrillo:

Tak się zwie moja matka, równie
piękna jak dobra, szlachetna i miła,
wszelkie ma zalety, jakie tylko są,
i jeszcze Bóg talentu natchnienie jej zsyła.

Pierwsze radio tranzystorowe przywiózł kolega Jurka, niejaki Mądry, po pobycie w Anglii. Mógłby też nazywać się Majętny, bo przyjechał wspaniałym motorem Victoria, równie czerwonym i opływowym w kształtach jak jego radio, które chętnie nam pożyczał. To dzięki niemu mogliśmy wysłuchać patetycznego Koncertu e-moll na fortepian i smyczki (Malédiction) Franciszka Liszta, który na sztormowej plaży brzmiał szczególnie wspaniale.

Z moim bratem Jurkiem i Krzysztofem chodziliśmy rysować i malować morskie tematy w porcie. Braliśmy od Jurka radio tranzystorowe, by słuchać muzycznego Radia Luksemburg ze słynną listą Top Twenty. Na pierwszym miejscu zwykle wtedy byli Beatelsi, za nimi Roy Orbison z Pretty Woman, The Animals, The Shadows, Dave Clark Five, Bob Dylan, The Kinks… Jeszcze w czasie roku szkolnego udało mi się zaprenumerować „The New Musical Express”. Przed wakacjami przekierowałem prenumeratę na adres w Jastarni, dzięki czemu mieliśmy najświeższe wiadomości z muzycznego świata.

Raz po raz jakimś cudem udawało nam się wykorzystać jakąś szczelinę w żelaznej kurtynie, oddzielającej nasz zgrzebny świat od tego kolorowego, zachodniego, który jakoś zupełnie nie kojarzył nam się ze „zgnilizną”, jak usiłowała nam to wmówić propaganda. Trafiały do nas takie atrakcje jak: para dżinsów cudem zdobyte gdzieś chyba przez Jurka, czerwone obiekty Mądrego czy wspomniany „The New Musical Express”. O ofercie darmowej prenumeraty tego tygodnika muzycznego dowiedziałem się z Radia Luxemburg; przychodził pocztą regularnie, wysyłany gdzieś ze Szkocji. W konsulacie amerykańskim w Poznaniu, jak się cierpliwie wyczekało, można było dostać egzemplarz czasopisma „Ameryka”, z pocztówką gramofonową w środku.

Jurek

Do wędkowania musieliśmy się przygotować dzień wcześniej, kopiąc robaki na łące. Wbijało się łopatę i poruszało, tak by wypłoszyć gąsienice na wierzch. Okonie i płocie najlepiej brały przy kamieniach portowego falochronu. Wędkarzom można wierzyć lub nie, ale raz zdarzyło mi się złowić całe wiadro ryb w ciągu godziny. Była wspaniała uczta, bo świeże ryby zaraz po złowieniu smakują najlepiej.

Koło południa ubieraliśmy się i schodziliśmy z plaży do miasta na lody, na smażoną rybę, no i żeby kupić bilet do kina na wieczorny seans. Pensjonat „Oaza” serwował najlepsze na świecie panierowane filety z dorsza. Ponoć polegało to na całonocnym moczeniu ich w mleku. Dla ochłody sprzedawano na ulicy, z saturatora na kółkach, wodę z sokiem, serwowaną w szklankach, ledwie spłukiwanych i mało higienicznych.

Chodzenie po mieście. Spaziergänge in einer Stadt.

Ela Kargol

Stettin, Stadt an der Oder und fast am Meer.

Stadt, die segelt, wenn der richtige Wind weht. Und heute weht der Wind vom Meer her.

Das ideale Wetter für die Segler.

Aber die Yachten liegen vor Anker an den Stettiner Kais noch bis Montag und zeigen sich den Betrachtern von ihrer besten Seite. Auch andere Attraktionen locken überall in der Stadt. Noch bis Sonntag dauern die Meerestage in Stettin.

Die Züge Berlin – Szczecin fahren wieder.

Szczecin ist immer einer Reise wert!

Wenn jemand mehr Ruhe braucht und auch andere Eindrücke, würde ich “Stettiner Venedig” oder die Besichtigung der Lentz-Villa empfehlen und auch die wunderbare Ausstellung im Nationalmuseum Stettin mit dem (irreführenden Titel) Stettin / Szczecin – eine Geschichte.

Szczecin, miasto nad Odrą (i prawie nad morzem).

Gdy wieje odpowiedni wiatr, miasto żegluje. A dziś wieje wiatr od morza.

Wspaniała pogoda na żagle.

Ale do poniedziałku jachty będą jeszcze stały przy nabrzeżu, pokazując się widzom od najpiękniejszej strony. W mieście w ogóle mnóstwo atrakcji. Jeszcze do niedzieli będą trwały Dni Morza w Szczecinie.

Pociągi na trasie Berlin – Szczecin znowu kursują.

Szczecin jest zawsze wart podróży!

Gdy ktoś woli ciszę, znajdzie ją na pewno w “Szczecińskiej Wenecji” albo odwiedzając świeżo odrestaurowaną willę Lentz. Można też polecić wspaniałą wystawę (choć o mylącym tytule) w Muzeum Narodowym: Stettin / Szczecin – jedna historia.

Wspomnienia o Maryli (12)

Magdalena Ciechomska

Moje rozmowy z Marylą, ciąg dalszy

Nie jest mi łatwo pisać o rozmowach z Marylą, bo gdy usiłuję przypomnieć sobie ich treść, spostrzegam, jak łatwo wymykają się mojej pamięci. Znajduję w niej tylko urywki, nieokreślone wrażenia, emocje, nastrój chwili. Niemożliwe jest zorientowanie się w czasie, określenie, czy ta rozmowa odbyła się wtedy? A może innego dnia, w innych okolicznościach? Zostały w pamięci sytuacje zapisane jakby na pojedynczych kadrach, bez dalszego ciągu, który zaciera się, ginie jakby we mgle. Próbuję przywołać niektóre z tych kadrów. Letni zmierzch i spacer po parku zdrojowym w Rymanowie, kiedy rozmawiałyśmy o problemie dobra i zła. Rozmowa zeszła na powiązania etyki z estetyką. Ja chyba powiedziałam coś o tym, że zło czasem przybiera pozory dobra i bywa atrakcyjne estetycznie. Na co Maryla odpowiedziała, że zło jest zawsze paskudne. A ja zapytałam, czy w takim razie można powiedzieć, że ludzie piękni są jednocześnie zawsze dobrzy? No nie – zgodziła się jakby z wahaniem. Dalej pamiętam już tylko alejkę w parku, ławki wokół fontanny, pewnie o czymś jeszcze rozmawiałyśmy, nie wiem już o czym. Innym razem była to dyskusja o Bogu, o grzechu i Maryla obraziła się na mnie, bo na jej wątpliwości odpowiedziałam, że powinna skonsultować temat nie ze mną, tylko z Katechizmem KK. A ja miałam na myśli tylko to, że katechizm lepiej niż ja objaśnia problem, zgodnie z nauką kościoła. Parę lat później, przy podobnej rozmowie, poradziłam jej, żeby temat omówiła z jakimś mądrym księdzem. Tym razem moją radę przyjęła dużo spokojniej. Wiem też, że koniec końców z niej skorzystała.

Tematyka religijna powracała w naszych rozmowach. Problem Boga i wiary – niewiary Maryla przerabiała stale. Kiedyś, jako nastolatka, zbuntowała się przeciwko tradycyjnej, nieco dewocyjnej religijności rodziców, ale nie odrzuciła wiary do końca. Moim zdaniem przyjęła postawę, którą można nazwać nieustannym wadzeniem się z Bogiem. A skoro nie można się kłócić z kimś, kogo nie ma, trzeba uznać, a przynajmniej założyć ewentualność jego istnienia. Na pewno nie chciała zgodzić się na tradycyjny wizerunek Boga Ojca. Feministycznie odrzucała wszystkie jego patriarchalne atrybuty. Poszukiwała obecności pierwiastka żeńskiego. Interesował ją kult maryjny, w pewnym sensie kolekcjonowała wizerunki Matki Bożej, fotografowała figurki Maryi, zwłaszcza te, które wprowadzały motywy dekoracyjne ze świata przyrody. Odnajdywała w nich relikty pogańskich żeńskich bóstw natury i płodności. Gdy przyjeżdżała do Warszawy w maju, zawsze przynajmniej raz musiała być w kościele na nabożeństwie majowym. Odmawiała różaniec. Jednym z prezentów gwiazdkowych, na który składała co roku zamówienie, był polski kalendarz z ilustracjami o tematyce religijnej. Najchętniej maryjnej. I z zaznaczonymi katolickimi świętami kościelnymi. Ważny był dla niej rytm roku liturgicznego oraz połączenie go z cyklicznością wegetacji i prac rolniczych. Jeśli nie mogła tego zrobić sama, prosiła, żeby kupić jej w okolicy danych świąt ich tradycyjne, symboliczne atrybuty: wielkanocną palmę, wianek na Piotra i Pawła, tzw. „ziele” na święto Matki Boskiej Zielnej.

Bywało, że mówiąc o swej religijności, żartowała, oświadczała, że wierzy w wielu bogów, albo że Bóg w rzeczywistości jest Boginią… W ogóle często podczas dyskusji, obojętnie na jaki temat, nagle obracała wszystko w żart. Jakby chciała tym zamknąć dysputę albo częściowo ją unieważnić. Śmiech był rodzajem bezpiecznika. Nie należało posuwać się za daleko w pewnych dywagacjach, bo nie wiadomo, dokąd mogły zaprowadzić… Pamiętam, jak przyjechała z wycieczki do Szwajcarii, gdzie zwiedziła m.in. miasto założone przez wyznawców antropozofii. Pokazywała zdjęcia, które tam zrobiła, wśród nich zwłaszcza jedno, przedstawiające cmentarne krematorium z kominem w kształcie kłosu zboża. Wskazywała mi to jako przykład związków mitów agrarnych z wiarą w życie wieczne.

Ten temat pojawił się w całej ostrości wraz ze śmiercią rodziców, a później ciotek, z którymi była mocno związana. Pustka, jaką zostawia odejście bliskich osób, często domaga się wypełnienia myślami i wiarą o charakterze konsolacji. Ale dla Maryli to chyba nie było tylko proste szukanie pocieszenia. Raczej jakby stawianie pytań o ciąg dalszy. Przypominam sobie jedną z rozmów, w której powoływałam się na zakład Pascala. Myślę, że Maryla w końcu przyjęła ten zakład.

Donald Trump a Don Kichot

Ewa Maria Slaska

W ślad za butami, wszyscy w ślad
w daleki świat, zielony świat,
gdzie nie ma wojen, gdzie nie ma nędzy,
gdzie wszyscy mają dość pieniędzy,
matki dla dzieci bułki i bajki,
dobrzy mężowie tytoń do fajki…

Konstanty Ildefons Gałczyński, Buty szewca Szymona

Od kilka lat umieszczam tu wpisy o Don Kichocie, Baratarii i utopiach. Kilkakrotnie omawiałam w nich definicję donkichotyzmu i donkichoterii. W przeciągu ponad 400 lat, które minęły od czasu opublikowania Don Kichota, definicja ta, rzecz jasna, się zmieniała, z reguły zawierała jednak pewną podstawową i niezbywalną cechę – działanie w dobrej wierze. Don Kichot i jego naśladowcy mogli być głupkami lub marzycielami, mogli być śmieszni, tragikomiczni i komiczni, ale zawsze stali po stronie szlachetnych ideałów. Don Kichot zawsze szedł w ten daleki świat, zielony świat, gdzie nie ma wojen, nie ma nędzy…

Tymczasem mam wrażenie, że w ostatnich miesiącach ta definicja się radykalnie zmieniła. Bo owszem, Don Kichot nadal jest śmiesznym głupkiem, ale został wyrzucony z obozu “naszych” wartości (dla przypomnienia prawa człowieka, demokracja, tolerancja, uczciwość, brak nienawiści, otwartość itd) i wylądował w obozie przeciwników. Jest tam i jest śmieszny, ośmieszając tym samym naszych adwersarzy i pomagając nam budować nasze własne butne i słuszne ja porządnego człowieka i obywatela.

I wtedy nagle Donald Trump staje się Don Kichotem, a na naszym poletku – Beata Szydło, śmieszny człowieczek w podkolanówkach, jak ją określił człowiek nie tylko szlachetny, ale sam w końcu stuprocentowy Don Kichot, ksiądz Lemański.

Oczywiście “ludzie mówią i mówią uczenie”, że symbole nieustannie podlegają zmianie i że rzeczywiście zdarza się nawet, że wędrują z jednego obozu do drugiego. Czasem obóz przeciwny dopomina się o swoje prawa do symbolu, ale to najczęściej dotyczy “wielkich” symboli, flagi, godła, hymnu, ikonicznego wizerunku Matki Boskiej Częstochowskiej, Krzyża, Kotwicy. Dokonuje się przymusowego przeniesienia symbolu z jednego obozu do drugiego. Obóz rządzący oznajmia, że posiada jedyne prawo do jakiegoś symbolu, a opozycja mówi nie.

Czasem przemiana znaczeń odbywa się w ramach tej samej opcji politycznej. Po prostu stary symbol, który zawsze był jak najbardziej “nasz”, unowocześnia się, bezwzględnie jednak nadal pozostaje “nasz”.

Zdarzają się też akcje indywidualne w sprawie zawłaszczania wizerunków. Fizyk i filozof, wędrowiec i jeden z autorów na tym blogu, Marek Włodarczak alias Tabor Regresywny, od kilku lat toczy upartą kampanię w obronie wizerunku Kubusia Puchatka, który wskutek przepychanek finansowych najpierw został całkowicie zmieniony, a potem na dodatek ten nowy wizerunek został objęty korporacyjnym prawem własności.

Ale w sprawie Don Kichota nic takiego się przecież nie zdarzyło. Jeszcze wczoraj Don Kichot był jak najbardziej “nasz”, i np. walczył w Niemczech z wiatrakami produkującymi prąd, a dziś już nie, dziś jest zdetronizowanym Trumpem i walczy z prawem mediów społecznościowych do wyrażania jedynie słusznych opinii. Aby sprawę jeszcze bardziej skomplikować, te uciśnione przez Trumpa media to tak naprawdę bezwzględne korporacje. Kto więc i gdzie jest jeszcze Don Kichotem?

Dziwne. I jak już bardzo chcę się zmartwić, że ukradli nam naszego prawdziwego Don Kichota i nie zrobili tego “źli oni” z chęci zysku, lecz “nasi dobrzy” z braku pomyślunku, odkrywam na Netflixie Don Kichota nadal prawdziwego i naszego. Ale przecież Netflix to też korporacja!

Navillera

I co teraz?

shut down

... oder wie ensteht ein gedicht
… albo jak powstaje wiersz

pierwszy shutdown  2018/01/02  tagesschicht 6:00 bis 18:00 ICC, berlin

Tibor Jagielski

aus notizbuch, 15 Januar 2020

letzter arbeitstag; ich fahre zum domizil dienstsachen und schlüßel abzugeben
verabschiede mich von frau p.
den ganzen mobbingstrupp schenke ich keinen blick, aber es tut weh,
nach so vielen monaten ackerei für ein äppel und ein ei

weiterhin fühle ich mich wie vor dem kopf gestossen
über den jordan musst du schon allein und lässt die ganze meute hinter dir
hoffentlich nicht der einziger trost jenseits
sisiphos versus hiob oder atlas

same tragedie
nawet herakles po powrocie do domu
otrzymuje w darze od dejaniry koszule
koszule!

na polach  elizejskich
szary popiół spada z nieba
jak śnieg
na tłumy
wędrujace po monotonnej szarej równinie

syzyf to pestka
kompleks edypa?
nieznany
elektra?
bajka na dobranoc

tylko macierzanka
rośnie razem z nami
jak milczenie starego telefonu
nikt nie wykręci już jego tarczy

tylko macierzanka
różanopalca pozdrawia nas o świcie
i pozwala
na oddech

shut down

zmarł duński satyryk westergard
cześć jego pamięci

kurt marti, wiersz dla muchy

poniewczasie
(pada śnieg)
w ciszy nocnego pokoju
budzi  się mucha
niebiesko pobłyskując
w żółtym świetle
lampy z ryżowego papieru
pobrzękuje tu i tam tu i tam
przed regałem z książkami
no i co
(słyszę pytanie)
chcesz nam  w związku z tym powiedzieć?
nic nic
zapisuję to
dla muchy

z tomu wierszy:
miłość przychodzi na piechotę

Kurt Marti, gedicht für eine fliege

unzeitig
(draußen fällt Schnee)
ist in der stille
des nächtlichen zimmers
eine fliege erwacht blau schimmernd
im gelben licht
einer reispapierlampe
surrt sie aufab aufab
vor bücherregalen ja und
(so höre ich fragen)
was willst du uns damit sagen?
nichts nichts:
ich schreibe das auf
für die fliege

Kurt Marti, Die Liebe geht zu Fuß
Ausgewählte Gedichte. Nagel & Kimche, Zürich 2018

intro:
 sobota, 22 kwietnia 1933
“wczoraj zadzwonił benn, był na premierze “schlagetera” johst’a na osobiste zaproszenie komisarza rust’a,
a potem na spotkaniu przy piwie; na przedstawieniu byli stehr, emil strauß, schäfer, blunck, kolbenhayer, schaffner, peter dorfler,
czyli nie brakowało tam zdolnych, ale kluczem wyboru była polityka, a nie talent;
benn odczuł uzurpację i wrogość. uważa, że nas nie tylko wyeliminują, ale i fizycznie zniszczą”
oskar loerke “dzienniki”
—————————————————————————–
wpadam do pracy na kwadrans przed zmiana, a razem ze mną fadi,co nie jest dla niego normalne
(zawsze się spóźniał, od kiedy go znam, przynajmniej sekundę)
– co jest grane? – pytam
– kismet, zamykają budę, a nas wyrzucają – mówi
– ale ja mam grafikę na cały styczeń! – odpowiadam
– zapomnij, idziemy na bruk, albo na stadion, filzen* – śmieje się
—————————————————————————–
*) filzen – rewizja osobista
—————————————————————————–
list od kazia, pierwszy znak życia od niego po trzydziestu latach (sic);
pisze, że bardzo namiętnie mnie wspomina i proponuje spotkanie;


c.d.n.

Chichot Temidy 3

Dziwny jest ten świat

To tytuł kolejnego rozdziału przepisywanej książeczki, jak adekwatny, przekonacie się Państwo sami:

W stanie Arkansas, według tamtejszego prawa, nauczyciele, którzy noszą fryzurę „na pazia“, nie dostaną podwyżki.

W Little Rock, w tym samym stanie, nie można używać klaksonu w miejscach, gdzie po godzinie 21.00 podawane są napoje i kanapki.

W Blythe (Kalifornia) nie wolno nosić kowbojskich butów, jeśli nie posiada się przynajmniej dwóch krów.

W stanie Oregon zabronione jest gwizdanie pod wodą.

W Tampa Bay (Floryda) niezgodne z przepisami jest jedzenie białego sera w niedzielę, po godzinie 18.00.

W Pullman (Illinois) można protestować nago przed ratuszem, ale pod warunkiem, że ma się mniej niż 17 lat i posiada się odpowiednie zezwolenie.

W Bostonie (Massachusetts) zabroniona jest gra na skrzypcach. Tamże również – dwóm osobom nie wolno się całować pod kościołem.

W Fort Madison (Iowa) oddział straży pożarnej musi ćwiczyć walkę z ogniem 15 minut przed wezwaniem do pożaru.

W stanie Iowa jednoręki pianista musi występować za darmo.

W stanie Kentucky, jeżeli podaruje się przyjacielowi butelkę piwa, wina lub spirytusu (jako prezent), można zostać skazanym na pięć lat więzienia.

Również w Kentucky żałobnikowi, który czuwa nad zmarłym nie wolno zjeść więcej niż trzech kanapek.

W Holyoke (Massachusetts) niezgodne z prawem jest podlewanie trawnika, kiedy pada deszcz.

W Brainerd (Minessota) każdy mężczyzna musi zapuścić brodę.

W stanie Nebraska rodzic może zostać aresztowany, jeżeli jego dziecko nie powstrzyma bekania podczas nabożeństwa w kościele.

W Las Vegas (Newada) wykroczeniem jest zgubienie protezy zębowej.

W stanie Nowy Jork prawo zakazuje witania się gestem, polegającym na położeniu kciuka na nosie i poruszaniu resztą palców.

Na Hawajach sprzeczne z prawem są praktyki wkładania monet jednocentowych do ucha.

W Asheville (Karolina Północna) nie wolno kichać na ulicy.

W Marion (Ohio) zakazane jest jedzenie pączków i chodzenie w tym samym czasie tyłem po ulicy.

W Hazelton (Pensylwania) nauczycielom nie wolno pić napojów gazowanych w czasie, kiedy prowadzą lekcje.

W stanie Teksas zakazane jest posiadanie Encyklopaedii Britannica, gdyż jedno z opublikowanych w niej haseł zawiera informacje pozwalające na domowy wyrób piwa.

W stanie Vermont surowo wzbronione jest malowanie krajobrazów w czasie wojny.

W Norfolk (Wirginia) nie wolno pluć na mewy.

W stanie Waszyngton zabronione jest bezpodstawne utrzymywanie, iż jest się dzieckiem bogatych rodziców.

Na koniec kilka ciekawostek spoza USA:

W Tajlandii nie można deptać banknotów i monet, bez względu na walutę. Nie wolno również wyrzucać zużytej gumy balonowej na chodnik, grozi za to grzywna w wysokości 600 dolarów.

W Kanadzie niezgodne z prawem jest pozbawienie życia chorego przez wystraszenie go.

W Anglii samobójstwo jest klasyfikowane jako przestępstwo skarbowe.

Opracowanie i wybór: Zbigniew Milewicz

Łucja, żaden autorytet (1)

Łucja Fice

Ryba

Myślę. Myśli przekształcam w słowa, słowa przelewam i zapisuję klawiaturą komputera. Myśli są różne, ale próbuję mieć nad nimi kontrolę. Nie zawsze się to udaje, ponieważ jestem bombardowana różnymi informacjami z zewnątrz, również z mediów. Nie zawsze mogę się dzielić swoimi myślami w sposób werbalny, bo mogę wywołać burzę krytyki i narazić na ostracyzm, a przecież tego nie chcę. Dlatego piszę.

Moja percepcja świata jest nieco inna aniżeli moich znajomych. Jest taka indyjska przypowieść „…I był ranek, kiedy Bóg stanął przed dwanaściorgiem swoich dziećmi i każdemu z nich przekazał zalążek ludzkiego życia. Każde dziecko stawało przed nim, aby przyjąć jego dar i wysłuchać słów misji, z jaką miało udać się na do świata ludzi, na Ziemię. „Tobie, RYBO, daję najtrudniejsze zadanie ze wszystkich. Masz zebrać zmartwienia wszystkich ludzi i oddać mi je. Twoje łzy, będą moimi łzami. Cierpienie jakie weźmiesz na siebie, jest następstwem ludzkiego niezrozumienia mojej idei, ale powinnaś wybaczyć ludziom, aby mogli zacząć jeszcze raz. Za spełnienie tego zadania otrzymasz ode mnie największy prezent ze wszystkich. Będziesz jedynym moim dzieckiem, które mnie rozumie. Dar ten jednak będzie należeć wyłącznie do Ciebie. Jeśli spróbujesz się nim podzielić, nikt nie będzie Cię słuchał, nie będziesz nigdy żadnym autorytetem. Bóg powiedział: posiadasz cząstkę mojej idei i nie możesz jej pomylić z całością czy wymienić na inną. Jesteś, Rybo, pełnią, ale nie dowiesz się o tym póki wszystkie znaki nie staną się jednością. Dopiero wówczas ujrzysz całość mojej idei”.

Piękna przypowieść prawda? Dziwne tylko, że już od dziecka domyślałam się, że świat wcale nie jest taki, jak go postrzegamy. Skąd? Dzisiaj moje ciało traktuję jak ciało jakiejś osoby w komputerowej grze, w wirtualnej rzeczywistości. Osoba z gry komputerowej jest tylko wyliczonym wirtualnym bytem. Moja fizyczność jest wirtualnym awatarem, a ja jestem graczem, świadomością. Jestem w tej rzeczywistości, by dokonywać wyborów pomiędzy dobrem a złem. Każdy człowiek, który przychodzi na świat, ma zaprogramowany system wartości. Już małe dziecko wie co dobre, a co złe, co mu wolno, a co nie. To jakby odwieczny zakład, może gra w kości pomiędzy dwoma siłami. Wszyscy żyjemy na tej samej Ziemi, jesteśmy jej solą i możemy (mamy prawo) głosić swoje idee i mieć na ten świat wpływ. Każdy ma w tym świecie swoje miejsce, przecież innej Ziemi nie znamy (jeszcze).

Teoria reinkarnacji mówi, że z każdym wcieleniem przepracowujemy kolejne lekcje i wspinamy się na wyższy poziom. Dziś już mamy w fizyce ogrom na to dowodów. Życie pokazuje nam, że każda ludzka kreacja może przejawiać się w dwojaki sposób – w pozytywie i negatywie. Zawsze jednak pytamy, jak to jest, że jesteśmy TUTAJ i dokonujemy wyborów. Można to tak wytłumaczyć: świadomość najlepiej może być przedstawiona jako system informacyjny. Ten system rozwija się poprzez tworzenie informacji. Informacja tworzy treść, tworzy strukturę, więc jestem TU, by dokonywać wyborów, by uczyć się (również na błędach,) ewoluować i po prostu stawać się lepszą. Świadomość ma zawsze wybór i jest połączona z wolną wolą. Może świadomość, która istnieje poza naszym cielesnym bytem, jest wdrażana do systemu informacyjnego (podobnie jak jakiejś komputerowej grze?). Może ten system stworzył pamięć? Może przetwarza dane poprzez nasze ludzkie wybory?

Mam wrażenie, że to wszystko musi być połączone z utratą lub przypływem energii (entropia.) Dobre wybory w obrębie świadomości w sensie moralnym popychają nas w stronę stanów niższej entropii i odwrotnie. Tak to rozumiem. Zdobywając wiedzę, wzrastam intelektualnie, tworzę szerszą świadomość, nowy obraz siebie. Mam też wiedzę intuicyjną i jestem nią „napędzana.” Wcale nie muszę być racjonalna w pojmowaniu życia, świata, kosmosu. Tak samo jak wszyscy odczuwam radość, smutek, strach, ból i tak samo dokonuję w życiu wyborów, ale postrzegam świat jako całość z jej fauną i florą.

Patrząc w tej chwili na gablotę z minerałami z całego świata i na ich kolorystyczne bogactwo (przebywam w domu fanatyka, którego pasją są kamienie, meteoryty i minerały, widzę, że różnią się od siebie, a jednak stanowią budulec całego kosmosu.

Doczytałam się, że uniwersytety (profesorowie) zaczynają łączyć świadomość i wypełniać lukę pomiędzy metafizyką, teologią i fizyką. To trzy części jednego, większego pojmowania kosmosu i sposobu, w jaki działa świat. Wydaje mi się, że takiego połączenia dokonali już Jezus, Budda, Mahomet i wielu innych. Jak to wszystko połączyć z nauką i wiedzą, jaka jest mi dostępna dzisiaj? Umysł ludzki jest jednocześnie potęgą i upiorem pełnym lęków, łaknącym odpowiedzi na dręczące pytania. Może to przerażony umysł każe mi szukać odpowiedzi? Jeszcze kilkanaście lat temu moja rzeczywistość i świadomość były oddzielona wielkim murem, ale to się zmieniło. Czy ta indyjska przypowieść o znakach zodiaku może być prawdziwa? Czym była siła, która skierowała mnie na drogę służby innym ludziom i tym samym poszukiwania odpowiedzi na trudne pytania? Myślę, że moja podświadomość wyrażała chęć opieki, chciała być pomocna i użyteczna, a tym samym ja sama, świadomie dokonałam takiego a nie innego wyboru.

Czym jest więc życie i związana z nią świadomość? Jaki jest jego cel? Ja już sobie odpowiedziałam. Ten cel to dojrzeć drugiego człowieka i pomóc mu w potrzebie, nauczyć się miłości do niego.

Życie to szkoła, to lekcje. Szkoda tylko, że wagary zabrały mi tyle czasu, sprawiły, że nie posiadłam wiedzy, której już dzisiaj nie nadgonię. Będę musiała TU kiedyś wrócić i te lekcje uzupełnić. Życie trwa, pisze swoją pracę i na razie mam tylko takie motto „Żyj tak, aby nikt przez ciebie nie płakał”.

Łucja, żaden autorytet

Jastarnia (4)

Jacek Krenz

Dziewczyny

Gdy dołączały do nas dziewczyny, spacerowaliśmy do oddalonej o dwa kilometry Juraty. Na kilka sposobów: wygodnie szosą, w słońcu plażą, torami lub leśną ścieżką. Można było oczywiście jechać pociągiem lub autobusem, ale woleliśmy pieszo. Celem była położona wśród drzew kawiarenka „Paloma” z okrągłą salą taneczną.

Zasiadaliśmy na pufach przy okrągłych stoliczkach z pucharami lodów, a z czasem przy kieliszkach wina. Atrakcją była grająca szafa z aktualnymi przebojami. Cliff Richards śpiewał The Young Ones, Paul Anka You are My Destiny, Roy Orbison Pretty Woman, “The Shadows” grali romantyczne Themes for Young Lovers i Apache, a “The Tornados” swój instrumentalny przebój Telstar.

O godzinie piątej po południu rozpoczynały się potańcówki, zwane odpowiednio five’ami. Wejście ułatwiała nam zaprzyjaźniona kelnerka Ela, córka naszej gospodyni. W towarzystwie zwykle był ktoś, kto grał na gitarze. Z Ryśkiem Ambroziewiczem śpiewaliśmy Meksykanę, gdzie sprawy damsko-męskie układały się bardzo prosto i dla nas zrozumiale:

Piękne życie spędzają kowboje,
A ich miłość jest piękna jak kwiat.
Rzucę lasso i serce jest moje,
Porwę dziewczę i pojadę w świat.

Może mnie kochasz, piękna dziewczyno,
Może lasso połączy serca dwa.
Wiatr upaja jak szampan i wino,
Dzika miłość po stepie nas gna.



Morze, plaża, ryby w zatoce, wakacyjne przyjaźnie, tańce. Pierwsze poruszenia serca, zakochania, spacery z trzymaniem się za ręce lub obejmując się wzajemnie za biodra. Obok domu, gdzie mieszkaliśmy, był zasobny dom pana Hermana, rybaka z dużym kutrem, szkunerem. Miał żonę Francuzkę i dwie piękne córki, Françoise i Marie-France. C’est vrai, żałuję, że nie znałem francuskiego, by zrozumieć, co odpowiedziała mi Françoise na pytanie: Czy mnie kochasz?

Pierwsze niewinne miłości: Żywia, Elżbieta, Iwona, Kasia, Marysia… Z Elżbietą odbywaliśmy długie spacery brzegiem morza. Była nastoletnią łyżwiarką i opowiadała mi o obozach kondycyjnych. Zimą, podczas szkolnej wycieczki do stolicy, wyrwałem się z klasowej grupy i z tzw. bełtem, czyli butelką najtańszego wina, ukrytą w kieszeni kurtki poszedłem ją odwiedzić na Saskiej Kępie i powspominać lato.

Podtrzymaniem letnich przyjaźni był też Sylwester w Zakopanem w 1963 roku. Zaraz po Świętach dostałem list od Krzysztofa z serdecznym spontanicznym zaproszeniem:

Przyjechała Kaśka i Krystyna, Pżryjerzdrzaj na pewno. Spanie masz ó mnie, rzarcie takrze!

Kolorytu zaproszeniu dodawała autorska ortografia listu.
Po marcu 1968 roku Kasia Forbert już do Jastarni nie przyjechała.
I tak, nawet tutaj doświadczyliśmy wpływu polityki.

Iwona z kolei lubiła recytować Pchłę Szachrajkę Brzechwy, wierszowaną opowieść o sprytnych postępkach pewnej pchły. Recytowała też zabawny wiersz Gałczyńskiego Strasna zaba w wersji dla sepleniących, który do dziś znam na pamięć:

Pewna pani na Marsałkowskiej
kupowała synkę z groskiem
w towazystwie swego męza, ponurego draba;
wychodzą ze sklepu, pani w sloch,
w ksyk i w lament: – Męzu, och, och!
popats, popats, jaka strasna zaba!

Mąz był wyzsy uzędnik, psetarł mgłę w okulaze
i mowi: – Zecywiście cos skace po trotuaze!
cy to zaba, cy tez nie,
w kazdym razie ja tym zainteresuję się;
zaraz zadzwonię do Cesława,
a Cesław niech zadzwoni do Symona –
nie wypada, zeby Warsawa
była na „takie coś” narazona.
Wspólnym wysiłkiem ządu i społecenstwa
pozbyliśmy się zabiego bezeceństwa.

Biedna żaba! Dlaczego więc Iwonka nie mogła mi wybaczyć, że rozdeptałem żuczka? Na jej: „O! Popatrz, żuczek”, machinalnie rozgniotłem go butem. Dopiero po 40 latach uzyskałem oficjalne wybaczenie na piśmie. Przyjaźnimy się serdecznie i odwiedzamy z rodzinami do dziś, chociaż podejrzewam, że mimo wszystko ciągle chowa skrywaną urazę, nie doceniając być może rycerskiej intencji obrony swojej damy. Z radością możemy myśleć, że ta nasza młodzieńcza przyjaźń przeszła na pokolenie naszych dzieci i trwa nadal. Pomimo żuczka.

Zdarzyło się, że dwaj bracia, tj. Jurek i ja “chodziliśmy” w Jastarni z dwiema siostrami: Zosią i Marysią Biegańskimi. Mama ich była pianistką, a ojciec dyrektorem Wydawnictw Artystycznych i Filmowych. Mieszkali w fińskim domku w pięknej zielonej dzielnicy Jazdów w centrum Warszawy. Zdałem wtedy na Wydział Architektury Politechniki Gdańskiej. Kierowany jednak porywem serca, postanowiłem przenieść się do Warszawy, by być blisko Marysi. Stało się to możliwe dzięki jej wujkowi, ówczesnemu dziekanowi warszawskiego Wydziału Architektury, który – dzięki mojej wysokiej ocenie z egzaminu wstępnego – stwierdził, że „nie widzi przeszkód”. Gdy nadeszła jesień okazało się jednak, że letnie miłości nie zawsze utrzymują się poza wakacjami. Pozostałem na studiach w Gdańsku, Marysia poszła na malarstwo do warszawskiej ASP. Nasze drogi się rozeszły, przestaliśmy jeździć na wakacje do Jastarni i straciliśmy kontakt.

Lubiłem towarzystwo tutejszych chłopaków: Romka i Edka Soleckich, Piotra Wilkuszewskiego, Henia Selina, Henia Oksa, Ryśka Ambroziewicza, Staszka Rybarczyka, Bogdana, Franka i innych. Uczyliśmy się od nich języka kaszubskiego, często mało cenzuralnych zwrotów, nie nadających się do cytowania tutaj, ale do dziś potrafię trochę kaszëbsczim jãzëkem godac. Była to przydatna umiejętność. Wiedziałem, na przykład, że należy czym prędzej uciekać, gdy wchodząc w szkodę słyszeliśmy: Të diôble, jak jô ce chyce, to utopse.

Wojtek z Ryśkiem przewodzili bandzie tutejszych chłopaków, która przybywającym na wakacje chłopcom, zwłaszcza tym wywyższającym się swoim stołecznym pochodzeniem, pięścią pomagała przywrócić odpowiednie proporcje zachowania. Często odbywało się to już na dworcu, ledwie wysiedli z pociągu.

Miałem też swoją paczkę znajomych, od lat przyjeżdżających na wakacje nad morzem: Iwona Borysowicz, Marysia Biegańska, Kasia Forbert, Krystyna Zajączkowska, Małgosia Kubiak, Ania Domańska i Tomek Stawiński z Warszawy. Byli też tacy, których dziś pamiętam tylko z imienia lub przezwiska: Danek, Grzybówna, Młynarka, Zarzycki… Każdy z moich braci miał swój odrębny krąg znajomych, ale często trzymaliśmy się razem.

Niektórzy nazywali nas Kanarkami (Jurek Kanarzycho, Wojtek Kanar i ja Kanarek). Do tego Krzysztof Starczewski był jeszcze jakby moim trzecim bratem, młodszym o rok ode mnie.

Przyjeżdżała do Jastarni i Juraty warszawska elita. Pisarze, aktorzy, filmowcy, dziennikarze. Bywały tu Anna Nehrebecka, Małgorzata Braunek, Maja Komorowska, Wojciech Gąssowski, Tadeusz Kubiak (ojciec Małgosi), Wojciech Młynarski, Edward Dziewoński i inni. Mówiło się, że na premierowych pokazach w kinie „Żeglarz” było więcej gwiazd na sali niż na ekranie.

W owym czasie samochodów w Jastarni prawie nie było. Andrzej Badeński, medalista letnich Igrzysk Olimpijskich w 1964 roku, tym bardziej zadawał szyku, pojawiając się w otwartym kabriolecie NSU Prinz. Szliśmy pewnego razu z Krzysztofem, gdy zatrzymał się przy nas, wypytując o urodziwą siostrę Krzysztofa, Beatę. Poczęstował nas wyrostków Chesterfieldami z filtrem, by wydobyć informację, gdzie mógłby ją spotkać. Krzysztof lubił na plaży grać w badmingtona z Wojciechem Młynarskim ze względu na jego niezwykłe poczucie humoru. Błyskotliwe dowcipy zapisywało okoliczne towarzystwo. Krzysztof, czarujący, przystojny, dość wcześnie zakosztował dziewczęcych uroków i przez jedno lato mieszkał nawet z jedną panną ze stolicy, za przyzwoleniem jej ojca, który robił sobie nadzieje, płonne, jak się zresztą okazało, że obrotny młodzieniec wspomoże go w interesach tzw. prywatnej inicjatywy. Po latach Krzysztof przyjechał do Jastarni z dorastającym synem w sentymentalnym nastroju odnajdywać ścieżki dzieciństwa. Krzysztof junior zżymał się, że zaaferowany tata oprowadzał go po jakiś chaszczach.

Don Quixote on the Atlantic Ocean

Konrad found him and called him Don Quijote. His name is Reza, he is an Irani and lives in USA. He planned to walk thousand miles on the water from Miami to Bermuda. Walking on the water, like Jesus. Sometimes I think that this both figures are the same. Jesus Don Quixote. They stopped Reza’s adventure already two times, but I belive, it is not the end of the story. Just observe.