Barataria in Berlin (Reblog)

Ideengeber war für diesen Beitrag Tibor Jagielski. Danke!
Autor: Hans Block

Hörspiel vom 5. Oktober 2021, nach Cervantes

Don Don Don Quijote – Attackéee

Miguel de Cervantes‘ berühmte Romanfigur zieht es vor, im krisengeschüttelten, feudalen Spanien die Wahrheit seiner alten Ritterromane zu leben. Der „Ritter von der traurigen Gestalt“ konstruiert sich eine fast perfekte eigene Welt.

Don Quijote mit Sancho Panza vor einer Windmühle (picture-alliance / dpa / Antonius)

Don Quijote macht sich auf, um Abenteuer zu erleben, die ihm in seinem maroden Kaff versagt sind. Auch im Hörspiel und nach 500 Jahren scheint seine Geschichte eine verheerende Wirkung zu haben. Infiziert von einer neuen Ausstrahlung der Taten des heldenhaften Ritters werfen hunderte Hörer ihre bürgerliche Identität über Bord, stülpen sich die Maske des Don Quijote über und ziehen in die Schlacht unter dem Motto: „Die Welt ist veränderbar!“

Hörspiel

Und das alles spielt sich in Berlin ab. Die Autor*innen des Hörspiels fanden sogar einen “wahren” Don Quijote in Berlin, der sich nur auf dem Pferd bewegt und dem gängigen System, den wir im Allgemeinen Rattenwettrennen nennen, den Rücken kehrt. Der wurde für das Hörspiel gar interviewed, aber leider ist dieses Hörspiel nicht nur Reblog, dh. leider nicht “mein Ding”, sondern auch Wiederholung vom Jahre 2014. Nach sieben Jahren gibt es in Berlin keinen auffindbaren Don Quijote. Nur Kneipen.


Reihe: Busch-Funk
Don Don Don Quijote – Attackéee
Von Hans Block
Regie: Hans Block
Mit: Stefan Kolosko, Lisa Hrdina, Jan Breustedt, Matthias Mosbach, Max Meyer-Bretschneider, Alexander Höchst u.a.
Ton und Technik: Albrecht Panknin, Studio Zpiao
Mentorin: Elisabeth Panknin
Produktion: Deutschlandfunk in Kooperation mit der Schauspielschule Ernst Busch 2014
Länge: 46‘02
Eine Wiederholung vom 24.06.2014


Hans Block, geboren 1985 in Berlin, arbeitet als Theater- und Filmregisseur, Musiker, sowie Hörspielautor und -regisseur. Das Hörspiel „Don Don Don Quijote – Attackéee“ wurde 2015 mit dem Grand Prix Marulić ausgezeichnet.

Wspomnienia o Maryli 29

Magdalena Ciechomska

Początek Adwentu to czas przygotowań do Świąt Bożego Narodzenia. Już od października ustalaliśmy z Marylą, jakie prezenty kupimy każdemu z członków rodziny. Musiały to być rzeczy potrzebne danej osobie, czasem bardzo, ale to bardzo praktyczne. Ktoś potrzebował nowego parasola, cioci przydałyby się ciepłe skarpety i bielizna. Maryla lubiła takie prezenty. Raz zamówiła sobie na Gwiazdkę drewnianą stolnicę, innym razem dostała nową wycieraczkę pod drzwi. Co roku prosiła o kalendarz katolicki z zaznaczonymi wszystkimi świętami kościelnymi. Oczywiście, do tych praktycznych prezentów dodawaliśmy każdemu jakieś sympatyczne drobiazgi w charakterze niespodzianki. Były to przeważnie słodycze, kosmetyki. Ja często kupowałam Maryli kolczyki. Oprócz prezentów uzgadniałyśmy plany kulinarne. Prowadziłyśmy konsultacje telefoniczne na temat zakupów i ustalenia, kto co ugotuje bądź upiecze. Oczywiście był stały zestaw dań oraz ciast, ale Maryla co roku znajdowała jakiś nowy przepis na ciasto, często egzotyczny. Robiłyśmy listę zakupów, zapisywałam, co muszę kupić ja, co Maryla kupi w Berlinie.

Zwykle Maryla przyjeżdżała na jakiś tydzień wcześniej, bo jeszcze musiała pojechać do Grójca po ciocię, a poza tym chciała choć raz pójść na Roraty. W naszej warszawskiej parafii te uroczyste msze adwentowe poświęcone Maryi odbywają się zawsze tradycyjnie o 6 rano. Trzeba wstać przed piątą, z domu wychodzi się w ciemność. Maryla zawsze zabierała lampion z zapaloną wewnątrz świeczką. Jeśli udało się wstać i wyjść odpowiednio wcześniej, do kościoła szło się piechotą, w sumie niedaleko, jakieś 20 minut. Gdy zamarudziło się dłużej, albo gdy padał deszcz, trzeba było podjechać autobusem, a lampion zapalało się później. Im bliżej kościoła, tym więcej widziałyśmy podobnych postaci z migocącymi w ciemności lampkami. Koniecznie trzeba było być wcześniej, przynajmniej dziesięć minut przed rozpoczęciem mszy, żeby wejść z mroku nocy w mrok nieoświetlonego kościoła, rozpraszany tylko niewielkimi płomykami lampionów. Ta chwila i potem śpiew Rorate coeli, były dla Maryli znakiem wejścia w czas świąteczny.

Po powrocie do domu, po ogrzaniu się i śniadaniu, zabierała się do prac kuchennych. Wstawiała ciasto do piekarnika, a potem robiła porządki. Bardzo lubiła dekorować swoje mieszkanie na piętrze. Choinkę wysoką do sufitu, kupowaliśmy kilka dni przed Wigilią, ustawialiśmy u nas, na dole. Ubierana była w Wigilię, od rana. U siebie Maryla umieszczała w różnych miejscach stroiki, bukiety gałęzi świerkowych, na których zawieszała najmniejsze bombki, jakiś niewielki sznur lampek choinkowych, gwiazdę jako abażur lampy pod sufitem. Krzątała się tak przez cały dzień, z przerwami na posiłki, jednocześnie słuchając muzyki z radia lub z płyt. Ja robiłam swoje na dole, ona – na górze. Od czasu do czasu przemieszczałyśmy się z góry na dół w poszukiwaniu jakiejś łyżki, miski, blachy do ciasta, przyprawy… Wieczorem obie padałyśmy ze zmęczenia. Maryla, która jako feministka zasadniczo sprzeciwiała się zamykaniu kobiet w kręgu prac domowych, tę przedświąteczną harówkę traktowała jak rytuał, twierdziła, że jest to dla niej integralna część samych świąt, że w ten sposób wchodzi w czas i klimat Bożego Narodzenia. Walcząca feministka w tym czasie przyjmowała rolę tradycyjnej pani domu i sprawiało jej to niewątpliwie wielką przyjemność.

Pamiętam jedną z naszych rozmów, na temat pracy kobiet prowadzących dom w dziewiętnastym wieku. Maryla mówiła wtedy, że praca tych gospodyń domowych była w istocie bardzo kreatywna. Nie ułatwiała jej znana nam dziś automatyzacja, nie było półproduktów upraszczających przygotowanie posiłków. Kobiety nie tylko samodzielnie smażyły konfitury, kandyzowały owoce, robiły marynaty , gotowały i piekły. Często były też wytwórczyniami płótna, przypraw, chemicznych środków czystości. Prace domowe mogły dawać im więcej satysfakcji i poczucia sprawstwa niż współczesnym kobietom, często znajdującym się pod presją reklam i czysto konsumpcyjnych oczekiwań. Myślę, że w wirze tych przedświątecznych przygotowań obie realizowałyśmy się w takiej kobiecej kreatywności.

Frauenblick

Monika Wrzosek-Müller

Das Kino Kultura und der Film Wesele

Das Kino Kultura in Warszawa war schon zu meinen Studienzeiten eine Institution, doch nach der Renovierung und Neueröffnung im Jahr 2009 ist es einfach ein reines Vergnügen, sich in dem Kino einen Film anzuschauen. Der Saal ist riesig, 234 Sitze, in dezentem Mintgrün gehalten, Corona-sicher auch abends; es waren jedes Mal höchstens 15 Leute anwesend. Auf dem Programm stehen immer die neuesten aber ambitionierten Produktionen, besonderen Wert legt man auf die polnische Filmographie; das Kino wird vom Verband der Polnischen Filmemacher betrieben. Immer wieder werden auch Themenschwerpunkte gesetzt – z.B. eine Thriller-Woche oder die Woche des Vietnamesischen Films organisiert; es gibt Premieren, Previews. In das Kino kommt man durch ein anständiges italienisches Restaurant, das vor oder nach der Vorführung zum Essen und Trinken einlädt. Insgesamt eine richtige Institution, in der sehr belebten Krakauer Vorstadt 21/23.

Doch eigentlich wollte ich über einen Film berichten, der Polen noch stärker polarisiert hat (sollte es denn überhaupt noch Versuche geben, zu einigen), nämlich über Wesele [Die Hochzeit] 2 von Wojciech Smarzowski. Den habe ich im Kino Kultura gesehen. Es ist eindeutig kein Film, der gefallen will, eher soll er aufrütteln, schockieren, erschrecken, zum Nachdenken zwingen. Jeder, der den Film gesehen hat, entwickelt dazu seine ganz eigene Meinung; er wurde total kritisiert und hoch gelobt und es ist auf jeden Fall wieder einmal ein für Polen wichtiger Film.

Die Handlung ist eigentlich simpel: die Tochter eines mächtigen Schweinefleischproduzenten in einer ostpolnischen Provinzstadt heiratet ihre Jugendliebe; natürlich ist die Feier überdimensioniert, reich und geschmacklos. Der Vater ist in mehrere Probleme verwickelt, über die im Verlauf der Handlung erfahren. Die Mutter hat ihr Leben als immer betrogene reiche Ehefrau eigentlich satt, passt auch gar nicht in das neureiche Interieur. Als die fast wichtigste Person entpuppt sich im Laufe des Films der Großvater, dessen Erlebnisse im Zweiten Weltkrieg den Hintergrund und zugleich eine Brücke bilden – Analogie zu einem der „polnischsten“ Dramen, Stanislaw Wyspianskis Wesele von 1901.

Die Fleischfabrik, ein Ort des Grauens, betrieben hart an der Grenze der Legalität, könnte schlimmer erscheinen als die Ereignisse des Zweiten Weltkriegs. Es geht darum, immer billiger, immer mehr und mit immer größerem Profit zu produzieren. Dabei spielen auch deutsche Interessenten am Kauf von billigem Schweinefleisch eine wichtige Rolle. Für mich folgt der Film präzise einer Linie: er zeigt, dass man dem früheren Bösen nicht entkommen kann, malt eindringlich aus, wie es ist, das Böse, Schreckliche mit sich schleppen zu müssen, die Last auf den Schultern zu spüren und ihn noch so viele Jahre nach dem Krieg nicht abschütteln können. Man ist in der Vergangenheit gefangen, die alten Geistern steigen auf und vermischen sich mit den gegenwärtigen, so ist die Vergangenheit in der Gegenwart immer präsent und kann nicht aufhören mitzumischen.

Wenn man an in Polen an Wesele denkt, kommt einem ganz natürlich das große, mit den polnischen Mythen der Gesellschaft abrechnende Drama von Wyspianski in den Sinn. Da ist die Kluft, die Spaltung der polnischen Gesellschaft wunderbar sichtbar: die Bildungsbürger [inteligencja] sind guten Willens, die adligen Gutsbesitzer weniger; sie können die Bauern nicht verstehen, sie nicht aus ihrem Elend erlösen. Alles dreht sich in einem verträumten Tanz im Kreis und ganz tief ändert sich wenig. Der Alkohol erwärmt die Gemüter, sie sind so eher bereit, vieles einzugestehen, in diesem Moment zu vergeben…

Die Vermischung des Alkohols mit dem großen familiären Ereignis, dem Tanz, spielt auch bei Smarzowski eine große Rolle; der Alkohol bringt die Situation zum Überkochen, nach dem Höhepunkt ist nur noch der Absturz möglich. Das schicke Auto, ein Porsche, wird zerstört, der Bräutigam betrügt die Braut, die Mutter will die Scheidung, das Schicksal der Fabrik hängt von den deutschen Einkäufern ab, die man ganz schlicht versucht betrunken zu machen und dann durch inszenierte Sexexzessen, die gefilmt werden, zu erpressen, damit sie den Vertrag unterschreiben. Dass am Ende auch noch die Knochen von jüdischen Opfern des Zweiten Weltkriegs ausgegraben werden, ist eindeutig zu viel für den Zuschauer, auch für die Geschichte, die stark durch die Musik und die fantastische schauspielerische Leistung getragen wird. Dass dann auch noch arme und völlig ahnungslose Vietnamesen für die Arbeit in dem Schlachtbetrieb eingesetzt werden, ist der Symbolik zu viel. Polen ist wie ein großer Topf, in dem es von Gräueln nur so brodelt. Wir sehen keinen positiven Helden, am ehesten sind es die beiden Frauen: die Mutter und die Braut, doch sie sind in ihrer Harmlosigkeit so verwurzelt, dass sie dem überbordenden Bösen wenig entgegenzusetzten haben. Doch für die Polen, für ihr Geschichtsbewusstsein, ihr Gerechtigkeitsempfinden könnte es bedeutsam sein.

Parallel dazu verläuft die Geschichte des Großvaters, der sich während des Krieges in ein jüdisches Mädchen verliebt hatte und dann nicht darüber hinwegkam, dass das Mädchen und dessen Eltern in einer Scheune verbrannt werden sollten – getrieben von deutschen Soldaten, aber ermordet von polnischen Bauern. Er versuchte, das Mädchen mit einigen anderen Juden zu verstecken und hoffte, unbemerkt zu bleiben, doch dafür bezahlte sein Freund mit dem Leben; die jugendlichen Entscheidungen, die harmlose Liebe entscheidet plötzlich über Leben und Tod. Der Junge ist dem nicht gewachsen, obwohl er es gut meint, sorgfältig organisiert. Immerhin überleben einige von ihm versteckte Juden den Krieg. Dafür wird er als einer der Gerechten unter den Völkern der Welt ausgezeichnet und soll in Yad Vashem geehrt werden; die Nachricht erreicht ihn während der Hochzeit und sie ist der Auslöser für seine Erinnerungen. Die Geschichte in der Gegenwart bewegt sich Richtung Katastrophe und die Geschichte der Vergangenheit kommt immer näher an uns heran.

Es ist eine Geschichte über die polnischen Dämonen der Provinzialität, des Egoismus, der Fremdenfeindlichkeit bei aller Gastfreundschaft, der Angst. Vielleicht ist es ein Film, der gewollt viel zu didaktisch, symbolisch ist und deswegen für das Ausland nicht lesbar, doch für Polen ein Lehrstück, an dem sich die Geister lange schinden werden. Es ist wie ein Spiegel, vielleicht ein etwas schiefer, doch die Themen des Films sind äußerst wichtig und in der öffentlichen Narration immer wieder präsent, so sollte man sich seine eigene Meinung dazu bilden, das versucht der Film jedem unter die Nase zu reiben.

Wesele [die Hochzeit], 2021
Regie und Drehbuch: Wojciech Smarzowski
Kamera: Wojciech Sobocinski
Musik: Mikolaj Trzaska
die Besetzung: Robert Wieckiewicz, Agata Kulesza, Marian Dziedziel, Ryszard Ronczewski, Maria Sobocinska und Mateusz Wieclawek

Dzieci

Mieczysław Węglewicz

Wyrok

Dziecko było chore, osłabione. Miało gorączkę.
Przestało ssać.
Wioskowy szaman powiedział, że nic nie pomoże.
– ktoś rzuca urok, cały czas.
Tak mówił
– ale kto, Boże, kto? – jęczała załamana matka.
Szaman nachylił się i szepnął jej do ucha.
Chłopiec, może pięciolatek, usłyszał to.
Miała dwoje dzieci, chłopców
Młodsze umierało.
Spojrzała badawczo na starszego syna.
Kiedy ich oczy się spotkały, chłopczyk spuścił wzrok na podłogę i odwrócił się.
Był zawstydzony, zmieszany.
Z błaganiem w oczach spojrzała na szamana – patrzył na nią przez chwilę,
potem przymknął powieki i potakująco kiwał głową.

Oskarżają dzieci o czary

15 sierpnia. Wniebowstąpienie

Najpierw był huk potem chmura pyłu i ogień. Dom zniknął. Powietrze gorące sierpniem i pożarem było brudne. Miało smak cegieł i wapiennej zaprawy. Kobieta z dziewczynką wyszły z piwnicy. Płakały. Dziewczynka podbiegła do figurki. Jej wsuwane trepki klaskały w pięty. Klęknęła, złożyła ręce. Cały czas płakała. Spojrzała przez chwilę w górę. Niebo przysłaniała mgła, pył, który drażnił oczy. I znowu był huk i ogień i pył. I krzyki z niewidocznych ust. ,,Marysiu, Marysiu”. Dziewczynka odchodziła w ciszy. Była szara od pyłu, bosa, z otwartymi oczami.

Miłość

Chłopczyk  był z mamą na przedstawieniu pod tytułem Królewna Śnieżka w teatrze lalkowym.
– Podobało ci się?, spytała w drodze do domu mama.
– Bardzo, odpowiedział chłopiec,
a mama usłyszała w jego głosie, że jest szczęśliwy.
– A co najbardziej?, dopytywała się.
– Królewna, odpowiedział chłopiec.
Minęły dwa, może trzy dnia. Chłopiec poprosił
– Mamo, chcę  jeszcze raz do teatru
– pójdziemy?, zapytał z nadzieją.
– Raz wystarczy, odparła mama i dalej obierała ziemniaki.
– Mamo, proszę…
powtarzał, przeciągając słowa,
– błagam…
Mama pozostawała jednak przy swoim.
Kiedy wieczorem odwiedziła ich babcia,chłopiec pod nieobecność mamy poprosił babcię.
Zgodziła się.
– Tylko nic nie mów mamie.
– To będzie nasza tajemnica, poprosił chłopczyk.
Po dwóch dniach babcia oświadczyła, że zabiera wnuka na spacer.
Poszli do teatru  lalkowego. Tak, babcie na całym świecie rozpieszczają wnuki.
Po przedstawieniu byli jeszcze na lodach. Chłopiec po powrocie  do domu był jak nieobecny, rozkojarzony.
Nie słyszał, co się do niego mówi. Mama zmierzyła mu temperaturę i dała herbatkę z  syropem malinowym. Rano było lepiej, ale nie poszedł do przedszkola. Kolejnego dnia znowu chciał do teatru.
Mama podśmiewała się, że chyba zakochał się w królewnie. Ostatecznie zgodziła się.
W czasie przedstawienia chłopiec cieszył się, uśmiechał, najbardziej, gdy występowała królewna Śnieżka. Wtedy bił długo i głośno brawo. 
Po spektaklu, gdy już wszyscy wychodzili z teatru,
chłopczyk puścił rękę mamy i radośnie pobiegł za kotarę.
– Tam nie wolno, krzyknęła pani bileterka. 
To trwało krótko. Może po minucie chłopiec wyszedł. Zanosił się  płaczem. Mama objęła go i przytuliła. On łkał i szlochał. Nie można było zrozumieć, co mówi. Ktoś Cię skrzywdził?
Co się stało?
Chłopiec połykał łzy i wycierał ręką policzki i nos. Cały się trząsł. Podeszła pani bileterka.
– Może się przestraszył, powiedziała do mamy.
– Chodźmy zobaczyć, co takiego cię przestraszyło, zwróciła się pojednawczo do chłopca.
Chłopiec nie chciał tam iść.
Wobec tego pani bileterka sama weszła za kotarę i trochę  ją odsunęła.
– Nic tu nie ma, powiedziała,
– lalki leżą na stole. Lalki, jak lalki, drewniane, ubrane… królewna, krasnoludki.
– Nic tu nie ma, powtórzyła wychodząc i zasunęła  kotarę.
Chłopczyk rozszlochał się jeszcze bardziej.

Lucy Wielka Mistrzyni 3

Tibor Jagielski

Porządek świata

Budząc się pewnego ranka Lucy stwierdziła, że w  jej świecie zapanował bałagan.
Nad górami nie świeciło słońce i nie płynął do niej odgłos strumienia;
nie wiał ożywczy wiatr poranka, a z paleniska w kuchni nie dobiegało wesołe skwierczenie żaru.
– Ojej, co za dzień – pomyślała Lucy – nawet herbaty dzisiaj nie będzie!
Nie zgadzając się z taką perspektywą, postanowiła przewrócić się na drugi bok i zasnąć ponownie,
co też uczyniła.
Po pewnym czasie, po zrobieniu porządku w swoim śnie, obudziła się znowu i ujrzała słońce nad szczytami gór; znad strumienia słychać było baraszkujące kaczki, a na palenisku  bulgotał czajnik.
– Tak, ten świat pachnie jak świeżo skoszona trawa – pomyślała zadowolona Lucy – i wstała.

——————————————————————————-

Ogród Lucy

Jednego dnia pewien podróżnik podziwiał ogród Lucy,
pielęgnowane jej ręką dzikie byliny, rozłożyste krzewy,
soczyste owocostany i do nieba sięgające zarośla.
– Powiedz mi – zapytał zdumiony takim przepychem natury –
 jaka tajemnicza wiedza kryje się w twojej sztuce?
– Nie ma tutaj żadnej tajemnicy, no może tylko poza jedną – odpowiedziała Lucy –
najpierw rośnie wszystko przed moim duchowym okiem,
 a dopiero potem  sieję  to i sadzę,
 ale wszystko nie obrodziłoby tak wspaniale, gdyby nie moje kaczki,
 które każdego dnia nawożą ten kawałek ziemi.
——————————————————————————-
Lucy i jutro

– Ciężko pracuję – powiedział przedsiębiorca, który pewnego dnia odwiedził Lucy.
– Moja firma jest dobrze notowana na giełdzie,  jej produkty rozchodzą się jak ciepłe bułki,
a ja  należę w międzyczasie do najbogatszych ludzi w kraju, ale nie jestem zadowolony.
Powiedz mi, czy będę jutro szczęśliwy?
– Nie wiem – odpowiedziała mistrzyni – nie jestem jasnowidzem, ale nie można zaplanować tego, by stać się jutro szczęśliwym.
Szczęśliwym można być tylko dzisiaj.
Ptak, który właśnie śpiewa na drzewie, jest teraz szczęśliwy i nigdy nie planuje, że zaśpiewa jutro.

——————————————————————————-

Lucy i wysiłek  

Teo, uczennica Lucy, lubiła medytację, ale pewnego dnia nie była zadowolona z mantry, którą zaproponowała mistrzyni.
–  Nie mogę się skupić i znaleźć nitki do kłębka – żaliła się głośno
– Wobec tego będziesz musiała znaleźć twoją własną mantrę, ale nie będzie to łatwe.
Szukaj jej ostrożnie we własnym wnętrzu w stanie zupełnego spokoju.
To może trwać parę godzin, a nawet cały dzień, albo i jeszcze dłużej –  powiedziała Lucy.
– A jeśli się  skupię ze wszystkich sił? – spytała się Teo.
– W takim wypadku może to potrwać nawet parę tygodni.

c.d.n.

Z wolnej stopy 60

Zbigniew Milewicz

Jakie drzewa, taki las…

80 lat temu w hitlerowskim więzieniu przy dzisiejszej ulicy Mikołowskiej w Katowicach stanęła gilotyna. Szybsza i precyzyjniejsza w obsłudze, niż średniowieczny topór, którym niemieccy kaci dotąd posługiwali się w miejscach kaźni. Wykonała ona co najmniej 552 wyroki śmierci na wrogach III Rzeszy i za więziennymi murami nazywano ją czerwoną wdową.

Machina śmierci – czytamy w archiwalnym materiale Grażyny Kuźnik* – działała jeszcze na kilka dni przed wejściem do miasta Rosjan. Niemcy stracili wtedy siedmiu więźniów z Piekar, Siemianowic, Knurowa, Orzesza i Rudy Śląskiej. Dopiero potem gilotynę próbowali ukryć. Nie mieli czasu, zakopali ją płytko na cmentarzu w Bogucicach. W katowickim Urzędzie Stanu Cywilnego cudem zachowały się spisy zgilotynowanych. Ginęli nie tylko mężczyźni, ale też kobiety i młodzież. W pierwszej egzekucji stracił życie 32- letni murarz z Czechowic. Drugą ofiarą była 31- letnia góralka z Żywca. Oprócz niej ścięto jeszcze 53 kobiety i 13 chłopaków w wieku do 19 lat.

W swoim artykule autorka opowiada o losach jednej z ofiar, 28-letniego, katolickiego księdza Jana Machy, o którym jej koleżanka z katowickiej TV, Dagmara Drzazga, nakręciła właśnie dokumentalny film. Tytuł obrazu brzmiał: Bez jednego drzewa las lasem zostanie. Wspominam o tych pracach z okazji beatyfikacji księdza Machy, która odbyła się 20 listopada w Archikatedrze Chrystusa Króla w Katowicach w asyście tysięcy śląskich wiernych. Kto nie mógł osobiście przybyć do katedry, ten miał możliwość uczestniczenia w niej za pośrednictwem mediów; mnie niestety nie udało się z żadnej z tych opcji skorzystać, chociaż byłem wtedy na Śląsku, więc tym bardziej winien jestem napisać, co wiem o tym człowieku, który za pomaganie rodzinom prześladowanym przez Niemców w czasie wojny, zapłacił męczeńską śmiercią.

Hanik, bo tak go nazywali w domu, przyszedł na świat 18 stycznia 1914 roku w Chorzowie Starym. To była tradycyjna, śląska rodzina Pawła Machy i Anny, z domu Cofałka; Hanik miał dwie siostry i brata. Był harcerzem. W szkole brał udział w amatorskich przedstawieniach teatralnych i trenował piłkę ręczną, czyli szczypiórniaka, który w Chorzowie stał na wysokim poziomie. Z drużyną miejscowych Azotów kilkakrotnie sięgał po tytuł mistrza Śląska, a w latach trzydziestych – także wicemistrza Polski. Działał w Katolickim Stowarzyszeniu Młodzieży. Nie wiem, kiedy zdecydował, że zostanie księdzem; w 1934 roku przyjęto go do Śląskiego Seminarium Duchownego w Krakowie i pięć lat później, krótko przed wybuchem wojny, otrzymał święcenia kapłańskie.

10 września 1939 roku ksiądz Macha został wikarym w parafii św. Józefa w Rudzie Śląskiej, gdzie nawiązał kontakt z tajną grupą konspiracyjną o nazwie Polska Organizacja Zbrojna, wchodzącą w skład Polskich Sił Zbrojnych. Zajął się w niej prowadzeniem tzw. Opieki Społecznej, która sprowadzała się do działalności charytatywnej wśród rodzin, będących na niemieckiej, czarnej liście. Ich członkowie byli m.in. uczestnikami Powstań Śląskich, ale często wystarczył brak flagi z hackenkreuzem w oknach mieszkania, czy donos złośliwych sąsiadów, że na parterze śmieją się z führera, żeby trafić do aresztu, albo co gorsza do Oświęcimia, za wrogość wobec III Rzeszy. O rozmiarach tej pomocy, niesionej potrzebującym bez względu na ich narodowość, może świadczyć fakt, że młody wikary miał 1750 współpracowników – wolontariuszy, między innymi harcerzy. Konfidenci, którzy byli w czasie niemieckiej okupacji na Górnym Śląsku wszechobecni, pewnego dnia zadenuncjowali również Hanika. 5 września 1941 roku został aresztowany przez gestapo na dworcu kolejowym w Katowicach. Znaleziono przy nim listę osób, którym pomagał wraz ze swoimi współpracownikami oraz inne dokumenty, świadczące, że zbierał pieniądze na rzecz potrzebujących i im je przekazywał. Lista ta była później jednym z głównych dowodów w śledztwie i procesie całej grupy.

W śledztwie był brutalnie bity i torturowany. 17 lipca 1942 roku przed sądem doraźnym w Katowicach odbyła się krótka rozprawa, na której ksiądz Macha i współpracujący z nim kleryk Joachim Gürtler skazani zostali na śmierć, przez ścięcie gilotyną. Kilka godzin przed śmiercią ks. Macha napisał list do swoich rodziców i rodzeństwa:

„Umieram z czystym sumieniem. Żyłem krótko, ale uważam, że cel swój osiągnąłem. Nie rozpaczajcie! Wszystko będzie dobrze! Bez jednego drzewa las lasem zostanie (…) Zatem do widzenia! Zostańcie z Bogiem! Módlcie się za Waszego Hanika.“

Wiedział, że nie spocznie w grobie. We wspomnianym liście prosił więc swoich najbliższych: „Pogrzebu mi nie użyczą, ale urządźcie mi na cmentarzu cichy zakątek, żeby od czasu do czasu ktoś o mnie wspomniał i zmówił za mnie Ojcze Nasz“.

Wyrok wykonano 3 grudnia 1942 roku. Ciała skazanego nie wydano rodzinie, najprawdopodobniej zostało ono spalone w niemieckim obozie koncentracyjnym Auschwitz. Prośba Hanika o cichy zakątek po śmierci została spełniona, kiedy z inicjatywy grona jego przyjaciół w październiku 1951 roku powstał symboliczny grób na starym, rodzinnym cmentarzu parafii św. Marii Magdaleny w Chorzowie Starym, gdzie Hanik został ochrzczony i gdzie sprawował swą prymicyjną mszę świętą.

Sługa Boży ksiądz Jan Macha został wyniesiony na ołtarze 20 listopada 2021 roku, po ośmioletnim procesie beatyfikacyjnym, przez papieża Franciszka, którego na uroczystości w Katowicach reprezentował kardynał Marcello Semeraro, prefekt Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych. W ceremonii wzięli udział: rodzina księdza Machy, episkopat Polski, śląskie duchowieństwo, przedstawiciele rządu, władz samorządowych Śląska i różnych organizacji kościelnych oraz społecznych. W katedrze odsłonięto portret nowego błogosławionego i wniesiono związane z nim relikwie – różaniec, który wykonał w celi z wydłubanych drzazg i ze sznurka wyciągniętego z siennika, chustkę więzienną oraz list, napisany do rodziny przed śmiercią. A w homilii, odwołującej się do ustawicznych apeli papieża Franciszka o społeczną empatię, było uzasadnienie, dlaczego ksiądz Macha został beatyfikowany:

Opiekował się wieloma rodzinami dotkniętymi koszmarem wojny. Nie pozostał obojętnym na żadne cierpienie: gdziekolwiek ktoś był aresztowany, deportowany, rozstrzelany, przynosił pocieszenie i wsparcie materialne. Nie zwracał przy tym uwagi na różnice narodowościowe, wyznaniowe czy społeczne. Jak cenny jest dzisiaj jego przykład! Jakże jasne jest jego nauczanie! W podzielonym społeczeństwie, gdzie indywidualizm i egoizm wydają się coraz bardziej umacniać z powodu braku autentycznych i szczerych relacji, nasz Błogosławiony przypomina nam, że Chrystus będzie nas sądził za miłość i dobro, które uczyniliśmy.

Ustalono, że wspomnienie błogosławionego Jana Machy przypadnie corocznie na dzień 2 grudnia, czyli na wigilię jego śmierci. Uroczystość beatyfikacyjną poprzedziła konferencja prasowa, na której zabrał głos m.in. dr Andrzej Grajewski, historyk i publicysta mediów katolickich. Tym, co powiedział, chciałbym podsumować mój dzisiejszy wpis, bo zgadzam się z autorem:

Dziś święto mają również wszyscy ci, którzy byli razem z księdzem Janem: kleryk Joachim Gürtler i Leon Rydrych – skazani razem z nim i zgilotynowani za działalność w podziemnej organizacji. – To także święto tych 1750 osób, o których mówi niemiecki wyrok określający liczbę współpracowników księdza Machy w akcji charytatywnej prowadzonej od Zabrza po Pszczynę. Gdybym zastanawiał się, co zrobiłby dziś ksiądz Macha, to myślę, że na pewno byłby w „Namiotach Nadziei”, które za strefą stanu wyjątkowego na wschodniej granicy rozstawiła białostocka Caritas.
______________

*slaskie.naszemiasto.pl, 29 października 2011

Łucja, żaden autorytet 13

Łucja Fice

Skąd się wzięło COŚ?

Skąd się wzięło COŚ, co istnieje zawsze?! Pachnie nonsensem? Jeżeli był Wielki Wybuch, to musi być Wielkie Wchłonięcie. Wiemy obecnie o świecie, że jest nieskończony i bezczasowy. Wiemy niewiele. Ale z tego „niewiele” wyłania się dla mnie PRAWDA. Człowiek traktuje siebie jako coś najważniejszego, jako HOMO MENSURA OMNIBUS, a przecież znaczymy w kosmosie tyle samo, co bakterie w oceanie, czy mrówki w kopcu. Czy ja muszę wierzyć w to, co mówi Biblia, np. św. Jan, czy Mojżesz? Przecież oni też byli tylko malutkimi kulkami w kosmosie, jak ja i wszyscy inni. Dlaczego Bóg inscenizuje trwające tysiąclecia unicestwianie dzieci, kobiet, całych narodów? Dlaczego Bóg wybrał Mojżesza i dał mu intencyjny list, wiedząc z góry (bo był Bogiem), że człowiek to wszystko zlekceważy? Kto okłamuje ludzkość twierdząc, że Bóg całym sercem kocha wszystkich? Kto ma nas w końcu nauczyć miłości bliźniego? To co mówię, to nic nowego. Wiem. „Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga i Bogiem było Słowo. Ono było na początku, a bez niego nic się nie stało, co się stało.” Jeśli zanalizować te słowa dogłębnie, to nie ma tu mowy o trosce czy miłości Boga ani specjalnej roli człowieka. Ten Jan po prostu napisał, co mu przyszło do głowy. Chciał zaistnieć swoją poezją. Smutno mi, że przez tyle tysiącleci Bóg nie zainteresował się dalszym losem ludzi, losem swojego projektu. To musiał być chyba kiepski projekt ucznia Boga na niezupełnie wysokim poziomie, niedoskonały, bo, według mnie, Bóg musi być doskonały.

Pozwoliłam sobie na futurystyczne myślenie. Mój paradygmat myślowy nie jest pierwszy. Jest wielu naukowców, którzy myślą podobnie, ale o tym dowiedziałam się, szukając potwierdzenia mojej teorii, według której jako ludzka rasa jesteśmy manipulacją obcej inteligencji, ultra zaawansowanych istot, które stworzyły nas na wzór gry komputerowej na jakimś najniższym poziomie. Skoro już teraz, w dobie techniki komputerowej, naukowcy mogą stworzyć wirtualną rzeczywistość i wiarygodne symulacje, to do czego byłaby zdolna obca cywilizacja, dla której nasz poziom nauki i techniki jest taki, jak dla nas poziom inteligencji mrówek czy szerszeni? Jesteśmy jak bohaterowie komputerowej gry, którą KTOŚ tak zaprojektował, abyśmy zyskali samoświadomość. Może ci OBCY wydzielili nam część swojej świadomości i jesteśmy teraz swoistym perpetuum mobile?, chałupniczą produkcją nieśmiertelności?

Mam głowę pełną pytań. Dlaczego to zrobili? Co się stanie, jak dowiedzą się, że wiemy, iż jesteśmy tylko napisani? Portal phys.org zamieścił na ten temat publikację. „By znaleźć dowód na to, że żyjemy w symulowanym Kosmosie, należałoby odnaleźć przypisany do niego stelaż, poprzez wyznaczenie jego punktów krańcowych. Nakładałby on limit zgodnie z ilością energii, którą posiadałyby cząstki. Oznacza to, że jeśli nasz Wszechświat rzeczywiście jest symulacją, powinny istnieć sposoby wyznaczenia tego limitu. W widzialnym Kosmosie funkcjonuje metoda mierzenia energii cząstek kwantowych i obliczania tzw. punktu obcięcia, w którym energia rozprasza się w wyniku interakcji z mikrofalami. Obliczenia te mogą sugerować, że Wszechświat to symulacja.”

Z tych obliczeń i kalkulacji może wynikać, że klocki tworzące ten „stelaż” muszą być niezmiernie małe, wręcz niewykrywalne. Jeśli jakaś inteligencja zbudowała na ich fundamencie funkcjonujące Uniwersum, mogło to oznaczać, że nie życzy sobie, aby mieszkańcy tej symulacji trafili na jej ślad. Być może to myślowy eksperyment. Idąc śladem tego myślowego projektu, doszłam do wniosku, że taki świat może być całkiem realny. A może żyją na świecie ludzie, którzy już to wiedzą na pewno, ale nie mogą przekazać całej ludzkiej rasie, że jesteśmy tylko napisani.

Wisława Szymborska chyba się domyślała, bo napisała: „Dokąd biegnie ta napisana sarna przez napisany las? Czy z napisanej wody pić (…) na pożyczonych z prawdy czterech nóżkach wsparta (…) Jest więc taki świat, nad którym los sprawuję niezależny? (….)”

A więc wszystko snem jest, imitacją życia? Ta cała polityka, wojny, przemoc, sprawa nielegalnych imigrantów, która zagraża wolności Unii Europejskiej? A starość to tylko morał? Śmierć to złudzenie? – to tylko taka gra? Jesteśmy pionkami na planszy OBCYCH. A może żyjemy za kryształowym lustrem? – jak powiedziała mi przyjaciółka w moim „fabularnym” śnie. Czekam, aż się kiedyś obudzę i spotkam z Bogiem, który umieścił mnie w materii, po to bym przez kłopoty, zmartwienia, wątpliwości szukała Go przez całe moje życie.

sierpień 2015

Advenukka

Advenukka ist Advent und Chanukka zugleich. Und das ist eben heute!!! Wie schön!

All was fake! Sorry! Die Veranstaltung fand nicht statt!

Ich habe hier zu einer Advenukka-Feier eingeladen. We were there, me and my friends from Israel. And we kissed the pawl. Byłam tam z moimi przyjaciółkami z Izrela i pocałowałyśmy klamkę. Miało być pięknie, oryginalnie, wesoło, w duchu integracji religijnej, a wyszło jak zawsze. Wir hofften auf ein wunderbares Koexistenz-Fest und fanden Nix. Nicht Mal einen Infozettel, dass man die Veranstaltung abpfeiffen muss. Aus welchen Grund auch immer. Schade Cymes und Delishkes 😦

Foto: Monika Wrzosek-Müller
SUNDAY, 28 NOVEMBER 2021
FROM 14:00-21:00
LATKES treffen GLÜHWEIN
in CYMES UN DELISHKES

Tauroggener Str. 42, 10589 Berlin

Reblog: Diuna w popkulturze

Aru

Diuna w reżyserii Denisa Villeneuve’a skłoniła mnie do ponownego sięgnięcia po książki Franka Herberta. Może ich język nie wytrzymuje próby czasu i z pewnością osoby urodzone już w wieku XXI będą miały z nią nieco problemu, ale kiedy się przyjrzeć jej zawartości, to cykl Kronik Diuny należy uznać za genialny i wizjonerski. Frankowi Herbertowi udało się wykreować niezwykle barwny, wielowymiarowy, a przede wszystkim bardzo ciekawy świat. Wykorzystując konwencję SF snuje swoje przemyślenia na temat polityki, religii, nauki, kultury i filozofii. Ja sam wracając do Diuny po przeszło dwudziestu latach, zupełnie inaczej ją odczytuję niż kiedy zetknąłem się z nią po raz pierwszy na przełomie tysiącleci (ależ to brzmi kosmicznie). Chociaż kiedy obserwuję współczesnych polityków i to nie tylko tych polskich, to ich działania są wyjątkowo prymitywne i daleko im do subtelnych niuansów wielkiej politycznej gry prowadzonej w książkach Herberta. Uważam, że to nie tylko jedna z najlepszych książek SF, jakie dotąd powstały. Kroniki Diuny należą do najważniejszych powieści XX wieku, które poprzez konwencję SF pozwalają przyjrzeć się naszej rzeczywistości.

Jednak to nie książce chciałem poświęcić swój dzisiejszy wpis, tylko jej wpływowi na popkulturę, który jest naprawdę spory. No ale ta genialna powieść ukazała się 56 lat temu, więc świat kultury popularnej miał dość czasu, aby móc ją przełożyć na swój język.

Kiedy George Lucas pracował nad swoją wizją tego, co wydarzyło się dawno temu w odległej galaktyce, tworząc Star Wars musiał być pod ogromnym wpływem książek Franka Herberta. Pustynna planeta, tajemnicze zakony, elitarne oddziały wojska i organizacja państwa żywcem przeniesiona z Imperium Romanum, z którą walczy ruch oporu, to wszystko pojawiło się najpierw właśnie w Diunie.

Jedno z najbardziej znanych zdań z książki Herberta „Kto kontroluje przyprawę, kontroluje wszechświat” w zmienionej wersji pojawia się m.in. w serialu Miasteczko South Park ( „Ten, kto kontroluje nadzienie, kontroluje wszechświat”), animacji Trolle („Kto kontroluje trolle, kontroluje królestwo!”), Rick i Morty („Ten, kto kontroluje spodnie, kontroluje galaktykę!”) Wielkie pustynne stwory przypominające arakańskie czerwie pojawiają się w Soku z żuka, SpongeBob Kanciastoporty, Chuck, Mroczne przygody Billy’ego i Mandy, Pora na przygodę!, Futurama. W Simpsonach Klaun Krusty chce sfilmować powieść zatytułowaną The Sands of Space, a Lisa Simpson po zjedzeniu ostrej potrawy ma wizję dokładnie tak jak Paul Atryda.

Nawiązania do powieści Franka Herberta pojawiają się także w grach. W 1992 r. ukazała się gra Dune, która łączyła elementy przygodówki i strategii. Z jednej strony była ona mocno oparta na książce, ale także mocno nawiązywała do filmu Lyncha. Co ciekawe w tym samym czasie konkurencyjne studio stworzyło swoją wersję, która ukazała się jako Dune II: Battle for Arrakis, była to już klasyczna strategia. Podobnie jak wydana sześć lat później Dune 2000, która właściwie była Dune II w nieco poprawionej oprawie, co sprawiło, że gra nie cieszyła się dużym powodzeniem, chociaż sam pamiętam, że spędziłem przy niej nie jedną, całkiem przyjemną godzinę. Na początku naszego stulecia francuskie studio Cryo Interactive planowało wydanie całej serii gier osadzonych w świecie wymyślonym przez Franka Herberta. Zanim jednak firma zbankrutowało, udało się wydać jedną z nich Frank Herbert’s Dune, natomiast Dune Generations i Dune: Ornithopter Assault krążyły w sieci w formie nielegalnych plików. Co ciekawe przy okazji nowej ekranizacji książki nikt nie pokusił się o to, aby stworzyć jej odpowiednik w postaci gry. A szkoda, bo Diuna jest na tyle bogata, że na jej podstawie mogłoby powstać co najmniej kilka interesujących projektów. Za to w tytułach, które nic wspólnego z Diuną nie mają, pojawiały się niewielkie nawiązania do książki. W grze Fallout mamy lek o nazwie Mentats, który zwiększa funkcje pamięci (nawiązanie do mentatów, czyli ludzkich komputerów). Z kolei w Far Cry 3 znaleźć można kolekcjonerską kartę, która opisuje narkotyk o nazwie Spice, umożliwiająca podobnie jak książkowa przyprawa (w oryginale właśnie spice) podróże międzygwiezdne. Za to w grze Sudden Strike 4 spotykamy żołnierza, który mówi: „Miałem dziwny sen ostatniej nocy. Niebieskoocy ludzie kontrolowali gigantyczne robaki i walczyli o przyprawę na piasku”, to właściwie opis ważnej części fabuły książki.

Także wielu muzyków inspirowało się prozą Franka Herberta. Motywy z Diuny odnajdziemy m.in. w kompozycjach Iron Maiden, Davida Bowie, Tool, 30 Seconds to Mars. Były także bardziej awangardowe rzeczy, jak płyty w całości poświęcone książce, wydane przez Davida Matthews’a, Richarda Pinhasa, Klausa Schulze’a, czy projekt ZED. Z kolei Fat Boy Slim w piosence Weapon of Choice nawiązuje do pustynnego chodu Fremenów.

A na koniec mała ciekawostka. Szukając informacji do tego wpisu znalazłem perfumy Dune, dzięki którym za nieco za niecałe 300 zł. każdy może poczuć zniewalający zapach planety Arrakis.

PS od Adminki: znalazłam kilka produktów Diora o nazwie Dune – ceny bardzo różne, ale powiedzmy, że za 100 euro na pewno coś się dostanie.

Wspomnienia o Maryli 28

Magdalena Ciechomska

Życie każdego człowieka ma początek i koniec. Nasz czas przebiega linearnie, od punktu narodzin do punktu śmierci. Śmierć zamyka każdą pojedynczą, indywidualną historię. Wiadomo, że nie będzie już dalszego ciągu, rzeczy pozostaną takie, jakie były, już nie można dokonać korekty. Śmierć równocześnie zatrzymuje zdarzenia w czasie i unieważnia wszelkie pytania, jakie jeszcze chcielibyśmy zadać. Nie pozostawia innych możliwości poza tym, co już się dokonało.

Pisząc te wspomnienia staram się umieszczać je w cyklu pór roku. Po pierwsze, dlatego że ten cykliczny rytm czasu, zgodny z rytmem natury, nazwałabym żeńskim, kobiecym. Odsyła do mitów agrarnych, ulubionej symboliki Maryli i mojej też. Po drugie, ten czas, przedstawiany graficznie w kształcie koła, powtarzający cykl agrarny jesiennego siewu, zimowego snu w głębi ziemi, wiosennego kiełkowania, letniego rozkwitu i jesiennego obumierania, jakoś ewokuje trwanie, niezmienność, wieczność. Staram się umieścić Marylę w tym rocznym cyklu, w zamkniętym kole zatrzymać kadr z jakimś zdarzeniem, rozmową, gestem. Chronologia trzydziestu kilku lat, które dane było nam spędzić razem, staje się bez znaczenia.

Gdy myślę o wiośnie, przypominam sobie pierwszą komunię syna. Razem z Marylą przygotowywałyśmy obiad dla gości w naszym domu na Mokotowie. Na stołach ustawionych w podkowę rozkładałyśmy białe, wykrochmalone obrusy, a na nich, między nakryciami stawiałyśmy bukieciki biało-zielonych narcyzów zerwanych świeżo w ogrodzie. Było ciepło, goście wyszli do ogrodu, w którym biel kwitnących drzew w pełnym słońcu wyraźnie odcinała się od soczystej, wiosennej zieleni.

Wspomnienia lata to szereg obrazów ze wspólnych wakacji, schronisko w Pieninach, gdzie jedliśmy naleśniki z jagodami, park zdrojowy w Rymanowie, spacer po Kazimierzu Dolnym i parku w Nałęczowie, popołudnie na działce u cioci w Mogielnicy.

Jesień zaczynała się od zapachu powideł, które Maryla robiła w brytfannie, w piekarniku, a kończyła się z początkiem Adwentu i świątecznych przygotowań. Zima – to wspólnie spędzone Boże Narodzenie… Początek nowego roku i czas do lutego, niekiedy Maryla przyjeżdżała na tłusty czwartek, była więc poranna wyprawa po pączki, którymi obżeraliśmy się do końca dnia. Potem był Wielki Post i przygotowania do świąt wielkanocnych. I znów wspólne pieczenie, gotowanie, malowanie jajek , liturgia Triduum Paschalnego, Rezurekcja, wiosenne święto Zmartwychwstania.

Planowanie kolejnych świąt, powtarzalność tych samych czynności, przygotowanie tych samych przysmaków, to był rytuał podkreślający trwanie; jesteśmy, żyjemy, za miesiąc, za pół roku, za rok znów będą święta.

Tak sobie myślę, że Maryla dlatego przyjechała na Boże Narodzenie w grudniu 2018, gdy tylko jako tako doszła do siebie po operacji, ponieważ dawało jej to poczucie tego trwania, poczucie, że wszystko wraca do normy, bo może upiec ciasto na święta , jak co roku, a więc nic się nie zmienia, żyjemy dalej.

I w naszych rozmowach telefonicznych, w lutym 2019, i w tej ostatniej, 24 marca, przed południem, Maryla za każdym razem wspominała, że chciałaby przyjechać na Wielkanoc do Warszawy. Może to powtarzanie – będą znów święta – znaczyło dla niej: będę żyła?