Amerykański sen. Pokolenie Solidarności. (2)

Projekt okładki: Konrad Kozaczek

Ewa Maria Slaska

Wszyscy marzyliśmy o wolności, nie wiedzieliśmy jednak, że są dwie.

Eli Kargol

Rozdział I, / cz. 2. Rodzice Stefana (1985)

Rodzice Stefana nie doczekali czasu, kiedy Stefan w Ameryce będzie miał dość pieniędzy, żeby ich zaprosić – zginęli w wypadku samochodowym 20 maja 1985 roku, gdy Stefan i Basia byli już oboje w Nowym Jorku, ale jeszcze marnie im się działo i nie mogli pojechać do Gdańska na pogrzeb. Zresztą były to wciąż jeszcze czasy PRL-u, najprawdopodobniej i tak by nie mogli pojechać.

Rodzice Stefana mieli malucha. Wieczorem oddali samochód do przeglądu, odebrali go rano, podjechali pod dom, zabrali walizki i pojechali do Warszawy. Za Tczewem śruby mocujące koło, czyli tak zwane szpilki, tu akurat te mocujące przednie koło po lewej stronie, których w warsztacie nie dokręcono, odkręcały się powolutku w czasie drogi, aż wypadły jedna po drugiej, koło odpadło, potoczyło się na przeciwny pas, prosto przed maskę wielkiej ciężarówki, którą zarzuciło tak, że wepchnęła malucha Szarzyńskich dachem w dół prosto do rowu. W rowie niestety nie było wody ani trawy, tylko jakieś gruzy i śmieci, które nie zamortyzowały uderzenia, lecz przeciwnie, jeszcze je wzmogły. Dodały też całej tragicznej sprawie, którą samemu naprawdę trudno unieść, okropnego, polskiego symbolicznego posmaku. Zginęli na śmietniku, w każdym razie mama. Zanim bowiem przyjechało pogotowie, mama Stefana już zmarła, tam w tym dole ze śmieciami. Tatę odwieziono do szpitala w Świeciu, gdzie po dziesięciu dniach zaczął wychodzić ze śpiączki i akurat wtedy zakrzep, który się zrobił w prawej nodze, dotarł do serca. To, co rozpoczęły cztery wolniutko odkręcające się śruby, zakończył wolniutko pełzający strzępek krwi.

Ale Stefan i tak wiedział, że w jego rodzinie wszyscy szybko siwieli. Mama już w dniu ślubu była lekko szpakowata, w wieku 50 lat była siwiuteńka, ale chodziła co tydzień czesać się u pana Zygmunta, który raz na miesiąc kładł jej czarną farbę. Stefan nigdy więc nie widział mamy siwej, ona zaś nigdy nie zobaczyła, że i on szybko zaczął siwieć.

Stefana przez wiele lat nurtowało pytanie, czy te niedokręcone w warsztacie śruby były konsekwencją zwykłego polskiego niechlujstwa, tak jak gruz i śmieci w rowie, czy też ktoś z góry nakazał, aby ich nie dokręcać. Sęp-Szarzyńscy byli bowiem nie tylko rodzicami znanego opozycjonisty, ale sami cieszyli się przyjaźnią i zaufaniem środowisk inteligenckich, tych mniej kościelnych, a bardziej lewicujących (dziś można by ich było określić jako opozycyjnych „agentów wpływów” i „lewaków”), władze mogły więc… Stefan nigdy nie domyślił tej myśli do końca. Zresztą po co?
Rozmawiali o tym z Markiem, gdy ten kilka lat później, już w czasach Wolnej Polski, przyjechał do nich do Ameryki.
– Moglibyśmy się upomnieć o rehabilitację, powiedział Stefan.
– Rodzicom by to już i tak nie pomogło, odpowiedział mu brat.
– Nie, ale może by im teraz oddano honor.
– Teraz, powiedział Marek, honory robią się coraz bardziej kościelne, nie wiem, czy mama i tata życzyliby sobie takich honorów. Co mieli dostać, to dostali. W podziemnej prasie pisano o ich śmierci i o stracie dla środowiska gdańskiego. Na pogrzeb przyszły tłumy.

Marek powiedział, że to było zresztą bardzo zabawne, bo ubecja nie mogła przepuścić takiej okazji i przysłała kilku tajniaków, żeby stwierdzili, czy na pogrzebie nie pojawią się jacyś ukrywający się wciąż jeszcze koledzy Stefana. Bo było tak, że wielu z tych, którzy zakamuflowali się w czasie stanu wojennego, nie kwapiło się do wychodzenia z ukrycia, gdy stan wojenny najpierw poluzowano, a potem zawieszono. Zdarzało się bowiem dość często, że taki ujawniający się działacz po jakimś czasie bywał wezwany na przesłuchanie i jednak szedł siedzieć. Jak to w Komunie – powód zawsze się znalazł. Ewa, z którą Stefan się znał od dzieciństwa, bo mieszkali w przylegających do siebie willach, napisała nawet powieść na ten temat, Dochodzenie, którą ktoś z podziemnego Komitetu Kultury Polskiej przeszmuglował za granicę i która w roku 1985 ukazała się w paryskiej Kulturze.
Stefan kupił ją sobie niedawno w polskiej księgarni w Ottawie. Była to księgarnia prowadzona przez jego kolegę z Warszawy, Andrzeja Lifschesa. Andrzej przysyłał mu katalogi, a Stefan czasem zamawiał u niego książki. Dochodzenie było właśnie o tym, że władza na każdego mogła znaleźć tak zwanego haka, bo każdy gdzieś kiedyś robił lub chociażby raz zrobił coś niepoprawnego politycznie lub zakazanego. Nie działo się tak, bo ludzie byli źli i grzeszni, tylko dlatego że system tak funkcjonował. W PRL-u nie dało się żyć z czystą kartą. Każdy kiedyś wszedł w konflikt z kodeksem i katechizmem.

Tak czy owak, opozycjoniści nie palili się do wychodzenia z ukrycia, ale można było przypuszczać, że pojawią się na pogrzebie ważnych osób. Było więc oczywiste, że ubecja przysłała swoich pracowników. Z kwiatami, żeby nic nie podpadło. Ale coś i tak podpadło, bo agenci ubrali się nieodpowiednio. „Strój służbowy” ubeka pracującego w latach 80. wśród inteligencji i studentów był od kilku lat ustalony. Dżinsy, podniszczone, ale prawdziwe, nie jakieś szariki czy teksasy, koszula w kratę, też niezbyt nowa, mocne buty skórzane typu trapery, w zimne dni kurtka z kapturem lub wciągany przez głowę brezentowy skafander typu kangur z kieszenią z przodu. Strój agentki obejmował długą spódnicę, farbowaną domowym sposobem w białe koła, drewniaki i jakąś, też farbowaną, ale na jednolity kolor, bluzkę. Kilku tak ubranych osobników przyszło na pogrzeb i zapewne według instrukcji, takich właśnie posthippisów mieli również wypatrywać wśród gości. Nikogo nie znaleźli, za to sami zostali natychmiast rozpoznani jako ubecy, bo mężczyźni, z opozycji czy nie, przyszli na uroczystość ubrani w garnitury i pod krawatem, a kobiety miały na sobie czarne suknie za kolana, rajstopy i czółenka na niewysokim, szerokim obcasie.

– Gwiazda, Łopiński i Krementowski też byli, powiedział Marek, i nie zostali rozpoznani. Nie ma to jak kamuflaż dzikusa przebranego za elegancika. Krementowski był bez brody i nawet włosy miał obcięte na jeża, zupełnie jak jego brat. Sam go ledwo poznałem, stwierdził Marek.

Krementowski był podziemnym działaczem Unimoru, Łopiński podziemnym dziennikarzem, Gwiazda jednym z najsłynniejszych „naziemnych” założycieli Solidarności, który właśnie niedawno po raz kolejny wyszedł z więzienia. Po raz kolejny, bo po wprowadzeniu stanu wojennego został zatrzymany od razu 13 grudnia i internowany w Strzebielinku. Wkrótce przeniesiono go do aresztu śledczego na Białołęce, a we wrześniu 1982 roku do jednego z ośrodków dla internowanych. W grudniu internowanie zostało zamienione na areszt, bo Gwiazda otrzymał wreszcie oskarżenie – próbował mianowicie obalić ustrój. Przebywał w areszcie śledczym na Mokotowie. Zwolnienie uzyskał 22 lipca 1984 na mocy amnestii, ale już 16 grudnia tego roku został ponownie aresztowany podczas uroczystości rocznicowych. Został wówczas skazany w dwóch procesach politycznych na kary 3 miesięcy i 2 miesięcy pozbawienia wolności. Zwolniono go 15 maja 1985.
Wypadek, w którym zginęli rodzice Stefana, miał miejsce pięć dni później.

Amerykański sen. Pokolenie Solidarności. (1)

Ewa Maria Slaska

Napisałam powieść o pokoleniu Solidarności. Chciałabym ją wydać, ale chyba nie mam siły pisać do wydawnictw i “się prosić”, zwłaszcza, że wydawcy z założenia olewają autorów, nawet tych, których znają osobiście i, wydawałoby się, lubią i cenią. To bardzo żenujące, “prosić się” jako autor(ka). Dlatego pisarze mają agentów, którzy to za nich robią. Ja nie mam i nie chcę mieć. Wszystkie książki, jakie wydałam w życiu, wydałam, bo wydawca się do mnie zwrócił z propozycją. Gdy kilka razy w życiu przełamałam niechęć i wysłałam do jakiegoś wydawnictwa propozycję wydawniczą, nigdy niczego uzyskałam. Postanowiłam więc, że opublikuję tę powieść tu w odcinkach, licząc na to, że Czytelnikom się spodoba, a może zdarzy się cud i jakiś wydawca (pani / pan / inne opcje) też się zainteresuje, czym zwolni mnie z obowiązku (wobec kogo właściwie?) ponownego podejmowania nieudanych prób żebrania o uwagę.
Odcinki będą się pojawiać nieregularnie (z góry przepraszam), ale kiedyś dobrniemy do końca.

Ach, i chętnie przyjmuję uwagi i komentarze. Ale to pewnie oczywiste.

Fragment tej powieści już tu kiedyś opublikowałam – Jaworze.

Książkę dedykuję Eli Kargol

Wszyscy marzyliśmy o wolności, nie wiedzieliśmy jednak, że są dwie.

Projekt okładki: Konrad Kozaczek

Rozdział I Gdańsk (1947, 1949)

Stefan (Stefek, Steve) Karol Sęp-Szarzyński, urodził się 17 września 1947 roku.
Barbara (Basia, Bianka) Gruba (Grubba) – 23 maja 1949 roku.

Oboje dorastali w Gdańsku. Stefan we Wrzeszczu, Basia na Oruni.
Chodzili do tej samej szkoły, do Jedynki w Gdańsku obok wejścia do Stoczni Gdańskiej, wówczas i długo jeszcze potem – imienia Lenina.
Te informacje osobom z Trójmiasta od razu dużo mówią.
Stefan był z “lepszej” rodziny, ale to Basia miała ambicje.

Szarzyńscy mieszkali w poniemieckiej willi we Wrzeszczu, nieopodal Politechniki, a choć nie należała do nich, to jednak zajmowali całe pierwsze piętro, a z tyłu za domem mieli ogród, gdzie kwitły lilie smolinosy i tygodniami dojrzewał na krzakach twardy zielony agrest, który potem nagle w słoneczne letnie dni czerwieniał i pękał z nadmiaru słodkiego soku. Między dwoma drzewami czerwonego głogu wisiała huśtawka. Rodzice Stefana mieli telefon, a Stefan i Marek, jego starszy brat, mieli swoje pokoje, co w owym czasie było wielką rzadkością, bo dzieci z reguły „trzymało się” w jednym pokoju. Mama twierdziła jednak, że własny pokój jest podstawą prawidłowego rozwoju indywidualności młodego człowieka i gdy chłopcy byli w połowie podstawówki, mieszkanie przerobiono tak, by każdy z nich miał swoją, małą i ciasną, ale własną dziuplę.

Basia mieszkała z mamą i starszą siostrą Asią w jednym pokoju, lekcje odrabiała w kuchni przy stole nakrytym ceratą, pod blaszaną lampą.

W mieszkaniu Stefana była łazienka, Basia myła się w miednicy.

Gdyby nie Komuna, nigdy by się pewnie nie spotkali. I klasowo, i geograficznie byli z innych światów. Ojciec Stefana przyjechał z Warszawy, mama z Krakowa, gdzie ukrywała się przez całą wojnę w Muzeum Uniwersyteckim. Ale dlaczego się ukrywała, tego Stefan nie wiedział i chyba go to w ogóle nie interesowało. Była wojna i Niemcy byli okrutni, to właściwie starczało za wyjaśnienie wszystkiego, również ruin, nędzy i braków. Mama ukrywała się w Muzeum Fizjograficznym Polskiej Akademii Umiejętności, które po wojnie przemianowano na uniwersyteckie. Mama i Karusia, jej ciotka kiedyś tam pojechały. Muzeum mieściło się wówczas przy ulicy Sławkowskiej 17.

Mama opowiedziała mu, że przez wiele miesięcy spała z nosorożcem. Stefan myślał, że to żart, ale nie. Po latach dowiedział się, że chodziło o nosorożca włochatego ze Staruni. Nosorożec miał 30 tysięcy lat i został sprowadzony do muzeum w roku 1929. Zasadniczo mama mieszkała w pokoiku w piwnicy, ale pewnej zimy szczury zaczęły nadgryzać nosorożca i wtedy mama oraz muzealna kotka, Królowa Karolina, nazwana tak przez mamę na cześć ciotki Karusi, przez jakiś czas nocowały w sali z nosorożcem. A właściwie z nosorożczycą, bo to była młoda, trzyletnia samica.

Basia zapytała kiedyś Stefana, czy może i oni pojadą do tego muzeum, ale jakoś nigdy do tego nie doszło. To zresztą wcale nie jest już to samo muzeum, a też inaczej się nazywa i ma inny adres, powiedział Stefan. Ale nosorożec wciąż jeszcze jest.

Z tym nosorożcem to była ciekawa sprawa, bo był to, i nadal jest, jedyny na świecie kompletny egzemplarz wymarłego gatunku nosorożca (Coelodonta antiquitatis) z epoki plejstocenu. Kompletny to znaczy z zachowanym szkieletem i tak zwanymi „częściami miękkimi”: wnętrznościami, mięśniami, skórą. Starożytny zwierzak został odkryty na Ukrainie (dziś by się zapewne powiedziało „w Ukrainie”), w kopalni głębinowej ozokerytu czyli wosku ziemnego na terenie wsi Starunia koło Stanisławowa. Unikalna fosylizacja tego okazu była możliwa dzięki konserwującym właściwościom wosku ziemnego i soli kamiennej. Nosorożca przywieziono do Krakowa w grudniu 1929 roku, tuż przed Gwiazdką.

Ale teraz naprawdę to już nie jest prawdziwy nosorożec, powiedział Stefan, który kiedyś podczas praktyki studenckiej mieszkał przez miesiąc w Krakowie i poszedł obwąchać sprawę nosorożca. Znaleziono wprawdzie rzeczywiście całe ciało, ale w muzeum zostało podzielone i pokazuje się je na kilka różnych sposobów. Konserwacji nosorożczycy dokonał rzeźbiarz-preparator, Franciszek Kalkus. Skórę zdjęto, a następnie założono na przygotowany model zwierzaka, a szkielet oddzielono od mięśni i części miękkich, które zakonserwowano oddzielnie. Sporządzono także formę do wykonywania gipsowych odlewów zwierzęcia. Wypchany okaz z oryginalną skórą, słoje z częściami miękkimi, model gipsowy w pozycji znalezienia oraz skamieniałości towarzyszące zostały udostępnione do zwiedzania w Muzeum Fizjograficznym PAU w czerwcu 1930 roku. Natomiast szkielet został zaprezentowany dopiero w roku 1948. Znalezienie tych informacji nie było nawet specjalnie trudne, bo cała procedura została szeroko opisana w prasie.
W czasie okupacji władze niemieckie zarządziły sporządzenie odlewów imaginacyjnych, przedstawiających nosorożca w pozycji stojącej.

Mama Basi pochodziła z Matemblewa i była Kaszubką. Tata przyjechał ze Wschodu, z wioski o niemożliwej do wymówienia nazwie Miszczkrika.

Miszczkrika. Stefan myślał, że Miszczkrika to taki sam żart jak nosorożec, ale i to nie był żart. Miszczkrika to niewielka wioska na Wileńszczyźnie, w powiecie Święciany, położona nad rzeką Żejmianą. Od późnej wiosny do wczesnej jesieni na Żejmianie odbywały się spływy kajakowe. Na rzece kwitły lilie wodne, co Basi się potem już nieodmiennie kojarzyło z Marcelem Proustem i spacerami w Combray nad rzeką Vivionne, czyli „w stronę Swanna”. Marcel Proust był ulubionym autorem Basi, co sprawiało, że w szkole uważano ją za dziwaczkę. Ale czytała też Hessego, Manna, Joyce’a i Dostojewskiego. Czytała bez przerwy i potem twierdziła, że niczego nie nauczyła się w szkole ani na studiach (studiowała psychologię) i wszystko co wie, zawdzięcza książkom, a przede wszystkim Proustowi. Przez wiele lat fakt, że Basia była tak oczytana, zachwycał Stefana, ponieważ on sam raczej wolał chodzić niż czytać. Czasem, gdy siedzieli u Basi w kuchni przy stole przykrytym ceratą, w mieszkaniu, gdzie nie było książek, Stefan zastanawiał się nad tym, dlaczego to się tak dziwnie ułożyło, że on, chłopak z dobrego domu, gdzie było wszystko, książki, koncerty, teatr, muzea i podróże, chętnie się dowiadywał, uczył, studiował, ale właściwie nie czytał, natomiast Basia, wychowana pod wielkim świętym obrazem, przedstawiającym dobrą Matkę Boską, osłaniającą płaszczem uciekające się pod jej opiekę dzieci, wyrastając w jednopokojowym mieszkaniu i jedząc kanapki z salcesonem, czytała bez przerwy.

Kiedyś, już w Nowym Jorku, Stefan pomyślał, że może to właśnie salceson stał się siłą napędową wszystkiego, co Basia w życiu osiągnęła i że Basia zrobiła wszystko, co było możliwe, żeby wydostać się z życia, które każe człowiekowi jeść salceson.

W Berlinie Stefan usłyszał od Ewy, że ulubioną potrawą ówczesnego kanclerza Niemiec, Helmutha Kohla, był Saumagen, czyli świński żołądek napakowany mięsem, zalany galaretą z nóżek i sprasowany, co chyba było opisem tego, jak powstaje salceson, i że jest to pyszne jedzenie, do którego używa się najdelikatniejszego mięsiwa. Może i tak, pomyślał Stefan, ale polski salceson z lat 60 był pełen świńskiej skóry, uszu i chrząstek. Ewa jednak tego nie wiedziała, bo Ewa już w liceum była jaroszką i nie mogła się wypowiadać na temat smaku mięsa.

– No i co z tego, powiedziała mu wtedy, ale mimo to mogę się wypowiadać na temat przyrządzania mięsa.

W Matemblewie była kaplica Matki Boskiej Brzemiennej. Kiedy Stefan i Basia kupili pierwszy samochód – niebieskiego malucha – Basia była w ciąży, Stefan zaproponował więc, żeby na pierwszą przejażdżkę pojechali do Matemblewa. Najpierw odwiedzili mamę i tatę Grubów na Oruni, potem pojechali babci i dziadka do wioski Matemblewo, a potem do kaplicy. Był maj 1971 roku. Nad strumieniem w lesie matemblewskim kwitły żółte kosaćce.

– To czary, gusła i zabobony – powiedział Stefan, gdy stanęli przy kapliczce i Basia położyła przed Matką Boską bukiet łąkowych kwiatów, zebranych za strumieniem. Ale ponieważ mówiąc to, Stefan uśmiechnął się szeroko, całe przedsięwzięcie zostało wzięte w cudzysłów i przestało być nabożnym kiczem, a stało się poststudencką celebracją faktu, że mają samochód i prawo jazdy, i mogą sobie pojechać, dokąd chcą. I mogą sobie pozwolić na ironię, jak w tym wierszu Bohdana Zadury:

jezus maryja
wszystko przemija
związek radziecki
swetry i kiecki
ogień i woda
kwiaty w ogrodach
lata w więzieniach
piękne złudzenia
burze i deszcze
miłosne dreszcze
mało ci jeszcze?

Weszli na górę i podeszli do samej figury, ustawionej w wysokiej kapliczce. Matka Boska miała czerwoną suknię i granatowy płaszcz, a właściwie coś w rodzaju płachty materiału, fantazyjnie przerzuconej przez plecy i przesłaniającej ciężarny brzuch.
– Wysoka była, powiedziała Basia.
Stefan, który zawsze wszystko wiedział, bo choć nie lubił czytać, lubił wiedzieć, wiedział skądś, że Matka Boska z Matemblewa ma wysokość 185 centymetrów. Jest taka jak ja, dodał. Tylko, że z drewna modrzewiowego.
– Lat ma też tyle co my? zapytała Basia.
– Sama wiesz, dokładnie nie wiadomo, ale jest z XVIII wieku, więc może mieć nawet dwieście lat. A ta prawdziwa miała pewnie 12 lat, najwyżej 14.
Basia upozowała się naprzeciw figury, przyłożyła prawą rękę do piersi, a w lewej, na wysokości bioder zamiast lilii trzymała niezapalonego papierosa. Była jednak w znacznie bardziej zaawansowanej ciąży niż Najświętsza Panienka. No i nie była panienką.

– Miałaś nie palić, powiedział Stefan.
– Nie palę, powiedziała Basia.
Zapaliła, gdy wracali do samochodu.
– Miałaś nie palić, powtórzył Stefan. Ale takie były czasy, wszyscy palili.
– Ostatni, powiedziała Basia. I Stefan, i Basia wiedzieli, że to nieprawda.

Oboje mieli niebieskie oczy, byli wysocy i szczupli. Byli też przystojni, tak jak przystojni byli ludzie w latach 70. Basia miała małe czerwone usta, ciemną oprawę oczu i grzywę ciemnych loków. Już nie obcinała i nie tapirowała włosów, by uzyskać gładki hełm, tak charakterystyczny dla lat 60. Stefan był ciemnym blondynem. Gdy w Ameryce świat się obrócił i odwróciły się ich role społeczne, zmieniła się też kolorystyka obojga. Basia zaczęła farbować włosy i stała się delikatną, jasną blondynką, a Stefanowi włosy ściemniały i pokryły się pyłem. Stefan początkowo myślał, że to azbest, ale nie – w wieku czterdziestu kilku lat Stefan zaczął siwieć.

________

Wszystkie przypisy pojawiają się tylko przy tytułach rozdziałów i odnoszą się tylko do autorów książek (tekstów) lub ludzi, z którymi rozmawiałam, a którzy znacząco wpłynęli na kształt danego rozdziału. Tu: Bronisława Raszkiewicz

Reblog o poradach

Julita Bielak

Z Facebooka, wczoraj

Czy Państwo też zwrócili uwagę na szerzące się wokół poradnictwo? Wszyscy są ekspertami od wszystkiego, od cudzego życia też.

– Bo ty powinnaś uwierzyć w siebie, pojechać do sanatorium. Zosia była w Świnoujściu, chwali sobie. I po co się tak przejmujesz, gdybyś się nie przejmowała, to byś lepiej na tym wyszła – usłyszałam niedawno.

Przejmuję się, bo Najwyższy uczynił mnie istotą myślącą: doświadczam, obserwuję, czuję, analizuję. Nie pojadę do sanatorium. Jak Woody Allen na wieś, tam nie ma gdzie – upiera się – chodzić na spacer.

Idę drogą, która mnie wybrała. Może nie upojną – w końcu nie jesteśmy w cyrku – ale ukojną. Moją.

Nie zatrzymuj mnie.

„Noli me tangere”, niech nikt nie stoi
O mnie, gdyż Cezar jeno mię oswoi.

– z wiersza sir Thomasa Wyatta „Chce kto polować wiem, gdzie znaleźć łanię”, w tłumaczeniu Stanisława Barańczaka.

Od Adminki: Julita przed wejściem na sopockie molo. Ta wieża, to sopockie Łazienki. Sanatorium w mieście. Za budynkiem morze (zdrowe morskie powietrze), w prawo ulica do “grzybka”, gdzie, jeśli się higienicznie i ekologicznie przyszło z własnym kubkiem, można się, jak w sanatorium, napić wody leczniczej. Chyba nikt z nas nigdy tej wody nie pił. My w tym mieście nie jesteśmy w sanatorium, my tu mieszkamy (mieszkaliśmy; ja się tu urodziłam) i, co najwyżej, chodzimy na spacer.

A tu cały wiersz. U Julity był na Facebooku w komentarzu, ale oczywiście należy do tego tekstu:

Chce kto polować — wiem, gdzie znaleźć łanię:
Dla mnie, niestetyż, za późno na łowy;
Tak-ci mię znużył ów pościg jałowy,
Że ledwie słyszę w dali rogów granie.
A przecie, mimo całe me znękanie,
Tropem zwierzyny dążę przez dąbrowy,
Niczym nie trzeźwiąc rozpalonej głowy,
Gdy w sieci jeno wiatr mi się dostanie.
Chce kto ją łowić — niech łowi, lecz szczerej
Zazna udręki: to jedno mu powiem.
Na smukłej szyi obróżkę albowiem
Ujrzy, a na niej z diamentów litery:
„Noli me tangere”, niech nikt nie stoi
O mnie, gdyż Cezar jeno mię oswoi

Reblog o książkach

Aru

Krótko o… książkach cz. 43

Stanisław Łubieński, Książka o śmieciach

Kilka lat temu ogromne wrażenie zrobił na mnie debiut Stanisława Łubieńskiego Dwanaście srok za ogon, książka pełna pasji związanej z ornitologią. Tym razem autor pisze o nas, a właściwie o tym co po sobie pozostawiamy, czyli o śmieciach. Od całkiem niedawna produkujemy niezliczoną ilość śmieci, z którymi nie mamy co zrobić, śmieci które zatruwają nas oraz środowisko i to nie tylko te najbliższe. Przy okazji marnujemy sporą ilość surowców naturalnych, których mamy przecież coraz mniej. Rzeczy niby oczywiste, ale jakoś na co dzień większość z nas kompletnie się nad tym nie zastanawia I właśnie dla tej krótkiej refleksji Książka o śmieciach warta jest poświęconego jej czasu. To rzecz nie tylko ważna, ale przede wszystkim mądra, a do tego ciekawie napisana. Cóż warto się czasem zastanowić po co nam kolejny przedmiot, czy faktycznie jest nam niezbędny, a jego posiadanie przyniesie nam aż tyle radości? Myślę, że świadomość tego, co stanie się po zużyciu przez nas tych rzeczy może skłoni nas do bardziej świadomej konsumpcji, bo nie chodzi o to aby całkowicie zrezygnować z dóbr wszelakich, bo jak to mówią, wszystko jest dla ludzi, natomiast warto żyć tak, żeby po naszym odejściu mogli tu żyć inni.

Frank Westerman, My człowiekowate

Skąd pochodzimy i kim jesteśmy? Na te pytania próbuje odpowiedzieć Frank Westerman w swojej książce My człowiekowate. Muszę przyznać, że jest to niezwykle ciekawa rzecz. Kiedy można mówić o tym, że jakiś gatunek jest człowiekiem? Co sprawiło, że mówimy? My człowiekowate to nie tylko historia odkryć najstarszych pozostałości po hominidach. To także historie ludzi, którzy poświęcili życie na ich poszukiwanie. Zresztą one same już są niezwykle interesujące. To nie jest zwykła książka popularnonaukowa. My człowiekowate jest reportażem, książką, w której Westerman wraz z grupą swoich studentów, prowadzi swoiste śledztwo. Przy okazji możemy poznać warsztat reportera. To rzecz, która ma w sobie coś głęboko humanistycznego, no ale w końcu jest to książka zarówno o człowieku współczesnym jak i o jego przodkach.

Wojna znaleziona na Facebooku

Magdalena Szpunar

Pojechał po bułki
rowerem
bo mimo wojny jeść trzeba

leży teraz w kałuży
co spija z niego ostatnie tchnienie życia

a żona mówiła
że bułek nie trzeba
że można chleb

można tylko patrzeć
patrzeć bezsilnie
aż wyschnie kałuża
Pojechał po bułki rowerem, 5 kwietnia 2022

Tamara Łempicka, Uchodźcy (1937) [Fot. Estate LLC/Museum of art and history, Saint-Denis].
Anna Czekanowicz

modlitwa
gdzie się podziała cała ta czułość
gdzie światło witraży w katedrze
szelest liści i pieszczota wiatru
gdzie zniknął smak świata
toczą mnie robaki czarnych myśli
czerwie złych słów plugawych zaklęć
mrocznych przekleństw
głuchych złorzeczeń
jestem kobietą rozpłataną ostrzem bagnetu
jestem kruszyną nienarodzoną tuż obok
we krwi zakrzepłej i skamieniałej
jestem psem co pełznie beznogi wśród gruzu
tajemniczym kocim okiem nieruchomo
wpatrzonym w nieznane
niechaj przeklęta będzie matczyzna
co synów swych na żniwo wysłała

7 kwietnia 2022
Pavlo Kyryk

Moja przyjaciółka napisała (też na Facebooku): Dostałam od przyjaciela i sąsiada Kuby Zaleskiego:
Hej Kochani, taką piosenkę dla Ukrainy napisałem i dograłem do melodii Piosenki dla córki, we własnym aranżu:
https://drive.google.com/file/d/1AZ6tDtJJmnAHNNJKLfj5IJDEROniU6Ey/view?usp=sharing
Miłego, choć pewnie niewesołego słuchania K.

Autor pracuje też nad wersją ukraińską i też ją nam udostępni.

Pavlo Kuchinsky

Lucy Wielka Mistrzyni 8

Tibor Jagielski

Lucy i naczynie świata

– Istnieją tacy – powiedziała wielka mistrzyni do swoich uczennic i uczniów,
zgromadzonych pewnego słonecznego, wiosennego, ale mroźnego poranka na polanie nieopodal strumienia – którzy chcą podbić świat i uczynić z niego, to co im sie marzy albo widzi.
Ale ten zamiar nigdy się nie spełni – kontynuowała Lucy – bo naczynie świata nie jest własnością człowieka tylko jego boskiej matki i próby zmiany tego stanu rzeczy są skazane na nieuchronną porażkę, której owocem jest tylko śmierć i zniszczenie.

Lucy i  Nicnierobienie

Pewnego, pełnego życia wiosennego dnia, siedziała wielka mistrzyni na progu swojej chatki
i obserwowała świat.
Dzieci bawiły się dookola, a ich rodzice  dyskutowali wydarzenia dnia, które poruszyly wioskę i jej okolice.
Pewien nauczyciel, który lubil się z nią przekomarzać, podszedł do niej i zapytał
– Dlaczego nic nie robisz, stara kobieto? Z powodu takiego pięknego dnia nie powinnaś się obijać i siedzieć bezczynnie na słońcu. Dlaczego nie wejdzisz do chatki, aby spisać twoje arcymądre spostrzeżenia?
– W moim stawie – odpowiedziała uśmiechając się Lucy – mieszka bardzo stary karp, który szuka pożywienia na dnie bajora, a robi to powoli i nieustannie, ale kiedy stadko moich kaczek przepływa nad nim i mąci piasek oraz wodę, to zatrzymuje się i czeka, aż staw znowu się oczyści.
– To raczej deszczowe dni – dorzuciła wielka mistrzyni – przynoszą mi ważne spostrzeżenia, a moim kaczkom tłuste robaki.

Ksiądz, filozof, poeta, rebeliant

Ewa Maria Slaska

30 marca 2022 roku pojechałam do Zielonej Góry na spotkanie autorskie Alfreda Marka Wierzbickiego, księdza, który jak to już napisałam w tytule, jest poetą, filozofem – etykiem, wykładowcą i rebeliantem. Gdy byłam młoda, taki zestaw określeń był na porządku dziennym. Najrzadszy był fakt, że mógł być również poetą, ale było właściwie oczywiste, że ksiądz był mądry, etyczny, porządny i że stał po “naszej stronie”, czyli przeciwko władzy. Przewartościowanie słowa ksiądz z opozycjonisty w kanalię odbyło się w Polsce (zresztą nie tylko w Polsce) dopiero w ostatnich dziesięcioleciach. W Polsce było to w sposób oczywisty związane z uzyskaniem, czy też odzyskaniem suwerenności. Nagle okazało się, że musimy jako państwo i jako społeczeństwo zapłacić za wsparcie, jakiego udzielał nam Kościół Katolicki w czasach Komuny. Nagle Kościół okazał się pazerny i zachłanny, egoistyczny, nietolerancyjny, żądny władzy. Nagle pojawiło się słowo pedofilia, a potem fakt, że Kościół firmował i skrywał księży pedofilów.

Poza okresem szkoły podstawowej nie byłam dewocyjna, a od połowy lat licealnych zaczęłam sobie, jak to określiła kiedyś moja przyjaciółka, “fundować ateizm”. Nawet w działalności opozycyjnej skłaniałam się raczej ku lewicującym demokratom, niż wiernym Kościoła. Tym niemniej postać księdza nie była w moim obrazie świata niczym obciążona. Gdzieś jakiś ksiądz porzucił kapłaństwo i ożenił się. No cóż, każdy z nas jest tylko człowiekiem. Jakiś inny ksiądz dość swobodnie prowadził interesy finansowe, ale zdobyte w ten sposób pieniądze przeznaczał na odbudowę swojego kościoła. Jasne, w PRL, każdy musiał kombinować. Przykazanie “nie kradnij” było mocno wyciarachane po brzegach. Jakiś inny ksiądz chętnie zapraszał do siebie moich kolegów z klasy, ale zawsze chodzili tam w dwóch, trzech, i chodzili chętnie, bo mogli się napić koniaku, popalić papierosy, posłuchać muzyki i podyskutować o filozofii. W gruncie rzeczy wszystko razem było dość niewinne i nikt nigdy niczego poza tym nie sugerował i nie insynuował.

W okresie Solidarności pojawiły się nagle jakieś oszołomy żądające pomników życia nienarodzonego, ale nie byli to w ogóle księża, tylko jakieś dewotki w moherowych beretach i nawiedzeni nieudacznicy.

Byłam już na Zachodzie, już upadł Mur i cieszyliśmy się wolnością, gdy różne “dziady”, jak o nich wtedy mówiliśmy, zaczęli głosić ideał życia rodzinnego, w którym mąż pracuje, a żona wychowuje dzieci. Ale i to nie byli księża, tylko wpływowe osoby z (byłej) opozycji, które nagle stawały na świeczniku. Chyba najlepiej zapamiętałam tu wygłoszoną w tym duchu wypowiedź trzeciej żony Onyszkiewicza, Joanny Jaraczewskiej. Onyszkiewicz był nader zasłużonym opozycjonistą, w owym czasie (w latach 1992–1993) – ministrem obrony narodowej, a jego żona była wnuczką Józefa Piłsudskiego. Pamiętam, że ta jej wypowiedź, stanowiąca pochwałę życia Kury Domowej, zrobiła na mnie wstrząsające wrażenie. Wtedy po raz pierwszy poczułam, że zaczyna się robić groźnie.

No i tak się stało. Wprawdzie w roku 1992 premierką została Hanna Suchocka i było to wydarzenie znaczące w historii Polski, bo od czasów królowej Jadwigi nie mieliśmy w Polsce władczyni, ale już w 1993 roku pod auspicjami pani premier, wprowadzono w Polsce praktycznie rzecz biorąc całkowity zakaz aborcji, który z jakichś nieznanych mi powodów, w ostatnim dziesięcioleciu nazwany został kompromisem aborcyjnym. Ale to już, jak mawiał Kipling, zupełnie inna historia.

Wtedy po raz pierwszy poczuliśmy, że Kościół wyciągnął łapę po nasze losy. A potem już poszło. Konkordat, śluby kościelne, świętość zygoty, pomniki dziecka nienarodzonego, wymuszane porody kalekich dzieci, przywracanie Kościołowi utraconych majątków, zwolnienie z podatków, radio Maryja, przymierze z PiS-em… Miliony dla księży a nie dla lekarzy i nauczycieli. Religia w szkole. Zasady życia dla dziewczynek. Wróg powszechny pod postacią Gender. Marsze Niepodległości. Zawłaszczanie patriotyzmu. Ordo Iuris. Kaja Godek. Czarnek. I tak dalej, i tak dalej. Gdzieś po drodze księża stracili szacunek, i nasz, i sami dla siebie – sprzedali go za pieniądze i przywileje. Powstały filmy takie jak Kler i Tylko nie mów nikomu. Wydawało się nam, że odmienią oblicze tej ziemi, nie uzyskały nic. Społeczeństwo jak wierzyło księdzu, tak wierzyło, jak płaciło, tak płaciło, jak robiło to, co mu ksiądz kazał, tak robiło.

I nagle pojawiają się Odnowiciele, a ich przywódcą jest ksiądz Alfred Wierzbicki, profesor etyki na KUL-u (póki co profesor na KUL-u, bo właśnie odchodzi). To człowiek, który zrobił wiele dla odbudowy wizerunku księdza w Polsce. W życiu publicznym pojawił się w sierpniu 2022 roku, gdy poręczył za Margot, osobę niebinarną aresztowaną za obrzucenie obelgami kierowcy ciężarówki Pro (czyli Pro Life) oraz przykrycie tęczową flagą figury Jezusa przed kościołem na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie.

To było spektakularne. Jego główne osiągnięcie – zorganizowanie ruchu Zwykli. pl / zwykli księża, zwykłe zakonnice, jest znacznie mniej widowiskowe, choć dla obrony godności ludzkiej (a i autorytetu Kościoła) zapewne znacznie ważniejsze. O Ruchu Zwykłych Księży już tu na blogu pisał nasz ksiądz-autor Stefan Andrzejewski: TU.

Wymyślił w swoich wierszach postać pana Credo. Jak sam powiedział, żeby pan Cogito nie czuł się samotny.

Jesienny portret Pana C

Pan C chciałby złapać przemijanie
jak srokę, bażanta lub kosa.
Wystarczą iskierki października
i już zapala się od pochodni lipy
od płomyków dzikiego wina.
Radość mocuje się z żałością
i nie wiadomo, który z osiłków zwycięży.

Pan C przeżył wiele rzeczy, które wypaliły się
chciałby wreszcie zająć postawę bezstronną.
Miejsce Pana C znajduje się pomiędzy A i B
na zawsze pozostanie trzecim
jak reporter, sędzia, pielęgniarz.

Nie buja w obłokach
nie przenosi drzew
nie zniża do poziomu kopczyków liści
ćwiczy się w horyzontalnej sztuce
uwagi i współczucia.


Der Weber und Schriftsteller, Hugo Lubliner

Ewa Maria Slaska:

2018 wurde mein (auto)biographischer Roman Die Lubliner auf Polnisch herausgegeben. Es war eine, leicht beletrisierte, Familiengeschichte. 20 Jahre habe ich mich auf diese Aufgabe vorbereitet. Danach noch sieben Jahre recherchierte ich. Ich dachte, ich habe damals alles gefunden, was man über die Familie finden konnte, auch manche Lubliner in den Verinigten Staaten, die zur Familie nicht gehören, nur den gleichen Namen besitzen. Lubliner, der aus Lublin.

Im letzten Jahr aber schrieb Ela Kargol das Wort “Lubliner” in Internet ein und fand sofort einen deutschen Schriftsteller (und Weber) aus Berlin, einen gewissen Hugo Lubliner, von dem ich nie gehört habe.

Nun ja, was kann ich jetzt sagen: Bravo Ela!

Zu meiner Erleichterung fand ich später, dass der Wikipedia-Eintrag über Hugo Lubliner, von Ulrich Goerdten, einen pensionierten Bibliothekar in Berlin, erst November 2020 verfasst wurde.

Wikipedia:

Lubliner, Hugo (Pseudonym Hugo Bürger), Bühnendichter, Romanschriftsteller
* 22.4.1846 Breslau, † 19.12.1911 Berlin. (israelitisch)

Sein Vater war Kaufmann in Breslau. Die Familie zog nach dessen Tode 1858 nach Berlin, wo Hugo die Realschule besuchte und anschließend eine kaufmännische Lehre durchlief. Er war von 1865 bis 1873 Leiter einer Weberei.

1865 wurde sein erstes Lustspiel aufgeführt. Ein paar Jahre später entschied er sich für den Schriftstellerberuf und schrieb seit 1873 ständig Lustspiele, die im Königlichen Schauspielhaus in Berlin sowie am Burgtheater in Wien und anderen Theatern aufgeführt wurden. Seine Stücke waren bei den Theatern beliebt und beim Publikum erfolgreich.

Lubliner schrieb auch Romane, in denen das Großstadtleben seiner Zeit geschildert wurde. 1892 gründete er die Zeitung Der Abend, die jedoch keinen geschäftlichen Erfolg hatte. Für den Österreichischen Lloyd redigierte er unter seinem Pseudonym Hugo Bürger vier, 1901 und 1902 erschienene, Reisehandbücher.

Lubliners Grab befindet sich in Berlin auf dem Jüdischen Friedhof Schönhauser Allee.

Die Liste seiner Werke ist sehr lang und das Wort “Auswahl” lässt vermuten, dass sie länger hätte sein können:

  • Nur nicht romantisch! Dramatischer Scherz in einem Akt. Michaelson, Berlin 1864.
  • Der Frauenadvokat. Marschner & Stephan, Berlin 1876
  • Die Frau ohne Geist. Lustspiel in 4 Akten. Marschner & Stephan, Berlin 1879.
  • Der Jourfix. Lustspiel in vier Akten. Berlin 1881.
  • Die Modelle des Sheridan. Lustspiel in vier Akten. Marschner & Stephan, Berlin 1875
  • Die Adoptirten. Schauspiel in vier Acten. Bloch, Berlin 1876.
  • Die Florentiner. Trauerspiel in 5 Aufzügen. Marschner & Stephan, Berlin 1876.
  • Eine Fessel. Schauspiel in vier Akten. Marschner & Stephan, Berlin 1877.
  • Gabriele. Schauspiel in vier Akten. Marschner & Stephan, Berlin 1877.
  • Auf der Brautfahrt. Lustspiel in vier Akten. Entsch, Berlin 1880.
  • Forschungsresultate. Lustspiel in 1 Act. Sittenfeld, Berlin 1880.
  • Gold und Eisen. Schauspiel in 4 Akten. Marschner & Stephan, Berlin 1881.
  • Aus der Großstadt. Schauspiel in 4 Akten. Bloch, Berlin 1883.
  • Die Mitbürger. Lustspiel in 4 Akten. Bloch, Berlin 1884.
  • Gräfin Lambach. Schauspiel in vier Akten. Bloch, Berlin 1886.
  • Die armen Reichen. Lustspiel in 4 Aufzügen. Entsch, Berlin 1886.
  • Die Gläubiger des Glücks. (Berlin im Kaiserreich I.) Roman. Schottländer, Breslau 1886.
  • Die Frau von neunzehn Jahren. (Berlin im Kaiserreich II.) Roman. Schottländer, Breslau 1887.
  • Wenn der Sommer kommt. Lustspiel in 3 Akten. Bernstein, Berlin 1887.
  • Der Name. Schauspiel in 4 Akten. Bloch, Berlin 1889.
  • Im Spiegel. Schauspiel. Bloch, Berlin 1890.
  • Der kommende Tag. Schauspiel in vier Aufzügen. Lehmann, Berlin 1891.
  • Der Riegnitzer Bote. Schauspiel in 4 Akten. Entsch, Berlin 1894.
  • Das neue Stück. Lustspiel in 4 Akten. Entsch, Berlin 1894.
  • An der Riviera. Schottländer, Breslau 1896.
  • Die junge Frau Arneck. Lustspiel in 4 Akten. Entsch, Berlin 1896.
  • Andere Luft. Schwank in 3 Akten. Entsch, Berlin 1897.
  • Nacht und Morgen. Schauspiel in 5 Aufzügen. Boll, Berlin 1897.
  • Der Zoller. Historie in 5 Aufzügen. Boll, Berlin 1897.
  • Das fünfte Rad. Lustspiel in 3 Aufzügen. Bloch, Berlin 1899.
  • Splitter und Balken. Lustspiel in 4 Aufzügen. Bloch, Berlin 1899.
  • Roman eines anständigen Mädchens. Hillger, Berlin 1899.
  • Die lieben Feinde. Lustspiel in 3 Aufzügen. Bloch, Berlin 1901.
  • Redaktion: Der Österreichische Lloyd und sein Verkehrsgebiet. Offizielles Reisehandbuch der Dampfschiffahrtsgesellschaft. Rudolf M. Rohrer, Wien 1901 u. 1902 (4 Bände)
  • Der blaue Montag. Lustspiel in 3 Aufzügen. Bloch, Berlin 1903.
  • Frau Schubels Tochter. Roman. Schottländer, Breslau 1905.
  • Die glückliche Hand. Lustspiel in drei Aufzügen. Bloch, Berlin 1911.

Ein Buch von Hugo Lubliner habe ich gerade in einer Berliner Bibliothek gefunden. Es ist jedoch, wie man sieht, nicht entleihbar. Man kann es nur im Lesesaal lesen und dafür fehlt mir momentan sowohl Zeit als auch Muse. Irgendwann Mal lese ich es… 🙂

***

Am Ende erlaube ich mir noch einen Ausflug ins Reich der Ethymologie. Hugo Lubliner war ein Weber und ein Autor, und dies ist eine sehr logische Zusammensetzung der Berufe. Der Weber erstellt die Textilien, der Autor - Texte. Es ist kein Wortspiel; so ist in der Tat das Wort Text entstanden - vom Stoffe webern. Bei dem Text-Herstellen gibt es noch andere Begriffe aus dem Wortschatz eines Webern. Zum Beispiel ist es sehr wichtig, dass sich durch den ganzen Text konsequent der rote Faden hindurchzieht, so wie sich im gewebten Tuch am Rande der rote Faden durchzieht. Auch die Dichtung und der Dichter sind mit dem Webern eng verwand. Der Dichter baut die Worte eng zusammen, dichtet sie, so wie der Weber mit einem Dichtkamm die Schussfäden eng zusammen... na ja, eben dichtet. In polnischer Sprache gibt es wiederum im Text Kett- und Schussfaden, also Hauptstrang der Narration und die sich drum herum webende Fäden der Nebengeschichten. Also der Schriftsteller und der Weber sollen immer eng miteinander kommunizieren. 

Frauenblick: Krieg

Monika Wrzosek-Müller

Die Ungerechtigkeit der Welt, der westlichen Welt, war mir immer klar und ein Dorn im Auge, doch jetzt sticht sie mit einer Schärfe und Dringlichkeit, dass ich, sollte ich es nicht aussprechen, krank würde. Auch wir werden durch den Krieg auf eine Seite, auf eine Möglichkeit festgelegt, was sich für die Zukunft wahrscheinlich verheerend auswirken kann.

Wir erleben einen Krieg – einen Angriffskrieg, den es in unserem Jahrhundert nicht mehr geben sollte. Es sind völlig archaische Methoden der Kommunikation, durch Druck und Gewalt auf das eigene Recht zu pochen und es einzufordern. Ich war während des ersten Kriegsmonats in Warschau; habe erlebt, wie die Polen sich zusammengerissen haben, um den Kriegsflüchtlingen zu helfen, wie sie den Krieg verurteilt haben, ihn verfolgt und immer wieder dazu Stellung genommen haben. Der Westen vergisst, dass doch noch Menschen mit Kriegserfahrungen aus dem Jahr 1939 leben und dass für sie ein déjà vue entsteht, dass von Deutschland mehr verlangt wird, eben wegen dieser Kriegserinnerung, aber auch wegen ihrer Nähe zu Russland und zu Putin, dass sie selbst für die Abhängigkeiten von Gas, Öl und Kohle verantwortlich sind. Versprechungen, Bekundungen und Mitleid helfen nicht viel, es müssen Taten folgen, ganz entschiedene und schnelle.

Unter den ukrainischen Frauen, die ich in der Wohnung in Warschau aufgenommen habe, war eine junge Frau mit einem Kleinkind, die mir als die Tochter der Freundin des Bruders meiner Mieterin vorgestellt wurde. Nach zwei Tagen stellte sich heraus: sie mit dem Baby und einen kleinen Jungen haben die anderen auf dem Bahnhof in Lemberg gefunden; die drei wussten nicht wohin, hatten seit ein paar Tagen nichts gegessen, lebten auf dem Bahnhof. Der kleine neunjährige Junge hatte seine Eltern, seine Mutter verloren, oder sie haben ihn so losgeschickt, damit er überlebt, das wussten sie nicht. Auf jeden Fall waren sie plötzlich bei mir, in der Wohnung meiner Mutter, mit den anderen drei Frauen und zwei Jungen. Zum Glück haben sie eine andere Bleibe gefunden, alle drei; so haben die anderen fünf Leute in der kleinen Dreizimmerwohnung genug Platz zum Leben.

Da wurde gesagt: in Polen gäbe es Flüchtlinge zweiter Klasse, ich habe nur gedacht, Gott sei Dank, wir haben noch Platz frei, wir können die aufnehmen. Und ja, sie sind mir willkommen, weil sie das erleben, was Polen immer wieder fürchten muss, und weil sie wirklich Frauen mit Kindern sind, und alles passiert so nah und ich will mich nicht hinter der Heuchelei der Menschenliebe für alle auf der ganzen Welt verstecken und die eigentlich gar nicht so wirklich hierher wollen. Denn es ist ein großer Unterschied, ob man etwas macht, was einem am Herzen liegt und brennt, oder man mehr oder weniger die eigene Überlegenheit über die arme Welt vorführt und den guten Onkel spielt, ohne die Menschen im Geringsten zu verstehen und eigentlich verstehen zu wollen. Ich habe die Aussagen: „Die werden nie arbeiten können, so wie wir das tun, ihre Ausbildung ist nicht annähernd unserer gleich…“ zu überhören versucht, denn ich bin selbst auch davon betroffen. Meine Ausbildung wurde für nicht würdig in Deutschland befunden, ich bekam den Grad “Magister pl“ zuerkannt und hatte damit keinerlei Recht, an Schulen etc. zu unterrichten. Gerade die Flüchtlinge spüren, ob sie wirklich willkommen sind, ob man für ihre Sache steht. Deswegen gehen auch viele Ukrainer lieber nach Polen als anderswohin in der EU und am liebsten gehen sie sowieso in ihr Land zurück.

In Polen hat die Sache noch einen Aspekt, den man wahrscheinlich nicht vergessen sollte. Die Ukrainer sind für den polnischen Wohlstand mitverantwortlich, haben ihn mit ihren Händen mit erarbeitet. So wird jetzt ein Teil der Schuld bei ihnen abgetragen, beglichen. Polen hat immerhin innerhalb dieser drei Wochen 2,2 Millionen Menschen aufgenommen, ohne zu klagen, ohne sich aufzuspielen, dass es Verteilung geben müsse, dass die anderen nicht wollten; da war die Not dieser Menschen und das war das wichtigste. Manchmal muss man über den eigenen Schatten springen, sich mutig zeigen und riskieren, sonst gehen unsere Werte, das, was man jahrelang versucht hat aufzubauen, verloren. Vertrauen, Glaubwürdigkeit gewinnt man langsam und es wäre schade oder ist schade, sie so schnell zu verspielen.