Pomagajmy

Zostańmy patronami Serhija Żadana

Bardzo Państwa zachęcam do zostania patronem ukraińskiego poety i pisarza, Serhija Żadana. To najlepsze wsparcie jakiego możemy udzielić Charkowowi i jego mieszkańcom.

Serhij napisał (przekład Wiery Meniok):

Zazwyczaj bardzo ostrożnie proszę was o pomoc, ponieważ jestem pewien, że większość z tych, kto czyta tę stronę, w taki czy inny sposób dają środki na coś. I nawet nie większość – wszyscy. Albo prawie wszyscy).

Potrzeb jest naprawdę bardzo dużo, nie potrafię określić, jaka z nich jest ważna bardziej czy mniej. Co jest ważniejsze – kupić powerbank dla żołnierza na linii frontu czy butelkę mleka dla babci, którą ten żołnierz chroni? Sami ustalcie priorytety, ja tylko powiem, że pracuję z różnymi grupami wolontariuszy, a otrzymane od was koszty (bezpośrednio z rąk do rąk, przez patreon czy na konta wolontariatu), wydaję na bardzo różne rzeczy – wczoraj na przykład dałem 20 000 na samochód dla bojowników oraz 10 000 na żywność dla cywilów. Na jutro również mamy mnóstwo zamówień. Bardzo chcę, byście mnie usłyszeli – większość tych zamówień i potrzeb pojawia się nie dlatego, że „państwo nic nie robi” – tylko dlatego, że państwo nigdy wcześniej nie stanęło przed takimi wyzwaniami i dlatego potrzebuje naszej pomocy. Jeśli państwo będzie uratowane – wszystko odzyskamy))

Krótko mówiąc, sami widzicie, czym się zajmujemy z moimi przyjaciółmi, komu pomagamy, kogo wspieramy, piszę o wszystkim, o czym można pisać. Jeśli będzie możliwość i chęć pomóc – pomagajcie. Jeśli macie inne pomysły jak pomóc i wesprzeć – chwała Bogu. Szczegółowego sprawozdania z fakturami nie będzie) (wiele rzeczy jest kupowanych i znajdowanych, sprowadzanych i uzyskiwanych bez faktur)))) Ale potem napiszę dla was powieść o wolontariuszach)))

To jest moja ukraińska karta bankowa wolontariusza:

4149 6090 0342 8085

To jest mój patreon:

www.patreon.com/serhiyzhadan

To jest mój nowo otwarty PayPal, tutaj można przesłać środki spoza Ukrainy:

Сергій Жадан sirozhazhadan@gmail.com

Chciałbym jeszcze raz podkreślić: wszystkie środki otrzymane na tych kontach wykorzystuję na wolontariat – na wsparcie walczących o wolność Ukraińców.

Сергей Жадан:

Друзі, що хочу сказати. Зазвичай дуже обережно прошу вас про допомогу, оскільки певен, що більшість із тих, хто читає цю сторінку, так чи інакше сьогодні на щось перераховує кошти. Та навіть і не більшість – всі. Чи майже всі)

Потреб справді дуже багато, визначити яка з них більш важлива чи менш важлива мені особисто складно. Що важливіше – купити повербанк бійцю на передовій чи пляшку молока бабусі, яку цей боєць захищає? Ви самі собі визначайтеся з пріоритетами, я лише скажу, що співпрацюю з різними волонтерськими групами, і кошти, отримані від вас (безпосередньо з рук у руки, через патреон чи на волонтерські картки), витрачаю на дуже різні речі – вчора, скажімо, кинув 20 000 на авто для бійців і 10 000 на їжу для цивільних. На завтра теж маємо купу замовлень. Знову ж таки, дуже хочу, аби ви мене почули – більшість цих замовлень і потреб виникають не тому, що “держава нічого не робить” – вони виникають тому, що держава ніколи не стикалась із такими викликами й тому потребує нашої допомоги. Збережеться держава – ми все собі повернемо))

Одне слово, ви бачите, чим ми з друзями займаємося, кому допомагаємо, кого підтримуємо, я про все, про що можна писати, пишу. Буде можливість та бажання допомогти – допомагайте. Маєте інші варіанти допомогти та підтримати – слава Богу. Детальних звітів із чеками не буде) (багато чого купується й знаходиться, переганяється й дістається без чеків)))) Але потім я вам напишу роман про волонтерів)))

Ось моя українська волонтерська картка:

4149 6090 0342 8085

Ось мій патреон:

www.patreon.com/serhiyzhadan

Ось мій щойновідкритий PayPal, сюди можна переказувати кошти з-поза меж України:

Сергій Жадан sirozhazhadan@gmail.com

Ще раз наголошу: всі кошти, отримані на ці рахунки, я використовую на волонтерство – на підтримку українців, які воюють за свою свободу. Собі я з цього нічого не беру: працюю на австрійський генштаб, мені там нормально платять.

Дякую всім за підтримку та допомогу. Хай у всіх буде тихий вечір. Завтра прокинемось ще на один день ближче до нашої перемоги)

Сергій Жадан is creating writing/journalism and music | Patreon

Serhij Żadan, Ukrainian writer, now in Kharkiv, where he collects funds to help the people of Ukraine.

“Usually, I ask for your help very carefully, because I am sure that most of those who read this page are giving money to something in one way or another.

The needs are really a lot, I cannot define which of them is more or less important. What is more important – buy a powerbank for a front-line soldier or a bottle of milk for grandma, which this soldier protects? Set your priorities yourself, I will just say that I work with various groups of volunteers, and the costs received from you (directly from hand to hand, via Patreon or to volunteer accounts), I spend on very different things – yesterday, for example, I gave 20,000 for a car for fighters and 10,000 for food for civilians. We also have a lot of orders for tomorrow. I really want you to hear me – most of these orders and needs arise not because “the state does nothing” – but because the state has never faced such challenges before and therefore needs our help. If the country is saved – we will recover everything))

In short, you can see what we do with my friends, who we help, whom we support, and I write about everything that can be written about. If there is an opportunity and willingness to help – help. If you have other ideas on how to help and support – thank God. There will be no detailed report with invoices) (many things are bought and found, brought and obtained without invoices)))) But then I will write a novel for you about volunteers)))

This is my Ukrainian volunteer bank card:

4149 6090 0342 8085

This is my Patreon:

www.patreon.com/serhiyzhadan

This is my newly opened PayPal, you can send funds from outside of Ukraine here:

Сергій Жадан sirozhazhadan@gmail.com

I would like to emphasize once again: I use all the funds received in these accounts for volunteering – to support the Ukrainians who fight for freedom.

O płci, włosach, skórze…

Garść wiadomości:

  1. A group of astronomers had led a community petition to change the name, alleging that the telescope’s namesake, former NASA chief James Webb, had been complicit in the persecution and firing of gay and lesbian federal employees during his career in the US government in the 1950s and 1960s.
  2. die hannoversche Ortsgruppe von Fridays for Future hat die weiße, Dreadlocks tragende Musikerin Ronja Maltzahn von einer Demonstration ausgeladen. Begründung, Ronja hat Dreadlocks und es handle sich dabei „um kulturelle Aneignung, da wir als weiße Menschen uns nicht . . . mit dem kollektiven Trauma der Unterdrückung auseinandersetzen müssen“.
  3. The Guardian napisał że jak się biali oburzają na Smitha/Rocka (za dawanie po pysku podczas wręczania oskarów) to jest to zachowanie rasistowskie. https://www.facebook.com/10513336322/posts/10160941912291323/?d=n

Continue reading “O płci, włosach, skórze…” →

Niemożliwe, możliwym

Teresa Rudolf

Moje serce

Przesmutne 
czyjeś
oczy
wkręcają
mi się 
w serce
i wiercą, 
wiercą, 
wiercą.

Upokorzone,
czerwone
ze wstydu,
za cudze 
straszne 
świństwa,
ledwie 
ze smutku 
cicho bije.


Dziwna wiosna

Już wiosna dotyka
oczu, twarzy, duszy
wyczekana, wytęskniona.

Pokazuje się i chowa,
chowa się i pokazuje,
boi się i też cieszy.

Najazdu się boi tego
głośno-czerwonego,
na niebieskie niebo.

I znów dotyka 
oczu, twarzy, duszy,
pełznąc po drzewach,

zieleniąc się nadzieją
niebieszcząc się radością,
czerniąc się powodzią...
...ludzkich łez.

Nieprawda prawdą

Tak trudno znieść
prawdę, co nie chce
być nieprawdą...

A może bawi się ona
w chowanego i wyjdzie
 jak dziecko zza szafy?

Urodziny, czyjaś śmierć,
radość, bolesna żałoba,
dziwny taniec z figurami.

Tyle skłonów, obrotów,
oklasków, ale i odarcia
z powagi, elegancji, honoru.

Wszystko po to, bo trudno
uwierzyć, że część świata 
jest na skraju  moralnego...

wyczerpania 
zasobów
człowieczeństwa,
bojąc się o ropę 
i gaz...

Wenus wschody i zachody

Tibor Jagielski

13 IV 2017

” IS kann nur militärisch bekämpft werden”
(martin kobler, ambasador niemiecki w egipcie 2003 -2006, iraku 2006 – 2007)

14 IV 2017

sie schreit und schlägt mit den händen auf den lenkrad
” ich lag dir zu den füßen!”
” und ich habe dich auf die beine wieder erhoben” – antworte ich ruhig und wasche die innenseite der vorderscheibe ab

17 IV 2017

von GROFAZ zum GROVAZ


21 IV 2017

nie ma innej rady – vis pacem para bellum;


28 IV 2017

rituelle waschungen – schafiten akzeptieran auch stehendes wasser;
hanafiten – nur fließendes wasser ist akzeptabel;

dar  al – harb – haus des krieges

haduna – waffenstillstand

schahid – märtyrer


5 V 2017

er ruft und lacht: ” du surensohn!”

14 V 2017
 
718 n,e. – pierwszy meczet w konstantynopolu (dla niewolników i handlarzy);

torschi

je 4 auberinen, karotten, gurken
8 knoblauchzehen
halbes kopf weißkohl
1 pfund perlzwiebeln

– kleinschneiden

je 2 esslöffel salz und zucker
je 1  teelöffel paprika (scharf), kurkuma, kreuzkümmel, kardamon

– dazugeben

je 1 bund petersilie,bohnenkraut, basilikum, minze, koriander

–  kleinschneiden und dazugeben

 mit einem liter essig und notwendigen menge gekochtes wasser gut bedecken
und mit einem stein  zugedrückt
4 wochen stehen lassen

– fertig;


15 V

Jetzt sind LAF (Landesamt für Flüchtlingsangelegenheiten) und LAGeSo (Landesamt für Gesundheit und Soziales)
unter einem Dach und diese Herberge heisst  ICC – der größte Flüchtligslager Deutschlands.

Und so ist die Situation wieder ernst – aber nicht ernsthaft genug.

17 IV

die schlange scheint endlos zu sein;
– was machen die da, unter dem dach? – fragt mich der rabbiner 
und schaut ensetzt auf den pulk der asylbewerber,
die sich, den schatten suchend in eine dicke menschentraube verwandelt hat.
– na, die sonne- antworte ich – sonst fangen sie umzufallen, die frauen sind gut geschuetzt, tragen kopftuecher,
aber die meisten, vorwiegend jungen maenner tragen ja keine kopfbedeckung.

21 IV

ich versuche mein altes gedicht ins deutsche zu übersetzen, aber die musen stehen mir nicht bei:

Stepowa wiosna

Wiatr strząsa śnieg z gałęzi sosen,
A słońce muska wygłodzoną twarz.
Wreszcie powraca jedna z moich wiosen
I kropelkami spada z sopli czas.

Gdybym zaklinał, jedno okamgnienie,
Klucz dzikich gęsi prący w nieba błękit,
To wiem, że tylko jest marzeniem,
Iż pozostanie i nie odejdzie więcej.

Krym, IV 1992

(c.d.n.)











Kafka in Berlin

Ewa Maria Slaska (nach dem Buch von Rainer Stach)

Am 12. August 1912 kommt nach Prag Felice Bauer. Sie ist Cousine von Max Brods Schwager, Max Friedmann. Sie wohnt im Hotel Blauer Stern. Am 13. August besucht Kafka seinen Freund und lernt Felice kennen. Sie plaudern sehr intensiv und schon an diesem ersten Tag verabreden sie sich, dass sie gemeinsam nach Palästina fahren wollen.

Am nächsten Tag reist Felice weiter nach Budapest. Felice stammt aus Breslau, ihre Familie wohnt aber schon in Berlin, in der Immanuelkirchstraße 29. Sie stammt aus kleinbürgerlichen jüdischen Verhältnissen und war bei der Carl Lindström AG beschäftigt, die u. a. Grammophone und sogenannte Parlographen herstellte, und stieg dort von der Stenotypistin zur leitenden Angestellten auf.

Am 20. September schreibt Kafka auf der Schreibmaschine im Büro den ersten Brief an Felice. Sehr freundlich-unverbindliche Antwort kommt eine Woche später in Prag an. Felice teilt mit, dass ihre Eltern ihr nicht erlauben werden, nach Palästina zu fahren.

Es muß eine Liebe auf ersten Blick gewesen sein. Nur acht Tage später, in der Nacht vom 22. zum 23. September 1912 schreibt er die Erzählung Das Urteil in nur acht Stunden. Und erfindet sich als Schriftsteller vellkommen neu.

Sie schreiben einander viele Briefe, obwohl Kafka viele nicht abschickt. Am 23. Oktober gesteht er ihr, dass die Hälfte seines Lebens aus Warten auf ihr Brief besteht. Ein paar Tage später schreibt er ihr einen “riesen Brief” von 30 Seiten.

Seit dem 5. November versprechen sie sich, täglich zu schreiben. Aber schnell ändern sie den Rhythmus und sollen sich einmal der Woche schreiben. Seine Produktion an Liebesbriefen wird sich bis zu drei täglich aufsteigern.

Er ist 29 Jahre alt, Felice schätzt ihn aber viel jünger an, höchstens 25, vielleicht gar 18. Diese Bemerkung mag er nicht. Möchte zu Felice nach Berlin fahren, sie wünscht es nicht. Ab einem Brief vom 13. November dutzen sie sich. Er ist sensibel und depressiv. Wenn ihre Briefe nicht kommen, schickt er Telegramme. Hegt Gedanken an einem Selbstmord. Er schreibt die Verwandlung. Am 24. November schickt er ihr eine Liebeserklärung. Ende November schicken sie sich ihre Fotos. Sie liebt ihn auch. Es stecke “Großes” in ihm. Schreibt Der Verschollene.

Am Ende des Jahres schreibt er ihr: Wir gehören unbedingt zusammen. Sie fragt sich, ob er lachen kann. Er leidet an Kopfschmerzen und Schlaflosigkeit.

Sie schrieben einander insgesamt rund dreihundert Briefe, trafen sich insgesamt nur sechs Mal.

Am 22. März 1913 kommt Kafka das erste Mal nach Berlin und bezieht wie später jedesmal ein Zimmer im Hotel Askanischer Hof. Das Hotel auf Kurfürstendamm war in der wilhelminischen Epoche und in den ersten Jahren der Weimarer Republik sehr bekannt; es wurde 1878 eingerichtet und 1923 geschlossen.

Franz und Felice, falls sie sich mal treffen, gehen gern spazieren. In Grunewald, in Tiergarten. Bevor Franz wieder nach Berlin kommt, fragt er, ob er Felice überhaupt alleine shen würde?

1913 zieht die Familie Bauer in eine Wohnung in Wilmersdorfer Str. 73 ein, in Berlin Charlottenburg. Er gesteht, heiraten zu wollen.

Im Juni 1914 kam es zur offiziellen Verlobung in Berlin – doch schon sechs Wochen darauf – zur Entlobung. Er zegt sich vollkommen unwillig und unfähig, ein verheirateter Mensch zu sein.

Sie trennen sich jedoch nicht. Mehr noch, während gemeinsamen Aufenthalts in Marienbad im Juli 1916, verloben sie sich noch einmal; diesmal verharren sie dabei fast ein Jahr. Nach dem Ausbruch von Kafkas Tuberkulose im Sommer 1917 wird ihre Verlobung jedoch wieder gelöst.

Seitdem kommt er jahrelang überhaupt nicht nach Berlin. Erst am 23. September 1923 kommt er und bezieht sein Zimmer in Steglitz, Miquelstr. 8 bei Moritz Hermann. Auch diesmal zieht ihn eine Frau in die Hauptstadt – Dora Diamant, geb. 1898, eine polnische Jüdin (aus orthodoxer Familie), politische Aktivistin und Schauspielerin. Sie war seine letzte Lebensgefährtin. Er lernte sie im Ostseeheilbad Graal-Müritz kennen. Sie ist, schreibt er, vom wunderbaren Wesen. Kafka und Diamant schmieden Heiratspläne, die zunächst am Widerstand von Diamants Vater und schließlich an Kafkas Gesundheitszustand scheiterten. Man geht viel Spazieren, Botanischer Garten liegt ganz nah; das Haus selbst ist ruhig gelegen. Meine Gasse, schreibt Kafka, ist etwa die letzte halb städtische, hinter ihr löst sich das Land in Garten und Villen auf.

In Steglitz ist sehr ruhig. Er geht selten aus seiem Stadteil raus. War nur etwa drei mal auf dem Potsdamer Platz. Leben beide, er und Dora, vom Geld, das ihm die Mutter zuschickt (1000 Kronen im Monat). Es ist aber nicht Elternshilfe, sondern überweisung der Kafkas Krankenrente.
In Berlin herrscht Inflation.

Ich frage mich, ob die beiden Vegetarier sind? Es ist mir nicht ganz klar. Kafka schon sehr krank und schwach. Ab November 1923 besuchen Dora und Franz die Hochschule für die Wissenschaft des Judentums im heutigen Leo-Becks-Haus. Berlin beginnt teuer zu sein. Es kommen mehrere Esspakete von den Eltern. Im Kafkas Zimmer ist bitterlich kalt, man muss direkt am Ofen sitzen. Am 15. November zieht Kafka in eine neue Wohnung um, ebenfalls in Steglitz: Grunewaldstr. 13 (bei Seifert). Die neue Wohnung, schreibt er, ist ausserordentlich schön. Hat zwei Zimmer, Zentralheizung, elektrisches Licht und Telefon.

Es sind Zwanziger. Berlins Boheme blüht, das Leben ist jedoch schwierig. Franz schreibt an seine Schwester und bittet um Zusenden von… Butter, “da die Berliner Butter nicht essbar ist”. Butter wird am 3. Oktober ankommen. Später wird sie Franz um Eier bitten. Sie verspricht nach Berlin zu kommen, sonst möchte Kafka niemandem aus Prag in Berlin empfangen. Er möchte sein neues Leben vor “Prag” schützen. Aber… eventuell seine Wäsche zum Waschen alle sechs Wochen nach Prag schicken.

24. Dezember 1923. Kafka fiebert sehr, man wird den Arzt holen müssen. Sein Honorar ist so hoch, dass Dora darüber verhandeln muss. Es ist sehr kalt in Berlin.

Februar 1924. Ein neuer Umzug, in Berlin-Zehlendorf, Heidestr. 25-26 (Heute Busseallee 7-9). Die Krankheit verschlechtet sich.

Geldsituation aber verbesert sich, weil er einen Verlagsvertrag unterzeichnet für Herausgabe drei seiner Erzählungen, darunter Ein Hungerkünstler.

Am 17. März 1924 reist er aus Berlin nach Prag aus. Wird hier schon nie mehr zurück kommen. Die Diagnose ist klar: Kehlkopftuberkulose. Danach wird noch Herzschwäche diagnostiziert.

Nachdem sich Kafka im April 1924 schwerkrank in ein kleines privates Sanatorium im Dorf Kierling bei Klosterneuburg zurückgezogen hatte, wurde er dort von Dora bis zu seinem Tod am 3. Juni 1924 gepflegt.

Herzlähmung.

Reblog: Dzień Ateizmu

Janusz Malinowski! dziękuję za podanie tego do wiadomości na Facebooku

Adam Patrzyk

Kazimierz Łyszczyński – zapalał światło rozumu

Powoli zbliża się rocznica męczeńskiej – nie bójmy się tego słowa – śmierci Kazimierza Łyszczyńskiego (1634-1689), która przypada na 30 marca. Piszę o tym z dużym wyprzedzeniem, bo bardzo chciałbym, aby nie była to kolejna, „prywatna” rocznica grupki polskich ateistów, znana nielicznym jako Dzień Ateizmu.

Zastanawia mnie i bulwersuje obojętność polskiego środowiska akademickiego – szczególnie wydziałów filozofii – oraz ludzi kultury wobec tej wielkiej, niemal nieznanej i powszechnie niedocenianej postaci. Etykietka “pierwszego polskiego ateisty” zdaje się wszystkim przysłaniać fakt, że Kazimierz Łyszczyński był filozofem i wybitnym, niezwykle nowoczesnym oraz nadal aktualnym krytykiem religii.

Kazimierz Łyszczyński to fenomen na skalę światową. Był pierwszym filozofem od czasów Antyku, który napisał traktat – objętości książki – O nieistnieniu Boga. Wyprzedził w ten sposób o kilkadziesiąt lat dzieło Jana Mesliera znane jako Testament, a o sto lat ateistyczną twórczość wielkiego Paula d’Holbacha i idee radykalnego Oświecenia.

Jeśli chodzi o filozofię religii, to Łyszczyński nie tylko był prekursorem Oświecenia, ale na dodatek należy – wraz z d’Holbachem – do jego najbardziej radykalnego nurtu, odrzucającego popularny wśród oświeceniowych twórców deizm. Był więc nawet jak na epokę Oświecenia niezwykle postępowy.

Łyszczyński jest postacią, która przynosi chlubę polskiej kulturze. Mógłby rozsławiać w świecie polską myśl filozoficzną sprzed XX wieku, tym bardziej że do czasu Szkoły Lwowsko-Krakowskiej nie mamy się specjalnie kim pochwalić. Mógłby też zmienić w świecie wizerunek Polski postrzeganej głównie jako kraj fundamentalnie katolicki, którego nikt nie posądza o wydanie pierwszego męczennika za wolność głoszenia idei ateistycznych.

Pamiętajmy, że Giordano Bruno (1548-1600) – symbol męczeńskiej śmierci za wolność słowa – był niezaprzeczającym istnieniu Boga teologiem i jego śmierć można potraktować jako porachunki wewnątrz Kościoła katolickiego, tym bardziej że został skazany za herezję. Pierwszą znaną postacią skazaną za ateizm był również teolog, Lucilio Vanini (1584-1619), ale także on nie napisał żadnego jawnie ateistycznego dzieła, a swoje ateistyczne idee przemycał zakamuflowane pod postacią krytyki religii pogańskich oraz poglądów heretyków lub ateistów.

Sam proces Łyszczyńskiego też był w tamtym czasie niezwykłym wydarzeniem na skalę światową. Oto przed sądem oskarżony o ateizm stanął szlachcic piastujący na dodatek urząd sędziego, a nie jakiś wędrowny teolog czy student jak Thomas Aikenhead (1676-1697). Nie był to również jakiś przypadkowy bluźnierca jak słynny francuski kawaler de la Barre (1745-1766), lecz świadomie i metodycznie dowodzący nieistnienia Boga filozof.

Długotrwały proces Łyszczyńskiego toczył się przed sejmem i w obliczu króla jednego z najpotężniejszych wówczas państw europejskich, świeżo wsławionego uratowaniem Europy przed inwazją turecką. Proces był próbą sił między hierarchią kościelną a szlachtą broniącą swoich praw przed zakusami Kościoła. Jego przebieg na bieżąco relacjonowała pierwsza francuska gazeta. Po latach – w 1800 roku – francuski oświeceniowy filozof, Sylvain Marechal umieścił Łyszczyńskiego w swoim pionierskim Słowniku ateistów, liczącym 800 haseł.

Obraz, namalowany w czasach ZSRR przez A. Silwiestrowa, odnaleziony przez autora artykułu, Adama Patrzyka

Okrutność wyroku na Łyszczyńskiego jest symboliczna. Choć w drodze łaski król Jan III Sobieski zamienił spalenie żywcem na uprzednie ścięcie mieczem, to jednak nie odstąpiono od spalenia przedtem żywemu jeszcze Łyszczyńskiemu ręki, którą napisał swój traktat i w której miał trzymać go podczas tej tortury. Wyrwano mu też język. Prochy Łyszczyńskiego wystrzelono z armaty, aby nie miał grobu, a jego dworek zrównano z ziemią, zaś miejsce po nim mocą wyroku miało na zawsze pozostać ugorem. Żonę Łyszczyńskiego zamknięto w klasztorze, w którym miała doglądać chorych i bezdomnych. Którego filozofa na świecie spotkał taki los? Szczególnie jasno lśni ateizm Łyszczyńskiego na tle przekonań religijnych współczesnych mu wielkich filozofów, myślicieli i uczonych. Jego niemal rówieśnicy – John Locke, Gottfried Leibnitz, Blaise Pascal czy Izaak Newton – wszyscy byli zagorzałymi teistami. Jako teista deklarował się nieco starszy Kartezjusz, a najbardziej ateistyczny z nich, Baruch Spinoza próbował łączyć materializm z teizmem. Natomiast późniejsi wielcy filozofowie i myśliciele Oświecenia niemal wszyscy byli deistami.

W roku egzekucji Łyszczyńskiego John Locke wydał swój słynny List o tolerancji, spod działania której wykluczał jednakże ateistów. Tak od strony religijnej wyglądała elita intelektualna ówczesnej Europy.

Wielkość Łyszczyńskiego bywa kwestionowana przede wszystkim z powodu niezwykłe skromnej objętości jego spuścizny – zostało po nim tylko 5 cytatów, a dokładniej 12 zdań (plus opis dzieła). Trzeba jednak pamiętać, że nie są to zdania przypadkowe, które losowo ocalały z jedynego egzemplarza jego traktatu spalonego wraz z ciałem autora. To cytaty starannie wybrane przez prokuratora do mowy oskarżycielskiej, mające w pełni ukazać ateizm Łyszczyńskiego.

Te 12 zdań zainicjowało kilka doniosłych wątków intelektualnych, z których część do dzisiaj nie została w pełni przez filozofię, socjologię i psychologię religii rozwinięta. Religia jako świadome oszustwo i manipulacja, rola zaszczepiania strachu w religii, religia jako narzędzie ucisku politycznego i wyzysku ekonomicznego, religia jako forma zniewolenia umysłowego, motywującego zniewolonych do walki z próbującymi ich wyzwolić, wyzwolenie „ludu” ze zniewolenia religijnego jako zadanie elit intelektualnych i warunek postępu – to tematy, które nadal mogą stanowić inspirację ciekawych rozważań i dyskusji.

Pośmiertne dzieje Łyszczyńskiego dodają tej postaci nimbu myśliciela wyklętego – to właściwie historia milczenia na jego temat. W katolickiej Polsce nie mogło być inaczej. Na dodatek jego tragiczna śmierć kładła się cieniem na legendzie króla Jana III Sobieskiego. Także za czasów PRL Łyszczyński był postacią niewygodną dla władzy, bo urodził się o dosłownie kilka kilometrów za daleko na wschód – na terenie ówczesnego Związku Radzieckiego.

W Związku Radzieckim Kazimierz Łyszczyński był sztandarową postacią ateizmu. W Muzeum Ateizmu w Wilnie centralne miejsce zajmował monumentalny witraż przedstawiający jego egzekucję. Powstało też kilka upamiętniających Łyszczyńskiego dzieł malarskich. Niestety wspomniany witraż uległ kompletnemu zniszczeniu podczas prac remontowych, przywracających gmachowi Muzeum Ateizmu sakralny charakter (był to dawny i obecny kościół św. Kazimierza). Tylko w Białorusi Łyszczyński jest nadal oficjalnie czczony jako bohater narodowy i jeden z najważniejszych twórców kultury białoruskiej, bo urodził się po obecnie białoruskiej stronie polskiej granicy.

Postać Łyszczyńskiego, a także jego dzieło – choć znane tylko z kilku cytatów – ma duży, ciągle niewykorzystany potencjał kulturotwórczy. Jako ten, który „zapalał światło rozumu” i poniósł śmierć za prawo do wyrażania własnych poglądów, mógłby stać się nie tylko patronem międzynarodowych sympozjów czy konferencji naukowych, ale także przedmiotem dalszych badań nad nim samym. Dwie liczące zaledwie po kilkadziesiąt stron i niemal nieznane publikacje na jego temat z 1955 i 1989 roku (Józef Wielowski – Sprawa Kazimierza Łyszczyńskiego i Andrzej Nowicki – Kazimierz Łyszczyński 1634-1689) to stanowczo za mało, aby spopularyzować i docenić tę niezwykłą postać.

W Polsce niemal kompletnie brak zainteresowania elit intelektualnych przywróceniem społeczeństwu polskiemu pamięci o niezwykłej postaci Łyszczyńskiego i jego stanowiącym światowy ewenement traktacie O nieistnieniu Boga. Nie powstał komitet budowy pomnika Łyszczyńskiego, choć taki pomnik – ze względu na wagę intelektualną i niezwykłość losów Łyszczyńskiego byłby bez wątpienia wielką atrakcją turystyczną Warszawy. Mógłby wręcz stać się symbolem stolicy Polski, konkurującym z warszawską syrenką. A przede wszystkim kolejną, niezwykle atrakcyjną – i bardzo w duchu współczesnej Europy – wizytówka polskiej kultury. Od brawurowego przypomnienia Kazimierza Łyszczyńskiego dzięki pierwszym Marszom Ateistów w Warszawie kończącym się inscenizacją jego egzekucji – szczególnie wcieleniu się w tę postać Jana Hartmana – minęło już kilka lat. Mimo to postać ta nadal jest przedmiotem zainteresowania tylko nielicznego grona entuzjastów-amatorów, przy kompletnym braku zainteresowania świata nauki i kultury oraz innych środowisk opiniotwórczych. Chciałbym wierzyć, że w tym roku się coś zmieni.

“Człowiek jest twórcą Boga, a Bóg jest tworem i dziełem człowieka” – te przełomowe słowa po raz pierwszy od czasów Antyku napisał Polak, Kazimierz Łyszczyński. I prawie nikt na świecie o tym nie wie, a i w Polsce niewielu.

Autor – Adam Patrzyk https://www.facebook.com/adam.patrzyk.5

Kolejny tekst o Łyszczyńskim TU

Annuszka

Ewa Maria Slaska i przyjaciele

I wylała.

Zasadniczo zakładam, że każdy zna i wie, o co chodzi. Na wszelki wypadek przypominam bardzo ogólnie (opierając się tylko na dziurawej pamięci), że:

To zdanie pojawia się na początku powieści Mistrz i Małgorzata Michaiła Bułhakowa. Annuszka kupiła olej, olej się wyleje. Zebranie się nie odbędzie.

A było tak:

W Moskwie (w Związku Radzieckim) pojawił się Szatan. Na Patriarszych Prudach spotyka się z dwoma pisarzami, którzy próbują go przekonać, że Boga nie ma. Ale Annuszka już kupiła olej. I go wylała. Jeden z pisarzy, Berlioz, poślizgnie się na rozlanym na torach tramwajowych oleju.
Kobieta-motorniczy szarpnęła elektryczny hamulec, wagon osiadł z nosem przy ziemi, potem błyskawicznie podskoczył, z brzękiem i łoskotem posypały się z okien szyby. I wtedy w mózgu Berlioza ktoś rozpaczliwie krzyknął: »A jednak!«

Tramwaj obciął Berliozowi głowę.

“Annuszka wylała olej” znaczy, że wydarzyło się coś bardzo ważnego dla historii. Motyl ruszył skrzydłami w puszczy nad Amazonką. Nawet jeśli Annuszka o tym nie wie, to cała opowieść o szalonym pobycie Szatana, jego pomagiera i kota Behemota w Moskwie (oraz o śmierci Jezusa) zaczęła się właśnie od tego.

Więc Putin niech uważa, bo Annuszka już kupiła olej. Kaczyński zresztą niech też uważa.

foto Malwina Kozłowska / Poznań

Zresztą, co ja tu będę opowiadać, skoro mam wszystko napisane na karteczce:

– Wiem mniej więcej dokładnie, co będę robił dziś wieczór, powiedział Berlioz. Oczywista, jeśli na Bronnej nie spadnie mi cegła na głowę…
– Cegła – z przekonaniem przerwał mu nieznajomy (Szatan, zwany u Bułhakowa Wolandem) – nigdy nikomu nie spada na głowę ni z tego, ni z owego. W każdym razie panu, niech mi pan wierzy, cegła nie zagraża. Pan umrze inną śmiercią.
– A może wie pan, jaką?
– Utną panu głowę!
– A któż to zrobi? Wrogowie? Interwenci?
– Nie – odpowiedział cudzoziemiec. – Rosjanka, komsomołka.
– Hm… – zamruczał zdegustowany żartem nieznajomego Berlioz. – No, pan daruje, ale to mało prawdopodobne.
– I ja proszę o wybaczenie – odpowiedział cudzoziemiec – ale tak właśnie będzie. Czy mógłby mi pan powiedzieć, jeśli to oczywiście nie tajemnica, co pan będzie robił dziś wieczorem?
– To żadna tajemnica. Teraz wpadnę do siebie, na Sadową, a potem o dziesiątej wieczorem w Massolicie odbędzie się zebranie, któremu będę przewodniczył.
– To się nie da zrobić – stanowczo zaprzeczył obcokrajowiec.
– A to dlaczego?
– Dlatego że Annuszka już kupiła olej słonecznikowy, i nie dość, że kupiła, ale już go nawet rozlała. Tak więc zebranie się nie odbędzie.

I się nie odbyło.

__________________

W czasie tej wojny Annuszka i jej olej nasuwają się nam wszystkim. Tak, Putin, pagadi. Annuszka kupiła już olej.

Simon Underwin (Szymon Podwin) napisał o niej wiersz (Marek Defee dziękuję za informację!):

Annuszka

Więc stanie się, co stać się musi
Nieuchronna to losu kolej
Krwi plama na mapy obrusie
Annuszka rozlała już olej

Władimir pod nosem zanuci
Poniosą się echem czastuszki
Za późno już, żeby zawrócić
Rozlany już olej Annuszki

Krew spłynie jak armia - czerwona
W łez błoto na ziemskim padole
Niejeden Leonid tu skona
Annuszka rozlała już olej

Przekroczą nad ranem granice
I staną w płomieni opałach
Wyrzutnie, platformy, haubice, 
Annuszka już olej rozlała

I zacznie się bal, śmierci taniec
I pójdzie Wołodia w niewolę
I skończy jak papa w Afganie
Annuszka rozlała już olej

Nim zamkną na klucz okrążenie
Pandory otworzy się puszka
I ześle na wszystkich cierpienie
Rozlała już olej Annuszka

I zwali się Iwan w czarnoziem
Wyrośnie mu kwiat w oczodole
A matka się nawet nie dowie
Annuszka rozlała już olej

Światowym kryzysem zaiskrzy
Zapłonie znów Wołyń, Podole
Lecz zajmie się Kreml od tej iskry
Rozlała Annuszka już olej

Noc z 14 na 15 marca 2022
Wrocław

Don Kichot w bibliotece (wojna)

Wspis zbiorczy, jeden z tych, które wciąż przesuwam, żeby zrobił miejsce dla spraw aktualnych. Jest więc dawno nieaktualnby, a za to mocno kobiecy: Ela Kargol, Ewelina Jaworska, Danuta Hossain (i google), Ewa Maria Slaska, Jacek Pałasiński

Ela Kargol:

Czy ktoś w Poznaniu był w tej bibliotece? Czy ktoś wie, co się tam działo? Czy ktoś to zauważył i docenił?

No bo TO, cóż nam mówi? Były dzieci.

Ewelina Jaworska:

W komentarzu do własnego wpisu, opublikowanego TU wiele dni temu: ponoć koleś przez książki wariował, tak uznała rodzina wiedząca lepiej, rady już nie dawał…, wyruszył więc w podróż i miał przygody, kobiety, dzbany, rude włosy nocą… hahaha

Danuta Hossain (i Yves Demoulin via google):

Google est si puissant qu’il nous cache les autres moteurs de recherche. Nous ignorons tout simplement l’existence de la plupart d’entre eux.
Pendant ce temps, il existe encore un grand nombre d’excellents moteurs de recherche dans le monde qui se spécialisent dans les livres, la science et d’autres informations intelligentes.
Gardez une liste de sites dont vous n’avez jamais entendu parler.
www.refseek.com est un moteur de recherche de ressources académiques. Plus d’un milliard de sources
www.worldcat.org – recherchez dans le contenu de 20 000 bibliothèques mondiales
https://link.springer.com – accès à plus de 10 millions de documents scientifiques: livres, articles
www.bioline.org.br est une bibliothèque de revues bioscientifiques publiées
http://repec.org – Des volontaires de 102 pays ont collecté près de 4 millions de publications
www.science.gov est un moteur de recherche du gouvernement américain pour plus de 2200 sites scientifiques
www.pdfdrive.com est le plus grand site Web de téléchargement gratuit de livres PDF. Réclamez plus de 225 millions de titre
www.base-search.net est l’un des moteurs de recherche les plus puissants pour les textes de recherche académique. Plus de 100 millions d’articles scientifiques dont 70% gratuits

Ewa Maria Slaska (już było, rebloguję sama siebie): Synteza biblioteki, Ulli Oesterle (Don Kichot w lewym górnym rogu, powiększenie – poniżej)

I jeszcze z Facebooka: Jacek Pałasiński – 17.02.22 – pkt. 4 (wtedy jeszcze nie było wojny)

A co będzie, kiedy wybuchnie wojna?

Czy ktoś podczas wojny, w słoneczny, lutowy dzień, kiedy na drzewach pojawiają się zielone kiełki i bazie, poczuje bolesny w sercu ucisk tęsknoty za wiosną? Za nowym życiem? Za euforią zmartwychwstania natury? Czy zatrzyma się wtedy, wyciągnie z kieszeni kartkę i ołówek, pardon, smartphone’a i gorączkowo podyktuje strofy lirycznego wiersza, sławiącego ciepły, kolorowy świat?

Czy pokój sprzyja powstawianiu wielkich dzieł sztuki?

Hmmm.

Są różne klasyfikacje najlepszych książek kiedykolwiek napisanych. Poniżej jedna z nich. Większość tytułów powtarza się nienal we wszystkich rankingach; różnią się tylko miejscami.

Popatrzmy: niemal wszyscy zgadzają się, że numerem jeden jest Wojna i Pokój Tołstoja. Napisał ją podczas wojny austriacko-pruskiej, a opublikował w 1869 r., podczas krwawego tłumienia rewolty na Krecie i w przededniu wojny francusko-pruskiej.

Drugą na liście Annę Kareninę napisał podczas wojny rosyjsko-tureckiej.

Don Quijote’a Cervantes napisał podczas wojny hiszpańsko-tureckiej, zginęło co najmniej 15 tysięcy ludzi.

Flaubert tworzył swoją Madame Bovary podczas Wojny Krymskiej, w której jego kraj walczył razem z Brytyjczykami, Turkami i Piemontczykami przeciw Imperium Rosyjskiemu.

George Eliot pisała swoje Miasteczko Middlemarch (uznawane przez BBC za najlepszą książkę wszechczasów) podczas wojny francusko-pruskiej.

James Joyce pisał Ulissesa podczas potwornego zamieszania wojennego w całej Europie, która dopiero szukała równowagi po zakończeniu I Wojny Światowej, a jego Irlandia wstrząsana była jeszcze starciami IRA z wojskami Brytyjskimi.

I tak dalej, i tak dalej, każdy może sobie poprzypominać, co działo się w chwili publikacji tego dzieła.

W tym kontekście mały konkurs: kto z P.T. Czytelników wskaże jakieś wybitne dzieło literatury polskiej, które nie powstałoby podczas jakiejś angażującej Rzeczpospolitą wojny, podczas zaborów lub zgoła w niewoli?

__________

Jako administratorka przypomnę tu też, że moje ukochane dzieło, W poszukiwaniu straconego czasu, Marcel Proust pisał podczas I wojny światowej – ściślej rzecz biorąc rozpoczął pracę nad powieścią w lipcu 1909 roku, zakończył na krótko przed śmiercią w 1922 roku.

Inny mój ukochany pisarz. Michaił Bułhakow zakończył pisanie swojej najwspanialszej książki, Mistrza i Małgorzaty, w roku 1940, czyli podczas II wojny.

Jeszcze będzie dobrze! Sława Ukrainie!

Die Frau unterwegs

Monika Wrzosek-Müller

Lublin – Tamara Łempicka

Der Ausflug nach Lublin, hauptsächlich zu der Ausstellung, war schön, lehrreich und interessant. Schon die Schnellstraße S 17, auf der wir gefahren sind, erfüllte alle europäischen Standards, mehr noch, war besser als die meisten „Superstrade“ in Italien, gepflegt auch rundherum und kostenlos. Ich habe die Gegend um Lublin und Nałęczów als Kind öfters gesehen, auch von Kazimierz Dolny aus und auch später; sie hat sich so sehr entwickelt, verändert, es wurden prächtige Häuser gebaut, vielfältige Obstplantagen angelegt. Klar, das ist auch der Teil Polens, der die besten Lössböden hat; trotzdem hat mich das Ausmaß des Fortschritts und der Entwicklung überrascht. Für meine Begriffe hat sich da viel mehr verändert als in unserer Uckermark in Brandenburg.

Unterwegs achteten wir auf die vorbeifahrenden Lastwagen; es fuhren nur einige wenige mit weißrussischen Kennzeichen, die meisten hatten ukrainische, russische haben wir überhaupt keine gesehen. Es gab aber viele ukrainischen Personenwagen in beiden Richtungen.

Lublin begrüßte uns mit herrlichem Wetter, mit einer sehr aufgeräumten, renovierten Altstadt, mit vielen Touristen, erstaunlich vielen auch ukrainischen Touristen, die mit ihren Autos da waren; sie machten nicht den Eindruck von Flüchtlingen. Einige von ihnen, vor allem Frauen, begleiteten uns in die Ausstellung weiter, sie filmten alles und sahen sich die Exponate erstaunlich eingehend und interessiert an. Ich fragte mich schon sowieso, warum Lublin, dann vielleicht auch ukrainische Wurzeln bei Tamara Lempicka, doch das Einzige was ich finden konnte, waren eher russische Verbindungen und Verwandtschaften ihres Vaters. Das Lubliner Schloss, das mich bei früheren Besuchen immer an eine aus Pappmaschee aufgestellte Kulisse erinnert und eher abgeschreckt hatte, war sehr sorgfältig restauriert. Im Innenhof sind der Turm und die Kapelle zu besichtigen (Überreste der alten Burg). Nichts deutete auf den Krieg hin, der doch nicht weit, fast um die Ecke weitertobt.

Also der Titel der Ausstellung „Die Frau unterwegs“ passt vielleicht am besten zu dieser doch sehr faszinierenden Frau. Sie hat in ihrem Leben meistens, so scheint mir, das gemacht, was sie wollte, und vor nichts hatte sie Angst, natürlich half ihr das Talent. Das Interesse an ihr und ihrem Werk – ich erinnere mich an eine Ausstellung in Mailand, 2006 im Palazzo Reale, wo sie Tamara de Lempicki genannt wurde; die Mailänder Ausstellung habe ich nicht gesehen, wohl aber die Plakate, die in der ganzen Stadt aushingen, und die langen Schlangen vor dem Eingang – beruht vielleicht auch auf ihrer Art der Selbstinszenierung, auf ihrem Habitus einer Diva, die wohl auch eine gute Künstlerin war; eine coole, schöne Frau, das spielte sie alles sehr gekonnt aus, auch ihre Herkunft, auch ihren Namen. Sie positionierte sich irgendwo zwischen Peggy Guggenheim und den vielen Filmdiven des damaligen Hollywood und ihr Bild trug zum Teil bestimmt zu dem Erfolg bei, den sie in den dreißiger und vierziger Jahren hatte.

Geboren wurde Tamara Rozalia Gurwik-Górska laut einiger Quellen in Warschau am 16. Mai 1898, doch manche sprechen von Moskau und einem zwei Jahren späteren Geburtsdatum. Ihre Eltern gehörten einer Elite an, die in Warschau, Moskau und St. Petersburg zu Hause war, doch immer wieder auch länger in anderen Teilen des Europas weilte, so in der Schweiz, in Italien und in Paris. Ihr Vater wird als reicher russischer Jude, Kaufmann oder Industrieller, beschrieben; er starb bald nach ihrer Geburt. Die Mutter stammte aus einer wohlhabenden polnisch-katholischen Familie, die zahlreiche Beziehungen zu berühmten Künstlern wie Ignacy Paderewski oder Artur Rubinstein pflegte. Sie wuchs eher bei den Großeltern und in Internaten auf. Irgendwann übersiedelte sie dann nach St. Petersburg, wohnte bei ihrer Tante und deren Mann, der Familie Stifter, in einer luxuriösen Residenz. Beim ersten Ball, den sie als ganz junge Frau besuchen durfte, lernte sie ihren späteren Mann Thadé Lempicki kennen. Die beiden heirateten schnell und Tamara wurde bald auch Mutter einer Tochter – Kizette, die sie später oft porträtieren wird. Leider ändert sich die Situation in Petersburg für sie schnell zum Schlechten, die Verwandten emigrierten nach Dänemark. Tadeusz wurde im Winter 1918 verhaftet und in ein Gefängnis gesteckt; Tamara nutzte ihre Bekanntschaft zum schwedischen Konsul und beschaffte falsche Dokumente auch für ihren Mann, sie reisten erst einmal nach Kopenhagen, dann nach Warschau und bald schon nach Paris. Nach einigen dort unter schwierigen Umständen verbrachten Monaten half ihr die Familie, ihre Schwester Adrianna Górska überredete sie zum Studium an der Académie Ranson. Seitdem scheint das Leben für Tamara wieder buntere Farben angenommen zu haben. Durch Vermittlung der Schwester stellte sie ihre Bilder aus; sie wurden von der Kritik warm und positiv aufgenommen. Bald kam es auch zur ersten Reise nach Italien, auf die viele weitere folgen sollten. Sie lernte einflussreiche, künstlerisch interessierte Italiener kennen, flirtete mit einigen von ihnen und wurde in der italienischen Szene bekannt und als Künstlerin anerkannt. Die schon vorher angespannten Beziehungen zu ihrem Mann verschlechterten sich, so dass sie 1928 auseinandergingen. Tadeusz heiratete bald seine neue Liebe, Tamara lernte den ungarischen Baron Raoul Kuffner kennen. In diesen Jahren entstanden Bilder wie „Mein Porträt“ oder auch „Die Frau im grünen Bugatti“, das die Titelseite einer Zeitschrift zierte. Es wurde zum Symbol einer freien, selbstbestimmten Frau und auch eine Ikone des art déco. 1934 heiratete sie zum zweiten Mal, den Baron, zog nach Wien und Budapest, besuchte mehrmals Italien, reiste auch tiefer in den Süden, es zog sie nach Afrika und in den Nahen Osten. Sie suchte die Wärme und das Leben, das ihr eigenes ihr nicht ausreichend gab. Als der Zweite Weltkrieg ausbrach, verließen die Kuffners Europa, sie fuhren nach Amerika. Sie malte dort die Damen der Gesellschaft, er floh als Jude vor dem Naziterror. In Amerika wurden sie jedoch nicht an einem Ort sesshaft, sie besichtigten, wohnten in New York, San Francisco, Los Angeles, Miami aber auch auf Cuba. Auch ihre Töchter kamen nach Amerika. Erst ab 1949 kehrte Tamara mehrmals nach Europa, Italien, Paris zurück. Nach dem Tod ihres Mannes 1962 zog sie zu ihrer Tochter Kizette, die in Huston wohnte. Doch lange hielt sie an einem Ort und wahrscheinlich mit der Familie nicht aus und zog nach Cuernavaca in Mexico, in die Stadt des ewigen Frühlings. 1980 stirbt sie auch dort und ihre Asche wurde am Vulkan Popocatépetl verstreut.

Ihr Leben hat sie an verschiedene Orte geführt, sie blieb nie länger irgendwo, war getrieben von ihren eigenen Ansprüchen oder vom Schicksal? Trotzdem führte sie ein gesellschaftlich sehr erfüllendes Leben; so kam sie auch an ihre Aufträge, meistens durch Mundpropaganda. Sie malt des Öfteren Damen der höheren Gesellschaft, damit verdiente sie genug Geld, um für sich, aber auch für ihre Familie zu sorgen. Vor allem die Bilder mit den klaren, eindeutigen Farben, die mit Schatten und Licht spielten, blieben ihr Markenzeichen, das madonnenhafte Blau, das klare Hoffnungsgrün. Irgendwann war sie eine der bestbezahlten Künstlerinnen der Welt. Schwer wog bestimmt, dass ihre Versuche in anderen Stilrichtungen nie erfolgreich waren. Sie wandte sich auch anderen Themen zu, versuchte Landschaften, Stillleben zu malen; an ihre glorreichen Erfolge der art déco-Zeit konnte sie aber nicht mehr anknüpfen.

Für mich bleibt sie die Ikone einer Zeit, in der das Gefühl der Schönheit mit der Einfachheit zusammenging, in der alles: die Architektur, die Inneneinrichtung, die Gegenstände, alles den Wunsch äußerte, das Schöne zu kultivieren und zu prämieren. Die Ausstellung bringt das eben auch zusammen, zeigt die Einrichtung ihres Appartements und Ateliers in Paris, auch Gegenstände, die sie benutzt hatte, werden ausgestellt. So ergibt sich nicht nur durch ihre Gemälde ein Bild der ganzen Person, nur so kann man sich ihr annähern und sie besser verstehen.

Don Kichot na poddaszu

Przepiękną tę historię, pierwszy rozdział berlińskiej powieści Leberecht Hühnchen znalazł i umieścił na Facebooku Mars Wawrzyn – dziękuję!

Heinrich Seidel, „Życiosław Kurczak” [Leberecht Hühnchen], 1883 – rozdział I

Deutsch (das ganze Buch) HIER

Dowiedziałem się przypadkiem, że mój dobry przyjaciel i kolega ze studiów Życiosław Kurczak już od jakiegoś czasu zamieszkuje w Berlinie i zajmuje stanowisko w jednej z dużych fabryk mechanicznych przed Bramą Oranienburską. Jak to pewnie zwykle bywa, nasza ożywiona początkowo korespondencja stopniowo przygasła i wreszcie całkiem straciliśmy się z oczu; ostatnim znakiem życia od niego była wiadomość o małżeństwie, które zawarte zostało przed około siedmiu laty w małym miasteczku w Westfalii. Jego nazwisko ściśle wiązało się ze wspomnieniem radosnych czasów studenckich i od razu postanowiłem go odszukać, by kapitalnego człowieka ponownie zobaczyć i odświeżyć wspomnienie dawnych dobrych czasów.

Życiosław Kurczak należał do tych uprzywilejowanych, którym dobra wróżka włożyła do kołyski najlepszy prezent — sztukę bycia szczęśliwym; posiadał dar czerpania słodyczy z każdego kwiatu, nawet z zatrutego. Nie pamiętam, bym widział go markotnym dłużej niż pięć minut, potem wypełniający go niepokonany słoneczny blask znowu jaśniał i umiał nawet najtrudniejszą sprawę zobaczyć przez różowe okulary. W Hanowerze, gdzie studiowaliśmy na politechnice, otrzymywał nader skromne wsparcie z domu i zarabiał na konieczne wydatki udzielaniem licho opłacanych korepetycji; nie opuszczał przy tym jednak żadnego spotkania studenckiego i — co było dla mnie najtrudniejsze do pojęcia — prawie zawsze miał pieniądze, tak że mógł drugiemu coś pożyczyć. Któregoś niedzielnego wieczora znalazłem się w tym, muszę wyznać, nierzadkim położeniu, że wszystkie me źródła wsparcia wyschły, podczas gdy weksel miał nadejść dopiero za kilka dni. Po starannym przetrząśnięciu wszystkich kieszeni i wyciągnięciu wszystkich szuflad zgromadziłem zaledwie trzydzieści fenigów i z tym majątkiem, samotnie pobrzękującym mi w kieszeni, włóczyłem się po ulicach, gorączkowo zastanawiając się nad najkorzystniejszym sposobem utopienia tego kapitału. Te rozmyślania przerwał Kurczak, który nagle stanął przede mną z najszczęśliwszą miną na świecie i zapytał, czy nie mógłbym pożyczyć mu trzech talarów. Ponieważ o to samo chciałem zapytać jego, nie mogłem powstrzymać się od śmiechu i wyjaśniłem, w czym rzecz.

Wspaniale — rzekł. – A więc masz jeszcze trzydzieści fenigów? Kiedy dodamy jedno z drugim, nic też nie przybędzie. Ja właśnie wszystko oddałem naszemu krajanowi Braunowi, który musiał dorzucić się do dużego interesu i oczywiście koniecznie potrzebował pieniędzy. A więc masz jeszcze trzydzieści fenigów? Za to wesoło spędzimy sobie wieczór!

Popatrzyłem na niego zdumiony.

— Daj mi no tylko pieniądze — rzekł — chcę iść na zakupy — w domu też mam różne rzeczy — to będzie lukullusowa, powiadam, lukullusowa uczta.

Ruszyliśmy wąskimi uliczkami w kierunku przedmieścia, gdzie mieszkał. Po drodze zniknął w małym, skromnym sklepiku, który można było poznać po parze skrzyżowanych wapiennych fajeczek, kilku zakurzonych paczkach cykorii i tytoniu, pojemnikach z pastą do butów i garnkach z musztardą, a po chwili wyłonił się stamtąd z dwiema torbami.

Życiosław Kurczak mieszkał na poddaszu śmiesznie małego i niskiego domku, położonego w równie miniaturowym ogrodzie. W pokoju dziennym było akurat tyle miejsca, żeby dwóch bezpretensjonalnych mężczyzn mogło rozprostować nogi, a obok znajdował się pokoik ze skosem, niemal w całości zajmowany przez jego łóżko, tak że kiedy Kurczak siedząc na łóżku chciał założył buty, musiał otwierać drzwi. W klitce tej było jednak coś przytulnego; przeszło na nią coś z pogodnego usposobienia jej mieszkańca.

— Przede wszystkim ogrzej się – rzekł Kurczak — i siadaj na sofie, znajdź sobie jednak dolinkę. Sofa jest nieco górzysta i ważne jest, by usiąść w dolinie.

Rozdmuchał ogień w wolnostojącym żelaznym piecyku, który pod względem wielkości miał się tak mniej więcej do zwykłego pieca jak jamnik do nowofundlanda, i z zadowoleniem przyglądał się rozgorzałemu płomykowi. Piec ten był przedmiotem jego ciągłego zachwytu.

— Nie rozumiem – powiedział — co ludzie mają przeciwko żelaznym piecykom. Za kwadrans mamy tu ciepło. A to, że trzeba ognia pilnować i go podtrzymywać, to jest najprzyjemniejsze zajęcie, jakie znam. A kiedy za oknem trzaskające mrozy, on ślicznie się prezentuje, kiedy taki czerwony i buńczuczny stoi sobie w kącie i na przekór zimnu się rozżarza.

Następnie chwycił mały pordzewiały blaszany garnek, napełnił go wodą i postawił na piecu. Potem nakrył do stołu. W niedużej drewnianej szafce znajdowały się sprzęty kuchenne. Były to dwie filiżanki, jedna wąska wysoka, z błękitną niezapominajką i niezbyt pasującą podstawką, druga całkiem szeroka płaska, której brakowało uchwytu. Dalej ujawniła się mała krzywa maselniczka, blaszana puszka z herbatą i okrągła papierowa tutka, niegdyś mieszcząca kołnierzyki do koszuli, dzisiaj awansowana do rangi cukiernicy. Najkosztowniejszym elementem był jednak wykonany z brązowej ceramiki mały okrągły imbryk do herbaty, z którym obchodził się wyjątkowo ostrożnie, jakby był rodzinną pamiątką i szczególną świętością. Trzy talerze i dwa noże, na tyle do siebie niepodobne, na ile to jest możliwe pośród noży stołowych, widelec z dwoma zaledwie zębami i z fatalną skłonnością do gubienia rączki oraz dwie powyginane łyżeczki ze sztucznego srebra dopełniały zestawu.

Ustawiwszy z pewną zręcznością wszystkie te przedmioty, powiódł po nich pełnym zadowolenia łagodnym spojrzeniem i rzekł: — Cały mój dobytek. Jest to już jednak przecież niewielki wstęp do gospodarności.

Tymczasem woda zawrzała i Kurczak wyciągnął z większej torby pięć jajek, które następnie z wielką zręcznością i przy pomocy swego zegarka kieszonkowego jął gotować. Nastawiwszy następnie świeżą wodę na herbatę i wydobywszy wielki bochen chleba, usadowił się z wyrazem najwyższego zadowolenia na twarzy w sąsiedniej dolince sofy i rozpoczęła się wieczerza.

Zjadłszy jedno jajko, mój przyjaciel ujął drugie i spojrzał na nie refleksyjnie. — Patrz, takie jajko – rzekł — a zawiera całą kurę, musi być tylko wysiedziane. A gdy podrośnie, ta znowu składa jajka, z których znowu będą kury i tak dalej, pokolenie za pokoleniem, niezliczone zastępy zaludniające ziemię. Teraz biorę to jajko i z jednym kęsem wszystkie znikają. Oto, co nazywam ucztą!

Tak ucztowaliśmy i popijaliśmy przy tym herbatę. Ponieważ pięć przez dwa nie idzie, zostało jedno małe, osobliwe żółte jajko, które postanowiliśmy podzielić. — Zdarza się – rzekł mój przyjaciel, zręcznie opukując jajko ostrzem noża, by je rozpołowić — zdarza się, że pośród zwykłych jajek zaplącze się nader rzadki egzemplarz. Bażanty składają takie małe żółte i wierzę istotnie, że to jajko bażancie; miałem kiedyś jedno w kolekcji i wyglądało dokładnie tak samo.

Wydobył swoją połówkę ze skorupki i z namysłem spożył. Potem oparł się wygodnie i z półprzymkniętymi oczami i uśmiechem gastronomicznego błogostanu wyszeptał: — Bażant! Lukullusowa!

Po jedzeniu objawiła się fatalna okoliczność. Mieliśmy wprawdzie tytoń, bo zakupiona wcześniej przez Kurczaka wąska niebieska torebka zawierała tego wybornego ziela za dziesięć fenigów, mój przyjaciel posiadał wszakże tylko jedną wadliwą fajkę, której ustnik zgryziony był do ostatniej główki, a cybuch, będąc o wiele za mały względem kolanka, miał ten niezapomniany zwyczaj, że nagle wybuchał i na nogawki spodni spadał wtedy deszcz iskier.

— Tę trudność łatwo rozwiążemy – oświadczył Kurczak – mam tu Don Kiszota (tytuł ten obok Biblii i kilku prac naukowych stanowił całość jego biblioteki) – jeden pali, drugi czyta, rozdział za rozdziałem. Ty jako gość otrzymujesz fajkę jako pierwszy, więc wszystko jest w porządku.

Potem, gdy ja nabijałem fajkę, a on z namysłem siorbał resztkę herbaty, przyszła mu do głowy nowa myśl.

— To dość niesamowite, gdy się pomyśli, że po to, bym ja mógł w spokoju siorbać herbatę, a ty palić fajkę, pracowity Chińczyk w odległym kraju sadzi sadzonki, a Murzyn pracuje w tropikalnym słońcu. Do tego wielkie parowce w sztormie i szkwale przedzierają się dla nas przez oceany, a karawany ciągną przez rozpalone pustynie. Dumny król handlu-milioner, co w pałacu w Hamburgu mieszka i nad brzegiem Łaby książęcą posiada rezydencję, musi część swojej troski nam poświęcać i podczas gdy jemu zmiany koniunktury nie pozwalają spać po nocach, my leżymy sobie wygodnie wyciągnięci i marzymy o pięknych sprawach, pozwalając jemu zadręczać się tym, byśmy my mogli nabyć herbatę i tytoń. Smakuje mi podwójnie, gdy o tym myślę.

Ach, nie brał pod uwagę, że większość tej herbaty mogła wyrosnąć na rodzimej wierzbie nad brzegiem leniwie płynącego potoku, a tytoń w najlepszym razie pochodził z Marchii Wkrzańskiej, jeżeli nie został wyhodowany na polach Meklemburgii z tej samej rzepy, z której powstał cukier, co osłodził nam herbatę.

Następnie zagłębiliśmy się ponownie w starym wiecznym Don Kiszocie i tak wieczór ów wesoło i spokojnie dobiegł końca.

_______________________

Heinrich Seidel (1842-1906) był niezwykłą osobowością, inżynierem, pisarzem i poetą: https://en.wikipedia.org/wiki/Heinrich_Seidel albo tu – po niemiecku.