Narty w Japonii ćwierć wieku temu

Lech Milewski

Właśnie zaczęła się Zimowa Olimpiada.
Wspominając historię zimowych olimpiad, zwróciłem uwagę na olimpiadę w Sapporo – 1972 rok.
Czyli 50 lat temu.
A co było pośrodku? Rok 1997 – moja wyprawa do Sapporo na maratony narciarskie. 

Mieszkam w Australii. Po długich wędrówkach do Europy i Ameryki Północnej rozejrzałem się po bliższych okolicach. Japonia wydawała się idealna – prawie ta sama strefa czasowa, tylko 10 godzin lotu, śnieżne zimy. 

Cel wyprawy – Sapporo Maraton – wyścig należący do serii WorldLoppet – KLIK.

Wyprawa na jeden wyścig?
Trochę za mało. 
Google jeszcze nie było, ale udało mi się znaleźć Miyasama Maraton, tydzień po Sapporo. 
To już miało dwie nogi. 

Napisałem list do organizatorów Miyasama Maraton, prosząc o formularz zgłoszeniowy, pytając w jaki sposób zapłacić za uczestnictwo, jak dojechać, jak załatwić noclegi. 

Po kilku tygodniach otrzymałem bardzo ugrzecznione zaproszenie – organizatorzy zapłacą za mnie wpisowe, zafundują bilet powrotny z Sapporo i zapewnią trzydniowy pobyt w hotelu. 

W międzyczasie skontaktowałem się listownie z Kenichi, japońskim narciarzem, poznanym na maratonie we Francji. 
Przeprosił mnie bardzo, że nie może zaoferować mi zakwaterowania u siebie, ale właśnie przenosi się do nowego domu. Ale może zaproponować mi wspólny wyjazd na maraton narciarski w Ohtaki, tam ma domek letniskowy. 

Och taki, owaki – 3 maratony w 8 dni – harakiri. 

Postanowiłem przylecieć do Sapporo cztery dni przed wyścigiem, żeby nieco się oswoić z warunkami i przypomnieć sobie, co to jest zima – w Australii jest w tym czasie lato w pełni. 

Mieszkanie załatwiłem sobie w hostelu młodzieżowym na peryferiach miasta. 

Pierwsze wrażenie po wylądowaniu w Japonii – duuuuużo ludzi. 
Na lotnisku, na ulicy, w pociągu – wszędzie miałem poczucie tłoku, braku przestrzeni. 

Drugie wrażenie – jadąc metrem w stronę hotelu, postanowiłem nawiązać z kimś kontakt. 
Dobrze się składało, bo w wagonie była grupka uczniów w mundurkach szkolnych – na pewno znają trochę angielskiego. 

Uśmiechnąłem się i zrobiłem kilka kroków w ich kierunku. Ku mojemu zaskoczeniu wszyscy rzucili się do ucieczki. Myślałem, że to jakiś żart, ale gdy sytuacja powtórzyła się, uznałem, że widocznie robię coś niewłaściwego i zrezygnowałem. 

Dojechałem metrem do celu, pozostawało jeszcze przesiąść się do autobusu. 
Kłopot w tym, że na przystanku autobusowym wszystkie napisy były po japońsku. 
Mój cel to Miyanomoru, hotel młodzieżowy znajdował się w pobliżu skoczni narciarskiej, na której w 1972 roku Wojciech Fortuna wywalczył 6 miejsce. 
To nie pomyłka, W. Fortuna zdobył złoty medal w Sapporo na dużej skoczni (Okurayama), ale kilka dni wcześniej zdobył 6 miejsce na skoczni normalnej – Miyanomori. 

Niestety cała ta wiedza a nawet kartka, na której dużymi literami napisałem nazwę przystanku docelowego, okazały się nieprzydatne. Liczni podróżni czekający na przystanku na autobus zachowali się dokładnie jak uczniowie w metro – ilekroć wykonałem krok w ich kierunku, wycofywali się trzy kroki do tyłu. 

W tym momencie nadjechał autobus. Podróżni ruszyli do drzwi wejściowych, w środku. Ja podbiegłem do przednich drzwi, żeby spytać kierowcę, czy dowiezie mnie do celu. 
Kierowca zamknął mi drzwi przed nosem i bardzo grzecznie pokazał, że wsiada się drzwiami środkowymi. 
Wsiadłem. 

Tu wyjaśnię, że na mój bagaż składały się – duży plecak, mały plecaczek i torba z nartami. Teraz, z całym tym ładunkiem, musiałem się przepchać do kierowcy i spytać: Miyanomori? 
Odpowiedź była przecząca. Kierowca otworzył mi drzwi. 
Historia powtórzyła się jeszcze dwa razy.
Za trzecim podejściem trafiłem, dojechałem do celu… 

Recepcjonista był przygotowany na mój przyjazd. 
Wybiegł do mnie i na migi wytłumaczył, że buty muszę zostawić na stojaku w sieni, a w hostelu mam używać plastikowych klapek. 

Dałem mu znak, żeby chwilkę poczekał i wyciągnąłem z plecaka porządne, skórzane, góralskie kapcie. Widziałem, że bardzo go to zaskoczyło, ale jak tu argumentować z góralami, z rezygnacją zaprowadził mnie do mojego pokoju. 
Czteroosobowy pokój. 

Pierwsza rzecz, na którą zwróciłem uwagę, to nie było w nim drzwi, w wejściu wisiały plastikowe paski.
Przypomniały mi się rozmówki angielsko-japońskie, w które zaopatrzyłem się przed wyjazdem. 
Otóż wiele słów to były lekkie modyfikacje terminów angielskich: 
– drzwi – door-o,
– prysznic – shower-o,
– lustro – mirror-o.
Czyżby wszystkie te urządzenia były obce Japończykom aż do połowy XX wieku? 

 W środku dwa piętrowe łóżka, a raczej legowiska. Bardzo szerokie. 
Może dwuosobowe – pomyślałem, ale po chwili zorientowałem się, że legowisko pełni rolę łóżka i szafki. Tam rozłożyłem swoje przybory toaletowe, ubrania, itp. 
Zauważyłem, że na sąsiednim legowisku leżał portfel, aparat fotograficzny, zupełna beztroska. 

Nie miałem jednak czasu na rozglądanie się, recepcjonista znacząco zakaszlał i przez współlokatora poinformował mnie, że chce mi jeszcze pokazać toaletę i drogę do jadalni, gdyż za chwilę będzie kolacja. 
Pokazał mi drzwi do toalety. 
Skorzystałem. 
Zdziwiłem się nieco, że recepcjonista nadal czekał na mnie pod drzwiami. 
Za chwilę zrozumiałem… recepcjonista ze wstrętem wskazywał moje kapcie – wszak byłem w nich w toalecie, nie ma mowy żebym ich teraz używał w innych częściach hostelu. 
Dopiero wtedy zauważyłem, że przy drzwiach do toalety był stojak z klapkami.
Poddałem się, założyłem plastikowe, nieco ciasne klapki i od tego czasu żyliśmy w zgodzie. 

Podczas posiłku zawarłem bliższą znajomość z moim współlokatorem – Minoru.
Po pierwsze zapytał, czy mógłby spędzać ze mną więcej czasu w celu nabrania doświadczenia w angielskiej konwersacji.
Po drugie, okazało się, że też przyjechał tu, z Osaki na Sapporo Maraton, a więc okazji do konwersacji będzie sporo.
Po trzecie, bardzo delikatnie zapytał, czy chciałbym towarzyszyć mu podczas lunchu, który on ma zwyczaj spożywać w tanich restauracjach dla studentów.
3 razy TAK.
Wyjaśnił mi również rezerwę, jaką wykazywały osoby, z którymi próbowałem nawiązać konwersację.
Większość z nich zapewne rozumie po angielsku, ale nigdy nie korzystała z niego w praktycznej sytuacji.
Mieli więc obawę, że albo nie zrozumieją mojego pytania, a to byłby duży wstyd, albo, co gorsze, udzielą mi błędnej odpowiedzi, albo ja tę odpowiedź źle zrozumiem – tak czy inaczej oznaczałoby to dla nich bezsenną noc. 

Nastęne trzy dni minęły bajecznie.
Każdej nocy spadało około 10 cm zmrożonego śnieżnego puchu. 
Trasy narciarskie w parku były doskonale przygotowane. 
W centrum Sapporo trwał właśnie Festiwal Śniegu – KLIK
Lunche w studenckich restauracjach były bardzo pożywne – główna pozycja to ramen – KLIK
Posiłki w hostelu były smaczne, towarzystwo sympatyczne. 

W przeddzień maratonu organizatorzy urządzili spotkanie zagranicznych narciarzy… 

Spotkałem tam kilku Australijczyków, którzy zwrócili mi uwagę, że w porywie patriotyzmu przyczepiłem się do nowozelandzkiej flagi.

Wreszcie dzień próby.
Organizatorzy kurtuazyjnie umieścili zagranicznych zawodników na czele stawki – ja to ten w czerwonych spodniach…

Było to dobre, ale tylko do fotografii.
START!
Od początku czuliśmy na karkach dyszenie naładowanych energią zawodników japońskiej kadry. Na szczęście za chwilę trasa wiodła pod górkę i tam nas wyprzedzili.
Przed nami 50 km olimpijskiej trasy.
Wyjaśnię, że maratony, w których uczestniczyłem do tego czasu, rozgrywane były na lokalnych, amatorskich trasach. Po raz pierwszy biegłem na trasie zaprojektowanej dla zawodowców i przyznaję, że zasłużyli na swoje zarobki.

Ohtaki.
Kenichi zawiózł mnie samochodem do swojego domku letniskowego.
Domek był niewielki. Jeden duży pokój na parterze.
Dodatkową atrakcją była łazienka, a raczej głębokie spa. 
W Ohtaki są gorące źródła z leczniczą wodą, która jest dostarczana za darmo do wszystkich domów.
A więc długie moczenie się, a potem syta kolacja.

W Australii, USA i kilku innych krajach, które odwiedziłem, w przeddzień maratonu odbywało się pasta loading – czyli zjedz tyle klusek, ile tylko możesz. 
W nocy zamienią się one w bardzo potrzebną energię.
Podczas spotkania narciarzy w Sapporo, stwierdziłem, że Japończycy preferują tradycyjne, solidne posiłki z przewagą protein – owoce morza.
To samo zaoferował mi Kenichi.

Pora spać.
Kenichi przesunął stół w bok i wyciągnął z szafy maty do spania.
Jestem profesorem geologii wyjaśnił i urządzam w tych okolicach praktyki dla studentów. W tym pokoju czasem nocuje na matach 12 osób.

Rano Kenichi schował maty i nakrył stół do śniadania.
Tym razem zdecydowałem zjeść śniadanie jak narciarz z Australii – owsianka. Kenichi pozostał przy japońskiej diecie.

Ohtaki maraton nie był zbyt ciekawy ani wymagający.
Na pocieszenie każdy zawodnik otrzymał bilet wstępu do miejscowej łaźni.

Gdy zacząłem pakować do plecaczka ręcznik i przybory toaletowe, Kenichi zaprotestował – w łaźni dostaniesz wszystko, czego potrzebujesz.

Rzeczywiście dostałem – ręczniczek o wymiarach 15 cm x 15 cm.
Naśladując miejscowych rozebrałem się do naga, położyłem ręczniczek na głowie i wyszedłem do ośnieżonego ogrodu. Dookoła głęboki śnieg, na szczęście ścieżka dla gości była przykryta plastikowymi matami. Gwiazdy błyskały na czystym niebie, w dali ośnieżone góry.
Widoki zapierały dech…. a może to mroźne powietrze stawało kością w piersiach.

Szybki prysznic i plusk do gorącej wody.

Po długim moczeniu się przyszła pora na końcowe ablucje.
W sali było wiele pryszniców, umieszczonych na wysokości około półtora metra, pod każdym prysznicem był niski stołeczek do siedzenia. Na półce stały butelki z szamponem i płynem do kąpieli.

Po wymyciu się w ruch szedł ręczniczek.
Oczywiście był on za mały żeby się nim do sucha wytrzeć.
Należało się trochę wytrzeć, wyżąć ręczniczek, trochę wytrzeć… i tak w kółko.
W którymś momencie zgubiłem się, czy ja się jeszcze wycieram po kąpieli czy może po spoceniu od wyżymania ręczniczka?

Kolejny dzień – jazda pociągiem do Biei gdzie odbywa się Miyasama Marathon.
Na dworcu w Biei czekał na mnie przedstawiciel organizatorów z tłumaczką – Mitsuko.
Na mój widok nie mogli ukryć rozczarowania.
Starszy, siwy, człowiek z wyraźnymi oznakami przemęczenia (dwa maratony i wyżymanie ręczniczka).
Pojechaliśmy do hotelu – bardzo komfortowy, wyraźnie ukierunkowany na narciarzy zjazdowych.
Mitsuko przedstawiła mi rozkład dnia: śniadanie, samoobsługa, od 7 do 9, lunch, to samo, od 12 do 2, obiado-kolacja – 7 – obługa przyniesie ci do pokoju.
Czy masz jakieś specjalne wymagania lub pytania, tu nikt nie zna angielskiego, więc lepiej jak powiesz teraz.
– Trasy biegowe? Widziałem z samochodu przystanki autobusowe. Jak mogę tam dojechać?
O 10 rano będzie na ciebie czekał autobus i zawiezie cię na trasę. Jak dojedziecie, to napiszesz na śniegu o której kierowca ma cię podebrać.

– Smarowanie nart, pewnie jest tu sala do smarowania.
Mitsuko przetłumaczyła pytanie kierownikowi hotelu, wyraźnie go to zakłopotało.
– Nie, nie ma sali do smarowania. Narciarze zjazdowi tego nie potrzebują. Konkretnie – czego potrzebujesz?
– Stołu z dostępem do gniazdka elektrycznego. Podczas smarowania powstaje masa ostróżyn parafiny, a więc dobrze, żeby pod stołem była jakaś plastikowa płachta, z której można te okruchy strząsnąć do śmieci.
Mitsuko przetłumaczyła, kierownik zapewnił, że stanowisko przygotują przed wieczorem.

Szybko wrzuciłem bagaże do pokoju i pojechałem na trasę biegową. 
Śnieg, trasa i widoki dookoła były bajeczne.
Gdy wróciliśmy do hotelu, zauważyłem jakieś zamieszanie wokół maszyn do gier hazardowych.
Za kilka godzin wyjaśniło się – odłączyli i przesunęli je, aby postawić tam stanowisko smarowania nart.

W pokoju znalazłem bardzo eleganckie kimono i dokładną instrukcję jak rozpoznać i jak się zachować podczas trzęsienia ziemi, które są częste w tej okolicy.

W przeddzień wyścigu odbyła się kolacja dla zawodników zza granicy, którą zaszczycił swą obecnością książę Tomohito, główny sponsor maratonu – KLIK.
Wyznam, że książę wyglądał groźnie, zauważyłem że osoby, które do niego podchodziły, kłaniały się w pas. Książę głównie interesował się niewidomymi narciarzami, których było całkiem sporo.

Wyścig – nie był zbyt emocjonujący.
Ciekawsza była ceremonia zakończenia, na której każdy uczestnik otrzymał nagrodę – kilogram japońskiego ryżu. Najciekawsze było jednak to, że Australijka, Jenny Altermatt, wygrała wyścig w kategorii kobiet, pokonując znacznie od siebie młodsze Japonki.
Nagrodę wręczał książę Tomohito.

Na początku pewna konsternacja – nagrodą był puchar przechodni, czyli zdobywca pucharu musi za rok oddać go organizatorom.
Organizatorzy uznali, że nie mogą tego wymagać od Jenny, w związku z czym miejscowy jubiler już zaczął robić dla niej miniaturę pucharu.
Dodatkowa nagroda dla zwycięzcy to 10 kilogramów japońskiego ryżu.
Nie wspomniano, czy organizatorzy zapłacą za nadbagaż.

P.S.
Kilka miesięcy później otrzymałem list od organizatorów Sapporo Maraton.
Dziękowali za udział, zapraszali na następny rok i informowali, że pozwolili sobie wykorzystać mój wizerunek do promocji swojego wyścigu w roku 1998.

Ja – ten w czerwonych spodniach, tych samych co na starcie.

Frauenblick: Norblin-Fabrik

Monika Wrzosek-Müller

Neue Räume in Warschau

Eigentlich hatte ich vor, in Warschau lange Spaziergänge zu meinen alten, aber auch den neuen Orten zu unternehmen. Doch die Tage sind zu kurz, auch es ist zu dunkel, das Wetter spielt manchmal völlig verrückt; es gibt Schneegewitter oder Hagelstürme, dann scheint plötzlich die Sonne und mich überfällt eine Lethargie, die ich erst einmal überwinden muss, bevor ich mich überhaupt in Bewegung setzten kann. Sich aus dem geschützten und noch sehr altmodischen Viertel Saska Kępa in die Großstadt zu bewegen, erfordert Mut; hier ist alles klein, bekannt, überschaubar; drei größere, vertikal verlaufende Straßen und etwas mehr horizontale. Natürlich findet man auch hier schöne alte Bauhaus-Häuser, noch nicht herausgeputzt, noch im Urzustand, die mich anlächeln. Manchmal verfehlen die allzu pingeligen Renovierungen ihr Ziel, sie lassen die alte Patina verschwinden, zusammen mit der Schönheit und Einfachheit, zu schade. Doch die große neue Welt befindet sich eindeutig außerhalb von diesem Viertel.

Vor ein paar Tagen habe ich mich dann doch rausgewagt und bin in andere Räume, Stadtteile von Warschau aufgebrochen, eigentlich ganz im Zentrum, wohin ich früher nie vorgedrungen war. Der Raum hinter dem Zentralbahnhof, hinter der Shoppingmall „Złote Tarasy“, voll von richtigen Wolkenkratzern, Hochhäusern und mit ganz breiten geraden Straßen, hat mich erstaunt. Es ist da so viel entstanden, ganz neue Viertel, die für mich eher nach einer Metropole in Amerika aussehen und dem mir unbekannten New York als nach dem mir bekannten Warschau. Umso mehr freute ich mich, als ich die alten, gerade renovierten Gebäude der Norblin-Fabrik von weitem sah. Sie bilden einen schönen Kontrast zu der übrigen Bebauung in der Gegend. Eigentlich müssten wir in Europa doch aufpassen, nicht überall dasselbe zu produzieren und zu reproduzieren, dieselben Glasfassaden mit den schnell sich bewegenden Liften draußen, alles hochmodern und zugleich eher unmenschlich, so dass das individuelle Gesicht einer Stadt völlig verschwindet. Am „Rondo ONZ“ wehte der Wind so stark, dass viele Leute ihre ursprüngliche Route aufgaben und umkehrten; ein Mann im Rollstuhl wäre fast auf die Straße geweht worden, wären da nicht zwei kräftige junge Männer gewesen, die ihm halfen.

Endlich aber war ich doch bei der Norblin-Fabrik, Gebrüder Buch und T. Werner, angelangt und bewunderte erst einmal von außen das sehr schöne Objekt, das sich über mehrere alte Fabrikgebäude erstreckt mit den integrierten Bürotowern dazwischen. Von weiten sieht man schon ein nicht allzu buntes Murale von Pola Dwurnik, das die Fabrik darstellt und im Stil ihres berühmten Vaters, einen Maler, gehalten ist. Die Wahl der Materialien bei der Instandsetzung der Fabrik hat mich begeistert, neben edlen Holzarten gibt es Rosteisen [oxidierten Stahl], schöne Steinfußböden mit eingelassenen alten Schienenresten, die schöne Muster auf dem Boden bilden. Alles ist sehr elegant, präzise und in guter Harmonie zwischen der alten und modernen Struktur eingerichtet. Revitalisiert wurden insgesamt 9 alte Gebäude, die auch Baudenkmäler sind, sowie 50 Maschinen aus dem alten Maschinenpark, die im ganzen Gelände ausgestellt stehen, z.B. eine hydraulische Presse, die 50 Tonnen wiegt. Manche der Maschinenteile wurden ihrer ursprünglichen Funktion enthoben und fungieren z.B. als Untersätze für die Glastische, für die Bänke. Manche von den Gebäuden wurden komplett neu, aber in historischer Gestalt wiederaufgebaut.

Die Geschichte der Familie ist bemerkenswert: der Sohn eines Zeichners und Malers Warschauer Motive, des Franzosen Jean Pierre Norblin de la Gourdine, Aleksander Jan Konstanty Norblin, genannt John, geboren 1777, wurde nach langer Ausbildung in Paris zum Metallgießer (Bronze) nach Warschau angeworben und gründete dort 1820 die Norblin-Fabriken, damals „Warszawska Fabryka Bronzów“ (Warschauer Bronze-Fabriken) genannt. Sie produzierten hauptsächlich künstlerische Objekte in Bronze, z.B. große Leuchter für Kirchen, Epitaphien, auch Büsten. Er arbeitete viel für die Familie Czartoryski, fertigte eine Büste des Fürsten, auch Figuren und Ornamente für die Gräber der ganzen Familie. Erst später begann die Fabrik, auch Alltagsgegenstände wie Besteck etc. herzustellen. Die Fabrik wurde immer größer, fertigte auch die Samoware für russische Adelige; die Nachfrage nach den schönen, edlen Gegenständen stieg ständig, so wundert die Größe des Terrains, das die Fabrik einnahm, nicht. Auf dem Gelände befindet sich jetzt auch ein Museum, das die Firmengeschichte dokumentiert.

Noch sind nicht alle Räume in der Fabrik fertig und belegt, das Gelände wurde erst Ende September 2021 eröffnet; doch jetzt schon kann man sehen, dass es eine gelungene Mischung von Kunst bietet: zwei Galerien, Kultur, ein sehr luxuriöses Kino, „Kinogram“, mit einer noch moderneren Bar, mit mehreren Kinosälen, ein Bereich für eine Bio-Markthalle, „Biobazar“, wo man frische Bioprodukte kaufen und auch essen kann, und ein ganz großer Bereich für eine Food Town mit 23 gastronomischen Konzepten aus Europa, und anderen Teilen der Welt, wo man in geräumigen Fabrikhallen gut essen kann. Hier ist auch eine wunderschöne Piano-Bar untergebracht mit einer Bühne für die live-Musik und Tanzflächen.

Ich schlenderte langsam durch das ganze Gelände, das noch nicht überlaufen ist, und irgendwann gelangte ich in den ersten Stock mit einer wunderschönen Ausstellung in geräumigen, sehr gut designten Vitrinen, die aus den alten historischen Wagen der Fabrik gefertigt sind: die ganze Produktion der Fabrik von silbernen und versilberten Objekten; wir sehen Vasen, Platten, Besteck, Kelche, Kannen, Unterteller, Silberringe, Zuckerdosen, überhaupt Dosen etc… Großer Beliebtheit erfreuten sich kleine Tischbürsten mit ebenso kleinen, schön verzierten Schaufelchen. Ich erinnere mich an die alten, halb „aufgegessenen“ Löffel, die meine Oma in ihrer winzigen Wohnung in Mokotów noch benutzte und die sie über die Verbannung nach Kasachstan bewahrt und dann mit zurückgebracht hatte. Mit den Löffeln konnte man nichts mehr essen, die Versilberung war gesprungen, sie kratzten und man konnte sie nicht mehr richtig reinigen. Das meiste Silber war natürlich da, in der Verbannung, verkauft oder in Essbares eingetauscht worden; geblieben waren für uns Enkelkinder Erinnerungen wie: „das war doch echtes Norblin, oder eher Fraget“. Meine Oma schätzte die Erzeugnisse dieser polnischen Fabriken sehr und sie erzählte mir, dass in dem Flügel, den sie in ihrer Wohnung in Lemberg hatten zurücklassen müssen, drei Komplette von je 24 Besteckteilen für jede ihrer drei Töchter eingelagert waren; sie konnten nicht so viel in die Verbannung mitnehmen. Als ich vor ein paar Jahren in Lemberg war, auch in ihrer Wohnung, zwar verkleinert, denn da wohnten nun drei Familien, konnte ich keinen Flügel ausfindig machen, geschweige denn die Besteckkomplette für die Mädchen.

Die Norblin-Fabrik scheint mir eine Mischung aus Zukunft und fortgesetzter Vergangenheit in diesem während des Zweiten Weltkrieges wirklich total zerstörten Warschau zu sein. Im Sommer wird sich der Ort bestimmt mit Tausenden von Besuchern füllen.

Chodzenie po mieście: bajki na placu zabaw

Ela Kargol

Nie tylko baśnie braci Grimm

Nie tylko Friedrichshain w Berlinie ma swoją baśniową fontannę. Dwa lata temu, gdy córka zamieszkała przy Köllnische Heide w Berlinie-Neukölln, dowiedziałam się o tej drugiej w parku Schulenburga (Von-der-Schulenburg-Park).
Wspominałam już o niej i o parku pisząc o murze przy Sonnenalle.

Park jako teren zielony jeszcze bez nazwy widniał już na mapach sprzed I wojny światowej. Teren nie nadawał się pod zabudowę z powodu bagnistego i niskiego położenia. Kilka lat po wojnie w latach 20. ubiegłego wieku uzyskał swój dzisiejszy kształt. W centrum znajduje się długi prostokątny zbiornik wodny, o tej porze pełen kaczek i kaczorów oraz karmiących je mimo zakazu dorosłych i dzieci, z alejami platanów po obu dłuższych stronach i baśniową fontanną na południowym końcu. Fontanna wcale nie miała być baśniowa, miała być niemiecka, miała być jak niemiecki las. Autorem secesyjnej fontanny utrzymanej w heimatstilu, bo tak sobie jej pierwotny kształt wyobrażam, o nazwie w podobnym stylu „Symbol des Waldesdomes“ (Symbol Katedry Leśnej) lub „Deutscher Wald“ (Niemiecki Las) był rzeźbiarz Ernst Moritz Geyger. Fontanna była już prawie gotowa w roku 1918. Figury jelenia, łani i jelonka zostały odlane w brązie, Pawilon w kształcie świątyni, w którym umieszczona miała być fontanna powstawał właśnie w pracowni rzeźbiarza. Kiedy lokalizacja fontanny nie była jeszcze ustalona, zmieniła się sytuacja polityczna, cesarz abdykował, spartakusowcy przejęli administrację miasta i proklamowali “Republikę Neukölln”. Jelenie i łanie nie były mile widziane, a do tego jeszcze ta nazwa.

Model wraz z wykonanymi figurami i elementami z wapienia muszlowego przeleżał ponad 15 lat w magazynie przedsiębiorstwa oczyszczania miasta. Aż przyszły czasy, które pozwoliły postawić fontannę, w miejscu, w którym stoi do dzisiaj, choć mało w niej z oryginału Geygera. Swą nazwę zawdzięcza miejscowym nacjonalistom, którzy przy jej otwarciu w roku 1935 zorganizowali propagandowy festyn i polecili uczniom z pobliskich szkół wystąpić w baśniowych kostiumach. Z powodu tego bajkowego święta fontanna została popularnie nazwana “Baśniową Fontanną”, co później zostało oficjalnie przyjęte. Jelenie z brązu zostały w czasie wojny przetopione na armaty.

Pozostałe części uległy zniszczeniu na skutek działania czynników atmosferycznych i wandalizmu. W 1970 roku po raz pierwszy poddano fontannę renowacji, w miejsce figur Geygera zainstalowano dwie baśniowe figury, autorstwa rzeźbiarki Katarzyny Szelinski-Singer. Rzeźba przedstawiająca baśń Braciszek i siostrzyczka, w tórej siostrzyczka obiema rękami obejmuje jelonka, w jakiś sposób nawiązuje do oryginału Geygera. Z drugiej strony w skulonej i dość zrezygnowanej pozie siedzi Kopciuszek i razem z gołębiami próbuje oddzielić soczewicę od popiołu.

W latach 2000/2001 na kolumnach zostały wstawione nowe putta z brązu, wykonane przez artystkę Annę Boguszewskają. Cała fontanna została zdemontowana, a poszczególne jej części odrestaurowane. Nie widziałam jej latem, gdy tryska wodą, z góry i z dołu, ale potrafię sobie wyobrazić. Bez wody też jest piękna, jak zresztą cały park wraz z baśniowym placem zabaw.

Plac zabaw, otwarty w roku 2007, a szczególnie zamek przyciąga dzieciaki starsze i młodsze z okolic i z całego Berlina, znalazł się w pierwszej dziesiątce najciekawszych placów zabaw w mieście.

W tym momencie, przyglądając się drewnianym figurom z baśni braci Grimm i z placu zabaw o tej samej nazwie jestem w kropce. Okazuje się, że nie jestem znawcą wszystkich baśni. Niektóre, oczywiście są znane i lubiane, oglądane, opowiedziane, wysłuchane, przeczytane, ale nie wszystkie.

Zdjęcia oznaczone są od 1 do 25 i przedstawiają grimmowskie postaci. Niektóre występują podwójnie, niektóre są tak oczywiste, że od razu wiadomo, o którą baśń chodzi, a niektórych nie znam, albo nie umiem skojarzyć. A więc zapraszam do wspólnej zabawy: Zgadnij jaka to bajka!!!

Baśnie braci Grimm zostały przetłumaczone na ponad 170 języków. Baśnie okrutne, makabryczne i nie jestem do końca pewna, czy dobro zawsze zwycięża, niestety często kobieta jest osobą na wskroś złą.
Ale wszyscy je znamy, kochamy, opowiadamy dzieciom, wnukom, czasem coś zmieniamy, dodajemy. przemilczamy. Hitem u mojej wnuczki okazała się tzw bajka mieszana. Więc opowiadam o Kopciuszku, który zabłądził w lesie, spotkał wilka, a wilk zaprowadził go do chatki krasnoludków. A tam z nimi niekoniecznie mieszka Królewna Śnieżka. Czasami robię rzecz, której nie powinnam, przy Roszpunce pojawia się Mała syrenka, a przy Śpiącej królewnie Dziewczynka z zapałkami. Ale zawsze jest więcej Grimma niż Andersena.

Bracia Grimm to nie tylko zbieracze bajek, to przede wszystkim twórcy Filologii germańskiej, Niemieckiej gramatyki, Słownika i Historii języka niemieckiego.

Ostatnie 20 lat życia mieszkali i tworzyli w Berlinie.

Gdy jadę pociągiem do Poznania lub wracam do Berlina i siedzę przy oknie po dobrej stronie, spoglądam często na budynek Centrum im. Jakuba i Wilhelma Grimmów (Jacob-und-Wilhelm-Grimm-Zentrum) i obiecuję sobie, że kiedyś na pewno wejdę do tej wspaniałej biblioteki, którą znam tylko ze zdjęć.

Tablica pamiątkowa na domu przy Alte Potsdamer Straße 5 i Brüder-Grimm-Gasse upamiętniają miejsce, w którym Grimmowie mieszkali aż do śmierci w 1863 r. (Jacob) i 1859 r. (Wilhelm). Ich kamienica przy Linkstraße 7 została zniszczona w 1944 roku. Ulica Linkstraße 10 lat po postawieniu Muru Berlińskiego znajdowała się w sektorze radzieckim. Na początku lat 70. ubiegłego wieku, w ramach wymiany terytoriów, obszar pomiędzy Linkstraße i Köthener Straße, na którym znajdowała się trasa metra (linia U2), stał się częścią Berlina Zachodniego. Dzisiaj ulica przebiega inaczej niż za czasów Grimmów. Mała uliczka, nazwana w 1997 roku na ich cześć Brüder-Grimm-Gasse, jest mało uczęszczana i prawie niezauważalna. Spoglądam na dwie szklane wieże i podejrzewam, że to nieświadomy zamysł architektów, ale jakże trafny. Od razu kojarzą mi się z baśnią o Szklanej Górze, dobre i to.

Jest jeszcze jedna ulica Grimmstraße, na Kreuzbergu, nazwana tak dziesięć lat po śmierci braci, większa i bardziej kwitnąca życiem.

Bracia Grimm miejsce swojego ostatniego spoczynku znaleźli na jednym z najpiękniejszych, prawie baśniowych cmentarzy w Berlinie, na Starym Cmentarzu św. Mateusza (Der Alte St.-Matthäus-Kirchhof Berlin), choć nagrobki zwykłe, bez niepotrzebnych zdobień, lecz doniosłe, położone wyżej niż inne na łagodnie opadającym cmentarnym zboczu.

Chętnie dowiem się o innych śladach i upamiętnieniach braci Grimm w Berlinie, jeśli znacie, piszcie. Berlińskie adresy Grimmów można znaleźć w internecie. Ale czy jest więcej grimmowskich ulic, szkół, przedszkoli nazwanych ich imieniem, baśniowych placów zabaw lub innych miejsc?

Panna Banqs

Peony Jo

Panna Banqs, którą niedoinformowani sąsiedzi nazywali po prostu Panią Banqs, uchyliła okno mało przytulnej kuchni, wychodzącej na północ, by wypuścić zapach gotującej się zupy. Nie była w stanie pojąć, jakim sposobem zupa tak dobrze smakuje, wydzielając fumy zbliżone do odoru. Prawie jak te japońskie ryby, czy ser, którego nie można wnosić do zamkniętych pomieszczeń, kto zresztą chodziłby z serem pod pachą, pomyślała ze zniecierpliwieniem, jakby ludzie nie mieli lepszych sposobów na wywołanie śmieszności. Panna Banqs śmieszności bała się najbardziej, bo pomniejszała ona to pieczołowicie polerowane przekonanie, iż jest osobą w dobrym rodzaju i na tyle ładną, na ile pozwoliły geny ojca ślusarza i matki recepcjonistki oraz systematyczne polewanie się zimną wodą, na czczo, w poniedziałki.

Obok stołu, obok którego stała właśnie Panna Banqs, wylegiwały się stosy czasopism, otrzymanych po przeczytaniu od Lucy Paw, stosy nie całkiem świeżych nowości, które w jej przekonaniu wcale nie straciły na atrakcyjności. Czyż to nie miłe przekonać się po pięciu długich latach i zimach, że aktorka X i aktor Z tak bardzo mylili się co do trwałości ich wzajemnej miłości? Czy nie jest pocieszające, że Rzym nadal stoi, a diety odchudzające mają coraz piękniejsze nazwy – porównując z tymi sprzed pięciu lat, oczywiście? Jakby od samego kontemplowania zawiłości ich nomenklatury (tak, znała takie cudzoziemskie słowo i całkiem od dawna), zatem jakby od samego czytania tych nie najnowszych już czasopism udawało się cofnąć machinę dziejów, do czasów, gdy Y jeszcze żył, a BC kupował dom na Sycylii. To wszystko było dla Panny Banqs niezwykle fascynujące, to wszystko co działo się teraz i wczoraj, sto lat temu i za dekadę, równocześnie.

Sama już dawno straciła poczucie czasu, nie przypominały jej o tym ani rosnące, a w tym przypadku nierosnące, bo nieistniejące, dzieci, ani zmarszczki, których raz, że nie widziała, dwa, że widzieć nie chciała, a trzy, i tak było już raczej wszystko jedno. Była kobietą w wieku dojrzałym. I o ile ten przymiotnik w innym kontekście dodawał rumieńców owocom, szlachetności winu i mądrości uczonym w piśmie, jej ciążył nieco, jak przeładowana torebka, której nie ma jak opróżnić, bo gdzieś te wszystkie sekrety trzeba trzymać i nosić, dopóki śmierć nas nie rozłączy.

Gdyby tylko w jakiś sposób mogła, dałaby wiele, by wymknąć się kategoriom czasu i powinności. Nie zdążyła być porządnie dziewczynką, aż tu się nagle okazało, że ustępują jej miejsca w tramwaju, o ile wybrała się do miasteczka, które w sumie wolała omijać. Życie jej toczył wonny uwiąd marzeń i chroniczne przeterminowanie pragnień. Jej jedynym życzeniem było nie mieć zgagi i odeprzeć zawczasu rwę, plisującą jej chód w zwichrowane zygzaki. Życie nie było złe, było tylko inne, od tego wszystkiego czego naczytała się siedząc w kucki na brzegu schodów. Było niepotrzebnie większe i bardziej skomplikowane, niż ktokolwiek, w jej mniemaniu, potrzebował. Straszne jak książka telefoniczna, przerażająca już samą objętością stron, z numerami ludzi, których nie znała i nigdy nie zamierzała poznać, a także firm, których istnienia można sobie było darować. No ale wiadomo, nie samą myślą żyje człowiek, choć ona była temu bardzo bliska.

Jedzenie ją nużyło, a gotowanie jeszcze bardziej. Tym niemniej raz w tygodniu otwierała zakurzoną książkę kucharską na chybił trafił i palcem, który nigdy nie zaznał manikiuru strzelała w przypadkowo wybrany przepis, by go z całą pieczołowitością zrealizować. W sumie dla nikogo. Ugotowane, dopieszczone, uformowane i obwąchane wystawiała toto w cynowej misce na rogu ogródka, wierząc, iż wcześniej czy później, a na pewno wcześniej, znajdzie amatora. Nigdy nie dowiedziała się, w czyje ciało przemieniły się wytwory jej kulinarnej staranności.

Poza konkursem gotowania dla nikogo raz tygodniowo, Panna Banqs pielęgnowała wiele innych równie nieprzydatnych społecznie zainteresowań jak choćby: naśladowanie odgłosów godowych ptaków podczas czesania, układanie marchewek w lodówce zgodnie z ich rosnącą średnicą, i zużywanie ich od najgrubszej do najcieńszej, bo wiadomo, że młodzi się muszą przywilejów naczekać i cierpliwości nauczyć. Równie chętnie ogryzała okrągłe ciasteczka w rytmie “Walca Kwiatów” Czajkowskiego i karmiła ptaki malinami (w sezonie), czyli ogólnie mówiąc była w kategoriach lokalnie przyjętych, stuknięta.

To stuknięcie tak dobrze jej wychodziło, że czasem udawało jej się wyglądać na znormalizowaną jednostkę w zunifikowanym społeczeństwie. Zakładała but prawy na prawą stopę, but lewy na lewą, pilnując by obydwa były takiego samego, jeśli nie fasonu, to przynajmniej koloru. Dopinała płaszcz, by nie wyglądać jak wszędzie przeklinany uchodźca, a tuż przed wyjściem z domu zakładała też bardzo uprzejmy uśmiech, ten z kategorii, niczego o mnie nie wiecie, i bardzo by mi było z tego powodu przykro, gdyby nie fakt, iż nie jest. W okolicznościach zewnętrznych była więc bardzo przeciętną kobietą, w znacząco niemodnym żakiecie, na niezbyt długim spacerze, na który najchętniej wcale by nie wyszła, gdyby nie obawa, iż jej przedłużająca się nieobecność w ulicznym rankingu dziwaków mogłaby spowodować niespodziewane odwiedziny, wizytę kontrolną, ujmując to słowami mechaników i egzaminatorów, najazd, którego nie życzyła sobie najbardziej na świecie, więc wolała już wyjść, niż dać komukolwiek wejść.

Z tym niewchodzeniem to zresztą całkowicie śmieszna sprawa, zabawna patrząc z punktu widzenia nieboszczyka, ku któremu to celowi zmierzała nie tylko Panna Banqs. Otóż, w dniach swojej pierwszej (z trzech kolejnych) młodości, we własnej optyce była Panna Banqs osobą niezwykle obytą i światową. Zakładała zwiewne i szykowne sukienki na popołudniowe herbatki tu i tam, uśmiechała się zalotnie, acz nieprowokująco, poruszała się z gracją i umiała okręcić sobie mężczyzn wokół małego palca, bo tak sobie właśnie imaginowała życie amantki, którą wprawdzie zapomniała być, ale już samo wyobrażenie, bez konieczności prasowania garderoby, całkowicie ją satysfakcjonowało. Podobnie jak podlewanie róż, których nie hodowała i karmienie beżowych, jedwabistych w dotyku lam w ogrodzie, których nie miała. Uznała to za niezwykle fascynujące, jak małym kosztem i niskim nakładem energii można przeżyć życie jak z żurnala. Nawet, gdy miasteczko swoim dezaprobującym pomrukiem na to nie pozwala.

Sweet Thursday

A tu po polsku

Von der Administratorin: Von heutigem Donnerstag her wird Joasia Rubinroth vom Zucker schreiben. Donnerstag und Zucker ergaben gemeinsam den von ihr vorgeschlagenen Titel der Reihe: Sweet Thursday. Ich freute mich sehr, als ich das hörte, weil ich das gleichnamige Buch von John Steinbeck sehr mag. Ich bin mir sogar sicher, dass wenn ich etwas an Amerika liebe, ich es eben diesen drei Steinbecks Büchern verdanke, die ich als junges Mädchen im Original las: Tortilla Flat, Cannery Row und eben Sweet Thursday.
Wonniger Donnerstag ist übrigens, laut John Steinbeck, der Tag nach dem lausigen Mittwoch (Lousy Wednesday).

Was ist aber Wonniger Donnerstag? Steinbeck beschreibt ihn im Kapitel 19.:

Schaut man zurück, so vermag man in der Regel den Tag festzustellen, an dem etwas angefangen hat, den Tag von Sarajewo, den Tag von München, den Zeitpunkt von Stalingrad oder Valley Forge. Man prägt sich Tag und Stunde mittels eines Vorfalls ein, der einem selbst zugestoßen ist. Man entsinnt sich genau, was man getan hat, als die Japaner Pearl Harbour bombardierten. Es kann kein Zweifel darüber bestehen, daß an diesem Donnerstag sich in Cannery Row bestimmte Kräfte in Bewegung gesetzt hatten. Gewisse Ursachen und Zielrichtungen sind schon seit Generationen in Wirkung. Es gibt immer Leute, die behaupten, sie hätten deren Herannahen gespürt. Diejenigen, die sich dessen erinnern, sagen, es sei gewesen, als habe ein Erdbeben in der Luft gelegen. Es war ein Donnerstag und einer jener Tage in Monterey, an dem die Luft wie gewaschen und geputzt ist, daß man wie durch eine Linse die Häuser in Santa Cruz zwanzig Meilen über der Bucht drüben und die Rotholzbäume auf dem Berg über Watsonville sehen kann. Die Felsspitze des Frémont’s Peak jenseits Salinas hebt sich edel gegen den Osthimmel ab. Die Sonne schimmerte in goldenem Schein, und rote Geranien versengten gleichsam die sie umgebende Luft. Die Ritterspornblüten waren wie kleine Löcher im Himmel. Tage gleich diesem kommen nirgendwo viele vor. Die Menschen halten sie wert gleich seltenen Schätzen. Kleine Kinder geben grundlos Schreie wie aus Blechpfeifen von sich, und Geschäftsleute finden es plötzlich notwendig, eine Fahrt zu einem Grundstück hin zu unternehmen. Greise sitzen da, schauen in die Ferne und erinnern sich verschwommen daran, dass die sämtlichen Tage ihrer Jugendzeit so gewesen seien wie dieser. Pferde wälzen sich auf den Weiden an einem solchem Tag, und Hennen brechen in gräßliches Freudengegacker aus. Ein zauberischer Tag war dieser Donnerstag, ein Wundertag.

Eure Ewa Maria Slaska

***

Joasia Rubinroth

DER SÜSSE DONNERSTAG
SWEET THURSDAY
SŁODKI CZWARTEK

In seinem Video HOW DO I LOVE MYSELF (link s.u. im PS) spricht Thích Nhất Hạnh davon, was für ein WUNDER unser Körper ist, und wie wichtig es ist, dieses Wunder, dieses Meisterstück des Kosmos, zu würdigen, und sich dieses Wunders Bewusst zu sein.

Und so entschließe ich mich: um das Wunder meines Körpers, der ein Meisterstück des Kosmos ist, zu würdigen, starte ich ein 8 – Wochen – Zucker – Entwöhnungsprogramm.

Auch wenn Zucker so wunderschön sein kann, wie diese Süssigkeiten aus Vietnam, aus Hue, der Stadt, in der Thích Nhất Hạnh am 22.01.2022 gestorben ist:


Ich bin zuckersüchtig. Unfassbar zuckersüchtig.

Ich liege stundenlang auf dem Sofa, nicht irgendeinem Sofa, auch nicht der Psychoanalytikercouch sondern auf dem wunderschönen Riesenkolonialsofa namens Maharadscha und träume von Kuchen, Torten, Eis, Milchreis, Grießbrei, von Schüsseln voller Tiramisu, von Lastwagen voller Doughnuts, die ich nicht mal mag, aber es ist egal, HAUPTSACHE SÜSS WEIL AUS ZUCKER.

Übrigens: Kolonial-sofa, also überhaupt „Kolonialmöbel“ und „Kolonialstyl“ sollten vielleicht als Begriff ausdienen… wäre es nicht treffender zu sagen Unterwerfung-Rassismus-Mord-Möbel?

Zurück zum Zucker: Wer also seinen Körper wertschätzen will, kann ihn logischerweise nicht mit Zucker vollstopfen, nur für diesen kurzen Dopamin-Kick.

In Amerika baut ein Reverend in seine Predigt den berühmten Zucker-Coca-Cola-Vergleich ein: er stellt 33 Zuckerwürfel neben einer Cola-Dose auf, um aufzuklären, wieviel Zucker eine Cola enthält. Um dann, nach dem Begräbnis des Nächsten Diabetes-Toten mit der Gemeinde den Leichenschmaus bei Donuts und Riesen-Cola-Flaschen zu begehen.

In seinem Film „Voll verzuckert“ macht der Regisseur Damon Gemeau einen Selbstversuch: 60 Tage lang 40 Teelöffel Zucker täglich essen. (die WHO empfiehlt 6 Teelöffel pro Tag). Nach 60 Tagen ist er nicht nur 8 kg schwerer – er hat eine Fettleber.

Was wird mit mir in 8 Wochen geschehen? Wird es mir gelingen, den Wolf in mir zu bändigen? (((An dieser Stelle noch eine Buchempfehlung: DER WILDE! – der Wolf ist dem meinem sehr ähnlich…)) Und was alles wird mir zum Thema Zucker so einfallen?

PS. Thích Nhất Hạnh, er ruhe in Frieden
HOW DO I LOVE MYSELF?

PPS. In Vietnam wohnen die Toten oben im Himmel, in einer Parallelwelt, und die Verbliebenen verbrennen Papier-Motorräder, Papier-Visa-Karten, Papier-Lacoste-Hemden, Papier-Handys – in dem Glauben, dass der Rauch alles zu den Verstorbenen bringt – und diese es brauchen. Auch TNH?


Lucy Wielka Mistrzyni 6

Tibor Jagielski

Lucy i wiedza  

– Kto chce posiadać wiedzę – powiedziała Lucy pewnego słonecznego poranka do swoich uczennic i uczniów – musi także każdego dnia uczyć się,  jak tę wiedzę stracić.
– Dzięki temu, że tracimy – kontynuowała Lucy – przestajemy chcieć. W ten sposób osiągamy stan równowagi, nie miotamy się jak sępy i nie organizujemy jak mrówki w obliczu trupa, który nazywamy rzeczywistością.
– Zmuszeni do czegokolwiek, stajemy się bezwolni i bezsilni.

Lucy i istnienie  

– Z życia wynika śmierć – powiedziała Lucy – a trzynaście przyczyn trzyma nas  przy istnieniu, a trzynaście przyczyn powoduje nasze odejście. –  Ale  jak to się dzieje i dlaczego wszelkie bronie bitnych armii i dzielnych rycerzy są tutaj bezsilne? – rzuciła pytanie Wielka Mistrzyni.
– Bo niewzruszonych praw kosmosu nic i nikt nie jest w stanie zmienić.

Lucy i śmierć 

– Śmierć jest początkiem życia – powiedziała Lucy wskazując na baraszkujące w stawie kaczki.
– To co kochamy jest tajemnicą życia, a to czego nienawidzimy jest tajemnicą śmierci,
 i nie tylko moje ptactwo wie, że wszystko można o pupę rozstrzsakać
 a ostatecznie o wszystkim zapomnieć – roześmiała się wielka mistrzyni.

***

Lato w Malużynie

Cześć Ewo Mario, Koleżanko Pielgrzymko stale w Drodze,
napisałem fragment wspomnień z dzieciństwa, gdy wyjeżdżaliśmy wszyscy na wieś, do Malużyna. Na dwa miesiące. To blisko Ciechanowa (27 km). Rodzice bywali tam oboje, ale też często jedno musiało pracować, bo były problemy z urlopem, a my dzieci stawaliśmy się na lato dziećmi bardzo wiejskimi. Te czasy wspominam bardzo dobrze, rzeka Wkra i Malużyn to cząstka mojego serca. Tak się złożyło że wspomniane w wierszu trzy panny Kinówny zamieszkały w Berlinie Zachodnim. Może przeczytają teraz ten wiersz.

Mietek

A ja odpowiedziałam: A może wyślemy im linka.
_________________________________

Mieczysław Węglewicz

Dym jeszcze spał w kominie
i rosa na szybach
a my o szarej godzinie
już w lesie na grzybach
jak mówił młody Wilczek
Stasiek – syn Krystyny
,,w brzeziny na kozaki,
na prawe w dębiny”
a jeszcze kurki, pociechy,
maślaki i kanie
z pełnymi koszami szliśmy na śniadanie.

Tata czekał nas w domu
,,ho ho, piękne grzyby”
chwalił
i po śniadaniu
szedł z nami na ryby.
Wędki bambusowe, przelotki, spławiki
i najcenniejsze
te małe, złocone haczyki.
Na nich ziarnka pszenicy wczoraj gotowanej
a czasem ciasto z chleba
z żółtkiem zagniatane
ale chyba najczęściej brały na robaka
kiełbiki i uklejki
albo płotka jaka
choć Tacie się zdarzyło
że złowił szczupaka
Chodziliśmy się kąpać
drogą w dół ,,do młyna”
wypatrując chciwie śliczne młynarzówny
córki pana Kina
trzy panny Kinówny

Jeszcze mgły nad łąkami
Ledwo wstało słońce
a już szliśmy na ryby
po księżowskiej łące
W mgle pasł się koń plebana
A my, zjawy w szkodę
bo w trawie się
zbierało
pieczareczki młode
Koń nas dobrze rozumiał
i łąkę nawoził
a proboszcz niezupełnie,
bo piekłem nam groził…

Einstein

Tydzień temu zaprezentowałam Wam, kochanx Czytelnix, żarcik Konrada na temat berlińskiej zapowiedzi, że na stację wjechało metro i można wsiadać. Słychać wtedy cichy głos z głośnika, który mówi Einsteigen, bitte, proszę wsiadać. Ponieważ głos nie jest zbyt donośny, a na pewno, jak to w Berlinie, dykcja osoby mówiącej pozostawia co nieco do życzenia, cudzoziemcy i dzieci często słyszą tę zapowiedź jako “Einstein bitte”.

Oczywiście, “Einstein jaki jest, każdy wie”, ale pomyślałam, że może jednak napiszę tu o nim parę słów.

Gdy wpisuję słowa do wyszukiwarki – Einstein, Berlin – znajduję dziesiątki wpisów o kawiarniach z sieci Einstein. Trzeba dodać imię Albert, żeby Google przypomniał sobie, że był kiedyś taki człowiek, który mieszkał tu przez 19 lat, od 1914 do 1933 roku. Trochę to dziwne, bo jednak jest w Berlinie Nabrzeże Einsteina, są Podwórka Einsteina, jest jego dom z tablicą pamiątkową i, ale to już poza Berlinem, w miejscowości zwanej Caputh, letni dom.

Einstein! Był ulubioną postacią w przedwojennym Berlinie, gdzie cieszył się zarówno sławą geniusza, jak i profesora dziwaka. Chodził potargany, grał chętnie ale fatalnie na skrzypcach, witał gości na bosaka. Tak właśnie zwykły człowiek wyobraża sobie szalonego profesora.

Albert Einstein w biurze na Uniwersytecie w Berlinie. Public domain image.

Urodził się w Niemczech 14 marca 1879 roku, umarł 18 kwietnia 1955 roku w USA. Studiował w Zurychu. W roku 1905 opublikował pierwszą wersję Teorię względności. Do Berlina przyjechał w 1914 roku na zaproszenie Maxa Plancka. Pracował w Akademii Nauk i na Uniwersytecie Berlińskim, był kierownikiem Instytutu Fizyki. Dzięki obserwacjom, jakich dokonał podczas całkowitego zaćmienia słońca w roku 1919, uzupełnił i rozszerzył Teorię względności. Był już w tym momencie największą światową sławą, nie tylko w zakresie nauk ścisłych. Był sławą jako on sam, Albert Einstein. W roku 1921 otrzymał nagrodę Nobla.

Był słynnym kobieciarzem, jego obie żony bardzo cierpiały z tego powodu. Z pierwszą żoną, Milewą miał troje dzieci, dwóch synów i córkę, która albo umarła, albo została oddana do adopcji, w każdym razie jej ślad zaginął. Wkrótce po przyjeździe do Berlina zaczął romans ze swoją kuzynką, Elsą Löwenstahl. Milewa zabrała dzieci i wróciła do Szwajcarii. Po rozwodzie Einstein ożenił się z Elsą i zamieszkał u jej rodziców na Schönebergu.

Gdy w latach 30. NSDAP coraz stawała się coraz groźniejsza, Einstein coraz częściej wyjeżdżał z wykładami do USA. W roku 1933, po przejęciu władzy przez Hitlera, nie wrócił do Europy. Pracował w Institute for Advanced Study w Princetonie, w stanie New Jersey, gdzie mieszkał z rodziną aż do śmierci.

W Berlinie upamiętniony został nader skromnie – na Haberlandstraße 5 umieszczono porcelanową tablicę pamiątkową (to taka berlińska specjalność te białe tablice), jest też nazwany jego imieniem mały park na Prenzlauerbergu.

O Pomniku przedstawiającym starego młodego Einsteina, rzeźbiarka, Anna Franziska Schwarzbach napisała wiersz:

Albert & Einstein auf einem Sockel?

Am Anfang war ein Stein,
eine Straße
und ein Wunsch
Einstein aus einem Stein

nein:
hieße: Einstein ›Steißbein‹ was dann?

I. Idee:
Einstein zwischen zwei Steinen
(relativ einfältiger Einfall)

II. Idee:
Einstein mit Einstein: aber wie?
(relativ guter Einfall)

III. Idee:
Albert & Einstein
(guter Einfall von Butzmann)
Wie aber steht Albert zu Einstein?
steht er neben ihm
steht er hinter ihm

Wiersz gra ze słowem Einstein, które po niemiecku znaczy kamień, jeden kamień. Może Tibor go przetłumaczy. Ja nawet nie próbuję.

***
W Caputh nad jeziorem Templińskim, 6 kilometrów na południe od Poczdamu, nie na Waldstraße 7 można obejrzeć dom letni Einsteina. W zamyśle miał to być dar miasta Berlina dla wielkiego naukowca, ale proces obdarowywania był tak skomplikowany i ciągnął się tak długo, że Einstein po prostu sam sobie kupił działkę i zatrudnił architekta (Konrad Wachsmann), który mu wybudował dom. Po wyjeździe Einsteinów do USA dom zmieniał właścicieli, służył jako szkoła żydowska, był siedzibą Wehrmachtu i przez wiele lat budynkiem mieszkalnym. Od roku 2006 dom można zwiedzać, trzeba jednak ostrzec potencjalnych zwiedzających, że już za życia Einsteina dom był urządzony w prawdziwie spartańskim stylu, a i dziś wydaje się dość skromny.

***

W Poczdamie znajduje się Albert Einstein Science Park z ekspresjonistyczną wieżą – Einsteinturm – w której mieści się obserwatorium astrofizyczne, zaprojektowane przez wybitnego architekta, Ericha Mendelsohna. Wieża została wzniesiona dla Einsteina – uczony7 prowadził tutaj badania spektrum światła słonecznego, których celem było potwierdzenie teorii względności.
Park Naukowy, dziś nazwany imieniem Alberta Einsteina,jest jednak starszy i został utworzony w połowie XIX wieku na tzw. Wzgórzu Telegraficznym (Telegrafenberg). Wg planów architekta Paula Emanuela Spiekera urządzono tu park angielski i wzniesiono obserwatoria astronomiczne, meteorologiczne i geodezyjne, stanowiące część Instytutu Astrofizyki. Dziś w budynkach w parku mieszczą się siedziby Niemieckiego Centrum Badań Geodezyjnych, Instytut Badań Polarnych i Morskich oraz Instytut Badań Następstw Klimatycznych. Najsłynniejszym budynkiem w parku jest tzw. Großer Refraktor z roku 1899, wyposażony w podwójny teleskop. Od roku 2006 refraktor jest znowu w użyciu.

Einsteinturm

The arranged mariage

Helen Faller

I first met P. in the apartment where he’d languished for several weeks after his mistress took gravely ill. He wasn’t what I’d hoped for, long white hair half in dreads and a wild look in his eye I might have found intriguing had I still been in my 20s. But I’d been searching for a match for ages. And I figured we would develop affection and eventually that affection would grow into mutual respect and enduring love.

That didn’t happen. P. was worse than all my former beaus rolled into one. He left food crumbs and filthy nail clippings all over my apartment, lolling around like a prince and leaving me to clean up after him as if it were a privilege he bestowed upon me. I found myself vacuuming three times a day. I hate vacuuming. He kept me awake at night clawing at my legs. When he would at last desist, he splayed himself across the queen-sized bed and snored loudly. During the day, he prowled the apartment opening cabinet doors and yanking out the contents, seeking to gain my notice, vainly hoping to win my caresses. On the rare occasions I gave him affection, he inevitably lashed out. I still have scars from his love scratches and bites. When I would refuse his advances, he climbed the furniture, tore at the Persian rug, gnawed on the plants, and scratched the hardwood floors. A few times he even yanked my computer cable out of the wall.

P. ate voraciously, and shat hugely and foully. He tore bags of victuals open with his teeth, leaving meat jerky scraps strewn across the kitchen floor. Each morning I would wake to find my counters covered in urine-drenched sand fallen from his matted hair during his nocturnal perambulations.

After two weeks living with P., I was at my wit’s end. Whenever I heard a noise, I jumped, afraid to see what thing of mine he’d left in ruins. I had no love for him, and P. was starting to have suspicions. He dismantled two telephone chargers with his teeth and knocked the kettle to the floor during dinner.

I called the matchmaker and told him it wasn’t working out. When I described P.’s abuses, the matchmaker assured me that all those behaviors were normal for someone like P. He didn’t relent until I pointed out that it would do P. no good to live in a place where the woman of the house didn’t welcome his presence. He promised to look for another situation.

But the matchmaker was lazy. He figured he’d done his part. I gave him a few nudges, indicated places he might find new prospects. He sent me a text assuring me he was seeing to the matter. Thereafter all my calls went straight to voicemail.

So I was forced to take things into my own hands. Within a few minutes, I had some luck.

I would like a match, she wrote.

I have a match for you, I wrote back.

I have always lived with the likes of P, she wrote. Ever since I was a little girl in my mother’s home in Milano. My decision to commit to a match is one I have long considered.

We quickly switched to private chat and I discovered that, as much as she yearned to meet P. that very instant, she was indisposed and unable to do so. She had overgorged on chocolate and landed in the hospital. The doctors were holding her a few days for observation while she recovered from her overdose.

I looked at her avatar, expecting to see a face plump from scarfing down too many bonbons. Instead I perceived a young woman’s naked body in silhouette, the bony hips and shoulders forming sharp right angles.

Though my patience with endless vacuuming had long since bitten the dust, the chocolate girl’s interest seemed genuine and she certainly was aching for companionship. As was P. I eagerly anticipated her discharge and tried to maintain a semblance of decorum in my home.

Three days later the chocolate girl came to meet her betrothed. Rushing home from an engagement, I found her already standing inside my apartment. I was astounded to discover her even slighter of frame than I had suspected.

I introduced her and she crouched down to converse with P. face to face, speaking gentle diminutives of affection in Italian. He approached and placed his paws on her leg. I waited with baited breath to see if romance would blossom.

His weight on her thigh upset her equilibrium. She toppled over onto one haunch. After she righted herself, she gently touched his head and he bit her.

Not an auspicious beginning. I steadfastly ignored all the signs this match would not be made in heaven, but more likely in the other place.

She had no money to move P. and his trousseau to her home on the edge of town. I wondered how she would afford to keep him, but refused to inquire. Having previously considered myself the till-death-do-us-part type, I now understood spinsterhood was my serenity. I facilitated P.’s removal in every way I could, instructing her as to what to say to the matchmaker to induce him to convey her and P. to her apartment, making a gift of P.’s special nourishment, his toilet articles, and his playthings, and answering her countless questions.

He’d never jump out a window, I assured her. As long as you don’t leave it open, I whispered to myself.

He’ll eat anything, I confirmed. As long as it’s your favorite cake.

He’s full of affection, I persuaded. And if you’re not, good luck to you.

No takey backsies. I sang in glee after they finally took their leave.

I received just one more message from the chocolate girl.

Does P. usually kaka in the sink?

untitled image

Helen Faller (@helenmfaller) is a recovering anthropologist writing a memoir about running away from her divorce to the Silk Road to study dumplings. She lives in Berlin, Germany with her preteen daughter

My

Teresa Rudolf

Wpis numer 3333

A człowiek, człowiekowi …

W powietrzu drży 
niepokój oczekiwania,
jak lekki wiaterek.

W powietrzu drży
drażliwość człowieka,
przeciw człowiekowi.

W powietrzu drży
pogarda przeczarna
do własnego życia.

W powietrzu drży
złudzenie jak bańka,
nadzieją mydlana.

W powietrzu drży
strach przed losem,
z obliczem Barba-Papy,

ciągle jak on zmiennym,
bawiącym się światem
wesolutko, z chichotem,

rozwalającym całe życie
kontynentów, narodów,
poszczególnych ludzi.

I coraz, coraz częściej
krzywdząc stadne wilki, 
powiadamy:

“człowiek, 
człowiekowi
wilkiem”…

…zamiast: “człowiek,
człowiekowi Covidem”…

Cztery pory roku

W swej Wiośnie
przychodzisz na świat,
zieleniący się tobą…

Pełnią swych pączków
cieszysz oczy ludzkie,
twym kwileniem uszy.

Twoje Lato wybucha
w tobie, nieobliczalnym
pięknem dojrzewania.

Zakwitniesz, zaowocujesz
może, zostaniesz, albo
z wiatrem daleko odlecisz?

A w Jesieni,
całością swej dojrzałości,
cieszysz świat własnym, pięknym kolorytem.

Lecz opadają też i twe liście, 
rozwiewane bardzo smutnym 
wiatrem twego przemijania. 

W Zimie kurczysz się boląc
w sobie, jakoś tak marszczysz 
z zimna lub częstej samotności.

I  kiedyś już odchodzisz,  
w białym, czystym śniegu,
żalu, miłości, smutku po tobie,

lub tylko w brunatnej ziemi,
zasypującej już na zawsze
pamięć, że kiedyś się tu było…

…  a zależy, jaką,
przyrodą byliśmy…