Łucja, żaden autorytet (3)

Łucja Fice

Myślę

Myślę, że odbieram jakieś fale – może są to fale mózgowe, może myślowe, może świetlne, które nie giną, a są nagrywane przez środowisko. Ja żyję na własnej linii dźwięku i światła – to mój indywidualny ślad, moja tożsamość. Może odbieram fale z przyszłości i mój mózg przetwarza to na senne obrazy. Zresztą sama nie wiem. Może wszystko co mi się przydarza, widzę jako doświadczenie, zwyczajne to, co musi się w przyszłości wydarzyć. Może mam się nauczyć i zebrać informacje, a kolektywna świadomość potrzebuje tego, bym je zebrała? Jestem niespokojna, rozgorączkowana, nieprzerwanie poszukuję przygód, często weryfikuję swoje poglądy. Idę z duchem czasu, nie oglądając się wstecz. Obecna chwila jest najważniejsza. Widzę jasno swoją przyszłość i jestem gotowa na nowe wyzwania, doświadczenia, ryzyko. Witalna i zwinna, oto cechy jakich potrzebuję. Myślę, że posiadam. Wszystkie.

List do córki, która śmieje się z mamy i jej znikomej wiedzy

Mam dużo czasu i myślę, myślę. Wpadłam na genialny pomysł, żeby opisać CZAS. Czy można go wytłumaczyć z punktu widzenia fizyki? Zwracam się do Ciebie, jako wykształconego fizyka z dyplomem angielskiej uczelni. Posłuchaj! Nie wiem, czy mam rację. Starzejemy się szybciej, jeśli czas biegnie powoli (nuda, oczekiwanie na coś), a jeśli  zatrzymujemy chwilę intensywną pracą, to zatrzymujemy w miejscu również czas i wówczas się nie starzejemy. Pytanie – o ile? Nieważne, że np. o milisekundy, ale to zawsze coś.
CZAS mnie kręci, bo śnią sny, w których nie mam uczucia upływu czasu liniowego, tam w ogóle nie ma czasu. Dobra! Obliczę to w następnym życiu, a może kiedyś podpowiem Ci STAMTĄD, CZYM JEST CZAS  i dam CI znać. Przecież znajduję się w jakimś czasie, w jakiejś przestrzeni ale… w takim razie, w czym znajduje się przestrzeń? Kiedy mnie ktoś o to pyta, to w przestrzeni mego wnętrza WIEM, czym jest CZAS, jakbym w czasie zadawania pytania wiedziała, ale po sekundzie zapominam. Wymyśliłam, że CZAS zależy od wagi (ciężaru.) Ktoś ciężki, kto waży np. 100 kilo, będzie żył krócej niż chudy o wadze np. 60 kilo. Ale o ile krócej? W dzisiejszym śnie miałam wykład o CZASIE. Boże! Chcę pamiętać, co mówiłam. TO było ważne, a ja nie pamiętam.

Twoja mama
Łucja, żaden autorytet

Odpowiedź

Mamuś, nie wiem i nikt nie wie. Żaden z naukowców do tej pory nie podał definicji CZASU. Dla mnie po prostu jest, bo… mam zegarek, a spóźniłam się dziś do pracy.

Don Quixote on the Atlantic Ocean

Konrad found him and called him Don Quijote. His name is Reza, he is an Irani and lives in USA. He planned to walk thousand miles on the water from Miami to Bermuda. Walking on the water, like Jesus. Sometimes I think that this both figures are the same. Jesus Don Quixote. They stopped Reza’s adventure already two times, but I belive, it is not the end of the story. Just observe.

Łapacz na polu żyta

Ewa Maria Slaska:

W miniony piątek minęło 70 lat od wydania Buszującego w zbożu J. D. Salingera. Dziwaczny tytuł, ale i tak wszyscy pamiętamy, o co w nim chodzi. Niestety Catcher in the rye został nieprawidłowo przetłumaczony na polski. Holden Caulfield nie chciał, jak dorośnie, buszować w zbożu, chciał być “łapaczem” dzieci, buszujących w łanie dojrzałego żyta na polu, które dochodzi do krawędzi przepaści. Ale myślę, że niczego nie powinniśmy już zmieniać w tym, że po polsku książka nazywa się “buszujący w zbożu”, bo to dobry tytuł i wywołuje dobre, obrazowe skojarzenia.

Mnie jednak zawsze intrygowały kaczki w tej powieści. Holden właśnie uciekł ze szkoły (a właściwie opuścił ją kilka dni przed czasem) i odwiedza swojego nauczyciela angielskiego, który dał mu złą ocenę za ostatnie wypracowanie. Nauczyciel się tłumaczy, dlaczego musiał to zrobić, Holden mu coś odpowiada.

Najzabawniejsze, że plotąc tak trzy po trzy myślałem przez cały czas o czymś innym. Mieszkam stale w Nowym Jorku i myślałem o stawie w południowej części Parku Centralnego. Zastanawiałem się, czy będzie zamarznięty, kiedy przyjadę, a jeżeli zamarznie, co się stanie z kaczkami. Głowiłem się, co robią kaczki, kiedy lód ścina cały staw. Czy ktoś po nie przyjeżdża ciężarówką i zabiera je do zoo albo gdzie indziej, czy też może same po prostu odlatują?

Pytanie powraca, gdy Holden, już w Nowym Jorku, jedzie taksówką.

Nagle coś mi się przypomniało.
– Ej, słuchaj pan. Pewnie pan zna te kaczki na lagunie w południowej części parku.
– Co?
– Kaczki z tego jeziorka? Może pan przypadkiem wie, gdzie się podziewają, kiedy woda zamarza? Nie wie pan tego przypadkiem?
Oczywiście zdawałem sobie sprawę, że mam jedną szansę na milion, żeby trafić na szofera, który by to wiedział. Obejrzał się na mnie, popatrzył jak na wariata.
– O co chodzi? – spytał. – Balona pan ze mnie robisz czy jak?
– Nie, skąd znowu. Po prostu jestem ciekawy. Nic więcej.

Prawdopodobnie na zasadzie skojarzeń Holden następnego taksówkarza pyta o to samo.

Po jakimś czasie nawiązałem coś w rodzaju rozmowy z kierowcą taksówki. Nazywał się Horwitz. Okazał się o wiele sympatyczniejszy od tamtego taksówkarza, z którym jechałem poprzednio. Przyszło mi więc do głowy, że może on coś wie na temat kaczek.

– Panie Horwitz – powiedziałem – czy pan przejeżdża czasem koło laguny w Parku Centralnym? Wie pan, w południowej części parku?
– Koło czego?
– Koło laguny. Takie, wie pan, jeziorko. Gdzie pływają kaczki. Wie pan?
– Aha. No to co?
– Zauważył pan kaczki, co tam pływają w kółko po wodzie? Wiosną i latem. Czy pan przypadkiem nie wie, gdzie one się podziewają w zimie?
– Kto?
– Kaczki. Nie wie pan tego przypadkiem? Czy może ktoś po nie przyjeżdża i zabiera je samochodem, czy też same odlatują na południe?
Horwitz odwrócił się i popatrzył na mnie. Chłop był widać z natury niecierpliwy. Chociaż zły nie był.
– Skąd, u diabła, mam wiedzieć? – odrzekł. – Skąd, u diabła, mam wiedzieć takie głupstwa?
– W każdym razie niech się pan nie gniewa – powiedziałem. Gniewał się. Może o to pytanie, a może o coś innego, nie wiem.
– Kto się gniewa? Nikt się przecież nie gniewa.
Nie próbowałem dalszej pogawędki, skoro taki był drażliwy. Ale on sam się odezwał. Znów się odwrócił i rzekł:
– Ryby nigdzie się nie wynoszą. Zostają na miejscu. W tym tam głupim jeziorku.
– Ryby to co innego. Ryby są inne. Ja mówię o kaczkach – odparłem.
– Co to za różnica? Żadnej różnicy nie ma – powiedział Horwitz.
Cokolwiek mówił, miało się wrażenie, że okropnie się irytuje.
– Dla ryb zima jest jeszcze cięższa do wytrzymania niż dla kaczek. Niech się pan zastanowi.
Przez chwilę nic nie odpowiadałem. Potem powiedziałem:
– Może i racja. No, więc, co robią ryby, kiedy całe jeziorko aż do dna zamarza, a ludzie ślizgają się po nim?
Horwitz znowu się odwrócił.
– Rany boskie, o co panu chodzi? – wrzasnął na mnie. – Gdzie mają się podziać? Siedzą tam gdzie zawsze.
– Nie mogą przecież nie zwracać wcale uwagi na lód. To niemożliwe.
– A kto mówi, że nie zwracają uwagi? Jak jest lód, to każdy go przecież widzi – powiedział Horwitz.
Był okropnie wzburzony, bałem się, że wpakuje wóz na latarnię czy coś w tym rodzaju.
– Żyją sobie dalej w lodzie. Taka już ich cholerna natura. Zamarzają na miejscu, tak jak są, na całą zimę – Taak? A co żrą? Bo jeżeli zamarzają na dobre, to nie mogą pływać i szukać sobie żarcia.
– Rany boskie, czego pan chce? Całym ciałem ciągną pożywienie, i co im tam potrzeba, po prostu z rozmaitego wodnego zielska i śmieci, co są w lodzie. Mają wciąż pory otwarte. Taka ich cholerna natura. Rozumie pan?
I znów się odwrócił do kierownicy, żeby na mnie popatrzyć.
– Aha – powiedziałem.
Dałem temu spokój. Bałem się, że rozwali wóz i mnie razem z wozem w drzazgi. Zresztą słaba przyjemność dyskutować z takim obraźliwym facetem.
– Może by pan zgodził się przystanąć i wstąpić ze mną gdzieś na jednego? – spytałem.
Nic nie odpowiedział. Pewnie jeszcze rozmyślał o rybach. Powtórzyłem propozycję. Chłop był w gruncie rzeczy sympatyczny, i zabawny także.
– Nie mam, bracie, czasu wstępować na kielicha – powiedział. – A ile właściwie pan ma lat? Dlaczego pan o tej porze nie leży w łóżku, w domu?
– Nie chce mi się spać.
Kiedy zajechaliśmy przed lokal Ernie’ego i zapłaciłem rachunek, Horwitz znowu wyjechał z rybami. Zabiłem mu ćwieka w głowę, fakt.
– Słuchaj pan – powiedział. – Gdyby pan był rybą, matka przyroda opiekowałaby się przecież panem, co? Mam rację czy nie? Nie myśli pan chyba, że ryby po prostu wszystkie zdychają zimą? Myśli pan?
– Nie, ale…
– Nie, przysięgam Bogu, że nie! – powiedział Horwitz i ruszył wozem z miejsca, jakby go piorun strzelił.

(…)

Kombinowałem że pójdę nad jeziorko i przekonam się w końcu, co kaczki robią, zobaczę, czy są tam gdzieś w pobliżu, czy też ich nie ma. Ale po dziś dzień nie wiem, jak jest naprawdę z tymi kaczkami.
Do parku było niedaleko, poza tym nie miałem dokąd iść, nie wiedziałem nawet, gdzie przespać resztę nocy, więc poszedłem. Nie czułem się ani trochę zmęczony. Tylko przegrany jak diabli.

Wszedłem do parku, Ciemno było tam, choć oko wykol.

Od urodzenia mieszkałem w Nowym Jorku, Park Centralny znam jak własną kieszeń, bo kiedy byłem mały, całymi dniami rozbijałem się po nim na wrotkach albo na rowerze, a mimo to nie mogłem tamtej nocy trafić nad jeziorko. Wiedziałem, gdzie jest – w południowej części parku – ale nie mogłem go znaleźć w żaden sposób. Musiałem być gorzej zalany, niż mi się wydawało. Szedłem i szedłem, coraz ciemniej się robiło dokoła i coraz bardziej ponuro. Nigdzie w parku żywej duszy nie spotkałem. Z tego zresztą byłem zadowolony. Pewnie bym zwiał ze strachu, gdybym się na kogoś napatoczył. W końcu znalazłem, czego szukałem. Woda była częściowo zamarznięta, a częściowo nie. Kaczek ani śladu. Obszedłem całe to cholerne jeziorko, raz o mały włos nie chlupnąłem do wody, ale kaczek ani widu, ani słychu. Przyszło mi na myśl, że jeżeli są w pobliżu, to pewnie o tej porze śpią gdzieś tuż nad brzegiem, w trawie. No i tym sposobem o mało nie wpadłem do wody. Ale kaczek nie znalazłem. Ani jednej.

To tyle o kaczkach.

Przełożyła Maria Skibniewska

Entrissen

Sie wurde uns nach kurzer schwerer Krankheit entrissen.   

Judy Kadar
24. Januar 1950 – 27. Juni 2021

Judy war Harfenistin aber auch Multi-Instrumentalistin, Co-Leiterin des Ensembles COLLAGE-forum für frühe musik berlin, Lehrerin und Mitgründerin der Historical Harp Society in USA.
Sie hat mit uns gemeinsam durch ihre Musik, ihrer Kreativität und ihrem Ausdruck fördernden Vorbild die Gestaltung unserer Musik geprägt.
Es fehlt uns ihre Intensität und tiefe Sensibilität für gemeinsames Musizieren und ihr Tod  ist ein schrecklicher, entsetzlicher Verlust – es gibt keine Worte dafür.

COLLAGE- forum für frühe musik berlin.
Larissa Ghadiali, Klaus Sonnemann

***

Krystyna Koziewicz und ich gingen im letzten Jahr zu einem Konzert von ihrer Gruppe Trecento auf dem Chamisso-Platz in Kreuzberg. Unsere Freundin, Brigitte von Ungern-Sternberg, spielte damals Flöte und Tamburin, Judy – die Harfe. Es ist der letzte Konzert von Trecento gewesen. Daher rebbloge ich hier mein eigenen Beitrag vom letzten Jahr.

Musizieren in der Zeiten der Corona

Posted on by Ewa Maria

Brigitte von Ungern-Sternberg schickte uns eine Einladung:

***

Brigitte von Ungern-Sternberg

Über den Tod von Judy Kadar sind meine Mitspieler*innen sehr sehr traurig – wir sind ohne sie musikalische Waisen.

Judy war das Herz und die Seele des Ensembles TRECENTO, die professionelle Leitung.

Ich war jährelang  Mitglied des Ensembles und es war nie langweilig. Wir haben an den unterschiedlichsten Programmen gearbeitet auf dem großen Feld der sogenannten ‚Alten Musik‘. Dies umfasst Musik von mehreren Jahrhunderten, angefangen von den Liedern der Troubadoure und der frühen Mehrstimmigkeit im Hochmittelalter bis in die Musik der Renaissance.

Die ‚Alte Musik‘ unterscheidet sich von beispielsweise einem Beethoven Quartett, dass sie zwar aufgeschrieben, aber nicht besonderen Instrumenten zugeordnet wurde. Das bedeutet, dass jedes Arrangement nach den jeweils vorhandenen Instrumenten und Sänger*innen entwickelt wird.

Man probiert aus und das Endergebnis entsteht durch die Mitwirkung aller Beteiligten – ein kollektiver Prozess! Gespielt wurde bei TRECENTO die Musik auf Harfen, Fideln, Lauten, Pommern, Schalmeien, Flöten und natürlich wurde gesungen. War ein Programm ausgereift, wurde es in dieser oder jener Berliner Kirche präsentiert und dann ein neues angefangen.

Ob es ohne Judy weitergeht?   

Vermutlich leider nicht.

Idzie rak, nieborak

Ela

Pojawił się meszek na głowie, a więc jest nadzieja, że w końcu włosy zaczną rosnąć. Podobno będą inne, tak mówią ci, co na ten temat coś wiedzą. Włosy, znaczy ich brak nie był dla mnie nigdy problemem. Peruki, które przymierzałam były straszne, pani, która doradzała, dwoiła się i troiła, też była straszna (przepraszam panią, ale w sumie jestem pewna, że tego nie przeczyta), nie rozumiała mnie, a ja jej. Jest taki typ ludzi, który chce cię zagłaskać na śmierć, jeszcze zanim ta śmierć do ciebie zawita, bo że zawita, to oni, ci głaszczący, są o tym przekonani. I muszą współczuć. To ich wyuczone współczujące spojrzenie wywołuje u mnie zawsze agresję.
W końcu jej powiedziałam, że wszystkie rodzaje peruk, które oferuje, są brzydkie, bez życia, właśnie tak powiedziałam leblos. Spoglądała na mnie z tym rutynowym współczuciem, w końcu zaproponowała kaszmirowy turban.
Wyszłam. Mojemu lekarzowi powiedziałam, że gdzieś mam te wszystkie peruki, że może przy okazji kupię sobie taką tęczową, albo pożyczę od wnuków, bo chyba taką mają.
Kupiłam kilka czapek, potem jeszcze kilka.
O mojej chorobie dowiedziałam się w dniu śmierci przyjaciółki, której dane było przeżyć z rakiem rok, tylko rok, aż rok.
Wymacałam go sama, guza w lewej piersi, we Wrocławiu.

Termin u lekarza, dość odległy, a potem już dość szybko dowiedziałam się, że jednak jestem wśród tych iluś tam procent kobiet zaznaczonych. Wybranych.
Następne terminy, aż wreszcie znalazłam odpowiedni szpital, odpowiedniego onkologia, przy okazji dowiedziałam się o chorobach tzw. współistniejących, z którymi też muszę się zaprzyjaźnić. Zrozumiałam też, że każdy lekarz chce dobrze, ale każdy z nich chce inaczej, tym bardziej, gdy oprócz raka są jeszcze inne dolegliwości.
Z dnia na dzień dostałam tzw. zwolnienie lekarskie, które jest ciągle przedłużane, chyba już ósmy miesiąc i końca nie widać.
Szczerze mówiąc, od jakiegoś czasu marzyłam o emeryturze, zazdroszcząc polskim równolatkom, że już mogą. A z drugiej strony wiedziałam, że pracować to ja muszę, aż do śmierci, bo emerytura, którą wyliczył mi niemiecki ZUS, starczy na waciki, których i tak nie używam.
Takiego obrotu sprawy nie brałam wcale pod uwagę. Nie chodzi o te waciki, których i tak nie kupię, chodzi o tę wymarzoną przerwę w pracy, od pracy, której już wcale nie chcę. Chcę być zdrowa i wrócić do pracy.

Jak to? Ja? Zawsze zdrowa, na głowie wszystko: włosy, chora siostra, chora matka, w pracy zawsze obowiązkowa, mniej w domu, dzieci odchowane, ale też trzeba pomóc przy wnukach.
To nie miało prawa się mnie przytrafić. Lekceważyłam badania kontrolne, nie tylko zresztą ja. Czułam się nieśmiertelna.
Ostatnio dwudziestoletni Konrad zapytał mnie, nomen omen na cmentarzu, czy chciałabym być nieśmiertelna. Uśmiałam się z tego pytania, choć wcale nie jest takie głupie.
Póki żyjemy wszyscy jesteśmy nieśmiertelni, a potem nas nie ma i naszą nieśmiertelność pielęgnują kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt lat ci, co jeszcze są. Są też tacy, powiedzmy „wybitni“, którzy na kilkaset lat i więcej pozostaną nieśmiertelni, chociaż może nie, może to tylko pielęgnowane wspomnienie, wyuczone z podręczników historii.
Wracając do mojej nieśmiertelności, przestałam nagle w nią wierzyć.
Pochowałam tatę, planowałam w myślach już pogrzeb mamy, która ciągle żyje, potem musiałabym zająć się chorą siostrą, w końcu ona też by umarła. Potem wnuki dorosną, ożenią się, wyjdą za mąż, urodzą się prawnuki, też się nimi zajmę, a co? Przecież będę żyła wiecznie!
I nagle klops, bo wcale tak nie musi być. Z jednej strony zdumienie, niepokój i strach, z drugiej strony ulga: ja już nic nie muszę, nie muszę troszczyć się o innych, choć w miarę możliwości nadal to robię.
Choroba, albo dosadniej rak, uzmysłowiła mi, że nie jestem nieśmiertelna, choć cały czas mam apetyt na życie.
Jak będzie, tego nie wiem. Chemia za chemią, operacja za operacją. Fizycznie, psychicznie i intelektualnie jestem wyssana.
Kilka osób zostało przy mnie, resztę sama odrzuciłam, są jeszcze tacy, co nie wiedzą, jak do mnie podejść i obchodzą mnie z daleka, a ja im niczego nie ułatwiam. Byłam taka sama, gdy sąsiadka zachorowała na raka, też nie wiedziałam, jak podejść, jak pocieszyć, jak się zachować.
Teraz to sobie z detalami opowiadamy, sąsiadka i ja, kto jaką chemię dostał, w którym był szpitalu i jaki rodzaj raka mu się przytrafił. Bo o tym, że jest kilkanaście rodzajów nowotworów piersi i kilka stopni zaawansowania, dowiedziałam się w trakcie choroby.
Jestem na półmetku leczenia i terapii. Moja jedna połowa wierzy w życie, druga w śmierć. Gdybym była osobą wierzącą, mogłabym powiedzieć, że ta druga wierzy w życie pozagrobowe. Ale ja jestem niewierzącą katoliczką.

Rak mnie wiele nauczył, przede wszystkim zgody na niepewną i nieprzewidywalną przyszłość, zgody na to, z małymi elementami buntu, co ma nastąpić.
Rak piersi przytrafia się co ósmej kobiecie w Niemczech. W mojej klatce schodowej jest osiem mieszkań, w nich mieszka osiem kobiet i dwie z nich miały raka piersi. Coś się tu nie zgadza. To co piszą w sieci o raku też się nie zgadza. Jedni piszą, że i tak niedługo pojawią się przerzuty do innych organów, a drudzy, że mam wielką szansę na długie życie i komu tu wierzyć.
Najzabawniejsze z tego wszystkiego są oferty usług pogrzebowych, którymi masowo bombarduje mnie internet. Czy rak daje przyzwolenie na takie reklamy? Nie wiem. Wiem, że lubię czarny humor i nie miałabym nic przeciwko, jakby to miał być pogrzeb raka w najładniejszej z urn.

Wielce Szanowny Św. Tomaszu

Pewno wiesz, jak wielki wpływ wywarłeś na stosunek katolików do zwierząt i reszty pozaludzkiego stworzenia twierdząc, że natura jest po to, aby służyć człowiekowi; zwierzęta są nierozumne, a więc nie mają duszy nieśmiertelnej tylko zmysłową; że człowiek może je wykorzystywać, i, wprawdzie nie powinien krzywdzić, ale to tylko dlatego, że to niedobrze odbija się to na nim samym. Minęło ponad 750 lat, a Ty mówisz do nas nadal, z obowiązującego obecnie Katechizmu Kościoła Katolickiego. W nauce miałbyś największy ze wszystkich autorski impact factor. Szacunek!

Sprawa naszego stosunku do zwierząt mieści się w części Katechizmu omawiającej przykazanie 7, w odniesieniu do „poszanowania osób i ich dóbr”; są więc zwierzęta nadal, tak jak chciałeś, naszym dobrem i własnością. Trochę się dziwimy, gdyż w wielu miejscach Pisma Świętego czytamy, że należą do Boga — i w opisie stworzenia, i choćby tutaj, u Psalmisty: “Nie przyjmę cielców z twego domu ani kozłów ze stad twoich. Bo moje są wszystkie leśne zwierzęta, stada na górach i woły. Znam wszystkie ptaki powietrzne, a polna zwierzyna jest moja.”  (Ps 50, 10-15). A także tutaj: „Do Pana, Boga twojego, należą niebiosa najwyższe, ziemia i wszystko, co jest na niej” (Pwt 10, 14). 

Miejsca i sytuacji zwierząt w najnowszym wydaniu Katechizmu z 1992 roku nie zmienił, Tomaszu, nawet czuwający nad jego zawartością wybitny teolog naszych czasów — kardynał Józef Ratzinger. Choć potem, już jako Papież mówił, że: „[…] gdziekolwiek Słowo Stwórcy było właściwie rozumiane, gdziekolwiek życie było przeżywane z odkupieńczym Stwórcą, ludzie starali się ratować stworzenie, a nie je niszczyć. […] całe Stworzenie jęczy w bólach rodzenia z powodu niewoli, której zostało poddane, oczekując objawienia się synów Bożych: poczuje się wyzwolone, gdy stworzenia, mężczyźni i kobiety, którzy są dziećmi Bożymi, będą je traktować zgodnie z Bożą perspektywą. Wierzę, że właśnie to możemy dzisiaj ustalić, jako rzeczywistość.” Od prac nad Katechizmem minęło wiele lat; może wtedy nie poświęcił tej sprawie dość uwagi, a może jeszcze nie wiedział w pełni, co robi ze zwierzętami współczesny człowiek? Potem mówił przecież, że: „[…] produkcja przemysłowa – […] ta degradacja żywych istot, zamienionych w towar, rzeczywiście wydaje mi się sprzeczna ze stosunkiem człowieka do zwierzęcia, jaki przewija się w Biblii”.

Katechizm wymaga wprawdzie od nas, katolików, „poszanowania integralności stworzenia”, ale nie bardzo rozumiemy, co to słowo „integralność” ma znaczyć, skoro zaraz potem mówi za Tobą, Tomaszu, że zwierzęta „są z natury przeznaczone dla dobra wspólnego ludzkości”, a granice panowania człowieka nad stworzonym światem „określa troska o jakość życia bliźniego, także przyszłych pokoleń”. Integralność to według nas „nienaruszalność”, „spójność”. Jaka to integralność stworzenia, skoro można ją naruszać, i to tylko dla dobra człowieka? Co znaczy dziś „jakość życia bliźniego”?

Kilkaset lat po Tobie, rozumiemy coraz wyraźniej, że jesteśmy tylko częścią stworzonego świata — choć fakt, że częścią bardzo szczególną. Nie jesteśmy jednak ponad nim. Wiemy też, od podobnych do Ciebie wielkich uczonych, których rozumność jest darem Ducha Świętego, że my, ludzie, należymy do świata ożywionej natury, z którego według niepojętego planu Boga wyewoluowaliśmy. I to nie tylko nasze ciało, ale i umysł — a też, jak ostatnio zaczynamy rozumieć, zdolność empatii, moralnej refleksji, samoświadomość. Już minie niedługo 10 lat, jak uczeni z ważnego ośrodka nauki w Cambridge wydali deklarację o istnieniu świadomości u zwierząt, potwierdzając podobieństwo emocjonalnych i świadomych stanów wśród ptaków, ssaków, głowonogów i człowieka. 


św. Tomasz z Akwinu (zm. 1274) obraz Juana de Peñalosy (1579-1633)

Oczywiście, nie mogłeś o tym wiedzieć w XIII wieku, czytając opisy zwierząt w Fizjologu, w Liber de natura rerum Tomasza z Cantimpré, czy w De animalibus swojego wspaniałego nauczyciela Alberta Wielkiego. Może też przeglądałeś jakieś bestiariusze? Na obrazie Juana de Peñalosa widzę, że miałeś psa. Ale z pewnością, kiedy tworzyłeś swoje wielkie Dzieło mogło brakować Ci czasu, abyś mógł go lepiej poznać, zrozumieć.

Nie tylko teoria ewolucji, ale cała ogromna już dzisiaj wiedza o rozumności zwierząt — o ich psychice, o tym, jak się komunikują, że wiele z nich żyje społecznie, czyli kieruje się pewnymi zasadami i że nie są one tylko instynktem — nie była Ci dostępna. Żałuj. Za to Ciebie zachwycała hierarchia bytów Arystotelesa, myśl Świętego Augustyna.  Rozumiemy, nadal są w naszej opinii gigantami. 

Dziwi nas jednak, że postawiłeś zwierzęta poza moralnością człowieka, uznając właśnie rozumność jako kryterium. Czy nie było, Tomaszu, w Twoich czasach ludzi nierozumnych, umysłowo niepełnosprawnych, chorych na demencję, upośledzonych, ale i małych dzieci? Byli, i z całą pewnością podobnie jak zwierzęta nie rozeznawali swoich powinności, ani nie odpowiadali za swoje czyny — jeżeli to przyjmiemy za warunek zachowań moralnych. Czy ich nierozumność oznaczała, że można było się wobec nich zachowywać nieetycznie? Czy można było za Twoich czasów takich ludzi krzywdzić, zamknąć w klatkach, piłować im zęby, podcinać ścięgna, aby się nie ruszały, krępować, upokarzać, trzymać w ciemnościach, żywcem gotować, ćwiartować? Tego i teraz nie wolno robić człowiekowi, ale tych i innych okrucieństw doświadczają miliardy zwierząt. I my, Tomaszu, wprawdzie już wiemy, że są  r o z u m n e   i   c z u j ą, ale wciąż na to pozwalamy. Twierdziłeś, że rozumność jest tak naprawdę emanacją duszy. Cóż, nasza wiedza i wieki doświadczeń nie pozwalają nam zbyt łatwo wyrokować, co to jest dusza, jakie ma właściwości i jaki byt ją posiada. Im więcej się wie o świecie materialnym, tym trudniej o kategoryczność w sprawach metafizycznych.

W toku dziejów wymyśliliśmy natomiast, że to nie poziom rozumności żywych istot decyduje o tym, jak się wobec nich mamy zachowywać, ale to, czy można je skrzywdzić, zadać ból. A o bólu i jego rozmaitych rodzajach wiemy już tyle, że byś nie uwierzył! Wiemy też na pewno, że zwierzęta go czują.  

Ale, jeszcze o tej wyższości człowieka. Czy nie dał Ci, Tomaszu, do myślenia Kohelet, kiedy mówił: „…to samo tchnienie ożywia ludzi i zwierzęta. Człowiek więc nie przewyższa zwierzęcia, lecz wszystko jest marnością. Wszystko zmierza do tego samego miejsca: wszystko powstało z prochu i wszystko do prochu znów wraca. Skąd wiadomo, czy tchnienie istot ludzkich wznosi się do góry, a tchnienie zwierząt schodzi na dół, do ziemi?” (Koh 3, 19-21). Są i inne słowa, które mówią o podobnej kondycji ludzi i zwierząt, na przykład: „Ludzie i zwierzęta, bydło i trzoda, niech nic nie jedzą, niech się nie pasą i wody nie piją. Niech się obloką w wory i niech żarliwie wołają do Boga.” (Jon 7b-8a) Ciekawi nas, dlaczego uznałeś, że zwierzęta są gorsze, że bez reszty umierają? Skąd miałeś pewność, Tomaszu, że wymyślone, wyewoluowane przez Boga z takim „artyzmem” zwierzęta nie mają z Nim jakiejś komunikacji, nie dostąpią zbawienia, skoro Jezus wszystko pojednał ze sobą, a i Święty Jan w swojej wizji wszystko, co istnieje na ziemi i w niebie, widział wokół Tronu Baranka? (Ap 5,13). Ale tu muszę Cię pocieszyć. Nawet współcześnie niektórzy wybitni myśliciele mają podobną do Twojej pewność. Niestety, to się potem utrwala w potocznej percepcji i owocuje w niedobrych czynach ludzi.

Musisz wiedzieć, Tomaszu, że jednak niektórzy, wprawdzie wciąż nieliczni, współcześni nam teologowie, ale też nasz obecny papież Franciszek, podważają pogląd, jakobyśmy mogli robić ze zwierzętami, co chcemy. Wielu innych jednak próbuje ośmieszyć próby prawnej ochrony zwierząt, uzasadniane także wiarą, budując obronne mury. 

Nie, nie uważamy, że zwierzęta są podmiotem zachowań moralnych, ani że są w stanie budować z człowiekiem wspólnotę etyczną. Wystarczy, że będą przedmiotem naszej etyczności i solidarności. I nie jest też tak ważne, czy i jaką mają duszę, jaką dokładnie samoświadomość. Wystarczy nasza  świadomość, że cierpią przez człowieka, żeby stanąć w ich obronie. Wszystkich. Otwarcie i konkretnie. 

Niestety, Tomaszu, nasz Katechizm wciąż mówi Twoimi słowami: o służebności niemających duszy nieśmiertelnej zwierząt, i, jak to bywa ze słowami, tworzą one rzeczywistość, usprawiedliwiają. Zmieniło się wszystko: sytuacja zwierząt, nasza wiedza o nich, nasza duchowość, a Twoje słowa, zamrożone w doktrynie Kościoła, trwają. 

Wybacz, Tomaszu — z całym szacunkiem dla Twojego intelektu — przyszła pora, aby wyjąć moralność katolików w odniesieniu do zwierząt z teologicznej zamrażarki. Ogrzać współczuciem.
Z pewnością się nie obrazisz. 

Czekam z niecierpliwością na odpowiedź, a wraz ze mną wielka liczba, zwłaszcza młodych, szukających Boga ludzi.

Z wyrazami szacunku,

Barbara Niedźwiedzka z Grupy Kongresowej „Troska o stworzenie”

Szejk Dubaju

Zapytano założyciela Dubaju, Szejka Raszida, jak widzi przyszłość swojego kraju, a on odpowiedział:

– Mój dziadek jeździł na wielbłądzie, mój ojciec tak samo, ja jeżdżę mercedesem, mój syn land roverem, mój wnuk też będzie jeździł land roverem, ale mój prawnuk prawdopodobnie znowu pojedzie na wielbłądzie…

– Dlaczego?

– Jest kilka odwiecznych zasad, które rządzą wszystkim w życiu. Wiadomo, że trudne czasy kształtują silnych ludzi, silni mężczyźni tworzą dobre czasy, dobre czasy rodzą słabych, a słabi tworzą ciężkie czasy. Wielu nie zrozumie, ale dobrobyt w naszym kraju produkuje pasożyty, a nie bojowników życia…

***

Mądra myśl, która mnie od dawna zaprząta. Wreszcie pewnego czerwcowego poranka postanawiam przyjrzeć się bliżej temu zdjęciu i tej rozmowie.

I jakże prawdziwe okazuje się to przemyślenie.

Szejk Raschid bin Said Al Maktum (1912-1990) nie był wprawdzie jak podaje autor powyższej opowieści założycielem Dubaju, tylko ósmym jego władcą, słynnym myśliwym, którego specjalnością były polowania z sokołami. Wydawałoby się więc, że jest przykładem bajkowego wręcz władcy orientalnego, ale to właśnie on rozpoznał wyzwanie nowoczesności, to on zainicjował i umożliwił gospodarczy rozwój Dubaju i jest politycznym ojcem zarówno Zjednoczonych Emiratów Arabskich, jak i wspaniałego miasta, jakim stał się Dubai w ciągu sześciu ostatnich dziesięcioleci.

Szejk miał czterech synów, z których pierwszy już nie żyje, a trzeci rządzi obecnie Dubajem i jest wiceprzewodniczącym Zjednoczonych Emiratów.

To ten syn, jeden z synów, o których Rashid powiedział, że oni też będą jeździć land roverami. To ci, którzy żyją w dobrych czasach i są słabymi ludźmi.

Muhammad bin Raszid Al Maktum, urodzony w roku 1949, studiował w Cambridge, jest patronem fantastycznego projektu budowy najwyższego budynku na świecie – Burj Khalifa. Jest znanym dobroczyńcą i patronem wielu akcji kulturalnych. Ma sześć żon i 24 dzieci. Jedna z jego żon uciekła od niego z dziećmi, dwie córki też próbowały uciec, zostały złapane, zmuszone do powrotu do Dubaju i uwięzione w rodzinnym więzieniu.

Zza zasłon skrywających orientalną baśń o potędze i nieprzebranych bogactwach wyziera wykrzywiona maska okrutnika, prześladowcy kobiet i dzieci, człowieka odpowiedzialnego za uprowadzenia, tortury i śmierć członków swojej rodziny. W marcu 2021 roku szejk został przez sąd w Londynie zaocznie skazany, ale wypiera się wszystkiego i zapewne nigdy nie dosięgnie go sprawiedliwość.

Taka historia.

Rio Reiser

Ewa Maria Slaska


Am Samstag 12. Juni 2021 dh. gestern sollte Heinrichplatz in Kreuzberg in Rio Reiser Platz umgenannt werden. “Ganz Berlin” hat sich für den “Tag und Stund” auf dem Heinrichplatz verabredet, um dabei zu sein.

Die Umbenennung des Heinrichplatzes in Berlin-Kreuzberg in Rio-Reiser-Platz ist jedoch vor ein paar Tagen kurzfristig abgesagt. Wegen der Beschwerden aus der Nachbarschaft. Das Bezirksamt Friedrichshain-Kreuzberg bestätigte, dass noch die juristische Klärung abgewartet werden müsse. Die Protestler, die Punk Musiker, sind selber fans von Rio Reiser, sie betrachten jedoch die Platz-Umbenennung als erster Schritt Richtung Gentrifizierung und behaupten gar, der Musiker wäre selber an ihrer Seite.

Vielleicht haben sie gar recht. Eins ist sicher, ihm selber wäre die ganze Sache Wurscht.

Rio Reiser: Ein Leben für die Musik

Mit Ton Steine Scherben hat Rio Reiser in den 70ern die Republik aufgerüttelt – mit seinem Solo-Debüt “König von Deutschland” landete er in den 80ern einen Hit. Er lebte für die Musik – ein schnelles, wildes Leben.

von Simone Glöckler (Radio NDR)

Ralph Christian Möbius, so der bürgerliche Name von Rio Reiser, wird am 9. Januar 1950 in Berlin als jüngstes von drei Kindern geboren. Mit seinen Eltern zieht er oft um, wächst unter anderem in Mannheim, Stuttgart und Nürnberg auf. Die Musik packt ihn früh: Klein-Möbius sieht 1961 den Film “Ben Hur” und ist von der Filmmusik begeistert. Er beginnt am Klavier die Melodien des Komponisten Miklós Rósza nach Gehör nachzuspielen. Als er die Beatles 1963 zum ersten Mal im Radio hört, ist er fasziniert. Mit 14 Jahren ist er “tödlicher Fan” der Jungs aus Liverpool und ihrer neuen Art der Musik. Für ihn steht fest: Er selbst will nichts anderes als Musik machen und Songs schreiben. Mehrere Instrumente bringt er sich selbst bei.

Schule und Lehre geschmissen

Während sich der Sohn lieber mit Musik als mit Schule beschäftigt, muss die Familie wieder umziehen: nach Nieder-Roden nahe Frankfurt. In der hessischen Kleinstadt wird Ralph von einem Freund in “Rio” umgetauft und nennt sich fortan auch selbst so. Die Schule schmeißt er schließlich, ebenso eine Fotografenlehre – um sich ganz der Musik zu widmen. 12 Bilder Rio Reiser – der “König von Deutschland”

Hymne einer Generation: “Macht kaputt, was euch kaputt macht”

Im Januar 1966 lernt Rio den gleichaltrigen Gitarristen Ralph Peter Steitz kennen und wird von ihm als Sänger seiner Band engagiert. Aus dieser Begegnung wird eine lebenslange Freundschaft. Ein Jahr später folgt Rio seinen Brüdern nach Berlin und gründet mit ihnen später die Theatergruppe Hoffmanns Comic Theater. Rio ist Hauskomponist. Eines der Lieder aus dieser Zeit – “Macht kaputt, was euch kaputt macht” – wird später zur Hymne einer Generation. Obwohl er sich dem Theater verbunden fühlt, bleibt es sein Traum, eine Band auf die Beine zu stellen und deutsche Rockmusik zu machen.

Sommer 1970: Geburtsstunde der Band Ton Steine Scherben

Die Band Ton Steine Scherben räumt mit kompromisslosem Rock ordentlich ab.

Mit seinem Freund Steitz, dem Bassisten Kai Sichtermann und dem Schlagzeuger Wolfgang Seidel gründet Rio im Sommer 1970 die Band Ton Steine Scherben. Die Jungs treten im September beim “Love and Peace”-Festival auf der Ostseeinsel Fehmarn zum ersten Mal auf – und werden schlagartig bekannt. Bei der legendären Veranstaltung gibt Jimi Hendrix sein letztes Konzert. Für die neue anarchische Band um Rio beginnt der Aufstieg.

“Keine Macht für niemand”

Die erste Schallplatte “Warum geht es mir so dreckig” wird produziert und veröffentlicht. Es folgt 1972 die zweite LP mit dem Titel “Keine Macht für niemand” – und spätestens nach dieser Veröffentlichung kennt die Musiker, die sich ins Herz der linken Szene gespielt haben, fast jeder in Deutschland. Ihre Lieder sind in einer Zeit, in der die Terror-Organisation Rote Armee Fraktion von sich reden macht, der gewaltfreie Gegenpol. Sie sprechen vor allem den Jugendlichen aus der Seele.

Aufs Land nach Schleswig-Holstein

Das Rio-Reiser-Haus in Fresenhagen – hierhin zieht Reiser sich mit Musikerkollegen Mitte der 70er-Jahre zurück.

Um den Einflüssen der kommerziellen Musikbranche zu entgehen, gründen die Musiker von Ton Steine Scherben das Plattenlabel David Volksmund Produktion und veröffentlichen darüber ihre Alben. Privat zieht Rio mit Freunden und Band 1975 von Berlin nach Fresenhagen in Schleswig-Holstein, wo sie sich ein altes Bauernhaus kaufen. Im eigens eingerichteten Tonstudio schreibt und komponiert er mit seinen Kollegen verschiedene Theaterstücke und Filmmusik.

Aus Ralph Möbius wird Rio Reiser

Deutsche Texte und klare Worte für die linke Sache: Mit seiner Band Ton Steine Scherben und später auch als Solo-Musiker krempelte Rio Reiser den deutschen Rock in den 70ern und 80ern um.

Ein Film ist es auch, der Möbius in Reiser verwandelt: Für die Rolle des Johnny West im gleichnamigen Fernsehfilm möchte Rio Möbius seinen “zu sehr nach Arztroman” klingenden Nachnamen ablegen. Den neuen Namen entnimmt er dem Roman “Anton Reiser” von Karl Philipp Moritz. Für sein darstellendes Spiel erhält Rio Reiser 1977 den Bundesfilmpreis in Gold. Es folgen mehrere Filmrollen. Mit Ton Steine Scherben bringt er zwei weitere Alben heraus: “Wenn die Nacht am tiefsten” und “IV”, auch bekannt als “Die Schwarze”.

Rio Reiser arbeitet nicht nur für seine Band, er textet und komponiert auch Lieder für andere Musiker und gibt Ende 1983 ein erstes Solo-Konzert. Auf Kampnagel in Hamburg sitzt Reiser allein am Flügel und singt Stücke von Marlene Dietrich, den Rolling Stones und eigene Kompositionen. Zwei Jahre später, 1985, trennen sich Ton Steine Scherben und Reiser beginnt seine Solo-Karriere.

Ein missverstandener König

Mit “König von Deutschland” landet Rio Reiser einen Riesenhit.

Das Jahr 1986 wird für ihn das musikalisch erfolgreichste seiner Solo-Karriere. Mit Liedern wie “Alles Lüge” und “Junimond” von seiner ersten Veröffentlichung “Rio I.” katapultiert er sich in die deutschen Charts. Sein erfolgreichster Song dieses Albums, “König von Deutschland”, wird von da an mit ihm in Verbindung stehen: Der von der Presse neu ernannte “Volkssänger” landet damit seinen größten Hit.

Ein Jahr später tritt Rio Reiser der Anti-AKW-Bewegung bei und lässt seinen Song “Alles Lüge” für die Grünen als Wahlkampflied zu. Der rastlose Künstler veröffentlicht zwei weitere Solo-Alben. Diese können kommerziell nicht an den Erfolg der ersten Platte anknüpfen, doch Reiser arbeitet unermüdlich weiter. Er komponiert wieder Filmmusik, unter anderem auch für einen “Tatort”, übernimmt kleinere Rollen in Fernsehfilmen und schreibt für die Stadt Unna 1989 eine Oper.

“König von Deutschland” als Wahlkampf-Song der PDS

Um kurz darauf seinem Unmut über die Art und Weise der Wiedervereinigung Ausdruck zu verleihen, tritt der Sänger 1990 in die PDS ein, da er sich schon “immer für Außenseiter eingesetzt habe”, und erlaubt der Partei, seinen “König von Deutschland” für den Wahlkampf zu benutzen. Für einige Zeit ist das Stück unbeliebt und wird von Radiosendern boykottiert. Der Sänger kann sich aber auch ohne Radio Gehör verschaffen. Es folgen weitere Konzerte mit seinen Freunden und ehemaligen Kollegen aus der Zeit der Ton Steine Scherben, alleine am Flügel in der “Mitternachtsshow” des Hamburger Schmidt Theaters oder als Gast in diversen Talk-Shows.

Gesundheitliche Probleme – Der König tritt ab

In den 90er-Jahren geht es Rio Reiser gesundheitlich nicht gut – trotzdem macht er weiter.

Sein unermüdlicher Arbeitseinsatz für die Musik und vermehrter Alkoholkonsum machen sich ab 1992 bemerkbar. Trotz beginnender körperlicher Schwäche veröffentlicht Rio Reiser weitere Platten. Als 1995 seine sechste und letzte erscheint, schreibt ein Musikjournalist des Magazins “Rolling Stone”: “Niemand in Deutschland schreibt so wahre, aufrichtig-radikale und nachzuempfindende Texte wie dieser melancholische Spielmann.” Dem letzten Album entstammt auch wieder ein “Tatort”-Song zur Folge “Im Herzen Eiszeit”, in der Reiser in einer Hauptrolle zu sehen ist.

Reiser stirbt mit 46 Jahren

Im Mai 1996 begibt sich der Musiker gegen ärztlichen Rat noch einmal auf Deutschland-Tour, doch die muss er abbrechen. Körperlich total ausgelaugt, kehrt er nach Fresenhagen zurück und stirbt dort am 20. August 1996 an Kreislaufversagen und inneren Blutungen. Unzählige trauernde Fans nehmen gemeinsam mit Musikerkollegen am 1. September 1996 im Berliner “Tempodrom” beim “Konzert der Freunde” Abschied.

Der Einfluss Reisers auf die heutige Musikwelt zeigt sich unter anderem in den erfolgreichen Interpretationen der Lieder durch Jan Plewka. Der Frontmann der Hamburger Band Selig ist immer wieder mit seinem Rio-Reiser-Programm unterwegs, “weil Rio Visionen bis über seinen Tod hinaus hatte. Seine Texte, Melodien und Utopien für Menschlichkeit und Gerechtigkeit werden diese Welt überleben.” Plewka trägt sie weiter. Zum 70. Geburtstag würdigt auch das Berliner Bezirksamt Friedrichshain-Kreuzberg den ehemaligen Hausbesetzer. Der Heinrichplatz wird demnächst in Rio-Reiser-Platz umbenannt.

Nun ja, er wird zuerst nicht umbenannt. Obwohl er schon umbenannt wurde. Junimond ist nun aber ein Junimond:

Worldwide Reading for the Dead of the Pandemic on September 5th 2021

CALL

The international literature festival berlin [ilb] calls on individuals, schools, universities, cultural institutions and media to participate in a Worldwide Reading for the Dead of the Corona Pandemic on September 5, 2021. The reading is intended to commemorate those who died in the pandemic.
For more than a year, the world has been in the grip of the pandemic. Nearly three million people worldwide have died from Covid-19. Not a day goes by when we are not confronted with statistics and curves on current deaths and illnesses. Yet, it often remains abstract numbers.

The individual person and the individual stories behind them are hardly present in the public perception. Illness, death and grief have become largely invisible due to precautionary measures. Many people die alone, behind closed doors, and are buried in small circles. In many cases, there is no way for relatives and friends to say goodbye – and if they do, it is at a distance or in a digital setting. 

Literature has the potential to give expression to this situation, to counter isolation at least through reception. It finds narratives away from the everyday images of horror, tells of loss from different perspectives, and helps to make the incomprehensible tangible, the intangible comprehensible.
Readings can take place anywhere, including privately in a small circle, in a school, in a cultural institution or on the radio. People who would like to participate with a reading on September 5, 2021 are asked to send us the following information: Organizers, venue, time, participating actors, event language, link to your website if applicable.
The email address is: worldwidereading@literaturfestival.com

The ilb has published first texts for the reading on the website, further are following soon in various languages. All readings will be announced there and on social media.
Weltweite Lesung für die Toten der Pandemie am 5. September 2021
Aufruf

Das internationale literaturfestival berlin [ilb] ruft Einzelpersonen, Schulen, Universitäten, Kultureinrichtungen und Medien dazu auf, sich am 5. September 2021 an einer Weltweiten Lesung für die Toten der Pandemie Corona zu beteiligen. Mit der Lesung soll an die Toten der Pandemie erinnert werden.

Seit mehr als einem Jahr wird die Welt von der Pandemie heimgesucht. Fast drei Millionen Menschen sind weltweit an Covid-19 gestorben. Kein Tag vergeht, an dem wir nicht mit Statistiken und Kurven über aktuelle Todesfälle und Krankheiten konfrontiert werden. Doch oft bleiben es abstrakte Zahlen. Der einzelne Mensch und die individuellen Geschichten dahinter sind in der öffentlichen Wahrnehmung kaum präsent. Krankheit, Tod und Trauer sind durch Vorsichtsmaßnahmen weitgehend unsichtbar geworden. Viele Menschen sterben allein, hinter verschlossenen Türen, und werden im kleinen Kreis beerdigt. In vielen Fällen gibt es für Angehörige und Freunde keine Möglichkeit, sich zu verabschieden – und wenn doch, dann aus der Ferne oder in einem digitalen Umfeld.

Literatur hat das Potenzial, dieser Situation Ausdruck zu verleihen, der Isolation zumindest durch Rezeption entgegenzuwirken. Sie findet Erzählungen abseits der alltäglichen Schreckensbilder, erzählt vom Verlust aus verschiedenen Perspektiven und hilft, das Unfassbare greifbar zu machen.

Lesungen können überall stattfinden, auch privat im kleinen Kreis, in einer Schule, in einer Kultureinrichtung oder im Radio. Menschen und Institutionen, die sich mit einer Lesung am 5. September 2021 beteiligen möchten, werden gebeten, uns folgende Informationen zukommen zu lassen: Organisator*innen, Ort, Zeit, teilnehmende Akteure, Veranstaltungssprache, ggf. Link zu Ihrer Website.

Die E-Mail Adresse lautet: worldwidereading@literaturfestival.com

Das ilb hat erste Texte für die Lesung auf der Website veröffentlicht, weitere folgen bald in verschiedenen Sprachen. Die Lesungen werden dort und in den sozialen Medien angekündigt.

#GlobalScream #Globalny Krzyk #AufschreiGlobal

Globalny Krzyk to akcja artystyczna i performance polityczny polegający na minucie krzyku kobiet w określonej intencji, stworzony przez przez polską artystkę i aktywistkę Annę Krenz z kolektywu Dziewuchy Berlin (www.dziewuchyberlin.org) w 2019 roku. (https://www.dw.com/en/my-body-my-choice-anna-krenz/av-56776102)

Akcja powstała jako propozycja na obchody Międzynarodowego Dnia Kobiet w 2019 roku dla niemieckiego Feministycznego Strajku Kobiet (Feministischer Frauen*Streik). Podczas zjazdu organizacyjnego 17 lutego 2019 roku w Berlinie propozycja została przedstawiona i przyjęta w głosowaniu większością głosów jako jedna z głównych akcja Feministycznego Strajku w Niemczech (obok akcji #IchStreike również zaproponowanej przez Annę Krenz / Dziewuchy Berlin). Akcja #GlobalScream po raz pierwszy odbyła się 8 marca 2019 roku w Berlinie i innych niemieckich miastach, w niektórych miejscach w Polsce (Poznań – Black Venus Protest, Kraków – Siostry Rzeki), Danii, Belgii czy Afryce Zachodniej. W samym Berlinie, krzyczało 25.000 osób (https://kommon.jetzt/globalscream-womenstrike-2019-berlin-2/).

W 2020 roku akcja ponownie przeprowadzona była w Berlinie i innych miastach podczas Międzynarodowego Dnia Kobiet (https://frauenstreik.org/event/aufschreiglobal-global-scream-globalnykrzyk/) (https://www.neues-deutschland.de/artikel/1134009.frauentag-ein-schrei-aus-tausenden-kehlen.html ) (https://www.altersdiskriminierung.de/themen/artikel.php?id=10972&search=Streik&searchin=all), na przykład w Norymberdze o godzinie 17.00 (https://femstreiknbg.home.blog/2020/03/11/8-marz-20-feministischer-sitzstreik-demonstration/) lub we Freiburgu (https://www.badische-zeitung.de/suedwest-1/um-17-uhr-aufschrei–167469460.html)

28 września 2020 Safe Abortion Day Foto Oliver Feldhaus

Koncepcja

Kolektyw Dziewuchy Berlin zainicjował #GlobalnyKrzyk jako symboliczną, ale i realną akcję solidarności kobiet ponad granicami, w której każda osoba może wziąć udział, bez względu na różnice ideologiczne, narodowość, język, wyznanie czy płeć.

Globalny Krzyk powstał również jako próba zjednoczenia podzielonego środowiska feministycznego w Berlinie w Międzynarodowy Dzień Kobiet. Tego dnia odbywają się dwa różne marsze, organizowane przez dwa kolektywy: Frauen*Kampftag i Alliance of Internationalist Feminists, które mają różne programy, ideologie i trasy przemarszów. (https://berlinlovesyou.com/anna-krenz/)

Dzięki symbolicznej akcji przeprowadzonej o tej samej godzinie uczestniczki obu marszy mogły zrobić coś wspólnie, choć znajdowały się w różnych miejscach – krzyczały przez minutę, razem choć osobno, a każda z osobistych powodów.

Z opisu akcji: „Global Scream jest kobiecym krzykiem wściekłości, gniewu, żalu a może i radości – każda z nas zna te emocje, nawet jeśli ich przyczyny są różne. I każda może krzyczeć. Nie musimy nawet mówić tym samym językiem, aby stać się jednym głosem. Głosem kobiet.
Krzyk staje się rodzajem katharsis, który wyzwala emocje. Fizycznie krzyk zamienia nasze negatywne emocje na pozytywne, a tlen uwalnia moc i energię.
Oddajemy nasz głos! Jesteśmy kobietami, jesteśmy wściekłe i nie poddamy się! Wszystkie kobiety razem!

To tylko minuta dla kobiety, ale globalny krzyk dla kobiet świata!
Będziemy głośno!
Dołącz do nas! Podnieś głos!” (Anna Krenz / Dziewuchy Berlin)

Hashtag

Globalny Krzyk posługuje się hashtagami: #GlobalScream, #AufschreiGlobal, #GlobalnyKrzyk, #ElGritoGlobal. Niemiecka wersja nazwy jest nawiązaniem i ukłonem w kierunku hasła #Aufschrei, spopularyzowanego przez niemiecką feministkę Anne Wizorek 23 stycznia 2013 roku na Twitterze (https://de.wikipedia.org/wiki/Aufschrei#). Była to reakcja na seksistowskie wypowiedzi polityków w niemieckich mediach i zapoczątkowała lawinę komentarzy w mediach społecznościowych – dotycząych doświadczeń seksizmu w życiu codziennym. Hashtag #Aufschrei był niemieckim odpowiednikiem hashtagu #MeToo, który powstał kilka lat później – w 2017 roku (https://www.augsburger-allgemeine.de/themenwelten/leben-freizeit/Chauvinimus-Debatte-MeToo-wir-alle-der-neue-Aufschrei-id43026451.html)

Kolejne performance Globalny Krzyk (#GlobalScream)

Kolektyw Dziewuchy Berlin (https://www.exberliner.com/features/zeitgeist/poland-abortion-protests/) organizuje Globalny Krzyk w Berlinie i współorganizuje akcje w innych krajach. Wybrane przykłady:

“Wir leben Widerstand! Für ein Ende der Gewalt gegen Frauen*” / Dość! Stawiamy opór!

Dziewuchy Berlin wzięły udział w Proteście na rzecz zaprzestania przemocy wobec kobiet*” 16.11.2019 na Hermannplatz w Berlinie i przeprowadziły akcję #GlobalScream.

(https://www.youtube.com/watch?v=05PxlO_CR6I)

Dzień BezpiecznejAborcji 2020

W Międzynarodowy Dzień Bezpiecznej Aborcji 28 września 2020 pod Bramą Brandenburską Dziewuchy Berlin zorganizowały protest i performance „Voices“, którego częścią była mobilna instalacja Ambasada Polek (Botschaft der Polinnen*) i Globalny Krzyk. Na proteście głos zabrały członkinie organizacji jak Ni una menos Berlin, Berlin-Ireland Pro Choice Solidarity czy Bündnis für sexuelle Selbstbestimmung.

(https://www.dziewuchyberlin.org/2020/09/30/28-9-2020-voices-botschaft-der-polinnen-performance/) (https://www.sexuelle-selbstbestimmung.de/15893/pressemitteilung-berlin-feiert-den-internationalen-safe-abortion-day/)

CZARNY SPACER, czyli nigdy nie będziesz szła sama

Marsz solidarności z kobietami w Polsce, zorganizowany przez kolektyw Dzieuwchy Berlin w ramach Krwawych Tygodni, który odbył się 5 listopada 2020, prowadził z Bebelplatz do Bramy Brandenburskiej, gdzie zakończył się Globalnym Krzykiem.

(https://www.dziewuchyberlin.org/2020/11/03/2-bloody-week-5-11-2020-czarny-spacer-black-walk-you-will-never-walk-alone/)

GlobalScream w Brukseli

Kongres Kobiet w Brukseli i Black Brussels Balloons zorganizowały protest 25 listopada 2020 “Protest #SolidarityWithPolishWomen – Manif de soutien“, którego częścią był Globalny Krzyk (https://www.facebook.com/events/400180964501763/)

Protest “Hańba! Schande! Disgrace! Soli demo with Polish women”

Po opublikowaniu przez Trybunał Konstytucyjny wyroku dotyczącego zakazu aborcji z powodu wad letalnych płodu, Dziewuchy Berlin zorganizowały protest solidarności z Polkami na Placu Paryskim, którego częścią był Globalny Krzyk.

(https://www.dziewuchyberlin.org/2021/01/30/31-1-2021-hanba-schande-disgrace-soli-demo-with-polish-womxn/);

Międzynarodowy Dzień Kobiet 2021

Na demonstracji zorganizowanej wspólnie z Omas Gegen Rechts Berlin na Nettelbeckplatz w Berlinie, Dziewuchy Berlin zorganizowały performance z manifestem „Jesteśmy Istotne“ oraz poezją poznańskiej aktywistki zamordowanej podczas II Wojny Światowej w więzieniu w Ploetzensee w Berlinie – Ireny Bobowskiej (https://www.dziewuchyberlin.org/2021/03/11/irena-bobowska-die-vergessene-heldin-zapomniana-bohaterka/). Częścią performance był Globalny Krzyk.

Więcej linków:

#AufschreiGlobal / #GlobalScream / #GlobalnyKrzyk 2019:

“8M in Berlin” (in spanish) / von Radosveta Strumenlieva >>>

“O prawach kobiet w Polsce i w Niemczech: Anna Krenz i Anna Czechowska” – Radio COSMO Po Polsku >>>

Global Scream –  video by kommon.jetzt/

Berlin: “Um 17 Uhr soll es eine Aktion geben, die auch diejenigen anspricht, die weniger gut Deutsch sprechen: Beim „globalen Aufschrei“ soll durch Schreien auf Arbeitskämpfe, fehlenden Klimaschutz oder Kinderbetreuung aufmerksam gemacht werden.” taz.de >>>

Leipzig: “Dort findet um 17 Uhr der globale Aufschrei statt: Wir werden bundesweit 100 Sekunden schreien, um darauf aufmerksam zu machen, dass Frauen* und Queers jeden Tag 100 Minuten mehr arbeiten müssen, um das gleiche zu verdienen wie Männer. ” kreuzer-leipzig.de >>>

Stuttgart: Internationaler Frauentag in Stuttgart / StN.de >>>

Hamburg: “Um 17 Uhr startete die Demo „Ohne uns steht die Welt still“ mit dem „globalen Aufschrei“, der bundesweit mit Trillerpfeifen, Töpfen etc. durchgeführt wurde. Die Demonstration kam auf halber Strecke mit der Demonstration des Pflegebündnisses zusammen. Insgesamt waren 10.000 Menschen auf den Straßen”. anfdeutsch.com >>>

Halle: “Kreative Protestformen wie ein globaler Aufschrei, die Niederlegung der Erwerbs- und Hausarbeit, Fahrraddemos, Performances zeigen, dass der Unmut unter den Frauen* wieder zunimmt und vielfältige Ausdrucksformen findet.”  www.hallelife.de >>>

Bonn: „Wir schreien 100 Sekunden für die 100 Minuten, die Frauen in Deutschland pro Tag unbezahlt mehr arbeiten“ www.rundschau-online.de >>>

“Internationaler Frauenkampftag am 8. März: Aktionsformen vom kollektiven Aufschrei bis zum diskreten Bummelstreik” www.jungewelt.de >>>