Łapacz na polu żyta

Ewa Maria Slaska:

W miniony piątek minęło 70 lat od wydania Buszującego w zbożu J. D. Salingera. Dziwaczny tytuł, ale i tak wszyscy pamiętamy, o co w nim chodzi. Niestety Catcher in the rye został nieprawidłowo przetłumaczony na polski. Holden Caulfield nie chciał, jak dorośnie, buszować w zbożu, chciał być “łapaczem” dzieci, buszujących w łanie dojrzałego żyta na polu, które dochodzi do krawędzi przepaści. Ale myślę, że niczego nie powinniśmy już zmieniać w tym, że po polsku książka nazywa się “buszujący w zbożu”, bo to dobry tytuł i wywołuje dobre, obrazowe skojarzenia.

Mnie jednak zawsze intrygowały kaczki w tej powieści. Holden właśnie uciekł ze szkoły (a właściwie opuścił ją kilka dni przed czasem) i odwiedza swojego nauczyciela angielskiego, który dał mu złą ocenę za ostatnie wypracowanie. Nauczyciel się tłumaczy, dlaczego musiał to zrobić, Holden mu coś odpowiada.

Najzabawniejsze, że plotąc tak trzy po trzy myślałem przez cały czas o czymś innym. Mieszkam stale w Nowym Jorku i myślałem o stawie w południowej części Parku Centralnego. Zastanawiałem się, czy będzie zamarznięty, kiedy przyjadę, a jeżeli zamarznie, co się stanie z kaczkami. Głowiłem się, co robią kaczki, kiedy lód ścina cały staw. Czy ktoś po nie przyjeżdża ciężarówką i zabiera je do zoo albo gdzie indziej, czy też może same po prostu odlatują?

Pytanie powraca, gdy Holden, już w Nowym Jorku, jedzie taksówką.

Nagle coś mi się przypomniało.
– Ej, słuchaj pan. Pewnie pan zna te kaczki na lagunie w południowej części parku.
– Co?
– Kaczki z tego jeziorka? Może pan przypadkiem wie, gdzie się podziewają, kiedy woda zamarza? Nie wie pan tego przypadkiem?
Oczywiście zdawałem sobie sprawę, że mam jedną szansę na milion, żeby trafić na szofera, który by to wiedział. Obejrzał się na mnie, popatrzył jak na wariata.
– O co chodzi? – spytał. – Balona pan ze mnie robisz czy jak?
– Nie, skąd znowu. Po prostu jestem ciekawy. Nic więcej.

Prawdopodobnie na zasadzie skojarzeń Holden następnego taksówkarza pyta o to samo.

Po jakimś czasie nawiązałem coś w rodzaju rozmowy z kierowcą taksówki. Nazywał się Horwitz. Okazał się o wiele sympatyczniejszy od tamtego taksówkarza, z którym jechałem poprzednio. Przyszło mi więc do głowy, że może on coś wie na temat kaczek.

– Panie Horwitz – powiedziałem – czy pan przejeżdża czasem koło laguny w Parku Centralnym? Wie pan, w południowej części parku?
– Koło czego?
– Koło laguny. Takie, wie pan, jeziorko. Gdzie pływają kaczki. Wie pan?
– Aha. No to co?
– Zauważył pan kaczki, co tam pływają w kółko po wodzie? Wiosną i latem. Czy pan przypadkiem nie wie, gdzie one się podziewają w zimie?
– Kto?
– Kaczki. Nie wie pan tego przypadkiem? Czy może ktoś po nie przyjeżdża i zabiera je samochodem, czy też same odlatują na południe?
Horwitz odwrócił się i popatrzył na mnie. Chłop był widać z natury niecierpliwy. Chociaż zły nie był.
– Skąd, u diabła, mam wiedzieć? – odrzekł. – Skąd, u diabła, mam wiedzieć takie głupstwa?
– W każdym razie niech się pan nie gniewa – powiedziałem. Gniewał się. Może o to pytanie, a może o coś innego, nie wiem.
– Kto się gniewa? Nikt się przecież nie gniewa.
Nie próbowałem dalszej pogawędki, skoro taki był drażliwy. Ale on sam się odezwał. Znów się odwrócił i rzekł:
– Ryby nigdzie się nie wynoszą. Zostają na miejscu. W tym tam głupim jeziorku.
– Ryby to co innego. Ryby są inne. Ja mówię o kaczkach – odparłem.
– Co to za różnica? Żadnej różnicy nie ma – powiedział Horwitz.
Cokolwiek mówił, miało się wrażenie, że okropnie się irytuje.
– Dla ryb zima jest jeszcze cięższa do wytrzymania niż dla kaczek. Niech się pan zastanowi.
Przez chwilę nic nie odpowiadałem. Potem powiedziałem:
– Może i racja. No, więc, co robią ryby, kiedy całe jeziorko aż do dna zamarza, a ludzie ślizgają się po nim?
Horwitz znowu się odwrócił.
– Rany boskie, o co panu chodzi? – wrzasnął na mnie. – Gdzie mają się podziać? Siedzą tam gdzie zawsze.
– Nie mogą przecież nie zwracać wcale uwagi na lód. To niemożliwe.
– A kto mówi, że nie zwracają uwagi? Jak jest lód, to każdy go przecież widzi – powiedział Horwitz.
Był okropnie wzburzony, bałem się, że wpakuje wóz na latarnię czy coś w tym rodzaju.
– Żyją sobie dalej w lodzie. Taka już ich cholerna natura. Zamarzają na miejscu, tak jak są, na całą zimę – Taak? A co żrą? Bo jeżeli zamarzają na dobre, to nie mogą pływać i szukać sobie żarcia.
– Rany boskie, czego pan chce? Całym ciałem ciągną pożywienie, i co im tam potrzeba, po prostu z rozmaitego wodnego zielska i śmieci, co są w lodzie. Mają wciąż pory otwarte. Taka ich cholerna natura. Rozumie pan?
I znów się odwrócił do kierownicy, żeby na mnie popatrzyć.
– Aha – powiedziałem.
Dałem temu spokój. Bałem się, że rozwali wóz i mnie razem z wozem w drzazgi. Zresztą słaba przyjemność dyskutować z takim obraźliwym facetem.
– Może by pan zgodził się przystanąć i wstąpić ze mną gdzieś na jednego? – spytałem.
Nic nie odpowiedział. Pewnie jeszcze rozmyślał o rybach. Powtórzyłem propozycję. Chłop był w gruncie rzeczy sympatyczny, i zabawny także.
– Nie mam, bracie, czasu wstępować na kielicha – powiedział. – A ile właściwie pan ma lat? Dlaczego pan o tej porze nie leży w łóżku, w domu?
– Nie chce mi się spać.
Kiedy zajechaliśmy przed lokal Ernie’ego i zapłaciłem rachunek, Horwitz znowu wyjechał z rybami. Zabiłem mu ćwieka w głowę, fakt.
– Słuchaj pan – powiedział. – Gdyby pan był rybą, matka przyroda opiekowałaby się przecież panem, co? Mam rację czy nie? Nie myśli pan chyba, że ryby po prostu wszystkie zdychają zimą? Myśli pan?
– Nie, ale…
– Nie, przysięgam Bogu, że nie! – powiedział Horwitz i ruszył wozem z miejsca, jakby go piorun strzelił.

(…)

Kombinowałem że pójdę nad jeziorko i przekonam się w końcu, co kaczki robią, zobaczę, czy są tam gdzieś w pobliżu, czy też ich nie ma. Ale po dziś dzień nie wiem, jak jest naprawdę z tymi kaczkami.
Do parku było niedaleko, poza tym nie miałem dokąd iść, nie wiedziałem nawet, gdzie przespać resztę nocy, więc poszedłem. Nie czułem się ani trochę zmęczony. Tylko przegrany jak diabli.

Wszedłem do parku, Ciemno było tam, choć oko wykol.

Od urodzenia mieszkałem w Nowym Jorku, Park Centralny znam jak własną kieszeń, bo kiedy byłem mały, całymi dniami rozbijałem się po nim na wrotkach albo na rowerze, a mimo to nie mogłem tamtej nocy trafić nad jeziorko. Wiedziałem, gdzie jest – w południowej części parku – ale nie mogłem go znaleźć w żaden sposób. Musiałem być gorzej zalany, niż mi się wydawało. Szedłem i szedłem, coraz ciemniej się robiło dokoła i coraz bardziej ponuro. Nigdzie w parku żywej duszy nie spotkałem. Z tego zresztą byłem zadowolony. Pewnie bym zwiał ze strachu, gdybym się na kogoś napatoczył. W końcu znalazłem, czego szukałem. Woda była częściowo zamarznięta, a częściowo nie. Kaczek ani śladu. Obszedłem całe to cholerne jeziorko, raz o mały włos nie chlupnąłem do wody, ale kaczek ani widu, ani słychu. Przyszło mi na myśl, że jeżeli są w pobliżu, to pewnie o tej porze śpią gdzieś tuż nad brzegiem, w trawie. No i tym sposobem o mało nie wpadłem do wody. Ale kaczek nie znalazłem. Ani jednej.

To tyle o kaczkach.

Przełożyła Maria Skibniewska

Entrissen

Sie wurde uns nach kurzer schwerer Krankheit entrissen.   

Judy Kadar
24. Januar 1950 – 27. Juni 2021

Judy war Harfenistin aber auch Multi-Instrumentalistin, Co-Leiterin des Ensembles COLLAGE-forum für frühe musik berlin, Lehrerin und Mitgründerin der Historical Harp Society in USA.
Sie hat mit uns gemeinsam durch ihre Musik, ihrer Kreativität und ihrem Ausdruck fördernden Vorbild die Gestaltung unserer Musik geprägt.
Es fehlt uns ihre Intensität und tiefe Sensibilität für gemeinsames Musizieren und ihr Tod  ist ein schrecklicher, entsetzlicher Verlust – es gibt keine Worte dafür.

COLLAGE- forum für frühe musik berlin.
Larissa Ghadiali, Klaus Sonnemann

***

Krystyna Koziewicz und ich gingen im letzten Jahr zu einem Konzert von ihrer Gruppe Trecento auf dem Chamisso-Platz in Kreuzberg. Unsere Freundin, Brigitte von Ungern-Sternberg, spielte damals Flöte und Tamburin, Judy – die Harfe. Es ist der letzte Konzert von Trecento gewesen. Daher rebbloge ich hier mein eigenen Beitrag vom letzten Jahr.

Musizieren in der Zeiten der Corona

Posted on by Ewa Maria

Brigitte von Ungern-Sternberg schickte uns eine Einladung:

***

Brigitte von Ungern-Sternberg

Über den Tod von Judy Kadar sind meine Mitspieler*innen sehr sehr traurig – wir sind ohne sie musikalische Waisen.

Judy war das Herz und die Seele des Ensembles TRECENTO, die professionelle Leitung.

Ich war jährelang  Mitglied des Ensembles und es war nie langweilig. Wir haben an den unterschiedlichsten Programmen gearbeitet auf dem großen Feld der sogenannten ‚Alten Musik‘. Dies umfasst Musik von mehreren Jahrhunderten, angefangen von den Liedern der Troubadoure und der frühen Mehrstimmigkeit im Hochmittelalter bis in die Musik der Renaissance.

Die ‚Alte Musik‘ unterscheidet sich von beispielsweise einem Beethoven Quartett, dass sie zwar aufgeschrieben, aber nicht besonderen Instrumenten zugeordnet wurde. Das bedeutet, dass jedes Arrangement nach den jeweils vorhandenen Instrumenten und Sänger*innen entwickelt wird.

Man probiert aus und das Endergebnis entsteht durch die Mitwirkung aller Beteiligten – ein kollektiver Prozess! Gespielt wurde bei TRECENTO die Musik auf Harfen, Fideln, Lauten, Pommern, Schalmeien, Flöten und natürlich wurde gesungen. War ein Programm ausgereift, wurde es in dieser oder jener Berliner Kirche präsentiert und dann ein neues angefangen.

Ob es ohne Judy weitergeht?   

Vermutlich leider nicht.

Idzie rak, nieborak

Ela

Pojawił się meszek na głowie, a więc jest nadzieja, że w końcu włosy zaczną rosnąć. Podobno będą inne, tak mówią ci, co na ten temat coś wiedzą. Włosy, znaczy ich brak nie był dla mnie nigdy problemem. Peruki, które przymierzałam były straszne, pani, która doradzała, dwoiła się i troiła, też była straszna (przepraszam panią, ale w sumie jestem pewna, że tego nie przeczyta), nie rozumiała mnie, a ja jej. Jest taki typ ludzi, który chce cię zagłaskać na śmierć, jeszcze zanim ta śmierć do ciebie zawita, bo że zawita, to oni, ci głaszczący, są o tym przekonani. I muszą współczuć. To ich wyuczone współczujące spojrzenie wywołuje u mnie zawsze agresję.
W końcu jej powiedziałam, że wszystkie rodzaje peruk, które oferuje, są brzydkie, bez życia, właśnie tak powiedziałam leblos. Spoglądała na mnie z tym rutynowym współczuciem, w końcu zaproponowała kaszmirowy turban.
Wyszłam. Mojemu lekarzowi powiedziałam, że gdzieś mam te wszystkie peruki, że może przy okazji kupię sobie taką tęczową, albo pożyczę od wnuków, bo chyba taką mają.
Kupiłam kilka czapek, potem jeszcze kilka.
O mojej chorobie dowiedziałam się w dniu śmierci przyjaciółki, której dane było przeżyć z rakiem rok, tylko rok, aż rok.
Wymacałam go sama, guza w lewej piersi, we Wrocławiu.

Termin u lekarza, dość odległy, a potem już dość szybko dowiedziałam się, że jednak jestem wśród tych iluś tam procent kobiet zaznaczonych. Wybranych.
Następne terminy, aż wreszcie znalazłam odpowiedni szpital, odpowiedniego onkologia, przy okazji dowiedziałam się o chorobach tzw. współistniejących, z którymi też muszę się zaprzyjaźnić. Zrozumiałam też, że każdy lekarz chce dobrze, ale każdy z nich chce inaczej, tym bardziej, gdy oprócz raka są jeszcze inne dolegliwości.
Z dnia na dzień dostałam tzw. zwolnienie lekarskie, które jest ciągle przedłużane, chyba już ósmy miesiąc i końca nie widać.
Szczerze mówiąc, od jakiegoś czasu marzyłam o emeryturze, zazdroszcząc polskim równolatkom, że już mogą. A z drugiej strony wiedziałam, że pracować to ja muszę, aż do śmierci, bo emerytura, którą wyliczył mi niemiecki ZUS, starczy na waciki, których i tak nie używam.
Takiego obrotu sprawy nie brałam wcale pod uwagę. Nie chodzi o te waciki, których i tak nie kupię, chodzi o tę wymarzoną przerwę w pracy, od pracy, której już wcale nie chcę. Chcę być zdrowa i wrócić do pracy.

Jak to? Ja? Zawsze zdrowa, na głowie wszystko: włosy, chora siostra, chora matka, w pracy zawsze obowiązkowa, mniej w domu, dzieci odchowane, ale też trzeba pomóc przy wnukach.
To nie miało prawa się mnie przytrafić. Lekceważyłam badania kontrolne, nie tylko zresztą ja. Czułam się nieśmiertelna.
Ostatnio dwudziestoletni Konrad zapytał mnie, nomen omen na cmentarzu, czy chciałabym być nieśmiertelna. Uśmiałam się z tego pytania, choć wcale nie jest takie głupie.
Póki żyjemy wszyscy jesteśmy nieśmiertelni, a potem nas nie ma i naszą nieśmiertelność pielęgnują kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt lat ci, co jeszcze są. Są też tacy, powiedzmy „wybitni“, którzy na kilkaset lat i więcej pozostaną nieśmiertelni, chociaż może nie, może to tylko pielęgnowane wspomnienie, wyuczone z podręczników historii.
Wracając do mojej nieśmiertelności, przestałam nagle w nią wierzyć.
Pochowałam tatę, planowałam w myślach już pogrzeb mamy, która ciągle żyje, potem musiałabym zająć się chorą siostrą, w końcu ona też by umarła. Potem wnuki dorosną, ożenią się, wyjdą za mąż, urodzą się prawnuki, też się nimi zajmę, a co? Przecież będę żyła wiecznie!
I nagle klops, bo wcale tak nie musi być. Z jednej strony zdumienie, niepokój i strach, z drugiej strony ulga: ja już nic nie muszę, nie muszę troszczyć się o innych, choć w miarę możliwości nadal to robię.
Choroba, albo dosadniej rak, uzmysłowiła mi, że nie jestem nieśmiertelna, choć cały czas mam apetyt na życie.
Jak będzie, tego nie wiem. Chemia za chemią, operacja za operacją. Fizycznie, psychicznie i intelektualnie jestem wyssana.
Kilka osób zostało przy mnie, resztę sama odrzuciłam, są jeszcze tacy, co nie wiedzą, jak do mnie podejść i obchodzą mnie z daleka, a ja im niczego nie ułatwiam. Byłam taka sama, gdy sąsiadka zachorowała na raka, też nie wiedziałam, jak podejść, jak pocieszyć, jak się zachować.
Teraz to sobie z detalami opowiadamy, sąsiadka i ja, kto jaką chemię dostał, w którym był szpitalu i jaki rodzaj raka mu się przytrafił. Bo o tym, że jest kilkanaście rodzajów nowotworów piersi i kilka stopni zaawansowania, dowiedziałam się w trakcie choroby.
Jestem na półmetku leczenia i terapii. Moja jedna połowa wierzy w życie, druga w śmierć. Gdybym była osobą wierzącą, mogłabym powiedzieć, że ta druga wierzy w życie pozagrobowe. Ale ja jestem niewierzącą katoliczką.

Rak mnie wiele nauczył, przede wszystkim zgody na niepewną i nieprzewidywalną przyszłość, zgody na to, z małymi elementami buntu, co ma nastąpić.
Rak piersi przytrafia się co ósmej kobiecie w Niemczech. W mojej klatce schodowej jest osiem mieszkań, w nich mieszka osiem kobiet i dwie z nich miały raka piersi. Coś się tu nie zgadza. To co piszą w sieci o raku też się nie zgadza. Jedni piszą, że i tak niedługo pojawią się przerzuty do innych organów, a drudzy, że mam wielką szansę na długie życie i komu tu wierzyć.
Najzabawniejsze z tego wszystkiego są oferty usług pogrzebowych, którymi masowo bombarduje mnie internet. Czy rak daje przyzwolenie na takie reklamy? Nie wiem. Wiem, że lubię czarny humor i nie miałabym nic przeciwko, jakby to miał być pogrzeb raka w najładniejszej z urn.

Wielce Szanowny Św. Tomaszu

Pewno wiesz, jak wielki wpływ wywarłeś na stosunek katolików do zwierząt i reszty pozaludzkiego stworzenia twierdząc, że natura jest po to, aby służyć człowiekowi; zwierzęta są nierozumne, a więc nie mają duszy nieśmiertelnej tylko zmysłową; że człowiek może je wykorzystywać, i, wprawdzie nie powinien krzywdzić, ale to tylko dlatego, że to niedobrze odbija się to na nim samym. Minęło ponad 750 lat, a Ty mówisz do nas nadal, z obowiązującego obecnie Katechizmu Kościoła Katolickiego. W nauce miałbyś największy ze wszystkich autorski impact factor. Szacunek!

Sprawa naszego stosunku do zwierząt mieści się w części Katechizmu omawiającej przykazanie 7, w odniesieniu do „poszanowania osób i ich dóbr”; są więc zwierzęta nadal, tak jak chciałeś, naszym dobrem i własnością. Trochę się dziwimy, gdyż w wielu miejscach Pisma Świętego czytamy, że należą do Boga — i w opisie stworzenia, i choćby tutaj, u Psalmisty: “Nie przyjmę cielców z twego domu ani kozłów ze stad twoich. Bo moje są wszystkie leśne zwierzęta, stada na górach i woły. Znam wszystkie ptaki powietrzne, a polna zwierzyna jest moja.”  (Ps 50, 10-15). A także tutaj: „Do Pana, Boga twojego, należą niebiosa najwyższe, ziemia i wszystko, co jest na niej” (Pwt 10, 14). 

Miejsca i sytuacji zwierząt w najnowszym wydaniu Katechizmu z 1992 roku nie zmienił, Tomaszu, nawet czuwający nad jego zawartością wybitny teolog naszych czasów — kardynał Józef Ratzinger. Choć potem, już jako Papież mówił, że: „[…] gdziekolwiek Słowo Stwórcy było właściwie rozumiane, gdziekolwiek życie było przeżywane z odkupieńczym Stwórcą, ludzie starali się ratować stworzenie, a nie je niszczyć. […] całe Stworzenie jęczy w bólach rodzenia z powodu niewoli, której zostało poddane, oczekując objawienia się synów Bożych: poczuje się wyzwolone, gdy stworzenia, mężczyźni i kobiety, którzy są dziećmi Bożymi, będą je traktować zgodnie z Bożą perspektywą. Wierzę, że właśnie to możemy dzisiaj ustalić, jako rzeczywistość.” Od prac nad Katechizmem minęło wiele lat; może wtedy nie poświęcił tej sprawie dość uwagi, a może jeszcze nie wiedział w pełni, co robi ze zwierzętami współczesny człowiek? Potem mówił przecież, że: „[…] produkcja przemysłowa – […] ta degradacja żywych istot, zamienionych w towar, rzeczywiście wydaje mi się sprzeczna ze stosunkiem człowieka do zwierzęcia, jaki przewija się w Biblii”.

Katechizm wymaga wprawdzie od nas, katolików, „poszanowania integralności stworzenia”, ale nie bardzo rozumiemy, co to słowo „integralność” ma znaczyć, skoro zaraz potem mówi za Tobą, Tomaszu, że zwierzęta „są z natury przeznaczone dla dobra wspólnego ludzkości”, a granice panowania człowieka nad stworzonym światem „określa troska o jakość życia bliźniego, także przyszłych pokoleń”. Integralność to według nas „nienaruszalność”, „spójność”. Jaka to integralność stworzenia, skoro można ją naruszać, i to tylko dla dobra człowieka? Co znaczy dziś „jakość życia bliźniego”?

Kilkaset lat po Tobie, rozumiemy coraz wyraźniej, że jesteśmy tylko częścią stworzonego świata — choć fakt, że częścią bardzo szczególną. Nie jesteśmy jednak ponad nim. Wiemy też, od podobnych do Ciebie wielkich uczonych, których rozumność jest darem Ducha Świętego, że my, ludzie, należymy do świata ożywionej natury, z którego według niepojętego planu Boga wyewoluowaliśmy. I to nie tylko nasze ciało, ale i umysł — a też, jak ostatnio zaczynamy rozumieć, zdolność empatii, moralnej refleksji, samoświadomość. Już minie niedługo 10 lat, jak uczeni z ważnego ośrodka nauki w Cambridge wydali deklarację o istnieniu świadomości u zwierząt, potwierdzając podobieństwo emocjonalnych i świadomych stanów wśród ptaków, ssaków, głowonogów i człowieka. 


św. Tomasz z Akwinu (zm. 1274) obraz Juana de Peñalosy (1579-1633)

Oczywiście, nie mogłeś o tym wiedzieć w XIII wieku, czytając opisy zwierząt w Fizjologu, w Liber de natura rerum Tomasza z Cantimpré, czy w De animalibus swojego wspaniałego nauczyciela Alberta Wielkiego. Może też przeglądałeś jakieś bestiariusze? Na obrazie Juana de Peñalosa widzę, że miałeś psa. Ale z pewnością, kiedy tworzyłeś swoje wielkie Dzieło mogło brakować Ci czasu, abyś mógł go lepiej poznać, zrozumieć.

Nie tylko teoria ewolucji, ale cała ogromna już dzisiaj wiedza o rozumności zwierząt — o ich psychice, o tym, jak się komunikują, że wiele z nich żyje społecznie, czyli kieruje się pewnymi zasadami i że nie są one tylko instynktem — nie była Ci dostępna. Żałuj. Za to Ciebie zachwycała hierarchia bytów Arystotelesa, myśl Świętego Augustyna.  Rozumiemy, nadal są w naszej opinii gigantami. 

Dziwi nas jednak, że postawiłeś zwierzęta poza moralnością człowieka, uznając właśnie rozumność jako kryterium. Czy nie było, Tomaszu, w Twoich czasach ludzi nierozumnych, umysłowo niepełnosprawnych, chorych na demencję, upośledzonych, ale i małych dzieci? Byli, i z całą pewnością podobnie jak zwierzęta nie rozeznawali swoich powinności, ani nie odpowiadali za swoje czyny — jeżeli to przyjmiemy za warunek zachowań moralnych. Czy ich nierozumność oznaczała, że można było się wobec nich zachowywać nieetycznie? Czy można było za Twoich czasów takich ludzi krzywdzić, zamknąć w klatkach, piłować im zęby, podcinać ścięgna, aby się nie ruszały, krępować, upokarzać, trzymać w ciemnościach, żywcem gotować, ćwiartować? Tego i teraz nie wolno robić człowiekowi, ale tych i innych okrucieństw doświadczają miliardy zwierząt. I my, Tomaszu, wprawdzie już wiemy, że są  r o z u m n e   i   c z u j ą, ale wciąż na to pozwalamy. Twierdziłeś, że rozumność jest tak naprawdę emanacją duszy. Cóż, nasza wiedza i wieki doświadczeń nie pozwalają nam zbyt łatwo wyrokować, co to jest dusza, jakie ma właściwości i jaki byt ją posiada. Im więcej się wie o świecie materialnym, tym trudniej o kategoryczność w sprawach metafizycznych.

W toku dziejów wymyśliliśmy natomiast, że to nie poziom rozumności żywych istot decyduje o tym, jak się wobec nich mamy zachowywać, ale to, czy można je skrzywdzić, zadać ból. A o bólu i jego rozmaitych rodzajach wiemy już tyle, że byś nie uwierzył! Wiemy też na pewno, że zwierzęta go czują.  

Ale, jeszcze o tej wyższości człowieka. Czy nie dał Ci, Tomaszu, do myślenia Kohelet, kiedy mówił: „…to samo tchnienie ożywia ludzi i zwierzęta. Człowiek więc nie przewyższa zwierzęcia, lecz wszystko jest marnością. Wszystko zmierza do tego samego miejsca: wszystko powstało z prochu i wszystko do prochu znów wraca. Skąd wiadomo, czy tchnienie istot ludzkich wznosi się do góry, a tchnienie zwierząt schodzi na dół, do ziemi?” (Koh 3, 19-21). Są i inne słowa, które mówią o podobnej kondycji ludzi i zwierząt, na przykład: „Ludzie i zwierzęta, bydło i trzoda, niech nic nie jedzą, niech się nie pasą i wody nie piją. Niech się obloką w wory i niech żarliwie wołają do Boga.” (Jon 7b-8a) Ciekawi nas, dlaczego uznałeś, że zwierzęta są gorsze, że bez reszty umierają? Skąd miałeś pewność, Tomaszu, że wymyślone, wyewoluowane przez Boga z takim „artyzmem” zwierzęta nie mają z Nim jakiejś komunikacji, nie dostąpią zbawienia, skoro Jezus wszystko pojednał ze sobą, a i Święty Jan w swojej wizji wszystko, co istnieje na ziemi i w niebie, widział wokół Tronu Baranka? (Ap 5,13). Ale tu muszę Cię pocieszyć. Nawet współcześnie niektórzy wybitni myśliciele mają podobną do Twojej pewność. Niestety, to się potem utrwala w potocznej percepcji i owocuje w niedobrych czynach ludzi.

Musisz wiedzieć, Tomaszu, że jednak niektórzy, wprawdzie wciąż nieliczni, współcześni nam teologowie, ale też nasz obecny papież Franciszek, podważają pogląd, jakobyśmy mogli robić ze zwierzętami, co chcemy. Wielu innych jednak próbuje ośmieszyć próby prawnej ochrony zwierząt, uzasadniane także wiarą, budując obronne mury. 

Nie, nie uważamy, że zwierzęta są podmiotem zachowań moralnych, ani że są w stanie budować z człowiekiem wspólnotę etyczną. Wystarczy, że będą przedmiotem naszej etyczności i solidarności. I nie jest też tak ważne, czy i jaką mają duszę, jaką dokładnie samoświadomość. Wystarczy nasza  świadomość, że cierpią przez człowieka, żeby stanąć w ich obronie. Wszystkich. Otwarcie i konkretnie. 

Niestety, Tomaszu, nasz Katechizm wciąż mówi Twoimi słowami: o służebności niemających duszy nieśmiertelnej zwierząt, i, jak to bywa ze słowami, tworzą one rzeczywistość, usprawiedliwiają. Zmieniło się wszystko: sytuacja zwierząt, nasza wiedza o nich, nasza duchowość, a Twoje słowa, zamrożone w doktrynie Kościoła, trwają. 

Wybacz, Tomaszu — z całym szacunkiem dla Twojego intelektu — przyszła pora, aby wyjąć moralność katolików w odniesieniu do zwierząt z teologicznej zamrażarki. Ogrzać współczuciem.
Z pewnością się nie obrazisz. 

Czekam z niecierpliwością na odpowiedź, a wraz ze mną wielka liczba, zwłaszcza młodych, szukających Boga ludzi.

Z wyrazami szacunku,

Barbara Niedźwiedzka z Grupy Kongresowej „Troska o stworzenie”

Szejk Dubaju

Zapytano założyciela Dubaju, Szejka Raszida, jak widzi przyszłość swojego kraju, a on odpowiedział:

– Mój dziadek jeździł na wielbłądzie, mój ojciec tak samo, ja jeżdżę mercedesem, mój syn land roverem, mój wnuk też będzie jeździł land roverem, ale mój prawnuk prawdopodobnie znowu pojedzie na wielbłądzie…

– Dlaczego?

– Jest kilka odwiecznych zasad, które rządzą wszystkim w życiu. Wiadomo, że trudne czasy kształtują silnych ludzi, silni mężczyźni tworzą dobre czasy, dobre czasy rodzą słabych, a słabi tworzą ciężkie czasy. Wielu nie zrozumie, ale dobrobyt w naszym kraju produkuje pasożyty, a nie bojowników życia…

***

Mądra myśl, która mnie od dawna zaprząta. Wreszcie pewnego czerwcowego poranka postanawiam przyjrzeć się bliżej temu zdjęciu i tej rozmowie.

I jakże prawdziwe okazuje się to przemyślenie.

Szejk Raschid bin Said Al Maktum (1912-1990) nie był wprawdzie jak podaje autor powyższej opowieści założycielem Dubaju, tylko ósmym jego władcą, słynnym myśliwym, którego specjalnością były polowania z sokołami. Wydawałoby się więc, że jest przykładem bajkowego wręcz władcy orientalnego, ale to właśnie on rozpoznał wyzwanie nowoczesności, to on zainicjował i umożliwił gospodarczy rozwój Dubaju i jest politycznym ojcem zarówno Zjednoczonych Emiratów Arabskich, jak i wspaniałego miasta, jakim stał się Dubai w ciągu sześciu ostatnich dziesięcioleci.

Szejk miał czterech synów, z których pierwszy już nie żyje, a trzeci rządzi obecnie Dubajem i jest wiceprzewodniczącym Zjednoczonych Emiratów.

To ten syn, jeden z synów, o których Rashid powiedział, że oni też będą jeździć land roverami. To ci, którzy żyją w dobrych czasach i są słabymi ludźmi.

Muhammad bin Raszid Al Maktum, urodzony w roku 1949, studiował w Cambridge, jest patronem fantastycznego projektu budowy najwyższego budynku na świecie – Burj Khalifa. Jest znanym dobroczyńcą i patronem wielu akcji kulturalnych. Ma sześć żon i 24 dzieci. Jedna z jego żon uciekła od niego z dziećmi, dwie córki też próbowały uciec, zostały złapane, zmuszone do powrotu do Dubaju i uwięzione w rodzinnym więzieniu.

Zza zasłon skrywających orientalną baśń o potędze i nieprzebranych bogactwach wyziera wykrzywiona maska okrutnika, prześladowcy kobiet i dzieci, człowieka odpowiedzialnego za uprowadzenia, tortury i śmierć członków swojej rodziny. W marcu 2021 roku szejk został przez sąd w Londynie zaocznie skazany, ale wypiera się wszystkiego i zapewne nigdy nie dosięgnie go sprawiedliwość.

Taka historia.

Rio Reiser

Ewa Maria Slaska


Am Samstag 12. Juni 2021 dh. gestern sollte Heinrichplatz in Kreuzberg in Rio Reiser Platz umgenannt werden. “Ganz Berlin” hat sich für den “Tag und Stund” auf dem Heinrichplatz verabredet, um dabei zu sein.

Die Umbenennung des Heinrichplatzes in Berlin-Kreuzberg in Rio-Reiser-Platz ist jedoch vor ein paar Tagen kurzfristig abgesagt. Wegen der Beschwerden aus der Nachbarschaft. Das Bezirksamt Friedrichshain-Kreuzberg bestätigte, dass noch die juristische Klärung abgewartet werden müsse. Die Protestler, die Punk Musiker, sind selber fans von Rio Reiser, sie betrachten jedoch die Platz-Umbenennung als erster Schritt Richtung Gentrifizierung und behaupten gar, der Musiker wäre selber an ihrer Seite.

Vielleicht haben sie gar recht. Eins ist sicher, ihm selber wäre die ganze Sache Wurscht.

Rio Reiser: Ein Leben für die Musik

Mit Ton Steine Scherben hat Rio Reiser in den 70ern die Republik aufgerüttelt – mit seinem Solo-Debüt “König von Deutschland” landete er in den 80ern einen Hit. Er lebte für die Musik – ein schnelles, wildes Leben.

von Simone Glöckler (Radio NDR)

Ralph Christian Möbius, so der bürgerliche Name von Rio Reiser, wird am 9. Januar 1950 in Berlin als jüngstes von drei Kindern geboren. Mit seinen Eltern zieht er oft um, wächst unter anderem in Mannheim, Stuttgart und Nürnberg auf. Die Musik packt ihn früh: Klein-Möbius sieht 1961 den Film “Ben Hur” und ist von der Filmmusik begeistert. Er beginnt am Klavier die Melodien des Komponisten Miklós Rósza nach Gehör nachzuspielen. Als er die Beatles 1963 zum ersten Mal im Radio hört, ist er fasziniert. Mit 14 Jahren ist er “tödlicher Fan” der Jungs aus Liverpool und ihrer neuen Art der Musik. Für ihn steht fest: Er selbst will nichts anderes als Musik machen und Songs schreiben. Mehrere Instrumente bringt er sich selbst bei.

Schule und Lehre geschmissen

Während sich der Sohn lieber mit Musik als mit Schule beschäftigt, muss die Familie wieder umziehen: nach Nieder-Roden nahe Frankfurt. In der hessischen Kleinstadt wird Ralph von einem Freund in “Rio” umgetauft und nennt sich fortan auch selbst so. Die Schule schmeißt er schließlich, ebenso eine Fotografenlehre – um sich ganz der Musik zu widmen. 12 Bilder Rio Reiser – der “König von Deutschland”

Hymne einer Generation: “Macht kaputt, was euch kaputt macht”

Im Januar 1966 lernt Rio den gleichaltrigen Gitarristen Ralph Peter Steitz kennen und wird von ihm als Sänger seiner Band engagiert. Aus dieser Begegnung wird eine lebenslange Freundschaft. Ein Jahr später folgt Rio seinen Brüdern nach Berlin und gründet mit ihnen später die Theatergruppe Hoffmanns Comic Theater. Rio ist Hauskomponist. Eines der Lieder aus dieser Zeit – “Macht kaputt, was euch kaputt macht” – wird später zur Hymne einer Generation. Obwohl er sich dem Theater verbunden fühlt, bleibt es sein Traum, eine Band auf die Beine zu stellen und deutsche Rockmusik zu machen.

Sommer 1970: Geburtsstunde der Band Ton Steine Scherben

Die Band Ton Steine Scherben räumt mit kompromisslosem Rock ordentlich ab.

Mit seinem Freund Steitz, dem Bassisten Kai Sichtermann und dem Schlagzeuger Wolfgang Seidel gründet Rio im Sommer 1970 die Band Ton Steine Scherben. Die Jungs treten im September beim “Love and Peace”-Festival auf der Ostseeinsel Fehmarn zum ersten Mal auf – und werden schlagartig bekannt. Bei der legendären Veranstaltung gibt Jimi Hendrix sein letztes Konzert. Für die neue anarchische Band um Rio beginnt der Aufstieg.

“Keine Macht für niemand”

Die erste Schallplatte “Warum geht es mir so dreckig” wird produziert und veröffentlicht. Es folgt 1972 die zweite LP mit dem Titel “Keine Macht für niemand” – und spätestens nach dieser Veröffentlichung kennt die Musiker, die sich ins Herz der linken Szene gespielt haben, fast jeder in Deutschland. Ihre Lieder sind in einer Zeit, in der die Terror-Organisation Rote Armee Fraktion von sich reden macht, der gewaltfreie Gegenpol. Sie sprechen vor allem den Jugendlichen aus der Seele.

Aufs Land nach Schleswig-Holstein

Das Rio-Reiser-Haus in Fresenhagen – hierhin zieht Reiser sich mit Musikerkollegen Mitte der 70er-Jahre zurück.

Um den Einflüssen der kommerziellen Musikbranche zu entgehen, gründen die Musiker von Ton Steine Scherben das Plattenlabel David Volksmund Produktion und veröffentlichen darüber ihre Alben. Privat zieht Rio mit Freunden und Band 1975 von Berlin nach Fresenhagen in Schleswig-Holstein, wo sie sich ein altes Bauernhaus kaufen. Im eigens eingerichteten Tonstudio schreibt und komponiert er mit seinen Kollegen verschiedene Theaterstücke und Filmmusik.

Aus Ralph Möbius wird Rio Reiser

Deutsche Texte und klare Worte für die linke Sache: Mit seiner Band Ton Steine Scherben und später auch als Solo-Musiker krempelte Rio Reiser den deutschen Rock in den 70ern und 80ern um.

Ein Film ist es auch, der Möbius in Reiser verwandelt: Für die Rolle des Johnny West im gleichnamigen Fernsehfilm möchte Rio Möbius seinen “zu sehr nach Arztroman” klingenden Nachnamen ablegen. Den neuen Namen entnimmt er dem Roman “Anton Reiser” von Karl Philipp Moritz. Für sein darstellendes Spiel erhält Rio Reiser 1977 den Bundesfilmpreis in Gold. Es folgen mehrere Filmrollen. Mit Ton Steine Scherben bringt er zwei weitere Alben heraus: “Wenn die Nacht am tiefsten” und “IV”, auch bekannt als “Die Schwarze”.

Rio Reiser arbeitet nicht nur für seine Band, er textet und komponiert auch Lieder für andere Musiker und gibt Ende 1983 ein erstes Solo-Konzert. Auf Kampnagel in Hamburg sitzt Reiser allein am Flügel und singt Stücke von Marlene Dietrich, den Rolling Stones und eigene Kompositionen. Zwei Jahre später, 1985, trennen sich Ton Steine Scherben und Reiser beginnt seine Solo-Karriere.

Ein missverstandener König

Mit “König von Deutschland” landet Rio Reiser einen Riesenhit.

Das Jahr 1986 wird für ihn das musikalisch erfolgreichste seiner Solo-Karriere. Mit Liedern wie “Alles Lüge” und “Junimond” von seiner ersten Veröffentlichung “Rio I.” katapultiert er sich in die deutschen Charts. Sein erfolgreichster Song dieses Albums, “König von Deutschland”, wird von da an mit ihm in Verbindung stehen: Der von der Presse neu ernannte “Volkssänger” landet damit seinen größten Hit.

Ein Jahr später tritt Rio Reiser der Anti-AKW-Bewegung bei und lässt seinen Song “Alles Lüge” für die Grünen als Wahlkampflied zu. Der rastlose Künstler veröffentlicht zwei weitere Solo-Alben. Diese können kommerziell nicht an den Erfolg der ersten Platte anknüpfen, doch Reiser arbeitet unermüdlich weiter. Er komponiert wieder Filmmusik, unter anderem auch für einen “Tatort”, übernimmt kleinere Rollen in Fernsehfilmen und schreibt für die Stadt Unna 1989 eine Oper.

“König von Deutschland” als Wahlkampf-Song der PDS

Um kurz darauf seinem Unmut über die Art und Weise der Wiedervereinigung Ausdruck zu verleihen, tritt der Sänger 1990 in die PDS ein, da er sich schon “immer für Außenseiter eingesetzt habe”, und erlaubt der Partei, seinen “König von Deutschland” für den Wahlkampf zu benutzen. Für einige Zeit ist das Stück unbeliebt und wird von Radiosendern boykottiert. Der Sänger kann sich aber auch ohne Radio Gehör verschaffen. Es folgen weitere Konzerte mit seinen Freunden und ehemaligen Kollegen aus der Zeit der Ton Steine Scherben, alleine am Flügel in der “Mitternachtsshow” des Hamburger Schmidt Theaters oder als Gast in diversen Talk-Shows.

Gesundheitliche Probleme – Der König tritt ab

In den 90er-Jahren geht es Rio Reiser gesundheitlich nicht gut – trotzdem macht er weiter.

Sein unermüdlicher Arbeitseinsatz für die Musik und vermehrter Alkoholkonsum machen sich ab 1992 bemerkbar. Trotz beginnender körperlicher Schwäche veröffentlicht Rio Reiser weitere Platten. Als 1995 seine sechste und letzte erscheint, schreibt ein Musikjournalist des Magazins “Rolling Stone”: “Niemand in Deutschland schreibt so wahre, aufrichtig-radikale und nachzuempfindende Texte wie dieser melancholische Spielmann.” Dem letzten Album entstammt auch wieder ein “Tatort”-Song zur Folge “Im Herzen Eiszeit”, in der Reiser in einer Hauptrolle zu sehen ist.

Reiser stirbt mit 46 Jahren

Im Mai 1996 begibt sich der Musiker gegen ärztlichen Rat noch einmal auf Deutschland-Tour, doch die muss er abbrechen. Körperlich total ausgelaugt, kehrt er nach Fresenhagen zurück und stirbt dort am 20. August 1996 an Kreislaufversagen und inneren Blutungen. Unzählige trauernde Fans nehmen gemeinsam mit Musikerkollegen am 1. September 1996 im Berliner “Tempodrom” beim “Konzert der Freunde” Abschied.

Der Einfluss Reisers auf die heutige Musikwelt zeigt sich unter anderem in den erfolgreichen Interpretationen der Lieder durch Jan Plewka. Der Frontmann der Hamburger Band Selig ist immer wieder mit seinem Rio-Reiser-Programm unterwegs, “weil Rio Visionen bis über seinen Tod hinaus hatte. Seine Texte, Melodien und Utopien für Menschlichkeit und Gerechtigkeit werden diese Welt überleben.” Plewka trägt sie weiter. Zum 70. Geburtstag würdigt auch das Berliner Bezirksamt Friedrichshain-Kreuzberg den ehemaligen Hausbesetzer. Der Heinrichplatz wird demnächst in Rio-Reiser-Platz umbenannt.

Nun ja, er wird zuerst nicht umbenannt. Obwohl er schon umbenannt wurde. Junimond ist nun aber ein Junimond:

Worldwide Reading for the Dead of the Pandemic on September 5th 2021

CALL

The international literature festival berlin [ilb] calls on individuals, schools, universities, cultural institutions and media to participate in a Worldwide Reading for the Dead of the Corona Pandemic on September 5, 2021. The reading is intended to commemorate those who died in the pandemic.
For more than a year, the world has been in the grip of the pandemic. Nearly three million people worldwide have died from Covid-19. Not a day goes by when we are not confronted with statistics and curves on current deaths and illnesses. Yet, it often remains abstract numbers.

The individual person and the individual stories behind them are hardly present in the public perception. Illness, death and grief have become largely invisible due to precautionary measures. Many people die alone, behind closed doors, and are buried in small circles. In many cases, there is no way for relatives and friends to say goodbye – and if they do, it is at a distance or in a digital setting. 

Literature has the potential to give expression to this situation, to counter isolation at least through reception. It finds narratives away from the everyday images of horror, tells of loss from different perspectives, and helps to make the incomprehensible tangible, the intangible comprehensible.
Readings can take place anywhere, including privately in a small circle, in a school, in a cultural institution or on the radio. People who would like to participate with a reading on September 5, 2021 are asked to send us the following information: Organizers, venue, time, participating actors, event language, link to your website if applicable.
The email address is: worldwidereading@literaturfestival.com

The ilb has published first texts for the reading on the website, further are following soon in various languages. All readings will be announced there and on social media.
Weltweite Lesung für die Toten der Pandemie am 5. September 2021
Aufruf

Das internationale literaturfestival berlin [ilb] ruft Einzelpersonen, Schulen, Universitäten, Kultureinrichtungen und Medien dazu auf, sich am 5. September 2021 an einer Weltweiten Lesung für die Toten der Pandemie Corona zu beteiligen. Mit der Lesung soll an die Toten der Pandemie erinnert werden.

Seit mehr als einem Jahr wird die Welt von der Pandemie heimgesucht. Fast drei Millionen Menschen sind weltweit an Covid-19 gestorben. Kein Tag vergeht, an dem wir nicht mit Statistiken und Kurven über aktuelle Todesfälle und Krankheiten konfrontiert werden. Doch oft bleiben es abstrakte Zahlen. Der einzelne Mensch und die individuellen Geschichten dahinter sind in der öffentlichen Wahrnehmung kaum präsent. Krankheit, Tod und Trauer sind durch Vorsichtsmaßnahmen weitgehend unsichtbar geworden. Viele Menschen sterben allein, hinter verschlossenen Türen, und werden im kleinen Kreis beerdigt. In vielen Fällen gibt es für Angehörige und Freunde keine Möglichkeit, sich zu verabschieden – und wenn doch, dann aus der Ferne oder in einem digitalen Umfeld.

Literatur hat das Potenzial, dieser Situation Ausdruck zu verleihen, der Isolation zumindest durch Rezeption entgegenzuwirken. Sie findet Erzählungen abseits der alltäglichen Schreckensbilder, erzählt vom Verlust aus verschiedenen Perspektiven und hilft, das Unfassbare greifbar zu machen.

Lesungen können überall stattfinden, auch privat im kleinen Kreis, in einer Schule, in einer Kultureinrichtung oder im Radio. Menschen und Institutionen, die sich mit einer Lesung am 5. September 2021 beteiligen möchten, werden gebeten, uns folgende Informationen zukommen zu lassen: Organisator*innen, Ort, Zeit, teilnehmende Akteure, Veranstaltungssprache, ggf. Link zu Ihrer Website.

Die E-Mail Adresse lautet: worldwidereading@literaturfestival.com

Das ilb hat erste Texte für die Lesung auf der Website veröffentlicht, weitere folgen bald in verschiedenen Sprachen. Die Lesungen werden dort und in den sozialen Medien angekündigt.

#GlobalScream #Globalny Krzyk #AufschreiGlobal

Globalny Krzyk to akcja artystyczna i performance polityczny polegający na minucie krzyku kobiet w określonej intencji, stworzony przez przez polską artystkę i aktywistkę Annę Krenz z kolektywu Dziewuchy Berlin (www.dziewuchyberlin.org) w 2019 roku. (https://www.dw.com/en/my-body-my-choice-anna-krenz/av-56776102)

Akcja powstała jako propozycja na obchody Międzynarodowego Dnia Kobiet w 2019 roku dla niemieckiego Feministycznego Strajku Kobiet (Feministischer Frauen*Streik). Podczas zjazdu organizacyjnego 17 lutego 2019 roku w Berlinie propozycja została przedstawiona i przyjęta w głosowaniu większością głosów jako jedna z głównych akcja Feministycznego Strajku w Niemczech (obok akcji #IchStreike również zaproponowanej przez Annę Krenz / Dziewuchy Berlin). Akcja #GlobalScream po raz pierwszy odbyła się 8 marca 2019 roku w Berlinie i innych niemieckich miastach, w niektórych miejscach w Polsce (Poznań – Black Venus Protest, Kraków – Siostry Rzeki), Danii, Belgii czy Afryce Zachodniej. W samym Berlinie, krzyczało 25.000 osób (https://kommon.jetzt/globalscream-womenstrike-2019-berlin-2/).

W 2020 roku akcja ponownie przeprowadzona była w Berlinie i innych miastach podczas Międzynarodowego Dnia Kobiet (https://frauenstreik.org/event/aufschreiglobal-global-scream-globalnykrzyk/) (https://www.neues-deutschland.de/artikel/1134009.frauentag-ein-schrei-aus-tausenden-kehlen.html ) (https://www.altersdiskriminierung.de/themen/artikel.php?id=10972&search=Streik&searchin=all), na przykład w Norymberdze o godzinie 17.00 (https://femstreiknbg.home.blog/2020/03/11/8-marz-20-feministischer-sitzstreik-demonstration/) lub we Freiburgu (https://www.badische-zeitung.de/suedwest-1/um-17-uhr-aufschrei–167469460.html)

28 września 2020 Safe Abortion Day Foto Oliver Feldhaus

Koncepcja

Kolektyw Dziewuchy Berlin zainicjował #GlobalnyKrzyk jako symboliczną, ale i realną akcję solidarności kobiet ponad granicami, w której każda osoba może wziąć udział, bez względu na różnice ideologiczne, narodowość, język, wyznanie czy płeć.

Globalny Krzyk powstał również jako próba zjednoczenia podzielonego środowiska feministycznego w Berlinie w Międzynarodowy Dzień Kobiet. Tego dnia odbywają się dwa różne marsze, organizowane przez dwa kolektywy: Frauen*Kampftag i Alliance of Internationalist Feminists, które mają różne programy, ideologie i trasy przemarszów. (https://berlinlovesyou.com/anna-krenz/)

Dzięki symbolicznej akcji przeprowadzonej o tej samej godzinie uczestniczki obu marszy mogły zrobić coś wspólnie, choć znajdowały się w różnych miejscach – krzyczały przez minutę, razem choć osobno, a każda z osobistych powodów.

Z opisu akcji: „Global Scream jest kobiecym krzykiem wściekłości, gniewu, żalu a może i radości – każda z nas zna te emocje, nawet jeśli ich przyczyny są różne. I każda może krzyczeć. Nie musimy nawet mówić tym samym językiem, aby stać się jednym głosem. Głosem kobiet.
Krzyk staje się rodzajem katharsis, który wyzwala emocje. Fizycznie krzyk zamienia nasze negatywne emocje na pozytywne, a tlen uwalnia moc i energię.
Oddajemy nasz głos! Jesteśmy kobietami, jesteśmy wściekłe i nie poddamy się! Wszystkie kobiety razem!

To tylko minuta dla kobiety, ale globalny krzyk dla kobiet świata!
Będziemy głośno!
Dołącz do nas! Podnieś głos!” (Anna Krenz / Dziewuchy Berlin)

Hashtag

Globalny Krzyk posługuje się hashtagami: #GlobalScream, #AufschreiGlobal, #GlobalnyKrzyk, #ElGritoGlobal. Niemiecka wersja nazwy jest nawiązaniem i ukłonem w kierunku hasła #Aufschrei, spopularyzowanego przez niemiecką feministkę Anne Wizorek 23 stycznia 2013 roku na Twitterze (https://de.wikipedia.org/wiki/Aufschrei#). Była to reakcja na seksistowskie wypowiedzi polityków w niemieckich mediach i zapoczątkowała lawinę komentarzy w mediach społecznościowych – dotycząych doświadczeń seksizmu w życiu codziennym. Hashtag #Aufschrei był niemieckim odpowiednikiem hashtagu #MeToo, który powstał kilka lat później – w 2017 roku (https://www.augsburger-allgemeine.de/themenwelten/leben-freizeit/Chauvinimus-Debatte-MeToo-wir-alle-der-neue-Aufschrei-id43026451.html)

Kolejne performance Globalny Krzyk (#GlobalScream)

Kolektyw Dziewuchy Berlin (https://www.exberliner.com/features/zeitgeist/poland-abortion-protests/) organizuje Globalny Krzyk w Berlinie i współorganizuje akcje w innych krajach. Wybrane przykłady:

“Wir leben Widerstand! Für ein Ende der Gewalt gegen Frauen*” / Dość! Stawiamy opór!

Dziewuchy Berlin wzięły udział w Proteście na rzecz zaprzestania przemocy wobec kobiet*” 16.11.2019 na Hermannplatz w Berlinie i przeprowadziły akcję #GlobalScream.

(https://www.youtube.com/watch?v=05PxlO_CR6I)

Dzień BezpiecznejAborcji 2020

W Międzynarodowy Dzień Bezpiecznej Aborcji 28 września 2020 pod Bramą Brandenburską Dziewuchy Berlin zorganizowały protest i performance „Voices“, którego częścią była mobilna instalacja Ambasada Polek (Botschaft der Polinnen*) i Globalny Krzyk. Na proteście głos zabrały członkinie organizacji jak Ni una menos Berlin, Berlin-Ireland Pro Choice Solidarity czy Bündnis für sexuelle Selbstbestimmung.

(https://www.dziewuchyberlin.org/2020/09/30/28-9-2020-voices-botschaft-der-polinnen-performance/) (https://www.sexuelle-selbstbestimmung.de/15893/pressemitteilung-berlin-feiert-den-internationalen-safe-abortion-day/)

CZARNY SPACER, czyli nigdy nie będziesz szła sama

Marsz solidarności z kobietami w Polsce, zorganizowany przez kolektyw Dzieuwchy Berlin w ramach Krwawych Tygodni, który odbył się 5 listopada 2020, prowadził z Bebelplatz do Bramy Brandenburskiej, gdzie zakończył się Globalnym Krzykiem.

(https://www.dziewuchyberlin.org/2020/11/03/2-bloody-week-5-11-2020-czarny-spacer-black-walk-you-will-never-walk-alone/)

GlobalScream w Brukseli

Kongres Kobiet w Brukseli i Black Brussels Balloons zorganizowały protest 25 listopada 2020 “Protest #SolidarityWithPolishWomen – Manif de soutien“, którego częścią był Globalny Krzyk (https://www.facebook.com/events/400180964501763/)

Protest “Hańba! Schande! Disgrace! Soli demo with Polish women”

Po opublikowaniu przez Trybunał Konstytucyjny wyroku dotyczącego zakazu aborcji z powodu wad letalnych płodu, Dziewuchy Berlin zorganizowały protest solidarności z Polkami na Placu Paryskim, którego częścią był Globalny Krzyk.

(https://www.dziewuchyberlin.org/2021/01/30/31-1-2021-hanba-schande-disgrace-soli-demo-with-polish-womxn/);

Międzynarodowy Dzień Kobiet 2021

Na demonstracji zorganizowanej wspólnie z Omas Gegen Rechts Berlin na Nettelbeckplatz w Berlinie, Dziewuchy Berlin zorganizowały performance z manifestem „Jesteśmy Istotne“ oraz poezją poznańskiej aktywistki zamordowanej podczas II Wojny Światowej w więzieniu w Ploetzensee w Berlinie – Ireny Bobowskiej (https://www.dziewuchyberlin.org/2021/03/11/irena-bobowska-die-vergessene-heldin-zapomniana-bohaterka/). Częścią performance był Globalny Krzyk.

Więcej linków:

#AufschreiGlobal / #GlobalScream / #GlobalnyKrzyk 2019:

“8M in Berlin” (in spanish) / von Radosveta Strumenlieva >>>

“O prawach kobiet w Polsce i w Niemczech: Anna Krenz i Anna Czechowska” – Radio COSMO Po Polsku >>>

Global Scream –  video by kommon.jetzt/

Berlin: “Um 17 Uhr soll es eine Aktion geben, die auch diejenigen anspricht, die weniger gut Deutsch sprechen: Beim „globalen Aufschrei“ soll durch Schreien auf Arbeitskämpfe, fehlenden Klimaschutz oder Kinderbetreuung aufmerksam gemacht werden.” taz.de >>>

Leipzig: “Dort findet um 17 Uhr der globale Aufschrei statt: Wir werden bundesweit 100 Sekunden schreien, um darauf aufmerksam zu machen, dass Frauen* und Queers jeden Tag 100 Minuten mehr arbeiten müssen, um das gleiche zu verdienen wie Männer. ” kreuzer-leipzig.de >>>

Stuttgart: Internationaler Frauentag in Stuttgart / StN.de >>>

Hamburg: “Um 17 Uhr startete die Demo „Ohne uns steht die Welt still“ mit dem „globalen Aufschrei“, der bundesweit mit Trillerpfeifen, Töpfen etc. durchgeführt wurde. Die Demonstration kam auf halber Strecke mit der Demonstration des Pflegebündnisses zusammen. Insgesamt waren 10.000 Menschen auf den Straßen”. anfdeutsch.com >>>

Halle: “Kreative Protestformen wie ein globaler Aufschrei, die Niederlegung der Erwerbs- und Hausarbeit, Fahrraddemos, Performances zeigen, dass der Unmut unter den Frauen* wieder zunimmt und vielfältige Ausdrucksformen findet.”  www.hallelife.de >>>

Bonn: „Wir schreien 100 Sekunden für die 100 Minuten, die Frauen in Deutschland pro Tag unbezahlt mehr arbeiten“ www.rundschau-online.de >>>

“Internationaler Frauenkampftag am 8. März: Aktionsformen vom kollektiven Aufschrei bis zum diskreten Bummelstreik” www.jungewelt.de >>>

Zacznijmy od edukacji

Interview auf Deutsch:

Andrzej Grajewski rozmawia z profesorem Robertem Trabą o polsko-niemieckich podręcznikach do nauki historii

Andrzej Grajewski: Szefowa berlińskiego oddziału Instytutu Pileckiego Hanna Radziejowska zwróciła niedawno uwagę, że w ośmiu przeczytanych przez nią niemieckich podręcznikach do historii nie było słowa o terrorze i zbrodniach na polskiej inteligencji i ludności cywilnej, o powstaniu warszawskim, Polskim Państwie Podziemnym i rządzie na emigracji. Czy ten opis odpowiada prawdzie?

Prof. Robert Traba: Dziwi mnie, że zaczynamy rozmowę od wypowiedzi o faktach powszechnie znanych, pomijamy zaś milczeniem zamknięcie historycznego projektu pierwszego wspólnego polsko-niemieckiego podręcznika do nauczania historii. O mankamentach niemieckich podręczników publicznie mówiłem wielokrotnie, korzystając m.in. z analizy treści blisko 40 spośród nich. Wskazywaliśmy na brakujące w nich elementy opisu niemieckiej okupacji, eksterminacji polskich elit czy funkcjonowania Polskiego Państwa Podziemnego.

Wydarzeniem na skalę międzynarodową jest fakt, że wysiłkiem dwóch rządów przygotowywany był wspólny podręcznik. Zastanawiam się, dlaczego dzień po zakończeniu tego projektu PAP – główne medium informacyjne – wysyła do opinii publicznej wiadomość, że w sprawach podręcznikowych nic się nie zmieniło. Jakby komuś chodziło o sabotowanie naszej pracy, wykonanej, podkreślam, na zlecenie polskiego rządu.

Mówimy o podręczniku „Europa. Nasza historia/Europa – Unsere Geschichte”. W jakich okolicznościach powstał?

To wielki, realizowany od 12 lat projekt, którym kierowały ze strony państwa polskiego trzy ministerstwa oraz powołana do nadzoru merytorycznego Wspólna Polsko-Niemiecka Komisja Podręcznikowa. Żaden z kolejnych rządów tego projektu nie przerwał, zapewniając biorącym w nim udział ekspertom pełną wolność i niezależność. Dodam, że w 2012 r. opracowaliśmy „Zalecenia”, które w sposób zasadniczy zmieniają sposób opowiadania dziejów Polski i Niemiec. Wszystkie zostały zrealizowane w tym wspólnym, wspieranym przez oba rządy podręczniku.

Jaki jest status tego podręcznika?

Został zatwierdzony do użytku przez konferencję ministrów oświaty Niemiec. Nie ma federalnego ministerstwa oświaty, gdyż to kompetencja poszczególnych landów. Podręcznik został uznany w 15 landach, poza Bawarią, która stwierdziła, że za mało jest w nim elementów bawarskich. Pozostawię to bez komentarza. Ponieważ IV tom został zamknięty dopiero w czerwcu br., w Polsce trwa proces recenzyjny wszystkich czterech tomów, aby dopuścić go oficjalnie do nauki historii w polskich szkołach. Osobiście wierzę w pozytywne jego zakończenie. Mam nadzieję, że władze w obu krajach wesprą jego używanie. Akceptację dokonaną przez nauczycieli będziemy mogli ocenić dopiero za rok, kiedy będzie miał szansę jako całość wejść do użytku w szkołach. Żaden nauczyciel nie podejmie się używania podręcznika, jeśli nie ma kompletu, a ten stan osiągnęliśmy dopiero teraz.

Dalej: https://www.gosc.pl/doc/6655132

***
Robert Traba, historyk i politolog. Od roku 2007 do grudnia br. był współprzewodniczącym Wspólnej Polsko-Niemieckiej Komisji Podręcznikowej. W latach 2006–2018 kierował Centrum Badań Historycznych PAN w Berlinie. Obecnie profesor w Instytucie Studiów Politycznych PAN w Warszawie.

Wspólna Polsko-Niemiecka Komisja Podręcznikowa

Kommentarz profesora Michaela Müllera

Europa – unsere Geschichte. Ein Schulbuch für Deutsche, Polen und Europäer

Das in deutsch-polnischer Zusammenarbeit gerade fertiggestellte vierbändige Unterrichtswerk zur europäischen Geschichte ist das weltweit zweite in transnationaler Kooperation erarbeitete Schulbuch – und (hoffentlich!) das erste, das in der schulischen Unterrichtspraxis auch wirklich breit genutzt werden wird, in Polen, in Deutschland, vielleicht auch anderswo in Europa.

Das Projekt hat wiederum seine eigene Geschichte. Es geht zurück auf die langjährige Arbeit der Gemeinsamen Deutsch-Polnischen Schulbuchkommission der Historiker und Geographen. Im Blick auf deren Erfahrungen und Kompetenzen haben die Außenminister Polens und Deutschlands unserer Kommission 2007 den Auftrag erteilt, ein gemeinsames Schulbuch für Geschichte zu erarbeiten. Das geschah dann in mehreren Stufen. Bis 2012 untersuchten Expert*innengruppen, welche Anforderungen ein solches Schulbuch in beiden Ländern je erfüllen mussten, und sie erarbeiteten genaue Empfehlungen für die inhaltliche und didaktische Gestaltung. 2012 wurden aufgrund einer öffentlichen Ausschreibung zwei Verlage mit der Realisierung beauftragt – der deutsche Verlag Eduversum und der bekannte polnische Schulbuchverlag WSiP (Wydawnictwo Szkolne i Pedagogiczne). Dann begann die Arbeit der deutsch-polnischen Autor*innenteams, unterstützt vom Expertenrat unserer Kommission. So wurden zwischen 2016 und 2020 sukzessive die vier Bände fertiggestellt.

Unsere Ziele werden in der Ansprache an die Schülerinnen und Schüler auf der Auftaktseite zu Bd. 1 erklärt. Es geht darum, dass junge Menschen „die europäische Geschichte aus verschiedenen Blickwinkeln“ kennen lernen, Wichtiges über die Geschichte auch unserer Nachbarn erfahren – und dadurch eben ein Verständnis dafür entwickeln, dass die europäischen Gesellschaften sehr unterschiedliche historische Erfahrungen gemacht haben, diese Erfahrungen zugleich aber immer eng miteinander verflochten waren.

Geschichte ist nicht einfach ein Archiv gesicherten Wissens über die Vergangenheit, schon garnicht etwas, was man in einer authoritativen, „objektiven“ Erzählung über Europa darstellen könnte. Es gibt Tatsachen (Ereignisse, Strkturen, Wandlungsprozesse), die genau zu rekonstruieren und zu dokumentieren die Aufgabe der Historiker*innen ist; sie sind dabei dem Prinzip der Objektivität und Wahrhaftigkeit verpflichtet. Eine ganz andere Sache ist jedoch, wie einzelne europäische Gesellschaften/Nationen, einzelne regionale, kulturelle und soziale Gruppen, ja auch einzelne Menschen die „große“ Geschichte je erfahren haben bzw. sich daran erinnern.

Jene „große“ Geschichte stellte und stellt sich den Menschen in Europa in Erfahrung und Erinnerung auf sehr unterschiedliche Weise dar. Es macht zum Beispiel einen gewaltigen Unterschied aus, ob man den deutschen Eroberungs- und Vernichtungskrieg gegen Polen im Jahr 1939 aus der Perspektive der Tausende zählenden Opfer unter der polnischen Zivilbevölkerung und deren Nachkommen wahrnimmt oder aus der der damals noch kaum vom Krieg betroffenen deutschen Bevölkerung. Ebenso macht es aber einen gewaltigen Unterschied aus, ob man die Erfahrungen von Flucht, Vertreibung und Zwangsumsiedlung aus den ehemaligen deutschen Ostgebieten in den Jahren 1944/45 aus der Perspektive der betroffenen Deutschen oder aus der der polnischen Nachkriegsgesellschaft sieht. Dass Nationen, besondere Gruppen und auch Einzelne unterschiedliche historische Erinnerungen haben, ist legitim und sozusagen natürlich. Ebenso natürlich ist, dass sich an die jeweiligen kollektiven Erinnerungen sehr unterschiedliche Deutungen der Vergangenheit knüpfen – wenn auch nicht alle dieser Deutungen „legitim“ erscheinen mögen oder zumindest kontrovers sind.

Lernen über Geschichte muss in jedem Fall aber auf selbständiger, kritischer Urteilsbildung beruhen. Dem entspricht das Angebot verschiedener didaktischer Bausteine in dem Schulbuch. Neben der konventionellen Fakteninformation (Ereignisse, Strukturen, Begriffserklärungen) werden unter dem Stichwort „Blickwinkel“ unterschiedliche Deutungen der Vergangenheit miteinander konfrontiert. Sogenannte Methodenseiten geben Anleitung zum kritischen Umgang mit Quellen und Sekundärinformationen. Unter der Rubrik „Vergangenheit in der Gegenwart“ wird auf Spuren der Geschichte in unserer heutigen Lebenswelt aufmerksam gemacht und zu deren kritischer Wahrnehmung angeregt.

Die Initiator*innen und Verfasser*innen des vierbändigen Schulbuchs wünschen sich sich, dass es einen Beitrag zur Entwicklung einer Kultur der dialogischen Erinnerung in Europa leisten kann. Damit es dazu kommen kann, braucht es aber – wie Robert Traba (polnischer Ko-Vorsitzender der Deutsch-Polnischen Schulbuchkommission bzw. der Projektgruppe Schulbuch) zurecht angemerkt hat – nicht nur wechselseitige Empathie, sondern auch die Bereitschaft, die „Polyphonie der nationalen Erinnerungskulturen“ als „dialogbereichernd“ anzuerkennen.

***

Michael G. Müller, Professor für Geschichte an der Martin-Luther-Universität Halle, ehemaliger Ko-Vorsitzender der Gemeinsamen Deutsch-Polnischen Schulbuchkommission und Ko-Vorsitzender des Expertenrats für die Projektgruppe Deutsch-Polnisches Schulbuch

Japan’s Love-Hate Relationship With Cats (reblog)

Suggested by Konrad

Zak Davisson in Smithonian

Japan loves cats. A quick glance at anything related to Japanese pop culture will show you this: Hello Kitty. Cat cafes. Wearable electronic cat ears that respond to your emotional state. Massively popular comics like What’s Michael? and A Man and His Cat. The popular tourist destination Gotokuji, a temple in the Setagaya ward of Tokyo that claims to be the original home of the ubiquitous Maneki Neko, the “Lucky Cat.” The famous cat shrine Nyan Nyan Ji in Kyoto that has an actual cat monk with several kitty acolytes.

Cats are everywhere in Japan. While it is easy to see they are well-loved, Japan also fears cats. The country has a long, often terrifying history of folklore involving monstrous supernatural cats. Japan’s magic catlore is wide and deep—range from the fanciful, magical shapeshifters (bakeneko) to the horrendous demonic corpse-eaters (kasha). That’s where I come in.

Edo period Bakeneko.jpg
Edo period Bakeneko (Wikimedia)

I began researching Japan’s catlore while working on the comic book Wayward from Image comics. Written by Canadian Jim Zub with art by Japan-based American penciler Steve Cummings and American colorist Tamra Bonvillain, Wayward was a classic story of shifting societal beliefs that tackled the age-old question of whether man creates gods or gods create man. It pitted Japan’s folkloric yokai against rising young powers that would supplant them. One of our main characters was Ayane, a magical cat girl of the type known as a neko musume. Ayane was built of cats who come together in a mystical merger to create a living cat avatar.

As a Japan consultant, my job on Wayward was to create supplemental articles to complement the stories. This meant I researched and wrote about things as varied as Japan’s police system, the fierce demons called oni, and the fires that ravaged Tokyo between 1600 and 1868. And, of course, magic cats. I researched Japan’s catlore to incorporate in Ayane’s character. Normally, my work was one-and-done: As soon as I finished with one topic, I moved onto the next. But cats, well… I guess you could say they sunk their claws into me—and they haven’t let go yet.

Sawaki Sushi Nekomata.jpg
Sawaki Sushi Nekomata (Wikimedia)

Studying folklore means following trails as far as you can go with the understanding that you’ll never reach your destination. The further back you peel the layers of time, the mistier things become. You leave what you can prove and enter that nebulous realm of “best guess.”

Take the fact that cats exist in Japan at all. No one knows exactly when and how they got there. The “best guess” is that they traveled down the silk road from Egypt to China and Korea, and then across the water. They came either as ratters guarding precious Buddhist sutras written on vellum, or as expensive gifts traded between emperors to curry favor. Most likely both of these things happened at different times.

Bakenko prostitutes.jpg
Bakenko prostitutes (Wikimedia)

But for our first confirmed record of a cat in Japan—where we can confidently set a stake in the timeline and say “Yes! This is unquestionably a cat!”—we must turn the dusty pages of an ancient diary.

On March 11, 889 CE, 17-year-old Emperor Uda wrote:

On the 6th Day of the 2nd Month of the First Year of the Kampo era. Taking a moment of my free time, I wish to express my joy of the cat. It arrived by boat as a gift to the late Emperor, received from the hands of Minamoto no Kuwashi.

The color of the fur is peerless. None could find the words to describe it, although one said it was reminiscent of the deepest ink. It has an air about it, similar to Kanno. Its length is 5 sun, and its height is 6 sun. I affixed a bow about its neck, but it did not remain for long.

In rebellion, it narrows its eyes and extends its needles. It shows its back.

When it lies down, it curls in a circle like a coin. You cannot see its feet. It’s as if it were circular Bi disk. When it stands, its cry expresses profound loneliness, like a black dragon floating above the clouds.

By nature, it likes to stalk birds. It lowers its head and works its tail. It can extend its spine to raise its height by at least 2 sun. Its color allows it to disappear at night. I am convinced it is superior to all other cats.

Bakeneko party.jpg
Bakeneko party (Public Domain)

As you can see, be they emperor or peasant, cat owners have changed little over the millennia. I will tell anyone who will listen that my cat (the monstrous beauty of a Maine coon called Shere Khan with whom I coexist in constant balance between pure love and open warfare) is superior to all other cats.

While cats were initially traded as priceless objects in Japan, unlike gold or gems or rare silks, these treasures were capable of doing something other valuables could not—multiplying. Cats made more cats. Over the centuries, cats bred and spread until by the 12th century they were common all over the island.

That was when they began to transform.

Toriyami Sekein Kasha.jpg
Toriyama Sekein Kasha (Public Domain)

Japan has long held a folk belief that when things live too long, they manifest magical powers. There are many old stories explaining why this is true of foxes, tanuki, snakes, and even chairs. However, cats seem to be somewhat unique in the myriad powers they can manifest—and their multitude of forms. Perhaps this is because they are not indigenous to Japan. Whereas Japanese society evolved alongside foxes and tanukis, cats possess that aura of coming from outside the known world. Combine that with cats’ natural mysterious nature, their ability to stretch to seemingly unnatural proportions, how they can walk without a sound, and their glowing eyes that change shape in the night, and it’s the perfect recipe for a magical animal.

The first known appearance of a supernatural cat in Japan arrived in the 12th century. According to reports, a massive, man-eating, two-tailed cat dubbed the nekomata stalked the woods of what is now the Nara prefecture. The former capital of Japan, Nara was surrounded by mountains and forests. Hunters and woodsman regularly entered these forests around the city for trade. They knew the common dangers; but this brute monster was far beyond what they expected to encounter. According to local newspapers of the time, several died in the jaws of the nekomata. Massive and powerful, they were more like two-tailed tigers than the pampered pets of Emperor Uda. In fact, the nekomata may have actually been a tiger. There’s speculation today that the nekomata legends sprang from an escaped tiger brought over from China, possibly as part of a menagerie, or it was some other animal ravaged by rabies.

Maneki neko.jpg
Maneki neko (Wikimedia)

With the close of the 12th century, stories of the nekomata and supernatural felines went quiet for several centuries. Then came the arrival of the Edo period, when Japan’s magical cat population truly exploded.

Beginning around 1600, the country experienced a flowering of art and culture. Kabuki theater. Sushi. Ukiyoe wood block artists. Geisha. The first printing presses in Japan. All of these Edo period phenomena led to a flourishing industry of reading material for all classes—in many ways, a forerunner of manga. And as writers and artists soon found out, the country was hungry for tales of magic and Japanese monsters called yokai. Any work of art or theatrical play tinged with supernatural elements became a sure-fire hit.

In this golden age, a new species of supernatural cat appeared—the shape-changing bakeneko. As Japan urbanized, cat and human populations grew together. Now, cats were everywhere; not only as house pets and ratters but as roving strays feasting off the scraps from the new inventions of street sushi and ramen stands. And with them stories followed of cats able to transform into human shape. Japanese houses were mostly lit by fish oil lamps. Cats love to lap the oil, and at night, in the glowing lamplight, they cast huge shadows on the walls, seemingly morphing into massive creatures standing on their hind legs as they stretched. According to lore, cats who lived preternaturally long evolved into these bakeneko, killed their owners and took their place.

Not all bakeneko were lethal, however. Around 1781, rumors began to spread that some of the courtesans of the walled pleasure districts in the capital city of Edo were not human at all, but rather transformed bakeneko. The idea that passing through the doors of the Yoshiwara meant a dalliance with the supernatural held a delicious thrill to it. Eventually, these stories expanded beyond the courtesans to encompass an entire hidden cat world, including kabuki actors, artists, comedians, and other demimonde. When these cats left their homes at night, they donned kimonos, pulled out sake and shamisen, and basically held wild parties before slinking back home at dawn.

These stories proved irresistible to artists who produced illustrations featuring a wild world of cats dancing and drinking late into the evening hours. The cats were depicted as anthropomorphic human-cat hybrids (although the bakeneko were capable of shapeshifting into fully human forms, too). They smoked pipes. Played dice. And got up to all kinds of trouble that every hard-working farmer wished they could indulge in. Artists also created works replicating cat versions of popular celebrities from the world of the pleasure quarters.

While bakeneko are the most numerous and popular of Japan’s magical cat population—and certainly the most artistically appealing—magical cats also lurked in darker corners.

Onsen Cats Utagawa Kunitoshi.jpg
Onsen Cats Utagawa Kunitoshi (1884) (Public Domain)

Take the kasha, a demon from hell that feasts on corpses. Like the nekomata and bakeneko, the kasha were once normal house cats. But, as the story goes, the scent of dead bodies filled them with such an overwhelming desire to feast that they transformed into flaming devils. With their necromantic powers they were said to be able to manipulate corpses like puppets, making them rise up and dance. The kasha story still remains part of the culture in terms of funeral services. In Japan, it is customary after the death of a loved one to hold a wake where the body is brought home and the family gather. To this day, cats are put out of the room where the wake is held.

Some cat creatures, like the neko musume, were thought to be cat-human hybrids. They were said to be born from a cat’s curse on makers of the traditional instrument called the shamisen, which use drums stretched from the hides of cats. A shamisen maker who got too greedy might be cursed with a neko musume daughter as revenge. Instead of a beloved human daughter, they would find themselves with a cat in human form who was incapable of human speech, ate rats, and scratched their claws.

Perhaps the most persistent of the Edo period supernatural cats is the maneki neko, known in English by the sobriquet “Lucky Cat.” While truly a creature of commerce, this ubiquitous waving feline has folkloric origins—two of them, in fact. Gotokuji temple tells of a fortuitous cat that saved a samurai lord from a lightning strike during a terrible storm. The lord gave his patronage to the temple, which still exists today and happily sells thousands of replica cats to eager tourists. The other origin is of a poor old woman whose cat came to her in a dream and told her to sculpt a cat out of clay to sell at market. The woman marketed both her cat and her story, selling more and more cat statues until she retired rich and happy. These same cat statues are still sold worldwide today as the Maneki Neko. Obviously, both origin stories can’t be true, but that doesn’t stop the sales from rolling in. It’s not unusual at all to trace back a folkloric story and to find someone trying to make a buck on the other end. As the earlier artists discovered with their bakeneko prints, cats have always been good for sales.

Bakeneko kabuki actors.jpg
Bakeneko kabuki actors (Public Domain)

The more you dig into Japan’s catlore the more you’ll find, from the gotoko neko, an old nekomata that mysteriously stokes fires at night or turns the heaters up in households in order to stay warm, to the cat islands of Tashirojima where cats outnumber people by more than five to one, to the endangered yamapikaryaa, said to survive only on the remote Iriomote islands. Most of these are born from the Edo period, however many are expanded folklore and real-world locations. Japan’s catlore continues to spread and I have no doubt that new supernatural forms are being born even now.

For me, Japan’s catlore has been nothing short of catnip. The more I learned the more I wanted to know. After I finished my Wayward research, I kept diving deeper and deeper until I had piles of translated folk stories and historical texts on Japan’s cats. I had no plans to do anything with it; it was a personal obsession. Finally, though, my publisher noticed, and said, Hey, I think we know what your next book is going to be about. Thus Kaibyō: The Supernatural Cats of Japan was born, a book I never intended to write, and yet to this day, remains the most popular thing I’ve ever written. Even after it published in 2017, I knew my journey into Japan’s catlore was hardly finished; I don’t think it ever will be.

I think Shere Khan approves.

Zack Davisson is a writer, translator and folklorist. He is the author of Kaibyō: The Supernatural Cats of Japan.