Przyjaciele i Przyjaciółki! Ludzkość nie radzi sobie z powstrzymaniem katastrofy klimatycznej. Kiedyś było to po prostu pilne. Dziś planeta rozpaczliwie woła o pomoc.
Przywódcy państw całego świata spotykają się właśnie na szczycie klimatycznym. Jednak obietnice bez pokrycia w realnych działaniach już nie wystarczą. Potrzebni są nam przywódcy, którzy wiedzą, co trzeba zrobić i to zrobią, by cofnąć nas znad przepaści.
Jadę na ten szczyt z inspirującymi, młodymi liderkami: Vanessą Nakate z Ugandy i Dominiką Lasotą z Polski. Spotkamy się osobiście z delegatami kilkudziesięciu państw, by dostarczyć im olbrzymią petycję wzywającą do podjęcia natychmiastowych działań. Dołącz do nas już teraz: podpisz ten apel jednym kliknięciem i prześlij go swoim bliskim.
Tym słowem młodzi ludzie na całym świecie określają fakt, że rządy naszych państw nie radzą sobie z redukcją emisji gazów cieplarnianych. Nie powinno to dziwić.
Wciąż bardzo wiele nam brakuje, by nie dopuścić do wzrostu temperatury o więcej niż 1,5°C, a mimo to rządy przyspieszają kryzys, wydając miliardy na paliwa kopalne.
To już nie jest ostrzeżenie. To ostatnia szansa dla Ziemi. Gdy nasza planeta zostanie zdewastowana, zginą miliony ludzi. Od waszych decyzji zależy, czy unikniemy tego przerażającego losu, czy zgotujemy sobie taką przyszłość. To wy o tym postanowicie.
Jako obywatelki i obywatele całego świata wzywamy was do stawienia czoła kryzysowi klimatycznemu. Nie za rok. Nie za miesiąc. Teraz!
Oto nasze żądania:
Utrzymanie celu, jakim jest ograniczenie ocieplenia do 1,5°C. Wymaga to natychmiastowej i radykalnej redukcji emisji, która z roku na rok musi przybierać niespotykaną dotąd skalę. Bezzwłoczne zaprzestanie wszelkich inwestycji w paliwa kopalne i dopłat do tych paliw. Wstrzymanie nowych projektów oraz poszukiwania i eksploatacji nowych złóż. Zerwanie z „kreatywną księgowością” emisji i publikowanie całkowitych emisji dla wszystkich wskaźników konsumpcji, łańcuchów dostaw, międzynarodowego lotnictwa i żeglugi oraz spalania biomasy. Wypłacenie obiecanych 100 miliardów dolarów krajom najbardziej narażonym na skutki zmiany klimatu oraz dodatkowych środków na likwidowanie skutków katastrof klimatycznych. Ochrona pracowników i pracownic oraz innych osób najbardziej narażonych na skutki kryzysu i likwidacja wszelkich form nierówności. Wystarczy jeden zdeterminowany przywódca, by cały świat odczuł różnicę. Zmiana klimatu to wyjątkowa okazja do radykalnej przemiany naszych społeczeństw na lepsze. To także czas dla zdeterminowanych przywódców z wizją. Będzie to wymagać ogromnej odwagi – ale wiedzcie, że kiedy się na nią zdobędziecie, u waszego boku staną miliardy ludzi.
W obliczu bezczynności władz czasem trudno nie tracić nadziei. Ja jednak nadzieję czerpię z ludzi – tych milionów z nas, którzy działamy, by ocalić przyszłość. Czerpię ją z naszych demonstracji, z naszej determinacji do dalszej walki. Słyszę ją w naszych drżących głosach, gdy mówimy politykom prawdę w oczy. Moja nadzieja jest zakorzeniona w działaniu, a napędza ją miłość do ludzi i do naszej przepięknej Ziemi. To właśnie ona utrzymuje mnie w przekonaniu, że możemy to zrobić. I że musimy to zrobić. Razem. Z ogromną nadzieją,
Greta ze Szwecji, Vanessa z Ugandy, Dominika z Polski i Mitzi z Filipin razem z młodzieżowymi aktywistami i aktywistkami z całego świata i całym zespołem Avaaz
Jacek Pałasiński, słynny dziennikarz, ongiś przez wiele lat korespondent z Włoch, pod ciekawą ksywką D.O., czyli Drugi Obieg, informuje nieregularnie acz dość często swoich coraz liczniejszych czytelników i wielbicieli (też do nich należę) o tym, co się dzieje w świecie. I to nie tylko tym znanym jak Europa, czyli EU i USA, tylko dalekim jak Wyspy Triobrianda i Wyspy Bergamuty. A tu nagle wczoraj po pierwszym wezwaniu politycznym, autor poświęcił cały (CAŁY) wpis…
Najpierw zatem punkt pierwszy – preambuła albo prolegomena:
Chers collègues journalistes du monde entier! Arrêtez d’écrire « Pologne » : une fois « contre l’UE », une fois « contre la CJUE » ou « contre l’OTAN ».N’écrivez pas “La Pologne est un problème pour l’Europe”, ou “L’Europe a une arme émoussée dans la lutte contre la Pologne”… Au lieu de “Pologne”, veuillez écrire “PiS”. Parce que la Pologne n’est pas “PiS”, et “PiS” n’est pas la Pologne. S’il vous plaît.
Z okazji wyjątkowej, D.O. dziś jest monotematyczny. Wyjątkowa okazja to ta, że 25 października przypadał Międzynarodowy Dzień Makaronu (World Pasta Day), ale my, Włosi, świętujemy ten dzień cały tydzień, a pastę – cały rok.D.O. jest przebrzydłym makaroniarzem i choć powinien ograniczać węglowodany, to jednak często pojawiają się na jego stole. Dlaczego? Bo kluska pyszną jest! Zwłaszcza z dobrym sugo, czyli sosem.Na początek kilka danych: W ciągu roku 2020na planecie Ziemia zjedzono …17 milionów ton (17.000.000.000 kg, 120 miliardów porcji, po 15 porcji na przeciętnego mieszkańca Ziemi) pasty wszelkiej, a mniej więcej 1 tonę zjadł D.O. Te 17 mln ton to o milion ton więcej niż zjedzono jej w 2019, i to 2 x więcej niż trafiło do ludzkich brzuchów w r. 2010. Miłośnicy pasty zjadają około 28 kg klusek rocznie, ale nie we Włoszech. We Włoszech zjadają 53 kilogramy. I żyją! I to żyją rekordowo długo, razem z Hiszpanami i Grekami. Oraz z Japończykami, ale ci żyją długo nie z powodu diety śródziemnomorskiej, tylko z powodu braku soli w tym, co jedzą.
Ponieważ na temat pasty krążą różne fake newsy, D.O. przytoczy news, który absolutnie nie jest fake: w 2010 roku dieta śródziemnomorska, której pasta, warzywa i oliwa są podstawami, została umieszczona na liście Niematerialnego Światowego Dziedzictwa Ludzkości. A to nobilituje każdego zjadacza pasty.Na pytanie: „Jaki makaron jeść”? D.O. bez wahania odpowiada: „włoski”! Tak, D.O. wie, że trafiają się udane produkcje spoza Półwyspu Apenińskiego, ale po co ryzykować, kiedy można w ciemno trafić od razu w najlepsze?
Włoski, ale jaki włoski?! Jeśli nie znasz, Czytelniku, marki i nie masz do niej zaufania, weź ze sobą do sklepu szkło powiększające. A następnie przeczytaj, czy na opakowaniu jest formułka pasta di semola di grano duro, czyli kluski z semoli z pszenicy typu durum .Jak nie jest di semola di grano duro, to nie kupuj: rozleci się w gotowaniu i w ogóle, wartości smakowe będą wątpliwe.
No dobrze, a jaka pasta di semola di grano duro?
Oczywiście najlepiej, jeśli na opakowaniu jest napisane o trafilata al bronzo. Co to znaczy? To znaczy, że dzióbki wyciskaczy, te, przez które masa makaronowa wychodzi na świat w pożądanym kształcie, są zrobione z brązu.
A co to daje? Daje mikroporowatość pasty, która dokładniej i wdzięczniej przyjmie w siebie sosik i zachowa wierniej jego aromat.
To jaki kształt powinna mieć pasta doskonała?
Odpowiedź jest jedna: „a jaki ci się, Czytelniku, najbardziej podoba i jaki najbardziej lubisz”! We Włoszech produkuje się ponad 300 różnych typów pasty. Jeśli nie masz ugruntowanych w tym względzie przekonań, miej odwagę eksperymentować.
Ale, szczerze mówiąc, określona pasta pasuje do określonych sosów. Z tym że, jak wynika ze statystyk włoskiego odłamu Uber eats, najwięksi znawcy i smakosze pasty na naszej planecie – Włosi – najchętniej zamawiają z dostawą do domu spaghetti i fettuccine. A fettuccine (nie „fetucini!!!”) to „wstążeczki”, w przeciwieństwie do fettucce – wstążki. Czyli cienkie, ok. 3-milimetrowe paski. Z jakim sosem zamawiają? Ojej, są mało oryginalni! Carbonara i ragù. Pesto alla genovese i cacio e pepe, stają się coraz bardziej popularne.
A propos: Carbonara to nie są kluski w śmietanie, choć D.O. jest świadom, że na Północy Włoch okupanci przywieźli swoje złe obyczaje i gdzieniegdzie śmietanę do cabonary dodają. Ale my to odrzucamy, do ust nie bierzemy. A co zacz ragù? Barbarzyńcy nazywają to brrrr… „sosem bolognese”, albo jeszcze gorzej „bolonese”. Bolonia nie ma swojego sosu i to, co się barbarzyńcom podaje pod tą nazwą z Bolonią nic wspólnego nie ma, a nawet można zostać nieprzychylnie potraktowanym przez kelnera, jeśli „sos bolognese” zamówi się w Bolonii. Ragù to specjalność neapolitańska, bo w Neapolu długo rządzili Burbonowie i zaszczepili tam ragoût. Ale Neapolitańczycy mają więcej ducha twórczego niż wszystkie odłamy Burbonów razem wzięte i francuskie ragoût – rodzaj niejadanego gulaszu, utopionego w zasmażanym beszamelu – pozostało w jadłospisie francuskim, zaś w neapolitańskim pojawiło się ragù, czyli sos z przegryzającego się na wolniutkim ogniu przez 3 dni co najmniej mielonego mięsa wołowego z sosem pomidorowym i przyprawami. Są filmy i sztuki teatralne, dziejące się w całości wokół garnka, w którym przez kilka dni bulgoce ragù doskonałe. D.O. to lubił, jadał, dawał dzieciom, a uczyła go Lola, właścicielka trafiki z papierosami i gazetami na rynku w górskiej wiosce, w której uchodźca D.O. spędzał pierwsze włoskie lata i zimy, martwiąc się o przeżycie. Dziś D.O. jest wegetarianinem, a przeważnie nawet weganinem, z małymi skokami w bok na własnoręcznie robione tsatsiki i parmezan. Z tego samego powodu na jego stole pojawia się wyłącznie carbonara vegetale, czyli z cukinią zamiast boczku, albo wędzonym tofu. Albo z jednym i drugim. Da się zjeść!
Wracając do różnych makaronu form, to D.O. uważa np., że spaghetti świetnie pasuje do najprostszego wariantu sosu, czyli olio, aglio e peperoncino. Oliwa, czosnek i papryczka chili. To nb. podstawa ogromnej większości bardziej rozbudowanych sosów: można do tej bazy dodawać niemal wszystko. Oczywiście parmezan na wierzchu jest niemal obowiązkowy. A już do sosu pomidorowego – olio, aglio e peperoncino i kiedy czosnek się przyrumieni i odda oliwie swój niepowtarzalny aromat – dodaj najlepiej świeżutko przetarte pomidory (niektóre gatunki są wdzięczniejsze smakowo do sosów niż inne, ale o tym może za rok) – znacznie lepiej pasuje pasta corta, czyli krótka w rodzaju penne albo rigatoni. Sosik włazi w rurki i tam zostaje, no, chyba, że, P.T. Czytelniku, wolisz, żeby zamiast do gąbki, trafił ci na poły smokingu albo wieczorowej sukni z cekinami. (Dlatego nie wstydź się, nawet w stosunkowo eleganckich okolicznościach, zapakować sobie serwetki za kołnierzyk frakowej koszuli, albo powiewnej, jedwabnej sukni).
Jeśliś, Czytelniku, przeżył trochę wiosen, z pewnością masz już swój ulubiony sos. Być może jadłeś taki we Włoszech, albo w jakiejś (rzadkiej!) dobrej włoskiej knajpce za granicą. I jeśli chcesz go odtworzyć, korzystaj albo z internetu – ale możesz zgłupieć, bo różnych przepisów na ten sam sos jest mnóstwo – albo z intuicji. Jedyne, czego nie możesz odpuścić, to najwyższej jakości ingrediencje! To podstawa filozofii założycielskiej Slow Foodu: „Jeśli chcesz mieć dobre danie, musisz mieć do niego doskonałe ingrediencje”. Niby hasło proste, a zdobyło przebojem świat smakoszy. Oliwy dobrej w Polsce praktycznie nie ma (D.O. sprowadza sobie z Sycylii doskonałą), ale jest wiele przyzwoitych. Idźcie do włoskich delikatesów i, grożąc konsekwencjami, zażądajcie najlepszej oliwy, jaką mają. Najlepszej i najmłodszej! Świeżo wytłoczona na przełomie listopada i grudnia oliwa przez kilka miesięcy zachowuje diabelską pikanterię, i dosłownie erotyczny aromat. Do nas, niestety, oliwa trafia przeważnie po roku od zbiorów; może być dobra, ale nie fenomenalna. Znam Włochów, którzy świeżo ugotowaną pastę po prostu polewają doskonałą, nierozgrzaną oliwą i – starczy! Inni, na polaną zimną oliwą pastę kładą świeżo przetartego pomidorka, albo nawet – prozaicznie – parę łyżek markowej passata di pomodoro, czyli przecieru pomidorowego Niektórzy posypują całość drobno pokruszonymi płateczkami papryczki chili.
Czosnku też szukajcie dobrego. Kiedy jest sezon na polski, to nie ma lepszego! Kiedy sezon i zapasy polskiego się kończą, to raczej bierzcie hiszpański, nie chiński. A i za peperoncino warto pochodzić, choć z jakichś powodów jest w Polsce trudny do dostania. To maleńkie, wysuszone, najwyżej centymetrowej długości piekielne papryczki. Pamiętaj, Czytelniku, by ją (je) usunąć z patelni lub garnka z sosem, przed wymieszaniem z pastą, inaczej, jeden z domowników nagle ci zawyje. Jeśli używasz drobno pokruszonych płateczków peperoncino, to uważaj! One mają niesamowicie różną zawartość kapsaicyny, więc to, co było odpowiednią ilością ze starej paczki, z nowej może okazać się napalmem.
Jak wszyscy wiedzą, na sosy rybne i z owoców morza, NIE SYPIE SIĘ!!! parmezanu! Ale na inne, warzywne i nie tylko – sypie się, a jakże. Przy czym uwaga, pod słowem honoru, że D.O. za to nie płacą, to jednak zdecydowanie radzi używać do posypek wyłącznie Parmigiano Reggiano, a wszelkie imitacje, choćby włoskie, niech sobie zostaną dla mniej wybrednych. D.O. zwiedził różne konsorcja serowarskie we Włoszech i nie tylko, napisał o tym artykuł, i może zagwarantować, że takiej paranoi jakościowej żadne inne konsorcjum nie ma. I to się przekłada na niepowtarzalny, niepodrabialny smak.No, ale parmigiano też trzeba umieć dozować, żeby dodał smaku, a nie zdominował, czy wręcz przykrył smak sosu i pasty. Pocieszające jest to, że nawet najbardziej odporni na sztuki kuchmistrzowskie, po jakichś dwudziestu latach praktyki, dają sobie z tym nieźle radę.
Kilka rzeczy, których nie wiedziałeś o paście: 1. Pastę gotuje się al dente, ponieważ al dente uwalnia mniej skrobi i nie ma kryzysów glikemicznych. Jednakże strażnicy włoskiej ortodoksji kulinarnej często nie wiedzą, że al dente wjechała na stoły w XIX wieku: w recepturach średniowiecznych zalecano gotować ją nawet przez… 45 minut! 2. Niezjedzoną pastę chowaj do lodówki – na zimnie robi się mniej kaloryczna. 3. Pasta dobrej jakości powinna mieć co najmniej 10.5% białka. 4. Tego na opakowaniu nie przeczytasz, ale dobra masa do pasty powinna być wytłaczana, gdy osiągnie temperaturę między 65 a 80 stopni Celsjusza, a suszenie powinno odbywać się w niezbyt wysokiej temperaturze przez ok. 6 godzin. 5. We Włoszech i dobrych włoskich knajpach usłyszycie i przeczytacie słowo pastasciutta, albo, bardziej poprawnie pasta asciutta. Co oznacza „sucha”. W przeciwieństwie do pasta in brodo, czyli na mokro, w zupie. 6. Pacz, pacz: im woda spod ugotowanych klusek jest bardziej przejrzysta, tym mniej skrobi i białka straciła podczas gotowania. 7. Pasta, jak każdy węglowodan, daje ci, Czytelniku, mocnego kopa energetycznego. Ale jest to energia krótkotrwała. Świetna dla sportowców tuż przed zawodami. Zła wiadomość jest taka, że więcej energii daje pasta rozgotowana, co oznacza, że twoje, Czytelniku, szanse na energię są znacznie wyższe, kiedy pastę spożyjesz w Polsce, niż kiedy pastę spożyjesz we Włoszech. 8. Na pytanie: „Czy makaron tuczy?, odpowiedź brzmi „nie”. Jeśli nie przekroczysz twojego zapotrzebowania na energię. Ile kcal dostarcza ci konkretna pasta – przeczytasz na opakowaniu, w UE umieszczanie takich danych jest obowiązkowe. Odstawiając pastę, chleb czy inne źródła węglowodanów, bardzo szybko stracimy na wadze, ale będzie to efektem utraty płynów, które bardzo szybko wrócą, kiedy znów zaczniemy spożywać węglowodany, wiążące wodę. 9. Jeść pastę na obiad, czy na kolację? Jeśli jesz pastę wieczorem, to stymulujesz produkcję serotoniny (neuroprzekaźnika znanego jako «hormon szczęścia»). Serotonina zaś pomaga się zrelaksować i zapewnić lepszą jakość snu. Z drugiej strony, po licho ci taki zastrzyk energii tuż przed snem? 10. Warto przejść na makaron pełnoziarnisty, czy, jak kto woli, „integralny”? Dla osób ze skłonnościami cukrzycowymi – warto. I warto przymknąć oczy na taki sobie smak. Do integralnego D.O. radzi dobierać sosy o bardzo wyrazistym, kryjącym smaku. 11. A sosy? Oj, od sosów można utyć! Trzeba być rozważnym w szafowaniu oliwą, nie dodawać masła, śmietany (zwłaszcza do carbonary!!!) ani tłustych serów. Kiedyś D.O. nie wyobrażał sobie sosów bez mięsa. Od kilku lat przyrządza sosy wyłącznie jarzynowe i gwarantuje, że można zrobić z warzyw tak wielką rozmaitość sosów, że nie będzie czego żałować! Traktowane właściwie warzywa pozwalają na fantastyczną różnorodność! 12. Czy można jeść makaron codziennie? Głupie pytanie. 60 milionów Włochów nie może się mylić! Ale gramatura powinna być niewielka, ok. 80 gr mokrego makaronu dziennie nie zaszkodzi nawet umiarkowanego cukrzykowi; problem w tym, że 80 mokrego, to ok. 50 gr suchego, a to naprawdę mało. Nawet asceta się nie naje. 13. To, że Chińczycy wymyślili makaron, a do Włoch sprowadził je Marco Polo to fake news godny Trumpa, albo nawet samego Kłamczuszka Krzywoustego. Ten fake pojawił się – a jakże – w Ameryce i to dopiero w 1929 roku, kiedy to w październikowym wydaniu Macaroni Journal, organu National Macaroni Manufacturers Association opublikował to, co przedstawił jako legendę, zapominając wszakże dodać, że wymyślił ją na tę okazję anonimowy amerykański autor. Całość upowszechnił Gary Cooper w filmie z 1938 roku pt. Przygody Marco Polo, utrzymując, że po chińsku ta potrawa nazywała się spa get. 14. BBC jeszcze do niedawna miała piękną tradycję nadawania fantastycznych primaaprilisów. W 1957 roku program „Panorama” na BBC wyemitował reportaż o zbiórce spaghetti w rodzinnej firmie we włoskojęzycznym kantonie Ticino w Szwajcarii. „Łagodny klimat i brak pasożytów spaghetti, zapewniły szwajcarskim hodowcom spektakularny rok, choć z pewnością nieporównywalny z włoskimi. Szwajcarskie spaghetti zbiera się z drzew i umieszcza na słońcu do wyschnięcia. Lata selekcji i krzyżówek sprawiły, że ich długość jest zawsze taka sama”. Do siedziby BBC nadeszły setki telefonów z pytaniem, jak wyhodować własne drzewo spaghetti.
Praktycznie wiadomo bardzo niewiele na temat obecności Ormian w dawnym Gdańsku przed 1945 rokiem. Pierwsza zachowana wzmianka z roku 1427 ma związek ze sporem o wynagrodzenie, w którym jedną ze stron był Ormianin o imieniu Janusz. Kolejna znana wzmianka również miała związek z działalnością handlową Ormian w Gdańsku – w 1584 roku bracia Awidokoniuszowie złożyli skargę na rotmistrza Bazylego Żurawickiego o nie wywiązanie się z umowy o dostarczanie zboża. W 1595 roku rada miejska otrzymała prośbę Ormianina Stefana o zwolnienie go od płacenia cła. Oprócz tego odnotowano również interwencje władców polskich związane z innymi spornymi sprawami Ormian. Natomiast w pierwszej połowie XX wieku Ormianie czynnie działali na rzecz budowy portu w Gdyni, wielu z nich przybyło na ziemie gdańskie z innych części Polski w poszukiwaniu pracy i poprawienia warunków bytowych. W zbiorach Biblioteki Gdańskiej PAN zachowała się tylko jedna pozycja w języku ormiańskim, co w sposób symboliczny może świadczyć o naszej niewiedzy na temat obecności dawnych Ormian w naszym mieście.
Zdecydowanie więcej można powiedzieć o Ormianach już w powojennym Gdańsku. I tu mała dygresja: należy pamiętać, iż współcześnie rozróżnia się dwa określenia odnoszące się do osób narodowości ormiańskiej. Poprzez termin Polscy Ormianie (pisane z wielkiej litery jako nazwa własna) rozumie się osoby przybyłe do Polski już w średniowieczu lub w czasach dawnej Rzeczpospolitej, silnie zakorzenione i zintegrowane z ludnością polską. Potomkowie tych Ormian z czasem przesiąknęli tak kulturą polską, że ich tożsamość narodową identyfikowały jedynie charakterystycznie brzmiące nazwiska biorące swój źródłosłów od imion i z końcówką -icz, np. Abgarowicz, Teodorowicz, Mojzesowicz, Kajetanowicz etc. Ważnym czynnikiem decydującym o ich tożsamości była też przynależność do tzw. obrządku ormiańskiego, czyli przynależność do struktur kościoła katolickiego po przystąpieniu w roku 1630 do unii wyznaniowej. Polscy Ormianie żyjąc głównie na Kresach południowo-wschodnich dawnej Rzeczpospolitej tworzyli zwarte społeczności np. w Kutach, Stanisławowie, Śniatyniu czy Lwowie. Sytuacja ta diametralnie zmieniła się po zakończeniu II wojny światowej, kiedy to dawne tereny ich zamieszkiwania nie weszły w skład państwa polskiego. Główne kierunki repatriacji poszły w stronę Małopolski i Śląska oraz Warszawy. Tylko nieliczni dotarli do Poznania, Szczecina, czy właśnie do Gdańska. I gdyby nie dosyć przypadkowy przyjazd w roku 1958 ks. Kazimierza Filipiaka, wraz z cudownym obrazem Matki Bożej Łaskawej, to dziś Gdańsk zapewne nie byłby tak kojarzony z Ormianami, (…) a środowisko ormiańskie w Gdańsku siłą rzeczy nigdy nie było zbyt mocne. Natomiast warto jednocześnie zaznaczyć, że ks. Filipiak czynił duże starania w celu integracji tego środowiska na terenie całej Polski. Czasy jego działalności nie były jednak, jak zapewne wszyscy wiedzą, zbyt łatwe i zakres tej działalności był dosyć ograniczony. Ks. Filipiak utrzymywał bardzo liczny kontaktkorespondencyjny z wieloma rodzinami ormiańskimi, jak również dość często wyjeżdżał z posługą duszpasterską (chrzty, śluby, pogrzeby) do różnych, nieraz bardzo odległych, miast w Polsce. W Gdańsku natomiast działalność integracyjna koncentrowała się na podtrzymywaniu więzi religijnych i towarzyskich. Za życia ks. Filipiaka taką okazją było Triduum odpustowe związane z corocznymi obchodami kolejnych rocznic koronacji Cudownego Obrazu. Ważne były również spotkania “przy stole”, po uroczystej wieczornej mszy świętej 6 stycznia, czyli obchodach Epifanii, której znaczenie było zawsze szczególnie podkreślane przez ks. Filipiaka.
Pewną zmianę w środowisku ormiańskim stanowiło powołanie w roku 1981 przy Polskim Towarzystwie Ludoznawczym, Koła Zainteresowań Kulturą Ormiańską (w Gdańsku od 1983 roku). Była to namiastka sformalizowanej świeckiej działalności organizacyjnej. Podobne koła powstały wcześniej w Warszawie i Krakowie dając podstawę do prób mających na celu większą integrację Ormian. Ta działalność integracyjna przeplatała się również w ramach innych stowarzyszeń skupiających wszystkich kresowiaków. (np. wiceszefem Koła Ormiańskiego w Gdańsku jest pani Irma Antkowiak-Dąbrowska, Prezes gdańskiego Koła Polskiego Towarzystwa Ziemiańskiego). Wśród osób związanych z tamtym okresem działalności ks. Filipiaka, jak również Koła Ormiańskiego, należy wymienić: urodzonego w Wadowicach, Adama Oroszeny Bohdanowicza, długoletniego prezesa Koła Ormiańskiego. Był on przyjacielem szkolnym Karola Wojtyły. Zmarł w grudniu 2001 roku. W tym samym roku zmarł również Władysław Zachariasiewicz. Wśród osób wymienionych nie może zabraknąć nieżyjących już: panów Mariana Abgarowicza (pierwszy prezes koła Ormiańskiego), Tadeusza Agopsowicza, Zdzisława Zielińskiego.
Żyją i nadal zachowują dużą aktywność w środowisku: Ewa Bąkowska (z rodziny Wartanowiczów), Władysław Dobrowolski (z rodziny Axentowiczów i Łukasiewiczów), Zofia Torosiewicz-Zielińska, Wojciech Zachariasiewicz (syn Władysława, obecny prezes Koła Ormiańskiego). Również pochodzenia ormiańskiego (z rodziny Isakiewiczów) była pisarka Stanisława Fleszarowa-Muskat zmarła w roku 1989. Do swoich ormiańskich korzeni przyznaje się znany gdański dziennikarz telewizyjny Marek Ponikowski a także obecny marszałek senatu Bogdan Borusewicz.
Niezwykle cenną pozycją na temat osób pochodzenia ormiańskiego i ich biogramów jest 25 numer biuletynu warszawskiego Koła Zainteresowań Kulturą Ormiańską opracowany przez Mariusza Gizowskiego (Ormianie na wybrzeżu Gdańskim). Autor na podstawie informacji uzyskanych jeszcze za życia ks. Filipiaka i badań własnych zebrał dane 64 osób.
W roku 1999 dekretem księdza prymasa (zwierzchnika katolików obrządku ormiańskiego) przy naszej parafii utworzono parafię personalną dla katolików obrządku ormiańskiego, a duszpasterzem mianowano ks. Prałata Cezarego Annusewicza. Nominalnie opiekę duszpasterską sprawuje również ks. ormiański Artur Avdalyan, Ormianin urodzony w Gruzji a obecnie mieszkający w Warszawie, który okazjonalnie sprawuję liturgię mszy świętej w obrządku ormiańskim w naszym kościele (ostatnio: 4 stycznia 2009 roku).
Powróćmy raz jeszcze do dygresji ze wstępu tego tekstu, a mianowicie do rozróżnienia osób narodowości ormiańskiej. Wspomniano tam, że Polscy Ormianie to potomkowie dawnych mieszkańców Armenii, którzy uciekając przed prześladowaniami i szukając możliwości poprawy swojego losu osiedlili się na ziemiach polskich. Była to pierwsza tzw. fala emigracji, kolejna miała miejsce po pierwszej wojnie światowej i wiązała się z tzw. Genocydem (ludobójstwem) Ormian w Turcji w roku 1915 i utratą niepodległości Armenii w roku 1920 na rzecz sowieckiej Rosji. Potomkowie tych Ormian, jak już wspomniano, ulegli bardzo silnej asymilacji i dziś nierzadko mają bardzo małą świadomość swoich korzeni. Natomiast trzecia fala emigracji nastąpiła stosunkowo niedawno, czyli po roku 1991, kiedy to rozpadł się Związek Radziecki a Republika Armenii oficjalnie proklamowała niepodległość i pełną suwerenność.
Lata dziewięćdziesiąte to czas, gdy praktycznie każdy Polak prawie codziennie spotykał głównie na targowiskach, charakterystyczne osoby o ciemnej karnacji, trudniące się drobnym handlem. Przyjmuje się, że w tym czasie jednorazowo na terenie Polski mogło przebywać do stu tysięcy Ormian. Przebywali oni często w naszym kraju nielegalnie i tak jak kiedyś Polacy w okresie stanu wojennego na Zachodzie, imali się różnorakich dorywczych zajęć. Większość z nich traktowała nasz kraj jako “tranzyt” w dalszej wędrówce na Zachód lub jako miejsce tymczasowego pobytu w celach zarobkowych. Często bazarowym handlem zajmowały się osoby legitymizujące się dyplomami wyższych uczelni i stopniami naukowymi, wiążąc się z handlem wyłącznie z konieczności. Pobytowi sprzyjała w miarę duża znajomość języka rosyjskiego, tak Polaków jak i Ormian, którzy mogli się w tym języku porozumiewać. Istniały wówczas również dosyć liberalne przepisy umożliwiające legalizację czasowego pobytu. Bywali jednak i tacy Ormianie, którzy od początku planowali osiedlić się na stałe w Polsce i szukali zajęć zgodnych z ich wykształceniem i profesją. Niestety czas ten trwał stosunkowo krótko, wraz ze zbliżaniem się terminu przystąpienia Polski do Unii Europejskiej, zaostrzono przepisy emigracyjne. Początek XXI wieku to czas licznych deportacji i wyjazdów albo dalej na Zachód albo częściej na Wschód do Rosji, spora grupa wróciła z powrotem do Armenii. Odnosiło się wrażenie, że władze ormiańskie czyniły zabiegi aby uniemożliwiać legalny pobyt w Polsce jak największej liczbie Ormian. Ambasada ormiańska stawiała sobie za cel skłonienie jak najliczniejszego grona Ormian do powrotu. Natomiast w Polsce, obok rygorystycznych przepisów prawnych, utrwalano w mediach niekorzystny obraz Ormian przesadnie nagłaśniając informacje o działających grupach mafijnych. Niechęć do Ormian wiązała się także z ogólnym pejoratywnym traktowaniem wszystkich tzw. “Ruskich”, co w stosunku do Ormian było dodatkowo bardzo krzywdzące. Warto również wspomnieć, że Ormianie z Armenii to najczęściej członkowie tzw. Kościoła Apostolskiego z własnym zwierzchnikiem czyli patriarchą w Eczmiadzynie, czyli w religijnej stolicy kościoła ormiańskiego. Religijni Ormianie stosunkowo łatwo przełamywali opór i z braku swoich kościołów zaczęli uczestniczyć w nabożeństwach katolickich. Należy pamiętać, że Armenia to pierwsze państwo, które przyjęło oficjalnie chrześcijaństwo w roku 301 a tradycja kościoła ormiańskiego związana jest z działalnością apostoła Bartłomieja i Judy Tadeusza.
Obecnie w Gdańsku i okolicach mieszka całkowicie zgodnie z prawem kilkadziesiąt rodzin ormiańskich. Najczęściej posiadają tzw. kartę czasowego lub stałego pobytu, co w praktyce oznacza jedynie brak prawa wyborczego i faktycznie zrównuje ich ze statusem rodowitych Polaków. Wielu stara się o uzyskanie pełni praw, czyli obywatelstwa polskiego. I ci polscy Ormianie (pisani z małej litery) to rdzenni mieszkańcy Armenii czasowo lub na stałe mieszkający w Polsce czyli Ormianie w Polsce. Ich nazwiska kończą się najczęściej na -nian, -jan, lub -yan, np. Grigorjan, Hovakimian, Vardikyan. A gdy przed nazwiskiem jest przedrostek Ter-, to ślad po tym, że w tej rodzinie jakiś przodek był duchownym.
Wśród tej grupy polskich Ormian mieszkających od wielu lat na Wybrzeżu warto wspomnieć o malarzach: Argisztim Agadzanianie i Gagiku Parsamianie. Obrazy Argisztiego każdy może zobaczyć w restauracji Spiritus Snctus i obok niej przy ul. Ducha Świętego w Gdańsku. Obrazy i ceramikę Gagika Parsamiana można nabyć w galerii Nairi przy ul. Mariackiej, którą prowadzi jego żona Arpenik Grigoryan. Kowalstwem artystycznym zajmują się Edo i Narine Ganjalyan. Nauczaniem gry na fortepianie od wielu lat podobnie jak w Armenii zajmuje się Wiktoria Ter-Grigorjan, żona pracownika naukowego Uniwersytetu Gdańskiego Norajra Ter-Grigorjana. Norajr jest filologiem klasycznym, autorem podręcznika do nauki łaciny jak również współautorem słownika polsko-ormiańskiego a w Armenii słownika rosyjsko-ormiańskiego. Jedną z najdłużej mieszkających osób w Gdańsku jest pani Marietta Radom (po mężu) utrzymująca się z fryzjerstwa. Spore grono Ormian trudniących się handlem mieszka w Gdyni i Rumi. Niezwykle barwną postacią jest Karen Yemendzjan reżyser z wykształcenia, zajmujący się z powodzeniem tajnikami medycyny niekonwencjonalnej. W sumie można szacować, że obecnie w okolicach Gdańska mieszka około 30 rodzin ormiańskich.
Z biegiem lat dorosło już nowe pokolenie Ormian w Polsce, to dzieci emigrantów dorastające lub urodzone już w Polsce, świetnie mówiące po polsku i często utożsamiające się już całkowicie z kulturą polską. Część młodzieży zna już jedynie biernie język ormiański. Przy naszym kościele w latach 2001-2 działała nawet niedzielna szkółka ormiańska prowadzona przez Norajra Ter-Grigorjana, której celem była nauka języka ormiańskiego dzieci ormiańskich. Tak więc proces asymilacji trwa i dziś można śmiało powiedzieć, że w Gdańsku i jego okolicach najliczniejszą grupę Ormian Polskich stanowią Ormianie “trzeciej fali”.
Wzywamy Niemcy i inne kraje UE do natychmiastowego wstrzymania wszystkich dublińskich transferów osób ubiegających się o ochronę międzynarodową do Polski, a także do udzielenia pomocy humanitarnej ludziom z Afganistanu i innych krajów trzecich, umierającym z głodu i zimna na granicy Polski z Białorusią.
Stajemy w solidarności z ludźmi, którzy utknęli pomiędzy granicami Polski i Białorusi, bez dostępu do wody pitnej, żywności, schronienia, pomocy medycznej, oraz z polskimi organizacjami pozarządowymi, aktywistami i dziennikarzami, którym zabroniono wstępu na terytorium Polski w pobliżu tej granicy. Płoty i druty kolczaste, najstarsza europejska puszcza z dzikimi zwierzętami, zimno, deszcz i tysiące głodnych ludzi uwięzionych pomiędzy granicami Polski i Białorusi, granicy którą stała się dziś zwierciadłem, w którym możemy wyraźnie dojrzeć oblicze naszych wartości etycznych.
Jak zareagujemy na tę sytuację? Jako Europejczycy nie zgadzamy się na obojętność w obliczu kryzysu humanitarnego. Nie zgadzamy się na łamanie prawa do życia i innych podstawowych praw człowieka. Nie zgadzamy się na stosowanie siły i tortur, jak to ma miejsce dzisiaj na granicy polsko-białoruskiej. Żadna wojna, żaden stan wyjątkowy nie może być usprawiedliwieniem dla stosowania tortur. Obecna sytuacja jest dramatyczna, także dlatego, że w mediach jest bardzo mało informacji o tym, co naprawdę dzieje się na odciętym terytorium Polski, gdzie nikt nie ma wstępu. Dziś, w Berlinie, chcemy przerwać tę ciszę.
Narracja o “hybrydowej wojnie Łukaszenki” jest tylko echem propagandy jego reżimu, która powtarzana przez różne media, prowokuje w społeczeństwach europejskich strach, ale polscy aktywiści, wciąż monitorujący sytuację migrantów na leśnym pograniczu, donoszą o chorych i słabych ludziach – mężczyznach, kobietach i dzieciach, którzy nie stanowią żadnego zagrożenia.
“Czy zajmiecie się chociaż naszymi ciałami, gdy umrzemy?” – to ostatni sms, jaki otrzymali aktywiści, od jednego z afgańskich migrantów, który od 42 dni jest odcięty od jakiejkolwiek pomocy… W miniony weekend do mediów wyciekła informacja o pierwszych czterech martwych ciałach. Pojawiły się również informacje o tym, że co najmniej jedne zwłoki zostały przeciągnięte z powrotem z Polski na Białoruś. W środę aktywistom udało się uratować 11 wycieńczonych migrantów – tylko troje pozwolono zabrać do szpitali resztę zabrała Straż Graniczna. W Białorusi dziś przy polskiej granicy odnaleziono porzuconego nieprzytomnego cudzoziemca, miał przy sobie dokument medyczny z pobytu w Polsce….W odpowiedzi na pierwsze doniesienia o śmiertelnych ofiarach wśród migrantów, polski rząd wysłał więcej wojska do “ochrony granicy”. Najprawdopodobniej po to, by uchronić siebie przed kolejnymi tego typu doniesieniami. Ile jeszcze zgonów nie zostało zgłoszonych? Ile ciał usunięto po cichu w nocy na terytorium, gdzie nikt nie może wejść? Nikt tego nie wie.
Zwracamy się do polityków i rządów Niemiec oraz państw członkowskich Unii Europejskiej o solidarne działanie, nie tylko poprzez sankcje wobec reżimu Białorusi, ale poprzez wspólną akcję humanitarną wspierającą ludzi, którzy stali się bezbronnymi ofiarami politycznego impasu. Niedawne wyjście Białorusi z Partnerstwa Wschodniego nie daje krajom UE prawa do wycofania się z humanitarnych, i międzynarodowych zobowiązań do zapewniania ochrony osobom umierającym na wschodniej granicy Unii Europejskiej.
Wzywamy do natychmiastowego wstrzymania wszystkich transferów dublińskich do Polski. Sytuacja cudzoziemców, ubiegających się o ochronę międzynarodową w Polsce, była niezwykle trudna nawet przed obecnym kryzysem i ogłoszonym niedawno przez polski rząd stanem wyjątkowym. Praktyka systematycznych push-backów wobec osób próbujących legalnie wjechać przez przejścia graniczne Brześć – Terespol i inne przejścia graniczne w Polsce istnieje od lat. Jako Międzynarodowa Inicjatywa Humanitarna byliśmy obecni na granicy Polski i Białorusi od 2016 roku. Pracując z osobami wypychanymi na Białoruś byliśmy bezpośrednimi świadkami łamania ich prawa dostępu do ochrony międzynarodowej przez polską Straż Graniczną. Obecnie procedurę push-backów zalegalizowało nowe prawo wprowadzone w Polsce, pozostające w skrajnej sprzeczności z Konwencją Genewską. Ponadto, po ostatnich ewakuacjach z Afganistanu, w Polsce nie ma już miejsc w otwartych ośrodkach recepcyjnych. Większości osób przekazywanych do Polski będzie więc grozić odkonwojowanie bezpośrednio z granicy do ośrodków detencyjnych, w których polskie przepisy pozwalają na przetrzymywanie kobiet, dzieci w każdym wieku w warunkach przypominających więzienie nie przez kilka dni, ale nawet powyżej roku. Zatrzymanie transferów dublińskich do Polski leży wyłącznie w gestii rządu niemieckiego i innych państw EU, ich kontynuacja będzie jednoznaczna ze zgodą na nieludzkie traktowanie i tortury osób ubiegających się o ochronę w EU.
Prosimy również o konsekwentną polityczną presję wobec Polski, prowadzącą do niezwłocznego umożliwienia dostępu do pomocy humanitarnej osobom na granicy polsko-białoruskiej, będącej wciąż wschodnią granicy UE, oraz do wdrożenia odpowiednich do sytuacji mechanizmów kontroli działania polskich służb wobec migrantów.
Art lovers get ready to be struck by Cupid’s arrow, as the first image of the completed restoration of Johannes Vermeer’s Girl Reading a Letter at an Open Window (around 1657-59) has been released today by Dresden’s Gemäldegalerie Alte Meister, fully revealing a hidden image of Cupid. The change to the composition in one of Vermeer’s most famous paintings is so great that the German museum is dubbing it a “new” Vermeer in publicity materials.
The painting has been in the museum’s collection for more than 250 years and the hidden Cupid had been known about since an x-ray in 1979 and infrared reflectography in 2009. It had been assumed that the artist himself had altered the composition by covering over the painting of Cupid.
But when a major restoration project began in May 2017, conservators discovered that the paint on the wall in the background of the painting, covering the naked Cupid, had in fact been added by another person. When layers of varnish from the 19th century began to be removed from the painting, the conservators discovered that the “solubility properties” of the paint in the central section of the wall were different to those elsewhere in the painting.
Following further investigations, including tests in an archaeometry laboratory, it was discovered that layers of binding agent and a layer of dirt existed between the image of Cupid and the overpainting. The conservators concluded that several decades would have passed between the completion of one layer and the addition of the next and therefore concluded that Vermeer could not have painted over the Cupid himself.
When the discovery was announced to the public in 2019, the senior conservator Uta Neidhardt said that it was “the most sensational experience of my career”. She added: “It makes it a different painting.”
The layer of overpaint was meticulously removed using a scalpel under a microscope, revealing the startlingly altered composition. The painting will go on show next month for the first time since the restoration as the star piece in a major exhibition titled Johannes Vermeer: On Reflection(10 September-2 January 2022) at the Gemäldegalerie in Dresden. The exhibition will include ten Vermeer paintings in total, making it one of the most significant shows on the Dutch Old Master in recent years (there are only around 35 extent Vermeer paintings).
Among the standout loans in the show are The Geographer (1669) from the Städel Museum in Frankfurt; View of Houses in Delft/The Little Street (around 1658) from the Rijksmuseum in Amsterdam; and A Young Woman standing at a Virginal (around 1670-72) from the National Gallery in London, which has a similar painting of Cupid in the background.
Dawno nie byłam w Brukseli, tak dawno, że jak tam byłam ostatni raz, to się jeszcze nie interesowałam ani Don Kichotem i Sancho Pansą, ani utopiami i wyspami. Tomasz natomiast udał się był z małżonką w podróż, z której najpierw przysłał mi zdjęcia pomnika obu moich ulubieńców z San Sebastian, a potem dodał ich obu w wersji z Brukseli. To ich adres: Place d’Espagne / Spanjeplein / 1000 Brüssel.
Foto: Tomasz Fetzki
Patrzę i patrzę na te dwie twarze i myślę sobie, że o ile Don Kichot wygląda tak jak zawsze wygląda (choć nie wiadomo czemu, jak Pantokrator błogosławi nam wzniesioną prawicą), o tyle Sancho Pansa jest odmienny, bardziej pański – najbardziej mi przypomina polskiego szlachcica, a dokładniej rzecz biorąc – Onufrego Zagłobę. Zapewne rzeźbiarz wzorował się tu na Falstaffie, grubasie i samochwale ze sztuk Szekspira. Duchowo są zresztą podobni do siebie ci trzej poboczni bohaterowie, bez których jednak bohaterowie właściwi wcale by nie przetrwali. Bo bohater musi się zajmować swoją ważną misją, czy jest to Wolność Ojczyzny czy Sprawiedliwość Społeczna, oraz ważną misją uczuciową – Uwalnianiem Uciśnionych Dziewic, a tymczasem oni troszczyć się będą o nocleg, spyżę i napitek, bezpieczeństwo, zasięganie języka, zmylenie pogoni, oszwabienie oszustów, wywinięcie się z opresji i inne praktyczne zadania rycerskiego dnia codziennego. Są mądrzy i choć chciałoby się o nich powiedzieć, że to takie chłopki roztropki, to jednak na tej ich ludowej mądrości można naprawdę polegać.
Przyznam się tu, że gdy myślę o Brukseli, mniej pamiętam moje tam wizyty, a lepiej świetną powieść wiedeńczyka Roberta Menasse – Stolica. Czytałam ją po niemiecku, po polsku ukazała się w roku 2019 w Oficynie Literackiej Noir sur Blanc, w tłumaczeniu Jacka Burasa.
A na zakończenie tego wpisu pokażę Wam coś jeszcze – baratarystyczną lampę dotykową Don Kichot. Za jedne 600 euro.
Don Quixote Tischleuchte Ingo Maurer
Die Tischleuchte Don Quixote von Ingo Maurer zeichnet sich durch extreme Vielfalt aus. Die Leuchte ist bieg- und schwenkbar und kann sich drehen und strecken. Der Leuchtenhersteller Ingo Maurer brachte bei der Don Quixote Tischleuchte die Materialien Stahl, Aluminium und elastisches Kunststoff in Einklang. Don Quixote – ein wahrer Hingucker.
Die Don Quixote von Ingo Maurer besitzt einen integrierten Touch-Tronic Dimmer. Auf diese Weise kann die Helligkeit der Leuchte stufenlos geregelt werden.
Im August dieses Jahres sind 61 Jahre vergangen seitdem man die Berliner Mauer errichtet hat. 28 Jahre später, am 9. November fiel sie.
Polinnen über die Berliner Mauer
Im Dezember 2020 haben Freunde von polnischer Aktivistin und Autorin, Joanna Trümner (1958-2020) beschlossen, ihr Andenken mit der Herausgabe eines Buches mit ihren Texten über die Berliner Mauer zu ehren.
Elżbieta Kargol und Joanna Trümner, zwei Autorinnen, die schon lange für diesen Blog (ewamaria.blog) schrieben, beschlossen schon 2019, mehrere Texte unter dem Titel »Vor 30 Jahren fiel die Mauer« zum Blog zu bringen.
Sie bereiteten diese Beiträge seit Mitte 2019 vor als ihr gemeinsames Werk, obwohl zuerst war es öfter so, dass Joanna Texte schrieb und Ela Fotos machte. Als Joanna erkrankte, übernahm sie das Schreiben der weiteren Texte. Kurz vor der Fertigstellung des Buches vervollständigte die Publikation Krystyna Koziewicz.
Die Texte und somit das Buch sind (eigentlich selbstverständlich) auf Polnisch entstanden – es waren doch alle Polinnen, diese Frauen, die sich das ganze ausgedacht und beschrieben haben. Auch die Gruppe, die sich zusammen getan hat, um das Buch herauszugeben, war lediglich weiblich.
Im Januar 2020, als das Buch auf Polnisch fertig war, organisierte Ewa Maria Slaska, eine polnische Bloggerin und Redakteurin des Buches, eine Spendenaktion über die Plattform GoFundMe. Die Ergebnisse dieser Aktion übertrafen alle Erwartungen. Es hat sich soviel Geld angesammelt, dass man Entscheidung getroffen hat, all die Texte ins Deutsche übersetzen zu lassen, um das Buch auch auf Deutsch herauszugeben. Die Übersetzung übernahmen zwei weitere Polinnen – Dorota Cygan und Elżbieta Jagiełło. Diese einmalige Frauenriege wurde erst an der Finale durch einen Mann noch, einen Dichter und Grafiker, K. Łamarz unterstützt, der den Satz und Layout vorbereitet und diesen wunderbaren Umschlag entworfen hat, mit dem Bild von Rainer Fetting, »Van Gogh und Mauer« (1978, Akryl auf Leinen, mit freundlicher Erlaubnis des Künstlers).
Wir laden ein! Zapraszamy!
PS. 1. Zbigniew Milewicz und ich (Ewa Maria Slaska) haben an diesem Abend auch Texte über New York gelesen, Fragmente eines anderen Buchprojekts.
PS. 2 Auf dem Bild: Rainer Fetting, »Van Gogh und Mauer« (1978, Akryl auf Leinen, mit freundlicher Erlaubnis des Künstlers)
Świat, w którym słychać sprzeciw wobec wpisywania kobiet w ramy męskich fantazji i żądań, to także świat, w którym możemy na nowo odkryć Maryję.
Zespół taneczny Badatea w bazylice św. Mikołaja w Bari. Włochy, 7 maja 2021 r. DAVIDE PISCHETTOLA / NURPHOTO / AFP / EAST NEWS
Stawiam dolary przeciwko orzechom, że w kazaniach na uroczystość Wniebowzięcia usłyszymy słowo „niewiasta” odmieniane przez wszystkie przypadki i tylko mała część wystąpień będzie egzegezą pierwszego czytania z Apokalipsy i postaci „Niewiasty obleczonej w słońce”. Możliwe, że część kaznodziejów świadomie nawiąże do „cnót niewieścich” – pojęcia, które zrobiło furorę po wypowiedzi Pawła Skrzydlewskiego, doradcy ministra edukacji, a później samego ministra Przemysława Czarnka. Nawet tam, gdzie nawiązania nie pojawią się w słowach z ambony, będą obecne w głowach wielu słuchaczek i słuchaczy.
Czy postać Maryi może wesprzeć promocję „cnót niewieścich” wśród dziewcząt i kobiet? A może odniesienia do owych cnót – skojarzone z konkretnym obozem politycznym i jego agendą w edukacji – to niedźwiedzia przysługa względem Matki Jezusa? Możliwe, że dla części słuchaczek i słuchaczy „niewiasta” zabrzmi w tym roku jeszcze bardziej obco i dziwnie niż do tej pory. W ostatnich kilkunastu miesiącach wiele kościelnych słów i gestów zyskało nowe konteksty, tak w wyniku pandemii, jak i ujawniania coraz większej skali przemocy seksualnej ukrywanej w Kościele, oraz coraz wyraźniejszych głosów wskazujących na nierówność kobiet i mężczyzn w naszym społeczeństwie. Czy 15 sierpnia 2021 roku Niewiasta zyska nowe znaczenia?
Kobieta i jej cnoty
Czy ma sens włączanie w wielkie tematy teologiczne bieżących wydarzeń, słów dwóch urzędników związanych z jednym resortem w nie tak wielkim w skali świata kraju, wypowiedzianych w konkretnym miejscu i czasie? Prawdopodobnie sama jeszcze kilkanaście lat temu powiedziałabym, że nie. Interesowałaby mnie tylko „obiektywna prawda o Maryi” i jeśli już nawiązywałabym do bieżącego kontekstu, to tylko po to, by wykazać, jak nie wolno nam mieszać świętej teologii z przemijającą polityką. Dzisiaj jednak myślę podobnie jak Stephen B. Bevans, jeden z klasyków teologii kontekstualnej, który zmianę optyki w swoim życiu przyrównywał do tego, co spotkało Szawła pod Damaszkiem. Bevans stwierdza: „Uprawiać teologię dzisiaj, w perspektywie globalnej, oznacza, o ironio!, zwracać się ku temu, co lokalne”.
Nasza lokalna perspektywa to nie tylko panowie z ministerstwa edukacji, ale także samo posługiwanie się archaicznym terminem „niewiasta” w odniesieniu do Maryi. Zaczyna się to od przekładów czy to słów Jezusa do Maryi w Kanie (J 2, 4), czy wspomnianej już Apokalipsy (Ap 12). Dlaczego nie „kobieta”? Język liturgiczny ma nie tylko u nas skłonność do przechowywania reliktów językowych. Ten anachronizm jest jednak szczególnie ciekawy. W życiu codziennym ze świecą szukać kogoś, kto uznawałby słowo „kobieta” za wulgarne – jednakże pierwotnie (mniej więcej do czasów Naruszewicza) było ono jednoznacznie pejoratywne. Osoba płci żeńskiej nazwana „kobietą” była sprowadzona do obiektu – służebnego i/lub seksualnego – oczywiście w ustach tych, którzy ją tak nazywali, owo sprowadzenie było nie ich dziełem, ale opisem jej obrzydliwej natury. Z czasem „kobieta” zaczęła być używana także jako nośnik innych cech („nikczemna, plugawa, wszeteczna” – jak podaje za autorami XVI- i XVII-wiecznymi „Etymologiczny słownik języka polskiego” Bańkowskiego). Od jakich słów pochodzi „kobieta” – wolę na łamach szacownego „Tygodnika” nie pisać.
Chociaż od XIX w. słowo „kobieta” stało się neutralne, to w mowie kościelnej ciągle unikano go w odniesieniu do Maryi. Była zbyt wyjątkowa, by nazywać ją tak, jak inne osoby płci żeńskiej? Swoją drogą także imię Maryja to wyjątek, jaki ostał się po wielkiej reformie ortograficznej z 1936 r. Wszelkie inne Marie należało od tamtej pory pisać przez „i”.
Słysząc o „cnotach niewieścich”, niezależnie od tego, czy cieszy nas, czy złości pomysł gruntowania ich u uczennic, wyczuwamy, że mowa o czymś innym niż „dzielności kobiece”, choć można by je uznać za synonimiczne.
Między Akatystem a porno
Wiele razy słyszałam, że „niewiasta” to ta, która „nie wie”; tymczasem zarówno protoplasta polskiej etymologii, Brückner, jak i młodszy o kilka pokoleń Bańkowski rekonstruują ten termin jako „nieznana” lub „obca”. Brückner dodaje do tej obcości ważne uwagi: „los jej bywał bardzo ciężki (prześladowano ją w zawody), póki porodzeniem syna (nie córki!) nie dowiodła, że wstąpiły w nią, poznały i uznały ją duchy przodków nowego ogniska”; wówczas z nieznanej stawała się pełnoprawną członkinią rodziny i wówczas nazywano ją już „snechą”, a nie „niewiastą”.
Bańkowski z kolei, znany ze swoich często bezkompromisowych ocen, w przypadku „niewiasty” zaznacza ostrożnie, że „nie przekonuje do końca żadna z 10 różnych prób objaśnienia”. Idąc drogą Brücknera, dodaje do aspektu bycia nieznaną także aspekt polityki plemiennej; według niego „niewiasta” może również oznaczać „nieradna”, to znaczy bez prawa głosu w radzie rodowej czy wiecu. Niewiasta byłaby zatem w słowiańskiej tradycji tą, która nie ma prawa głosu.
W haśle „niewiasta” wśród źródeł Bańkowski przywołuje dwa teksty kultury. Po pierwsze Akatyst i zawarte w nim główne wezwanie: cerkiewno-słowiańskie „radujsja, nevěsto nenevěstnaja”. W polskim tłumaczeniu główne pozdrowienie Maryi brzmi nie: „Niewiasto nieniewieścia”, ale „Oblubienico dziewicza”, co także wyraża pewien paradoks, ale natychmiast kieruje uwagę na konkretny aspekt maryjnej kobiecości, związany z jej relacją do mężczyzny i seksualności.
Zaraz po Akatyście Bańkowski przywołuje „Żywoty filozofów” (1535) autorstwa, jak to określa, „pierwszego polskiego pornografa (sensu stricto)” Marcina Bielskiego: „Niewiasta jest męskie zhańbienie, nienasycone źwierzę, ustawiczna praca, ustawiczna wojna, każdego dnia szkoda, dom kłopotu, zrządzenie psoty, młodzieńców zbłaźnienie, bestyja nigdy niestroczona, brzemię nieznoszone, jad niewyleczony, ludzkie zagubienie”. Ta antylitania także wiąże niewiastę z jej relacją do mężczyzny i do seksualności.
To nie incydentalne jedynie zestawienie tekstów: istota żeńska jest uosobieniem cnót albo „męskim zhańbieniem”. W najpoważniejszym i najbardziej poruszającym ze znanych mi stand-upów („Nanette”) podsumowuje to Hannah Gadsby, australijska komediantka, z wykształcenia historyczka sztuki: „Historia sztuki nauczyła mnie, że zawsze istnieją tylko dwa typy kobiet. Dziewica albo dziwka. Dla małej dziewczynki są tylko dwie opcje, kim może być, gdy dorośnie. (…) Gdy pójdziecie do galerii starych obrazów, znajdziecie mnóstwo dowodów, że kobiety istnieją od bardzo dawna. Dłużej niż ubrania”. Gadsby opowiada o zachodniej sztuce, w której mężczyźni przedstawiają kobiety jako „zrobione z ciała wazony” na swoje falliczne kwiaty, i zbiera owację.
Jeżeli osoba płci żeńskiej nie jest Madonną, to co jej pozostaje? I czy nie odnajdując się w tym, jak przez wieki przedstawiali ją mężczyźni, jest w ogóle kobietą? Gadsby mówi o wycieczce po galeriach sztuki i przedstawianych tam paniach: „Przyglądam się tym kobietom i nie wydaje mi się, byśmy należały do tego samego gatunku. (…) Nawet biologicznie nie należymy do tego samego gatunku. Po pierwsze, posiadam funkcjonujący szkielet. W galeriach zobaczycie, że jeśli tylko kobieta nie jest przyodziana w gorset i/lub błonę dziewiczą, całkowicie traci strukturę. Przelewa się z miejsca na miejsce, jakby mówiła: »Meble, do czego to?«. Pozycja na łyżeczkę. Rozpostarta z cyckami na wierzchu. (…) Nie jestem damą także dlatego, że codziennie udaje mi się dokończyć proces ubierania się. Codziennie. Wszystkie guziki, aż do samej góry. A jestem dość roztrzepana… Przychodzi mi to jednak całkiem łatwo. Zwłaszcza jeżeli wychodzę z domu po to, by namalowano mój portret”.
Amerykański franciszkanin Richard Rohr pisze w swojej (niestety niewydanej jeszcze po polsku) książce „The Universal Christ”: „Im bardziej maczystowska i patriarchalna dana kultura, tym większa w niej pobożność maryjna” i podpiera to twierdzenie wieloletnim doświadczeniem pracy z grupami mężczyzn. Rohr stara się znaleźć pozytywną interpretację tego fenomenu, ukazując ją jako nieświadomą i niekoniecznie skuteczną próbę zbalansowania tej kultury przez element żeński.
Tymczasem ks. Andrzej Stefański, który odpowiedział na zadane przeze mnie w różnych katolickich grupach w mediach społecznościowych pytanie o naśladowanie Maryi i jej cechy, pokazuje mniej optymistyczny obraz: „Maryja bywa w Kościele wykorzystywana jako wygodne alibi wobec kościelnych feministek: Co? W Kościele ktoś dyskryminuje kobiety? Ależ skąd, przecież to właśnie Kobietę Kościół wyniósł do najwyższych godności. Żeby wszyscy szanowali kobiety tak, jak my szanujemy! Po co nam dyskusja o kapłaństwie kobiet? Przecież Maryja była Matką samego Boga, a nie dopominała się kapłaństwa. Czy księża bywają mizoginami? Skądże znowu, przecież kapłan musi być maryjny, Maryja jest Matką Kapłanów! Nie jest możliwe, by jakikolwiek ksiądz patrzył z góry na kobiety, skoro ma przed oczyma, dzień i noc, model Tej Jedynej Kobiety”.
Czy odarta z realności, przybrana w wota i „ciężkie złote korony” (Małgorzata Cywińska, „List do Matki Bożej”) Maryja może być punktem odniesienia dla jakiejkolwiek dziewczyny czy kobiety?
Podobny wątek znajduję w artykule Zuzanny Radzik na Wniebowzięcie („Nasza siostra”, TP nr 34/2012), który rozpoczyna się następująco: „Najpierw trzeba zdjąć z niej te wszystkie zdobne, lecz pancerne koszulki i wota. Zapomnieć o pastelowych portretach dziewczyny o nieskalanej cerze, łagodnym spojrzeniu i delikatnym uśmiechu. Wśród chmur, aniołów, róż. Świetliście nieprawdziwej, aż nieludzkiej. Skromnej, smukłej, w niczym nieprzypominającej matczynych kształtów bogiń płodności. Wąska w biodrach, blada, o nieśmiałych, beznamiętnych ustach. Nowa Ewa, niemająca nic wspólnego z przywarami zwykłych kobiet. Dziewicza i czysta. Jak zdjąć z niej to wszystko i znaleźć coś krwistego?”
A jednak wszechobecnie bliska
Maryja, Matka Jezusa, pojawia się na kartach Nowego Testamentu kilkakrotnie, w tym w momentach kluczowych dla misji swojego Syna. Ale przyłożenie do tych fragmentów narzędzi współczesnej biblistyki nie pozostawia wiele złudzeń: nie dowiemy się, jaka z całą pewnością była. Jej postać występuje przede wszystkim w tych fragmentach Ewangelii, w których historia rozumiana jako wierne przedstawienie faktów ustępuje miejsca teologicznej historii zbawienia, bliższej symbolom, analogiom, dialogowi między Biblią hebrajską a doświadczeniami i wiarą pierwszych chrześcijan. W moich ustach teolożki to nie zarzut. Kocham teologię Łukasza, w której Maryja zostaje powołana podobnie jak Mojżesz czy prorocy; w której wyśpiewuje hymn o zbawieniu, jak jej imienniczka Miriam, siostra Mojżesza, po przejściu przez Morze Czerwone.
Wiele spośród pytanych przeze mnie o cechy Maryi osób podkreśla jako szczególnie istotną jej towarzyszenie Jezusowi i kontemplowanie zbawczych wydarzeń Jego historii, cierpliwość, uważność. To z pewnością postawa, która czyni Maryję wzorcem uczennicy, ale i ucznia Jezusa, przykładem dla każdej osoby chcącej podążać chrześcijańską drogą – niezależnie od płci. Nie dziwi fakt, że te aspekty są wydobywane w bardzo teologicznej Ewangelii dzieciństwa zawartej u Łukasza. Podobnie nie dziwi to, że Maryja na kartach teologicznego traktatu, jakim jest Ewangelia Jana, pojawia się zarówno u zarania ziemskiej misji Jezusa – w Kanie, jak i u jej kresu – pod krzyżem.
O macierzyńskim obliczu Maryi i o znaczeniu jej cierpienia, zwłaszcza z powodu męki i śmierci Jezusa, wspominają moje respondentki, często odwołując się do własnych przeżyć związanych z ciążą lub macierzyństwem i relacją z dzieckiem. Pieta jest niemal tak często obecna w sztuce sakralnej, jak Matka karmiąca Jezusa albo ukazująca Go światu. Co więcej, wątek matki cierpiącej z powodu śmierci syna przewija się także poza kontekstem chrześcijańskim czy w ogóle religijnym. Od razu myślę o trzech dziełach, coraz dalszych od naszego polskiego i katolickiego kontekstu: III symfonii Henryka Mikołaja Góreckiego (1976), berlińskiej rzeźbie „Nigdy więcej wojny” Käthe Kollwitz (1937) czy powieści amerykańsko-kanadyjskiej pisarki japońskiego pochodzenia Ruth Ozeki „W poszukiwaniu istoty czasu” (2013). W powieści tej pojawia się wątek bardzo starej zakonnicy buddyjskiej, w młodości anarchistki, feministki i pisarki, która wstąpiła do klasztoru zen po śmierci syna – pilota kamikaze. Jej misją staje się modlitwa za świat, w którym nikt nikogo nie będzie nienawidził, modlitwa o pokój. Nie wiem, czy napotkałam w XXI-wiecznej literaturze bardziej „maryjną” postać.
A co z naszą katolicką, kościelną rzeczywistością? W dziejach teologii, a zwłaszcza nauczania ze strony Magisterium Kościoła, papieże i biskupi ogłaszali różne twierdzenia, w których pojawiała się Maryja. W rozwoju dogmatów „maryjnych” widzę dwa zjawiska. Pierwsze to budowa solidnych podstaw teologii dotyczącej Chrystusa i Kościoła. Podstawowym celem dogmatów maryjnych z punktu widzenia teologii i doktryny kościelnej jest przekaz czy obrona pewnych twierdzeń dotyczących Jezusa. Elżbieta Adamiak wyjaśnia to w wywiadzie udzielonym „Tygodnikowi” („Maryja jest jedną z nas”, nr 50/2018), odnosząc się do dogmatu o Niepokalanym Poczęciu: „To rozumowanie jest potrzebne, by zabezpieczyć bezgrzeszność Jezusa. W kategoriach teologii św. Pawła Jezus jest bez grzechu nie ot tak, tylko po to, by jako bezgrzeszny mógł dokonać naszego zbawienia. Gdyby On sam był grzeszny, nie mógłby nas zbawić”.
Podobnie znacznie starszy dogmat o Bożej Rodzicielce (Theotokos) został ustanowiony przeciw nestorianom, którzy rozdzielali natury Boską i ludzką w Chrystusie. Mówiąc o Maryi jako Bożej Rodzicielce, tak naprawdę mówimy o tym, że Jezus Chrystus to prawdziwy Bóg, i głosimy zjednoczenie natur Boskiej i ludzkiej w jednej osobie.
Główne dogmaty maryjne są zatem dogmatami… chrystologicznymi. „Niewiasta” zyskuje miejsce przy wspólnym ognisku, gdyż urodziła syna, jest już swoja, a nie obca.
To jednak niecała historia. Dogmaty maryjne nie wynikają tylko ze sporów o Chrystusa, ale również – i to drugie istotne zjawisko – z tego, jak chrześcijanie rozumieli postać i znaczenie Maryi. Według Johna Henry’ego Newmana było tak już przy dogmacie o Theotokos. Wyraźnie widać to było także w XX w. Przed ogłoszeniem najnowszego (1950 r.) dogmatu – o Wniebowzięciu Maryi, Pius XII skierował pytanie do wszystkich biskupów, a za ich pośrednictwem do duchowieństwa i ludu, o to, czy życzą sobie takiego dogmatu. Zaśnięcie (pojęcie bardziej obecne we wschodnim chrześcijaństwie) lub Wniebowzięcie Maryi pojawiało się bowiem w liturgii i pobożności ludowej już od późnej starożytności.
Adamiak mówi także o „mariologii przywilejów, w której chodziło o to, by znajdować jak najwięcej powodów, by Ją czcić”. Teolożki i teolodzy akademiccy zwykli, zwłaszcza po II Soborze Watykańskim, dystansować się od nurtów szukających poparcia dla kolejnych orzeczeń dogmatycznych, np. o Maryi jako Współodkupicielce. Podkreślają, że „Maryja jest jedną z nas”. Dlaczego zatem w duchowości wielu katoliczek i katolików oraz w różnych przejawach nie tylko ludowej pobożności Maryja zajmuje ciągle tak wiele miejsca – nie tylko jako jedna z nas, ale jako obiekt religijnej czci?
Podwójnie nieznana
Podobne pytanie stawia Richard Rohr, który zastanawia się: „Dlaczego pierwsze czternaście wieków chrześcijaństwa [Rohr widzi istotną cezurę w reformacji], w Kościołach Wschodu i Zachodu, było po uszy zakochane w tej, zdawałoby się, całkiem zwyczajnej kobiecie?” Przywoławszy liczne tytuły i wezwania kościołów i sanktuariów maryjnych w Europie stwierdza: „Zdecydowanie mamy tu do czynienia nie z pojedynczą kobietą, ale z symbolem założycielskim – czy, zapożyczając terminologię od Carla Junga, »archetypem« – obrazem gromadzącym w sobie cały ogrom znaczeń, których nie da się logicznie zakomunikować. Nic nie może pojawiać się tak powszechnie i przez tak długi czas, jeśli nie jest w jakiś sposób ugruntowane w naszej kolektywnej ludzkiej nieświadomości”.
Rohr nie twierdzi, że Maryja jest Matką Ziemią czy Pierwszym Wcieleniem (wątek pierwszego Wcielenia w stworzeniu to jeden z kluczowych wątków „The Universal Christ”), ale wskazuje, że – zwłaszcza w sztuce – postać Maryi stała się ich symbolem. Co więcej, „Maryja jest głównym żeńskim archetypem misterium Chrystusa. Ten archetyp ukazał się wcześniej jako Sofia czy Święta Mądrość (zob. Prz 8, 1nn; Mdr 7, 7nn), a następnie w Apokalipsie (12, 1-7) w kosmicznym symbolu Niewiasty obleczonej w słońce i stojącej na księżycu. Ani Sofia, ani Niewiasta z Apokalipsy nie są dokładnie Maryją z Nazaretu, jednak na wiele sposobów obie są i każda z nich poszerza nasze rozumienie Boskiej Kobiecości”.
Szczególnie dogmat o Wniebowzięciu zdaje się przekraczać ramy teologii służebnej względem chrystologii. Mówi o Maryi owszem jako tej, która została do nieba wzięta (a nie wstąpiła sama), ale nie wydaje się nijak konieczny do wzmocnienia gmachu innych twierdzeń. Rohr podaje, że Carl Jung uznał ogłoszenie dogmatu o Wniebowzięciu za „najbardziej znaczący rozwój teologiczny w XX w.”, ponieważ ogłoszono, że w wieczności istnieje na zawsze ciało – ciało kobiety! Dla autora „The Universal Christ” Maryja – archetyp relacji świata z Bogiem, relacji człowieka z Bogiem – jest także symbolem niedwoistości. Zbliża do siebie dwa rozłączne światy: „materii i ducha, żeńskiej matki i męskiego dziecka, ziemi i nieba”.
Myślę o tej podwójnie nieznanej Maryi: nieznanej, bo jest niewiastą, i nieznanej, bo jest nieniewieścia. Wykracza poza to, co znamy z codzienności, jako ta, której ludzkie ciało i ludzkie życie pozwoliło na narodzenie się Chrystusa. Jestem przekonana, że świat, w którym coraz częściej słychać głos sprzeciwu względem wpisywania kobiet w ramy męskich fantazji i żądań, to także świat, w którym możemy dać więcej miejsca i więcej głosu tej Nieznanej. Niewieście. I jeśli stanie się dla kogoś wzorem cnót, to nie będzie to wpisany w podstawę programową punkt kształcenia dziewcząt, ale inspiracja dla osób dowolnej płci. Nie przeciwwaga dla kobiet rozumianych jako źródło męskiego grzechu. Nie próba załatania braku kobiet na kościelnych urzędach.
Myślę, że odbieram jakieś fale – może są to fale mózgowe, może myślowe, może świetlne, które nie giną, a są nagrywane przez środowisko. Ja żyję na własnej linii dźwięku i światła – to mój indywidualny ślad, moja tożsamość. Może odbieram fale z przyszłości i mój mózg przetwarza to na senne obrazy. Zresztą sama nie wiem. Może wszystko co mi się przydarza, widzę jako doświadczenie, zwyczajne to, co musi się w przyszłości wydarzyć. Może mam się nauczyć i zebrać informacje, a kolektywna świadomość potrzebuje tego, bym je zebrała? Jestem niespokojna, rozgorączkowana, nieprzerwanie poszukuję przygód, często weryfikuję swoje poglądy. Idę z duchem czasu, nie oglądając się wstecz. Obecna chwila jest najważniejsza. Widzę jasno swoją przyszłość i jestem gotowa na nowe wyzwania, doświadczenia, ryzyko. Witalna i zwinna, oto cechy jakich potrzebuję. Myślę, że posiadam. Wszystkie.
List do córki, która śmieje się z mamy i jej znikomej wiedzy
Mam dużo czasu i myślę, myślę. Wpadłam na genialny pomysł, żeby opisać CZAS. Czy można go wytłumaczyć z punktu widzenia fizyki? Zwracam się do Ciebie, jako wykształconego fizyka z dyplomem angielskiej uczelni. Posłuchaj! Nie wiem, czy mam rację. Starzejemy się szybciej, jeśli czas biegnie powoli (nuda, oczekiwanie na coś), a jeśli zatrzymujemy chwilę intensywną pracą, to zatrzymujemy w miejscu również czas i wówczas się nie starzejemy. Pytanie – o ile? Nieważne, że np. o milisekundy, ale to zawsze coś. CZAS mnie kręci, bo śnią sny, w których nie mam uczucia upływu czasu liniowego, tam w ogóle nie ma czasu. Dobra! Obliczę to w następnym życiu, a może kiedyś podpowiem Ci STAMTĄD, CZYM JEST CZAS i dam CI znać. Przecież znajduję się w jakimś czasie, w jakiejś przestrzeni ale… w takim razie, w czym znajduje się przestrzeń? Kiedy mnie ktoś o to pyta, to w przestrzeni mego wnętrza WIEM, czym jest CZAS, jakbym w czasie zadawania pytania wiedziała, ale po sekundzie zapominam. Wymyśliłam, że CZAS zależy od wagi (ciężaru.) Ktoś ciężki, kto waży np. 100 kilo, będzie żył krócej niż chudy o wadze np. 60 kilo. Ale o ile krócej? W dzisiejszym śnie miałam wykład o CZASIE. Boże! Chcę pamiętać, co mówiłam. TO było ważne, a ja nie pamiętam.
Twoja mama Łucja, żaden autorytet
Odpowiedź
Mamuś, nie wiem i nikt nie wie. Żaden z naukowców do tej pory nie podał definicji CZASU. Dla mnie po prostu jest, bo… mam zegarek, a spóźniłam się dziś do pracy.
Konrad found him and called him Don Quijote. His name is Reza, he is an Irani and lives in USA. He planned to walk thousand miles on the water from Miami to Bermuda. Walking on the water, like Jesus. Sometimes I think that this both figures are the same. Jesus Don Quixote. They stopped Reza’s adventure already two times, but I belive, it is not the end of the story. Just observe.