Don Kichot? Niestety nie. Wpis na Dzień Dziecka.

Ale popatrzcie sami:


Zobaczyłam ich z okna autobusu, gdy w piękny, słoneczny, majowy dzień jechałam ze stacji Alt Mariendorf do Ogrodu Britz, obejrzeć tulipany. Byłam przekonana, że to ON, więc wróciłam na piechotę, żeby GO sfotografować. Czyż ta rzeźba nie wygląda jak dwóch dziwacznych facetów? To jako żywo oni obaj, jeden w trójkątnym kapeluszu, na koniu i z długą lancą, toż to don Kichot, a ten drugi, obły jak gruby ptak (“grubel” – gruby wróbel) – jest przecież naszym Brzuchaczem.

Jest jednak inaczej, ba, sam autor twierdzi, że to ojciec, matka i dziecko. Niestety artysta już nie żyje (1947 Barcelona – Berlin 1998), nie mogę więc spróbować go przekonać, że się myli.

A zatem DZIECKO! Dziecko na Dzień Dziecka.

Continue reading “Don Kichot? Niestety nie. Wpis na Dzień Dziecka.”

In Shadow of the Cross

Book Launch of Cross Purposes 

June 6, 2023, 18:00

The Center for Anthropological Research on Museums and Heritage and the Institute for European Ethnology of the Humboldt University in Berlin cordially invite you to a book launch of: Cross Purposes: Catholicism andthe Political Imagination in Poland by Magdalena Waligórska (Cambridge
University Press, 2023) to take place on June 6, at 18:00 CEST.
Please,  join us for a discussion with the author, chaired by Prof. Magdalena Buchczyk (HU Berlin), with comments by: Prof. Felix Ackermann (Fernuniversität Hagen) and Dr. Karolina Wigura (FU Berlin). The
discussion will be followed by a small reception.

The event takes place at the CARMAH Center for Anthropological Research on Museums and Heritage, Mohrenstr. 40-41, 10117 Berlin, Room 408.

Link: https://www.carmah.berlin/events/48173/

About Cross Purposes:

No other symbol is as omnipresent in Poland as the cross. This multi-layered and contradictory icon features prominently in public spaces and state institutions. It is anchored in the country’s visual history,
inspires protest culture, and dominates urban and rural landscapes. The cross recalls Poland’s historic struggles for independence and anti-Communist dissent, but it also encapsulates the country’s current
position in Europe as a self-avowed bulwark of Christianity and a champion of conservative values. It is both a national symbol – defining the boundaries of Polishness in opposition to a changing constellation of the country’s Others – and a key object of contestation in the creative arts and political culture. Despite its long history, the cross has never been systematically studied as a political symbol in its capacity to mobilize for action and solidify power structures. Cross Purposes is the first cultural history of the cross in modern Poland, deconstructing this key symbol and exploring how it has been deployed in different political battles.

-- 
PD Dr. Magdalena Waligórska

Institut für Europäische Ethnologie
Center for Anthropological Research on Museums and Heritage
Humboldt-Universität zu Berlin
Anton-Wilhelm-Amo-Str.41
10117 Berlin

NEW PUBLICATION:
Cross Purposes: Catholicism and the Political Imagination in Poland (CUP, 2023)

https://www.cambridge.org/core/books/cross-purposes/72E707A0DE6E82457D62EFE5E0D1A2B0

Cross Purposes is the first cultural history of the cross in modern Poland, deconstructing this key symbol and exploring how it has been deployed in different political battles. Historians of Eastern Europe will find in it a compelling cultural history of Poland’s major political upheavals.

Magdalena Waligórska is a cultural historian and sociologist. Her fields of interest include contemporary Polish and Belarusian history, nationalism and national symbols, Jewish heritage, Jewish/non-Jewish relations, and memory studies. She is currently leading a research group at the Department of European Ethnology of the Humboldt University in Berlin. She has published extensively on nationalism, Jewish culture, and Jewish-non-Jewish relations in journals including East European Politics and SocietiesHolocaust StudiesEast European Jewish Affairs and POLIN. Her first book, Klezmer’s Afterlife: An Ethnography of the Jewish Music Revival in Poland and Germany, was published 2013.

Gigantyczny gigant

Podobnie jak Kapibary, które pojawią się tu za kilka dni, również Las Pando wędruje sobie w dół i w dół po kalendarzu publikacji, co i raz ustępując miejsca jakimś ważniejszym tematom, aż trafił na urodziny syna. Najlepszego, Jacku, myślę, że spodoba Ci się ten las.

Reblog+, czyli drzewo i książka

Gdy otwieram komputer, pojawia się strona Bing i podsuwa mi takie zdjęcie, codziennie inne, czasem kilka:

Myślę wtedy, ach no tak, lasy brzozowe, może w Finlandii. Ale skoro Bing się tak upiera, klikam wreszcie kiedyś na podsuwany mi wraz ze zdjęciami artykuł i zatyka mnie z wrażenia, bo to, co wygląda jak cały las, to w rzeczywistości…

Drzewo Pando

Tak, jedno drzewo! Link prowadzi do niemieckiej Wikipedii, po polsku nie ma jeszcze wpisu. Poniżej tłumaczę dla Was ten niemiecki artykuł.

Pando (z łaciny pandere „rozprzestrzeniać się“) to kolonia klonów (nie klonów-drzew, chodzi o to, że poszczególne niby-drzewa są sklonowane) topoli amerykańskiej (Populus tremuloides), która rośnie w lesie Fishlake National Forest w amerykańskim stanie Utah. Wiek kolonii szacuje się na 14.000 lat, co oznacza, że jest to jedna z najstarszych i największych znanych człowiekowi istot żyjących na Ziemi. Tak jak to napisałam w tytule: gigantyczny gigant.

Poszczególne pnie łączą się ze sobą za pomocą kłączy, tworzących jedną wielką splątaną sieć (nazywam ją żmut, o czym dalej będzie więcej), nie są więc odrębnymi egzemplarzami rośliny, lecz stanowią ten sam organizm. Pojedyncze pnie wprawdzie obumierają, ale ponieważ wciąż dorastają nowe, roślina istnieje nieprzerwanie dalej. Jest to przykład rozmnażania się bezpłciowego, co znamy oczywiście również z innych gatunków roślin.

Kolonia zajmuje około 43 hektarów i liczy około 47.000 pni. Ocenia się, że waży około 6.000 ton. Jednak pojedyncze pnie żyją znacznie krócej, bo co najwyżej 130 lat, ale sama kolonia (genet) jest jednak znacznie starsza – niewykluczone, że jej najstarsze części żyją już nawet od 80.000 lat. Jest to jednak ocena szacunkowa, potwierdzony badaniami wiek tego żmutu wynosi 14.000 lat. Ten gigantyczny drzewolas ma wrogów – są to jelenie zwane mulakami czarnoogonowymi, które wskutek (czy może – dzięki) działalności człowieka utraciły naturalnych wrogów i szybko się rozmnażają, zakłócając równowagę ekologiczną okolicy. Ich pożywieniem jest właśnie żmut topolowy. Fotografie lotnicze pando sugerują, że kolonia od około 40 lat już dalej nie przyrasta, co może oznaczać, że naprawdę powoli obumiera.

***

Ale póki co – wciąż jeszcze jest.

***

Pozwalam tu sobie na pewną zabawę – proponuję mianowicie, żeby dla owego genetu zastosować staropolskie, a może nawet starosłowiańskie słowo żmut. Owo dawno zapomniane słowo wyciągnął z niepamięci pisarz Jarosław Marek, który tak zatytułował swoją, wydanä w roku 1987 książkę o Mickiewiczu. Żmut tropi tajemnice Filomatów i Filaretów, dwóch tajnych organizacji, do których należał Mickiewicz i który za tę działalność został aresztowany i skazany na zesłanie. Z portalu Lubimy czytać dowiemy się, że jest to niezwykła książka opowiadająca o wileńskich i emigracyjnych losach Mickiewicza i jego przyjaciół, która rzuca nowe światło na życie naszego wieszcza narodowego. Pokazuje go jako żywego człowieka, a nie pomnik. Żmut – to taki splatany “kołtun” – splatany, jak losy Mickiewicza.

Portal Culture.pl uzupełnia tę informację o nieco pikantnych ciekawostek:

Pod tajemniczym tytułem (“żmut” to “bezładnie poplątane włosy, sznurki, tasiemki”, a przenośnie – kłębowisko nie do rozplątania) kryje się fascynująca, budowana na przekór romantycznej legendzie opowieść o młodzieńczych miłościach Adama Mickiewicza: o Joasi, Johasi czy może Johalce, Józi czy Zuzi, Anieli czy też może Eli, słynnej Maryli Wereszczakównie oraz znacznie mniej znanej Karolinie Kowalskiej – mężatce z czworgiem dzieci, przez historyków literatury zwanej lekceważąco “panią Kowalską” i usilnie spychanej w cień, ponieważ nie pasowała do kreowanej przez nich legendy Mickiewicza jako dziewiczego “kochanka Maryli”.

Rymkiewicz, tropiąc tajemnice uczuć pana Mićkiewicza, jak go z litewska nazywa, stworzył dzieło, które czyta się jak sensacyjną powieść, pełną śmiałych domysłów i zaskakujących hipotez – jak choćby szokujący domysł dotyczący nieślubnego dziecka Mickiewicza i Maryli. Książka napisana jest pełnym zniewalającego uroku językiem, w którym współczesna polszczyzna przeplata się z niemal doszczętnie zapomnianą już dzisiaj polszczyzną litewską.

Żmut ukazał się po raz pierwszy w 1987 roku w Instytucie Literackim w Paryżu i w drugoobiegowym krajowym wydawnictwie NOWA. Otrzymał Nagrodę Literacką paryskiej “Kultury” i nagrodę “Wiadomości” im. Mieczysława Grydzewskiego za najlepszą polską książkę wydaną na emigracji w roku 1987.

***

Na zakończenie fragment owej książki:

Co to jest żmut? Aleksander Walicki w książce Błędy nasze w mowie i piśmie ku szkodzie języka polskiego popełniane oraz prowincjonalizmy –  korzystałem z trzeciego wydania: Kra­ków 1886 – powiada, że tego wyrazu, używanego tylko na Litwie, a koroniarzom nieznanego, nie da się zastąpić jakimś innym: “wyrazu, zupełnie temu odpowiedniego, w języku naszym nie posiadamy”. Żmut to bezładnie poplątane włosy, sznurki, tasiemki. Można by ewentualnie, zamiast o żmucie, mówić o splocie, ale Walicki uważa, że splot może być również spleciony ładnie i porządnie. “Żmut zaś musi być koniecznie bezładnie zbity”. Na Litwie mówio­no – Rozplącz ten żmut nici. – Albo: – Wyrwano mu z głowy cały żmut włosów. – Słowem bliskoznacznym jest kuczma. Kuczma jest jednak czymś nieco innym niż żmut, bowiem to, co splątane, nazywano żmutem, zaś do kuczmy można to było tylko porównać. Mówiono: – Ależ włosy twoje jak kuczma jaka. – “Bo pierwiastkowo – czytamy u Walickiego – wyraz ten oznacza w języku tureckim kosmatą czapkę janczarską”. Włosów, które porównywano do kuczmy, musiało być dużo i musiały być nastroszone. Żmut natomiast to “poplątanie bez względu na ilość włosów lub nici”. Z wydobytego niedawno z papierów po Janie Karłowiczu Podręcznika czystej polszczyzny dla Litwinów i petersburszczan dowiedziałem się, że synonimem kuczmy są czupryna, chachół, kudły. Znaczenie żmutu lub żmotu Karłowicz określa nieco inaczej niż Walicki: żmut to według niego gałka, garść, garstka. To, co splątane, poplątane, zaplątane. Garść czegoś takiego. Poplątanie samo w sobie. To, nad czym pracowałem przez kilka lat, jest właśnie takim żmutem. Tego żmutu nie udało mi się rozplatać – gdybym to zrobił, nie byłby już żmutem – więc książka, która z tego wynikła, także jest czymś w rodzaju żmutu. Ponieważ to, co splątane, pozostało splątane, można by powiedzieć, że poniosłem klęskę: autor, który zajmuje się historią, powinien bowiem – takie jest chyba powszechne przekonanie – upo­rządkować dany mu materiał. A przynajmniej wykazać chęć zaprowadzenia w nim jakiegoś porządku. Wydaje mi się to dyskusyjne. Żmut, z którym miałem do czynienia, został przeze mnie przedstawiony jako żmut, i nawet jeśli wynikło to z nieładu panującego w mojej głowie lub z tego, że nie dość się starałem, jest w tym coś, co mi odpowiada.

Żmut jako obraz żmutu. Poplątanie jako obraz tego, co splątane. To, co nazywamy przeszłością albo czasem prze­szłym, jak jest nam dane? Właśnie pod postacią żmutu, z którego tu i ówdzie wystają jakieś nici czy sznurki, ale nie widać ich drugiego końca, bo wikłają się, plączą, splatają ze sobą. Umysł bezskutecznie próbuje zaprowadzić w tym jakiś porządek – wydaje mu się, nie wiadomo dlaczego, że najlepszy byłby porządek chronologiczny, linearny – ale wygląda mi na to, że żmut też ma w tej sprawie coś do powiedzenia: zachowuje się tak, jakby było w nim trochę życia i jakby wcale nie pragnął zostać rozplatany. Coś w rodzaju kołtuna, którego obcięcie w pierwszej połowie XIX wieku medycy na Litwie uważali za niebezpieczne dla życia tego, któremu skołtuniły się włosy. Kołtun był więc czymś w rodzaju żywej istoty. W Wilnie zajmował się tą problematyką profesor Feliks Rymkiewicz, autor wydruko­wanej w  “Dzienniku medycyny, chirurgii i farmacji” (rok 1823) pracy Niektóre postrzeżenia ściągające się do choroby kołtunowej z uwagami nad jej naturą. Przeszłość jako żywy kołtun, żywy żmut. Może, jeśli rozplącze się ją, czyli uporządkuje, z tego poplątania ulotni się – jak w wypadku obcięcia kołtuna – ta odrobina życia, odrobina ciepła, która przetrwała w ciemności, w centrum bezładnego żmutu? Podziwiam moją przebiegłość, bo zdaje się, że staram się usprawiedliwić czy wytłumaczyć bałagan panujący w mojej głowie albo lenistwo mojego umysłu. Ale jednak bardzo zależy mi na tej odrobinie życia, która jest tam, w głębi żmutu, kuczmy. Jeśli w ogóle warto zajmować się historią, to tylko dlatego, że niekiedy udaje się dotknąć tego ciepłego, tego, co tam jeszcze żyje. Nie może na to liczyć ten, kto myśli tylko o tym, jak by uporządkować dany mu materiał.

Żmut nie ma końca ani początku. Moja opowieść może więc zacząć się w jakiejkolwiek chwili. Wystarczy pociągnąć jedną z poplątanych nitek. Santiago, rok 1880. Kwitnące kaktusy. Ile mil, ile wiorst jest stamtąd do Polski? Na gałęzi drzewa, którego nazwy Ignacy Domeyko, przez swoich wileńskich i paryskich przyjaciół zwany Żegotą, nie zna, krzyczy ochryple ptak – błękitne podgardle, purpurowe opierzenie u nasady dzioba – i również jego nazwa nie jest Domeyce znana. Pan Ignacy siedzi w trzcinowym fotelu na tarasie i pisze list. Jego śliczna żona, Enriqueta, umarła dziesięć lat temu – miała wtedy tylko trzydzieści pięć lat – i kiedy Domeyko przerywa pisanie i patrzy na obłoki płynące w kierunku oceanu i dalej, ku Litwie, myśli o tym, czy kiedyś zobaczy jeszcze Enriquetę i gdzie się spotkają: na tym tarasie w Santiago de Chile czy raczej gdzieś na Litwie, w Zapolu lub w Zyburtowszczyźnie. Litwa. “Nie uwierzysz mi, jak tu dobrze i ciepło, choć mrozik uparty nie opuszcza nas ni dnia, ni nocą, nie odważa się jednak dotąd przecho­dzić za 6 do 8 stopni pod zero. Śniegu po uszy; biedne kuropatwy, nie mając posiłku, cisną się dokoła gumna i stodół, nie lękając się nawet ludzi. Jedyna dla mnie bieda, że nie mogę dłuższych używać przechadzek, bo brnąć po śniegu w dużych kaloszach i w futrze to niewygodnie”. To fragment innego listu, który Domeyko napisał sześć lat później, kiedy przyjechał na Litwę i mieszkał w Zyburtowszczyźnie.

Można sobie wyobrazić jego spotkanie – po latach – z Enriquetą. Stoją na śniegu, gdzieś w pobliżu gumna, wokół nich kuropatwy. Jej duch w sukni z czarnej tafty z dużym dekoltem i w czarnych koronkowych rękawi­czkach, a jego duch w futrze i w kaloszach. Jego łysa głowa na jej ramieniu, jego usta dotykające czarnego stroiku wpiętego w jej włosy. – Jak tu dobrze i ciepło – mówi po polsku Enriqueta. – El desconfiar de Dios es una maldad – mówi po hiszpańsku pan Ignacy. Jej czarny pantofelek ze srebrnym guziczkiem zapadający się w śnieg, który padał w nocy. Bo nie sądzę, żeby wówczas, kiedy już nas nie będzie, zostały nam odebrane nasze słowa, nasze futra, kalosze, suknie z czarnej tafty, pantofelki ze srebrnymi guziczkami i stroiki, które wpina się we włosy. W każdym razie bardzo bym tego nie chciał.
Ale wracam do tego listu, który Domeyko 26 października 1880 roku – upalny dzień, a na Litwie wczesne mrozy i od razu 6 do 8 stopni pod zero – pisze na tarasie swojego domu w Santiago. To, co wydarzyło się na Litwie –  w Wilnie, Kownie, Tuhanowiczach, Bolcienikach, Rucie – na począt­ku lat dwudziestych, jest już legendą i historycy literatury szukają właśnie ostatnich, jeszcze żyjących świadków tych wydarzeń, chcąc się od nich dowiedzieć, jak to było napraw­dę. W liście Domeyki do księdza Jana Siemieńskiego czytamy: “Dochodzą mnie wieści, że z owej miłości Adama i Maryli niektórzy literaci, pisarze romansów, chcą usnuć jakiś sentymentalny romans na sposób francuskich, niemiec­kich czy angielskich romansów, wymyślić coś tragicznego, gdzieby się nie mogło obejść bez pojedynku, bez jakiego zagmatwania sytuacji lub zamachów na spokojność naszych staropolskich rodzin”. Rozumiem dobrze zaniepokojenie Domeyki. Przyszłość dowiodła, że miał on po temu całkiem uzasadnione powody. Pisarze romansów – trudno zresztą powiedzieć, dlaczego – oszczędzili co prawda tych dwoje, ale historycy literatury napisali na temat miłości Adama Mickiewicza i Marii z Wereszczaków Puttkamerowej – i wszystkiego, co z tą miłością im się kojarzyło – nie­zliczoną ilość głupstw. Więc rozumiem Żegotę i doceniam jego intencję: chodziło mu przecież o to, aby legenda o miłości Mickiewicza i Maryli była budująca i aby nie przedostały się do niej jakieś niestosowne domysły, a także – i może przede wszystkim – o to, aby dobre imię jego przyjaciela nie doznało uszczerbku. Dlatego właśnie ostrze­gał nas i ostrzega z dalekiego Santiago, zza oceanu, z głębi czasu. – Jeśli chcecie opowiedzieć dzieje tej miłości – mówi – to miejcie na uwadze dobro tych dwojga i nie dawajcie wiary głupim plotkom. – Opowiadając, co mam do opowie­dzenia, postaram się pamiętać o tym ostrzeżeniu. Przede wszystkim dlatego, że sam nie wiem, jak to było naprawdę, co naprawdę wydarzyło się w Wilnie, Kownie, Bolcienikach na początku lat dwudziestych minionego wieku. A bardzo chciałbym to wiedzieć. Ale ciekawi mnie także legenda – Domeyko był jednym z jej twórców, a wiedząc więcej niż inni, niejedno przemilczał, co w znacznej mierze zadecydo­wało o jej kształcie – więc o legendzie także chciałbym opowiedzieć, bowiem uważam, że prawda jest również i w niej. Legenda komunikuje coś – jakąś prawdę – o tych, którzy ją kształtowali i którzy w nią wierzyli. Już choćby dlatego warto się nią zająć. Ale legenda mówi nam też prawdę – można by ją nazwać prawdą symboliczną – o tych, których dotyczy, których ma za przedmiot. Legenda jest figurą prawdy. Można więc iść ku prawdzie – prawdzie wydarzeń i prawdzie istnienia – także poprzez nią. Tak więc, drogi panie Ignacy, drogi mój Żegoto ostrzegający mnie zza oceanu, nie obejdzie się w mojej opowieści bez czegoś tragicznego, bez pojedynku, bez za­gmatwania sytuacji, a nawet pewnie bez zamachów na spokojność staropolskich rodzin. Ale postaram się niczego nie zmyślać, a jeśli coś zmyślę, to zaraz powiem, że to jest zmyślone. Po cóż zresztą zmyślać, jeśli to, co się wydarzyło wtedy na Litwie, było tragiczne, zagmatwane i właśnie na – sposób niemieckich, angielskich romansów. Mogły się od­być – może się odbyły? – dwa albo nawet i trzy pojedynki. Spokojność rodzin została zakłócona i można tylko mieć nadzieję – mam taką nadzieję – że ci, którzy uczestniczyli w tych wydarzeniach, po wielu latach, kiedy to wszystko było już przeszłością, spotkali się ze sobą i wszystko sobie wyjaśnili oraz wybaczyli.
Gdzie się spotkali? Przy jakimś gumnie, przy jakiejś stodole w Tuhanowiczach lub w Brażelcach, gdzie śniegu po uszy i kuropatwy cisną się dokoła. Stoją tam wszyscy w futrach i kaloszach – Mickiewicz, Zan, Odyniec, Domeyko, państwo Puttkamerowie, państwo Kowalscy, także Johasia, Józia, Flora i Antosia, także Enriqueta, ale ponie­waż nie jest zainteresowana, trochę z boku – i opowiadają sobie, jak to było, i wyjaśniają sobie, co wtedy czuli i myśleli. A potem – filareckim obyczajem – przystępują do cało­wania. Tomasz Zan do Mickiewicza po pierwszej majówce Promienistych w maju 1820 roku: “Krzyknąłem: «Przy­stąpcie do pocałowania!» Rzucili się wszyscy i pięćdziesiąt głów ucałowałem. Wystaw sobie, do czego promionki przyszły”. Ale co my wiemy o tych pocałunkach, którymi całują się umarli.

Hommage à Jan Buck

Lidia Głuchowska

„HOMMAGE À JAN BUCK” – PROJEKT NAUKOWO-BADAWCZY
Instytutu Sztuk Wizualnych Uniwersytetu Zielonogórskiego

Jan Buk/Jan Buck (1922-2019) uchodzi za najwybitniejszego artystę serbołużyckiego, gdyż wytyczył serbołużyckim sztukom pięknym, dotąd ograniczonym do sfery przeeksponowanego folkloryzmu i prowincjonalizmu, całkiem nowe założenia, apelując o duchowe przełożenie sztuki serbołużyckiej na europejski modernizm.
Szczególnie inspirującą fazą w twórczości Jana Bucka był czas jego edukacji we Wrocławiu. Przez całe życie utrzymywał on kontakt z polską sceną artystyczną. To sprawiło, iż Instytut Sztuk Wizualnych Uniwersytetu Zielonogórskiego zainicjował projekt towarzyszący jego wystawie jubileuszowej, by uhonorować go jako nestora sztuki serbołużyckiej – z serią wystaw polskich artystów współczesnych oraz międzynarodowych sympozjów badawczych.
W ramach I cyklu wydarzeń projektowych odbyły się m.in. wystawa ISW UZ „Hommage à Jan Buck (I): ŻYLIŚMY JUTRO” w muzeum – Energiefabrik Knappenrode oraz wystawa retrospektywna twórczości Jana Bucka i międzynarodowe sympozjum naukowe „Jan Buck: Droga do sztuki” w Muzeum Serbołużyckim w Budziszynie/Bautzen.

Kierownictwo naukowe projektu:
dr Lidia Głuchowska

Continue reading “Hommage à Jan Buck”

Wędrówki po Westendzie

Ela Kargol

Wędrówki po zdrowie, zapach bzu i figury w parku


Dzisiaj kolejny szpital w moich wędrówkach po zdrowie, DRK Kliniken Berlin Westend w Charlottenburgu na Westendzie, dzielnicy, która swoją nazwę zawdzięcza londyńskiemu Westendowi i ma wiele wspólnego z Westendem szczecińskim. To Heinrich Quistorp, brat szczecińskiego Johannesa był jednym z założycieli berlińskiego Westendu.

Ale szpital powstał później.

Continue reading “Wędrówki po Westendzie”

Ostatnia siostra miłosierdzia

Zbigniew Milewicz

Najpierw przyszła do mnie do redakcji pani Wiesia, żeby pożalić się na Konstancję. Mała, korpulentna, z tlenionymi blond włosami, uczesanymi starannie w modnego koczka. Znały się od wielu lat z kliniki przy ulicy Francuskiej, gdzie obydwie pracowały jako pielęgniarki na internie. Później, po przejściu na emeryturę czasami się widywały gdzieś w sklepie, na ulicy, albo na niedzielnym nabożeństwie w kościele Mariackim, bo mieszkały niedaleko siebie w centrum Katowic. Wtedy zamieniały ze sobą parę zdawkowych uwag, o tym, że jakieś autobusy nie jeżdżą, że znowu pada, albo nie dowieźli mięsa, ale na tym się kończyło, bo już w szpitalu nie lubiały się jedna z drugą.

Wiesia była zadbaną, śląską kobietą. W domu można było u niej jeść, jak to mówią, z podłogi. Tak sobie umiała zorganizować czas, że niezależnie od szpitalnego dyżuru, jej chłop miał zawsze narychtowane sznitki do roboty, po szychcie ciepły posiłek, córka i syn sprawdzone tornistry, wszyscy chodzili schludnie ubrani i spali w czystej pościeli. Konstancja przyjechała na Śląsk po wojnie zza Buga, była niezamężna, nie miała dzieci, za to chmarę kotów, które podobno nie tolerowały żadnych obcych ludzi w domu. Stąd nikt nie wiedział, jak Konstancja żyje w tym swoim dwupokojowym mieszkaniu, które miała po zmarłych rodzicach. Wiesia raz tylko zajrzała tam przez drzwi do przedpokoju, żeby odebrać jeden klucz, który koleżanka pomyłkowo zabrała z kliniki. Myślała, że się przewróci ze smrodu, który dolatywał ze środka. Jakim cudem Konstancja przychodziła do pracy mimo wszystko nienagannie higieniczna, tego Wiesia nie potrafiła sobie wytłumaczyć.

Mój felieton w katowickim Dzienniku Zachodnim o tolerancyjnej pielęgniarce, która pozwala swoim pacjentom na wszystko, na co nie wyrażają zgody ich lekarze, wywołał małą burzę wśród czytelników, dotknięte poczuły się kręgi medyczne. Co prawda pani Konstancja była już na zawodowej emeryturze i opiekowała się chorymi prywatnie, w ich domach, ale wcześniej pracowała w renomowanej placówce medycznej i niektórzy czytelnicy domniemywali, że mogło w niej dochodzić do podobnych zdarzeń. Zadzwoniła do redakcji także bohaterka tego felietonu, nawet nie z pretensjami, tylko – jak to ujęła – z potrzeby uściślenia pewnych informacji. Zaprosiłem ją do kawiarni w Domu Prasy przy ulicy Młyńskiej, gdzie mieścił się wtedy Dziennik Zachodni. Miałem nadzieję na możliwie krótkie, treściwe spotkanie, a trafiłem na potrzebę kobiecych zwierzeń. Konstancja chciała mi najpierw opowiedzieć, jak trafiła z Żytomierza na Śląsk, jak wraz z rodzicami musieli zostawić cały dobytek i w bydlęcym wagonie, razem z innymi repatriantami ruszyli na Zachód. Ojciec był profesorem geografii w liceum, mama uczyła biologii, godzinę dostali od ruskich na spakowanie rzeczy na wyjazd. Konstancja miała wtedy już 32 lata, za sobą ukończoną wyższą szkołę baletową i kilkuletnie doświadczenie w pracy na targowisku miejskim. W czasie wojny handlowała w Żytomierzu, czym się dało. A w Katowicach została pielęgniarką, bo bardzo ich wtedy brakowało.

– Nadal brakuje – zauważyłem – szczególnie tych z powołania.
– Myślę, że taką pielęgniarką byłam i nadal jestem, bo nawet na emeryturze dalej pomagam chorym.
– Pani przeciwnicy twierdzą, że chodzi o pomoc zwłaszcza w szybszym umieraniu.
– Wiem, że pan z Wiesią rozmawiał, bo to ona tak mówi, ale bezpodstawnie.

Pytam więc między innymi o te słodycze, którymi pani Konstancja karmi chorych na cukrzycę, o papierosy kupowane po kryjomu astmatykom, o wódeczności, którymi częstuje chorych na marskość wątroby. Patrzy na mnie w odpowiedzi tymi swoimi niewinnymi, szarobłękitnymi oczyma i szepce kokieteryjnie:

– No, bo mnie proszą, czasami błagają, a ja wtedy nie potrafię im odmówić. Kiedy wiem, że choremu nie pozostało już zbyt wiele życia, że jego dni, a czasem godziny są policzone, to staram się spełniać jego najskrytsze pragnienia. Jak niektórych za bardzo nie stać finansowo, żeby kupić na przykład lepszy koniak, to im go sama stawiam, z własnej kieszeni. Która szeregowa pielęgniarka tak robi?

Pani Konstancja wie, że mówią na nią Kostusia, albo nawet Kostucha. Nie rozumie jednak, dlaczego. Kiedyś była atrakcyjną kobietą, dzisiaj sylwetka się przygarbiła, przybyło zmarszczek, a ubyło włosów i zębów, ale do dentysty nie pójdzie, bo źle znosi ból. Pozatym uważa, że w człowieku najważniejsza jest dusza, a ona się przecież nie starzeje.

– Ma pani swojej duszy coś do zarzucenia?
– Absolutnie nie.

Kilka miesięcy po naszym spotkaniu miała miejsce awaria w starej kamienicy, w której żyła ze swoimi kotami pani Konstancja. Mieszkała na drugim piętrze, w kanalizacji wodociągowej pękła jakaś rura i mieszkania w jednym pionie zostały zalane, więc pilnie trzeba było się do nich dostać. Konstancji nie było akurat w domu, dozorca otworzył drzwi zapasowym kluczem i cała kocia mistyfikacja wyszła na jaw. Śladu bodaj pojedynczego sierściucha nie uświadczono, zamiast tego wszędzie piętrzyły się w nieładzie różne rzeczy po zmarłych rodzicach oraz pacjentach pani Konstancji. Kiedy gospodyni po raz ostatni sprzątała to mieszkanie ? Na to pytanie nie była w stanie odpowiedzieć przed sądem, bo jej sprawa ostatecznie znalazła swój finał na wokandzie.

Zarzutów było kilka. Główny – zaniedbywanie obowiązków pielęgniarskich w trakcie sprawowania prywatnej opieki nad chorymi i wcześniej w klinice, co mogło powodować pogorszenie stanu ich zdrowia, lub wcześniejszy zgon. Ponadto – wyłudzanie korzyści materialnych od pacjentów i działania na szkodę prawa budowlanego. Obserwowałem przebieg rozprawy z audytorium dla publiczności. Konstancja odpowiadała z wolnej stopy. Wyprostowana, jakby połknęła kij, w jakiejś za dużej dla siebie, męskiej kurtce, z małą główką osadzoną na długiej szyi, mocno zaciskała dłonie na balustradzie mównicy, tak jakby od tego szponiastego uchwytu wszystko zależało. Trochę z wyglądu przypominała strusia. Jej odwieczna rywalka Wiesia, dużo mniejsza wzrostem, za to gustownie ubrana i pełna kobiecych powabów, która zeznawała w sprawie, jako główny świadek oskarżenia, szybko została wyeliminowana przez obronę. Mecenas Berezowski, prywatnie mój dobry znajomy, wykazał, że obydwie panie w swoim czasie ostro konkurowały ze sobą o względy jednego z lekarzy. Wiesia przegrała, jej zarzuty wobec Konstancji nie mogły więc być obiektywne. Najcelniej jednak wybrzmiało:

– Wysoki sądzie, jak można nazwać opiekunkę, która stara się spełnić ostatnią wolę człowieka, którego może za chwilę już nie będzie między nami. Nieważne, czy jest to ciastko, lampka koniaku, czy pełen siostrzanej miłości pocałunek ukojenia. Nie inaczej, jak ostatnią siostrą miłosierdzia.

Na wysokim sądzie, który też był kobietą, na chwilę przed zawodową emeryturą, wywód ten wywarł bardzo dobre wrażenie i pani Konstancja została uniewinniona od zarzutu działania na szkodę swoich podopiecznych. Fakt zaś, że jakieś tam rzeczy dostawała po ich śmierci, nie miał wynikać z wyłudzenia, tylko z darowizn ich bliskich. Jedyne do czego ostatnia siostra miłosierdzia została zobligowana, to do prac porządkowych w swoim mieszkaniu, żeby lokatorowi z pierwszego piętra sufit pewnego dnia jednak nie zwalił się na głowę, a jej samej żyło się schludniej.

Uwaga FAKE!!!

Od czasu do czasu umieszczam tu teksty przygotowane przez Sztuczną Inteligencję (SI). Są czasem gorsze, czasem lepsze, ale czegoś takiego jak trzy teksty poniżej pani SI jeszcze nie wyprodukowała:

Anna Krenz napisała:

Napisz mi życiorys polskiej konspiratorki Ireny Bobowskiej z Poznania.

Irena Bobowska urodziła się 1 września 1909 roku w Poznaniu. Była córką nauczycieli, jej ojciec był dyrektorem jednej z poznańskich szkół. W czasie II wojny światowej Irena Bobowska była aktywną członkinią polskiej konspiracji.

W latach 1939-1940 pracowała w Szarych Szeregach, gdzie zajmowała się organizacją tajnego nauczania. Następnie działała w podziemnym ruchu oporu jako łączniczka i kurierka. W 1943 roku została aresztowana przez Niemców i osadzona w więzieniu. Przez kilka miesięcy była torturowana, jednak nie zdradziła żadnych informacji. W 1944 roku została przewieziona do obozu koncentracyjnego Ravensbrück, gdzie pracowała w fabryce amunicji.

Po zakończeniu wojny Irena Bobowska powróciła do Poznania, gdzie zaangażowała się w odbudowę życia kulturalnego miasta. Była jednym z założycieli Towarzystwa Przyjaciół Sztuk Pięknych w Poznaniu oraz dyrektorem artystycznym tamtejszego Teatru Polskiego. W 1967 roku została uhonorowana Nagrodą Miasta Poznania za zasługi w dziedzinie kultury.

Irena Bobowska zmarła 6 maja 1981 roku w Poznaniu. Została pochowana na Cmentarzu Junikowo w rodzinnym grobie. Dziś jej imię noszą ulice w kilku polskich miastach, m.in. w Poznaniu, Wrocławiu i Słupsku.

Nie, Irena Bobowska urodziła się w 1920 roku w Poznaniu i została zamordowana w Berlinie w 1942 roku.

Przepraszam za moje nieścisłości w poprzedniej odpowiedzi. Faktycznie, Irena Bobowska urodziła się 11 lutego 1920 roku w Poznaniu i była jedną z najmłodszych konspiracyjnych bohaterek z czasów II wojny światowej.

W czasie wojny działała w organizacji “Kryska”, która zajmowała się kolportażem prasy podziemnej oraz organizowaniem pomocy dla więźniów politycznych. Była również jednym z liderów Organizacji Małego Sabotażu “Wawer” na terenie Poznania.

W 1942 roku Irena Bobowska została aresztowana przez Gestapo i osadzona w więzieniu w Berlinie. Tam była torturowana, jednak nie zdradziła żadnych informacji. Niestety, 18 lipca 1942 roku została stracona przez Niemców w wieku zaledwie 22 lat.

Irena Bobowska była bohaterką walki o wolną Polskę i jest symbolem młodych ludzi, którzy poświęcili swoje życie dla sprawy narodowej. Dziś jej imię nosi m.in. Szkoła Podstawowa nr 64 w Poznaniu.

To również nie ta biografia. Znajdź właściwą.

Przepraszam za pomyłki. Poniżej przedstawiam właściwą biografię Ireny Bobowskiej:

Irena Bobowska urodziła się 1 września 1918 roku w Poznaniu, jako najmłodsza z ośmiorga dzieci. W czasie II wojny światowej była członkiem konspiracji i działała w Armii Krajowej na terenie Poznania.

W 1942 roku, wraz z mężem Czesławem Bobowskim, zaangażowała się w organizację ucieczki z więzienia na Młyńskiej w Poznaniu, gdzie przetrzymywani byli więźniowie polityczni. Plan ucieczki nie powiódł się, a Irena Bobowska i jej mąż zostali aresztowani przez Gestapo.

Po aresztowaniu Irena Bobowska była torturowana przez niemieckie służby, jednak nie zdradziła żadnych informacji. W styczniu 1943 roku została przewieziona do niemieckiego obozu koncentracyjnego Ravensbrück, gdzie pracowała w fabryce amunicji.

W Ravensbrück Irena Bobowska była jednym z liderów ruchu oporu i organizowała tajne nauczanie dla innych więźniarek. W kwietniu 1945 roku została ewakuowana wraz z innymi więźniarkami z obozu i udało jej się przeżyć wojnę.

Po wojnie Irena Bobowska powróciła do Poznania i zaangażowała się w odbudowę miasta. Była m.in. wiceprezesem Zarządu Głównego Związku Bojowników o Wolność i Demokrację oraz członkiem Rady Krajowej tej organizacji. W 1946 roku złożyła egzamin maturalny i podjęła studia z zakresu filologii polskiej na Uniwersytecie Poznańskim.

Irena Bobowska zmarła nagle 27 listopada 1946 roku w Poznaniu. Miała zaledwie 28 lat. Jej śmierć była tragicznym wypadkiem – spadła z okna swojego mieszkania na czwartym piętrze. Część osób uważa, że był to jednak zamach.

Irena Bobowska była jedną z najmłodszych bohaterek polskiej konspiracji i jedną z najwybitniejszych działaczek Armii Krajowej w Wielkopolsce. Dziś jest patronką ulic i szkół w Poznaniu, a także jedną z głównych postaci upamiętnionych w Muzeum Martyrologii Wielkopolan w Poznaniu.

Koniec wojny

Ewa Maria Slaska

19 kwietnia wielu z nas przypominało na Facebooku, że właśnie minęła 80 rocznica powstania w Getcie Warszawskim, wielu umieściło zdjęcia żonkili, symbolicznego kwiatu Powstania. Przy tej okazji Jarosław Suchoples, historyk, napisał w komentarz:

Jarek Suchoples

“Zawsze nachodziła mnie taka refleksja, że 30 kwietnia dwa lata później nie było już żadnego Hitlera, a Niemcy były na kolanach. Wniosek: dwa lata to bardzo dużo czasu.”

Tak, to bardzo dużo czasu. Od końca Powstania Warszawskiego do końca wojny minęło zaledwie 7 miesięcy i to też było bardzo dużo czasu.

W ostatnich latach ten koniec wojny przewartościował się w Polsce z klęski Niemców na walkę z Sowietami. Jedną z wyrazicielek tego trendu była kilka lat temu Magdalena Grzebałkowska ze swoją książką 1945. Wojna i pokój i dlatego, choć jest to dobra i solidnie ugruntowana książka, wzdragam się przed jej czytaniem.

Grzebałkowska urodziła się w 1972 roku.

W szczecińskim Muzeum Dialogu Przełomy kuratorzy wystawy posunęli się jeszcze dalej – obraz Kobasa Laksy otwierający ekspozycję nazywa się Szczecin 1945 – Koniec marzeń.

Naprawdę? Koniec marzeń?


Laksa urodził się w roku 1971. Urodził się w Białymstoku. A więc tak jak Grzebałkowska dużo po wojnie, a jeszcze też daleko od Niemców. Czy to czas czy odległość tak zmieniają perspektywy, że człowiek z pokolenia X może rok 1945 w Szczecinie zobaczyć jako koniec marzeń?

Pamiętam rozmowę z Hanną Krall, sprzed wielu lat, jak opowiadała o piwnicy, w której ukrywała się i ona, i inni żydowscy mieszkańcy Warszawy i jak do tej piwnicy wszedł nagle rosyjski żołnierz, a oni, ci wszyscy tam zgromadzeni ludzie zaczęli płakać ze szczęścia.

U Agnieszki Holland w filmie W ciemności jest też taka scena.

Ale Holland i Krall to stare panie, mają zapewne “starą” wizję świata i historii. Ja, choć urodzona już krótko po wojnie, również jestem starą panią i mam “starą” wizję świata. Tymczasem to samo Muzeum Dialogu w Szczecinie neonem Huberta Czerepoka przypomina: „Przeszłość nie jest tym, czym kiedyś była”. Napis został wkomponowany w kontur Polski. Nasza polska przeszłość się zmieniła.

Oczywiście tak, w roku 1945 przeszłość nie była tym samym, czym stała się po roku 1980, i czym stała się w niespełna 10 lat później, w roku 1989 roku. Przeszłość była inna wtedy i jest inna teraz.

Ale, żeby pozostać przy latach 80, sugeruję, że ta inna przeszłość jest realizacją tego, co działo się w 1984 Orwella.

Główny bohater powieści, Winston Smith pracuje w Ministerstwie Prawdy, które na bieżąco aktualizuje to, jak zapisana została przeszłość. To jak wyglądała przeszłość musiało się w najdrobniejszych szczegółach zgadzać z tym, co aktualnie głosiła partia. Dawna przeszłość znikała bez śladu i nawet jeśli ktoś coś pamiętał, to nie miał na to żadnych dowodów. Większość jednak, poddana ustawicznemu praniu mózgu, nie pamiętała nic.

Gdy Orwell pisał tę powieść, w latach 1945-1948, manipulacja przeszłością i pranie mózgu obywateli wydawały się totalitarnym zagrożeniem.

Ile razy myślę o tym, jak zmieniło się nasze polskie spojrzenie na koniec wojny, przypomina mi się ten cytat:

Szóstego dnia Tygodnia Nienawiści, po pochodach, przemówieniach, krzykach, śpiewach, transparentach, filmach, pokazach figur woskowych, dudnieniu bębnów i ryku trąb, tupocie maszerujących nóg, turkocie czołgów, wyciu przelatujących samolotów; grzmocie armat – po sześciu dniach tych atrakcji, kiedy zbiorowy orgazm sięgał szczytu, a powszechna nienawiść do Eurazji przerodziła się w tak zaciekłą furię, że gdyby tłum dostał w swoje ręce owe dwa tysiące eurazjatyckich zbrodniarzy wojennych, których miano powiesić publicznie ostatniego dnia obchodów, to niechybnie rozszarpałby ich na strzępy – dokładnie wówczas ogłoszono naraz, że Oceania wcale nie prowadzi wojny z Eurazją. Nieprzyjacielem Oceanii jest Wschódazja. Eurazja to sprzymierzeniec.
Nie przyznano się, oczywiście, że nastąpiła jakakolwiek zmiana sojuszy. Po prostu nagle, wszędzie równocześnie, ogłoszono, że to Wschódazja, a nie Eurazja jest wrogiem. Winston akurat uczestniczył w wiecu na jednym z głównych placów Londynu. Był późny wieczór – czerwone flagi i twarze zebranych oświetlał jaskrawy blask reflektorów. Na placu tłoczyło się kilka tysięcy ludzi, w tym tysiąc uczniów w mundurkach Kapusiów. Z trybuny obitej czerwonym suknem przemawiał do tłumu mówca z Wewnętrznej Partii, mały, chudy mężczyzna o nieproporcjonalnie długich rękach i ogromnej głowie, zupełnie łysej, jeśli nie liczyć paru rzadkich, przylizanych kosmyków. Karzeł ten, o twarzy wykrzywionej nienawiścią, w jednej kościstej dłoni dzierżył mikrofon, a drugą – zaciśniętą w ogromną pięść wymachiwał groźnie w powietrzu. Jego głos, któremu megafony nadawały metaliczne brzmienie, grzmiał wyliczając po kolei wszystkie zbrodnie nieprzyjaciela: masakry, wysiedlenia, grabieże, gwałty, torturowanie jeńców, bombardowanie ludności cywilnej, napaści, kłamliwą propagandę, łamanie układów. Przekonywał każdego, każdemu udzielała się jego furia. Co kilka chwil tak narastała wściekłość tłumu, że barbarzyński, niepohamowany ryk tysięcy gardzieli zagłuszał słowa mówcy. Najdziksze wrzaski wydawali uczniowie. Przemówienie trwało już ze dwadzieścia minut, gdy nagle na trybunę wbiegł posłaniec i wręczył mówcy kartkę. Ten rozwinął ją i przeczytał, nie przerywając potoku słów. Nie zmieniło się ani jego zachowanie, ani ton głosu, ani też treść tego, co mówił, lecz nagle zaczął wymieniać nazwę innego mocarstwa. Nie padło ani jedno słowo wyjaśnienia, ale tłum i tak w mig pojął wszystko. Oceania prowadzi wojnę ze Wschódazją! W następnej chwili podniósł się rwetes. Wszystkie transparenty i plakaty, którymi udekorowano plac, były nieodpowiednie! Połowa z nich przedstawiała niewłaściwe osoby. Sabotaż! Robota agentów Goldsteina! Powstał zamęt; ze ścian zrywano plakaty, a transparenty darto na strzępy i deptano. Kapusie dokonywali cudów zręczności wdrapując się na dachy i ściągając łopoczące na kominach flagi. Nie minęły dwie, trzy minuty, a było już po wszystkim. Mówca, wciąż dzierżąc w jednej dłoni mikrofon, a drugą wymachując w powietrzu, wychylał się z trybuny i grzmiał jak uprzednio. Jeszcze minuta i tłum znów zaczął wznosić dzikie okrzyki. Nienawiść trwała nadal; zmienił się jedynie jej obiekt.

Reblogi po 10 latach: Sarah Kirsch

Ewa Maria Slaska

Rok 2013

Umarła już 5 maja 2013 roku, ale do wiadomości podano to  dopiero kilka dni później. Niemiecka Wikipedia natychmiast to odnotowała.
Sarah Kirsch
Polska nie, ale polska w ogóle o niej wtedy nie pisała, dlaczego by więc miała coś wiedzieć o tym, że umarła.  Ale poetka nie była w Polsce nieznana. Na stronie http://www.torun.pl/pl/2007-ewa-lipska-i-sarah-kirsch pojawiły się razem Ewa Lipska i Sarah Kirsch. Obie w roku 2007 otrzymały nagrodę im. Samuela Lindego przyznawaną przez miasta Toruń i Getyngę.

Urodziła się w 1935 roku  w Limlingerode (w latach 1949-1989 była to miejscowość w NRD, gdzie poetka mieszkała do roku 1977). Studiowała biologię na uniwersytecie w Halle, a potem pisanie w Instytucie Literatury w Lipsku. W latach 1958-68 była żoną poety Reinera Kirscha.

Po pozbawieniu obywatelstwa NRD znanego pieśniarza Wolfa Biermanna w 1976 roku znalazła się wśród autorów kontestujących politykę władz, a w 1977 roku opuściła NRD i przeniosła się do RFN.

Debiutowała w 1961 roku i od tej pory ukazało się 19 tomów jej wierszy. Jedna z najciekawszych i najwybitniejszych poetek współczesnej literatury niemieckiej. Księgarnie internetowe oferują tylko wydania niemieckie, a po polsku ukazało się za jej życia tylko kilka jej wierszy w antologii niemieckojęzycznej liryki miłosnej: Ty się pojawiasz jak miłość… (PIW, Warszawa 1987) oraz w prasie literackiej.

Tuż koło białych bratków

stoję w parku tak jak mi kazał
pod wierzbą
rozczochraną staruchą bezlistną
widzisz mówi nie przychodzi

Ach mówię złamał nogę
zadławił się ością nieoczekiwanie
ulicę zamknięto albo
nie może wymknąć się swojej żonie
wiele rzeczy staje nam ludziom na przeszkodzie

Wierzba kołysze się i skrzypi
możliwe że już nie żyje
blady był taki kiedy cię całował pod płaszczem
możliwe wierzbo możliwe
w takim razie miejmy nadzieję że już mnie nie kocha

przełożył Jacek St. Buras

A ja popróbowałam wtedy sił w tłumaczeniu wiersza, który był wówczas bardzo popularny na youtubie, a po polsku go nie było: 

Die Luft riecht schon nach Schnee,                                                                 
mein Geliebter
Trägt langes Haar,
ach der Winter,
der Winter der uns
Eng zusammenwirft
steht vor der Tür, kommt
Mit dem Windhundgespann.
Eisblumen
Streut er ans Fenster,
die Kohlen glühen im Herd,
und Du Schönster Schneeweißer
legst mir
deinen Kopf in den Schoß Ich sage das ist
Der Schlitten der nicht mehr hält,
Schnee fällt uns
Mitten ins Herz, er glüht
Auf den Aschekübeln im Hof
Darling flüstert die Amsel
Powietrze pachnie śniegiem,
mój miły
ma długie włosy,
ach zima,
zima nadciąga,
w zaprzęgu ogarów.
Zima nas połączyła i zbliżyła,
rozsypuje lodowe kwiaty
na oknach
żarzy się węgiel w piecu,
a ty najpiękniejszy mój
Królewiczu Śniegu
kładziesz mi głowę
na kolanach. Mówię, że to sanie, których
nie sposób już zatrzymać,
śnieg pada w samo serce,
żarzy się jeszcze
w wiadrze popiołu na podwórzu
Och, Darling szepce kos

Tłumaczyła Ewa Maria Slaska

Rok 2023