Reblog: Chwała mórz

Wiele lat temu, gdy mojemu Ojcu wręczano w Szczecinie nagrodę Chwały mórz, Ojciec poprosił mnie, żebym wygłosiła tak zwaną laudację. Nie lubię wygłaszać pochwał i chyba nawet nie umiem. Napisałam więc wiersz. Chyba się spodobał, bo był drukowany w różnych żeglarskich czasopismach. W styczniu 2012 roku (było zimno!) przypomniałam ten wiersz na blogu Jak udusić kurę. Dziś przypominam go ponownie, bez żadnego specjalnego powodu. Po prostu ostatnio “chodził mi po głowie”.

Moim Ojcem był Dariusz Bogucki, doktor inżynier budowy okrętów, żeglarz polarny, autor. Moją Matką, bo o niej też jest w tym wierszu mowa, była Irena Kuran-Bogucka, graficzka, tłumaczka poezji hiszpańskiej na polski.

Rok 2001. Ojciec z toporem – nagrodą Chwały mórz przyznawaną przez Mesę Kaprów Polskich – Bractwo Wybrzeża.
Ojciec był pierwszym żeglarzem, któremu przyznano tę nagrodę.
Uroczystość odbyła się w Szczecinie na pokładzie statku Fryderyk Chopin.

Ewa Maria Slaska

Wywiad

Tego dnia
wręczono Dariuszowi Boguckiemu
nagrodę chwały mórz

Otworzyłam oczy
włączyłam radio
Usłyszałam młodego dziennikarza

Proszę powiedzieć naszym słuchaczom
mówił
kilka słów na temat nieśmiertelności pragnień
mówił
i odwiecznej tęsknocie człowieka za wolnością
mówił
ale nie za długo
mówił
tak na trzydzieści sekund
mówił

Owszem
są

Zjadłam bułkę i wypiłam kawę
Dziennikarz mówił
Było zimno
Dziennikarz mówił
Jak wściekle zimno musi być na jachcie
mówił
który płynie właśnie
mówił
do Islandii
do Grenlandii
do Winlandii
mówił
Na Labrador
Na Alaskę
Na Szpicbergen i Ziemię Ognistą
mówił
Za północny
i za południowy
krąg polarny
mówił

Owszem
zimno

Dziennikarz pytał dalej
Co pana skloniło
pytał
Co pana pędziło
pytał
Co inspirowało
pytał
Co z tego zostało
pytał

Umyłam kubek i strzepnęłam okruchy po bułce
Na północnych pustkowiach Kanady
świszczał przenikliwy wiatr
pędziły sanie zaprzężone w sześć wielkich husky
Zapaliłam papierosa
traperzy przemierzali lasy
polując na niedźwiedzie i karibu
starzy Indianie siedzieli u wylotu wigwamów
czekając na wielki potlacz

Nakarmiłam kota
Amundsen szukal Nobilego
Peary wchodził na statek
w małym kościele nadano pewnemu chłopcu imię Frijdhof

Zamiotłam podłogę
ze wszystkich stron nadciągały statki, sanie, balony i samoloty
faceci w futrzanych kurtkach
ściskali dłonie Eskimosom

Wyrzuciłam niedopałek do śmieci
London Cooper Curwood stawiali właśnie słowo the end
pod marzeniami pokoleń chłopaków
o prawdziwej męskiej przygodzie

Dziennikarz pytał dalej
Coś z tego zostało
pytał

Owszem
zostało

Zawsze tylko dwa słowa
Mimo to dziennikarz nie dawał za wygraną
Jest trudno
mówił
Jest ciężko
mówił
Jest tęsknota
mówił
Jest niepokój rodziny
mówił

Za oknem znowu lał deszcz
postanowiłam upiec ciasto
przez trzydzieści lat
piekłam ciasto
a moja matka czekała na nabrzeżu

Za oknem wiatr obrywał kwiaty pelargonii
mieszałam mąkę i cukier
przez trzydzieści lat
mieszałam mąkę i cukier
a moja matka czekała na nabrzeżu

Za oknem szare rozbryzgi wody
dodawałam jajka i masło
wszystko było białe
tylko grafiki mojej matki były czarne
bo moja matka czekała na nabrzeżu

Dziennikarz pytał dalej
było trudno
pytał

Owszem
trudno

Zawsze tylko dwa słowa
Wyłączyłam radio
Taki był poranek tego dnia
gdy wręczano Boguckiemu
nagrodę chwały mórz

Gdy ciasto było gotowe
zapytałam
Masz ochotę na kawałek szarlotki
ku chwale mórz

Owszem
mam

Położyłam ciasto na talerzu
nalałam mleko do kubka
i podniosłam go do góry
jak kieliszek
Wypijemy powiedziałam
za dwa słowa:

chwałę mórz

Tak napisał by ten toast Frank O’Hara, jeden z najsłynniejszych w Polsce poetów, Amerykanin. Ja “się podszyłam”. Ojciec był facetem małomównym.

jacht-zima2

Na zdjęciu – Ojciec (w białej czapeczce) na jachcie, gdzieś, gdzie na pewno było zimno.

 

Wielcy pisarze i kobiety

Ewa Maria Slaska

Baśce O.

Harper Lee, Umberto Eco, Romain Rolland, Gabriel Garcia Marquez, Thomas Mann, Hermann Hesse, Julio Cortazar

Umarli kilka dni temu, albo nie żyją od wielu lat… Obchodzimy właśnie rocznice ich urodzin lub śmierci, albo zostali zapomniani na zawsze. Wielcy pisarze, którzy ukształtowali moje życie. Gdy piszę pierwsze zdania tego tekstu, wciąż dodaję w tytule kolejne nazwiska, patrzę na tę listę i cały czas wiem, że brakuje jej dwóch postaci – Homer i Marcel Proust. Ale ci dwaj są z jakiejś innej półki, znacznie wyższej niż reszta, nie mogę ich dodać do listy moich wielkich pisarzy, bo są ponad wszelkimi listami i kategoriami. Natomiast świadomie nie wpisałam na listę moich pisarzy kilku innych, podobno nawet ważniejszych – James Joyce, Lew Tołstoj, Fiodor Dostojewski, Gustave Flaubert…

Czytałam ich, oczywiście, byli wielcy, ale nie byli “moi”… Wielcy pisarze dużo pisali, ale ci moi są dla mnie najczęściej autorami jednej książki. Mojej książki. Colas Breugnon, Zabić drozda, Sto lat samotności, Imię róży, Gra w klasy… kultowa książka mojego pokolenia w Polsce. Oczywiście W poszukiwaniu… i oczywiście Odyseja.

To moja klasyfikacja, moi najważniejsi pisarze. Dlatego jest tu Harper Lee, a nie ma Faulknera i Hemingwaya.

I wśród nich tylko jedna kobieta, właśnie Harper Lee! Dlaczego tylko jedna!? Pytam nie bez powodu, ale o tym za chwilę…

Potem, gdy pojawiają się pisarze ważni, i sławni, i wielcy, ale już nie AŻ TAK ważni, i sławni, i wielcy, Pruszyński, Paustowski, Galsworthy, Gołubiew, Grass, Fitzgerald, Hrabal, Steinbeck, Tolkien, Kerouac, Nooteboom, Calvino, Buzatti… pojawi się też dużo kobiet. Margaret Mitchell, Margerite Duras, Françoise Sagan, Lucy Maud Montgomery, Carson McCullers, Simone de Beauvoir, Ursula K. le Guin, Selma Lagerlöf, Sigrid Undset, Karin Blixen, Pearls Buck, Astrid Lindgren, Gertrud von Le Fort, Agata Christie, ulubiona, bo to na jej książkach i na Kubusiu Puchatku uczyłam się angielskiego… I Francis Yates, autorka książki Sztuka pamięci, która na lata stała się dla mnie wzorem inteligentnej kobiety. To taki najdawniejszy mój własny kanon czytelniczy, który przez lata będzie się rozrastał, odmładzał, feminizował, pojawią się w nim przede wszystkim amerykańskie pisarki postetniczne, Alice Walker, Luise Erdrich, Amy Tan…, Siri Huvsted jako osobna pozycja, i wreszcie feministki.

Feministki to już oczywiście odkrycie po wyjeździe do Niemiec. Jechałam do kraju Manna i Hessego, a przyjechałam do świata, gdzie czytało się Mary Daly, Julię Kristevę i Susan Sonntag. Oraz, oczywiście, Alice Schwarzer, choć dziś chyba już nie chciałabym jej czytać, bo jest wcale nie mała różnica finansowa i etyczna między Alice Schwarzer z lat 80 a teraz.

Feministki objawiły się właściwie już w Polsce, w okresie Solidarności, bo w końcu i one przyjeżdżały do kraju, w którym coś się działo, zakładając, zresztą słusznie, że jak będzie się działo dużo, to będzie się dział również feminizm. Ale podczas jednego czy drugiego spotkania w Polsce nie wiedziałam jeszcze, że można by z tymi kobietami porozmawiać o literaturze feministycznej i chyba nie przychodziło mi do głowy, że mogłaby taka być.

Wiedziałam natomiast, że jest literatura pisana przez mężczyzn, której kobiety nie trawią, i literatura pisana przez kobiety, która może nie zawsze odpowiada temu, czego kobiety chciałaby od literatury, ale przynajmniej taka, którą będą mogły uczuciowo zrozumieć.

To, że jako kobieta nie jestem w stanie z przyjemnością czytać literatury napisanej przez mężczyzn, było moim własnym odkryciem i to z młodego wieku, skoro napisałam o tym jako osiemnastolatka na egzaminie wstępnym na polonistykę. Nawet nie pamiętam dokładnie, jak był sformułowany temat, sądzę, że nie miał prowadzić do wniosków feministycznych, lecz raczej chodziło o wzory powieściowe lub coś w tym rodzaju. Napisałam, że Faulkner i Hemingway to nie jest “moja” literatura, że wojna, polowanie… zresztą nie wiem, co dokładnie, ale na pewno, że nie… NIE!

To wypracowanie wpłynęło na moje życie i to całkiem bezpośrednio. Bo po południu po egzaminie pisemnym poszłyśmy z Baśką O. na spacer i ustaliłyśmy, że… wcale nie chcemy studiować polonistyki, a może w ogóle nie chcemy studiować, a na pewno mamy w nosie egzaminy i że nie będziemy już niczego zdawać, tylko idziemy jutro na plażę.

Poszłyśmy. Gdy wróciłam do domu, opalona, opiaszczona, potargana, tam już była groza. Mama tłukła talerze, a Ojciec nie pytając o nic, wziął mnie za rękę i zaprowadził… na egzamin! Nie było daleko. Egzaminy już się skończyły, cała komisja czekała tylko na mnie. Nic nie rozumiałam, przecież nikt nigdy nikogo nie zmusza do egzaminu na studia, a egzaminy są przecież anonimowe. Więc dlaczego? Weszłam, wepchnięta przez Ojca, i przypomniało mi się, nie wiedzieć czemu, jak kiedyś późną nocą Ojciec odwiózł nas obie na kolonie, jechałyśmy z kimś samochodem, ale nie pamiętam z kim. Było ciemno, wszyscy spali, Ojciec się dobijał do drzwi, w końcu otworzyła jakaś zaspana kucharka, zaprowadziła nas do kierowniczki, a potem do jakiejś ciemnej sypialni. Obudziliśmy wychowawczynię i Ojciec powiedział: … Pani, dzieci przywiozłem. Może to było Dzień dobry Pani, albo Proszę Pani, ale może rzeczywiście tak powiedział, jakoś zbyt prosto i niezbyt uprzejmie. I wepchnął nas przez drzwi.

Wydaje mi się, że nie zdawałam tego egzaminu, że wystarczyło, że się pojawiłam. Chociaż może było jakieś pytanie pro forma, typu – kiedy była bitwa pod Grunwaldem? Nic nie pamiętam. Dopiero po kilku dniach, gdy już wiadomo było, że zdałam i zostałam przyjęta, rodzice powiedzieli mi, że moje wypracowanie egzaminacyjne było tak dobre i oryginalne, iż gdy się nie pojawiłam na egzaminie, komisja zadzwoniła do rodziców i zapytała, co się stało, czy może jestem chora…

Tak to Baśka nie dostała się na studia, a ja owszem… Ale niewiele to pomogło, bo i tak nie chciałam studiować polonistyki… W następnym roku rozpoczęłam studia etnologiczne, a w rok później zaczęłam studiować archeologię…

Ktoś mi kiedyś powiedział, że to wypracowanie pokazywano następnym pokoleniom studentów. Kiedyś chciałam je przeczytać, ale oczywiście nikt nic nie wiedział i nic nie pamiętał, i nie umiał mi odpowiedzieć na pytanie, czy może gdzieś jest. Może zniknęło, może jest w Archiwum Akt Nowych w Gdyni.

Potem były jeszcze dwa znaczące spotkania z książkami pisanymi przez kobiety.

polskieksiazkiPierwsze w Polsce w latach 70. Chcałam zostać dziennikarką, taką lepszej klasy, i obsyłałam różne konkursy. Głupi był to pomysł i nie przyniósł żadnych widomych efektów, ale wtedy tego nie mogłam wiedzieć. Wysłałam więc recenzję na jakiś konkurs zorganizowany przez Kobietę i życie. To informacja bez znaczenia, ale ponieważ pamiętam, to napiszę, że była to autobiografia Stanisława Makowieckiego Mamałyga czyli słońce na stole. Dostałam wyróżnienie i przysłano mi jako nagrodę kilkanaście książek. Dopiero po jakimś czasie odkryłam, że wszystkie były napisane przez kobiety. Przyznaję, że do dziś myślę z uznaniem o tej peerelowskiej redakcji.

niemieckieksiazkiGdy przyjechałam do Berlina przez kilka miesięcy sprzątałam, nie dlatego, żebym specjalnie lubiła sprzątanie, ale dlatego, że to w latach 80 robiły tu wszystkie Polki. W domu profesorostwa G. na Frohnau odkryłam, że na stoliku nocnym pana profesora leżą eseje filozoficzne i polityka, a u pani profesorowej książki napisane przez kobiety.

Maile z Polski 2

Mężczyzna po 50

Chciałem nawet napisać coś o tym wcześniej do Ciebie – ale dopiero dziś ten atak na Wałęsę, który nastąpił po ujawnieniu jakichś przestarzałych i nie wiadomo czy prawdziwych (zresztą to i tak nie ma znaczenia) dokumentów, skłonił mnie do oceny tego, co się dzieje.

To jest nieprawdopodobne, co może zrobić żądza zemsty, nienawiść, pycha i chore poczucie misji dokończenia rewolucji – gdyby nie te okropne cechy, Polska byłaby już dawno wielkim i silnym krajem… a tak – wystarczy włączyć TVP i posłuchać wypowiedzi niektórych komentatorów, którzy z poczuciem wyższości, nieomylności i misji poszukiwania prawdy i obłędem w oczach objaśniają zdezorientowanym widzom – gdzie jest owa prawda, gdzie jest
to czarne, które nie jest białe i odwrotnie. Najwięcej szkody dla Polski
czynią właśnie tacy ludzie którzy obsesyjnie szukają nie dobra- lecz zła – w innych. Tacy właśnie, którym mityczne poszukiwanie prawdy uniemożliwia znalezienie miłości.

Mężczyzna po 50

…tu się w ogóle robi taka sytuacja, że jak się z kimś rozmawia, to trzeba najpierw pomyśleć, zanim się coś powie bardziej ogólnego, o sytuacji, lub na temat społeczny, lub nie daj Boże polityczny… – bo może on jest zwolennikiem …? więc najpierw trzeba wybadać – mówiąc tak, jakby od niechcenia – “ja to nie oglądam telewizji” – i obserwować, co na to rozmówca… w zależności co powie, kontynuować rozmowę w pożądanym kierunku, tak, aby nie urazić adwersarza.
Gdy kupuję “Gazetę…” staram się publicznie nie czytać jej zbyt obcesowo – ewentualnie tylko strony sportowe – udając, że tylko to mnie interesuje – byłem bowiem świadkiem w autobusie agresji pewnego pana, który wykrzykiwał coś bardzo wyrazistego pod adresem czytającego “Gazetę…”

I jeszcze raz, klasyczna już, wiosna

Ewa Maria Slaska

Wpis dla fanów Bułata Okudżawy

i Tomasza Fetzkiego
z przypomnieniem, że każdy z nas zawsze i wszędzie myśli coś innego, nawet jak mu się wydaje, że jest to być może to samo…

Za wcześnie, stanowczo za wcześnie, ale kto wie, jakie tematy będą nas zaprzątały, gdy wiosna naprawdę zaszaleje od bzów… Piosenka ta doprawdy mogłaby się tu pojawić w cyklu Viatora, jak sam siebie określa Tomasz Fetzki, bo niewątpliwie należy do kategorii “piosenka natrętna”. Pamiętam, że uczyłam się do jakichś klasówek. Nie wiem dlaczego, ale siedziałam w pokoju Ojca, a nie naszym, moim i siostry, przy jego starym stole, który mu służył za biurko, a za otwartymi drzwiami balkonowymi szalała wiosna, o czym na pełen regulator z pokoju Mamy śpiewał Okudżawa. Mama zawsze słuchała muzyki “pełnym głosem”. Najbardziej lubiła muzykę hiszpańską i latynoską, ale były wyjątki, Ewa Demarczyk, Tadeusz Chyła, Edith Piaf, Brassens, Okudżawa…  Ci dwaj ostatni nawet jakoś podobni do siebie, śpiewający do wtóru gitary wielcy bardowie, ale przecież skromni.

Przyjaciele rodziców nazywali Mamę Artysta, czasem artiste, a nawet l’artiste. Nie zwracałam na to uwagi, dorośli mieli swoje życie, ja – swoje, przestałam od nich oczekiwać czegokolwiek, od czasu, gdy zapytana przez szkockich przyjaciół rodziców, co bym chciała, odpowiedziałam, że dżinsy. Bill był Szkotem, jako wysłannik FAO nadzorował w Gdańsku budowę statku, którego pomysłodawcą i projektantem był mój Ojciec. Bill i jego żona przyjaźnili się z rodzicami, myśmy też ich bardzo lubiły. Poprosiłam więc o dżinsy. Każda normalna dziewczyna w moim wieku powiedziałaby to samo. Nie musiałyśmy się starać o indywidualizację naszych potrzeb, bo i tak nikt nie miał dżinsów, co najwyżej szariki, które tak się miały do dżinsów, jak krzesło elektryczne… Przez kilka tygodni żyłam w ewidentnej ekstazie, wyobrażając sobie, jak wchodzę do klasy w dżinsach i jak gdyby nigdy nic siadam w ławce… A moje koleżanki, też jak gdyby nigdy nic, nie zwracają uwagi na te moje dżinsy, ale przecież wszystkie wiemy, co też ja mam na sobie…

Bill i Jean wrócili wreszcie. Przywieźli mi granatowe sztruksowe spodnie marki levis. I co, że levis? I co, że levis?! Sztruksowe, granatowe… Podziękowałam, włożyłam, wyglądałam jak gruba granatowa beczka, byłam wprawdzie chuda jak kij od miotły, ale w wyobraźni szczupło i wspaniale to ja bym wyglądała w dżinsach, a nie w jakimś obleśnym granatowym sztruksie! Nawet nie wiem, czy w ogóle nosiłam te spodnie, pewnie tak, ale pamiętam tylko ten jeden moment, gdy je dostałam i musiałam włożyć. Minęło pół wieku, a ja, gdy tylko o tym pomyślę, natychmiast widzę siebie, tę potworną grubą dziewuchę z tyłkiem jak Maryna we młynie…  I to rozczarowanie…

Dorośli byli doprawdy beznadziejni i nie zasługiwali na to, żeby się nimi jakoś specjalnie zajmować. A w tym swoim beznadziejnym dorosłym świecie mówili do Mamy l’artiste. Moja siostra na pewno powie, że ona dobrze wiedziała, skąd to miano.  Ja powiem natomiast, że nawet jeśli wiedziałam, to nic mnie to nie obchodziło, a to tak, jakbym nie wiedziała. Informacja przyszła do mnie w wiele lat później, gdy, już po śmierci Ojca, obie redagowałyśmy jego autobiografię.

Ona sama, napisał Ojciec o Mamie, bardzo pilnowała, by nazywać ją po prostu Irena, bez żadnych zdrobnień czy odmian. W czasach, kiedy nasz dom, o czym później będzie więcej, pełnił funkcję Bazy, Bogdan Polakiewicz, jedna z najważniejszych postaci i osobowości tego okresu, zaczął wołać na Irenę: Ej, Artiste. Był to wyłącznie jego przywilej, reszta przyjaciół używała spolszczonej formy, i to w rodzaju męskim: Artysta. To określenie charakteryzowało ją chyba najlepiej. Wyznaczało nie tylko pozycję, jaką zajmowała wśród nas, ale także, a może nawet przede wszystkim, sens jej życia.

W wersji do druku nie pozostało więcej, ale w maszynopisie Ojca była cała piękna opowieść o tym, jak to rodzice i ich przyjaciele wielką grupą chodzili do kina czy na koncerty. Mogliśmy jeść suchy chleb, dorsza i postne ziemniaki, ale na taśmy magnetofonowe czy bilety do kina pieniądze musiały być. Jednym z takich filmów, które wtedy wspólnie obejrzeli, był francuski obraz Rene Claira Porte de Lilas z Brassensem. W Polsce była odwilż, film pojawił się bez problemów (?), moi rodzice kochali go nadzwyczajnie. Jedną z głównych postaci tej gangsterskiej historii był Georges Brassens: L’Artiste, guitariste et chanteur, który grał tam samego siebie. Ten nadany mojej mamie l’Artiste był właśnie z tego filmu.

A tak przy okazji – cały film można obejrzeć TUTAJ. Po francusku, ale to przecież nie przeszkadza moim nadzwyczajnym Czytelnikom.

gb-jadepettitfleur

U góry Brassens w filmie Porte de Lilas, lata 50, poniżej – Bułat Okudżawa podczas koncertu w Berlinie Wschodnim, lata 70.

Porte de Lilas to nazwa jednego z przedmieść Paryża i stacja metra, której nazwa oznacza bramę bzów. Pod koniec lat 50, już po filmie, pojawiła się śpiewana przez Serge Gainsbourga piosenka Le poinçonneur des Lilas, kontroler biletów ze stacji metra Porte de Lilas, o samotności i nudzie…

A teraz już wreszcie prawdziwy powód napisania tego posta – Panie i Panowie, piosenka natrętna, Wybaczcie piechocie, Простите пехоте. W oryginalnym tekście wiosna buszuje nad ziemią (когда над землею бушует весна), po  polsku – wiosna nad ziemią szaleje od bzów.

Stąd te natrętne bzy (i podświadome połączenie z bramą bzów), mimo iż wciąż na nie stanowczo za wcześnie. Bo nie o bzy chodzi, a nawet i nie o wiosnę…

Простите пехоте

Простите пехоте, что так неразумна бывает она,
Всегда мы уходим, когда над землею бушует весна.
И шагом неверным по лестничке шаткой – спасения нет…
Лишь белые вербы, как белые сестры глядят тебе вслед.

Не верьте погоде, когда затяжные дожди она льет,
Не верьте пехоте, когда она бравые песни поет,
Не верьте, не верьте, когда по садам закричат соловьи.
У жизни и смертью еще не окончены счеты свои.

Нас время учило, живи по привальному, дверь отворя.
Товарищ мужчина, как все же заманчива должность твоя,
Всегда ты в походе, и только одно отрывает от сна –
Кудаж мы уходим, когда над землею бушует весна?

Wybaczcie piechocie,
że tak nierozumna, że braknie jej tchu.
My zawsze w pochodzie,
gdy wiosna nad ziemią szaleje od bzu.
Jak długo tak można?
Bezdroża, mokradła i błoto, i piach,
i wierzba przydrożna
jak siostra pobladła zostaje we łzach.

Nie wierzcie pogodzie,
gdy deszcze trzydniowe zaciągnie wśród drzew.
Nie wierzcie piechocie,
gdy w pieśni bojowej odwaga i gniew.
Nie wierzcie, nie wierzcie,
gdy w sadach słowiki zakrzyczą co sił –
wy jeszcze nie wiecie,
co komu pisane i kto będzie żył.

Uczyłaś, ojczyzno,
że żyć trzeba umieć i słyszeć twój głos…
Mój chłopcze – mężczyzno,
a jednak niezgorszy przypada ci los.
My zawsze w pochodzie
i tylko to jedno nas budzi ze snu:
dlaczego w pochodzie,
gdy wiosna nad ziemią szaleje od bzu?
Dlaczego w odwrocie,
gdy wiosna nad ziemią szaleje od bzu?…

tłumaczenie: Witold Dąbrowski

Listy z wanny

r.d. pisuje u nas mniej więcej raz na rok, czasem dwa razy, nieodmiennie budząc oburzenie osób dobrze wychowanych, bo słownictwo ma, no… ma, jakie ma. ale jak się wczytać, a nie obruszać, to pod spodem… no, to pod spodem szczera prawda. ostatnio został dziadkiem i podpisuje się z niemiecka opa r., ale to on.

hallo,

po przyjeździe ze szczecina z pogrzebu mojego starego kumpla (40 lat znajomości), rozchorowałem się na dobre.
katar, kaszel, gorączka (w szczecinie w obu kościołach było strasznie zimno, a na cmentarzu szalał wiatr).
ponadto na stypie tak się upiłem, że do berlina wróciłem prawie na czworaka. szczęście, kurwa, że mnie w pociągu nie okradli. miałem przy sobie fajny “elepstryczny” aparat fotograficzny ze zdjęciami z tego tragicznego dnia.
moja muza g. opierdoliła mnie dopiero następnego dnia. pierwszego i tak by do mnie nic nie dotarło.
ale wracając do przeziębienia. dzisiaj wlazłem do wanny i walnąłem cztery stakanki czeskiej beherovki. mam nadzieje, że już wyjdę na prostą.
(jeżeli chcecie obrazić czecha, to pochwalcie słowacką demänovkę jako lepszą od becherovki, a jeżeli chcecie mieć wroga w słowaku, to powiedzcie, że becherovka jest lepsza od demänovki. ja nigdy tego błędu nie popełniam i zawsze mam serce czecha/słowaka w kieszeni.)

w wannie czytałem sobie (po polsku) analizę twórczości tadeusza kantora. dowiedziałem się trzech rzeczy, które może i kiedyś już wiedziałem, ale zapomniałem:
– teatr “cricot” to pisany “z francuska” anagram od “to cyrk”
– o żydowskim pochodzeniu kantora, napisane było “od początku lat 40 mieszkał w krakowskim getcie” (pisane przez jedno “t”). kurwa, taki idiotyzm, “mieszkał” i “geto”, może napisać ktoś głupi, albo bardzo mody. w gettcie się nie mieszkało. tam człowieka zsyłano, osiedlano, zakwaterowywano lub zmuszono do pobytu.
– autorka napisała, z czym się zgadzam, że kantor w swoich działaniach (plastycznych i teatralnych) “ciosał, szlifował i studiował swoje wnętrze”.
zacząłem przemyśliwać tę analizę i wykrzyknąłem jak jakiś archimedes z wanny: “heureka!!!”
toż to za socjalizmu, zdążającego do komunizmu, za najbardziej szalejącej cenzury, w PRL, tworzono teatry na miarę światową, które coś do niego (światowego teatru) wniosły a niekiedy nawet i zrewolucjonizowały (kantor, szajna, grotowski). a teraz?

później przerzuciłem się na najnowszy numer miesięcznika “jazz forum”. czytam/prenumeruje go już 50 lat. kurwa, jak ten czas leci. niesamowicie szybko. niezadługo pójdę/pójdziemy w ślady mojego kumpla. tak nawiasem to jego żonę znam dłużej. pod koniec lat 60, jako student, miałem ćwiczenia z metaloznawstwa w zakładzie odlewnictwa, gdzie właśnie alina, kobieta o oryginalnej i fascynującej urodzie (i dlatego wszyscy studenci ją na wsze czasy zapamiętali), była asystentką.

pod koniec stycznia byliśmy (g. i ja) 8 dni na nartach w austrii. (30 raz w tej samej wiosce i 30 raz w tym samym pensjonacie).
ja, jako profesor mniemanologii stosowanej oraz socjolog amator, prowokowałem z naszymi znajomymi rozmowy na temat “uciekinierów”. nie spotkałem nikogo, kto byłby pozytywnie nastawiony do tej problematyki. syn naszej znajomej jest oficerem w armii austriackiej, która została teraz odkomenderowana na granicę niemiecką do regulacji tego “przepływu” (gdyż służby graniczne i celne zostały już dawno zlikwidowane). żaliła się nam, iż z przerażeniem obserwuje, jak jej syn się teraz radykalizuje. te “uciekiniery” traktują austriackie urzędniczki poniżej kozy i aby wzmocnić swe arabskie argumenty, ponieważ nie znają niemieckiego, plują na nie. niekiedy zdarza się, że taki uciekinier zwraca się (po angielsku) z pytaniem: “a gdzie są klucze?”, “jakie klucze?”, “no do tego domu, który mamy otrzymać!”

3-tu-bylemnajlepszy numer udało mi się “wykręcić” w tamtejszej cukierni/piekarni/kawiarni. raz się żyje i grażyna poszła kupić ciastka. towarzyszyłem jej i po wejściu do cukierni powiedziałem “grüß gott… niech będzie pochwalony, my jesteśmy uciekinierzy z syrii i przyszliśmy spytać, co można u państwa otrzymać za darmo”. mieliśmy szczęście, była nowa sprzedawczyni, która nas nie znała. i ona, i siedząca przy stoliku para, popatrzyli na nas z takim obrzydzeniem, jakbyśmy byli gównem pływającym na powierzchni wody wypełniającej wannę, w której zaraz będą zmuszeni się wykąpać. w tym momencie usiłowałem wszystko zamienić w żart, co tylko jeszcze wzmogło podejrzliwość obecnych, którzy nie potrafili ocenić, co jest żartem.
następnego dnia g. poszła znowu kupić ciastka, raz się żyje, i wtedy była już nasza stara znajoma, gdy jej opowiedziałem epizod z dnia poprzedniego, śmiała się do rozpuku.

2-jazda-na-dol
no nic, idę spać.

opa r.

p.s. jak tak sobie niekiedy popatrzę, poczytam, posłucham w “internetowniku” tego, z czym się teraz w prl-bis produkują niejakie kukizy, ziobry czy maciarewicze, to dostaje odruchów wymiotnych.

Święty Walenty, święty Walenty…

Ewa Maria Slaska

…serce zgubiłam pod miedzą…

Dziś niedziela, dzień świętego Walentego, lekarza i biskupa, opiekuna żołnierzy rzymskich, skazanego na śmierć za wiarę w Jezusa. Jak Ligia i Winicjusz, jak Ursus, jak pochodnie Nerona…  Dzięki Sienkiewiczowi wiemy całkiem sporo o prześladowaniu chrześcijan w starożytnym Rzymie, o Neronie, który spalił miasto, by móc opiewać katastrofę… Sienkiewicz ukształtował naszą zbiorową wyobraźnię, dał nam poczucie wielkości wiary chrześcijańskiej jako naszego wspólnego dobra, jako niezbywalnego elementu polskości. Brały w tym procesie udział i inne polskie dzieła, w tym może przede wszystkim wielka kurtyna Siemiradzkiego…

Malarz stworzył ją w roku 1876, a Wikipedia twierdzi, że inspiracją była mu powieść Kraszewskiego Rzym za Nerona. Scena przedstawia ogród Złotego Domu, siedziby Nerona. Cesarz właśnie wchodzi, za chwilę rozpocznie się widowisko…

Podobno malarz chciał sprzedać kurtynę carowi Aleksandrowi za 50 tysięcy rubli, nadmienił zresztą, że gotów jest przyjąć zapłatę w ratach, ale mimo to władca jakoś nie kwapił się do zakupu. W roku 1879 artysta przekazał więc obraz powstającemu właśnie Muzeum w Sukiennicach. Kurtyna była pierwszym obiektem w nowym muzeum.

Walenty miał szczęście i nie zginął aż tak “malowniczo”, po prostu go ścięto, ale za to otoczyła go legenda zgoła romantyczna. A było tak… W III wieku naszej ery cesarz Klaudiusz II Gocki zabronił młodym mężczyznom zawierania małżeństw, uważał bowiem, że posiadanie rodziny osłabia zapał bojowy legionistów. Biskup Walenty z Terni udzielał im jednak ślubów, oczywiście chrześcijańskich. Podobno były to bardzo szczęśliwe małżeństwa. Biskupa pojmano i wtrącono do więzienia, gdzie zakochał się w niewidomej córce nadzorcy. Dziewczyna miała dzięki miłości odzyskać wzrok. Sława tego cudu rozeszła się szerokim echem wśród wiernych, a cesarz skazał biskupa na śmierć. Egzekucję wykonano 14 lutego 269 roku. Walentego pochowano w Terni, a jego grób już w IV wieku otoczony był kultem. Papież Juliusz I wybudował nad grobem bazylikę. Walentego uważa się za opiekuna epileptyków i patrona zakochanych.

W dzisiejszych czasach wszyscy jesteśmy, niekiedy fanatycznie wręcz, przekonani, że rozpowszechnienie kultu świętego Walentego jako patrona zakochanych to komercyjne interesy kwiaciarzy, a zwyczaj narzucili nam ohydni kapitaliści amerykańscy.

Ciekawe, jak niektóre przekonania przenoszą się bez najmniejszej zmiany z jednego systemu do drugiego. Ohydny kapitalizm amerykański to retoryka innej epoki, nigdy przez nas tak naprawdę nie akceptowana, nie wiadomo więc dlaczego ożyła tak wspaniale przy okazji Halloween i obchodów świętego Walentego, skoro te upowszechniły się w Polsce dopiero po zmianach ustrojowych.

Od wielu lat bezskutecznie usiłuję “odczarować” dzień ku czci Walentego jako święto z tradycjami i ważny element naszej kultury…

Bo na przykład Ofelia śpiewa taką oto piosneczkę (Hamlet, akt IV, scena 5):

To-morrow is Saint Valentine’s day,
All in the morning betime,
And I a maid at your window
To be your Valentine.

***
Walenty jako patron dwornych figlów pojawia się u Samuela Pepysa czyli w Londynie XVII wieku. Pepys był jako żywo wzorem urzędnika, może nawet pierwszym zawodowym urzędnikiem słynnej angielskiej Royal Navy, na pewno był rozpustnikiem, nie przepuszczającym żadnej spódniczce, zwłaszcza tej z niższego stanu, i nie gardził łapówkami (zresztą kto wtedy gardził łapówkami?), ale nic mi nie wiadomo, jakoby miał być amerykańskim kapitalistą…

O zwyczaju obchodzenia dnia św. Walentego, kiedy to mężczyźni i kobiety wybierali sobie na ten dzień kawalera lub damę, Pepys pisze kilkakrotnie, po raz pierwszy w roku 1660. Angielski wydawca Dzienników dodaje, że był to w owym czasie zwyczaj powszechny, ale że to właśnie u Pepysa znaleźć można najlepszy opis tych zabaw. Kilkakrotnie Pepys zapisze w Dzienniku, że, jak to jest w zwyczaju, już w przeddzień w zaprzyjaźnionym towarzystwie wybierano sobie “walentynów” i “walentynki”. Czasem miało się kilka “dam” albo kilku “kawalerów”, których odwiedzało się rano, przynosząc prezenty lub pieniądze. Czyli tak, jak śpiewała Ofelia: All in the morning betime.

14 lutego 1661 roku pan Pepys zostaje “kawalerem” pani Małgorzaty, a jej mąż, sir Batten, zostanie “walentynkiem” pani Pepysowej. Wieczorem wesołe towarzystwo będzie biesiadowało na jachcie pana Browna, który jest szwagrem pana Battena. Przy tej okazji Samuel zapisze, że jego żona tego dnia po raz pierwszy weszła na pokład statku.

Dworna asysta nie ograniczała się zresztą tylko do 14 lutego, bo jeszcze do końca miesiąca kawalerowie i damy świadczyli sobie grzeczności i dawali podarunki. W tym roku dopiero w kilka dni później Pepys zabierze swoją “walentynkę” do miasta i kupi jej tuzin par rękawiczek, sześć par haftowanych i sześć gładkich. Na co 22 lutego pan Batten przyśle Elżbiecie Pepysowej sześć par rękawiczek, jedwabne pończochy i podwiązki. Pepys zauważa z zadowoleniem, że w niedzielę w kościele Małgorzata miała rękawiczki, które jej podarował.

W roku 1662 Samuel nie chce być znowu “walentynkiem” Małgorzaty, a to dlatego, że stosunki pomiędzy oboma panami bardzo się popsuły.

W 1663 roku Pepys nie jest zadowolony z wyboru “walentynki” i, jak się zdaje, tego dnia nie bierze udziału w żadnej zabawie, a w każdym razie nic o tym wspomina. Pisze natomiast, że zjedli z żoną na kolację parę kaczek. W rok później poszli na kolację do wujka i rozmawiali z ciotką o zaletach kociołka miedzianego do gotowania mięsa, ale i w tym roku nie obchodzili chyba dnia świętego Walentego.

W roku 1665 oboje, i Pepys, i jego żona, znowu świętują ten dzień. Kawalerem pani Pepys zostaje młody chłopak, Dicke Pen, którego i Pepys miałby ochotę pocałować, a damą Samuela jest żona niejakiego pana Bagwella. Pepys ma jednak dużo pracy i nie traci czasu na zabawy. Zresztą poprzysiągł, że nie będzie marnotrawił czasu, sił i pieniędzy na hulanki. W rok później w dniu świętego Walentego Pepys odwiedza malarza (paynter), pana Halesa, i postanawia zamówić u niego portrety swój i żony. Jak się też i stało – obraz znajduje się obecnie w Galerii Portretu w Londynie.

Wieczorem tego dnia Samuel i jego żona idą na tańce, ale nie wiadomo, czy ot tak sobie, czy z okazji wesołego dnia. W następnym roku “mały” Will Mercer i sam Samuel są “walentynami” pani Pepys. Mercer podarował jej własnoręcznie wykonany obrazek – bardzo udatny – jej imię złotymi literami namalowane na błękitnym papierze. Mąż zaś kupił małżonce jakiś prezent, nie wiadomo jaki, który, jak zapisał, kosztował go “5 L”. Liwrów? Wieczorem towarzystwo bierze udział w “posiedzeniu” u payntera, malującego portret pani Pepysowej. Pepys zabawia się trochę z panią Pierce i z góry wie, że będzie go to niestety kosztowało. Bo, dodajmy na marginesie, Pepys jest wspaniałą mieszaniną skąpca i rozrzutnika, przy czym z reguły skąpi na żonę, a “rozrzuca” dla siebie.

Z kolei w rok później “Mercerka” jest walentynką Pepysa, który daje jej w prezencie złotą gwineę, natomiast jego kuzyn (cozen) zostaje “walentynem” pani Pepysowej. Jednak i Samuel musi się z tej okazji wykosztować na pierścionek dla żony z “tureckim kamieniem”, za który przyjdzie mu zapłacić ze 4 lub 5 “L”. Ponadto ma jeszcze wieczorem schadzkę z Doll Lane, która też się uważa za jego “walentynkę”. I wreszcie kupuje kilka prezentów córeczce pani Pierce, która go wylosowała jako swojego “kawalera”.

W roku 1669, ostatnim, kiedy Pepys prowadził swój dziennik, dowiadujemy się, że był “walentynem” pani Turnerowej. Kupuje jej zielone pończochy jedwabne, podwiązki, błyszczące, żółte rękawiczki i jedwabne sznurowadła, co w sumie kosztowało go 28 szylingów.

***

I jeszcze jedno kulturowe odniesienie do świętego Walentego – słynny Piknik pod Wiszącą Skałą (Picnic at Hanging Rock), jeden ze stu najważniejszych filmów w historii kina światowego, australijski dramat filmowy z roku 1975 w reżyserii Petera Weira. Piknik to opowieść o kilkunastu uczennicach, które wraz z nauczycielkami udają się w dzień św. Walentego 1900 roku na piknik, a kilka z nich w tajemniczy sposób znika.

Wikipedia podaje kilka ciekawostek związanych z produkcją filmu:

  • Patricia Lovell, producent wykonawczy filmu, relacjonuje, że podczas kręcenia zegarki ekipy zachowywały się w dziwny sposób: spieszyły się bądź późniły oraz stawały o określonej godzinie. Zarówno w powieściowym pierwowzorze jak i w filmie, zegarki dziewcząt stanęły w samo południe, kiedy przebywały one na skale, co stanowiło punkt wyjścia dla tajemniczych i pełnych grozy wydarzeń, które miały potem nastąpić.

  • Wbrew powszechnemu przekonaniu film oraz książka, na której podstawie powstał, nie są oparte na faktach. Zawarte weń wydarzenia zostały wymyślone przez autorkę książki, Joan Lindsey. W pierwotnej wersji powieści Lindsey zawarła nawet rozdział wyjaśniający, co wydarzyło się z zaginionymi, ale usunęła go w wyniku sugestii wydawcy, by nadać książce większą atmosferę tajemnicy. Wycięty rozdział został wydany po śmierci autorki jako The Secret of Hanging Rock.

  • Akcja filmu rozgrywa się w sobotę 14 lutego 1900 r., w rzeczywistości w ten dzień wypadała środa.

Przyjemnej niedzieli!

Reblog: Paryż, Wrocław…

To już trzy miesiące temu…

Krzysztof Ruchniewicz

Kartka z Paryża

Miałem okazję być już kilkakrotnie w Paryżu. Częste podróże tępią wrażliwość na nowe miejsca. Jednak paryskie dni zawsze przynosiły mi coś nowego, zaskakującego. Tym razem spotkałem inny Paryż. Nadal widać w nim skutki niedawnego ataku terrorystycznego. Na ulicach częste patrole wojskowe i policyjne. Wchodząc do księgarni, musiałem pokazać zawartość torby. Przy wejściu na Sorbonę znów musiałem ją otworzyć, sprawdzono też moje dokumenty. Dziwne uczucie, odzwyczaiłem się od takich przeżyć. Gdzieś tam odżyło w mojej głowie mgliste wspomnienie Wrocławia pod koniec grudnia 1981 r., ale także w 1997 r. Paryż, wspaniała europejska stolica, od kilku miesięcy jest przecież miastem stanu wyjątkowego. Z jednej strony zagrożenie, ale z drugiej wiele przykładów solidarności i bliskości mieszkańców.

2016-02-05_paryz (3 von 17)

Tragedia Paryża z listopada ubiegłego roku pod nawałą kolejnych wydarzeń, także naszej krajowej polityki, zblakła. Przyjechałem nad Sekwanę, myśląc o sprawach, które mam załatwić w ciągu kilku godzin, a nie o ewentualnym zagrożeniu. Szybko jednak uświadomiłem sobie, że Paryż się zmienił. Moja linia metra miała spore opóźnienie. Wywołała je pozostawiona na którejś ze stacji bezpańska paczka, którą trzeba było skontrolować. W stolicy Francji, wielomilionowych mieście, odczuwa się dalej skutki listopadowych zamachów. Trwa żałoba po zabitych. Każda z nich pozostawił rodziny, przyjaciół, znajomych, choćby sąsiadów wstrząśniętych jego losem. Liczba ofiar i ich przypadkowość zrodziły strach. Nie tak łatwo się go pozbyć. Podsycają go w jakiejś części także stosowane środki bezpieczeństwa. Na ulicach uzbrojeni żołnierze i policjanci. Przed budynkami użyteczności publicznej stoją wzmocnione warty. Obecna sytuacja Paryża przypomniała mi, przy wszystkich zastrzeżeniach na temat możliwości lub nie takich porównań, Wrocław w tragicznych momentach: 1981 i 1997 r.

2016-02-05_paryz (8 von 17)

Paryscy przyjaciele z jednej strony mówili oczywiście o strachu, żalu z powodu bezsensownej śmierci tylu ludzi, z drugiej jednak podkreślali, że to doświadczenie zaczęło mocniej łączyć mieszkańców miasta. Skłoniło ich do refleksji nad wartościami, które są dla nich ważne i które łączą większość paryżan, tworzą tożsamość miasta. Reakcją na ataki terrorystyczne nie był jedynie lęk. Owszem, bano się, ale nie skłoniło to ludzi do ucieczek z ulic miasta, schowania się w zaciszu mieszkań czy domów. Paryżanie wylegli na balkony, na ulice i place miasta. Nie zrezygnowali z życia towarzyskiego, odwiedzania restauracji, udziału w publicznych spotkaniach. Sprzeciw wobec przemocy można manifestować na wiele sposobów, na wiecach i pochodach, w medialnych oświadczeniach, ale też w codziennym życiu, w utrzymywaniu jego dotychczasowego kształtu, zwyczajów, piękna codzienności. Gdy otarliśmy się o stratę, bardziej doceniamy to, co jednak nam los dał. Stąd duma z miasta i jego mieszkańców.; stolicy „słodkiej Francji”, ale też jednej ze stolic świata, na ulicach której stykają się z sobą codziennie ludzie różnych ras, narodów i kultur.

2016-02-05_paryz (10 von 17)

To poczucie jedności, ale i dumy też we Wrocławiu znamy. Na nim opierała się solidarnościowa twierdza Wrocław, to ono wspaniale rozwinęło się przy układaniu worków z piaskiem i obronie Ossolineum przed „wielka wodą”. Tragiczne wydarzenia mogą budować wspólnotę, choć oczywiście zależy, jak je potraktujemy, czego będziemy się w nich dopatrywać. Paryżanie zdali też egzamin ze swej otwartości i tolerancji, w które przecież bezpośrednio uderzyli terroryści. Nie pozwolili, aby strach i nienawiść nad nimi zapanowały. Na ulicach Paryża nie zapłonęły kukły muzułmanów, a skrajna prawica, choć bardziej popularna niż wcześniej, nie wygrała wyborów regionalnych w grudniu 2015 r. Oczywiście, nie oznacza to że problemy zniknęły, a sprawa imigracji nie wymaga głębokiego namysłu i nowych rozwiązań. Nie powinno się ich jednak szukać pod naciskiem ulicy.

2016-02-05_paryz (11 von 17)

Wrocław od kilku tygodni jest Europejską Stolicą Kultury. Do swego wizerunku od lat wpisuje takie wartości jak tolerancja, szacunek dla inności, ciekawość różnicy, otwartość i przyjaźń. To piękna opowieść, ktoś powie, że czasem piękniejsza niż nasza rzeczywistość. Tak chyba musi być. Mieszczą się w niej wartości, które łączą nas nie tylko z paryżanami. Trzeba nie tylko deklarować przywiązanie do nich, ale i ich bronić. 18 listopada ubiegłego roku, gdy na wrocławskim rynku zorganizowano nacjonalistyczną demonstrację i spalono przy tej okazji kukłę Żyda, Wrocław pozwolił nimi zachwiać. Stało się tak, choć kilka dni wcześniej ulicami miasta przeszedł marsz pamięci w rocznicę „kryształowej nocy”. Grupa głośnych nacjonalistów, próbuje unieważnić takie gesty, dowieść że są to przekonania ważne dla marginalnej części wrocławian. Takie słowa słyszymy co roku w trakcie marszy skrajnej prawicy. Ostatnio próbuje ona zwiększyć ich siłę oddziaływania antyislamskimi odniesieniami, ot taki sztafażyk chwili dla podniesienia „klikalności”. Posunięto się do tego chyba dlatego, że dotychczasowe ksenofobiczne okrzyki wyniesione na ulice z okolic stadionów i różnych zakamarków, mają za mały rezonans wśród wrocławian. Może wizja krwiożerczych hord spod znaku Półksiężyca poruszy kogoś bardziej niż krzyki o „Wielkiej Polsce Katolickiej”.

2016-02-05_paryz (13 von 17)

Próba aktywowania w mieście jakiejś polskiej odmiany PEGIDY nie wypaliła, manifestacji nie będzie. Może pomysłodawcy sprawdzili czym lub kim owa PEGIDA jest. Nie oznacza to jednak, że Wrocław nie powinien jasno wyrazić swego stanowiska. Wrocławianie nie powinni wobec werbalnej nienawiści, ale i ewentualnych przejawów jawnej dyskryminacji i pogwałcenia praw mniejszości przechodzić obojętnie. Przypomnijmy sobie różne analizy badaczy wrocławskiej społeczności końca lat 90. XX w. Podkreślali oni, że właśnie zakończyło się formowanie poczucia więzi wrocławian z ich miastem. O ile wcześniej można było definiować mieszkańców stolicy Dolnego Śląska poprzez różne miejsce pochodzenia ich rodzin, to po 1997 r. coraz częściej artykułowano identyfikację najprostszą, właśnie wrocławską. Jej fundamentem jest doświadczenie historyczne, zwłaszcza XX w., w którym nie zabrakło przemocy, nienawiści ich strasznych konsekwencji.

2016-02-05_paryz (16 von 17)

W drodze na lotnisko zatrzymałem się na krótko przed katedrą Notre Dame. Spotkałem tam dwóch starszych mężczyzn, którzy karmili gołębie. Ptaki sprawiały wrażenie oswojonych, a panowie szczęśliwych. Ten sielski obrazek kontrastował ze scenką rozgrywającą się obok. Trzech uzbrojonych po zęby żołnierzy przemierzało plac, rozglądając się czujnie. Opiekunowie gołębi sprawiali wrażenie stałych bywalców, paryskiego ulicznego folkloru. Żołnierze byli oznaką dzisiejszej sytuacji. Czy przejściowej?

2016-02-05_paryz (14 von 17)

Maile z Polski

Styczeń 2016

Mężczyzna, po 50

dziś demonstracja… wspaniale było…

Mężczyzna, 60 lat

… to pewnie też kwestia wieku,
gdybym miał 30/40 lat, to bym się spakował i wyjechał,
w wieku 60 lat, to jest naprawdę trudna decyzja,
stad moja frustracja …
sam już nie wiem, co robić …
prowadzę rozmowy dotyczące nowych projektów,
więc może jeszcze trochę pooszczędzam,
szczególnie, że czasy idą ciężkie,
ale nie wiem, czy nadążę z odkładaniem …

ponieważ ostatnie kilkanaście lat wyglądało, że w Polsce da się żyć,
więc wszystkie aktywa na przyszłość (mieszkania, oszczędności)
zgromadziłem w PLN,
a teraz paru cwaniaków z PiS postanowiło się dorobić na społeczeństwie,
i w kilka miesięcy zdewaluowali PLN o ponad 12%
(pomijam co zrobili z giełdą – tam na szczęście nie mam żadnych aktywów);
… z moich zasobów odłożonych na emeryturę ukradli mi tyle,
ile odłożyłem przez ostatnie 1,5 roku (i to pracując na dobrym
kontrakcie);
jestem kompletnie zdołowany 😦
jak coś zdecyduję, to może przyjadę do Berlina na dzień/dwa,
trochę się rozejrzeć, i pooddychać normalnym powietrzem
(zanim zamkną granice)

Mężczyzna, 30 lat

czyli byłby sens przyjechać w połowie miesiąca
ale ja nie wiem, czy wytrzymam tu do tego czasu.

tu jest tak strasznie
okropnie
smutno
pochmurno
blotniście
depresyjnie
przygnębiajaco
beznadziejnie

Mężczyzna, 44 lata

… rozpada się nam marzenie o wspólnej Europie. Najboleśniejsze jest jednak to, że konsekwencje tych durnowato-radosnych działań międzynarodówki nacjonalistycznej ponosić będzie pokolenie Twojego wnuka. Ludzie tak naprawdę nie lubią wolności – mają to w naturze.

Czeka nas bardzo długa zima!

Dlaczego Ci tak od rana psuję humor? Bo ja wiem? Może po prostu chcę się spytać: czy jest coś, czego my nie wiemy o naszych rodakach? Czyżby naprawdę dojrzeli do dyktatury?

Swoją drogą mam też refleksję. Ja się nie znam, to Ty byłaś w konspiracji, tak tylko sobie głośno myślę; czy w tych okolicznościach KOD i podobne inicjatywy nie wystrzelają się za szybko? Czy nie trzeba myśleć o czymś bardziej długofalowym, takim bardziej pozytywistycznym niż romantycznym? Co Ty na to?

I nie o słuszność chodzi – oboje wiemy, że sprawa jest słuszna – tylko o skuteczność. Ja nie chcę dulce et decorum umierać, lecz efektownie zwyciężyć, choćby i za jakiś czas. Myśl, weteranko! Jak będziesz miała pomysł na Drugą Kadrową, to będziesz też miała mój akces!

 

Die Badende von Ingres und die Steckdose


Maryna Over erinnerte uns an Die Badende von Ingres, ein Bild gemalt im Jahre 1808 von einem der wichtigsten Maler des Romantismus. Ich schaute mir das Bild genau an und – plötzlich! – dachte ich, dass ich an der Wand, zwischen dem Bett rechts und den grünen Vorhang links eine Steckdose sehe!

Was denn? Wäre es überhaupt möglich?

Ich suchte und wer sucht, der früher oder später findig ist. Ich fand, dass es glatt unmöglich war, dass Ingres eine Steckdose an der Wand im Jahre 1808 sah. Im Internet ist doch alles, also auch die Geschichte des Stroms.

Sie geht weit bis ins 18. Jahrhundert zurück. Bereits im Jahr 1774 hat James Watt die erste Dampfmaschine erfunden und wurde somit Pionier der Stromerzeugung. Einen maßgeblichen Beitrag leistete ebenfalls Allesandro Graf Volta, denn dieser stellte zunächst erfolgreiche Theorien über die Erzeugung von elektrischen Strom auf. 1826 wurde das Ohm’sche Gesetz aufgestellt.

In den Jahren 1840 bis 1879 wurde das erste Transatlantikkabel verlegt. Die Telegrafie war eines der ersten Neuerungen, die im Zuge dieses Vorhabens eingeführt wurde. 1866 stellte Werner von Siemens ersten elektrischen Generator her. Erst dann konnte allmählich Strom in die private und öffentliche Haushälte kommen. Zuerst aber sorgte Strom für Strassenbeleuchtung.

ingres-kontaktBewaffnet mit diesem Wissen, schnitt ich den entsprechenden Fragment des Ingresschen Bilde aus und stellte ihn im Photoshop scharf. Erst jetzt sah ich, dass es keine nah an der Wand anliegende Steckdose ist, sondern weit entfernte und daher so klein wirkender Wasserhahn in Form eines Löwenkopfes, und dies was ich für einen Stromkabel hielt, in der Wirklichkeit sprudelnder Wasserstrahl ist.

List otwarty do Ministra i innych takich, co…

Najpierw posłuchajcie


teraz poczytajcie TU, a pod spodem pytanie do dyskusji: co o tym sądzicie?

Styczeń 2016, Berlin, Kolonia, Weimar…

List otwarty

do Ministra Edukacji
do Dyrektorów i Nauczycieli polskich szkół, a także rodziców i uczniów oraz wszystkich, którym nie jest obojętne

od Polaków mieszkających w Niemczech

Szanowne Panie i Panowie, drodzy Rodacy,

z ogromnym smutkiem, ale już też przerażeniem, obserwujemy wszystko, co w ostatnich miesiąch dzieje się na linii współpracy polsko-niemieckiej. Do każdego z nas docierają z Polski pytania od znajomych i nieznajomych: “czy w Berlinie jest bezpiecznie?”, “czy możemy jeszcze spędzić weekend w Niemczech, zanim będzie za późno?”, “co powiedzieć rodzicom, którzy rezygnują ze szkolnej wymiany polsko-niemieckiej?”, “jak przekonać nauczycieli, którzy nie chcą brać udziału w wycieczce za Odrę?“

To z jednej strony.

Z drugiej, tej niemieckiej, padają pytania: “czy w Polsce jest jeszcze bezpiecznie dla obcokrajowców?”, “czy mogę pojechać do Warszawy, jeśli mam ciemniejszą karnację?”, “czy moje dzieci na wycieczce klasowej nie doświadczą ogólnie dostępnego i akceptowalnego rasizmu?”

Mamy tego dość. Chcemy wspólnie przeciwstawić się strachowi! Strachowi podpartemu niewiedzą. Nie może tak być, żeby sąsiedzkie kraje tak bardzo się siebie bały.

Chcemy wypełnić pustkę, która wciąż panuje w Polsce. Wypełnić zaufaniem, wiedzą i doświadczeniem. Doświadczamy wielokulturowości na co dzień. Mieszkamy w niemieckich miastach, nie rozróżniamy ludzi na tych z jaśniejszą i ciemniejszą karnacją. I marzy nam się, żeby w naszej Polsce też tak było.

Nasze dzieci uczą się języka polskiego, czytają polskie książki i spędzają w Posce wakacje. Wielu z nas rozważa powrót do kraju. Ale do kraju otwartego na świat, otwartego na inność. Wierzymy, że to właśnie szkoły mogą zdziałać cuda. Pokazać, wytłumaczyć, zachęcić i uspokoić: swoich uczniów i rodziców. Szkoły i cały system edukacji, muszą przeciwdziałać nienawiści i nie pozwolić Polsce i jej obywatelom, także tym najmłodszym, by stały się prowincją Europy i świata.

My, Polacy w Niemczech