I jeszcze raz, klasyczna już, wiosna

Ewa Maria Slaska

Wpis dla fanów Bułata Okudżawy

i Tomasza Fetzkiego
z przypomnieniem, że każdy z nas zawsze i wszędzie myśli coś innego, nawet jak mu się wydaje, że jest to być może to samo…

Za wcześnie, stanowczo za wcześnie, ale kto wie, jakie tematy będą nas zaprzątały, gdy wiosna naprawdę zaszaleje od bzów… Piosenka ta doprawdy mogłaby się tu pojawić w cyklu Viatora, jak sam siebie określa Tomasz Fetzki, bo niewątpliwie należy do kategorii “piosenka natrętna”. Pamiętam, że uczyłam się do jakichś klasówek. Nie wiem dlaczego, ale siedziałam w pokoju Ojca, a nie naszym, moim i siostry, przy jego starym stole, który mu służył za biurko, a za otwartymi drzwiami balkonowymi szalała wiosna, o czym na pełen regulator z pokoju Mamy śpiewał Okudżawa. Mama zawsze słuchała muzyki “pełnym głosem”. Najbardziej lubiła muzykę hiszpańską i latynoską, ale były wyjątki, Ewa Demarczyk, Tadeusz Chyła, Edith Piaf, Brassens, Okudżawa…  Ci dwaj ostatni nawet jakoś podobni do siebie, śpiewający do wtóru gitary wielcy bardowie, ale przecież skromni.

Przyjaciele rodziców nazywali Mamę Artysta, czasem artiste, a nawet l’artiste. Nie zwracałam na to uwagi, dorośli mieli swoje życie, ja – swoje, przestałam od nich oczekiwać czegokolwiek, od czasu, gdy zapytana przez szkockich przyjaciół rodziców, co bym chciała, odpowiedziałam, że dżinsy. Bill był Szkotem, jako wysłannik FAO nadzorował w Gdańsku budowę statku, którego pomysłodawcą i projektantem był mój Ojciec. Bill i jego żona przyjaźnili się z rodzicami, myśmy też ich bardzo lubiły. Poprosiłam więc o dżinsy. Każda normalna dziewczyna w moim wieku powiedziałaby to samo. Nie musiałyśmy się starać o indywidualizację naszych potrzeb, bo i tak nikt nie miał dżinsów, co najwyżej szariki, które tak się miały do dżinsów, jak krzesło elektryczne… Przez kilka tygodni żyłam w ewidentnej ekstazie, wyobrażając sobie, jak wchodzę do klasy w dżinsach i jak gdyby nigdy nic siadam w ławce… A moje koleżanki, też jak gdyby nigdy nic, nie zwracają uwagi na te moje dżinsy, ale przecież wszystkie wiemy, co też ja mam na sobie…

Bill i Jean wrócili wreszcie. Przywieźli mi granatowe sztruksowe spodnie marki levis. I co, że levis? I co, że levis?! Sztruksowe, granatowe… Podziękowałam, włożyłam, wyglądałam jak gruba granatowa beczka, byłam wprawdzie chuda jak kij od miotły, ale w wyobraźni szczupło i wspaniale to ja bym wyglądała w dżinsach, a nie w jakimś obleśnym granatowym sztruksie! Nawet nie wiem, czy w ogóle nosiłam te spodnie, pewnie tak, ale pamiętam tylko ten jeden moment, gdy je dostałam i musiałam włożyć. Minęło pół wieku, a ja, gdy tylko o tym pomyślę, natychmiast widzę siebie, tę potworną grubą dziewuchę z tyłkiem jak Maryna we młynie…  I to rozczarowanie…

Dorośli byli doprawdy beznadziejni i nie zasługiwali na to, żeby się nimi jakoś specjalnie zajmować. A w tym swoim beznadziejnym dorosłym świecie mówili do Mamy l’artiste. Moja siostra na pewno powie, że ona dobrze wiedziała, skąd to miano.  Ja powiem natomiast, że nawet jeśli wiedziałam, to nic mnie to nie obchodziło, a to tak, jakbym nie wiedziała. Informacja przyszła do mnie w wiele lat później, gdy, już po śmierci Ojca, obie redagowałyśmy jego autobiografię.

Ona sama, napisał Ojciec o Mamie, bardzo pilnowała, by nazywać ją po prostu Irena, bez żadnych zdrobnień czy odmian. W czasach, kiedy nasz dom, o czym później będzie więcej, pełnił funkcję Bazy, Bogdan Polakiewicz, jedna z najważniejszych postaci i osobowości tego okresu, zaczął wołać na Irenę: Ej, Artiste. Był to wyłącznie jego przywilej, reszta przyjaciół używała spolszczonej formy, i to w rodzaju męskim: Artysta. To określenie charakteryzowało ją chyba najlepiej. Wyznaczało nie tylko pozycję, jaką zajmowała wśród nas, ale także, a może nawet przede wszystkim, sens jej życia.

W wersji do druku nie pozostało więcej, ale w maszynopisie Ojca była cała piękna opowieść o tym, jak to rodzice i ich przyjaciele wielką grupą chodzili do kina czy na koncerty. Mogliśmy jeść suchy chleb, dorsza i postne ziemniaki, ale na taśmy magnetofonowe czy bilety do kina pieniądze musiały być. Jednym z takich filmów, które wtedy wspólnie obejrzeli, był francuski obraz Rene Claira Porte de Lilas z Brassensem. W Polsce była odwilż, film pojawił się bez problemów (?), moi rodzice kochali go nadzwyczajnie. Jedną z głównych postaci tej gangsterskiej historii był Georges Brassens: L’Artiste, guitariste et chanteur, który grał tam samego siebie. Ten nadany mojej mamie l’Artiste był właśnie z tego filmu.

A tak przy okazji – cały film można obejrzeć TUTAJ. Po francusku, ale to przecież nie przeszkadza moim nadzwyczajnym Czytelnikom.

gb-jadepettitfleur

U góry Brassens w filmie Porte de Lilas, lata 50, poniżej – Bułat Okudżawa podczas koncertu w Berlinie Wschodnim, lata 70.

Porte de Lilas to nazwa jednego z przedmieść Paryża i stacja metra, której nazwa oznacza bramę bzów. Pod koniec lat 50, już po filmie, pojawiła się śpiewana przez Serge Gainsbourga piosenka Le poinçonneur des Lilas, kontroler biletów ze stacji metra Porte de Lilas, o samotności i nudzie…

A teraz już wreszcie prawdziwy powód napisania tego posta – Panie i Panowie, piosenka natrętna, Wybaczcie piechocie, Простите пехоте. W oryginalnym tekście wiosna buszuje nad ziemią (когда над землею бушует весна), po  polsku – wiosna nad ziemią szaleje od bzów.

Stąd te natrętne bzy (i podświadome połączenie z bramą bzów), mimo iż wciąż na nie stanowczo za wcześnie. Bo nie o bzy chodzi, a nawet i nie o wiosnę…

Простите пехоте

Простите пехоте, что так неразумна бывает она,
Всегда мы уходим, когда над землею бушует весна.
И шагом неверным по лестничке шаткой – спасения нет…
Лишь белые вербы, как белые сестры глядят тебе вслед.

Не верьте погоде, когда затяжные дожди она льет,
Не верьте пехоте, когда она бравые песни поет,
Не верьте, не верьте, когда по садам закричат соловьи.
У жизни и смертью еще не окончены счеты свои.

Нас время учило, живи по привальному, дверь отворя.
Товарищ мужчина, как все же заманчива должность твоя,
Всегда ты в походе, и только одно отрывает от сна –
Кудаж мы уходим, когда над землею бушует весна?

Wybaczcie piechocie,
że tak nierozumna, że braknie jej tchu.
My zawsze w pochodzie,
gdy wiosna nad ziemią szaleje od bzu.
Jak długo tak można?
Bezdroża, mokradła i błoto, i piach,
i wierzba przydrożna
jak siostra pobladła zostaje we łzach.

Nie wierzcie pogodzie,
gdy deszcze trzydniowe zaciągnie wśród drzew.
Nie wierzcie piechocie,
gdy w pieśni bojowej odwaga i gniew.
Nie wierzcie, nie wierzcie,
gdy w sadach słowiki zakrzyczą co sił –
wy jeszcze nie wiecie,
co komu pisane i kto będzie żył.

Uczyłaś, ojczyzno,
że żyć trzeba umieć i słyszeć twój głos…
Mój chłopcze – mężczyzno,
a jednak niezgorszy przypada ci los.
My zawsze w pochodzie
i tylko to jedno nas budzi ze snu:
dlaczego w pochodzie,
gdy wiosna nad ziemią szaleje od bzu?
Dlaczego w odwrocie,
gdy wiosna nad ziemią szaleje od bzu?…

tłumaczenie: Witold Dąbrowski

Listy z wanny

r.d. pisuje u nas mniej więcej raz na rok, czasem dwa razy, nieodmiennie budząc oburzenie osób dobrze wychowanych, bo słownictwo ma, no… ma, jakie ma. ale jak się wczytać, a nie obruszać, to pod spodem… no, to pod spodem szczera prawda. ostatnio został dziadkiem i podpisuje się z niemiecka opa r., ale to on.

hallo,

po przyjeździe ze szczecina z pogrzebu mojego starego kumpla (40 lat znajomości), rozchorowałem się na dobre.
katar, kaszel, gorączka (w szczecinie w obu kościołach było strasznie zimno, a na cmentarzu szalał wiatr).
ponadto na stypie tak się upiłem, że do berlina wróciłem prawie na czworaka. szczęście, kurwa, że mnie w pociągu nie okradli. miałem przy sobie fajny “elepstryczny” aparat fotograficzny ze zdjęciami z tego tragicznego dnia.
moja muza g. opierdoliła mnie dopiero następnego dnia. pierwszego i tak by do mnie nic nie dotarło.
ale wracając do przeziębienia. dzisiaj wlazłem do wanny i walnąłem cztery stakanki czeskiej beherovki. mam nadzieje, że już wyjdę na prostą.
(jeżeli chcecie obrazić czecha, to pochwalcie słowacką demänovkę jako lepszą od becherovki, a jeżeli chcecie mieć wroga w słowaku, to powiedzcie, że becherovka jest lepsza od demänovki. ja nigdy tego błędu nie popełniam i zawsze mam serce czecha/słowaka w kieszeni.)

w wannie czytałem sobie (po polsku) analizę twórczości tadeusza kantora. dowiedziałem się trzech rzeczy, które może i kiedyś już wiedziałem, ale zapomniałem:
– teatr “cricot” to pisany “z francuska” anagram od “to cyrk”
– o żydowskim pochodzeniu kantora, napisane było “od początku lat 40 mieszkał w krakowskim getcie” (pisane przez jedno “t”). kurwa, taki idiotyzm, “mieszkał” i “geto”, może napisać ktoś głupi, albo bardzo mody. w gettcie się nie mieszkało. tam człowieka zsyłano, osiedlano, zakwaterowywano lub zmuszono do pobytu.
– autorka napisała, z czym się zgadzam, że kantor w swoich działaniach (plastycznych i teatralnych) “ciosał, szlifował i studiował swoje wnętrze”.
zacząłem przemyśliwać tę analizę i wykrzyknąłem jak jakiś archimedes z wanny: “heureka!!!”
toż to za socjalizmu, zdążającego do komunizmu, za najbardziej szalejącej cenzury, w PRL, tworzono teatry na miarę światową, które coś do niego (światowego teatru) wniosły a niekiedy nawet i zrewolucjonizowały (kantor, szajna, grotowski). a teraz?

później przerzuciłem się na najnowszy numer miesięcznika “jazz forum”. czytam/prenumeruje go już 50 lat. kurwa, jak ten czas leci. niesamowicie szybko. niezadługo pójdę/pójdziemy w ślady mojego kumpla. tak nawiasem to jego żonę znam dłużej. pod koniec lat 60, jako student, miałem ćwiczenia z metaloznawstwa w zakładzie odlewnictwa, gdzie właśnie alina, kobieta o oryginalnej i fascynującej urodzie (i dlatego wszyscy studenci ją na wsze czasy zapamiętali), była asystentką.

pod koniec stycznia byliśmy (g. i ja) 8 dni na nartach w austrii. (30 raz w tej samej wiosce i 30 raz w tym samym pensjonacie).
ja, jako profesor mniemanologii stosowanej oraz socjolog amator, prowokowałem z naszymi znajomymi rozmowy na temat “uciekinierów”. nie spotkałem nikogo, kto byłby pozytywnie nastawiony do tej problematyki. syn naszej znajomej jest oficerem w armii austriackiej, która została teraz odkomenderowana na granicę niemiecką do regulacji tego “przepływu” (gdyż służby graniczne i celne zostały już dawno zlikwidowane). żaliła się nam, iż z przerażeniem obserwuje, jak jej syn się teraz radykalizuje. te “uciekiniery” traktują austriackie urzędniczki poniżej kozy i aby wzmocnić swe arabskie argumenty, ponieważ nie znają niemieckiego, plują na nie. niekiedy zdarza się, że taki uciekinier zwraca się (po angielsku) z pytaniem: “a gdzie są klucze?”, “jakie klucze?”, “no do tego domu, który mamy otrzymać!”

3-tu-bylemnajlepszy numer udało mi się “wykręcić” w tamtejszej cukierni/piekarni/kawiarni. raz się żyje i grażyna poszła kupić ciastka. towarzyszyłem jej i po wejściu do cukierni powiedziałem “grüß gott… niech będzie pochwalony, my jesteśmy uciekinierzy z syrii i przyszliśmy spytać, co można u państwa otrzymać za darmo”. mieliśmy szczęście, była nowa sprzedawczyni, która nas nie znała. i ona, i siedząca przy stoliku para, popatrzyli na nas z takim obrzydzeniem, jakbyśmy byli gównem pływającym na powierzchni wody wypełniającej wannę, w której zaraz będą zmuszeni się wykąpać. w tym momencie usiłowałem wszystko zamienić w żart, co tylko jeszcze wzmogło podejrzliwość obecnych, którzy nie potrafili ocenić, co jest żartem.
następnego dnia g. poszła znowu kupić ciastka, raz się żyje, i wtedy była już nasza stara znajoma, gdy jej opowiedziałem epizod z dnia poprzedniego, śmiała się do rozpuku.

2-jazda-na-dol
no nic, idę spać.

opa r.

p.s. jak tak sobie niekiedy popatrzę, poczytam, posłucham w “internetowniku” tego, z czym się teraz w prl-bis produkują niejakie kukizy, ziobry czy maciarewicze, to dostaje odruchów wymiotnych.

Święty Walenty, święty Walenty…

Ewa Maria Slaska

…serce zgubiłam pod miedzą…

Dziś niedziela, dzień świętego Walentego, lekarza i biskupa, opiekuna żołnierzy rzymskich, skazanego na śmierć za wiarę w Jezusa. Jak Ligia i Winicjusz, jak Ursus, jak pochodnie Nerona…  Dzięki Sienkiewiczowi wiemy całkiem sporo o prześladowaniu chrześcijan w starożytnym Rzymie, o Neronie, który spalił miasto, by móc opiewać katastrofę… Sienkiewicz ukształtował naszą zbiorową wyobraźnię, dał nam poczucie wielkości wiary chrześcijańskiej jako naszego wspólnego dobra, jako niezbywalnego elementu polskości. Brały w tym procesie udział i inne polskie dzieła, w tym może przede wszystkim wielka kurtyna Siemiradzkiego…

Malarz stworzył ją w roku 1876, a Wikipedia twierdzi, że inspiracją była mu powieść Kraszewskiego Rzym za Nerona. Scena przedstawia ogród Złotego Domu, siedziby Nerona. Cesarz właśnie wchodzi, za chwilę rozpocznie się widowisko…

Podobno malarz chciał sprzedać kurtynę carowi Aleksandrowi za 50 tysięcy rubli, nadmienił zresztą, że gotów jest przyjąć zapłatę w ratach, ale mimo to władca jakoś nie kwapił się do zakupu. W roku 1879 artysta przekazał więc obraz powstającemu właśnie Muzeum w Sukiennicach. Kurtyna była pierwszym obiektem w nowym muzeum.

Walenty miał szczęście i nie zginął aż tak “malowniczo”, po prostu go ścięto, ale za to otoczyła go legenda zgoła romantyczna. A było tak… W III wieku naszej ery cesarz Klaudiusz II Gocki zabronił młodym mężczyznom zawierania małżeństw, uważał bowiem, że posiadanie rodziny osłabia zapał bojowy legionistów. Biskup Walenty z Terni udzielał im jednak ślubów, oczywiście chrześcijańskich. Podobno były to bardzo szczęśliwe małżeństwa. Biskupa pojmano i wtrącono do więzienia, gdzie zakochał się w niewidomej córce nadzorcy. Dziewczyna miała dzięki miłości odzyskać wzrok. Sława tego cudu rozeszła się szerokim echem wśród wiernych, a cesarz skazał biskupa na śmierć. Egzekucję wykonano 14 lutego 269 roku. Walentego pochowano w Terni, a jego grób już w IV wieku otoczony był kultem. Papież Juliusz I wybudował nad grobem bazylikę. Walentego uważa się za opiekuna epileptyków i patrona zakochanych.

W dzisiejszych czasach wszyscy jesteśmy, niekiedy fanatycznie wręcz, przekonani, że rozpowszechnienie kultu świętego Walentego jako patrona zakochanych to komercyjne interesy kwiaciarzy, a zwyczaj narzucili nam ohydni kapitaliści amerykańscy.

Ciekawe, jak niektóre przekonania przenoszą się bez najmniejszej zmiany z jednego systemu do drugiego. Ohydny kapitalizm amerykański to retoryka innej epoki, nigdy przez nas tak naprawdę nie akceptowana, nie wiadomo więc dlaczego ożyła tak wspaniale przy okazji Halloween i obchodów świętego Walentego, skoro te upowszechniły się w Polsce dopiero po zmianach ustrojowych.

Od wielu lat bezskutecznie usiłuję “odczarować” dzień ku czci Walentego jako święto z tradycjami i ważny element naszej kultury…

Bo na przykład Ofelia śpiewa taką oto piosneczkę (Hamlet, akt IV, scena 5):

To-morrow is Saint Valentine’s day,
All in the morning betime,
And I a maid at your window
To be your Valentine.

***
Walenty jako patron dwornych figlów pojawia się u Samuela Pepysa czyli w Londynie XVII wieku. Pepys był jako żywo wzorem urzędnika, może nawet pierwszym zawodowym urzędnikiem słynnej angielskiej Royal Navy, na pewno był rozpustnikiem, nie przepuszczającym żadnej spódniczce, zwłaszcza tej z niższego stanu, i nie gardził łapówkami (zresztą kto wtedy gardził łapówkami?), ale nic mi nie wiadomo, jakoby miał być amerykańskim kapitalistą…

O zwyczaju obchodzenia dnia św. Walentego, kiedy to mężczyźni i kobiety wybierali sobie na ten dzień kawalera lub damę, Pepys pisze kilkakrotnie, po raz pierwszy w roku 1660. Angielski wydawca Dzienników dodaje, że był to w owym czasie zwyczaj powszechny, ale że to właśnie u Pepysa znaleźć można najlepszy opis tych zabaw. Kilkakrotnie Pepys zapisze w Dzienniku, że, jak to jest w zwyczaju, już w przeddzień w zaprzyjaźnionym towarzystwie wybierano sobie “walentynów” i “walentynki”. Czasem miało się kilka “dam” albo kilku “kawalerów”, których odwiedzało się rano, przynosząc prezenty lub pieniądze. Czyli tak, jak śpiewała Ofelia: All in the morning betime.

14 lutego 1661 roku pan Pepys zostaje “kawalerem” pani Małgorzaty, a jej mąż, sir Batten, zostanie “walentynkiem” pani Pepysowej. Wieczorem wesołe towarzystwo będzie biesiadowało na jachcie pana Browna, który jest szwagrem pana Battena. Przy tej okazji Samuel zapisze, że jego żona tego dnia po raz pierwszy weszła na pokład statku.

Dworna asysta nie ograniczała się zresztą tylko do 14 lutego, bo jeszcze do końca miesiąca kawalerowie i damy świadczyli sobie grzeczności i dawali podarunki. W tym roku dopiero w kilka dni później Pepys zabierze swoją “walentynkę” do miasta i kupi jej tuzin par rękawiczek, sześć par haftowanych i sześć gładkich. Na co 22 lutego pan Batten przyśle Elżbiecie Pepysowej sześć par rękawiczek, jedwabne pończochy i podwiązki. Pepys zauważa z zadowoleniem, że w niedzielę w kościele Małgorzata miała rękawiczki, które jej podarował.

W roku 1662 Samuel nie chce być znowu “walentynkiem” Małgorzaty, a to dlatego, że stosunki pomiędzy oboma panami bardzo się popsuły.

W 1663 roku Pepys nie jest zadowolony z wyboru “walentynki” i, jak się zdaje, tego dnia nie bierze udziału w żadnej zabawie, a w każdym razie nic o tym wspomina. Pisze natomiast, że zjedli z żoną na kolację parę kaczek. W rok później poszli na kolację do wujka i rozmawiali z ciotką o zaletach kociołka miedzianego do gotowania mięsa, ale i w tym roku nie obchodzili chyba dnia świętego Walentego.

W roku 1665 oboje, i Pepys, i jego żona, znowu świętują ten dzień. Kawalerem pani Pepys zostaje młody chłopak, Dicke Pen, którego i Pepys miałby ochotę pocałować, a damą Samuela jest żona niejakiego pana Bagwella. Pepys ma jednak dużo pracy i nie traci czasu na zabawy. Zresztą poprzysiągł, że nie będzie marnotrawił czasu, sił i pieniędzy na hulanki. W rok później w dniu świętego Walentego Pepys odwiedza malarza (paynter), pana Halesa, i postanawia zamówić u niego portrety swój i żony. Jak się też i stało – obraz znajduje się obecnie w Galerii Portretu w Londynie.

Wieczorem tego dnia Samuel i jego żona idą na tańce, ale nie wiadomo, czy ot tak sobie, czy z okazji wesołego dnia. W następnym roku “mały” Will Mercer i sam Samuel są “walentynami” pani Pepys. Mercer podarował jej własnoręcznie wykonany obrazek – bardzo udatny – jej imię złotymi literami namalowane na błękitnym papierze. Mąż zaś kupił małżonce jakiś prezent, nie wiadomo jaki, który, jak zapisał, kosztował go “5 L”. Liwrów? Wieczorem towarzystwo bierze udział w “posiedzeniu” u payntera, malującego portret pani Pepysowej. Pepys zabawia się trochę z panią Pierce i z góry wie, że będzie go to niestety kosztowało. Bo, dodajmy na marginesie, Pepys jest wspaniałą mieszaniną skąpca i rozrzutnika, przy czym z reguły skąpi na żonę, a “rozrzuca” dla siebie.

Z kolei w rok później “Mercerka” jest walentynką Pepysa, który daje jej w prezencie złotą gwineę, natomiast jego kuzyn (cozen) zostaje “walentynem” pani Pepysowej. Jednak i Samuel musi się z tej okazji wykosztować na pierścionek dla żony z “tureckim kamieniem”, za który przyjdzie mu zapłacić ze 4 lub 5 “L”. Ponadto ma jeszcze wieczorem schadzkę z Doll Lane, która też się uważa za jego “walentynkę”. I wreszcie kupuje kilka prezentów córeczce pani Pierce, która go wylosowała jako swojego “kawalera”.

W roku 1669, ostatnim, kiedy Pepys prowadził swój dziennik, dowiadujemy się, że był “walentynem” pani Turnerowej. Kupuje jej zielone pończochy jedwabne, podwiązki, błyszczące, żółte rękawiczki i jedwabne sznurowadła, co w sumie kosztowało go 28 szylingów.

***

I jeszcze jedno kulturowe odniesienie do świętego Walentego – słynny Piknik pod Wiszącą Skałą (Picnic at Hanging Rock), jeden ze stu najważniejszych filmów w historii kina światowego, australijski dramat filmowy z roku 1975 w reżyserii Petera Weira. Piknik to opowieść o kilkunastu uczennicach, które wraz z nauczycielkami udają się w dzień św. Walentego 1900 roku na piknik, a kilka z nich w tajemniczy sposób znika.

Wikipedia podaje kilka ciekawostek związanych z produkcją filmu:

  • Patricia Lovell, producent wykonawczy filmu, relacjonuje, że podczas kręcenia zegarki ekipy zachowywały się w dziwny sposób: spieszyły się bądź późniły oraz stawały o określonej godzinie. Zarówno w powieściowym pierwowzorze jak i w filmie, zegarki dziewcząt stanęły w samo południe, kiedy przebywały one na skale, co stanowiło punkt wyjścia dla tajemniczych i pełnych grozy wydarzeń, które miały potem nastąpić.

  • Wbrew powszechnemu przekonaniu film oraz książka, na której podstawie powstał, nie są oparte na faktach. Zawarte weń wydarzenia zostały wymyślone przez autorkę książki, Joan Lindsey. W pierwotnej wersji powieści Lindsey zawarła nawet rozdział wyjaśniający, co wydarzyło się z zaginionymi, ale usunęła go w wyniku sugestii wydawcy, by nadać książce większą atmosferę tajemnicy. Wycięty rozdział został wydany po śmierci autorki jako The Secret of Hanging Rock.

  • Akcja filmu rozgrywa się w sobotę 14 lutego 1900 r., w rzeczywistości w ten dzień wypadała środa.

Przyjemnej niedzieli!

Reblog: Paryż, Wrocław…

To już trzy miesiące temu…

Krzysztof Ruchniewicz

Kartka z Paryża

Miałem okazję być już kilkakrotnie w Paryżu. Częste podróże tępią wrażliwość na nowe miejsca. Jednak paryskie dni zawsze przynosiły mi coś nowego, zaskakującego. Tym razem spotkałem inny Paryż. Nadal widać w nim skutki niedawnego ataku terrorystycznego. Na ulicach częste patrole wojskowe i policyjne. Wchodząc do księgarni, musiałem pokazać zawartość torby. Przy wejściu na Sorbonę znów musiałem ją otworzyć, sprawdzono też moje dokumenty. Dziwne uczucie, odzwyczaiłem się od takich przeżyć. Gdzieś tam odżyło w mojej głowie mgliste wspomnienie Wrocławia pod koniec grudnia 1981 r., ale także w 1997 r. Paryż, wspaniała europejska stolica, od kilku miesięcy jest przecież miastem stanu wyjątkowego. Z jednej strony zagrożenie, ale z drugiej wiele przykładów solidarności i bliskości mieszkańców.

2016-02-05_paryz (3 von 17)

Tragedia Paryża z listopada ubiegłego roku pod nawałą kolejnych wydarzeń, także naszej krajowej polityki, zblakła. Przyjechałem nad Sekwanę, myśląc o sprawach, które mam załatwić w ciągu kilku godzin, a nie o ewentualnym zagrożeniu. Szybko jednak uświadomiłem sobie, że Paryż się zmienił. Moja linia metra miała spore opóźnienie. Wywołała je pozostawiona na którejś ze stacji bezpańska paczka, którą trzeba było skontrolować. W stolicy Francji, wielomilionowych mieście, odczuwa się dalej skutki listopadowych zamachów. Trwa żałoba po zabitych. Każda z nich pozostawił rodziny, przyjaciół, znajomych, choćby sąsiadów wstrząśniętych jego losem. Liczba ofiar i ich przypadkowość zrodziły strach. Nie tak łatwo się go pozbyć. Podsycają go w jakiejś części także stosowane środki bezpieczeństwa. Na ulicach uzbrojeni żołnierze i policjanci. Przed budynkami użyteczności publicznej stoją wzmocnione warty. Obecna sytuacja Paryża przypomniała mi, przy wszystkich zastrzeżeniach na temat możliwości lub nie takich porównań, Wrocław w tragicznych momentach: 1981 i 1997 r.

2016-02-05_paryz (8 von 17)

Paryscy przyjaciele z jednej strony mówili oczywiście o strachu, żalu z powodu bezsensownej śmierci tylu ludzi, z drugiej jednak podkreślali, że to doświadczenie zaczęło mocniej łączyć mieszkańców miasta. Skłoniło ich do refleksji nad wartościami, które są dla nich ważne i które łączą większość paryżan, tworzą tożsamość miasta. Reakcją na ataki terrorystyczne nie był jedynie lęk. Owszem, bano się, ale nie skłoniło to ludzi do ucieczek z ulic miasta, schowania się w zaciszu mieszkań czy domów. Paryżanie wylegli na balkony, na ulice i place miasta. Nie zrezygnowali z życia towarzyskiego, odwiedzania restauracji, udziału w publicznych spotkaniach. Sprzeciw wobec przemocy można manifestować na wiele sposobów, na wiecach i pochodach, w medialnych oświadczeniach, ale też w codziennym życiu, w utrzymywaniu jego dotychczasowego kształtu, zwyczajów, piękna codzienności. Gdy otarliśmy się o stratę, bardziej doceniamy to, co jednak nam los dał. Stąd duma z miasta i jego mieszkańców.; stolicy „słodkiej Francji”, ale też jednej ze stolic świata, na ulicach której stykają się z sobą codziennie ludzie różnych ras, narodów i kultur.

2016-02-05_paryz (10 von 17)

To poczucie jedności, ale i dumy też we Wrocławiu znamy. Na nim opierała się solidarnościowa twierdza Wrocław, to ono wspaniale rozwinęło się przy układaniu worków z piaskiem i obronie Ossolineum przed „wielka wodą”. Tragiczne wydarzenia mogą budować wspólnotę, choć oczywiście zależy, jak je potraktujemy, czego będziemy się w nich dopatrywać. Paryżanie zdali też egzamin ze swej otwartości i tolerancji, w które przecież bezpośrednio uderzyli terroryści. Nie pozwolili, aby strach i nienawiść nad nimi zapanowały. Na ulicach Paryża nie zapłonęły kukły muzułmanów, a skrajna prawica, choć bardziej popularna niż wcześniej, nie wygrała wyborów regionalnych w grudniu 2015 r. Oczywiście, nie oznacza to że problemy zniknęły, a sprawa imigracji nie wymaga głębokiego namysłu i nowych rozwiązań. Nie powinno się ich jednak szukać pod naciskiem ulicy.

2016-02-05_paryz (11 von 17)

Wrocław od kilku tygodni jest Europejską Stolicą Kultury. Do swego wizerunku od lat wpisuje takie wartości jak tolerancja, szacunek dla inności, ciekawość różnicy, otwartość i przyjaźń. To piękna opowieść, ktoś powie, że czasem piękniejsza niż nasza rzeczywistość. Tak chyba musi być. Mieszczą się w niej wartości, które łączą nas nie tylko z paryżanami. Trzeba nie tylko deklarować przywiązanie do nich, ale i ich bronić. 18 listopada ubiegłego roku, gdy na wrocławskim rynku zorganizowano nacjonalistyczną demonstrację i spalono przy tej okazji kukłę Żyda, Wrocław pozwolił nimi zachwiać. Stało się tak, choć kilka dni wcześniej ulicami miasta przeszedł marsz pamięci w rocznicę „kryształowej nocy”. Grupa głośnych nacjonalistów, próbuje unieważnić takie gesty, dowieść że są to przekonania ważne dla marginalnej części wrocławian. Takie słowa słyszymy co roku w trakcie marszy skrajnej prawicy. Ostatnio próbuje ona zwiększyć ich siłę oddziaływania antyislamskimi odniesieniami, ot taki sztafażyk chwili dla podniesienia „klikalności”. Posunięto się do tego chyba dlatego, że dotychczasowe ksenofobiczne okrzyki wyniesione na ulice z okolic stadionów i różnych zakamarków, mają za mały rezonans wśród wrocławian. Może wizja krwiożerczych hord spod znaku Półksiężyca poruszy kogoś bardziej niż krzyki o „Wielkiej Polsce Katolickiej”.

2016-02-05_paryz (13 von 17)

Próba aktywowania w mieście jakiejś polskiej odmiany PEGIDY nie wypaliła, manifestacji nie będzie. Może pomysłodawcy sprawdzili czym lub kim owa PEGIDA jest. Nie oznacza to jednak, że Wrocław nie powinien jasno wyrazić swego stanowiska. Wrocławianie nie powinni wobec werbalnej nienawiści, ale i ewentualnych przejawów jawnej dyskryminacji i pogwałcenia praw mniejszości przechodzić obojętnie. Przypomnijmy sobie różne analizy badaczy wrocławskiej społeczności końca lat 90. XX w. Podkreślali oni, że właśnie zakończyło się formowanie poczucia więzi wrocławian z ich miastem. O ile wcześniej można było definiować mieszkańców stolicy Dolnego Śląska poprzez różne miejsce pochodzenia ich rodzin, to po 1997 r. coraz częściej artykułowano identyfikację najprostszą, właśnie wrocławską. Jej fundamentem jest doświadczenie historyczne, zwłaszcza XX w., w którym nie zabrakło przemocy, nienawiści ich strasznych konsekwencji.

2016-02-05_paryz (16 von 17)

W drodze na lotnisko zatrzymałem się na krótko przed katedrą Notre Dame. Spotkałem tam dwóch starszych mężczyzn, którzy karmili gołębie. Ptaki sprawiały wrażenie oswojonych, a panowie szczęśliwych. Ten sielski obrazek kontrastował ze scenką rozgrywającą się obok. Trzech uzbrojonych po zęby żołnierzy przemierzało plac, rozglądając się czujnie. Opiekunowie gołębi sprawiali wrażenie stałych bywalców, paryskiego ulicznego folkloru. Żołnierze byli oznaką dzisiejszej sytuacji. Czy przejściowej?

2016-02-05_paryz (14 von 17)

Maile z Polski

Styczeń 2016

Mężczyzna, po 50

dziś demonstracja… wspaniale było…

Mężczyzna, 60 lat

… to pewnie też kwestia wieku,
gdybym miał 30/40 lat, to bym się spakował i wyjechał,
w wieku 60 lat, to jest naprawdę trudna decyzja,
stad moja frustracja …
sam już nie wiem, co robić …
prowadzę rozmowy dotyczące nowych projektów,
więc może jeszcze trochę pooszczędzam,
szczególnie, że czasy idą ciężkie,
ale nie wiem, czy nadążę z odkładaniem …

ponieważ ostatnie kilkanaście lat wyglądało, że w Polsce da się żyć,
więc wszystkie aktywa na przyszłość (mieszkania, oszczędności)
zgromadziłem w PLN,
a teraz paru cwaniaków z PiS postanowiło się dorobić na społeczeństwie,
i w kilka miesięcy zdewaluowali PLN o ponad 12%
(pomijam co zrobili z giełdą – tam na szczęście nie mam żadnych aktywów);
… z moich zasobów odłożonych na emeryturę ukradli mi tyle,
ile odłożyłem przez ostatnie 1,5 roku (i to pracując na dobrym
kontrakcie);
jestem kompletnie zdołowany 😦
jak coś zdecyduję, to może przyjadę do Berlina na dzień/dwa,
trochę się rozejrzeć, i pooddychać normalnym powietrzem
(zanim zamkną granice)

Mężczyzna, 30 lat

czyli byłby sens przyjechać w połowie miesiąca
ale ja nie wiem, czy wytrzymam tu do tego czasu.

tu jest tak strasznie
okropnie
smutno
pochmurno
blotniście
depresyjnie
przygnębiajaco
beznadziejnie

Mężczyzna, 44 lata

… rozpada się nam marzenie o wspólnej Europie. Najboleśniejsze jest jednak to, że konsekwencje tych durnowato-radosnych działań międzynarodówki nacjonalistycznej ponosić będzie pokolenie Twojego wnuka. Ludzie tak naprawdę nie lubią wolności – mają to w naturze.

Czeka nas bardzo długa zima!

Dlaczego Ci tak od rana psuję humor? Bo ja wiem? Może po prostu chcę się spytać: czy jest coś, czego my nie wiemy o naszych rodakach? Czyżby naprawdę dojrzeli do dyktatury?

Swoją drogą mam też refleksję. Ja się nie znam, to Ty byłaś w konspiracji, tak tylko sobie głośno myślę; czy w tych okolicznościach KOD i podobne inicjatywy nie wystrzelają się za szybko? Czy nie trzeba myśleć o czymś bardziej długofalowym, takim bardziej pozytywistycznym niż romantycznym? Co Ty na to?

I nie o słuszność chodzi – oboje wiemy, że sprawa jest słuszna – tylko o skuteczność. Ja nie chcę dulce et decorum umierać, lecz efektownie zwyciężyć, choćby i za jakiś czas. Myśl, weteranko! Jak będziesz miała pomysł na Drugą Kadrową, to będziesz też miała mój akces!

 

Die Badende von Ingres und die Steckdose


Maryna Over erinnerte uns an Die Badende von Ingres, ein Bild gemalt im Jahre 1808 von einem der wichtigsten Maler des Romantismus. Ich schaute mir das Bild genau an und – plötzlich! – dachte ich, dass ich an der Wand, zwischen dem Bett rechts und den grünen Vorhang links eine Steckdose sehe!

Was denn? Wäre es überhaupt möglich?

Ich suchte und wer sucht, der früher oder später findig ist. Ich fand, dass es glatt unmöglich war, dass Ingres eine Steckdose an der Wand im Jahre 1808 sah. Im Internet ist doch alles, also auch die Geschichte des Stroms.

Sie geht weit bis ins 18. Jahrhundert zurück. Bereits im Jahr 1774 hat James Watt die erste Dampfmaschine erfunden und wurde somit Pionier der Stromerzeugung. Einen maßgeblichen Beitrag leistete ebenfalls Allesandro Graf Volta, denn dieser stellte zunächst erfolgreiche Theorien über die Erzeugung von elektrischen Strom auf. 1826 wurde das Ohm’sche Gesetz aufgestellt.

In den Jahren 1840 bis 1879 wurde das erste Transatlantikkabel verlegt. Die Telegrafie war eines der ersten Neuerungen, die im Zuge dieses Vorhabens eingeführt wurde. 1866 stellte Werner von Siemens ersten elektrischen Generator her. Erst dann konnte allmählich Strom in die private und öffentliche Haushälte kommen. Zuerst aber sorgte Strom für Strassenbeleuchtung.

ingres-kontaktBewaffnet mit diesem Wissen, schnitt ich den entsprechenden Fragment des Ingresschen Bilde aus und stellte ihn im Photoshop scharf. Erst jetzt sah ich, dass es keine nah an der Wand anliegende Steckdose ist, sondern weit entfernte und daher so klein wirkender Wasserhahn in Form eines Löwenkopfes, und dies was ich für einen Stromkabel hielt, in der Wirklichkeit sprudelnder Wasserstrahl ist.

List otwarty do Ministra i innych takich, co…

Najpierw posłuchajcie


teraz poczytajcie TU, a pod spodem pytanie do dyskusji: co o tym sądzicie?

Styczeń 2016, Berlin, Kolonia, Weimar…

List otwarty

do Ministra Edukacji
do Dyrektorów i Nauczycieli polskich szkół, a także rodziców i uczniów oraz wszystkich, którym nie jest obojętne

od Polaków mieszkających w Niemczech

Szanowne Panie i Panowie, drodzy Rodacy,

z ogromnym smutkiem, ale już też przerażeniem, obserwujemy wszystko, co w ostatnich miesiąch dzieje się na linii współpracy polsko-niemieckiej. Do każdego z nas docierają z Polski pytania od znajomych i nieznajomych: “czy w Berlinie jest bezpiecznie?”, “czy możemy jeszcze spędzić weekend w Niemczech, zanim będzie za późno?”, “co powiedzieć rodzicom, którzy rezygnują ze szkolnej wymiany polsko-niemieckiej?”, “jak przekonać nauczycieli, którzy nie chcą brać udziału w wycieczce za Odrę?“

To z jednej strony.

Z drugiej, tej niemieckiej, padają pytania: “czy w Polsce jest jeszcze bezpiecznie dla obcokrajowców?”, “czy mogę pojechać do Warszawy, jeśli mam ciemniejszą karnację?”, “czy moje dzieci na wycieczce klasowej nie doświadczą ogólnie dostępnego i akceptowalnego rasizmu?”

Mamy tego dość. Chcemy wspólnie przeciwstawić się strachowi! Strachowi podpartemu niewiedzą. Nie może tak być, żeby sąsiedzkie kraje tak bardzo się siebie bały.

Chcemy wypełnić pustkę, która wciąż panuje w Polsce. Wypełnić zaufaniem, wiedzą i doświadczeniem. Doświadczamy wielokulturowości na co dzień. Mieszkamy w niemieckich miastach, nie rozróżniamy ludzi na tych z jaśniejszą i ciemniejszą karnacją. I marzy nam się, żeby w naszej Polsce też tak było.

Nasze dzieci uczą się języka polskiego, czytają polskie książki i spędzają w Posce wakacje. Wielu z nas rozważa powrót do kraju. Ale do kraju otwartego na świat, otwartego na inność. Wierzymy, że to właśnie szkoły mogą zdziałać cuda. Pokazać, wytłumaczyć, zachęcić i uspokoić: swoich uczniów i rodziców. Szkoły i cały system edukacji, muszą przeciwdziałać nienawiści i nie pozwolić Polsce i jej obywatelom, także tym najmłodszym, by stały się prowincją Europy i świata.

My, Polacy w Niemczech

Berlin Oder Stettin

Als ich den Titel der Veranstaltung mit Bogdan Twardochleb in einem Vereinsprotokoll geschrieben hat, umgehend korrigierte mich meine Kollegin: Berlin oder Stettin. Und notierte am Rande, dass sie dachte, ich, nach 30 Jahren in Deutschland, endlich Mal lernen kann…

Also meine Damen und Herren…

Berlin Oder Stettin

In unserer Reihe “Sttetin für Berliner” ein Vortrag von Bogdan Twardochleb

9.2.16 | 20 Uhr | Regenbogen Kino

In Kooperation mit Regenbogenfabrik

Was uns heute verbindet, was uns teilt und warum?

Wie wichtig ist Berlin in Stettin und warum ist es so wichtig?

Wohin fließt Berlin heute – zur Oder oder weg von der Oder? Das ist heute auch die Frage betreffs der EU.


Ist (wird) die Oder wieder die Grenze?


Warum mag ich Berlin und warum wollte ich mehr Berlin an der Oder und mehr Stettin in Berlin sehen?

Bogdan Twardochleb, (geb. 1954), seine Mutter stammte aus Großpolen, sein Vater aus Przemyslany bei Lemberg (Lwow, Lviv). Er wohnt seit 1960 in Stettin.

Bodgan Twardochleb studierte Polonistik in Stettin, arbeitete dann als Lehrer an der Stettiner Uni, seit 1989 ist er Journalist und Publizist. Seit 1991 arbeitet er in der Stettiner Zeitung Kurier Szczecinski. Seine Themen sind: Kultur (Literatur), Geschichte Pommerns, Gesellschaft, Minderheiten in Pommern, Grenzregion, deutsch-polnische Beziehungen. Zu seinen Aufgaben gehört es, die Kontakte mit Schulzeitungen, die mit seiner Redaktion kooperieren, zu pflegen. Bogdan ist Redakteur zweier Beilagen: seit 15 Jahren Szkolny Pulitzer (Schulen-Pulitzer), einer Beilage für Schulzeitungen, und seit mehr als drei Jahren für „przez granice“ (Über die Grenze), die Beilage für deutsch-polnische Themen, speziell in der Grenzregion. Bogdan hat als Redakteur einige Bücher vorbereitet, unter anderem mit Poesie und Reportagen.

Bogdan sagt zu seinen Hobbies: „Sehr lange Reisen in der Umgebung von Stettin, vor allem nach Pommern und in die Grenzregion. Nicht weit unterwegs, dafür umso tiefer in der Geschichte und Gegenwart verankert.“

Bogdans Träume: „Mehr Zeit für Berlin und auch für Stettin finden, mit meinen Enkeln mehr spielen und plaudern, mit meiner Frau mehr wandern und auch – mein schwaches Deutsch verbessern. Ich möchte so gut deutsch sprechen, wie zum Beispiel meine Freunde in Berlin: Ruth Henning und Uwe Rada.“

Eintritt frei – Spenden willkommen.

Twardochleb in der Regenbogenfabrik

Reblog: “Eva, auch du wirst das Patriarchat hier in diesem Chaos nicht ändern können!”

Wie die Autorin arbeite auch ich in einem Flüchtlingswohnheim. Vieles, was sie hier beschreibt, scheint mir klischeehaft, vieles habe ich nie bemerkt, ist mir nicht passiert. Es ist mehr in diesem Text und zugleich zu wenig, viel zu wenig. Der Text ist kontrovers. Mehr noch, er hat mich irritiert. Aber ich finde es gut, dass es auch solche kontroverse Texte veröffentlicht werden, weil es tatsächlich viele Probleme gibt. Nicht nur unter und mit den Flüchtlingen, auch mit den Nutznießer und Profiteure der jetzigen Flüchtlingskrise, und das sind nicht nur reine kapitalistische Ausbeuter, weil es auch vermeintliche Gutmenschen sind oder diejenige, die sich angeblich für sie einsetzen sollen. Es bleiben noch viele Fragen, die hier nicht gestellt wurden, viele Beobachtungen, die stärker und präziser in die Gesellschaft geschickt werden müssen.

Ich sehe sie, bin aber durch unterschriebene Schweigepflichterklärung gebunden. Daher hier nur eine der vielen Fragen, eine, die mich seit Wochen um den Schlaf bringt.

In “meinem” Wohnheim zähle ich die Mädchen und Jungs, weil ich wissen möchte, wie viele Puppen und wie viele Autos vor Weihnachten zu kaufen gilt. Mit Schrecken stelle ich fest, dass bei uns ca. 60 Kinder wohnen, davon 45 sind Jungs und 15 – Mädchen! Statistisch unmöglich!  Ich frage rum herum, kein Mensch kennt die Antwort.

Wo sind die Mädchen?

Eva Quistorp

25.01.16

Mich nervt die sture Borniertheit vieler Männer

Wallraff-mäßig gehe sie vor, sagt die Autorin, die in einem Berliner Flüchtlingsheim arbeitet. Täglich muss sie mit den Männermassen klarkommen, ohne zu resignieren. Denn sie will Frauen helfen.

In der Kantine: ein Raum voller Männer, das ist eine europäische Frau nicht mehr gewohnt
Foto: E. Quistorp

Nein, ich bin nicht als sogenannter Gutmensch oder Vertreterin der euphorischen Willkommenskultur Ehrenamtliche geworden im Flüchtlingshaus in Berlin.

Ich ging nicht naiv in das Flüchtlingsheim, sondern eher wallraffmäßig auf feministisch, wusste, dass sexuelle Belästigung auch älterer Frauen durch die vielen jüngeren Männer kommen kann, dass sie Frauen ohne Schleier bedrängen könnten und auch die „eigenen“, falls sie allein geflohen sind. Ich wusste, dass einige Frauen auf der Flucht schon, wie Amnesty International jetzt bestätigt, vergewaltigt wurden. Ich wusste, dass die Väter dazu neigen, ihre Kinder zu schlagen, um die Kontrolle und Macht zu behalten.

Ich war schockiert, als ich merkte, wie wenige Familien und Männer direkt aus Syrien oder dem Krieg kommen, wie von Politik und Medien immer behauptet wurde.

Keine Frau spricht hier offen mit mir

Viele junge Männer sind aus Pakistan, aus dem Irak, aus dem Iran und die meisten aus Flüchtlingslagern in der Türkei oder dem Libanon, weshalb sie zu dem Haus, in dem sie jetzt in Zweier- oder Dreierzimmern wohnen, auch immer noch “Camp” sagen.

Ich kann den Frauen nicht einfach so Fragen nach sexueller Gewalt stellen. Wenn ich ihnen helfen will, muss ich behutsam sein. Ich muss viel Zeit und Geduld mitbringen, erst einmal Vertrauen und Stabilität einer Beziehung aufbauen.

Die Sozialarbeiterinnen und die Frauen im medizinischen Flüchtlingsdienst können zwar sichtbare Wunden feststellen, falls die Frauen überhaupt zu ihnen kommen. Doch die unsichtbaren Wunden sehen sie nicht.

Kaum eine Frau geht mit ihren Ehe- und Sexualitätsgewalterfahrungen zu einem Sozialarbeiter oder einer Ärztin hier. Schon viele Übersetzer sind Männer, die nicht gerade sensibel wirken. Die meisten Helfer bräuchten selbst erst einmal einen Sensibilisierungskursus!

Eva Quistorp mit einer großen Familie. Die Frauen haben, wenn sie älter als 27 sind, mindestens drei bis fünf Kinder. Die Mädchen müssen helfen, die Jungs dürfen spielen. Kennen wir das nicht auch von früher?
Foto: E. Quistorp

Schauen Sie sich doch die Security-Leute in den Heimen an. Viele sehen aus wie Türsteher vor Discos, nicht gerade wie Vertrauenspersonen, die man wegen Missbrauchs von Mädchen ansprechen kann.

Einer mit Salafistenbart wollte mich, breitbeinig dastehend, einmal nicht ins Haus lassen und behandelte mich, als sei ich eine Hexe. Inzwischen ist er zum Chef aufgestiegen und hat sich rasiert.

Nach dem täglichen Gang an den Sicherheitsmännern vorbei bin ich oft schon geschafft, weil ich es gar nicht mehr gewohnt bin, mich in einem so männerdominierten Milieu zu bewegen.

Als ich mir das erste Mal die lange Schlange von jungen Männern vor der Kantine ansah, wurde mir mulmig. Weniger, was sie mir antun könnten, sondern was sie wohl bei dem überstandenen Frust während der Flucht, bei dem Druck, unter dem sie stehen, Geld zu verdienen, denken.

Sie müssen lernen, mir die Hand zu geben

Was, wenn sie hier nicht klarkommen, die Welt nicht mehr verstehen und sich weiter durchschlagen in unserer Gesellschaft – wie auf einer ewigen Flucht? Die Männer aus der syrischen Mittelschicht, die öfter auch mit ihren Familien da sind, oder Studenten sind anders.

Ich gehe an der Menge der Männer vorbei, ohne den Blick zu senken, mit sicherem Schuhwerk, bunter Kleidung, meist mit offenem Haar. Ich lasse mir das laute Lachen, das Händeschütteln nicht nehmen, teste die Männer.

Sie lernen bei mir, einer deutschen Frau die Hand zu geben, auch zu fragen, wie es ihr geht. Einige Männer, aus Afghanistan meist, strecken mir nur ihren Arm mit Pullover hin. Die Hand zu geben ist wohl schon unrein und zu nah an der weiblichen Sexualität.

Doch gleichzeitig scheint es ein Doppelleben im Heim zu geben, wie Huerdem, die Sozialarbeiterin, die Türkisch und Arabisch spricht, mir sagte. “Abends und nachts brodelt hier das Liebes- und Sexleben. Es gibt neu Verliebte, was natürlich Spannung bringt.”

Kinder werden von ihren Vätern verprügelt

Die Männer wissen alle, wo die Frauen wohnen, die alleine geflohen sind. Zwei Frauen haben mich schon gefragt, wie sie abtreiben können. Sie lacht dabei, als ginge es um das freiheitliche Leben in Prenzlberg.

Seit Kurzem gibt es sogar Mädchen, die schon mit neun Jahren ein Kopftuch tragen, eines sogar schon mit vier Jahren, was eindeutig wahabitischer Einfluss ist.

Eine Afghanin hat mir aufgeregt erzählt, dass ein Vater sein Mädchen schlimm schlägt und es zwingt, darüber zu schweigen. Er drohe ihm mit Abschiebung und will es mit sieben Jahren zurückschicken, um es früh zu verheiraten. Was tun?

Der Kinderschutz reagierte wie ein Trampeltier, vollkommen ineffektiv kamen sie spät am Abend, brachten einen Teddybären mit und befragten in Anwesenheit des Vaters das Kind. Was soll das? So wird doch der schlagende Vater nur lernen, besser aufzupassen und den Nachbarn zu verbieten, irgendetwas zu sagen.

Seitdem ich das weiß, fühle ich mich auch von Männern, die mir nichts tun, irgendwie betrogen und bin angespannt, weil es ein Doppelleben zu geben scheint, das ich nicht durchschauen kann.

Die Frauenärztin wartet oft stundenlang umsonst auf Frauen und Mädchen. Einmal reichte es Huerdem, und sie klopfte an die Türen und rief mit drohender Stimme: “Ihr müsst jetzt alle sofort zur Frauenärztin kommen!” “Das ist die Sprache, die sie verstehen, Eva”, sagte sie mir.

Für die Kinder ein Spielzimmer, für die Frauen ein Frauenzimmer. Alleingänge und Trennungen haben manchmal Sinn
Foto: E. Quistorp

Ein Aufruf der Ministerin oder von Politikerinnen zu mehr Kinderbetreuung und zu mehr Schutz der Frauen ist wohlfeil. Ministerin Schwesig habe ich auf dem SPD-Parteitag Anfang Dezember letzten Jahres darauf aufmerksam zu machen versucht, jedes Heim brauche mindestens eine Sozialarbeiterin und Ärztin, die auf das Thema sexuelle Gewalt spezialisiert sind und entsprechende Übersetzerinnen haben müssten.

Alle Ehrenamtlichen und Hauptamtlichen müssen zum Thema weitergebildet und auch geprüft werden. Es muss viel genauer hingeguckt werden, ob es auch unter Ehrenamtlichen und Besuchern Männer gibt, die ähnlich wie am Lageso an kleinen Kindern ein Missbrauchsinteresse haben. Da reichen polizeiliche Führungszeugnisse wirklich nicht.

Zettel auf Arabisch gegen Gewalt

Dass in Deutschland bestraft werden kann, wenn ein Mann seine Frau oder sein Kind schlägt, das hängt zwar als Zettel auf Arabisch an der Wand. Aber ich habe das noch niemanden lesen sehen, und selbst das Lesen würde ja nicht reichen.

Das muss zum Diskussionsthema in allen Deutsch- und Integrationskursen werden, mit Apps, Bildern und Rollenspielen und Comics ergänzt werden. Das müssen Autoritäten der Moscheen, der Schulen, der Sport- und Popwelt und eventuell eigene Fernsehprogramme beibringen.

“Beratung” und “Integration” sind große Worte. Haben sie den gleichen Klang auf Arabisch?
Foto: E. Quistorp

Die Erfahrungen, in der U-Bahn verfolgt und gierig angestarrt zu werden, habe ich zum Glück nicht gemacht. Auch schwere Belästigung von Ehrenamtlichen kamen bei uns im Haus, wo es kleine Zimmereinheiten gibt, bisher nicht vor. Eher sind Turnhallen und Zeltlager Brutstätten sexueller und anderer Gewalt.

Ob die Frauen, die zwar die Duschen abschließen können, aber sich in die Masse der jungen Männer begeben müssen, draußen angemacht worden sind, weiß ich nicht. Angst werden sie auf jeden Fall haben. Sie sollten einen eigenen Duschbereich bekommen, und allein flüchtende Frauen sollten ihre
Zimmer abschließen können.

Christinnen werden beleidigt und bedroht

Die Mädchen sollten nicht wegen der Faulheit der Eltern auf die Männertoiletten geschickt werden, die meist offen stehen und mit Papierabfällen verdreckt sind. Die meisten Kinder laufen unbeaufsichtigt herum. Da hilft auch kein Infozettel an der Wand.

Ich fürchte, dass es viel unsichtbare Gewalt und Belästigung gibt. Die Frauen werden aber erst dann reden, wenn sie den Asylstatus haben, eine Wohnung, wenn sie mit der deutschen Sprache auch gelernt haben, ihre Rechte in Anspruch zu nehmen, sich sicher fühlen und wagen können, ihren Männern zu widersprechen.

Es gibt auch syrische Christinnen, die sich als extreme Minderheit im Heim bedroht fühlen, weil sie kein Kopftuch tragen. Eine Polizistin aus Bagdad wurde sogar mit dem “Hals ab”-Zeichen der Islamisten aus Algerien, Afghanistan und des IS-Terrors bedroht, wenn sie sich nicht endlich an die Muslime anpassen würde.

Die syrische Christin Boshra mit Sohn vor Multikulti-Werbung in Berlin. Sie zeigt Tatkraft, will, dass ihr Sohn zur Schule geht. Sie selbst war Chemielehrerin in Aleppo
Foto: E. Quistorp

Sie werden mit dem Abspielen von “Allah Akbar”-Rufen eingeschüchtert und erniedrigt. Auch die Christinnen aus Eritrea sind eher für Gespräche offen, doch auch sie haben zuallererst Überlebenssorgen um ihre Kinder, ihren Mann, eine Wohnung.

Wir müssen besser werden in den Beratungsformen, die Frauen den Weg weisen, über Tabus zu reden, die Angst zu verlieren, sich auf Hilfe zu verlassen, müssen endlich auch die Gewalt gegen Mädchen anzusprechen wagen, statt wegzugucken. Große Sprüche und Kampagnen helfen da nicht.

Extra Zimmer nur für Frauen, die “Frauenzimmer”, sind ein bescheidener Anfang, wo es nicht nur Nähmaschinen gibt, sondern auch Aufklärungsmaterial in allen nötigen Sprachen. Viele sollten Workshops mit dem in Präventionsarbeit gegen Salafisten erfahrenen Ahmed Mansour machen, der erst jetzt langsam in der deutschen Öffentlichkeit in all seiner Kostbarkeit wahrgenommen wird.

Wir werden den Flüchtlingen die Freiheit unserer Frauen erklären müssen, als Nächstes den Karneval. Doch nicht alles in diesem Lande können wir schönreden, indem wir sagen, das seien unsere guten Sitten, der Lebenslust geschuldet, der Ekstase gegen die Herrschaft des öden Arbeitsalltags, der katholischen Kirche oder des Militärs. Das Dschungelcamp und Werbung für Pornos und Prostitution insgesamt als Ausdruck von Freiheit zu verkaufen wird schwer werden.

Die Flüchtlinge geraten in schwere Identitätskonflikte, siehe auch die Karriere von Bin Laden, der vom Lebemann zum Terroristen mutierte. Viele sagen mir deutlich, dass sie fürchten, ihre Töchter würden hier zu selbstständig werden und eventuell nicht jungfräulich bleiben bis zur Ehe. Daher kapseln sie sich ab.

“Mama, wir machen Deutschland kaputt!”

Denn Aufklärung ist für viele Verunsicherung, Kontrollverlust der Väter, Mütter, Ehemänner. Die “taz” macht es sich da zu einfach, die bisherigen Hefte zur Sexualkunde zu nutzen, Sex voraussetzungslos als etwas ohne Eros, ohne Liebe, ohne Kultur, ohne Bindungen. Soll das etwa unsere Leitkultur sein?

Ich werde noch nicht aufgeben. Doch ich war auch schon nahe am Nervenzusammenbruch, denn es sind emotional enorme Belastungen, weil ich mich in diesem Sprachvakuum bewege und in einem Labyrinth undurchschaubarer Regeln. Die Arbeit ist ein Fass ohne Boden, da ständig neue große Gruppen an jungen Männern nachkommen.

Ich werde mehr Grenzen ziehen müssen, denn mich nerven Unzuverlässigkeit, zu hohe Erwartungen, mangelnder Respekt gegenüber meinem Engagement, meiner Zeit, die sture Borniertheit vieler Männer, die Heuchelei gegenüber dem Wunsch nach Sexualität, das Misstrauen gegenüber unseren Regeln der Freiheit.

Ein Afghane, den ich wegen Arthrose zum Arzt begleitete und der mich “Mama” nennt, meinte: “Eva, wenn das so weitergeht, werden wir Deutschland kaputt machen.” Die Gynäkologin im Heim, die ich noch aus der Frauenbewegung kenne, meinte letztens lapidar: “Eva, auch du wirst das Patriarchat hier in diesem Chaos nicht ändern können!”

Ukradziona wiosna

Kolejny piękny wiosenny cytat literacki:

Zima była tak ciężka i długa, że miłościwy Błystek, król Krasnoludków, przymarzł do swojego tronu. Siwa jego broda uczyniła się srebrną od szronu, u brody wisiały lodowe sople, brwi najeżone okiścią stały się groźne i srogie; w koronie, zamiast pereł, iskrzyły się krople zamarzniętej rosy, a para oddechu osiadała śniegiem na kryształowych ścianach jego skalnej groty. Wierni poddani króla, żwawe Krasnoludki, otulali się, jak mogli, w swoje czerwone opończe i w wielkie kaptury. Wielu z nich sporządziło sobie szuby i spencery z mchów brunatnych i zielonych, uzbieranych w boru jeszcze na jesieni, z szyszek, z huby drzewnej, z wiewiórczych puchów, a nawet z piórek, które pogubiły ptaszki lecące za morze.

Ale król Błystek nie mógł się odziewać tak ubogo i tak pospolicie. On zimą i latem musiał nosić purpurową szatę, która, od wieków służąc królom Krasnoludków, dobrze już była wytarta i wiatr przez nią świstał. Nigdy też, za nowych swoich czasów nawet, bardzo ciepłą szata owa nie była, ile że z przędzy tych czerwonych pajączków, co to wiosną po grzędach się snują, utkana, miała zaledwie grubość makowego listka.

Drżało więc królisko srodze, raz w raz chuchając w ręce, które mu tak zgrabiały, że już i berła utrzymać w nich nie mógł.

W kryształowym pałacu, wiadomo, ognia palić nie można. Jakże? Jeszcze by wszystko potrzaskało: posadzki i mury.

Grzał się tedy król Błystek przy blasku złota i srebra, przy płomieniach brylantów, wielkich jak skowrończe jaja, przy tęczach, które promyk dziennego światła zapalał w kryształowych ścianach tronowej sali, przy iskrach lecących z długich mieczów, którymi wywijały dzielne Krasnoludki, tak z wrodzonego męstwa, jak i dla rozgrzewki. Ciepła wszakże z tego wszystkiego było bardzo mało, tak mało, że biedny stary król szczękał zębami, jakie mu jeszcze pozostały, z największą niecierpliwością oczekując wiosny.

– Żagiewko – mówił do jednego z dworzan – sługo wierny! Wyjrzyj na świat, czy nie idzie wiosna. A Żagiewka kornie odpowiedział:
– Królu, panie! Nie czas na mnie, póki się pokrzywy pod chłopskim płotem nie zaczną zielenić. A do tego jeszcze daleko!…
Pokiwał król głową, a po chwili znów skinie i rzecze:
– Sikorek! A może ty wyjrzysz?
Ale Sikorkowi nie chciało się na mróz wystawiać nosa. Rzeknie tedy:
– Królu, panie! Nie pora na mnie, aż pliszka ćwierkać zacznie. A do tego jeszcze daleko!…
Pomilczał król nieco, ale iż mu zimno dokuczało srodze, skinie znów i rzecze:
– Biedronek, sługo mój! A ty byś nie wyjrzał?
Wszakże i Biedronkowi niepilno było na mróz i zawieję. I on się kłaniał i wymawiał:
– Królu, panie! Nie pora na mnie, aż się pod zeschłym listkiem śpiąca muszka zbudzi. A do tego jeszcze daleko!…

Król spuścił brodę na piersi i westchnął, a z westchnienia tego naszła taka mgła śnieżna, że przez chwilę w grocie nic widać nie było. Tak przeszedł tydzień, przeszły dwa tygodnie, aż pewnego ranka jasno się jakoś zrobiło, a z lodowych soplów na królewskiej brodzie jęła kapać woda. We włosach też śnieg tajać począł, a okiść szronowa opadła z brwi królewskich i zmarzłe kropelki u wąsów wiszące spłynęły niby łzy. Zaraz też i szron ze ścian opadać zaczął, lód pękał na nich z wielkim hukiem, jak kiedy Wisła puszcza, a w komnacie zrobiła się taka wilgoć, że wszyscy dworzanie wraz z królem kichali jakby z moździerzy.

A trzeba wiedzieć, że Krasnoludki mają nosy nie lada. Sam to naród nieduży: jak Krasnoludek but chłopski obaczy, staje, otwiera gębę i dziwuje się, bo myśli, że ratusz. A jak w kojec wlezie, pyta: „Co za miasto takie i którędy tu do rogatek?” A wpadnie w kufel kwarciany, to wrzeszczy: „Rety! Bo się w studni topię!”

Taki to drobiazg!

Ale nosy mają na urząd, że i organiście lepszego do tabaki nie trzeba. Kichają tedy wszyscy, aż się ziemia trzęsie, życząc sobie i królowi zdrowia. Wtem chłop po drwa do boru jedzie. Słysząc owo kichanie, mówi:
– Oho, grzmi! Skręciła zima karku! – bo myślał, że to grzmot wiosenny.
Zaraz konia przed karczmę zawrócił, żeby grosza na drzewo nie utrącać, i przesiedział tam do wieczora, rachując i rozmyślając, co kiedy robić ma, żeby mu czasu na wszystko starczyło.

Tymczasem odwilż trwała szczęśliwie. Już około południa wszystkim Krasnoludkom poodmarzały wąsy. Zaczęli tedy radzić, kogo by na ziemię wysłać, żeby się przekonał, czy jest już wiosna. Aż król Błystek stuknął o ziemię berłem szczerozłotym i rzekł:
– Nasz uczony kronikarz Koszałek-Opałek pójdzie obaczyć, czy już wiosna przyszła.
– Mądre królewskie słowo! – zakrzyknęły Krasnoludki i wszystkie oczy obróciły się na uczonego Koszałka-Opałka.
Ten, jak zwykle, siedział nad ogromną księgą, w której opisywał wszystko, co się od najdawniejszych czasów zdarzyło w państwie Krasnoludków, skąd się wzięli i jakich mieli królów, jakie prowadzili wojny i jak im się w nich wiodło.

(…)

Szedł wesół i raźny, poglądając spod ciemnego kaptura po chłopskich pólkach, po łąkach, po gajach. A już ruń dobywała się i parła gwałtownie nad ziemię; już trawki młode puszczały się na wilgotnych dołkach, już nad wezbraną strugą czerwieniały pręty wikliny, a w cichym, mglistym powietrzu słychać było kruczenie żurawi, wysoko gdzieś, wysoko lecących. Każdy inny Krasnoludek poznałby po tych znakach, że wiosna już blisko, ale Koszałek-Opałek tak był od młodości pogrążony w księgach, że poza nimi nic nie widział w świecie i na niczym nie rozumiał się zgoła. Wszakże i on miał w sercu taką dziwną radość, taką rześkość, że nagle zaczął wywijać swoim wielkim piórem i śpiewać znaną starą piosenkę:

Precz, precz od nas smutek wszelki,
Zapal fajki, staw butelki!

Zaledwie jednak był w połowie zwrotki, kiedy posłyszał ćwierkanie gromady wróbli na chruścianym, grodzącym pólko płocie; urwał tedy piosenkę swą natychmiast, aby się z tą gawiedzią nie bratać, i namarszczywszy czoło, szedł z wielką powagą, iżby ona hołota wiedziała, że mężem uczonym będąc, z wróblami kompanii nie trzyma.

(…)

Owionęła Koszałka-Opałka woń mchów wilgotnych i świeżo wyklutej trawy, więc czując, że mu się w głowie kręci, siadł na zeszłorocznej szyszce i wypoczywał chwilę przed dalszą podróżą (…)

Kiedy tak uczony Koszałek-Opałek na szyszce siedzi, spojrzy – idzie chłop. Siekiera na ramieniu, półkożuszek na grzbiecie, łapcie, czapka magierka, torba parciana na sznurku, ot, drwal taki. Do boru idzie, po niebie się rozgląda, wesoło mu – widać – bo gwiżdże.

Myśli Koszałek:
„A choćbym tak tego chłopa spytał, czy już wiosna przyszła?”
Ale się nadął wielką pychą ze swojej mądrości i rzecze sam do siebie:
– Nie przystoi to uczonemu mężowi od chłopa rozumu pożyczać.

(…)

Tu zaczął po długim nosie palcem trzeć i myśleć. Naraz uderzył się w czoło i rzekł:
– Jakoż mam wiedzieć, czy wiosna przyszła, czy nie przyszła, kiedym jej drogi przez świat nie przemierzył!

I zaraz pilnie rozglądać się zaczął, z czego by sobie kulę ziemską mógł uczynić i drogę wiosny na niej przemierzyć.

Z nagła spojrzy w bok, aż tu idzie jeż ścieżyną: kolce nastawił, pyszczek wysunął, niesie jabłko. Ucieszył się bardzo Koszałek-Opałek i grzecznie jeża powitawszy, o to jabłko prosił. Jeż się zląkł, co za mały człowieczek taki, a że sumienie miał nieczyste, bo to jabłko jednej gospodyni we wsi porwał nocą i do swojej jamki niósł, więc co prędzej uciekał, a zwinąwszy się w kłębek, jak piłka z górki się stoczył.

(…)

– Ale to głupie zwierzę! – rzekł do siebie Koszałek-Opałek. – Uciekł mi razem z taką piękną ziemią. Co ja teraz zrobię? Ha, trzeba postarać się o inną kulę ziemską. Szedł więc znowu, skacząc przez kamienie i rowy. Niebawem znalazł bryłkę wapna, gałkę z niej ukręcił, wydźwignął ją na pobliską górkę i ździebełkiem igliwia opadłego z jodły zaczął po gałce owej rysować lądy, morza, góry, rzeki, aż narysował, het precz, świat cały i nałożywszy na nos wielkie okulary, dróg wiosny na nim szukał.

Ale już z górki mgła spadła w dolinę, chwilę majaczyła nad nią niby biała chusta, powlokła ścianę leśną modrym, lekuchnym oparem, aż rozeszła się wreszcie po jarach, a łąki i pola, gaje i dąbrowy stanęły widne w złotym świetle słońca.

Jan Marcin Szancer

A wtedy od południowego stoku wzgórza wyszła piękna dziewica trzymając ręce wzniesione nad ziemią i błogosławiące. Bosa szła, a spod jej stóp błyskały bratki i stokrocie. Cicha szła, a dokoła niej dźwięczały pieśni ptasze i trzepoty skrzydeł; ciemna była na twarzy, jak ciemną jest świeżo zaorana ziemia, a gdzie przeszła, budziły się tęcze i kolory; oczy spuszczone miała, a spod jej rzęsów biły modre blaski.

To była wiosna.

Szła tak blisko Koszałka-Opałka, że go trąciła jej lniana szatka, ciepłym tchem wiatru owionęła, i tuż przy nim zapachniały fiołki, przytulone równianką do jej jasnych włosów. Ale uczony kronikarz tak był zajęty obliczaniem: jak, kiedy i którędy wiosna ma przybyć na świat – że zgoła jej przyjścia nie widział. Pociągnął tylko długim nosem woń słodką, ulotną i pochylony nad swą wielką księgą, pilnie zapisywał to wszystko, co mu z rachunku wypadło.

Z rachunku wypadło mu to, że wiosna wcale na świat już nie przyjdzie. Że drogę zgubiła, za morzeni została i do tej krainy nie trafi. Wypadało mu z rachunku, że skowronki i słowiki śpiewać nie będą, bo całkiem zachrypły, że krakanie wron będzie odtąd jedyną pieśnią na świecie, że wszystkie nasionka kwiatów wicher uniósł w niezmierzone przepaście, że nie zakwitnie ani róża, ani lilia, ani jabłoń polna. Wypadło mu i to także z rachunku, że zorza zgasła, że słońce na nic sczerniało, że dni zamienią się w noce, a pola, zamiast traw i zbóż, pokryją wieczne śniegi.

(…) Wskroś zachodniej zorzy zaczęły przyświecać gwiazdy, woń kwiatów biła z pól i łąk, piękna dziewica dochodziła już do skraju lasu, a pod jej stopką bosą zakwitła pierwsza konwalia.

O krasnoludkach i sierotce Marysi, Maria Konopnicka

A na zakończenie, ni przypiął ni przyłatał, bo nijak się ma do sierotki i krasnoludków, mój ukochany obraz wiosenny. I niech mi nikt nie zarzuca, że kicz!  Sama wiem, że jak coś aż tak zapiera dech w piersi i tak by się to chciało mieć na zawsze, to ani chybi kicz.


Leon Wyczółkowski, Wiosna w Gościeradzu. Muzeum w Bydgoszczy