W dalszym ciągu wiosna

Wczoraj zaczęłam opowieściami o wiośnie, cytatami… Dziś najwspanialsza opowieść w literaturze polskiej o tym, jak nadchodzi wiosna. I w tym wypadku kalendarzowy czas opowieści jest późniejszy, ale książka opisuje Polesie sto lat temu, a ja komponuję ten wpis w Berlinie, daleko i w czasie globalnego ocieplenia. Co u nich było w marcu, u nas się jawi pod koniec stycznia. W tym roku w Berlinie tak właśnie było – w zeszłym tygodniu leżał jeszcze śnieg, a dziś już “wychyna trawa” i kwitną przebiśniegi.

Było ich wtedy trzech.
Najstarszy, za wodza i kierownika obrany, był przemyślny, uparcie w postanowieniu zawzięty, w wykonaniu zamiaru prędki, naukowo z przyrodą zżyty i obeznany.
Ziemi szmat posiadał, a wśród tej ziemi bagna i lasy, leniwymi rzeczułkami, jak siatką, porżnięte, od ludzkich dróg dalekie, dla ludzkiej chciwości niełakome.
Tam, w głębi tych tajni, ukryta jak gniazdo, powstała pewnej wiosny chata samotna. Jakiś czas bielał gontowy dach i trzaski i czerniały koleiny wozów, co z dala przywiozły materiał, po roku wszelki ślad osady zasnuła zieleń traw i mchy.
Dzikie wino i róże pokryły ściany, chata się stopiła, wrosła w okalający ją szczelnie las.
Nazywali ją leśni ludzie swoim wyrajem.
Wódz przez życie potracił swych bliskich i żadnej rodziny nie posiadał. Dom natomiast był pełen bożych domowników, nad nimi rząd i opiekę trzymał towarzysz jego, druh, którego sobie wychował i w swym duchu urobił. W swoistej gwarze leśnej wódz miał przydomek Rosomaka, ten drugi został nazwany Panterą.
Najmłodszy z trzech, cały złożony ze stalowych muskułów, chybki, zwinny, miał też swej imienniczki drapieżność i dzikość. Znał naturę ze współżycia z nią, rozumiał bór i wodę, i pole, i duszę miał na wskroś leśną.
A potem do tych dwóch stowarzyszył się trzeci, którego Żurawiem nazywano. Ten uchował w życiu najczystszą duszę. Był uosobieniem dobroci, łagodności i wewnętrznej słonecznej pogody. Cieszył się leśnym życiem, jak się młodość tylko radować może. Marzyciel to był, zawsze trochę roztargniony, rad się śmiejący, pracowity za wszystkich, a zdrowia i wytrzymałości żelaznej.
I byli ci trzej, siebie wzajem dopełniając, stałymi letnimi osadnikami głuszy, twórcami tego pierwotnego bytowania, stanowili jedno z puszczą, żyli w niej jak wszelkie stworzenie, co do niej ściągało z wiosną na wyraj, odlatywało jesienią.
Zimą zamknięta na głucho, z końcem lata zasypiała chata. Osypywały dach żółte liście, potem śnieg, niknęły ścieżki letnie, a za to zwierz swoje po śniegu rysował.
Sikory nocowały pod dachem, wiewiórki po skrzynkach gniazdowych, zające żywiły się na żarnowcu, w szczeliny podwalin, na sen zimowy, wciskały się węże, na zmarzłe jagody winne i głogi przylatywały gile, a niekiedy podsuwały się do ogrodzenia sarny i skubały uschłe łodygi letnich kwiatów, które Żuraw wypielęgnował.
A daleko, wśród ludzkiego mrowia, leśni ludzie o tej chacie swojej marzyli tęskniący i myślą byli z sikorami, gilami i z całą tą rzeszą swych letnich współtowarzyszy.
I czekali wiosny.

PRZEDWIOŚNIE

Rosomak i Żuraw zimowali w mieście, na straży leśnego raju został Pantera. Wieści zamieniano rzadko – i ptaki zimą nie śpiewają, a tylko czasem witają się i żegnają krótkim a wymownym hasłem zimowym “cierp, cierp, cierp”. Więc gdy w końcu lutego ujrzał Rosomak kopertę z patykowatym pismem druha, rzekł tylko: – Będzie wczesna wiosna, musiały przybyć skowronki, kiedy się Pantera odzywa.
Otworzyli chciwie list i czytali razem dla pośpiechu, oczy im błyszczą uciechą:
Wodzowi i druhowi pozdrowienie leśne. Donoszę wam, że wczoraj obudził się ze snu nasz domownik Tupcio. Zasnął tak gruby, że ledwie się w bucie zmieścił, a wczoraj wyszedł tak szczupły, że cholewa mu była jak korytarz. Wgramolił mi się zaraz na kolana i pokłuł na powitanie, jąkając: jeść! Pożarł mnóstwo sera i mleka, od razu rozpęczniał, a dziś, gdy to piszę, gania po całym domu, czyniąc nocną policję na myszy. Ma się tedy ku wiośnie. Ale Kuba twierdzi znowu inaczej.
Kuba w październiku zrobił na piecu gniazdo. Zaciągnął tam parę ścierek, moje cieple rękawice, czepek Drozdowej, dużo waty z gościnnej kołdry, na wierzch przywlókł parę gałęzi z oleandrów, a gdy szopa była pod sufit, wsunął się do środka, wejście zasunął i chrapnął. Onegdaj też wyjrzał. Temu sen służy. Szubę ma popielatą, lśniącą, kitę jak strusi pióropusz, na uszach pędzle zawadiackie. Wylazł, przeciągnął się, chlapnął wody, zagryzł orzechem i wyskoczył do ogrodu. Mało wiele bawił, wrócił zły, szubę zmoczył, nogi obłocił, pączki wypluł.
Powiada, że gorzkie, bez żadnego wigoru, i że najlepiej jeszcze spać, a dobre przyjść musi. Powiedział mi to z pieca, otwór chałupy zasunął i tyłem go oglądał.
Bogatka, co u nas też zimuje i ćwiczy mole po całych dniach, zaczęła się jednak na swobodę napierać. Ano, dobrze: otworzyłem okno – poszła, jak na wesele, z wyrwasem. Obiera robactwo z klonu pod oknem i ćwierka do mnie: już czas, już czas.
I komu z nich wierzyć, boć i skowronki są – a jakże! Poszedłem z nimi się przywitać aż daleko w pole.
Po zapadach śnieg leży, lód trzyma, a po haliznach goły i czernieją stare kretowiska. Wicher jak mięta: niby zimny, a smali, skowrończy gwar już posiadł nasz łan aż do jesieni.
A o innych wędrownikach takie wieści. Zapadły na nocleg w zeszły piątek pierwsze gęgawy i gomon wielki podniosły, poszedłem też posłuchać, jakież zza morza wieści prawią. Czysta, echowa była noc, ale jeszcze mroźna, brzegi zalewów lodem się ścięły i tak trwał on aż do południa. Co noc na sad nasz czarny opadają rzesze podróżnych ptasząt. Spadną, mało co mówią, o świcie ruszają dalej, to nie te, co z nami lato spędzą. Ruszyły dopiero te pułki, co dalej na północ mają przeznaczenie.
Kuropatw trzy pary mam na górce, znalazłem w sidłach chłopaczych na śniegu, i te mnie co rano pytają, ile jeszcze niewoli. Rajcują o tym wróble, zmówiny już między nimi, jak w zapust. Te już się klną, że wiosna tuż.
Pszczoły – jak Kuba! Zastukałem do jednych, pytam: matko, czy wiosna? Zaburczały sennie: cyt, cyt- matka śpi. I komu wierzyć, i jak tu wytrzymać!
Nie wiosna to i nie zima-jędza. Nie pochód to hetmański raju, ale już przednie wici rozesłane: “sposobić się czas”.
Więc się kto gorętszy sposobi. Leszczyna kutasiki karminowe jeszcze od chłodu otula, ale kotki już puściła na wicher: w wodach lodowatych na dnie widać pęczniejące kaczeńce, pod liśćmi w gaju można wyszukać zawilce. Wszystko gotowe czeka i gdy ucho do ziemi przyłożysz, słychać, że coś grać zaczyna, aż człowiek dorozumieć się nie może: ziemia li gra czy jego własna krew -jedno! Żyć, żyć, żyć!
Gdy wszystko w jeden glos tak krzyknie, zawołam do was: bywajcie! Tymczasem sposobię chodaki, konopacę czółno, kosze i więcierze narządzam i czekam drżąc z ochoty.
Tyle było listu. Rosomak go raz jeszcze przejrzał. – Dżdżownice nie ruszyły – rzekł. – Jędza jeszcze wróci.
Westchnęli obaj. Tęsknica skręciła ich serca i Żuraw dodał: – Zaleciało barwą, wonią, smakiem, muzyką, aż boli – tak tęskno! Wymknijmy się choć za rogatki, posłuchajmy, popatrzmy, wichru się napijmy! – Choć z wizytą do swoich! – potwierdził Rosomak. – Bo czekać nam jeszcze długo. Do przesilenia i dalej – cale dziewięć niedziel!

Dlaczego-jest-niezwykła-1140x344 bramasciborki

PRZESILENIE

W marcu jędza-zima bezczelna wściekła wstała jeszcze raz do boju. Całe hufce żegnała, szare pułki chmur, watahy wichrów północnych i cisnęła tę armię na pęczniejące drzewa, na wyzierające źdźbła, na rzesze ptasze, co jej urągały weselną pieśnią.
Na poczynające życie z chmur tych, przy rechotaniu wichru, poczęły się walić śniegowe zwały jak gzło śmiertelne.
Słońce, jak widmo, stało za tą czeredą chmur, cierpliwe w poczuciu swej siły i pewne triumfu. Jak mocarz wszechpotężny, dawało wrogowi folgę pozorną – niech wszystkie siły w bój wprowadzi, napaścią się wyczerpie – by potem swą światłowładczą potęgą błysnęło i zwyciężyło. (…)
Gorzej tym w lesie, jeśli struga wezbrała i pożywienia im dostarczyć nie można. Byle, na dobitkę niedoli, jędza mrozu nie wywlokła sobie w sukurs. Drzewa wiosennej krwi są pełne, gałęzie nabrzmiałe, bolące, gdy tknąć. Trzeba ratować.
Puścili się we dwóch za rogatki, trafili na zagajnik śniegiem zawalony, jęli otrząsać biały całun.
Rozpoznali drzewiny i mówili do nich jak do serdecznych przyjaciół. – Korale wyhoduj, jarzębiu smukły! Śmigaj, brzózko srebrna! Ostrożnie się odginaj, kloniku, boś kruchy. Za ciężka nawet tobie szuba, świerczku, zuchu zimowy.
Odginały się z ulgą gałęzie, a oni się śmiali, zgrzani, rozradowani, upojeni mroźnym marcowym powietrzem.
Zmierzch dopiero spędził ich od roboty, a w nocy stało się, co powiedział Rosomak. Mróz-kat pięść z kleszczami ścisnął.
Jęknęły lasy z bólu rwanych tkanek, na całun śmiertelny padały ich członki – jędza cieszyła się zgubą młodego życia. – I po co to? – szepnął Żuraw. – Prawo! – odparł Rosomak. – Nad nasze zrozumienie. Prawo! Ale to nie zguba! Bywa twarde i potężne, gdy niszczy, i takie potężne, gdy tworzy. Ale to nie zguba! Zguba – to mała, nikła istota, bez gromu, wichru, nijakiej widocznej mocy, bez kłów i pazurów, jak robak, goła. Kędy ta zguba przejdzie, tam nie ostatnie ni puszcza leśna, ni zwierz potężny, ni ptak najśmiglejszy, ni żadnego stworzenia schron. Zostaje tylko on!
Trzy dni mróz katował ziemię, trzy noce wichry się szamotały, za bary się wodząc i zmagając, w tumanach śnieżnego kurzu, z wyciem, poświstem, warczeniem, jękiem, aż pewnego ranka na nowiu miesiąca z południa jakby fala runęła powietrzna: hetmański hufiec wiosenny.
Jak chmara nikczemna, pierzchły przed nią tumany śnieżne i na błękit promienny wstąpiło na swój majestat zwycięskie słońce. Fala powietrzna niosła ze sobą jego moc krzepką, żywą, moc zdrowia i zaroiło się na ziemi, zatętniało, zawoniało, zagrało – jeden hymn odrodzenia. Do leśnych ludzi przyszła wieść od Pantery krótka jak okrzyk zdyszanego gońca: “Las ożył – woła, gra! Bywajcie!” Zerwali się, zbierali gorączkowo, ogarnięci jakimś szałem, potrzebą, musem, żądzą swych dusz, jak ptaki wędrowne.
Wołało coś w nich, wszystko inne głusząc: – Na byt swój, na byt swój! Na wyraj, na wyraj, na wyraj!

NA WYRAJ

Przed domem Rosomaka rankiem panował ruch i rozhowory. Ranek był kwietniowy, pogodny, słoneczny, wilgły od deszczu, co przeszedł z wieczora. Przeszedł, cuda tworząc. Rozkleił lepkie obsłony liści, zmył z traw resztę pleśni, roztworzył oczy białych zawilców i fiołków, wywalił z wody złoto kaczeńców, obmył i w kwiat wyczarował kocanki łóz i wierzb.
W ciszy nocnej szmerem kropel budził, na gody namawiał, a gdy słońce wstało, ziemia ku niemu wystąpiła już strojna, wonna, barwna i rozśpiewana. Pod gankiem stał długi wóz drabiniasty i ładowano go przemyślnie wszystkim, co w bytowaniu letnim było lub mogło być potrzebne.
Żuraw pakował żywność, odzież, zielniki swe, podręczną apteczkę, Pantera prowiant zwierząt- towarzyszy, sieci, więcierze, kosze, chodaki, narzędzia rzemieślnicze, Rosomak jakieś swoje specjalne skrzyneczki, tyczki, puzderka, książki – cały balast do badań przyrodniczych, a każdy tak był pochłonięty pracą, że ino się snuli z domu do wozu, jak pszczoły, ładując i ładując. Wóz stawał się kopiasty. – Teraz już tylko towarzyszów! – rzekł Rosomak, zlustrowawszy wóz. – Jeżeliście zapomnieli, cierpcie! – Pewnie, że ja coś zapomniałem! – troskał się Żuraw stękając.
Teraz przez wrota od folwarku wkroczyła karmicielka leśnych ludzi, latująca z nimi co roku w puszczy, gniado-srokata Hatora. Chuda jeszcze była po ciężkiej zimie, z sierścią nastroszoną i bez blasku.
Znało bydlątko, co znaczy to ładowanie.
Podeszła do Pantery, obwąchała ludzkie ręce, dostała chleba z solą, obejrzała wóz, skubnęła siana, spenetrowała, czy czuć na dnie kartofle i osypkę, wytarła szyję o luśnie i stanęła, żując powoli, łagodnymi oczami śledziła ruchy ludzkie. – Hatora, chcesz “bamboły”? – zagadnął Pantera, wynosząc z domu blaszaną krowią klekotkę na rzemieniu.
Hatora przecząco poruszyła uszami i odwróciła niechętnie swą rogatą głowę. – Nie! – Hatora nie lubiła “bamboły”.
Przed paru laty, gdy ją ustrojono w to straszydło, bezustannie gadające, oszalała z trwogi i wstrętu, umęczyła się okropnie, starając się pozbyć, zedrzeć ze siebie po gąszczach obmierzłego stracha.
Nawet w rozdrażnieniu i dzikim buncie popełniła czyn zbrodniczy, rzuciła się z rogami na Panterę, rycząc ponuro: mord, mord. Ale to było dawno, w samych początkach jej leśnej służby. Potem Hatora zrozumiała, że nałożenie “bamboły” oznaczało rozkoszny żywot w puszczy, w obfitości pastwisk, wody – w nieograniczonej swobodzie.
Nie było pastucha i jego bata, nie było psów ani łańcuchów w dusznej oborze, ani zdradliwych rogów zawistnych towarzyszek. Bo Hatora przez te lata straciła instynkt stadny i skierowana przed dom, najkrótszym nawet pomrukiem nie pożegnała zimowej kompanii. Bez zapału, ale i bez protestu pozwoliła sobie nałożyć naszyjnik.
– Pantero, zaprzęgaj Łataną Skórę. Idę po domową czeladź. Zabierz klatkę z ptakami! – komenderował Rosomak wchodząc do domu. Żuraw lokował właśnie na wóz kosz okryty krasno przetkaną serwetą. Pantera i Hatora zawęszyli z lubością. Pachniał świeży razowiec. – Wódz tak goni, że i śniadanie się wściekło – rzekł Pantera. – Nie wytrzymam, tak pachnie – sięgnął po nóż za pas, odchylił płótno, bochen jeden krzyżem przeżegnał i spory glon odkroił. Przełamał i z lubością obydwaj jedli. Wilgotny pysk Hatory wsunął się także do spółki. – Aha, wódz kazał zaprzęgać – przypomniał sobie Pantera, ruszając do stajni.
Po chwili wyszła na słoneczne podwórze klacz srokata, stąpając z rozwagą i ostrożnością. Pociągnęła Panterę do studni, napiła się do syta, a potem nie kierowana poszła ku wozowi.
Spróbowała smaku siana, poszukała na dnie worka z obrokiem, parsknęła, ziewnęła, przeciągnęła się i z rezygnacją podała głowę do chomąta. – Nie zezuj na ładunek – rzekł Pantera. – Wiemy, żeś źrebna, w błocie i piachu pójdziemy piechotą. Zachodź w hołoble! – Przyciągnął rzemienie, zaprzągł i stał w gotowości do jazdy, pojadając chleb na spółkę z bydlątkami. – Powiedz, Żurawiu, wodzowi, że gotowe, szmat drogi, ledwie zdążymy na odwieczerzę.
(…)
– Gotowe! – wetknął głowę przez drzwi Żuraw. – zabierz jeszcze skrzypce i ruszajmy. – Na wyraj, jazda! – zakomenderował Rosomak, siadając sam byle jak, z nogami poza drabinę.
Uczepił się wśród tobołków Żuraw, przysiadł na drążku Pantera-woźnica, parsknęła ochoczo klacz, zabomboliła Hatora i tabor ruszył.
Wyjechali za wrota, na drogę polną, wyboistą i błotnistą, spojrzeli w dal, na siniejącą linię borów, objął ich dech szerokiej przestrzeni, rozprężył płuca, barwą się wybił na lica, zapalił ogniem radości stęsknione źrenice. – Hejnał, wodzu! – upomniał się Pantera.
A Rosomak ziemi, błękitom borów i pól rzucił:

Czas ci już wstać, czas ci już iść,
Retmanko polnych rot!
Oto ci na hełm borowy liść,
Oto ci w rękę rozmaju kiść,
Oto twój złoty grot!
Powiedziesz ty, powiedziesz nas
Na ten słoneczny szlak,
Gdzie kwitnąć sercom i pieśniom czas,
Gdzie szumu czeka uśpiony las,
Gdzie czeka lotu ptak!
Powiedziesz ty, powiedziesz świat
W zwycięski pochód twój,
Gdzie z prochów świeży wykwita kwiat,
Gdzie brzask wybucha zza nocy krat,
Gdzie stoczysz życia bój!

baner_rodziewiczonwaOSIEDLE

Mijali łany orne i siewne, ludzkie osady, rozstaje, łąki od kaczeńców złote i kierowali się wciąż ku borom.
Szlak się czynił coraz niewyraźniejszy, a bory z wąskiej smugi stawały się ciemną ścianą. Aż, jak przednie straże, zabiegły drogę stare sosny na wzgórku, a za nimi szeroką ławą, bez kresu stanął zwarty wał chojarów, podszytych jałowcem i wrzosem. Powitał ich poszum cichy i uroczysty, jakby modlitewny, a niosący kadzidlane wonie żywicy, i wjechali w boży chram boru.
Wszyscy odkryli głowy, spojrzeli w górę, poruszyły się wargi odzewem dusznym owego powitania. Nikt się nie odezwał, słuchali cali w sobie skupieni. Prowadziła klacz. Bez namysłu wybierała jakieś szczeliny wśród drzew, ledwie widoczny ślad, nie wahała się na zawrotach, na wąskich przesmykach wśród mokradeł, odnajdywała jakieś kładki na zdradnych oparach, kołowała, kluczyła, tak pewna swej pamięci, że tak sobie stępa idąc, obrywała to kiść szuwaru, to gałązkę brzozową, to łozowe kocanki i gryzła dla zabawy.
Grunt się obniżał. Jechali przez grobelki, klecone przed wiekami z bierwion dębowych, kędy może kiedyś szły szwedzkie lub kozackie wojska, obrzeżali szmaty torfowisk, wycierali ślad wśród łóz sążnistych, ginęli w chaszczach trzcin i sitowia, słońce mieli w oczy i plecy, na lewo i prawo, a wreszcie szlak był już tylko ich własny, tyle znaczny co ścieżka przez łosia wydeptana.
Aż z gęstwiny błysnęła woda, ruczaj, w długi bród rozlany, ginący dalej w łozach, graniczny ruczaj ich letniego królestwa. – Ot i nasz Tęczowy Most! – rzekł Żuraw. Wszyscy trzej wydali długi, specjalnie swój okrzyk, zwykły akord, którym się rozproszeni na wyprawach zwoływali.
(…)

page2
Ludzie zeskoczyli. Puszczono na wolę Hatorę. Rosomak wziął klatkę z przezimowanymi kuropatwami i koszyk z zającem, który też pod opieką Pantery chował się w domu.
Wypuszczony szarak nie bardzo się kwapił, stanął słupka, zawęszył, słuchy nastawił, obejrzał się na człowieka i powoli pokicał ścieżką wśród wrzosowisk. Kuropatwy, jak szare kulki, pociekły rzędem za nim. – A nie złorzeczcie ludziom, choć wy niebogie zwierzęta-męczenniki! My waszej niedoli niewinni – szepnął Rosomak.
Gdy do wozu wrócił, był sam. Towarzysze, porwani szałem swobody, pognali na piechotę. Rosomak szedł obok pieszo, kierując, by wóz o drzewa nie zaczepiał, ale i on był innym zajęty.
Czytał historię zimy swego kraju.
Tu już znał każde drzewo, każdy kęs ziemi i wszystko witał jak najmilsze towarzystwo. Las, który dlań nie miał tajemnic, opowiadał, pokazywał, chwalił się, skarżył.
Oto sosna ze starym gniazdem rabusia krogulca, a oto druga, co się wygięła i okaleczała, zdeptana kiedyś za młodu, a oto brzoza z ogromną czeczotą i olbrzymia jarzębina, którą nazwali Krasawicą, tyle miewała korali jesienią, i piorunem na pół rozdarty grab, co się po ciosie odmładzał, czerniejąc smugą rozdartego na poły pnia, i oto brzoza, zwalona ciężarem zimowej okiści, i pękata wierzba z dziuplem, w którym już gospodarzyły dzikie pszczoły. I oto olbrzymie mrowisko, już rojne, państwo wielkich, czarnych borowych pracowników, usłane białymi grudkami żywicy i ze śladami zimowego grzebania cietrzewi, a oto wykrot olchowy, pełen dziur , szczelin, przepaści, korzeni, wydartych do połowy z ziemi mocą huraganu, kryjówka wężów i żmij.
Bór gwarzył cichutko, to znów słychać było, jak dyszał potęgą odrodzenia wiosny, a człowiek, zapatrzony, zasłuchany, zatracał się w tej wielkiej potężnej całości i czuł, że te siły ogarniały go, że sam się staje potęgą, że w nim gra, śpiewa, tworzy, rośnie moc przyrody. Za brodem grunt się podnosił. Osiedle leśnych ludzi było jakby wyspą wśród nizin, błot, bagien, porżniętych siatką rzeczułek, porosłych nieprzebytymi chaszczami.
Na wyspie tej, żyznej bajecznie, bujała puszcza w całej sile wzrostu, śmigały ku słońcu brzozy, jak tanecznice smukłe, zielone swe gazy kołysząc, maiły się graby urodziwe, jak parobczaki, parły się jedne przed drugimi do nieba olchy, jesiony, dęby, lipy, jarzębiny, klony, a dołem jak snopy leszczyny, kaliny, czeremchy, kruszyna, aż zupełnie przy ziemi słały się zwały malin i jeżyn. Na polankach wśród boru biało było od zawilców i puszczała się trawa jak tło kobierców, które lato tkać miało. Przeciągły okrzyk towarzyszów zbudził z zachwytu Rosomaka, spojrzał na słońce, z lekka trącił żerującą klacz.
– Do chaty, Łatana Skóro! Nam się też obiad należy.
W lewo, w prawo, pod warkoczami brzóz, przez wieńce i bramy z kwitnącej czeremchy, aż zaczerniał wielki krzyż dębowy z figurą pod daszkiem i roztoczyła się szeroka polana, ścianą boru odcięta, a w jej głębi chata leśnych ludzi.
Ściany złociły się patyną żywicznych bali i jak koronka snuły się po nich pnące róże i wino. Niska, dostatnia, z podniesieniem wygodnym, ale jeszcze po zimowemu zawarta, ubezpieczona okiennicami.
Przed nią był ogródek otoczony płotem, “wirydarzyk Żurawia”, który tam hodował różne leśne kwiaty, starannie uzbierane i przesadzone, i lipa cieniła ją nieco od skwaru południa.
Pantera i Żuraw czekali u furtki i wnet zaczęli raport. – Kos ma gniazdo W winie, przy ścianie, Modraczka mieszka w skrzynce na lipie. Konwalie się wytykają. Żmiję znaleźlim na podsieniu. Jeść się chce!
Małomówny Rosomak wyłożył klacz, zawiesił uprząż na kołku pod dachem i wtedy dopiero wydobył klucz i otworzył chatę. Wionęło na nich chłodem zimowego wnętrza. Minęli sień, za nimi do izby weszło słońce i ozłociło glorią koronę Częstochowskiej Pani, królującej na ścianie wprost drzwi.
Odkryli głowy i Rosomak powitał Majestat narodu pierwszym słowem i pokłonem: – Salve Regina Mater misericordiae, vitae dulcedo et spes nostra – Salve!
Trójgłos zgodny, uroczysty, radosny napełnił izbę.
Potem Rosomak zapalił lampkę przed obrazem. Żuraw położył na stole bochen chleba. Pantera zdjął sztaby okiennic. Wiosna całą barwą i ciepłem wionęła do izby. – Oho, kwaterunek zimowy nie chybił! – zaśmiali się.
W jednym kącie na ławie myszy leśne zbudowały gniazdo wielkości snopa, w drugim kącie roztaczało się pod lawą mrowisko. Zaczęto wypraszać intruzów, a Żuraw zabrał się do gotowania posiłku. Dym wybiegał na dach: chałupa ożyła. W otwartym oknie siedział Kuba, przypatrując się robocie. Kitę miał na głowie zadartą jak pióropusz i udając głodnego, gryzł szyszkę, wypluwając ogryzki na czołgających się pod ławami ludzi.
Ale że oni, bardzo zajęci, nie zwracali uwagi, zajął się Żurawiem. Ten, nastawiwszy garnki w kuchni, zabrał się do rozpakowania wozu i znosił worki i supełki, garnki i pudełka do spiżarni w sieni.
– Domowniki! – przypomniał Rosomak.
– Prawda! – zakrzątał się Pantera.
Rzucił się do spiżarni, do sieni i wyniósł przed furtkę dwa pełne wiadra, jedno kartofli, drugie owsa. Wtedy zdjął ze ściany w izbie trąbkę i zagrał pobudkę.
Dźwięk uderzył w ciszę, poleciał w las, rozdygotał powietrze, a był to sygnał dobrze snadź znany, bo odpowiedziało mu rżenie i daleki odgłos kołatki Hatory. Oparci o płot Ieśni ludzie czekali. Pierwsza zdążyła klacz i parskając z uciechy, wnurzyła łeb w obrok, flegmatyczniej nadciągała Hatora, Pantera przykucnął do jej boku ze skopkiem. – Pięknie proszę o “mlimli”, Hator! A nie żałuj, bośmy zdrożeni i świeżo osiedli! – przemawia! do niej przypochlebnie. – Obiad na stole! – zawołał Żuraw z izby.
Na białym stole klonowym pod obrazami leżał bochen chleba, parowała misa pięknie malowana, leżały drewniane łyżki.
Gospodarny Żuraw już nawet więzią kaczeńców ozdobił nakrycie. Zajęli swe miejsca na ławach i jak ludzie rzetelnie głodni czerpali z misy w milczeniu.
Gdy łyżki zagrzechotały po dnie misy, Rosomak rzekł: – Ja zaraz czółnem ruszę, rybne tonie obejrzę i kosze zastawię. Pantera obejrzy i do porządku doprowadzi stajenkę dla domowników. Żuraw chałupę do reszty wyczyści i obejrzy warzywnik. Jutro wszyscy razem grzędy skopiemy i obsadzim.
– Przede wszystkim ja bym rad zmienić skórę – rzekł Pantera patrząc po swym ubraniu.
– Ano, idźcie do komory i przebierajcie się, ja ino fajkę wypalę. Chodaki też trzeba namoczyć.
Komora była za sienią, szeroka, widna. Tam też nocował Rosomak z Żurawiem. Pantera miał swe posłanie w alkierzu za izbą.
Gdy Ieśni ludzie wrócili do izby, byli zmienieni zupełnie. Mieli na sobie tylko szare płótno, na nogach lekkie lipowe chodaki, pas rzemienny z nożem w pochwie obciskał luźną kurtkę, na głowie filcowy kapelusz. – Dopiero las nas za swoich uzna! – zaśmiał się z uciechą Pantera, biorąc siekierę i zabierając się do swej roboty około stajenki. Żuraw zaczął zmywać statki, więc się i Rosomak ruszył.
Przebrał się i on, rozprostował z rozkoszą członki, wyładował z wozu swoją osobistą skrzynkę, pełną książek zoologicznych, przyrządów do kolekcyj przyrodniczych i tysiące drobiazgów, których do studiów używał i strzegł jak oka w głowie. Obładował się koszami na ryby, wziął wiosło, siekierę i poszedł do czółna. Miało ono swą przystań za krynicą, pod starą olchą nad strugą. Rosomak wylał ze dna deszczową wodę, władował kosze, odczepił łozową wić i odbił od brzegu. Droga była bez kresu, bo błotne obszary zalane były wodą i płynąć można było, kędy wola, wśród łóz ledwie zieleniejących i młodych pędów szuwarów.
Chmary błotnego ptactwa rajcowały nad płytką wodą. Hryce, czajki, kuliki, bekasy wrzask czyniły weselny, miodem pachniały złote kiście łozowe, balsamem pękające brzozy i olszyny, wiosło zgarniało złote kaczeńce i kępy wodnej mięty, a słońce, cuda czyniące, śmiało się do swego dzieła. Rosomak dopłynął do chruścianego płotu rybackiego i świadomy gruntu czółno o kołek wicią zaczepił i wszedł w wodę.
Zrewidował, brodząc, całość płotu, szczeliny łozą obetkał i w gardziel, kędy nurt biegł, kosz zastawił.
Nie spieszył, robił powoli, obserwując, zachowując praktyki rybackie, wnioskując o połowie wedle spostrzeżeń różnych, robotą swą tak zajęty, jak skrzydlate rybołowy krążące nad nim bez trwogi.
Rosomak założył drugi kosz i trzeci, opłynął najlepsze tonie i zatoki, przepatrzył różne rybie kryjówki, odnowił zeszłoroczne znajomości ze współtowarzyszami leśnego bytu i zupełnie o czasie zapomniał.
Bobrował właśnie po zakątkach jeziora, w które się ruczaj rozlewał u wzgórzy piaszczystych na zachodzie, gdy nagle rozdarł powietrze drapieżnie wielogłosy okrzyk przeciągły.
Była w tym chrapliwość bojowych starodawnych surm i jakby wołanie i odzew strażniczej czujności.
Hej – czuj – stróżuj! Hej – czuj – stróżuj! Wieczorne tuż zorze – wieczorny – tuż czas! Hej – czuj – stróżuj!
To z błot niedostępnych dawały wieczorny sygnał żurawie-wartowniki.
Rosomak spojrzał na słońce i posłuszny hejnałowi zwrócił łódź ku chacie.
Czuby drzew były już czerwonozłote, z ziemi wstawały srebrne mgły, ptactwo śpieszyło to z posiłkiem, to z ostatnim źdźbłem na gniazdo, bo czas nadchodził wieczornych pacierzy i spoczynku.
Spóźnię się! – pomyślał Rosomak, bo śpieszyć się nie mógł, by nie płoszyć i trwożyć reszty mieszkańców.
A hejnał leciał po trzy kroć, coraz przeciąglejszy, stanowczy.
– Wieczorne już zorze! Wieczorny już czas! Hej, czuj, czuj!
Zawrzało całe błoto rajkotem kum-żab, zielonogłowe kaczory poczęły pluskać na szersze wody i chrapliwie wabić, mgły zakołysały się do tańca, ruczaj się pomarszczył od żerujących ryb, górą na niebie białe obłoczki, jak róże, zakwitły, drozd śpiewak na szczycie olszyn począł wydzwaniać na pacierze.
Wieczór był!
Gdy Rosomak przybił do chatnej polany i tam panował ruch kończącego się dnia.
Żuraw z Kubą na głowie wracał z wiadrami od krynicy, Pantera w obórce rozprawiał się z Hatorą, klacz przed furtką dopominała się wieczornego obroku.
(…)
Zaskrzypiały wierzeje stajenki, chwilę słychać było rąbanie szczap, brzęk statków w izbie. Powoli cichły odgłosy pracy i starunku, na niebie gasły zorze zachodu.
Ale oni się nie kwapili do izb i jadła. Wokoło po wszystkich drzewach i krzakach, łozach i szuwarach, po wodach, ziemi i niebie rozpoczynał się ostatni akt dnia i wieczorne wszelkiego stworzenia pacierze.
U podsieni swego gniazda leśni ludzie usiedli na dębowej podwalinie, zapatrzyli się, zasłuchali, umilkli.
I z cicha Rosomak zaczął: – Pochwalony bądź, Panie, coś te cuda uczynił. Pochwalony bądź i błogosławiony głosami i sercami nas tu wszystkich, w boru żyjących. Dzięki Ci, Panie, za to niebo pogodne, za dzień słoneczny, za zieleń drzew, za ten wieczór, za życie! Święci się Imię Twoje w tej ptasiej pieśni i w naszej duszy, ku Tobie otwartej, jako te ptaki i kwiaty, i Królestwem Twym niech będzie ten zakątek, a wolę Twą uszanujemy, jako ją szanuje wszelkie stworzenie, uznając Twą mądrość, moc i miłość. I ufni jesteśmy, że jako mrówce i kwiatom, tak i nam pożywienie zgotuje słoneczny dzień jutrzejszy na Twe rozporządzenie. A winom naszym wybaczaj, Panie, bośmy przed Tobą głupi i mali, przeto grzeszni!
A nie daj nam, Panie, złą myślą lub czynem zakłócić tego bezludzia, gdzie rządzi Twoje tylko przedwieczne prawo i ład, i zachowaj nas, Ojcze, jako robaczka w dłoni, bezpiecznie!
– Amen, amen, amen! – świergotały ptaszki, szemrały brzozy, ćwierkały owady i stłumionym szeptem potwierdzili leśni ludzie. Cichło wszystko, pociemniały tajemniczo gąszcze, gasły barwy.
Ale znad drzew wystąpił sierp miesiąca i osrebrzył oblicze Chrystusowe na krzyżu, który od dołu w mgły wtulony, zda się, nad ziemią płynął jak zjawisko.
Ochłodzone rosą powietrze wionęło wonią miodu i balsamu, na brzózkę u krynicy zleciał słowik-lutnista, żabie kapele uderzyły w basetle, bez szelestu krążył nad polaną lelek, polując na ćmy… Ukojona w ciszy wielkiego spoczynku zeszła na ziemię noc.
I tak skończył się pierwszy dzień bytu leśnych ludzi.

Lato leśnych ludzi, Maria Rodziewiczówna

Dla tych co nie wiedzą, choć dlaczego by mieli nie wiedzieć, skoro już o tym pisałam – Lato leśnych ludzi to książka o trzech kobietach, autorce i dwóch jej przyjaciółkach. Rodziewiczówna występuje w tej opowieści jako rozważny Rosomak.

Wiosna, reblogi, cytaty, wiosna…

Zaczynam mini cykl wiosenny i zapraszam wszystkich do kontynuacji. Nic nie piszę (teraz) sama, wszystko sobie pożyczam (czasem od samej siebie). Przygotowałam trzy wpisy, na dziś, jutro i pojutrze, a resztę zostawiam inwencji Czytelników i Współautorów. Mamy dużo czasu, co najmniej do maja.

To cytat ale już cytowany czyli poniekąd reblog:

Przyszła!

…podbiegła do łóżka, przynosząc z sobą wiew świeżego powietrza, przesyconego wonią wiosennego poranka.
– Byłaś na dworze! Byłaś, prawda? Znów pachniesz listkami i świeżością! – wołał Colin.
Mary biegła szybko, włosy miała rozplecione i rozwiane, cała jaśniała i promieniała radością, twarz miała zaróżowioną.
– Na dworze jest cudownie! – mówiła zdyszana szybkim biegiem. – Nigdy w życiu nie widziałeś czegoś takiego! Przyszła! Już wtedy rano myślałam, że nadeszła, ale ona dopiero się zbliżała. Teraz już jest! Przyszła (…)!
– Otwórz okno! Może usłyszymy granie złotych trąb! – dodał, śmiejąc się trochę z radosnego podniecenia, trochę z własnego konceptu.
Mówił to tylko dla żartu, ale Mary podskoczyła natychmiast do okna i otworzyła je w okamgnieniu na oścież, a pokój w tejże chwili zapełniać się począł świeżością, łagodnym powiewem, wiosenną wonią i śpiewem ptasząt.
Mary podeszła do łóżka.
– Wszystko zaczyna wypuszczać kiełki – mówiła śpiesznie. – Kwiaty się rozwijają, gałązki okrywają się zielonymi pąkami, świeża zieleń przysłania już szarość…

Tajemniczy ogród, Frances Hodgson Burnett

Przyjechałam autobusem przez Alpy. Nocowaliśmy gdzieś pod drodze w wysokich górach, a rano ruszyliśmy na Południe! I w ciągu kilku godzin zobaczyłam, jak zima ustępuje wiośnie. Najpierw było szaro, potem zielonkawo, potem w tyrolskich sadach paliły się opony, chroniąc zawiązujące się już pączki jabłoni przed przymrozkami. Nagle pojawiło się kwitnące drzewo migdałowca. Jedno. Wisiało na skale jak lśniąca, płomienna flaga zwycięskiej wiosny. A potem nagle było już wszystko, świat cały tonął w słońcu, wszędzie kwitły kwiaty, żonkile, narcyzy, jabłonie, anemony, mimozy, trawa była zielona jak na kiczowatych pocztówkach amerykańskich…

Florencja wiosną, Ewa Maria Slaska

Teraz cytat o marcu-kwietniu-maju, ale w Norwegii, co jednak odpowiada nieśmiałym początkom wiosny w Berlinie

15 maja piszę znów z Oslo, gdzie wiosna wyłania się leniwie, niebo jeszcze białe, lecz przez dominujące kolory – brąz i szarość – zaczyna przebijać się i zieleń. Jako że spod przegniłej zeszłorocznej trawy świeża wydostaje się z trudem, praktyczni Norwegowie markują wiosnę i sztukują trawniki na kształt angielskiej murawy. Efekt natychmiastowy i pozwala wierzyć, że pełnia wiosny tuż tuż, choć w istocie trzeba na nią poczekać jeszcze miesiąc. Jest ona tesknotą i dumą Norwegów. Takiej, jak mówią, nie ma nigdzie indziej na świecie. Póki co, kwiecień był chłodniejszy od marca, co jest raczej wyjątkowe. Teraz osłodą chłodów i deszczów są tylko naprawdę już długie dni. Zaczynają się około 4.00 rano, a o 22.00 jest jeszcze jasno.

Sztukowanie trawy, Lidia Głuchowska

W Berlinie jest mnóstwo kwiatów – wciąż jeszcze kwitną ostatnie jesienne róże, po raz drugi zakwitły tu i ówdzie jakieś dziwne, kłapciate prymulki, pojawiły się typowe dla berlińskiej zimy stokrotki na trawnikach, zakwitły typowe zimowe kwiaty jaśminu chińskiego, a wczoraj w pracy odkryłam pod murkiem przebiśniegi. Czyli wiosna, lato i jesień to w Berlinie zima.

zima-kwiaty

Kwiaty w zimie zobaczyłam po raz pierwszy w Niemczech, gdy jechałam autobusem do Holandii. Pamiętam z jakim zdziwieniem przyglądałam się migającym po bokach autostrady kwitnącym drzewom. A jestem przecież osobą z rodziny, w której znajomość roślin zalicza się do kanonu wiedzy ogólnej. Nie wiem, jak to się stało, ale jednak nie wiedziałam, że zimą też kwitną kwiaty.

Ewa Maria Slaska, Kwiaty w zimie

Filozofując, jak to on, napisał o wiośnie Tomasz Fetzki w reportażu (a czy to reportaż?) z Jaszkowic czyli Jaschkendorfu (wpis nr 1 i wpis nr 2), wioski łużyckiej, która zniknęła i przepadła, zdałoby się, że z kretesem, tymczasem…

Ludzie opuścili wioskę. Wydawałoby się, że nie będzie komu dbać o porzucone groby. Ale tak nie jest: zadbała o nie sama przyroda, która znów tutaj zakrólowała. Ona pamięta i ozdabia, jak umie. A umie wspaniale!


Przyroda nie zapomniała – niezabudki na jaszkowickim cmentarzu.

Jutro i pojutrze ciąg dalszy wiosny z książek i cytatów – Rodziewiczówna i Konopnicka!

Grube książki

e.m.s.

Długie, grube książki

Jestem wprawioną w bojach czytelniczką długich książek. Lubię czytać długie, grube książki, bo gwarantują człowiekowi wierność, obiecują, że będą z nami przez dłuższy czas i w zależności od tempa czytania, dotrzymują obietnicy przez tydzień, miesiąc albo rok.

Jednak, jak wszystko w życiu, tak i problem grubych książek ma dwie strony medalu.

Bo co tu dużo gadać, upodobanie do grubych książek jest banalne i powszechnie znane. Każde tak zwane „czytadło” jest grube, poza Czytadłem Konwickiego.

Grube książki pojawiły się w XIX wieku, który był złotą epoką powieści. Pisarze tacy jak Sienkiewicz, Flaubert, Galsworthy i Fontane pisali grube książki, bo ich odbiorcami były przede wszystkim kobiety z zamożnej klasy średniej, które miały czas i ochotę na czytanie i pieniądze na kupno książek. To oznaczało również, że pisarz musiał pisać tak, żeby kobiety były zadowolone. Nie musiał to być koniecznie happy end, dramat i melodramat były jak najbardziej dopuszczalne, natomiast charaktery kobiet powinny były być prawdziwe, ich ambicje, cele, marzenia musiały odpowiadać, temu, co naprawdę chciały kobiety, a nie temu, co mężczyźni by chcieli, żeby kobiety chciały. Ale jeśli kobiety polubiły bohaterów i bohaterki powieści, to historie można było ciągnąć latami. Saga rodu Forsythe’ów, Rodzina Whiteoaków, Trylogia, grube opasłe historie. I pisarze jako prawdziwi znawcy kobiet.

Wydaje mi się, że w komunie gruba książka wyszła z mody. Może dlatego, że permanentnie brakowało papieru, może dlatego, że będąc pisarzem trzeba się było raz na rok meldować z nową książką, żeby się utrzymać na rynku pupilków władzy, który był chyba jeszcze surowszy i bardziej kapryśny niż rynek komercjalny. W pewnym momencie, gdy powstał drugi obieg, pisarze musieli pisać krótko, bo w podziemiu nie tylko zawsze brakowało papieru i farby drukarskiej, ale też zwyczajnie nie starczało mocy przerobowych.

Ważna była też opinia kolegów-pisarzy i etos środowiska – szanujący się pisarz nie używał wazeliny i nie stosował tak zwanej „waty”, czyli oportunistycznego pogrubiania książek dla wierszówki. Wodolejstwo uprawiała komuna. Polski intelektualista, chudy, przygarbiony, w okularach w grubych oprawkach, dużo myślał, a pisał powściągliwie i z namysłem. Klak… klak… klak…

Teraz znowu książki muszą być grube. Tak chcą czytelnicy, tak chcą wydawnictwa, a jeśli przypadkiem istnieje jeszcze coś takiego jak wierszówka, to tak chcą też autorzy. Sagi i seriale. Coraz więcej pokoleń, coraz więcej wątków. Trend przyszedł ze Stanów Zjednoczonych. Trzeba pisać długie, grube książki, rozciągać wątki, dodawać coś nowego, budować trzy zdania wokół informacji dających się ująć w dwóch wyrazach. Wata, wata, wata do żucia i do wyplucia.

Zawsze warto przeprowadzić sprawdzian waty. Skrócić zdanie do wyrazu, akapit do zdania, rozdział do akapitu. I co wtedy?

Nie umiem się w tej kwestii jednoznacznie opowiedzieć, bo czy mój ukochany Proust miałby sens, gdyby jego rozważania o zasypianiu w Combray zacieśnić i z połowy tomu zrobić jedno zdanie: Wieczorami z trudem zasypiałem, bo brakowało mi obecności Matki. To mogłaby być nadal niezwykła książka i zjawisko w literaturze europejskiej, ale mogłoby też przepaść bez reszty.

Nie w tym więc rzecz, ile tych słów, a w tym – jakie to słowa i jak zaciążą na naszym życiu. Różne rzeczy okażą się dopiero w drugim czytaniu. Bo ich za pierwszym razem nie zauważyliśmy i bo wymknęły się nam z pamięci. Trzeba więc wracać. To może najlepszy sprawdzian wartości książki – czy się do niej wraca? Czego nie warto przeczytać po raz drugi, nie było warte czytania po raz pierwszy. Pisze o tym Bayard w książce Jak rozmawiać o książkach, których się nie czytało, wiem to zresztą z własnego doświadczenia, zapominamy, zapominamy zdania, sytuacje, postaci, przesłanie. Pamiętamy, że książka była dobra albo zła, ale co było dobre, a co złe – tego już nie wiemy. To spowodowało, że Bayard twierdzi, iż nie ma różnicy pomiędzy rozmową o książkach przeczytanych i nie przeczytanych. O książkach nie przeczytanych coś wiemy z recenzji, z wypowiedzi znajomych, z rzutu oka na okładkę, o przeczytanych – bo coś zachowaliśmy w pamięci. Tak czy owak przedmiotem wymiany myśli o książce w świecie ludzi kulturalnych są strzępki… A skoro je wychwyciliśmy lub zapamiętaliśmy, to znaczy że były ciekawe.

Tymczasem wata nudzi. Grube wartościowe książki też zresztą nudzą i męczą, ale jest to inny rodzaj nudy, cierpliwy, wytrzymały, warty pokonania oporów… Taką książką jest chociażby powieść Rozległe pole Güntera Grassa. Nic z niej nie wynika, ale szkoda by mi było, gdybym jej nigdy nie przeczytała.

Na koniec tych nie wiodących do nikąd rozważań o pokaźnych książkach, chciałam przypomnieć uboczne ich zastosowania.

W naszym wspólnym blogu sprzed kilku lat, Jak udusić kurę czyli…, jedna z autorek zadała zagadkę, co ma wspólnego z literaturą deser, którego podstawowym składnikiem jest wafel? Zagadka była przewrotna. Bo mogło chodzić o dzieła zbiorowe Mickiewicza, czemu nie, ale nie chodziło o tę słynną rybę, co to

… nie krojona,
U głowy przysmażona, we środku pieczona,
A mająca potrawkę z sosem u ogona.

jeno o to, że duże książki są potrzebne do przyciskania piszingera czyli torciku z wafli przełożonych masą – przykrywało się je deską, a następnie jakimś kawałkiem literatury, najlepiej bardzo ciężkim tomem słownika lub encyklopedii. I taki to związek literatury z domowym przekładanym waflem 🙂. Ja osobiście podałam wtedy publicznie do wiadomości, że w tymżeż celu używałam listów Joyce’ a, po czym przerzuciłam się na encyklopedię literatury. Co “mnie dzisiejszą” nader zdziwiło, bo o encyklopedii na śmierć zapomniałam, i myślałam, że zaraz po listach Joyce’a zaczęłam stosować dzieła zebrane Szekspira, bo były w praktycznym pudełku. Przez wiele lat używałam ich też do przytrzymywania drzwi balkonowych, żeby nie trzaskały, ale potem przerzuciłam się na statuetkę polsko-niemieckiej nagrody dziennikarzy – była zgrabnie mała i ważyła wtedy, gdy ją dostałam, naprawdę solidnie, wykonano ją bowiem z brązu. Gdy dwa lata temu, po nominacji, nagrody tej nie dostałam po raz wtóry, zobaczyłam, że wersja obecna to marność nad marnościami z ceramiki i żadnych drzwi nie przytrzyma.

nagroda-karol-daniel Nagroda, której nie dostałam

Natomiast długie grube książki nie tylko nadal są ciężkie, ale jakby zrobiły się jeszcze cięższe. Naprawdę ciężka jest na przykład nowa książka z wierszami Stanisława Kubickiego, o której kilkakrotnie w zeszłym roku pisała Lidia Głuchowska. Nie wiem, dlaczego ta książka jest taka ciężka, bo nawet nie jest jakoś strasznie gruba. Tak jakby w niej było więcej papieru w papierze, jeżeli rozumiesz Prosiaczku, co mam na myśli…

POET il 1 Cover

Książka jako przycisk wydaje mi się jednak zjawiskiem dość powszechnym, a tu opowiem o innym, mniej znanym zastosowaniu grubych książek.

Przed laty, gdy mieszkałam w pobliżu wspaniałego berlińskiego parku z wodospadem, czyli Parku Viktorii, w piękne popołudnia letnie, po powrocie z pracy, zabierałam kocyk, książkę i butelkę z piciem, i szłam na łąkę, pod drzewo stuletnie. Berlin jest miastem singli, cała łąka pełna więc była pojedynczych mężczyzn i kobiet, zaopatrzonych w książkę, kocyk i butelkę wody. Z reguły udawało mi się przeczytać trzy strony,  po czym podkładałam książkę pod głowę i zasypiałam. Po pewnym czasie nauczyłam się, że zdecydowanie lepiej się śpi na grubej książce. Z zainteresowaniem zaczęłam się więc przyglądać tym, którzy drzemali, gdy ja już się obudziłam, lub jeszcze nie zasnęłam. Wszyscy mieliśmy grube książki!

I tym letnim wspomnieniem zakończyłabym ten kolejny wpis o głupstwach, gdyby nie fakt, że piszę to już od kilku dni, a wczoraj zaczęłam czytać średnio grubą książkę (ale po co mi gruba, skoro jest wprawdzie ciepło, ale jeszcze jest zima i nie da się spać na łące?) i jest to niezwykła książka o grubej niezwykłej książce, która “znika czytelników” i nic wam więcej nie będę wyjaśniać. Sami ją sobie przeczytajcie.

Niestety, wydaje mi się, że rzecz nie została (jeszcze?) przetłumaczona na polski i że, żeby ją przeczytać, będziecie musieli sięgnąć do oryginału – zdradzę, że autor jest Szwajcarem z Zurychu i naprawdę nazywa się Hans Widmer, używa jednak pisanych z małej litery inicjałów p.m. co należałoby wyłożyć mniej więcej jako każdy,  wszyscy, nikt konkretny, bo podobno p.m. to najczęściej spotykane inicjały w szwajcarskich książkach telefonicznych.

I to by było na tyle

Wasza

e.m.s.

O tych świętach

Ewa Maria Slaska

… po raz ostatni – znaczki i pocztówki

Okazuje się, że to jednak nie wpis Zbyszka sprzed dwóch dni był ostatni w blogowym cyklu postów przedświątecznych, świątecznych i poświątecznych. Zaczęliśmy wraz z początkiem adwentu wpisem Jany o świetle, kończymy wraz z odchodzącym Koziorożcem. Kończę ja i to późno, ale dopiero teraz, jako zwieńczenie zimowej serii prezentów, przyjechała torba darów z Gdańska, a wśród nich… 

ostrepocztowki1

Na zdjęciu WSZYSTKIE moje świąteczne życzenia, jakie otrzymałam w formie papierowej. Mailowo przyszła cała masa kartek, niekiedy bardzo kunsztownych i dowcipnych. Tylko że trochę mi smutno. Znam bliżej ze sto osób, na Facebooku “przyjaźnię się” z kilkuset ludźmi, niektórych na oczy nie widziałam, o niektórych nawet nie wiem, kim są i jak to się stało, że znaleźli się na liście znajomych, ale nic to, bo ja nie o tym…

Trochę mi smutno, bo mało tej poczty świątecznej. Ile się kiedyś tych kartek pisało, ile dostawało! Te biedne szaroniebieskoburoczerwonawe kartki z PRL-u. I w przeciwieństwie do nich ta orgia barw i pomysłowości nadchodząca stamtąd! Mama miała całe pudło pełne kolorowych pocztówek świątecznych ze świata. Jedna była taka piękna, cała srebrna… Anglosasi obwieszali świątecznymi kartkami pokoje, mieszkania i domy…

Nie skarżę się, czasy się zmieniły, ja sama zresztą nie wysłałam żadnej kartki, nie mogę więc narzekać, że mało mi się dostało.

Ale za to w tej mojej maleńkiej kolekcji każda kartka i namiastka kartki mają swoją specjalną historię.

Zdjęcie danieli w ośnieżonym krajobrazie przyszło od Zuzi czyli osoby, którą znam jedynie z FB. W realu Zuzia jest znajomą mojej siostry, ale wydaje mi się, że nigdy się nie spotkałyśmy. Zuzanna ma zawsze cudne pomysły. Kiedyś pisała na FB o pierwszej w Gdańsku pralni ekologicznej, kiedyś wzięły z przyjaciółkami udział w akcji Restaurant Day, co oznacza zrobienie restauracji albo kawiarni na jeden dzień, i zorganizowały w ogródku kawiarenkę z domowymi wypiekami. W grudniu ubiegłego roku Zuzia ogłosiła, że wystarczy podać adres, a ona przyśle człowiekowi prawdziwą kartkę świąteczną. No więc oczywiście podałam, a potem przyszły sarenki, pardon, to są daniele, a wewnątrz napisane piórem skierowane osobiście do mnie życzenia, a wszystko w kopercie ze znaczkiem. No naprawdę, Zuzanno, jesteś zachwycająca!

Obok daniela od Zuzi leżą maki, obraz namalowany przez “Annę Szcześniak, malarkę ziemi łowickiej.” Kartkę nadesłał nasz autor, Andrzej Rejman, odpowiadając na prośbę, żeby przysyłać mi listy ze znaczkami z Bartoszewskim… Przez długi czas wydawało mi się, że to jedyne znaczki z profesorem, jakie dostanę. Bo nawet Julita i Kasia, które – jak przystało na autorki wspólnej książki – przysłały mi wspólną kartkę (to ta ze złotymi świeczkami), napisały wprawdzie, że na kopercie będą wyczekiwane znaczki, ale na kopercie były śliczne znaczki świąteczne. Jednakże… ale nie uprzedzajmy wypadków, jak mawiają autorzy groszowych powieści.

ostrepocztowki2

Bo najpierw jeszcze przyszła kartka od rodziny, która spędzała grudniowy urlop na Teneryfie. Widokówka przedstawia słynny plac z Bazyliką i Królewskim Sanktuarium Maryjnym Matki Bożej z Candelarii (Candelaria to stolica Teneryfy) oraz brązowe (to znaczy z brązu) rzeźby dziewięciu legendarnych przywódców plemion Guanczów, tubylczej ludności mieszkającej na Wyspach Kanaryjskich przed przybyciem Hiszpanów. Na odwrocie zaś Młody wymalował siebie, mamę, tatę, pana serce i drogę jaką będzie musiała pokonać kartka na trasie z Candelarii do Berlina.

ostrepocztowki1

Pocztówka dotarła przed samymi świętami, gdy rodzina dawno wróciła z wojaży. Już po świętach doszła błękitna kartka, którą przysłała Wandzia. Wzruszyłam się i pomyślałam, że jestem jednak straszną świnią, że sama nie napisałam ani jednej kartki. Zwłaszcza, że w liście był też opłatek.

Niebieski pasek z dwoma portrecikami to wprawdzie nie kartka świąteczna, lecz opakowanie prezentu gwiazdkowego – ci dwaj na portretach to Goethe i Schiller, niemiecka zbitka pojęciowa odpowiadająca polskiej parze – Mickiewicz i Słowacki. W rodzinie zawsze opowiadało się o jakichś dwóch rzeźbach z przedwojennego warszawskiego mieszkania na ulicy Zgoda w Warszawie. Było to “dwóch gipsowych Mickiewiczów, z których jeden okazał się Słowackim”. No a tu Schiller i Goethe jako… pieprzniczka i solniczka! Stoją zresztą obok. Dawno się tak nie ubawiłam!

Nieco nijaka w wyrazie, ale niezwykła, jasnobrązowa kartka pocztowa z czarną gałązką choinki przyszła z Bremy, od koleżanki pracującej w archiwum Instytutu Badań Europy Wschodniej (Forschungsstelle Osteuropa) – przygotowują właśnie wystawę o sowieckiej propagandzie z czasu wojny. Ta wydrukowana niemiecką szwabachą sowiecka kartka świąteczna z roku 1942 ma na dole napis po niemiecku i po rosyjsku: Gilt als Passierschein durch die Front / Служит пропycком через фронт / Służy jako przepustka na froncie.

No i ostatnia przesyłka świąteczna, która, jak już pisałam, dotarła prawie miesiąc później – pocztówka mojego szwagra, Jacka Krenza i owe znaczki z Bartoszewskim. Zastanawiam się, jak nazywa się taki arkusik znaczków (nazywa się arkusik), zaglądam do katalogu znaczków polskich od roku 1860 do dziś i czytam, że znaczek został wydany pod tytułem “Warto być przyzwoitym”, a w arkusiku znajduje się “9 znaczków 4658 w układzie 3×3, ozdobne marginesy”.  Znajduję jeszcze informację, że nakład wynosił 300 tysięcy sztuk.

I wreszcie na zakończenie kartka pocztowa wykonana przez Jacka Krenza. Choinka zbudowana z ptaszków, ptaszki mają zielone skrzydła – to gałązki iglaka. Natomiast ozdoby choinkowe to słynne zabytki architektury. Oglądamy kartkę podczas rodzinnego śniadania i z przykrością stwierdzamy, że z wiedzy o architekturze jesteśmy “cienkie bolki” – rozpoznajemy zaledwie kaplicę Le Corbusiera w Ronchamp. Ale reszta… Arkady na dole po prawej to być może Florencja, Loggia dei Lanzi, pień drzewa to być może wieża w Dubaju, ale jedno jest pewne, Mikołaj odchodzi poza krawędź kartki.
Święta się skończyły.

PS: Na moje dociekliwe pytania w stylu Wiecha Wiecheckiego, co my tu widzim na załączonym obrazku, Autor odpowiedział, że tak konkretnie to tylko kaplica Le Corbusiera, a reszta to licencja poetica.
Aha…

KOT czyli KOD

Ewa Maria Slaska

Jeśli gwiazdki z nieba chcesz…

Dawno nie pisałam o kotach, a tymczasem życzliwi nadesłali kolejną porcję pięknych kotów. A więc do dzieła, kobieto, którą kiedyś pomówiono o to, że pisze tylko o kotach!

Zacznijmy więc od tego, że TEN KOD się jednak pisze przez D. Wszyscy wiemy, ale gdyby przypadkiem jeszcze ktoś nie wiedział, to jest to Komitet Obrony Demokracji, powołany do życia w listopadzie 2015 roku przez Mateusza Kijowskiego. Pomysłodawcą był jednak Krzysztof Łoziński, pisarz i opozycjonista, który w wywiadzie dla portalu Studio Opinii powiedział, że w obliczu zmian prawa, forsowanych przez właśnie wybraną partię PiS, należałoby na podobieństwo KOR-u czyli Komitetu Obrony Robotników, powołać Komitet Obrony Demokracji.

I tak się stało. 21 listopada na Facebooku powstał KOD, a już 3 grudnia grupa wyszła z Facebooka na ulice, najpierw w Warszawie, a potem w wielu innych miastach, w Polsce i poza granicami, w tym w Berlinie 19.12.2015 (demo w obronie TK).  Grupy krajowe powstawały z początkiem grudnia tak jak grupa niemiecka.

Dalej będzie już o KOT-ach przez T na końcu. Na początek przez dwa TT. Jan Kott, pisarz, opozycjonista, historyk literatury i nadwyczajny wręcz znawca Szekspira (na dodatek obrazoburczy!), miał ponoć opowiedzieć komuś, że jak go w PRL-u za karę postanowiono usunąć z kolejnego wydania Wielkiej Encyklopedii Powszechnej, na jego miejsce musiano wstawić aż dwa koty przez jedno t na końcu. Odpowiednio przykrojone hasła kot domowy i kot dachowy (może mylę drugi z przymiotników, ale na pewno pierwszy był kot domowy) wypełniły szczelnie encyklopedyczną lukę po niepokornym pisarzu. Bo jak się poprawia wielkie leksykony, nie można niczego ot tak sobie wyrzucić, jako że usunięcie jednej tylko maleńkiej notatki, że Aaa kotki dwa to onomatopeiczny wers z popularnej polskiej kołysanki, mogłoby spowodować konieczność zmiany układu (graficznego) i składu (zecerskiego) całego tomu…

Opowiedział mi to kiedyś przyjaciel, a ja tego nigdy nie sprawdziłam. Nie mam starej encyklopedii wielotomowej, sięgam więc do jedynej, jaką posiadam: Encyklopedia Popularna PWN, wydanie dwudzieste drugie zmienione i uzupełnione. Rok 1992, Jan Kott wrócił już do encyklopedii, ale, pewnie znowu przez tych strasznych layoucistów, ma wpisik znacznie mniejszy niż kot domowy. I nie ma zdjęcia, podczas gdy kot ma nawet dwa obrazki, u góry kot domowy, który wygląda jak puszysty pers, pod spodem kot bezrasowy, ani chybi tygrys.

Nota bene linijki Aaa kotki dwa w encyklopedii nie ma. A powinna, bo to piosenka z dużą tradycją, choć dziś śpiewana w wersji poważnie zmienionej i skróconej. Oryginalną wykonali Adolf Dymsza i Eugeniusz Bodo w przedwojennym filmie dla dzieci Paweł i Gaweł. Autorami słów byli Jerzy Nel i Ludwik Starski, muzykę skomponował Henryk Wars. Ach, cóż to jest za piosenka!

Po KODzie i KOTTcie pora na Kota. Już jak trzeba, z jednym t na końcu, ale jeszcze z dużej litery. Taż sama encyklopedia przywołuje jakiegoś KOTa, Stanisława, 1885-1975, historyka, polityka, działacza ruchu ludowego. Napisał książkę Rozmowy z Kremlem. Rok mamy może już 1992, ale nasz polityk ma wpis odrobinkę dłuższy niż kot domowy i dwa razy obszerniejszy niż KoTT z dwoma TT.

Na zakończenie kilka kotów, przez jedno t na końcu i z małej litery. Nie szukam i nie szperam, po prostu sięgam do zasobów mojego Facebooka. Co dobre dla KOD, tym się zadowoli również kot.

Paul Klee. “Cat and Bird.” 1928. The Museum of Modern Art, New York.

Kot śnieżny znaleziony na Facebooku, “kakałko” od Julity, pozostałe trzy koty nadesłane przez Danusię.

Ja z kotem na spacerze. Dzieło wnuka.

Nadesłane przez moją siostrę.

Mój własny kot w moim własnym mieszkaniu – zdjęcie zrobione przeze mnie samą.  Umieszczam, bo chciałam tu zamieścić wszystkie koty z mojego Facebooka, które pojawiły się tam od czasu, gdy napisałam ostatni wpis o kotach. Kot wrócił mianowicie z pracy, o czym TU.

I na zakończenie najbardziej niezwykły obraz z kotami, jaki ostatnio widziałam, nadesłany przez kuzynkę, tzw. Kanadyjkę.
Carl Kahler
AUSTRIAN
MY WIFE’S LOVERS
Sprzedany w Sotheby za 826,000 USD  (wyceniony na 200.000, zarobił cztery razy więcej)

Do cats have nine lives?  While more than 3,000 people perished in the San Francisco Earthquake of 1906, Carl Kahler’s monumental canvas depicting 42 larger than life sized cats survived the destruction and devastation.  The history of what has been referred to as “one of the finest cat pictures in the world” (Oakland Tribune, February 4, 1930, p. 50) dates back  to the early 1890s when it was commissioned by cat enthusiast,  Kate Birdsall Johnson of San Francisco.

Mrs. Johnson was a millionaire and she loved cats, especially fancy Persian and Angora breeds. She housed 350 cats in her 3000 acre summer residence, Buena Vista, located near Sonoma, California. There, her pets were cared for by a troop of servants hired specifically for this purpose, and entertained by parrots and cockatoos, which coexisted with the feline community in the Johnson mansion. Each cat had a name, and recognized that name when called (Durling, p. 6).

In 1891, Mrs. Johnson commissioned the artist Carl Kahler to paint her cats. Kahler was Austrian by birth, but had established his career primarily as a painter of horse racing scenes in Australia and New Zealand, where he had worked for seven years. Upon arriving in the United States, his plan was to travel to Yosemite to make nature studies, but while in San Francisco, he was invited to visit Mrs. Johnson’s cat ranch.  Although Kahler had never painted a cat before, Mrs. Johnson hired him and for the next three years he sketched her cats in a variety of poses, thus becoming acquainted with their individual personalities and traits. The culmination of his work was our painting, titled My Wife’s Lovers, a title supposedly assigned by Mrs. Johnson’s husband.

The seated cat in the center of the composition was named Sultan. Mrs. Johnson found him irresistible and paid $3,000 for him during a trip to Paris.  “He attracted her fancy, but she was told that he was not for sale.  She asked what his value was, and then offered twice the amount, and brought Sultan home with her. He is a big, handsome cat, with a tawny brown coat with splashes of yellow in it and a white breast, and large green eyes” (Davis, p. 12). Directly to Sultan’s left may be a cat called His Highness, a superb white Angora with bright blue eyes. His Highness appears in another painting by Kahler, seated on a table covered with a blue embroidered Japanese silk curtain (Davis p. 12). Together with Sultan and His Highness, forty other felines complete this extraordinary group portrait; their poses and expressions first captured in the individual sketches created by Kahler over a span of three years.

Mrs. Johnson lent My Wife’s Lovers to the 1893 Chicago World’s Fair, where it became an immediate sensation (Final Report of the World’s Fair Commission, Chicago, p. 58.). Soon after Mrs. Johnson’s estate auction of 1894, the painting was acquired by fellow San Franciscan Ernest Haquette who displayed it in his “Palace of Art Salon,” which was destroyed in the Great Quake. My Wife’s Lovers was next hung in Frank C. Havens’ Piedmont Art Gallery, a public museum, where it attracted further admirers. Later owners, Mr. and Mrs. Julian of Chicago, sent My Wife’s Lovers on tour through the United States in the 1940s and to Madison Square Garden for, appropriately, a cat-show. With the Julian’s promotion, Kahler’s work became so popular that 9,000 prints were sold after the original painting, and in 1949, Cat Magazine called it “the world’s greatest painting of cats.” (Robert Reed, “Inside Antiques,” http://www.waybacktimes.com). But this is not the end of the story.  Even after her death Mrs. Johnson continued to cherish her cats; her will stipulated a gift of $500,000 to guarantee their perpetual care and comfort.

Powyżej zacytowałam notatkę o tym obrazie zamieszczoną w katalogu aukcji Sotheby w dniu 3 listopada 2015 roku. Oto paralelność rzeczywistości. Listopad 2015. Sotheby sprzedaje 42 koty za prawie 900 tysięcy dolarów, w Warszawie powstaje KOD.

Ucieczka do Krainy Minionków

Auf Deutsch: wirschaffenes

Ewa Maria Slaska w imieniu Antona

Zabawy dziecięce

Tytuł pożyczyłam, oczywiście, od Pietera Bruegla Starszego. Rok był 1560. Od czasów starożytnych nikt nie malował dzieci. A on tak. Tak:

Dziś jednak historia całkiem współczesna o zabawach dziecięcych. Z zeszłego tygodnia. Bawimy się z wnukiem, co się odbywa według pewnego, od kilku miesięcy nie zmienianego schematu. Dostaję do ręki jakąś zabawkę wraz z informacją, czy jest ona „dobra” czy „zła”, i z pewną instrukcją wyjściową. Mam na przykład dwie pandy (pandy są “dobre”) i zadanie, by zbudować dla nich dom (to zabawa z tygodnia, gdy prasa podała, że zoo w Berlinie zakupi w Chinach nowe pandy; dla tych, co nie wiedzą informacja, że Berlin miał przez wiele lat dwie pandy, Yan Yan i Bao Bao, które kiedyś niestety zdechły – Yan Yan w roku 2007, Bao Bao w pięć lat później). Proponuję różne wersje domu, gaj bambusowy, namiot z koca, pudełko po butach, a pan reżyser decyduje, czy moje propozycje mu się podobają czy nie. Zaakceptowany domek dla pand okazał się pudełeczkiem-łóżeczkiem ustawionym koło doniczki z bambusami, a pod lampą, żeby misiom było ciepło. Wokół zamieszkały różne inne zwierzęta, krokodyle, delfiny, rekin, słoń, które przypłynęły do zoo arką…

Tym razem miałam wybudować dom z klocków lego. Potem drugi, potem trzeci. Jak się okazało domy stały na wyspie, a wokół reżyser ułożył morze z niebieskich szalików i kocyków. Do brzegu wyspy dobijały po kolei coraz to nowe amfibie. Mieliśmy naprawdę dużą flotę.

ucieczka6

W domach na wyspie zamieszkały różne ludziki lego. Wszystkie były „dobre”. Potem na wyspę napadli „źli”. Byli olbrzymi i pochodzili z innej kategorii lego, takiej, która pozwala konstruować potwory i roboty (dla znawców informacja: lego technics). Był zły zielony Sven (imię jest wspomnieniem po historyjkach o Wickim, małym wikińskim chłopcu), jego kolega – duży zły zielony Sven i jeszcze większy czerwony Sven, też zły.

ucieczka4 Złe Sveny napadły na wyspę i zaczęły burzyć domy. Reżyser zarządził, że „moje” ludziki muszą uciekać, ale niestety wciąż się okazywało, że każda amfibia, którą wzięłam do ręki, nie jest już nasza, bo zajęli ją “źli”. Wreszcie cudem jakimś udało mi się zbudować małą łódkę płaskodenną, zapakować na nią wszystkie moje ludziki i uciec z nimi na morze. Łódka płynęła bardzo niepewnie, było na niej tak ciasno, że wszystkie ludziki musiały stać.

ucieczka1

Dopłynęliśmy do tapczanu przykrytego białą narzutą. Były to Białe Góry, gdzie niestety też czaił się „Zły”. Przebrał się drań, wyglądał jak zwykły ludzik, ale tak naprawdę był „zły” i znowu trzeba było brać nogi za pas i wiosła w dulki. Na szczęście nasza łódka umiała fruwać i dolecieliśmy na szczyt wielkiej góry. „Zły” nas nie dogonił, ale i tak stało się niebezpiecznie, bo to był wulkan i po raz kolejny musieliśmy uciekać przez Białe Góry.

ucieczka3

Chciałam wracać na naszą wyspę, ale okazało się, że jest zrujnowana i nie ma dokąd wracać.

ucieczka5

Wreszcie zobaczyliśmy z daleka spokojny wesoły kraj. Był cały żółto-niebieski. Mieszkały tam minionki i jadły banany. Dopłynęliśmy ostatkiem sił i minionki powiedziały, że możemy zostać. Daliśmy ludzikom banany i położyliśmy je do łóżka.

ucieczka7

Co teraz, zapytałam? Nie wiadomo, odparł reżyser. Zawsze mogą się pojawić jacyś „źli” i zacząć strzelać. A jak trafią, to każdy „dobry” też stanie się „zły” (tak się zdarzyło w jednej z historyjek o smerfach). A co zrobić, żeby nie trafili? To zależy od Królowej.

Okazało się, że musimy opowiedzieć Królowej bajki. Ja mam opowiedzieć „dobrą” bajkę, pan reżyser – „złą”. Jeśli królowej spodoba się moja bajka, to dobrze, ale jeśli wybierze „złą”…

Opowiedziałam w skrócie coś w rodzaju Królowej Śniegu, która mieszkała w Białych Górach, i porwała chłopczyka, dziewczynka go szukała i znalazła, a pomagały jej pszczoły i ptaki. Królowa  podziękowała dziewczynce, przeprosiła chłopczyka i… Chłopczyk natomiast opowiedział o wielkiej czarnej dziurze, gdzie mieszkały czarne wielkie dinozaury (widzieliśmy takiego przed tygodniem w Muzeum Historii Naturalnej, miał na imię Tristan – idźcie zobaczyć). Wielkie dinozaury zjadły wszystkie czarne wrony i wypluły piórka. Tak dużo, że świat stał się cały czarny (tak się zdarzyło w legendach królestwa Chima).

No i co, zapytałam. Którą bajkę wybrała Królowa? Twoją, odparł reżyser. Powiedziała, że ludziki mogą zostać i „damy radę”.

Tak powiedziała: “wir schaffen es”.

ucieczka2

Znalezione na Facebooku

Coś w tych wypowiedziach wydało mi się ważne i nowe, a przede wszystkim moje. Zaznaczyłam to w tekście pogrubioną czcionką

Stefan Rieger
na stronie D.ok czyli Democracy is OK po różnorakich zawirowaniach towarzyskich organizacyjnych i innych w KOD POLONIA

13 stycznia

Drodzy Przyjaciele

Jako pijany zajączek na puszczy facebookowej, co swój rozum ma, lecz nie zna kruczków, cynków, pułapek na zajączki, przejść na skróty i całej tej inżynierii społeczn(ościow)ej, zgłaszam garść nieśmiałych postulatów, by z tego forum wymiany między Polakami gorszego sortu uczynić ewentualnie agorę dyskusji między najmądrzejszymi z Polaków, tfu, zostawmy Polaków – między po prostu inteligentnymi ludźmi o otwartych umysłach, albowiem żyjemy w krajach, gdzie polskie stardardy nie mieszczą się nawet zwykle w ramach prawa…

Po pierwsze: wyczyśćcie raz na zawsze stajnie Augiasza i umówcie się, w której grupie mamy dyskutować, by nie rzucać słów na wiatr, między grupy zawieszane, zamykane, zbanowane, reaktywowane i wątpliwej legitymacji. Gdzie, do cholery, jesteśmy i po co ??!!

Po drugie: zdefiniujcie jasno profil grupy i jej cele. To może być najmniejszy wspólny mianownik (obrona podstawowych swobód, mediów, demokracji w Polsce), albo największy (burza mózgów w celu znalezienia lepszych rozwiązań dla Polski, Europy i świata, albowiem żyjemy w systemie naczyń połączonych i wszystko nas dotyczy: uchodźcy, terroryzm, religie, korporacje, neofeudalizm…)

Po trzecie: niechaj każdy się wypowie, co nas łączy i jak za daleko nie należy się posuwać. Czy wolno przejeżdżać się nie tylko po Kościele, lecz również po religii, w której ja, Stefan, osobiście, widzę największe zło, gdyż często zabija, a zawsze pozbawia wolności myślenia i własnego sądu moralnego, a tylko taki jest coś wart.

Po czwarte: jeśli należycie do fan-clubu PO, do międzynarodowej klasy współczesnych technokratów-nomadów surfujących na fali neoliberalnej doktryny i marzycie tylko o tym, by Polska wróciła do koryta w mainstreamie, to nie będzie mi z wami po drodze, gdyż żywność w korycie mi nie odpowiada, a mainstream jeszcze mniej…

Po piąte zatem: proponuję, byśmy się dobrali wedle kryteriów „jakości” – myśli, słowa, wartości, szczerości uczuć… To zakłada wzajemne zaufanie i zgodę co do filtrowania chłamu i hejtu. Zwykle instynktownie to czujemy, więc dajmy temu wyraz… Ceńmy sobie nawzajem to, co skłania nas do zrobienia free hugs, câlins gratuits, każdemu, kto chce… Bądźmy sobie czuli, a przynajmniej życzliwi…

Po szóste: jeśli nie przestaniecie ignorować najmniejszej aluzji do religijnego wymiaru polskiej psychodramy (co od początku ustawiło mnie do Was z lekka nieufnie, choć instynktownie Was szczerze lubię), to pewnie z żalem się rozstaniemy… Filtrujmy zatem nasze sympatie i empatie, by z tego co najlepsze wyssać miąższ… Lajkujmy selektywnie, wyrzucajmy trolle lub notorycznych idiotów za burtę… Nie bójmy się poddać krytyce naszych wierzeń religijnych… Spróbujmy raczej uwierzyć w łączącą nas nić sympatii… Od tego zależy przyszłość naszej grupy (choć ciągle nie wiem, jakiej).

Po siódme zatem (gdyż siedem jest cudów świata): możemy spróbować stworzyć Polskę wirtualną, której nie ma na mapie, lecz kiedyś może będzie… Choć tak naprawdę w to nie wierzymy, chcemy tylko sobie porozmawiać… Jak Prosiaczek z Puchatkiem…

Tak czy inaczej nie chodzi bowiem o to, by jakąś tam Polskę ocalić, lecz o to, byśmy nie musieli się wstydzić, po wsze czasy, naszej polskości (jakby nie była śladowa). A o to najtrudniej…

Polskie ulice / Polnische Strassennamen

Viele Wochen sammelten Tomasz Fetzki und ich die polnischen Strassennamen in Berlin; dann gesellte sich noch der Hans-Jürgen Moder zu uns. Ursprünglich nahmen wir an, dass derjenige, der behauptet hatte, in Berlin gebe es 93 polnische Strassennamen, recht hat. Hat er nicht. Wir sind schon bei mehr als 150 und es ist sicher nicht das Ende der Geschichte. Sucht weiter und schickt die neuen Namen uns zu… Oder korrigiert das, was wir geschrieben / gefunden haben!

Achtung: Rote Strassennamen wurden von den Leser schon nach der Veröffentlichung dieses Beitrags  zugeschickt

Przez wiele tygodni Tomasz Fetzki i ja zbieraliśmy polskie nazwy ulic w Berlinie. Potem dołączył do nas jeszcze Hans-Jürgen Moder. Gdzieś znalazłam informację, że w Berlinie są 93 ulice z polskimi nazwami. Jest ich jednak znacznie więcej. Obecnie nasz rejestr obejmuje ponad 150 polskich nazw, a to na pewno nie koniec. Szukajcie i przysyłajcie… Ale poprawiajcie też błędy, bo na pewno nie wszystko spisaliśmy jak należy…

Uwaga: Czerwone nazwy ulic dosłali Czytelnicy już po publikacji tego wpisu 

Aktualnie / Momentan 158 Namen / nazw ulic

***
Städte / Miasta

BACHWITZER (BACHOWITZER) STRASSE / ULICA WIELOŁĘCKA

BAUERWITZER STRASSE / ULICA BABOROWSKA

BENTSCHENER WEG / ULICA ZBĄSZYŃSKA

BERUNER STRASSE / ULICA BIERUŃSKA (Bieruń Stary/Bieruń Nowy k. Katowic)

BICHOFSTALER STRASSE / ULICA UJAZDOWSKA (Ujazd Śląski)

BIRNBAUMER STRASSE / ULICA MIĘDZYCHODZKA

BISMARCKFELDER STRASSE / ULICA ŚWINIARSKA

BLÜTENAUER STRASSE / ULICA KWIECISZEWSKA

BOSCHPOLER PLATZ, STRASSE / ULICA BOŻOPOLSKA (Bożepole Wielkie, Bożepole Małe)

BRACHFELDER STRASSE / ULICA PANIGRÓDZKA

BRACHLINER STRASSE / ULICA ZBRACHLIŃSKA

BRANDORFER WEG / ULICA PRZYPROSTYŃSKA

BREITENFELDER STRASSE / ULICA PRZYBOROWSKA

BRESLAUER PLATZ/ PLAC WROCŁAWSKI 2 x

BRIESENER WEG /  ULICA WĄBRZEŹNIEŃSKA

BRODAUER STRASSE / ULICA BRODOWSKA

BUCHENHAINER STRASSE / ULICA BOGUNIEWSKA

BUDSINER STRASSE / ULICA BUDZYŃSKA

BÜTOWER STRASSE / ULICA BYTOWSKA

BUSCHINER STRASSE / ULICA BUŚNIEŃSKA

CROSSENER STRASSE / ULICA KROŚNIEŃSKA

CZARNIKAUER STRASSE / ULICA CZARNKOWSKA

DANZIGER STRASSE / ULICA GDAŃSKA

DAMERAUER ALLEE /ALEJA DĄBROWSKA (Dąbrowa k. Malborka)

DEBENZER STRASSE / ULICA DĘBIENIECKA

DIRSCHAUER STRASSE / ULICA TCZEWSKA 2x

DEUTSCHHOFFER ALLEE – ALEJA NAMYŚLACKA (Namyślaki)

DOLGIZERSTRASSE / ULICA DŁUŻKOWSKA

DOMNAUER STRASSE / ULICA DOMNOWSKA

DRAMBURGER STRASSE / ULICA DRAWSKA

DRAUSNITZER STRASSE / ULICA DROŹDZIENICKA

DRENZIGER ZEILE / ZAUŁEK DRZEŃSKI

DRIESENER STRASSE / ULICA DREZDENKOWSKA (Drezdenko)

DROSSENER STRASSE / ULICA OŚNIEŃSKA (Ośno Lubuskie)

DRUSCHIENER STRASSE / ULICA DRUŻYNIAŃSKA (Drużyny)

ERNSTRODER STRASSE / ULICA PIGŻAŃSKA

FEUERSTEINER STRASSE / ULICA KRZEMIENIEWSKA

FINKELWALDER WEG / ULICA ZDROJOWA (Szczecin-Zdroje)

FORDONER STRASSE / ULICA FORDOŃSKA

GEMBITZER STRASSE / ULICA GĘBICKA

GERZLOWER STRASSE / ULICA JAROSŁAWSKA

GLADAUER STRASSE / ULICA GŁODOWSKA

GLATZER STRASSE / ULICA KŁODZKA

GLEIWITZERSTRASSE/ ULICA GLIWICKA

GLOGAUER STRASSE / ULICA GŁOGOWSKA

GOLDAPER STRASSE / ULICA GOŁDAPSKA

GRAUDENZER STRASSE / ULICA GRUDZIĄDZKA

GROTTKAUER STRASSE / ULICA GRODKOWSKA (Grodków)

GÜLZOWER STRASSE / ULICA GOŁCZEWSKA

GRÜNBERGER STRASSE / ULICA ZIELONOGÓRSKA 2x

HEDWIGSKIRCHGASSE – ZAUŁEK KOŁO KATEDRY ŚW. JADWIGI ŚLĄSKIEJ

HEDWIGSTRASSE – ULICA ŚW. JADWIGI ŚLĄSKIEJ

HEDWIGSTRASSE – ULICA KSIĘŻNICZKI JADWIGI POLSKIEJ

HERTWIGSWALDER STEIG / DRÒŻKA DOBOSZOWICKA (Doboszowice, pow. Ząbkowice Śl.)

KADINER STRASSE / ULICA KADYŃSKA

KALISCHER STRASSE / ULICA KALISKA

KAMENZER DAMM / TRAKT KAMIENIECKI (Kamieniec Ząbkowicki)

KAMMINER STRASSE / ULICA KAMIEŃSKA (Kamień Pomorski)

KARWITZER PFAD /KARWICKA ŚCIEŻKA

KATTOWITZER STRASSE / ULICA KATOWICKA

KÖSLINER STRASSE / ULICA KOSZALIŃSKA

KOLBERGER STRASSE & PLATZ / ULICA KOŁOBRZESKA i PLAC 3x

KÖNIGSHÜTTER WEG / ULICA CHORZOWSKA

KONITZER STRASSE / ULICA CHOJNICKA

KUDOWASTRASSE & KOLONIE PAUSBORN-KUDOWA / ULICA KUDOWSKA & OGRÒDKI DZIAŁKOWE „PAUSBORN-KUDOWA”

KÜLZER STRASSE / ULICA KULICKA

KULMER STRASSE / ULICA CHEŁMNIŃSKA

KULMSEESTRASSE / ULICA JEZIORA CHEŁMŻAŃSKIEGO

LANDSBERGER STRASSE/ ULICA GORZOWSKA

LAPPINER PLATZ/STRASSE / ULICA ŁAPIŃSKA

LIEGNITZER STRASSE/ ULICA LEGNICKA

LISSAER STRASSE / ULICA LESZNIEŃSKA

MARIENBURGER STRASSE / ULICA MALBORSKA

MIELTSCHINER WEG/ ULICA MIELŻYŃSKA

MÜHLTALER STRASSE / ULICA SMUKAŁOWSKA (Bydgoszcz-Smukała)

MÜNSTERBERGER WEG / DROGA ZIĘBICKA (Ziębice, pow. Ząbkowice Śl.)

MÜNSTERWALDER STRASSE / ULICA OPALENIEWSKA (Opalenie k. Kwidzyna)

MYSLOWITZER STRASSE / ULICA MYSŁOWICKA 2x

NEUDAMMER STRASSE / ULICA DĘBNIEŃSKA (Dębno koło Myśliborza)

NEUFAHRWASSERWEG / ULICZKA NOWY PORT

NITZWALDER STRASSE / ULICA NICWALDZKA

OHLAUERSTRASSE/ ULICA OŁAWSKA

OLIVAER PLATZ / PLAC OLIWSKI

OPPELNERSTRASSE/ ULICA OPOLSKA

PÖLITZER STRASSE / ULICA POLICKA (Police k. Szczecina)

POLLNOWER STRASSE / ULICA POLANOWSKA

PROSKAUERSTRASSE / ULICA PRÓSZKOWSKA

RATIBORSTRASSE/ ULICA RACIBORSKA

RIDBACHER STRASSE / ULICA RZECKA (Rzeck, gmina Mrągowo)

ROGAUER WEG / ULICA ROGOWSKA (Rogów Opolski)

RÜGENWALDER WEG /  DROGA DARŁOWSKA

SAGANERSTRASSE/ ULICA ŻAGAŃSKA

SANDOWITZER PLATZ / PLAC ZEDOWICKI

SCHLAWER STRASSE / ULICA SŁAWIEŃSKA

SCHLOCHAUER STRASSE / ULICA CZŁUCHOWSKA

SCHRODAER STRASSE / ULICA ŚREDZKA (Środa Wielkopolska)

SCHWIEBUSER STRASSE / ULICA ŚWIEBODZIŃSKA

SORAUERSTRASSE/ ULICA ŻARSKA

STADER STRASSE / ULICA WIELISTOWSKA

STEPNITZER WEG /  DROGA STEPNICKA (Stepnica, pow. Goleniów)

STETTINER BAHNHOF & STRASSE / DWORZEC SZCZECIŃSKI & ULICA

STREHLENER STRASSE / ULICA STRZELIŃSKA (Strzelin)

STRIEGAUER STRASSE / ULICA STRZEGOMSKA

THORNER STRASSE / ULICA TORUŃSKA

TYCHYER STRASSE / ULICA TYSKA

WALDENBURGER STRASSE / ULICA WAŁBRZYCHSKA

WAPLITZER STRASSE / ULICA WAPLEWSKA (Waplewo)

WARSCHAUERSTRASSE/ ULICA WARSZAWSKA

WEISSENHÖHER STRASSE / ULICA BIAŁOŚLIWIŃSKA

WILHELMSBRÜCKER STRASSE / ULICA PODZAMCZE (dzielnica Wieruszowa k. Kalisza)

WONGROWITZER WEG / ULICZKA WĄGROWIECKA

ZOPPOTTER STRASSE & ZOPPOTER WEG / ULICA SOPOCKA & DROGA SOPOCKA

ZÜLLICHAUER STRASSE / ULICA SULECHOWSKA

Doppelte Stadtnamen an der Grenze / Podwójne nazwy miast granicznych

GUBENER STRASSE / ULICA GUBIŃSKA /GUBEŃSKA

GÖRLITZER STRASSE / ULICA GÖRLICKA /ZGORZELECKA 3 x

KÜSTRINER STRASSE / ULICA KOSTRZYŃSKA / KUESTRIŃSKA 2 x

Landschaften, Berge, Flüsse / Krainy, góry, rzeki

BESKIDENSTRASSE / ULICA BESKIDZKA

BOBERSTRASSE / ULICA BOBRZAŃSKA

BORUSSIASTRASSE & KOLONIE BORUSSIA / ULICA PRUSKA i OGRÒDKI DZIAŁKOWE „PRUSY”

NEISSE STRASSE / ULICA NYSKA

NETZESTRASSE / ULICA NOTECKA

NOGATSTRASSE / ULICA NOGATU

ODERSTRASSE / ULICA ODRZAŃSKA

POMMERSCHE STRASSE / ULICA POMORSKA

SCHLESISCHESTRASSE – BRÜCKE – BUSCH – TOR/ ULICA – MOST – ZAGAJNIK – BRAMA ŚLĄSKA

VOR DEM SCHLESISCHEN TOR / PRZED BRAMĄ ŚLĄSKĄ

WARTHESTRASSE (PLATZ) / ULICA (PLAC) WARCIAŃSKA

WEICHSELSTRASSE / ULICA WIŚLANA

Menschen / Ludzie

AM BALTENRING / OBWODNICA BAŁTYCKA (Bałtowie)

CHOPIN STRASSE

CHODOWIECKI STRASSE / ULICA CHODOWIECKIEGO

GOTZKOWSKY STRASSE / ULICA GOCKOWSKIEGO 2x

MARIE-CURIE-ALLEE / ALEJA MARIE CURIE (SKŁODOWSKIEJ)

JABLONSKI STRASSE / ULICA JABŁOŃSKIEGO

JANUSZ KORCZAK STRASSE

KOPERNIKUSSTRASSE / ULICA KOPERNIKA 2x

POMMERNALLEE / ALEJA POMORZAN

ROSA-LUXEMBURG-PLATZ & STRASSE / ULICA & PLAC RÓŻY LUKSEMBURG 2x

OSTROWSKI STRASSE / ULICA OSTROWSKIEGO

Sonstiges / Inne

ESPERANTOPLATZ / PLAC ESPERANTO

Flüchtlinge – uciekinierzy

Tekstów o uciekinierach coraz więcej. Zgodnie z zapowiedzią będę je więc publikowała w każdą środę, a nie tak jak dotychczas – w co drugą.  Dziś dwugłos Monika Wrzosek-Müller i ja. Mój tekst – po polsku – pod tekstem Moniki. Oba zatroskane.

MonikaWrzosek-Müller

Die Jugendherberge und die jungen männlichen Flüchtlinge

Sie war erstaunt, dass jemand sich über eine so schöne Herberge noch beklagen konnte. Ein Zufall wollte, dass sie da mit ihrem Sohn vor Jahren an einem Vorbereitungskurs für seine Reise nach Kanada teilgenommen und er in der Herberge auch übernachtet hatte. Auf jeden Fall war die Unterkunft sehr schön gelegen, am Seeufer, fast im Wald, mit großem Essraum und allen denkbaren hygienischen Einrichtungen.

Die Jungs, die jetzt dort wohnten, kamen hauptsächlich aus Afghanistan, Syrien, dem Libanon und dem Irak; es gab vereinzelt welche aus Afrika: Ghana und Eritrea. Sie gaben an, unter 18 zu sein, doch sie vermutete bei vielen, dass sie diese magische Grenze schon überschritten hatten. Auf die Frage: „Wie alt bist du?“ kam meistens eine Zahl, die mit dem Gesicht nicht korrespondierte: 15, 16 – und die Gesichter waren eher die von Männern über 20. So einigte man sich auf eine ärztliche Untersuchung, die jetzt das ungefähre Alter feststellen soll. Eigentlich wusste sie nicht, wie man das feststellen konnte; wenn jemand ganz schlimme Erlebnisse hatte, würde er auch älter aussehen. Sie würde, wäre sie Ärztin, diese Aufgabe nur sehr ungern übernehmen.

Die ersten Wochen waren die Sprachgruppen national fast homogen, erstaunlich wie die einzelnen Nationen zusammen hielten; später wurden sie nach Grad und Fähigkeit Deutsch zu lernen eingeteilt. Es kam eine bunt gemischte Gruppe heraus. Eigentlich waren sie lernwillig, manche lernten auch wirklich schnell und konzentriert, aber es gab auch solche, die die ganze Zeit redeten und sich vielleicht gar nicht konzentrieren konnten. Es gab auch großen Bedarf an Alphabetisierung; viele kannten das lateinische Alphabet nicht, bei einigen wenigen hatte sie den Eindruck, dass sie überhaupt lernungewohnt waren.

Es gab viele Lehrer; die Jungs wurden in vier Gruppen eingeteilt und es wurde an allen fünf Tagen der Woche unterrichtet. Nachmittags organisierten die Sozialarbeiter für sie Ausflüge oder Heimkino, sie hatten auch Monatskarten, um mit der BVG zu fahren. Es war schon ein gut durchdachtes und funktionierendes System bei allen, die sich für die Jungs einsetzten. Sie dachte auch, dass es gerade für so junge Leute leichter sein müsse, sich an das Land und die Sitten zu gewöhnen. Bei einigen musste man dann auch hart durchgreifen, damit sie das machten, was von ihnen verlangt wurde. Allgemein waren sie aber eher fröhlich und zuversichtlich – sie dachte: vielleicht doch irgendwie aus besseren Verhältnissen.

Das wichtigste Accessoire war natürlich das omnipräsente Handy mit blinkender Oberfläche, je größer desto besser. Und natürlich versuchten sie am Anfang auch während des Unterrichts am Handy zu fummeln. Dann machte sie die Ansage, dass sie im Flugzeug wären und für die Flugzeit würde das Handy auf Flugmodus gestellt; das kapierten sie erstaunlich schnell und die Handyslagen unberührt; doch kurz vor dem Schluss des Unterrichts rief immer ein digitaler Muezzin sie per Handy zum Gebet und dann war Ende mit der Ruhe und der Schule; wie in ihren Heimatländern die Disziplin in den Schulen gehandhabt wurde, konnte sie sich nicht vorstellen.

Die Weihnachtsparty, die die Deutschlehrer organisiert hatten, war ein voller Erfolg. Die Jungen sangen aus vollen Herzen, sprangen herum und tanzten, führten auch ihre Lieder vor: den Afghan-Rap, die Lieder aus ihren Ländern. Manchmal dachte sie, als sie ganz wild herumtanzten und johlten, das ist jetzt aber zu viel, wir werden es nicht schaffen sie zu beruhigen, und doch endete alles erstaunlich ruhig und gesittet, aufgeräumt und still. Das Bingo-Spiel wurde mit großer Freude mitgespielt, die Lehrer hatten wirklich ein schönes Programm angeboten, mit Weihnachtsgebäck und Früchten und Getränken… die Jungs fühlten sich wohl und mit Aufmerksamkeit bedacht.

Einige wenige gingen schon in die Willkommensklassen, die lernten natürlich am schnellsten, hatten auch in den Pausen Kontakt zu anderen deutschen Jugendlichen. Es war wirklich der beste Weg sie zu integrieren, zusammen mit den anderen lernen, spielen, zusammen sein; sonst waren sie ausgegrenzt und im Ausnahmezustand, das sah man ihnen an. Viele waren apathisch oder sehr nervös und gereizt. Sie stürmten plötzlich aus der Klasse wegen angeblichen oder doch existierenden Durchfall, Nasenbluten etc… Sie versuchte dahinterzukommen: waren das wirkliche Symptome, oder wollten sie gerade aus der Gemeinschaft, aus dem Unterricht raus. Es war sehr wichtig, ihnen Aufgaben zu stellen, bei denen sie auch nachdenken mussten; zusammenzählen, etwas erfinden, mit abstrakten Dialogen und Situationen taten sie sich schwer; aber vielleicht taten sich alle Jugendlichen damit schwer.

Sie wollte zu dem Café-Treffen der Ehrenamtlichen gehen und fragen, wohin die Jungendlichen denn ab Ende Februar verlegt werden würden, was mit ihnen geschehen würde, denn die Betreiber der Herberge wollten für den Frühling keine Flüchtlinge mehr haben. Das war das Mindeste, was sie für sie weiter tun konnte, auch wenn sich nicht nur Erfreuliches im Unterricht ereignete.

Eine von den Deutschlehrerinnen wollte mit den Jungs in ein Supermarkt gehen, um die Sachen konkret beim Namen zu nennen, schauen was sie interessiert, was sie einkaufen, ihnen helfen sich zu orientieren und ihnen erklären, was die Sachen in der Verpackung sind. Sie hat jedem 2,50 € geben wollen, damit sie sich eine Kleinigkeit kaufen könnten. Natürlich hat sie das von ihrem Geld gespendet, wollte nur eine Quittung haben, vielleicht wegen der Steuererklärung… sie hatte das Geld schon einigen ausgegeben, als zwei Jugendliche sie überfielen und ihr den Beutel mit dem übrigen Kleingeld wegrissen und wegrannten. Die anderen rannten ihnen hinterher, es entwickelte sich eine Schlägerei, in der einige verletzt wurden. Sie war völlig entsetzt und meinte, so was wird sie nicht noch Mal versuchen.

Sie dachte bei sich, man soll auf alle Möglichkeiten vorbereitet sein; sie kannte nicht einmal deutsche Jugendliche gut und wusste nicht, wie die in einer Gruppe funktionieren. Die Flüchtlinge, nach ihren Erlebnissen in der Heimat und auf dem Weg, und in völlig fremder Umgebung sind natürlich überfordert. Und dann dachte sie weiter: die Aufgaben, die auf uns warten, sind unendlich schwer – damit sie wirklich integriert werden und in Frieden mit sich und mit der Umgebung leben könnten.

Ewa Maria Slaska

Sylwester

Drugą część tego tekstu napisałam przed Sylwestrem. Rzeczywistość mnie jednak dopadła, zanim zdążyłam podzielić się z Wami myślą, że uchodźców wcale nie widać na ulicy. Bo niestety w Sylwestra było ich widać i to w sposób groźny.

Dla kobiety gwałt jest jedną z najbardziej przerażających wizji tego, co je może spotkać. Na szczęście kultura zachodnia od lat tępiła i potępiała gwałty, tak w sferze prywatnej jak i publicznej. Kobiety w Niemczech czy w Europie nie liczą się już z tym, że jest to realna codzienna groźba. Sylwester 2015 pokazał, że może stać się znowu realna i może stać się zjawiskiem społecznym.

Gdy wiadomości o tym dotarły do mediów, w pierwszym odruchu pomyślałam, że to nieprawda, że to prawicowa prowokacja wewnątrzniemiecka wymierzona w rząd Angeli Merkel. Im bardziej jednak doniesienia się mnożyły, tym bardziej, nie wiem zresztą dlaczego, prowokacja prawicowa wydawała mi się mniej realna.

Gdzieś zgwałcona została kobieta w średnim wieku – miała, jak podała prasa, 58 lat. Oczywiście, może jest to pani, która znakomicie wygląda, tak też może być, ale jeśli jest to jednak starsza pani, to znaczyłoby, że był to gwałt wojenny, który nie jest zaspokojeniem potrzeby seksualnej, tylko metodą poniżenia wroga przez poniżenie zadane jego kobietom. Tak gwałciła zwycięska Armia Czerwona tryumfalnie wkraczająca na tereny padających na kolana Niemiec, a jej ideologiem był Ilja Erenburg…

A wtedy mogłoby to oznaczać, że była to prowokacja, ale nie ze strony skrajnej prawicy niemieckiej czy europejskiej, lecz ze strony państwa islamskiego. I że znajdujemy się w stanie wojny. I że rzeczywiście są tu ONi i jesteśmy MY.

I tę myśl zapisałam kilka dnie temu, a następnego dnia również policja niemiecka, wychodząc zresztą nie z przesłanek lecz poszlak i dowodów, doszła do wniosku, że była to zorganizowana akcja ISIS.

Stale powtarzam, przede wszystkim trzeba myśleć.

Czy uchodźców widać na ulicy?

Ludzie z Polski wciąż pytają, czy uchodźców widać na ulicy? A moja odpowiedź, wprawdzie trochę niepewna, brzmi – nie, nie widać. Widać i słychać cudzoziemców, niewątpliwie, i to zarówno tych, którzy mieszkają tu na stałe, jak i turystów. Przede wszystkim zresztą Włochów i Hiszpanów. Ale uchodźców niemal nie widać. Mieszkam naprzeciwko nieczynnego lotniska Tempelhof, oddzielonego od ulic Tempelhofer Damm i Columbiadamm wielkim prawie stuletnim budynkiem, kiedyś najdłuższym budynkiem na świecie. Teraz podobno jest jakiś dłuższy.


Ja mieszkam po drugiej stronie ulicy, na samym prawym końcu tego gmaszydła. W tym budynku ulokowano w listopadzie kilka tysięcy uchodźców, głównie samotnych mężczyzn, czekających na przeniesienie do jakiegoś bardziej przychylnego ludziom miejsca. Pewnej soboty miały tu miejsce bójki, o których donosiła prasa na całym świecie. A ja co? A ja, choć mieszkam od nich o rzut beretem, początkowo nawet ich nie widziałam. Oni wchodzą do siebie głównym wejściem, wysiadają więc przystanek wcześniej niż ja – bo wejście główne i boczne oddziela odległość całej stacji metra. Moja jest dziś całkiem niepozorna, ale w latach 20 wysiadali tu robotnicy budujący lotnisko. Były ich tysiące. Szli do pracy 17 tunelami!

Oni i ja korzystamy z tej samej linii metra, a jednak początkowo w metrze też ich nie było. Raz, gdy szłam na dworzec o 4 w nocy, spotkałam jednego zbłąkanego, szukał drogi do najbliższego szpitala, którego adres ktoś mu nieporadnie zapisał na świstku.

Teraz w budynku ulokowano ponad dwa tysiące uchodźców, w przyszłości ma ich być nawet siedem tysięcy. Jest ich teraz, po kilku tygodniach, może troszeczkę więcej w metrze. Widocznie się oswoili i otarli, dostali bilety na komunikację miejską, odważają się więc, wychodzą ze schroniska, zbaczają z utartych tras prowadzących do urzędów. Ale nadal widzę ich niewielu. Nawet w pobliskim sklepie, który zasadniczo jest i ich, i mój, ich nie ma. Jak się czasem spotka jakichś cudzoziemców, to najdalej przy kasie okazuje się, że mówią dobrze po niemiecku i są na pewno berlińczykami od dawna.

Pracuję z uciekinierami, pracowałam z nimi wiele lat, między innymi  w ogromnym schronisku dla tysiąca ludzi, ale nawet ja nie umiem sobie wyobrazić, jak może wyglądać taki moloch, gdzie zakwaterowano dwa, trzy, cztery, pięć tysięcy osób. Oczywiście – w ogromnym pustym gmachu jest dość miejsca, aby pomieścić tysiące ludzi. Ale jak ich karmić, jak mają się kąpać, jak załatwiać potrzeby fizjologiczne? Jak sprzątać? I co mają robić? To chyba główne pytanie – co mają robić, żeby nie zwariować w tym natłoku cudzej obecności i niedoborze sensownego zajęcia?

To niesamowite – tylu ich jest wśród nas, a my ich nie widzimy. Z jednej strony zaskakujące, z drugiej pocieszające. Najwyraźniej taki organizm miejski jak wielokulturowy Berlin, z jego prawie czterema milionami mieszkańców, jest w stanie bez śladu wchłonąć sto tysięcy przybyszów.

Nowa polszczyzna

Ewa Maria Slaska

Bezokolicznik czyli infinitivus

W polszczyźnie pojawiło się coś nowego. Ma zaledwie kilka miesięcy i dopiero raczkuje, ale tendencja jest czysta i wyraźna. Tak będziemy mówić i pisać już zaniedługo. Najpierw mnie ta nowa polszczyzna wkurzała. Wydawała mi się niechlujna, byle jaka i pospieszna. Tak jakby komuś nie chciało się pisać wszystkich wyrazów potrzebnych do wyrażenia jakiejś myśli i dokonywał wielkiego skrótu. Jakby wsypywał mi kilka wyrazów i dawał do zrozumienia, że mam sobie z nich sama ułożyć zdanie.

Czy ktoś byłby chętny wynająć?
Proszę się skontaktować, by być dodanym do grupy.
Myślę nadal pozostać w tej samej pracy…
W dużej grupie była mała grupka, która preferuje działać na własną rękę…
A ja myślę panią ugościć często…

Na pewno cechą tej nowej polszczyzny jest bezokolicznik, czasem nawet dwa w jednym zdaniu. Nie jestem lingwistką, ale odnoszę wrażenie, że bezokolicznik to forma gramatyczna czasownika w języku polskim używana właściwie tylko w zdaniach z czasownikami modalnymi. Ewa chce spać, nie chce mi się pisać, mogę cię odebrać z dworca, nie powinnam wychodzić z domu. Niekiedy takie zdanie ustawiało się nieco karkołomnie, jak w słynnym ale im się nie chce chcieć. To wszak ironia poetycka. Bo naprawdę to im się nie chciało, a Ewie tak naprawdę chciało się spać. Czasownik zagoniony przez sąsiednie wyrazy do postaci bezokolicznika, występował w postaci dokonanej. Nie było niczego, co by się wciąż jeszcze działo i pojawiało w bezokoliczniku. Nie mogło było być. Nie znałam więc formy chce mi się iść, ani chce mi się pójść – co oznaczałoby wszak formę dokonaną tyle że w przyszłości. Gdy jednak zaczęłam analizować ten nieszczęsny bezokolicznik w polszczyźnie, uświadomiłam sobie, że nie mam racji, bo pojawia się on też w zestawieniach z wyrazem lubię – nie lubię gotować, lubię spać. Potem przypomniało mi się niemieckie „brauchen”, zapożyczone przez polskich Żydów i tak pięknie uwiecznione przez Tuwima: potrzebował mieć kuzyna… W ogóle niemczyzna. Jest tu takie mam, które łączy się z formą bezokolicznikową, które u poznaniaków przyjęło postać mam leżeć w szafie. W polskim polskim a nie poznańskim polskim brzmiało by to po prostu mam w szafie, mam, jak Telimena, w biórku. A w ogóle to po prostu mam. Podobnie jak po polsku powiedziałabym raczej będę pracowała niż będę pracować. Nie wiem jakie są sztywne reguły lingwistyczne, ale wiem, że dla mnie polszczyzna to język z zasady bez imiesłowów, bez strony biernej, bez rzeczowników odsłownych i bez bezokolicznika. Oczywiście są wyjątki i te się teraz zaczęły mnożyć…

Bezokolicznik czyli wyraz bez okoliczności, bez zaszłości, bez kontekstu. Czysta forma czynności, wydestylowana ze stron i czasów, nie związana z osobą i jej rodzajem. To polska definicja. Ale po łacinie to jednak jest infinitivus czyli, co tu dużo gadać (ach – bezokolicznik!), infinitus – czynność, która się nie kończy i nie jest definitywnie (finalnie zatem) określona, ale na dodatek ma zazwyczaj sześć bezokoliczników.

Biję się z myślami. Bo co ja tu chciałam udowodnić? Że po polsku nie używamy bezokolicznika. I sama sobie udowodniłam, że używamy. A jednak te zdania, które znalazłam na Facebooku w ostatnim czasie są inne niż te, jakie ja bym zbudowała.

Czy ktoś mógłby nam niedrogo wynająć aparaturę nagłaśniającą, samochód i mieszkanie, polecić niedrogą nianię i sprzątaczkę, podać adres niedrogiej restauracji?
W sprawie zapisów do grupy prosimy o skontaktowanie się z administratorem.
Przypuszczam, że nadal pozostanę w tej samej pracy…
W dużej społeczności polonijnej pojawiła się grupka rozrabiaczy…
Chciałabym, żeby jak najczęściej była Pani moim gościem…

No tak, tak bym napisała. Czyli jak? Grzeczniej, pełnym zdaniem, uwzględniając wszystkie warstwy zawartego w danym sformułowaniu przekazu…

Bez sensu, ile czasu zmarnowanego na głupstwa, ile atłasu..

Jestem ciotką na atłasowej kanapie. Mam na głowie kapelusik przetykany fioletowymi wstążkami. Albo nie – siwe włosy starannie ułożone w loczki. Trzymam w ręku porcelanową filiżankę do herbaty. Wyjęli mnie z Downton Abbey.

To ja, Violet Crawley w zielonym czepku i zielonej sukni. Mam za złe.

Cóż, okazuje się, że nie jesteśmy tacy, jak myślimy. Myślałam, że jestem anarchistyczną post-hippiską, a tymczasem jestem po prostu staroświecka. I to bardzo. Ostatnio rozwiązałam jakiś test facebookowy, który określał wiek na podstawie przeczytanych i czytanych lektur. Dowiedziałam się, że moje lektury wskazują, iż mam lat 88!

A jednak przy całym krytycznym nastawieniu do tych okaleczonych i rachitycznych sformułowań, czuję, że kryje się za nimi coś ładnego, ba, prawidłowego. Nie wiem co, męczą mnie więc okropnie. Któregoś dnia wywołują obraz Kanału Raduni w Gdańsku.

Oczywiście znam to miejsce bardzo dobrze, bardzo je lubię. Ulica Na Piaskach, tu mieszkała moja koleżanka Zosia…

Mam! Wiem! Wiem, dlaczego, wiem, co, wiem, kiedy!

Łacina, oczywiście. ACI Ablativus Cum Infinitivo! Mama, która uwielbiała tę formę gramatyczną i z lubością odkrywała ją w angielskim i niemieckim. Mama, która wbijała mi to do głowy, jakby nic na świecie nie było ważne, tylko łacina, a z łaciny ta właśnie konstrukcja zdania. (I Horacy, ale to tak na marginesie). Mama, która nigdy nie poświęcała czasu moim lekcjom i zadaniom domowym, a jedynym wyjątkiem była łacina.

Accusativus cum infinitivo występuje jako dopełnienie czasowników tzw. deklaratywnych i jest odpowiednikiem polskiego zdania dopełnieniowego wprowadzonego przez że lub żeby. Po łacinie byłoby więc

  • Video puellam ire, dosł. widzę dziewczynkę iść, oznacza widzę, że dziewczynka idzie (albo raczej widzę dziewczynkę, że idzie).
  • Volo puellam ire, dosł. chcę dziewczynkę iść, oznacza chcę, żeby dziewczynka szła.

Mama nauczyła się łaciny na tajnych kompletach w gimnazjum, a potem liceum imienia Emilii Plater. Jej nauczycielką była Lidia Winniczuk, jedna z najsłynniejszych polskich łacinniczek, autorka książek o kulturze Greków i Rzymian.

https://pl.wikipedia.org/wiki/Lidia_Winniczuk

Była emancypowaną kobietą. Urodziła się w roku 1904, zmarła w bardzo podeszłym wieku w roku 1993. Wychowałam się na jej Małym Słowniku Kultury Antycznej (wciąż jeszcze mam go mieć), a potem z zachwytem czytałam jej wydaną w ponurym i szarym roku 1983 książkę Ludzie, zwyczaje i obyczaje starożytnej Grecji i Rzymu.

Łacina do dziś budzi we mnie niezdefiniowane i niedefiniowalne tęsknoty za beztroskim czasem, kiedy jeszcze nic nie musiałam i po prostu byłam dobra, ale nie dobra, bo dobra, tylko dobra, bo wszystko umiałam. A już zwłaszcza historię, historię sztuki, literaturę i łacinę. Byłam oczywiście dobra dzięki Mamie, która mi różne rzeczy opowiadała, dawała mi książki o sztuce i kazała się uczyć łaciny. Jak ja tę łacinę wtedy znałam! Byłam dobra nie tylko dla siebie, bo nauczyłam tej łaciny też Zosię, która mieszkała w kamieniczce nad Kanałem Raduni.

I tak się zamykają koła i kręgi na wodzie Kanału Raduni. Bardzo lubiłam chodzić do Zosi i uczyć się z nią łaciny. Co ciekawe, Zosia wcale nie była moją najlepszą przyjaciółką, bo najlepszymi moim przyjaciółkami były Magda, Marzena i Baśka, ale Zosia tak pięknie mieszkała, że do dziś zatyka mnie z żalu i tęsknoty za tym miejscem…

Patrzę zdumiona na to, co właśnie napisałam: z żalu… Z jakiego żalu? Czego mi żal? Szczenięcych lat? Nie. Zosi? Też nie. Nawet nie wiem, jak się potoczyło jej życie. Domku?

Myślałam mieć taki domek?