Zapomniane lektury. Przedwiośnie (ale nie TO)

I wcale nie Żeromski. Szkoda, że już tego nie czytamy. Taka piękna wartka proza, gdzie polszczyzna oryginalna ale nieskażona, każde zdanie, każde słowo prawidłowo użyte…
A to zaledwie kilkadziesiąt lat temu. Książka z 1971 roku, znaleziona na półce, opatrzona w poprzek pierwszej strony wielkim, ukośnym podpisem autora.

Andrzej Stojowski

Chłopiec na kucu

Rozdział V

Czy chłopiec wiedział, że w krajobrazie szuka się siebie, własnego odbicia w tej przestrzeni, która cię stworzyła i którą wspłtworzysz, na ziemi, z której powstałeś, na której żyjesz, aby powrócić do niej kiedyś, z nią się złączyć, rozpoczynając nowy cykl, nową formę życia?

Znał cztery pory roku:
zima przychodziła od pól, a kończyła się w górach: topniały śniegi podmywane od spodu do lodowego szkliwa, spływały tysiącznymi strużkami siąpiącymi, ciurkającymi aż po rozlewiska kałuż, rozmiękłych glin, tłustych iłów, skąd woda rowami, drenami odciągana do Baduni płynęła rwącym nurtem ku rzece, ku Wiśle. Wilgotny wiatr od przestrzeni błotnych, od stawów nawisał chmurami, pod którymi marzło się dopiero teraz, nie od mrozu, a od tej wody, co była wszędy, w krajobrazie nasiąkłym, gdzie koła, kopyta, stopy zagłębiają się w mazistą ziemię zasysającą z ćkaniem stąpania – i obroty. Cały człowieczy daremny trud, zwierzęca mordęga podpierania, naciągania, wleczenia, wpierania się w szleje i chomąta, chwytania za podwózki, rwania postronków w daremnej walce z tą rozległą przedwiosenną grzęzią, nad którą tylko drzewa wznoszą konary skręcone, stargane ku tej bezkresnej szarości mżystej, niezmierzonej, niezgłębionej nawet przez ptaki skulone teraz na gałęzi pod nastroszonymi skrzydłami, nad ziemią jeszcze nieprzychylną, nieuległą, nieprzebytą i nieprzebraną aż po pierwsze rozbłyski słońca.

I w słońcu bladym, chłodnym ten wiatr marszczący powierzchnię wód stojących w zagłębieniach. Te ostatnie zwały, potem już tylko spłachcie brudnego śniegu w cienistych rozpadlinach, w dolinkach nad strugami, potem już pierwsza ruń na roli i zeszłoroczna darń zszarzała i odmokła, a w niej pierwsze zielenienie. I koniuszki jaskrawej zieleni łapek świerkowych na drzewach prawie czarnych i błękitnienie mgieł, i ziemia coraz inna – od czarnych topieli błotnych aż po brązowienie się pól uprawnych, i pierwsi ludzie na polach, baczni, spozierający, już myślący, już czuwający nad ziemią, już czekający pory, by wziąć ją we władanie, napocząć skibami wczesnej podorywki.

I ptaki już na niebie.

A gdy nadeszła wiosna, ciepła i pogodna, ziemia, szarobura, obsypana mąką kurzu, pyłu białego, była jak placek żytni prosto z pieca i trwało to chwilę, skórka twardniała, ale ziemia uginała się jeszcze pod stopą i naraz pękała: na pylnej powierzchni biegły te pęknięcia jak linie na dłoni, ciemniejsze od gleby, a dłoń była biała i trzymała człowieka we władaniu swoim, nadchodziły upały i tonęło się w miałkim pyle – aż deszcz i znowu grzęzawisko.

Wiosenne lektury

Andrzej Rejman

Motto własne: “Najpierw WIOSNA, potem reszta”

Ze zbiorów wyciągam ładną pocztówkę, na odwrocie której nieźle trzymają się naklejone 70 lat temu dwa “Bieruty” (pocztówka przedwojenna, ale zapisana i wysłana już po wojnie…)

1_Rapacki_Wiosna

Na pocztówce napisy:
Malarstwo Polskie
Józef Rapacki, Rok w krajobrazie Polskim
Un an dans les paysages polonais
Maj                                               Mai
Wyd. “Galerja Polska” Kraków
Naśladownictwo zastrzeżone

***

Ze stosu książek do przeczytania wyciągam “Szkice Piórkiem” Andrzeja Bobkowskiego.

Otwieram na przypadkowej stronie (a kto miałby czas czytać od początku!)

Przebiegam wzrokiem po tekście.

Bobkowski pisze:

…Po całej niesamowitej hecy dziewięciu wieków odzyskujemy na chwileczkę niepodległość, pietnaście minut wielkiej pauzy historycznej i po oszalałych wysiłkach stworzenia z tego plemienia jednolitego narodu, historia znowu dzwoni i już zaczyna się następna lekcja.

Kto wie, czy nie najgorsza, długie lata matematyki z całkami i różniczkami.

Jeśli Prus mnie zachwyca, to dlatego, że z pobłażliwym i ironicznym uśmiechem odstawia na bok ułana i dziewczynę, skowronki, łany, bławatki, chabry, zające i szaraki i uczy nas być narodem nie tylko w znaczeniu duchowym, ale przede wszystkim w znaczeniu materialnym, uczy budować od fundamentów, a nie od dachu.

Naród to nie dach, ten polski w stylu bizantyjsko-gotycko-nadwiślańsko-barokowo-dorycko-rokokowo-powstaniowo-marszałkowo i cholera wie co, ten dach złożony z legend i pieśni, ryczytałów i masochizmu ojczyźnianego, z pełnego tragizmu poczucia wielkości, które inni mają gdzieś, i pretensji do wszystkich i do wszystkiego z Bogiem włącznie, który dla nas nie jest Bogiem, lecz carem (to się jeszcze nie skończyło – to się zaczyna), ale także i fundamenty.

Te fundamenty o których u nas nie lubi się mówić, bo są nieefektowne , jak wszystkie fundamenty na świecie.

Bo nie są kolorowe, nie są artystyczne, nie mają w sobie dźwięku ostróg i chlupotania wody w głowie, rżenia koni lub walki konspiracyjnej.

Jestem “grudniak” i “zimniak” i nic z tego koncertu nie rozumiem.

I nic nigdy nie napawało mnie wielkim strachem i świętym oburzeniem, jak gadanie do pustych brzuchów i szczęście tak zwanych “przyszłych pokoleń”. I kłamstwo w imię ojczyzny w zawiesistym sosie nacjonalizmu mieczykowatego.

Ktoś mi opowiadał, że lotnicy amerykańscy za każdy nalot na Niemcy otrzymują specjalną premię i że każdy członek załogi bombowca, który po dwudziestu pięciu nalotach wróci cało i zdrowo, dostaje ileś tam dolarów i może wracać do Stanów Zjednoczonych. Wojna jest dla niego skończona i po herbacie.

Chciałbym widzieć Polaka, który słysząc to w pierwszej chwili nie zasłoniłby twarzy wstydliwie i nie był “do głębi” ( my zawsze “do głębi” – nic taniej) oburzony.

Nawet mnie wydało się w pierwszej chwili coś nie tego. Bo niby obowiązkiem dobrego Polaka jest tak długo latać, aż go zestrzelą na chwałę ojczyźnie. Jak można łączyć pojęcie “forsy” za poświęceniem się za ojczyznę? Amerykanie mają rację. Każdy z nas po cichu to przyznaje, ale broń Boże głośno. Hipokryzja na punkcie Polski i Ojczyzny ( przez wielkie “O”, – nic taniej) jest u nas zboczeniem narodowym. Hipokryzja ojczyźniana wpędza nas w tę zaściankowość całej naszej kultury, której w gruncie rzeczy nikt nie rozumie. Epatujemy się obcymi pisarzami, ale jak nasz pisarz napisze coś, i nie umieści w tym Polski, Polaka, malw i maków, strzechy, łanów, służącej, ciąży i skrobanki (jeden z narodowych problemów) to on jest zły Polak.

Jak Conrad, który raz wreszcie wpadł na świetną myśl pisania po angielsku.

I nie o strzechach i malwach. I pomimo, że zrobił dla Polski więcej reklamy, niż nawet Sienkiewicz, to Orzeszkowa uważała za stosowne mu nawymyślać. I nawet ludzie, którzy się nim zachwycali, nie potrafili jednak robić tego bez jakiejś głębinowej pretensji, “że nie wrócił”.

Nie wrócił, bo mu się lepiej podobało w Anglii i każdy człowiek powinien mieć prawo, żyć tam, gdzie mu się najlepiej podoba. Są tacy, dla których Koluszki albo Radom są wszystkim i bardzo to szanuję, ale są tacy, którzy wolą włóczyć się po świecie i znajdują w tym świecie więcej, niż w Koluszkach lub w Radomiu. I wtedy mówi się z świątobliwym oburzeniem “kosmopolita”, czyli prawie – Żyd! A czy może być coś gorszego – tak między nami – niż Żyd? …

Andrzej Bobkowski, Szkice Piórkiem (Francja 1940-1944) Instytut Literacki Paryż 1957. s. 236-237

***

2._Bobkowski_Szkice_Piorkiem_1

 3._Bobkowski_szkice_piorkiem1

No tak… rzecz znana i powszechnie omawiana, przy każdym nieomal spotkaniu Polaków.

Jednak nurtuje mnie wciąż kwestia – czy nie dałoby się jakoś pogodzić tych dwóch Polsk?

Tej prawdziwej (od: prawdziwi Polacy) i kosmopolitycznej (od: cała reszta), nazwijmy dla uproszczenia.

Pogodzić dla chwały Ojczyzny, oczywiście (sam piszę przez duże “O”, bo może nie jestem aż takim kosmopolitą jak Bobkowski? – w końcu zostałem w Warszawie…)

Pewnie trzeba byłoby wznieść się porządnie w przestworza i zobaczyć Ojczyznę z bardzo dalekiej perspektywy.

Wyobraziłem sobie statek kosmiczny, w którym siedzą wysłani na Marsa (z ekspedycją, nie na zesłanie!) dwaj Polacy (dla uproszczenia – płci męskiej), o różnych, wręcz przeciwstawnych poglądach. Można snuć rozważania, czy w obliczu lądowania na Marsie – pogodziliby się lub zbliżyli poglądy – a może stałoby się to tuż zaraz po oderwaniu się od Ziemi?

Dyskusję taką i ewentualne rozwinięcie tematu poddaję pod rozwagę naukowcom różnych specjalności, pisarzom, poetom i czytelnikom niniejszego tekstu.

PS. Czytelniku drogi, tam jest u Bobkowskiego takie słowo – ryczytały. To nie Andrzej Rejman się rąbnął i nie ja jako administratorka – przepuściłam. To Andrzej Bobkowski tak napisał, a Jerzy Giedroyc, Redaktor Wspaniały – przepuścił:

Bobkowski_11_ryczytaly

 

Jeszcze raz wiosna

Roman nadesłał kilka wierszy wiosennych, ja dodaję  zdjęcia z wiosennego pobytu w Güstrow. Pewnie to już ostatni blogowy wpis o wiośnie w tym roku, bo ile można…

aniol3 klein

Wiszący anioł (Schwebender Engel) – dzieło Ernsta Barlacha w nawie bocznej katedry w Güstrow. Anioł ma rysy twarzy słynnej artystki niemieckiej, Käthe Kollwitz. Rzeźba została wykonana w roku 1927 na zamówienie ówczesnego kaznodziei katedralnego, Johannesa Schwartzkopffa, jako pomnik pamięci o poległych w I wojnie światowej. Zawieszono ją uroczyście podczas obchodów siedemsetlecia katedry i dokładnie w dziesięć lat później, za czasów reżimu nazistowskiego, rzeźba, zaklasyfikowana jako dzieło sztuki zdegenerowanej, została usunięta z katedry i oddana na szmelc. Zachowały się jednak trzy odlewy oryginału, które dziś można oglądać w katedrze w Güstrow, w kościele Antonitów w Kolonii i w muzeum w Schloss Gottorf w Szlezwiku. 

Roman Brodowski

Syberyjska wiosna

Lubię patrzeć przed siebie,
Gdy zima odpływa obłokiem
Wystarczy rękę wyciągnąć
By złapać wiosnę w dłonie.

Lubię patrzeć przed siebie,
Gdy tajga do życia się budzi
Wystarczy podejść do sosny
By ujrzeć zmartwychwstanie.

Lubię patrzeć przed siebie
Gdy wokół wrzawa wiosenna
Wystarczy posłuchać wiatru
By słyszeć ptasie śpiewanie.

Lubię patrzeć przed siebie
W marzeniach tulić nadzieję
Wystarczy wspomnieć o domu
By poczuć zapach polskiego bzu.

Lubię patrzeć przed siebie
Bo za mną jest tylko rozpacz
Wystarczy głowę odwrócić…,
No właśnie – A ja chcę żyć.

Berlin 21.04. 2012

katedra front klein wiosna przed katedra klein

Katedra w Güstrow, typowa przedstawicielka północnoniemieckiego gotyku ceglanego, zbudowana w I połowie XIII wieku.

Ewangeliczna wiosna

Kolejny już raz nadeszła
Pora stwórczego przebudzenia
Śnieżnobiałe szaty snu
Podobne matczynej trosce
Pokryły kolory życia

A ostatnie świadectwa zimy
Niby flisacze rzemiosło
Powoli spływają nurtem
Leniwej o tej porze rzeki
Ku morskiej przystani.

Oceanem bezkresnego nieba
Do opustoszałych gniazd
Coraz śmielej powracają
Zwiastuny nowego urodzaju
Wędrowne polskie bociany.

Nawet przydrożne wierzby
Odziawszy nagość gałązek
Srebrnoszarym puchem
Witają nadchodzące płody
Noworodnej ziemi.

Tylko mój czas spełnienia
Wciąż jeszcze na uwięzi
Czeka wiosennego roztopu.
W bijącej arytmii serca
Śpi nadzieja lepszego świata.

Zmartwychwstanie.

renesansowe figury-klein

strusiepisanki kleinwnetrzekatedry klein

W katedrze. Renesansowy nagrobek ścienny, ręcznie malowane pisanki ze strusich i gęsich jajek oraz słoneczny krzak forsycji rozświetlający mroczne wnętrze.
Kobiety tu pochowane to pierwsza żona księcia Ulryka III Meklemburskiego, księżna Elżbeta Duńska (zmarła w roku 1576) i jego druga żona, Anna von Pommern-Wolgast (1554–1626), siostra księcia szczecińskiego Bogusława XIII i ciotka nadzwyczaj kochanego w Szczecinie Bogusława XIV.

Trappen czyli dropy

Ewa Maria Slaska

Achtung, der Text wurde w języku słubfurckim geschrieben. Zrozumiały w pełni tylko dla tych, die sowohl Deutsch als auch Polnisch sprechen.

Dla Brigitte von Ungern-Sternberg

Trappengang czyli w poszukiwaniu dropów

Wir Polen kennen das Wort, vielleicht wissen wir aber nicht mehr, woher. Po polsku mamy słowo dropiaty czyli w kropki. Nie jestem pewna, ale wydaje mi się, że najpierw były trapy czyli dropy, a od nich powstało słowo: dropiaty czyli kropkowany. Vor allem Pferde waren “dropiate”.

Wie gesagt, ich denke mir, dass das Wort aus dem deutschen Namen von Trappen kommt. Drop zwyczajny, drop, drop wielki (Otis tarda) – gatunek dużego ptaka, jedyny przedstawiciel rodzaju Otis. Die Großtrappe (Otis tarda) ist ein Vogel aus der Familie der Trappen (Otididae). In Polen gibt es sie praktisch nicht mehr. W Polsce praktycznie już ich nie ma. Czasem “zalatują”. In Deutschland leben sie an der Havel, in drei Dörfer, insgesamt ca. 220 Familien.

Trapy są w plamki czyli dropiate.

dropy-trappen (x)

Na, also. Wir wollten sie sehen und am ersten Frühlingstag unternahmen wir eine Trappenwanderung. Trappen haben wir zwar nicht gesehen (sie waren “gestern” da), den Frühling aber schon. Tym razem nie zobaczyliśmy dropi, podobno trzeba pojechać do wioski Buckow po 10 kwietnia, wyjść za wioskę, dojść do wieży obserwacyjnej.

dropy-trappen (w)

Sie sind big, the biggest birds in Europe. Imposant! Sfotografowaliśmy jedynie obrazki w wiosce i w stacji naukowej. Christine schrieb darüber: Der uns dort gegebene Vortrag über die Großtrappen war ein Geschenk, so voller Humor und Sachkenntnis. Wir waren alle entzückt. Doch danach war gar keine Zeit mehr, den Beobachtungsturm anzusteuern und weil ja auch das Wetter so balzunfreundlich war, haben wir also die großen Vögel nicht mehr live sehen können.

dropy-trappen (z)dropy-trappen (y)Dropy wiegen bis zu 18 Kilo, leben bis zu 20 Jahre, Weibchen und Männchen getrennt. Spotykają się tylko w okresie godowym. Właśnie pod tą wieżą za wioską Buckow. Zusammen kann man sie nur im April sehen. Da balzen sie. Bitte nach 10. April beim Sonnenaufgang (na gut, auch beim Sonnenuntergang) in Buckow (Nennhausen) kommen.

Im Dorf Buckow. Frühling. Wiosna.

dropy-trappen (e)

dropy-trappen (k)  dropy-trappen (i) dropy-trappen (h)W wiosce jest kościół. Die Kirche in Buckow ist als offene Kirche angesagt. Am Palmsonntag war sie jedoch zu.

dropy-trappen (j)

dropy-trappen (f)  dropy-trappen (d) dropy-trappen (c)

Picknick auf der Bushaltestelle. Jedliśmy sałatkę ziemniaczaną i szarlotkę. Jako miejsce piknikowe posłużył nam przystanek autobusowy.

dropy-trappen (l)

Wir besuchten die Vogelstation in Buckow und wanderten beim Sonnenuntergang zurück.

dropy-trappen (zbiory1)

Powrót do stacji kolejowej Nennhausen o zachodzie słońca. / Zurück nach Nennhausen. Direkt in die Sonne.

dropy-trappen (zachod01)dropy-trappen (zachod02)dropy-trappen (zachod1)

To było bardzo piękne powitanie wiosny i piękna Niedziela Palmowa. Na zdjęciu pióro dropa, zebrane po drodze bazie i kupiona za “co łaska” książka z likwidowanego właśnie księgozbioru stacji naukowej w Buckow.

dropy-trappen (zbiory2)

Fotos: Christine, Martin, Johanna & ich/ja. Der Mickiewicz ist auf Deutsch :-), herausgegeben 1956…

Festiwal piosenki natrętnej VII

Tomasz Fetzki

Nuta z Ponidzia, czyli natręctwo bezpretensjonalne, ale nic nie szkodzi

Jeszcze w epoce dobrego zapowiadania się poznał Viator sporo piosenek. Nic dziwnego: jak już kiedyś wspomniał, wrażliwy był i chłonny na taką edukację. Niektóre melodie mu się później po drodze straciły, inne pozostały na dłużej. Jak ta na przykład.

Pierwszy raz usłyszał ją Wędrowiec dawno, jeśli dobrze pamięta, jeszcze za życia Wojtka Bellona! Została tak długo, bo okazała się niezwykle przydatna. Co roku, gdy wiosna za oknami się skradać poczyna, lubi Viator pośpiewać Nutę z Ponidzia samemu, albo ze swymi uczniami. Jemu, mimo upływu kilkudziesięciu lat, nie jest ona w stanie spowszednieć. Wraca natrętnie. Zaś uczniowie co jakiś się zmieniają, więc i dla nich nie ma mowy o przesycie. A zamiast infantylnych śpiewanek o motylkach czy kwiatuszkach dostają kawałek bezpretensjonalnej, ale dobrej poezji i takiejże muzyki. I wszyscy są zadowoleni.

Żeby utwór przemówił do nich wiarygodnie, co roku zaprasza Viator wychowanków na spacer-wyprawę w poszukiwaniu przedwiośnia. Nie inaczej było tego roku. W ostatni czwartek konkretnie. Efekty?

Rozłożyła wiosna spódnicę zieloną…

…przykryła błota bury błam!

Rozpuściła wiosna warkocze kwieciste… Wszystko się zgadza.

Ileż to razy wiosna przyszła, od kiedy zabrakło Wojtka!? Ile razy nadejdzie, ale my jej już nie zobaczymy, bo i nas zabraknie? A ona, jakby nigdy nic, wciąż będzie, bezczelna w swym pięknie, powracać. Bezczelna… kochana…

I jeszcze raz, klasyczna już, wiosna

Ewa Maria Slaska

Wpis dla fanów Bułata Okudżawy

i Tomasza Fetzkiego
z przypomnieniem, że każdy z nas zawsze i wszędzie myśli coś innego, nawet jak mu się wydaje, że jest to być może to samo…

Za wcześnie, stanowczo za wcześnie, ale kto wie, jakie tematy będą nas zaprzątały, gdy wiosna naprawdę zaszaleje od bzów… Piosenka ta doprawdy mogłaby się tu pojawić w cyklu Viatora, jak sam siebie określa Tomasz Fetzki, bo niewątpliwie należy do kategorii “piosenka natrętna”. Pamiętam, że uczyłam się do jakichś klasówek. Nie wiem dlaczego, ale siedziałam w pokoju Ojca, a nie naszym, moim i siostry, przy jego starym stole, który mu służył za biurko, a za otwartymi drzwiami balkonowymi szalała wiosna, o czym na pełen regulator z pokoju Mamy śpiewał Okudżawa. Mama zawsze słuchała muzyki “pełnym głosem”. Najbardziej lubiła muzykę hiszpańską i latynoską, ale były wyjątki, Ewa Demarczyk, Tadeusz Chyła, Edith Piaf, Brassens, Okudżawa…  Ci dwaj ostatni nawet jakoś podobni do siebie, śpiewający do wtóru gitary wielcy bardowie, ale przecież skromni.

Przyjaciele rodziców nazywali Mamę Artysta, czasem artiste, a nawet l’artiste. Nie zwracałam na to uwagi, dorośli mieli swoje życie, ja – swoje, przestałam od nich oczekiwać czegokolwiek, od czasu, gdy zapytana przez szkockich przyjaciół rodziców, co bym chciała, odpowiedziałam, że dżinsy. Bill był Szkotem, jako wysłannik FAO nadzorował w Gdańsku budowę statku, którego pomysłodawcą i projektantem był mój Ojciec. Bill i jego żona przyjaźnili się z rodzicami, myśmy też ich bardzo lubiły. Poprosiłam więc o dżinsy. Każda normalna dziewczyna w moim wieku powiedziałaby to samo. Nie musiałyśmy się starać o indywidualizację naszych potrzeb, bo i tak nikt nie miał dżinsów, co najwyżej szariki, które tak się miały do dżinsów, jak krzesło elektryczne… Przez kilka tygodni żyłam w ewidentnej ekstazie, wyobrażając sobie, jak wchodzę do klasy w dżinsach i jak gdyby nigdy nic siadam w ławce… A moje koleżanki, też jak gdyby nigdy nic, nie zwracają uwagi na te moje dżinsy, ale przecież wszystkie wiemy, co też ja mam na sobie…

Bill i Jean wrócili wreszcie. Przywieźli mi granatowe sztruksowe spodnie marki levis. I co, że levis? I co, że levis?! Sztruksowe, granatowe… Podziękowałam, włożyłam, wyglądałam jak gruba granatowa beczka, byłam wprawdzie chuda jak kij od miotły, ale w wyobraźni szczupło i wspaniale to ja bym wyglądała w dżinsach, a nie w jakimś obleśnym granatowym sztruksie! Nawet nie wiem, czy w ogóle nosiłam te spodnie, pewnie tak, ale pamiętam tylko ten jeden moment, gdy je dostałam i musiałam włożyć. Minęło pół wieku, a ja, gdy tylko o tym pomyślę, natychmiast widzę siebie, tę potworną grubą dziewuchę z tyłkiem jak Maryna we młynie…  I to rozczarowanie…

Dorośli byli doprawdy beznadziejni i nie zasługiwali na to, żeby się nimi jakoś specjalnie zajmować. A w tym swoim beznadziejnym dorosłym świecie mówili do Mamy l’artiste. Moja siostra na pewno powie, że ona dobrze wiedziała, skąd to miano.  Ja powiem natomiast, że nawet jeśli wiedziałam, to nic mnie to nie obchodziło, a to tak, jakbym nie wiedziała. Informacja przyszła do mnie w wiele lat później, gdy, już po śmierci Ojca, obie redagowałyśmy jego autobiografię.

Ona sama, napisał Ojciec o Mamie, bardzo pilnowała, by nazywać ją po prostu Irena, bez żadnych zdrobnień czy odmian. W czasach, kiedy nasz dom, o czym później będzie więcej, pełnił funkcję Bazy, Bogdan Polakiewicz, jedna z najważniejszych postaci i osobowości tego okresu, zaczął wołać na Irenę: Ej, Artiste. Był to wyłącznie jego przywilej, reszta przyjaciół używała spolszczonej formy, i to w rodzaju męskim: Artysta. To określenie charakteryzowało ją chyba najlepiej. Wyznaczało nie tylko pozycję, jaką zajmowała wśród nas, ale także, a może nawet przede wszystkim, sens jej życia.

W wersji do druku nie pozostało więcej, ale w maszynopisie Ojca była cała piękna opowieść o tym, jak to rodzice i ich przyjaciele wielką grupą chodzili do kina czy na koncerty. Mogliśmy jeść suchy chleb, dorsza i postne ziemniaki, ale na taśmy magnetofonowe czy bilety do kina pieniądze musiały być. Jednym z takich filmów, które wtedy wspólnie obejrzeli, był francuski obraz Rene Claira Porte de Lilas z Brassensem. W Polsce była odwilż, film pojawił się bez problemów (?), moi rodzice kochali go nadzwyczajnie. Jedną z głównych postaci tej gangsterskiej historii był Georges Brassens: L’Artiste, guitariste et chanteur, który grał tam samego siebie. Ten nadany mojej mamie l’Artiste był właśnie z tego filmu.

A tak przy okazji – cały film można obejrzeć TUTAJ. Po francusku, ale to przecież nie przeszkadza moim nadzwyczajnym Czytelnikom.

gb-jadepettitfleur

U góry Brassens w filmie Porte de Lilas, lata 50, poniżej – Bułat Okudżawa podczas koncertu w Berlinie Wschodnim, lata 70.

Porte de Lilas to nazwa jednego z przedmieść Paryża i stacja metra, której nazwa oznacza bramę bzów. Pod koniec lat 50, już po filmie, pojawiła się śpiewana przez Serge Gainsbourga piosenka Le poinçonneur des Lilas, kontroler biletów ze stacji metra Porte de Lilas, o samotności i nudzie…

A teraz już wreszcie prawdziwy powód napisania tego posta – Panie i Panowie, piosenka natrętna, Wybaczcie piechocie, Простите пехоте. W oryginalnym tekście wiosna buszuje nad ziemią (когда над землею бушует весна), po  polsku – wiosna nad ziemią szaleje od bzów.

Stąd te natrętne bzy (i podświadome połączenie z bramą bzów), mimo iż wciąż na nie stanowczo za wcześnie. Bo nie o bzy chodzi, a nawet i nie o wiosnę…

Простите пехоте

Простите пехоте, что так неразумна бывает она,
Всегда мы уходим, когда над землею бушует весна.
И шагом неверным по лестничке шаткой – спасения нет…
Лишь белые вербы, как белые сестры глядят тебе вслед.

Не верьте погоде, когда затяжные дожди она льет,
Не верьте пехоте, когда она бравые песни поет,
Не верьте, не верьте, когда по садам закричат соловьи.
У жизни и смертью еще не окончены счеты свои.

Нас время учило, живи по привальному, дверь отворя.
Товарищ мужчина, как все же заманчива должность твоя,
Всегда ты в походе, и только одно отрывает от сна –
Кудаж мы уходим, когда над землею бушует весна?

Wybaczcie piechocie,
że tak nierozumna, że braknie jej tchu.
My zawsze w pochodzie,
gdy wiosna nad ziemią szaleje od bzu.
Jak długo tak można?
Bezdroża, mokradła i błoto, i piach,
i wierzba przydrożna
jak siostra pobladła zostaje we łzach.

Nie wierzcie pogodzie,
gdy deszcze trzydniowe zaciągnie wśród drzew.
Nie wierzcie piechocie,
gdy w pieśni bojowej odwaga i gniew.
Nie wierzcie, nie wierzcie,
gdy w sadach słowiki zakrzyczą co sił –
wy jeszcze nie wiecie,
co komu pisane i kto będzie żył.

Uczyłaś, ojczyzno,
że żyć trzeba umieć i słyszeć twój głos…
Mój chłopcze – mężczyzno,
a jednak niezgorszy przypada ci los.
My zawsze w pochodzie
i tylko to jedno nas budzi ze snu:
dlaczego w pochodzie,
gdy wiosna nad ziemią szaleje od bzu?
Dlaczego w odwrocie,
gdy wiosna nad ziemią szaleje od bzu?…

tłumaczenie: Witold Dąbrowski

Przedwiośnie 1940-1944

Andrzej Rejman

Z dziennika babci

Na apel, aby pisać o wiośnie… Znalazłem kilka przedwiosennych wpisów mojej babci. Małgorzata Doktorowicz-Hrebnicka (1889-1975) opisuje wojnę w swoim małym dzienniku (pisownia oryginalna)

fot_1_Stanislaw_Hrebnicki_z_zona_Malgorzata_w_domu_przy_

fot_2_Malgorzata_Hrebnicka_dziennik_1939_01_notes

Autorka z mężem ok r. 1939

Jeden z notesów, w którym autorka zapisywała swój dziennik

1940

22/I
Mróz wciąż trwa. Do -15st codziennie. Śniegu moc, jeszcze tyle nie pamiętam w Warszawie a ponieważ prawie nie oczyszczają ulic, więc jest prześlicznie i tylko na Marszałkowskiej śnieg nieco przybrudzony, na naszej ulicy przeczyście-biały. Jeżdżą sanki z dzwoneczkami. Z żywnością trudno, chleb tylko na kartki, w sklepach ani mąki, ani kasz, dużo słodyczy, ale kto by na to patrzył, kawy zbożowej, octu i wina. Co będzie?
23/I
Śnieg sypie i sypie, na ulicach zaspy, gdzieniegdzie tylko oczyszczone dróżki. Na Rakowieckiej skrzypce grają „Wojenko, wojenko”! a śnieg sypie i sypie, cicho, bezszelestnie. Ludzie pędzą z plecakami, torbami, sankami.
„Ostry wiatr utworzył miejscami metrowe wydmy i zaspy. Trzeba się przez nie z trudem przedzierać, brnąc po kolana w sypkim, białym puchu.” (z gazety)
25/I
Prześliczny szron! I cisza. Śniegu olbrzymie wały na ulicach. Nawet na Riwierze fala mrozów -5st.
Kazikowi* w klinice zdjęli opatrunek, uszy przyjęły wygląd normalny, są małe i przylgnięte do głowy, a były przecież tak grube, jak kołduny. Dostał zaświadczenie Komitetu Opieki Społecznej, że pracuje w charakterze gońca. Oprócz tego dostał od ciotki Elżuni 4 kawałki cukru.
27/I
Pocieplało. -5st. R.
30/I
Znowu -13st mrozu, a w południe 0st. W niedzielę była Janka z synem. Przyjmowaliśmy herbatą i mlekiem z cukrem, sucharkami…
Dziś święto Hitlera.
31/I
Brr! Jak zimno! A w mieszkaniu u nas gorąco do nieprzyzwoitości. Koło 20st.R.
Luty
1/II
Dochodzi do -18st.
3/II
Zapisałam się do spółdzielni spożywców, bo inaczej pozdychamy z głodu. Udział 25 zł.
4/II
Święty Antoni Padewski,
Obywatelu Niebieski,
Niech się święci chwała Twoja
Niech się znajdzie zguba moja.
I znalazła się portmonetka, pozostawiona w sklepie spółdzielczym! Pamiątka z Orawki, darowana Kazikowi, którą on tak chciał mieć.
Bardzo cienki obiad dziś mieliśmy – barszcz na skórkach wieprzowych i galaretka Oetkera. Poszliśmy ze Stasiem do Jasiów, tam jedliśmy kanapki z kiełbasą, ogórkiem z serem i jajkiem i kugel kartoflany. Dali nam pół kg masła i 1 kg słoniny, pieniądze oddamy, jak będziemy mieli.
5/II
Zimno -10st., marzną nogi i ręce w kolejce po mleko. Na Rakowieckiej skrzypek gra „Białe róże”. Cicho. Prószy śnieg. Kiedy drzewa wypuszczą pączki zielone i okryją się białemi kwiatkami? Czyż bywa latem taki upał, że człowiek rad by goły chodzić i nic nie jadł, tylko pił? Nie do uwierzenia!
Mleko się zwarzyło.
6/II
Julcia zdała dyplom. Julcia** – inżynier! Obiad był na 3 potrawy. Niestety na pierwsze kapusta, ale na drugie ozorki (konserwy) z kartoflami i galaretka pomarańczowa. Piliśmy przy tem miód, przyniesiony na tę fetę przez Tyszkiewicza***
7/II
Górski wydał dziś mleko tylko dla małych dzieci. Staś i Kazik kichają i kaszlają. Na Rakowieckiej wiszą sople lodowe metrowej długości.
8/II
Po trzygodzinnym staniu w kolejce dostałyśmy z Julcią 5 buteleczek.
10/II
Po znacznem ociepleniu -2st. znów wytnęły mrozy -14st., -17st.
Zbyszek Czarnocki jest chory beznadziejnie na zapalenie opon mózgowych. Już 3-ci tydzień. A leczyli go od tyfusu!
11/II
Dziś w nocy Zbyszek umarł.
14/II
Pocieszmy się, że nie mamy mięsa!
„Spożywanie mięsa skraca życie”. „Wół nie jada mięsa, dlatego jest silny”. „Lwy jedzą mięso i dlatego siedzą w klatkach”. (z gazety)
Trochę pocieplało, dziś -7st. Sypie śnieg. Robiłam pierożki z cebuli smażonej na tranie. Cebula zabija zupełnie zapach tranu.
16/II
Znowu -15st.
Na wsi świnia podobno kosztuje 2000 zł. A człowiek? Nic.
Ale już w południe kapie z dachu.
18/II
„W polityce niema sympatii, nie ma sentymentu, nie ma współczucia, był i jest zawsze tylko interes”. Byłam u Mickiewiczówny. +5st. w pokoju, przeważnie leży ubrana w łóżku nad próżnią, bo mieszkanie na dole rozbite zupełnie. Z podłogi idzie straszny ziąb. …
21/II -18st. mrozu!
22/II
-8st., ale nie wydaje się bardzo ciepło. Julcia zaczęła pracować w Instytucie fermentacyjnym od 8-ej do 2-giej, a od 3-ciej do 6-tej w fabryce Pakulskich! Kazik otrzymał depozyt: 2 kg cukru, 2 kg mąki, kg herbaty, 1 kg mydła za 14 złotych!
26/II
Miało się ku odwilży, 0st., a tu znów spadek temperatury – 10st. Udręka z tymi mrozami.
W niedzielę (28-go) byliśmy ze Stasiem u Marii Żankiewiczowej. Przyjmowała nas bardzo serdecznie, nakarmiła schabem wspaniałym, odstąpiła kilo słoniny. Był piekielny wicher, a trzeba było dość daleko iść od tramwaju po zlodowaciałej skorupie.
Był Tyszkiewicz. Zaproponował nam szynkę, którą zostawił na Pradze u swojej matki. Więc pojechaliśmy ze Stasiem i wzięliśmy. Szyneczka bardzo ładna, porznęliśmy na kawałki i zasoliliśmy…

1941

13.I.
Zima śnieżna. Dziś 12 stopni mrozu, ale słonecznie i szron. Cudownie. Ale biedni ludzie znów marzną bez opału. U nas ciepło. Mają od nas przenieść biuro. … Przypominam sobie, jak rok temu wróciliśmy z włóczęgi, jak każda najmniejsza rzecz miała bezcenna wartość, jak się cieszyłam oglądając nasz dobytek. Każdy przedmiot był jakby na nowo darowany, szczególnie rozmaite pamiątkowe drobiazgi radowały oko. A teraz…. żyje sie z dnia na dzień, co dziś twoje, jutro może być odebrane lub zniszczone, te wszystkie miłe i drogie sercu rzeczy zbierane przez 20 lat, w otoczeniu których rosły nasze dzieci, rzeczy z którymi wiąże się tyle wspomnień, a dziś twoje i nie twoje. Trudno mówi się, Wojna!
14.I.
Sypie śnieg. Wszystko się otula, jak watą, tramwaje chodzą miękko. Cisza przerywana śpiewem żołnierzy niemieckich, terkocą wystrzały.
22.I.
Mieliśmy na obiad kurę! (8zł.). Kazik zrobił półkę na swoje książki. Wczoraj byliśmy z Julcią u p. Herbstowej.
3.II.
Byłam z Papciólkiem na rynku, kupiliśmy 1 kg słoniny.
9.II.
Papciólko od kilku dni grypuje. Temperatura nieduża, ale się trzyma. Był doktór z ubezpieczalni, przepisał proszki, miksturę, płukanie (gargarisma), pastylki odkażeniowe.
W całej Warszawie nie można dostać mapki Afryki. Jeździłam wczoraj do miasta. Przecudownie w Alejach Ujazdowskich. Niewielki mrozik, duże zwały śniegu, szron na drzewach, dużo słońca i lazurowe niebo. Upiekłam pierog bez soli, a pierniki miętowe tak piekące, że jeść nie można. Wszystkiemu winna mapa afrykańska. Dobrze, że nie małpa. Z rana szczepiliśmy dzieci i ja tyfus.

14.II.
Wczoraj byliśmy ja, Sasza, nasz Kazik i Michałek Mroczkiewicz na Bielanach. Do cioci Misi też zabiegłam, a raczej dojechałam, bo wszędzie lód i ślizgota straszna. Dziś Sasza wyjechała do Anina, bo tam wszyscy chorzy i jej spragnieni. Pojechała razem z Julcią.
Teraz mapa Afryki pokazała się w Warszawie, ale pieniędzy nie ma. Papciólko otrzymał dziś deputat miesięczny- 10 dkg cukru, bochenek chleba, 1\2 mąki, 1\4 kaszy, 2 jaja. Kupiliśmy dziś kurę od Piotrowskiej na kredyt (9 zł), ale pewnie była zdechnięta, bo miała wątrobę wielkości cielęcej (16 dkg), więc nie wiem jak na nas podziała jutrzejszy obiad. Kot nie bardzo chętnie jadł tę wątrobę, ale skarmiliśmy ja całkowicie.
16.II.
”Niepewność troski smutek, głód, udręka zżerały miasto”, wyjątek z powieści „Przeminęło z wiatrem” z czasów wojny między Południem a Północą Stanów Zjednoczonych, nadający się bardzo do chwili obecnej teraźniejszej.
21.II.
Aleje Ujazdowskie są o każdej porze dnia i roku przepiękne. Jechałam na pokaz kulinarny. Drzewa tonęły w gęstej mgle, nagie gałęzie drzew wyglądały jak delikatne koronki, tonęły w puchu mgły. Julcia otrzymała wezwanie do Arbeitsamtu. Zdaje się, że sprawa będzie załatwiona pomyślnie. Była u Krauzego w Ifie i u pani. Rycemblowej.
Od soboty Julcia jest zatrudniona w Biurze SKSS. Dziś Julcia pojechała w sprawie Kazika na Bielany. Z rana była u Grażyny. Gordziałkowscy sprzedali swój majątek.

1942

24. I.
Papciólko miał referat w instytucie w języku niemieckim. Przesiedzieliśmy do 4-ej w nocy tłumacząc i poprawiając. Papciólko miotał się, niepokoił się, że nie zdąży, a ja, że nie odczyta, bo było dużo poprawek, na czysto nie było czasu już przepisać. Ale jakoś zeszło nieźle, a nawet wcale gładko.
26. I.
Julcia od 12 I pracuje w sklepie nasion u d-ra Stankiewicza. Zajęcie to jej odpowiada lepiej niż mycie butelek w If’ie, gdzie mroziła sobie i kaleczyła ręce. Tu dostaje 8 zł dziennie i smaczne zupy, którymi d-r karmi swoje pacjentki, bo oprócz sklepu ma jeszcze klinikę, a poza Warszawą majątek Błędów.
30. I.
Mróz 12-17° trzymał więcej 2-ch tygodni przy wschodnich i północnych wiatrach. Dziś zelżał do 6°, a teraz jest 3°. Ale wiatr i wilgotno tak że nieprzyjemnie. Przy braku oświetlenia na ulicy i zaśnieżeniu widok wsi lub prowincji, a nie Wielkiej Warszawy. Żywimy się prawie samymi kartoflami, z rana, na obiad i wieczorem. Z rana – obsmażane na margarynie, na obiad zamiast chleba do zupy i wieczorem ze skwarkami. Chleba bardzo brakuje. Jak człowiek pomyśli, jak to było przed wojną chleba ile chcąc, a do tego smacznego chleba jeszcze zawsze coś musiało być, masło się nie liczyło. Boże, a bułeczka z masłem! Często przypominają się przysmaki z czasów dziecinnych, znakomita moskiewska chałwa, pierniki miętowe, „postrzyj sachar” kolorowy, jakież to były smaczne. A Filipińskie pierożki, obwarzanki z makiem, chleb-sitny z rodzynkami, a pączki, które Mama po mistrzowsku robiła! Łom czekoladowy, który przynosiła nam do mieszkania jakaś kobieta – czarna czekolada z białym nadzieniem. A mrożone jabłka – „peзaнь”. A „нышки” – przepysznie zrumienione racuszki, pulchne jak poduszeczki, które sprzedawały się pod Sucharewą basznią, a których nigdy nie jadłam, bo były smażone na oleju i Mama nigdy nie kupowała ich, ale wyglądały tak apetycznie przyprószone cukrem-pudrem. Ach ileż to było dobrych i względnie tanich rzeczy, ach, stanowczo za mało jedliśmy czekolady, ciastek i gogielów-mogielów! Czy człowiek myślał, że będzie przeżywać drugą wojnę, jeszcze tak okropną i okrutną, czy dożyje się do czegoś lepszego? Znów myśli prawie wyłącznie o jedzeniu. Jak trudno jest to nam przetrwać, o ileż ciężej młodym! A może młodym i łatwiej, bo mają duży zapas sił życiodajnych.
31. I.
A jakież to smakowite były „słojaszki” – maślane, kruche, rumiane, najsmaczniejsze u Czujewa w Moskwie. Nie jadłam potem nigdzie takich. W ogóle pieczywo warszawskie nie umyło się do rosyjskich „sajek”, bułek francuskich, obwarzanków, kołaczy. Kołacz, to przecież woda i mąka, a jaki smak, z kiełbasą „czajną” – język połknąć! Ech! Zostały tylko sny i wspomnienia!
8. II.
Mróz trzyma. Usilnie jemy kartofle. i wciąż jarzyny, bardzo rzadko coś z mąki, czasem minimalną ilość mięsa – ze 20 deka na 5 osób, kasz prawie nie jemy, albo też jako domieszkę 10-cio dekową. …
10. II.
Upragniony dzień nadszedł – przydział miesięczny cukierków po 15 dkg na nas. Chociaż twardziuchy patokowe, ale z przyjemnością gryziemy. Przed kilku dniami otrzymaliśmy paczkę od Mroczkiewiczowej z mąką tak białą i śliczną, jakiej dawno już nie oglądały nasze oczy. … Dziś śliczny dzień zimowy, chociaż bez słońca, ale cichy przy -4°, lekki szron i puchaty głębokim świeżo spadłym śniegiem.
12. II.
Po paru dniach ocieplenia znów mrozek -7°, wiatr ostry, ale słoneczny śliczny dzień, gdy otworzyłam okno, do pokoju sypnął brylantowy pył. Unosi się z drzew i dachów i iskrzy się w powietrzu brylantowymi połyskami. Słoneczko już grzeje.
13 II.
Byłam z rana u d-ra Jokiel w ambulatorium Dzieciątka Jezus. Nowotworu nie stwierdził. Więc cieszę się, że jeszcze pożyję. Druga rzecz przyjemna, że wyjaśniła się przyczyna okropnego przygnębienia Kazika, co trwało parę dni i przyprawiało mnie o szalony niepokój. Nieporozumienia w szkole, które jakoś się za pomocą Julci wyjaśni. … Dziś -4°, pochmurno, porywisty wicher, na ulicach zaspy i duże sfery śniegu. Robi się straszna zawieja śnieżna. A wczoraj kupiłam pierwszą nowalijkę – pęczek szczypiorku.

24 II.
A dziś wiosna. Roztopy. Z pod samochodów szaleńczo pędzących pryskają czarne fontanny błota. Ptaszki krzyczą. Niemcy też. Oprócz tego pukają, latają. Przetrwaliśmy jeszcze jedną zimę. Zaprawdę człowiek dużo znieść może. Są ludzie, co 3-cią zimę nie opalają wcale mieszkania! W roku zeszłym mieliśmy w pożywieniu przewagę mąki. Wprost mdliło już od tych klusek, marzyliśmy o kartoflach, których prawie nie było. Ten rok upływa pod znakiem jarzyn, zjadamy brukwi, kapusty, buraków ilości niepomierne, już gotuję w największym rondlu, chodzimy napęczniali i rozdęci, wzdychamy do mąki, klusek, zacierek, placków, chociażby na oleju. …

1943

21/I
Jeszcze palą! A tymczasem pocieplało – 0°. Z ulgą odrywam kartki kalendarza. Dzień minął, liczy człowiek dnie i minuty, odchodzące w wieczność, z radością stwierdza, że czas jednak leci jak zawsze, może jeszcze prędzej… dusza wyrywa się naprzód, tymczasem kto wie, co nas jeszcze czeka… ufajmy jednak, że dobrniemy szczęśliwie do końca wojny, czyż mało nacierpieliśmy się w czasie tamtej wojny? Gaweł przychodzi codzień przegrywać swoje kompozycje.
24/I
Wczoraj było +4°, padał deszcz, dziś 0°, śnieg zszedł z ziemi, a z nieba pada.
3 dni gościliśmy u siebie p. Bocheńskiego***, bo był zjazd geologów w Instytucie.
26/I
-13° R. W nocy o 12-tej niańka, Kazik, a potem Staś posłyszeli dźwięk jak gdyby alarmowy, powstawaliśmy, poubieraliśmy się, ale nic nie zamącało ciszy księżycowej jasnej nocy. Może to był pociąg? Cudny słoneczny dzień, ale mróz z wiatrem. W kuchni szyby od wewnątrz pokryte grubo lodem w cudny deseń liściasty. Okazuje się alarm był rzeczywiście, a odwołanie było o 3-ciej, a my już spaliśmy.
27/I
Dziś w nocy o 12-tej i pół znowu był alarm. Wyszliśmy na schody, gdzie zgrupowała się część ludzi. Julcię ledwo wyciągnęliśmy z łóżka. Słychać było szum pociągu i samochodów, które latały jak oszalałe, więcej nic, koło 2-giej odwołanie. Alarm się zaczął, gdy piekłam tort, który musiałam dopiekać już po odwołaniu. O 8-ej wiecz. Julcia poszła na przyjęcie u B. Była też Ż. Jakoby było wesoło. Była nawet śliwowica i czarna kawa. Julcia zaniosła kanapki z sałatką chlebowe i z bułki smarowane pastą śledziową (ze stynek) i kilka kawałeczków (10) torciku alarmowego. Ż. dała masło na chleb. Uczta trwała do 12-tej w nocy.
28/I
-4° R. Był Zdziś, zaprosił Julcię i Kazika na niedzielę – wieczór młodych panien i starych kawalerów.
2/II
+3°. W południe +13°. Widok wiosenny, ale wiosną jeszcze nie pachnie. Kazik zaczął chodzić do dentystki.
3/II
+2. Pogoda zgniła. Mgła. Gaweł przychodzi grać. Gra ładnie, miękko, po kobiecemu. Robi jakieś przeróbki.
4/II
Pogrzeb Karasińskiego. Staś i ja z Julcią byliśmy na Powązkach. Cmentarz tonął we mgle. Tym jaskrawiej uwydatniały się wieńce z jedliny i jaskrawiły się kwiaty. Oglądaliśmy część cmentarza, poharataną przez bomby w czasie nalotu 20 sierpnia, potrzaskane pomniki, podziurawione sklepienia od lochów, wewnątrz zmurszałe trumny.

7/II
Przedwiośnie.
8/II
Z rana zima. 0° R. Polatuje śnieg. Biało. Po południu rozsłoneczniło się. Dość silny wiatr zachodni pędzi po niebieskiem niebie białe obłoki. Chmury wiosenne, podświetlone słońcem. Gaweł nastraja fortepjan.
9/II
-2° z rana. Śliczna słoneczna pogoda. +9° na słońcu. Wróble świergoczą.
10/II
Prof. Br. znowu zapowiedział, że węgla ma tylko na miesiąc i za 2 dni przestaje opalać. Tymczasem dziś przywieźli węgiel i pali się na potęgę. Już chyba wielkich mrozów nie będzie, już strach zimowy przeszedł! Ale ile jeszcze innych zostało! Niepokój, głód, bomby… Z rana -3°.
11/II
Znowu 0°. Wiosennie.
12/II
Pogoda wisielcza, deszcz, wiatr. Za oknem coś stuka, szura, trzaska, prawdopodobnie gałęzie, z wielkim hałasem przejeżdża tramwaj. Jest 11-ta wieczorem. Kto jedzie teraz?
13/II
Zrobiła się straszna zawierucha śnieżna, a potem ślicznie słonecznie. Od dziś można tylko do 7-mej chodzić po ulicy.

22/II
Śpię dorywczo, kiedy się da. W dzień, o 9-tej wiecz., potem wstaję o 11-tej, lub koło 1-szej, siedzę do 2-giej it.p., a to wszystko z obawy przed nalotami. Żyje się tylko nadzieją, że ta wojna już prędko się skończy, bo już naprawdę trudno wytrzymać. Zapasy nasze kończą się, pieniędzy nie mamy. Wszystko drożeje, słonina i masło na rynku 200 zł., mąka biała – 36, bochenek kartkowego chleba 17 zł. Jak żyć? Jednak jak się daje obserwować na ulicy – ludzie lepiej wyglądają niż pierwszych lat wojny. Przyzwyczaili się do braków, niewygód, przystosowali się do ciężkich warunków, zahartowali się w twardej walce o byt. …

1944

10/I
Kazik był dwa razy dziś rewidowany na ulicy z podnoszeniem rąk do góry. Wrócił zadowolony i uszczęśliwiony, mówił, że było przyjemnie. Wszystko jest dobre, co się dobrze kończy… Wieczorem przyszła Bożenka, kręcili z Kazikiem patefon, tańczyli.
23/I
Pojechałam do Anina. Zupełnie przedwiośnie. Jeziora i błota, ale na chodnikach już sucho.
24/I
Chlebny bochen rozmoczyliśmy z wodzie i obsuszyliśmy w piecu. Zmiękł i jest zdatny do jedzenia.
26/I
Ślaski przyniósł dziś Julci śliczny liliowy krokusik w złotym koszyczku z białymi wstążkami. Szaleństwo! Ten człowiek chyba z głodu umrze. Przecież to kosztuje bardzo wiele teraz. Z 50 złotych!

30/I
Jeździłam do Polci. Utraktowała mnie wspaniałymi naleśnikami z mięsem, przesiąkniętymi tłuszczem i z chrupiącą skórką. Pomagałam jej robić ciastka, których sporo dała mi do domu, a także mąki.
31/I
Przed kilku laty klęczałam przed srebrną trumną, zawierającą szczątki św. Andrzeja Boboli w kaplicy jezuickiej przy ul. Rakowieckiej. Całą swą duszą prosiłam Męczennika o łaskę odwrócenia od Julci marnego losu, który miał przypaść jej w udziale. Jarzyły się świece… Mgiełka kadzidlana i świeże tchnienie kwiatów unosiły się w powietrzu. Pomyślałam, że żądam może nieopatrznie, więc się ukorzyłam „Boże, nie moja, lecz Twoja niech się stanie Wola, zrób tak, jak będzie lepiej dla Julci” (chodziło prawdopodobnie o kolejnego adoratora córki Julii, i zatroskanie o nią autorki, przyp. mój AR)
… Patrz z Twych odwiecznej przybytków światłości
Nam serce w bólu, we łzach oko tonie…
W naszym ucisku, niedoli, potrzebie,
Bądź nam Bobolo opiekunem w niebie…
Ten żółty sznureczek leżał przez chwilę na trumience św. Boboli i był poświęcony razem z medalikami.
3/II
-3° R. Noc upłynęła przed pełnią księżycową, do 12-tej było jasno jak w dzień, potem się zachmurzyło i dopiero nad ranem znów wylazł księżyc. Położyłam się spać o 2-giej, a wstałam o wpół do 5-tej. Takie niedosypianie dawniej było by nie do pomyślenia, jedną nieprzespaną noc odsypiałam w ciągu tygodnia. Do wszystkiego człowiek może się przyzwyczaić. …
20/II
-7° mrozu (R). Księżyc wschodzi już małym rąbkiem nad ranem, świeci jaskrawie. Odniosłam Baniewiczowej fartuch. W domu zmartwienie – nie ma skwarek do kartofli, Piotrowska jeszcze dotąd nie wróciła ze słoniną. Odwijamy paczkę, którą mi dała Baniewiczowa i o radości! W niej – 70 dk. słoniny! Kakuszki i kilka kawałków smacznego ciasta. Julcia w czasie mojej nieobecności przyjmowała Lunię i Gawła. W domu nic oprócz chleba i sera nie było. Gaweł skoczył i przyniósł wódkę, 5 dkg boczku i herbatników.
21/II
Wiatr zmienia kierunek wyraźnie na zachodni. Mglisto, koło -5° R, niebo brudno-szare z odcieniem żółtym. Prawie cicho.
23/II
Gdzieś, kiedyś wyczytałam, że ucieczką od teraźniejszości są wspomnienia przeszłości, praca i… miłość. To prawda. Ludzie intensywniej pracują, intensywniej się kochają (aż dziw ile ślubów i ile się rodzi dzieci, jak gdyby przyroda starała się uzupełnić potworne straty tej wojny) a my starzy oprócz pracy dajemy się unosić od rzeczywistości wspomnieniom, które napastują nas na każdym kroku…
24/II
Mieliśmy stracha. Dobrze, że wszyscy byli w domu. O 3-ej w dzień alarm. Dzień pochmurny. Wszyscy zeszli do schronu. Trwało do 4-ej.
25/II
W nocy alarm od 1-szej do 3-ciej. Jest to męczące.
26/II
Umarła ciocia Misia. Koniec udręki dla Niej samej i dla otaczających. Człowiek powinien umierać, gdy już nic z siebie dać nie może, a coraz więcej potrzebuje starań i pielęgnacji od innych, gdy staje się ciężarem dla swoich bliskich, a tym bardziej dla obcych. Ciociu Misiu, jesteś już wolna. Nic już nie zamąci Twego spokoju, odpoczywasz po swojem ciężkim, bezradosnym życiu. Wciąż szukałaś serca, które by zgodnie biło z Twojem… nie znalazłaś.
27/II
Wieczorem były jakieś ćwiczenia naboi ostrych. Latały czerwone kule rozrywające się w powietrzu. Były wstrząsy i huki, aż szyby drżały. W ogóle co dzień słyszymy wybuchy mniej lub więcej silne, to rozwalają domy w ghetto.
_________________________________
* syn Kazimierz (1922-1944)
** córka Julia (1915-1970)
*** Stanisław Tyszkiewicz, kuzyn Hrebnickich https://pl.wikipedia.org/wiki/Stanisław_Tyszkiewicz
*** Tadeusz Bocheński (1901-1958) – polski geolog i paleontolog, profesor Akademii Górniczo-Hutniczej.

Ukradziona wiosna

Kolejny piękny wiosenny cytat literacki:

Zima była tak ciężka i długa, że miłościwy Błystek, król Krasnoludków, przymarzł do swojego tronu. Siwa jego broda uczyniła się srebrną od szronu, u brody wisiały lodowe sople, brwi najeżone okiścią stały się groźne i srogie; w koronie, zamiast pereł, iskrzyły się krople zamarzniętej rosy, a para oddechu osiadała śniegiem na kryształowych ścianach jego skalnej groty. Wierni poddani króla, żwawe Krasnoludki, otulali się, jak mogli, w swoje czerwone opończe i w wielkie kaptury. Wielu z nich sporządziło sobie szuby i spencery z mchów brunatnych i zielonych, uzbieranych w boru jeszcze na jesieni, z szyszek, z huby drzewnej, z wiewiórczych puchów, a nawet z piórek, które pogubiły ptaszki lecące za morze.

Ale król Błystek nie mógł się odziewać tak ubogo i tak pospolicie. On zimą i latem musiał nosić purpurową szatę, która, od wieków służąc królom Krasnoludków, dobrze już była wytarta i wiatr przez nią świstał. Nigdy też, za nowych swoich czasów nawet, bardzo ciepłą szata owa nie była, ile że z przędzy tych czerwonych pajączków, co to wiosną po grzędach się snują, utkana, miała zaledwie grubość makowego listka.

Drżało więc królisko srodze, raz w raz chuchając w ręce, które mu tak zgrabiały, że już i berła utrzymać w nich nie mógł.

W kryształowym pałacu, wiadomo, ognia palić nie można. Jakże? Jeszcze by wszystko potrzaskało: posadzki i mury.

Grzał się tedy król Błystek przy blasku złota i srebra, przy płomieniach brylantów, wielkich jak skowrończe jaja, przy tęczach, które promyk dziennego światła zapalał w kryształowych ścianach tronowej sali, przy iskrach lecących z długich mieczów, którymi wywijały dzielne Krasnoludki, tak z wrodzonego męstwa, jak i dla rozgrzewki. Ciepła wszakże z tego wszystkiego było bardzo mało, tak mało, że biedny stary król szczękał zębami, jakie mu jeszcze pozostały, z największą niecierpliwością oczekując wiosny.

– Żagiewko – mówił do jednego z dworzan – sługo wierny! Wyjrzyj na świat, czy nie idzie wiosna. A Żagiewka kornie odpowiedział:
– Królu, panie! Nie czas na mnie, póki się pokrzywy pod chłopskim płotem nie zaczną zielenić. A do tego jeszcze daleko!…
Pokiwał król głową, a po chwili znów skinie i rzecze:
– Sikorek! A może ty wyjrzysz?
Ale Sikorkowi nie chciało się na mróz wystawiać nosa. Rzeknie tedy:
– Królu, panie! Nie pora na mnie, aż pliszka ćwierkać zacznie. A do tego jeszcze daleko!…
Pomilczał król nieco, ale iż mu zimno dokuczało srodze, skinie znów i rzecze:
– Biedronek, sługo mój! A ty byś nie wyjrzał?
Wszakże i Biedronkowi niepilno było na mróz i zawieję. I on się kłaniał i wymawiał:
– Królu, panie! Nie pora na mnie, aż się pod zeschłym listkiem śpiąca muszka zbudzi. A do tego jeszcze daleko!…

Król spuścił brodę na piersi i westchnął, a z westchnienia tego naszła taka mgła śnieżna, że przez chwilę w grocie nic widać nie było. Tak przeszedł tydzień, przeszły dwa tygodnie, aż pewnego ranka jasno się jakoś zrobiło, a z lodowych soplów na królewskiej brodzie jęła kapać woda. We włosach też śnieg tajać począł, a okiść szronowa opadła z brwi królewskich i zmarzłe kropelki u wąsów wiszące spłynęły niby łzy. Zaraz też i szron ze ścian opadać zaczął, lód pękał na nich z wielkim hukiem, jak kiedy Wisła puszcza, a w komnacie zrobiła się taka wilgoć, że wszyscy dworzanie wraz z królem kichali jakby z moździerzy.

A trzeba wiedzieć, że Krasnoludki mają nosy nie lada. Sam to naród nieduży: jak Krasnoludek but chłopski obaczy, staje, otwiera gębę i dziwuje się, bo myśli, że ratusz. A jak w kojec wlezie, pyta: „Co za miasto takie i którędy tu do rogatek?” A wpadnie w kufel kwarciany, to wrzeszczy: „Rety! Bo się w studni topię!”

Taki to drobiazg!

Ale nosy mają na urząd, że i organiście lepszego do tabaki nie trzeba. Kichają tedy wszyscy, aż się ziemia trzęsie, życząc sobie i królowi zdrowia. Wtem chłop po drwa do boru jedzie. Słysząc owo kichanie, mówi:
– Oho, grzmi! Skręciła zima karku! – bo myślał, że to grzmot wiosenny.
Zaraz konia przed karczmę zawrócił, żeby grosza na drzewo nie utrącać, i przesiedział tam do wieczora, rachując i rozmyślając, co kiedy robić ma, żeby mu czasu na wszystko starczyło.

Tymczasem odwilż trwała szczęśliwie. Już około południa wszystkim Krasnoludkom poodmarzały wąsy. Zaczęli tedy radzić, kogo by na ziemię wysłać, żeby się przekonał, czy jest już wiosna. Aż król Błystek stuknął o ziemię berłem szczerozłotym i rzekł:
– Nasz uczony kronikarz Koszałek-Opałek pójdzie obaczyć, czy już wiosna przyszła.
– Mądre królewskie słowo! – zakrzyknęły Krasnoludki i wszystkie oczy obróciły się na uczonego Koszałka-Opałka.
Ten, jak zwykle, siedział nad ogromną księgą, w której opisywał wszystko, co się od najdawniejszych czasów zdarzyło w państwie Krasnoludków, skąd się wzięli i jakich mieli królów, jakie prowadzili wojny i jak im się w nich wiodło.

(…)

Szedł wesół i raźny, poglądając spod ciemnego kaptura po chłopskich pólkach, po łąkach, po gajach. A już ruń dobywała się i parła gwałtownie nad ziemię; już trawki młode puszczały się na wilgotnych dołkach, już nad wezbraną strugą czerwieniały pręty wikliny, a w cichym, mglistym powietrzu słychać było kruczenie żurawi, wysoko gdzieś, wysoko lecących. Każdy inny Krasnoludek poznałby po tych znakach, że wiosna już blisko, ale Koszałek-Opałek tak był od młodości pogrążony w księgach, że poza nimi nic nie widział w świecie i na niczym nie rozumiał się zgoła. Wszakże i on miał w sercu taką dziwną radość, taką rześkość, że nagle zaczął wywijać swoim wielkim piórem i śpiewać znaną starą piosenkę:

Precz, precz od nas smutek wszelki,
Zapal fajki, staw butelki!

Zaledwie jednak był w połowie zwrotki, kiedy posłyszał ćwierkanie gromady wróbli na chruścianym, grodzącym pólko płocie; urwał tedy piosenkę swą natychmiast, aby się z tą gawiedzią nie bratać, i namarszczywszy czoło, szedł z wielką powagą, iżby ona hołota wiedziała, że mężem uczonym będąc, z wróblami kompanii nie trzyma.

(…)

Owionęła Koszałka-Opałka woń mchów wilgotnych i świeżo wyklutej trawy, więc czując, że mu się w głowie kręci, siadł na zeszłorocznej szyszce i wypoczywał chwilę przed dalszą podróżą (…)

Kiedy tak uczony Koszałek-Opałek na szyszce siedzi, spojrzy – idzie chłop. Siekiera na ramieniu, półkożuszek na grzbiecie, łapcie, czapka magierka, torba parciana na sznurku, ot, drwal taki. Do boru idzie, po niebie się rozgląda, wesoło mu – widać – bo gwiżdże.

Myśli Koszałek:
„A choćbym tak tego chłopa spytał, czy już wiosna przyszła?”
Ale się nadął wielką pychą ze swojej mądrości i rzecze sam do siebie:
– Nie przystoi to uczonemu mężowi od chłopa rozumu pożyczać.

(…)

Tu zaczął po długim nosie palcem trzeć i myśleć. Naraz uderzył się w czoło i rzekł:
– Jakoż mam wiedzieć, czy wiosna przyszła, czy nie przyszła, kiedym jej drogi przez świat nie przemierzył!

I zaraz pilnie rozglądać się zaczął, z czego by sobie kulę ziemską mógł uczynić i drogę wiosny na niej przemierzyć.

Z nagła spojrzy w bok, aż tu idzie jeż ścieżyną: kolce nastawił, pyszczek wysunął, niesie jabłko. Ucieszył się bardzo Koszałek-Opałek i grzecznie jeża powitawszy, o to jabłko prosił. Jeż się zląkł, co za mały człowieczek taki, a że sumienie miał nieczyste, bo to jabłko jednej gospodyni we wsi porwał nocą i do swojej jamki niósł, więc co prędzej uciekał, a zwinąwszy się w kłębek, jak piłka z górki się stoczył.

(…)

– Ale to głupie zwierzę! – rzekł do siebie Koszałek-Opałek. – Uciekł mi razem z taką piękną ziemią. Co ja teraz zrobię? Ha, trzeba postarać się o inną kulę ziemską. Szedł więc znowu, skacząc przez kamienie i rowy. Niebawem znalazł bryłkę wapna, gałkę z niej ukręcił, wydźwignął ją na pobliską górkę i ździebełkiem igliwia opadłego z jodły zaczął po gałce owej rysować lądy, morza, góry, rzeki, aż narysował, het precz, świat cały i nałożywszy na nos wielkie okulary, dróg wiosny na nim szukał.

Ale już z górki mgła spadła w dolinę, chwilę majaczyła nad nią niby biała chusta, powlokła ścianę leśną modrym, lekuchnym oparem, aż rozeszła się wreszcie po jarach, a łąki i pola, gaje i dąbrowy stanęły widne w złotym świetle słońca.

Jan Marcin Szancer

A wtedy od południowego stoku wzgórza wyszła piękna dziewica trzymając ręce wzniesione nad ziemią i błogosławiące. Bosa szła, a spod jej stóp błyskały bratki i stokrocie. Cicha szła, a dokoła niej dźwięczały pieśni ptasze i trzepoty skrzydeł; ciemna była na twarzy, jak ciemną jest świeżo zaorana ziemia, a gdzie przeszła, budziły się tęcze i kolory; oczy spuszczone miała, a spod jej rzęsów biły modre blaski.

To była wiosna.

Szła tak blisko Koszałka-Opałka, że go trąciła jej lniana szatka, ciepłym tchem wiatru owionęła, i tuż przy nim zapachniały fiołki, przytulone równianką do jej jasnych włosów. Ale uczony kronikarz tak był zajęty obliczaniem: jak, kiedy i którędy wiosna ma przybyć na świat – że zgoła jej przyjścia nie widział. Pociągnął tylko długim nosem woń słodką, ulotną i pochylony nad swą wielką księgą, pilnie zapisywał to wszystko, co mu z rachunku wypadło.

Z rachunku wypadło mu to, że wiosna wcale na świat już nie przyjdzie. Że drogę zgubiła, za morzeni została i do tej krainy nie trafi. Wypadało mu z rachunku, że skowronki i słowiki śpiewać nie będą, bo całkiem zachrypły, że krakanie wron będzie odtąd jedyną pieśnią na świecie, że wszystkie nasionka kwiatów wicher uniósł w niezmierzone przepaście, że nie zakwitnie ani róża, ani lilia, ani jabłoń polna. Wypadło mu i to także z rachunku, że zorza zgasła, że słońce na nic sczerniało, że dni zamienią się w noce, a pola, zamiast traw i zbóż, pokryją wieczne śniegi.

(…) Wskroś zachodniej zorzy zaczęły przyświecać gwiazdy, woń kwiatów biła z pól i łąk, piękna dziewica dochodziła już do skraju lasu, a pod jej stopką bosą zakwitła pierwsza konwalia.

O krasnoludkach i sierotce Marysi, Maria Konopnicka

A na zakończenie, ni przypiął ni przyłatał, bo nijak się ma do sierotki i krasnoludków, mój ukochany obraz wiosenny. I niech mi nikt nie zarzuca, że kicz!  Sama wiem, że jak coś aż tak zapiera dech w piersi i tak by się to chciało mieć na zawsze, to ani chybi kicz.


Leon Wyczółkowski, Wiosna w Gościeradzu. Muzeum w Bydgoszczy

W dalszym ciągu wiosna

Wczoraj zaczęłam opowieściami o wiośnie, cytatami… Dziś najwspanialsza opowieść w literaturze polskiej o tym, jak nadchodzi wiosna. I w tym wypadku kalendarzowy czas opowieści jest późniejszy, ale książka opisuje Polesie sto lat temu, a ja komponuję ten wpis w Berlinie, daleko i w czasie globalnego ocieplenia. Co u nich było w marcu, u nas się jawi pod koniec stycznia. W tym roku w Berlinie tak właśnie było – w zeszłym tygodniu leżał jeszcze śnieg, a dziś już “wychyna trawa” i kwitną przebiśniegi.

Było ich wtedy trzech.
Najstarszy, za wodza i kierownika obrany, był przemyślny, uparcie w postanowieniu zawzięty, w wykonaniu zamiaru prędki, naukowo z przyrodą zżyty i obeznany.
Ziemi szmat posiadał, a wśród tej ziemi bagna i lasy, leniwymi rzeczułkami, jak siatką, porżnięte, od ludzkich dróg dalekie, dla ludzkiej chciwości niełakome.
Tam, w głębi tych tajni, ukryta jak gniazdo, powstała pewnej wiosny chata samotna. Jakiś czas bielał gontowy dach i trzaski i czerniały koleiny wozów, co z dala przywiozły materiał, po roku wszelki ślad osady zasnuła zieleń traw i mchy.
Dzikie wino i róże pokryły ściany, chata się stopiła, wrosła w okalający ją szczelnie las.
Nazywali ją leśni ludzie swoim wyrajem.
Wódz przez życie potracił swych bliskich i żadnej rodziny nie posiadał. Dom natomiast był pełen bożych domowników, nad nimi rząd i opiekę trzymał towarzysz jego, druh, którego sobie wychował i w swym duchu urobił. W swoistej gwarze leśnej wódz miał przydomek Rosomaka, ten drugi został nazwany Panterą.
Najmłodszy z trzech, cały złożony ze stalowych muskułów, chybki, zwinny, miał też swej imienniczki drapieżność i dzikość. Znał naturę ze współżycia z nią, rozumiał bór i wodę, i pole, i duszę miał na wskroś leśną.
A potem do tych dwóch stowarzyszył się trzeci, którego Żurawiem nazywano. Ten uchował w życiu najczystszą duszę. Był uosobieniem dobroci, łagodności i wewnętrznej słonecznej pogody. Cieszył się leśnym życiem, jak się młodość tylko radować może. Marzyciel to był, zawsze trochę roztargniony, rad się śmiejący, pracowity za wszystkich, a zdrowia i wytrzymałości żelaznej.
I byli ci trzej, siebie wzajem dopełniając, stałymi letnimi osadnikami głuszy, twórcami tego pierwotnego bytowania, stanowili jedno z puszczą, żyli w niej jak wszelkie stworzenie, co do niej ściągało z wiosną na wyraj, odlatywało jesienią.
Zimą zamknięta na głucho, z końcem lata zasypiała chata. Osypywały dach żółte liście, potem śnieg, niknęły ścieżki letnie, a za to zwierz swoje po śniegu rysował.
Sikory nocowały pod dachem, wiewiórki po skrzynkach gniazdowych, zające żywiły się na żarnowcu, w szczeliny podwalin, na sen zimowy, wciskały się węże, na zmarzłe jagody winne i głogi przylatywały gile, a niekiedy podsuwały się do ogrodzenia sarny i skubały uschłe łodygi letnich kwiatów, które Żuraw wypielęgnował.
A daleko, wśród ludzkiego mrowia, leśni ludzie o tej chacie swojej marzyli tęskniący i myślą byli z sikorami, gilami i z całą tą rzeszą swych letnich współtowarzyszy.
I czekali wiosny.

PRZEDWIOŚNIE

Rosomak i Żuraw zimowali w mieście, na straży leśnego raju został Pantera. Wieści zamieniano rzadko – i ptaki zimą nie śpiewają, a tylko czasem witają się i żegnają krótkim a wymownym hasłem zimowym “cierp, cierp, cierp”. Więc gdy w końcu lutego ujrzał Rosomak kopertę z patykowatym pismem druha, rzekł tylko: – Będzie wczesna wiosna, musiały przybyć skowronki, kiedy się Pantera odzywa.
Otworzyli chciwie list i czytali razem dla pośpiechu, oczy im błyszczą uciechą:
Wodzowi i druhowi pozdrowienie leśne. Donoszę wam, że wczoraj obudził się ze snu nasz domownik Tupcio. Zasnął tak gruby, że ledwie się w bucie zmieścił, a wczoraj wyszedł tak szczupły, że cholewa mu była jak korytarz. Wgramolił mi się zaraz na kolana i pokłuł na powitanie, jąkając: jeść! Pożarł mnóstwo sera i mleka, od razu rozpęczniał, a dziś, gdy to piszę, gania po całym domu, czyniąc nocną policję na myszy. Ma się tedy ku wiośnie. Ale Kuba twierdzi znowu inaczej.
Kuba w październiku zrobił na piecu gniazdo. Zaciągnął tam parę ścierek, moje cieple rękawice, czepek Drozdowej, dużo waty z gościnnej kołdry, na wierzch przywlókł parę gałęzi z oleandrów, a gdy szopa była pod sufit, wsunął się do środka, wejście zasunął i chrapnął. Onegdaj też wyjrzał. Temu sen służy. Szubę ma popielatą, lśniącą, kitę jak strusi pióropusz, na uszach pędzle zawadiackie. Wylazł, przeciągnął się, chlapnął wody, zagryzł orzechem i wyskoczył do ogrodu. Mało wiele bawił, wrócił zły, szubę zmoczył, nogi obłocił, pączki wypluł.
Powiada, że gorzkie, bez żadnego wigoru, i że najlepiej jeszcze spać, a dobre przyjść musi. Powiedział mi to z pieca, otwór chałupy zasunął i tyłem go oglądał.
Bogatka, co u nas też zimuje i ćwiczy mole po całych dniach, zaczęła się jednak na swobodę napierać. Ano, dobrze: otworzyłem okno – poszła, jak na wesele, z wyrwasem. Obiera robactwo z klonu pod oknem i ćwierka do mnie: już czas, już czas.
I komu z nich wierzyć, boć i skowronki są – a jakże! Poszedłem z nimi się przywitać aż daleko w pole.
Po zapadach śnieg leży, lód trzyma, a po haliznach goły i czernieją stare kretowiska. Wicher jak mięta: niby zimny, a smali, skowrończy gwar już posiadł nasz łan aż do jesieni.
A o innych wędrownikach takie wieści. Zapadły na nocleg w zeszły piątek pierwsze gęgawy i gomon wielki podniosły, poszedłem też posłuchać, jakież zza morza wieści prawią. Czysta, echowa była noc, ale jeszcze mroźna, brzegi zalewów lodem się ścięły i tak trwał on aż do południa. Co noc na sad nasz czarny opadają rzesze podróżnych ptasząt. Spadną, mało co mówią, o świcie ruszają dalej, to nie te, co z nami lato spędzą. Ruszyły dopiero te pułki, co dalej na północ mają przeznaczenie.
Kuropatw trzy pary mam na górce, znalazłem w sidłach chłopaczych na śniegu, i te mnie co rano pytają, ile jeszcze niewoli. Rajcują o tym wróble, zmówiny już między nimi, jak w zapust. Te już się klną, że wiosna tuż.
Pszczoły – jak Kuba! Zastukałem do jednych, pytam: matko, czy wiosna? Zaburczały sennie: cyt, cyt- matka śpi. I komu wierzyć, i jak tu wytrzymać!
Nie wiosna to i nie zima-jędza. Nie pochód to hetmański raju, ale już przednie wici rozesłane: “sposobić się czas”.
Więc się kto gorętszy sposobi. Leszczyna kutasiki karminowe jeszcze od chłodu otula, ale kotki już puściła na wicher: w wodach lodowatych na dnie widać pęczniejące kaczeńce, pod liśćmi w gaju można wyszukać zawilce. Wszystko gotowe czeka i gdy ucho do ziemi przyłożysz, słychać, że coś grać zaczyna, aż człowiek dorozumieć się nie może: ziemia li gra czy jego własna krew -jedno! Żyć, żyć, żyć!
Gdy wszystko w jeden glos tak krzyknie, zawołam do was: bywajcie! Tymczasem sposobię chodaki, konopacę czółno, kosze i więcierze narządzam i czekam drżąc z ochoty.
Tyle było listu. Rosomak go raz jeszcze przejrzał. – Dżdżownice nie ruszyły – rzekł. – Jędza jeszcze wróci.
Westchnęli obaj. Tęsknica skręciła ich serca i Żuraw dodał: – Zaleciało barwą, wonią, smakiem, muzyką, aż boli – tak tęskno! Wymknijmy się choć za rogatki, posłuchajmy, popatrzmy, wichru się napijmy! – Choć z wizytą do swoich! – potwierdził Rosomak. – Bo czekać nam jeszcze długo. Do przesilenia i dalej – cale dziewięć niedziel!

Dlaczego-jest-niezwykła-1140x344 bramasciborki

PRZESILENIE

W marcu jędza-zima bezczelna wściekła wstała jeszcze raz do boju. Całe hufce żegnała, szare pułki chmur, watahy wichrów północnych i cisnęła tę armię na pęczniejące drzewa, na wyzierające źdźbła, na rzesze ptasze, co jej urągały weselną pieśnią.
Na poczynające życie z chmur tych, przy rechotaniu wichru, poczęły się walić śniegowe zwały jak gzło śmiertelne.
Słońce, jak widmo, stało za tą czeredą chmur, cierpliwe w poczuciu swej siły i pewne triumfu. Jak mocarz wszechpotężny, dawało wrogowi folgę pozorną – niech wszystkie siły w bój wprowadzi, napaścią się wyczerpie – by potem swą światłowładczą potęgą błysnęło i zwyciężyło. (…)
Gorzej tym w lesie, jeśli struga wezbrała i pożywienia im dostarczyć nie można. Byle, na dobitkę niedoli, jędza mrozu nie wywlokła sobie w sukurs. Drzewa wiosennej krwi są pełne, gałęzie nabrzmiałe, bolące, gdy tknąć. Trzeba ratować.
Puścili się we dwóch za rogatki, trafili na zagajnik śniegiem zawalony, jęli otrząsać biały całun.
Rozpoznali drzewiny i mówili do nich jak do serdecznych przyjaciół. – Korale wyhoduj, jarzębiu smukły! Śmigaj, brzózko srebrna! Ostrożnie się odginaj, kloniku, boś kruchy. Za ciężka nawet tobie szuba, świerczku, zuchu zimowy.
Odginały się z ulgą gałęzie, a oni się śmiali, zgrzani, rozradowani, upojeni mroźnym marcowym powietrzem.
Zmierzch dopiero spędził ich od roboty, a w nocy stało się, co powiedział Rosomak. Mróz-kat pięść z kleszczami ścisnął.
Jęknęły lasy z bólu rwanych tkanek, na całun śmiertelny padały ich członki – jędza cieszyła się zgubą młodego życia. – I po co to? – szepnął Żuraw. – Prawo! – odparł Rosomak. – Nad nasze zrozumienie. Prawo! Ale to nie zguba! Bywa twarde i potężne, gdy niszczy, i takie potężne, gdy tworzy. Ale to nie zguba! Zguba – to mała, nikła istota, bez gromu, wichru, nijakiej widocznej mocy, bez kłów i pazurów, jak robak, goła. Kędy ta zguba przejdzie, tam nie ostatnie ni puszcza leśna, ni zwierz potężny, ni ptak najśmiglejszy, ni żadnego stworzenia schron. Zostaje tylko on!
Trzy dni mróz katował ziemię, trzy noce wichry się szamotały, za bary się wodząc i zmagając, w tumanach śnieżnego kurzu, z wyciem, poświstem, warczeniem, jękiem, aż pewnego ranka na nowiu miesiąca z południa jakby fala runęła powietrzna: hetmański hufiec wiosenny.
Jak chmara nikczemna, pierzchły przed nią tumany śnieżne i na błękit promienny wstąpiło na swój majestat zwycięskie słońce. Fala powietrzna niosła ze sobą jego moc krzepką, żywą, moc zdrowia i zaroiło się na ziemi, zatętniało, zawoniało, zagrało – jeden hymn odrodzenia. Do leśnych ludzi przyszła wieść od Pantery krótka jak okrzyk zdyszanego gońca: “Las ożył – woła, gra! Bywajcie!” Zerwali się, zbierali gorączkowo, ogarnięci jakimś szałem, potrzebą, musem, żądzą swych dusz, jak ptaki wędrowne.
Wołało coś w nich, wszystko inne głusząc: – Na byt swój, na byt swój! Na wyraj, na wyraj, na wyraj!

NA WYRAJ

Przed domem Rosomaka rankiem panował ruch i rozhowory. Ranek był kwietniowy, pogodny, słoneczny, wilgły od deszczu, co przeszedł z wieczora. Przeszedł, cuda tworząc. Rozkleił lepkie obsłony liści, zmył z traw resztę pleśni, roztworzył oczy białych zawilców i fiołków, wywalił z wody złoto kaczeńców, obmył i w kwiat wyczarował kocanki łóz i wierzb.
W ciszy nocnej szmerem kropel budził, na gody namawiał, a gdy słońce wstało, ziemia ku niemu wystąpiła już strojna, wonna, barwna i rozśpiewana. Pod gankiem stał długi wóz drabiniasty i ładowano go przemyślnie wszystkim, co w bytowaniu letnim było lub mogło być potrzebne.
Żuraw pakował żywność, odzież, zielniki swe, podręczną apteczkę, Pantera prowiant zwierząt- towarzyszy, sieci, więcierze, kosze, chodaki, narzędzia rzemieślnicze, Rosomak jakieś swoje specjalne skrzyneczki, tyczki, puzderka, książki – cały balast do badań przyrodniczych, a każdy tak był pochłonięty pracą, że ino się snuli z domu do wozu, jak pszczoły, ładując i ładując. Wóz stawał się kopiasty. – Teraz już tylko towarzyszów! – rzekł Rosomak, zlustrowawszy wóz. – Jeżeliście zapomnieli, cierpcie! – Pewnie, że ja coś zapomniałem! – troskał się Żuraw stękając.
Teraz przez wrota od folwarku wkroczyła karmicielka leśnych ludzi, latująca z nimi co roku w puszczy, gniado-srokata Hatora. Chuda jeszcze była po ciężkiej zimie, z sierścią nastroszoną i bez blasku.
Znało bydlątko, co znaczy to ładowanie.
Podeszła do Pantery, obwąchała ludzkie ręce, dostała chleba z solą, obejrzała wóz, skubnęła siana, spenetrowała, czy czuć na dnie kartofle i osypkę, wytarła szyję o luśnie i stanęła, żując powoli, łagodnymi oczami śledziła ruchy ludzkie. – Hatora, chcesz “bamboły”? – zagadnął Pantera, wynosząc z domu blaszaną krowią klekotkę na rzemieniu.
Hatora przecząco poruszyła uszami i odwróciła niechętnie swą rogatą głowę. – Nie! – Hatora nie lubiła “bamboły”.
Przed paru laty, gdy ją ustrojono w to straszydło, bezustannie gadające, oszalała z trwogi i wstrętu, umęczyła się okropnie, starając się pozbyć, zedrzeć ze siebie po gąszczach obmierzłego stracha.
Nawet w rozdrażnieniu i dzikim buncie popełniła czyn zbrodniczy, rzuciła się z rogami na Panterę, rycząc ponuro: mord, mord. Ale to było dawno, w samych początkach jej leśnej służby. Potem Hatora zrozumiała, że nałożenie “bamboły” oznaczało rozkoszny żywot w puszczy, w obfitości pastwisk, wody – w nieograniczonej swobodzie.
Nie było pastucha i jego bata, nie było psów ani łańcuchów w dusznej oborze, ani zdradliwych rogów zawistnych towarzyszek. Bo Hatora przez te lata straciła instynkt stadny i skierowana przed dom, najkrótszym nawet pomrukiem nie pożegnała zimowej kompanii. Bez zapału, ale i bez protestu pozwoliła sobie nałożyć naszyjnik.
– Pantero, zaprzęgaj Łataną Skórę. Idę po domową czeladź. Zabierz klatkę z ptakami! – komenderował Rosomak wchodząc do domu. Żuraw lokował właśnie na wóz kosz okryty krasno przetkaną serwetą. Pantera i Hatora zawęszyli z lubością. Pachniał świeży razowiec. – Wódz tak goni, że i śniadanie się wściekło – rzekł Pantera. – Nie wytrzymam, tak pachnie – sięgnął po nóż za pas, odchylił płótno, bochen jeden krzyżem przeżegnał i spory glon odkroił. Przełamał i z lubością obydwaj jedli. Wilgotny pysk Hatory wsunął się także do spółki. – Aha, wódz kazał zaprzęgać – przypomniał sobie Pantera, ruszając do stajni.
Po chwili wyszła na słoneczne podwórze klacz srokata, stąpając z rozwagą i ostrożnością. Pociągnęła Panterę do studni, napiła się do syta, a potem nie kierowana poszła ku wozowi.
Spróbowała smaku siana, poszukała na dnie worka z obrokiem, parsknęła, ziewnęła, przeciągnęła się i z rezygnacją podała głowę do chomąta. – Nie zezuj na ładunek – rzekł Pantera. – Wiemy, żeś źrebna, w błocie i piachu pójdziemy piechotą. Zachodź w hołoble! – Przyciągnął rzemienie, zaprzągł i stał w gotowości do jazdy, pojadając chleb na spółkę z bydlątkami. – Powiedz, Żurawiu, wodzowi, że gotowe, szmat drogi, ledwie zdążymy na odwieczerzę.
(…)
– Gotowe! – wetknął głowę przez drzwi Żuraw. – zabierz jeszcze skrzypce i ruszajmy. – Na wyraj, jazda! – zakomenderował Rosomak, siadając sam byle jak, z nogami poza drabinę.
Uczepił się wśród tobołków Żuraw, przysiadł na drążku Pantera-woźnica, parsknęła ochoczo klacz, zabomboliła Hatora i tabor ruszył.
Wyjechali za wrota, na drogę polną, wyboistą i błotnistą, spojrzeli w dal, na siniejącą linię borów, objął ich dech szerokiej przestrzeni, rozprężył płuca, barwą się wybił na lica, zapalił ogniem radości stęsknione źrenice. – Hejnał, wodzu! – upomniał się Pantera.
A Rosomak ziemi, błękitom borów i pól rzucił:

Czas ci już wstać, czas ci już iść,
Retmanko polnych rot!
Oto ci na hełm borowy liść,
Oto ci w rękę rozmaju kiść,
Oto twój złoty grot!
Powiedziesz ty, powiedziesz nas
Na ten słoneczny szlak,
Gdzie kwitnąć sercom i pieśniom czas,
Gdzie szumu czeka uśpiony las,
Gdzie czeka lotu ptak!
Powiedziesz ty, powiedziesz świat
W zwycięski pochód twój,
Gdzie z prochów świeży wykwita kwiat,
Gdzie brzask wybucha zza nocy krat,
Gdzie stoczysz życia bój!

baner_rodziewiczonwaOSIEDLE

Mijali łany orne i siewne, ludzkie osady, rozstaje, łąki od kaczeńców złote i kierowali się wciąż ku borom.
Szlak się czynił coraz niewyraźniejszy, a bory z wąskiej smugi stawały się ciemną ścianą. Aż, jak przednie straże, zabiegły drogę stare sosny na wzgórku, a za nimi szeroką ławą, bez kresu stanął zwarty wał chojarów, podszytych jałowcem i wrzosem. Powitał ich poszum cichy i uroczysty, jakby modlitewny, a niosący kadzidlane wonie żywicy, i wjechali w boży chram boru.
Wszyscy odkryli głowy, spojrzeli w górę, poruszyły się wargi odzewem dusznym owego powitania. Nikt się nie odezwał, słuchali cali w sobie skupieni. Prowadziła klacz. Bez namysłu wybierała jakieś szczeliny wśród drzew, ledwie widoczny ślad, nie wahała się na zawrotach, na wąskich przesmykach wśród mokradeł, odnajdywała jakieś kładki na zdradnych oparach, kołowała, kluczyła, tak pewna swej pamięci, że tak sobie stępa idąc, obrywała to kiść szuwaru, to gałązkę brzozową, to łozowe kocanki i gryzła dla zabawy.
Grunt się obniżał. Jechali przez grobelki, klecone przed wiekami z bierwion dębowych, kędy może kiedyś szły szwedzkie lub kozackie wojska, obrzeżali szmaty torfowisk, wycierali ślad wśród łóz sążnistych, ginęli w chaszczach trzcin i sitowia, słońce mieli w oczy i plecy, na lewo i prawo, a wreszcie szlak był już tylko ich własny, tyle znaczny co ścieżka przez łosia wydeptana.
Aż z gęstwiny błysnęła woda, ruczaj, w długi bród rozlany, ginący dalej w łozach, graniczny ruczaj ich letniego królestwa. – Ot i nasz Tęczowy Most! – rzekł Żuraw. Wszyscy trzej wydali długi, specjalnie swój okrzyk, zwykły akord, którym się rozproszeni na wyprawach zwoływali.
(…)

page2
Ludzie zeskoczyli. Puszczono na wolę Hatorę. Rosomak wziął klatkę z przezimowanymi kuropatwami i koszyk z zającem, który też pod opieką Pantery chował się w domu.
Wypuszczony szarak nie bardzo się kwapił, stanął słupka, zawęszył, słuchy nastawił, obejrzał się na człowieka i powoli pokicał ścieżką wśród wrzosowisk. Kuropatwy, jak szare kulki, pociekły rzędem za nim. – A nie złorzeczcie ludziom, choć wy niebogie zwierzęta-męczenniki! My waszej niedoli niewinni – szepnął Rosomak.
Gdy do wozu wrócił, był sam. Towarzysze, porwani szałem swobody, pognali na piechotę. Rosomak szedł obok pieszo, kierując, by wóz o drzewa nie zaczepiał, ale i on był innym zajęty.
Czytał historię zimy swego kraju.
Tu już znał każde drzewo, każdy kęs ziemi i wszystko witał jak najmilsze towarzystwo. Las, który dlań nie miał tajemnic, opowiadał, pokazywał, chwalił się, skarżył.
Oto sosna ze starym gniazdem rabusia krogulca, a oto druga, co się wygięła i okaleczała, zdeptana kiedyś za młodu, a oto brzoza z ogromną czeczotą i olbrzymia jarzębina, którą nazwali Krasawicą, tyle miewała korali jesienią, i piorunem na pół rozdarty grab, co się po ciosie odmładzał, czerniejąc smugą rozdartego na poły pnia, i oto brzoza, zwalona ciężarem zimowej okiści, i pękata wierzba z dziuplem, w którym już gospodarzyły dzikie pszczoły. I oto olbrzymie mrowisko, już rojne, państwo wielkich, czarnych borowych pracowników, usłane białymi grudkami żywicy i ze śladami zimowego grzebania cietrzewi, a oto wykrot olchowy, pełen dziur , szczelin, przepaści, korzeni, wydartych do połowy z ziemi mocą huraganu, kryjówka wężów i żmij.
Bór gwarzył cichutko, to znów słychać było, jak dyszał potęgą odrodzenia wiosny, a człowiek, zapatrzony, zasłuchany, zatracał się w tej wielkiej potężnej całości i czuł, że te siły ogarniały go, że sam się staje potęgą, że w nim gra, śpiewa, tworzy, rośnie moc przyrody. Za brodem grunt się podnosił. Osiedle leśnych ludzi było jakby wyspą wśród nizin, błot, bagien, porżniętych siatką rzeczułek, porosłych nieprzebytymi chaszczami.
Na wyspie tej, żyznej bajecznie, bujała puszcza w całej sile wzrostu, śmigały ku słońcu brzozy, jak tanecznice smukłe, zielone swe gazy kołysząc, maiły się graby urodziwe, jak parobczaki, parły się jedne przed drugimi do nieba olchy, jesiony, dęby, lipy, jarzębiny, klony, a dołem jak snopy leszczyny, kaliny, czeremchy, kruszyna, aż zupełnie przy ziemi słały się zwały malin i jeżyn. Na polankach wśród boru biało było od zawilców i puszczała się trawa jak tło kobierców, które lato tkać miało. Przeciągły okrzyk towarzyszów zbudził z zachwytu Rosomaka, spojrzał na słońce, z lekka trącił żerującą klacz.
– Do chaty, Łatana Skóro! Nam się też obiad należy.
W lewo, w prawo, pod warkoczami brzóz, przez wieńce i bramy z kwitnącej czeremchy, aż zaczerniał wielki krzyż dębowy z figurą pod daszkiem i roztoczyła się szeroka polana, ścianą boru odcięta, a w jej głębi chata leśnych ludzi.
Ściany złociły się patyną żywicznych bali i jak koronka snuły się po nich pnące róże i wino. Niska, dostatnia, z podniesieniem wygodnym, ale jeszcze po zimowemu zawarta, ubezpieczona okiennicami.
Przed nią był ogródek otoczony płotem, “wirydarzyk Żurawia”, który tam hodował różne leśne kwiaty, starannie uzbierane i przesadzone, i lipa cieniła ją nieco od skwaru południa.
Pantera i Żuraw czekali u furtki i wnet zaczęli raport. – Kos ma gniazdo W winie, przy ścianie, Modraczka mieszka w skrzynce na lipie. Konwalie się wytykają. Żmiję znaleźlim na podsieniu. Jeść się chce!
Małomówny Rosomak wyłożył klacz, zawiesił uprząż na kołku pod dachem i wtedy dopiero wydobył klucz i otworzył chatę. Wionęło na nich chłodem zimowego wnętrza. Minęli sień, za nimi do izby weszło słońce i ozłociło glorią koronę Częstochowskiej Pani, królującej na ścianie wprost drzwi.
Odkryli głowy i Rosomak powitał Majestat narodu pierwszym słowem i pokłonem: – Salve Regina Mater misericordiae, vitae dulcedo et spes nostra – Salve!
Trójgłos zgodny, uroczysty, radosny napełnił izbę.
Potem Rosomak zapalił lampkę przed obrazem. Żuraw położył na stole bochen chleba. Pantera zdjął sztaby okiennic. Wiosna całą barwą i ciepłem wionęła do izby. – Oho, kwaterunek zimowy nie chybił! – zaśmiali się.
W jednym kącie na ławie myszy leśne zbudowały gniazdo wielkości snopa, w drugim kącie roztaczało się pod lawą mrowisko. Zaczęto wypraszać intruzów, a Żuraw zabrał się do gotowania posiłku. Dym wybiegał na dach: chałupa ożyła. W otwartym oknie siedział Kuba, przypatrując się robocie. Kitę miał na głowie zadartą jak pióropusz i udając głodnego, gryzł szyszkę, wypluwając ogryzki na czołgających się pod ławami ludzi.
Ale że oni, bardzo zajęci, nie zwracali uwagi, zajął się Żurawiem. Ten, nastawiwszy garnki w kuchni, zabrał się do rozpakowania wozu i znosił worki i supełki, garnki i pudełka do spiżarni w sieni.
– Domowniki! – przypomniał Rosomak.
– Prawda! – zakrzątał się Pantera.
Rzucił się do spiżarni, do sieni i wyniósł przed furtkę dwa pełne wiadra, jedno kartofli, drugie owsa. Wtedy zdjął ze ściany w izbie trąbkę i zagrał pobudkę.
Dźwięk uderzył w ciszę, poleciał w las, rozdygotał powietrze, a był to sygnał dobrze snadź znany, bo odpowiedziało mu rżenie i daleki odgłos kołatki Hatory. Oparci o płot Ieśni ludzie czekali. Pierwsza zdążyła klacz i parskając z uciechy, wnurzyła łeb w obrok, flegmatyczniej nadciągała Hatora, Pantera przykucnął do jej boku ze skopkiem. – Pięknie proszę o “mlimli”, Hator! A nie żałuj, bośmy zdrożeni i świeżo osiedli! – przemawia! do niej przypochlebnie. – Obiad na stole! – zawołał Żuraw z izby.
Na białym stole klonowym pod obrazami leżał bochen chleba, parowała misa pięknie malowana, leżały drewniane łyżki.
Gospodarny Żuraw już nawet więzią kaczeńców ozdobił nakrycie. Zajęli swe miejsca na ławach i jak ludzie rzetelnie głodni czerpali z misy w milczeniu.
Gdy łyżki zagrzechotały po dnie misy, Rosomak rzekł: – Ja zaraz czółnem ruszę, rybne tonie obejrzę i kosze zastawię. Pantera obejrzy i do porządku doprowadzi stajenkę dla domowników. Żuraw chałupę do reszty wyczyści i obejrzy warzywnik. Jutro wszyscy razem grzędy skopiemy i obsadzim.
– Przede wszystkim ja bym rad zmienić skórę – rzekł Pantera patrząc po swym ubraniu.
– Ano, idźcie do komory i przebierajcie się, ja ino fajkę wypalę. Chodaki też trzeba namoczyć.
Komora była za sienią, szeroka, widna. Tam też nocował Rosomak z Żurawiem. Pantera miał swe posłanie w alkierzu za izbą.
Gdy Ieśni ludzie wrócili do izby, byli zmienieni zupełnie. Mieli na sobie tylko szare płótno, na nogach lekkie lipowe chodaki, pas rzemienny z nożem w pochwie obciskał luźną kurtkę, na głowie filcowy kapelusz. – Dopiero las nas za swoich uzna! – zaśmiał się z uciechą Pantera, biorąc siekierę i zabierając się do swej roboty około stajenki. Żuraw zaczął zmywać statki, więc się i Rosomak ruszył.
Przebrał się i on, rozprostował z rozkoszą członki, wyładował z wozu swoją osobistą skrzynkę, pełną książek zoologicznych, przyrządów do kolekcyj przyrodniczych i tysiące drobiazgów, których do studiów używał i strzegł jak oka w głowie. Obładował się koszami na ryby, wziął wiosło, siekierę i poszedł do czółna. Miało ono swą przystań za krynicą, pod starą olchą nad strugą. Rosomak wylał ze dna deszczową wodę, władował kosze, odczepił łozową wić i odbił od brzegu. Droga była bez kresu, bo błotne obszary zalane były wodą i płynąć można było, kędy wola, wśród łóz ledwie zieleniejących i młodych pędów szuwarów.
Chmary błotnego ptactwa rajcowały nad płytką wodą. Hryce, czajki, kuliki, bekasy wrzask czyniły weselny, miodem pachniały złote kiście łozowe, balsamem pękające brzozy i olszyny, wiosło zgarniało złote kaczeńce i kępy wodnej mięty, a słońce, cuda czyniące, śmiało się do swego dzieła. Rosomak dopłynął do chruścianego płotu rybackiego i świadomy gruntu czółno o kołek wicią zaczepił i wszedł w wodę.
Zrewidował, brodząc, całość płotu, szczeliny łozą obetkał i w gardziel, kędy nurt biegł, kosz zastawił.
Nie spieszył, robił powoli, obserwując, zachowując praktyki rybackie, wnioskując o połowie wedle spostrzeżeń różnych, robotą swą tak zajęty, jak skrzydlate rybołowy krążące nad nim bez trwogi.
Rosomak założył drugi kosz i trzeci, opłynął najlepsze tonie i zatoki, przepatrzył różne rybie kryjówki, odnowił zeszłoroczne znajomości ze współtowarzyszami leśnego bytu i zupełnie o czasie zapomniał.
Bobrował właśnie po zakątkach jeziora, w które się ruczaj rozlewał u wzgórzy piaszczystych na zachodzie, gdy nagle rozdarł powietrze drapieżnie wielogłosy okrzyk przeciągły.
Była w tym chrapliwość bojowych starodawnych surm i jakby wołanie i odzew strażniczej czujności.
Hej – czuj – stróżuj! Hej – czuj – stróżuj! Wieczorne tuż zorze – wieczorny – tuż czas! Hej – czuj – stróżuj!
To z błot niedostępnych dawały wieczorny sygnał żurawie-wartowniki.
Rosomak spojrzał na słońce i posłuszny hejnałowi zwrócił łódź ku chacie.
Czuby drzew były już czerwonozłote, z ziemi wstawały srebrne mgły, ptactwo śpieszyło to z posiłkiem, to z ostatnim źdźbłem na gniazdo, bo czas nadchodził wieczornych pacierzy i spoczynku.
Spóźnię się! – pomyślał Rosomak, bo śpieszyć się nie mógł, by nie płoszyć i trwożyć reszty mieszkańców.
A hejnał leciał po trzy kroć, coraz przeciąglejszy, stanowczy.
– Wieczorne już zorze! Wieczorny już czas! Hej, czuj, czuj!
Zawrzało całe błoto rajkotem kum-żab, zielonogłowe kaczory poczęły pluskać na szersze wody i chrapliwie wabić, mgły zakołysały się do tańca, ruczaj się pomarszczył od żerujących ryb, górą na niebie białe obłoczki, jak róże, zakwitły, drozd śpiewak na szczycie olszyn począł wydzwaniać na pacierze.
Wieczór był!
Gdy Rosomak przybił do chatnej polany i tam panował ruch kończącego się dnia.
Żuraw z Kubą na głowie wracał z wiadrami od krynicy, Pantera w obórce rozprawiał się z Hatorą, klacz przed furtką dopominała się wieczornego obroku.
(…)
Zaskrzypiały wierzeje stajenki, chwilę słychać było rąbanie szczap, brzęk statków w izbie. Powoli cichły odgłosy pracy i starunku, na niebie gasły zorze zachodu.
Ale oni się nie kwapili do izb i jadła. Wokoło po wszystkich drzewach i krzakach, łozach i szuwarach, po wodach, ziemi i niebie rozpoczynał się ostatni akt dnia i wieczorne wszelkiego stworzenia pacierze.
U podsieni swego gniazda leśni ludzie usiedli na dębowej podwalinie, zapatrzyli się, zasłuchali, umilkli.
I z cicha Rosomak zaczął: – Pochwalony bądź, Panie, coś te cuda uczynił. Pochwalony bądź i błogosławiony głosami i sercami nas tu wszystkich, w boru żyjących. Dzięki Ci, Panie, za to niebo pogodne, za dzień słoneczny, za zieleń drzew, za ten wieczór, za życie! Święci się Imię Twoje w tej ptasiej pieśni i w naszej duszy, ku Tobie otwartej, jako te ptaki i kwiaty, i Królestwem Twym niech będzie ten zakątek, a wolę Twą uszanujemy, jako ją szanuje wszelkie stworzenie, uznając Twą mądrość, moc i miłość. I ufni jesteśmy, że jako mrówce i kwiatom, tak i nam pożywienie zgotuje słoneczny dzień jutrzejszy na Twe rozporządzenie. A winom naszym wybaczaj, Panie, bośmy przed Tobą głupi i mali, przeto grzeszni!
A nie daj nam, Panie, złą myślą lub czynem zakłócić tego bezludzia, gdzie rządzi Twoje tylko przedwieczne prawo i ład, i zachowaj nas, Ojcze, jako robaczka w dłoni, bezpiecznie!
– Amen, amen, amen! – świergotały ptaszki, szemrały brzozy, ćwierkały owady i stłumionym szeptem potwierdzili leśni ludzie. Cichło wszystko, pociemniały tajemniczo gąszcze, gasły barwy.
Ale znad drzew wystąpił sierp miesiąca i osrebrzył oblicze Chrystusowe na krzyżu, który od dołu w mgły wtulony, zda się, nad ziemią płynął jak zjawisko.
Ochłodzone rosą powietrze wionęło wonią miodu i balsamu, na brzózkę u krynicy zleciał słowik-lutnista, żabie kapele uderzyły w basetle, bez szelestu krążył nad polaną lelek, polując na ćmy… Ukojona w ciszy wielkiego spoczynku zeszła na ziemię noc.
I tak skończył się pierwszy dzień bytu leśnych ludzi.

Lato leśnych ludzi, Maria Rodziewiczówna

Dla tych co nie wiedzą, choć dlaczego by mieli nie wiedzieć, skoro już o tym pisałamLato leśnych ludzi to książka o trzech kobietach, autorce i dwóch jej przyjaciółkach. Rodziewiczówna występuje w tej opowieści jako rozważny Rosomak.

Wiosna, reblogi, cytaty, wiosna…

Zaczynam mini cykl wiosenny i zapraszam wszystkich do kontynuacji. Nic nie piszę (teraz) sama, wszystko sobie pożyczam (czasem od samej siebie). Przygotowałam trzy wpisy, na dziś, jutro i pojutrze, a resztę zostawiam inwencji Czytelników i Współautorów. Mamy dużo czasu, co najmniej do maja.

To cytat ale już cytowany czyli poniekąd reblog:

Przyszła!

…podbiegła do łóżka, przynosząc z sobą wiew świeżego powietrza, przesyconego wonią wiosennego poranka.
– Byłaś na dworze! Byłaś, prawda? Znów pachniesz listkami i świeżością! – wołał Colin.
Mary biegła szybko, włosy miała rozplecione i rozwiane, cała jaśniała i promieniała radością, twarz miała zaróżowioną.
– Na dworze jest cudownie! – mówiła zdyszana szybkim biegiem. – Nigdy w życiu nie widziałeś czegoś takiego! Przyszła! Już wtedy rano myślałam, że nadeszła, ale ona dopiero się zbliżała. Teraz już jest! Przyszła (…)!
– Otwórz okno! Może usłyszymy granie złotych trąb! – dodał, śmiejąc się trochę z radosnego podniecenia, trochę z własnego konceptu.
Mówił to tylko dla żartu, ale Mary podskoczyła natychmiast do okna i otworzyła je w okamgnieniu na oścież, a pokój w tejże chwili zapełniać się począł świeżością, łagodnym powiewem, wiosenną wonią i śpiewem ptasząt.
Mary podeszła do łóżka.
– Wszystko zaczyna wypuszczać kiełki – mówiła śpiesznie. – Kwiaty się rozwijają, gałązki okrywają się zielonymi pąkami, świeża zieleń przysłania już szarość…

Tajemniczy ogród, Frances Hodgson Burnett

Przyjechałam autobusem przez Alpy. Nocowaliśmy gdzieś pod drodze w wysokich górach, a rano ruszyliśmy na Południe! I w ciągu kilku godzin zobaczyłam, jak zima ustępuje wiośnie. Najpierw było szaro, potem zielonkawo, potem w tyrolskich sadach paliły się opony, chroniąc zawiązujące się już pączki jabłoni przed przymrozkami. Nagle pojawiło się kwitnące drzewo migdałowca. Jedno. Wisiało na skale jak lśniąca, płomienna flaga zwycięskiej wiosny. A potem nagle było już wszystko, świat cały tonął w słońcu, wszędzie kwitły kwiaty, żonkile, narcyzy, jabłonie, anemony, mimozy, trawa była zielona jak na kiczowatych pocztówkach amerykańskich…

Florencja wiosną, Ewa Maria Slaska

Teraz cytat o marcu-kwietniu-maju, ale w Norwegii, co jednak odpowiada nieśmiałym początkom wiosny w Berlinie

15 maja piszę znów z Oslo, gdzie wiosna wyłania się leniwie, niebo jeszcze białe, lecz przez dominujące kolory – brąz i szarość – zaczyna przebijać się i zieleń. Jako że spod przegniłej zeszłorocznej trawy świeża wydostaje się z trudem, praktyczni Norwegowie markują wiosnę i sztukują trawniki na kształt angielskiej murawy. Efekt natychmiastowy i pozwala wierzyć, że pełnia wiosny tuż tuż, choć w istocie trzeba na nią poczekać jeszcze miesiąc. Jest ona tesknotą i dumą Norwegów. Takiej, jak mówią, nie ma nigdzie indziej na świecie. Póki co, kwiecień był chłodniejszy od marca, co jest raczej wyjątkowe. Teraz osłodą chłodów i deszczów są tylko naprawdę już długie dni. Zaczynają się około 4.00 rano, a o 22.00 jest jeszcze jasno.

Sztukowanie trawy, Lidia Głuchowska

W Berlinie jest mnóstwo kwiatów – wciąż jeszcze kwitną ostatnie jesienne róże, po raz drugi zakwitły tu i ówdzie jakieś dziwne, kłapciate prymulki, pojawiły się typowe dla berlińskiej zimy stokrotki na trawnikach, zakwitły typowe zimowe kwiaty jaśminu chińskiego, a wczoraj w pracy odkryłam pod murkiem przebiśniegi. Czyli wiosna, lato i jesień to w Berlinie zima.

zima-kwiaty

Kwiaty w zimie zobaczyłam po raz pierwszy w Niemczech, gdy jechałam autobusem do Holandii. Pamiętam z jakim zdziwieniem przyglądałam się migającym po bokach autostrady kwitnącym drzewom. A jestem przecież osobą z rodziny, w której znajomość roślin zalicza się do kanonu wiedzy ogólnej. Nie wiem, jak to się stało, ale jednak nie wiedziałam, że zimą też kwitną kwiaty.

Ewa Maria Slaska, Kwiaty w zimie

Filozofując, jak to on, napisał o wiośnie Tomasz Fetzki w reportażu (a czy to reportaż?) z Jaszkowic czyli Jaschkendorfu (wpis nr 1 i wpis nr 2), wioski łużyckiej, która zniknęła i przepadła, zdałoby się, że z kretesem, tymczasem…

Ludzie opuścili wioskę. Wydawałoby się, że nie będzie komu dbać o porzucone groby. Ale tak nie jest: zadbała o nie sama przyroda, która znów tutaj zakrólowała. Ona pamięta i ozdabia, jak umie. A umie wspaniale!


Przyroda nie zapomniała – niezabudki na jaszkowickim cmentarzu.

Jutro i pojutrze ciąg dalszy wiosny z książek i cytatów – Rodziewiczówna i Konopnicka!