Schmidt czyta Prousta…

…Ewa Maria Slaska…

…czyta Schmidta

Wiele tygodni temu nieopatrznie przyznałam się na Facebooku, że czytam książkę pewnego pisarza niemieckiego średniej generacji, który opisuje jak czyta Prousta. Dwoje moich facebookowych przyjaciół – Julita Bielak i Marcin Wilk – okazało zainteresowanie tą lekturą, a ja pochopnie napisałam, że ach OK, jak Was to tak interesuje, to zrobię o tym wpis…

Aby Czytelnik zrozumiał, na co się porwałam, muszę się na chwilę odwołać do rachunkowości. W poszukiwaniu straconego czasu Marcela Prousta, powieść wydawana przez kolejne lata od zakończenia I wojny światowej, to Dzieło Przeogromne. Duchem, oczywiście, ale i całkiem przyziemnie – masą. Siedem tomów, każdy średnio – 500 stron, w sumie 3500 stron. Trudnych i żmudnych w czytaniu. Czytałam Prousta mnóstwo razy, z pełnym poczuciem, że przy każdej lekturze odkrywam w tej książce, w kongenialnym tłumaczeniu Boya, coś nowego, czego przedtem nie zauważyłam. Przyznaję jednakowoż, że ostatnio szło mi już coraz gorzej i to nie dlatego że już wszystko znałam na pamięć, przecież nie sposób zapamiętać wszystkich inteligentnych myśli i obserwacji, zgromadzonych na 3500 stronach… i nawet nie dlatego, że to ja już wyrosłam z Prousta, tak jak się wyrasta z Ani z Zielonego Wzgórza. Więc nie, to raczej chyba Proust wyrósł z naszych czasów. Nie uważam, że Douglas Coupland jest lepszy od Marcela Prousta, ale jednak nasz umysł współczesnego człowieka łatwiej buduje synapsy z pokoleniem X niż z neurotycznym proustowskim Narratorem. Może najbardziej mi – dziś – przeszkadza fakt, że Proust, jeden z najsłynniejszych gejów w kulturze europejskiej, wydziwia w swej książce nad homoseksualizmem innych, ale ani słowem się nie zająknie, że on też reprezentuje rasę z Gomory. Mało tego, trzy tomy o Albertynie (W cieniu zakwitających dziewcząt, Uwięziona i Nie ma Albertyny), naprawdę opowieści o lokaju i kochanku, Albercie, tchną dziś straszliwym wręcz anachronizmem. Co gorsza owo zakamuflowanie jest w opisie stosunków z przełomu wieku XIX i XX po prostu wydumane i niezgodne z niczym realnym. O ile bowiem mężczyzna rzeczywiście nie mógł się przyznać, że jest homoseksualistą, to jednak w równym stopniu nie mógł “kupić” sobie od rodziny młodej panny z całkiem dobrego domu i trzymać jej u siebie w niewoli seksualnej, fizycznej i duchowej. Tak się traktowało utrzymanki czyli kokoty, ale z panienkami z dobrego domu chodziło się na spacery albo się je poślubiało.

Od dawna więc nie czytałam już Prousta, wciąż jednak byłam zdania, że jestem ostatnim człowiekiem na świecie, który pokonał siedem tomów Poszukiwania… Dlatego zdziwiłam się, gdy znalazłam na ulicy książkę autora o pokolenie młodszego ode mnie (urodził się w roku 1970), który nie tylko podjął trud tej lektury (nota bene, teraz to on jest zdania, że jest ostatnim człowiekiem na świecie, który…), ale jeszcze ją opisał.

Jochen Schmidt czytał 20 stron dziennie, od lipca 2006 do stycznia 2007 roku. Nota bene po niemiecku to 3900 stron. Opisywał tę lekturę na blogu, a potem wydał jako książkę i płytę. I tu dalszy ciąg rachunków – książka Schmidta liczy 600 stron, sześć razy mniej niż opisywany oryginał, ale mimo to jest to sam w sobie potężny kawał lektury, wymagający czasu. A ja, mimo że czytam bez przerwy, to aż tyle czasu nie mam, zwłaszcza, że ciężki tom Schmidta nie nadaje się jako lektura do metra i na podróż. Być może po to właśnie jest i płyta, ale ja zdecydowanie nie jestem “słuchaczem” książek, nie lubię audiobooków ani nawet czytników, po prostu lubię papierowe książki. Teraz więc, w kilka miesięcy po złożonej obietnicy doczytałam u Schmidta zaledwie do strony 93, on zaś dotarł u Prousta do stron 213-235 tomu W cieniu zakwitających dziewcząt.

Podczas lektury Schmidta borykam się jeszcze z problemem tłumaczenia. Oczywiście czytam Schmidta po niemiecku i to mi w ogóle nie przeszkadza, ale on też czyta po niemiecku i załącza cytaty po niemiecku, a ja w nich  w ogóle nie rozpoznaję “mojego Prousta”! Niech dla uzmysłowienia mojej męki wystarczy fakt, że słynna proustowska magdalenka to Sandtörtchen, torcik piaskowy… Nota bene, co za bzdura, ten tłumacz! doprawdy! nie odróżnia obrazu Holbeina od pola bananowego. A niemiecka Wikipedia za nim. Ciasteczko piaskowe, też coś… Proszę bardzo – TU magdalenki, a TU ciasto piaskowe.

Oczywiście Schmidt czyta… nie jest pierwszą książką o tym, jak się czyta Prousta. Chyba najsłynniejszą napisał Alain de Botton How Proust can change your life (1997), ale Schmidt pisze dokładnie o tym samym.

Nie mogę na razie ocenić całej książki. Powiem jednak, że to co mi się w niej najbardziej podoba, to wcale nie opinie Schmidta na temat lektury Prousta, lecz to co tu i ówdzie pisze o sobie i swoim życiu. Czyta bowiem tego Prousta w Berlinie i w małej wiosce w Brandenburgii, w Odessie i w samolocie z Warszawy do Berlina.

Przytoczę tu jeden z wpisów (str. 89-90), który dobrze to obrazuje.

34. Nie, 20.8., Alt-Lipchen (Stara Lipka), przed południem

Turkot taczek na podwórku. Bzyczenie muchy, które zawsze będzie takie samo i nigdy się nie zestarzeje. Również układ krajobrazu nie wymaga aktualizacji. Dom, w którym każda zmiana będzie zakłóceniem, po spray na muchy z produkcji enerdowskich zakładów aerozoli w Karl-Marx-Stadt, który od trzydziestu lat niezmiennie nieużywany stoi w łazience. Kto dał nam prawo, by go wyrzucić? Każdy szczegół w domu oznacza jakiś problem, który kiedyś ludzie tu mieszkający musieli rozwiązać i nawet jeśli nie wiesz, co to był za problem, bo budowniczy domu dawno umarli, trzeba respektować rozwiązania, które wybrali. Gdyby to ode mnie zależało, należałoby się ograniczyć zaledwie do poprawek, do prowizorki, która latami będzie wypełniała swoje zadania, stosować tylko jakieś znalezione materiały.

Wiatr wróży jesień, przed dziewięciu laty podjąłem tu ostatnią próbę napisania książki, gdyby nie było tego domu, nie byłoby zapewne i książki. Ciekawe, jak Proust dawał sobie z tym radę, w końcu był bogaty, miał służbę, po co właściwie miał pisać?

W cieniu zakwitających dziewcząt, s. 192-213

Czyż Proust nie pisał właśnie przez pół tomu o nieszczęśliwej miłości? A teraz znowu to samo, choć trzeba przyznać, że jako czytelnik nie masz poczucia, że autor się powtarza. Ale też nie jest to aż tak ważne, żeby o tym wspominać. Marcel codziennie spotyka się z Gilbertą, co ją wreszcie nudzi, a jego zmusza do wycofania się i przysparza mu cierpień. Co dzień czeka na pocztę, gdy minie poranek – na listonosza, który przychodzi po południu. Stan ekscytacji staje się chroniczny, bo ledwo emocje oczekiwania miały się czas uspokoić, już przychodziła nowa racja spodziewania się; wreszcie nie było już w dniu ani minuty, w której bym nie odczuwał owego ucisku serca, tak trudnego do zniesienia bodaj przez godzinę. A cóż my mamy dziś powiedzieć, w czasach maili i SMS? Diabelskie wynalazki, które nieszczęśliwie zakochanym wydłużają czekanie na każdą sekundę dnia. Nowoczesne metody komunikacji oznaczają zarówno komunikację jak milczenie.

Aby udowodnić Gilbercie, że radzi sobie bez niej, Marcel regularnie odwiedza salon Odetty, nie zaszczycając obecnością herbaty wydawanej w tym samym czasie przez Gilbertę. Każda wizyta jaką składałem pani Swann bez widzenia Gilberty, była mi okrutna, ale czułem, że tyleż poprawia pojęcie Gilberty o mnie. Jacyż piękni się sobie wydajemy, nieszczęśliwie zakochani, szlachetni w wyrzeczeniu, przygotowani na wszelakie wstrząsy duszy. I doprawdy każdemu rzuci się to w oczy, tylko niestety nie osobie, którą uwielbiamy.

O czym rozmawiają panie w salonie Odetty, możemy sobie szczęśliwie podarować. Jak tragicznym problemem jest być żoną polityka i wciąż mieć do czynienia z tymi samymi nudziarzami w ministerstwach. Widzi  pani, to tak jak z szefem protokołu, który jest garbaty; to murowane, jeszcze nie siedzi u mnie pięciu minut, a już muszę dotknąć jego garbu. Czy lepiej kupować rośliny u Lemaître’a, Debaca czy Lachume’a? A wypieki: Nie potrzebuję pytać o markę fabryczną, wiem, że pani wszystko bierze od Rebatteta. Muszę wyznać, że jestem bardziej eklektyczna. W kwestii ptifurów i w ogóle wszystkich łakoci często zwracam się do Bourbonneux. Ale uznaję, że oni tam nie mają pojęcia, co to są dobre lody. We wszystkim, co się tyczy lodów, kremów czy sorbetu, Rebattet to Sztuka przez wielkie S.

Zapomniane czynności:
– zadać sobie trud, by wymienić całą służbę
– rozumieć, że rolą gospodyni jest tylko pośredniczenie
– widzieć najważniejszy moment dnia nie w chwili przywdziewania toalety, lecz, przeciwnie, w chwili rozbierania się dla mężczyzny.

* Zdania zapisane kursywą – tłumaczenie Tadeusz Boy Żeleński; tłumaczenie Schmidta – ja.

Reblog: Czterdziestolatek

Szymon Hołownia przedwczoraj na Facebooku

W ubiegłym tygodniu miałem osiem spotkań autorskich w środkowej Polsce, na Podlasiu i na Śląsku. W sumie tysiąc – dwa tysiące ludzi. Gdy w debacie pojawiały się wątki bieżące, mówiłem (oczywiście machając rękami) o tym, jak zmęczeni chyba jesteśmy polityką. A mimo to wciąż o niej gadamy, bo jest ona jak wrzód na wiadomo czym, o którym człowiek sobie przypomina zawsze, gdy tylko siada. Z jednej strony nas to wyniszcza, z drugiej – jesteśmy jak alkoholik, który nie umie nie pić, bo jeszcze nie zaliczył dna, więc powtarza sobie że da sobie jeszcze z tym radę.

Znaczna część publiczności potakiwała, powtarzała: “dokładnie!”. Robiła to z takim entuzjazmem, że nawet mnie, spotkaniowego wyjadacza, musiało to zastanowić. Kurde, żyjemy w wolnym państwoe, nie ma wojny, a ludzie sprawiali wrażenie śmiertelnie swoim krajem zmęczonych. Jakby nie było już obywateli, a poborowi przymusowo wcieleni do wojska (kilku plemiennych wojsk), tęskniący za odebraną im podmiotowością.

Co daliśmy z sobą zrobić, że już nawet o pogodzie nie można porozmawiać spokojnie. Że jest jak w czasach mojej zamierzchłej młodości, gdzie wszystko było pretekstem do tego, by dowalić komuchom. Tyle że dziś komuchy od dawna są w muzeum, a od paru lat śmiertelną wojnę toczą w Polsce dwie frakcje wywodzące się z “Solidarności”, dzięki którym z tego pojęcia nie zostały nawet strzępy.

Coraz częściej spotykam ludzi, którzy wycofują się za swój płot, budują prywatne szczęście, odpuszczając sobie kontekst wspólnoty. Są zmęczeni widokiem szalejących tam egotyków, szczerze przekonanych że władza to nie służba a majestat. Ci co mieli zapewnić wodę w kranach uznali w końcu państwo za swój akwapark, ci co mieli posklejać Polaków, rozpętali nowe wojny i samomianowali się mesjaszami.

Jedni mają program: “Precz z tamtymi”. Drudzy: “Precz z tymi, co mówią: precz z tamtymi”. Nic nie zmienią kolejne audyty ani marsze. Polska – to moje zdanie – nie potrzebuje Zbawcy ani Obrońcy Przed Zbawcą. Polska potrzebuje SOLIDARNOŚCI.

Przez ostatnie ćwierć wieku wypracowaliśmy tylu nowych Piłsudskich i Che Guevarów, Robin Hoodów i Adamów Smithów, Bolków oraz Lolków, że moglibyśy ich eksportować. Nam teraz przydałby się ktoś, kto realnie umiałby zlepić Polaków wokół jedynej wspólnej idei, jaka nam jeszcze w genach została. Nie wokół historii, narodu, wiary, Europy czy portfela, a wokół solidarności.

Skąd wiem, że jeszcze ją tam mamy? Bo w realu widzę jak zachowują się rodacy, nie gdy każe im się wziąć udział w dyskusji o pomocy innym, ale gdy stają twarzą w twarz z człowiekiem, który znalazł się opałach. Zwykle kończy się jałowe pitolenie na fejsbuniu czy heheszki na twitterkach, ktoś idzie po bandaż, ktoś inny po herbatę, ktoś dzwoni do syna, żeby natychmiast leciał z kocem.

Ten oddolny instynktowny odruch należy na maksa rozdmuchać i przenieść wyżej, jak najwyżej. My się już nigdy nie dogadamy przy użyciu obecnie używanych w debacie publicznej narzędzi. To co sobie nimi możemy zrobić to wyłącznie wzajemna okupacja. Powinniśmy więc cofnąć się o krok i sięgnąć po te, których jako ostatnich umieliśmy używać wspólnie. Właśnie po solidarność. Tę, o której w swoim eseju pisał ks. Tischner – a la Miłosierny Samarytanin, który gdy ktoś krwawi, nie wygłasza przemówień, nie leci tropić winnych, tylko pochyla się i jak umie, tak bandażuje. Tę, o której pisał Karol Wojtyła w “Osobie i czynie” a później w encyklikach: solidarności społecznej, kiedy to ludzie razem biorą odpowiedzialność za to, co mają razem i w ten sposób powstaje coś, czego wcześniej nie było – dobro wspólne. Bo przecież nie wszystko trzeba koniecznie mieć na własność, żeby się tym cieszyć (patrz Tatry albo Półwysep Helski), a jak ja ze swojej dychy oddam złotówkę i sąsiad też odda, to każdy z nas ma odtąd siłę nabywczą jedenastu zeta, tylko się trzeba dogadać.

Czy to się da zrobić, gdy ludzie mają różne poglądy? Jasne, że się da. Żeby zmienić żarówkę nie trzeba się zgadzać w sprawie in vitro. A my mamy w Polsce naprawdę sporo spraw do załatwienia zanim dojdziemy do tych, co do których nigdy się nie zgadzaliśmy i zawsze nie będziemy się zgadzać.

Do tego potrzeba by jednak było kogoś, kto umie zrobić coś więcej niż odbijać kraj, założyć kolejną partię buntu, albo powtarzać, że wszystko jakoś samo sie ułoży, byleby był hajs. Trzeba by było znaleźć gdzieś polityków, o których wierze będziemy się przekonywać nie podczas transmisji wielkich celebracji (wierzący urzędnik z pewnością znajdzie czas na codzienną Eucharystię przed pracą, a nie w ramach pracy), a po tym czy realnie dają ludziom nadzieję (uwaga: kasa to nie to samo co nadzieja), a nie powiększają ich lęki. Trzeba by było znaleźć takich, dla których jedynym pomysłem na europejskość i humanizm nie jest straszenie Ciemnogrodem i powtarzanie banałów o orgazmie jaki zapewnią każdemu pieszczoty św. Postępu oraz niewidzialnych czułych dłoni rynku.

Producenci kos (na sztorc), męczennicy, pasterze owiec, wesołe Romki i posępni Janusze – już byli. Teraz popękanemu krajowi potrzebny jest ktoś, kto oprócz polityki gospodarczej, międzynarodowej oraz historycznej, przede wszystkim umiałby robić klej. Kogo ludzie nie będą wyznawać albo podziwiać, ale zwyczajnie lubić. Kto przypomni, że człowiek najpierw jest człowiekiem, a później wyborcą. Kto umiałby pokazać szacunek, zanim pokaże, że ma rację. I kto oprócz spraw zasadniczych i wielkich, byłby też specem od nie mniej ważnych drobiazgów. Np. organizowałby comiesięczne spotkania liderów partii, Kościołów i (reprezentatywnych) stowarzyszeń przy winie i grillu. Wprowadziłby dla urzędników “erki” obowiązkowy coroczny wolontariat w świetlicy środowiskowej lub w hospicjum. A do bezdomnych nie jeździł opancerzoną kolumną na Wigilię, ale organizował ją w rządowych pałacach, pokazując w ten sposób wszystkim innym, że nie tylko ci co płacą PIT albo mają siłę dźwigać jakiś sztandar, są obywatelami.

Ja – choć jestem obecnie w fazie zbrzydzenia polityką do poziomu zwracania treści – dałbym takiemu komuś wszystko, co może dać szary obywatel, któremu wystarczy, że ma prawo czynne, a nie kręci go bierne. Czyli głos.

I tak sobie w tym ostatnim tygodniu jeżdżąc po kraju pomyślałem, że kurka wodna dość półśrodków i wydawania kasy na znachorów – teraz to ja wytrzymam tak długo, aż przyjedzie LEKARZ. Przez całe dorosłe życie głosowałem nie za kimś, ale przeciw komuś. A dziś mam 40 lat i chyba dorosłem do tego, żeby serdecznie olać “panów mniejsze zło”, i poczekać na kogoś, kto wreszcie zrozumie, że pokoju nie osiąga się wywołując wojnę.

Solidarność o muerte! Że zacytuję klasyka. 🙂

Tajemnice w komputerze…

Kochani czytelnicy. Proszę, byście podczas lektury tego wpisu posłuchali Beethovena. Zanim skończycie, dowiecie się dlaczego?

Ewa Maria Slaska

… czyli poezja i muzyka na niedzielę

Wpis ten zaczął powstawać 4 maja o godzinie 9, zakończyłam jego pisanie 5 maja o godzinie 7; jest zapisem moich poszukiwań, zmierzających do rozwikłania pewnej zagadki. Gdy zaczynałam, nie wiedziałam kompletnie nic.

W przepaściach komputera i szaf, przynajmniej u mnie, kryją się niezwykłe i tajemnicze dokumenty. Wypływają niekiedy na powierzchnię i zadziwiają mnie niezmiernie. Kiedyś tak “spadł mi na głowę” przepisany przez moją Mamę wiersz Krynickiego, znaleziony w pudle z papierami. Dziś poetka z komputera. Właściwie szukałam Emily Dickinson, która zmarła 15 maja 1886 roku (dziś jest 130 rocznica), a znalazłam Ritę Dove. Gołym okiem widać, że Rita będzie tematem obszernym, a Emily się nie zmieści, przypominam więc na wszelki wypadek, że pisałam o niej TU i że jest moim nieodmiennym zachwyceniem.

O Ricie Dove opowiedziała mi Marta, kochająca książki amerykanistka, zajmująca się piszącym w USA kobietami, zaliczanymi do tak zwanej literatury etnicznej i postetnicznej, Louise Erdrich, Amy Tan czy Toni Morrison i Alice Walker. Marta dała mi kiedyś do przeczytania poemat Rity o czarnym muzyku polskiego pochodzenia, nawet była jakaś przymiarka do przetłumaczenia tej opowieści na polski, coś tam przełożyłam i odesłałam do kogoś, ale, jak często – nic z tego nie wyniknęło. I nic też nie pamiętam, wystarczyło jednak, by podczas przeszukiwania komputera nie zadziwić się plikiem zatytułowanym “RitaDoves1” – byłam pewna, że to albo oryginał albo moje próby translatorskie. Przerzuciłam plik na pulpit, by móc do niego szybko wrócić.

Niewiele wiem o Ricie Dove, poza tym, że jest współczesną czarną amerykańską poetką. Piękną. I niech mi wybaczy słowo czarny, bo czarne jest piękne.

A więc… RitaDove napisała kiedyś ów wspomniany już poemat o pochodzącym z Polski muzyku Mulacie, który w czasach Haydna zachwycał Londyn, przede wszystkim zaś – londyńskie damy. A ponieważ tego dnia przy śniadaniu rozmawialiśmy o nim, ucieszyłam się, że nie muszę specjalnie szukać, nawet uznałam, że jak zwykle, skoro czegoś potrzebuję, to się to znajduje. Lecz otóż nie… Otworzyłam plik i zobaczyłam dwa wiersze, których NIGDY nie czytałam, nie widziałam, nie wiedziałam… Ten mały dokument spowodował całą serię zadziwień.

Rita Dove

Black Billy Waters

wersja I

Mężczyźni to żebracy, czarni czy biali
Wierzą w złoto, władzę, stada na hali
Dom mój na plecach dźwigam, nikt go nie spali

Gram na skrzypkach, lubią mnie wielcy i mali
Daj mi monetę, panie – dzięki i niech Bóg cię chwali
Mężczyźni to żebracy, czarni czy biali

Wpadł pieniądz do sakwy, słyszęć go z dali
W słodkiej muzyce na nędznej życia bujam się fali
Dom mój na plecach dźwigam, nikt go nie spali

Kiedyś, gdym był wojakiem, Czarnym mnie zwali
O łąki zielone walczyłem i stada na hali
Mężczyźni to żebracy, czarni czy biali

Bez nogi dziś kuśtykam, wróg mnie powalił
Jestem Black Billy Waters, tak mnie nazwali
Dom mój na plecach dźwigam, nikt go nie spali

Tu wariat, a tam książę w blasku opali
Londyn kocha nowinki, to mu się chwali
Mężczyźni to żebracy, czarni czy biali

A Mulatowi, co serca miasta rozpalił
Radę dam, gdy usłucha, Los go nie zwali
Dom swój na plecach dźwigaj, to nikt go nie spali

Tańczę dla was, choć tacy jesteście mali
Śpiewam wam, choć żeście się rumem uchlali
Mężczyźni to żebracy, czarni czy biali

Weź sznura łokci trzy i bicz korali
I tych wspomnij, co tu już przed tobą skonali
Dom mój na plecach dźwigam, nikt go nie spali
Mężczyźni to żebracy, czarni czy biali

wersja II

Czyś czarny, czy biały, biedak z ciebie i żebrak
Świat w złoto wierzy, władzę i szubienicy hak
A ja dom na plecach dźwigam, bom jest jak ślimak

Gram na skrzypkach, lubi mnie wielki, lubi mały świat
Daj mi monetę, panie – dzięki, dzielny jesteś chwat
Lecz, czyś czarny, czy biały, biedak z ciebie i żebrak

Wpadł pieniądz do sakwy, lecz tak czy owak
Mimo słodkiej muzyki nędznego życia znak
Gdy dom na plecach dźwigam, jestem jak ślimak

Kiedyś, gdym był wojakiem, Czarny był mój znak
O łąki zielone walczyłem, władzę i szubienicy hak
Czyś czarny, czy biały, biedak z ciebie i żebrak

Bez nogi dziś kuśtykam, wróg zostawił ślad
Jestem Black Billy Waters, tak mnie zwie świat
I dom na plecach dźwigam, bom jest jak ślimak

Czy książę, czy Turek, czy mały żebrak
Londyn kocha nowinki, światowy blask
A ty, czyś czarny, czy biały, biedak z ciebie i żebrak

Więc Mulatowi, co w serce miasta ognisty wbił znak
Radę dam, gdy usłucha, nie będzie szczęścia mu brak
Ty też dom swój na plecach dźwigaj i bądź jak ślimak

Tańczę dla was, choć przecież ducha wam brak
i pijani jesteście, a śpiewam wam i tak
Czyś czarny, czy biały, biedak z ciebie i żebrak

Weź sznura łokci trzy i bicz czerwony jak lak
I tych wspomnij, co już przed tobą skonali w łzach
A ja dom na plecach dźwigam, bom jest jak ślimak
Ty zaś, czyś biały, czy czarny, biedak z ciebie i żebrak

Piękne… nadzwyczajne po prostu, ale… Po pierwsze dlaczego to nie jest poemat o “moim”muzyku”? Dlaczego po polsku? Dlaczego dwie wersje? Kto to przetłumaczył? Kto to był Black Billy Waters? Skąd się to wzięło w moim komputerze?

Zaczynam od pytania najprostszego – kim był Black Billy Waters? Wikipedia natychmiast odpowiada – czarny żebrak mieszkający w Londynie na przełomie wieku XVIII i XIX. Jeden z dziesięciu tysięcy Czarnych mieszkających w owym czasie w Anglii. Był beznogi, stąd to porównanie do ślimaka. Podobno był żołnierzem, pływał na okrętach wojennych i stracił nogę w walkach. Miał żonę i dwoje dzieci. Żył w skrajnej nędzy, żebrał przed wejściem do teatrów, śpiewając dowcipne kuplety i przygrywając na skrzypkach.

Portret namalowany najprawdopodobniej przez Sir Davida Wilkie

Cieszył się ogromną popularnością i został umieszczony co najmniej w dwóch utworach, opisujących życie w Londynie pod koniec XVIII wieku, gdy jeden z nich wystawiono na scenie – Black Billy grał tam sam siebie. Nazywano go królem żebraków.

Tłumaczony w tajemniczym dokumencie tekst był swoistym testamentem Billy’ego.

Thus poor Black Billy’s made his Will,
His Property was small good lack,
For till the day death did him kill
His house he carried on his back.
The Adelphi now may say alas!
And to his memory raise a stone:
Their gold will be exchanged for brass,
Since poor Black Billy’s dead and gone.

Wiem, najprościej byłoby już teraz sięgnąć po pomoc do internetu, i na pewno mnie to nie minie, ale na razie rozmyślam sobie o Ricie Dove bez jakiejkolwiek pomocy z zewnątrz.

Oba tłumaczenia na polski są lepsze od zacytowanego tu oryginału,  napisanego przez samego Black Billy Watersa. Ten, kto to przetłumaczył na polski, świetnie się bawił i był mistrzem sztuki wiązania słów. Pierwsza wersja tłumaczenia polskiego jest oparta na jednym rymie będącym polskim odpowiednikiem angielskiego will, druga na rymie lack czyli brak. Tłumacz użył dwóch rymów zastosowanych w oryginale i to jeszcze wybrał rymy męskie, które w polszczyźnie są po prostu przekleństwem i kojarzą się z najtańszymi wypocinami pseudopoetów.

Tyś pchła
Tyś pchła
mię do miłości tej…

Drążę. Czy jest możliwe, by to Rita Doves napisała te dwa doskonałe wiersze po polsku i byłyby to jej wiersze, tak jak spolszczony Giaur był poematem Mickiewicza. Ale oczywiście, nie, nie i jeszcze raz nie. Tak nie potrafiłby chyba pisać żaden cudzoziemiec, a i Polaka zdolnego wykonać taki majstersztyk, długo by szukać.

No ale szukam. Już zaczęłam.

W obu wersjach powtarza się porada Black Willy’ego dla…

Więc Mulatowi, co w serce miasta ognisty wbił znak
Radę dam… / A Mulatowi, co serca miasta rozpalił
Radę dam…

To pewnie ten czarny muzyk z Polski, więc może jednak i Billy Black jest częścią tego poematu…

Rita Dove urodziła się w roku 1952. Jest poetką i literaturoznawczynią, pracuje na Uniwersytecie Virginia. Ciekawe, że hasło w polskiej Wikipedii nie wspomina ani słowem o polskich zainteresowaniach artystki. Ze spisu książek artystki wybieram Sonata Mulattica, New York: Norton, 2009. To właśnie ten poemat. Nawet pamiętam, że okładka była biało-niebieska.

Czarny skrzypek George Polgreen Bridgetower (1780–1860) był zdaniem Rity – synem Polki, wiejskiej dziewczyny z okolic Białej Podlaskiej, zdaniem polskiej i niemieckiej Wikipedii – synem Niemki z Budziszyna, niejakiej Schmidt. Ojcem był “African Prince” z Etiopii bądź, jak twierdzi Rita, z Barbadosu. Słabo pamiętam ten poemat, czytałam go w roku 2009, niemal od razu po wydaniu, ale wydaje mi się, że Rita jest zdania, iż George był nieślubnym dzieckiem, a wikipedyści zakładają, że rodzice wzięli ślub i że George miał jeszcze brata, Friedricha Josepha, wiolonczelistę. Ale może było tak, że matką George’a była Polka, a Friedricha – Niemka. Albo, że Polka z Podlasia czy ze Śląska (jak chce Rita) dopiero po urodzeniu pierwszego syna wzięła ślub ze swym czarnym kochankiem, a wikipedystom z Ameryki Polka czy Niemka to za jedno… A polska i niemiecka Wikipedia za nimi jak za panią matką…

Ojciec George’a był służącym księcia Hieronima Wincentego Radziwiłła w jego podlaskich dobrach w Białej Podlaskiej. W roku 1779 papa przenosi się na służbę do księcia Esterhasego,  dzieciństwo chłopca / chłopców upływa więc na Węgrzech, w majątku, gdzie nadwornym muzykiem był Józef Haydn. Stąd znajomość George’a z wielkimi tamtego świata, Haydnem, Beethovenem, ale też Thomasem Jeffersonem. Jefferson był na występie Bridgetowera w Paryżu i wspomina ślicznego dziewięcioletniego chłopca z kaskadą czarnych loków.

W roku 1790 Bridgetower osiadł na stałe w Londynie. Był członkiem orkiestry króla Jerzego IV (tego, który był jednocześnie księciem hanowerskim i odpowiada za związki Windsoru z dynastiami niemieckimi).

W 1802  Bridgetower wyjechał do Drezna, aby odwiedzić matkę i brata. Rok później wystąpił w Wiedniu razem z Ludwigiem van Beethovenem. Wywarł wielkie wrażenie na austriackim kompozytorze, który zadedykował mu Sonatę skrzypcową nr 9 A-dur (op. 47). Po raz pierwszy została publicznie zagrana 24 maja 1803 r. w wiedeńskim teatrze Augarten – Beethoven grał na fortepianie, a Bridgetower akompaniował mu na skrzypcach.

George Bridgetower, autor Henry Edridge

Kompozytor nazwał swoje dzieło Sonata mulattica composta per il Mulatto Brischdauer, gran pazzo e compositore mulattico.  Już w dedykacji zapowiedział, że jest to dzieło nadzwyczajnie wręcz trudne czyli praktycznie – nie do zagrania. Wkrótce jednak doszło konfliktu między muzykami, w wyniku czego Beethoven zmienił dedykację i zadedykował sonatę Rodolphowi Kreutzerowi (dziś sonata jest znana właśnie jako “Kreutzerowska”). Dlaczego? Najbardziej znana wersja mówi o tym, że Bridgetower obraził kobiety, które okazały się przyjaciółkami Beethovena. Mniej poprawny politycznie wariant zakłada, że młodszy uwiódł czy też oczarował pannę, która podobała się starszemu. Tak to też jest chyba i u Rity.

Nota bene Kreutzer jej nigdy nie zagrał. A Bridgetower – tak.

W roku 2013 powstał film o poemacie, poetce, geniuszu i zapomnianym czarnym muzyku, którego gra współczesny czarny muzyk – Joshua Coyne.

***

Wszystko to nadzwyczaj ciekawe, ale niestety w ogóle nie tłumaczy, co to są za wiersze, te które znalazłam u siebie w komputerze? Czy są częścią Sonaty mulackiej? Znajduję spis treści poematu, a w nim, o tak, wiersz Black Billy Waters. Dobrze, Ewuniu, bardzo ładnie sobie radzisz.

A więc tak, na pewno, przynajmniej według Rity, Billy Waters i George Bridgetower się znali. Mieszkali w Londynie, a łączył ich nie tylko kolor skóry, ale i instrumentum – skrzypce. O tak, Rita sparafrazowała autentyczny testament Watersa.

All men are beggars, white or black;
some worship gold, some peddle brass.
My only house is on my back.

I play my fiddle, I stay on track,
give my peg leg—thankee sire!—a jolly thwack;
all men are beggars, white or black.

And the plink of coin in my gunny sack
is the bittersweet music in a life of lack;
my only house is on my back.

Was a soldier once, led a failed attack
in that greener country for the Union Jack.
All men are beggars, white or black.

Crippled as a crab, sugary as sassafras:
I’m Black Billy Waters, and you can kiss my ass!
My only house weighs on my back.

There he struts, like a Turkish cracker jack!
London queues for any novelty, and that’s a fact.
All men are beggars, white or black.

And to this bright brown upstart, hack
among kings, one piece of advice: don’t unpack.
all the home you’ll own is on your back.

I’ll dance for the price of a mean cognac,
Sing gay songs like a natural-born maniac;
all men are beggars, white or black.

So let’s scrape the catgut clean, stack
the chords three deep! See, I’m no quack—
though my only house is on my back.
All men are beggars, white or black.

A TU można posłuchać, jak poetka recytuje ten wiersz.

***
Już wszystko wiem. Przez 24 godziny przekopałam się od kompletnej niewiedzy do pełnej wiedzy. Poza jednym – bo kto te wiersze przetłumaczył na polski!? Kto mi je przysłał? Co miałam z nimi zrobić (i dlaczego nic nie zrobiłam)? KTO? CO?

POMOCY!

Lato

O Republice Ściborskiej pisałam już tu kilka razy, teraz przyszło zaproszenie na…
Obóz przygodowy z psami w Republice Ściborskiej

Trudniejsza i bardziej rozbudowana forma niż obozy dla ojców z synami

7 dni razem w prawdziwej naturze

obozzpsami1

 

UCZESTNICY: całe rodziny, ale także mogą brać udział osoby indywidualne, rodzice z dziećmi. Osoby niepełnoletnie mogą uczestniczyć z pełnoletnim opiekunem. Minimalny wiek uczestników – 8 lat.

obozzpsami2Prowadzący obóz:

Dariusz Morsztyn Biegnący Wilk

 

obozzpsami3

PROGRAM:

– codzienne zajęcia z psami zaprzęgowymi Biegnącego Wilka (cani cross, jazda zaprzęgiem, dog trekking, wyprawy z psami, zabawy ze szczeniętami, dogoterapia naturalna). Każdy otrzyma na cały obóz do opieki nowego przyjaciela – psa zaprzęgowego.

– niestandardowe zajęcia sportowe (codzienne poranne zaprawy fizyczne, nietypowe sporty i zawody) i hartowanie (kąpiele i czarna bania)

– codzienna wyprawa terenowa (teren górzysty, niezwykłe bagna, dzika rzeka, jeden nocleg w lesie)

– zajęcia indiańskie, eskimoskie, survivalowe, edukacyjne

– praktyka życia w indiańskim i traperskim stylu (nauka posługiwania się nożem, siekierą, piłą, zbieranie ziół i grzybów, praca przy koniach, traperskie gotowanie).

obozzpsami4Każdego dnia będą zorganizowane zajęcia i praca w obozowisku.

Ideą projektu jest przeniesienie się w naturalny świat, którego już nie ma na co dzień.

obozzpsami5

ZAKWATEROWANIE i WYPOSAŻENIE:

– każda rodzina mieszka w tipi, posiłki będziemy przygotowywać w replice autentycznej chaty traperskiej, wodę będziemy brać ze studni założonej w 1784 roku (najlepsza w okolicy), codziennie baniowanie w archaicznej czarnej bani, do dyspozycji kilka miejsc do kąpieli na terenie Republiki, muzeum eskimoskie, indiańskie i Marii Rodziewiczówny, zabytkowa czynna pasieka z 1935 roku, ekologiczny ogród (nasza ziemia od ponad 30 lat nie jest nawożona chemią – kultywujemy zdrowy styl życia), stałe mieszkanie w sąsiedztwie z dziką przyrodą na terenie Lasów Skaliskich (m.in. łosie, jelenie, wilki, rysie, orły…, na naszym terenie żyje stado koni, bobry, żurawie, bociany, 50 psów zaprzęgowych (w tym małe szczeniaki).

My nie inwestujemy w luksus i standard…, jesteśmy cząstką przyrody. Jeśli chcesz przeżyć przygodę w autentycznym, zdrowym miejscu, opartym na starych wiejskich zwyczajach i pracy – zapraszamy do Republiki Ściborskiej!

obozzpsami6WYŻYWIENIE

Żywimy się zdrowo i wegetariańsko. Wszyscy po kolei przygotowują pożywienie. Zioła i część warzyw każdy będzie bezpośrednio pobierał z organicznego ogrodu. Codziennie pięć posiłków.

 

 

obozzpsami8

OBOWIĄZKOWE WYPOSAŻENIE NA OSOBĘ:

– dobry traperski nóż i siekiera (albo weźcie cokolwiek albo sprawcie sobie te dwa narzędzia doskonałe – na całe życie, na obozie umożliwimy zakup dobrych, ręcznie wykonanych noży), wszystko pozostałe jest mniej ważne ale może się przydać: śpiwór, strój traperski (długie mocne spodnie, wysokie buty, koszula z długimi rękawami, nakrycie głowy – do pracy, wędrówek) taki aby nie żal go było brudzić, strój sportowy, strój do pracy (np. przy psach, rękawice do pracy), indywidualna apteczka (indywidualne leki, środki do dezynfekcji i obtarć), moskitiera do spania, przybory do jedzenia i mycia.

Na pewno: schudniesz, zahartujesz się, scementujecie rodzinę, zyskasz wyrobienie, poznasz maszerski fach i wiejskie, prawdziwe życie, wyrobisz się w technikach survivalowych.

NA OBOZIE NIE UŻYWAMY: telefonów komórkowych, smartfonów, komputerów, alkoholu, tytoniu, słodyczy, używek, niezdrowej żywności.

Jak się przygotować:

– lektura: „Porąb i spal” Larsa Myttinga, „Lato Leśnych Ludzi” Marii Rodziewiczówny

– pouczcie się posługiwania siekierą i nożem, palenia ognia, potrenujcie trochę i pogimnastykujcie się przed obozem (mniejsze będą zakwasy pierwszego dnia…)

– dograjcie sobie sprzęt i ubiór, nie idźcie w stronę mody i wyglądu, a praktyczności!

Minimalna ilość osób na obozie – 10, maksymalna – 20.
Minimalny wiek uczestników – 8 lat.

Turnusy: 6-13 sierpnia & 20-27 sierpnia

Ceny:

– osoba indywidualna – 1050 zł
– dwie osoby (rodzic + dziecko, para osób) – 950 zł/osobę
– rodzina (3 i więcej osób) – 850 zł/osobę
– własny pies na obozie – 100 zł

Za odpłatność każdy otrzymuje: 7 dni programu, miejsce zakwaterowania, psy do współpracy, wyżywienie (wspólnie wykonywane), podstawowe ubezpieczenie.

Płatność: 50% z góry w momencie rezerwacji, reszta na obozie gotówką.

Zgłoszenia,info: biegnacy-wilk@post.pl, 604 29 29 97

Uwaga – można się u nas zgłosić na wlontariat lub praktykę studencką. Więcej informacji TU

My, emigranci…

Start http://www.archiwumemigranta.pl

otwarcieME1

W maju 20015 r., w Gdyni, w budynku dawnego Dworca Morskiego, otwarte zostało Muzeum Emigracji. Po roku ruszył pierwszy portal z emigracyjnymi historiami Polek i Polaków.

100 emigracyjnych historii już online!

Ruszyła strona www.archiwumemigranta.pl, na której można obejrzeć, wysłuchać bądź przeczytać emigracyjne historie Polek i Polaków. Muzeum Emigracji w Gdyni udostępniło pierwszych sto historii ze swojego archiwum. O emigracji opowiadają m.in. Agnieszka Holland, Mariusz Czerkawski, Czesław Mozil czy Zbigniew Boniek. Teraz archiwum działa globalnie i każdy kto chciałby opowiedzieć o doświadczeniu swoim bądź swoich bliskich, może to zrobić online.

Strona pozwala szukać historii według klucza kraju, nazwiska, tematu bądź dekady. Historiom towarzyszą biogramy, portrety a nierzadko także fotografie z domowych archiwów bądź inne pamiątki. Najstarsza historia sięga 1908 roku i jest nią bogato ilustrowana, porywająca historia rodu Petrylów. Przeżycia z pracy w kopalni w Chicago Jana Petryli z 1908 roku, jak i historię rozproszonej dziś po świecie rodziny poznajemy z perspektywy jego prawnuczki. Barbara Jędrys podjęła się próby rozrysowania drzewa genealogicznego i zadbania o rodzinne relacje pomimo setek kilometrów dzielących krewnych. Pani Barbara powierzyła Muzeum swoje wspomnienia na długo przed otwarciem placówki w maju zeszłego roku.

Muzeum szuka i dokumentuje emigracyjne relacje w projekcie pod nazwą Archiwum Emigranta. Budują go wywiady audio, filmy, jak i spisane historie Polaków z całego świata. W archiwum są już relacje z 28 krajów, najliczniej reprezentowane są Stany Zjednoczone i Anglia, ale nie brakuje też tak egzotycznych kierunków jak Liberia, Tajlandia czy Arabia Saudyjska.

Historią Polski jest dla nas historią wszystkich Polaków – zarówno tych żyjących w kraju, jak i poza jego granicami. Chcemy, aby ten wielogłos emigrantów, reemigrantów i imigrantów inspirował do dyskusji i debaty społecznej na temat dawnej i współczesnej emigracji.– komentuje start projektu, Karolina Grabowicz-Matyjas, dyrektorka placówki.

Nie ma dwóch takich samych historii emigracyjnych. W Archiwum Emigranta znajdziemy szczęśliwe historie sukcesów „naszych” za granicą, jak i przymusowe wyjazdy związane z wojną, Marcem ’68, czy emigracją solidarnościową. Wyjątkowo poruszająca jest opowieść „dzieci maharadży”, Jerzego Tomaszka i jego siostry Iwony Świętochowskiej, których siedmioletnia wędrówka prowadziła od Iranu, przez osiedle dla polskich sierot maharadży Jam Saheb Digvijaysinhji w Balachadi, po obozy dla uchodźców w Afryce. Do Polski powrócili szczęśliwie w trójkę, razem w z mamą, w 1947 roku, osiedlając się na stałe w Bytomiu.

W portalu obejrzeć można również m.in. wywiady z uciekinierami z PRL. Konstanty Bilewicz opowiada o swojej sensacyjnej ucieczce na pokładzie Stefana Batorego, kiedy to z narażeniem życia podszywał się pod członka załogi, by przedostać się do Kopenhagi. Emigrował w 1973 – „niewłaściwe pochodzenie” i udział w wydarzeniach grudniowych stały się przyczyną prześladowań ze strony władzy PRL, które skłoniły go do emigracji.

Gros emigracyjnych historii to jednak współczesne doświadczenia Polek i Polaków. Dowiadujemy się z nich, dlaczego wyjechali, jak żyje im się na emigracji, co w nich zmieniła, jakie mają trudności, z czego są dumni. Opowiadają o swoich marzeniach, czasem iluzjach, tęsknotach i oczekiwaniach. Archiwum Emigranta to dzieło otwarte, które Muzeum buduje razem z Polakami i Polkami z całego świata. Każdy może dodać swoją część tej wielkiej opowieści.

Kluczową częścią projektu jest archiwum historii mówionej. Muzeum prowadzi działania badawczo-dokumentacyjne w różnych regionach świata. W 2015 roku swój finał miał polsko-amerykański projekt „Oblicza Polonii: Mieszkańcy Hamtramck” odkrywający historię wyjątkowej polskiej enklawy spod Detroit. Niegdyś dziewięciu na dziesięciu mieszkańców miasta było Polakami. Dziś na ulicach słyszy się 26 języków, a społeczność tworzą migranci z Polski, Bangladeszu, Jemenu, Bośni czy Ukrainy. Wywiady i zdjęcia Polaków z Hamtramck budują jedną z kolekcji tematycznych na stronie archiwumemigranta.pl.

 Aktywnie poszukujemy ważnych tematów emigracyjnych, ciekawych bohaterów czy środowisk, które warto zbadać i udokumentować. Nasza działalność badawcza jest też sprzężona z projektami kulturalno-edukacyjnymi, które szeroko interpretują historie emigrantów. Dzięki temu możemy tłumaczyć historię jak i współczesne, migracyjne zmiany na świecie prezentując wiele, osobistych – często diametralnie różnych od siebie – perspektyw. – podsumowuje Olga Blumczyńska, koordynatorka archiwum historii mówionej w MEG.

otwarcieME2

Kontakt dla mediów:

Joanna Wojdyło
Rzeczniczka

j.wojdylo@muzeumemigracji.pl
T: 606 167 972

Olga Blumczyńska
koordynatorka archiwum historii mówionej
o.blumczynska@muzeumemigracji.pl

T: 735 955 617

***

Zdjęcia z otwarcia Muzeum: Ewa Maria Slaska

Podróż przez Polskę

Ewa Maria Slaska

Byłam…

Byłam w Polsce. W dwóch dużych miastach i kilku małych. Polska jest piękna, nawet ta w ruinie, wyglądała jak kosz kwiatów. Było słonecznie i wszędzie kwitły sady… Kocham Polskę.
Polska jest obrzydliwa, nawet w tej nie zrujnowanej czają się złe myśli, zacofanie, ciemnogród, przepisywanie historii na nowo i po swojemu… Nie cierpię Polski.

Gender (2)

Na wyższej uczelni gazetki ścienne jak za czasów komuny, tylko zamiast socjalistycznych hasełek Gender i Chazan. Nie doczytałam, ale zdaje się, że jest felietonistą-komentatorem w jakiejś obskuranckiej gazecinie. Twierdzi, że wirus Zika nie uprawnia aborcji i powołuje się na deklarację episkopatu… Brazylii.

W pięknym mieście, w którym mordowano Polaków i Żydów, dominują tablice upamiętniające Piłsudskiego, Legiony, Żołnierzy Wyklętych, ofiary socjalizmu, Katyń i Smoleńsk. Pozostała część Historii przestała się liczyć.

Tak będzie wszędzie po drodze, dopóki nie opuścimy “prawdziwej” Polski i nie wjedziemy na autostradę.

tablice

Gdzie niegdzie pozostają resztki po pamięci, można by rzec – pamiątkowe śmieci…

pamiatkowesmieci

Czasem wchodzisz i masz poczucie, że jesteś “u siebie”, jest dobrze, po franciszkańsku wręcz…

podroz po polsce (42)

…dobra kawa, wegetariańskie jedzenie, książki, sztuka, filozofia… właściciele z dużym poczuciem humoru i smaku potrafili zrobić coś wśród ruin, podoba ci się. Kupujesz książkę, pijesz kawę…

kawiarnia

I oglądasz dekoracje. Takie miłe: Żyd z pieniążkiem, papużka na katarynce, podkowa nad drzwiami…Cóż to za problem, że Żyd z pieniążkiem? Czepiam się. Wiem.

W całym mieście śluby. Kolejka do ślubu, kolejka ślubów, kolejka do składania życzeń. Takie same panny młode, takie same nogi…

podroz po polsce (18)
podroz po polsce (19)

Właśnie rzucam w kosmos retoryczne pytanie, dlaczego? Dlaczego wszystko jest takie samo, gdy w zaułku pojawia się dziewczyna z Malczewskiego i Przybyszewskiego…

podroz po polsce (15)

To też Polska… Ta młoda para uratowała moją podróż po kraju ojczystym. Jeszcze nie wszystko zabrali oni, sklonowani, tacy sami, ciemni, bez cienia własnej myśli, jeszcze są ta dziewczyna i jej mąż, i ich świadkowie…

PS. Wracam do Berlina. Sąsiad (aka Berlin-Knipser) podsyła mi kilka nowych zdjęć. Jaka to ulga, gdy po porcji patetycznego patriotyzmu wraca się do berlińskiej arogancji, ironii i luzu. Golasy i pomnik słonia… Niech żyje Berlin!



Slaska na niedzielę

Ewa Maria Slaska

Trampki miód malina

Nie jestem jakąś specjalną maniaczką trampek i tenisówek, nie byłam nią też w młodości, ale tak wtedy jak i dziś nie da się funkcjonować bez trampek. Wtedy, gdy chodziłam na rajdy harcerskie, trampki i tenisówki były tanie. Dziś już tanie nie są.

To moje trampki All Stars czyli conversy. Kupiłam je kilka lat temu i zapłaciłam majątek, bo są wysokie do pół łydki i mają różową podszewkę. Znacznie później dowiedziałam się, że wyprodukowano je w Chinach czyli za grosze. To znaczy Chińczykom zapłacono grosze, a ja kupiłam markę i zapłaciłam majątek w euro.

Nie lubię chińskich produktów od czasu, gdy ktoś mi opowiedział, że Chińczycy wyprodukowali jakąś chemiczną papkę, która nie jest miodem, ale pachnie, smakuje i wygląda jak miód. Czyli można zbić majątek, sprzedając durnym Europejczykom miody z taśmy fabrycznej a nie z ula. Drogie miody, a to dlatego, że tanich się nie opłaca fałszować. Właściwie dobra informacja dla tych, którzy nie kupują w drogich sklepach.

Wczoraj przy kolacji dowiedziałam się z kolei, że Chińczycy przysyłają europejskim zielarzom niby to szalenie cenne i drogie zioła, powiedzmy mandragorę, które jednak mandragorą nie są i nie mają żadnych leczących właściwości. Myk polega na tym, że sprzedaje się je w postaci jakiejś brei, a autentyczność takich  papek sprawdza się przy pomocy elektrycznego urządzenia, zwanego spektografem. Papka musi dać wykres podobny do wyniku EKG z pikiem (czyli najwyższym  punktem) w jakimś konkretnym miejscu i konkretnej wysokości. Mandragora tu, liście maliny ówdzie. Kontrolę jakości ziół można też przeprowadzać za pomocą chromatora, który analizuje skład chemiczny i pokazuje wynik jako barwę. Chromatora nie da się oszukać. Ale… No tak, spektograf jest wprawdzie drogi, kosztuje plus minus tyle, co samochód, ale i tak jest mniej więcej sto razy tańczy od chromatografu. Więc wszyscy używają spektografu. A Chińczycy to wiedzą.

Czy to jest jasne? Na pewno nie, mnie trzeba to było trzy razy tłumaczyć. I nadal nie wiem, czy dobrze zrozumiałam, co ci Chińczycy zrobili albo jak do tego doszli, ale pojęłam, że odkryli, iż np. liście malin zmieszane ze sproszkowanymi igłami sosny dają pik dokładnie w tym samym miejscu, w jakim pojawia się pik mandragory. Albo co lepsze – w ogóle nie trzeba ani malin ani sosny, tylko jakaś chemia daje ten pik. Na wykresie poniżej pik liści malin, mandragory w sieci nie znalazłam. Pewnie dlatego, żeby nikt nie ukradł pika.

malinyniemandragora

Mandragora rośnie w Chinach, jest rzadka, trzeba ją sprowadzać i kosztuje majątek, a liście malin można zerwać z krzaka podczas pierwszego lepszego naszego środkowoeuropejskiego spaceru, dlatego sprzedaż malin zamiast mandragory to naprawdę sam miód.

Papka zamiast miodu, liście malin zamiast mandragory, drogie trampki zamiast tanich trampek. Daliśmy się wpakować w pułapkę taniego badziewia i zrobiliśmy to dobrowolnie. Pszczoły umierają, ale hurra! jest przecież papka udająca miód.

I tak dalej, że zacytuję Vonneguta.  To piękny chwyt literacki pozwalający opuścić wywody, które wszyscy znamy i wrócić do sedna rzeczy. Kusi mnie, żeby uznać, iż sednem jest biblijna mandragora, ale będę twarda, po raz kolejny zacytuję mistrza i powiem tylko, że mandragora wygląda jak ludzik, jest męska i żeńska, krzyczy, gdy się ją wyrywa z ziemi, od zawsze była magicznym lekiem i tak dalej…

I tak dalej, proszę państwa, wracamy do trampek. Noszę je nadzwyczaj rzadko i dlatego zdziwiłam się, gdy któregoś dnia obudziłam się rano myśląc o trampkach.

Podczas porannej kawy na balkonie ustaliłam ze swoimi myślami, że rozmyślamy o książce Słoneczne wino / Dandelion wine Raya Bradbury’ego, w której jest piękny rozdział o trampkach. Douglas Spaulding, 12-letni chłopiec budzi się w domu dziadków. Jest pierwszy dzień wakacji w roku 1928, w małym miasteczku na środkowym zachodzie Stanów. Gdy ma się 12 lat, wakacje to cała wieczność pełna niezwykłych niespodzianek. Douglas wie jednak, że nie ma idealnych wakacji bez trampek. Nowych pięknych trampek, które jak magiczny dywan przeniosą go przez wszystkie cudowne dni rozpoczynającego się właśnie lata. Nie ma jednak mowy o tym, żeby ktoś mu te trampki kupił. Idzie więc do sklepu z obuwiem i wygłasza najpiękniejszą przemowę o byciu chłopcem, jaką w życiu można wygłosić tylko wtedy, gdy ma sią 12 lat i czegoś się tak naprawdę, naprawdę chce.  Opowiada jak będzie biegł prędzej niż wiatr, wypełniając wszystkie nałożone mu zadania, aż uzbiera się suma wystarczająca, by kupić trampki…

Dopijam kawę i otwieram komputer. Do roboty, Ewa. W mailach list od Tereski, która pracuje w schronisku dla uciekinierów: Azuz pilnie potrzebuje trampek!

Azuz ma 12 lat. Dzwonię do Tereski i mówię, że kupię mu trampki.

Reblog pro domo sua

gazeta pisarzyNie chciałam, uwierzcie mi, przechwalać się tutaj wywiadem, jakiego udzieliłam Magdzie Parys dla Gazety Pisarzy czyli specjalnego wydania Gazety Wyborczej. No więc – nie chciałam, ale muszę, bo po prostu zalewa mnie potok pytań o tekst wywiadu, a tu ktoś nie ma dostępu, a ktoś limitu, a ktoś znowu cholera wie czego… Publikuję więc tu ten artykuł i będę Wam wszystkim wysyłać linki… I dajcie Wy mi święty spokój, a jak jesteście z Berlina, to przypominam, że pilnie poszukuję rolek i rower(k)ów dziecinnych dla “naszych dzieci”, bo jest wiosna i rok 2016…

A jak ktoś chciałby się więcej dowiedzieć, to zapraszam na stronę założoną przez Viktora Kucharskiego, Polacy w Berlinie bez nienawiści.

razan we wrotkach!

Na zdjęciu Razan, syryjska dziewczynka, w nowych rolkach, dostarczonych jej przez “dobrą wróżkę” – foto Iwona B.

Polacy, spełnijcie swój obowiązek! Polska wolontariuszka opowiada o pomocy uchodźcom w Berlinie

Ważny jest człowiek, który właśnie uciekł przed śmiercią. I którego ty możesz przywitać.

Rozmowa z Ewą Marią Slaską, pisarką, dziennikarką, blogerką, która jako wolontariuszka pomaga w Berlinie uchodźcom. Uciekinierka polityczna, wyjechała z Polski w styczniu 1985 r., a w 1986 r. otrzymała w Berlinie azyl polityczny.

MAGDALENA PARYS*: Polski rząd wzbrania się przed pomaganiem uchodźcom, wielu rodaków to popiera. A jak reagują Polacy mieszkający w Niemczech?

EWA MARIA SLASKA: W Berlinie i na polsko-niemieckim pograniczu mnóstwo Polek pomaga uciekinierom. Wszystkie mówią to samo: “Teraz trzeba się wstydzić, że się jest Polakiem”. Te dziewczyny są wspaniałe. Hania Hakiel zabiera uchodźców do Polski na święta. Magda Więsko zorganizowała zbiórkę rowerów. Ania Alboth wciągnęła pół Polski w akcję zbierania darów. Monika zrobiła wystawę zdjęć z drogi, którą przeszli. Lucy zaprasza na grilla dla uchodźców i mieszkańców swojej przygranicznej wioski… To samo robią Niemcy. Zaraz jadę do wioski, w której wyremontowano domek dla informatyka z Syrii. Mieszkańcy wystąpią jako poręczyciele, by mógł sprowadzić rodzinę. To są wspaniałe akcje. Prawdziwa pomoc to nie tylko dawanie pieniędzy, ale przede wszystkim serce.

Ciekawe, bo we wschodnich Niemczech codziennie płoną schroniska dla uchodźców…

– Wiem, że to do siebie nie pasuje. Nie twierdzę, że tak nie jest, ale sama nie spotkałam się z przemocą. Nawet gdy po moim wykładzie o pomocy uchodźcom protestowali neonaziści, wszystko przebiegło spokojnie.

Powszechnie mówi się, że uchodźcy to młodzi mężczyźni…

– W ośrodku, w którym pracuję jako wolontariuszka, ok. 80 proc. mieszkańców stanowią Syryjczycy i Afgańczycy, głównie rodziny. Mężczyzn jest dużo, ale pamiętajmy, że droga uchodźcy to kilka tysięcy kilometrów na piechotę. Nie każdy chce zabrać żonę w ciąży czy małe dzieci. Ale i ich, niestety, widać na tych niekończących się szlakach.

A komórki i drogie ciuchy, które noszą?

– A co w tym złego? Komórka to zwykły element naszej codzienności. Mało tego, nam mniej potrzebny niż im w drodze do nas. W komórkach są mapy, trasy, drogi. Nawigacja. Jak przejść przez kilkanaście państw bez takiego kompasu? Otrzymują je od tych, którzy organizują im ucieczki. To jest w cenie “usługi”. W czasie drugiej wojny światowej komórek nie było, ale gdyby były, Żydzi całowaliby ręce tych, którzy je wymyślili. Przecież dzięki nim mogliby ratować siebie i swoje rodziny od Zagłady. Przez komórkę możesz się skontaktować z pośrednikiem. A potem z pozostawioną gdzieś daleko rodziną.

Nie jesteś podejrzliwa?

– Mój mistrz z Czerwonego Krzyża Nouri Dehkordi, który przed laty w olbrzymim berlińskim schronisku dla uchodźców kierował pracą opiekunów, powtarzał: nie zadawać pytań. Nie jesteśmy policją. Jeżeli chcę się czegoś dowiedzieć, mogę zapytać, ale on ma prawo nie odpowiedzieć.

Kim był Dehkordi?

– Wspaniały człowiek, Kurd z Iranu, członek Komunistycznej Partii Kurdyjskiej (KPK), dwukrotny uchodźca polityczny – uciekał przed policją szacha Rezy Pahlawiego, a potem przed ajatollahem Chomeinim. Zginął w 1992 r. w zamachu irańskich agentów na grecką restaurację Mykonos w Berlinie, gdzie delegacja KPK prowadziła rozmowy z politykami emigracyjnymi. O tym było swego czasu bardzo głośno.

A jak ty trafiłaś teraz do domu uchodźców?

– Przypadkiem. W sierpniu zeszłego roku robiłam materiał o schronisku, a w międzyczasie okazało się, że potrzebne są ręce do roboty.

Z dziennikarki stałaś się wolontariuszką?

– Telefon znajomego przerwał miły wieczór z rodziną: “Przyjeżdżaj, pomóż wydawać kolację”. Pracowałam do godz. 23, zamierzałam wracać do domu, ale dotarła nowa grupa, dwieście osób. To było latem zeszłego roku. Kilka miesięcy później zaczęłam regularną pracę w tym ośrodku. Ale w marcu zamieniłam ją na wolontariat – bo wolontariusz może pomagać, a etatowiec tonie w biurokracji. Najgorsza jest przepaść między tym, co na górze – kanclerz Merkel i jej “damy radę” – a tym, jak wygląda opieka nad uchodźcami.

Czyli?

– Biurokracja i jeszcze raz biurokracja. Zamiast uprościć procedury, żąda się wypełniania ton papierów. Do pracy przychodzą ludzie, którzy zachowują się jak trybiki wielkiej maszyny. Byle się nie narazić. Plus niekompetencja, negatywna selekcja, ignorancja. Zdarzyło się, że wyrwałam tłumaczowi list z rąk – bo nie zauważył, że to skierowanie dzieci do szkoły. A Nouri w latach 80. i 90. wspaniale zorganizował pracę opiekunów w berlińskim ośrodku dla uchodźców. Nie przywożono paskudztw w kotłach. Na miejscu była pielęgniarka, lekarz, opieka do dzieci. Oczywiście nie oznaczało to, że ośrodek był rajem na ziemi.

Z kolei teraz szybciej następuje uznanie prawa do azylu lub przyznanie statusu uchodźcy, uciekinier szybciej dostaje zwykły zasiłek, kurs integracyjny, prawo do pracy.

Czyli są i zmiany na lepsze…

– To zależy od miejsca. Wiele czasu pożera stanie w kolejkach do urzędów. Uchodźcy trochę się uczą i pracują na terenie schroniska (wolno im przez 80 godz. miesięcznie). Wykonują proste czynności: gotują, wynoszą śmieci, sortują odzież. Zarabiają euro na godzinę i umieją się z tego cieszyć.

Jacy oni w ogóle są?

– Gdy przyjeżdżają, to – Boże! – tacy zmęczeni! Zmęczeni i kochani jednocześnie. Ledwo żyją, ledwo stoją na nogach, ale dziękują. Jest w nich tyle wdzięczności. Zaprzyjaźniłam się z rodziną, która ujęła mnie już pierwszej nocy – ich synek podszedł do okienka, powiedział “drei Kaffee bitte” i uśmiechnął się.

Nie dość, że pracujesz z uchodźcami, to jeszcze mieszkasz blisko dawnego lotniska Tempelhof, obecnie największego ich skupiska w Berlinie. Nie boisz się?

– Gdy wracam po nocy, trochę się boję. Ale nie ich – uchodźców, tylko – ich, mężczyzn. Jak każda kobieta. Ale nie wolno się bać! I nie wolno słuchać wiadomości! Oczywiście, warto wiedzieć, co się dzieje, ale nie wolno zwracać uwagi na zdania: “Zbliżają się miliony uchodźców”. To tylko liczby. Ważny jest człowiek, który właśnie uciekł przed śmiercią. I którego ty możesz przywitać.

Angela Merkel wcześniej też była sceptyczna wobec uchodźców. Pamiętam, jak palestyńska dziewczynka, płacząc przed kamerami, spytała, dlaczego jej rodzina ma być deportowana. Kanclerz odparła: “Niestety, mamy taką politykę”.

– Ale krótko potem obiecała, że Niemcy pomogą wszystkim uchodźcom. Od tego czasu bardzo ją polubiłam. Wygrał czynnik ludzki. W Polsce próbuje się go umniejszyć, mówiąc, że pomoc się Niemcom opłaca, bo Unia płaci za uchodźców. Skoro się tak opłaca, dlaczego Polska ich nie bierze? Szefowa miasteczka namiotowego dla uchodźców na pytanie, czy mam zorganizować zbiórkę darów z Polski, odpowiedziała, że nie, bo wtedy Polacy przestaliby mieć wyrzuty sumienia, a nie o to chodzi. “Wy, Polacy – powiedziała – powinniście stanąć na ulicy i wrzeszczeć na ten swój rząd. Pomoc to nasz chrześcijański obowiązek”.

* Laureatka Literackiej Nagrody UE za książkę “Magik”, za chwilę ukaże się jej najnowsza powieść “Biała Rika”.

gazeta

Foto: Julita B.

Co czytano w getcie?

Jakie piękne pytanie!

Co czytano w gettach?

Seminarium naukowe

W czerwcu 1942 Emanuel Ringelblum konstatował:

Co czyta ludność? Temat ten ciekawi każdego Żyda, a po wojnie będzie interesował świat. Świat zapyta: Co myśleli ludzie z Musa-Dah, [ludzie] z getta warszawskiego, którzy rozumieli, że nie ominie ich śmierć […]. Czytają pamiętniki Lloyda George’a, powieści światowej literatury o poprzedniej wojnie światowej itp., czytają z upodobaniem te strony, na których opisany jest rok 1918, klęska Niemiec.

Temat „co czytano w getcie” istotnie jest interesujący, a nie doczekał się jeszcze całościowego studium. O jednej z bohaterek fikcyjnej prozy Eva Weaver pisze: „Wertowała kolejne książki, w szczególności Baśnie tysiąca i jednej nocy. Czytała je wszystkie” (przeł. Magda Witkowska). W niefikcyjnej relacji Władysław Dov Kornblum wymieniał: Mały Lord, Książę i żebrak, Sława, Chata wuja Toma. W niemalże wszystkich dokumentach osobistych znajdują się passusy poświęcone lekturom. Justyna Kowalska-Leder, badając dziennik Reni Knoll, zauważyła:

Być może martwota getta, jego odcięcie od przyrody, tłumaczy nieco czytelnicze gusta Reni, na przykład jej zachwyt nad Pojednaniem Heleny Zakrzewskiej […] czy literaturą skandynawską. […] Pod notatką wyrażającą zachwyt Ryszardem Lwie Serce Waltera Scotta Renia umieszcza fragment Kupca weneckiego:

Alboż to Żyd nie ma oczu,
nie ma rąk, organów, zmysłów,
namiętności?

Zapraszamy do udziału w seminarium naukowym, organizowanym przez Żydowski Instytut Historyczny, Instytut Slawistyki PAN i Fundację Józefa Rotblata. Odbędzie się ono we wtorek 14 czerwca 2016 o godzinie 13 w siedzibie Żydowskiego Instytutu Historycznego w Warszawie. Zgłoszenia prosimy wysyłać do 30 kwietnia na adres koordynatorki: joannamroszak@gmail.com

Joanna Roszak

Fundacja Józefa Rotblata, Instytut Slawistyki PAN

Mezolit. Tekst odrzucony i uzupełniony.

Tekst wyrzuciłam sama osobiście z referatu przygotowywanego wspólnie z Tomaszem Fetzkim na interdyscyplinarną konferencję Biografistów Pedagogów na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim:
Współczesne przestrzenie edukacyjne biografistyki
Obcy wśród swoich: wychowawczy wymiar biografii pogranicza

Mgr Ewa M. Slaska (Berlin), dr Tomasz Fetzki (ŁWSH, Żary)
Na początku był blog; od prób literackich do pogłębionych badań nad nietypowymi biografiami pogranicza.

To co poniżej wyrzuciłam, bo napisałam dużo za dużo. Tak to jest jak się zaprasza pisarkę do szacownego grona naukowców :-). Z tego za długiego wstępu do referatu pozostało tylko pierwsze zdanie: Interesowały mnie cmentarze i dlatego studiowałam archeologię.

I tak też było…

Konferencja się właśnie skończyła, a ja dedykuję ten wpis naszemu nieocenionemu Pharlapowi, który “dopominał się” niedawno o kolejne teksty o niczym na niedzielę. Tym razem niedzielna archeologiczna zupa nic.

Ewa Maria Slaska

…czyli dlaczego zostałam archeolożką?

Cmentarze interesowały mnie „od zawsze“, i nie jest wykluczone, że to właśnie spowodowało, że wybrałam studia archeologiczne. Oczywiście osoba w wieku dobrze „zaawansowanym” nie do końca jest w stanie odtworzyć przyczyny młodzieńczych fascynacji, wiem jednak na pewno, że w archeologii nie interesowało mnie „szukanie skarbów”, co z reguły fascynuje dzieci i młodzież, lecz – odkrywanie życia innych, tych którzy żyli przed nami. Przedmiotem moich zainteresowań był przede wszystkim świat myśli ludzkiej, rozwój idei, a nawet wcześniej – ich rodzenie się, a więc wychodzenie człowieka ze stanu bytu zwierzęcego ku człowieczeństwu. Dlatego też jako archeolożka specjalizowałam się w badaniach epoki kamienia. Można by powiedzieć, że archeologia straszej epoki kamienia – paleolitu – dostarcza niewielu materiałów miłośnikowi cmentarzy. A już na pewno żadnych w Polsce. Przypominam tym, którzy mogą tego nie wiedzieć, że teren Polski poza niewielkimi skrawkami u podnóża gór, najczęściej po prostu w jaskiniach, był w całości pokryty lodowcem, a pierwsze gromady ludzkie dotarły na ziemie polskie dopiero w środkowej epoce kamienia czyli mezolicie. A więc, mówiąc w skrócie, nie 5 milionów lat temu, tylko 10 tysięcy. A to oczywiście kolosalna różnica.

Mezolit jest jednak dla archeologa i antropologa kultury fascynującym okresem Wielkiej Zmiany, prawdziwej Dobrej Zmiany. Kończyła się gospodarka łowiecko-zbieracka, powstawała gospodarka wytwarzająca. W miejsce jednolitej kultury starszej epoki kamienia pojawiło się wiele kultur różniących się pomiędzy sobą.

Przy okazji dodam, że nawet Wikipedia informuje, iż najważniejszym stanowiskiem archeologicznym badającym zagadnienia z tego okresu – kulturę komornicką – jest Smolno Wielkie (niedaleko Zielonej Góry) – a ja tam od początku pracowałam jako studentka, a potem pisałam o Smolnie pracę magisterską.

W Niemczech, gdzie mieszkam na stałe, pojawił się kilka lat temu plakat z lekko zmodyfikowanym biblijnym cytatem: Am Anfang gab es Himmel und Erde, den Rest haben wir gemacht. Na początku były niebo i ziemia, resztę zrobiliśmy my. Była to naprawdę inteligentna, acz  lekko samochwalcza, reklama… Izby Rzemieślniczej.


Ja na własny użytek sformułowałam to przesłanie tak: Ziemia była błotnistą kulą pełną komarów, to my, ludzie, zrobiliśmy z niej świat pełen cudów wytwórstwa, sztuki, architektury, myśli. To „moi” ludzie w środkowej epoce kamienia ten proces zapoczątkowali. Oczywiście zbieractwo, łowiectwo, rybołówstwo nadal stanowiły podstawę utrzymania człowieka mezolitycznego, zaczęło się już jednak proste rolnictwo, nastąpiło udomowienie owcy i świni. „Moi” wynaleźli siekierę, łuk, czółno, zaczęli budować „domy” – były to oczywiście dość prymitywne szałasy – wydobywali krzemień pasiasty w Krzemionkach i Orońsku, i handlowali nim.


Zamiast topornych narzędzi paleolitycznych, tzw. pięściaków, pojawiły się delikatne, filigranowe wręcz ostrza, rylce, noże, sierpy. Były one łatwiejsze w transporcie, nie trzeba ich było porzucać, lecz wyruszając na wędrówkę można je było zabrać ze sobą. Usprawniło to polowania, a przeto również zaopatrzenie w żywność. Zmniejszyła się śmiertelność noworodków – nastąpił pierwszy w historii ludzkości wyż demograficzny, który po kilku tysiącach lat spowodował, że ok. 4 tysiąclecia przed naszą erą człowiek wytępił doszczętnie mamuty. Był to pierwszy akt konstruowania życia ludzkiego kosztem dekonstrukcji natury, wyjście z naturalnego obiegu życia i śmierci, a zatem niejako jej pokonanie. Pokonanie poprzez odsunięcie. Jest to zatem również pierwszy udowodniony naukowo moment, kiedy technologia wymyślona przez człowieka zaczęła zmieniać świat. Na gorsze, no tak, oczywiście, ale przecież i na lepsze…

Pojawiły się kosze i tkaniny! Ludność mezolityczna wciąż jeszcze koczowała, ale nie była to już codzienna wędrówka, lecz przenosiny z letnich osad otwartych do jaskiń dających schronienie przed zimą.

Kształtowanie się cywilizacji mezolitycznej odbyło się poza ziemiami Polski. Do nas dotarła już gotowa kultura.

Wyglądało to tak jak na tym filmiku, przygotowanym przez Muzeum Archeologiczne w Warszawie.

Na ziemiach polskich znanych jest kilka pochówków mezolitycznych. Najbardziej znany jest grób z miejscowości Janisławice w województwie łódzkim, osady, która dała nazwę jednej z głównych kultur mezolitycznych na naszych ziemiach – kulturze janisławickiej. Jest to odkryty w roku 1937 grób mężczyzny w wieku między 30 a 40 rokiem życia bogato wyposażony, zawierający ponad 50 wyrobów kościanych i tyleż wyrobów krzemiennych. Ciało posypano hematytem (ochrą). Prawdopodobnie czerwona barwa miała symbolizować krew – życie. Zmarły został ułożony w pozycji siedzącej z wyprostowanymi nogami i plecami opartymi o ścianę jamy grobowej. W rękach trzymał łuk i kołczan ze strzałami, z których zachowały się jedynie groty. Pochowano go z narzędziami z krzemienia czekoladowego, naszyjnikiem z zębów jelenia i wisiorkami z kłów dzika.

Dodam na marginesie, że do niedawna grób z Janisławic był uważany za najstarszy pochówek w Polsce. Dopiero kilka lat temu, a dokładniej w roku 2011, odsłonięto w Jaskini Borsuk w Jurze Krakowsko-Częstochowskiej grób dziecka sprzed 27 tysięcy lat, a więc zdecydowanie grób paleolityczny i jak dotąd najstarszy w Polsce. Dziecko miało 1,5 roku, z jego ciała zachowało się tylko 6 zębów mlecznych, ale wyposażono je na drogą pośmiertną we wspaniały naszyjnik ze 150 zębów zwierzęcych. Rodzice przybyli z dzieckiem z południa, byli typowymi przedstawicielami ludu wędrownego i… jaskiniowego.

Na zakończenie dwie już nie mezolityczne, ale jednak archeologiczne opowiastki o grobach.

Wśród studentów archeologii istniał w czasach, kiedy studiowałam, obowiązek, aby pierwszy znaleziony przez młodego naukowca grób nazywać imieniem swojej… dziewczyny. Oczywiście świadczyłoby to o tym, że zwyczaj był stosunkowo dawny i wywodził się z czasów, kiedy kobiety jeszcze nie studiowały archeologii. Albo w ogóle nie studiowały… Mój kolega ze studiów nazwał swoje pierwsze znalezisko “grobem Ewy”. Było to nieco zagadkowe, gdyż na roku liczącym dziesięciu studentów (i studentek) były cztery Ewy – Ewa to było imię pokoleniowe a nie indywidualne. Na dodatek żadna z nas nie była jego dziewczyną. Musiałyśmy odkrywcę trochę “przydusić”, żeby wyznał, o którą z nas chodzi, i czy w ogóle o którąś z nas, czy może o jakąś zupełnie inną Ewę. Przyparty do ściany delikwent powiedział, że to ja. Teraz mi przychodzi do głowy, że mógł to być wykręt, ale trudno, stało się… W wieku 19 lat “dostałam” grób i może dlatego przez całe życie twierdzę, że nie chcę mieć grobu, o czym już TU zresztą pisałam…

I druga opowieść o czasach studenckich (najwyraźniej starzeję się i chętnie wpominam czasy, gdy byłam młoda) – niezwykła opowieść o grobach psów. Miałam na studiach starszego kolegę, już asystenta, Tadzia Makiewicza, który postawił sobie za cel udowodnienie, że w Polsce byli Celtowie. Ten niezwykły lud, dziś znany przede wszystkim z Francji, Anglii i Irlandii, zasiedlał pierwotnie tereny południowych Niemiec i Czech, a Tadzio był zdania, że żyli oni również w Polsce. Zrobił dla tych Celtów polskich bardzo wiele, ale chyba nie udało mu się zmienić zadawnionych przekonań, bo dziś nadal twierdzi się powszechnie, że były to tylko wpływy kulturowe (zobaczcie choćby TU). W roku 1970 pojechaliśmy z Tadziem na wykopaliska do Janikowa, kopać osadę z okresu rzymskiego, gdzie Tadzio spodziewał się właśnie Celtów. On był kierownikiem wykopalisk, my jak to my – do pomocy. Już chyba w pierwszym tygodniu prac w narożniku jednej z chat odkryliśmy szkielet psa. I kawałek miski! Radości nie było końca. Grób psa! I to z darami. Dowód na celtyckość naszej osady, bo Celtowie nagminnie praktykowali składanie ofiar zakładzinowych. Tadzio cieszył się oczywiście jak dziecko, ale, świadomy powagi swej kierowniczej funkcji, próbował nas pouczyć, że to nie grób i że trzeba rozróżnić grób i ofiarę, ale nic to nie pomogło, grób to grób. W kilka dni później znaleźliśmy drugi “grób”. Atmosfera robiła się coraz gorętsza, a wtedy ktoś z nas wpadł na prześmiewczy pomysł, że podejmiemy zobowiązanie na 22 lipca. Pamiętacie, jak to było? Zakłady pracy zobowiązywały się przekroczyć normę. No to my też! Usiedliśmy któregoś popołudnia przy stole i z namaszczeniem wykonaliśmy na arkuszu brystolu plakat – zobowiązanie. Z okazji Narodowego Święta Odrodzenia Polski zobowiązywaliśmy się, że wykopiemy jeszcze pięć grobów psów!

I wykopaliśmy! W sumie odsłoniliśmy osiem pochówków psów, z czego sześć zakopano w jednym rzędzie nieopodal budynku słupowego, uznanego potem przez Tadzia za obiekt kultowy.

Tadzio odwołał się tu do Owidiusza, który w poemaci „Fasti” pyta:

Dlaczego to pies z Larami?
Jeden i drugi chroni dom
I jeden i drugi byli wierni swemu panu…
Czujne są psy i czujni są Larowie.

Bo, moi mili Czytelnicy, archeolog dzieli znaleziska na należące do kultury materialnej i duchowej, po czym uściśla i zawęża te kategorie, a co mu się nie zmieści w żadnej konkretnej szufladce – zapisuje pod hasłem: obiekt kultowy!

Tytuł pracy doktorskiej Tadzia, ukończonej w roku 1976 brzmiał Osadnictwo kultury przeworskiej w rejonie Jeziora Pakoskiego. E tam, osadnictwo. Nasze groby psów!

Nie mam i nie znalazłam w sieci zdjęcia grobu psa z Janikowa. Tu inny obiekt tego typu, odkryty w roku 2012 na stanowisku kultury rzymskiej koło Grudziądza. Są miski!