Droga. Wystawa w Löcknitz.

Już tu kilka dni temu pisałam o spotkaniu w Löcknitz. Spotkanie, podobnie jak cały dwudniowy wyjazd do tego nadgranicznego miasta, bardzo mi się podobało, szkoda więc, że towarzyszyły mu różne nieprzyjemne sytuacje. Dziś jednak przede wszystkim o jasnych i optymistycznych sprawach, zaobserwowanych w Löcknitz.

burg (2)-kl

Ewa Maria Slaska

Wystawa, zamek, kościół, uchodźcy

kosciol2a-kl

perspektywa (z małej litery!) – świetny projekt nadgraniczny, prowadzony przez niemieckiego historyka, socjologa i politologa Nielsa Gatzke i Agnieszkę Misiuk, polską germanistkę. Perspektywą wyznaczoną przez perspektywę jest demokratyczne społeczeństwo obywatelskie. Odpowiadają na propozycje oddolne i sami je inicjują. Działają na pograniczu, w mieście i regionie, gdzie w ostatnich latach zamieszkało wielu Polaków, w ich programie znalazły się więc też propozycje integracyjne, lokalne i ponadgraniczne.

nielsagnieszka

Oczywiście realne życie nie jest aż tak jasnozielone jak…

Neonaziści w Löcknitz od kilku lat ostro protestują przeciwko obecności Polaków w Brandenburgii i Meklemburgii, a co gorsza sprzymierzyli się z narodowcami w Szczecinie. Dziennikarz szczeciński, Bogdan Twardochleb, opowiadając nam w lutym tego roku o stosunkach polsko-niemieckich, tak jak się je widzi ze Szczecina, z dużą troską opowiadał o wspólnej demonstracji neonazistów niemieckich i polskich narodowców w Szczecinie…

Wobec napływu uchodźców arabskich do Niemiec, których umieszczono również w Löcknitz  i okolicy, front porozumienia się przesunął, i teraz Polacy zaczynają być widziani jako “nasi” i szuka się w nich sprzymierzeńców w proteście przeciwko przybyszom z Azji i Afryki.

Twórcy perspektywy są zaniepokojeni taką perspektywą. Martwi ich też, że spośród kilkudziesięciu rodzin mieszkających w Löcknitz  i okolicy, tylko dwie zaangażowały się pomoc uchodźcom. Nie wiem, czy to mało, czy dużo, wiem jednak, że ci zaangażowani, których poznałam, są po prostu nadzwyczajni.

Wystawa

To oni, wolontariusze polscy i niemieccy, wspólnie zorganizowali wystawę, którą można było obejrzeć wieczorem po moim spotkaniu, w siedzibie Regionu Pomerania.

wystawa (1)-kl

Towarzyszył jej taki tekst:

Najgorszym więzieniem jest zamknięte serce
Karol Wojtyła

Wyobraź sobie człowieka

Jest jeszcze młody, może przed trzydziestką, ma żonę i dzieci. Jest programistą, lekarzem, fryzjerem albo mechanikiem. Kocha swoją rodzinę i swą pracę. Małe miasteczko w którym żyje, jest od pokoleń małą ojczyzną jego rodziny.

Pewnego dnia, gdy wracał z pracy swoją ulicą, jego świat nagle się zawalił. I już nic nie było takie jak dawniej. W miejscu, gdzie kiedyś stał jego dom, ział krater wypełniony stertą dymiących gruzów. Sąsiedzi biegali z krzykiem, gestykulując. Na ulicy leżało kilka małych brudnych zawiniątek, nienaturalnie małych. Nie musiał nawet im się przyglądać, by wiedzieć, że to jego martwa żona i trójka jego dzieci – bliźniaki i to najmłodsze, trzyletnie.

Bezsensowna wojna domowa, która od lat targała jego krajem, upomniała się o nowe ofiary – tym razem o całą jego rodzinę, wszystko co miał, oprócz jego własnego życia i tego, co miał na sobie.

Pomyślał: byłoby lepiej, gdybym też umarł.

Wyobraź sobie tego człowieka teraz, gdy wraz z setkami podobnych sobie ucieka tygodniami. Głodny, brudny, zrozpaczony. Jest wyczerpany, zmarznięty, często płacze. Bezwzględni przestępcy wydarli mu ostatni grosz, aby mógł na zardzewiałej łajbie dotrzeć do bezpiecznego brzegu. Miał szczęście, bo razem z dwiema setkami innych dotarł na brzeg. Tam gdzie nie ma wojny, ale spokoju też nie. W kraju, do którego dotarł, nie ma dla niego miejsca, musi iść dalej. Jest noc, gdy wrzeszczący żołnierze i policjanci z gumowymi pałkami zaganiają go i trzydziestu innych do autokaru i wywożą w nieznanym kierunku.

Wyobraź sobie tego człowieka, który po tygodniach ucieczki, głodu, pragnienia, strachu, chłodu, bezdomności, poniewierki, wrogości, bicia, kopniaków, żebrania i błagania, znajduje się w miejscu, gdzie nie rozumie ani gestów, ani mowy, nie potrafi odczytać pisma i gdzie ludzie nie są wcale serdeczni i gościnni jak w jego ojczyźnie, ale ponurzy, zamknięci i wręcz wrodzy, mimo że nie zaznali ani wojny, ani głodu, nie muszą znosić samowoli i gwałtu i najwyraźniej korzystają z zamożności swojego kraju.

Owszem czasem trafiają się na jego drodze ludzie uczynni i naprawdę przyjaźni. Ale często bywają i tacy, którzy najchętniej przepędziliby go stąd albo zrobili coś jeszcze gorszego. Rozmawia z uchodźcami, którzy są tu już dłużej niż on, ale wciąż niewiele może zrozumieć z tego nowego świata.

A to jest właśnie miejsce w którym ma zacząć swoje nowe życie. Musi się śpieszyć: nauczyć nowego języka, odszyfrować obcy alfabet, zorientować się w obcym otoczeniu i dopasować do nowego społeczeństwa. Na opłakiwanie utraconych bliskich czasu już nie starcza.

I teraz wyobraź sobie, że tym człowiekiem jesteś Ty.

Manfred Häusler

Wolontariusz z ośrodka dla uchodźców w Plöwen, pod polską granicą

I takie pokazywała zdjęcia. Zdjęcia zrobili sami uchodźcy, zapewne, choć nie spytałam, przy pomocy tych komórek, które im się tak “wytyka”, nie pamiętając, że jest to najczęściej jedyny kontakt tych ludzi ze światem, tym który opuścili, i tym, do którego zmierzali. I że najczęściej był to ich jedyny drogowskaz, mapa, atlas i kompas. Myślę sobie, że uciekający przed Zagładą Żydzi wystawili by pomnik inżynierom, gdyby takie produkty myśli inżynieryjnej jak komórka i nawigator istniały już w latach 30 i 40 XX wieku.

wystawa (6)-kl

wystawa (9)-kl

wystawa (8)-kl

Niestety, wystawę można było zobaczyć tylko przez kilka godzin, po czym została zwinięta i schowana. Ale można ją od organizatorów wypożyczyć.

Wypożyczmy więc!

I ostatnia myśl. Na wystawie widać kobiety! Na zdjęciach ale i w realu!

onanawystawie

Zdjęcie powyżej Bogna Czałczyńska. Dziękuję! Pozostałe zdjęcia z wystawy, zamek i kościół – ja. Zdjęcia Agnieszki i Nielsa, flyer perspektywy oraz zdjęcia neonazistów niemieckich podczas wspólnej demonstracji w Szczecinie – znalazłam w sieci, dziękuję więc sieci.

Reblog: Kardynał i aborcja

Obeszliśmy właśnie rocznicę przyjęcia Chrztu przez Polskę. Oficjalne obchody rocznicowe przebiegały w egzaltowanym stylu nowej polskiej dewocji, który jest charakterystyczny dla sposobu kierowania i sterowania państwem stosowanego przez partię rządzącą. Obchodom rocznicowym towarzyszył masowy protest społeczny przeciwko propozycji całkowitej likwidacji prawa do aborcji. Brutalne zestawienie!

To co nas czeka to, jak twierdzi Anna Krenz, zakrwawione koronki. Białe kobiece koronki, koronki sukien, halek, welonów ślubnych, i krew menstruacji lub, niestety, nielegalnej aborcji. Nowa flaga Polski.

W obliczu zaistniałej sytuacji nie widzę innego wyjścia, jak przypomnieć mój własny tekst o rocznicy przyjęcia chrztu  i o … aborcji. Gdy to pisałam rok temu zestawienie słów w tytule wynikało z chronologii moich własnych sytuacji życiowych. Dziś okazało się zastraszająco aktualne. A im bardziej się komuś nie spodoba zestawienie słów Kardynał i aborcja, tym lepiej… Bo to nie ja, tak cudownie zestawiam sacrum i profanum, mnie tylko tak się ułożyło, ale Wy, Wy tak: ”Nie można poprzestać na obecnym kompromisie wyrażonym w ustawie z 7 stycznia 1993 roku, która w trzech przypadkach dopuszcza aborcję. Stąd w roku Jubileuszu 1050-lecia Chrztu Polski zwracamy się do wszystkich ludzi dobrej woli, do osób wierzących i niewierzących, aby podjęli działania mające na celu pełną prawną ochronę życia nienarodzonych”.

Ewa Maria Slaska

Kardynał i aborcja

Mama nie zajmowała się tym, co robimy w szkole. Nie przejęła się nawet zbytnio, jak ciotka Maryta zaprowadziła Kasię-pierwszoklasistkę na test do szkoły baletowej, Kasia test zdała, została uczennicą baletówki, a Mama słowem nie pisnęła, że bez jej zgody, że za dużo obowiązków, że dziecko za małe.

Przyznaję, że nie wiem, kto u nas chodził na wywiadówki w szkole, bo jakoś dziwnie podejrzewam, że nie Mama. Ale mimo to Mama co najmniej dwa razy poszła do szkoły, żeby przeciwstawić się ukaraniu mnie. I w obu wypadkach – nigdy mi tego nie wypomniała.

Myślę, że oba wypadki zdarzyły się w roku 1966.

ja2Był rok Tysiąclecia Państwa Polskiego, rocznica, którą Komuna zmuszona była obchodzić, bo Polska jako kraj nie posiadała innej daty założycielskiej, tylko ten nieszczęsny rok 966, rok Chrztu Polski. Ale jak to Komuna, uroczystość się obchodziło, ale i jednocześnie nie wolno jej było obchodzić. Do Gdańska z okazji rocznicy przyjechał kardynał Wyszyński, wciąż jeszcze, po 10 latach, w aurze męczennika Komuny. Cały Gdańsk wybierał  się na powitanie. Cały Gdańsk podległy Komunie na to powitanie iść jednak nie mógł. Każda instytucja na swój sposób próbowała rozwiązać ten skomplikowany problem. W naszym Liceum, a byłam wtedy w 10 klasie, kazano nam wszystkim iść obowiązkowo do kina na jakiś film o Leninie w Poroninie czy coś w tym rodzaju. Nie wybierałam się na powitanie Wyszyńskiego, nie lubię akcji zbiorowych, i skoro jakoś zawsze udawało mi się wymigać od pochodów pierwszomajowych, to zamierzałam się również wymigać od stania w tłumie i czekania, aż przejedzie Kardynał. No ale przecież nie zamierzałam też iść do kina na Lenina z Poronina. Podobnie jak Kardynał, tak i Lenin nie wchodził po prostu w rachubę.

ja3Poszłam więc na spacer nad morze. Bardzo lubiłam takie spacery. Był 28 maja. Do Katedry Oliwskiej przyjechała kawalkada samochodów wioząca Prymasa i towarzyszących mu ponad 40 biskupów i kardynałów. Był wśród nich również Wojtyła.
Według szacunków PRL-owskich funkcjonariuszy, którzy często mieli zwyczaj zaniżać liczby związane z Kościołem, w Bazylice i na placu przed nią zgromadziło się ok. 30 tys. osób. I to mimo że ówczesne władze starały się odciągać od uczestnictwa w kościelnych uroczystościach. Zorganizowano wojewódzki wiec ludności wiejskiej z okazji Święta Ludowego w Wejherowie, duży festyn kulturalny z okazji zakończenia dni książki, prasy i oświaty na molo w Sopocie, turniej żużlowy z udziałem zawodników czechosłowackich w Gdańsku oraz mecz piłki nożnej pomiędzy Lechią Gdańsk a Ruchem Chorzów. Ponadto część młodzieży szkolnej wzięła udział w kilkudniowych wycieczkach poza teren Gdańska.

Tego samego dnia ze stypendium we Włoszech wróciła Mama. Gdy przyszło pismo ze szkoły, informujące rodziców, że zostałam ukarana za zwagarowanie z obowiązkowego popołudniowego wyjścia całej klasy do kina, Mama poszła do szkoły, pokazała swoje skierowanie na stypendium kulturalne we Włoszech, bilet lotniczy z Rzymu do Warszawy oraz bilet kolejowy na powrót do Gdańska, i oznajmiła, że jej kochająca córka była na dworcu witać wracającą z podróży Matkę. Dano mi święty spokój.
Mama nigdy mi tego nie wypomniała, że wprawdzie nie chciałam ani Lenina, ani Kardynała, ale jednak również jej. Często o tym opowiadała, bo była dumna, że udało się jej wygrać ze szkołą, traktowaną tu jako przedłużone ramię władzy, ale nigdy nie miała do mnie o to pretensji.
Nie wiem, być może już wtedy było wiadomo, że ja na wszystko odpowiadam Nie.

Aborcja

ja1Sprawa z aborcją musiała się zdarzyć albo w tym samym roku, albo, najwyżej, rok wcześniej. W ramach zajęć szkolnych przyszła na lekcję lekarka, która najwyraźniej miała nas nastraszyć. Zostaliśmy najpierw poinformowani o tym, jak odbywa się stosunek seksualny, a potem pani opowiedziała nam, jakie potworne mogą być konsekwencje uprawiania seksu. Była więc mowa o syfilisie, rzeżączce i tryprze, ale i o niechcianej ciąży. Niechcianą ciążę można usunąć w szpitalu, ale często głupie i nieuświadomione dziewczyny udają się do jakichś podejrzanych konowałów lub co gorsza tzw. babek, które usuwają ciążę przekłuwając płód szydełkiem, co w konse…
W tym momencie zwaliłam się z ławki na ziemię, a cucenie mnie zajęło dobre 15 minut. Wychowawczyni odprowadziła mnie do gabinetu higienistki, a sekretarka zadzwoniła po rodziców, żeby mnie zabrali do domu. Moje liceum mieściło się tuż koło bramy Stoczni Gdańskiej, przyszedł więc po mnie Ojciec, który pracował w Biurze Projektowym Stoczni. Następnego dnia Mama musiała się stawić w szkole. Pani Dyrektor poinformowała ją, że skoro tak emocjonalnie zareagowałam na treść lekcji, to znaczy, że albo jestem w ciąży albo ją właśnie usunęłam. Mama zbladła, wstała i przez zaciśnięte zęby powiedziała (o jak dobrze umiem to sobie wyobrazić!), że opowiadanie młodym ludziom takich okropieństw jest niepedagogiczne i że albo szkoła wycofa swoje bzdurne zarzuty, albo ona naskarży w prasie, że najlepsze ponoć liceum w Gdańsku dyskwalifikuje się jako instytucja pedagogiczna.
Tym razem też zostawiono mnie w świętym spokoju.

Na ten temat jednak nigdy więcej nie było mowy, ani w szkole, ani w domu. Sprawa wróciła dziwnym rykoszetem w kilka lat później. Byłam już mężatką. Pewnego wieczora poszliśmy z mężem do znajomych na kolację. Koleżanka właśnie wróciła ze szpitala ginekologicznego i, jak to w Polsce, w trakcie jedzenia opowiedziała nam szczegółowo o wykonanych zabiegach. Otóż trzeba było wykonać kuretaż czyli wy… W tym momencie zwaliłam się z krzesła na ziemię, a cucenie mnie zajęło dobre 15 minut.

Nikt nigdy nie stwierdził, dlaczego tak emocjonalnie reaguję na takie opowieści, a ja też nie wiem.

Zwei Bilder einer Wirklichkeit

Ewa Maria Slaska

Ein Treffen in Löcknitz

Ende Januar bekam ich eine Einladung aus Löcknitz vom Projekt Perspektywa: Vom Grenzraum zum Begegnungsraum.

Die Akteure von Perspektywa, lese ich im beigefügten Flyer, sind die Bewohnerinnen und Bewohner der Amtbereiche Löcknitz-Penkun im Landkreis Vorpommern-Greifswald (Mecklenburg-Vorpommern) und Gartz (Oder) im Landkreis Uckermark (Brandenburg). Ihre Ideen und Vorschläge für das Zusammenleben in der Region stehen im Zentrum von perspektywa. Unser Projektteam unterstützt und begleitet sie dabei, neue Impulse für Begegnungen zwischen deutschen und polnischen Bürgern und Bürgerinnen im Alltag zu entwickeln und auszuprobieren. Mehr dazu: http://www.raa-mv.de/pl/content/perspektywa-od-pogranicza-do-spotkania.

Und weiter im Brief:

In Antwort auf die aktuelle politische Situation bietet unser Projekt die Unterstützung des polnisch-deutschen Engagements für Flüchtlinge an. Wir arbeiten mit der Stettiner Gruppe „Refugees welcome in Pomerania” zusammen, die solche Aktionen durchgeführt hatte wie Fahrräder-Sammeln zu Gunsten der auf der deutschen Seite lebenden Flüchtlinge. Leider, angesichts der Bedürfnisse, reichen diese Initiativen noch nicht aus, und die Haltung einiger Menschen ist nicht immer angenehm oder annehmend. Ich habe den RBB-Beitrag vom Dezember letzten Jahres gesehen, in dem man über Sie und ihr Engagement für Flüchtlinge in Berlin berichtete. So ist mir etwas eingefallen. Um dem fremdenfeindlichen Verhalten und fehlender Toleranz entgegenzuwirken, werde ich gern im März eine Diskussion für in Löcknitz und Umgebung lebende polnische Bürger organisieren, damit sie dabei einerseits über die Situation der Flüchtlinge informiert werden und andererseits eine Gelegenheit bekommen, ihre Fragen zu stellen.

Deshalb würde ich Sie gern fragen, ob Sie bei solcher Veranstaltung bereit wären als Referentin zu wirken?

RAA Mecklenburg-Vorpommern e. V.
www.raa-mv.de  www.facebook.com/perspektywaDE  www.twitter.com/perspektywaDE

Bild I

Ich stimmte zu, wir haben uns geeinigt, dass es zwei Treffen sein werden, in Löcknitz und in Tantow, dass ich in Löcknitz übernachten werde und dass ich in der zweiten Märzhälfte komme. Irgendwann danach verschoben wir den Termin auf Anfang April. Am Mittwoch den 7. April kam ich mit dem Zug über Neubrandenburg nach Löcknitz. Eine Mitarbeiterin des Projekts wartete auf mich auf dem Bahnhof. Wir aßen zu (Nach)Mittag und meldeten mich dann in der Burg-Pension neben dem Burgfried an. Dieser Burgfried ist alles, was von der mittelalterlichen Burg aus dem Jahre 1212 übriggeblieben ist. Auf dem Turm wohnen Dohlen. Sie sammeln die Haselnüsse in den benachbarten Garten, schmeißen sie nach unten, um sie zu zerbrechen und den Kern zu essen. Die ganze Turmumgebung ist bestreut mit Haselnussschalen.

Das Treffen mit den polnischen Bewohnern von Löcknitz fand in einer Alten Schule statt, die jetzt als Bürgerhaus fungiert. Auf der 2. Etage befinden sich Büro und Veranstaltungssaal von RAA – Perspektywa. Das Einladungsplakat ist auf Polnisch und richtet sich an die Polen, die in Stadt und Umgebung wohnen. Manche werden es als eine Beleidigung wahrnehmen. Dazu ein Zettel auf Deutsch:

Das Projekt perspektywa der RAA Mecklenburg-Vorpommern e.V. behält sich vor, von seinem Hausrecht Gebrauch zu machen und Personen, die rechtsextremen Parteien oder Organisationen angehören, der rechtsextremen Szene zuzuordnen sind oder bereits in der Vergangenheit durch rassistische, nationalistische, antisemitische oder sonstige menschenverachtende Äußerungen in Erscheinung getreten sind, den Zutritt zur Veranstaltung zu verwehren oder von dieser auszuschließen.

Manche werden es als eine weitere Beleidigung wahrnehmen.

Kurz danach ist der Saal schon voller Gäste, darunter zwei Kinder im Grundschulalter und vier syrische Flüchtlinge aus einer Notunterkunft in der Nähe. Jemand kommt mit der Kunde, dass draußen vor der Tür lokale Neonazis stehen. Der Saal reagiert, scheint mir so, mit der stoischen Ruhe. Ich auch.

Gleich kommt er hoch zu uns, Herr Bahlmann, der NPD Leader und, wie ich später erfuhr, Mitglied des Gemeinderats. Der Saal reagiert weiter nicht, die Meisten kennen ihn vielleicht, wie es halt in einer kleinen Stadt üblich ist. Dann wissen sie auch, was ich nicht weiß, dass er zwar vorher, irgendwann Mal, vorbestraft war, jetzt aber ist er Gemeinderats-Mitglied und wird sich nicht tätlich aggressiv zeigen. Auch verbal hält sich alles mehr oder weniger im Rahmen.

Herr Bahlmann schreit etwas, ich weiß nicht was, weil ich gar nicht zuhöre. Ich sitze an meinem Tisch und schaue die Menschen an, die gekommen sind, um zu erfahren, was ihnen eine gewisse Śląska (so wurde ich angesagt) sagen wird, weshalb sie keine Angst vor den Flüchtlingen haben sollen. Der einsam im Türrahmen stehende Schreier interessiert mich zuerst nicht. Vielleicht in dieser Phase sagt Herr Bahlmann Wörter, wegen denen er später beschuldigt wird und die ich nicht wahrgenommen habe: dass die Polen Parasiten sind und sich verpissen sollen.

Ich erhebe mich von meinem Platz erst dann, als ich wahrnehme, dass sich ihm eine blonde Frau aus dem Publikum nähert. Sie versucht ihm etwas zu erklären. Intuitiv denke ich, dass man sie dort nicht alleine stehen lassen soll. Ich trete also an die Beiden heran und stelle mich neben Herrn Bahlmann. Da der Saal höher als der Flur liegt und vom Flur her über zwei Stufen zu erreichen ist, und Herr Bahlmann im Flur steht, überrage ich ihn ein bisschen, was mir, einer ziemlich kleinen Frau, selten passiert. Dies ist selbstverständlich ein verstärkendes Gefühl. Im Flur sehe ich zwei Begleiter von Herrn Bahlmann. Er selbst ist ein typischer kahlgeschorener Haudegen mit dickem Nacken, breiten Armen und Beinen. Seine zwei Kameraden sehen dagegen ganz anders aus. Es sind ein älterer schlanker Herr mit einer Brille und ein kleiner schmächtiger Typ ungewissen Alters in einer rot-schwarzen Windjacke. Bewusst analysiere ich es nicht, unbewusst aber klassifiziere ich die vor mir stehenden Volksvertreter: Ein Schreihals-Muskelprotz, ein Intellektueller und ein von niemandem geliebtes Männeken, ein Mitläufer, der der Gruppe angehört, um nicht einsam zu verrecken.

Ich höre mir an, worüber die Blondine und der Bahlmann miteinander reden. Ich glaube nicht, viel verpasst zu haben davon, was er vorher gesagt hat, weil er sowieso nur ein paar Floskeln zu sagen hat, die er immer wieder erneut losbrummt. Zwei Sätze und drei Fragen…

Mit welchem Recht hält man das Treffen nur auf Polnisch?
Mit welchem Recht hat man beschlossen, dass die Teilnehmer nur Polen sein dürfen?
Mit welchem Recht wurde auf dem Zettel geschrieben, dass er und seinesgleichen kein Zutritt haben?

herrbahlmann

Man kann nicht umhin – seine Fragen haben eine gewisse Berechtigung. Ich weiß nicht, was das Gesetz sagt (später erfahre ich, dass ein Verein so seine Treffen organisieren darf, und denke, klar, Jäger und Angler auch), aber vielleicht, Gesetze hin oder her, in Berlin hätte man ein Treffen nicht so organisiert, auch wenn man darf. Denn wenn es schon Konflikte gibt, dann verschärft man sie nur.

Schlimmer hören sich Bahlmanns Kernsätze an. Wir sollen uns unsere polnischen Treffen in Polen organisieren und nicht in Deutschland mit dem Geld von deutschen Steuerzahlern. Er zahlt Steuer und hat das Recht, den Saal zu betreten. Und die Flüchtlinge bedrohen die Reinheit der deutschen Rasse…

Es ist wie eine Tibetische Gebetsmühle, die sich dreht und dreht… Die Frau neben mir argumentiert, sie zahle auch Steuern, sie wohne in Deutschland, sie hat das Recht… Ich höre noch immer nur zu. Als aber der Satz über Verunstalten der deutschen Rasse das dritte Mal kommt, mische ich mich ein, und frage, ob der Schreiende selber Kinder hat?

– Ja. Zwei. Eigentlich drei…
– Wieso „eigentlich drei”? – frage ich.
– Eins ist gestorben.
– Wie gestorben, wieso?
– Krankheit…
– Och, wie es mir leid tut…

Ein winziger Dialog, der jedoch den Duktus und die Rhetorik der Kommunikation unter uns ändert. Er schreit nicht mehr, meine Nachbarin spricht mit ruhigerer Stimme, wir reden miteinander. Der Inhalt ist immer noch der gleiche, aber wir reden miteinander. Ein wesentlicher Schritt in Richtung Deeskalation des Konflikts. Meine Gesprächspartnerin und ich stellen gemeinsam fest, dass wir beide nichts dagegen hätten, wenn Herr Bahlmann und seine zwei Compagnons zu uns in den Saal gekommen wären und an unserem Treffen teilnähmen. Man kann über all die Meinungen diskutieren. Bahlmann pariert, dass es unmöglich wäre, da das Treffen auf Polnisch stattfindet. Macht nichts, beteuern wir beide, wir werden es übersetzen, nicht alles, aber so, dass er immer weiß, wovon die Rede ist.

Der Vorschlag kommt jedoch zu spät, die Polizei ist schon unterwegs. Ich bin total baff. Wieso die Polizei? denke ich. Wofür die Polizei? Es gibt doch keinerlei Bedrohung! Mindestens ich sehe keine…

Die Polizei tritt ein, schmeißt Herrn Bahlmann und seine zwei Kameraden aus dem Flur, aus dem Haus, aus dem Markt, wo das Bürgerhaus steht. Um die Gebäude herum stellen sich die Polizisten in schwarzen Kampfmonturen. Unsere Sicherheit wird von 30 Polizisten und neun Polizeiautos geschützt!

DSC_0195

Der Platz vom Bürgerhaus. Foto gemacht während der Veranstaltung.

Bild II

loecknitz-gazetaAm nächsten Tag beim Frühstück erfahren wir, wie die Meldung lautet, die die Polizei über den gestrigen Vorfall bei der Kreiszentrale vorgelegt hat (Löcknitz ist eine Gemeinde, Kreisstadt ist Greifswald mit Außenstellen in Passewalk und Anklam) – „großer Polizeiansatz“. Am nächsten Tag gab es schon Berichte in der lokalen Presse – „Nordkurier”, „Passewalker Zeitung” und andere. Die Journalisten schreiben von vielen Neonazis, viel mehr, denke ich mir, als wir sie gesehen haben: „die Situation war bedrohlich, richtig bedrohlich!” und „Nazis stören massiv Infoveranstaltung in Löcknitz“. Es geht weiter und höher. Es sind immer mehr Neonazis gewesen, mehr Bedrohung… Bald sind wir schon bei der “Deutschen Welle” und “Gazeta Wyborcza”. Und bei jeder lokalen Webseite.

***

Erst als ich dass alles aufgeschrieben habe, habe ich im Netz das Foto gesehen. Und die Unterschrift – auf Polnisch: Neonaziści zaatakowali Polaków. Neonazis greiften Polen an.

neonaziscizaatakowalipolakow

Ich möchte nicht behaupten, das Foto zeigt etwas, was nicht da war. Ich war im Saal, im Haus, also drinne, ich habe nicht gesehen, wer draußen stand und ob, und wenn ja, wie viele es wären. Ich kann nur sagen, ich nahm nichts dergleichen wahr. Es war ruhig, man hörte weder Schreie noch Parole, auch keine Befehle seitens der Polizei. Nicht Mal den Gemurmel, den man hört, seien viele Menschen beisammen. Zwei Frauen nacheinander gingen raus, um die Kinder nach Hause zu bringen, und kamen zurück. Leute schauten aus den Fenster, machten Fotos. Kein Mensch sagte, dass da eine massive Präsenz der Neonazis zu beobachten wäre. Keiner hatte Angst, scheint mir, wir lachten. Meines Erachtens war es, alles in allem, ein sehr eingenehmes Treffen.

Ich schaue mir genau das Foto an. Irgendetwas stimmt da nicht.

Herr Bahlmann hatte an dem Tag einen blau-weissen Sportanzug an. Es gab keine Sonne, er hatte, glaube ich, keine Sonnenbrille an, und hier haben sie alle Anwesenden an. Alle Streifenwagen, die ich später gesehen habe, waren blau. Auf “unseren” Fotos sind sie auch blau. Auf dem Foto oben ist der Wagen grün.

Unheimlich.

Haben die Journalisten aus einer Mücke einen Elephanten gemacht? Oder bin ich leichtsinnig und bagatelisiere die Gefahr?

 

Wielka zaraza

Ewa Maria Slaska

W Eyam i gdzie indziej

1666Eyam

Christopher Duncan i Susan Scott, Czarna śmierć, wyd. Bellona 2004

XXXX
Andrzej Miszk
10 kwietnia
XXXX
Człowiek z nożem i kastetem – PIERWSZY INCYDENT ATAKU NA PIKIETĘ
xxxx
Doszło dziś do pierwszego incydentu przy proteście głodowym: krótko ostrzyżony człowiek podbiegł do baneru PROTEST GŁODOWY z zamiarem zniszczenia go. Zdążył przeciąć dwie linki zabezpieczające baner i odarł liczby dni głodówki. Jego dalsze działania przerwała Policja, która rzuciła się w pogoń za wandalem politycznym. Został złapany przez policjantów, którzy zapytali organizatora pikiety, czy wnosi oskarżenie przeciwko niemu. Organizator potwierdził.
XXXX
Ten incydent zakończył się bezpiecznie. Ale oczekujemy kolejnych. Spodziewaliśmy się, że od 10 kwietnia zaczną się ataki fizyczne naszych oponentów na pikiete i protest głodowy. I tak się stało. Na razie uszkodzono nam baner. Ale nie ukrywam, że widok wygolonego faceta 2 metry od mojego namiotu demolującego agresywnie naszą pikietę, budzi pewien niepokój. To znaczy, że bardziej zdeterminowani i zorganizowani przestępcy motywowani ideologicznie, mogą bez większego trudu skutecznie zaatakować urządzenia i ludzi z pikiety. Reakcja Policji była skuteczna, ale – w razie zaatakowania ludzi – byłaby spóźniona.
PS. W plecaku zatrzymanego oprócz noża znaleziono też kastet, który uważany jest za broń. Dlatego zatrzymany będzie odpowiadał nie tylko za zakłócenie manifestacji, ale też za nielegalne posiadanie broni. Zatrzymany i skuty w celi przejściowej na komendzie wykrzykiwał, że chciał dać nam sygnał… Możemy przypuszczać, jaki to sygnał i czemu służy i co zapowiada.

W czasach, w których wydaje się, że podłość i oportunizm owładnęły światem, stając się nową Wielką Zarazą, historia ostatnich 15 miesięcy wioski Eyam brzmi jak bajka albo przypowieść ewangeliczna. Dobrze jest przypomnieć sobie, że  istnieją godność, uczciwość, poświęcenie dla innych. Dużo myślę o ludziach z Eyam, w dniach, kiedy Dagmara Chraplewska-Kołcz i Andrzej Miszk czwarty tydzień głodują w namiotach na ulicy, wydani na pastwę głodu, zimna, obojętności a teraz jeszcze agresji. Myślę wtedy o tych, którzy dobrowolnie się spalili w imię wolności, sprawiedliwości i miłości. O lekarzach w getcie, którzy na własnym ciele badali objawy i rozwój choroby głodowej. O tym, że w getcie warszawskim nie zanotowano przypadków kanibalizmu.

PS.

Mija właśnie 350 rocznica wybuchu Wielkiej Zarazy, która miała miejsce w Londynie w latach 1665-1666. Zdaniem badaczy zmarło wtedy od 75.000 do 100.000 osób, około piątej części populacji miasta. Zarazę określa się jako wielką, bo była ostatnią powszechną katastrofą w Europie. Wygasła ostatecznie, gdy 2 września 1666 roku wybuchł wielki pożar Londynu, który zniszczył 2/3 powierzchni miasta.

Jednak największą pandemią dżumy była Czarna Śmierć, która w latach 1340-1350 zniszczyła pół średniowiecznego świata i przyczyniła się do prześladowania osób podejrzewanych o roznoszenie zarazy, Żydów, żebraków, trędowatych, obcokrajowców, generalnie więc innych i obcych… Ciekawe, że wówczas Polska potrafiła obronić się przed zarazą – możliwe, że dzięki kwarantannie wprowadzonej na granicach oraz izolowaniu miast zarządzonym przez Kazimierza Wielkiego.

Taniec śmierci Michaela Wolgemuta inspirowany czarną śmiercią

Czyli nie zawsze Wielka Zaraza musi nas zniszczyć, trzeba się tylko umieć bronić.

Zapomniane, odrzucone, przywrócone

Zapomniany wiersz Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej

Posłuchajcie nas, nieurodzonych,
Dotąd cichych, dotąd bez obrony –
chcemy bowiem przemówić nareszcie!

Nasze prawo – być dziećmi miłości,
powitanym jak najmilszy z gości,
Bez zapału – ku nam się nie śpieszcie!

Nasze prawo – to biała kołyska,
Pierś łabędzia, poznana w uściskach,
pod firanek wzniesionym batystem.

Nasze prawo – krew pełna ekstazy
Pięknych dziewcząt i mężczyzn bez skazy,
I kość cienka i źrenice czyste!

Nasze prawo – to godność człowieka!
Niech nam czoło potem nie ocieka,
Niech nas w kabłąk nie zgina robota.

Nasze prawo – to radość istnienia,
A nie martwa cierpliwość kamienia,
A nie wieczna za śmiercią tęsknota!

– Ktoś nas budzi niespokojną nocą –
Z chmur wyciąga – wolno wiedzieć, po co?
Macie dla nas coś nad sen lepszego?

Nasze prawo pozostać w przestrzeni,
W odległości od świateł i cieni.
Mamy cierpieć? dla kogo? dla czego?

Nie wciągajcie nas, smutni, za sobą,
W wasze życie osnute żałobą,
W przeraźliwą kronikę dzienników.

My nie chcemy ponurych suteren,
Przekleństw ojca! Wzniesionej siekiery,
Kołysanki z rzężenia i krzyku!

My nie chcemy pragnienia i głodu,
Chcemy pięknych, kwitnących ogrodów,
W pełnym słońcu chcemy przeżyć młodość.

Niech nas matki z bezmyślnego tłumu,
W imię Ducha Świętego, rozumu,
Na stracenie bezmyślne nie wiodą!

Więc nie straszcie nas życia rarogiem,
Bykiem strachu, godzącym w nas rogiem,
Kwaśną nędzą o płytkim oddechu.

Cień latarni, posąg na przecznicy,
Prostytutki upiór bladolicy
Niech nas w ciężkim nie urodzi grzechu!

Najpierw dary zgromadźcie bogate,
Piękność, zdrowie, rozum i dostatek.
Potem słońcem ogrzejcie sypialnię,

Potem progi zamiećcie na czysto,
Zanim bytu wielką rzeczywistość
Zaprosicie – już nieodwołalnie.

Kiedy życie poczujemy bliskiem,
Drżąc czekamy, więzieni łożyskiem,
Czy nam piekło czy niebo się ziści?

Monstrualne pochyliwszy czoło,
Wzdęte myślą ciężką, niewesołą,
Jak ślimaki zwijamy się cisi.

Patrząc na bok oczami bez powiek,
Przeczuwamy co świat nam opowie,
Gdy z czułego wyjdziemy ukrycia.

Chcemy prawa dla nieurodzonych!
Od suteren po zamki i trony,
Niech nas broni przeciw grozie życia!

Chcemy prawa, chcemy adwokatów!
I postrachu dla tych dwojga katów,
Którzy w koło chcą nas zapleść krawawe.

Toż i tym co się srebrzą od trądu,
Wolno rodzić nas, rodzić bez sądu,
Na pociechę! na straszną zabawę!

Czterdzieści

Ostatnio cały czas nachodzą mnie myśli o Mongolii, która wzywa mnie z przemożną siłą. A raczej nie Mongolia tylko mongolska część mojego dziedzictwa krwi – Tatarzy, dzicy i nieludzcy, przeraźliwi… Oczywiście od stuleci w rodzinie nie było już takich Tatarów, od XVII wieku byli spolszczeni, spolonizowani, uszlachceni. A przecież jak mój Ojciec spojrzał spode łba, albo inne chłopaki w rodzinie…

Na razie nie wiem, co bym miała napisać. Tylko tak sobie czytam i zbieram myśli, które chodzą jak same chcą, od jednego skojarzenia do drugiego. Ale już teraz wiem, że nawet jeśli uda mi się zebrać razem myśli i materiały, tak by stworzyły książkę, niektóre z tych rozważań na nic się nie przydadzą. Tu jedno z nich… 

Ewa Maria Slaska

23 marca 2016

Jak zaczynasz się interesować, to wszędzie są ślady i smugi pozostawione przez innych, których już dawniej to samo interesowało, a którzy na pewno więcej wiedzieli niż ty.

Kazimierz Truchanowski, pisarz od Boga i ludzi zapomniany, autor niezwykłej książki Totenhorn. Kiedyś mi się wydawało, że to książka o dziwnym mieście, ale byłam widocznie za młoda (powieść ukazała się w roku 1979) i nie zrozumiałam, że to o śmierci i piekle. Po kartkach tego traktatu o znikomości wszelkich dobrych poczynań ludzkich, snują się diabły i szatany, kusicielki i upiory.
Pewnego dnia ulicami Totenhornu przechodzi pochód umarłych. Gdy Matka tuląca do piersi niemowlę (było martwe), zniknęła, ukazała się jeszcze większa rzesza ludzka niż było to na początku. Ludzie sunęli teraz całą gromadą, z zachowaniem hierarchii pokoleń i epok. Gdyby nie istniały te przedziały, byłaby to wielka Wieża Babel Ludów, poczynając od pokoleń najwcześniejszych po dzień dzisiejszy. Szli więc w porządku i kolejności – przedstawiciele Hetytów, Persów, Medów, Greków, Fenicjan, Etrusków, Rzymian, ludów łacińskich, ludów słowiańskich, a tuż obok ciągnęli Chazarowie, Tatarzy, Żydzi, przedstawiciele ludów śródziemnomorskich i zachodnioeuropejskich, szli Skandynawowie, szło mnóstwo innych. Była to wielka wędrówka ludów, wielkie pomieszanie ras i szczepów.

Szukam autora w Wikipedii. Urodził się w roku 1904, zmarł w wieku 90 lat. Prozaik, tłumacz literatury niemieckiej i rosyjskiej. Hmmm, prawie nikt nic o nim nie wie, nawet ja, choć ja przynajmniej już przed prawie 40 laty przeczytałam jego książką, a tu czytam, że był członkiem Rady Krajowej PRON w 1983 roku. To taka paskudna peerelowska fasadowa organizacja pseudowolnościowa i pseudodemokratyczna. Szkoda… Panasa zresztą też było szkoda, bo każdy z nich napisał taką jedną naprawdę dobrą książkę. Truchanowski Totenhorn, a Panas Ewangelię wg Judasza. Truchanowskiego ewidentnie zajmowały sprawy boskie i sprawy szatańskie. W tytułach jego książek, których nie czytałam, powtarza się piekło, niebo i noc…

25 marca 2016

Oczywiście bohater powieści Truchanowskiego już umarł, tylko, jak to często bywa, przynajmniej w wierzeniach ludowych na całym świecie, nie umie się jeszcze oderwać od ziemi, zresztą chyba po prostu jeszcze nie wie, że umarł. Jego pobyt w Totenhornie trwa, trwał, będzie trwał, około 40 dniu, bo na całym świecie się wierzy, że tyle czasu potrzebują zmarli, żeby się pogodzić ze swoją śmiercią i odejść całkowicie lub – tam gdzie się w to wierzy – wcielić się w nową istotę. Upiory zaś to ci, których coś przytrzymało na ziemi dłużej niż 40 dni.

Pośmiertni tułacze potrzebują światła, dlatego umierającemu wkłada się w ręce zapaloną gromnicę. Jeśli wyznawca religii prawosławnej umarł bez świecy, rodzina będzie przez 40 dni chodziła do cerkwi i zapalać mu świecę.

Te 40 dni to sześć tygodni.

Ciekawe co jest czym czego? Skąd się w magicznej rachubie czasu wzięło sześć tygodni? Oczywiście Chrześcijanie powiedzą, że „Kościół co roku przez czterdzieści dni Wielkiego Postu jednoczy się z tajemnicą Jezusa na pustyni”, bo to Pan Jezus pościł przez 40 dni, przygotowując się do Wielkiego Dzieła – śmierci i zmartwychwstania. Ale antropolog kultury zapyta, dlaczego jednak poszedł na pustynię akurat na 40 dni? W 1880 doktor Tanner, Niemiec, postanowił pod opieką lekarzy sprawdzić, czy da się głodować 40 dni i udowodnił, że się da i że przynosi to nawet korzyści.

Norbert Frejek SJ pisze w sieci, że 40 ma wielkie znaczenie w Biblii: 40 dni – popiół i kamienie w sercu:

Rozpoczynamy okres liturgiczny nazywany Wielkim Postem. Ten czas trwa 40 dni. Liczba „40” odgrywa bardzo ważna rolę w Biblii. 40 dni lało, aż stał się potop i 40 dni trzeba było czekać, aż wody opadną. 40 lat wędrował Naród Wybrany przez pustynię, 40 dni przebywał Mojżesz na Górze Synaj, 40 dni Goliat oblegał obozy izraelskie, 40 dni Eliasz wędrował o chlebie i wodzie do Bożej Góry Horeb, 40 dni pozostało mieszkańcom Niniwy na nawrócenie — jak zapowiedział im Jonasz. 40 lat cierpieli Hebrajczycy pod władzą Filistynów i 40 lat panowali najważniejsi królowie Starego Testamentu – Dawid i Salomon. Druga Księga Mojżeszowa ma 40 rozdziałów. 40 dni trwał w kulturze izraelitów połóg po urodzeniu chłopca i 80 – po urodzeniu dziewczynki. Dopiero wtedy kobieta powinna się udać do świątyni i złożyć ofiarę z gołębi lub baranka. W 40 dni po narodzinach Jezusa Maria poszła z dzieckiem do świątyni, gdzie Symeon i Hanna rozpoznali w Jezusie Zbawiciela. To święto matki Boskiej Gromnicznej. Koniec okresu Bożego Narodzenia. Rozbieramy choinki…

Podobnie zresztą chrześcijański połóg trwa sześć tygodni czyli 42 dni, tyle czasu potrzeba kobiecie, żeby oczyścić się lub, jak uważają feministki, po prostu odpocząć po połogu.

Do czasu wywodu położnica ograniczała kontakty ze światem zewnętrznym. Nie wolno jej było chodzić na mszę, przez 7 dni po porodzie doić krów, piec chleba, wychodzić w pole, czerpać wody ze studni, dotykać święconej wody, składać wizyt, przechodzić przez miedzę i wszelkiego typu granice. Za każdym razem kiedy wychodziła z domu, musiała wtykać w ubranie szpilki czy igły lub wkładać na szyję różaniec, bo złe mogłoby jej zaszkodzić.

Wywód był to rodzaj ceremonii kościelnej – „rytualnego oczyszczenia”, wprowadzający ponownie kobietę w zwykły tryb życia. Miał miejsce 40 dni po porodzie, kiedy to powracały podstawowe kobiece funkcje biologiczne, przede wszystkim menstruacja. Kobieta „nieczysta” wchodziła do kościoła bocznym wejściem, przez zakrystię, tak jak katechumeni przed przyjęciem do społeczności wiernych. W ręku trzymała zapaloną gromnicę, a ksiądz, po pokropieniu święconą wodą, dawał jej do pocałowania stułę. Potem przechodziła do głównej części kościoła i przed ołtarzem odmawiała z kapłanem oczyszczające ją modlitwy. Całowała podany krzyż i już sama obchodziła z tyłu ołtarz. Składała do skarbonki ofiarę i pojawiała się z drugiej strony ołtarza.

40 dni pościł Jezus na pustyni i 40 dni upłynęło pomiędzy Zmartwychwstaniem Jezusa a jego Wniebowstąpieniem

Ale też 40 dni oblężenia Jasnej Góry w 1655 roku. 40 dni – tyle maksymalnie powinien trwać tzw cykl miesiączkowy. Jeśli trwa dłużej, jest to już problem ginekologiczny. Ciąża z kolei trwa 40 tygodni.

Nie tego szukam. Ale wreszcie pojawia się w sieci jakiś inny motyw. Zimą w okolicy Murmańska i Workuty słońce znika na 40 dni i 40 nocy. Ale też, jak piszą Christopher Duncan i Susan Scott w Czarnej śmierci, po epidemii dżumy, jeśli przez 40 dni i nocy nikt nie umarł, to znaczy że minęła. I tyle powinna trwać kwarantanna i to właśnie oznacza: quarante, po francusku 40. Istnieje nawet związek pomiędzy oboma tymi faktami. W 1665-1670 roku dżuma spustoszyła Europę od południowych Włoch po Północny Krąg Polarny, gdzie się zatrzymała. Przez trzy lata przemierzyła 3500 kilometrów z południa na północ i zniknęła, podobno nie wiadomo dlaczego.

40 występuje w Biblii tak często, że wydaje się, że Bóg używał tej liczby nie tylko w znaczeniu dosłownym, ale też jako przenośni, tak jak dzieci mówią, że „mój tata czyta tysiąc gazet”. Czterdzieści to być może 4 pomnożone przez magiczny „tysiąc gazet” czyli 10. Dziesięć palców. Dziesięć to cyfrowa pełnia, to 1+2+3+4…

A zatem także 44!

Patrz! – ha! – to dziecię uszło – rośnie – to obrońca!
Wskrzesiciel narodu,
Z matki obcej; krew jego dawne bohatery,
A imię jego będzie czterdzieści i cztery.

A więc cztery. Cztery kwadry Księżyca. I wszystko co się z tej księżycowej czwórki da wywieść. W Zodiaku są cztery znaki kardynalne i cztery żywioły – woda, ogień, ziemia, powietrze. Czterech ewangelistów. Cztery strony świata. Cztery tygodnie w miesiącu.

Niemcy widzą to trochę inaczej i nareszcie dostarczają mi informacji, której szukałam.

Rytm 40-dniowy pojawił się w Babilonie – na 40 dni z firmamentu znikał gwiazdozbiór Plejad, a jednocześnie zaczynał się okres szarug i słot. Potem zauważono, że w tym okresie jest też więcej katastrof, co, jak sądzę, można chyba wytłumaczyć tym, że ciemno i zimno oznacza przeziębienia i depresje, co w obu wypadkach oznaczać może zmniejszoną koncentrację, a to jak wiadomo prostą drogą prowadzi do wypadków. Gdy Plejady powracały odbywał się obrzęd palenia pęczków sitowia złożonych z 40 źdźbeł. Hezjod w Pracach i dniach napisał, że należy zacząć żniwa, gdy Plejady stoją na szczycie nieba, a orkę, gdy odchodzą, by 40 dni spędzić tylko ze sobą. Również egipski kalendarz prac rolnych opierał się na cyklu 40 dni. Czas zniknięcia Plejad utożsamiano z (pozorną) śmiercią Ozyrysa i wędrówką zbolałej Izydy, szukającej syna i kochanka. Był to czas postu.

Stąd (?) liczne świątynie starożytne miały po 40 kolumn. W Persji, w Syrii, w Izraelu, ale też u Celtów. Zadaję sobie pytanie, czy również Stonehenge należy do tej kategorii – pierwsze kręgi kamienne tam wzniesione składały się z dwóch półokręgów zbudowanych z 80 kamieni, zwanych kamieniami niebieskimi (bluestones).

Mezopotamski potop trwał podobnie jak jego biblijny potomek 40 dni. No tak skoro Plejady odeszły i padał deszcz…

W Polsce widać je od października (Plejady to gwiazdozbiór już październikowy pisał Iwaszkiewicz) do grudnia. Najlepiej widoczne są w grudniu koło godziny 23, na przedłużeniu linii łączącej pas Oriona z Aldebaranem. Świecą w znaku Byka.

W islamie liczba 40 oznacza przemianę i śmierć. 40 dni trwa muzułmańska żałoba. Mahomet miał 40 lat, gdy dostąpił pierwszego Objawienia.

Prezydent Republiki Federalnej Niemiec musi mieć co najmniej 40 lat!

No i jeszcze Ali Baba i 40 dni Musy Dagha – to powieść Franza Werfela o genocydzie tureckim na Ormianach. A także (informacja zaczerpnięta z Utraconego serca Azji Colina Thurbon) okrutny i rozpustny, odrażający, jak pisze autor, Chudajar, chan Kokandu w XIX wieku, miał 40 błaznów, którym kiedyś kazał się rozśmieszyć. Gdyby im się nie udało, wszystkich 40 na rozkaz chana by ścięto. Jak to w takich opowieściach – udało się ostatniemu, który wrzasnął: ty matkojebco, czego żeś się do tej pory nie roześmiał? Coś z tobą nie tak? A chan zarechotał na całe gardło…

Ach no i przecież Czterdziestolatek! Jak mogłam zapomnieć. Łuk Karwowskiego i niezapomniania Kobieta Pracująca.

Przepraszam Czytelnika. Z tych rozważań nie wynikają żadne wnioski, nawet więc zgrabną puentę znaleźć trudno. Ale Czytelniku drogi, zwróć uwagę, bo a nuż wiesz coś jeszcze o liczbie 40 i możesz się tym z nami podzielić.

Reblog: Mężczyzna z cmentarza na Bródnie

Mężczyzna z cmentarza na Bródnie w Warszawie to mój wujek. Zmarł rok temu. Żona, siostra, córki i wnuczki z mężami opublikowały w warszawskich gazetach taki nekrolog:

Dnia 7 kwietnia 2015 roku zmarł w wieku 87 lat

ŚP

dr n. med.

Mieczysław Andrzej Kowalski

Uczestnik Powstania Warszawskiego ps. Kowal. Młodociany więzień KL Gross-Rosen i KL Dora.

Absolwent Akademii Medycznej w Warszawie, lekarz w Szpitalu Dziecięcym na ul. Kopernika. Wieloletni pracownik oddziału ortopedycznego w szpitalu na Solcu, a następnie ordynator oddziału dziecięcego na Piaskach w Stołecznym Centrum Rehabilitacji STOCER w Konstancinie i później wicedyrektor od spraw lecznictwa tegoż szpitala.

Autor artykułów i książek z dziedziny rehabilitacji.

wujaszek

W artykule opublikowanym w Pulsie (to, jak się okazuje również czasopismo medyczne, a nie, jak sądziłam, tylko wydawnictwo opozycyjne z czasów PRL) córki wzruszająco napisały, że Tata…

był po Powstaniu więziony w Gestapo we Wrocławiu, następnie w obozach koncentracyjnych w Gross Rosen i w Mittelbau-Dora, gdzie znalazł się w szpitalu obozowym po ciężkim odmrożeniu i amputowaniu części palców u nóg. Tam, obserwując pracę lekarzy i ich pomocników, patrząc jak w skrajnie trudnych warunkach potrafią nieść pomoc i ulgę w cierpieniu swoim wycieńczonym pacjentom, postanowił, że jeżeli przeżyje, będzie w przyszłości lekarzem. Miał wtedy 16 lat.


Wujaszek udzielił też wywiadu Archiwum Historii Mówionejj.

W życiu codziennym blogerka i administratorka bloga nie może dopuścić do tego, żeby interesujący człowiek nie objawił się również u niej na blogu. Wujek, zachęcony przez jednego z naszych autorów, napisał kiedyś do blogu Qra czyli nowa kuchnia i kultura o tym, czy Powstanie Warszawskie miało sens. A potem kiedyś pojawił się na spokrewnionym blogu, W altanie…, we wpisie Jak Ciotuchna poznała wujaszka.

Ciotuchna

Wpis opublikowany 12 lutego 2013 roku

Jak zobaczycie, że pisze Ciotuchna, złapiecie sie pewnie za głowę – znów będzie o wojnie, albo sama historia! Nie, nie, nie martwcie sie, będę pisać o tym jak poznałam swoją drugą połowę. A historia będzie, bo w niedzielę 3 lutego minęła właśnie sześćdziesiąta druga rocznica naszego cywilnego ślubu – a to historia!!!

W 1945 roku w zburzonej Warszawie ostał się jeden cały gmach szkolny. Cały, ale bez szyb, bez ścian działowych i wewnątrz zasypany ścinkami skór. Okupanci urządzili w nim jakąś fabrykę. Co z tych skór produkowali nie wiadomo, czy kabury do pistoletów, czy paski do karabinów, czy może paski do spodni, żeby im portki nie opadły jak będą uciekać – nie wiadomo? Grunt, że gmach stał, a był własnością Gimnazjum i Liceum nr.VI im Tadeusza Reytana. Budynek przez nauczycieli i uczniów został doprowadzony do jakiego, takiego ładu, tak że można było zaczynać naukę. Na mieście rozklejono na słupach, gruzach i latarniach kartki tej treści: „Gimnazjum i Liceum im. Tadeusza Reytana, Rakowiecka 23, wznawia zapisy uczniów do klas gimnazjalnych i licealnych”.Młodzież pędziła do tej jednej ocalałej szkoły i zapisywała się na listy do klas, że tak powiem, na gębę, bo nikt nie miał żadnych papierów z lat poprzednich. Każdy po prostu mówił do jakiej klasy chce chodzić. Szkoła ruszyła w kwietniu 1945 r., a więc przed końcem wojny.

Szkołę podzielono na dwie części: żeńskie gimnazjum im. Narcyzy Żmichowskiej i męskie gimnazjum im. Tadeusza Reytana. Przed wojną nie było w średnich szkołach koedukacji. No i tu koedukacja była wykluczona, na I piętrze były dziewczęta t.z. Żmichoszczanki, a na II piętrze byli chłopcy Reytaniacy. Na schodach na podeście siedział groźny pan woźny i pilnował, szczególnie na przerwach, czy sie nie robi jakaś koedukacja.

Na parterze była duża sala gimnastyczna, ale oczywiście bez żadnych przyrządów do gimnastyki, w której stał w niej zupełnie dobry fortepian. Pan od śpiewu, prof. Wacław Lachman, wielce dla Warszawy zasłużony twórcą chórów, ze słynną Harf na czele, ogłosił w szkole nabór do chóru. Pobiegłam na przesłuchanie i zostałam przyjęta. Chór był czterogłosowy, po jednej stronie fortepianu stali chłopcy śpiewający glosami tenorowymi i basowymi, a po drugiej stronie stały dziewczęta (nie mówiło się wtedy dziewczyny) sopranistki i śpiewające altem. Uczylismy się zasad śpiewu, piosenek, pieśni i…gapiliśmy się na siebie. Po próbie pierwsi do swoich klas szli chłopcy, a po jakimś czasie dziewczęta.

W grupie chłopców był uczeń, którego profesor zapraszał do fortepianu, mówiąc “mistrzu ty będziesz akompaniował, a ja będę dyrygował chórem”. Ten chłopak, kiedy wracał znów do choru, ustawiał się na przeciwko mnie i nie spuszczał ze mnie oczu. Było to miłe, ale jednocześnie i krępujące. Gapił sie i gapił, ale nie mieliśmy okazji, żeby zamienić choćby słowo. Po lekcjach każdy wsiadał na swój rower i pedałował do domu. Byliśmy wtedy w IV klasach gimnazjum i mieliśmy po 16 – 17 lat.

Po jakimś czasie, gdy wychodziłam ze szkoły, a nie miałam wtedy roweru, od grupy chłopców stojących przed szkołą oderwał sie ten chłopak, podszedł do mnie, przedstawił sie” jestem Mietek” i spytał czy może mnie odprowadzić. Szliśmy w całkowitym milczeniu, bo żadne z nas nie umiało rozpocząć rozmowy.

Od tej pory odprowadzał mnie prawie codziennie, no i juz rozmawialiśmy o rożnych sprawach szkolnych i każde z nas opowiedziało trochę o sobie. Okazało sie, że łączy nas wiele przeżyć z czasów okupacji. Ja przeszłam wiezienie Gestapo, a Mietek był w Powstaniu i w dwóch obozach koncentracyjnych. Czyli oboje” uciekliśmy grabarzowi spod łopaty”.

Zbliżały sie wakacje, ja jechałam na obóz harcerski, a on do rodziny na wieś. Podał mi adres gdzie będzie w lipcu, a ja obiecałam, że napiszę i podam adres obozu harcerskiego. Napisałam do niego w pierwszych dniach obozu, ale nie dostałam żadnej kartki od niego. Jak sie później okazało moja kartka nie doszła.

We wrześniu spotkaliśmy sie w szkole, ale on mi sie ledwo ukłonił, był obrażony.Po kilku dniach szkoły zachorowałam na szkarlatynę i poszłam do szpitala zakaźnego na 6 tygodni. W tym szpitalu nie było żadnych odwiedzin. Wróciłam do szkoły po dwóch miesiącach. Moj dawny “amant” spotkał mnie na korytarzu szkolnym i przywitał takimi słowy ” Żyjesz? A myśmy się nauczyli śpiewać Marsza Żałobnego Chopina, na twój pogrzeb”. Teraz to ja sie poczułam dotknięta, obraziłam się i odeszłam bez słowa.

W szkole działało kółko dramatyczne i tam spotykaliśmy sie, ale nie rozmawialiśmy, bo oboje byliśmy obrażeni.To że w poprzednim okresie “mieliśmy się ku sobie” zauważyła duża cześć jego kolegów i moich koleżanek. Wszyscy byli teraz poruszeni naszym rozstaniem, bo twierdzili, że pasujemy do siebie.

Po paru miesiącach wspólnych prób teatralnych, przy wyjściu ze szkoły Mietek podszedł do mnie i spytał czy może mnie odprowadzić. Wszyscy to zauważyli i cicho się nam przyglądali. Od tego wieczoru staliśmy sie nierozłączna parą.

Byliśmy już w II klasie liceum, Mietek oprócz szkoły chodził jeszcze do konserwatorium muzycznego w klasie organów i grał na organach w kościele Św. Krzyża na Krakowskim Przedmieściu, gdzie również mieszkał. Często, gdy grał na wieczornych nabożeństwach, ja przychodziłam na chór kościelny i słuchałam jak gra. Takie były nasze randki.

Przed maturą dużo dyskutowaliśmy o przyszłości, o wyborze studiów. Ja chciałam iść na psychologie a Mietek marzył o medycynie. Wiedzieliśmy, że przed nami dużo pracy i czasu zanim będziemy mogli założyć rodzinę, o której marzyliśmy oboje. Przyrzekliśmy sobie, że będziemy czekać na siebie niezależnie od tego co i gdzie będziemy studiować.

Takie przyrzeczenie okazało się konieczne, bo ja zdałam do Wyższej Szkoły Higieny Psychicznej w Warszawie, a Mietek po trudach i wielkich nerwach dostał się na medycynę ale…we Wrocławiu. Tak się rozpoczął korespondencyjny okres naszego narzeczeństwa. Mamy z tego czasu 500 listów moich do niego i jego do mnie.Kiedy Mietek mógł się przenieść na studia do Warszawy, ja wyjechałam na drugi fakultet do Łodzi.

Wspomniany na początku ślub cywilny był zabezpieczeniem dla mnie przed “przydziałem pracy”. Kończyłam w Łodzi Pedagogikę Społeczną i władze uznały, że absolwenci tego kierunku będą doskonałymi pracownikami kulturalno-oświatowymi w domach wczasowych.

Ślub z Mietkiem, który studiował i pracował w Warszawie zabezpieczał mnie przed takim przydziałem pracy. No i tak już zostało, na razie 62 lata.


EMS:

W tym roku byłoby tych lat 65. Żelazna rocznica…

 

Quasimodogeniti

Ewa Maria Slaska

Niedziela

Niedziela jak niedziela. Dla tych co pracują na etacie niedziela to rzeczywiście dzień, kiedy się nie dziela, nie działa, się więc odpoczywa jak Pan Bóg po zakończeniu Stwarzania Świata. Inaczej jest z osobami wolnego zawodu i to rzeczywiście wolnymi czyli takimi jak ja. Nie mamy kancelarii, gabinetów lekarskich, warsztatów, salonów fryzjerskich ani pralni ekologicznych, które, z uwagi na potrzeby klienta, muszą mieć ustalone godziny pracy. A my nie. My pracujemy, jak nam świśnie albo przyciśnie. W pojęciu osób postronnych luzacy nie pracują nigdy i zawsze mają niedzielę, we własnym odczuciu – pracujemy cały czas i niedzieli nie mamy nigdy. Myślałby kto, że wobec tego nie znamy też tęsknoty za piątkowym wieczorem, za weekendem, za wolną sobotą, nie zatruwa nam też życia poniedziałkowy poranek, kiedy naprawdę nie sposób ucieszyć się z faktu, że się wstało i hop, radośnie można ruszać do pracy. Bo nie można. Bo się naprawdę nie chce…

Otóż, uwierzcie mi, nam się też nie zawsze chce! My też znamy ponure poniedziałkowe poranki i radosne wieczory sobotnie, najlepszy czas w życiu człowieka, jeszcze lepsze niż niedziele, bo w niedzielę już człowiekowi życie zatruwa fakt, że jutro trzeba znowu do kieratu. U nas po prostu się zdarza, że sobota, niedziela czy poniedziałek przypadają w inne dni. Nazwa to dźwięk i dym…

Niedziele mają jednak swoje nazwy. Nie wiedziałabym tego, gdyby nie roczny kurs komputerowy, w którym wzięłam udział w roku 2000. Jednym z tzw. modułów tego kursu było nauczenie nas, jak się mamy prezentować. Każdy z nas miał przygotować wykład lub pokaz o tym, co umiemy najlepiej. Jeden z kolegów pokazał nam jak się walczy kijami, ja opowiedziałam o miłorzębie japońskim i poezji, chłopak, z którym się zaprzyjaźniłam, grafik i poeta, opowiedział nam o… niedzielach w kalendarzu chrześcijańskim. Patrzyliśmy na niego z otwartymi ze zdumienia buziami, a on recytował: Estomihi, Invocavit, Reminiscere, Okuli, Laetare, Judika, Quasimodogeniti, Misericordias Domini, Jubilate, Cantate, Rogate…

Na zakończenie powiedział, że sam nie jest religijny, ale babcia go nauczyła wszystkiego, co sama wiedziała o liturgii, i zawsze myślał, że mu się ta wyuczona w dzieciństwie wiedza do niczego nie przyda. Okazało się jednak, że i owszem, przydała się, wysłuchaliśmy świetnego wykładu, a Ronald dostał najwyższą ocenę.

Niektóre z tych nazw znałam, niektóre rozumiałam, jak na przykład Jubilate, Cantate, Rogate… raduj się, śpiewaj, módl się… Ale niektórych nie rozumiałam nic a nic… Na przykład laetare, cieszyć się…

Albo Okuli… zdałoby się oczy, ale dlaczego. A to dlatego że antyfona na ową niedzielę, trzecią Wielkiego Postu, brzmi:

Oculi mei semper ad Dominum,
quia ipse evellet de laqueo pedes meos:
respice in me, et miserere mei,
quoniam unicus et pauper sum ego.

Oczy moje są zwrócone ku Panu,
bo On uwalnia moje nogi z sidła.
Wejrzyj na mnie i zmiłuj się nade mną,
bo jestem samotny i nieszczęśliwy.

Najdziwniejsza była jednak nazwa dzisiejszej niedzieli: Quasimodogeniti. Quasimodo… Tym sposobem, mociumpanie, mociumpanie me pisanie… Garbaty dzwonnik z Notre Dame, klub jazzowy w Berlinie. Geniti, coś z rodem, narodzinami lub płcią… Tym sposobem narodzony. Tak bym to sobie tym sposobem czyli na zdrowy rozum przełożyła. Jakiś renatus. A tymczasem internetowy poradnik liturgii polskiej tłumaczy, że jest to Niedziela Miłosierdzia Bożego. Nie może być! Miłosierdzie to Misericordia. Bzdura! Ten internet! Tyle wie, co zje… Niemcy tłumaczą, że jest to Biała Niedziela, bo tego dnia chrzczono dzieci, które chrzest obmywa z grzechu, tak że stają się czyste, białe, lśniące… Zamyślam się nad tą informacją i nagle olśnienie, czyste, białe i lśniące: chrzest czyli ponowne narodziny, quasi modo geniti infantes, tym to sposobem, dziecino, narodziłaś się jako Chrześcijanin… Polska wykładnia jest trochę inna od niemieckiej, bo po polsku pełna nazwa dzisiejszej niedzieli brzmi: «niedziela po zdjęciu białych szat». Nowo ochrzczeni pierwszy raz przychodzili do kościoła w zwykłym odzieniu i zajmowali miejsca wśród innych wiernych. Ale tak czy owak chrzest i tym sposobem…

I rzeczywiście: Quasi modo géniti infántes, allelúia: rationabiles, sine dolo lac concupíscite, allelúia, allelúia allelúia czyli jak nowo narodzone niemowlęta, zapragnijcie nie sfałszowanego duchowego mleka, abyście przez nie wzrastali ku zbawieniu, jeżeli tylko zasmakowaliście, że słodki jest Pan. To pierwszy list świętego Piotra do wybranych, przybyszów wśród rozproszenia w Poncie, Galacji, Kapadocji, Azji i Bitynii.

Słodki jest Pan jak mleko, które piją noworodki. Podobno tak właśnie jest, mleko matki jest słodkie, jest to pierwszy smak, który poznajemy, dlatego tak lubimy to, co słodkie. Natura zresztą też nas do tego smaku przyzwyczaja i zachęca. Nie wiem, czy to prawda, ale podobno nic, co w naturze jest słodkie, nie jest trujące, czyli od pięciu milionów lat nauczyliśmy się, że do słodkiego możemy mieć zaufanie, bo na pewno nas nie zabije. Pan jest słodki. Może nie każdy Bóg czyli Pan jest słodki, ale judaistyczny na pewno. Ten przymiotnik wciąż się w Biblii powtarza.

Ciekawe jednak, skąd święty Piotr, brodaty stary Żyd, wiedział, jak smakuje mleko, które piją noworodki? Pamiętał z dzieciństwa, czy też pokosztował go jako dorosły, gdy na przykład jego żona, Perpetua, urodziła mu córkę Petronelę?

Pozostaje jeszcze Quasimodo, dzwonnik z Notre Dame. Nie pamiętam tej książki w ogóle, nigdy jej nie lubiłam, czytałam tylko raz, dawno temu. Filmu nie widziałam, musicalu też. Ale oczywiście Wikipedia od razu na początku rozwiewa wątpliwości. Tak to to samo “quasimodo”. No i na szczęście istnieje jeszcze portal chomik, który jest podobno paskudnym kapitalistycznym oszustwem, ale ja nie wiem, na czym ono polega (można mnie, proszę bardzo, “objaśnić” jak świecę). Mnie on zawsze cudownie służy, gdy chcę tu coś szybko zacytować.

Jest rok 1468… w poranek niedzieli przewodniej (Quasimodo) jakieś niemowlę zostało złożone po mszy w kościele katedralnym we wgłębieniu lewej ściany katedry. Było we zwyczaju kłaść w tej wnęce dzieci opuszczone na łaskę osób miłosiernych. Brał je stąd kto chciał… Po chwili nadszedł poważny i uczony Robert Mistricolle, protonotariusz królewski, z ogromnym mszałem pod jedną ręką, a z żoną —pod drugą.
— Podrzutek! — rzekł obejrzawszy niemowlę.
— Mości protonotariuszu — spytała jakaś kobieta — jaki nam stawiasz prognostyk z tego podrzutka?
— Prognostyk największych nieszczęść — odpowiedział Mistricolle.

… słowom protonotariusza królewskiego przysłuchiwał się od pewnego czasu młody kapłan. Była to postać surowa, o szerokim czole i głębokim spojrzeniu. W milczeniu rozsunął ciżbę i przyjrzał się niemowlęciu.

— Biorę za swoje to dziecko — powiedział po chwili. Ukrył je pod sutanną i zabrał….
Litość niewypowiedziana ścisnęła mu serce i zabrał z sobą niemowlę. Znalazł je w istocie nad wyraz bezkształtnym. Niemowlę miało brodawkę na lewym oku, głowę wciśniętą w ramiona, grzbiet powyginany, mostek wystający, nogi powykręcane.

Współczucie Klaudiusza wzmagało się właśnie wskutek tej brzydoty . (…) Ochrzcił przybrane dziecko i nazwał je Quasimodo; chciał tym sposobem upamiętnić dzień, w którym je znalazł i zaznaczyć, do jakiego stopnia to biedne, małe stworzenie urodziło się ułomne. I rzeczywiście: jednooki, garbaty, koślawy podrzutek był chyba tylko niby-czymś (quasi-modo).

***
Powieść została napisana w roku 1831, a już w kilkanaście lat później, bo w roku 1844, powstał oparty na jej motywach balet Esmeralda. Muzykę napisał Cesare Pugni, a choreografię ułożył sam wielki Petipa. Dziś jest to staroć wręcz niemożliwa i na Zachodzie w ogóle już nie wystawiana. Angielska Wikipedia twierdzi, że Esmeraldę wystawia się jeszcze tylko w krajach byłego Związku Radzieckiego i Europy Wschodniej. I rzeczywiście, jak to często bywa, kiedy człowieka coś zainteresuje, już następnego dnia po spisaniu tego wszystkiego, w książce Utracone serce Azji natrafiam na notatkę o balecie Esmeralda. Autor, angielski pisarz i podróżnik, Colin Thubron, we wczesnych latach 90 przebywał przez kilka miesięcy w Azji Centralnej. W Taszkencie (uwaga! taka jest podobno prawidłowa wymowa tej nazwy!) poszedł do teatru miejskiego, który wystawiał Esmeraldę, “staroświecki balet z udziałem cygańskich porywaczy dzieci, nieszczęśliwie zakochanej heroiny i krwiożerczego zakonnika”. Balet okazał się “bezwstydnym wyciskaczem łez” – “pod koniec kulawy dzwonnik odniósł zwycięstwo nad despotyzmem religijnym, zrzucając lubieżnego zakonnika z wieży. Widzowie nagrodzili go gromkim aplauzem”. Gdy czytam te słowa, mam dziwne poczucie, że Thubron jest być może, jak zapewnia tekst na okładce książki, znamienitym angielskim erudytą, ale w ogóle nie ma pojęcia o tym, że ta baletowa historia ma jakikolwiek związek z “naszą” kulturą europejską i traktuje ją jako kolejną dziwaczną pozostałość po umarłym imperium sowieckim.

Limericks

aniajamesAnna & James Muus

sent me a beautfiul Easter post card with Funny Bunnies and Chicks from the firm PIESKOT which means DOGCAT… Inside the traditional Easter greetings and two great limericks, which are their speciality. Both, post cards and limericks.

funnybunnies

X

X

X

X
X

That is for me and about me:

There once was a woman so regal,
who worked to defend the white eagle.
Her blog was her tool,
to point out the fool,
who decides this limerick’s illegal.

The other one, well…

There once was a VIP cat,
who wanted to have his own flat.
His roommate quite soon
comes back from the Moon
…………………………………………………….

The last line is left for us, for me and for you to complete. I made it as a first one. Thinking about my cat Schyzia who desecened last month (and thinking I am not a VIP but my CAT!), I wrote: bringing the cat an awesome Moon hat. But of course there are another possibilities…

kaczynskiMoon

Please send us your version of the last line!

Eating with Akil

Ewa Maria Slaska

Going out one Friday evening…

Ania and Thomas Alboth, which I presented already as people helping refugees in Berlin, invited friends and friends of friends for …

Syrian cook and us helping 🙂

We gonna have another lecker dinner (5th!!!). The last four were a big fun, food and help. More than 100 people already took part in that, great people with full bellies and fuller brains. If you want to join: click join and bring with you 12 euros (or more). The money will re-fund the shopping and become a salary (the only one) for our Akil. Thanks!!!

So I clicked join, went and took with me 12  or more and tulps and a book from refugee project of Jim Avignon and some beautiful Easter Decoration of Smilla Berlin, which is a wonderfull shop…

Akil (Akeel) Taleb is a Syrian refugee from Aleppo with a long experience of living and working in Dubai, co-habiting by Ania and Tom since September last year. He is actually a car mechanic, but as almost all Oriental men I know, he is an excellent cook.

We were more than 30 plus some 10 children or so. We were perfectly happy and the food was marvellous.

شكرا عقيل

perskidiner (11) perskidiner (10) perskidiner (9) perskidiner (8) perskidiner (7) perskidiner (6)   perskidiner (2) perskidiner (1) I have to confess… wherever I go maybe excluding the senior citizens meeting I am always the oldest one. In a cinema,  by the party, by risk and by fun… On Friday it was no different. So it’s me, the oldest one by the diner, with Ania and Jagoda, selfie made by me in a candle light.

pointylizm

Ach, and something new for cooking – potatoes on a Syrian way. I supposed we eated this:

Mashed Potato With Tahini

  • 2 pounds potatoes, peeled and cut into chunks
  • 7 garlic cloves, peeled
  • 1/4 cup tahini
  • 1 cup plain unsweetened soymilk
  • 1 tablespoon lemon juice
  • 1/4 teaspoon fine sea salt
  • 1 1/2 teaspoon toasted sesame seedsPlace potatoes and garlic in a large saucepan, cover with cold water by 1 inch and bring to a boil. Lower heat, partially cover pan, and simmer until potatoes are very tender, 15 to 20 minutes. Drain, return potatoes and garlic to pan and add tahini. Mash with a potato masher or large fork until very smooth. Place over low heat and stir in soymilk, lemon juice and salt; add a little more soymilk if potatoes are too thick. Spoon into a bowl and garnish with sesame seeds.

Delicious!

perskidiner (5)