Barataria 5

Ewa Maria Slaska

Wydawnictwo czyli wołanie na puszczy

barataria-marsz-2

Wydawnictwo ma siedzibę w Barcelonie i piękny profil wydawniczy. W roku 2008 otrzymało nagrodę hiszpańskiego Ministerstwa Kultury i w roku 2009 przyznawaną w Sewilli nagrodę Wolnej Książki:

— Jakiż to urząd rzuciłeś? — zapyta Rikote.
— Zrzekłem się gubernatorstwa wyspy i to takiej, że na ćwierć mili wokoło podobnej nie znajdzie.
— A gdzież jest ta wyspa?
— Gdzie? o dwie mile stąd — odpowie Sancho — nazywa się wyspa Barataria.
— Co też ty pleciesz — rzecze Rikote — alboż na stałym lądzie znajdują się wyspy?
— Dlaczegóż by nie — odpowie Sancho — powiadam ci wyraźnie, mój przyjacielu, że wczoraj jeszcze rządziłem wszechwładnie moją wyspą i rzuciłem ją jedynie dlatego, że obowiązki gubernatora narażają na wielkie niebezpieczeństwo

W słowie od wydawcy znajdzie się powyższy cytat z Don Kichote’a i wyjaśnienie.

Prowadzimy siedem działów: Barbarzyńcy, Dokumenty, Dym Południa, Inferno, Morze Czarne, Stracone Kroki i Jeden plus jeden, a ich zadaniem jest z jednej strony ratowanie narracji, ujawniającej sekretne związki z literaturą popularną i niektórymi zjawiskami społecznymi, a zatem akceptacja różnorodności, a z drugiej – poszukiwanie odniesień do naszej epoki w innych rzeczywistościach, czasem odległych, często bliskich, niekiedy obecnych w nas samych.

I to jest więc Barataria? Nieistnejąca wyspa na lądzie, wcale jednak nie tak daleka, bo przecież oddalona od nas zaledwie o dwie mile. Na wyspie mieszkają piękni ludzie, inaczej nie da się określić cudownej listy autorów, których dzieła ukazały się w edicion Barataria.

Martín Adán – La casa de cartón
Marie NDiaye – Hilda
Blaise Cendrars – Ron
Lorenzo García Vega – Vilis – Palíndromo en otra cerradura
Alberto Asor Rosa – El alba de un mundo nuevo – Historias de animales y otras vidas
Henri Sterdyniak – Manifiesto de economistas aterrados
Milton Wolff – Otra colina
Joseph Conrad – La locura de Almayer – Un paria de las Islas – El negro del Narcissus
Emmanuel Bove – La trampa
Rossana Campo – Mientras mi niña duerme
Marta Brunet – La mampara
Kyril Bonfiglioli – No me apuntes con eso
José María Blanco White – Blanco contra White
Alfred Kazin – Un paseante en Nueva York
Alexis de Tocqueville – Quince días en las soledades americanas
James Matthew Barrie – El pajarito blanco
Federigo Tozzi – Bestias
Norah Lange – Personas en la sala
O. Henry – Esto no es un cuento y otros cuentos
José Antonio Bravo – Olla de curas
Fernando Clemot – El golfo de los poetas – El libro de las maravillas
Carlo Cassola – La novia de Bube
Pietro Aretino – Casos de amor
José María Millares – Esa luz que nos quema
Pier Vittorio Tondelli – Habitaciones separadas
René Depestre – Eros en un tren chino
Leo Bassi – La revelación
Dieter Paul Rudolph – Los filántropos
Vladímir Korolenko – Sin lengua – El músico ciego
José Luis Pardo – Estética de lo peor
José María Moreno Galván – Autocrítica del arte
Eugene Izzi – La encerrona – Los canallas
Joseph Roth – Izquierda y derecha
Claudia Apablaza – Diario de las especies
Fernando Sánchez Pintado – Contrariar al zurdo – Performance
Ring Lardner Jr. – Me odiaría cada mañana
Xavier Pericay – Filología catalana, memorias de un disidente
Ludwig Bemelmans – El Danubio azul
Alessandro Manzoni – Historia de la columna infame
Pablo Manzano – El rencor de los bufones – El puente de la jirafa
Christian Karlson Stead – Recordando a O’Dwyer
Voltaire – Las preguntas de Zapata
Patricia de Souza – Erótika
Lee Seung-u – La otra cara de la vida
Williams Sassine – Ceroe, no eres un cualquiera
Yves Ravey – Cutter
Stefano Tura – No apagues la luz
César Vallejo – Escalas
Francisco Moreno Galván – Letras flamencas
Miquel Silvestre – Mariposas en el cuarto oscuro – Dinamo estrellada – La dama ciega – Spanya SA – Un Millón de piedras
Denis Diderot – Los dijes indiscretos
Pankaj Mishra – Pollo a la mantequilla en Ludhiana
Beppe Fenoglio – Un asunto privado – La paga del sábado
Roberto J. Payró – Divertidas aventuras del nieto de Juan Moreira
Elena del Amo – Un mar de lagrimas
José Luis Ortiz Nuevo – Las mil y una historias de Pericón de Cádiz – Alegato contra la pureza…

i tak dalej i tak dalej, sto książek…

Co łączy Conrada, Diderota i Aretina? Pozornie nic, naprawdę jednak humanistyczna wizja człowieka, jako istoty wolnej w każdym aspekcie swego życia – w pracy, religii i seksie.

Podobnie bliscy są sobie francuski demokrata i filozof Alexis de Tocqueville z XVIII wieku i Henri Sterdyniak, współczesny współautor Manifestu oburzonych ekonomistów.

José María Blanco White, irlandzko-hiszpański demokrata i bojownik o wolność w pierwszej połowie XIX wieku.
Pankaj Mishra, współczesny pisarz hinduski, krytyczny obserwator stosunków społecznych.
César Vallejo, poeta peruwiański, wygnaniec, więzień, prześladowany za poglądy w latach 30 ubiegłego wieku…

Wolność, demokracja, sprawiedliwość społeczna… Humanizm… Barataria, nieistniejąca wyspa na lądzie niesprawiedliwości, którą nawet dowcipny szelma nie był w stanie rządzić.

— Ileż zyskałeś z tych rządów? — zapyta Rikote.
— Co? — odpowie Sancho — jak mi Bóg miły, całego zysku dowiedziałem się tylko, że nie jestem zdatny na gubernatora i że za bogactwa, które się nabywa, rządząc krajem, płacić trzeba spokojnością, snem i apetytem nawet, bo trzeba ci wiedzieć, że na wyspach gubernatorzy to tylko jedzą, co im doktor pozwala.
— Co to jest? do stu piorunów! — zawoła Rikote — ty chyba zwariowałeś, mój przyjacielu? Dalibóg ci prawda! któż by tobie dał wyspę w zarząd? Alboż to brak zdatnych ludzi na świecie, żeby aż między chłopami szukano gubernatorów?

Ubranie i śniadanie – wpis pozbierany

civil-march-for-aleppo
Julita Bielak i Ewa Maria Slaska

Najpierw był mail od Julity, a w nim zdjęcie:

buty-i-skarpety

Była to odpowiedź Julity na podawane przez Facebooka informacje o tym, że przez kilka dni brałam udział w obywatelskim marszu dla Aleppo.

I taki podpis: Nie czapka, nie szalik, ale buty, jakie Ewa Maria założyła buty, jak nogi, jak stopy, myślałam.

Zachwyciło mnie to zdjęcie. Tak! Tak zawsze się chciałam ubierać, taka być! Nieporządna i przygotowana do maszerowania w momencie, gdy wstałam z łóżka i odgarnęłam z oczu potargane włosy. Trochę tylko szkoda, że teraz stylistka może tak wystylizować dziewczynę, która może wcale nie lubi być nieporządna i wcale nie jest, jak to określał mój były mąż, “lekka w nogach”.

Niestety ja nie wyglądałam tak stylowo. No, ale padał śnieg i wiał wiatr. Nikt z nas nie wyglądał fajnie.

jawpelerynie

1 lutego 2017. Droga do Pohorelic na Morawach. Foto Janusz Ratecki

Na zdjęciu od lewej Anka, ja, Krzysztof, z tyłu, między Anką a mną, Darwina i Jacek. Nie jestem pewna, ale może być, że dziewczyna idąca samym skrajem zdjęcia po lewej to Magda  Benbenek.  Wspaniali ludzie, i akurat, przez przypadek (?), ci o których chcę coś napisać, będę pisać przez kilka tygodni i publikować tu w soboty – bo soboty będą teraz na blogu przez jakiś czas “marszowe”.

buty-ewyWróćmy więc do pytania Julity, buty, jakie buty i skarpety?

Buty firmy St. Oliver, skórzane, ciepłe, na futerku. Dobre buty, nogi w nich nie przemakają, no, chyba że się, jak ja ostatniego dnia, wejdzie w zaspę lekkiego puszystego śniegu, taką po kolana. Ten lekki śnieg lekko wpadnie za cholewki, przemoczy skarpety i rajstopy, i na to nie ma już żadnej rady, trzeba maszerować z mokrymi nogami. Buty zwykłe, dobre, firmowe, nowe, mocne, kupione kilka tygodni wcześniej z myślą o marszu.

Skarpetki natomiast są całkowitą odwrotnością, są stare, specjalne, oryginalne i robione właśnie dla mnie.  Kilka lat temu dostaliśmy z wnukiem takie skarpetki w partner look. Były tak zachwycające, że o nich wtedy napisałam na blogu.

…na zdjęciu stópki Antosia i moje (choć – czy dorośli mają “stópki”?) w skarpetkach z zakresu… historii sztuki. Zrobiła je dla nas znajoma pani, która korzystała przy tym z włóczki niemieckiej firmy Opal, produkującej wełnę na swetry i skarpetki już w kłębkach wielokolorową, a inspiracją doboru kolorów i ich kolejności są dzieła sztuki. To co my mamy na stopach, Antoś i ja, to… obraz Van Gogha “Gwiaździsta noc”…

Reszta też została opisana w mailu do Julity:

rajstopy thermo z pobliskiego sklepu z cebulą i chlebem (wiec to jasne, że jak poszłam po jajka, to kupiłam rajstopy)
spodnie stare z lumpeksu, ostatniego dnia się podarły, wyrzuciłam w hotelu w wiedniu – szare wełniane
sweter ogromny szary wełniany z lumpeksu, się na szczęście nie podarł
kurtka stara puchowa od koleżanki – koleżanka wyrzuciła kurtkę, a kurtka wyrzucała z siebie maleńkie piórka i przyczepiała je do swetra, przez co zapewniała masę kontaktów międzyludzkich, bo wszyscy mnie skubali
peleryna przeciwwiatrowa i przeciwdeszczowa – jeszcze z trasy do santiago de compostela, zapomniana w aucie ostatniego dnia  i na odległość przekazana innej osobie, dalej wędrującej w śniegu
no i najlepsze – sukienczyna, 5 lat temu była nowa, kupiłam ja za całe 10 euro, bawełniana długa czarna z długimi rękawami prosta, nosiłam w piątek świątek i niedzielę, jako małą czarną do opery, w potrzebie jako koszulę nocną, często jako okryjbidę na wędrówki, czasem jest ręcznikiem, czasem szalikiem, czasem poduszką, podarta w 17 miejscach, ale wciąż jej używam, najlepszy zakup na świecie

No a na to Julita odpowiedziała tak zaskakująco, że już dziś nie będzie więcej o marszu, zapraszam na następne soboty, dziś będzie jeszcze tylko o ubraniach i śniadaniach;

Dziękuję, Ewo Mario.

Przyjęłam list jak wielki dar, wspaniały prezent.

Aż się prosi, aby treść listu ująć we wpis, może i Twój niedzielny, może ważny codzienny. Bo ubranie, jak śniadanie, bywa literackie: /…/Dopiero po jakimś czasie zrozumiał, że Ania nie jest ubrana jak inne dziewczęta. Przypomniał sobie, że Maryla zawsze szyła dla Ani sukienki z ciemnych materiałów i według jednego fasonu. Widząc Anię w otoczeniu koleżanek, uznał, że dziewczynka powinna mieć choć jedną ładną sukienkę. Postanowił kupić jej ubranie w podarunku na Gwiazdkę. Obawiając się, że Maryla skrytykuje jego pomysł, poszedł po pomoc do pani Linde. Małgorzata zgodziła się uszyć sukienkę dla Ani według najświeższej mody. W wigilię pani Linde zjawiła się na Zielonym Wzgórzu, przynosząc prezent dla Ani. Maryla pobłażliwym tonem stwierdziła, że sukienka jest zbytkiem, który rozbudzi próżność Ani. Parę minut później z facjatki zbiegła Ania, radosnym głosikiem życząc wszystkim wesołych świąt. Mateusz niezręcznie rozwinął z papieru sukienkę i podał ją dziewczynce. Ania wpatrywała się z prezent w uroczystym milczeniu i nagle rozpłakała się.   

Płakałam i ja.

Nabokow, który studentom kazał opisywać zawartość torebki Anny Kareniny, co jego zdaniem było kluczowe dla zrozumienia postaci.

Stare porzekadło mówi “pokaż swoją torebkę, a pokażę ci, kim jesteś”. Ta sama maksyma mogłaby śmiało tyczyć się artystów baletu, którzy przez cały dzień prób nie rozstają się ze swoim przepastnym workiem bądź torbą. “Skarby”, które w nich ukrywają, mają czasem bardzo nieoczywiste zastosowanie. – Tancerze noszą w nich m.in. różnego rodzaju taśmy, małe piłeczki do rozmasowania mięśni, rolki do pracy nad stopą, ochraniacze, ogrzewacze na kostki, wodę, plastry, igłę z nitką, żeby móc zszyć coś przy baletkach czy pointach – wylicza Sokołowska-Boulton.

Na zakończenie dołączam jeszcze znaleziony u Łukasza Szopy (szefa KODu w Berlinie), poety, wiersz o zimie i śniadaniu oraz śniadaniowe zdjęcie z marszu. Ta z kubkiem to ja. Mam na sobie wszystkie opisane powyżej elementy stroju marszowego plus kolorową torbę płócienną, też zapomnianą w samochodzie do Wiednia.

sniadanienatrawie

Krzysztof Nowak, Śniadanie na trawie 🙂

William Carlos Williams

BREAKFAST

Twenty sparrows
on

a scattered
turd:

Share and share
alike.

Barataria czyli cały świat (4)

Zauważyliście już, moi mili Czytelnicy, że temat mi rośnie pod rękoma jak ciasto drożdżowe. Dlatego, poczynając od pierwszego odcinka Baratarii, wprowadziłam nowy tag: wędrówki po kulturze. Taka wędrówka, która nie wiadomo dokąd nas zaprowadzi. Pomyślcie, omówiliśmy na razie tylko, nader pobieżnie, Cervantesa (tak pobieżnie, że pewnie przyjdzie nam jeszcze do niego wrócić), Krzysztofa Lipkę, Jesusa Garcię Leoza i pirata Lafitte’a, o piracie jednak trzeba jeszcze sporo napisać, w międzyczasie znalazłam kolejną operę, a mianowicie Gondolierów albo Króla Baratarii, marsz z tej opery w wersji stworzonej przez Czecha z KK grywają chętnie wojskowe niemieckie orkiestry dęte i Bóg jeden wie, od kiedy, kiedy i dlaczego, a również po co? Mam nadzieję, że w międzyczasie znajdę jednak przynajmniej libretto opery Leoza… Zakładam zatem, że to wszystko jeszcze potrwa.
Pamiętam z czasu, gdy uprawiałam medytację transcendentalną i zajmowałam się filozofią Zen, taki koan, który można potraktować jako poradę podczas kursów pisania kreatywnego: nie zastanawiaj się, gdzie jest początek opowieści o świecie według Zen, zacznij gdziekolwiek, a kiedyś ogarniesz cały świat. Ja zaczęłam od Baratarii.

Może zresztą nie potrzeba tu filozofii. Motywy literackie wędrują przez stulecia, a czasem tysiąclecia, często zabierając ze sobą swoje własne imię. Motywem wędrówki po kulturze w poszukiwaniu Baratarii jest sięgające Homera przekonanie, że odizolowana wyspa symbolizuje świat i że za jej pomocą można ten świat przedstawić w formie jak najbardziej pożądanej.

Perdita, jedna z bohaterek Opowieści zimowej Szekspira, autor: Anthony Frederick Augustus Sandys, 1866

Zaczęło się od Scherii,  pierwszej być może utopii literackiej, miejsca poza mapą, która powróci jako wyspa Prospera w Burzy Szekspira. Homerowa Scheria to wyspa zamieszkiwana przez Feaków, którzy z dala od reszty ludzi wiodą życie dostatnie i spokojne. Są wybornymi żeglarzami, nie znają handlu, ani wojen. Trudno się dziwić, że dla Greków, ludu zamieszkującego dziesiątki wysp, wyspa była modelem świata. Wyspą była też Atlantyda u Platona.

Barataria Cervantesa jest taką samą utopią jak Scheria i Atlantyda, jest wyspą, choć wcale nie otacza jej morze. Dziwne? Zapewne, ale czy dziwniejsze od Opowieści zimowej Szekspira, która dzieje się w nadmorskim kraju zwanym Czechy? I też jest to poniekąd kraj przykładowy, bo charakteryzuje go “wieśniacza prostota”, przeciwstawiona światowemu zepsuciu.

Wróćmy jednak do naszych baranów.

Ewa Maria Slaska

Barataria i opera Gondolierzy albo Król Baratarii

Opera Arthura Sullivana do libretta Williama S.Gilberta, ostatnie wspólne dzieło spółki autorskiej, która w latach 1871-1896 wyprodukowała czternaście oper komicznych. Operetki Gilberta i Sullivana cieszyły się międzynarodową sławą i do dziś znajdują się w repertuarach teatrów komediowych; doczekały się wielu adaptacji i parodii. Specjalnie w celu ich wystawiania powstał Teatr Savoy w Londynie. Gondolierzy mieli światową premierę w Londynie w 1889 r. Spektakl cieszył się ogromną popularnością, przez dwa lata wystawiono go ponad 550 razy i wkrótce doczekał się licznych wystawień w Europie i USA.

XXXXXX 

Gilbert & Sullivan

Spokojne i beztroskie życie weneckich braci gondolierów Marco i Giuseppe Palmierich zmienia się, gdy w czasie zabawy ulicznej losują sobie żony, które zdążą poślubić, aby zaraz potem dowiedzieć się, że nie są braćmi, a jeden z nich jest następcą tronu Baratarii i ma już żonę poślubioną mu w niemowlęctwie. Oczekując rozwiązania zagadki obaj wspólnie sprawują rządy w Baratarii, do której przybywa poślubiona następcy tronu Kasylda. Księżniczka Plaza Toro wcale nie chce poślubić prawowitego władcy, bo kocha się potajemnie wprawdzie, ale z wzajemnością, w swym mlecznym bracie. Jak to bywa w operetkach wszystko szczęśliwie się kończy.

Jednak mnie nie interesują perypetie miłosne trzech par, lecz to, czego z libretta można się dowiedzieć o wyimaginowanym państwie na dalekiej Baratarii.

Oczywiście nie wiadomo dokładnie, kiedy toczy się akcja operetki, tym niemniej napisano ją w wiktoriańskiej Anglii. A tu tymczasem księżniczka Kasylda na wieść o tym, że w dzieciństwie zaręczono ją z  synem owego wściekle bogatego króla, nie interesuje się w ogóle jego majątkiem, pyta natomiast: Married to the infant son of the King of Barataria? Was I consulted? Czy zapytano mnie o zdanie? Jednakże samodzielna panna szybko zapomina o problemach emancypacji, aby zmartwić się, że jest oto królową Baratarii i… nie ma się w co ubrać!

Obaj młodzi gondolierzy z kolei martwią się, że jeden z nich został królem Baratarii, a przecież obaj są prawdziwymi republikanami:

We are jolly gondoliers, the sons of Baptisto Palmieri, who led the last revolution. Republicans, heart and soul, we hold all men to be equal. As we abhor oppression, we abhor kings: as we detest vain-glory, we detest rank: as we despise effeminacy, we despise wealth.

Za chwilę poglądy polityczne obu młodych ludzi okażą się ważne, bo gdy dotarą do Baratarii, będą tam chcieli zaprowadzić republikańskie porządki. Król, którego może zaakceptować republikanin, musi być dobrym królem, taki król zniesie podatki,  sprawi, że wszystko będzie tanie, gondolierom będzie się świetnie powodziło, dworzanie będą wykonywali obowiązki zgodnie ze swymi umiejętnościami i zdolnościami, a wszyscy ludzie będą równi. I szczęśliwi.

The Noble Lord who rules the State –
The Noble Lord who cleans the plate –
The Noble Lord who scrubs the grate.-
They all shall equal be!

Sing high, sing low,
Wherever they go,
They all shall equal be!

Mniej więcej w tym momencie zaczynamy rozumieć, dlaczego autorzy tej komedyjki umieścili jej akcję w kraju, który nie istnieje – bo tylko to pozwoliło im ostro skrytykować  niedemokratyczną politykę Anglii i panujące tam zakłamane, snobistyczne stosunki społeczne. To zresztą musi być tak naprawdę Anglia, ta odległa wyspa Barataria, bo po południu władcom podaje się herbatę.

Na razie jednak Barataria stoi w ogniu rebelii i król musi się tam natychmiast udać, by zaprowadzić porządki. Skoro jednak póki co nie wiadomo, który z gondolierów jest królem, obowiązki przejmą obaj.

Zgodnie z geografią Barataria jest wyspą na morzach południowych, a jej król jest / będzie niesłychanie bogaty (co jest oczywiście wspomnieniem o niezmierzonych bogactwach pirata La Fitte’a). Na wyspie panuje łagodny klimat i zimą kwitną róże. Dwaj młodzi królowie i ich dworzanie, byli gondolierzy, śpiewają radośnie:

Of happiness the very pith
In Barataria you may see:
A monarchy that’s tempered with
Republican Equality.
This form of government we find
The beau-ideal of its kind –
A despotism strict, combined
With absolute equality

Bliskość Nowego Orleanu, a może zmiana ustroju, sprawiają zapewne, że w królestwie panuje nieustający karnawał. Oto radosna cachucha, “ludowy” taniec Baratarii 🙂

A zatem the Monarchy has been re-modelled on Republican principles. Jeden z władców informuje o tym wizytującego wyspę Wielkiego Inkwizytora Hiszpanii. Oczywiście młodzi republikanie posunęli się za daleko w realizowaniu zasad demokratycznego równouprawnienia, gdyż awansowali wszystkich pod sznurek na stanowiska lordów, kanclerzy, admirałów i marszałków. Inkwizytor (postać raczej dobroduszna, ale konserwatywna) komentuje to z przekąsem:

When every one is somebody,
Then no one’s anybody!

Jeśli każdy jest kimś,
to kto jest każdym?

Ciąg dalszy nastąpi

Poszukiwany autor, tytuł, książka

Ewa Maria Slaska

Ktokolwiek czytał…

Opowiem wam treść pewnej książki, którą czytałam całkiem niedawno i której nie mogę znaleźć ani w domu, ani w bibliotekach, bo zapomniałam jaki był tytuł, kto ją napisał, a nawet, o zgrozo!, w jakim języku ją czytałam. W rachubę wchodzą trzy podstawowe języki – polski, angielski, niemiecki.

Jeśli z tego, co napiszę, rozpoznacie tę powieść, zawiadomcie mnie. Będzie nagroda. Już dwa razy zrobiłam taki eksperyment i za każdym razem czytelniczki pomogły mi odkryć zagubioną w odmętach pamięci publikację. Była to historia Janusza Stanny’ego, o królu który jeździł na rowerze (Baśń o królu Dardanelu) i Konszachty ze smokami Patricii C. Wrede.

Tym razem na szczęście pamiętam całkiem nieźle, o co chodziło w powieści. Zacznijmy od spraw ogólnych. Książka jest dość gruba, ale niezbyt wielka, ma pewnie z 600 stron. Dzieje się w Nowym Jorku, a jej akcja toczy się przez co najmniej 20 lat i kończy plus minus współcześnie.

Pisze ją jeden z bohaterów opowieści jako stary i chory człowiek. Asumpt do opowiedzenia całej historii dają listy jednej z bohaterek, znalezione przez narratora w jakiejś książce. Listów było pięć, ostatni zadecydował o wielu sprawach.

Powieść to dzieje dwóch zaprzyjaźnionych rodzin. Z jednej strony narrator, znany i uznany krytyk sztuki, jego żona, też naukowiec, zajmująca się chyba feminizmem w literaturze (albo coś w tym rodzaju). Drugą parą są malarz, gdy opowieść się zaczyna, biedny, i jego żona, poetka o bladej skórze i jasnych prostych włosach. Malarz jest bujną osobowością, jest duży, ma gęste czarne loki, wielkie ręce. Obie pary mają synów, mniej więcej w tym samym wieku. Dość wcześnie w historii obu rodzin ma miejsce przeprowadzka do tej samej kamienicy. Narrator mieszka na dole, malarz na górze. Przedtem malarz mieszka w pracowni, którą zachowuje nadal jako atelier.

Historia zaczyna się, gdy krytyk postanawia kupić obraz malarza. Obraz przedstawia jasno oświetlone puste wnętrze jakiego pomieszczenia. Na pierwszym planie, blisko widza, leży kobieta, ubrana w podkoszulkę i slipki, która bawi się małym autkiem (jeśli dobrze pamiętam – żółtą nowojorską taksówką). Nad kobietą pochyla się cień mężczyzny. W głębi widać piętę i kawałek łydki kobiety, która wychodzi.

Jak się potem okaże, jest to obraz o własnym życiu malarza. Kobieta leżąca na podłodze to zakochana w nim modelka. Mężczyzna, który rzuca cień – to on sam. Wychodząca kobieta – to żona poetka. I tak się też dzieje naprawdę. Modelka wysyła do malarza pięć listów miłosnych, po piątym artysta porzuca żonę i wyprowadza się do pracowni, gdzie wprowadza się do niego kochanka.

Pozostawiona z synem poetka nie radzi sobie z obowiązkami macierzyńskimi, przez jakiś czas próbuje, ale w końcu wyprowadza się, a do mieszkania wraca ojciec-malarz i jego kochanka. Obie rodziny żyją ze sobą bardzo blisko, gdy chłopcy podrastają, przez kilka lat wszyscy razem wyjeżdżają na wspólne wakacje do domu nad jeziorem.

Joseph Cornell, Untitled (Dieppe) c. 1958, Museum of Modern Art, (New York City)

Ważną częścią książki są szczegółowe opisy obrazów, które tworzy malarz. Powstają seriami i są coraz surowszą krytyką społeczeństwa i jego skrzętnie skrywanych traum. Jedna z serii to bajki, przetworzone w okrutne opowieści o przemocy. Te prace przypominają pudełka Josepha Cornella, ale nie są dekoracyjne, przeciwnie są surowe jak niektóre takie obiekty Roberta Rauschenberga, czasem wielkie, czasem z kolei wręcz miniaturowe, a wypełniają je coraz dziwniejsze przedmioty. Oczywiście powieść nie ma ilustracji, ale opisy są tak sugestywne, że można sobie wyrobić zdanie o twórczości malarza. Mnie się ta sztuka podoba. Narrator kilkakrotnie w trakcie powieści zostaje obarczony zadaniem napisania pracy o dziełach malarza.

Robert Rauschenberg, Canyon, 1959, Assemblage: oil, housepaint, pencil, paper, fabric, metal, buttons, nails, cardboard, printed paper, photographs, wood, paint tubes, mirror string, pillow & bald eagle on canvas, Museum of Modern Art, New York

Malarz zdobywa coraz większe uznanie i jest coraz zamożniejszy. Także poetka zdobywa w kręgu odbiorców spore powodzenie. Modelka studiuje psychologię i pracuje nakowo.

Któregoś lata, gdy chłopcy mają bodajże mniej więcej 12 lat, postanawiają wspólnie, że chcą część wakacji spędzić wspólnie z rodzicami w domu letnim, ale chcą też po raz pierwszy pojechać bez rodziców na obóz sportów wodnych. Na obozie syn narratora ginie w wypadku na łódce.

Życie obu rodzin zaczyna się rozpadać. Żona narratora przyjmuje pracę wykładowczyni w innym mieście i nigdy już nie wróci do męża. Syn malarza i poetki zaczyna dziczeć, kraść, kłamać. Pojawiają się narkotyki, perwersyjne doświadczenia seksualne, złe towarzystwo, wreszcie przestępstwo. Przybrana matka i ojciec nie dają sobie z nim rady, również matka poetka nie potrafi okiełznać rozhulanego chłopaka. Jedyną osobą, która przez jakiś czas ma na chłopaka jakiś wpływ, jest narrator, ale i on zostanie wykorzystany przez chłopca, po czym rozgoryczony narrator odmawia nad nim dalszej opieki.

Chłopiec się stacza i wreszcie znika, obie matki wyjechały, malarz umiera, pozostają tylko narrator i modelka, w której narrator jest od dawna śmiertelnie zakochany. Narrator jest chory i niedołężny. Modelka znika z jego życia. Jest sam i znalazł listy modelki do malarza…

Koniec.

Sally i Golly czyli śniadania dziewczyn

Ewa Maria Slaska

Są podobne do siebie, ale dopiero przygotowując ten wpis dowiedziałam się, że było tak naprawdę i że Truman Capote pisząc Śniadanie u Tifanny’ego wzorował się na Pożegnaniu z Berlinem Cristophera Isherwooda. Oba opowiadania łączy nie tylko postać młodej, szalonej i seksownej dziewczyny, która się szlaja po nocnych klubach, nie ma pieniędzy, żyje z naciągania mężczyzn i zamierza bogato wyjść za mąż bądź zrobić karierę. W obu narratorem jest młody nieznany pisarz, zakochany po uszy w owej młodej pannie, który nie ma żadnej szansy. W obu wreszcie pojawia się w tytule śniadanie, którego nie ma. Sally jest o pokolenie starsza, przyjechała z angielskiej prowincji i mieszka w Berlinie w latach 30. Holly uciekła z Texasu do Nowego Jorku w 10 lat później. Jest też polski odpowiednik takiej panny i takiego opowiadania – Józef Hen, Mgiełka. To też opowieść o młodej dziewczynie z prowincji, z Białegostoku, która w późnych latach 60 w Warszawie zadaje się z pisarzem. Tyle, że pisarz jest tu stary, i to on daje pannie pieniądze, a panna jak obie jej poprzedniczki, pojawia się, znika, obiecuje, nie dotrzymuje… Niestety nie znalazłam powieści na półce (choć wiem, że jest mała i ma białą okładkę, więc łatwo jej szukać), nie wiem więc, czy i panna Mgiełka je śniadanie, którego nie ma. Pisarz w każdym razie – zakochany.

Śniadanie Sally Bowles

Do pokoju przyczłapała Frau Karpf z dwiema filiżankami kawy na zaśniedziałej metalowej tacy.
— Och, Frau Karpf, Liebling, wie wunderbar von Dich!
— Co ciebie trzyma w tym domu? — zapytałem po odejściu gospodyni. — Na pewno znalazłabyś sobie o wiele milszy pokój.

— Tak, zapewne.
— No to dlaczego się nie przeprowadzisz?
— A bo ja wiem? Chyba z lenistwa.— Ile tu płacisz?
— Osiemdziesiąt marek miesięcznie.
— Ze śniadaniem? — Nie… chyba nie.
—Jak to chyba — zagrzmiałem. — Przecież chyba wiesz dokładnie.
Sally przyjęła to potulnie.
— Tak, pewnie głupio mówię, ale widzisz, ja płacę tej poczciwinie tylko, jak mi wpadnie trochę forsy, więc dość trudno to wszystko wyliczyć co do grosza.
— Ale na miłość boską, Sally, ja płacę tylko pięćdziesiąt razem ze śniadaniem, a o ileż mój pokój jest ładniejszy!
Sally przytaknęła…

Śniadanie Holly Golightly

— Chcę być sobą, kiedy któregoś pięknego ranka wstanę i zjem śniadanie u Tiffany’ego. Nie masz kieliszka. — Nagle zwróciła uwagę na moje puste dłonie. — Rusty! Przynieś mojemu przyjacielowi drinka! Wciąż tuliła do siebie kota.
— Biedny przybłęda — powiedziała, głaszcząc go po łebku. — Biedny bezimienny
przybłęda. To trochę uciążliwe, że nie ma imienia. Ale nie mam prawa dawać mu imienia, musi poczekać, aż będzie do kogoś należał. My dwoje po prostu spotkaliśmy się kiedyś nad rzeką i wcale do siebie nie należymy. On jest zupełnie niezależny i ja też. Nie chcę niczego mieć, dopóki nie znajdę takiego miejsca, w którym ja i otoczenie będziemy do siebie pasować. Nie wiem jeszcze, gdzie to jest, ale wiem, jak tam będzie. — Uśmiechnęła się i postawiła kota na podłodze. — Jak u Tiffany’ego. Biżuterię mam gdzieś. Brylanty – owszem, owszem. Ale noszenie ich przed czterdziestką to bezguście, a nawet potem trzeba z nimi uważać. Tylko na starszych paniach wyglądają naprawdę dobrze. Taka Maria Ouspenska – tylko zmarszczki i kości, siwe włosy i brylanty. Też chciałabym kiedyś tak wyglądać. Ale nie dlatego mam fioła na punkcie Tiffany’ego. Wiesz, jak to jest, kiedy ma się prawdziwe doły?
— Chodzi ci o chandrę?
— Nie — odparła powoli. — Chandrę masz, kiedy pada, albo kiedy przytyjesz parę kilo.
Jesteś po prostu przygnębiony i tyle. Prawdziwe doły to coś strasznego. Czujesz lęk, zlewa cię zimny pot i nie wiesz nawet, czego się boisz. Wiesz, że zaraz zdarzy się coś strasznego, ale nie wiesz co. Miewasz takie uczucie?
— Dosyć często. Niemcy nazywają to angst.
— Angst? Może być. Jak sobie z tym radzisz?
— Zwykle pomaga mi drink.
— Próbowałam tego. Próbowałam też aspiryny. Rusty uważa, że powinnam palić marihuanę, paliłam ją nawet przez jakiś czas, ale miałam po niej tylko głupawkę. Wreszcie odkryłam, co mi najbardziej pomaga: muszę wsiąść do taksówki i pojechać do Tiffany’ego. Tam od razu się uspokajam, to takie ciche i dostojne miejsce. U Tiffany’ego nic ci nie grozi, nie ze strony tych uprzejmych sprzedawców w eleganckich garniturach i cudownego zapachu srebra i portfeli z wężowej skóry. Jeśli uda mi się znaleźć miejsce, gdzie będę się czuła jak u Tiffany’ego, kupię meble i nadam kotu imię.

Tajemnicza opera Barataria (piraci) (3)

Ewa Maria Slaska

Barataria, opera (1) i piraci

Gdy przez dwa poprzednie tygodnie szukałam Baratarii Cervantesa i Lipki, znalazłam kilka innych miejsc, noszących tę samą nazwę. Ponieważ (póki co) “moja” Barataria jest mocno osadzona między muzyką a literaturą, zaczynam od mariażu obu tych sztuk. Opera Barataria Jesusa Garcii Leoza.

Niestety z góry uprzedzam, że nie udało mi się znaleźć muzyki do Baratarii. Posłuchajmy więc innego utworu tego kompozytora – Lamento de Embrujo (Lament z filmu Czar, reż. Carlos Serrano de Osma):

Jesús García Leoz. Urodzony w Olite (Navarra), 10 stycznia 1904, zmarł w Madrycie, 25 lutego 1953. Kompozytor należący do tak zwanej grupy 27. Podczas wojny domowej aresztowany, spędził sześć miesięcy w więzieniu. Tworzył muzykę opartą na motywach folkloru hiszpańskiego, pogodną, wesołą, niekiedy rozmarzoną, układał pieśni do tekstów poetów hiszpańskich, w tym do Kołysanki Albertiego i Tryptyku pieśni Lorki. Od najwcześniejszej młodości interesowało go kino i znany jest przede wszystkim jako twórca muzyki do znanych filmów hiszpańskich. Jednakże najsłyniejszym jego dziełem, wymienianym nawet w jednozdaniowych notatkach, jest opera Barataria. Napisał ją tuż przed śmiercią – jako datę powstania podaje się rok 1953. Było to jego dzieło ostatnie, nie zdążył go zresztą dokończyć, zostawił dwa gotowe akty i kilkanaście fragmentów. Autorem libretta jest Manuel Mur Oti.

Niestety opery tej (jak dotąd) nigdzie nie znalazłam (znalazłam inną, ale o niej za tydzień), nie wiem więc o czym naprawdę jest to dzieło sceniczne, póki co bawię się w grę domysłów. Załóżmy, że była to opera o piratach z Karaibów, na przykład o Jeanie Lafitte (Lafitte, Laffite). Lipka też o nim pisał, ale nazwał go Nicolaus Lafitte, a tu tymczasem był Jean i jego brat Pierre, również pirat, może nawet i znaczniejszy, ale historia zachowała w pamięci przede wszystkim Jeana.

Jean Lafitte urodził się w roku 1776 w arystokratycznym rodzie we Francji. Po wybuchu rewolucji rodzina uciekła na Hispaniolę czyli Haiti. Trafili z deszczu pod rynnę, bo szalała tam wojna domowa i miały miejsce kolejne powstania niewolników (tak – niestety i to, które niechlubnie stłumili Polacy z Armii Napoleona).

W źródłach znajduję kilka pięknych anegdot  Jeanie La Fitte, który ufortyfikował Baratarię i tam miał swoje pirackie gniazdo. W roku 1811 gubernator Luizjany, William Claiborne, postanowił zlikwidować tę piracką siedzibę położoną nieomalże u  wrót Nowego Orleanu i ogłosił, że ten, kto dostarczy mu głowę przywódcy piratów, otrzyma nagrodę w wysokości 5xtysięcy dolarów. La Fitte odpowiedział ofertą nagrody w wysokości 15 tysięcy za głowę gubernatora. Anons został  opublikowany we wszystkich gazetach stanowych, tak angielskich jak i francuskich. (Wikipedia mówi o 750 i 1500 dolarach, ale ja wolę jednak wierzyć moim XIX-wiecznym zapiskom).

Podobno jest to portret Jeana Lafitte. Nie jest to jednak pewne. I nie wiadomo, kto go namalował. Obraz znajduje się w Rosenberg Library w Galveston w Texasie. Galveston był po Baratarii drugim pirackim siedliskiem Lafitte’a.

Inna opowieść głosi, że zdobywszy statek kupiecki pełen złota i srebra, La Fitte wziął też, rzecz jasna, jeńców, w tym księdza i podróżującą damę. Oboje byli ubrani na czarno, ksiądz z racji funkcji, dama z racji żałoby, mody bądź upodobań. Zapytany, co zrobić z tym dwoma czarnoodzianymi istotami, Lafitte księdza kazał utopić, a pasażerkę odesłać (nietkniętą) do Nowego Orleanu.

Po którejś pirackiej rajzie, gdy wracał na Baratarię, został napadnięty przez brytyjski okręt wojskowy. Niestety naszym piratom zabrakło amunicji. Niewzruszony La Fitte rozkazał, by strzelano złotymi dublonami. Niecodzienna amunicja zapewniła piratom nie tylko zwycięstwo, ale i wieczną pamięć o nieprawdopodobnych bogactwach. Wiemy z lektur i filmów o piratach, że losy tych skarbów były nader zmienne. Niekiedy tonęły wraz z właścicielami w zatokach, przesmykach, morzach i oceanach, niekiedy zostały gdzieś poukrywane w bagnach, lasach i górach, niekiedy zostały odnalezione, czasem szuka się ich bez końca.

Barataria, mała wysepka bez znaczenia, jawi się z odległości geograficznej i czasowej jako miejsce romantyczne i pełne niewyobrażalnych bogactw.

La Fitte zasłużył się zresztą swojemu stanowi, bo wraz z tym samym gubernatorem bronił Nowego Orleanu w wojnie z Anglikami w roku 1815, co oczyściło go (na krótko zresztą) z wszystkich prackich win. Utworzony na polu bitwy park narodowy nosi obecnie jego imię, podobnie jak miasto Jean Lafitte w stanie Luizjana. W Nowym Orleanie znajduje się też założona w 1772 roku tawerna Lafitte’s Blacksmith Shop przy Bourbon Street.

czaplalafitta

O Jeanie Lafitte nakręcono kilka filmów, jest również jedną z postaci w grze komputerowej Sid Meier’s Pirates! Ale o tym wszystkim w następnych odcinkach, bo ten już się zrobił strasznie długi.

Ciąg dalszy nastąpi

***
Na zakończenie tylko jeszcze krótki wyskok na Haiti.

suchodolskihaiti

Polacy tłumią powstanie na Haiti. Obraz Januarego Suchodolskiego z 1845 roku w zbiorach Muzeum Wojska Polskiego w Warszawie. Udział Polaków w tłumieniu powstania był przez lata traktowany wstydliwie, aktualna narracja o tych walkach, głosi jednak inaczej:

Wdzięczność rdzennej ludności wyspy wobec Polaków była dozgonna. Przez 120 lat w haitańskiej konstytucji dla każdego Polaka, który chciałby się osiedlić na dawnej francuskiej kolonii, zagwarantowane było haitańskie obywatelstwo.

Na wyspie po dziś dzień mieszkają potomkowie polskich legionistów. – Na Haiti polska legenda jest wciąż żywa – podkreśla Zofia Pinchinat-Witucka, założycielka fundacji pomocy dla Haiti, Fundacji Kombit. – Garstka legionistów przeżyła żółtą febrę i masakry, ale nigdy tak niewielu nie rozsławiło imienia Polski w tak małym i odległym kraju.

Memy XXI wieku: ciasteczko krzyk

Ewa Maria Slaska

Pierwszy raz zobaczyłam, co można zrobić z obrazem w korespondencji naszej autorki, Lidii Głuchowskiej, z Oslo.

4a-schreikuchen-2

4_schrei-kuchen

Oczywiście Krzyk Edvarda Muncha rozpoznawalny bezbłędnie, tu jako ciasto w muzealnej kawiarni. W komentarzu do tamtego wpisu zadałam pytanie, kto wymyślił coś równie okropnego, jak takie ciastka? Już sama nazwa jest dość przerażająca – Skrik Kake czyli ciastko-krzyk. Było to w owym czasie, rok 2012, stosunkowo nowe osiągnięcie marketingowe, bo w internecie niewiele było na ten temat, żadnych przepisów, kilka zdjęć zaledwie i dość jednakowych komentarzy, że straszne! Jak się przyjrzeć krzykom na tych zdjęciach, to widać, że jest to zwykły tort czekoladowy lub biszkopt z galaretką przekładany masą owocową.

  
Dziś, po kilku latach, ciastka krzyk pojawią się nie tylko jako produkt oferowany w kawiarni muzealnej, ale są też przepisy jak upiec je samemu. Jeśli to możliwe, ich domowa produkcja  jeszcze bardziej degraduje Muncha – to już nie produkt marketingowy, jakoś jednak związany z twórcą, lecz wypiek na zabawę haloweenową.

Co w memach jest zawsze najbardziej zastanawiające to fakt, że wystarczy schematyczny zarys najbardziej charakterystycznego elementu obrazu i natychmiast rozpoznajemy oryginał. Oczywiście Krzyk, namalowany w roku 1893, uważany za arcydzieło ekspresjonizmu, należy, obok takich dzieł jak Mona Lisa czy Słoneczniki van Gogha, do najbardziej znanych obrazów na świecie.

Zasadniczo, jak podaje Wikipedia, istnieją cztery wersje tego obrazu – ten powyżej, wykonany w technice mieszanej (olej, tempera i pastel na kartonie), znajduje się w zbiorach Galerii Narodowej w Oslo, jest też jeden obraz wykonany temperą i dwa pastelami. Jeden z pasteli należał do prywatnego kolekcjonera Pettera Olsena, który go w roku 2012 sprzedał za ponad 119 mln dolarów i w chwili finalizowania transakcji była to najwyższa kwota zapłacona za dzieło sztuki na rynku aukcyjnym. Ojciec Olsena był sąsiadem i przyjacielem Muncha. Artysta wykonał również litografię obrazu, ale oczywiście siła jej wyrazu jest zupełnie odmienna od barwnych dzieł malarskich. Twierdzi się, że obraz został zainspirowany erupcją wulkanu Krakatau 27 sierpnia 1883 roku. Popioły przykryły ziemię, a niebo podczas zachodów słońca przybierało ciemnoczerwony kolor.

W roku 1978 Jacek Kaczmarski napisał inspirowaną tym obrazem piosenkę, tytułowy utwór z płyty Krzyk. Płyta nie ukazała się na rynku, cały jej nakład miał pójść na przemiał, jednak pracownicy Polskich Nagrań zdołali ukryć jego część. Uratowane płyty pakowano w koperty do płyty piosenkarki Eleni i rozsyłano po świecie. Człowiek, który wstawił tę piosenkę na youtube, Storm Stormbringer, dostał taką płytę i to jest to nagranie.

Na jego stronie na Facebooku znajdują się głównie filmy nakręcone w Hajnówce i Puszczy Białowieskiej.

Miejsce mocy to obszar o pozytywnym promieniowaniu. Występują tu takie formy subtelnych wibracji , które są korzystne dla organizmu człowieka. Dzięki nim w miejscach tych ludzie czują się lepiej, wypoczywają i regenerują się siły witalne. Jest to szczególnie interesujący i zagadkowy fragment puszczy, ponieważ porośnięty jest dziwnie uformowanymi dębami, sosnami i świerkami. Jest tu również dużo głogów i dzikich grusz nie występujących w Puszczy Białowieskiej. Według niektórych jest to dowód że funkcjonowały tu okresowe obozy pasterzy wypasających w XIX w. bydło. W miejscu tym ułożone są różnej wielkości i kształtu głazy przypuszcza się że był tu też miejsce kultu dawnych Słowian. Legenda głosi że istnieją w Puszczy teren, na których gromadzili się wtajemniczeni i wykorzystując moc kamieni powstrzymywali złe duchy.

Stromberger zamieszcza również film-petycję do Premier RP beaty Szydło o zaprzestanie wycinki puszczy. Oczywiście dziś, po roku od opublikowania tej petycji, wiemy, że był to krzyk wołającego na moście.

Reblog: Das unmögliche Jahr 1917

1917: Das unmögliche Jahr

19. Januar 2017

Als Harry Graf Kessler, der Kulturflaneur, Weltbürger und Offizier, am 31. Dezember 1917 im noblen Restaurant des Berliner Hotels Kaiserhof zu Abend aß, musste er nicht hungern. Nur die Preissteigerung fiel ihm unangenehm auf: “Sylvesteressen für 25 M.: Gänseleberpastete, Schildkrötensuppe, Karpfen blau, Junge Pute vom Spiess mit Salat, Eisbecher. Recht gut und reichlich, wenn auch 25 M. mehr als das Doppelte des Friedenspreises ist.”

Das vergangene Jahr, daran war für ihn nicht zu zweifeln, habe den “grössten Umschwung in der Weltlage gesehen”, mit dem in diesem Ausmaß weder er noch andere hatten rechnen können. Mit der “russischen Revolution, dem russischen Frieden und der Einmischung Amerikas in Europa” sei es “eines der denkwürdigen Jahre der Weltgeschichte”.

Jedes Jahr des Ersten Weltkrieges brachte seine eigenen Herausforderungen und Umbrüche mit sich. Und doch war den Zeitgenossen Ende 1917 klar, dass sich eine besondere Zäsur andeutete, dass der Krieg in ein neues Stadium eingetreten war. Man spürte eine nach außen wie nach innen gerichtete Dynamik, die neue Möglichkeiten eröffnete und zugleich Katastrophen andeutete. Etwas veränderte sich, aber die Richtung war noch unklar, der Ausgang offen.

Das année impossible, das “unmögliche Jahr”, hat der französische Historiker Jean-Jacques Becker 1917 achtzig Jahre später genannt. Unmöglich waren die Belastungen, unvorstellbar die Opfer an den Fronten und in den Kriegsgesellschaften. Unmöglich schien es aber auch, die Ereignisse zu ordnen und abzuschätzen, welche Folgen die sich abzeichnende Verschiebung der politischen Gewichte und der Zerfall der alten Imperien – des Zarenreichs, der Habsburgermonarchie und des Osmanischen Reichs – haben würden.

Hundert Jahre später kennen wir dieses Gefühl nur zu gut. Im Rückblick sehen wir umso klarer: 1917 war tatsächlich, wie Kessler es ahnte, ein Jahrhundertjahr – und es wirkt bis in unsere Gegenwart hinein, denn viele der großen Konflikte und Hoffnungen des 20. und des noch jungen 21. Jahrhunderts liegen in ihm wie in einem Kern verdichtet.

Am Anfang steht der Schrecken des Stellungskrieges mit seinen immer weiter steigenden Opferzahlen. Zwar gelingt im Osten der Übergang zum Bewegungskrieg, was zum faktischen Sieg der Mittelmächte über Russland führt, im Westen aber bleiben die Fronten starr. Die Materialschlachten von 1916, vor Verdun und an der Somme (und an der Ostfront in Galizien), erzwingen neue Antworten, militärische wie politische.

Eine dieser Antworten ist die weitere Hochrüstung und Dynamisierung des Krieges, der nun vollends zum modernen Krieg des 20. Jahrhunderts wird – mit Bombardements aus der Luft, die immer weniger mit einem “ritterlichen Kampf” zu tun haben; mit der Ausweitung der U-Boot-Angriffe auf Versorgungskonvois; mit modernen Panzern, die am Ende des Jahres zum ersten Mal massenhaft gegen die deutsche Front eingesetzt werden.

Im Innern entwickelt sich der Krieg zu einem Test für den Zusammenhalt von Nationen und Gesellschaften. Im Deutschen Reich nehmen im “Steckrübenwinter” 1916/17 Unruhe und Unzufriedenheit massiv zu. In Großstädten weiden die Menschen auf der Straße die Kadaver erfrorener Pferde aus. Auf den Schwarzmärkten explodieren die Preise, Kriminalität gehört mehr und mehr zum Alltag. Die Ordnung des Kaiserreichs bekommt tiefe Risse.

In Frankreich nährt die äußerste Anstrengung für einen letzten großen Vorstoß im Frühjahr 1917 die Hoffnung auf ein nahes Kriegsende. Doch als die Offensive unter hohen Verlusten scheitert, schlägt die Enttäuschung in Protest um. In mehr als sechzig Divisionen meutern im Mai und Juni die Soldaten, während in der Heimat Tausende von Arbeitern – und vor allem Arbeiterinnen – demonstrieren und streiken. Es ist nicht Pazifismus, was die Franzosen aufbegehren lässt: Sie fordern faire, würdige Bedingungen, um den Krieg gegen die deutschen Angreifer und Besatzer fortzusetzen.

Während sich die meuternden Soldaten in Frankreich auf die Werte der egalitären Republik berufen, stellen die erschöpften und enttäuschten städtischen Massen in Russland die Ordnung des Zarenreichs grundsätzlich infrage. Am 15. März zwingen sie in Petrograd Nikolaus II. zur Abdankung. Siebzehn Monate später wird er auf Befehl der führenden Bolschewiki mitsamt seiner Familie ermordet.

Auch im Westen gibt es Neues

Anfang 1917 ist hingegen noch nicht ausgemacht, dass die Bolschewiki die Macht an sich reißen werden. Die aus der Februarrevolution hervorgegangene provisorische Regierung setzt unter der Führung von Kriegsminister Alexander Kerenski den Kampf an der Seite der Alliierten zunächst fort. Doch genau das gibt den Bolschewiki Auftrieb – worauf auch die deutsche Regierung setzt. Um das Zarenreich zu schwächen, schmuggelt sie im April den Revolutionär Wladimir Iljitsch Lenin aus dem Schweizer Exil nach Russland.

Mit dem Versprechen von Frieden, Brot und Land appellieren die Bolschewiki dort an Soldaten und Arbeiter. Mit Erfolg: Nach dem Scheitern der Kerenski-Offensive im Sommer löst sich der Zusammenhalt des russischen Militärs auf. Die Soldaten desertieren zu Tausenden, auch weil sie bei der Klärung der Landfrage zu Hause sein wollen.

Im Oktober schließlich nutzen die Bolschewiki die fortschreitende Auflösung staatlicher Strukturen zur Machtübernahme. Wenig später ziehen sie sich unter enormen territorialen Verlusten aus der Allianz gegen die Mittelmächte zurück. Die Weltrevolution, von der Leo Trotzki träumt, ist zunächst verschoben. Russland scheidet aus dem Krieg aus, weil Lenin erkennt, dass die Bolschewiki sich auf den Bürgerkrieg im eigenen Land konzentrieren müssen, wenn sie ihre Ziele langfristig durchsetzen wollen.

Auch im Westen gibt es Neues: Im April, Lenin ist gerade in Petrograd angekommen, treten die Vereinigten Staaten in den Krieg ein.

Diese Entscheidung hat mehrere Ursachen. Sie ist eine Reaktion auf den deutschen Versuch, mit dem unbeschränkten U-Boot-Krieg den Sieg zu erzwingen und die britische Blockade zu durchbrechen, die bereits Hunderttausende deutsche Zivilisten das Leben gekostet hat. US-Präsident Woodrow Wilson bringt aber auch eine eigene Agenda mit: 1917 übernehmen die USA eine neue welt- und europapolitische Rolle.

Indirekt haben die Vereinigten Staaten schon zuvor auf den Krieg eingewirkt. Großbritannien und Frankreich sind längst von amerikanischem Kapital und amerikanischen Kriegsgütern abhängig – so sehr, dass man im Frühjahr, zumal in London, alles daransetzt, die USA wenn nötig in diesen Krieg zu zwingen, um ihre militärischen und ökonomischen Ressourcen zu mobilisieren. Das hat allerdings seinen Preis: Es macht die Regierungen der europäischen Entente unter David Lloyd George und Georges Clemenceau viel stärker als bisher abhängig von der Politik Wilsons. Und dessen weltpolitische Konzepte werden die europäischen Kolonialmächte mindestens so sehr herausfordern wie Lenins Revolution.

Genau darin liegt die wohl wichtigste Wirkung dieses “unmöglichen Jahres”: Mit dem Machtwechsel in Russland und dem Kriegseintritt der USA zeichnen sich gleich zwei neue Ordnungsmodelle mit globaler Strahlkraft ab.

Bereits im Januar 1917 entwickelt der amerikanische Präsident seine Vision einer neuen Weltordnung, gegründet auf das Ideal nationaler Selbstbestimmung. Die “kleinen Völker” sollen auf einer Stufe mit den etablierten Mächten stehen: “Keine Nation sollte danach streben, ihr politisches System auf eine andere Nation oder ein anderes Volk auszudehnen”, verkündet er. Stattdessen solle jedes Volk “frei über sein politisches System, seine eigene Entwicklung bestimmen können, ungehindert, frei von Bedrohungen, unerschrocken, die kleinen Nationen an der Seite der großen und mächtigen”. Wilson will damit ausräumen, was er für eine Hauptursache des Krieges hält: die “Missachtung der Rechte von kleinen Nationen und Völkern, denen die Verbindungen und die Macht fehlten, ihre Ansprüche geltend zu machen und so ihre eigenen Bündnisse und politisch-konstitutionellen Formen zu bestimmen”.

Sein Appell findet ein gewaltiges Echo. Zuerst in den Bevölkerungen der multiethnischen Großreiche, in der Habsburgermonarchie, im Osmanischen Reich. Doch die neuen Ideale sind nicht nur ein Versprechen für Tschechen, Polen, Slowaken oder Araber, sondern auch für Inder, Chinesen und Koreaner. Sie stimulieren antikoloniale Bewegungen in Indien genauso wie in Ostasien und Afrika. Wilson avanciert zu einer Heilsfigur, überladen mit widersprüchlichen Erwartungen, die spätestens 1919 bei den Friedensverhandlungen kollidieren werden.

In London und Paris beobachtet man seine Ideen schon 1917 argwöhnisch, weil man eine Destabilisierung der eigenen Kolonialherrschaft in Afrika und Asien fürchtet. Und das in einem Moment, in dem Großbritannien und Frankreich mehr denn je auf Ressourcen und Soldaten aus ihren überseeischen Gebieten angewiesen sind, um den Krieg in Europa fortsetzen zu können.

Im November des Jahres legen die Bolschewiki ihr Programm vor. Auch sie erteilen der alten imperialistischen Geheimdiplomatie der europäischen Großmächte eine Absage – alle vom Zarenreich abgeschlossenen Geheimverträge mit der Entente werden offengelegt. Und ähnlich wie der US-Präsident bekennen sich auch die Bolschewiki zum Prinzip der Selbstbestimmung der Völker. Einen Krieg fortzusetzen, in dem “die starken und reichen Nationen die von ihnen annektierten schwachen Völkerschaften unter sich aufteilen”, verkünden sie, sei “das größte Verbrechen an der Menschheit”. Den Nationalbewegungen innerhalb des erodierenden multiethnischen Zarenreiches gibt dies enormen Auftrieb; der Zerfall des alten Imperiums schreitet rasant voran.

Eine kurze Atempause

Augenfälliger als solche Gemeinsamkeiten sind freilich die Unterschiede zu Wilsons Ideen: Anstelle demokratischer Interventionen im Namen von Kapitalismus und liberalem Internationalismus propagiert Lenin die Weltrevolution und den internationalisierten Bürgerkrieg – am Horizont scheint die Möglichkeit eines antikolonialen Befreiungskampfes in der ganzen Welt auf. 1917 deutet sich damit bereits jene Konstellation an, die den Kalten Krieg prägen wird.

Wie sehr Wilson fürchtet, dass die Bolschewiki die Deutungshoheit in diesem Ringen erobern könnten, zeigt sich am Ende des Jahres. Seine berühmten 14 Punkte vom Januar 1918 sind eine ideologische Offensive, um die Weltöffentlichkeit auf das Programm Washingtons einzuschwören. Was auch weitgehend gelingt: Während die Bolschewiki ihre Macht erst noch in einem blutigen Bürgerkrieg behaupten müssen, der auf russischer Seite in den kommenden Jahren mehr Tote fordern wird als der Weltkrieg bis zum Oktober 1917, erblicken die Menschen im “Wilson-Frieden” weltweit ein Hoffnungszeichen.

Kein fragiles Gleichgewicht egoistischer Machtinteressen mehr, sondern eine internationale Ordnung auf Grundlage von Selbstbestimmung und Freiheit, im Zeichen einer neuen Moral – dieses verheißungsvolle Versprechen wirft indes auch damals schon Fragen auf. Als sich Ende 1917 in Umrissen abzeichnet, was Wilson in Aussicht stellt, schreibt Thomas Mann: “Wir Menschen sollten uns nicht allzu viel Moral einbilden. Wenn wir zum Weltfrieden […] gelangen – auf dem Wege der Moral werden wir nicht zu ihm gelangt sein. Scheidemann sagte neulich, die Demokratie werde auf Grund der allgemeinen Erschöpfung reißende Fortschritte machen. Das ist nicht sehr ehrenvoll für die Demokratie – und für die Menschheit auch nicht. Denn die Moral aus Erschöpfung ist keine so recht erbauliche Moral.”

Zunächst allerdings wirkt Wilsons Programm keineswegs befriedend, sondern treibt die globale Expansion des Krieges voran. 1917 bringt eine Welle neuer Kriegserklärungen. Denn für viele Staaten gibt es auf einmal etwas zu gewinnen – vor allem einen Platz an den Tischen der Friedenskonferenz und damit eine Mitwirkung an der künftigen Weltordnung. Den USA folgen aufseiten der Entente zwischen April und November 1917 unter anderem Kuba, Guatemala, Siam, Liberia, China, Brasilien und Panama.

Auch im Nahen Osten herrscht Aufbruchstimmung. Das Osmanische Reich, verbündet mit Deutschland, steht Ende 1917 vor dem Kollaps – nicht zuletzt, weil die von den Briten geförderte arabische Rebellion gegen die osmanische Herrschaft erfolgreich ist. Im Dezember erobern britische Truppen Jerusalem. Es bleibt ein kurzer Triumph: Willkürlich gezogene Grenzen und die unvereinbaren britischen Versprechen an die Araber, die zionistische Bewegung und die eigenen Verbündeten werden dazu beitragen, die Region in das Pulverfass zu verwandeln, das sie bis heute ist.

Ein Frieden, ein Weltfrieden gar, ist 1917 in weiter Ferne – trotz aller Friedenssondierungen dieses Jahres. Erst machen die Abgeordneten des deutschen Reichstags einen Vorstoß, dann Karl, der neue Kaiser in Wien, schließlich Papst Benedikt XV. Aber alle Bemühungen scheitern, weil die militärische Situation offenbleibt und keine Seite die eigene Position schwächen will. Die deutsche Militärführung hofft angesichts des Ausscheidens Russlands umso mehr auf einen Siegfrieden – wenn die Menschen nur bereit sind durchzuhalten. Auch in Großbritannien und Frankreich mobilisiert man noch einmal alle Kräfte. Gerade angesichts der immensen Opfer der vergangenen vier Jahre gilt ein Kompromissfrieden als undenkbar, was zu einer paradoxen Selbstverlängerung des Kriegs führt: Je mehr Tote er fordert, desto bedingungsloser konzentriert man sich auf einen Sieg, der alle zurückliegenden Schrecken und Anstrengungen rechtfertigen muss.

Mehr und mehr ähneln die Regime und Kriegsgesellschaften Häusern, von denen nur noch die äußeren Wände stehen und die beim nächsten Einschlag in sich zusammenfallen können. “Der Sieger ist derjenige, der es schafft, eine Viertelstunde länger als der Gegner zu glauben, dass er nicht besiegt wurde”, schreibt Anfang 1918 der französische Kriegspremier Georges Clemenceau. Wer das sein wird, bleibt bis in den Spätsommer 1918 offen.

Harry Graf Kessler beobachtet im Dezember 1917 das sich abzeichnende Ende des Krieges in Osteuropa: “Heute treten in Brest-Litowsk die russischen und deutschen Bevollmächtigten zu Waffenstillstands-Verhandlungen zusammen”, notiert er in Erwartung einer “in so vielen Beziehungen weltgeschichtlichen Verhandlung”.

Für die Bolschewiki ist das Treffen eine kurze Atempause auf dem Weg von der Revolution zur Gründung der Sowjetunion. Deren Geschichte endete vor 25 Jahren kaum vierzig Kilometer vom Ort der Friedensverhandlungen entfernt. Dort liegt im Wald von Belowesch eine alte sowjetische Regierungsdatscha, in der sich am 8. Dezember 1991 der russische Präsident Boris Jelzin, Weißrusslands Parlamentschef Stanislaw Schuschkewitsch und der ukrainische Präsident Leonid Krawtschuk treffen, um die Auflösung der Sowjetunion zu beschließen. 1917 bis 1991, das war das sowjetische 20. Jahrhundert.

Und die Vereinigten Staaten? 1917 begaben sie sich in eine neue historische Rolle, die weltweit Hoffnungen weckte. Heute, hundert Jahre später, scheint es denkbar, dass diese Politik, dass das lange amerikanische 20. Jahrhundert zu einem Ende kommt. Ermessen können werden es nur künftige Historiker: Erst im Rückblick bilden sich die Maßstäbe, die aus der bloßen Chronologie der Ereignisse historische Epochen hervortreten lassen.


Odrobina statystyki jubileuszowej

Zaczęłam wpisem 22 grudnia 2012 roku.

Dzisiejszy wpis ma numer 1499. Jutro kolejny Stuart Joanny Trümner; on sam ma numer 17, na blogu będzie wpisem numer 1500.

Z tej okazji postanowiłam wykonać kilka nieskomplikowanych obliczeń statystycznych. Jest Was jako Autorów na blogu bardzo wielu, ale to jednak mój blog i statystyka to wyraźnie podkreśla. Ewa Maria Slaska jako autorka, nie jako redaktorka i adminka, opublikowała 360 wpisów! Patrzę i nie mogę się nadziwić, bo choć wiedziałam, że będzie tego dużo, nie myślałam, że aż tyle. No, ale na swoje usprawiedliwienie powiem, że muszę przecież osobiście zatkać każdą dziurę, którą Wy mi beztrosko zostawicie, pisząc kiedy macie czas i ochotę. A ja, otóż nie, ja muszę coś wstawić codziennie w minutę po północy. Początkowo naiwnie wierzyłam, że Autor, który obiecał, że przyśle – przyśle, potem się nauczyłam, że trzeba mieć koniecznie coś w zanadrzu. Czasem są to moje własne teksty, czasem tak zwane reblogi. Reblogów było w ciągu tych czterech lat 130, większość zaznaczona w tekście jako materiał redakcyjny. Jako Redaktorka podpisuję zresztą nie tylko reblogi, ale i informacje o ważnych imprezach, w tym o organizowanych przeze mnie we współpracy z Christiną Ziegler z Regenbogenfabrik wieczorach autorskich “moich” blogowych autorów.

Czytały już (same kobiety)
Ja (byłam pierwsza, dlatego umieszczam siebie na pierwszym miejscu)
Aśka & Renka (razem 9 wpisów, Renia czyli Renata Borowczak-Nasseri sama 37)
Johanna Rubinroth & Tanja Krüger (Johanna sama 26 wpisów, Johanna & Tanja 3)
Dorota Cygan (45) & Lidia Głuchowska (41) – Lidia ponadto dostarczyła do bloga kilkanaście tekstów innych autorów, w tym Stanisława i Stanisława Karola Kubickich
Aleksandra Hołownia (alias Alexandra Fly 9)
Joanna Trümner (26) & Viki Korb (14)
Monika Wrzosek-Müller (37)
Sylwia Kubryńska (1) (w towarzystwie Alicji Molendy – 3)
Karolina Kuszyk (13) & Agnieszka Dębska (3)
Emanuela Danielewicz (2)

W tym roku czytali / będą czytali (dużo mężczyzn):
Katarzyna Krenz (38) (a raczej w zamian za nią byliśmy tam my: Christine Ziegler – 5 wpisów, Michał Krenz – 3 i ja, bo siostra nie dotarła jednak do Berlina)
Krystyna Koziewicz (23) & Roman Brodowski (54)
Zbigniew Milewicz (78 absolutny rekordzista!) & Andrzej Rejman (63) & Tomasz Fetzki (64) (jeśli przyjmie zaproszenie, bo jeszcze nie potwierdził) & Mieczysław Bonisławski (4) oraz Lech Milewski (47) z Australii, który być może nie zdoła przybyć i wtedy włączymy go przez skype’a.

Ciekawostką tych spotkań autorskich jest to, że często odbywają się w moje urodziny (ja, Karolina & Agnieszka, Sylwia & Alicja, a w tym roku pięciu panów blogerów wspólnie). Inną ciekawostką jest to, że czasem przychodzi dużo ludzi, a czasem niezbyt wiele (you can never tell, you know, Winnie the Pooh), ale zawsze jest super wspaniała atmosfera i nadzwyczajna publiczność.

Informacja, która mi się samej podoba – ponad 150 wpisów zapewniła mi moja własna wielopokoleniowa rodzina, poczynając od artykułu (mojej) prababci, a kończąc na opowieści (mojego) wnuka czyli w sumie sześć pokoleń. Oczywiście po części są to reblogi lub przedruki, w kilku wypadkach rodzina dostarczyła zdjęć, nagrań czy grafik. Wśród blogów rodzinnych jest 10 tekstów Kingi Szpuler po hiszpańsku o mojej mamie Irenie Kuran-Boguckiej.

W ogóle rodzina jest ważnym tematem, o rodzinie pisali między innymi: Ryszard Dąbrowski (24), Konrad Sałagan (2), Tomasz Prot (6). Dużo jest tekstów o podróżach – Kenia, Gruzja, Hiszpania, Iran (tu bardzo ciekawy Adam Slaski 13) i nieproporcjonalnie dużo o grobach: Tomasz Fetzki, Małgosia Płoszaj i ja, ale to dlatego, że mnie groby bardzo interesują. Jest więcej prozy niż poezji, niektórzy autorzy (Kasia Krenz, Łucja Fice, Roman Brodowski, Andrzej Filet Fikus) uprawiają oba gatunki sztuki.

Dwie osoby opublikowały nadzwyczaj mało – Konrad Sałagan 3, a Aleksandra Puciłowska 5, ale były to jednoznacznie ważne teksty. Dwie osoby z kolei właściwie same nic nie napisały ale stały się istotną inspiracją: Longina Poterek 3 wpisy i Maryna Over – 15. Niekiedy wpisy są czy były nietypowe – najciekawsza była chyba Gertraud Pohl, która przygotowała 26 wpisów o lalkach. Trzy autorki (Aleksandra Hołownia, Lidia Głuchowska i Renata Borowczak Nasseri) i jeden autor (Michał Krenz) podali mi do publikacji swoje filmy. Sporo miejsca we wpisach zajmuje muzyka (tu zwłaszcza teksty Lecha Milewskiego i Tomasza Fetzkiego). Są wreszcie autorzy, którzy piszą mało i nie wiadomo, jak ich przycisnąć, żeby pisali więcej, albo kiedyś pisali a teraz nie piszą – to wspomniany już Konrad Sałagan, Dorota Cygan, Julita Bielak i Anna Dobrzyńska oraz Tomasz Fetzki.

Trzy wpisy o nadzwyczajnej poczytności właściwie od roku nie uzyskały żadnej konkurencji. Był to film Jurija Gashaka wstawiony na blog przez Lidię Głuchowską – Kobieta i koń, mój wpis o Europejskim Centrum Solidarności (ten wpis miał też prawie 500 lajków, szerków i komentarzy na facebooku i jest pod tym względem absolutnym rekordzistą) i wpis Aleksandry Puciłowskiej i Kingi Chojnickiej o śmierci Kasi Bienias. Wszystkie trzy mówią poprzez tę poczytność całkiem sporo o współczesnej polskiej kondycji ducha.

Co?

Poczytajcie, obejrzyjcie… Zapraszam!

Barataria ciąg dalszy (2)

Właściwie to chciałam publikować Baratarię co tydzień, ale poprzedni poniedziałek trzeba było oddać koniecznie na inny wpis, więc niestety, tym razem, moi drodzy Czytelnicy, musieliście czekać (aż! aż?) dwa tygodnie. Ale za to informuję, że są już gotowe dwa następne odcinki, a ile ich razem będzie, nikt nie wie…

Ewa Maria Slaska

Tajemnicza kraina Barataria

W poprzednim odcinku ruszyliśmy przez skały i bagna w poszukiwaniu Baratarii. Zaczęliśmy od Cervantesa i zatrzymaliśmy się na dłużej przy powieści Krzysztofa Lipki, Pensjonat Barataria. Dziś ciąg dalszy z powieści Lipki, a potem, w poniedziałki kolejne odsłony poszukiwania tego, co tajemnicze, a zarazem tanie, zdradliwe i złudne.

Zanim jednak przejdę do Lipki chciałabym powiedzieć, że właśnie na naszych oczach powstała inna tajemnicza i nieistniejąca kraina czyli San Escobar. Kraj powołany do życia lapsusem językowym ministra Waszczykowskiego (podobno 10 stycznia spotkał się z dyplomatami San Escobar), nabrał życia dzięki inicjatywie internautów, coraz szerzej podchwytywanej i rozbudowywanej. Istnieje już mapa tego kraju, hymn, flaga, stolica, prezydent i jego piękna żona, słynni przedstawiciele, drużyna piłkarska, książki, filmy.

My jednak pójdźmy wszyscy do Pensjonatu Barataria

Przez cały niemal czas powieściowy na bohaterów opowieści spływa z góry wirtuozeryjnie grana na skrzypcach Chaconne Bacha, pisana przez autora jako Szakona, zawsze z wielkiej litery, bez cudzysłowu czy kursywy. Szakona, byt samoistny.

Czytając słuchajmy więc Szakony.

(strona 210, prawie sam koniec książki)

Wiele z naszych spotkań (z nianią Wiktorią, mamką Steina – przyp. EMS) to właściwie monologi w odpowiedzi na jakieś proste pytanie. Dzisiaj rano przyszło mi do głowy, by wrócić do tego, co swego czasu opowiadał na wykładzie lekarz na temat nazwy naszego pensjonatu i wypraw Steina do Zatoki meksykańskiej. Ku memu wielkiemu zdziwieniu Wiktoria doskonale zna ową historię, a co więcej opowiada ją zupełnie inaczej, niż przedstawił ją doktor Michaeli. Zderzenie tych dwóch opowieści wydało mi się tak fascynujące, jak liczne wersje tej samej legendy (…).

Wszystko miało miejsce pół wieku temu. Stein przedsięwziął pierwszą podróż za ocean z pobudek czysto muzycznych, był młody i zupełnie jeszcze nieznany, ale już zajmował się sprawami, które nie pociągały jeszcze nikogo innego. Wówczas jazz jeszcze nie dotarł do Europy, choć wiele się już o nim mówiło, Stein zafascynowany samym zjawiskiem zapragnął poznać je u źródeł. Kiedy dotarł do Nowego Orleanu, pierwsze co uczynił swoim zwyczajem, to zaczął z zapałem wertować mapę okolicy wyszukując wszystko, co w zasięgu ręki warte obejrzenia. (…)
Błądząc tak palcem po mapie Stein natrafił całkiem przypadkowo na nazwę Barataria umieszczoną w atlasie nieopodal miejsca, gdzie się znajdował i słowo to od razu przykuło jego uwagę. Nazwa ta tym bardziej go zainteresowała, że pewny był, iż już wcześniej gdzieś się z nią spotkał, choć nie umiał sobie przypomnieć gdzie i kiedy. Barataria – to czarodziejskie imię nie dawało mu spokoju, bezskutecznie przewertował wszystkie dostępne leksykony, odwiedził turystyczne agencje, przerzucał podręczniki geograficzne i słowotwórcze, wypytywał co bardziej wykształconych tubylców. Wreszcie miejscowe towarzystwo eksploracji miejscowych dorzeczy i akwenów udzieliło mu wystarczających wstępnych informacji. Stein dowiedział się, że w położonym u ujścia Missisippi stanie Luizjana rzeka formuje spore jezioro nazwane Barataria, wody tego jeziora znajdują ujście w Zatoce meksykańskiej, a u ich spływu wyrasta wysepka tego samego imienia, na której wzniesiono ufortyfikowany port dla niewielkich statków i okrętów. Stein bardzo zaciekawił ten – jak mu się wydawało – romantyczny opis, postanowił więc to miejsce osobiście spenetrować. Wybrał się do Balize, skąd trzeba było jeszcze ponad sto kilometrów podążać przez dzikie i zarośnięte tereny ze specjalnie wynajętym przewodnikiem. To jednak, co znalazł Stein u ujścia Missisippi, wynagrodziło mu wszelkie trudy z naddatkiem. Wysepka Barataria wywołała w nim tak potężny wstrząs, że wspominał ją odtąd zawsze w najważniejszych momentach życia, twierdząc przy tym, że dzięki tamtemu właśnie obrazowi został naprawdę artystą. Od pierwszego spojrzenia poruszył Steina kontrast krajobrazu ze wszystkim, co pod wpływem dźwięcznej nazwy wymarzył; jeżeli był tam romantyzm, to w najbardziej niesamowitym wydaniu dzikiej i wykutej w kamieniu natury.


Co wyobraźnia potrafi zrobić z rzeczywistością! Bagna Baratarii, które posłużyły autorowi jako materiał do stworzenia skalistego krajobrazu. No ale gdzie w końcu jak nie na trzęsawiskach mógł doznać objawienia artystycznego człowiek nazwany przez autora Pierre Stein, czyli Opoka Kamienna?

Wyspa jest maleńka, lecz odpychająca i nieprzystępna. Surowość pejzażu wydała się Steinowi, obznajomionemu już z podobnymi widokami, nieporównywalna z niczym innym na świecie. Wyludniony, na poły zburzony fort, nieprawdopodobnie ponury, wydawał się naturalnie zrośnięty ze skalnym podłożem, głównym budulcem tego zakątka świata. Spadziste, stromo urwane ściany ostro schodziły do wody, w której kłębiły się chmary ospałych aligatorów. Była to rzeczywistość zatopiona w ciężkim, niezdrowym klimacie, gdzie wszystkie barwy dwuznacznie opalizują, roślinność naskalna pnie się bujna lecz chora, woda stoi gęsta wydzielając kłęby lepkiej pary.

– Wydało mi się – powiadał potem Stein – że to Ziemia Obiecana potępieńcom, jakaś przerażająca Ultima Thule.

(…) Opowiadano, że tam właśnie, na maleńkiej wysepce, zatrzymał się postojem, już u progu swego odkrycia, Hernan Cortes. W tym samym miejscu ponoć krwawo rozprawił się z częścią zbuntowanej załogi, ze skał strącając swych przeciwników w wezbrane odmęty. Wiele później przebywał znowu na tej samej wyspie inny bohater wód tej strony świata, jeszcze bardziej dziki i złowrogi, najokrutniejszy być może z piratów, Nicolas Lafitte. I on także to zapomniane przez Boga miejsce obrał na załatwienie porachunków ze zgrają kamratów. (…)

Stein ponownie wybrał się na Baratarię i długo przyglądał się jej spadzistym skalnym progom. I tam dopiero, jakby wydobywając się z otaczającej czeluści, jakby parując z tyle tajemnic zawierającej toni, dotarła doń symboliczna wiedza zawarta w tej pięknie dźwięczącej nazwie Barataria, kabalistyczna magia ukrytych znaczeń i podtekstów. Przecież hiszpański przymiotnik barato oznacza tani, baratero zaś – złudny (…).

Wielokrotnie potem przyjeżdżał jeszcze na wyspę, godzinami stał bez ruchu na tej kamiennej ziemi i patrzył. Chodził, myślał, patrzył i przeżywał; i znów stał i patrzył. Aż w tym surowym i przerażającym świecie poczuł się u siebie. Wówczas przestał się zajmować sekretem tego miejsca, zdawało mu się, że dostatecznie nasiąkł klimatem Baratarii i tajemnica jej leży przed nim jak na dłoni. Wiedział już wszystko: tutaj właśnie w tym ponurym zakamarku ziemi odrodzono nowożytny Baratron, strącano ludzi ze stromej skały jak z tylnej ściany Akropolu, zrzucano ich za zbrodnię zdrady, zwaną w prawie morskim barateria.

(…)

Podczas jednego z pobytów na wyspie Stein dumał o tym wszystkim właśnie, kiedy zerwała się nawałnica. Cała przyroda wyła i huczała, wichry dęły dźwiękami trąb jerychońskich, muzyka żywiołu zagrała najpotężniejszymi burzami, jakie kiedykolwiek geniusz – wedle słów Steina – napisał na symfoniczne orkiestry, wydawało się, że to gigantyczne wieżowe dzwony waląc tuż przy uchu wieszczą miarowe podzwonne, że archanioł Michał dmie na Sąd Ostateczny, że grzmoty i pioruny wybrały skaliste wzniesienia na apokaliptyczne werble i kotły. Błyskawice rozświetlały niebo jak iskry ciskane przez ścierające się w kosmicznych katastrofach ciała niebieskie. W oddali gdzieś wybuchł pożar, czy też zawartość ognistą wyrzucił okoliczny wulkan, Stein ujrzał słup ognia unoszący się nad Baratarią na tle szafirowego nieba. To, co wówczas Stein odczuł nie było lękiem, lecz jakaś niewytłumaczalna siła z głębi ziemi czy z wnętrza samego dobyta, kazała mu paść na kolana i wymówić nieznane mu, nie wiadomo skąd płynące słowo tajemnej modlitwy: Excelsior…

Z tym oszałamiającym obrazem w oczach, z głową i sercem przepełnionymi tą kamienną muzyką sfer, Stein wyjechał z wyspy i nigdy już na nią nie powrócił. Od czasu wysłuchania tej podniebnej orkiestry, przepowiadanej przez średniowiecznych teoretyków harmonii mundi, stał się nowym, odmienionym człowiekiem. Odtąd zawsze szukał w dźwiękach, pragnął oddać muzyką tę pieśń, którą dla jego uszu zaintonowała natura; ilekroć w sali pełnej słuchaczy brał skrzypce do ręki, usiłował odegrać ten potężny hymn. Nigdy mu się to nie udało i stało się przyczyną jego natchnienia i początkiem jego choroby.

Mijały lata i wydawało się Steinowi, że Barataria zniknęła już na dobre z jego życia; był to okres intensywnej pracy, podróży, koncertów, wykładów na zagranicznych uniwersytetach, międzynarodowych sesji i sympozjów. Nic na to nie wskazywało, by Stein mógł się jeszcze kiedykolwiek dowiedzieć czegoś nowego o Baratarii. Stało się jednak inaczej, spokój trwał dopóki któregoś dnia przypadkiem w chwili wytchnienia nie wziął do ręki Cervantesa. W dzieciństwie czytał oczywiście dzieło o przygodach Don Kichota, lecz szybko zapomniał jak zwala się wyspa, którą we władanie jako wieczysty wielkorządca objął dzielny Sancho Pansa. W czasach pierwszej lektury Stein był zbyt młody, żeby go już przyciągała melodia obcych nazw, a upłynęło zbyt wiele lat, by z tej nazwy pozostało w nim cos więcej ponad mgliste wspomnienie. Tak, to z tej książki kołatało się po jego świadomości wrażenie, że zna to piękne, tajemnicze imię – Barataria. To słowo brzmiące jak magiczne nazwy w ruinach stolic Inków czy Azteków, pachnące dziką, nieokiełznaną przyrodą i wbudowaną w nią sztuką wykwintną i surową. Barataria – czy było to słowo pierwotne, przedhiszpańskie, prekolumbijskie, autochtoniczne, bliskie równie tajemniczym, choć nie tak śpiewnym nazwom Machupicchu czy Tenochtitlan? Czy też narodziło się w europejskiej, lecz na wskroś indywidualnej wyobraźni dźwiękowej genialnego pisarza? Jaka była droga tej nazwy? Czy na początku było słowo? Skąd miałby usłyszeć Cervantes to geograficzne imię? Czy też to hiszpańscy żeglarze zawlekli za ocean nazwę zaczerpniętą z powieści tak słynnej w sto lat po Cortesie? Lecz jakże wytrawnymi czytelnikami musieliby być owi złowrodzy piraci, by nadać wysepce imię, które w ogromnej i przebogatej historii pojawia się mimochodem raz jedyny rzucone pośród licznych kart? Zafascynowany Stein prześledził historię władania wyspą przez Sancho Pansę. Służący Don Kichota otrzymał ją za darmo (barato) i tylko żartem (baratero), a władał tą wieczystą dzierżawą przez dziesięć dni. Ale żart stał się naraz groźny, gdy którejś nocy przerażonego władcę obudziły potężne dźwięki dzwonów, bębnów i trąb; gdzieś z góry zwaliła się na niego ta muzyka sfer: wojna, ogień, wróg! Mieszkańcy zwyciężyli bez tchórzliwego opiekuna, a ten poczuł się w obowiązku złożenia urzędu. I rzekł: „Muszę zmartwychwstać z obecnej śmierci!” Żart przemienił się w naukę, a poszukiwanie doczesnych korzyści okazało się źródłem odwiecznej prawdy. Chwilowy władca wiecznego królestwa został strącony ze skały nierealnych marzeń, którą to karę zadał sam sobie jako zdrajca własnego ludu… Stein analizował uważnie tę historię i znajdował tak nieświadome nici łączące różne wątki rzeczywistości w punkcie owej wysepki zagubionej na krańcu świata, że Barataria stała się dlań krainą symboliczną, terenem nie wymarzonego szczęścia, a wymarzonej sprawiedliwości, terytorium przemiany i miejscem odrodzenia. Wydawało się Steinowi, że Barataria jako owa chwilowa wieczystość w swym wymiarze metafizycznym i transcendentalnym wciąż istnieje, że jej nierealny świat można realnie odtworzyć, a całe jego groźne piękno i kruche szczęście będzie odradzać się jak Fenix. Wystarczy blok stromych skał, jakby spotęgowany i rozbudowany kamień filozoficzny, nad którym rozbrzmiewałaby wieczna muzyka, żeby nastąpiła w nim wieczysta, ostateczna przemiana, jak w każdym, który na tę symboliczną wyspę odrodzenia trafi. Ta idea go wręcz opętała. Postanowił stworzyć nową, własną Baratarię w górzystej kamiennej scenerii, gdzie nad skalistym, postrzępionym terenem górować będzie kamienne domostwo wybranych, a nad nim w jakimś cyrkularnym, pryzmatycznym wymiarze falować będzie wiecznie spekulatywna muzyka sfer. Odtąd szukał dogodnego miejsca, podróżował po kraju w tym jedynie celu, koncertował w najbardziej nieprawdopodobnych, odludnych miejscach, by tylko spenetrować okolicę; pieniędzy miał dosyć na zakup nawet ogromnego zamku. Wybrał jednak ten Pensjonat i zaraz potem zachorował.