To jest wojna

Minds that seek revenge destroy states, while those that seek reconciliation build nations
Nelson Mandela
(From Echeverría Martínez Chicali Wall)

Tabor Regresywny (vel Marek) i Ewa Maria Slaska

Tabor: Chodzi mi o taką myśl. Skoro oni nie chcą, to zróbmy to my. Berliński pociąg z napisem “wypierdalać” nabiera w tym kontekście kapitalnego znaczenia. Czas się przesiąść z pociągu byle jakiego do tego.

Ewa: “Ten pociąg” jeździ być może po Berlinie (linia nr 8, są tacy, którzy się bożą, że widzieli i jechali), a być może jako fantastycznie spreparowane zdjęcie krąży po forach społecznościowych, ale to przecież nieważne, ba, może nawet ważniejsza jest obecność tego pociągu w świecie surrealu…

TU

Tabor: Jak kobiety mówią „wypierdalać”, to wypierdalać i nie zadawać głupich pytań. Jak kobiety mówią „wypierdalać”, to wypierdalać , żeby potem nie mówiły – a nie mówiłam. Kobiety „widzą” i dlatego się nie mylą. To jest wojna. To jest trzecia wojna światowa. Tym razem między Gają a człowiekiem. Pandemia jest tylko orężem w tej wojnie tak jak ekstremalne zjawiska pogodowe czy inne katastrofy. To jest wojna, którą człowiek musi wreszcie przegrać.

Jak to ludziom wytłumaczyć? Od czego zacząć? Na razie się miotam i próbuję zachować zimną krew. Czuję się jak żołnierz w okopie do którego dowódca mówi, jeszcze poczekaj, niech podejdą bliżej.

Ewa: Odjedziemy zatem na łodzi albo pociągiem “wypierdalać”, a wsiądziemy do niego o godzinie 11 na peronie dziewięć i trzy czwarte. Popłyniemy na Wyspy Szczęśliwe, każdy na swoje, bo ja twierdzę, że mieszkają tam Umarli, a Tabor Regresywny, że mieszkają tam szczęśliwi ludzie, którym udało się uciec ze świata, gdzie głównym zadaniem człowieka jest “czynienie Ziemi sobie poddaną”. Nie wiem, co my będziemy robić na “moich” Wyspach Szczęśliwych, mam nadzieję, że czytać, rozmawiać, sadzić kwiaty i kochać, oni zamierzają zrealizować Nową Baratarię. Sancho Pansa zrezygnował już ze stanowiska gubernatora, a Marek zamierza powołać Rząd na Uchodźstwie, którego premierem zostanie jego żona Olimpia (proponowałam formę “ta premiera”, ale podobno ma być parytet i wprawdzie wszystkie stanowiska zostaną obsadzone przez kobiety, zawsze po dwie na każdy (podwójny) fotel (projektant Gaudi) ale maskulinizmy zostaną zachowane. Myślę, że tak bywało w Egipcie, faraonem mogli być kobieta, albo mężczyzna, ale zawsze pełnili oni funkcję mężczyzny, dopiero królowa Hatszepsut była prawdziwą kobietą na tronie.  

Tabor: Fritjof Capra w książce Punkt zwrotny opisuje plemiona, dla których każda choroba ma związek z jakimś naruszeniem ładu kosmicznego. To, że naruszyliśmy ład kosmiczny, to nie podlega dyskusji. Trudniej skojarzyć to z pandemią. Łatwiej szukać winnych w Chinach. Czy mamy szansę wyjść z tej pandemi, bez przyjęcia perspektywy tych prymitywnych plemion? Trzeba się liczyć z tym, że nie. Że nie znajdziemy szczepionki, a nawet jak znajdziemy, to już w kolejce czeka następny wirus. Trzeba się też liczyć z tym, że ostre restrykcje oznaczają huśtanie się między zahamowaniem a kolejną falą. Niczym choroba dwubiegunowa. Prawdopodobnie każda choroba zaczyna się ostrzeżeniem. A jeśli to, czego doświadczyliśmy na wiosnę, to było tylko ostrzeżenie, a teraz zaczyna się właściwa pandemia?
Ewa: Jak przeżywaliśmy wiosenny lockdown, wielu z nas się łudziło, że wywoła to pozytywne zmiany w naszej organizacji życia prywatnego i społecznego, że zmienimy systemy wartości, damy odpocząć planecie, pozwolimy, by zregenerowały się żywioły, woda, ziemia, powietrze, że damy roślinom, zwierzętom i ludziom szansę odnowy, zwolnimy tempo życia, przestawimy potrzeby z symboli statusu na symbole wspólnoty, a wielkie cele konsumpcyjne zastąpimy małym szczęściem, budowanym małymi krokami. Zaczęliśmy lepiej gotować i lepiej jeść, sprzątnęliśmy nasze domy i oddaliśmy innym to, czego sami nie potrzebowaliśmy.
Ale wiosna minęła, a z nią przeminęła wyciszona i uspokojona wizja innego życia. Ze zdwojoną siłą powróciły wrzask, szarpanina, manipulacje, pretensje, walki, pogarda. 
To jest wojna.

Gromiwoja, czyli wielkie WYPIERDALAĆ!

Dziękuję mojej siostrze, Kasi, za całościowy koncept tego wpisu od pierwszej linijki do ostatniej, zdjęcie Kasia B.

Rzecz się dzieje podczas wojny peloponeskiej. Trwała ona tak długo, że kobiety się zbuntowały, stanęły do walki i wygrały!

Gromiwoja (Lizystrata)

Tekst: Arystofanes 411 p.n.e
Komentarz (fragmenty przedmowy): tłumacz Edmund Cięglewicz (ur. 1862, zm. 1928)
Przypisy i uwagi: Ewa Maria Slaska 2020

Jest rok 411 p.n.e. Trwa druga wojna peloponeska. Otóż na wiosnę tego roku (…) gdy nieszczęsne Ateny zaledwie łzy osuszyły po klęsce sycylijskiej, wśród powszechnego przesilenia ekonomicznego, niesłychanej drożyzny, wywołanej przeludnieniem i przymusowym, już od lat dwu, zaniechaniem uprawy roli w znacznej części ziemi attyckiej, wystawia poeta (Arystofanes), w lutym, podczas świąt Lenajskich, Lysistratę-Gromiwoję, komedię, w której szalony, śmiechem i dowcipem pieniący się pomysł idzie o lepsze z głębią myśli polityczno-społecznej. (…) Mądra, wyższa, patriotyczna kobieta postanowiła zmusić Hellenów do zawarcia pokoju. Gromiwoja obmyśliła sposób, aby pogromić wojujące strony: widząc, że zwykłymi środkami nie zaradzi się temu, już dwadzieścia lat trwającemu obłędowi, użyła sposobu wyjątkowego, na który mamy dziś wyraz zanadto dobrze znany, aby go nie użyć: białogłowski strajk.

GROMIWOJA (do Starucha)

Słuchaj jeno
Czasu wojny długotrwałej
Myśmy siła
złego… siła,
Od was, mężczyzn, znieść musiały,
A cierpliwość… z nami była!
Nie lza było słówkiem pisnąć,
Choć burzyła się krew na was.
Więc śledziłyśmy was ładnie
I, bywało, siedząc w domu,
Słyszym nieraz, jak zapadnie
Straszny wyrok złej uchwały
W sprawie ważnej!

Poeta wyprowadza na scenę niewiasty, walczące doskonale tą bronią, jaką im dała natura, a celem tej walki jest powszechny pokój. Pomysł poety świadczy, że kobieta w Atenach miała swoje aspiracje, dążące do emancypacji; dążenia te, nawet dziś tu i owdzie ironicznie pojmowane, niekiedy namiętnie zwalczane, przedstawia poeta w sposób, zapewne, wielce komiczny, lecz niezmiernie sympatyczny: jego Gromiwoja nie jest śmieszną, lecz owszem dzielną i wielką obywatelką, której się słusznie wszystkie należą prawa.

Jak wykonał poeta ten pomysł?

„W naszym ręku leży zbawienie Hellady”, woła bohaterka komedii, piękna i mądra Gromiwoja, do zwołanych z całej Grecji przedstawicielek płci pięknej. (…) “Zmusimy ich zaprzestać tej obmierzłej wojny, jeżeli zgodzimy się na jedno… Od dziś kwita z wszelkich czułości”. (…)

Na zamku, w obronnym grodzie, pod opieką dziewiczej Pallas Ateny, strajkowiczki przebywają tak długo, aż wreszcie mężowie, zrazu oburzeni, potem „prywacją kobiet” (…) srodze znękani, składają broń przed tym pospolitym kobiet ruszeniem, zawierając pokój panhelleński (…).

Ale Lizystrata to nie tylko historia kobiecego strajku. To również apel o demokrację. Oto, co mówi dalej Gromiwoja do Senatora, przyrównując obywateli i politykę do wełny

Naprzód tedy, jak się z brudu
Myje wełnę na potoku,
Tak kołtuństwo trzeba z ludu
Zmyć i z miasta, jako wióry
Gnać, a kłęby powikłane
Polujących na godności
I na tłuste synekury
Zgrzebłem międlić bez litości —
I urywać łby skalane!
Potem czesać czystą wełnę,
W jeden kosz swobody wspólnej
Wszystkich kładąc: więc wmieszkanych
Pobratymców i związkowych
Nawet i dłużników owych,
Co stracili prawa ludzkie,
Trzeba mieszać w ten kosz wspólny.
Przebóg, wszystkie miasta one,
Zakładane, jak osady
Naszej macierzystej ziemi,
Wiedz, że jako rozrzucone
Pasma leżą, zatem słabe.
Więc te pasma
Zebrać wszystkie w ten kosz pełny,
Potem zbić na jeden wełny
Zwał, chociażby nie bez trudu
I tkać nowy płaszcz dla ludu!

Tą odezwą wystawił sobie Arystofanes największy pomnik, jako myśliciel, jako polityk, jako obywatel. Tak, obywatel, bo ta wełna w koszu, to wszak “wspólność praw obywatelskich”. Ale niestety głos natchnionego wieszcza był głosem wołającego na puszczy; przezornej myśli, najdonioślejszej, jaką kiedykolwiek wypowiedział Ateńczyk, którą należało przyjąć jako program dyplomatyczny, współczesność nie zrozumiała, a gdy zrozumiała, było już… za późno. Nie przyznano metojkom praw obywatelskich, nie zrównano ludzi wobec prawa. To zrobił dopiero Rzym.

Wróćmy jednak do naszych bojownic. Ich cel bardzo przypomina to, o co teraz pod wodzą kobiet walczy cała Polska: o wielkie WYPIERDALAĆ! skierowane do, ujmijmy to skrótowo, dziadersów wszelkiej maści.

Rzekłby kto, no ale jednak pardon fi donc, nieprzyzwoite to słowa. A tu tymczasem:

Śmiałym słowem przemawia Grek w życiu i na scenie; wyobrażenia helleńskie o przyzwoitości, zwłaszcza scenicznej, różnią się od dzisiejszych, o zewnętrzną tylko przyzwoitość dbających. Nasza scena przemyca częstokroć prawdziwą i potworną zgniliznę, ale ten jeden warunek musi być zachowany: o wszystkim wolno mówić, byle parafrazą, przyzwoicie i mniejsza o to, że pod tą osłoną wypranych, wyprasowanych i ublanszowanych Tłumacz, chcący oddać poetę, jakim był, nie może trzymać się tej recepty: zbyt wielki to umysł, aby go przykrawać do pojęć cnotliwego emeryta lub zwagneryzowanego pajaca. Niech więc nikogo
…nie razi, że tu greckie panie
Mówią dość śmiałą mową, a panienki,
Niepowstrzymane swym greckim sumieniem,
Zwą często rzeczy… właściwym imieniem.

Takim na przykład:
Haj, na dwa bożyca, dyć
goła hipkam i piętą w rzyć biję!

Z jednej strony gromada dorodnych erotycznie rozbuchanych rokoszanek, z drugiej (nie do wiary!): na scenę wkracza powoli zadyszany chór Starców siwobrodych, złożony z 12 choreutów (…) Dziady owe dźwigają pęki chrustu, wleką polana i konary; dwaj dzierżą sagan miedziany z żarzącym węglem i dmuchają, raz po raz kaszląc od gryzącego dymu. (…) Na końcu wlecze się przodownik chóru, koryfajos, imieniem Strymodoros; stary wyga, nie dźwiga nic, tylko dowodzi. (…) stają, krztusząc się, kaszląc i ocierając pot.

Strymodoros! Ten ze sceny wypisz, wymaluj jak ten nasz!

Ale choć główną bronią ma być odmowa chędożenia się, dziewczyny i dziady naparzają się też bezpośrednio. Mają nie tylko normalną broń. Starcy walczą ogniem, rokoszanki, jak je nazywa tłumacz, wodą. Kobiety zwyciężają. Główny Staruch bardzo nad tym ubolewa. Gromiwoja odpowiada mu beztrosko:

Azaś ty myślał, że baby nie… biją,
Że my niewolne? Że może kobiety
Nie mają ducha? (…)
Więc my tedy obwołały
Sejm niewieści, by Helladę
Wyrwać z toni wspólną mocą.
Czekać jeszcze? Na co, po co?
Więc gdy zbawczą kobiet radę
Przyjąć chcecie sercem wdzięcznym,
I, jak my wpierw, milczeć, luby,
Ocalimy was od zguby!
(…)
CHÓR BIAŁOGŁÓW

Ninie zbliż się który do mnie, a wybiję zęby!
Czosnku ten nie będzie gryźć,
Grochu, bobu, ni ziarenka:
Jednym słówkiem spróbuj lżyć,
Wściekła jestem, będę bić,
Że polecą z was otręby,
I wspomnisz bajkę, jak żuk orła nęka!
(…)
Nie dbam o was, póki żyje
Ma Lampito, wierna straż,
I tebańska krasawica,
Ismenija — zaszczyt nasz!
Wy bezsilni, nie pomoże
Na to nawet uchwał sto,
Zwłaszcza, że wam wszyscy wkoło
Źli sąsiedzi zemstą klną.

Niezaspokojeni seksualnie wojownicy ze Sparty i Aten, wspierani przez pokonanych starców, podejmują decyzję o zawarciu przymierza, które zakończy wojnę.

Nie trudna to rzecz, kiedy obie strony
Bez fałszu zadmą już w jednakie tony
A zatem: ***** ***

Kochani i jeszcze opis do zdjęcia: zostało zrobione 3 listopada podczas demonstracji w Gdańsku w obronie wolnych mediów. Pochód formował się we Wrzeszczu na ulicy Grunwaldzkiej, pod pięknym pałacykiem czyli siedzibą radia Gdańsk (to było kiedyś fantastyczne radio), a potem szedł do Gdańska, pod siedzibę ***. Poszłyśmy z koleżanką. Miałyśmy mnóstwo rzeczy do obgadania, a na trasie nikt nic nie skandował, to, zatopione w rozmowie, szłyśmy coraz wolniej. Nagle okazało się, że idziemy jako ostatnie i chyba byśmy tego nawet nie zauważyły, gdyby nie pogoniły nas buczkiem zamykające pochód auta policyjne. Upozowałam się na ich tle, a koleżanka zrobiła zdjęcie. A dopiero dziś zrozumiałam, że wystylizowałam pozę na zdjęciu na Gromiwoję. Trudno się zresztą dziwić, pisałam o niej przecież przez cały dzień.

Wypierdalać!

Ewa Maria Slaska: To nie mój wpis. Jest niczyj, czyli wszystkich. To my go piszemy. Wy, oni.

Aktywistka feministyczna, Anna Krenz podczas demonstracji pod Instytutem Polskim w Berlinie 24.10.2020 / Foto: Javier Pimentel

Wybieram tylko ikony, foty-memy! Ich publiziere hier nur die echten Ikonen der neuen Freiheitsbewegung in Polen. Wkurwione kobiety. Es sind Frauen, die jetzt kämpfen. Es ist Wut und Mut. To jest wojna. Es ist Krieg.

Wypierdalać! bedeutet verPISst euch und verschwindet, fuck off, weg mit Euch, Arschlöcher! Ihr könnt uns mal und brav sein war gestern. Fuck you, fuck you, fuck you.

https://images.app.goo.gl/9PZDBeYXwU8LKu1NA

Wczoraj w Szczecinie

Ewa Maria Slaska

Jadę do Ojczyzny, ostrzeżona przez kilka osób, że w Polsce surowy lockdown, taki jak był wiosną, ale ostrzejszy, a główna różnica polega na tym, że ludziom po 70 nie wolno wychodzić z domu.
A ja muszę wjechać do Polski i przejechać polskimi kolejami państwowymi przez pół kraju, ze Szczecina do Gdańska.

Dojeżdżam do Szczecina w masce. Na granicy wkładam jeszcze okulary i czapkę, żeby nie było od razu i z daleka widać, że jestem stara. Oczywiście, jak ktoś mnie wylegitymuje, to żadna maskarada mi nie pomoże.
W kasie pierwsze zaskoczenie. Nie ma biletów na pociąg bezpośredni. W czasach poza pandemią to nie problem, wsiada się do Warsu… Ale Warsu nie ma, wsiąść (podobno) nie można. Po dwóch godzinach podejdę do kasy jeszcze raz i, nie wiem dlaczego, ale kupię bez problemu bilet pierwszej klasy. Na razie jednak tego nie wiem i kupuję tanie bilety na pociągi osobowe z trzema przesiadkami. Na nie też muszę czekać trzy godziny.

Trzeba zatem do miasta, a po drodze się maskować. Czy pomogło? Chyba tak, jakieś patrole przechodziły, nie kontrolowały mnie. Nie kontrolowały również innych osób, ale chyba nikt na ulicy nie miał tyle lat co ja. Czyli sytuacja podobna do wczorajszej demonstracji w Berlinie przeciwko czwartkowemu wyrokowi Trybunału. Jestem najstarszą kobietą. Dawniej tylko w kinie i na koncertach punkowych byłam najstarszą uczestniczką, potem na demonstracjach, zwłaszcza tych antyaborcyjnych i w obronie LGBT, ale żeby na ulicy!
Co zatem robić?

Mam trzy godziny czekania. Pogoda ładna, słoneczna, ale jesienna, chłodna. Maszerować przez trzy godziny można, pod warunkiem, że ma się cel, np Santiago, albo np Aleppo, ale tak się przez trzy godziny wałęsać chyba nie dam rady. Nawet czerwony liść  na szarym bruku nie zajmie mnie przez trzy godziny.

Przepis stanowi, że wolno by mi było iść do pracy, ale nie pracuję w Szczecinie. Zresztą niedziela. Do sklepu też mi wolno, i nawet coś kupić, ale “pan jest moim pasterzem, niczego mi nie brak”, no a poza tym niedziela. Knajpy zamknięte, biblioteka zamknięta, postanawiam pójść do kościoła i zobaczyć, czy jakieś o pół wieku młodsze koleżanki robią jakąś zadymę pod hasłem wypierdalać. Uwaga – fota z Berlina, z sobotniej demonstracji.

Koleżanek już nie ma, ale w koszach znajduję ślady ich obecności. Wyciągam poskładane transparenty i ustawiam przy wejściu. Niech sobie wierni, którzy przyjdą na następną mszę też poczytają, a co?

 

To kościòł świętego Jakuba. Stąd ruszały kiedyś i ruszają znowu pielgrzymki do Santiago wśród Gwiezdnych Pól.

Nie dziwią więc tablice o drodze, czyli Camino. Ale kamień przypominający, że przez 400 lat mieszkali tu Kaszubi, jednak zaskakuje. Kaszubi mieszkają na Kaszubach. Tyle wiem. A tu jest Pomorze i to Zachodnie!
***
Myliłam się jednak, twierdząc, że w Szczecinie nie ma starych kobiet. Nie wiem, ile lat mają te dwie, które spotkałam po przyjeździe w głównej hali dworca. Może nie są tak stare jak ja, ale piękne i młode też już dawno nie są. Są ubrane w białe kitle i początkowo myślałam, że to jakiś patrol sanitarny i będą nam mierzyć temperaturę, sprawdzać, skąd jesteśmy i odsyłać na kwarantannę. Wysiedliśmy przecież z pociągu, który przyjechał z wrażego kraju, w którym “Granada” i “zaraza”. “Broni się jeszcze z wież Alpuhary Almanzor z garstką rycerzy”, ale nic mu nie pomoże, kobiety pędzą Araba jak psa, krzycząc głosem wielkim, że nie tu, nie TU, tu tylko dla kobiet, a toaleta dla mężczyzn jest TAM!
Gdy po trzech godzinach wracam na dworzec, idę TU, kobiety o czymś radzą po cichu, wychodzę, myję ręce i wyciągam z plastikowej beczułki “jak wąż kręty” cienki i lekko śliski kawałek papierowego ręcznika. Nie daje się nim nawet z grubsza osuszyć rąk, sięgam więc po drugi kawałek, ale gdzie tam! WARA, znowu wielki głos, tym razem do mnie, WARA, ile ma pani zamiar jeszcze rwać tego papieru, ciągnie i ciągnie, patrzcie państwo…

 

 

 

 

Rozmowy z Konradem: kraina czarów

Ewa Maria Slaska

Co Alicja zobaczyła po drugiej stronie ekranu?

Czatujemy.
Ciekawe, że już się wreszcie przyzwyczaiłam do tego słowa, bo jeszcze niedawno wzdragałam się przed używaniem go, gdyż czatowanie oznaczało przecież siedzenie w kryjówce i czekanie na zwierzynę lub wroga, a nie rozmowę. Podbnie jest zresztą ze słowem tuszowanie, które oznaczało ukrywanie wad, a nie malowanie oczu tuszem. A gumkowania nie było w ogóle
.
Slightly Smiling Face on WhatsApp 2.19.352

Z reguły dobrze nam się podczas tych czatów dochodzi do jakichś wspólnych ustaleń, a czasem nawet  żartów. To sztuka, bo czatowanie wcale nie jest łatwe, a z żartami to już w ogóle nie ma żartów. Piszę więc na czacie do Konrada, że to nawet nieco dziwne, bo jeśli chodzi o żarty, sarkazm i ironię, to są ludzie, z którymi rozumiemy się tylko, jeśli rozmawiamy osobiście, natomiast telefon, maile, smsy i czaty to jedna wielka katastrofa.

Porada mądrego młodego człowieka brzmi:

– Dlatego raczej należy unikać takich rzeczy przy czatowaniu… Lub garściami używać emoji.
Slightly Smiling Face on WhatsApp 2.19.352

Babcia Konrada choruje i czasem, jak czatujemy, stan zdrowia babci pojawia się w postaci krótkiego pytanka.

– Jak się czuje babcia?

– Lepiej!!! Ale jeszcze jest chora.

Pleading Face on Google Android 11.0
Pojawia się ładna emojka, nie znam jej jeszcze, pytam, co znaczy i dowiaduję się, że:

na pewno ma wiele znaczeń, jak większość… Można jej używać jako “ale słodkie!” Albo jako “mogę? proooszę, zgódź się!”
To taka mina, jaką robimy, widząc słodkiego kotka. Bardzo młode osoby często robią taką minę, jak o coś proszą. Wszystko się zgadza.

Odpowiadam, że to dobrze, że babcia czuje się lepiej i wysyłam taki obrazek:

Sweat Droplets on WhatsApp 2.19.352

– A czemu woda?

– Żeby babcia cały czas dużo jej piła i żeby jej wieszać w pokoju mokre ręczniki. Próbuję zastosować się do Twojej porady, że w czatach trzeba stosować dużo emojek.

Ale głupio się zastosowałam do tej porady, bo oto…

– Aha. Wodnych emojek najczęściej używa się chyba z seksualnym podtekstem. Myślę, że częściej niż do określenia samej wody.

Omg.

– To ciekawe, jak one potrafią przybierać znaczenie, którego autorzy by się nie spodziewali. Tak widzę po internetach.

– Że zacytuję słynnego polskiego filozofa: tak źle i tak niedobrze, wszystko niedobrze (Miałam na myśli Kołakowskiego i jego Klucz niebieski)

Droplet on WhatsApp 2.19.352– Ta emodża oznacza kroplę wody i jest jak najbardziej neutralna wg mnie.

Natomiast ta Sweat Droplets on WhatsApp 2.19.352 często służy do przedstawienia potu lub innych płynów ustrojowych. Myślę że jej użycie nie będzie dziwne, jeśli kontekst będzie jasny. Np. “och, jaki cudny deszcz pada w Bydgoszczy”.
Ale tak bez słów, to ta emodża sama w sobie kojarzy się z seksem, przynajmniej młodemu pokoleniu.

W internecie odpowiedź jest jeszcze wyrazistsza. Te trzy krople potu oznaczają orgazm.

– Oczywiście. Po to wymyślono pismo. Bo obrazki można było różnie interpretować. Ale z drugiej strony… ja już chyba wyrosłam z wieku, w którym kobiety używają seksualnych aluzji i przecież to wiesz. Kobiety, bo pewien rodzaj facetów nigdy z tego wieku nie wyrasta.

– No tak, ale ja po prostu widząc wodę, nie potrafiłem zobaczyć wody. Tak bardzo znaczenie tej emodży jest przez nas młodych wypaczone. Przez ludzi poniżej czterdziestki albo trzydziestki, tak myślę.

– Cały czas nie mogę się otrząsnąć z wrażenia, że krople wody to podteksty seksualne. Już nawet pomijam fakt, że były to moje emojki w sprawie twojej babci, czyli no way. Ale te krople są śliczne i ja ich czasem używałam, no i… co teraz? Więcej nie będę, jasne, ale po pierwsze żal, a po drugie, ciekawe, komu to wysłałam i czy ten ktoś to odczytał tak czy owak?

Slightly Frowning Face on WhatsApp 2.19.352– O nie, ale narobiłem. Przepraszam. Nie, nie sądzę żeby ktoś to źle odebrał. Jeśli kontekst jest jasny, to nie ma problemu. Nadal używa sie tej emoji do normalnych zastosowań. Sprawdziłem w sieci, jak używają jej ludzie (na Twitterze) i faktycznie chyba większość miała podtekst, ale niemało też było właśnie np. o deszczu.

– No, miejmy nadzieję

– Nie martw się, Ewo. Slightly Frowning Face on WhatsApp 2.19.352

Dobrze, przeleciałam ostatnie kontakty na WhatsAppie. Niedawno użyłam tej ikonki w czacie z koleżanką nt rachunku za wodę. Uffg

Bardzo często rozmawiając z Konradem, który jest młodszy ode mnie o 51 lat, czuję się jak Alicja w Krainie Czarów. W świecie, w którym mieszka on, jego koleżanki i jego koledzy, aż się roi od dziwnych zjawisk. Pisałam tu już kiedyś o haulu (to informacje o dokonanych zakupach), o włosingu (pielęgnacja włosów), o stylingu i szafiarkach; to chyba był jedyny termin, który znaliśmy oboje, on i ja – znałam go, bo kiedyś Kasia Tusk udzielała porad, jak stylizować swoje outfity, miała miliony tzw. followersów, a interesowała nas, bo była córką Tuska, oczywiście.

Reszta tego młodego internetowego świata jest dla nas niepojęta. Przyzwyczailiśmy się już do tego, że istnieją emoji (emodże, emotki, a ja sama najbardziej lubię wymyślone przeze mnie słowo – emojki), używamy dość swobodnie 🙂 i :-(, niektórzy z nas potrafią jeszcze wyprodukować ;-), „ale to by było na tyle”.

Slightly Smiling Face on WhatsApp 2.19.352Slightly Frowning Face on WhatsApp 2.19.352Winking Face on Facebook 4.0

To był kiedyś, wieki temu, podstawowy repertuar emojek. Kiedy się one tak nagle rozmnożyły? Czy mój ulubiony pingwinek, którego nawet sama umiem zbudować, to już emojka, czy jeszcze stary poczciwy gif w jakiejś nowej odmianie? Uwaga, pingwinek świetnie buduje się na facebooku, natomiast w WhatsAppie nie. <(”)
Penguin on Samsung One UI 2.5

Zasugerowawszy się, że nieostrożne używanie emojek może przekazać whatsappowemu bądź facebookowemu rozmówcy wcale niechciane przez nas emocje, ba, niedwuznaczne propozycje, postanowiłam się jednak trochę douczyć na własną rękę. Weszłam na stronę pt. Czy wiesz co znaczą te emojki? Chodziło o bezpośredni bądź zawoalowany podtekst seksualny. Poległam na wszystkich pytaniach, tak jest, na wszystkich :-). Dopiero na ostatnie pytanie pytanie udało mi się udzielić prawidłowej odpowiedzi („tak, zróbmy to doggy style”), ale nie dlatego, że coś wiem, tylko, że już zrozumiałam, jakie intencje miała osoba układająca quiz i wiedziałam, którą z proponowanych odpowiedzi wybrać.
Dog Face on WhatsApp 2.19.352Smiling Face with Sunglasses on Google Android 11.0

A więc seks w Alicji w Krainie Czarów. Nie kłóci się. To książka pełna seksu. Ta szalona królowa i kichająca kucharka, posypującą pieprzem dziecko-prosiaka. W pojęciu wielu pokoleń ta scena pełna była seksualnych aluzji (wywołanych świadomie przez autora) i skojarzeń (czyli nie zaplanowanych przez autora). Zresztą cała ta książka, choć niewątpliwie mnóstwo z zaludniających ją istot przeniosło się na stałe do naszej zbiorowej wyobraźni, wywołuje jedno wielkie nieprzyjemne skojarzenie seksualne, przypominając, że faceci bardzo lubili w przeszłości, i lubiliby teraz i w przyszłości legalnie żenić się z dwunastolatkami.

Bo to przecież jeszcze całkiem niedawno było jak najbardziej legalne, a parę setek kilometrów od Europy nadal jest legalne.

Przepisy prawa kanonicznego w średniowieczu określały wiek zawierania małżeństw na 12 lat dla dziewczynek i 14 lat dla chłopców. Prawna zgoda na taki związek małżeński utrzymała się we Francji do rewolucji (1789 rok), kiedy te granice zmieniono na 13 i 15, by za czasów Napoleona podnieść wiek zdolności małżeńskiej na 15 lat dla dziewcząt i 18 dla chłopców. Od połowy XIX wieku wiek dziewczyny został jeszcze podniesiony o rok i taka norma (16 / 18) utrzymała się aż do XX wieku. W okresie napoleońskim przepisy francuskie zaczęły powoli obowiązywać w całej Europie i na świecie, jeśli podlegał on wpływom europejskim. Czyli 200 lat temu małżeństwo z dwunastolatką było absolutnie normalne, nawet jeśli, co wykazują statystyki, dość rzadkie.

Rodzina Kapulettich wydaje Julię za mąż, gdy ta kończy lat 14. Kandydat na męża, piękny hrabia Parys, ma pewnie lat 30, a więc dla Julii to dwa razy starszy od niej starzec.

Gdy pracowałam jako opiekunka uchodźców zetknęłam się kiedyś z 15-letnią dziewczyną, która miała już troje dzieci – starszą, trzyletnią dziewczynkę i dwóch chłopców bliźniaków, którzy mieli roczek.

A Księżna Marta Bibesco (ur. w 1890 r.), autorka książki Na balu z Proustem, żona rumuńskiego dyplomaty, która spędziła wiele lat w Paryżu, pisała po francusku i wydała kilka książek, przeważnie opartych na wspomnieniach ze swego życia (była sławną rumuńsko-francuską pisarką, ikoną mody i polityczką), urodziła córkę w roku 1903, czyli mając lat 13 i, jak sama napisała, we Francji było to zdrożnością. “Nawet chłopki we Francji rodziły dzieci później, niż ja urodziłam moją córkę”.

Cat on Samsung One UI 2.5Smiling Cat with Heart-Eyes on Facebook 4.0Grinning Cat on Samsung One UI 2.5Penguin on Samsung One UI 2.5Owl on Facebook 4.0
Od czasu przygody z kroplami potu wróciłam do dawnego przyzwyczajenia, żeby bardzo powściągliwie używać emodżi. Do trzech klasycznych buziek i pingwinka, dodałam jeszcze sowę na dobranoc, kota, uśmiechnięty pyszczek kotka i kotka z oczami w kształcie serca, ale jak ognia wystrzegałam się wszelkich aluzji do wody. Zdziwiło mnie więc, jak nagle Konrad użył ikonki roześmianej gęby z kroplą potu na czole.

Grinning Face with Sweat on WhatsApp 2.19.352 – Czy domyślasz się, co to znaczy?, zapytał.

Nie odpowiedziałam, bo i co mogłam odpowiedzieć, że może ta emojka znaczy, iż śmiejemy się tak, bo seks był dobry i się spociliśmy? A tu tymczasem…

– My używamy tego w znaczeniu: zakłopotanie lub lekkie zawstydzenie. W żartobliwym sensie często. Ta kropla oznacza pot na czole.

– Jesteście w pocie czoła zawstydzeni? Biją na Was siódme poty z zażenowania? Czy to przesada, która tak naprawdę pozwala wcale a wcale się nie wstydzić?

– Och. Fajnie to napisałaś. To przesada, która dzięki przesadzie pozwala się nie wstydzić. Tak to odbieram. Ale wydaje mi się, że to pochodzi z anime. Anime ma specyficzne sposoby zaznaczania emocji bohaterów. Jedną z nich jest właśnie kropla na czole. Ale ta kropla nie spływa, tylko tak wisi jak w tej emotce. Jako znak kropli, nie sama kropla. To ciekawe. Ktoś o tym pisał. Najpierw jest rzecz, potem symbol, który ją oznacza. A potem symbol odnosi się do koncepcji, ale już nie symbolu. Nie umiem tego opisać właściwie.

– Czy emojki są pochodną anime?

– Emoji powstały w Japonii. Więc bardzo możliwe, że inspirowały się anime. Czy mangą.

– I nadal są japońskie, czy już się uniezależniły?

– O mam, książka “Simulacra and Simulation” delineates the sign-order into four stages:

The first stage is a faithful image/copy, where we believe, and it may even be correct, that a sign is a “reflection of a profound reality” (pg 6), this is a good appearance, in what Baudrillard called “the sacramental order”.

The second stage is perversion of reality, this is where we come to believe the sign to be an unfaithful copy, which “masks and denatures” reality as an “evil appearance—it is of the order of maleficence”. Here, signs and images do not faithfully reveal reality to us, but can hint at the existence of an obscure reality which the sign itself is incapable of encapsulating.


The third stage masks the absence of a profound reality, where the sign pretends to be a faithful copy, but it is a copy with no original. Signs and images claim to represent something real, but no representation is taking place and arbitrary images are merely suggested as things which they have no relationship to. Baudrillard calls this the “order of sorcery”, a regime of semantic algebra where all human meaning is conjured artificially to appear as a reference to the (increasingly) hermetic truth.


The fourth stage is pure simulacrum, in which the simulacrum has no relationship to any reality whatsoever. Here, signs merely reflect other signs and any claim to reality on the part of images or signs is only of the order of other such claims. This is a regime of total equivalency, where cultural products need no longer even pretend to be real in a naïve sense, because the experiences of consumers’ lives are so predominantly artificial that even claims to reality are expected to be phrased in artificial, “hyperreal” terms. Any naïve pretension to reality as such is perceived as bereft of critical self-awareness, and thus as oversentimental.

Kiedyś emoji należały do jednej firmy, pewnego operatora komórek w Japonii. Wtedy powstała nazwa “emoji”. Ale te emoji, których my używamy, są ustalane przez Unicode, czyli tę samą organizację, która odpowiada za standaryzację innych znaków używanych na komputerze i sprawia, że między różnymi urządzeniami znak “=” jest rozumiany jako “=”. Ten znak ma numer przypisany przez Unicode i dzięki temu można go przesłać z Windowsa na Maca. Tak więc te nasze emoji to nie są oryginalne japońskie ikonki. Musieliśmy je stworzyć na nowo. Bo tamte należały do prywatnej firmy. Ale ona pierwsza (lub jako jedna z pierwszych) wymyśliła, że emotki mogą być kolorowymi grafikami, a nie tylko czymś takim : ).

PS 1.

Wszystkie wpisy w tym tygodniu pozostają pod znakiem coronawirusa, sprawdzam więc, czy są emojki o koronie. Oczywiście są: masa.

Spread of the Coronavirus Emoji

PS 2. Gdy już napisałam ten wpis, Konrad przysłał informację:

– Uwielbiam emojki na Skypie. Są po prostu najcudowniejsze. Słodkie, fajne, animowane.

Nie używam, nie będę więc o nich pisać, ale rzeczywiście są słodkie, fajne, animowane. Zobaczcie. Ale nie otwierajcie jakichś animowanych emojek na FB, bo to podobno jakieś zaraźliwe badziewie. Noście maski, wietrzcie mieszkania, bądźcie zdrowi.

Rozmowy z Konradem: kobiety

Wieczny dylemat, czyli mówić czy wyglądać?

Ewa Maria Slaska

Dla moich koleżanek i dla mnie, czyli tych kobiet, które zdały maturę w okolicy marca 1968 roku (to ważna cezura, jeszcze będę do niej wracać), bycie kobietą emancypowaną, było sprawą jak najbardziej naturalną. Miałyśmy nowoczesne matki, a niekiedy również babki, nasze nauczycielki były pełnokrwistymi indywidualnościami, a na dodatek nasze młode ciotki były dla nas jeszcze wzorem urody, powodzenia, ubierania się i czesania. Nie wiem, czy któraś z nas poświęciła w ciągu lat nauki choćby jedną myśl pytaniu, co to znaczy być kobietą emancypowaną, albo czy chcemy być emancypowane? To w ogóle nie było pytanie – było oczywiste, że już jesteśmy emancypowane i nie przychodzi nam do głowy żadna inna wersja losu kobiety. Miałyśmy studiować, a potem pracować, miałyśmy być piękne, dobrze ubrane i uczesane, chciałyśmy gotować fajne potrawy z oryginalnymi jarzynami i przyprawami (nie darmo Kalkowski od lat promował w Przekroju taki styl gotowania) i mieszkać w ładnych domach lub mieszkaniach z przystojnymi mężami podobnymi do Beatlesów i grzecznymi, inteligentnymi dziećmi.

Ten świetny model wielu z nas zatruł(by) życie, uczesane włosy były(by) w dwa dni po wizycie u fryzjera znowu potargane, na kolorowych podłogach zbierał(by) się kurz, mężczyźni podobni do Johna Lennona okazali(by) się zazdrosnymi nudziarzami, a szpinaku i tak nie było ani w sklepie, ani w polu, ani w zagrodzie.

Na szczęście w międzyczasie pojawili się hippisi i nie chodzi mi o te niewielkie grupki tzw. “prawdziwych hippisów PRL-u”, tylko o ideę, modę, muzykę, taniec, pacyfizm, tolerancję, luz, lekceważenie konwenansów, wegetarianizm, kwiaty we włosach, trawkę, wolny seks, pigułkę antykoncepcyjną i radio Luxemburg, czyli wszystko, co się zgromadziło wokół słowa “hippisi”. To osłabiło szczelny perelowski model emancypowanej kobiety i, choć w mniejszym stopniu, peerlowski model “prawdziwego mężczyzny”. Oba mocno się porysowały, a w drugiej połowie lat 60 zyskały nową treść – nasyciły się polityką. Dotychczas byliśmy, tak naprawdę, istotami apolitycznymi, urodziliśmy się po wojnie, stalinizmu świadomie nie pamiętaliśmy, nasi rodzice przezornie milczeli, partia i ZMS nie miały do nas dostępu, a kościół traktował nas łagodnie, kiedyś zostaliśmy ochrzczeni, potem poszliśmy do komunii, niektórzy z nas do bierzmowania, ale na pewno nie wszyscy. Partia przymykała oczy na sprawy społeczeństwa z kościołem, kościół nie żądał od społeczeństwa, by przestrzegało przykazań i zbyt surowo odcinało się od partii – wszyscy się jakoś “zaaranżowali”. Każdy próbował na swoją modłę urządzić sobie życie, no cóż – jak najprzyjemniej.

W drugiej połowie lat 60 polityka jednak gwałtownie wtargnęła w nasze życie. Zaczęło się od tego, że Willy Brandt podpisał umowy z Polską i z PRL zaczęli oficjalnie wyjeżdżać Niemcy. Okazało się wtedy, że w Polsce są jacyś Niemcy. Jeszcze nie otrząsnęliśmy się z faktu, że są Niemcy, gdy w roku 1968 pojawili się Żydzi. Pawłowi Jasienicy wytknięto jakiegoś ukraińskiego Łupaszkę, a to przypomniało, że byli kiedyś Łemkowie i Bojkowie, Ukraińcy. Rzeczpospolita przestała być jednolita “jak postaw czerwonego sukna” i mocno wystrzępiła się na brzegach. W roku 1970, właśnie próbowaliśmy być (mimo Marca 1968 roku) szczęśliwymi studentami, z całą mocą spadła na nas polityka, której już nie dało się pominąć. To nie były “obrzeża i skraje”, to nie byli Niemcy (nie byliśmy Niemcami), to nie byli Żydzi (nie byliśmy Żydami), to nie byli Ukraińcy. To był sam środek naszego życia. Polityka stała się jego główną treścią i, mimo iż stale przegrywaliśmy, a od czasu do czasu partia, rząd i milicja zabijały nas i biły, czuliśmy się silni, bo byliśmy razem. To była gra MY kontra ONI, i oni mogli mieć w garści wszystko, a my i tak byliśmy lepsi. Czyli było strasznie, ale wciąż było przyjemnie, pewnie dlatego że nie mieliśmy dylematów, czyli znaliśmy odpowiedzi na wszystkie pytania, jakie mogło zaserwować nam życie.

I tak było do roku 1980, czyli do strajków sierpniowych i powstania Solidarności, kiedy to cały ten pięknie funkcjonujący gmach, zbudowany przez nas w procesie wzajemnego aranżowania się Partii, Kościoła, Opozycji i Społeczeństwa, runął do śmietnika historii, a z każdego kąta zaczęły wyłazić upiory. Im więcej zdobywaliśmy wolności, tym było gorzej, tym więcej upiorów wsysało się nam w szyję i wypijało krew. Rozpadło się nasze “razem”, wszędzie czaili się wrogowie, często my nimi byliśmy dla innych. To czego nie dokonała Komuna, tego dokonała Wolność. Niestety, zaczęło się od razu po podpisaniu porozumień. Jeszcze nie wiadomo było, jak ruch się będzie nazywał, a już zaczęły się pojawiać zwiastuny tego, co nas zniszczy. Ruch w Obronie Dziecka Poczętego. Albo żołnierzy wyklętych. Skąd mogliśmy wiedzieć, że trzeba je zdusić w zarodku..

Przez ostatnie 40 lat podzieliśmy się, może na zawsze, a w każdym razie na długo. Nie  będę się tu zajmować “prawdziwymi Polakami”, nacjonalizmem, Obrońcami Jezusa, strefami wolnymi od uciekinierów, Żydów, gejów i gender, nie piszę rozprawy o Polsce PiSu, pozostanę zatem przy tym, co mnie dotyczy(ło) jak najbardziej bezpośrednio, czyli sprawie kobiet.

Pierwszy raz dowiedziałam się, że istnieje sprawa kobiet za czasów Solidarności. Przyjechały z Anglii dwie feministki i miałam im opowiedzieć o sprawie kobiet w Polsce. I w ogóle nie zrozumiałam, o co im chodzi. Przez cały czas mówiłam o polityce, o niesprawiedliwości społecznej, o potrzebie wolności, o skorumpowanej władzy i biedzie robotników i chłopów. A one pytały o sprawę kobiet. No to odpowiadałam, że nie ma podpasek, albo że są z ligniny twardej jak deska, że nie ma pieluch jednorazowych, ani proszku do prania pieluch z tetry. A one nadal pytały o sprawę kobiet, i nie interesowały ich nawet dziesięcioletnie kolejki po klucze do własnego mieszkania.
Wreszcie machnęły na mnie ręką.

Następne feministki spotkałam już w Niemczech. Był rok 1985. Zapytały mnie o sprawę kobiet, ale tym razem już wszystko wiedziałam. Poprosiły, żebym napisała o tym artykuł na światową konferencję kobiet w Nairobi. Czekałam na azyl polityczny w Niemczech i nie mogłam wyjechać, pojechał tylko mój referat. Nazywał się “The rights we don’t have”. Myślę, że był to taki tekst, może jedyny w moim życiu, który przeczytały miliony ludzi. Zapewne głównie kobiet. Był cytowany tak długo, że postradał i tytuł, i autorkę, a potem i sens, bo po roku 1989 wszystko się zmieniło. W referacie do Nairobi pisałam o tym, co się dzieje z prawami kobiet w kraju komunistycznym, jeśli kobieta nie należy (jak ja należałam) do uprzywilejowanej wyższej klasy średniej, nie ma emancypowanych rodziców, w miarę zamożnego życia i nie mieszka w wielkim mieście. O tym, że o obrazie świata decydowałyśmy my, inteligentne studentki z Warszawy, Gdańska, Krakowa i Poznania, a Polska wygląda zupełnie inaczej. Już Rzeszów albo Białystok są w stosunku do nich opóźnione o co najmniej 20 lat, miasta powiatowe są jeszcze bardziej zacofane, kobieta mieszkająca na wsi opóźniona była w stosunku do najbliższego miasta o kolejne 20 lat. O tym, co to jest potrójne obciążenie kobiety, czyli praca, dom i rodzina oraz, jako trzeci rodzaj zajęcia kobiety – zapewnianie zaopatrzenia, głównie stanie w kolejkach i dźwiganie siat. O źle płatnych sfeminizowanych zawodach, gdzie jednak zawsze nad całą gromadką pracownic stał kierownik lub dyrektor. O strajku głodowym pracownic fabryk włókienniczych. O wioskach, w których najbliższy ginekolog oddalony jest o 70 kilometrów, a autobus jeździ dwa razy dziennie. O szklanym suficie, czyli o tym, że dziewczęta lepiej się uczą, jest ich więcej w liceach i na studiach, a przecież ilość kobiet spada w miarę wspinania się po szczeblach kariery naukowej i że kadra profesorska to głównie mężczyźni. I że opozycja wcale nie jest lepsza, bo choć jest dużo niepokornych politycznie pisarek, to od roku 1962 do roku 1985 nagrodę Kościelskich dostało 85 osób piszących, a tylko 11 z nich to były kobiety, bo to nagroda dla polskich opozycjonistów, czyli dla mężczyzn. I że wszędzie (zresztą do dziś) przedstawia się Solidarność jako ruch brodatych mężczyzn koło 30, choć to kobiety wykonywały większość prac usługowych w Solidarności i niemal wszystkie, również przywódcze, w czasie stanu wojennego. I że w encyklopedii Solidarności nie było haseł kobieta, matka, prawa kobiet, aborcja, nierówne płace…

Był rok 1985, nie mogłam więc jeszcze napisać, że jak już w roku 1989 doszło do rozmów Okrągłego Stołu, to brała w nich udział tylko jedna kobieta, Grażyna Staniszewska.

I wtedy się okazało, że gdy odeszła Komuna, to sprawa kobiet przecież nie odeszła, ale wraz z Wolnością przyszła sprawa kobiet numer 2. Zaczęła się od odesłania kobiet do domu i publicznego głoszenia tezy, że miejscem kobiety jest rodzina. Pierwszy raz przeczytałam taką wypowiedź tuż po czerwcu 1989 roku. Właśnie tworzyliśmy zręby wolnej Polski. Powiedziała to w wywiadzie wnuczka Józefa Piłsudskiego, żona opozycjonisty i ważnego polityka nowej Polski, pierwszego cywilnego ministra obrony narodowej – Janusza Onyszkiewicza.
W roku 1993, za czasów, gdy Hanna Suchocka była premierką, wprowadzono niemal całkowity zakaz aborcji, obowiązujący do dziś i nazywany, nie wiadomo czemu – kompromisem aborcyjnym.

Poszliśmy do przodu, żebyśmy musiały się cofnąć, żeby się okazało, że tkwią w nas nauki nie tyle i nie tylko matek i babek, ale pewnie i praprababek. Gdzie one się podziewały, gdy byłam uczennicą i studentką? Skąd wychynęły?
Mężczyzna pracuje, kobieta przebywa w domu z dziećmi.
Kobieta nie odmawia seksu mężowi, nawet jeśli jest chora lub zmęczona.
Przetrwaj, przeczekaj.
Mąż może bić, poniżać i gwałcić. Wykorzystywać seksualnie dzieci.
Trzeba nieść swój krzyż.

Ale nie sięgajmy nawet do rejonów, które za moich młodych lat albo w ogóle nie istniały, albo uważałyśmy je za jakieś przeraźliwe patologie.
Bo nasze zniewolenie jest również znacznie subtelniejsze.
Mamy być powabne, ale przecież również chcemy być powabne. Zobaczcie, co robimy, jeśli do pokoju wchodzi mężczyzna. Porozwalałyśmy się z koleżankami na kanapach i fotelach, siedzimy wygodnie, naokoło nas bałagan, szklanki, gazety, ciastka. Gdy wchodzi mąż gospodyni, nagle wszystkie siadamy prosto, szybciutko uprzątamy bałagan, układamy nogi, by łydka zgrabnie się prezentowała, wciągamy brzuch…

Ale jest i na odwrót, mężczyzn w pokoju jest kilku, my dwie, a może nawet tylko jedna… Toczy się dyskusja na temat edukacji. Jedna z nas jest pedagożką i matką, miałaby coś do powiedzenia, ale póki co rezonują mężczyźni, nie ma jak dojść do głosu, wiedzą lepiej. No wreszcie, udało się, próbujemy coś powiedzieć, ale zanim to zrobimy, już się nas popędza. Właściwie może lepiej zamilknąć. Czy to znowu takie ważne, to co mamy do powiedzenia? OK, jednak udało się wygłosić jakieś zdanie, ale już ten Iksiński mi przerywa i… powtarza to, co ja właśnie powiedziałam jako swoją tezę. Tylko, że ja stosowałam wszystkie znane od tysiącleci sposoby mówienia niewolników, mówienia tak, by nie zirytować pana i jego przedstawicieli. Bo, gdy mówimy, irytujemy ich lub rozśmieszamy. Wiem, wszystkie wiemy, jak możemy próbować tego uniknąć. Mówiłam przepraszająco, ciszej, łagodniej, używałam słów chyba, może, wydaje mi się, a on po prostu zasuwa propagandową mowę z mównicy. Ale o co chodzi, przecież i tak było nienajgorzej, bo przecież mogłam usłyszeć, że nudzę i się wymądrzam, za dużo gadam, nie umiem się skracać, gdyby to było publiczne wystąpienie, można by mi było na przykład nie dać mikrofonu do ręki, tylko podetkać go pod nos lub głośnym szeptem pouczać, co mi wolno, a czego nie. To naprawdę nic trudnego publicznie mnie poniżyć i obrazić. Tak, żeby wszyscy słyszeli. A jeśli grzeczność będzie jednak wymagała przeprosin, zostanę przeproszona po cichu i prywatnie. Przez telefon albo smsem.
Ale nie mam czasu, żeby go przeczytać. Panowie stworzenia poszli na taras na papierosa. To ja tu tymczasem szybciutko trochę posprzątam… Bo przecież lubię, żeby naokoło było ładnie i powabnie.

Zasadniczo stale to robimy, automatycznie polepszamy nasz wygląd i wygląd naszego otoczenia, a pomniejszamy naszą inteligencję. Taki mechanizm obronny. Dzień w dzień próbujemy rozwiązać dylemat: mówić inteligentnie, czy ładnie wyglądać, czyli jak się nie narażać? I, moje młode, młodsze i najmłodsze, koleżanki. Nawet jeśli świadomie potraficie się temu przeciwstawić, w środku w Was tkwi wciąż ta istota, która pod atrakcyjnym wyglądem ukrywa fakt, że jest mądra. Nawet jeśli prowokujecie i mówicie jak zwyciężczynie. Przyjrzyjcie się sobie uważnie.

***

Nie mam racji? To proszę, posłuchajcie wystąpienia pastorki Pauli Stone Williams, która przeszła zmianę płci, a zatem dobrze wie jak to jest być mężczyzną, a jak kobietą. Jej całe wystąpienie jest właśnie o tym, nie o przemocy, gwałtach i niesprawiedliwości, nie, jej wystąpienie dotyczy tych subtelnych różnic:

Wystąpienie jest świetne, ale najlepsze jest zdanie: WHY DO I HAVE TO APOLOGISE FOR BEING RIGHT?

thatorfor

Przepraszam…

Joanna

Krystyna Koziewicz, Ewa Maria Slaska
Joanna Trümner, Najlepsza z Najlepszych
Na blogu Polonia Krystyna Koziewicz napisała:
Polonijny Koncert Noworoczny, zorganizowany 19 stycznia 2020 roku, był okazją do przyznania nagrody „Najlepsi z Najlepszych” dla zasłużonych działaczy na rzecz środowiska polonijnego. Statuetkę otrzymali: Barbara Rejak z PTS “Oświata”, Joanna Trümner z Biura Polonii, i Jacek Tyblewski z radia COSMO – Chcemy docenić tych, którzy dla całej polskiej grupy narodowościowej w Berlinie oddali wiele zasług, pracy, godzin, wiele wysiłku – mówił przy okazji nadania wyróżnień Ferdynand Domaradzki, przewodniczący Polskiej Rady Związku Krajowego w Berlinie.

Statuetkę nagrody wręczał Wojciech Ziemniak, senator X kadencji z ramienia Koalicji Obywatelskiej, w imieniu chorej już mamy odbierała córka Kornelia.

Ewa Maria Slaska

Historia pewnej przyjaźni – laudacja Ewy Marii Slaska dla Joanny Trümner

Tekst został napisany w styczniu 2020 roku. 9 października 2020 roku Joanna umarła. Tekst o przyjaźni, stał się wspomnieniem pośmiertnym. Gdzie niegdzie zmieniłam w nim czasy (te gramatyczne), gdzie niegdzie coś dopisałam, co zaznaczam na zielono.

To było bardzo niezwykłe w moim życiu, bo normalnie się to nie zdarza, ale zwróciłam na nią uwagę podczas różnych spotkań polonijnych. Na przykład w Ambasadzie. Wtedy jeszcze „człowiek bywał w Ambasadzie”. Na tych spotkaniach zawsze był tłum i ledwie starczało czasu, żeby pogadać ze znajomymi, czy poznać jakieś VIPa. Niemal nie zdarzało się, by człowiek nawiązał kontakt z kimś nieznanym, nigdy nie wysuwającym się na pierwszy plan.
A Joanna nigdy nie wysuwała się na pierwszy plan.
Ale zawsze migała mi gdzieś jej miła, spokojna, dyskretnie uśmiechnięta twarz. Ba, miałam wrażenie, że uśmiecha się do mnie. Odwzajemniałam ten uśmiech i na tym kończył się ten przelotny kontakt. Pamiętam, że zawsze wtedy myślałam, o, jaka miła kobieta. Kiedyś się dowiedziałam, jak się nazywa, zaczęłam kojarzyć twarz z osobą. Potem się wreszcie poznałyśmy osobiście – podczas takiego roku, gdy bliżej współpracowałam z Polską Radą i z Ferdynandem Domaradzkim. Ale i tak był to taki przelotny kontakt. Cześć Joanna, cześć Ewa, co słychać, wszystko dobrze?

Gdy piszę te słowa, muszę podjąć wysiłek, żeby uświadomić sobie, jak to się stało, kiedy ta przelotna znajomość przerodziła się w przyjaźń i współpracę, i to tak ważne i tak ze sobą splątane, że nawet nie ma jak tych wątków porozdzielać?

Dopiero po latach, ściślej rzecz biorąc, gdy trzy lata temu tu w tym samym miejscu, gdy to ja dostawałam tę nagrodę  – Najlepszy z najlepszych – i Joanna wygłaszała laudację dla mnie, dowiedziałam się, że się jednak znałyśmy od dawna. Od  prawie trzydziestu lat. I ona mnie zapamiętała, a ja jej nie. I bardzo mi wstyd.

Dlatego ona uśmiechała się do mnie jak do osoby, którą zna, a ja do niej jak do miłej nieznajomej.
No więc jak to się stało, że zbliżyłyśmy się do siebie? Niektóre kroki umiem odtworzyć, ale nie wszystkie.

W roku 2011 powstało biuro Polonii i Polska Rada skierowała Joannę do pracy w Biurze na stanowisku sekretarki. Oprócz szefa, Aleksandra Zająca, Joanna była jedyną osobą, która pracowała w Biurze „naprawdę“ czyli na etacie. Ba, tylko ona jedna, jest w tym Biurze na stałe. Bo szef jak to szef – reprezentuje. A to często oznacza, że jest gdzie indziej, czasem daleko, czasem blisko, ale gdzie indziej. My dwie, Krysia Koziewicz i ja, jesteśmy wolontariuszkami, Agata Lewandowski, redaktorka naczelna Magazynu Polonia, dostaje honorarium za dzieło, czyli kolejne numery magazynu. Rzadko ją widujemy, bo ta to dopiero „lata”. Tak naprawdę to Joanna stworzyła Biuro Polonii. To ona zebrała adresy i stworzyła listy mailingowe. To ona rozsyłała informacje o zdarzeniach i wydarzeniach. To ona sprawdzała pocztę i prowadziła terminarz, odbierała telefony i rozwiązywała sprawy, pisała sprawozdania.

A w międzyczasie tłumaczyła teksty. Teksty wszystkie. Co oznacza zarówno mowy i przemowy, sprawozdania i listy, jak i teksty na strony internetowe czy portale, a wreszcie artykuły do Magazynu Polonia.
Zimą 2019 roku Joanna zaczęła również tłumaczyć moją książkę Lublinerowie. Jesienią 2020 roku, skończyła tłumaczenie i powiedziała mi, że musi je teraz wielokrotnie przeczytać i wygładzić. Oczywiście, powiedziałam, przecież wiem, jak pracuje tłumacz.
Joanna oczywiście świetnie znała oba języki, to w ogóle nie podlega dyskusji, ale znajomość języka jeszcze nie czyni z człowieka tłumaczki czy tłumacza. Gdyby tak było, w Niemczech mieszkałyby dwa miliony tłumaczy, w samym Berlinie ponad sto tysięcy.
Joanna była świetną tłumaczką, bo miała charakter tłumaczki. Była taka, jak powinna być każda tłumaczka i oczywiście również – każdy tłumacz. Charakteryzowało ją to samo, co wyróżniało ją też w życiu – nie pchała się przed autora, nie ustawiała w pierwszym rzędzie, podążała za autorem tekstu, słuchała go, szanowała jego styl i to, co ma do powiedzenia, ale… i to „ale“ jest tu bardzo ważne. Ale jeśli widziała błąd, to, w zależności od sytuacji, poprawiała go, bądź mówiła autorowi, że dobrze by to było poprawić.

I naprawdę bywało tak, że teksty w języku polskim bywały… no, nie zawsze perfekcyjne. Autorzy nie kontrolowali przypadków czy czasów, gubili koncept, liczbę, sens wypowiedzi i puentę, ale po niemiecku każde zdanie Joanny było perfekcyjne od początku do końca, od dużej litery na początku do kropki na końcu zdania.

To zwracanie uwagi na czystość języka oczywiście zbliżało nas do siebie, ale wciąż jeszcze byłyśmy od siebie daleko.

I wtedy zdarzyło się coś nadzwyczajnie wręcz dziwnego. W roku 2014 Polonia w Australii ogłosiła ogólnoświatowy konkurs na opowiadanie dla autorów polonijnych. Ponieważ miewam czasem kontakty z Lechem Milewskim, a czasem z Kasią z Krainy Kangurów, zostałam zaproszona osobiście do udziału w konkursie. Odmówiłam, bo w życiu każdego pisarza (i pisarki) jest taki moment, w którym już wie, że jest pisarzem (pisarką), już mu się to potwierdziło wielokrotnie, nie musi więc zatem, a nawet – nie powinien już brać udziału w konkursach, bo konkursy to szanse dla pisarek i pisarzy nieznanych szerszej publiczności. Ale oczywiście wspierałam konkurs, opublikowałam jego zapowiedź u mnie na blogu i umówiłam się z organizatorkami, że opublikuję też listę nagrodzonych.
Pewnego dnia otrzymałam więc ową listę i przestudiowałam ją dokładnie, żeby stwierdzić, że z kilkuset opowiadań nadesłanych na konkurs ze wszystkich stron świata, jedno z wyróżnionych opowiadań napisała Joanna Trümner!

Patrzyłam na tę listę właściwie nie wierząc temu, co widzę, a z drugiej strony w głębokim przekonaniu, że tak, to na pewno jest ONA.
Poszłam do Biura Polonii i zapytałam.

Tak, oczywiście, opowiadanie Dzień pod Stocznią napisała Joanna. W ciągu jednej sekundy powstały następne powiązania między nami. Ja też kiedyś pisałam na konkursy i dostawałam nagrody. Tak się zaczyna bycie pisarką. Byłyśmy koleżankami po piórze i klawiaturze.
Ale to nie wszystko, bo jest jeszcze ten temat, ten tytuł, to jednoznaczne skojarzenie – dzień pod stocznią Gdańską imienia Lenina podczas strajku w sierpniu 1980 roku. Nigdy o tym nie rozmawiałyśmy (przypominam, że wciąż jeszcze nie wiedziałam, że się z Joanną znamy i to przez wspólnych przyjaciół z Gdańska, malarza Jacka Mydlarskiego i jego żonę Anię), a tymczasem byłyśmy nie tylko z tego samego miasta – Trójmiasta – ale też z tego samego kręgu. Jestem starsza od Joanny, byłam podczas tych dni pod stocznią trochę gdzie indziej, można by powiedzieć wyżej, głębiej, intensywniej, mój mąż był delegatem na strajk, moi przyjaciele siedzieli w Komitecie Strajkowym przy głównym stole w słynnej Sali BHP, ja pisałam do ukazującego się codziennie na Stoczni Biuletynu Solidarności, ale przecież po południu obie stałyśmy pod Stocznią z siatkami z jedzeniem dla strajkujących. Ona z ciastem upieczonym przez Mamę, ja z kiełbasą wystaną w wielogodzinnej kolejce. Ona młoda studentka, ja młoda mężatka z dzieckiem, już kilkuletnim, ale w wielkim tłumie wciąż jeszcze dla bezpieczeństwa trzymanym na ręku.

Pamiętacie Państwo zakończenie filmu „Casablanca”?
Humphrey Bogart czyli Rick mówi do Louisa: Myślę, że to jest początek pięknej przyjaźni.

I tak było.

10 czerwca 2014 roku opublikowałam konkursowe opowiadanie Joanny u mnie na blogu i tak to się zaczęło. Joanna zaczęła pisać „dla mnie”, a ja publikowałam wszystko, co napisała. Oczywiście robiłam to również dlatego że jestem „urodzoną redaktorką” i lubię wyszukiwać, wspierać, popularyzować nowych autorów, ale przede wszystkim robiłam to dlatego że Joanna jest niewątpliwym talentem. Od tego dnia w czerwcu pięć i pół roku temu Joanna opublikowała u mnie na blogu 80 tekstów w tym kilka długich cykli. Opowiada w nich o podróżach, do Peru, do Australii, o Murze Berlińskim, ale prawdziwą jej siłą są teksty o ludziach, o ich zwykłym ludzkim życiu, miłości, śmierci, rozstaniu. Gdy co dwa tygodnie publikowała na blogu kolejny rozdział o Stuarcie, angielskim muzyku i matematyku, który wylądował w Australii, żartowałam, że Joanna wymyśliła dla mojego bloga nową formułę literacką – historię, która nigdy nie będzie miała końca, jak radiowi Matysiakowie w Polsce czy Lindenstrasse w berlińskiej telewizji. Niestety, pomyliłam się, Joanna nagle poczuła, że ma dość tego pechowego nieudacznika i Stuart skończył się po 51 odcinkach. Ale ja, wierna redaktorka, czekałam, aż wróci…

I jeszcze jedno. Przez 18 lat prowadziłam gazetę, która tak naprawdę była serią książek. Gdy tylko zakończyłam tę działalność, zaczęłam prowadzić bloga, ale nie dla siebie, tylko bloga – gazetę, z którym na przestrzeni lat współpracowało kilkaset osób. Niektóre przemknęły ja efemerydy, inne zostały na zawsze. Kilka z nich zaczęło pisać, bo ja, redaktorka bloga, je do tego przekonałam, co niekiedy oznaczało, że zmusiłam. Kilka z nich wydało w międzyczasie książki. Nazywam je „książkami z bloga”.
Joanna będzie następną autorką książki z mojego bloga. Już to zaplanowałam, już czekam i już się cieszę.

Już w dniu jej śmierci rozmawiałam z przyjaciółką o tym, że chcemy wydać książkę ich obu o Murze Berlińskim.

I na zakończenie kilka informacji:

Joanna była zamężna, ma troje dzieci i jedną wnusię. Urodziła się w roku 1958 w Gdańsku, studiowała germanistykę w Poznaniu, po studiach wyjechała na krótko do Anglii i tam ją zastał stan wojenny. Jak sama mówi, Margaret Thatcher miała wtedy usta pełne frazesów na temat bohaterskich Polaków, ale Polakom, którzy mieszkali w Anglii, mimo stanu wojennego nie przedłużano wiz. Już w styczniu 1982 roku wyjechała do Berlina Zachodniego, gdzie niemal natychmiast zaczęła pracować w Poglądzie. Do sierpnia 1982 roku przygotowywała tu prasówkę – w końcu znała perfekcyjnie angielski i niemiecki.

Joanna od początku czynnie współuczestniczyła we wszystkich najważniejszych działaniach podejmowanych przez tzw. Polonię Solidarnościową.

W roku 1983 była jedną ze współzałożycieli i współzałożycielek Polskiej Rady Społecznej, ale wciąż była członkinią Rady.
Podobnie było z Polskim Towarzystwem Szkolnym Oświata, gdzie od momentu założenia w 1988 roku przez 10 lat działała w zarządzie. Ustąpiła, ale i w tej instytucji wciąż była członkinią.
Od 1995 roku była też członkinią zarządu Klubu Inteligencji Katolickiej. I w tej instytucji formalnie wciąż jeszcze była, choć bardzo ubolewała, że od śmierci niezapomnianej Heleny Bohle-Szackiej w Klubie nic się niemal nie działo.
Kolejnym etapem była działalność w Polskiej Radzie Związku Krajowym w Berlinie. I tu była od początku i udziela się aż do tego momentu rok temu, gdy nagle zachorowała.

I wreszcie od 2011 roku pracowała w Biurze Polonii.

We wszystkich tych instytucjach mogłam i powinnam ją byłam spotkać, bo też się w nich udzielałam lub, przynajmniej, bywałam. Spotkałyśmy się jednak tak naprawdę dopiero w Biurze Polonii. No cóż, jak głosi mądrość ludowa – lepiej późno niż wcale.
A ja dodam jeszcze mądrość „slaską“ – lepiej późno, ale szczerze, intensywnie i z wielką radością.

Bo tak właśnie jest – zawsze z wielką radością spotykałam się z Joanną. I bardzo się cieszyłam z tej nagrody, którą jej 19 stycznia wręczono.

Gratuluję, Joanno!

***

Joasiu, bardzo mi Cię będzie brakowało!

Dwa zdjęcia

Ewa Maria Slaska

 mojej siostrze, która kiedyś wydała tomik wierszy, zatytułowany Z nieznajomą w podróży

Na obu zdjęciach jestem ja, oba zostały zrobione 30 września 2020 roku w trakcie kręcenia filmu, a ich autorem jest kamerzysta Krzysztof Honowski. Drugie z tych zdjęć Krzysztof umieścił na swojej osi kilka dni później i dodał do niego taki opis:

Delighted to have finished principal photography on #theriseandfallofzygmuntblask me and @jemek_jemowit experimental documentary about polish glam rock and it’s impossibility. Thank you Jemek and the incredible interview subjects #ewamariaslaska @leondziemaszkiewicz and #rolandowsnitzki

(…)

Picture description: Ewa sits at a table in Rauschgold on Mehringdamm in Berlin. Behind her hangs a silver lametta curtain lit by disco lights. Ewa is wearing a light dress and a leather jacket, with her arm propped up on the back of the chair. Her face is tranquil…

Coś już można z tego opisu wydedukować na temat samego filmu, ja sama wiem odrobinę więcej, ale nie będę o tym pisać, bo to nie mój projekt tylko Jemka Jemowita i nie zamierzam niczego psuć. Zresztą, jak to wynika z tytułu wpisu, zajmuje mnie nie tyle film, i nie tyle moja w nim rola i praca (choć była fascynująca i chyba teraz dopiero żałuję, że nigdy nie wpadło mi na myśl, że chciałabym zostać aktorką), co właśnie te dwa zdjęcia.

Pierwsze umieściłam na Facebooku jeszcze tego samego dnia, zaraz po nagrywaniu sceny na scenie w Ufa Fabrik. Zebrało ponad 220 lajków i 75 komentarzy, trzy razy zostało zszerowane, i tam, tak mi powiedziano, też zebrało masę reakcji. Oczywiście słowo “masa” jest względne. Gdybym była szafiarką albo haulerką, gdybym zajmowała się włosingiem, albo była Koreanką, która odkrywa Polskę, słowo “masa” oznaczałoby na przykład 500 tysięcy reakcji, ale ja mam 71 lat, na co dzień piszę nieciekawe rzeczy o nieciekawych sprawach, zamieszczam zdjęcia nieciekawych osób (w tym, rzadko, własne) i z reguły zbieram 10, może 20, może 50 reakcji. Deszcz lajków i emojek, które zebrało to “czerwone” zdjęcie przeszedł normalne oczekiwania normalnej starszej pani.

Zostałam bardzo starannie przygotowana do roli, którą odgrywam na tym “czerwonym” zdjęciu. Jemek zabrał mnie do szalonego designera, Juana, który ma boutique Exit z odjechaną modą na Wiener Straße na Kreuzbergu. Zmierzyłam kilkanaście strojów, większość z głową meduzy Caravaggia. Były białe, fioletowe, zielone, ale tak naprawdę chyba z góry było wiadomo, że mam się ubrać na czerwono. Może dlatego, że w wynajętej sali teatralnej była czerwona kurtyna.

W dniu kręcenia przyszła z wielką walizą, torbą i siatką wizażystka/fryzjerka, Magda. Jej manatki były pełne kosmetyków. Magda malowała mnie i czesała przez prawie dwie godziny. Efekt był niezwykły, a zdjęcie oddaje to w niewielkim stopniu.

Tylko, że to nie byłam ja. Te lajki zbierał manekin z lekka tylko podobny do mnie

Po południu kręciliśmy zupełnie inną scenę. Miałam się ubrać w swoje własne stroje i sama zadecydować, jakie (choć wysłałam przedtem Jemkowi zdjęcie wybranej przeze mnie stylizacji, a on ją zaakceptował, ale to by było na tyle). Miałam się też sama uczesać i umalować tak, jak się normalnie czeszę i maluję. Przyszłam już ubrana, umalowana, uczesana. Miałam na sobie długą seledynową koronkową sukienkę z lumpeksu, tenisówki i czarną kurtkę skórzaną, którą kilka lat temu za 80 złotych kupiłam w sklepiku z używanymi strojami rockowymi we Wrzeszczu. Tylko tenisówki były kupione normalnie w sklepie, ale i one miały już swoje lata, a tego lata musiały nawet wysiąść z jachtu prosto do wody. Na Kreuzbergu taki outfit nie jest niczym specjalnym. Nie takie stroje tu widzieliśmy.

Usiadłam na krzesełku na scenie, Krzysztof sprawdził, czy urządzenia są sprawne i zaczęliśmy nagranie. Po godzinie, kiedy niemal bez przerwy opowiadałam, czy raczej improwizowałam opowiadanie, skończyliśmy kręcenie. Usiedliśmy przy stoliku. Mieliśmy za sobą dzień ciężkiej, ekscytującej pracy. Jemek i Krzysztof pili chyba piwo, ja gorącą wodę… Nie obejrzeliśmy nagrania, nie miałam zdjęcia z setu, właściwie nie wiedziałam, jak wyglądam. Dopiero po kilku dniach Krzysztof umieścił na FB zdjęcie z tego nagrania. Dostało 67 lajków, normalne – tyle dostaję, jeśli ktoś wstawi na fejsbuka jakieś w miarę dobre moje zdjęcie.

Tymczasem to zdjęcie nie jest “w miarę dobre”, to zdjęcie jest nadzwyczajne, niezwykłe, niesamowite. Jakby było ikoną starości, takiej, jaką może być starość w roku 2020. Być może każda stara kobieta chciałaby tak wyglądać. To “czerwone” zdjęcie nie jest ikoną, jest wydumane, wymalowane, przesadzone, ale to, zrobione w pubie dla queerów, zdjęcie, na którym miałam wyglądać jak ja, ikoną jest. Wyglądam na tym zdjęciu jak ja, a przecież nie wyglądam. Podobnie jak na “czerwonym” zdjęciu, tak i na tym – z trudem siebie poznaję, wiem, że to ja, ale to jakaś inna istota. Tamta inna, ta pierwsza to czerwona lalka, a ta – to zjawisko. Jestem nierealna, jakbym nie miała wieku, zmarszczek, krzywo niepatrzącego oka. Krzysztof odcedził wszystko, co jest zbędnym ciężarem codzienności. Wydestylował jakąś starszą spokojną pogodną kobietę, kobietę, która uśmiecha się, bo jej życie było szczęśliwe, a ona jest spełniona i zadowolona. I która pięknie wygląda. Nigdy w życiu nie użyłam tego słowa w stosunku do siebie, czasem wydawało mi się, że nienajgorzej się prezentuję, ale nigdy nie czułam się piękna. A nieznajoma na tym zdjęciu jest piękna.

Co za doświadczenie!

PS. odpowiem na pytanie, które wszyscy będziecie chcieli zadać: nie wiem, kiedy film będzie gotowy, ani gdzie go będzie można zobaczyć? Jak się dowiem, to (może) dam Wam znać. Może, bo jeśli będę wyglądała marnie, to schowam głowę pod poduszką i przeczekam, modląc się, by nikt z Was nigdy tego nie obejrzał.

Dożynki, sukkot i 3 października

Ewa Maria Slaska

A poza tym nic na działkach się nie dzieje,
śpiewała Barbara Kraftówna.
Co niedziela działkowiczów barwny tłum,
Pośród kwiatów głośno dziecię się zaśmieje,
Bo wesoło, bo beztrosko jemu tu.
Nam też było beztrosko. Przyszliśmy na ekumeniczne święto dziękczynienia “na działkach”. Był przepiękny jesienny dzień. Wszędzie kwitły przepiękne kwiaty, dalie wielkie jak talerze, aksamitki, kosmee, cynie, róże, późne jesienne malwy i rodowa roślina rodu Slaskich czyli ślaz.
Nad jednym z sąsiednich ogródków powiewała flaga niemiecka – był 3 października i, niejako przy okazji, obchodziliśmy 30 rocznicę zjednoczenia Niemiec.

W rogu ogrodu ustawiono ołtarz dziękczynienia, pełen kwiatów, jarzyn i owoców. Każdy, kto przychodził, coś tam dostawiał. A to słoik miodu, a to konfitury, a to wspaniały ogromny chleb. Z boku na grillu ktoś smażył kiełbaski, a w budynku administracji, działkowiczki sprzedawały pyszne domowe ciasta.
Na trawie bawiły się dzieci, a pilnowali ich ojcowie. Matki siedziały przy stołach, piły kawę i rozmawiały. Dość często się to obserwuje w młodych rodzinach niemieckich. Rodzice umawiają się, kto kiedy ma dyżur przy dziecku i ojcowie bardzo poważnie traktują swoje obowiązki. Matka, nawet jeśli akurat nie wyszła na piwo albo na wykłady na uniwersytecie, nie wtrąca się w to, jak tata zajmuje się dziećmi.

 

Pastor, który odprawia nabożeństwo, nazwane jednak Andacht, czyli złączenie się w modlitwie, a nie Gottesdienst, czyli nabożeństwo sensu stricte, swoje krótkie wystąpienie poświęca życiu, bo życie to wdzięczność, życie to tragedia, życie to ciągłe zaskoczenie. W ostatnich dniach autorzy blogowych wpisów, Ela Kargol i Mietek Węglewicz, napisali, że życie to wolność, co mi bardzo odpowiada, ale nie sposób nie zgodzić się z miłym pastorem, że jest to (również) coś wspaniałego, za co musimy być wdzięczni, że życie wciąż nas zaskakuje i że, oczywiście, życie to też dramat. Dramat śmierci, niesprawiedliwości, kataklizmów, wojny, epidemii, ale też samotności, braku zrozumienia i porozumienia. Zapewne, przyznaję, dużo tu “dopisałam” do myśli pastora, ale to dlatego że jego wystąpienie “dało mi”, jak to mówiliśmy w szkole, “do myślenia”. Mottem kazania był cytat z książki Alberta Schweitzera, który, jako ewangelik, nie może zostać uznany za świętego, ale, powiedział pastor, gdyby ewangelicy uznawali świętych, to Schweitzer na pewno by nim został. „Jestem życiem, które pragnie żyć, pośród życia, które pragnie żyć”. To najsłynniejsze zdanie Schweitzera oznacza, że cześć dla życia wymaga szacunku dla ludzi, zwierząt i roślin. A może i dla Ziemi, myślę, przypominając sobie niedawne rozmowy z moimi bardzo młodymi przyjaciółmi o teorii Jamesa Lovelocka. Ziemia, czyli Gaja, też jest żywym organizmem.

I też nie możemy jej krzywdzić.

Dyskretnie sprawdzam w komórce, co każdy z nas powinien wiedzieć Schweitzerze. Urodził się w roku 1875 w Niemczech, zmarł w Gabonie w roku 1965. Był filozofem, teologiem, lekarzem, organistą, jednym z najlepszych znawców Bacha na świecie. Pacyfista, działacz społeczny, prekursor ekologii, laureat nagrody Nobla, jeden z najważniejszych myślicieli XX wieku.

Po chwili namysłu oceniam, że Lovelock, choć pastor o nim nie wspomniał, też jednak zasługuje na wspomnienie tu. Z głowy pamiętam, że ma 101 lat, wciąż jeszcze żyje, jest Anglikiem, stworzył teorię żywej Ziemi, jego wynalazki znajdują zastosowanie w rakietach kosmicznych, a obecnie zajmuje się sztuczną inteligencją.

Niezwykli faceci. Jak się o nich myśli, to może fakt, że w historii liczą się tylko biali starzy faceci, przestaje aż tak uwierać. Polski zespół Łąki Łan nagrał piosenkę o Lovelocku,

a tu Albert Schweitzer gra Jana Sebastiana Bacha.

I na zakończenie – 2 października 2020 roku się zaczęło, 7 się skończy – radosne żydowskie święto zbiorów, Sukkot.

ARU

AutonomeRepublikUtopia

Ewa Maria Slaska

Kurz bevor die Deutsche Demokratische Republik Geschichte sein würde, wurde am 2. Oktober um 23.53 Uhr am Kollwitzplatz die Autonome Republik Utopia ins Leben gerufen. „Das war für uns ein symbolischer Akt“, sagt eine der Initiatoren, Julia Dimitroff heute. „Wir traten aus der DDR aus, aber wir traten nicht der Bundesrepublik bei. (…) Wir haben das Klettergerüst erklommen, ein weißes Bettlaken mit einem Loch in der Mitte gehisst und die Unabhängigkeitserklärung verlesen“.

Für eine Nacht gab es weder Zeit noch Raum. Utopia halt.

In der Erklärung der ARU (Autonome Republik UTOPIA) hieß es: „Wir sind unabhängig von Staaten und Staatsbürgerschaften, unabhängig von der Politik der Parlamente und Parteien. Die Unabhängigkeit aber fängt im Inneren jedes Kindes, jeder Frau und jedes Mannes an. So wie die Freiheit und so wie der Widerstand. In jedem Herzen steckt eine revolutionäre Zelle.“

So begann der Tag, den viele willkomen hießen, viele aber zutiefst ablehnten. Nicht umsonst hiess damals der Tag der Deutschen Einheit auch der Tag der deutschen Gemeinheit oder der deutschen Depression. Es gab einen Riesenfeier vor dem Brandenburger Tor, aber viele von uns wollten nicht hin. „Alle Hoffnung auf Veränderung wurde an diesem Tag eingefroren, die Aufbruchstimmung, die das Land im Herbst 1989 erfasst hatte, war schon lange hin.” sagte Uwe Rada, dem taz-Publizist, einer der damaligen Oppositionellen aus der DDR.
Die Zeit der Utopie ist sehr kurz gewesen. Symbolisch dauerte sie nur eine Nacht. Wie lange dauerte sie praktisch? Na ja, nicht viel länger als der Sancho Pansa auf seiner Insel Barataria regierte. Bei ihm dauerte es zehn Tage. Und bei uns? Für viele war es, obwohl doch nicht symbolisch, auch nur eine Nacht, allerdings nicht die der Vereinigung, sondern für die aus der DDR wahrscheinlich nur diese eine Nacht als sie am 9. November ungehindert an Kontrollpunkte der DDR in die freie Welt kamen. Für uns, Leute aus Westberlin, war es die Nacht, als der erste Teil Mauer runterfiel (gefallen von den DDR-Grenzsoldaten! – man muß es vollschmecken). Es war ein Freitag mit unglaublich großen Vollmond, es war fürchterlich kalt, aber die Stimmung auf den beiden Seiten der Mauer war unglaublich!

Das Beste, was die deutsche Literatur bis heute über diese Zeit hervorgebracht hat, ist, meine Meinung nach, der langatmiger, langweiliger, grandiöser Roman von Günther Grass – Das weite Feld. Grass äußere sich darin vehement gegen die deutsche Wiedervereinigung und dies hat vielen uns damals sehr gut gefallen. Wir glaubten nicht daran. Wir sehnten uns auf unsere Westberliner-Insel zurück. Der Rausch war vorbei, der Sommer der Anarchie, die Zeit zwischen Noch und Schon – endgültig vorbei.

Ganz im Sinne von Grass gingen wir an dem Tag Pilze sammeln, um sie am Abend gemeinsam zu braten und essen, und Scrabble spielen. Bloss nicht darüber zu denken, was jetzt beginnen wird.

In der Stadt ging aber interessant vor sich, was wir, Parasole essend, nicht wahr nahmen (und nicht wahr nehmen wollten). Am Alexanderplatz sammelten sich 15.000 Leute zur großen Anti-Wiedervereinigungs-Demo. Es flogen Steine, die West-Polizei, die das erste Mal den Ostdeutschen-Boden betrat, knüppelte, die Demo wurde aufgelöst. Es war die erste gesamtdeutsche Straßenschlacht in Berlin. Schaufenster wurden geschlagen, 200 Leute festgenommen. Die taz, schrieb Rada, titelte: „Glassplitter auf deutscher Einheitstorte“.

Die ARU – Autonome Republik UTOPIA – ist zerstört worden, bevor sie überhaupt entstehen konnte.