Barataria Wielkanocna & Ostern in Barataria

W Berlinie na święta wielkanocne 2021 pewien pan namówił sąsiadów, kupili wspólnie 6500 plastikowych jajek, wyjęli ze schowków różne ogrodowe ozdoby, jeże, owieczki, prosiaczki, dziadka i babcię na ławeczce, a także Buddę i udekorowali całą swoją ulicę i nawet sąsiednie narożniki.

Die Kunde über Osterallee fand ich in Facebook:
“Büsche und Bäume hängen voll von Tausenden Ostereiern, auf dem gepflegten Rasen sitzen frühlingshafte Tierfiguren. Ein buntes Treiben, über das sich der ganze Kiez freut. Dieser Berliner macht aus der Reußallee die Oster-Allee!
Dariush Dinarvandi (58) lebt dort seit zehn Jahren mit seiner Frau und der Tochter in einem Mehrfamilienhaus. Die Geschichte des Oster-Spektakels reicht fünf Jahre zurück.
„Eine Nachbarin, die mittlerweile weggezogen ist, hatte damals ein paar Eier auf dem Balkon und in den Bäumen“, sagt Dinarvandi, der als Taxifahrer arbeitet. „Als sie umzog, habe ich damit weitergemacht.“

Verschwindende Frauen (und Männer)

Nachdem ich ein paar Mal über Frauen berichtet habe, die noch vor ein paar Monaten oder ein paar Jahren in unserem Berliner Leben mitgemacht haben und durch den Tod verschwanden, haben wir uns letztens via Zoom getroffen und darüber diskutiert, wie wir, die, die noch leben, gegen diesen unvermeidlichen Gang des Seins und Verschwindens wirken können. Wir hatten ein paar kluge, weiterführende Ideen, die ich hier nach und nach präsentieren werde. Heute erste Kommentare.

Christine Ziegler schrieb mir per Email:

Liebe Ewa,

jetzt weiß ich gar nicht, wo ich anfangen soll.

Was tun, um Menschen vor dem Vergessen werden zu bewahren?

Eigentlich kommen wir in unserer Daseinsform plötzlich „auf die Welt“ in der wir vorher schon „irgendwie“ waren. Und wenn wir wieder gehen und sie davon nicht schlechter geworden ist, ist das schon viel. Das Problem sind ja nicht die Bescheidenen, sondern die geltungsbedürftigen Dickärsche. Wie kann es uns gelingen, denen die Luft rauszulassen? Dann käme automatisch mehr Balance in die Sache.

Ich mag das in den Vordergrund schieben eigentlich nicht und denke dann wiederum, dass „sie“ einen dann schon haben, wo sie einen haben wollen. Damit sie ungestört ihr Zerstörungswerk tun können. Zerstörung von Welt, von Potentialen, die andere entwickeln könnten. Bin also gezwungen, mich zu wehren. Meinen Standpunkt zu wahren, mich nicht wegschieben zu lassen.

Dann wieder: die Welt ist voll von Botschaften, niemand kann sie auch nur annähernd verfolgen. Will ich da noch etwas dazutun? Oder ist es schon eine gute Sache, Raum zu schaffen, damit Entwicklungen jenseits des Mainstreams möglich sind? (Fettschrift überall stammt von mir, ebenso wie das Minzegrünschrift – EMS)

Ein Nukleus könnte sein, diesen Abend fortzusetzen. Und zum Einstieg jedes Mal eine so tolle Präsentation wie Karina sie über Maria (Maryla) Gast-Ciechomska gemacht hat. Einerseits ein Gedenken für uns und dann ein entspanntes Brainstorming. Dann eine behutsame Erweiterung um weitere Zuhörerinnen und Beitragende.

Ich habe wieder bemerkt, wie ich selbst das nicht wahrnehmen kann, was ich unbedingt wahrnehmen möchte. Erst heute Nacht habe ich deinen wunderbaren Artikel über Anette gefunden.

Nun gut, ich tröste mich in meiner Blindheit damit, dass ich mit unserem Start in den Alltag der Bloggerinnen mehr als erfüllt war. Auch andere Anforderungen, Aufgaben, Möglichkeiten habe ich einfach zur Seite geschoben, die Nacht zum Tage gemacht und das trotz aller Erschöpfung auch ganz und gar genossen. Doch es zeigt mir auch, dass meine Aufnahmekapazität nur begrenzt ist. Wie hab ich dich gestern bewundert, dass du noch für Magda und mich gesorgt hast (Anm. der Administratorin – EMS – gemeint ist, dass ich während des Zoomgesprächs für Magda kurze Zusammenfassung des auf Deutsch Gesagten im Polnischen schrieb; für Christine – umgekehrt). Und das, wo du doch eine Agenda hattest, die du verfolgen wolltest.

Wie schaffst du das?

Ich bewundere Anias (Anna Krenz) Kreativität! Und wie sie z.B. die Performance am 8. März gerettet hat, obwohl die Technik sie im Stich gelassen hat.

Dein Blog ist schon eine Gedenkhalle, ein Lesesaal. Es ist die Frage, ob es irgendwo noch einen in der „echten“ Welt geben muss. Ein guter Gedanke war die Vernetzung in den Strukturen, die es von feministischer Seite bereits gibt. Andererseits sind wir weiterhin nur wirklich lebendig in der Begegnung „in real life“, jede Video-Konferenz ist nur ein „besser als nichts“.

Liebe Grüße

***

Monika Wrzosek-Müller schrieb ebenfalls per E-Mail:

Ich wachte heute mit einer Idee, vielleich für Anna Krenz, die sich mit dem Schicksal von Irena Bobowska auseinandersetzt, villeicht aber für uns alle, dass die KZ Ravensbrück über riesiege Archive verfügt betreffend Polinnen, die dort inhaftiert wurden, insbesondere deren, die nach dem Warschauer Aufstand dorthin deportiert wurden. Sicher gibt es da mehrere Persönlichkeiten, Frauen die schrieben, die kämpften und über die sie eine Performance machen könnte. Und ich dachte daran, dass man vielleicht doch diese Kriegs-Vergangenheit mit der unseren verbinden soll, weil je tiefer die Wurzel reichen, desto authentischer ist das, was wir über die Gegenwart zu sagen versuchen.

Tibor Jagielski schrieb (auch per E-Mail), dass eine Büchereihe, so wie ich / wir sie gerade gestartet haben, vielleicht am meisten den Sinn hat. Also ein regelmässiges Zoomtreffen, ein Eintrag mit Unterseiten auf der Wikipedia, eine Veranstaltungsreihe in der Regenbogenfabrik (ggf. mit Performances), eine Zusammenarbeit mit dem Frauenarchiv (Frauenarchiven), digitaler Leseraum, Bürcherreihe, realer Lesesaal. Huh! Viel!

Kilka lekcji na XXI wiek, czyli słowo na Wielkanoc

Ewa Maria Slaska

Przeczytałam ten słynny bestseller, no, może nie jednym tchem, ale na pewno “jednym ciągiem”, a nie, jak to często robimy z takimi książkami – skacząc z tematu na temat i wyszukując co ciekawsze fragmenty. To zresztą książka, którą warto czytać po kolei, bo te lekcje bardzo płynnie i kunsztownie przechodzą jedna w drugą i jeżeli autor pod koniec lekcji 1, Rozczarowanie, mówi o pracy, to następny rozdział będzie poświęcony pracy (czy raczej temu, że nie będziemy tej pracy mieli, a utrzymywać nas będzie państwo, albo bogacze – państwo, bo musi wypełniać swoje wobec nas obowiązki, a bogacze – bo będą się bać, że przegryziemy im gardło ze złości i frustracji).

Patrzę na spis treści i sprawdzam, czy zapamiętałam te 21 lekcji na XXI wiek? A raczej – co z nich zapamiętałam? Kopiuję spis treści, ale odpowiedzi wpisuję, nie zaglądając do książki:

Część I – Wyzwanie techniczne

1. Rozczarowanie, czyli jak straciły sens trzy wielkie opowieści XX wieku: faszyzm, komunizm i opowieść liberalna
2. Praca, czyli nie będzie pracy (patrz wyżej), ale też – nawet jeśli nudzi nas, to co mówi Harari i inni mu podobni, na pewno ożywimy się, gdy ich wykład dojdzie do pytania, czy w przyszłości będziemy mieli pracę? Chociażby dlatego, że natychmiast pojawiają się dwa kolejne pytania: to co będziemy robili z naszym życiem? Oraz: z czego będziemy żyli?
Harari prorokuje jednak, że filozofowie długo jeszcze będą mieli pracę, bo ktoś będzie musiał programować np. samochody SI, tak by umiały na ulicy podejmować decyzje zgodnie z tym, czego by chciał użytkownik. Te decyzje mogą być tak odmienne, że nie jest wykluczone, że już niedługo powstaną dwa rodzaje aut autonomicznych. Harari nazywa je Tesla Altruista i Tesla Egoista. My, ludzie z lewicowo-liberalnej “bańki”, będziemy się oczywiście opowiadali za wyborami Altruisty, ale… Otóż to, ale. Bo jak będziemy kupowali te samochody, to przede wszystkim z uwagi na bezpieczeństwo naszych dzieci, i tak kupimy Teslę Egoistę.
A mnie przychodzi jeszcze do głowy, że będziemy się przecież wstydzili posiadania Tesli Egoisty (może będą miały różne kolory) i spróbujemy np. przekupić salony samochodowe, po to by ten zakup przedstawić jako zakup Altruisty. Jako czytelnicy literatury ScFi myślicie sobie teraz, że atrofia i erozja reżimu SI nie będzie możliwa, ale gdzieś w głębi ducha wiecie, że tak będzie, bo nie ma systemów funkcjonujących idealnie i jeśli zdołaliśmy sobie poradzić z Hitlerem i Stalinem, to poradzimy sobie z Muskiem i Putinem.
Niestety, wcale nie musi tak być. Oczywiście SI na pewno będzie w pierwszych fazach funkcjonowania pełna błędów, złych decyzji i możliwości sabotażu, i pewnie nawet za waszego życia jeszcze nie stanie się nie dającym się poluzować gorsetem. Ale takie czasy nadchodzą… Myślę, że Konrad ma rację, jeśli zaraz nie zabierzecie się za badanie mechanizmów obronnych, to będzie za późno. Może już wy się o tym przekonacie, ale na pewno – wasze dzieci.
Choć może w międzyczasie zaniknie już instynkt rozmnażania się, tak jak to przewidział Michel Houellebecq w Cząstkach elementarnych już w roku 1998, i wtedy nie będziecie zważać na argument “dobro dzieci”. Ba, może nawet nieprzewidywalność tego, jak w sytuacji zagrożenia zareaguje na szosie Tesla Altruista, stanie się jedynym wolnym elementem w życiu, rosyjską ruletką, zapewniającą dreszczyk ryzyka w nudnym świecie SI.

Sztuka przewiduje też inne rozwiązania, pod warunkiem, że potrafimy zachować zdolność samodzielnego myślenia. Obejrzyjcie ten film, choć na pewno myślicie, że to jakaś zamierzchła staroć. Został nakręcony w roku 1981 (a ja pamiętam go do dziś).
3. Wolność, czyli co się z nią stanie w epoce sztucznej inteligencji? Zapewne oddamy ją SI tak samo, jak już w tej chwili oddaliśmy w ręce samochodowych nawigacji pytanie, jak mamy jechać, aby dotrzeć do celu? Gdy rozmawiam o tym z Konradem, mówi, że obrona wolności przed dyktaturami  i nie-dyktaturami wyposażonymi w SI i skłonnymi do korzystania z jej środków zdobywania i umacniania władzy, będzie najprawdopodobniej najważniejszym zadaniem jego pokolenia, jeśli zawiodą – wolność przestanie istnieć.
4. Równość, czyli co się z nią stanie w epoce sztucznej inteligencji? Bo od czasu swego powstania Homo Sapiens nie chce być równy z innymi, chce być lepszy i mieć coraz więcej, a i tak jest wiecznie niezadowolony

Część II – Wyzwanie polityczne

5. Społeczność, czyli co się z nią stanie w epoce sztucznej inteligencji?
6. Cywilizacja, czyli dlaczego jest wygodniej, że mamy obecnie już tylko jedną, a co najwyżej kilka cywilizacji?
7. Nacjonalizm, czyli nikt nie został wybrany (I)
8. Religia, czyli jak opowieści łączą miliony ludzi w celu wykonania tego, czego pojedynczy człowiek nigdy nie osiągnie i jak małe rytuały są siłą napędową wielkich dążeń i osiągnięć
9. Imigracja, czyli najważniejsze wyzwania XXI wieku to globalny postęp techniczny, globalna katastrofa klimatyczna i globalne migracje

Część III – Rozpacz i nadzieja

10. Terroryzm, czyli co się stanie, jak terroryści dostaną do ręki broń atomową?
11. Wojna, czyli nikomu nie opłaca się już toczyć wojen (poza lokalnymi konkfliktami – póki co), bo jedynym dobrem, jakie warto zdobywać są nasze własne dane, a żeby je zdobyć, niepotrzebna jest wojna, bo wystarczy nasza własna głupota, brak czujności, ciekawość bądź chęć zysku
12. Pokora, czyli nikt nie został wybrany (II)
13. Bóg, czyli jak to się stało, że wiara, iż istnieje coś znacznie większego od nas (Bóg Tajemnicy) zmienia się w system nakazów i zakazów (drobiazgowy Bóg Prawodawca)
14. Sekularyzm, czyli najlepsza ludzka opowieść, tylko szkoda, że tak mało pociągająca

Część IV – Prawda

15. Niewiedza, czyli wszyscy jesteśmy durniami
16. Sprawiedliwość, czyli…
17. Postprawda, czyli od zawsze żyjemy w świecie postprawdy, bo wszystkie wielkie opowieści o świecie, ludziach, państwach, religiach i bogach to postprawdy
18. Science Fiction, czyli dlaczego Matriks nie jest prawdziwą opowieścią o przyszłości, a (niestety) W głowie się nie mieści Disneya – tak

Część V – Odporność

19. Edukacja, czyli uczmy dzieci, że mają poznawać siebie i umieć się zmieniać
20. Sens, czyli cierpienie jest najbardziej realną częścią rzeczywistości
21. Medytacja, czyli poznaj sam siebie

Patrzę na tę listę i z zainteresowaniem stwierdzam, że zapamiętałam coś z każdej lekcji Harariego, z każdej oprócz sprawiedliwości. Zaglądam do książki: Nasze poczucie sprawiedliwości może być nieaktualne. No tak, oczywiście, to, co było aktualne podczas wędrówki Żydów z Egiptu do Ziemi Obiecanej albo dla Polaków w okresie rozbiorów, nie sprawdzi się w czasach globalnej katastrofy klimatycznej i powszechnego braku pracy. No ale cieszmy się, bo nadal na rynku pracy będzie praca, np, jak już o tym była mowa, dla filozofów, a przede wszystkim etyków.

Harari pisze o tym, że gdy sztuczne inteligencje będą dominowały na drodze pełnej autonomicznych samochodów, wypadków będzie mniej, niż jest ich wtedy, gdy spotykają się na niej pojazdy kierowane przez ludzi, bo ludzie są nieobliczalni. Ale, dodaje, jeśli samochód autonomiczny będzie musiał wybrać między przejechaniem dziecka, a rozbiciem samochodu pełnego pasażerów, zasadniczo wybierze zabicie dziecka (bo jest jedno), podczas gdy człowiek zawsze odruchowo i nieobliczalnie wybierze zabicie siebie, a ochronienie dziecka. Chyba że zostanie z góry zaprogramowany inaczej. I to właśnie np. tu, w fazie budowania algorytmu samochodów bez kierowcy, filozof będzie musiał podjąć setki drobnych decyzji etycznych. Gdy już powstaną te dwa odmienne samochody – Altruista i  Egoista, chcielibyśmy oczywiście, kupując taki samochód, wybrać Altruistę, doświadczenie jednak podpowiada, że zapewne kupimy Egoistę. “Zwłaszcza, jeśli mamy dzieci”, twierdzi Konrad. “Zwłaszcza, jeśli uda nam się sprawić pozór, że kupiliśmy Altruistę”, chciałabym dodać ja, ale nie czuję, bym miała w tej kwestii cokolwiek do powiedzenia.

PS 1.

Wielka opowieść o człowieku nie może się obyć bez Wielkich Książek. Biblia pojawia się więc 20 razy, Szekspir 7 razy, Don Kichot raz (choć indeks tego nie wykazuje) i Harry Potter też raz, ale indeks go wykazuje, choć pojawiają się obaj w jednym zdaniu na stronie 302:  “Znaczna część Biblii może być fikcją, ale i tak księga ta potrafi nieść radość miliardom ludzi i być dla nich zachętą do współczucia, odwagi i kreatywności – podobnie jak inne dzieła z gatunku fikcji, na przykład Don Kichot, Wojna i pokój i Harry Potter.”

PS 2.

Nowy mural, odsłonięty w Berlinie we wtorek przedwielkanocny, zdaje się dość dobrze ilustrować to, co nas czeka. Ten kto odsłania tajemnice kapitalizmu, jest nowym Jezusem i zostanie ukrzyżowany. Przy okazji dobrze jest może zacytować tu pewne zdanie, wstrząsające w swej oczywistości: Łatwiej jest nam uwierzyć w koniec świata niż w koniec kapitalizmu (Fredric Jameson).

freeAssangeYesterdayCaptainBorderline

Free Assange Yesterday, autor: kolektyw sztuki ulicznej Captain Borderline. Julian Assange, współtwórca WikiLeaks przebywa w więzieniu w Londynie; w USA zaocznie zapadł już na niego wyrok o szpiegostwo i zhakowanie komputerów rządowych. (Foto: Krystyna Koziewicz)

Ewa, Maryla, Joasia, Irena, Viki, Anette

Es starben in der letzten Zeit ein paar Frauen, die zu ihren Lebzeiten eine Rolle in unserem Leben in Berlin gespielt haben. Da sie aber eben gestorben sind, werden sie allmählich aus unserer Gedächtnis verschwinden.

So ist eben der Lauf der Dinge auf dieser Welt. Die Menschen verschwinden, die Sachen verschwinden, die Erinnerungen. Und natürlich auch wir werden alle Mal verschwinden. Alles verschwindet so schnell. Eins zwei drei, im Laufeschritt läuft die Zeit, wir laufen mit, schrieb Heinrich Zille.
Die Frauen, über die ich gerade denke, sind aber für unsere  heutige Begriffe nicht nur zu schnell, sondern auch zu früh abgegangen. Größtenteils nicht Mal im Rentenalter waren sie.

Es ist unumkehrbar. Ich schrieb über sie, wohl wissend, dass über Jemandem zu schreiben, den Lauf der Zeit nicht anhalten wird.

Irena Mitręga, 41 lat
Anette Schill
, 57 Jahre
Ewa Bielska, 58 lat
Maria Gast-Ciechomska (Maryla), 62 Jahre (auch HIER)
Joanna Trümner (Joasia), 62 Jahre
Wiktoria Korb (Viki), 76 Jahre

Natürlich, ich weiß, dass in dieser Zeit als sie starben, auch Männer gegangen sind, auch solche, die in Berlin, und für mich besonders, wichtig waren – Olaf Münzberg, Witold Kamiński, Professor Stanislaw K. Kubicki, auch über sie schrieb ich hier auf dem Blog, heute bleibe ich aber bei den Frauen.

Mich beschäftigt die Frage, wie wir sie erinnern können, was können wir machen, damit sie unter uns bleiben. Sie waren wichtig, sie engagierten sie, sie waren selbstlos und bescheiden. Sie drängten sich nicht ein und sie puschten sich nicht in die ersten Reihen. Sie machten und dies war ihnen der Dank genug. Vielleicht gerade deshalb werden sie schneller vergessen als die, die fresch vorne stehen und in jeder Ecke ihre Größe preisen. Über eine von ihnen – Joanna Trümner nämlich – schrieb Małgorzata Tuszyńska vom Polnischen Rat ein paar Sätze, die man, wie ich glaube, über alle Frauen, die ich hier erwähnte, schreiben kan:

Sie wird uns auf vielerlei Weise fehlen: Ihre wohlwollende Unterstützung, ihre menschliche Wärme, ihre Ratschläge, ihre
ruhige Distanz und ihr uneingeschränktes Engagement in allen Belangen der polnischen Community. Wir behalten sie in Erinnerung als eine außerordentlich taktvolle und diskrete Person, die überall dort das Gute zu entdecken verstand, wo andere die Hoffnung verloren haben; als eine Frau, die das Leben und die Menschen liebte, immer bereit war, allen, die ihren Rat brauchten, Hilfe und Unterstützung zu geben – niemals urteilend, immer unterstützend. Ihr ganzes Leben widmete sie ihrer Familie und anderen Menschen. Sie arbeitete selbstlos, engagiert und bis zum Ende – für Polen, für die Polonia in Berlin und in Deutschland. Sie fand Zeit, ihre Erfahrungen, Reflexionen und Eindrücke niederzuschreiben.

Interessant, dass etwas, was eine von ihnen betraf, über alle andere schreiben könnte!

Wie also sollen wir ihnen gedenken? Seit ein paar Jahren denke ich darüber nach. Hier liste ich ein paar Ideen auf, was wir tuen können.

Zuerst kommt die Frage – eine? Wollen wir eine von ihnen in Erinnerung behalten, oder alle? Eine zu gedenken ist vielleicht einfacher, aber wenn eine, dann welche – und weshalb gerade sie und nicht die andere? Alle? Wunderbar, aber wie? Polinnen? Anette war keine Polin. Vernachlässigte Frauen? Um Gotteswillen! Auf keinen Fall! Nicht die Tatsache erinnern, die wir kaschieren wollen.

Und die nächste Frage, die fünf W-Fragen umfasst: Wie? Was? Wo? Wann? Und die wichtigste Frage: WER? Wer soll sich drum kümmern?

Und die Wie-Frage ist auch nicht einfach, weil was wollen anstreben?

  1. Strasse /Grünalage / Platz / Park/ Brücke – Benennung / Gedenktafeln da, wo sie wohnten?
  2. Buch – Bücherreihe – mit den Texten von ihnen und über ihnen – dies haben wir, Freunde von Johanna Trümner, schon angefangen:

    3. Bibliothek oder ein Saal in der Bibliothek, mit einer Büchersammlung bzw. einer Infotafel, die man (leider) stets ergänzen und erweitern muß?
    4. Bachelorarbeit bzw. eine Reihe – z.B. bei dem Studium / Fakultät der Kulturanthropologie oder Stadtetnografie.

    Schreib uns bitte, was ihr denkt…

 

 

 

Maryla

Ewa Maria Slaska

Gdy odeszła dwa lata temu, opublikowałam TU na blogu wpis, złożony z tego, co na wiadomość o jej śmierci napisali o niej ludzie Z Berlina, Warszawy, Krakowa…

26 marca 2019 roku odeszła na zawsze znana berlińska tłumaczka, Maria Gast-Ciechomska czyli Maryla lub Marlena. Była wnuczką ostatniego sołtysa Mokotowa, germanistką i świetną tłumaczką, działaczką antykomunistyczną, członkinią Solidarności Mazowsze, działaczką ROPCiO (Ruch Obrony Praw Człowieka i Obywatela). W czasie stanu wojennego była internowana w obozie dla kobiet w Gołdapi – była najmłodszą więźniarką stanu wojennego, internowaną w tym obozie. Później wyjechała do Berlina, gdzie nadal działała na rzecz kobiet i relacji polsko-niemieckich, między innymi w Polsko-Niemieckim Towarzystwie Literackim WIR i w Inicjatywie Kobiecej Berlin-Warszawa. Była współzałożycielką Polskiego Stowarzyszenia Feministycznego i inicjatywy Ruch Przeciw Kryminalizacji Aborcji.
Napisała książkę “Od matriarchatu do feminizmu”.
Jeszcze kilka tygodni przed śmiercią, podczas niemieckiej premiery filmu Siłaczki w Regenbogenfabrik i kinie “Lichtblick”, mogliśmy po raz kolejny zachwycić się jej kunsztem translatorskim. To bowiem ona znakomicie przetłumaczyła ścieżkę dźwiękową filmu. Maryla od zawsze angażowała się w sprawy kobiet i wydaje się znamienne, że ostatnia jej praca też była związana z tą tematyką.

Jutro zatem miną dwa lata od śmierci Maryli, czyli Marii Gast-Ciechomskiej. W zeszłym roku Ania Krenz, Iwona Dadej, Christine Ziegler i ja chciałyśmy zorganizować spotkanie o Maryli w pierwszą rocznicę jej śmierci. Spotkanie miało się odbyć w Regenbogenfabrik, ale stanęła nam na przeszkodzie pandemia, a właściwie wprowadzony 15 marca lockdown. W tym roku już z góry jedna zaproponowałyśmy spotkanie zoomowe. Z jakiegoś względu oficjalne spotkanie nie dojdzie jednak do skutku, zorganizuję je więc ja – nieoficjalnie. Odbędzie się w najbliższy poniedziałek o godzinie 19. Do udziału zaproszę i mam nadzieję, że w rozmowie wezmą udział:

Magdalena Ciechomska, (ukochana) szwagierka Maryli, polonistka, feministka
Karina Garsztecka, archiwistka, archiwum Wydziału Badań Wschodnioeuropejskich na Uniwersytecie w Bremie, feministka; osoba przechowująca archiwum Maryli
Gudrun Koch, kulturoznawczyni, organizatorka kultury, Stowarzyszenie Kobiet Europejskich, feministka
Anna Krenz, architektka wolnego zawodu, założycielka Dziewuch Berlin, Botschaft der Polinnen, współzałożycielka Polonijnej Rady Kobiet, aktywistka, feministka
Monika Wrzosek-Müller, autorka, tłumaczka

Christine Ziegler, organizatorka kultury, Regenbogenfabrik, feministka

Mam też nadzieję, że poruszymy następujące tematy:

  1. Wspomnienie o Maryli
  2. Dokonania Maryli
  3. Jak upamiętniać kobiety takie jak Maryla – zaangażowane, emancypowane, kreatywne, ale skromne i (przeto?) nie z pierwszych stron gazet?
  4. Co zrobimy na stałe, aby takie kobiety jak Maryla, zostały na trwałe w świadomości i pamięci?

Als sie vor zwei Jahren starb, veröffentlichte ich HIER einen Blogeintrag, der sich aus dem zusammensetzte, was Menschen aus Berlin, Warschau, Krakau und sonstwo her über sie geschrieben haben, als sie erfuhren, dass sie gestorben ist…

Am 26. März 2019 verstarb die bekannte Berliner Übersetzerin Maria Gast-Ciechomska, Maryla oder Marlena genannt. Sie war die Enkelin des letzten Bürgermeisters von Warschauer Stadtteil Mokotów, eine Germanistin, hervorragende Übersetzerin, antikommunistische Aktivistin, Mitglied von Solidarność Masoviens, Aktivistin der Bewegung zur Verteidigung der Menschen- und Bürgerrechte. Während des Kriegszustands wurde sie im Frauenlager in Gołdap interniert – sie war die jüngste Gefangenen in diesem Lager. Später zog sie nach Berlin, wo sie sich weiterhin für Frauen und polnisch-deutsche Beziehungen einsetzte. Sie war unter anderem in der deutsch-polnischen Literaturverein WIR tätig und in der Berlin-Warschauer Fraueninitiative. Sie war Mitbegründerin der Polnischen Feministischen Vereinigung und der Initiative Bewegung gegen die Kriminalisierung der Abtreibung.
Sie schrieb das Buch Vom Matriarchat zum Feminismus.
Einige Wochen vor ihrem Tod wurde ihre Arbeit in der Regenbogenfabrik und dann im “Lichtblick”-Kino bei der deutschen Premiere des Films von Marta Dzido und Piotr Śliwowski Siłaczki / Frauen der ersten Stunde präsentiert. Sie hat den Soundtrack des Films perfekt übersetzt. Maryla war schon immer in Frauenangelegenheiten involviert, daher ist es kein Wunder, dass ihre letzte großartige Arbeit auch mit diesem Thema zu tun hatte.

Morgen sind also zwei Jahre her, als Maria (Maryla Gast-Ciechomska) gangen ist. Letztes Jahr wollten Anna Krenz, Iwona Dadej, Christine Ziegler und ich ein Treffen zu Marias ersten Todestag in der Regenbogenfabrik organisieren; leider wurden wir durch die Pandemie oder vielmehr die am 15. März eingeführten Lockdown verhindert. In diesem Jahr schlug Iwona Dadej im Voraus ein Zoom-Meeting vor, das jedoch aus irgendeinem Grund wahrscheinlich nicht stattfinden wird. Das Treffen werde also ich ganz privat organisieren. Es wird nächsten Montag um 19 Uhr stattfinden. Ich lade Sie zur Teilnahme ein und hoffe, dass die folgenden Gesprächspartnerinnen daran teilnehmen werden:

Magdalena Ciechomska, Marylas (geliebte) Schwägerin, polnische Philologin, Feministin
Karina Garsztecka, Archivarin, Archiv der Fakultät für Osteuropastudien an der Universität Bremen, Feministin
Gudrun Koch, Kulturwissenschaftlerin, Kulturorganisatorin, Association of European Women, Feministin
Anna Krenz, freischaffende Architektin, Gründerin von Dziewuchy Berlin  und Botschaft der Polinnen, Mitbegründerin des Polnischen Frauenrats im Ausland, Aktivistin, Feministin
Monika Wrzosek-Müller, Autorin, Übersetzerin
Christine Ziegler, Kulturorganisatorin, Regenbogenfabrik, Feministin

Ich hoffe auch, die folgenden Themen zu besprechen:

  1. Erinnerung an Maria
  2. Marias Leistungen und Erfolge
  3. Wie kann man Frauen wie Maria gedenken – Frauen, die engagiert, emanzipiert und kreativ sind, aber bescheiden und (daher?) nicht von den ersten Reihen?
  4. Was werden wir tun, damit Frauen wie Maria dauerhaft in unseren Gedanken und Erinnerungen bleiben?

    I na marginesie ciekawostka – grusza posadzona we wsi Mokotów przez dziadka Maryli, Walentego Ciechomskiego w roku 1870; dziś na ruchliwym skrzyżowaniu ulic Bałuckiego i Racławickiej. / Dieser Birnbaum im Zentrum Warschaus wurde von Marias Großvater 1870 gepflanzt.

 

SI u fryzjera

Ewa Maria Slaska

Poszłam do fryzjera. W czasie pandemii to jednak wielki ewenement. Wyszłam ostrzyżona na Andę Rottenberg.

Strzygła mnie wspaniała polska anarchistka i pankówa, świetna berlińska cheerleaderka, a na dodatek fantastyczna wizażystka, która w maju będzie zdawała egzamin fryzjerski.

W Berlinie zbierało się na pierwszą wiosenną burzę z piorunami. Widok za oknem przypominał jakiś nieznany obraz Magritte’a.

Naokoło mnie cicho poruszały się jakieś ludzkie i nieludzkie istoty. Wszystkie miały blade twarze i ciemne włosy, niektóre były żywe, miały ręce i nogi, inne miały tylko głowy. Sztuczna inteligencja, pomyślałam, oto jest przyszłość, która nas czeka.

W książce Yuvala Noaha Harariego 21 lekcji na XXI wiek jest rozdział poświęcony sztucznej inteligencji, która będzie lepiej niż my wiedziała, jakie mamy wybrać studia, z kim się ożenić (lub za kogo wyjść za mąż) i jakiej chcemy słuchać muzyki. Ba, będzie nam tę muzykę komponowała tak, by to, co słyszymy, najlepiej nam odpowiadało (i, jeśli tego potrzebujemy) optymalizowało nasze nastroje (tak, byśmy zamiast cierpieć po odejściu ukochanej osoby, w pełni sił umysłowych i duchowych mogli poświęcić się w naszym miejscu pracy – jeśli jeszcze będziemy je w ogóle mieli – produkcji czekoladek – to opcja dla inżynierów lub techników, lub systemom filozoficznym programującym samochody autonomiczne – opcja dla filozofów). Tak czy owak nie będziemy sobie zawracali głowy takimi sprawami jak leczenie raka lub wybór fryzury do trumny, bo SI (Sztuczna Inteligencja) zrobi to za nas znacznie lepiej i sprawniej. Już w tej chwili możemy zdać się na komputer, po to, by algorytm ocenił naszą twarz i jakość włosów i wybrał nam optymalną fryzurę. Ale oczywiście, wszyscy to wiemy z filmów science fiction, sztuczna inteligencja na tym nie poprzestanie.

W miarę jak naukowcy będą pogłębiali wiedzę na temat sposobu dokonywania wyborów przez ludzi, pisze Harari (s. 81), pokusa zdania się na algorytmy będzie przypuszczalnie coraz silniejsza. Zhakowanie ludzkiego procesu podejmowania decyzji nie tylko zwiększy niezawodność opartych na big data algorytmów, lecz zarazem doprowadzi do tego, że mniej niezawodne staną się ludzkie uczucia. Gdy rządom i korporacjom uda się zhakować ludzki system operacyjny, zostaniemy wystawieni na potok precyzyjnie kierowanej manipulacji, reklamy i propagadny. Wpływanie na nasze opinie i emocje może stać się tak proste, że będziemy zmuszeni zdać się na algorytmy – tak samo jak pilot, który w czasie lotu dostał akurat zawrotu głowy, musi więc całkowicie zignorować to, co mu mówią własne zmysły i całkowicie zaufać aparaturze.

Podobnie jak możemy już dzisiaj uzyskać opinię algorytmu na temat naszej fryzury, makijażu czy diety, również już dzisiaj możemy się przejechać samochodem autonomicznym, zrobić zdjęcia naszej posiadłości dronem (oczywiście, jeśli “posiadamy posiadłość”) lub polecieć na Majorkę, doskonale wiedząc, że piloci siedzą tylko w kokpicie i patrzą na ekrany, a samolot prowadzi system pilotażowy zwany autopilotem. Możemy więc powiedzieć, ach co tam, po prostu to, co już znamy, udoskonali się, niedługo każdy z nas będzie miał idealnie dopasowaną do oczu fryzurę i każdy autopilot bez problemów wyląduje awaryjnie na rzece Hudson, co jeszcze w roku 2009 było uważane za niezwykły kunszt pilota Chesleya Sullenbergera. Ale, pisze dalej Harari, w niektórych krajach i niektórych kwestiach ludzie mogą nie mieć zupełnie wyboru i zostaną zmuszeni do podporządkowania się decyzjom algorytmów opartych na big data. Nawet jednak w społeczeństwach uchodzących za wolne algorytmy mogą zdobyć władzę, ponieważ doświadczenie nauczy nas ufać im w coraz większej ilości sytuacji i stopniowo stracimy zdolność samodzielnego podejmowania decyzji.

Znamy? Nic nas nie zaskoczy? To popatrzmy dokąd nas prowadzi przewidywanie Harariego. Z chwilą, gdy sztuczna inteligencja stanie się lepsza od nas w podejmowaniu decyzji w sprawie naszej kariery i naszych związków, będzie się musiało zmienić nasze pojęcie ludzkości, a nawet życia. Przywykliśmy myśleć o życiu jako o dramacie podejmowania decyzji. Demokracja liberalna i kapitalizm wolnorynkowy traktują jednostkę jako niezależny podmiot, który nieustannie dokonuje wyborów (…). Na dramacie podejmowania wyborów skupiona jest też teologia, która uzależnia wieczne zbawienie lub potępienie od naszych postępków, czyli wyborów. W świecie algorytmów to wszystko zostanie pozbawione sensu. Nawet nie będzie co czytać, bo stracimy rozeznanie, o co właściwie chodzi ludziom, o których czytamy, gdy targają nimi wątpliwości czy namiętności. Być, albo nie być? Co to za pytanie.

Ale i to jeszcze nie jest koniec wizji przedstawionej przez Harariego.

Już umiemy produkować samonaprowadzające się pociski i noktowizory, pozwalające odkryć ukryte w ciemnościach żywe istoty. Zabójcze roboty, skoro zostały wymyślone przez autorów SF, albo już naprawdę istnieją, albo zaraz zostaną stworzone, bo jak wiemy, wszystko, co człowiek pomyśli, inny człowiek może zrealizować. Uzbrojony w zabójcze roboty bezwzględny dyktator (s. 94) nie będzie musiał obawiać się, że jego żołnierze odmówią wykonania rozkazów. Roboty, twierdzi Harari, w zarodku zdusiłyby Rewolucję Francuską i Arabską Wiosnę Ludów. Jeszcze gorszy od zabijających maszyn będzie docierający wszędzie monitoring, czyli realizacja orwellowskiej powieści Rok 1984. Ale, ostrzega Harari, może się nam zdarzyć coś, czego nawet Orwell nie przewidział (s. 95) – reżim totalnej inwigilacji, który nie tylko śledzi nasze poczynania, ale będzie obserwował nasze wewnętrzne doznania. Bo np., co mógłby zrobić z użyciem takiej techniki reżim Kima w Korei Północnej. Każdy obywatel mógłby zostać zmuszony do noszenia bransoletki biometrycznej, kontrolującej wszystko, od kroku do toalety, po ciśnienie krwi. Jeśli więc u kogoś, kto spojrzy na zdjęcie dyktatora, czujniki wykryłyby charakterystyczne objawy złości – nazajutrz rano taki człowiek znalazłby się w obozie koncentracyjnym.

I tak dalej, jak w momentach, gdy wywód mógłby się stać rozwlekły i nudny, zwykł był pisać mój ulubiony autor, Kurt Vonnegut.

I tak dalej, kochani Czytelnicy.

Chodzenie po mieście. Paul Auster

Ewa Maria Slaska

Ten spacer odgrywa tu bardzo ważną rolę, spacer po Nowym Jorku, ale i po wyspie Baratarii. W opisie książki przeczytałam bowiem, że pierwsza część trylogii, Szklane miasto, charakteryzuje sie intertekstualnymi nawiązaniami do Don Kichota. Nie wiem, czy sama bym na to wpadła. Wybrałam tę książkę z uwagi na niezwykłe chodzenie po mieście. Ale skoro Wikipedia tak twierdzi, to możemy rzucić najpierw okiem na nawiązania intertekstualne do dzieła Cervantesa.
Przede wszystkim główny bohater tej części, Daniel Quinn ma inicjały swojego pierwowzoru. Ten aspekt oczywiście znika w tłumaczeniu, bo Quinn musiałby mieć po polsku nazwisko zaczynające się na K. Z drugiej jednak strony – czy rzeczywiście inicjały DQ na pewno muszą oznaczać nawiązanie do Don Kichota? No, ale z kolei jeden z bohaterów powieści, “Paul Auster pisarz” (nie mylić z Paulem Austerem autorem) pisze artykuł o tym, kto napisał Don Kichota, a pielęgniarka innego z bohaterów nazywa się Saavedra, nosi więc matrylinerane nazwisko Cervantesa, a jej mąż policjant w odległy sposób spełnia rolę boga z maszyny w tej opowieści.

Quinn dostaje zadanie śledzenia Stillmana. Ten wychodził z hotelu nie później niż o ósmej, zawsze w tym samym brązowym płaszczu, z dużym, staroświeckim sakwojażem. Powtarzało się to dzień w dzień przez dwa tygodnie. Krążył po okolicznych ulicach, bez pośpiechu, czasem tylko minimalnie posuwał się naprzód, przystawał, ruszał dalej, znowu przystawał, jakby musiał zważyć i zmierzyć każdy krok, zanim wyznaczy mu miejsce wśród sumy wszystkich kroków. Quinn źle to znosił. Przywykł chodzić szybko, więc całe to dreptanie, przystawanie, powłóczenie nogami zaczęło go w końcu męczyć, gwałciło jego naturalny rytm. Był zającem w pogoni za żółwiem i raz po raz musiał się hamować.

Dla Quinna pozostawało tajemnicą, co właściwie Stillman robi podczas tych spacerów. Oczywiście widział wszystko na własne oczy i sumiennie zapisywał w czerwonym notesie każdy drobny fakt. Ale ich sens wciąż mu się wymykał. Zawsze miał wrażenie, że Stillman zmierza donikąd i nie bardzo nawet wie, gdzie jest. A jednak – jakby z rozmysłem – trzymał się skąpo wytyczonego terenu, którego północną granicą była Sto Dziesiąta, południową Siedemdziesiąta Druga, zachodnią Riverside Park, a wschodnią Amsterdam Avenue. I choć wędrował na pozór całkiem przypadkową, co dzień inną trasą, nigdy tych granic nie przekraczał. Precyzja ta zbijała Quinna z tropu, bo pod każdym innym względem Stillman zdawał się nie mieć celu. (…) czasem się schylał, podnosił coś z ziemi i uważnie oglądał, obracając w palcach. (…) Niekiedy po długich badaniach ciskał przedmiot z powrotem na chodnik. Przeważnie jednak otwierał torbę i ostrożnie chował znalezisko. Potem sięgał do kieszeni płaszcza po czerwony notes – podobny do notatnika Quinna, choć mniejszy – i z wielkim skupieniem pisał w nim przez parę minut. Kończąc tę operację, wkładał notes z powrotem do kieszeni, brał sakwojaż i ruszał w dalszą drogę. Na oko sądząc, zbierał przedmioty bez żadnej wartości: popsute, wyrzucone drobiazgi, niechciane rupiecie. (…) Quinn postanowił notować możliwie najwięcej. (…) Opisywał każdy gest Stillmana, każdy przedmiot wrzucony do torby lub ciśnięty z powrotem na ziemię, prowadził szczegółowy grafik wszelkich zdarzeń, a w dodatku z pedantyczną drobiazgowością odnotowywał zygzakowatą marszrutę, zapisując każdą ulicę, skręt i postój. (…)

Quinn postanawia przestudiować notatki, jakie napisał podczas śledzenia Stillmana.

Szło mu jak po grudzie, zwłaszcza na pierwszych stronach. Tam, gdzie w ogóle zdołał odcyfrować poszczególne słowa, rzecz wydawała się niewarta zachodu. „W połowie drogi między przecznicami podnosi z ziemi ołówek. Ogląda, waha się, chowa do torby… Kupuje w sklepie sandwicza… Siada na ławce w parku i czyta czerwony notes”. Brzmiało to jak stek bzdur. Bez wyraźnego powodu Quinn przewrócił kartkę i na czystej stronie naszkicował mapkę terytorium Stillmana.

Potem uważnie przejrzał notatki i zaczął nanosić długopisem trasę, którą starzec przebył w ciągu jednego dnia – tego właśnie, gdy Quinn postanowił dokładnie odnotować wszystkie meandry jego wędrówki. Wynik był następujący:

Rysunek ten przypominał Quinnowi ptaka, być może drapieżnego, szybującego w powietrzu z rozpostartymi skrzydłami. Lecz po chwili wydało mu się, że to nadinterpretacja. Ptak znikł i zostały tylko dwie abstrakcyjne figury, połączone mostkiem, który Stillman wstawił w środek, idąc na zachód Osiemdziesiątą Trzecią. Quinn zajął się kolejnym dniem, żeby zobaczyć, co to da. Otrzymał zupełnie inny wynik.

Diagram wyglądał trochę jak mapa urojonego stanu, który można by pewnie jakoś wklinować między dwa już istniejące na Środkowym Zachodzie. Tego dnia Stillman ruszył prosto do Riverside Drive, skręcił w stronę Harlemu, minąwszy jedenaście przecznic, zrobił w lewo zwrot i wszedł do parku, gdzie zaraz zawrócił na południe. Figura, którą nakreślił, byłaby prawie idealnym, wąskim prostokątem, gdyby pominąć nitkę między Broadwayem a Riverside Drive, parę lekkich zygzaków w parku oraz to, że kilkakrotnie okrążył pomnik żołnierzy i marynarzy, jakby stawiał kropkę nad – a raczej pod – I. Wrócił do hotelu prawym chodnikiem Riverside Drive.

Quinn oderwał się na chwilę od rysunku, żeby sobie uzmysłowić, co właściwie wyprawia. Bazgrze od niechcenia? Trwoni czas, jak pierwszy lepszy głupek, czy próbuje coś ustalić? Zrozumiał, że obie odpowiedzi są nie do przyjęcia. Jeśli po prostu zabija czas, to czemu w tak mozolny sposób? Czyżby do tego stopnia go zamroczyło, że nie ma już odwagi myśleć? A skoro nie gryzmoli dla zabawy, do czego naprawdę zmierza? Wydawało mu się, że szuka znaku, przedziera się przez chaotyczny labirynt wędrówek starca w poszukiwaniu iskry sensu. Wniosek mógł być tylko jeden: ten mianowicie, że Quinn uparcie nie wierzy w przypadkowość poczynań Stillmana. Chce nadać im sens, niechby najbardziej mętny. Już choćby to samo w sobie było nie do przyjęcia. Znaczyło bowiem, iż Quinn ośmiela się przeczyć faktom, a przecież dobrze wiedział, że nic gorszego detektyw zrobić nie może.

Postanowił jednak brnąć dalej. Nie było jeszcze późno, dochodziła dopiero jedenasta, a zresztą zaszkodzić te spekulacje na pewno nie mogły. Trzecia mapka ani trochę nie przypominała dwóch poprzednich.

Nagle Quinn wyzbył się wszelkich wątpliwości. Wydawało się jasne, że – pomijając wydreptane w parku esy-floresy – ma przed sobą literę E. Przyjąwszy, że drugi diagram to rzeczywiście litera I, można było bez wielkiego ryzyka uznać ptasie skrzydła z pierwszego za literę W. Nawet tylko te trzy ułożone w kolejności, w jakiej powstały, tworzyły już sensowne słowo, ale Quinn wolał wstrzymać się z wyciąganiem wniosków. Następny dzień zaowocował diagramem zbliżonym do litery Ż. Podobnie jak poprzednie, również i ten w części parkowej wzbogacały rozmaite nieregularności, przybliżenia i kunsztowne ozdobniki. Czepiając się resztek obiektywizmu, Quinn usiłował spojrzeć na rysunek tak, jakby wcale nie oczekiwał, że ujrzy literę alfabetu łacińskiego. Mówiąc uczciwie, niczego nie był pewien: diagram równie dobrze mógł być czystą abstrakcją. Może tylko zwidują mu się obrazki, tak jak w dzieciństwie, kiedy wpatrywał się w chmury? Lecz zbieżność była uderzająca. Gdyby kształt litery miała jedna mapka, a choćby i dwie, mógłby je zbagatelizować jako kaprys losu. Ale seria czterech takich przypadków? To już wydawało się mocno naciągane.

Kolejny dzień dał kanciaste A: podkowę przekreśloną w połowie, jak zwykle z całą masą rokokowych farfocli. Następnie pojawiło się B: dwa pudła stały krzywo jedno na drugim, a wierzchem sypały się wióry chroniące zawartość. Potem drugie A, trochę chwiejne, odrobinę drabiniaste, z malejącymi ku górze schodkami po bokach. I drugie B: w ryzykownym przechyle, perwersyjnie podparte w jednym tylko punkcie, niby piramida ustawiona na wierzchołku.

Quinn wypisał litery w porządku chronologicznym: WIEŻA BAB. Bawił się nimi przez pół godziny, dzielił je na różne sposoby, zmieniał szyk, aż wreszcie powrócił do pierwotnego i napisał: WIEŻA BAB. Rozwiązanie to trąciło taką groteską, że ledwie śmiał je uznać. Chociaż Stillman jeszcze nie skończył, odpowiedź wydawała się jasna: WIEŻA BABEL. (…)

A jednak istniały zarysy liter – nie na ulicach, na których powstały, lecz w czerwonym notatniku Quinna. Sam Quinn właśnie się zastanawiał, czy Stillman co wieczór obmyśla w swym pokoju marszrutę na następny dzień, czy też improwizuje w ruchu. Obie możliwości były prawdopodobne. (…) Myśl o literach przerażała Quinna. Wersja, zgodnie z którą Stillman wydeptywał właśnie litery, wydawała się tak pokrętna, pełna tak szatańskich niedomówień, że nie chciał jej uznać.

Postanowił się położyć; spał niespokojnie, zbudził się, przez pół godziny pisał w czerwonym notatniku, wrócił do łóżka. Tuż przed zaśnięciem zdążył pomyśleć, że ma pewnie jeszcze dwa dni, bo Stillman nie dokończył przesłania. Pozostały dwie ostatnie litery – E i L. Myśli Quinna rozbiegły się. Wylądował w urojonej krainie okruchów, ojczyźnie niesłownych rzeczy i niedorzecznych słów. Po raz ostatni pokonując senne odrętwienie, przypomniał sobie, że El po starohebrajsku znaczy Bóg.

Następnego dnia Quinn rozmawia wreszcie ze Stillmanem. Starzec przyznaje, że to, co robi, ma, jego zdaniem, doniosły sens.

– Codziennie wstaję skoro świt, mówi starzec. Muszę wychodzić bez względu na pogodę, stale być w ruchu, bez przerwy na nogach, co chwila pędzić z miejsca na miejsce. Niech mi pan wierzy, to człowieka po prostu wykańcza. (…) Widzi pan, świat rozpadł się na kawałki. A moja rola polega na tym, żeby go z powrotem poskładać. (…) szukam tylko najogólniejszej zasady, a to leży w zasięgu możliwości pojedynczego człowieka. Jeśli zdołam położyć podwaliny, samego dzieła odbudowy mogą dokonać inne ręce. Najważniejsza jest główna przesłanka, pierwszy krok w sferze teorii. A w tym niestety nikt mnie nie wyręczy. (…) Zrozumiałem, że muszę się ograniczyć. Pracować na terenie dość małym, żeby wszystkie wyniki były niepodważalne.

Stillman odtwarza spacerami tezy swojej pracy doktorskiej o tym, że Ameryka jest Nowym Światem i w swoich spacerach po Nowym Jorku, po tym małym wycinku miasta między Riverside a Amsterdam Avenue buduje ten świat jeszcze raz, tworzy jego dwie części, najpierw Raj, który był obietnicą szczęścia, a potem Wieżę Babel, która sprawiła, że raj się rozpadł. I jak Adam w Raju – podnosi pogubione przez przechodniow przedmioty i nadaje im nowe nazwy.

Spacer jako tworzenie świata, którego budulcem są wydeptane na ulicach słowa.

Cytaty z wydania Znaku (2012), przekład Michał Kłobukowski, rozdziały 8, 9

Don Kichot jest wszędzie

Tego, co się nagromadziło w zakamarkach mieszkania i blogu nie da się w żaden sposób usystematyzować. Ale tak to już jest, że Don Kichot jest wszędzie.

Ewa Maria Slaska

Skolwin (dla tych, co nie wiedzą – dzielnica Szczecina, odległa, na peryferiach, obrzeżach i skrajach) jest dla nas, Eli Kargol i dla mnie, nieustannym źródłem donkichotowych inspiracji. O Don Kichocie w Domu Kultury “Klub Skolwin” już donosiłyśmy TU i TU, a zapewne i w innych miejscach, bo obie wiemy, że pracujący w tej instytucji pedagogicznej szczeciński poeta Marek Maj jest na pewno nowym wcieleniem Don Kichota.

Dodam jeszcze, że kubek ze Skolwina stoi na mojej baratarystycznej półce.

Z tyłu za kubkiem stoi butelka po winie z Finki de la Vega w La Manchy, produkującej  wina spod znaku Don Kichota.

A obok hiszpańskich pomarańczy i wina z La Manchy leży powieść angielskiej pisarki Jane Gardam Robinsons Tochter (Córka Robinsona), historia kobiety, która kocha Robinsona Cruzoe i która kilkakrotnie na kartkach książki przyrównuje swojego starego przyjaciela do Don Kichota.

I jak już jesteśmy przy książkach, to znalazłam Don Kichota i to nader okazałego w Trylogii nowojorskiej Paula Austera. O samej książce napiszę w którąś z sobót w ramach cyklu Chodzenie po mieście, tu poruszę tylko aspekt donkichotowski. W opisie książki przeczytałam bowiem, że pierwsza część trylogii, Szklane miasto, charakteryzuje sie intertekstualnymi nawiązaniami do Don Kichota. Przede wszystkim główny bohater tej części, Daniel Quinn ma inicjały swojego pierwowzoru. Ten aspekt oczywiście znika w tłumaczeniu, bo Quinn musiałby mieć po polsku nazwisko zaczynające się na K. Z drugiej jednak strony – czy rzeczywiście inicjały DQ na pewno muszą oznaczać nawiązanie do Don Kichota? No, ale z kolei jeden z bohaterów powieści, “Paul Auster pisarz” (nie mylić z Paulem Austerem autorem) pisze artykuł o tym, kto napisał Don Kichota, a pielęgniarka innego z bohaterów nazywa się Saavedra, nosi więc matrylinerane nazwisko Cervantesa, a jej mąż policjant w odległy sposób spełnia rolę boga z maszyny w tej opowieści.

Najciekawszy jest jednak fragment w którym “Paul Auster pisarz” opowiada Quinnowi, udającemu “Paula Austera detektywa”, czym się aktualnie zajmuje:

DonKichot-SzklaneMiasto-TrylogiaNowojorska

Cytaty z wydania Znaku (2012), przekład Michał Kłobukowski, rozdziały 8, 9

No i jak zatoczymy koło i z Nowego Jorku, wyspy Robinsona i starej wesołej Anglii wrócimy do Berlina przez Szczecin, to znajdziemy w Szczecinie w kawiarni-księgarni Kamienica w lesie taki o to pejzaż, zapewne raczej holenderski niż hiszpański, no ale cóż, wiatrak, to wiatrak, już na zawsze zrósł się nam z postacią Rycerza o Smętnym Obliczu.

Co wynika z prowadzenia bloga (3)

Ewa Maria Slaska

Kobiety z bloga

Od razu powiem i niech mi Bogini Matrona wybaczy – kobiety na blogu są mniej “wierne” niż mężczyźni. Każdy kiedyś odchodzi do innych zajęć, zapomina, nie ma czasu, odechciewa mu się, ale kobietom zdarza się to częściej. Ileż ich już tu było, stawały się ulubienicami Czytelników i nagle znikały. Nie będę ich wymieniać, nie należy rozdrapywać ran, ani ugryzień komara. Ostatnio naprawdę wiernymi autorkami są Ela Kargol i Teresa Rudolf, które na szczęście piszą w miarę często, oraz Krysia Koziewicz i Monika Wrzosek-Müller, które piszą rzadko.

Z Elą znamy sie od kilku lat i znajomość zaczęła sie od bloga. Widujemy się często, wciąż mamy jakieś wspólne projekty, chodzimy na spacery, w czym uczestniczy również Krysia. Z Moniką jestem zaprzyjaźniona od 35 lat i widujemy się niekiedy nawet raz na tydzień, z Teresą nigdy się nie spotkałyśmy. W zeszłym roku w marcu miałam do niej jechać do Wiednia, a stamtąd do Moniki do Pragi. Ale w grudniu ktoś w Wuhanie kupił na targu i zjadł ślicznego pancernika, a może zresztą nietoperza, a może nie zjadł, tylko wyprodukował i nie na targu tylko w laboratorium, w każdym razie wirus przeskoczył z probówki albo z zupy na człowieka i do marca następnego roku (czyli zeszłego) dowędrował i do Wiednia, i do Pragi, i nie mogłam odwiedzić obu moich wiernych autorek.

Z Moniką chodzimy ostatnio co najmniej dwa razy na miesiąc na spacery do parku przy pałacu Charlottenburg, o czym pisałam TU, natomiast z jej tekstów przywołam ten pierwszy, ten, w którym po raz pierwszy spotkałam się z oryginalną techniką narracyjną Moniki, polegającą na swobodnej zmianie tożsamości, przechodzeniu z osoby pierwszej na trzecią i z powrotem. Bardzo ciekawe.

Nawet nie pamiętam, skąd przyszła Teresa? Chyba tak jak kilka innych poetek, po prostu przysłała wiersze. Nie pamiętam również, jak to się stało, że Monika zaczęła pisać na bloga? Z Krysią widywałyśmy się “od zawsze” na jakichś imprezach polonijnych, ale naprawdę poznałyśmy się podczas wspólnego wyjazdu do Opola. Krysia wygrała wtedy konkurs na opowiadanie o Polaków losie własnym. Ela z kolei pojechała z nami, ludźmi ze Stowarzyszenia Partnerstwo Miast Szczecin-Kreuzberg/Friedrichshain, kilka lat temu na wycieczkę z okazji Dni Morza i gdy wracałyśmy już do Berlina, zapytała, czy opublikowałabym na blogu stary tekst jej taty z lat 60. Odpowiedziałam tak, jak zwykle odpowiada redaktor(ka), że nie wiem i nie mogę obiecać, ale niech przyśle… I tak to się zaczęło.

Wszystkie cztery autorki mogę dokładnie umiejscowić na blogowej osi czasu (ale już nie odtworzę, kiedy Krysia pisała do mojego poprzedniego bloga).
Krystyna, 25 maja 2013, 41 wpisów.
Monika, 21 lutego 2015 roku, 73 wpisy.
Ela, 24 czerwca 2016 roku, 69 wpisów.
Teresa, 13 listopada 2018 roku, 83 wpisy.

W pierwszym wpisie Teresy znajduję notatkę następującą:
Teresa Rudolf twierdzi, że do napisania tego wiersza zainspirował ją autoportret Fridy Kahlo z czarnym kotem i małpką, znaleziony u mnie na blogu…
A potem już są wiersze. Wiersze Teresy zawsze przychodzą ze starannie dobranymi zdjęciami, albo muzyką, albo filmikami. Jak to piszę, najbardziej zdumiewam się faktem, że od pierwszej publikacji Teresy na blogu minęły niespełna trzy lata. A głowę bym dała, że jest tu już od lat co najmniej ośmiu, a może nawet dziesięciu. Teresa jest poetką, jej wpisy to często wiersze, ale publikowała już tu i prozę, i publicystykę, a poza tym jest wierną komentatorką. Bardzo dobrze jest, gdy ludzie komentują i przyznaję, że nieodmiennie mnie zdumiewa, że na tym blogu dyskusje są w większości takie niemrawe, bo w poprzednich moich blogach to właśnie w komentarzach kwitło bujne życie, nierzadko bujniejsze niż skończony wpis, złożony, jak wiadomo, ze wstępu, rozwinięcia i zakończenia. A w komentarzach nieważne są zasady kompozycji i nie trzeba się przejmować budową przestrzeni tekstu, dopuszczalne są pomyłki i powtórzenia, nieważna jest jedność czasu i miejsca. Teresa robi, co może, pomagają jej w tym Tibor i Zbychu, ale “dzieje się” w komentarzach, jak na moje potrzeby, stanowczo za mało.

Z różnorodnych tekstów Teresy wyszukuję jeden – ten, w którym Teresa najpierw mi przysłała piosenkę, a potem do tej piosenki dorobiła małe opowiadanko. Bardzo to było interesujące przeżycie. Oto ono: opowiadanko było zatytułowane Sąsiedzi – miało dwadzieścia odcinków, każdy zakończony kolejną piosenką. Pierwsza piosenka nosiła tytuł Otchłań czeka (Na cześć księdza Baki) i podśpiewuję ją pod nosem do dziś – Otchłań nie je, nie pije i nie daje mleka, otchłań – czeka.

Krysia zaczęła wpisem o laurkach na Dzień Matki, a ze wszystkich jej wpisów uwielbiam po prostu wpis, który na własny użytek nazwałam Chałupa, a który naprawdę zatytułowany jest Gdzie jest ten dom. Podobał mi się też “nadtytuł” pewnego jej, bardzo nieregularnego, cyklu: Z obserwatorium zwykłej baby.

Ten wpis z tekstem Taty był pierwszym wpisem Eli i myślę, że koniecznie muszę go TU przywołać. Ciekawe, że jest w nim też stara drewniana chałupa, tak (i taka) jak u Krysi Koziewicz. Podobnie jak Teresa, Ela też publikowała już na blogu bardzo różnorodne formy literackie – wiersze, reportaże, relacje, wspomnienia, opowieści. Niedawno wpisem Artystka z Turmstraße Ela osiągnęła jeden z najlepszych wyników w historii tego bloga, bo prawie tysiąc wejść pierwszego dnia.

Krysia i Ela chętnie fotografują, obie brały już też udział w różnych wystawach fotograficznych, w tym Krysia – w śmiesznej wystawie w Skolwinie (to dzielnica Szczecina), na płocie.

W roku 2020, w roku pandemii, wielokrotnie byłyśmy we trzy na spacerach, niekiedy któraś z nas o tym pisała, ale chyba najbardziej różnorodny jest wpis o Baratarii w berlińskiej dzielnicy Britz.

Były jeszcze dwie bardzo ważne autorki – Joanna Trümner i Viki Korb, ale obie umarły i nie mam siły o nich pisać.

Anette

Ewa Maria Slaska

Es ist 23. Februar 2021. Die Sonne scheint, der Himmel ist blau, der Winter-Frühling verzaubert ganz Berlin. Ich muss etwas an der Hasenheide erledigen und danach gehe ich in die Bergmannstrasse-Friedhöfe. Ich lade Yvonne von Friedhofsbüro zu einem kleinem Spaziergang, nach einer Weile ziellosen Gehens setzen wir uns auf einer Bank, dann kehrt sie zurück und ich schlendere noch, Mal hier, Mal da, Richtung Ausgang. Ich rede mit Jemandem am Telefon, daher achte ich überhaupt nicht darauf, wohin mich mein Fuß trägt. Plötzlich stehe ich am Grabe einer Berliner Oma (Charlotte Oppermann).

Tschüß sage ich ins Handy, da ich ein Foto knipsen will.


Ich sehe einen Zitronenfalter (Ende Februar!), folge ihn, bis er sich unweit auf einem Grabe setzt. Ich komme näher. Es ist das Grab von Anette.
Anette Schill.

Morgen hätte sie Geburtstag. Sie ist am 24. Februar 1957 geboren. Am 27. Oktober 2014 ist sie gestorben. Erst 57-jährig.

Ich wusste schon lange, dass ich über Anette schreiben will und soll, wir haben es mit Christine Ziegler vereinbart. Aus irgendwelchem unerklärlichen Grund hatte ich Schwierigkeiten, mit dem Text anzufangen. Hatte Anette mich gezwungen, mich zu ihrem Grab gezogen, damit ich endlich meine inneren Unfähigkeiten überwinde und das tue, was ich tun sollte und doch auch wollte?

Ist sie dieser Zitronenfalter gewesen?

Och, Anette, du hättest ausgelacht, die Dummheit, die ich hier aufgeschrieben habe. Plem plem, hättest du gesagt. Und wie gern habe ich gerade diesen gesundvernüftigen Fundament deines Charakters gehabt. Du warst so gradlinig, so bestimmt in deiner Meinungen und zugleich so em- und sympathisch. Somit hast du mir den deutschen Frauenmuster positiv geändert. Ich habe es dir mal gesagt und du wolltest mir nicht glauben.
“Aber doch Christine ist für dich die wichtigste”, sagte sie.
“Ja”, erwiderte ich, “klar, aber mit Christine war es immer so, dass ich sie nie als eine Deutsche wahrnahm, sie war eine Freundin, und dies ist eine Eigenschaft erhaben über alle andere.” Christine und Sieglinde, es waren Freundinnen. Aber im Allgemeinen hatte ich immer Angst von den deutschen Frauen. Sie waren durchaus so… so effizient, so patent, so kompetent, so groß, so barsch, so selbstsicher. So Stark, Stahl, Stein… Und Anette war so authentisch sympatisch. Galionfigur der Regenbogenfabrik, eines Hausbesetzungsprojekt, aus dem ein Nachbarschaftsprojekt wurde, in dem sich mit der Laufe der Zeit auch die deutsch-polnische Zusammenarbeit geborgen fühlen konnte.

Wann kam ich das erste Mal in die Regenbogenfabrik? Wann habe ich Anette kennen gelernt? Christine Ziegler erzählt immer, dass ich die Geschichte verkläre, weil ich behaupte, das erste Mal in Kontakt mit den Menschen aus der Regenbogenfabrik schon 1985 getreten zu sein, dh. gleich nach meinem Ankommen nach Berlin. Und das eben sie der erste Fabrik-Mensch gewesen ist, an dem ich mich erinnere. Laut Christine sei es unmöglich, aus einem einfachem Gründe, dass sie nicht in Berlin war. Bei Besatzung war sie natürlich dabei, so wie Anette. Sie 22, Anette 24. Aber dann fuhr sie nach England zu studieren und kam erst 1989 zurück. Na gut, aber 1991 wäre schon möglich. 1991? Vor 30 Jahren also? War ich mir immer sicher, dass wir uns schon eine Ewigkeit kennen.

Klare und sichere Punkte auf der Zeitleiste meiner Kontakte mit der Fabrik sind vor allem Kochtage (wann waren sie aber?!), Arte-Nova-Workshops ab 1995 und mein Praktikum im Jahre 2000, als ich mich bei der Akademie der Deutschen Wirtschaft zur Referentin Neuen Medien ausbilden ließ. Zu diesem Zeitpunkt kannte ich schon alle in der Fabrik und sie kannten mich und kennen mich bis heute, was mich immer wieder ins Staunen versetzt, dass sie mich alle noch kennen und sogar unter der pandemischer Maske sofort erkennen. Wie?

Über das erste Workshop schrieb mein Sohn, Jacek Slaski im WIR-Heft Nr. 5 (Arte Nova: Śródmieście – Innenstadt):

„… verdammte Literatur, um die es sich hier dreht (…). Worum geht es den Leuten hier, was wollen die? Wieso tun die das alles? Damit andere darüber reden? Für die Anerkennung, für ihr Ego oder nur, um die Langeweile zu bekämpfen. Ich weß nicht, ob es wichtig ist, es scheint genug Zeit da zu sein, um das hier alles ablaufen zu lassen, ob es Relevanz hat, sollen andere entscheiden. Es geht nicht um Verständigung, Völkerfreundschaften entstehen nicht über Kultur, sondern über hemmungslosen Alkoholkonsum und im besten Fall Sex.
Kultur bietet die Platform dafür, und das ist gut so, also denkt nicht, dass die Welt besser wird, wenn sich junge Menschen aus Deutschland un Polen auf dreckigen Hinterhöfen zusammensetzen und versuchen, sich zu verstehen. Ich weiß nicht einmal, ob es ein Beispiel sein sollte, ich weiß nur, dass diese Menschen es gemacht haben.“

Diese, wie Jacek es sagte, dreckigen Hinterhöfe, wo sich junge Menschen aus Deutschland und Polen zusammensetzen, sahen zu, wie sie sich Years and Years hier trafen, gemeinsam rauchten, Bier tranken und Literatur machten. Und was für welche! Und dann traten sie mit ihrer gemeinsamen Werke auf der Bühne und taten es so wunderbar, dass ich noch heute, ein Vierteljahrhundert später, ein Gefühl der Happiness habe, dass ich, dass wir, die Menschen vom WIR Verein und von der Regenbogenfabrik es ermöglicht haben, dass solche Momente entstehen konnten.

Ich liebe Regenbogenfabrik. Habe ich immer geliebt. Vor 21 Jahren, als ich hier mein Praktikum absolvierte, schrieb ich über das Projekt Regenbogenfabrik, dass es eine Mischung eines mittelalterlichen Klosters mit einem Kibuz ist. Eine pragmatische Utopie. Und Anette war für das Pragmatische in der Utopie. Dafür, dass alles funktioniert. Das liebe ich an der Regenbogenfabrik: Dass sie den Beweis lieferte, eine Utopie sei machbar. Die Zukunft ist jetzt. Und wenn nichts mehr hilft, hilft immer noch Humor und gesunde Selbstdistanz.

Anette war fantastisch. Sie könnte alles. Sie hatte Ausdauer und Ideen. Sie wusste intuitiv, was klappen wird und was keine Chancen hat. Hatte es aber Chancen, holte sie ihre stärkste Waffe: das tatkräftge Zupacken.

Von den Kinderbeinen war sie es gewöhnt, zuzupacken. War doch in einem Familienbetrieb, einer Wirtschaft, aufgewachsen. Gleich nach dem Abitur ging sie nach Berlin, um Erziehungswissenschaften zu studieren. Und schon während des Studiums engagierte sie sich in der Besetzungsszene. So fand sie sich in der Gruppe deren, die eine alte Chemiefabrik in Kreuzberg besetzte. Die Fabrik und die Häuser rumherum standen leer, die Gründezeitfabrik längst verlassen, die Erde verseucht. So waren sie alle, diese damals massenweise in Berlin besetzten Häuser – heruntergekommen und verlassen, absichtlich nicht mehr renoviert, damit man die verslumsten Gebäude billig erwerben könne.

Am 14. März 1981, eine Woche nach dem Frauentag war es soweit. Sie gingen in die Fabrik und ins Haus hin.

“Wie benimmt man sich in einem besetzten Haus, es war ja auch für sie das erste Mal”, fragt Gregor Eisenhauer in seinem Tagesspiegel-Nachruf.

Des ersten Nachts wurde in einer Erwartung der polizeilichen Räumung überhaupt nicht geschlafen. Es gab damals in Berlin, auf dem Gipfel der Besetzungswelle, eine juristische Möglichkeit, sog. 24-Stunden-Gesetz, der es erlaubte, innerhalb von ersten 24 Stunden eine Räumungsaktion zu unternehmen, ohne jedwedem Papierkram.

Und Anette war schwanger. Im Sommer wurde ihre Tochter, Jenny, geboren. Das erste Kind (in) der Fabrik. Für Jenny war die Fabrik einzige Familie, die sie kannte. Der Vater erschien erst viele Jahre später. Es ist für ein Kind sehr gut, in einer großen Familie aufzuwachsen, weil wenn man mit jemandem nicht zurecht kommt, kann man sich locker andere Vertrauten aussuchen. Das betonen die Kulturanthropologen immer und ein Wunderbeispiel dafür ist altslawische Zadruga. War Jenny auch der Meinung? Ich weiß es nicht, habe sie nie gefragt. Vielleicht ließ sie Mal diesen Text und antwortet mir. Eisenhauer meint dagegen, dass es bei Erziehungskonflikten nicht ganz einfach war, musste sich doch ein junger Mensch mit einer ganzen Riege der Erwachsenen auseinander setzen und nicht blos mit einem höchsten zweien, wie es in “normalen” Familien der Fall ist. Nun aber denke ich mir, dass man in dieser Generation nicht miteinander streitet und die Eltern sagen einem nicht vom oben herab, was man zu tun hat. Über alles wurde diskutiert. Wie schrieb es der Eisenhauer über die Demokratie? “Klingt mühsam, ist mühsam, aber Hierarchie funktioniert auch nicht besser.” Das betrifft meiner Meinung nach auch die Erziehung.

Sie war eine Kämpferin, aber solche, der man auf dem ersten Blick das Kämpferisch nicht zumuten wird. Auf zweiten auch nicht. Wunderbare Täuschung, weil im Grunde war sie eine Kriegerin durch und durch. Sie wusste, dass wenn man sich stur anstellt, früher oder später wird man sich durchzusetzen.

Ich mochte es bei ihr, weil ich in Polen auch so war. In Berlin zuerst nicht, aber vielleicht war es mein unterbewusster Wunsch, zurück zu meiner wahrer Natur zu kehren und wieder so wie Anette zu sein. Harmlos und angenehm aussehende Frau, mit einem nettem Lächeln, die sich doch nicht klein kriegen lässt. Und für sich nicht immer, für andere aber wie eine Wahnsinnige kämpfen kann. Erfolgreich.

Sie war wie eine Raupe, sagte mir Mal Christine. Könnte sie nicht direkt ans Ziel, schlenderte sie um den Tor herum oder buddelte sich unter dem Zaun oder durch einen Mauerriss rein, um ans Ziel zu kommen. Und Gregor Eisenhauer pflichtete ihr zu: “Jeder spürte, dass es ihr ernst war. Sie war nicht nachtragend und nicht auftrumpfend. (…) Ihr Programm war Dialog. Auf andere zugehen. Auch auf den vermeintlichen Gegner. Wer Ergebnisse will, darf Begegnungen nicht scheuen. Sie hat immer wieder Spielräume ausgelotet. Das war ihre Stärke. Jeder hat einen kleinen Spielraum, auch ein Sachbearbeiter in seiner bürokratischen Zwangsjacke. Die Frage ist nur, wie man mit ihm umgeht. Ihm seine Möglichkeiten klarmachen, darin war sie stark. Andere so sein zu lassen, wie sie sind, und sie dennoch zu fordern.”

Heute, zu ihrem 40 Geburtstag startet die Fabrik auch ihren Geburtstagsblog. Willkommen, kleiner Bruder 🙂