Ewa Maria Slaska
Bo tak
Wpis będzie ostatni, nie dlatego by cierpienie zwierząt przestało mnie poruszać i nie dlatego, że nic się w tej sprawie nie dzieje, bo dzieje się dużo, choć niestety z reguły na zasadzie krok naprzód i dwa do tyłu. W Niemczech wprowadzono zakaz hodowli zwierząt na futra, ale jednocześnie cofnięto przepisy chroniące zwierzęta przed testami medycznymi i kosmetycznymi. Kończę wpisy na ten temat, bo każdy temat kiedyś trzeba skończyć. Po prostu.
A na zakończenie chciałam się z Wami podzielić pewną refleksją, powiedzmy, literacko-etyczną. Skłoniły mnie do tego Wasze komentarze do wpisu, w którym podzieliłam się z Wami przemyśleniami na temat fragmentu książki Gottland Mariusza Szczygła.
Zaczęło się od zakończenia tego wpisu:
Szczygieł fajnie pisze, jego książka to zbiór reportaży, a każdy reportaż to zbiór króciutkich rozdzialików. No i właśnie jeden rozdzialik w reportażu o Bacie to temat dzisiejszego wpisu.
Rok 1957: Eksperyment
Prasa pisze, że w Brazylii Jan Bata rozpoczął eksperyment z powiększeniem powierzchni krowiej skóry.
Zarządził: Krowie włożymy w małe otwory na całej skórze larwy gzów. Zrobią się bąble, skóra się naciągnie. I w ten sposób jej powierzchnia zwiększy się o sześćdziesiąt procent.
Eksperyment został przerwany po śmierci pierwszej krowy. (…)
Tak. Mały, fajny, sprawnie napisany rozdzialik.
Mam z tym rozdzialikiem dwa problemy.
Jeden jest prosty. To tekścik o tym, że kapitalista dla zysku zada zwierzętom każde cierpienie i nawet mu serce nie zadrży, gdy to wymyśli, ani ręka, gdy napisze taki rozkaz. I że tylko temu, że nie przeżyły, krowy zawdzięczają fakt, że nie ma obecnie hodowli, w których zaszczepiano by im w skórze larwy gzów. Dzięki temu, oczywiście, nie chodzimy teraz w takich butach.
Ale jest też drugi problem. Bo jest to tekst bez najmniejszego komentarza odautorskiego.
Taki styl. Wiadomo.
Ale cóż, mam z tym problem.
Problem tak duży, że przestała mi się podobać stylistyka książki, jej treść, ba, ona sama.
Nikt z Was drodzy Czytelnicy nie napisał mi, że rozumie, dlaczego mam problem. Jeśli coś napisaliście, a ostatnio mało komentarzy piszecie, to to, że lubicie teksty Szczygła, Szczygieł wielkim autorytetem jest, a ja się czepiam i nie pozwalam człowiekowi pisać, jak chce.
A więc zacznijmy od pytania, któż z nas pisze jeszcze, jak chce? Czy ktoś z nas, ludzi z bańki liberalno-lewicowej, ośmielił się ostatnio napisać słowo “Murzyn”? Albo “imigrant”? Albo, nie daj Bóg, “Cygan”? Czy ktoś z nas napisał, że Tokarczuk jest wspaniałym człowiekiem i chwała komisji noblowskiej za to, że przyznała jej Nobla, ale że jej książki są w większości niestrawne i przegadane i że nikt z nas – z ręką na sercu! – nie przeczytał Ksiąg Jakubowych do końca?
Ale odeszłam od tematu. Jak zwykle, boć nie od tego jestem mistrzynią dygresji, żeby nie odchodzić od tematu. Ale wracam.
Problem, jakiego mi przysporzył Mariusz Szczygieł, nie jest wcale nowy w moim odbiorze literatury. Zawsze niepokoił mnie brak komentarza odautorskiego. To nie wymaga przecież elaboratów, czasem wystarczyłby wykrzyknik zdziwienia albo jeden celnie umieszczony przymiotnik.
Podam jeszcze dwa przykłady
Pierwszą książką, w której świadomie odczytałam ten męczący mnie brak komentarza odautorskiego to:

Stanisław Makowiecki, Mamałyga, czyli słońce na stole, Wydawnictwo Literackie 1976 rok. Pamiętam tę książkę bardzo dobrze, to opis dzieciństwa autora przed I wojną światową w małej wiosce w Besarabii, co się na dzisiejsze pojęcia geograficzne tłumaczy jako Mołdawia. Jest tam malownicza opowieść o tym, jak do kwitnących akacji zlatywały się roje motyli, które do nieprzytomności opijały się nektarem białych pachnących kwiatów, pijane spadały na ziemię i leżały pod drzewami. Chłopcy wioskowi obrywali im skrzydła i zjadali żywe ciała motyli. Chłopcy wioskowi, w tym autor, taki sam jak oni wioskowy chłopak. Motyle smakowały wspaniale. I oczywiście nie wymagam od owych chłopaków drgnienia niepokoju przy zjadaniu żywych stworzeń. Ale gdy pisarz pół wieku później to nam opisuje, to nie mogę zrozumieć, że jest to najnormalniejszy w świecie opis, bez skometowania choćby półsłówkiem, że była to jednak okrutna wiejska rozrywka, taka sama jak zabijanie żab w wykopach.
Jednym z argumentów “w obronie” Szczygła było stwierdzenie, że gdy pisał o gzach i krowach inna była jeszcze nasza wrażliwość na cierpienie zwierząt.
I od razu powiem nie, nie zgadzam się. Być może mieliśmy inną wrażliwość w sprawie używania słowa “Murzyn” albo “Cygan”, bo na to, byśmy ją nabyli musieli wejść z nami w rozmowę ci, których tak bez namysłu tymi nazwami obdarzaliśmy. To PoC, people of colour, musieli nas poinformować, że nie chcą, byśmy tak o nich mówili.

Ale już sto i dwieście lat wcześniej wiedzieliśmy, że nie wolno męczyć zwierząt. Nawet Kościół Katolicki dość raczej nieczuły na problemy poza religijne potępiał niepotrzebne okrucieństwo, wychodząc z założenia, że przyzwolenie na męczenie zwierząt, łatwo przeradza się w męczenie ludzi.
A zresztą, przecież pamiętamy ze szkoły:
Ignacy Krasicki
Bajki nowe
Dzieci i żaby
Koło jeziora
Z wieczora
Chłopcy wkoło biegały
I na żaby czuwały:
Skoro która wypływała,
Kamieniem w łeb dostawała.
Jedna z nich, śmielszej natury,
Wystawiwszy łeb do góry,
Rzekła:
«Chłopcy, przestańcie, bo się źle bawicie!
Dla was to jest igraszką, nam idzie o życie».
Książkę księcia biskupa wydano w roku 1779.
***
Podobnych problemów przysporzył mi Søren Kierkegaard, ten nasz ulubieniec, filozof, a tak naprawdę pisarz. Młody, piękny, mądry, utalentowany. Młodo umarł (1813–55). Każdy z nas w swoim najlepszym życiu chciałby być Kierkegaardem.
W Albo – Albo jest taki fragment

I tu rozmyślania szarpią mną od “tak” do “nie” i z powrotem. I znowu. Zaprawdę, albo – albo. Wszystko mi się jak w soczewce skupia w tej nieszczęsnej musze, złapanej przez znudzonego chłopca w szkole.
(…)
Na zajęciach filozofii młodzi adepci mieli w czasach współczesnych na podstawie owego wyżej przytoczonego fragmentu zapoznać się z koncepcją Kierkegaarda o tym, co to znaczy żyć intensywnie. Przykładem są tu więzień, który oswoił pająka, i chłopiec, który złapał muchę i znęca się nad nią. Kierkegaard nie ocenia tego chłopca, rozwodzi się raczej nad tym, że to, co chłopiec robi z muchą, pomaga mu rozproszyć nudę nieciekawej, nużącej lekcji. To jest, dla mnie, podstawowe przesłanie tego tekstu. Rób co chcesz, tylko się nie nudź.
Problem w tym, że chłopiec, oczywiście, nie musi mieć żadnych oporów etycznych (choć może). Ale Kierkegaard, no, hallo! I nawet jeśli pisze o chłopcu, który tych oporów nie ma, bo nie zna, to jednak filozof musi je mieć i znać. On tymczasem nie pisze o tym ani słowa. Udręczona mucha w dziurze pozostanie na zawsze w swojej udręce i nie ujmie się za nią ani Kierkegaard, ani filozof współczesny, który ten tekst wybrał i dał studentom do analizy, ani wreszcie oni sami. Na całą wieczność już ten chłopiec będzie się znęcał nad tą nieszczęsną muchą.
No, ale może zostanie naukowcem.
I wtedy eksperymenty z muchą będą uprawnione i opłacone.
***
Makowiecki, Kierkegaard, Szczygieł. Starczy tych przykładów.
***
Zastanawiam się, od kiedy my, ludzie, uważamy, że znęcanie się nad zwierzętami jest karygodne. Pytam wujka google i jako pierwsza zgłasza się do tablicy ta nieznośna sztuczna inteligencja. Pisze tak:
Cierpienie zwierząt to fizyczny i psychiczny ból, jaki odczuwają istoty żywe z powodu działań człowieka lub zdarzeń w przyrodzie. Zwierzęta czują ból, strach oraz stres tak samo jak ludzie, ponieważ mają podobny układ nerwowy.
Gdzie cierpią zwierzęta
Zwierzęta domowe: Ból wynika często z braku opieki, bicia lub trzymania na łańcuchu.
Farmy przemysłowe: Miliony zwierząt żyją w ciasnych klatkach i złych warunkach.
Natura: Dzikie zwierzęta cierpią z powodu chorób, głodu i drapieżników.
Cierpienie zwierząt zaczęto powszechnie i formalnie piętnować w XIX wieku, a pierwsze nowoczesne ustawy i organizacje społeczne przeciwko okrucieństwu wobec zwierząt powstały w Wielkiej Brytanii w latach 1822–1824.
Warto jednak pamiętać, że ograniczenia polowań czy pojedyncze zakazy dręczenia wprowadzano już w dawnych wiekach:
- 1635 rok: Pierwsze historyczne zakazy znęcania się nad owcami i końmi w Irlandii.
- 1822 rok: Uchwalenie na świecie pierwszej ustawy chroniącej zwierzęta domowe i gospodarskie przed okrucieństwem (tzw. ustawa Martina w Wielkiej Brytanii).
- 1824 rok: Powstanie w Londynie pierwszej organizacji ochrony zwierząt (RSPCA).
- 1864 rok: Powstanie w Warszawie pierwszego na ziemiach polskich Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami.
- 1928 rok: Wprowadzenie w Polsce pierwszego kompleksowego rozporządzenia penalizującego znęcanie się nad wszelkimi gatunkami zwierząt.
***
Wydaje mi się jednak, że problem pojawił się już znacznie wcześniej. I rzeczywiście.
W starożytności zwierzęta były obecne, sprawiały przyjemność właścicielom, były żywnością ludzi, ich zabawą, bronią, ale w starożytności rzadko mówiono o ich prawach. Wspomnieć jednak trzeba Pitagorasa, który uważał, że zwierzętom należy się szacunek i ochrona, ponieważ one i ludzie mają taką samą duszę, która jest nieśmiertelna i podlega transmigracji. Pitagoras sam był wegetarianinem. Wykupował też ponoć zwierzęta po to, żeby wypuścić je na wolność.
Niestety Arystoteles, czyli najważniejszy dla naszej cywilizacji filozof starożyzny, a za nim św. Tomasz z Akwinu uważał, że zwierzęta istnieją na użytek człowieka i odmawiał im racjonalności i równego moralnego statusu. Ale już jego uczeń i przyjaciel Teofras miał inne zdanie, uważając że zwierzęta potrafią cierpieć tak jak ludzie.
W średniowiecznej Europie zwierzęta towarzyszyły człowiekowi w każdej sytuacji. I były takie, które służyły do produkcji mięsa, czy futer, ale i takie, których status był szczególny. Konie dla rycerzy były bojowymi rumakami, a dla chłopów podstawą ich egzystencji. Utrata konia była dla chłopów tragedią. Dlatego też Papież Urban II, chcąc pomóc rolnikom, którzy często padali ofiarą przemocy, w 1095 r. rozciągnął ideę pokoju bożego na „konie od pługa”. Tym samym każdy, kto podniósłby na zwierzę rękę, mógł spodziewać się kary ze strony Kościoła.
Św. Chryzostom, jeden z największych autorytetów kościoła Wschodu w V wieku pisał, że zwierzętom jesteśmy winni życzliwość i łagodność głownie z tego powodu, że ich i nasze pochodzenie jest takie samo.
Św. Franciszek po prostu nakazywał miłość wszelkiego stworzenia bożego.
Ale niestety nasza cywilizcja oparła się na jednym okrutnym przykazaniu boskim: Idźcie i czyńcie sobie ziemię poddaną.
Zwierzęta też są ową biblijną ziemią.

Przeczytałam “Księgi Jakubowe” do końca 😀
Jeśli dobrze Szczygła rozumiem, jego “strony nie branie” jest właśnie cechą jego pisania. Wnioski są po prostu pozostawione czytelnikowi do obróbki. I to najpewniej zależy też od naszych potrzeb jako czytelników, czy chcemy, żeby nam autor zdradził, co o tym sądzi, czy wolimy, żeby nam nie dodawał swojej opinii.
PS. Opisywanie męczenia żyjątek, choćby najmniejszych, porusza mnie. Przeprowadzam ślimaki przez drogę.
Niestety, sprawdziłam, nawet w tym samym artykule są wnioski
Ewo, pozwól, że ostatnie zdania Twego wpisu, będą impulsem do pierwszych zdań mego komentarza.
Twój tekst:”Ale niestety nasza cywilizcja oparła się na jednym okrutnym przykazaniu boskim: Idźcie i czyńcie sobie ziemię poddaną.Zwierzęta też są ową biblijną ziemią.”
Od bardzo dawna zaintrygował mnie krytyk właśnie tego zdania, Eugen Drewenman (psychoanalityk, psychoterapeuta, teolog, pisarz).Skrytykował on interpretację Słowa z Księgi Rodzaju “czyńcie sobie ziemię poddaną”, stwierdzając, że jest to wypaczenie pojęcia “panowania” , dając jakby “rzekomy boski mandat na tyranię zwierząt” A powinno ono przecież oznaczać pasterską, pełną miłości opiekę i odpowiedzialność ludzi- pasterzy względem zwierząt, a nie ich bezwzględną eksploatację. Drewenman posunął się dalej, stawiając tezę, że współczesne, masowe cierpienie zwierząt ma swoje korzenie w tradycyjnej teologii chrześcijańskiej Zachodu, odcinając człowieka od reszty natury, tworząc niebezpieczną moralną przepaść. Jako psychoanalityk i równocześnie teolog, wskazał, że stosunek człowieka do zwierząt, jest miarą własnego zdrowia psychicznego, i duchowego, co uważam za genialną prawdę.Początkowa reakcja Kościoła Katolickiego oceniała jego poglądy jako zbyt radykalne i również “marginalne”, co ostatecznie doprowadziło do odebrania mu misji kanonicznej do nauczania. Dzisiejsza ekoteologia przyznaje mu jednak rację, a dowodem jest oficjalny dokument Watykanu (encyklika Papieża Franciszka “Laudato si” 2015) o bezpodstawnej, bezwzględnej eksploatacji zwierząt (powtarzajac argumenty Drewenmana).A twierdził on powszechnie również, że współczucie powinno być sercem religii: “prawdziwa wiara polega na współodczuwaniu z każdą czującą istotą, która doświadcza lęku przed przed śmiercią i cierpieniem fizycznym”. Ewo, rozumiem Cię doskonale, że bardzo Cię boli to suche aż do bólu “sprawozdanie” Szczygła o eksperymentalnych metodach w celu polepszenia i powiększenia jakości skóry krowiej w Czechach.Jemu brakuje tam współczucia i oburzenia, z którymi, Twoim zdaniem, powinien się podzielić.Tak, kiedy czytam o tym eksperymencie, to odczuwam fizyczny ból, (bo wyobraźnia nie odpuszcza), przerażenie, na co stać człowieka, oburzenie, że dopuszczono do takich eksperymentów, ulga, że nie stało się to na masową skalę, ale przesmutne, że za taką cenę.Wydaje mi się, że tu wkraczamy już w sferę czysto ludzką, jaką jest wrażliwośc i empatia człowieka.A to jest temat jak rzeka.
Ewo dziękuję Ci za wszystkie Twe wpisy o cierpieniu zwierząt, NAPEWNO trafiły one do wielu czytelników, rozszerzyły nam pole widzenia, odkryły, lub potwierdziły znane już zasoby podłości ludzkiej względem zwierząt, dały do nam do myślenia i odczuwania .To bardzo dużo, pozdrawiam serdecznie