Co robi człowiek, kiedy znajduje się w kryzysie emocjonalnym, jest samotny, cierpi z powodu depresji, bezsenności, chronicznego stresu? Z kim rozmawiać, oto jest pytanie. Zgłosił się do mnie znajomy (nazwijmy go X) z prośbą, bym zajęła się ważną dla niego sprawą, jaką jest terapia duszy, której krytyczny stan w jego wypadku rzeczywiście wymagał fachowej interwencji. Któż z nas, zwykłych śmiertelników nie szuka pomocy, dobrych rad, dróg dla uzdrowienia duszy?
Kiedy spojrzałam na X, od razu pomyślałam, że rzeczywiście potrzebuje wsparcia. Wychudzony, bez wyrazu twarzy, wyciszony głos, nie ten sam człowiek, co kiedyś, wyraźnie było widać zmianę zachowania. Z osoby kiedyś pełnej radości, emanował smutek i żal, że coś mu się przytrafiło, co odmieniło jego życie i to wcale nie na lepsze, jak mu w trakcie terapii obiecano.
Już dwa tygodnie minęły, ale to, co, jak i gdzie się 4 czerwca zdarzyło tak szybko nie zniknie z pamięci. Oby tylko to coś przyniosło, oby tylko…
Mal Content
Jak się czuje facet na demonstracji? Manifestacji? Proteście? Marszu? Jak to coś zwał, tak zwał. Ale jak on się czuje?
Na „rok ów, Sierpień ów, który każdy widział w naszym kraju”, facet stawił się jako dziecko w wieku wczesnoszkolnym, mało rozumiał, a na partycypację był zdecydowanie za mały. Zresztą – kto by go tam puścił, mu pozwolił?
Kiedy „Maj ów i Czerwiec ów”, poprzedzające Jesień Ludów, kwitły wariacko kasztanowcami, a później robiniami akacjowymi, pyszniły się intensywnymi kolorami i woniami, facet właśnie doszedł pełnoletniości. W ostatniej chwili, ale na tyle wcześnie, iż w wyborach udział wziął był i do przemian przyczynił się. Zaś przed wyborami już to jakieś ulotki rozklejał, już to, podpuszczony przez swego polonistę – prominentnego działacza lokalnej opozycji – wraz z klasowymi kolegami na głównym deptaku miasta mini agitację uprawiał, bo sercem całym był za zmianą, ale… W gruncie rzeczy jego zaangażowanie było mikre, jako że miał wtedy na głowie inne sprawy, w jego mniemaniu znacznie ważniejsze: szło wszak o wybór drogi życia, troskę o własne zbawienie oraz odkupienie całego świata. Swoją drogą jak to możliwe, aby troszcząc się o świat cały, być jednocześnie do tego stopnia egocentrycznym i wsobnym? Trudno orzec jak, ale facet chce was zapewnić: jest to absolutnie możliwe.
Trzydzieści cztery lata minęły jako mgnienie. Facet z duchowej stratosfery sfrunął sokolim lotem nurkowym i „w muł prozy życia” (by użyć pretensjonalnej metafory) gębą zarył. Nie on pierwszy i nie on ostatni. O takich kamikadze pisał fraszkopis: Mistyk wystygł. Wynik? Cynik. Tyleż zgorzkniały, na ile gorący był mistyk.
I nadszedł moment, kiedy facet powoli zaczął się obwąchiwać i oswajać z kolejną nadchodzącą jesienią, tym razem jesienią jego życia. I – powoli bo powoli, ale jednak – zaczął się pakować przed odlotem i sprzątać po sobie. A tymczasem znów się rozlega spazmatyczny krzyk: Dla Boga, panie Wołodyjowski! Larum grają! wojna! nieprzyjaciel w granicach! Cóż, pan Wołodyjowski od początku wiedział, że tak będzie. Najpierw go to gryzło, ale potem – spowszedniało. No bo ostatecznie sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało… to znaczy, przepraszam, dumny Narodzie. Chcieliście ludziska, to macie, ja powoli, jako się rzekło, szykuję odlot do ciemnych krajów.
A głos rozpaczliwie woła, duszę rwąc: a ty się nie zrywasz? szabli nie chwytasz? na koń nie siadasz? Co się stało z tobą, żołnierzu? Zaliś swej dawnej przepomniał cnoty? Cóż z tego, niech woła. Pierwsze primo: ta dawna cnota nie taką znowu wielką była. A drugie secundo: scyniczniały do cna Wołodyjowski sensu w chwytaniu szabli nie widzi, jako, że przeczucia ma jak najgorsze i nadzieja żadna się w nim nie tli. Jednak jego polonista po raz drugi go sprowokował. Nieważne, iż już od dobrych kilku lat przebywa w ciemnych krajach. Wcześniej zaszczepił facetowi zamiłowanie do conradowskiego postrzegania świata: po prostu facet, nawet do cna cyniczny, ale jednak facet, aby na miano faceta zasłużyć, musi – po prostu musi – to i owo uczynić, choć sprawę uznaje za beznadziejną i z góry przegraną. Musi, jeśli chce się równo i dokładnie ogolić. Bo tego bez patrzenia w lustro zrobić się nie da.
Dołącza przeto facet do manifestacji. Ale jak się na niej czuje? Nieszczególnie. Uniesienia tłumu żadnego przystępu do niego nie mają. Wypaliło się. Jest tutaj, bo wie, że musi. Ale czuje trzeźwo, beznadziejnie trzeźwo, że… Pesymizm? Nie, realizm. Ach, jak bardzo chciałby się mylić! Jak bardzo…
Za jakieś dwie dekady, kiedy to runie, bo w końcu przecież runie, facet, o ile jeszcze pozostanie na miejscu, a nie w ciemnych krajach, chyba już nie będzie się potrafił cieszyć. Czy pójdzie na demonstrację? Nie wiadomo, czy zdrowie pozwoli. Trudno też przypuścić, co się wykluje, po tylu latach destrukcji, jako alternatywa. Czy warto będzie ją wspierać? Za późno, za niepewnie, cholera jasna i psiakrew
I tak poznałyście, drogie dzieci, historię faceta, który ani razu nie był i nie będzie „w porę”. Niech będzie wam ona przestrogą! A co pozostało facetowi? Ptaszęta niebieskie śpiewają mu: carpe diem, faciu, carpe diem. I on to robi. To nawet miłe.
rzecz dzieje się tym razem we włoskim klasztorze gdzie winko popija szara mysz bannon tymczasem w watykanie panika, sowa franciszka wzywa na pomoc kota behemota, słynnego szczurołapa i myszobójcę który jednakże najchętniej wyleguje się pijany w słońcu na ganku – gdzie się pali, matko święta? – pyta kot behemot – plaga myszy w klasztorze! piwnice w niebezpieczeństwie! – miau! hej przygodo ta zniewaga krwi wymaga! – krzyczy kot, wyskakuje przez okno, ląduje na drzewie i stwierdza, że u jego stóp przechadzają się parki rotweilerów, owczarków alzackich i dobermanów, tak że nie pozostaje mu nic innego jak wyciągnąć szablę i walić płazem po łbach, rach, ciach, ciach, na odlew… psy rzucają się skowycząc do ucieczki, a szara mysz bannon razem z nimi – hurra! – woła kot behemot – matko święta, zadanie wykonane! i wraca na ganek aby znowu wylegiwać się na słońcu.
***A tu jeszcze wiersz, który spóźnił się na minioną sobotę:
lato idzie… kwiat lipy strącany z drzew wciskany do płóciennych worków i zanoszony do skupu
Appalachian Trail, w skrócie A.T., fascynował Stefana od przyjazdu. Stefan lubił chodzić, twierdził, że wtedy myśli się układają i uczucia łagodnieją. AT ma 3,5 tysięcy kilometrów długości i jest najdłuższą trasą tylko do wędrówki na świecie, bo na wielu trasach powstały drogi, szosy, autostrady, na wielu nowoczesność wysiudała wędrujących na skraje, pobocza i obrzeża, a w Appalachach było jak było, kiedy w roku 1921 otwarto oznakowany i lekko uregulowany szlak, który jednak przez ostatnie stulecie praktycznie nadal był pozostawiony sam sobie. Stefan kupił sobie mapę i czasem patrzył na tę wspaniałą linię, która zaczynała się w Maine na górze Katahdin, a kończyła w Springer Mountain w Georgii i przechodziła przez 14 stanów. Georgia, North Carolina, Tennessee, powtarzał w duchu, Virginia, West Virginia, Maryland, Pennsylvania, New Jersey, New York, Connecticut, Massachusetts, Vermont, New Hampshire i Maine. Plaża, basen, pamiątki, restauracje.
Gdy planowali wakacje w roku 1986 i Bianka starannie obliczała, ile muszą mieć “kasy”, tak mówiła, żeby pojechać na dwa tygodnie do Martha’s Vineyard, Stefan zapytał, czy nie lepiej kupić sprzęt i pójść w góry. Dzieciom to się nawet podobało, jakaś koleżanka Małgosi ze szkoły była nawet rok wcześniej na AT z dziadkami, Małgosia wiedziała więc, że to nawet szykowne, tak “rzucić cywilizację i spędzić wakacje w naturze”. Może nawet użyła słowa “dzicz”. Jak zwykle okazało się jednak, że to Bianka ma rację, a nie on, bo nie stać ich było na kupno namiotu, czterech materacy, śpiworów, plecaków, palnika bunsenowskiego i kochera, a przecież były jeszcze potrzebne buty, skarpety, spodnie, swetry, skafandry i peleryny. Z wyjazdu do Martha’s Vineyard też nic nie wyszło, bo było to stanowczo za szykowne miejsce, a zatem za drogie. Słowo “szykowne”, “smart”, było tego lata najważniejszym określeniem, jakiego Małgosia i Basia używały na określenie dosłownie wszystkiego, o co warto było zabiegać. Jego przeciwieństwem było słowo “posh”, które z rangi przymiotnika określającego luksus spadało właśnie do roli obelgi – snobistyczne drobnomieszczańskie ambicje i aspiracje były z całą pewnością “posh”.
Tego dzisiejszego nadesłała Christine Ziegler, a znalazła go, bo musiała uporządkować stare papiery w biurze. A więc to jej dedykuję niniejszy wpis.
Berlińska lewicowa (wówczas) gazeta TAZ, 29/30 kwietnia 1981 roku. Po lewej okładka broszury: Sachschaden, TAZ-Journal numer 3, Häuser und andere Kämpfe (Straty materialne,Domy i inne walki).Na złamanej lancy Don Quizoffa napis LÄSST DIE LEUTE FREI (zwolnijcie ludzi).
29/39 kwietnia 1981 roku. Nie było mnie jeszcze w Berlinie. To był czas Solidarności, byłam w Gdańsku i przeżywałam najwspanialszy czas mojego życia, byłam tam, gdzie działa się HISTORIA. O tym będziemy jutro rozmawiać.
Amerykański sen. Projekt okładki tej mojej niewydanej książki zrobił Konrad
Bo wprawdzie w zaproszeniu napisane jest, że będę czytać, ale czytać chcę niewiele, a najbardziej mi zależy na naszej wspólnej rozmowie o “tamtych czasach”, o naszych czasach i losach naszego pokolenia. Moja powieść Amerykański sen, która odcinkami od ponad roku ukazuje się w nieregularnych odstępach tu na blogu jest teoretycznie ukończona, ale wciąż coś do niej dodaję, dopisuję i rozszerzam. Praca pisarza ma bowiem to do siebie, że dopóki nowego dzieła nie zabierze wydawca, nie wydrukuje go i nie wyda, pisarz wciąż będzie coś poprawiał. Nie zawsze te poprawki mają sens, ale nie ma sensu dyskutować na temt ich sensu, bo one po prostu są i są niezniszczalne. Jestem pewna, że nasza jutrzejsza rozmowa okaże się interaktywna, Wy będziecie różne rzeczy opowiadać, a ja je pochłonę, przepracują i wstawię do niekończącej się (póki co) powieści o tym, jacy jesteśmy, my, pokolenie Solidarności.
A teraz wróćmy do Don Kichota, który mnie otacza ze wszystkich stron. Teraz wychynął z berlińskich lat 80, z walki o domy.
Pod koniec lat 60, po okresie odbudowy tego, co było i zostało zniszczone w czasie wojny, nastąpił pierwszy berliński boom budowlany, który jak pełzająca po dnie morskim rozgwiazda parł przed siebie i pożerał wszystko, co spotkał na swej drodze. Jego ofiarą padały kolejne wielopodwórkowe kamienice w alternatywnej dzielnicy, jaką był Kreuzberg. A gdy burzono kamienice, by wybudować na ich miejscu nowe nowoczesne bloki, niszczono nie tylko starą substancję budowlaną, ale też substancję społeczną, która jak grzybnia przenika i przerasta wszelkie struktury sąsiedzkie. Buldożery wyrzucały z domów i wyrywały z sieci społecznych powiązań i dawnych berlińczyków, i nowopowstałe alternatywne komuny studenckie, artystyczne, imigracyjne, zgrupowania ludzi i idei wszelkiej maści, ale zawsze niezależne. Starzy i młodzi dość bezradnie patrzyli na to, jak odbiera się im domy i niszczy życie. Buldożery niszczyły niby to na zasadzie nazywanej po niemiecku Sanierung, odbudowa uzdrawiająca, którą lud przemianował na Kahlsanierung, czyli leczenie przez zniszczenie do stanu ogolonej na łyso czaszki. Gdy padły skupiska starych domów wokół Kottbusser Tor, wyrzuceni na bruk podnieśli głowy i powiedzieli NIE. 3 lutego 1979 roku berlińska młodzież zajęła dwa pierwsze przeznaczone do wyburzenia budynki. Rozpoczęła się wojna o domy – rebelianci zasiedlali na dziko przeznaczone do rozbiórki domy i nie dopuszczali do ich wyburzenia, i wychodzili na ulicę, gdy policja próbowała ich usunąć. Jesień i zima 1981 roku były apogeum tej walki. Zasiedlono prawie dwieście squatów, a walki uliczne toczyły się niemal co dzień.
Przełomowym momentem była wielka bitwa 12 grudnia 1980 roku.
W tym mniej więcej czasie, dokładnie rok później, w Polsce skończył się czas, nazywany teraz, nie wiadomo dlaczego, karnawałem Solidarności, generał Jaruzelski wprowadził stan wojenny, a polska młodzież bijąc się z milicją w obronie rozłożonej na łopatki Solidarności, krzyczała na zomowców, czyli oddziały do walk specjalnych GE-STA-PO GE-STA-PO. Walczący o domy berlińczycy wykrzykiwali w stronę swojej berlińskiej policji ZO-MO ZO-MO.
Ciekawe, że po niemiecku ta walka nazywała się Häuserkampf, walka o domy, co jest terminem militarnym, oznaczającym walkę w mieście o każdy dom osobno. W Berlinie w roku 1980-81 walka toczyła się wprawdzie również o każdy dom osobno, ale przede wszystkim o PRAWO do zachowania starych domów i prawo do zachowania własnych struktur społecznych.
W obu wypadkach można powiedzieć, że walczyli bezbronni przeciw machinie, artyści przeciw chęci zysku za wszelką cenę. Główną bronią rebeliantów były idealizm i sztuka. Wydawałoby się, że piórem, gitarą i pędzlem nie da się pokonać kapitalistycznej bestii, a tymczasem ta beznadziejna walka okazała niezwykle efektywna. Dziś po prawie pół wieku od tamtych czasów możemy powiedzieć z całą pewnością, że obie te walki, o prawa człowieka i o domy, okazały się skuteczne.
A potem nadeszły następne monstra… I tak, ta walka nigdy się nie kończy. Tamtą wygraliśmy, obcięliśmy łeb hydrze, cóż, odrosły trzy inne…
Apeirogon – książka autorstwa irlandzkiego pisarza Columa McCain.
Apeirogon – definicja: figura geometryczna o nieskończonej, ale policzalnej, ilości boków.
Rezultat – książka mocno powikłana, zawiera sporo wstawek nie mających nic wspólnego z głównym tematem. W rezultacie, podczas lektury wielokrotnie korzystałem z pomocy internetu i… uderz w stół.
Okazało się, że dwaj bohaterowie tej bardzo dramatycznej historii są właśnie w Australii – KLIK
Ich historia w ogromnym skrócie: Rami Elhanan – Izraelita, jego ojciec – Żyd, który emigrował do Izraela z Węgier w 1947 roku. Żona – Nurit Peled – córka wybitnego izraelskiego generała (6-dniowa wojna 1967). Rami był czołgistą podczas wojny Yom Kippur w 1974 r. W 1997 r, jego 14-letnia córka Smadar, zginęła w wyniku palestyńskiego samobójczego zamachu bombowego na ulicach Jerozolimy. Kilka lat później wstąpił do organizacji Combatants for Peace (Bojownicy o Pokój) – KLIK –zrzeszającej izraelskich i palestyńskich aktywistów walczących bez używania przemocy o zakończenie izraelskiej okupacji terenów palestyńskich.
Bassam Aramin – Palestyńczyk. Od dziecka był świadkiem izraelskiej przemocy w najbliższym sąsiedztwie. Gdy miał 17 lat, wraz z kolegami podłożyli przypadkowo znalezione granaty pod izraelskie pojazdy, nastąpiła eksplozja, nikt nie zginął. Wkrótce Bassam został schwytany i skazany na 7 lat więzienia. W więzieniu został okrutnie pobity przez izraelskich żołnierzy, dla których był to regularny trening. Bicie było kontynuowane w więziennym szpitalu. W więzieniu obejrzał film Lista Schindlera – KLIK – z którego dowiedział się o losie Żydów podczas Holocaustu. Jego pierwszą reakcją była radość – TAK! TAK! – jeszcze więcej!
Po kilku latach, nadal w więzieniu, przyszła zupełnie odwrotna refleksja. Zdał sobie sprawę z cierpień narodu żydowskiego. Co go uderzyło to wrażenie, że ofiary Holocaustu zdawały się przyjmować swój los bez gwałtownych protestów. Zaczął studiować ten temat, nauczył się języka hebrajskiego.
W 2005 roku Bassam dołączył do Combatants for Peace i tam poznał Rami. 2 lata póżniej jego córka Abir została postrzelona gumową kulą przez izraelski patrol. Najbliższy szpital nie był w stanie jej pomóc, zdecydowano przewieźć ją do szpitala w Jerozolimie. Pokonanie kilku kilometrów przez palestyńską karetkę pogotowia zajęło ponad 2 godziny z powodu długiego czekania na izraelskim punkcie kontrolnym. Dwa dni później Abir zmarła w szpitalu.
Abir i Smadar…
Od tego czasu Bassam i Rami odwiedzają wiele miejsc, głosząc ideę pojednania. Kilka dni temu byli w Melbourne.
O ich wizycie dowiedziałem się w piątek (26/5/23) wieczorem. Strona organizatora imprezy informowała, że bilety wyprzedane, ale można się zapisać na waiting list. Zapisałem się. W poniedziałek o 5 popołudniu dostałem powiadomienie, że mają kilka biletów. Dla mnie mieli, początek 6:30. Dojazd do centrum Melbourne o tej porze nie jest zbyt łatwy – samochodem do stacji kolejki, kolejką do centrum miasta, kilka przystanków tramwajem – JESTEM!
Migawka z jazdy tramwajem. Tłok, w większości młodzież, studenci. Starsza pani stoi w środku tego tłumu, nie ma się czego złapać a tramwaj hamuje dość mocno. – Możesz się mnie przytrzymać – proponuje stojąca obok młoda dziewczyna. – Naprawdę? Mogę? – starsza pani łapie dziewczynę w objęcia, przytula się do niej, kładzie głowę na jej ramieniu i z błogim uśmiechem zamyka oczy.
Przylegająca do naszej Biblioteki Stanowej sala Wheelers Centre okazała się bardzo skromna…
Dopiero w tym momencie zdałem sobie spraw, jak trudna do pojęcia jest idea, o którą walczą Rami i Bassam. Wiedziałem, że szczególnie Rami i jego rodzina byli mocno atakowani przez izraelskie prawicowe media. Nie dziwię się, że w takiej sytuacji trudno zdobyć popularność w innych krajach. Bassam i Rami wspomnieli, że w Australii odwiedzili szkoły izraelskie i palestyńskie. Spotkali się w nich z raczej chłodnym zrozumieniem, na marginesie zauważyli objawy wrogości.
Moje osobiste wrażenie. Po pierwsze – zdawałem sobie sprawę, że raczej nie dowiem się niczego nowego, ale miałem jednak poczucie, że oto tuż za miedzą dzieje się coś ważnego i chciałem chociaż otrzeć się o to. Niestety nie miałem śmiałości, żeby powtórzyć scenę z tramwaju.
Po drugie – Bassam i Rami – wydawali się nieco zmęczeni tymi licznymi występami, szczególnie Rami. Bassam potrafił zachować dobry humor. Na pytanie prowadzącej spotkanie, czy Rami jest jego przyjacielem, odpowiedział – Rami przyjacielem? Rami to jest mój wróg – jest Izraelitą, nie mówi po arabsku i nie pali papierosów!
Na pytanie – dlaczego to robisz? – Rami odpowiedział – każdego ranka gdy się budzę widzę nad sobą Smadar. Patrzy na mnie z wyrzutem – już tak późno, a ty jeszcze nic nie zrobiłeś, żeby to skończyć. I tak do końca dnia. Bassam kiwał głową bez słów.
Po trzecie – konkrety. Rząd Izraela – obaj nie mieli wątpliwości – jeśli odrzucamy przemoc, to wszystko w rękach rządu Izraela. Rami – to prawicowy, faszystowki rząd. Opozycja praktycznie nie istnieje. Jedyny izraelski rząd, który stwarzał nadzieję na unormowanie stosunków między Izraelem i Palestyną, to rząd Yitzhaka Rabina w latach 1974-77. Przypomnę, że w latach późniejszych Y. Rabin był przywódcą lewicowej parlamentarnej opozycji. W 1995 roku został zamordowany przez prawicowego ekstremistę. Rząd okupowanej Palestyny – Rami machnął ręka z rezygnacją – jak prezydent Palestyny chce odwiedzić swój stary dom w innej strefie okupacyjnej, to musi prosić izraelską administrację o przepustkę.
Bassam miał podobne zdanie, dodatkowo wspomniał, że bardzo istotnym czynnikiem w tej sprawie jest pozycja rządu USA.
I jeszcze Rami – dla naszej młodzieży, gdy osiągnie 16 lat, organizuje się wycieczki do Auschwitz, tam maszerują wznosząc okrzyki – Nigdy więcej! Po powrocie do Izraela, czeka na nich obowiązkowa służba wojskowa, a tam są szkoleni, jak przeprowadzać kontrole ludności palestyńskiej.
Po uporządkowaniu wrażeń wróciłem do lektury.
Apeirogon – nieskończone, ale policzalne. W przypadku książki jest to 1001 rozdziałów. Pierwsze 500 rozdziałów ponumerowane od 1 do 500, kolejne 500 – odwrotnie, ostatni rozdział – bez numeru – zdjęcie falującej wody.
Mój główny zarzut do autora – w książce brak jest płynnej narracji, która oddawałaby klimat życia w Izraelu i Palestynie, zamiast tego przypadkowe krótkie relacje, jakby skopiowane z internetu. Dostosowałem się do tego. Poniżej kilka takich relacji.
W rezultacie zamachu terrorystycznego, w którym zginęła Smadar, zginęły jeszcze trzy przypadkowe osoby oraz trzej zamachowcy. Zamachowcy byli przebrani za kobiety. Następnego dnia po zamachu rodziny terrorystów musiały opuścić swoje domy, które zostały zabetonowane. Krążą pogłoski, że zamieszkały one w nowych domach, zakupionych dla nich przez rząd Iranu. Rodzice dziewczynki, która również zginęła podczas zamachu, wytoczyli w USA proces rządowi Iranu o zorganizowanie zamachu. Sąd uznał ich skargę i przyznał odszkodowanie $1,7 mln. Rząd Iranu nie zapłacił.
Relacje prasowe po śmierci Abir. Ojciec ofiary działa w organizacji Combatants for Peace... Ojciec ofiary spędził kilka lat w więzieniu za działalność terrorystyczną. Armia opublikowała oficjalną deklarację, że nie ma nic wspólnego z tą sprawą… W okolicy wydarzenia odbywały się protesty Palestyńczyków… Ofiarę incydentu widziano jak trzymała w dłoni kamień… Została zabita kamieniem rzuconym przez protestujący tłum… Została postrzelona przez palestyńską policję… Miała atak epilepsji i uderzyła głową o bruk… W jej kieszeniach znaleziono kamienie… Zginęła w wyniku wybuchu granatu, który trzymała w dłoni… Personel w palestyńskiem szpitalu upuścił ją z wózka i rozbiła sobie głowę… Jej muzułmańscy rodzice nie zgodzili się na leczenie przez izraelskiego doktora…
Cztery lata później podczas procesu w sądzie cywilnym, sędzia (kobieta) zakwestionowała raport, że Abir została zabita kamieniem wystrzelonym z procy przez palestyńskich chłopców ukrywających się na pobliskim cmentarzu. Zwróciła uwagę, że cmentarz jest odległy 100 m i zasłonięty przez 4-piętrowy budynek. Dodatkowy argument – znaleziono gumowe kule na ziemi, kilka kroków od miejsca wypadku. Rezultat procesu – Bassam otrzymał odszkodowanie – 1 mln szekeli ( ok. $270,000).
Bassam stale nosił w kieszeni cukierkową bransoletkę (candy bracelet), którą kupiła Abir podczas wyprawy do sklepu. Może taką…
Po wyjściu z pracy wkładał rękę do kieszeni i przesuwał palcami po cukierkach. Pewnego dnia wracał z pracy samochodem. Ruchomy punkt kontrolny… – Pokaż mi swoje dłonie! Pokaż dłonie!! Izraelski żołnierz, starsza kobieta, siwe pasma włosów. Bassam miał wrażenie, że mówi z rosyjskim akcentem. Nagle wycelowała w niego karabin… – Co to kurwa jest? Bassam przekręcił donie, zauważył że są lekko zabarwione na różowo, pachniały słodyczą. – Na kolana, na pieprzone kolana! Bassam klęknął przy szosie. Twarz zwrócił na wschód aby, jeśli przyjdzie na to pora, móc się modlić. Przez głowę przeleciała myśl, żeby polizać dłoń, ale przypomniał sobie, że jest Ramadan, czas postu. – Podciągnij koszulę, podciągnij koszulę, powtarzam! Przez chwilę nie czuł wstydu, nawet przed kobietą, gniew przytłumił przyzwoitość. Kolba karabinu uderzyła go w okolice nerek, pchnęła do przodu, czuł kurz w na twarzy, kobieta nakładała mu na nadgarstki samozaciskowe kajdanki. Pociągnęła go za włosy i wepchnęła do wojskowego samochodu. Pięć godzin później, jeszcze na posterunku, kobieta zmiękła, przykro jej, ale Sentex – materiał wybuchowy używany do produkcji bomb, zabarwia dłonie na różowo.
Strefy na terenach palestyńskich: A – administrowana przez władze palestyńskie, nieograniczony dostęp dla izrealskich patroli wojskowych, prawo izraelskie zabrania tam wstępu obywatelom Izraela. B – administrowana przez władze palestyńskie, obie strony odpowiadają za bezpieczeństwo, otwarta dla Izraelitów i Palestyńczyków. C – tereny zamieszkałe przez izraelskich osadników (ONZ uznaje to za nielegalne) i Palestyńczyków (głównie rolnicy). Strefa administrowana przez Izrael. Prócz tego jeszcze 4 pomniejsze strefy H1, H2, E1. Seam Zone – patrz przypisy.
Apeirogon – figura geometryczna o nieskończonej, ale policzalnej, ilości boków. Licznik bije nadal – 5/6/2023 – zmarł 3-letni palestyński chłopiec postrzelony przez izraelski patrol – KLIK.
Przypisy: Colum McCain – autor książki – KLIK. Punkty kontrolne na terytorium Palestyny – KLIK. Seam Zone – KLIK.
EMS (Ewa Maria Slaska): Wszystko co wiem, wiem z Facebooka!Wszystkie uwagi kursywą będą ode mnie. Reszta od biegnącego autora.
Piotr Ibrahim Kalwas
28 maja 2023
Dzień dobry. Jestem w Szczecinie i właśnie wybiegam z hotelu. Biegnę do Warszawy. Ok. 600 km biegu przez dwa tygodnie. Mały plecak, dużo muzyki, no i przesłanie mojego biegu, które jest wypisane na tiszercie. To przesłanie to oczywiście oczywista oczywistość, ale nieustannie trzeba o tym przypominać. Będę codziennie nadawał z biegu, trzymajcie za mnie kciuki. I za dobrą pogodę
EMS: Pierwsza informacja na FB zebrała 4,7K lajków! To się nazywa osiąg!
Pierwszy dzień biegu Szczecin – Warszawa pod hasłem NIE GŁOSUJ NA PiS! zaliczony. Niedługi, 35 km (wynik w komentarzach) tak na rozruch. Teraz pizza i bezalkoholowe piwo w hotelu jak z bajki
EMS: Autor codziennie będzie zamieszczał takie zdjęcie, wykonane PO przebiegnięciu dziennej normy, a w komentarzach znajdzie się też statystyczna relacja z samego biegania:
EMS: W komentarzach dużo fajnych słów zachęty i wsparcia, ale też rady o tych, co zawsze wiedzą lepiej. Np. pewien pan pisze:
1. mózg ma kłopot z dostrzeganiem “nie” przed czasownikami 2. “nie” chowa się pod szelką plecaka, pod ramieniem. …rekomenduję nową koszulkę z napisem “GŁOSUJ NA jakąkolwiek OPOZYCJĘ” Jeśli pomysł, Panie Piotrze, podoba się to dokładam się do zakupu nowej koszulki A w sumie to możemy zrobić z tego charytatywną zrzutkę z przeznaczeniem na jakiś mądry cel (hospicjum?)
EMS: Czyli nawet krytyka jest sympatyczna. I tak trzymać.
EMS: Po drodze ciekawostki:
EMS: I koty, ale też hasło autora biegacza brzmi – hotel z kotem to dobry hotel.
EMS: Gdy to piszę (9 czerwca) jest 13 dzień biegu, a to znaczy, że bieg dobiega końca (to piękna fraza – bieg dobiega), gdy to zostanie opublikowane (12 czerwca) będzie już po biegu
Dziewiąty dzień mojego biegu Szczecin – Warszawa pod hasłem NIE GŁOSUJ NA PiS! Dotarłem ze Słupcy do motelu między Koninem a Kołem. 41km. Piękne wiejskie i leśne klimaty miałem po drodze. Wolę nadrobić trasy i biec przez wsie, pola i lasy, niż zasuwać drogą szybkiego ruchu, bo to i niebezpieczne i nudne. Dziś poczułem tę samotność o której pisali ci od Drogi, np. Kerouack czy Stachura. To jest ekstatyczna samotność, przenikająca na wskroś, ma się wrażenie że jest się centrum świata. Jeden i drugi o tym pisał, dziś to poczułem, to niezwykłe. Miałem wrażenie, że jestem w pędzącej kapsule unoszącej się nad ziemią. Myśli, obrazy, wspomnienia, muzyka dudniąca mi na uszach, wszystko to zlewało się w jedną całość i niosło mnie do przodu. Doznawałem mistycznych uniesień. Tak, wiem, to Runner’s High i zmęczenie, ale może nie…
Dziesiąty dzień mojego biegu Szczecin – Warszawa pod hasłem NIE GŁOSUJ NA PiS! Dotarłem do pensjonatu w okolicach Kłodawy. 33 km biegu, ostatnie 4-5 już marszu i marszobiegu, bo dziś poczułem w sobie te 400 przebiegniętych km. Adrenalina wali po całości Jeden pan z dobrego auta pokazał mi fucka, inny, z rzęcha, groził piąchą i coś wrzeszczał, ale James Brown go zagłuszył. A poza tym dużo przyjaznego machania i Teraz żarcie. Dużo.
Dzień jedenasty mojego biegu Szczecin – Warszawa pod hasłem NIE GŁOSUJ NA PiS! Dobiegłem do hotelu między Kutnem a Żychlinem. 40 km. Po pierwszych kilku km złapał mnie skurcz łydki i musiałem pół godziny siedzieć w polu. Znam te skurcze, więc nie przejąłem się, to samo przechodzi. Potem już było dobrze, biegłem i maszerowałem na zmianę. Były klaksony, machania, podniesione kciuki i uśmiechy, dezaprobaty nie zauważyłem, ale z pewnością była. Do gorąca jestem przyzwyczajony, ale pod koniec biegu drzewa wydawały mi się starymi mężczyznami krzyczącymi coś do mnie i machającymi rękoma (gałęziami) to było zajebiste. Dużo Red Hot Chili Peppers dzisiaj, dawno nie słuchałem i autentycznie czułem żal w ich głosach i pretensje że ich zaniedbałem, pierwszy raz poczułem jak muzyka mi się żali, żywa plazma, byt. Podwójne pierogi teraz i dwa Dextery. A, i popatrzcie jakiego mam fajnego trajbala na głowie, zupełnie za darmo (chodzi o zdjęcie nr 4 w powyższej galeii)
Dzień dwunasty mojego biegu Szczecin – Warszawa pod hasłem NIE GŁOSUJ NA PiS! Dobiegłem do hotelu za Łowiczem. 38 km. Minąłem dwie procesje twarzą w twarz i nikt na mnie nie krzyczał Za to z balkonu domu w pewnej wsi młodzi ludzie krzyczeli do mnie “brawo!” i to było bardzo miłe. Uśmiechy kierowców i tylko jeden pan kierowca pukał się w głowę. Wypiłem ze cztery litry płynów i ani razu nie sikałem. Cały paruję No i po raz pierwszy dostałem wegański obiad, na czas biegu zmuszony byłem przejść na wegetarianizm, inaczej bym umarł z głodu, na prowincji króluje mięso, a warzywa drogie strasznie. To jakiś obłęd, na polskiej wsi warzywa i owoce są droższe niż na Malcie.
10 czerwca
Zrobiłem to Przebiegłem ze Szczecina do Warszawy pod hasłem NIE GŁOSUJ NA PiS! Dziś dotarłem do mety w Łazienkach. Ok. 570 km biegu przez 14 dni. Chciałbym bardzo podziękować wszystkim, którzy mnie wspierali, to było mi potrzebne i dodawało sił. Wielkie, wielkie dzięki. Jeżeli moja akcja przyczyniła się chociaż minimalnie do zwycięstwa demokracji w najbliższych wyborach, to osiągnąłem swój cel. To była taka mała kropla, ale wiecie sami jak jest z tą kroplą i skałą…
Działajmy oddolnie, jak tylko możemy w walce z PiSem, niekoniecznie biegając, ale organizując na wszelkie sposoby małe, większe i duże akcje antypisowskie. Razem i indywidualnie. W nas jest siła, w wolnych ludziach. Niech moc będzie z Wami.
Społeczne sztaby wyborcze Akcji Demokracji działają na pełnych obrotach! Pierwszym testem dla naszej grupy aktywistyczno-wolontariackiej był marsz 4 czerwca i zdaliśmy go śpiewająco. Zgłoś swój akces do sztabów i otrzymaj wyjątkowe materiały, dzięki którym zmobilizujesz mieszkańców Twojego regionu do udziału w wyborach i głosowania za lepszą wizją Polski! Jeśli nie masz czasu na dołączenie do sztabu lub uważasz, że to jeszcze nie ten moment, rozważ wsparcie działań oddolnych sztabów w całej Polsce. Dzięki wsparciu osób zaangażowanych w ruch Akcji Demokracji będziemy mogli sfinansować materiały i sprawić, że te wybory przyniosą realną zmianę.
Dzień dobry,
długie godziny spotkań w sieci, rozmowy, mobilizacja w setkach miast i miasteczek – to wszystko sprawiło, że marsz 4 czerwca był wyjątkowy i przełomowy dla naszego ruchu. Komentatorzy nie mają wątpliwości – to był największy protest w najnowszej historii Polski. Pięknie się zmobilizowaliśmy i mimo słonecznej pogody wielu z nas wybrało udział w święcie demokracji, rezygnując z niedzielnego odpoczynku. Ale myślę, że było warto, bo atmosfera była naprawdę niesamowita.
Marsz 4 czerwca był też pierwszym działaniem realizowanym przez społeczne sztaby wyborcze Akcji Demokracji. Cudownie było zobaczyć wspaniałe osoby, które wcześniej znały się tylko z rozmów w sieci, w działaniu. Ludzi w różnym wieku, z różnych regionów Polski, dla których nie jest obojętne jaka będzie Polska. Aktywiści i aktywistki ze sztabów na demonstracji rozmawiali z ludźmi, rozdawali plakaty i naklejki zachęcające do udziału w wyborach i głosowania za wartościami, przygotowywali transparenty, a przede wszystkim budowali niezwykłą wspólnotę.
My w Berlinie też się zmobilizowaliśmy, choć tu aktywne były Dziewuchy Berlin, a nie Akcja Demokracja. Ale to przecież nieważne. Ważne, że byliśmy razem i ważne, co będziemy robić dalej?
Tu kilka zdjęć z naszej berlińskiej akcji. Autorka Krystyna Koziewicz.
Dwie ubrane na czarno kobiety to Agnieszka Glapa (ta wyższa), ta niższa (ale tylko wzrostem) – Anna Krenz, “Dziewuchy Berlin“
Autor Sławomir Prudzyński.
Mówią: Arkadiusz Dziura, Joanna Kiliszek, Kamile Piechaczyk, Ewa Maria Slaska i Aleksandra Puciłowska
Podczas pierwszej rekrutacji do sztabów zgłosiło się 400 osób. Około 80 bierze udział regularnie w spotkaniach planujących działania i przygotowuje się do naszej wielkiej kampanii profrekwencyjnej. Jednocześnie rekrutują do współpracy znajomych. Tak, aby w szczytowym momencie kampanii wyborczej były nas tysiące. Osoby, które dołączają do sztabów jako pierwsze zapoznają się naszymi planami i mają wpływ na decyzje już na etapie ich dyskutowania. Również do nich w pierwszej kolejności będą trafiać materiały (koszulki, plakaty, naklejki, przypinki), które przygotowujemy w kampanii. Angażując się w sztaby można też zostać twarzą działań Akcji w wyborach i opowiedzieć swoją historię setkom tysięcy osób. Teraz znowu otwieramy możliwość zapisów do sztabów. Są już grupy, które działają w poszczególnych regionach, dlatego po zapisaniu skierujemy Cię już do osób, które są aktywne w Twojej okolicy. Dołącz do sztabów i przeżyj niezwykłą przygodę! Decyzja o powołaniu sztabów była jednym z najlepszych pomysłów, jakie realizujemy w Akcji Demokracji. Nasz stały zespół odpowiedzialny za kampanie liczy zaledwie 8 osób, dzięki sztabom możemy sprawić, że nasze działania będą naprawdę ogólnopolskie. Jednak wraz z rosnącą ilością zaangażowanych osób potrzebujemy więcej materiałów, które pojadą w Polskę. Podczas marszu 4 czerwca wyprodukowaliśmy 6000 plakatów i 10 tys. naklejek, które rozeszły się w oka mgnieniu. Koszty naszego udziału, jak na skromny budżet na działania wyborcze były bardzo wysokie, ale było warto.
Teraz podobne wydarzenia czekają nas w całej Polsce. Spraw, by nie zabrakło naszych materiałów profrekwencyjnych w całej Polsce. Nawet niewielka kwota może przyczynić się do tego, że wynik wyborów zmieni się na tyle, by móc zrealizować nasze postulaty. Raz na cztery lata zdarza się szansa, by skończyć z nieludzkim prawem skazującym kobiety na umieranie w szpitalach, gdy zajdą w ciążę. By ukrócić sytuację, w której nie wiemy czy sędzia rozpatrujący naszą sprawę będzie niezależny, czy będzie chodził na pasku władzy. By media publiczne były rzetelne, a nie, jak teraz, upartyjnione. By minister edukacji i nauki zachowywał się odpowiedzialnie i kulturalnie, a nie używał języka i porównań kojarzących się z miejscami mniej eleganckimi niż resort odpowiedzialny za oświatę. Dlatego zachęcam Cię do wsparcia sztabów. Ich zadaniem będzie doprowadzenie do zmiany, której tak pragniemy!
Pozdrawiam serdecznieBogumił Kolmasiak z zespołu Akcji Demokracji
Akcja Demokracja buduje ruch ludzi zaangażowanych w ważne dla nich sprawy. Wykorzystując nowe technologie, dajemy możliwość działania na rzecz lepszego, bardziej sprawiedliwego, polskiego społeczeństwa. Działamy dzięki wsparciu i zaangażowaniu tysięcy aktywistek i aktywistów, co gwarantuje naszą niezależność. Kliknij tutaj, by dorzucić się do wspólnych działań!
Sezamie, otwórz się tu i teraz – powiedziałam do siebie. Tu i teraz! Gdzie skręcisz, idziesz prosto? Dzisiaj po Wiedniu chodzisz, a nie jeździsz. I dziś bez celu. Zobacz, dokąd prowadzą cię dziś nogi!
Na ogół mam swoją stałą trasę. Kiedy chcę iść pieszo przez Wiedeń, wtedy idę tak jak jeździ metro numer 3, od Westbahnhof, czyli Mariahilfer Strasse do Stephansplatz. To jest kawał drogi, ale idzie się przyjemnie, czuć rytm miasta, kocham to. Po drodze wchodzę do mojej kawiarenki z pralinami, a nawet tortami bezglutenowymi. Dramatycznie niebezpieczna sprawa, bo chociaż bez glutenu, ale TAAAAAKIE, ogromne, no i te nadzienia w nich!