Człowiek z podszewką

Teresa Rudolf


***
Radość; radość pogania
śmiechem bez końca…
gdy domino ustawione
z radości, ktoś potrąci…

***
Smutek; ciężko stąpa
w czarnych kaloszach,
topiąc się w swych
jakże czarnych łzach.

***

Żal; zgarbiony w sobie,
w starych, podartych
kapciach, chodzi cicho
sznurując mocno usta.

***

Miłość; cała w makach,
w  śpiewie skowronków,
cała przezielona z nadziei,
z zażenowania czerwona…

***

Nienawiść; pełna sztyletów
chowanych po kieszeniach,
spojrzenia pełne arszeniku,
błyskawica w zadaniu ciosu…

***

Samotność; straszy pustką,
przez świat opuszczeniem…
gorącą, najsuchszą pustynią, 
też i przeręblą lodową pękającą…

…już  nawet 
pod ciężarem
małego dziecka.

Don Kichot i Ela (5)

Ela Kargol & Ewa Maria Slaska

Kowal z Łaszkowa

W listopadzie 2017 roku lokalne czasopismo w Ostrowie Wielkopolskim ogłosiło, że W TYM TYGODNIU DON KICHOT BRYKA PO OSTROWIE.

Jesienna aura nas nie rozpieszcza, pisali dziennikarze. Na kichanie w tym roku radioCENTRUM_106.4 poleca Don Kichota.

Szukacie go na ulicach, robicie sobie SELFIE (na zdjęciu koniecznie musi być widać też logo radiaCENTRUM), przesyłacie takie foto na adres: kichot@rc.fm i… czekacie spokojnie na odzew naszej komisji kichotowej.

Ciekawe czy radiowcy wiedzieli, że Don Kichot nazywał się… Quijano, czyli przecież Kichano, czyż nie? Zobaczcie TU.

Continue reading “Don Kichot i Ela (5)”

Pomnik komunisty

Dziś taka propozycja na spacer majowy.

Ela Kargol

Pod pomnik poszłam 9 maja. W dzień zwycięstwa.

Ernst Thälmann nie doczekał końca wojny, ani dnia zwycięstwa. Został zamordowany na osobisty rozkaz Hitlera w obozie koncentracyjnym w Buchenwaldzie, 18 sierpnia 1944 roku.

Jego żona i córka przeżyły Ravensbrück.
I do końca życia zostały wierne komunizmowi, jak ich mąż i ojciec.

Continue reading “Pomnik komunisty”

Niezapominajki

Dziś Dzień Niezapominajki. To takie święto wymyślone przez Polaków. Podoba mi się i od jakiegoś czasu próbuję je promować. Na apel o organizowanie Dnia Niezapominajki reagują głównie szkoły, świetlice, przedszkola. Organizatorzy piszą:

Dzień Niezapominajki obchodzimy 15 maja. W tym dniu promujemy szczególnie walory polskiej przyrody i różnorodność ekologiczną. 

Continue reading “Niezapominajki”

Berlin dla potrzebujących

Ewa Maria Slaska

Wróciłam właśnie z Polski. W Polsce w dużych miastach nie widać żebraków, w każdym razie w centrum nie ma ich zbyt wielu, ale jak są, to widok jest spektakularny, bo całą przednią częścią tułowia leżą na ziemi i klęczą z wyciągniętymi przed głowę rękami. Robi to na mnie wstrząsające wrażenie, wydaje mi się, że jest to straszne poniżenie osoby ludzkiej. Jestem z Berlina, u nas jest inaczej, żebraków jest mnóstwo, często są z Polski albo z innych krajów byłej Europy Wschodniej. Nie klęczą na ziemi.

***
Na stacji metra podchodzi żebrak i krzyczy na mnie, że nikt mu nie chce nic dać i że ma nas wszystkich dość. Daję mu 2 euro. Przyjeżdża pociąg, wsiadamy, żebrak krzyczy teraz na wszystkich pasażerów. Sporo ludzi wrzuca mu coś do pomiętego kubka papierowego.

***

Jak tylko robi się ciepło, w mieście jest masa ludzi. Wszyscy piją piwo. Każdy, czy to elegancki pan w garniturze, czy obszarpany punk, grzecznie odstawia butelki i puszki wianuszkiem wokół kosza na śmieci. Pod wieczór przybędą z wózkami i torbami zbieracze butelek.

***

Wtorek, ciepło, idę się poszwendać. Przy stacji Prinzenstrasse na Kreuzbergu był kiedyś nielegalny, ale w końcu zalegalizowany ogród berliński – Prinzessinnengarten, Ogród Księżniczek. Od czasu gdy lata temu zlikwidowano najsłynniejszy taki ogród – Rose Rose, czyli Różową Różę na Kinzigstrasse na Friedrichshainie – we wszystkich squatach ogrodowych sadzi się rośliny w skrzyniach, doniczkach i workach. Likwidacja Różowej Róży, gdzie wszystko jeszcze rosło po bożemu w ziemi, przeszła do historii miasta. Ogrodnicy wykopali wszystkie rośliny i 18 lipca 2008 roku zawieźli na rowerach na inny berliński nieużytek – leżące odłogiem podwórko zlikwidowanej szkoły im. Franza Fühmanna na Frankfurter Allee.
Ogród Księżniczek był już od początku mobilny, przygotowany w każdej chwili do ewakuacji. I tak się też stało. Kiedyś bowiem ogród został z powrotem odlegalizowany. Rośliny odjechały na rowerach w następne miejsce. Ale tu gdzie przedtem rosły, po kilku latach nadal nic się nie dzieje. W środku miasta rozciąga się w cieniu drzew trawnik opuszczonego ogrodu. Z daleka widzę ludzi i namiot, znak że w tajemniczym ogrodzie jest jednak jakieś życie.


Podchodzę bliżej, pod namiotem stoją stoły, krzesła, ławki. Jest sporo ludzi. Miejsce wykorzystuje pewna instytucja charytatywna, która we wtorki przygotowuje i rozdziela bezpłatne jedzenie dla potrzebujących. Zapraszają mnie do stołu. Jest zupa, kilka dań wegańskich, soki, kawa, budyń z owocami, ciasto. Wszystko pyszne. Próbuję zapłacić za lunch, nikt nie chce ode mnie żadnych pieniędzy, wreszcie ktoś się nade mną użala i podsuwa skarbonkę na datki.
Pytam, czy mogę tu na blogu napisać o wtorkowych lunchach w byłym Ogrodzie Księżniczek.
– Ależ oczywiście, będzie nam bardzo miło.
– A nie boicie się, że jak wtorkowa jadłodajnia stanie się znana, to przyjdzie za dużo ludzi?, pytam
– Starczy, odpowiada mój rozmówca. Jest dość jedzenia, starczy.

Dziś wtorek.

***

Wychodzę ze sklepu. Przed sklepem siedzi stary potargany żebrak ze zmierzwioną brodą, w cienkich pożółkłych palcach trzyma cienkiego papierosa. Nie mam przy sobie pieniędzy, ostatnio prawie nigdy nie mam przy sobie pieniędzy, tak, wiem, przyczyniam się do tego, że za chwilę już w ogóle nie będzie pieniędzy i wtedy dostaniemy w kość i to na zawsze. Ale bankomaty są tak daleko, a karta pod ręką. W każdym razie chciałabym coś dać żebrakowi, niestety nie mam w siatce i w plecaku nic, co by się nadawało. Ale na wierzchu siatki dumnie wystaje papierowy pojemnik z truskawkami. Wyciągam go i podchodzę, zamierzam oddać człowiekowi w potrzebie połowę moich owoców. Drugą połowę, tę dla mnie, wsypię do torby z bułkami, postanawiam. Truskawki są twarde i suche, a do domu niedaleko, myślę więc, że dam radę. Podchodzę, ale człowiek pokazuje ręką, że nie, nie chce, nie mam podchodzić. Zatrzymuję się zdziwiona.
– Nie biorę rzeczy bez opakowań, mówi żebrak. Tylko w firmowych opakowaniach, dodaje.

***

Wychodzę na wernisaż. Na stacji metra siedzi na ławce porządnie ubrany pan. Znam go, to nasz lokalny żebrak, siedzi na ławce i albo czyta, albo słucha muzyki w słuchawkach. Tym razem mam w plecaku opakowane produkty, które mogę zaproponować osobie żebrzącej, a mianowicie torebkę katarzynek. Podchodzę do mężczyzny z katarzynkami w ręku. Bierze i natychmiast zaczyna konwersację. Z uwagi na polskie ciasteczka od razu po polsku.
– Pani z Polski? Ma pani szczęśliwe życie? To znaczy, jest jakiś mężczyzna?
– Tak, tak, nie, odpowiadam. Chcę dodać, że to nie, to z własnego wyboru a nie z braku laku, ale mężczyzna od razu proponuje:
– Mógłbym się z panią spotykać, tak, żeby porozmawiać, nie mam nic złego na myśli, jestem poważny facet, mam 63 lata.
– No wie pan, mówię, ja mam 75 lat.
Gostek milknie, patrzy zdezorientowany i nie wie, co powiedzieć, na szczęście nadjeżdża metro i ratuje nas oboje z opałów.
Podczas wernisażu czuję, że ktoś mi się intensywnie przygląda. Rozglądam się i widzę szczupłego starszego pana. Na pewno patrzy na mnie, nie ma co do tego wątpliwości. Podchodzi bliżej. Nieśmiały, ale jednak podchodzi. Co u licha? Drugi facet w ciągu tego samego wieczora? Ani nie jestem Scarlett Johanssen, ani Lady Gaga, nie jestem jakoś spektakularnie ubrana, no i mam przecież te wspomniane już swoje lata. Gostek jest już koło mnie, rozmawiamy przez chwilę o wystawie (Alexander Camaro & Co, O melancholii), o koncercie (Bethoven, Brahms, Piazolla), o ciekawym miejscu, w którym się znajdujemy (Camaro Stiftung, Potsdamer Str. 98a), o tym, że Camaro (1901-1992) pochodził z polskiej rodziny, nazywał się Kaczmarofski i urodził się we Wrocławiu. Dochodzimy do wyjścia, nieśmiały pan zdążył mi już powiedzieć, że prawie 30 lat był profesorem, a teraz jest na emeryturze,
– Spotkamy się?, pyta wreszcie, a ja odpowiadam, że tak, ludzie się zawsze spotykają dwa razy. Ściskam mu rękę na pożeganie i szybkim krokiem odchodzę w kierunku stacji metra.

Tak to jest, polski biedak koczujący na ławce na stacji metra ma dość wewnętrznej godności, żeby zaproponować randkowanie, dobrze sytuowany niemiecki profesor – nie. Ciekawa różnica mentalności.

Don Quijote de la Vratislavia (Don Kichot i Ela 4)

Ewa Maria Slaska & Marek Włodarczak (alias Tabor Regresywny)

oraz oczywiście Ela Kargol, bez której nie ma już żadnego wpisu o Don Kichocie i Baratarii

Ciekawe, że wcale przedtem na to nie wpadłam, że to ON, czyli Marek Włodarczak. A przecież wygląda jak on, opowiada jak on, robi to co on – szwenda się po świecie, używając niezwykłych środków lokomocji. Nie ma przy nim Sancho Pansy, pewnie właśnie zarządza w jego imieniu Baratarią. Uważa zresztą, że Barataria wcale nie jest tą wyspą, którą Don Kichote obiecywał swojemu giermkowi przez cały pierwszy tom, a już na pewno nie jest tą wyspą na lądzie, jaką w porywie złośliwego humoru w drugim tomie ofiarowali mu Wiceksiążę i jego małżonka Wiceksiężna. Zdaniem DK de la Vratislavia Barataria jest odległą planetą, która niekiedy jawi się jak wymarzona utopia, czyli Wyspy Szczęśliwe, niekiedy zaś jako prawdziwe Barataro, czyli Oszustwo. Niewątpliwie korzystnym dla niekończącej się opowieści baratarystycznej czasomiejscem lokalizowania Baratarii było osiem lat rządów PiS-u w Polsce – poszukajcie sobie drogie Czytelniczki wszelkiej płci i wieku w odmętach tego bloga, ileż ON tu naopowiadał historii o Baratarii.

Continue reading “Don Quijote de la Vratislavia (Don Kichot i Ela 4)”

Wiosna w Berlinie (1)

Ela Kargol

Majówka przy fontannie

Märchenbrunnen każdemu berlińczykowi kojarzy się z fontanną i baśniowymi figurami w parku Friedrichshain. Mnie też, aż nie zobaczyłam innej bajecznej fontanny w parku Schulenburga (Schulenburgpark) w Neukölln.

I przyznać muszę, że tam bywałam częściej ze wzgledu na powiązania rodzinne i pewien adres. Powiązania rodzinne zostały, zmienił się adres i fontanna, architekt i rzeźbiarze.

Continue reading “Wiosna w Berlinie (1)”

Samotne sny

Teresa Rudolf

Senna samotność 

Ma aż tyle twarzy;
tych ciągle znikających,
w wiecznych przestworzach,

tych kiedyś ważnych,
a dziś zgorzkniałym
milczeniem owianych,

tych też wytęsknionych,
z “zajętym” wciąż dla nich 
ciepłym, pustym miejscem,

tych obcych, obcymi 
pozostających, w swych
smutnych samotnościach, 

tych, co jeszcze przed
chwilą mieli twarze, 
a w maskach odeszli.

A i samotność w masce
Ironii woła głośno:
“gdzie wszyscy jesteście?

Tyle Was…
a jakoby 
nikogo
…nie było”.

Nagle otwierają się
drzwi wszechświata;
wchodzi pies, kot, ptak,
jakiś człowiek w masce,

a kiedy sen mu ją sciąga,
wtedy dziękuję; to ktoś bliski…

Sen we śnie

Sen we śnie,  
w nim też sen, 
a i w nim sen
o śnie, we śnie,
o jakimś śnie
…niedobrym.

Oby nie stał się 
jawą na jawie, 
a ona złym snem
koszmarnym,
dużo gorszym, 
od najgorszej jawy…

Gdy ciemność 
przestrzeń nocy
opuści, dzień

na jawie się jawi,
zamaluje życie
na kolorowo…
…lub szaro.