Przedmioty użytkowe nie do użytku

Dorota Cygan pisze ze Złotego Stoku:

Kiedy wczoraj pojechałam do mieszkania babci w Złotym Stoku, zamienionego przeze mnie w bezładny skład przedmiotów wszelakich, coś i kiedyś mających wspólnego ze mną, spośród ubitych papierów wychylił się Dusiołek Leśmiana – pełen tekst wystukany na maszynie i odbity przez kalkę przez polonistę, materiał dydaktyczny do rozdania licealistom bodajże w roku 1985. Niby nic takiego, dolna warstwa mojego własnego ‘dyluwium peryferyjnego’ w opuszczonym mieszkaniu pod czeską granicą. Już dawno przykryta innymi warstwami, ani życiowo ani politycznie aktualna, nieprzydatna nawet na rozpałkę z powodu wilgoci. I w ogóle obojętna, u Leśmiana przecież piękniejsze rzeczy stoją. Ale skojarzyłam dwa fakty: W tamtych latach w naszym liceum BYŁO KSERO, jak usłyszałam ileś lat później. Dyrektor wydał nauczycielom polecenie, że mogą, gdyby chcieli, złożyć podanie o kserowanie materiałów na lekcje – pod warunkiem zostawienia wcześniej jednej kopii na jego biurku do kontroli. „A takiego …!” – pomyśleli przypuszczalnie pedagodzy, skoro nie przypominam sobie ani jednego materiału skserowanego przez tę nowoczesną maszynę z innego świata. I  tak to wystukany niepokornie na zwyklej Olimpii Dusiołek wydał mi się niemal „bibułą”. Ciekawe, o ile lat przeżył owe ksero pod kluczem, które latami pokrywały kurz i rdza. Wepchnęłam Dusiołka z powrotem między tamte warstwy, niech przetrwa jeszcze kilka przełomów politycznych i technicznych.

A może to jest temat dla nas, blogowcy? Ksero pod kluczem, czyli Przedmioty użytkowe pozbawione swej banalnej funkcji – czyli  podniesione do rangi sztuki, czyli Specjalność socjalistyczna.

UWAGA:

Może znasz coś podobnego i dorzucisz nam do archiwum?

Zaczynam ja, EMS:

Wspomnienia pustych półek w sklepach, gdzie był tylko ocet, makaron i liście laurowe, przyćmiły nam pamięć o tym, że były też czasy komuny, kiedy w sklepach było jeszcze wszystko, może w niewielkim wyborze, ale było – dobra tłusta śmietana, pyszne masło, chrupiący chleb, oliwa z oliwek w małych buteleczkach, walcowaty ser salami i herbata Yunan. Oczywiście wszystko wyglądało szaro, buro i przaśnie, jajka pakowano w szare torebki, resztę zabierało się luzem do siatki lub w ostateczności zapakowaną w szary papier. Papieru było mało, a był bardzo potrzebny, bo sprzedawczynie ołówkiem lub kapiącym długopisem podliczały na nim, ile co kosztuje i ile mamy zapłacić. Aż pewnego razu w spożywczym na rogu Morskiej POJAWIŁA SIĘ KASA FISKALNA. Był to duży szary metalowy grat, sprzedawczynie podliczywszy uprzednio, ile kosztuje 27 deko twarogu i 15 deko pasztetowej, wbijały odpowiednie sumy w klawiaturę, a kasa wypluwała wynik zapisany sinofioletowym tuszem na porubryczkowanym prostokąciku papieru (A6 chyba), po czym przybijała pod sumą datę i numer rachunku. Albo jakoś tak.
Sklep na rogu Morskiej był dalej niż ten najbliższy, ale lubiłam tam chodzić, bo lubiłam patrzyć, jak pracuje kasa, bang bung bung bang, karteczka, suma, data, stempel, bang. Karteczka wcale nie była dla klienta, tylko wędrowała do szuflady w masywnej podstawie kasy.
Szybko jednak kasa się zepsuła. Stała na blacie, zabierając miejsce, ekspedientki znowu podliczały kwoty na szarym papierze, po czym przepisywały sumę końcową na porubryczkowany prostokącik i bang wsuwały karteczkę w szczelinę wagi, a ta, bang bang, przybijała datę i numerek, bang…

Berlinek jak Warszafka

Rozdział z książki “Witaj Ger-Manio!”, wydawnictwo Studio Lissner, Warszawa 2011,  a TU informacje o książce znalezione w Google.

Viktoria Korb, Witaj Germanio

Nie bez powodu Steffen Möller odkrywa w rozdziałe “Wazelina”, że “Polska jest jednym wielkim towarzystwem wzajemnej adoracji”. Moim zdaniem dotyczy to głównie “Warsiawki”. Niestety ja trochę potraciłam stare chody w warszawskiej koterii, bo nie spałam na styro-pijanie. Jednak napatoczyły się nowe… Mimo to nie jestem wazeliniarą, choć tak zwana przez prowincjuszy „Wszawka” słynie z “filcu” i wewnętrznej kokieterii i koterii na równi z Berlinem.
Ale jest też Berlin polski i Berlin prolski, a na szczęście nawet Berlinek!
Ta szkoła polskiego o tej nazwie symbolizuje naszą symbiozę ze stolicą Niemiec. Mogłaby się nawet nazywać Berlin-eck, czyli berliński kąt.
Pod koniec lat sześćdziesiątych aż do epoki stanu wojennego istniał w Berlinie tylko jeden prawdziwy salon, poza kącikami kilku organizacji polonijnych. Był nim dom państwa Szackich, gdzie gościli też liczni polscy VIP-owie, przybywający z zagranicy. Zarówno emigranci jak i krajanie. Nie da się ukryć, że wódeczka lała się szczodrze na ich przyjęciach. Na parapetówach para-pety pełne były po-etów i petów, ale salon nie popadał z tego powodu w tara-paty.
Po latach ostracyzmu ze strony PRL-u, graficzka i projektantka mody, emigrantka z 1968 roku Helena Bohle-Szacki, córka Niemca i polskiej Żydówki, była mieszkanka Łodzi, otrzymała w 1994 roku za zasługi w rozpowszechnianiu kultury polskiej Krzyż Oficerski Orderu Polonia Restituta. W dużym stopniu przyczyniła się do tego jej działalność w KIK – Klubie Inteligencji Katolickiej, gdzie zlecono jej założenie galerii. Klub ten, jak i wiele innych ugrupowań, wzmocnił się aktywnością fali emigracji stanu wojennego. Lilka Bohle-Szacki została powszechnie uznana za ikonę polskiej emigracji w Berlinie.
Z kolei niedawno studenci polonistyki na uniwersytecie Poczdamskim założyli “Polnischer Salon”, który prezentuje wieczorach autorskich w znanym kinie Babylon we wschodnim Berlinie polskich pisarzy. Czasem wydaje mi się, że w Berlinie i wokół powstaje wręcz Polo-mania i Disco Polo.
Jeśli reprezentujemy jakiś nie menelski poziom (choć trafiają tam czasem i żule!), możemy myszkować po polskim Berlinku we wszelakich sferach i spotykać Polonię także na licznych imprezach i przyjęciach u niemieckich gospodarzy – poczynając od organizacji rządowych, naukowych i kulturalnych aż do wielkich banków. W związku z obchodami 20-lecia traktatu polsko-niemieckiego i niemal równolegle partnerstwa Berlina i Warszawy,  Polska stała się szczytowo popularna i mnóstwo instytucji zabiega o nasze względy. Roi się coraz bardziej od imprez, rej wiedzie tu przedstawicielstwo landu Brandenburgii w Berlinie i Ratusz wschodnioberliński.
Tacy podają drinki na tacy i są cacy. Tam spotykamy obok Polaków oczywiście Niemców, przyjaznych Polsce lub nawet nieco spolszczonych. Bywa tam wielu eks-enerdowców, lubiących wyrażać swą wdzięczność dla Polaków za wkład w otwarcie granic. W takich polskich i mieszanych kokonach znajdujemy także ciepełko, bez którego można by tu zamarznąć… W jakimś stopniu ze mnie też jest przecież polska pyza.

Chiński Nowy Rok. Minął Smok, zaczyna się Wąż. Smok był dobry dla silnych i przedsiębiorczych, Wąż sprzyjać będzie przebiegłym. Co nam więc przyniesie?

Wieża i zima

Krzysztof Pukański pisał kiedyś wiersze, rysował, fotografował… Niewykluczone, że jeszcze do tego wróci.

Znowu zima
Rozsiadła się biel za oknem
Oddech wiatru słychać w kominie
Kroki czasu jakby mniej nerwowe
Inaczej brzmią sekundy
Gdy za oknem ciemność

Ściany jakby mniej wrogie
Wyznaczają granice wszechświata
Mniej napierają na czaszkę
Dzięki nim nie grabieje ręka
To ich jest ta godzina
To co najpiękniejsze zostaje na zewnątrz

zbyt rudej czarnej krwi

choć nie chce
wciąż bije serce
kruche i pobliźnione
zbyt oczywiste dziecko
w ruinach cudzej pamięci
codziennie cięższe wciąż tą samą winą
zbyt rudych czarnych włosów
zbyt rudej czarnej krwi

ma jedno oko nieprzejrzyste
patrzy nim w odchłań
i bogu prosto w twarz

uśmiechem skrywa melancholię
pod cienkim lodem, po którym boso
w białej sukni
balansuje między świtem a zmierzchem
królowa dobrych wróżek
królowa dobrych słów

a dookoła pierwszy śnieg

skamieniała kobieta
w mrocznej izbie na piętrze
z jednym martwym oknem
więzionej duszy obiecała
ze wszystkich sił zapomnieć
o rudych czarnych włosach
o rudej czarnej krwi

wieża

Składa się z głosu, nóg i włosów
składa się z czucia, z kociej sierści
składa się z drewna i miłości

Jest, a jednak jej nie ma
żyje, a jednak osobno
kocha, płacze i oddycha

Wszystko zniesie i wszystko przetrzyma
byle ją tulićw ramionach i pieścić
lecz nie wybaczy gdy zwątpisz,
gdy zdradzisz zabije

Jest jak wysmukła wieża z kamienia
nie zajrzysz w jej wysokie okno
nie zniży się i nie pochyli nad tobą
będzie głaskać koty

tytuł:
Kobieta, której nie można pokochać
(sonet odwrócony)

Kto idzie do więzienia?

Ten tekst ukazał się zapewne gdzieś w jakieś polonijnej gazecie, z której nie dostawałam egzemplarzy autorskich ani feedbacku, nie wiedziałam więc, co z tego, co im wysyłałam, zostało opublikowane ani kiedy. Na pewno coś się ukazywało, bo od czasu do czasu wpływało na konto 40 lub 50 euro od jakiegoś nieznanego mi Polaka. Kiedyś znalazłam go w sieci, zadzwoniłam i zapytałam, dlaczego przysyła mi pieniądze. Powiedział, że to honoraria. Dzsiejszy tekst jest uzupełnieniem “Gentryfikacji” 

Ewa Maria Slaska

Kto idzie do więzienia?

Mieszkam na parterze starej berlińskiej kamienicy, która od roku obstawiona jest rusztowaniami. Kilka tygodni temu włamał się do mnie facet, który okradł mnie. Mam mocny sen, obudziłam się dopiero, gdy wszedł do sypialni i zapalił światło. Zanim oprzytomniałam, dowiedziałam się, że gość ma zlecenie z rosyjskiej mafii, żeby mnie zabić, bo właściciel domu chce się pozbyć mieszkańców.

Okazałam się osobą przytomnego umysłu i odważną, bo nie pozwoliłam się zastraszyć, wciągnęłam gościa w rozmowę, przekonałam, że najlepiej będzie, jak pójdziemy do kuchni, napić się kawy, i w końcu pozbyłam się go z mieszkania. Nie zrobił mi krzywdy fizycznej, a straty materialne okazały się niewielkie, ale przeżyłam oczywiście szok psychiczny.

Zadzwoniłam po policję. Nie udało się i był to pierwszy, choć jeszcze niewielki, nowy rodzaj zdziwienia. Telefon, podłączony przez firmę 1&1, nie wybierał numerów specjalnych. Przerażona i roztrzęsiona, patrząc przez okno na włamywacza, który stał na ulicy, palił moje papierosy i przyglądał mi się, przez 40 minut dzwoniłam do koleżanki, żeby ją obudzić i poprosić o wezwanie policji.

Z policją kontaktowałam się w sumie przez trzy dni i moje zdziwienie rosło z dnia na dzień.

Przyjechali dość szybko. Sześciu rosłych mundurowych. Ani jednej kobiety. W czasie rozmowy ze mną facet powiedział, że mieszka w moim domu. Nigdy go wprawdzie nie widziałam, ale on znał mnie i dużo o mnie wiedział. Powiedziałam to policjantom i zaproponowałam, żebyśmy się przeszli po domu i poszukali go. Odmówili. Wypytali mnie ogólnikowo i popędzając. A sprawa była trudna do opowiedzenia, bo historia była dziwna. Patrzyli na mnie jak wariatkę i nie wierzyli ani jednemu słowu. Wyszli, twierdząc, że za godzinę przyjdzie dwóch cywili, żeby zabezpieczyć ślady. Zapytałam, a co przez tę godzinę? Jeśli facet zobaczy, że policja odjechała i wróci? Nie wiem, jak wszedł, więc nie wiem, czy umie wrócić czy nie? Wzruszyli ramionami i poszli. Tropiciele śladów też mi nie wierzyli, ale przynajmniej zabezpieczyli najbardziej oczywiste odciski i traktowali mnie grzecznie. Też odmówili przejścia się ze mną po domu i szukania włamywacza. Wyszli, ja też. Bałam się zostać sama. Z pracy zadzwoniłam na policję, gdzie podano mi nazwisko komisarza, który się będzie mną zajmował. Nie było go jednak. Powiedziałam mojej bardzo miłej rozmówczyni, że się boję. Odpowiedziała, że przykro jej, mogę dostać skierowanie do policyjnego psychologa, ale ogólnie rzecz biorąc moje bezpieczeństwo to moja sprawa. Zdziwiłam się, bo myślałam, że płacę podatki i bezpieczeństwo obywatela to sprawa państwa. Pan komisarz oddzwonił i obiecał, że przyjdzie następnego dnia rano. Powiedziałam, że nie będę nocować u siebie, bo się boję. Powiedział, że dobrze, bylebym była punktualnie.

Komisarz był nadzwyczaj grzeczny i dobrze udawał, że mi wierzy, ale też nie przeszedł się ze mną po domu w poszukiwaniu włamywacza i potencjalnego mordercy.

Spotkałam się z sąsiadami i opisałam owego mężczyznę. Niemiec, Jörg, lat ok. 40, wysoki, szczupły, wysportowany, tatuaż, krótkie włosy, trzydniowa bródka, brak prawej górnej trójki. Rozpoznali go. Nazywa się Jörg G., jest byłym komandosem, mieszka w naszym domu w oficynie za moim mieszkaniem na 2 piętrze. Zadzwoniłam na policję. Przyjechali. Przyznał się od razu. Tak, był u tej pani, tak w nocy, tak, potem sobie poszedł. Ale przeprosił.
– Nieprawda, powiedziałam, nie przeprosił.
– Pewnie chciał – skonstatowali policjanci.

Rano przesłuchano go raz jeszcze, tym razem na policji. Komisarz przyprowadził go do mnie, żeby mnie przeprosił.

I to wszystko.

Mieszkam więc w domu w facetem, który się do mnie włamał, okradł mnie, straszył, że mnie zabije i wie, że to ja oddałam go w łapy policji. Ale wie też, że policja puściła go wolno. Kiedyś podobno będzie miał sprawę, ale nie był karany, pewnie więc dostanie pół roku w zawieszeniu, nie więcej.

Złożyłam skargę w odnośnym urzędzie. Po tygodniu dostałam odpowiedź, że działania policji były prawidłowe. Pewnie tak, ale się boję, mieszkam więc po kolei u przyjaciół, lub oni nocują u mnie. Wyprowadzam się. Ja, nie on.

I dziwię się.

PS 2010 – co gorsza przy lekturze tego tekstu nieodmiennie nasuwa się nieciekawe przypuszczenie, że sprawa sprawiedliwości może wyglądałaby inaczej, gdybym to ja była Niemką, a włamywacz Polakiem. Nie jestem żądną krwi harpią, nie zależy mi na tym, żeby facet poszedł do więzienia, interesujące jest jednak, że dopóki to JA opowiadałam o tym, co się stało, policja uznawała mnie za niespełna rozumu i tak to zostało zapisane w protokołach. Stałam się wiarygodna dopiero, gdy włamywacz, którego JA znalazłam, potwierdził, że się do mnie włamał.

PS 2013 – facet dostał karę pieniężną, nie wiem, jakiej wysokości.

Pączki a sprawa polska

Ewa Maria Slaska

Wprawki opozycyjne

Wyrastałam w Gdańsku w rodzinie, która za czasów mojego dzieciństwa i czasów szkolnych była bardzo powściągliwa w wypowiedziach na temat polityki. Pamiętam czołgi na ulicy w roku 1956, choć zupełnie nie wiedziałam, dlaczego tam były. Poszłam właśnie do szkoły i czołgi były zaraz potem. Pamiętam nazwę “Zatoka Świń” i strach, że zaraz wybuchnie wojna, choć też nie wiedziałam dlaczego. Pamiętam jak moja cioteczna babka Karusia podczas spaceru z koleżanką przyciszonym głosem rozmawiały o “październiku”. W roku 1963 poszłam do liceum, umarła Karusia i zastrzelono Kennedy’ego. Te trzy fakty przeniosły mnie z kraju dzieciństwa, w którym wojska przemieszczały się tylko w tle – historycznym, geograficznym i rodzinnym – do kraju dorosłych, gdzie każdy wiedział, co to jest Katyń i musiał być gotowy, żeby z butelkami benzyny, torbą sanitariuszki i ulotkami za pazuchą pójść na czołgi, które z pozycji w tle przeniosły się na pozycję “taka będzie twoja przyszłość”.
Gdy skończyłam szkołę i poszłam na studia, zdarzył się Marzec. Przyjechałam do Poznania i trafiłam do świata eleganckich pań poznańskich (to parafraza ze Stefana Chwina. W “Hanemannie” napisał o “tych paniach z Dolnej Saksonii”). W niedzielę szło się do kościoła i do kawiarni. Dystyngowane kobiety w czarnych sukniach z broszką pod szyją wspierały się na mahoniowych laskach, zakończonych srebrną głową orła. W mieszkaniach stały meble z okresu Regencji, biedermajerowskie kanapy, na ścianach wisiały szable, ryngrafy, kilimy i portrety. Były ciasteczka na podwieczorek, porcelana, srebra, ale też kolacje, że do picia była tylko wódka, a do jedzenia wędliny. I te rozmowy, zawsze o polityce. Zawsze.

Jeden ze znajomych rodzinnych, dobrze starszy już pan, miał na imię Restytut.  Nazwano go tak w nadziei na to, a urodził się w roku 1911, że Polska odzyska niepodległość i to imię naznaczyło go na całe życie.

Restytut stał się później słynnym działaczem podziemia, Solidarności, znowu podziemia. Ale w latach 70 jego aktywność, przynajmniej my to tak odbieraliśmy, była jeszcze dość skromna.  Czy dobrze pamiętam, że mówiło się o nim Tuńcio? Bo jak nie Tuńcio to jakoś tak podobnie. Mężowie owych poznańskich pań mieli piękne imiona, ale mówiło się o nich Ciś, Siaś, Taś lub Kocio. Tuńcio, przyjmijmy dla uproszczenia, że jednak Tuńcio, organizował w domach u tych poznańskich pań spotkania polityczne. Do pań nie było się łatwo dostać, ale kiedyś zaprosiły i nas, następne pokolenie. A to dlatego że do Poznania miał przyjechać Leszek Moczulski, a to była postać, z którą musieliśmy się spotkać.
Był rok 1974 lub 1975. Nie pamiętam, ale w 1976 roku byłam już z powrotem w Gdańsku, a gdy karmiłam dziecko piersią, Wolna Europa donosiła o Radomiu.
Na razie jednak wciąż jestem w Poznaniu i przyjeżdża Moczulski. W mieście aż huczy. Spotkanie odbędzie się u tej z pań, która ma największe mieszkanie. Trzeba się elegancko ubrać, wkładam czarną spódnicę i bluzkę z resztki materiału, który kupiłam w Londynie na przecenie, a którym w Polsce od kilku lat “zadaję szyku”. Idziemy, a jest to dobrze znana z konspiracji procedura – wyznaczono różne trasy i sposoby dojścia, a i datę wybrano tak, by większe zgromadzenie nie wzbudziło podejrzenia.
Jest Tłusty Czwartek. Wchodzimy, przyciszone głosy, przyciemnione światło, przypudrowane policzki pań i bluzeczki z koronkowymi kołnierzykami. Siadamy. Na stole biała kiełbasa, wódka, kawa zalewajka i pączki. Wszystko razem. Tak jest w Poznaniu. Mięsne i słodkie na jednym stole. Jestem z Gdańska. U nas nigdy nie postawiłoby się mięsnego i słodkiego razem. Ale za to u nas goście palili i popielniczki stały obok bigosu, a w Poznaniu u pań się nie paliło. Zawsze jedna z nich miała astmę.
Tłum ludzi. Czekamy. Przyciszone rozmowy. Wreszcie pojawia się Tuńcio. Szepce coś z panią domu, po czym wychodzą oboje z pokoju.
Jemy pączki. Zresztą co ja mam jeść, skoro w ogóle nie lubię mięsa, a już białej kiełbasy szczególnie – z przyczyn estetycznych. Jest taka szara i blada, jakby było jej słabo, ale to mnie jest słabo.
Tuńcio wraca zaaferowany, niesie magnetofon kasetowy, długo ustawia go na stoliku obok kanapy, trzy razy sprawdza…
Wreszcie jakby zauważa, że jesteśmy, chrząka, wita i mówi, że Moczulskiego zatrzymały sprawy nie cierpiące zwłoki, może to zresztą była po prostu milicja, ale nie trzeba się martwić, mamy bowiem kasetę z nagraniem wystąpienia pana Leszka, a to jest tak samo, jakby i osobiście był z nami.
I Tuńcio z namaszczeniem puszcza kaseciaka. Głos prelegenta lekko chrypi, magnetofon lekko skrzypi. W pokoju nabożna cisza. Czekają nas dwie godziny czczenia magnetofonu. Głos mówi na przemian Polska i Związek Sowiecki.
Jemy pączki.

A to Polska właśnie.
Oczywiście Wyspiański

Krowy

Ewa Maria Slaska

Ja. Stare, a nic się nie zmieniło.

Piszę te zdania w Berlinie 18 kwietnia 1999 roku. Miesiąc temu zaczęła się wojna o Kosowo. Dziś napisałam podanie do Niemieckiego Czerwonego Krzyża o wysłanie mnie do pracy z uciekinierami z Kosowa w Albanii lub Macedonii. Boję się, ale wydaje mi się, że nie mogę postąpić inaczej. Wysyłam to podanie sama dla siebie. Nie wiem, czy mnie przyjmą (nie przyjęli). Mam 50 lat. Ale w chwili gdy je wysyłam muszę być gotowa na to, co w nim napisałam: jeśli dostanę tę pracę, mogę jechać natychmiast. Natychmiast to znaczy jutro. Natychmiast to znaczy zostawić ciekawą pracę, w której spotykam się z inteligentnymi ludźmi i tworzę „kulturę”. Zostawić ślicznego wypielęgnowanego kota, jasny pokój z białymi zasłonami, kwiaty na balkonie. Syna i towarzysza życia (przestał być towarzyszem). Garnki w kuchni, komputer, książki, złote pierścionki z perłami, których nie noszę, ale które mam (już nie mam, oddałam). Wypełnioną wodą szklaną kulę pełną muszli z dalekich mórz, które kiedyś widziałam i być może nigdy więcej nie zobaczę (zobaczę). Bo może nic… Zamykam oczy. (Nie dostałam tej pracy.)

Ta decyzja dotyczy zresztą pewnego, niezgłębionego przeze mnie do końca, aspektu mojego życia. Owa bliskość grozy i ładu, chaosu i kosmosu, przybiera w moim życiu formy niekiedy groteskowe, którym na swój własny użytek nadałam nazwę „krowy”. „Krowy” przydarzyły mi się, a raczej, ściśle biorąc, sprawiłam, że mi się przydarzyły, przed kilku laty, podczas pobytu w Husum, małym miasteczku niemieckim nad Morzem Północnym. W opisie sytuacji zwanej „krowy” najważniejsze są dwa elementy: namacalne sąsiedztwo ładu i grozy oraz samodzielność, ba, niezawisłość podjętej decyzji, by wejść na nieznaną drogę, która, przez sam fakt, że nieznana, może się okazać niebezpieczna. Groteskowość polega na tym, że Niebezpieczeństwo grożące człowiekowi ze strony Nieznanego to nie jakieś odległe od cywilizacji odludzia jak interior południowoamerykański, szczyty Andów, krainy polarne czy pustynie Afryki. Ktoś, kto się decyduje na prawdziwą podróż w takie miejsca, a nie na wycieczkę turystyczną, a priori zakłada, że będzie to wyprawa niebezpieczna. Im dalej od cywilizacji, tym groźniej. Tymczasem „krowy” mieszczą się w ramach małego, oswojonego świata, w którym bezpieczeństwo jest, zda się, wszechogarniające i zewsząd widać wyraźnie jego znaki. „Krowy” to uparta walka na śmierć i życie w biały dzień, w ogródku przed domem.

Nie jestem człowiekiem wielkiej przygody, nie pływam, jak mój ojciec, jachtem po morzach polarnych, nie wędruję na piechotę przez Pireneje jak mój syn. Moje potrzeby są skromne i są to zawsze potrzeby człowieka w sposób być może przesadny cywilizowanego. A przecież coś we mnie każe mi wciąż wchodzić w „krowy”, w coś nieznanego, groźnego, co jednak może się przytrafić na oczach normalnego świata. A gdy się przytrafia, normalny świat nawet nie rejestruje mojej subiektywnej walki o przeżycie. Ikar wpada do morza, oracz obciera pot z czoła.

Przedzieram się przez chaszcze pokrzyw i ostów, pokonuję pastwiska otoczone zamulonymi rowami, wpadam na płoty pod napięciem elektrycznym, szukam chybotliwych kładek przez rowy, których nie potrafię przeskoczyć, atakują mnie gzy, a na każdym pastwisku pasą się stada krów lub samotny, pojedynczy byk. Przed kwadransem stałam jeszcze na zwykłej wiejskiej drodze, wiodącej do miasteczka, od którego dzieliły mnie ze dwa kilometry. W miasteczku mogłam skręcić w prawo i po następnym kilometrze znowu w prawo, aby przejść przez wał przeciwpowodziowy i dojść do campingu. Szeroka bita droga ogrodzona była z obu stron wysokimi bezpiecznymi płotami. Miałam przed sobą godzinę nie męczącego marszu i spokojną pewność, że wiem, gdzie jestem.

File:Aufmdeich.JPG

Wikipedia Commons, autor: Southpark, 2005

W obrębie tego czworoboku, zamkniętego z trzech stron drogami, a z czwartej wałem, za którym odpływało właśnie morze, mieściły się pastwiska. Zobaczyłam je jak na mapie i wydało mi się, że ułożone są prosto i logicznie.

Od drogi, na której stałam, do campingu za wałem był co najwyżej kilometr. I potem z każdego miejsca owej mapy widziałam oba te elementy – drogę i wał. Były cały czas tak niewiarygodnie blisko. Weszłam na ten zwykły kilometr, była tam nawet jakaś namiastka traktu, prosty matematyczny skrót, nawet nie przekątna, zwykły podział czworokąta na dwie części linią pionową, równoległą do jednego z boków. Matematyka ma to do siebie, że nie szarżują w niej byki, a tu ruszył ku mnie byk wspaniały niczym z grot Altamiry. Nie wiem, może był łagodny jak Fernando i chciał się tylko pobawić. Wolałam nie sprawdzać, bo naprawdę szarżował. Dobiegłam do jakiegoś płotu z gościnnie otwartą bramą i w ostatniej chwili zatrzasnęłam ją za sobą. Byk dopędził mnie, zatrzymał się przed bramą, sapiąc i pochylając łeb. Stał na mojej prostej od drogi do wału i wcale mi się nie podobał. Ruszyłam przed siebie mniej więcej równolegle do drogi, którą mi odebrał. Pokonałam pierwsze chaszcze, pierwszy płot pod napięciem, pierwszy kanał i wtedy pojawiły się następne zwierzęta, nie występujące w geometrii. „Krowy”. To właśnie w tym momencie znalazłam się w małej, nieznanej nikomu enklawie grozy. Moja mała groza, w gruncie rzeczy groteskowa – upał, krowa, giez, pokrzywa to nie jaguar, sęp i przepaść – trzymała mnie w uchwycie, czyhając, by wciągnąć w niebyt z dwoma niewiadomymi równie bezpośrednio jak sztorm i góra lodowa. Śmieszna groza. „Krowy”.

Ile razy wychodzę dobrowolnie z kręgu bezpieczeństwa, wiem, że idę w „krowy”. Nauczyłam się już wyczuwać je zawczasu. Znam je, bo istniały już wcześniej, tylko wtedy jeszcze nie wiedziałam, jak się nazywają. Teraz już wiem. A mimo to idę. Wchodzę w bagna, idę wieczorem ulicami, po których kobieta sama nie powinna chodzić, odbywam podróże i podejmuję decyzje, wrzucające mnie w sam środek gniazda os, jakim jest życie społeczne, zbudowane przez małych sfrustrowanych gnojków. Zawsze wiem, że to „krowy”. Wiem i mimo wszystko idę.

Może nie powinnam pisać tego wszystkiego, bo Kosowo te nie pastwisko w niemieckiej wiosce. Ale Kosowo to moje następne „krowy”. Wiem i piszę podanie.

Niekiedy śni mi się, że wypędzają nas z domu. We śnie nie ma mowy o tym, dokąd mamy iść, ale ja wiem to przez cały czas. Powtarza się wtedy wciąż ta sama scena, w której biorą udział tylko kobiety z naszej rodziny. Moja matka zostanie odtransportowana. Moja siostra zabiera córkę i odchodzi, ja dobrowolnie idę razem z matką. Też mogłabym uciec, lecz idę. Pewnej nocy w jednym z tych snów coś się zmienia. Uciekam i natychmiast potem wracam. Lecz Mamy już nie ma.

A może tu nie ma się nad czym zastanawiać, nie warto psychoanalizować, szukać ukrytych motywów. Mój ojciec wywodzi się ze spolonizowanej rodziny tatarskiej. Może to wszystko po prostu geny wędrowania.

Tekst Doroty Cygan o kurach, napisany na pożegnanie blogu QRA. Niestety nie było okazji, żeby się pożegnać. Tu fragment niepotrzebnego  pożegnania:
Gdybym miała czas, na pożegnanie napisałabym pochwałę literatury, bo jej, w przeciwieństwie do nas, wszystko wolno, a niektóre rzeczy nawet musi. Wolno jej mówić prawdę i nazywać rzeczy po imieniu, a musi zrezygnować z mizdrzenia się, udawania, że jesteśmy lepsi od nas samych, kręcenia, przezornego zastrzegania się i kunktatorskiego poddawania się drobnomieszczańskim snobizmom. Bo literatura to nie political correctness. Na szczęście.
Ale tyle czasu nie mam. Gdybym jednak miała choć trochę tego czasu, którego nie mam, to dostalibyście tu ode mnie przynajmniej wpis o zalataniu współczesnego człowieka i o tym, że połyka fastfoody. Bo jednak gotowanie kury wymaga czasu i jest sztuką. Napisałabym też, że nie sztuka zjeść kurę, to nawet ja potrafię, sztuka poświęcić się jej dłużej niż przez 10 minut dziennie.
Chciałabym chyba też napisać, że kura bez soli i innych przypraw, czyli subtekstu, kontekstu i podtekstu, jest zupełnie banalnym białym mięsem bez smaku czyli tym, co połykamy codziennie, włączając telewizor, słuchając idiotycznych smalltalków w radiu i dialogów w tramwaju.
A zakończyłabym manifestem. Nie dajmy z siebie zrobić ersatzu i produktu zastępczego, mielonki wieprzowej ubitej w formę szynki! Już lepiej być kurą tłustą niż bezpłciowym kwadratowym kawałkiem czegoś paskudnego. A zatem: Wkurzajmy się!

Każdy umiera, jak żył

Ewa Maria Slaska
Jedyny zachowany fragment ze zniszczonego blogu Starość

Każdy umiera, jak żył. Moja Mama, z dużej litery, bo będzie to jej imię na zawsze, a pojawi się tu jeszcze tysiące razy, była osobą, która nie lubiła się ruszać, z domu, z krzesła, jeśli pracowała, z fotela, jeśli nie pracowała. Gdy pracowała, pisała, rysowała, cięła grafikę, siedziała skupiona, wyprostowana, na krześle przy biurku, plecami do drzwi. Mało ją znaliśmy w tej sytuacji, bo owe drzwi były zawsze zamknięte i tak naprawdę nie powinniśmy byli tam wchodzić, ani Ojciec, ani moja siostra, ani ja. Mama twierdziła zresztą, że zamknięte drzwi, oddzielające jej świat od świata Ojca, były najlepszą gwarancją trwałości ich małżeństwa. Gdy wychodziła ze swojej pracowni jej trasa po naszym dość dużym mieszkaniu kończyła się prawdę mówiąc zaraz w następnym pokoju, tak zwanym Centralnym, bo położonym pośrodku między jej pracownią czyli Czarną, w której były czarne meble i na wielkim starym maglu odbijało się czarne grafiki, a gabinetem ojca, nazwanym z kolei Białą Pracownią, bo było tam po pierwsze czyściej, po drugie zaś z tego właśnie pokoju Ojciec wyruszał na wielkie polarne (a więc białe) wyprawy żeglarskie. Mama wychodziła z Czarnej i opadała na fotel w Centralnym, gdzie były gazety, książki i z czasem również telewizor. I tam trwała, w starym fotelu, w pozycji niemal półleżącej, czytając, rozmawiając z ludźmi, oglądając telewizję, rozwiązując jolki w „Wyborczej”. Gdy jechali gdzieś z Ojcem samochodem, Mama, w tej samej pozycji spoczywała na miejscu obok kierowcy, półleżąc. I tak ją zastała śmierć. Przyjechała mercedesem obok samochodu rodziców, wymuszając pierwszeństwo i zepchnęła ich z szosy na drzewo. Ojciec, jak zawsze wyprostowany, mocno przypięty pasem, ochroniony airbagiem, wyszedł z tej kolizji ze złamaną nogą i popękanymi żebrami. Po tygodniu był już na nogach, nawet jeżli jedna z nich jeszcze przez dwa miesiące pozostawała w gipsie. Mama podczas kraksy zsunęła się półleżąc pod pasem i poduszką powietrzną. Jazda samochodem nie była pracą, a tylko przy pracy Mama przyjmowała pozycję wyprostowaną, taką, która w momencie wypadku przyniosłaby jej zabezpieczenie. Przyjęła więc na siebie bez jakiejkolwiek ochrony całą siłę zderzenia i odniosła cały szereg poważnych obrażeń wewnętrznych. Po dziesięciu dniach zmarła w szpitalu, nie odzyskując przytomności.
Półleżąc.
Ojciec zmarł w siedem lat później. Był już od pięciu lat ponownie żonaty, przeprowadził się z Gdańska do Bydgoszczy do swojej nowej żony. Przez te lata sporo chorował, mało już udzielał się, czy to w żeglarstwie, czy w pracy zawodowej i pisał ostatnią książkę, autobiografię „Śladami życia”. Ostatniej zimy dał ją nam do przeczytania, latem spotkaliśmy się wszyscy na dwa tygodnie w wiejskim domu mojej siostry i szwagra, omówiliśmy konieczne zmiany. Od powrotu z wakacji ojciec „czesał” tekst w komputerze, zmieniał, poprawiał, skracał, dopisywał. Pracował zawsze rano, gdy Marianna, jego nowa żona jeszcze spała. Czasem wychodził na spacer na łąki lub do pobliskiego lasu, przynosił jej polne kwiaty, kupował bułki, robił kawę i podawał do łóżka. Była niedziela. Wszedł do pokoju żony, powiedział „No, skończyłem. Nic już nie trzeba zmieniać.” Po czym dodał, że jakoś mu trochę zimno, położy się więc na chwilę. Położył się, przytulił do zaspanej żony i… umarł.
Postawił kropkę pod ostatnim zdaniem ostatniej książki.
Ciekawe, że Mama, która nie znosiła się ruszać z domu, a wyjątek stanowiły tylko zagraniczne podróże, które były odrębnym światem, wyjętym ze świata, Mama zatem umarła poza domem. Ojciec natomiast, człowiek, którego przez całe życie rwało do innych światów, do męskiej przygody, odwagi i próby sił w zmaganiu z nieubłaganą naturą polarnego żywiołu, umarł we własnym łóżku, a przed śmiercią poczuł, że zrobiło mu się trochę zimno.
A mimo to twierdzę, że oboje umarli tak, jak żyli. Ona, bo nic poza pracą nie było w stanie zmusić jej do zdyscyplinowanej postawy, on, bo zawsze doprowadzał każdą sprawę do jej ostatecznego końca.

Podobnie jak to było w przypadku pytania o nieśmiertelność, tak i teraz zaczynam pytać siebie i innych o to, czy znają takie historie. Historie ludzi, którzy umarli jak żyli, albo których dopadła choroba odzwierciedlająca ich sposób życia. Przypomina mi się młody chłopak, przystojny, zarozumiały polski macho. Miał śliczną dziewczynę, ledwie po dwudziestce, której dokuczał, że ją zostawi, bo jest dla niego za stara. Cytował przy tym zdanie, o którym, bo już od tylu lat mieszkam w Berlinie, nawet chyba zapomniałam: „Dziewczyna musi mieć lat osiemnaście, potem zaczyna się starzeć”. W Berlinie rzecz jasna też pojawia się to zdanie, ale jednak, jednak… Bo w Berlinie kobieta jest kobietą do czterdziestki, potem, jeśli los ją ukrzywdził, już jej po prostu nie ma. Jeśli był łaskawy – jest człowiekiem. Ale na razie nie to jest moim tematem, na razie jest to młody człowiek, ma 25 lat i właśnie zachorował na… raka prostaty. Seksistowska postawa życiowa i – w tak młodym wieku – choroba, nie znam się na tym, ale chyba jednak utrudniająca życie seksualne. A w każdym razie nieprzyjemnie wiążąca groźną chorobę ze sferą życia seksualnego. Ujmując rzecz najprościej, i niech doktorzy mi wybaczą, prostata wydziela spermę. Związek jest więc ewidentny. A więc symboliczne znaczenie choroby, nawet jeśli nowoczesna sztuka lekarska wyciągnie chłopaka z opresji. Ale… zaglądam do internetu i dowiaduję się, że ponoć medycyna dopiero po 15 latach obserwacji osoby chorej jest w stanie uznać ją za wyleczoną.
Wyleczona prostata wymaga 15 lat obserwacji. Niewyleczona…
Rozmyślam dalej. Jasne, pijacy potrafią umrzeć z przepicia, a narkomani z przedawkowania narkotyku. Kiedyś obżartuchy marły z przeżarcia, teraz nikt już tak naprawdę się nie obżera, ale rzecz jasna, wszyscy wiemy, że prawidłowe odżywianie stanowi o zdrowiu. Mnie jednak nie chodzi o proste przekładnie jak śmierć pewnego ucznia w Berlinie, który wypił 52 tequile i zmarł po czterech tygodniach komy. Mnie interesuje symbolizm naszego życia i śmierci. Symboliczne zdania, jakie wypowiadamy. Ja na przykład twierdzę, że umrę w biegu. Może tak jak ci, którzy biegną w maratonie. Był taki maraton w roku 2000 w Berlinie. Pierwszy dobiegł do mety trzydziestoletni Simon Biwott z Kenii. Biegł 2 godziny, 7 minut i 42 sekundy, a więc poniżej 3 minut na kilometr i wygrał 80 tysiecy marek.
W kategorii kobiet wygrała Japonka, Kazumi Matsuo. Jest o cztery lata młodsza od Simona, biegła o 19 minut dłużej, a jej nagroda wyniosła 55 tysięcy. Ciekawe dlaczego zarobiła mniej, skoro liczy się zwycięzców odrębnie w kategorii kobiet i mężczyzn? W tym maratonie brał również udział ówczesny niemiecki minister spraw zagranicznych, Joschka Fischer i zajął miejsce numer 8919. W kategorii mężczyzn po pięćdziesiątce pan minister zajął miejsce 687, wygrywajac jednocześnie “pojedynek sław” z popularnym piosenkarzem Joeyem Kelly z Kelly Family.
Szwajcar Heinz Frei, inwalida na wózku, wygrał już po raz 13.
Skater Chad Hedrick z USA po raz 41.
42 kilometry 195 metrów.
Milion widzów.
40 000 uczestników z 85 krajów.
Budżet: 3,4 miliona marek.
Dwie osoby, sześćdziesięcioletni Duńczyk i trzydziestoośmioletni Panamczyk nie wytrzymali morderczego wysilku. Panamczyk zmarł w sposób niezwykle spektakularny, przebiegł metę i padł tuż potem. Śmierć należy do historii wszystkich biegów maratońskich, poczynając od tego w roku 490 p.n.e. Goniec, który przyniósł do Aten wieść o zwycięstwie nad Persami, zmarł z wyczerpania. W dziejach maratonu w Berlinie śmierć w biegu zdarzyła się po raz trzeci, a podobno w każdym mieście, urządzającym wielkie biegi zawodnicy umierają.
Jednak gdy mówię, że umrę w biegu mam na myśli raczej symbol niż przeczucie, że stanę do biegu i nie podołam, bo że nie podołam, to jasne. Niby dlaczego w ogóle miałabym podołać, skoro jestem typem wybitnie niesportowym i dostaję zadyszki goniąc uciekające metro. Ale gonię, choć większość osób w moim wieku już dawno tego nie robi. Bo ja w ogóle gonię, pędzę, robię dwieście rzeczy na raz, wykonuję przez miesiąc normę pracy i zadań, która komuś innemu starczyłaby na rok. Dlatego myślę, że umrę w biegu, wpadnę biegiem pod samochód, przelecę w pośpiechu przez szklane drzwi, które nie zdążą się otworzyć, bo będę dla nich za szybka. Podczas wichury dobiegnę do drzewa w chwili, gdy złamie się wielki konar. Chociaż aż tak to może nie, tak umierali nieśmiertelni* i nie mnie mierzyć się z nimi.


* Paryż, 1 czerwca 1938 roku, pisarz austriacki Ödön von Horwath (1901-1938) zmarł przygnieciony konarem drzewa, pod którym schronił się, by przeczekać burzę.

Berlin, 16 stycznia 1912 roku, ekspresjonistyczny poeta niemiecki Georg Heym (1887-1912) tonie w Haweli podczas jazdy na łyżwach, próbując ratować życie swego przyjaciela Ernsta Balcke (1887-1912), także pisarza.

Grenze / Granica

2010 hat Dorota Cygan diesen Text in beiden Sprachversionen zugleich geschrieben. Er wurde auf Deutsch und Polnisch in der Bibliothekenzeitschrift “Pro libris” in Zielona Góra veröffentlicht. Den Text gibt es in beiden Sprachen im Internet, daher hier nur zwei Fragmente, damit man auf den Geschmack kommt.
Achtung: Die Fragmente ergänzen sich.

Dorota Cygan napisała ten tekst w roku 2010. Został on po polsku i po niemiecku opublikowany w czasopiśmie biblioteki w Zielonej Górze “Pro libris”. Ponieważ można go przeczytać w obu językach w internecie, przedrukuję tu tylko dwa fragmenty, zachęcając gości tego blogu do przeczytania całego artykułu w sieci.
Uwaga – fragmenty się uzupełniają.

Dorota Cygan

(…)

Eine Region – zwei Heimat(-)

Der Weg zurück nach Berlin vom Dolmetscheinsatz führt durch ein Dorf im Kreis Lubań/Lauban. Für diesen Beitrag müssen dramatis personae der längst vergessenen Kriegszeit nicht anonymisiert werden – die noch leben, würden vielleicht gern selbst Zeugnis ablegen und ihre Befindlichkeit über all die Jahre schildern. Der Zeitgeist will es aber, dass alle Akte der dramatischen Handlung hinter sich gelassen werden, denn der vollständige szenische Dialog wäre eh nicht mehr zu rekonstruieren – durch den Exitus der ältesten Figur.

Mit 14 Jahren kommt sie als Landarbeiterin aus Südpolen hierher. Zwangsarbeit wäre ausgerechnet in diesem Fall nicht das richtige Wort, denn sie meldet sich – der nationalsozialistischen Werbepropaganda folgend – freiwillig, um dem Hunger zu entkommen, und gibt dazu ein falsches Geburtsdatum an, um als älter eingestuft zu werden. Kurz vor Kriegsende bringt sie ein Kind zur Welt und wird niemandem je verraten, wer der Vater ist. Mit gutem Grund. Denn nach Kriegsende geht sie zu ihren Verwandten zurück, wird zur Heirat gezwungen, lässt für ihre Tochter eine neue Geburtsurkunde ausstellen und muss zu allen Umständen ihres 18-jährigen Lebens einen gehörigen Abstand gewinnen. Es geht niemanden etwas an, das private Drama. Im Mai 1945 muss sie keine Grenze mehr passieren, da ist jetzt Polen.

Es gibt aber auch noch die andere Geschichte. Auf der deutschen Seite hat der Ausgang des Zweiten Weltkrieges und der Epilog der beschriebenen Geschichte eine andere Dramatik und einen anderen Kommentar – die Verdrängung der Vertreibung. Im Falle der in tiefen Westen ziehenden Flüchtlinge wird er gar manchmal politisch instrumentalisiert. Aber hier ist die DDR, und die duldet keine Ressentiments. Notfalls werden sie einem aberzogen. Man thematisiert den Verlust und den erzwungenen Grenzgang allenfalls in Familienkreisen. All das geht die politischen Instanzen nicht viel an. Immerhin können die Umsiedler das Zielort ihres Umzugs wählen – und so erfolgt die Umsiedlung dieser Bauernfamilie um nur 30 km weiter westlich. Ihr neuer Wohnort liegt auf derselben Autobahnstrecke, die jetzt die Dolmetscherin auf dem Weg nach Berlin ansteuert. Der Blick von oben würde den neuen Wohnort derselben Region zuordnen, und das ist geografisch zweifellos korrekt.

Der Epilog des privaten Dramas von deutschen Bauersleuten und der polnischen Landarbeiterin enthält keine spektakulären Momente: Man arrangiert sich mit der Vergangenheit, hält Kontakt zueinander, schickt Weihnachtsgrüße und Päckchen, kann sich beim Besuch selbst nach vielen Jahren noch einigermaßen verständigen, wohnt relativ nahe voneinander, im schlesischen Raum. Bei der Befragung ist von keinem der Akteure zu hören, dass sie bei diesen Treffen ein besonderes Unbehagen empfanden. Sie haben das Wissen um diese Zeiten – eines, das keiner historischen Korrektur und auch keiner Ergänzung bedarf.

Jeden region – dwie małe ojczyzny

Stan duchowy mieszkańców obszaru, na którym po 1945 roku osiedliło się przypuszczalnie wiele niemieckich rodzin – tak blisko, że z nowego domostwa prawie można by dotknąć swojej starej stodoły – jest jako model tożsamościowy trudny do uchwycenia. Zbiorowa tożsamość Wschodnich Niemców nałożyła się na tę indywidualną lub ją wyparła. Kiedy po zjednoczeniu chcieli nawiązać do dyskursu wypędzenia, toczącego się przed laty w społeczeństwie zachodnioniemieckim, reagowano na to uśmiechem zmęczenia – jak na „wiecznie wczorajszych”. Z problemem tym zostali sami. Przystąpienie Polski do Unii po raz pierwszy dało realną szansę zaangażowania się na rzecz regionu i regionalizacji – ze świadomością, że poza dyskursem historycznym chodzi tu o realne współdziałanie, z którego obie strony mogą czerpać korzyści, nie tylko tzw. interkulturowe, ale i realne.

Krajobrazowa jednorodność regionu ma swój odpowiednik w słabości strukturalnej. Nierówności jednak bardziej rzucają się w oczy niż elementy wspólne, i to one określają strategię przy realizacji unijnych programów kooperacji. Już same różnice w rozwoju infrastruktury drogowej sprawiają, że Polacy są bardziej zainteresowani projektami budowlanymi niż wymianą idei i doświadczeń. Nieubłagana statystyka usprawiedliwia rozmijanie się w dyskusji. Polacy zgodni są co do tego, że najpierw trzeba pokonać nierówność w rozwoju gospodarczo-technicznym. Dopiero potem równie chętnie przyjmą projekty na rzecz innowacji technicznych, budujące społeczeństwo informacyjne, jak i studia wykonalności czy regionalne prognozy rozwoju. Te atrakcyjne są dla Niemiec, których zapotrzebowanie na obiekty i projekty infrastrukturalne zostały już, można uznać, zaspokojone, gdyż główna fala modernizacji po zjednoczeniu przyniosła wyrównanie różnic strukturalnych do poziomu standardów zachodnich. O sukcesie będzie więc można mówić wówczas, gdy niemiecka gotowość do dialogu i wspólnej realizacji projektów napotka u Polaków na pełną gotowość do kooperacji, bez automatycznych roszczeń, by trwałość oznaczała to, iż po projekcie pozostaną konkretne obiekty budowlane lub sprzęt techniczny. To deficytami natury materialnej tłumaczyć trzeba fakt, że gotowość do współpracy jest częściowo asymetryczna. Z jednej strony niepokój, że projekty unijne służą sąsiadowi wyłącznie do usunięcia zacofania cywilizacyjnego, a niemiecki partner jest jedynie pretekstem. Po drugiej stronie zaś zachodzą obawy, że występuje się w roli biednego krewnego, który musi się wstydzić za deficyty materialne i dać się zawsze pouczać. Zachodniego sąsiada zdaje się nie obchodzić ta cywilizacyjna nierównoczesność. Jest ona powszechnie znana. Pragmatycznie myślący Niemiec dziwi się raczej temu, jak różne są w obu krajach kultury dyskusji, jak nikły poziom zaufania między konkurującymi regionami Polski – podczas gdy w powiatach i gminach niemieckich regionalizm, struktury federalne i dążenie do konsensusu wręcz tworzą tożsamość zbiorową. Budowanie transgranicznych struktur regionalnych okazuje się więc większym wyzwaniem niż zakładano. Po żmudnych rozmowach nawet polscy uczestnicy pertraktacji sami zastanawiają się, czy my Polacy potrafimy ze sobą kooperować. Praca nad integracją regionu jest pracą u podstaw i nie bez powodu rodzi pytanie, jak to jest ze zdolnością regionów Polski do współtworzenia Europy. Odpowiedź brzmi tak: Tam, gdzie po stronie niemieckiej nie ma konkurenta, a jest – z definicji – partner, polskie regiony konkurują ze sobą niekiedy do tego stopnia, że nawzajem niweczą swoje szanse rozwojowe. Nawet w obrębie Śląska podział interesów jest niekiedy taki, że Wrocław jako stolica Dolnego Śląska mniej zainteresowany jest wspieraniem okolicznych miejscowości – choćby przez wspieranie turystyki wiejskiej – niż administracja komunalna graniczących tu z Polską obszarów Saksonii. Decyzja o tym, czy popierać turystykę w ogóle czy turystykę wiejską w szczególności, zapada w tym wypadku nie w kontekście narodowym, lecz zależy od cech strukturalnych kooperujących regionów. Siła przebicia większej jednostki, np. większego miasta, może w pewnych okolicznościach prowadzić do nowych aliansów, niezależnie od przynależności narodowej. I dobrze, że tak jest. Konkurencja wewnątrz Unii ma właśnie rozluźniać istniejące zależności, by tworzyć efekt synergii. Nowe osie kooperacji mogą równie dobrze nazywać się Wroclaw-Drezno-Berlin-Praga jak i Lubań-Löbau-Jablonec. Obojętnie, czy są to warsztaty, wspólne akcje policyjne czy działania na rzecz poprawy wizerunku regionu – tzw. „miękkie“ kontakty w sferze gospodarczej i społecznej umacniają się dzięki temu, że ludzie zwiększają zasięg swej działalności, bez konieczności szczególnych uzasadnień. Proces orientowania się w tych oczywistych realiach jest niekiedy najtrudniejszym etapem przedsięwzięcia, którego przebieg mamy przywilej obserwować. Największym przywilejem jest przy tym szansa redefinicji pewnych struktur. Fakt, że aktywność obywateli jest pożądana, stanowi zasadę unijną, a jednak tam, gdzie ich mobilność wymyka się spod kontroli państw narodowych, brak nagle ponadgranicznego związku z Europą. Czy zatem trzeba z powodu zwiększonej mobilności redefiniować zbiorową tożsamość? Nazwać ją ogólnoeuropejską osobowością transgraniczną“, która funkcjonuje w zintegrowanym europejskim życiu publicznym?


O komunikacji międzyludzkiej.
Wiele lat temu pracowałam w schronisku dla uciekinierów politycznych jako opiekunka. Schronisko było wielkie, na stanowiskach opiekunów pracowało kilkanaście osób. Mieliśmy na co dzień do czynienia z tysiącami ludzi i wieloma narodowościami. Naszym zadaniem było pomaganie tym ludziom w kontaktach z instytucjami, co oczywiście oznaczało, że najpierw trzeba było zrozumieć, czego potrzebują. Aby temu sprostać, uczyliśmy się podstawowych słów i zdań w każdym języku, ale trzeba przyznać, że i nasi podopieczni starali się przedstawić swój problem jak najbardziej zrozumiale.
Ale nie zawsze naprawdę rozumieliśmy, o co chodzi. Przez dłuższy czas lekkim niepokojem napawał nas fakt, że Arabowie i Arabki po wejściu do biura kilkakrotnie uderzali kantem lewej dłoni w nadgarstek prawej. W opisie brzmi to może niegroźnie, ale naprawdę miało się poczucie, że jakby co, to odrąbią ci dłoń, a może nawet obie. Kiedyś zrozumieliśmy wreszcie, że mamy im coś napisać. Ulżyło nam, ale nie do końca, bo napisać, OK, ale to odrąbywanie rąk?
Dopiero po wielu latach zobaczyłam na filmie, jak uliczny pisarz w Marrakeszu strzepuje z pióra, takiego staroświeckiego, obsadka ze stalówką, a więc – jak strzepuje z pióra nadmiar atramentu, postukując lekko obsadką w nadgarstek.

Dżdżownice

kaschnitzZnalazłam tę książkę, jak wiele innych w ostatnim czasie, na stole z książkami do rozdawania za darmo. W Berlinie taką akcję prowadzi kilka instytucji, w ratuszu, gdzie pracuję, książki na stół wykłada Büchertisch czyli… stół z książkami. Gdy się przed kilku laty przeprowadzałam, oddałam im pół ciężarówki książek, teraz więc bez wyrzutów sumienia coś sobie od czasu do czasu biorę.
Marie Luise Kaschnitz, Das Haus der Kindheit / Dom Dzieciństwa.
Erstausgabe 1956
(c) Claassen Verlag in der Ullstein Buchverlage GmbH, Berlin

Niewielka powieść z roku 1956 – autorka miała wtedy 55 lat.
Niewiele o niej wiem, niewiele czytałam, wstyd się przyznać, bo to Wielka Dama niemieckiej literatury, dorównująca pewnie w naszym kosmosie literackim Marii Dąbrowskiej. Jest w Polsce mało znana, choć oczwiście germaniści na pewno wiedzą o niej wszystko i więcej. „Dom Dzieciństwa“ nie został przetłumaczony na polski. Z pozwoleniem wydawnictwa Ullstein tłumaczę więc kilka fragmentów.

Tłumaczyła Ewa Maria Slaska
1
Zaczęło się od tego, że jakiś nieznajomy zatrzymał mnie na ulicy i coś do mnie powiedział. Zapytał mianowicie, czy znam miasto i czy mogłabym mu powiedzieć, jak dojść do Domu Dzieciństwa. A co by to miało być, zapytałam zaskoczona, muzeum? Nie sądzę, odpowiedział mężczyzna. To może szkoła, drążyłam, albo przedszkole. Mężczyzna wzruszył ramionami. Nie wiem, odpowiedział. Miał siwe włosy i wyglądał z lekka prowincjonalnie. Włożyłam okulary i zaczęłam odczytywać szyldy na pobliskich budynkach. Konserwatorium, kino, ubezpieczalnia. Domu Dzieciństwa nie było. Dlaczego szuka Pan tego domu, spytałam, żeby zyskać jakiś punkt orientacyjny. Mam tam coś do załatwienia, powiedział mężczyzna, jestem stary. Grzecznie uchylił kapelusza. Poszłam dalej, myśląc o jego ostatnich słowach, nieco zagadkowych. Zamyślona skręciłam nie w tę ulicę co trzeba. Przeszłam kilkaset metrów i zobaczyłam ten dom.

2
Oczywiście od razu pobiegłam z powrotem, aby powiadomić tego człowieka, ale już go nie znalazłam. Nic dziwnego, przecież to duże miasto, a w porze obiadowej na ulicach jest mnóstwo ludzi. A jeszcze na dodatek po wojnie wiele ulic odbudowano tak, że człowiek nie wszystkie miejsca rozpoznaje i czasem nawet nie wie, gdzie się właściwie znajduje. Zbudowano wiele budynków publicznych, również takie, jakich przedtem w ogóle nie było, wychodząc naprzeciw potrzebom chwili obecnej. Zakładam, że Dom Dzieciństwa też ma odpowiadać wymaganiom lat powojennych. Jeżeli w pośpiechu cokolwiek zdołałam zauważyć, to jest to duży szary dom bez żadnych ozdób, oprócz jakiegoś secesyjnego ornamentu nad wejściem i nazwą.
(…)

7
Dom Dzieciństwa leży znacznie bliżej mojego domu, niż to mi się początkowo wydawało. Znalazłam się dziś tuż obok zupełnie niespodziewanie i postanowiłam, korzystając z okazji, dokładnie go obejrzeć. W prawo od wielkich drzwi wejściowych znajdował się przycisk dużego białego dzwonka, płyta z mlecznego szkła i wgłębienie, do którego należy mówić. Kiedyś widziałam już taki aparat w jednym z nowych urzędów w mieście. Po naciśnięciu dzwonka zgłaszał się tam nader uprzejmy głos męski i mówił; „proszę się zameldować, podając imię, nazwisko i datę urodzenia”. Byłam przekonana, że to co widzę, to taki właśnie nowoczesny domofon, zapewne z aparatem fotograficznym, ukrytym za matową szybą, który zrobił mi zdjęcie i przesłał je do wnętrza budynku. Nienawidzę takich urządzeń, kojarzą mi się z tajną policją. Dlatego, oczywiście, oddaliłam się, nawet nie próbując nacisnąć dzwonka.
(…)

23
Dziś po raz pierwszy miałam okazję rzucenia okiem do wnętrza tego dziwacznego muzeum. Wcale nie było to takie trudne. Brama w murze, którą zauważyłam już uprzednio, a która była wówczas zamknięta, dziś była lekko uchylona. Powiększyłam nieznacznie tę szczelinę, tak by można było zerknąć do wnętrza. Trudno mi opisać to, co znajdowało się po drugiej stronie muru. Niewątpliwie potwierdziło się moje wcześniejsze poczucie, że wszystko tu przypomina dekoracje, również dom, który jest samą tylko fasadą. Za tą fasadą znajduje się całe mnóstwo jakichś niewielkich budowli, trochę jak na terenie studia filmowego, są nawet ogrody i  zagajniki, ale nie wiem, czy prawdziwe, czy wykonano je z papieru, tkaniny lub drewna. Najbardziej mnie zdumiało, że obiekty te były w różny sposób oświetlone przez jakieś niewidoczne dla mnie reflektory, a niektóre z nich były nawet pogrążone w mroku. Wszystko sprawiało wrażenie nieporządku, może nawet chaosu, ale nie było to wcale straszne, odchodząc śmiałam się więc sama z siebie, że tak długo odsuwałam od siebie moment przyjścia tutaj, bo się bałam.
(…)

53
Znowu coś pięknego, choć już nawet podczas „lekcji” czuję, że wszystko zostało sztucznie zrobione, a mianowicie przez dorosłych, którym przydaje to czarodziejskich cech. Ciemne pomieszczenie, szepty, wiele dzieci siedzących na dywanie, zapach siarki, na maleńkiej scenie w głębi pomieszczenia wąwóz w lesie, rozświetlany blaskiem błyskawic i dziwnie zniekształcony głos mojej matki, przywołujący ducha, aż się pojawi zły duch Samuel. I zaraz potem, w tym samym pomieszczeniu, na prześcieradle zawieszonym jak ekran coś zupełnie innego – obraz gwiazdy, złożonej z barwnych elementów, które się przemieszczają, tworząc coraz to nowe wzory. I jeszcze później kolejny dowód magicznych mocy, jakimi dysponują dorośli, a mianowicie palec mojego ojca, zanurzony w szklance z wodą. Ojciec wyciąga palec ze szklanki i przeciąga nim po krawędzi do połowy napełnionych wodą kieliszków, wydobywając z nich melodię, raz delikatniejszą, to znowu mocniejszą, ale zawsze ulotną.
(…)

83
Nowy przerażający pomysł, przed jakim, nawet wbrew własnej woli, postawiony został człowiek, próbujący zgłębić tajemnice tego muzeum – tym razem mogę zobaczyć sama siebie, ale nie w lustrze, tylko z zewnątrz. Zmiana dokonuje się bez zapowiedzi i już chociażby dlatego jest straszna. Ale dziś było to dla mnie podwójnie nieprzyjemne, bo to co zobaczyłam, w żadnym stopniu nie przypominało niczego, co dotychczas o sobie wiedziałam. Gdy weszłam do budynku, kustosz znowu kazał mi nałożyć szynę na nogę, a potem wyprowadził na podwórko szkolne, gdzie wchodziłam jeszcze z niejakim zaciekawieniem. Ale zaraz potem zobaczyłam sama siebie, grubą, dziesięcioletnią dziewczynkę z dużymi okrągłymi oczami, jak stoi, całkiem sama, na boisku, pośrodku sterty papierów. Inne dzieci stoją wokół tej góry pogniecionego pergaminu, w jaki pakowało się kiedyś śniadania do szkoły, w grupkach lub parami, niektóre obejmują się, żartują lub rzucają kolorowe piłki. Dziewczynka-ja porusza się, choć szyna jej ewidentnie przeszkadza, próbuje wykonać parę nieporadnych kroków, woła coś, nikt jej nie odpowiada, rozgląda się we wszystkich kierunkach, wyciąga ręce do innych dzieci, ale na próżno. Ta sama scena po wielokroć, aż do przesytu, oczywiście napawa mnie smutkiem. Zobaczyć siebie samą w zawstydzającej sytuacji, to zarazem żenujące i irytujące, tym bardziej, że z czasów szkolnych wcale sobie nie przypominam takiego momentu.

Można by powiedzieć, że jest to jedna z wielu książek o dzieciństwie. To prawda. Czytałam ich mnóstwo, sama też coś w tym duchu napisałam, na przykład to: https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2013/01/05/die-ewige-judin/
Co mnie jednak zachwyciło w mini powieści Kaschnitz to jeden z ostatnich akapitów tej książeczki. Autorka musi opuścić muzeum, które nazwała „Dom Dzieciństwa”, bo dzieciństwo się skończyło. Dziewczynka się zakochała, a zatem przestała być dzieckiem i jest młodą, bardzo młodą, ale jednak już dorosłą panienką. Jakąż wspaniałą pisarką była Kaschnitz, skoro potrafiła stworzyć taki opis pierwszej miłości:
(…)

murattiklein122
Tak jak wczoraj, tylko znacznie mniej romantycznie, bo znowu jestem na łące, ale moim zadaniem jest tym razem wykopanie dziury w trawie i przesiewanie palcami ziemi zamkniętej w czarnym oplocie korzeni trawy. To polowanie, a zwierzyną są dżdżownice. Łowię szaroróżowe ciała, wzbudzające w mnie odrazę, i wkładam je do blaszanego pudełka z naderwaną etykietką (Muratti), całe albo w kawałkach, bo często rozrywają mi się w palcach i mimo to nadal poruszają się kręto. Jestem niecierpliwa, wyczekuję, nasłuchuję, wypatruję, ale kogo, gdzie, za żywopłotem, to tam słychać krok, stamtąd dobiega śmiech, głos, ale czyj, chłopca, mężczyzny, głos który wykrzyknie moje imię. Dam mu dżdżownice w pudełku, on nabije jedną na haczyk, zarzuci wędkę, która zaplącze się w zielsko na stromym stoku strumienia, ja ją wyplączę, a potem będę stała i patrzyła, jak szybko obraca się kołowrotek. Woda w cieniu będzie ciemnozielona, spokojna, a w słońcu rozigrana i błyskotliwa, będę wypatrywała pstrągów, tych młodych lekkomyślnych i tych starych, które przezornie trzymają się bliżej dna głębokiego wykrotu i wszystko widzą. A przecież tak naprawdę będę patrzyła tylko na niego, wiem, że tak będzie, tak jak wiedziałam, jak to się rozwinie, choć nic się jeszcze nie zdarzyło, czyli nie mogło jeszcze stać się tematem dzisiejszej lekcji, w której najwyraźniej chodziło tylko o dżdżownice, i czekanie, i dobiegający z dali okrzyk.

Das Alter ist für mich kein Kerker, sondern ein Balkon, von dem man zugleich weiter und genauer sieht.
Marie Luise Kaschnitz, Orte

Tysiąc lat

Stosunki polsko-niemieckie według Ewy Marii Slaskiej czyli
interpretacja własna wystawy „Obok. Polska – Niemcy 1000 lat historii w sztuce”. Wystawa trwała od września roku 2011 do stycznia 2012, tekst napisałam późno, za późno, i, powiedzmy, że dlatego nie został nigdzie opublikowany. Ale tak naprawdę to jest to klasyczny salon odrzuconych.

Ewa Maria Slaska
Polska – Niemcy 1000 lat

Zacznijmy od faktów najprostszych – wystawa, ogromna, 1000 lat, 800 eksponatów, 200 instytucji wypożyczających, 10 rozdziałów – ma inny tytuł po polsku i po niemiecku (a także po angielsku).

Po polsku jest mowa o tysiącleciu historii w sztuce, po niemiecku o historii i sztuce.

Piszę to nie z typową dla osób dwujęzycznych satysfakcją, że „przyłapałam” innego dwujęzycznego na błędzie. Odmienność tytułów nie jest bowiem lapsusem, jest na pewno świadoma i zamierzona. Po niemiecku tytuł głosi to, co chcieliby zobaczyć (i zrozumieć) Niemcy, po polsku – to, co interesuje kuratorkę, a nawet – powiedzmy to uczciwie: kreatorkę wystawy.

Od ponad miesiąca przedzieram się przez jednakowy bełkot prasowo-internetowy na temat wystawy. Każdy chwali, używając niemal tych samych słów, bo mimo iż każdy szanujący się dziennikarz wprowadza jakiś własny komentarzyk, jakiś mini-smaczek, ale tak naprawdę nie ma prawdziwych recenzji tej wielkiej wystawy, jest tylko powielanie porządnych, wyczerpujących i banalnych tekstów przygotowanych przez biuro prasowe wystawy. Nie ma tak właściwie żadnej porządnej recenzji, a nie ma, bo być nie może, bo cierpimy na chorobę, która się zwie polskie zadufanie, a jej symptomami są patriotyczne puszenie się połączone z czołobitnością wobec wielkich i uznanych. Przypomnijmy czołobitność wobec wielkich to w świecie odrębna jednostka chorobowa, zwana idolem teatru, w świecie polskim jest lewą stroną patriotycznej prawej rękawiczki.

Tysiąc lat kontra ostatnie sto lat. Los Żydowski.

Andę Rottenberg, kuratorkę wystawy, interesuje przede wszystkim, nade wszystko, a zapewne nawet ponad wszystko tylko sztuka. Historia jest dla Rottenberg tylko ramą dla sztuki, zręcznie podsuwaną jako komplet w celach marketingowych. Marketing dotyczył niewątpliwie Wystawy Andy Rottenberg jako Dzieła! A zabiegi, prowadzone od wielu lat, miały sprawić, by Dzieło stało się flagowym projektem Polskiej Prezydencji. Tak oto w ramach Polskiej Prezydencji (co, umówmy się, już samo w sobie jest z lekka śmieszne) chwalimy Andę Rottenberg, a ponieważ ona chwali przede wszystkim Mirosława Balkę, chwalimy zatem Balkę, bijąc czołem w ziemię.

Pójdźmy jednak jeszcze o krok dalej. Tak naprawdę to nie sztuka interesuje Rottenberg, i nie sztuka polska, ale sztuka obrazoburcza, antykatolicka, modernistyczna, najlepiej jeśli na dodatek żydowska, a właściwie z naciskiem na sztukę żydowską, antyniemiecka, odwołująca się do bólu i okrucieństwa. Temat ten zdominował ostatnie sto lat historii i wystawy, i ją zakłamał, bo tu właśnie kuratorka, wkraczając na teren, najlepiej sobie znany i ten, który rzeczywiście chciała zaprezentować, porzuciła już wszelkie próby udawania, że chodzi o historię. W odcinku wystawy dotyczącym szeroko rozumianej współczesności nie chodzi o Historię. Chodzi tylko o historię sztuki współczesnej i Los Żydowski.

To spójny obraz i artystka (bo osoba układająca wystawę jest niewątpliwie artystą) ma do niego niezaprzeczalne prawo. Tyle że jest to obraz nad wyraz indywidualny. Taki obraz sztuki modernistycznej przedstawiła Rottenberg w wykładzie, towarzyszącym wystawie, zapomniała tylko powiedzieć, że jest to interpretacja indywidualna i osobista Andy Rottenberg. Stała tam przed nami Kuratorka i mówiła nam, że taka jest Sztuka Polska. Modernizm polski w tym ujęciu to sztuka ostatnich stu lat, która zaczęła się w Związku Radzieckim, a nie skończyła nigdy. Jedynymi polskimi jej przedstawicielami są Strzemiński i Kobro, pozostali są Żydami, co Rottenberg podkreśla tak dalece, że zapomina dodać, że to również, a niekiedy przede wszystkim Polacy. Cierpienie żydowskie w sztuce przechodzi bez cezury w okrucieństwo wojny, wojna czyli zagłada, śmierć, obóz, ból, płynnie łączy się z chorobą, ta z kolei z bólem żydowskim w obliczu globalizacji i komercji. Jasna czysta linia, jak ktoś nie wie, jest w stanie uwierzyć, że taka oto była historia sztuki polskiej od roku 1912 do 2012, i zdziwi się, a i nie uwierzy, jak mu się powie, że nie, że nie jest to ani historia sztuki polskiej, ani nawet polskiej sztuki modernistycznej, a już na pewno nie – polskiej sztuki współczesnej, lecz indywidualny wybór Andy Rottenberg, która przeciągnęła straszną czarną nić przez nasze dzieje i wyciągnęła na niej tylko to jedno – Cierpienie jako definicję Losu Żydowskiego. Przejmujący obraz. Szkoda, że Rottenberg nie zrobiła takiej wystawy. Wtedy byłaby prawdziwa.

W dzisiejszych czasach potwornie trudno zaprotestować przeciw takiej wizji, bo praktycznie od razu zarabia się etykietkę antysemity. Jeśli więc nawet znalazł się jakiś umysł wolny od choroby idola teatru, nie zaćmiony polskim zadufaństwem połączonym z kultem panienki przenajświętszej Andy Rottenberg, to i tak zgroza go pewnie ogarnia na myśl o tym, że jak napisze, to co chce napisać, to redaktorzy odrzucą, a jak nie odrzucą, to czytelnicy zeżrą z kościami.

Nawet jeśli autor niniejszego sam jest Żydem albo Żydówką. To nie pomaga. Nic nie pomaga.

Tysiąc lat kontra ćwierć tysiąclecia. Odwieczna wrogość.

Ustaliliśmy już zatem, że Rottenberg zrobiła tę wystawę, żeby pokazać ostatnie sto lat historii sztuki. Pozostałe 900 lat to wehikuł, który wywiózł wystawę Andy Rottenberg na szczyt, ale też po prostu sztafaż, zaprezentowany bez ładu i składu zbiór obiektów, Wunderkammer stosunków polsko-niemieckich. Polakom niepotrzebny, bo wiedzą, dla Niemców niezrozumiały, bo nie wiedzą. A bez wiedzy nie da się go pojąć ani zrozumieć. Widz błąka się od sali do sali, nie rozumiejąc ani logiki ani chronologii, aby posuwając się od zewnętrznych kręgów piekła do samego jego środka dotrzeć do serca wystawy czyli… Krzyżaków.

I nagle stajemy oko w oko z czymś, co jest nam znane aż za dobrze. Nagle czujemy, że i tu osobowość kuratorki odcisnęła swoje piętno. To wystawa o odwiecznej wrogości. Prezentacja komunistycznego mitu odwiecznej wrogości. Mitu z czasów, gdy MY (a więc i Anda) byliśmy w podstawówce. Bo już nawet w liceach można było ewentualnie trafić na nauczyciela historii, który w ten obraz potrafił chyłkiem wprowadzić nieco odmiennych akcentów. Jako licealiści czytaliśmy też różne książki Jasienicy i choć on też był dziecięciem owych czasów, to jednak można było uważnie czytając zobaczyć, że owa odwieczna wrogość nie istniała ani w Polsce Piastów, ani Jagiellonów ani w Rzeczpospolitej Obojga Narodów. A już na pewno jeśli studiowało się nauki humanistyczne, mógł się człowiek dowiedzieć, że odwieczny oznacza ostatnie 250 lat, a nie 1000. Te ćwierć tysiąclecia to wystarczająco złowrogi ciężar i właściwie nie wiadomo, dlaczego Komunie tak bardzo zależało na tym, żeby nam udowodnić, że to lat tysiąc?

Komuna wystylizowała ten obraz ze zręcznością prestidigitatora, który wyciągnął z kapelusza szczerzącego krwawe zęby odwiecznego wroga. Gdy w grudniu 1982 roku w dzień przed Wigilią czekałam na przesłuchanie w poczekalni aresztu na Kurkowej w Gdańsku, patrzył na mnie sześciooki czarno-biały plakat – Krzyżak, Hitler, Adenauer. Ale to właściwie z mało, bo wprawdzie rzeczywiście Krzyżak, wsparty niestety Sienkiewiczem, stanowił centrum owego obrazu odwiecznego wroga, ale zaczynało się to znacznie wcześniej.

Wykład o odwiecznej wrogości

  1. Formowanie nowoczesnej Europy

Walki przygraniczne państw z luźnymi formacjami plemiennymi są jedną z charakterystycznych cech formowania się Europy. Imperium Rzymskie borykało się z tym przez cały okres swego istnienia, a słynny rzymski limes nie był niczym innym, jak próbą osłony cywilizacji przed dzikością ludów spoza tej granicy. Gdy Rzym upadł pod naporem kolejnych dzikich plemion, zaczęła się rodzić dzisiejsza wizja Europy, zaciekle atakowana na wszystkich granicach. Z Południa napływały flotylle saraceńskie, z Północy nadciągali Wikingowie, na Wschodzie kłębiły się masy germańskie i słowiańskie, które jednako nie chciały się dać ujarzmić, ale chciały bogactw tworzonych tam, gdzie ludy dawały się wziąć w karby państw.

  1. Słowianie po obu stronach Odry

”Odwieczna wrogość polsko-niemiecka” zaczęła się od pierwszych Piastów, a symbolem wroga był Albrecht Niedźwiedź, margrabia brandenburski. Nikogo w tej mitotwórczej pasji nie interesowało, że naprawdę Marchia i Polska walczyły z tym samym wrogiem, z dzikimi i nieujarzmionymi plemionami słowiańskimi znad Odry. Obodrzyci, Wenedowie, Wieletowie, Serbowie, Łużyczanie, którzy nie dawali się na stałe włączyć ani do Niemiec ani do Polski, stanowili ustawiczne przygraniczne zagrożenie obu bardziej trwałych formacji państwowych. Jeżeli przypadkiem ludy te zawierały jakiś doraźny sojusz z Polską, Komuna stylizowała ich na Słowian-niemalże-Polaków, jeśli z kolei Polska walczyła ze związkiem plemion słowiańskich, ewentualnie sprzymierzonych z władcami Marchii, patronowały temu skryte knowania Niemca.

  1. Konflikty graniczne

Czy chcemy czy nie chcemy, od czasu gdy Polska i Marchia Brandenburska uporały się ze Słowianami Zachodnimi, granica między Polską a Niemcami na dobre się ustabilizowała, nie tyle w miejscu (bo tu przez tysiąc lat będzie sobie wędrować ze Wschodu na Zachód i z Zachodu na Wschód), ile jako trwała granica językowa, kulturalna i państwowa. Cokolwiek by się nie działo w Rzeszy i w Polsce, zawsze już miały mieć wspólną granicę. To banał. Ale często o nim nie pamiętamy. I mylimy to, co zawsze dzieje się na granicach, z odwieczną wrogością.
Banałem jest też przypominanie, że średniowieczne rozdrobnienie państwowe nie było jakimś złowrogim zdarzeniem, które przydarzyło się Polsce niesprawiedliwie i nie wiadomo czemu, tylko była to typowa faza rozwoju państwowości feudalnej. W całej Europie zwierzchnik rycerstwa czyli suweren czyli aktualnie najsilniejszy władca w całej okolicy oczekiwał hołdów lennych od władców słabszych, a sam składał je władcy silniejszemu. W górę sięgało to poziomu Papież -Cesarz, w dół mogło sięgać do hołdów trzech rycerzy składanych czwartemu.

I ostatnim banałem dotyczącym czasów rozdrobnienia rycerskiej Europy jest to, że każdy mógł zawrzeć z każdym przymierze przeciw każdemu innemu i wezwać na pomoc kogo tylko chciał, żeby poradzić sobie z tym, kto mu w danym momencie nie pasował. Gromady pozbawionych ziemi rycerzy, skupionych w zakonach rycerskich tylko czekały na takie okazje.
Wszystkie średniowieczne konflikty polsko-niemieckie miały dokładnie taki wymiar i nie były niczym wyjątkowym, złowrogim i odwiecznym.

  1. Konflikty przygraniczne – Litwa i Żmudź

W takim kontekście książę Konrad Mazowiecki sprowadza Krzyżaków. Bo od Zachodu boryka się z klasycznymi problemami walk granicznych, a od Wschodu – przygranicznych, takich jak 200 lat wcześniej toczyły się nad Odrą. Od Wschodu, pomiędzy carską Rusią a księstwami polskimi w tzw. Dziczy czyli nietkniętych puszczach czają się dzicy Litwini, Żmudzini i Jadźwingowie. Przypomnijmy sobie trzech mickiewiczowskich budrysów. Zabawny wierszyk. Budrysi. Są groźni i nie ochrzczeni, można ich więc nawracać.

Wszędzie w Europie przez kilkaset lat zakony rycerskie rozrosną się w potężne i bogate organizacje. I wszędzie prędzej czy później władcy w porozumieniu z papieżem dojdą do wniosku, że ich potęgę trzeba zlikwidować. Zwłaszcza, że już w miastach tworzą się pierwsze zalążki uprzemysłowienia. Feudalizm się kończy. Kończy się czas rycerzy. Pierwsi upadną Templariusze, Krzyżacy przetrwają jeszcze ponad 200 lat. Będą się bronić, nie będą chcieli oddać tego, co dostali, zagrabili lub kupili. „Normalka”.

Nic w tym, co się działo między księstwami Polskim, zjednoczoną z powrotem Polską Łokietka i Kazimierza Wielkiego i wreszcie unią mocarstwową Polski i Litwy nie jest dowodem odwiecznej wrogości polsko-niemieckiej. Jesteśmy widownią procesów historycznych. W tym kontekście w Polsce zdarzyła się bitwa. Wielka bitwa rycerstwa zachodniego z nie ochrzczonymi rycerzami Witolda. Ostatnia bitwa średniowiecznej Europy. Dlatego myślimy, że jest słynna. A to po prostu bitwa. Spójrzmy na obraz Matejki. Mistrz wiedział, co maluje. Gdzie są tam Polacy? Gdzie Niemcy? Dwie główne postaci to Witold i Ulrich von Jungingen. I tak dokładnie było.

W 40 lat po bitwie pod Grunwaldem Turcy podbili Konstantynopol. Zatrzasnął się ostatni przesmyk pozwalający przywozić złoto, perły i jedwab z Azji. Synowie szlacheccy bez ziemi już nie chcą się bawić w rycerzy. Część z nich zajmie się produkcją i finansami, tak urośnie siła miast, część będzie nadal szukała przygód. Don Kichot, prawda? To on, rycerz bez pola walki i przeciwnika. Ale inni już wiedzą. Tam gdzie mogą, ruszą na podbój świata. To ci sami chłopcy, już nie rycerze, konkwistadorzy.
W tym kontekście rozwiązał się Zakon Krzyżacki.
To prawda, kiedyś, za następnych dwieście lat, na podwalinach tego, co zbudował Zakon Krzyżacki, urośnie nowa potęga polityczna, Księstwo, potem Królestwo, a potem Cesarstwo Pruskie. I to już stanie się zalążkiem „odwiecznej wrogości”, tej liczonej w stuleciach a nie tysiącletniej. Do tego jeszcze wrócimy.

  1. Granica kwietystyczna

Polska Jagiellonów i Rzesza Niemiecka ustabilizowały swoją potęgę i na długi czas granica państwowa pomiędzy oboma mocarstwami nie ulegała zmianie. Nic się też na niej nie działo. Przyjęło się wręcz uważać ją za najspokojniejszą granicę Europy, chętnie przydając jej przymiotnik „kwietystyczna” – spokojna, ale też piękna. Niemcy szarpane były reformacją, co zresztą nie ominęło też i Polski, Rzesza przeżyła też najbardziej dramatyczną wojnę w swej historii – wojnę stuletnią, zakończoną pokojem westfalskim i swego rodzaju tolerancją religijną. W Polsce walka protestantyzmu z katolicyzmem była znacznie mniej dramatyczna, z kolei zamiast wojny stuletniej przeżyliśmy szereg konfliktów zbrojnych z Turcja i najazd szwedzki. Tym niemniej na zachodniej granicy Polski rzeczywiście nic się nie działo. Działo się za to gospodarczo. Otóż protestantyzm, który w XVI i XVII wieku ugruntował sobie pozycję w zachodniej Europie, był religią rodzącej się właśnie burżuazji, żądnej władzy i możliwości bogacenia się. Przez fakt, że w Polsce wygrał katolicyzm, przegapiliśmy gdzieś zarazem i kapitalizm. Byliśmy nadal państwem feudalnym, podstawą polskiego dobrobytu były dobra natury i płody rolne, a pozyskiwaliśmy je przy pomocy chłopa pańszczyźnianego. To co w XV i XVI wieku zapewniło nam potęgę i bogactwo, w XVII wieku wystarczało by trwać, a w XVIII wieku sprawiło, że upadliśmy. Nie dało się już wyżyć ze zboża, wosku, drewna i futer. Europa Zachodnia zmieniła system rolny i przestała potrzebować żywności, a luksus przypływał na statkach z Meksyku i Brazylii, a nie szkutami po Wiśle. Warcholstwo, sarmatyzm i niechlujstwo nie były przyczyną naszego upadku, tylko skutkiem załamania gospodarczego. Upadliśmy, ponieważ system feudalny w całej Europie musiał upaść. Można mu było pozwolić upaść, zastępując go uprzemysłowieniem. Gdy jednak tego nie zrobiliśmy, upadliśmy razem z nim, przygnieceni gruzami niewydolnej gospodarki.

  1. Rozbiory i odwieczna wrogość

Formalnie to właśnie w roku 1772 rozpoczął się odwieczny konflikt polsko-niemiecki. Rozpoczął się, bo się nie potrafiliśmy unowocześnić. Zajęły nas Rosja, Austria i Prusy, ale tak naprawdę, to zajął (czy rozebrał nas) kapitalizm. Był to jeszcze kapitalizm ekstensywny, potrzebujący wciąż nowych ziem i nowych ludzi. Państwa rozbierające Polskę nie miały znaczących kolonii zamorskich, ich koloniami były słabsze sąsiednie państwa europejskie. Francja, Anglia, Hiszpania, Portugalia i Holandia skierowały swój ekspansywny kapitalizm na podboje zamorskie, Austria, Rosja, Prusy a także na terenach nas nie dotyczących, bo w Skandynawii – Dania, podbiły Europę, a Rosja również dużą część Azji.

Po raz pierwszy w historii staliśmy się rzeczywiście ofiarą pruskiej zachłanności. Nawet to nie był jednak wyraz złowrogiej niechęci Niemca do Polaka, nawet to był proces. Ale trudno oczekiwać, żeby nam jako Polakom to w czymś specjalnie pomagało. Nawet gdybyśmy potrafili spojrzeć na rozbiory i obie wojny światowe jak na nieuniknione procesy gospodarczo-polityczne. Nie potrafiliśmy i nie można nas o to winić. Od roku 1772 Prusy były naszym wrogiem. Bez przerwy. Zawsze. Odwiecznie. Od roku 1772 do roku … którego. 1971? 1980? 1989? 1991? 2005? Wszystko jedno. Któraś z tych dat zakończyła odwieczną wieczność.

Konkluzja
Rozumiem, że nie można wymagać, by pani Anda Rottenberg znała najnowszą wykładnię historii Europy. Ale no cóż… Miała radę konsultacyjną, miała doradców i pracowników. Gdyby zechciała ich słuchać (słyszeć i słuchać!) to może potrafiłaby ułożyć tę wystawę inaczej. Może potrafiłaby się oderwać od wizji Historii, jaką wpojono mądrej dziewczynce w piątej klasie szkoły podstawowej. A może tym bardziej potrafiłaby powiedzieć, nie, to nie jest MÓJ temat, nie będę się zajmowała ani tysiącem lat historii i sztuki, ani tysiącem lat historii w sztuce, bo żadnemu z nich nie sprostam. Moim tematem jest Los Żydowski we współczesnej sztuce polskiej i tym się będę odtąd zajmowała.

Über den Film “Hannah Arendt” von Margarethe von Trotta. Ein guter Film, obwohl es fürchterlich irritiert, dass Hannah Arendt alle 30 Sekunden eine neue Zigarette anzündet. So war es damals, in den 50. und 60., klar, aber diese ewige Zigarette mutiert zum Hauptmerkmal von Hannah, gewinnt Oberhand über ihr Denken und Tun.
Ich muss gestehen, dass ich überhaupt nicht wusste, worüber Arendt geschrieben hat. Banalität des Bösen, ja, das wissen wir doch alle, aber im Film kommt für mich etwas Neues zutage – die Beschuldigung Hannahs Arendt, die jüdischen Räte haben den Holocaust mitgemacht und sind mitschuldig.
Wieso habe ich es nie gehört? http://www.hannaharendt-derfilm.de/