Pani Irenka

Karolina Kuszyk

Więcej grzechów nie pamiętam

Jeśli by ktoś chciał znać moje zdanie, to u nas w bloku od dawna nie dzieje się najlepiej. Ludzie już w Boga nie wierzą. Do kościoła chodzić chodzą. Ale w głowach im tylko supermarkety, samochody, reklamy, kosmetyki jakieś, kupony. Ja tu już mieszkam ponad dwadzieścia lat, proszę pani, i różnie bywało, nie mogę powiedzieć, że zawsze wszystko cudnie pięknie. Jak ten blok pobudowali, to najrozmaitszego się tu nasprowadzało. I komuna do tego, a komuna, proszę pani, ludzi psuła że psuła. Jak raz wczoraj w telewizji taki program nadawali, taki jeden młody mówił, że to niby w Polsce komunizmu nie było. Nie było komunizmu, mówi, tylko jakieś coś innego jakby, ale teraz już nie pamiętam co. Ja tam nie wiem, czego ich teraz w tej szkole uczą, ale jak mi taki młody, dopiero co toto szkoły pokończyło, a już w krawacie, wielki pan prezes czy inny dyrektor, tak proszę pani, kłamie, i to w żywe oczy, że w Polsce niby nie komuna panowała, to ja się pytam, to co było, proszę pani, za komuny, jak nie komuna. Tylko ten telewizor wyłączyć, jak już takie bzdury w nim wygadują. Ja proszę pani to się tak zaraz denerwuję, że kropelki na uspokojenie duszkiem po prostu bym mogła pić. Teraz ostatnio to patrzę już tylko na dziennik i na papieża, ale to już nie to samo, odkąd naszego zabrakło. Nie powiem, ten nowy też ładny. Taki uśmiechnięty, chociaż Niemiec, i bardzo podobnież uczony… Ale za to nasz ile języków umiał? Chyba ze dwadzieścia! A ten nowy widać, że gdzie nie pojedzie, zawsze z kartki czyta. A jak po polsku śmiesznie mówi… No nie to samo. Zresztą, papież papieżem, przecież to nie do papieża człowiek się modli ani do księdza, tylko do Pana Boga, Matki Boskiej i wszystkich świętych. Ale kto się dzisiaj jeszcze modli? Same stare tylko, o, jak ja. I po mojemu to wszystko złe, te nieszczęścia na osiedlu, i że u nas na klatce to już prawie nikt z nikim dobrze nie żyje, to przez to, że nie modlą się ludzie. Boga zapomnieli. Krzyże w domach ze ścian pozdejmowali i obrazów jakichś, plakatów ponawieszali. I kupować by tylko bez przerwy kupowali. Do supermarketów w niedzielę chodzą zamiast w domu siedzieć i kupują że kupują. Zastawy, wypoczynki, rzeczy jakieś, diamenty. Anteny, te, satelitarne. Satelity znaczy. Tyle wszystkiego! Konta otwierają, lokaty. I w tym wszystkim niespokojni tacy, jakby bali się, że zaraz komuna wróci i im pozabiera. To się przedtem wolą nachapać, najeść. Na zapas. Ja tam nikogo nie namawiam, żeby o chlebie i wodzie żył, wiadomo, każdy swoje potrzeby ma. Sama na truskawki do Niemiec jeździłam, zawsze to człowiek trochę uskładał. Ale, proszę pani, ludzie miary nie znają. W niczym, tak pani powiem. Jak wczoraj w piwnicy tego Kwiatkowskiego z piątego piętra znaleźli nieżywego, to zaraz dziennikarze z telewizji przyjechali. Rozgadał ktoś, zadzwonił, a oni przyjechali, film kręcić zaczęli, mieszkańców wypytywać. Wstydu za grosz nie mają, wszystko by w gazecie, telewizji chcieli opisać. Nawet śmierci nie uszanują. Do czego to podobne? Mnie też nawet pytali, bo zeszłam na dół, pewno, że zeszłam, hałas taki był, to myślę, pójdę zobaczę, i taka jakaś młoda nerwowa zaraz mi pod nos mikrofon podtyka: Czy pani jest lokatorką? A na kogo wyglądam, pytam się. W pantoflach domowych byłam i w fartuchu, bo akurat syn z synową mieli przyjść, obiad szykowałam. To ona się zaraz pyta: nazwisko pani proszę? Irena, mówię, Irena Swat, pod ósmym mieszkam. Czy znała pani denata? Kogo, pytam się, bo z początku jakoś niezbyt zrozumiałam. Pana Kwiatkowskiego, ona na to, czy pani znała. No jak miałam nie znać, przecie to sąsiad mój był!!! wrzasłam, bo co się tak głupio pyta. Ale zaraz syn z synową do klatki weszli i syn zaraz mikrofon ręką przykrył, odsunął tą dziennikarkę, ale uprzejmie, manier to jest nauczony mój syn, i pyta się mnie, co się stało i czego chce ta pani. Kwiatkowskiego znaleźli, nieżywego, w piwnicy, mówię, a to pani z telewizji jest. Synowa aż podskoczyła, a syn się głośno spytał: Czy ktoś wezwał policję? Zaraz tu będą, powiedziała Danka, ta z pierwszego piętra, co zawsze taka mocno umalowana, a syn na to: To dobrze i do mnie: Mamusiu, zaraz przyjedzie policja i się tym zajmie. Nic tu po nas. Kto go właściwie znalazł w tej piwinicy? Pan Stanisław, jak schodził po kompot. O mało co zawału nie dostał, mówię. Pan Stanisław siedział na schodach, słoik kompotu obejmował i tylko postękiwał, chłopina. Jego żona zaraz z tabletkami na serce przyleciała i wsadziła mu pod język. A syn do mnie: Niech mamusia się do tego nie miesza i z żadnymi dziennikarzami nie rozmawia. Kwiatkowski pewnie zawał miał albo gdzieś się potknął i upadł. Najmłodszy nie jest. Taki znowu stary też nie, pomyślałam sobie, ale nicem nie powiedziała. Na obiad schabowe im zrobiłam, ale jakoś takie nie bardzo były. I tak przełknąć nic nie mogłam. Oni zjedli, syn jeszcze dokładki wołał. Młodzi są, to i apetyt mają.

Następnego dnia idę do Biedronki, i spieszę się, proszę pani, bo o dwunastej mają przyjść gaz czytać, i spotykam na ulicy Samborską, ona do mnie jak zdrowie pani, tyle my się nie widziały, a ja: Pomalutku, jakoś idzie, dziekuję. A ona do mnie tak bliżej podchodzi i szeptem: – Pani, a to prawda, że Kwiatkowski nie żyje? – Prawda, mówię i wzdycham, niech mu ziemia… A ona mi w słowo: – Podobnież pan Stanisław w piwnicy go znalazł. – Ano znalazł. – A co się stało? – Podobnież serce nie wytrzymało. – Ale przecież to młody mężczyzna był! Jeszcze sześćdziesiątki nie miał! – No nie miał, ja na to, ale czy to wiadomo co komu pisane, kochana? – Niby tak, ona na to, ale patrz pani, jak to tak, z dnia na dzień, żeby śmierć? Serce miał chore czy co? – A nie wiem, ja na to, tak dobrze tośmy się z Kwiatkowskim nie znali. Tyle co do kościoła i z powrotem. Czasem w pierwsze piątki na spowiedzi go widziałam. Mruk straszny, ale porządny człowiek był. Dziwny się zrobił, odkąd mu żona umarła, ile to, 5 lat temu już będzie… milczek taki. Ale sąsiad dobry był. Pani, idę, bo jeszcze muszę w Biedronce zakupy zrobić, a o dwunastej za gaz przychodzą… i tak żeśmy se ździebko porozmawiały, ale jakoś to mi spokoju nie dawało, że Kwiatkowski niestary wcale był, zdrowy, a na serce niby umarł. Ale od dozorczyni wiedziałam, że mu tam wszystko posprawdzali i nic, nawet ranki jednej nie miał ani stłuczenia, wszystko na swoim miejscu… Bo jakby go jakiś rabuś dopadł tam na dole, toby go musiał przecież czymś rąbnąć, nie? Łomem jakim czy coś. Przecież wiem, telewizję oglądam, a czasem do biblioteki na osiedlu pójdę i kryminał sobie pożyczę. Syn też mnie uspokajał, mamusiu, no co mamusia, już tam policja swoje metody ma, lekarz też go przepatrzył, mówi, nic nie stwierdził, musi zawał był i koniec. Niech się mamusia już tak nie przejmuje. Niby wiem, że zawał to czasem i zdrowego chłopa dopadnie, ale tydzień minął i dalej mi to spokoju nie dawało. Krewnych to on tam żadnych na miejscu nie miał, tyle, co córka z mężem ze Stanów na pogrzeb przyjechali i zaraz za dwa dni wracać musieli. Bo w tej Ameryce nawet na pogrzeb ojca urlopu ci nie dadzą. Samolotem przylecieli i zaraz na drugi dzień odlecieli. Córka widać, że w szoku, ojciec zdrowy przecie człowiek był, ale i obdukcji żadnej robić nie kazała, bo gdzie to, i kosztuje, i czekać by trza było kilka dni, a ojcu przecie życia nie wróci, nie? Na pogrzeb pójść poszłam. Dużo sąsiadów było, kochana, i dobrze, bo z rodziny to tylko ta jego córka z mężem go żegnali, reszta wszystko albo pomarli albo gdzie daleko po zagranicach. Jak ta córka płakała, mówię pani, jak płakała, aż się serce kroiło… Tak mi jej szkoda było, że Jezus… To jak mnie na stypę poprosili, to pomyślałam, a pójdę, dobry sąsiad był, a co one będą tam same tak przy tym stole siedzieć jak te kołki. A też i ciekawa bylam, tak szczerze pani powiem. I mówię pani, dużo nas przyszło. Danka, ta, co taka zawsze umalowana chodzi, nawet do kościoła, pana Stanisława żona, Kujawa z trzeciego, Kotkowscy, no, całe mieszkanie pełne. Tośmy posiedzieli, kobiety pochlipały, jak to przy stypie. Wszyscyśmy w stołowym byli, jedzenia tyle ta córka naszykowała, to trochę i pojedli, i pół litra otworzyli. Ja do ubikacji poszłam i przy okazji się temu Kwiatkowskiego mieszkaniu przyjrzałam, z raz może tu byłam, to myślę sobie, rozglądnę się. Do kuchni zajrzałam, do sypialki. Za czysto tam nie było, ale wiadomo, chłop sam mieszkający kurzu nie widzi. Trzy pokoje miał, stołowy, sypialkę i jeszcze jeden taki pokoik mały, dzieci tam mieszkały jak małe były, a teraz widać, że to puste nieużywane. Puste i niepuste. Wejdę, myślę sobie, bo już mi się i trochę przy tym stole przykrzyło, tylkośmy jedli, pili i nieboszczyka wspominali. A w tym małym pokoiku zdjęcia, zabawki jakieś, gitara nawet była, bo ich najstarszy, Mariuszek, jak taki odrostek był, to ciągle gitara i gitara. Świętej pamięci Kwiatkowska to się czasem i skarżyła, raz ją spotykam na klatce, a ona do mnie: pani, toż to wytrzymać nie można, uszy puchną. Chora już wtedy była i na skwerek wychodziła, bo Mariuszek ciągle tylko grał a grał. Teraz to chyba gitarę nową ma albo mu całkiem przeszło, nie wiem, przecie już z siedem lat będzie, co się do Warszawy przeprowadził. Na urzędnika się wykierował, od Europy. A takie ziółko był! I tak oglądam te zdjęcia, zabawki, ale patrzę, że biurko po Mariuszku widać w użyciu jest, bo rachunki na nim całkiem świeże leżą, za wodę, za gaz, recepty jakieś, pocztówki. Te recepty to sobie dokładnie przepatrzyłam, myślę, może znajdę, że stary Kwiatkowski na serce chory był, tabletki brał czy coś, to się uspokoję. Dla spokoju, proszę pani, sumienia to zrobiłam. Ale nic tam nie było: tylko tabletki na spanie miał przepisane i takie lekarstwa na przeziębienie, co sama je też kiedyś musiałam brać. Na serce nic a nic. I tych recept to może wszystko z pięć za ostatnie trzy lata. Kwiatkowski zdrowy był jak koń! Na tym biurku leżała jeszcze książeczka do nabożeństwa z jakimiś papierami w środku powtykanymi – a to z banku listy jakieś, a to z ubezpieczalni, obrazek święty, takie o. I też kartki papieru tam były pozapisywane, notatki jakieś, musi sam Kwiatkowski pisał. Bo i kto. To sobie myślę, poczytam. Tak mnie korciło że korciło, a poza tym przecie to teraz to Kwiatkowskiemu już i tak żadna krzywda. Nic tam ciekawego nie było. Ot takie tam zapiski, co załatwić, co kupić i podkreślone grubo przypomnienie, żeby do spowiedzi piątego kwietnia, to pierwszy piątek był, na trzecią pójść nie zapomniał. To sobie jeszcze pomyślałam, proszę pani, Bogu dzięki, że jeszcze przed śmiercią u spowiedzi był, chłopina. Grzechem się chyba żadnym większym przed śmiercią nie skalał, bo przecież w ten sam dzień się wyspowiadać poszedł. Jakby wiedział. A może on zabił się? Jak to pomyślałam, to aż, proszę pani, podskoczyłam. Ale zaraz córka nieboszczyka weszła i mi o tych fotografiach na ścianach opowiada, to Mariuszek, mówi, a to ja, na koloniach. No, ale co zobaczyłam, to zapamiętałam. Kwiatkowski na żadne serce nie chorował, musi coś go innego zabiło. Albo sam zabił się, chociaż w to to ja akurat nie bardzo wierzę.
Z początku to nawet myślałam o panu Stanisławie. Przecie zawsze ten, co nieboszczyka znajdzie, to pierwszy podejrzany, tak? Procedura taka. Ale jaki by pan Stanisław mógł interes mieć, żeby sąsiada swojego ukatrupić? Ani oni się nie gniewali ani nic, o pieniądze też przecież chodzić nie mogło, bo Kwiatkowski rentę to może ładną i miał, ale pan Stanisław w kopalni całe życie pracował, to oni teraz z żoną jak pączki w maśle, trójkę dzieci na studia wykierowali, magistry, a jeden syn nawet inżynier. Mówię pani, dzieci wykierowali i dalej sobie dobrze żyją. W zeszłym roku nawet w tej, Grecji byli czy w Hiszpanii. Poza tym pan Stanisław sam słabuje, gdzie on by Kwiatkowskiego, zdrowego chłopa? Wzięłam kartkę, napisałam „Podejrzany” i „pan Stanisław”, i zaraz pana Stanisława przekreśliłam. Przez całą noc oka nie zmrużyłam, ale wymyślić nic więcej nie wymyśliłam.
Dwa tygodnie minęły, u lekarza byłam, bo nadciśnienie mam i cholesterol, chociaż jajek prawie wcale nie jem i mrowi mnie, proszę pani, w prawej ręce. Na to mrowienie lekarz maść mi zapisał i mówi, niech pani tym smaruje rano i wieczorem i zawsze trochę bandażem owinie, powinno minąć. Do ty pory mi od ty maści, proszę pani, nie minęło. Co robić. Ale za to na gimnastykę mnie taką specjalną zapisał, teraz dwa razy w tygodniu chodzę, i ręką zawsze trochę poruszam, to i nawet trochę przechodzi. Ale, ale… wracam ja kiedyś z tej fizyterapii, z tej gimnastyki znaczy, i jak raz spotykam znajomą taką, z Kwiatowej. Widzę, że oczy czerwone ma, musi płakała, to mówię, dzień dobry, a co to kochana, stało się? A nic, pani, ona na to, pogrzeb u nas jak raz był. To ja dopiero wtedy patrzę, że ona cała na czarno ubrana. Ale co, jak, pytam się, kto umarł? Pani, Nowakową pani znała, co kiedyś krawcową była? – Tą elegancką? – pytam się. – Co podobnież kochanków sobie sprowadza? – Pani, ja tam złego słowa na nią nie powiem, dobra sąsiadka była, a że mąż jej tak młodo umarł, to co miała robić kobieta? Ona na to – Za mąż znowu wyjść, jak wdowa, tyle to i kościół dopuszcza, już miałam powiedzieć, a nie młodych takich trzydziestoletnich sobie brać… przecie ona już zdrowo po pięćdziesiątce ma, ta Nowakowa, ale myślę sobie, a po co, na co, nie będę tu gadać na ulicy i pytam się dalej: – Krewny jakiś jej zmarł czy co? – Gdzie, pani, to Nowakowa sama umarła! – Cooo? – ażem się za głowę złapała. – Ale co to się stało? – Pani, co to tu było dwa dni temu. Przychodził do niej jeden taki. Ochroniarz. Młody, przystojny. Podobnież to on ją znalazł, pani, w mieszkaniu, nieprzytomną. Myślał, że może wypiła sobie, bo Nowakowa czasami lubiła sobie popić, ale jak pulsu nie mógł wyczuć, to zaraz na pogotowie zadzwonił. Przyjechali na miejsce, popatrzyli i od razu powiedzieli: zgon. I teraz podejrzenie na tego młodego jest, że niby on zabił, z zazdrości. Bo ona jeszcze takiego innego na boku miała, policjanta. – Całe życie przydupasów miała, niech jej ziemia lekką będzie, ja na to. I wiadomo już, że to ten ochroniarz ją zabił? – Pani, w tym właśnie sęk, nic nie wiadomo, krwi żadnej nigdzie nie było, broni też nie, śladów żadnych na skórze nie miała, no nic, nic. I tabletek też chyba żadnych nie wzięła, żeby zabić się, bo gdzie jej tam było do samobójstwa. Życie kobita lubiła jak rzadko. – A z tym ochroniarzem to co? – Do aresztu go wzięli na razie na obserwację. – Ale słychać co było, kłócili się, bił ją czy jak? – Pani, nic a nic, słychać to tam co innego było… Ale żeby się kłócili – nic a nic. On taki miły mężczyzna, przyjemny. Zawsze dzień dobry pani mi na schodach powiedział. Często my się widywali, przecież ja zaraz pod Nowakową mieszkanie mam. Mnie tam, pani, to nie wydaje się, żeby on zabił. Przychodził, jak potrzebę miał, wiedział, że inni też przychodzą, ale dyskretny człowiek był. I jak on rozpaczał, pani, jak ją karetka odwoziła. Jak na sygnale przyjechali, to jeszcze jakąś nadzieję chłopak miał, a jak jechali z powrotem, Nowakowa w takim czarnym zasuwanym worku, to już bez sygnału, spokojniutko, bez spieszenia. Bo co się z trupem spieszyć mają, nie? – I tak mi ta z Kwiatowej opowiada i łzy ociera, widać, że naprawdę lubiła tamtą, nieboszczkę, i już nawet i mnie się tej Nowakowej szkoda zrobiło, latawica była bo była, ale sympatyczna kobieta i taka zawsze szykowna, chociaż jakby mnie się kto pytał, wstydu to ona nie miała za grosz. Ale, co będę gadać, bo to wiadomo, co w drugim człowieku siedzi? Może potrzeby miała takie same jak chłop, czy ja wiem? Ale prawda też taka, że krzywdy to nigdy nikomu nie zrobiła i sama zrobić nie dała. Jak jej raz dzieciaki piłką okno stłukli, to tylko się śmiała i zaraz po szklarza zadzwoniła. I jeszcze dzieciaków przed rodzicami broniła. Szklarz przyszedł, okno wstawił, ani grosza od niej nie wziął, powiedział, że od firmy dla miłej pani. Już ona go tam po swojemu ugościła. Tak mówili. Potem ten szklarz trochę jeszcze do niej przychodził. I w kościele na sumie ją widziałam, co niedziela. Do spowiedzi też chodziła. Ciekawość, co jej tam ksiądz na pokutę dawał. Bo że grzech był, to był. Wiadomo. Ale może to już nie taki grzech jak to kiedyś było, przecież teraz młodzi ze sobą mieszkają i już przed ślubem uprawiają. Bo wiadomo że uprawiają, święci nie są. Czy grzech zmienia się? Raz większy jest a raz mniejszy? Waży mniej jak kiedyś? Jakby jeszcze trzydzieści lat temu taka u nas na wiosce żyła, proszę pani, to by ją z ambony ksiądz przeklął i z kościoła wyrzucił. A jeszcze gorzej baby by jej dały, że im chłopów bałamuci. No, ale Nowakowa taka nie była, nieżonate do niej tylko przychodziły, kawalery. To może i grzech mniejszy.
A potem to już ona do domu poszła, bo mówi, pani, tak mnie głowa od tego pogrzebu rozbolała, że się położyć muszę. A ja do siebie i dumam. Takie, myślę sobie, nieszczęście, najpierw Kwiatkowski, potem Nowakowa. Co to się wyrabia? Nie chorujące, zdrowe. Do kościoła chodzące. W Boga wierzące. Dlaczego tych tam terrorystów z brodami, co domy, samoloty w powietrze wysadzają, dlaczego tych terrorystów pan Bóg nie pokara, tylko w normalnych ludzi mierzy, z normalnymi grzechami? I tak mi to spokoju nie dawało, że aż do syna zadzwoniłam, i mówię co i jak, że Nowakowa nie żyje i podobnież podejrzenie jest przez policję, że ten młody ją zabił, ale też i nie jest, bo ponoć całkiem dobrze ze sobą żyli. I mówię, że mnie to jakoś spokoju nie daje i że chyba nie zasnę i znowu tabletkę na spanie będę musiała wziąć. Syn tylko westchnął i powiedział: Niech się mamusia przestanie mieszać. Mamusi sprawa czy policji? Mamusiu, ja teraz czasu nie mam, jak się mamusia w detektywa chce bawić, to proszę bardzo, ale niech mamusia nie zapomina, że ja teraz w wyborach kandyduję i że mnie nie bardzo pomoże jak mamusia będzie wsadzała nos w nie swoje sprawy. Tu chodzi o mój wizerunek medialny, rozumie mamusia? No to ja mówię tak synku, dobrze synku, więcej nie będę, a na obiad w niedzielę przyjdziecie?

Zima

Dorota Cygan

7.00 – 7.30. Protokół myślowy z drogi do pracy

Jakiż piękny ten puch. Każdy płatek wdzięczy się i tańczy, a wszystkie razem kładą się do stóp, by mogły miękko stąpać, dając poczucie maksymalnego komfortu. Birkenstock by tego lepiej nie wymyślił. A ta biel dookoła, sakralna cisza i odświętność! Ależ to potrafi ukoić. Gdyby tak sobie  w domu powiesić  jakiś medytacyjny obraz w tym stylu, prawie całkiem biały, z kilkoma punktami nieśmiałej czerni i błękitu…

Bialy-kwadrat-1918_MOMA
Kazimierz Malewicz, Białe na białym, 1918, MOMA

No, nie od razu Caspar David Friedrich, można i skromniej, może by się coś kupiło, jak to zlecenie wypali, taki stonowany krajobraz w bieli, to jednak uspokaja, jak się robi tyle rzeczy i ma trochę spraw na głowie, zresztą coś trzeba robić dla wsparcia artystów, tak może bez przesady, niekoniecznie w randze Tarasewicza, ale w miarę możliwości, no i naprzeciw łóżka fajnie wygląda, takie śnieżne światy na białej ścianie, ciekawe, czy Malewicza zainspirował taki piękny śnieg, no bo jakoś na ten biały kwadrat wpadł.

tarasewicz-bruzdy
Leon Tarasewicz, Bruzdy 1985 http://galeria-arsenal.pl/wystawy/leon-tarasewicz-malarstwo.html

Ech, fajnie jest, przepiękne widoki, a nogi same niosą, ten chłód nawet daje niezłego kopa, aż się człowiek spręża na myśl o dzisiejszej to do list. Jak się potem tak wejdzie z zimnego w ciepłe, to się robota sama usuwa, energia człowieka rozpiera, właściwie to można by przygotować parę seminariów na zapas – na te leniwe i banalne tygodnie potem. Ależ wszystko ostro widać! Powietrze przejrzyste, że hej, może nawet wyjdzie słońce. A  na razie i bez tego puch się mieni tak srebrzyście, aż się człowiekowi zdaje, że chodzi po skarbach, ech,  chce się żyć.

ruiny_Eldena_1808_spalone_1931

Caspar David Friedrich, Mnich na śniegu (Ruiny klasztoru Eldena zimą) 1808; wystawiony w Szklanym Pałacu w Dreźnie, który spłonął w roku 1931 (obraz też).

xxx

Noo, teraz nawet trochę mocno zawiewa, trzeba się pochylić, hehe, nietzscheański heroizm w śniegu i pod wiatr, oto człowiek. Z tego heroizmu piszący trzy listy motywacyjne w weekend (np. najbliższy). To  w sumie nawet dobrze robi tak się rozpisać. Nooo, ale teraz to już nieźle zawiało, uff, trzeba było jednak wziąć czapkę, ależ te palce zgrabiałe, nawet kaptura nie przytrzymają…, ale nie marudźmy – trzymać to się trzeba struktur i obowiązków, nerwy trzymać na wodzy, od malkontentów trzymać się z daleka,  żebraków na dystans, rodzinę w garści, a z ludźmi wpływowymi trzymać sztamę. Tak trzymać i już. O, a tu co? Chyba wybiło wodę, zmarzlina podtopiona, poślizgać się można, bęc , no, to akurat nie był popisowy lot, płasko i blisko ziemi, łokieć boli, w zasadzie ktoś powinien odpowiadać za ten wyciek i masy śniegu, teraz to już nikt nie pracuje na serio. A ten gość, hola, jedzie, jakby oczu nie miał, prawie po chodniku, hej, patrz jak jedziesz, bryzgasz na boki, tak, tak, sam się postukaj w czoło, nie, mój drogi, do chodzenia po chodniku nie trzeba prawa jazdy, to się zdziwisz, jak cię zgłoszę na policję, po numerze rejestracyjnym cię znajdą, będziesz się tłumaczył za nieumyślne stwarzanie zagrożenia, tylko się tak dalej stawiaj, to zobaczysz. Ależ sypie, własnych nóg nie widać, a co dopiero rowerzystów, co za brak wyobraźni, czysta brawura, zaraz się wyłożycie mądrale jedne, cała ta wasza ekologiczna  wyższość moralna, z dzieckiem na siodełku, jeszcze chwila a będziesz leżał, ignorancie. Bęc, no właśnie, jeden nieostrożny krok i ból w kostce, proszę bardzo, sekunda nieuwagi, a łokieć też jakoś nie przestaje, rwie coraz bardziej. Że też żaden autobus tu nie jeździ, to jakaś paranoja, miasto wzięła w jasyr jedynie słuszna sekta ekologów a normalni ludzie… no cóż, ale trzeba się jakoś dowlec na miejsce, może się stawy powoli rozgrzeją, będzie ok. Ale to pisanie aplikacji to bez sensu, pracy nie ma i nie będzie, chyba że przy produkcji studiów wykonalności dla ścieżek rowerowych i wiatraków. I reklam tychże – także. A co będzie? Zima będzie. Jedna się skończy i nazajutrz zacznie druga. Będzie jeden kolor i już. Praktycznie. Najwyżej różne warianty brudnej bieli lub czystej szarości, jak kto woli. Mniej dylematów dla malarzy kolorystów. Czarno to widzę? Tak się wam zdaje, bo siedzicie przy komputerach, przebrzydli kreatywni. To ja wam coś powiem. Tak po prawdzie, to te płaty śniegu wyglądały na chodniku, jakby nad Oldenburgiem przeleciało sto tysięcy gołębi i wszystkie miały rozstrój żołądka, tyle wam powiem. A cała reszta zachwytu nad tym puchem to nic innego jak zakłamane  fantazje niespełnionych literatów upojonych faktem, że mogą posiedzieć w domu, gdy inni pracują. Oto cała filozofia drobnomieszczańskich estetycznych uniesień, ich podszewka i głębia. A malarze też nie lepsi. Tyle wam powiem. Bęc.

(Protokół sporządzono maszynowo lewa ręką. Ważny bez podpisu)

Na saksach

Mieszka na stałe w Gorzowie Wielkopolskim, ale wciąż jest gdzie indziej i o tym pisze. Wydała dotychczas kilka tomików wierszy i dwie powieści, obie o pracy na Zachodzie. “Na saksach” to trzecia jej powieść, o pracy opiekunki starej kobiety w Berlinie. Książka nie została jeszcze  opublikowana, ale jest już przetłumaczona na niemiecki przez Emilię Skowrońską z Łodzi i przygotowana do publikacji w wydawnictwie Knaur w Monachium.  Wiersz “Demencja II” jest poetycką refleksją na temat tej samej pracy.

Łucja Fice

Demencja II

Zmieniam kierunki obyczaje, kraje – nie wiem gdzie rosnę
W tej chwili w Berlinie nad rzeką Havelą
Obok mnie babcia stara jak sosna
Spoglądamy na turystyczne statki łodzie jachty
Nabieram wody która przelatuje przez korzenie palców
Oddaj mi moja rzekę – mówi babcia i pokazuje słoje na korze rąk
Aleją przejeżdżają młodzi, śmiejąc się głośno
– oddam im moje piersi – rosną w ogrodzie za moimi plecami
leżą pod ażurowymi liśćmi
– moje nogi połknęła sarna – o! biega po drugiej stronie
– oddaj mi moją rzekę – powtarza
Nabrałam więc w garści wody i przelałam
Do babcinych słoi
– zobacz! – powiedziała zdziwiona
została mi kropla

File:Havel-Deetz-26-IV-2007-349.jpg
Havel by Botaurus / Wikipedia

Z powieści “Na saksach”

Die Vorstellungskraft der Großmutter und die Wahrheit über den Krieg

– Die Russen sind schon in der Nähe von Berlin, es ist gefährlich – ich verstand sie sehr gut.
– Mein Mann ist hier in Berlin – erklärte sie ungefragt.
– Und was macht er? – fragte ich gespannt.
– Wieso denn: was macht er? Er kämpft.
– Erzähle mir, wie dein Mann aussieht – fragte ich weiter.
– Er kommt hier im Augenblick, er muss den Anzug anziehen, der für ihn vorbereitet wurde.
– Wo ist der Anzug? – fragte ich.
– Komm, ich zeige ihn dir – Elisabeth stand ungeschickt auf und führte mich zu ihrem Schlafzimmer.

Über die ganze Wandlänge stand ein Schrank. Die Alte öffnete majestätisch alle Türen nacheinander.

– Nein, nicht hier. Ach, schau mal! Mit einem dünnen Finger zeigte sie auf einen grauen Sack mit einem Gehalt an.
– Nimm ihn heraus und lege den Sack ab – bat sie mich. Sie war sehr ernst. Ich hatte keine blasse Ahnung davon, was sich darin befindet, weil ich Omas Geschichten für Spinnereien hielt.

Langsam legte ich den Sack ab.
Meinen Augen bot sich eine grafitgraue und wohlbehaltene Uniform eines SS-Offiziers. Mir fielen sofort der Totenkopf auf der Schirmmütze und das Hakenkreuz auf der Binde auf. Ich erstarrte. Ich bin ein Zeuge der Geschichte und ich halte in meiner Hand etwas, was ich sogar nicht anfassen soll.

– Siehst du? Siehst du? – Er kommt gleich, weil er sich umkleiden muss. Ich log nicht. Elisabeth stemmte die Arme in ihre Hüften und stand stolz und aufrecht. – Leg sie auf dem Bett, er kommt im Augenblick – dies war beinahe ein Befehl.
– Und wie alt ist dein Mann? – fragte ich, indem ich die Uniform auf das Bett legte.

Sie legte ihren langen Finger auf ihrem Kinn, rieb es und bewegte sich nicht. Die dachte.

– Ich glaube, er ist dreißig, so wie ich – ihre volle Antwort machte mich die Schrecklichkeit der Demenz klar, die mit atemberaubender Geschwindigkeit fortschreiten wird, und ich werde zum Zeugen des Todes vom Omas Geist.
Ich schaute auf diese deutsche Uniform und berührte mit meinen Fingern den ledernen Gürtel und die runde Metallschnalle – ich berührte die Geschichte. Ich dachte an die fernen Kriegszeiten, die ich nur aus den Erzählungen meiner Mutter kannte.

An einer Mauer sah ich eine Gruppe von Männern und unter ihnen befand sich eine Frau mit zwei Kindern. Es war Herbst und die leichtgekleideten Leute warteten auf Erschießung im Regen und Kot. Ein Exekutionskommando wartete auf einen Befehl einige Meter von ihnen. Es war in Bereitschaft. Die Frau zitterte wie Espenlaub. Plötzlich nähert sich ihr und den Kindern ein deutscher Offizier und stößt sie aus der Reihe heraus. Er brüllt:

– Raus, raus, zurück nach Hause.

Ich habe dieselbe Angst und leide dieselbe Qual wie die Frau damals. Sie war meine Mutter. Die Erinnerung, die – wie ich dachte – in Vergessenheit geriet und nicht imstande war, diese Ereignisse mit der Gegenwart zu verbinden, wurde wieder lebendig. Sie wurde von geheimnisvoller Bedeutung, so, als ich selbst mich in dieser geschlossenen – wie ich dachte – Welt befunden hätte, in der Welt, die wir nie mehr sehen. Und hier erweist es sich, dass sich in den Erinnerungen die geschlossene Zeit und Welt dicht vor mir befindet. Ein deutscher Offizier nähert sich mir und brüllt:

– Raus, raus, nach Hause.

Dieser Offizier rettete mir das Leben. Ich erinnere mich daran, wie ich ganz nass nach Hause zurückkam.
Ich dachte, ich werde hier wie Gott in Frankreich leben, es erweist sich aber, dass die Worte meiner Mutter ersticken und wie trockenes Brot stopfen. Diese Erinnerung vom riesigen Trauma erwachte in mir gemischte Gefühle – das Rachegelüst und Haß gegenüber den Deutschen, die den Krieg verloren haben, und trotzdem geht es ihnen besser als uns! Diese negativen Gefühle beherrschten meinen ganzen Verstand und ich war gegen die schönen orangen Sonnenstreifen am Boden gleichgültig. Ich machte diese Bemerkungen mit derselben Gleichgültigkeit, als würde ich auf gläserne Blätter schauen. Ich war nicht imstande, einen Spaß zu haben, wenn ich auf diese tanzenden, miteinander verbundenen Punkte schaute.  Das Kältegefühl, das ich in diesem Augenblick hatte, überzeugte mich von der Erlebniskraft.

Übersetzt von Emilia Skowrońska

http://www.tvgorzow.pl/bohater/2012/113001bohater.html
http://www.echogorzowa.pl/blog/1/miasto/2012-10-04/z-anglii-i-z-niemiec–do-gorzowskiej-literatury-152
html http://www.lucyfice.republika.pl

http://lubimyczytac.pl/ksiazka/143124/przeznaczenie

 

Kobieta i koń. Rewers

Jurija Gashaka, „Kobieta i koń” w synagodze w Drohobyczu

Deutsche Fassung unten // English version below

Film Jurija Gashaka „Kobieta i koń” zrealizowany został jesienią 2012 w Starej Synagodze w Drohobyczu przy okazji festiwalu Brunona Schulza. Inspiracją była fotografia Mariusza Kubielasa „Kobieta karcąca fortepian w obecności trzech świadków” wykonana w 2006 roku w Iłownicy i należąca do tworzonego przez niego od 2004 roku cyklu fotograficznego „U Schulza“. Na cykl ten składa się około 40 prac czarno-białych wykonywanych metodą określaną przez autora „fotografią czystą, bezpośrednią”, a więc wolną od jakichkolwiek modyfikacji komputerowych i fotomontażu, opartą wyłącznie na tradycyjnych procedurach manualnych. Niekiedy ostateczny efekt poprzedza kilkanaście zdjęć jednego ujęcia, niekiedy zaś nawet kilka filmów. Te jedyne w swoim rodzaju fotografie zawierają wizualną kwintesencję scenariuszy i wielotygodniowych „teatralizacji” wnętrz oraz studiów światła, pozwalających wykreować oniryczną aurę.

Film Gashaka, który w spektakularny sposób ilustruje ewokowana przez dzieła Kubielasa strategie zaproszenia do wejścia w obraz fotograficzny, istnieje w dwóch wersjach. Za zgodą autora filmu przekazaną nam przez autora inspirującej go fotografii prezentujemy tu „rewers”.

Podczas wernisażu wystawy planuje się prapremierę obu wersji –  „Awersu” i „Rewersu”:

“Bruno Schulz – Klisza Werk – Transgresiones”  w Galerii Dolnośląskiego Centrum Fotografii „Domek Romański” (18.04.-29.05.2013).

Druga odsłona wystawy przewidywana jest jesienią i zimą 2013/2014 (listopad-styczeń) we wrocławskiej Synagodze pod Białym Bocianem.

Kuratorka wystawy i redaktorka katalogu w języku polskim i angielskim: drXLidia Głuchowska.



Jurij Gashaks „Frau und Pferd” in der Synagoge zu Drohobycz

Film Jurij Gashaks „Frau und Pferd” wurde im Herbst 2012 in der alten Synagoge zu Drohobycz realisiert. Der Anlaß dazu war das dortige Bruno-Schulz-Festival. Der Film wiederum wurde von der Fotografie Mariusz Kubielas’ „Eine Frau ein Klavier in Anwesenheit dreier Zeugen tadelnd” inspiriert, welche 2006 in Iłownica/Polen entstanden ist und zu einer von Kubielas geschaffenen Fotoserie „Bei Schulz“ gehört. Dazu zählen ca. 40 Schwarz-Weiß-Fotos, die anhand einer Methode, durch ihren Gestalter „Dirketfotografie” genannt, ausgeführt wurden: Das heißt, dass dabei keine Computerverarbeitung oder -Korrektur sowie keine Fotomontage angewandt wird. Die Basis dafür bilden ausschließlich manuelle Prozeduren. Manchmal gehen dem Endeffekt einige Aufnahmen eines und desselben Shots, manchmal sogar einige Filmrollen. Diese einzigartige Fotografien enthalten eine visuelle Essenz der lange hergestellten Drehbücher und der mehrwöchigen „Theatralisierung” von Innenräumen sowie der Lichtstudien, die die Grundlage einer traumartigen Aura bilden.

Der Film Gashaks, welches in einer spektakuläre Weise die vom Werk Kubielas evozierte Strategie der Einladung zum „Hereingehen ins Bild”, besteht in zwei Fassungen.

Dank der Genehmigung des Filmmachers, die uns vom Fotografen weitergeleitet wurde, präsentieren wir hier dessen „Revers” (Kehrseite).

Die Uraufführung der beiden Versionen – sowohl des „Avers”, als auch des „Revers” – ist für die Vernissage der Fotoausstellung in Wrocław/Breslau geplant:

“Bruno Schulz – Klisza Werk – Transgresiones”

Galerie des Niederschlesischen Zentrums für Fotografie „Domek Romański”/“Romanisches Haus“ (18.04.-29.05.2013).

Als zweiter Ausstellungsort wird die Schau die Breslauer Synagoge zum Weißen Storch zeigen (November 2013 – Januar 2014).

Ausstellungskuratorin und Herausgeberin des dazu gehörigen Katalogs, welches in der polnischen wie englischer Sprache erscheinen wird, ist: Dr. Lidia Głuchowska.

***

Jurij Gashaks, „Woman and Horse” in the synagogue in Drohobycz

Film Jurij Gashaks „Woman and Horse” was produced in Fall 2012 in the Old Synagogue in Drohobycz. The inspiration for it was the photography by Mariusz Kubielas „Woman rebuking a piano at a presence of three witnesses” realised 2006 in Iłownica/Poland. It belongs to the photographical series “At the Schulz place” consisting of c. 40 black and white images created since 2004 according to the method described by its author as “direct photography”. That means, that he uses neither computer modifications or corrections nor photomontage.

The technical basis hier are only manual procedures. Sometimes the final effect follows several shots of the same scene, sometimes even several photo scrolls. These unique photographs are visual essence of the special scenarios and many weeks of the „theatrical stylisation” of interiors or light studies, which allow to create a dream-like atmosphere.

The Gashak’s film, which in a spectacular way illustrates a strategy of invitation the spectator to „come into the photographical image”, exists in two versions.

With permission of its authors, which was forwarded to us by the photographer, which  work inspired him, we present here its „Reverse”.

Presentation of its both versions, “Awers” & “Rewers”, is prepared for the opening of the exhibition:

“Bruno Schulz – Klisza Werk – Transgresiones” at the Gallery of the Lower Silesian Centre for Photography „Domek Romański”/”The Roman House”
(18.04.-29.05.2013).

Its second show is previewed for the Fall and Winter 2013/2014 (November-January) in the White Stork Synagogue in Wroclaw

Curator of the Exhibition and Editor of its Catalogue in Polish and English: dr Lidia Głuchowska

***

© Film: Jurij Gashak, „Kobieta i koń”/„Frau und Pferd” / „Woman and Horse“ in der Synagoge zu Drohobycz (2012)

© Foto: Mariusz Kubielas (2006)

http://www.okis.pl/site/home/605/n.html

http://www.dcik.pl/wydarzenie/0,0,8427,wystawa-bruno-schulz-klisza-werk-transgresiones/

Potrzebny mi jest towarzysz. Potrzebna mi jest bliskość pokrewnego człowieka. Pragnę jakiejś poręki świata wewnętrznego, którego istnienie postuluję. Wciąż tylko trzymać go na własnej wierze, dźwigać go wbrew wszystkiemu siłą swej przekory – jest trudem i udręką Atlasa. Czasem zdaje mi się, że tym wytężonym ges­tem dźwigania trzymam nic na swoich barkach. Chciałbym móc na chwilę złożyć ten ciężar na czyichś ramionach, rozprostować kark i spojrzeć na to, co dźwigałem
Bruno Schulz, list do Tadeusza Brezy

Halle poza sezonem

Dorota Cygan

Halle, Kaminer i my. Albo odwrotnie.

Halle to wyzwanie. Nie tylko dla inwestorów, którzy, jak pisał przed 10 laty Władimir Kaminer w zbiorku historyjek Moja niemiecka księga dżungli, odeszli jeden po drugim, zostawiając to niebywałe eldorado na pastwę kolejnych inwestorów, w efekcie czego miasto przez chwilę o mały włos nie zasłużyłoby na przemianowanie go na Spielhalle. To wyzwanie także dla turystów, którzy wszak przyjeżdżają, żeby coś podziwiać, a nie pokrytykować dla zabawy. Lepiej sobie nie używać na takim mieście jak Halle i nie bawić się na koszt tych niewielu mieszkańców, którzy jeszcze się opierają trendowi migracyjnemu w zachodnim kierunku i trzymają fason. A że trudno się tej (poniekąd tradycji) oprzeć, skoro już Haendel opuścił Halle w wieku 17 lat, trzeba przyjąć, że tak to już jest.

halle1

Jako że pisarze bynajmniej nie rozpieszczają Halle opisami literackich podróży (a do traumatyzującej prozy rozliczeniowej Edgara Hilsenratha po prostu bałybyśmy się sięgnąć, by sprawdzić, czy Halle tam się w ogóle pojawi),  poczułyśmy trochę z przekory chęć okazania temu miastu spoza znanych tras turystycznych choć na krótko trochę uwagi. Jak tu nie poczuć solidarności na widok wielkopłytowych pomników socjalizmu, o których Kaminer pisał, że przeniosły go w myślach w czasy jego moskiewskiej młodości? Wiedzione tym impulsem i  prawdę mówiąc  trochę po to, aby z bezpiecznego dystansu naszych berlińskich domostw poczuć za darmo lekki horrorek, pojechałyśmy szukać Neustadt, spodziewając się, że dzielnica robotnicza będzie miała coś z dawnej zwartości, dumy i siły wczesnego socjalizmu. Ale nie. Rozstrzelona w przestrzeni na wiele kilometrów, może być jedynie metaforą dysocjacji osobowości lub jej zapowiedzią – dla tych eksperymentatorów, którzy jednak chcieliby autentyzmu na dłużej niż nasza krótka i intensywna przejażdżka.

halle2

Dajemy jednak miastu szansę, inaczej niż nasz wspomniany berliński autor o rosyjskich korzeniach (i uprzedzeniach). I widzimy: bogate wille  z czasów grynderskich, na wielu ozdobne fasady z przełomu wieków, bardziej wyważone proporcje niż ich odpowiedniki w Berlinie, czyli takie trochę jak w Dreźnie, widzimy starania konserwatorskie całkiem nowej daty i (mniej lub bardziej udane) próby adaptacji starych murów zamkowych do potrzeb wystawienniczych, tereny spacerowe i – no niestety, nie da się  skłamać – zupełny, uderzający i bolesny… brak ludzi. Jest oczywiście jakieś prawdopodobieństwo, że w niedzielne popołudnie w swoich czterech ścianach popijają lokalnego (!) szampana marki Rotkäppchen lub Mumm, testując realną lub fikcyjną różnicę między nimi po fuzji obu firm, ale nie jest ono wielkie. Ale być może w tej degustacji (fakcie kulturowym!), którą zawdzięczam właśnie Kaminerowi i którą regularnie praktykuję  na lekcjach niemieckiego, prosząc uczniów o arbitralne rozstrzygnięcie wewnątrzniemieckiego sporu intrakulturowego o wyższości jednego trunku nad drugim, tkwi rozwiązanie? Nie wiem, co pijał Lyonel Feininger, kiedy jeszcze przed dojściem nazistów do władzy i wymuszoną emigracją mieszkał półtora roku w Halle i malował tutejsze kościoły i wieże, ale w tym, co zostawił naszym oczom, jest magiczne zaklęcie rzeczywistości tego miasta – zaklęcie tych uliczek i placów, wyniesienie ich ponad realizm w rejony magiczne. Bo po pierwsze trzeba umieć patrzeć, żeby widzieć. Ale po drugie można nałożyć filtr wyobraźni i dopiero ruszyć w miasto. Albo wrócić jeszcze kiedy indziej, o innej porze roku. Zobaczymy.

Lidia Głuchowska

„Martwy sezon” w Halle

– we wszystkich tego słowa znaczeniach – nie tak mało wcale ma do zaoferowania. Niemal nie zniszczone podczas wojny, w pewnych zakątkach przypomina nie tylko zamożny niegdyś Lipsk, rezydencjonale Drezno, lecz i kurortową Jelenią Górę.

Hallepodwojne1

Jeśli nieopatrznie rozpocząć wycieczkę przy tutejszej Leopoldinie (niemiecka Akademia Nauk, założona w roku 1652, mieszcząca się w dawnym budynku loży masońskiej z roku 1820; informacja dla wrocławiaków – ich Aula Leopoldina jest starsza, bo zbudowano ją w latach 1728-1741), przez zamkniętą bramę będzie można popatrzeć na dziedziniec pełen róż chronionych przez pałuby, posępnie emanujący pustką.

Leopoldina

Po chwili jednak, nawet przy pochmurnej pogodzie, dostrzec można i „spolia” z lepszych czasów, które budzą refleksje i prawdziwy zachwyt.

Pobliski Moritzburg pozostawia wrażenie jeszcze bardziej ambiwalentne. Z tą perłą późnogotycko-renesansowej architektury, z portalami przywodzącymi na myśl i Wawel, i Chocim, i Lwówek Śląski, nie nazbyt życzliwie bowiem obeszli się konserwatorzy.

2_Halle pieknebrzydkieTak jedno ze skrzydeł wewnętrznych dziedzińca, ogołocone z balkonów, jak i monumentalne, zewnętrzne mury od strony „fosy”, z pewnościa odstraszą jak obronny gród…

Wewnątrz – podobna konsternacja – przyjazna obcokrajowcom obsługa „na piękne oczy” uwzględnia zniżkę dla dziennikarzy i historyków sztuki, stoi w kontraście z kubistyczno-więzienną szatnią i prowizorium aranżacji znakomitej skądinad wystawy fotografii z arcydziełami podpisanymi: Sudek, Sander, Man Ray, Witkacy, Rodczenko, Cindy Shermann…

Za chwilę znów zaskoczenie – stała ekspozycja: Die Brücke – Nowa Rzeczowość, konstruktywizm – przyciąga i koi wyważonym rytmem barw poprzecznych ścian – z początku dyktowanym staccato tonów harmonizujących z obrazami Schmidta-Rottluffa – stopniowo wyciszanych monochromią prounów Lissitzky’ego, rzeźb Lemmbrücka i protorenesansowych okien z marionetkami tutejszego teatru, rodem z wczesnych lat trzydziestych.

4 halle ekspopodw

Za progiem uwagę przykuwają Meduzy-maszkarony, i te z dziedzinca zamku, i te z bram wyburzanych kamienic

5 halle MaszkaronypodwojneKolejna perła to kościół w rynku – i jego cztery wieże – dwie od frontu i dwie z tyłu. Piąta, ta na zewnątrz, góruje ponad placem, za wielkim jakby dziś wobec rangi miasta.

8 halle-kosciolWewnątrz – arcydzieło proporcji – zgrabne i maleńkie – regencyjno-rokokowe organy dźwigają atlanty. A naprzeciw – jak żart architekta – „organki” – cukierkowe jak z dziecinnego pokoju, no i strojne w herby – na tle malowanej protestanckiej przypowieści.

Ponad wszystkim – sieciowe sklepienie, wykreślone regularnie, rodem z wzornika. Jest tu i ambona – kryta rozgwiazdą, jak po jubilersku zdobiona wieńcem manierystycznych putt.

10 ambona-sklepienie

Znak czasu to wystawa: a jakże –  ruch oporu – rodzeństwo Scholl – przestroga – byliśmy tu – raz jeszcze.

Trzecią odsłonę sztuki określa inny duch – „Piękno niewidomych”. To wystawa mody projektowanej wyłącznie z myślą o nich – ze smakiem i społecznym zmysłem – niewątpliwie potrzebnym.

gorset
Designerskie ubrania w minimalistycznym zestawie barw – bieli i czerni – zdobi tekst w alfabecie Braille’a, często wiersze lub myśli niewidomych modeli, dla widzących tłumaczone w folderach.

To przesłanie imponuje – idea integracji – czy dostrzeże ją świat poza Halle? Media? Internet?

12 moda-podwoj

Ewa Maria Slaska

Halle monochromatyczne

To ja byłam praprzyczyną wyjazdu do tego zimnego i pustego miasta, ponieważ miałam swój (bardzo skromny) udział w przygotowaniu wystawy mody dla niewidomych – pięknej mody dla pięknych niewidomych. Obejrzałyśmy wystawę, owszem, ale spóźniłyśmy się na wernisaż. Ale nie żałujemy. Wchłonęło nas miasto, miasto poza sezonem, martwe miasto, miasto monochromatyczne. Halle. Monochromatyczne z plamami czerwieni w strojach dwóch kobiet na moście.

***
O wystawie były już na blogu dwa wpisy:
https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2013/02/26/die-schonheit-der-blinden/

https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2013/03/09/modenschau-fur-blinden/

I jeszcze tu (choć już nie u nas): http://www.kunstforum-halle.de/veranstaltungen/die-schoenheit-der-blinden.html

halle-koniec

Yiddishland

Lidia Głuchowska

Yiddishland and the utopie of Avant-Garde

adler-berlewi-chagall-lissitzky(…) …„Yiddishland“, the patria of the new, secular Yiddish culture of the Central East European Diaspora. To its inhabitants or rather residents belonged pro-Russian Litvaks, sympathising with socialism and rooted in the misnagda tradition; pro-Austrian Galitsianers influenced by Haskala and open to assimilation; and Hasidic pious Polakes, loyal to the pre-partioned Poland. This population was subject to migration and urbanisation processes, which additionally differentiated it. The cultural revival of the “Yiddishland” depicts in an especially evident way the problem of the deterriorisation of the international avant-garde.The interdisciplinary and transborder Yiddish avant-garde was active mainly in the former “Ansiedlungsrayon” of the Russian Empire, which means in Poland, Ukraine and Belarus, but also in other parts of Central Europe – like in Latvia, Romania or Germany – and in the United States. Its representatives emphasised ties with the Yiddish language and culture – common among the inhabitants of these areas, so called Yiddishism. This movement was considered to be a conception opposite to the Haskala renaissance, the revival of Hebrew and Zionism, aiming at founding an independent Jewish state and based on the restitution of Hebrew as an official literary language.

The following essay presents the structure of Yiddish avant-garde within the universal network of international avant-garde consisting of such components as art groups, magazines exhibitions, cafés, cabaret and theatre, and communicating with its own lingua franca. (…)

The avant-garde network has been often compared with the Diaspora. A paradigmatic avant-garde artist was cosmopolitan, multilingual and mobile – acting in the transborder cultural space and the distribution radius of the avant-garde manifestos extending from Scandinavia to the Balkans, and from Paris to Moscow. Against this background, Central Eastern Europe, which could be geographically identified with the area of the utopian “Yiddishland“, was more specifically “a region of constant migration, immigration and emigration, of people arriving, departing and moving around”. “Nomadic modernism” was another essential phenomenon of artistic internationalism in this period. (…)

katznelson-golfaden-borderzon… it has to be pointed out, that while, in general, in looking for the realisation of the utopia of a borderless “new world”, most of the émigrés were outsiders acting as insiders, the members of the Yiddish avant-garde were always outsiders, acting in foreign national or international contexts.

According to the political limitations, for example after a period of the flourishing of the avant-garde tendencies in the Soviet Union, several Jewish artists felt pushed to emigration. As a consequence of less or more convenient political or economical conditions the process of the deterriorisation considered not only actors of the cultural process themselves, but also their works. A number of art journals also appeared initially at one, then at another place, sometimes abroad (…) or been published in the German Metropolis parallel in Yiddish and Hebrew and was addressed to the different competing fractions of the Jewish national-artistic movement, divided between the Yiddishists and Zionists.  Lissitzky, Berlewi or Marc Chagall – who in opposition to his two colleagues did not explicitly support the idea of Yiddishism – were active in different countries and published their manifestoes in various languages.

The fact of a great relevance is that in a way, the Yiddish avant-garde was a Diaspora in a double sense. It participated in an avant-garde network on two levels. On an international level its members cooperated locally with Russian, Polish, Romanian or German groups in the singular national “household” countries and their representatives abroad. Simultaneously, on the national level they had several other local and cross-border contacts and were involved in the artistic life of their Yiddish-speaking communities. (…)

Some characteristics of the international avant-garde as a utopian borderless “new world” seem to fit to the Yiddish avant-garde in a particular way. The “Yiddishland” as a political utopia generated several images of the cultural transfer associated with its maps as a whole. (…) Such maps gave a glimpse of a major myth for a whole generation of artists, their collaborative project, a dream like imago mundi. Attempts in creating the artistic topography, sometimes in a comprehensive global way, sometimes on a smaller scale, were also the Panslavism, the zenitist aim of the Balkanisation of Europe or – much less researched idea of Yiddishism concerning the bigger part of Central-Eastern Europe. (…)

aronson-ravitch-markish-segalowiczThe echo of these historical maps or symbols of the cultural transfer are the schemes of the network, which correspond with the current historiographical concepts (…). While the first one seems to symbolize the stable construction of the right angled lines, the other one, through the usage of the diagonals, suggest the dynamic of the exchange-processes, a motion. (They are) not identical; this means on the one side that the Yiddish network has got partly other exchange centres, and, on the other side it also evaluated in the time. After the limitations of the artistic autonomy in the Soviet Union, the Yiddish avant-garde network became smaller and shifted to the West… (…)

In the past two decades, the avant-garde have been examined as an intellectual and spiritual alliance, as a model of a “new community” pursuing a “new world”, consisting of the interconnected locations of cosmopolitan artistic life in Central Europe such as Bucharest, Budapest, Łódź, Prague and Zagreb, with links to Amsterdam, Berlin, Dessau, Moscow, Paris, Vienna and many other cities in other parts of Europe and the world. In this way the newer narratives contribute to overcoming the previous dualistic approach to the European avant-garde, which divided the artistic map of the continent between Western “centres” and Eastern “peripheries”. The old canon has meanwhile been replaced by a more sophisticated approach, in which the geographical centre of the continent is no longer perceived as its periphery. In opposition to that the visualisations of the network of the Yiddish avant-garde, with its centres in Minsk, Kiev, Kharkov, Riga, Odessa, Saint-Petersburg, Odessa, Moscow, Vilna, Łódź and Warsaw, as well as in Berlin, Paris and New York, are of a much younger datum and the discussion on it in the more general, supranational context is still a desideratum of new cultural historiography.

Apart of the comparison of the imaginative maps of the avant-garde and Yiddish avant-garde universe, also a closer glance at another self-advertising strategy of the(se) movement(s), shows both interesting similarities and differences. One of their major media promoting the universal spirit of art were the little magazines, which all together contributed to a “worldwide network of periodicals”. (…)

Warsaw thereby acquired the status of a European centre for Yiddish literature, with Paris and Berlin serving as its satellites. (…) However, what has to be pointed out is that, even if Yiddish as a language was represented here, the magazine popularised not the idea of Yiddishism, but the opposite one – Zionism. (…)

Paradoxically, both in the case of the international avant-garde and the Yiddish one as its very specific case, their cartography, manifestos and the network of magazines presented a new sphere of the transborder artistic exchange, which can be seen as the anticipation of a future perfect, of modernisation projects characterised by new forms, frequently with an emphasis on ethics rather than aesthetics. In both cases they refer to a utopian community, neglecting the political reality of the period.

Almanac Yung-Yidish – Songs in word and image (…)

One of its innovative qualities was the breaking the rules of the Jewish tradition, such as the biblical ban on images. The typical avant-garde integration of word and image, (…) the domination of the forbidden image over the word was a kind of redefinition of a cultural code and its extension into the zone of taboo. (…) The three issues of Yung-Yidish were published on packing paper between February and December 1919 with a print-run of 350 to 500 copies. (…) Like most avant-garde periodicals, it was an ephemeral publication, even if it grew more interesting and bigger with each new issue. (…) Despite the advanced plans, the 4th issue, dedicated to the biblical Ruth, never came out because of financial reasons. (…)

The Yung-Yidish magazine, representing the main ideas of Yiddish avant-garde, set out its programme in two manifestos. The first, unsigned, in the periodical’s first issue, rebelled against the chaos and materialistic character of the present, and defended the eternal values of God, beauty, and truth. Yung-Yidish artists defined themselves as realists in a mystical faith, admiring art and both Jewish languages: the young one – Yiddish – and the ancient one – Hebrew – the language of the prophets. In the manifesto of the second issue, Broderzon stressed the ties of the Yiddish avant-garde with the millennium tradition of universal culture. Invoking the Bible, including the Psalms and “The Song of Songs”, and thus the tradition of Judaism, he once again pointed to the metaphysical concept of art. Adler too, in the same issue, evoked the Chasidic tradition in his “Prayer”. (…)

Historiography of the avant-garde, written by representatives themselves or by specialised scholars since World War II, often assumes that at the end of the first decade of the twentieth century an internationalist inclination superseded nationalist tendencies which had typified the nineteenth century, when art and architecture were instrumentalised as true manifestations of nationhood. In Central Eastern Europe the internationalist avant-garde conception of a “new world” had to compete with the predominance of conceptions of national modernisation and the idea of a national responsibility of the arts in the “new states”. (…) Internationalism, multiculturalism and multilingualism though not desired in the official life, belonged to the reality of art and present life. (…)

turkow-rotbaum-schwarz-weichertOne of the consequences of this process, intensified by the multilingualism and multiculturalism on a personal level, was the cultural syncretism both in the form and content of artistic production. Among others, this syncretism is apparent in a non-confessional religiousness which combined Christianity or Jewish religious conceptions, via theosophy, with Buddhism and other Eastern religions. (…) there was an explicit demand for a plurality of styles (…) and it was Futurism that played the key role in “new art”. (…)

The problem of the national awakening (…) concerns, however, not only the real existing “new” national states in Central Eastern Europe, but also (re)constructing the national consciousness and culture of the “Yiddishland” being in general the “underground structure” of the really existing political organisms in the interwar period, the same way as the literature of the Yiddish avant-garde was an exterritorial one, which but did not have any foundation in any specific national country.

Yiddish, which since the 1908 conference in Czernowitz was recognised as the language of Jewish culture on a par with Hebrew, was here the prime token of identity. In contrast to it, other languages like German, Russian and Polish, were the means of communication of assimilated Jews, whereas Hebrew, the language of religion, was unknown to the general Jewish population and was removed from its Central and Eastern European roots. The style of the poetry of the Yiddish avant-garde is characteristic of the entire literature of a community that survived the atrocities of World War I and a history of pogroms and revolutions. It expressed less the beauty than the horror. Its poetics bear the imprint of Yiddish Expressionism. (…)

In this context one has to maintain a paradoxical fact: not only as a literary but also as a communicative medium Yiddish often has to be constituted/restituted among the members of the Yiddishist movement. (…) And – which is not a well known fact – they mostly communicated in the languages of the “household” states (…). On the other hand, the Yiddish poets, like e.g. Peretz Markish, creatively used the polysemiotic senses of the Slavic languages, even in their programmatic manifestoes.

Yiddish as a language of the Diaspora which before World War II appealed to readers in most parts of Central Eastern Europe (…) …transgressed political borders, but at the same time had a national function. Because of that, with time however some of the representatives of the Yiddish avant-garde (…) looking for broader recognition decided to use mainly other languages and in a way lost this part of their identity, at least as a means of artistic expression. (…)

barcinski-kaminska-horowitz-nazoIn Central Eastern Europe the tensions between the universal and the particular, the international and national, were stronger than elsewhere on the continent. The modernisation impulse from the respective political centres in the single new states contributed to hybrid results privileging local materials, ornaments and themes. Artists tried (…) to transform foreign artistic patterns, creating local idioms of the international avant-garde code (…). Sometimes these permutations and hybridisations of Central European art are perceived as a consequence of the Jewish influence, with the affinity to richness and orientalism. Sometimes, however, both the whole (Central) Eastern European art and the new secular Jewish one being one of the main aims of the Yiddish avant-garde, has been associated with the hybrid components and the biomorphic metaphor of a world in statu nascendi (…)

In a special way, the avant-garde interest in new universal signs in the visual arts and design also resulted in a standardised typography. Innumerable examples which can be found in books, little magazines or posters, including collages or photomontages and especially exotic and impressive when printed in Cyrillic or Hebrew letters, established “a sort of international hieroglyph”. And often – only this one component of the Jewish identity, the language being, next to the culture and religion – Judaism a proof of “Jewishness”. In its written form it was used not only as and artistic medium, but also as a symbol of identity (…)

Efforts to create a universal style and an avant-garde corporate identity were crowned with an International Art Collection in Łódź in 1931, the first presentation of contemporary art to be permanently exhibited in a state museum in Europe. (…)

Jankel Adler in his article (1920) about expressionism which at that the time was still generally identified with the whole of progressive art stressed out its links with the sacral sphere: “We are the children of the 20th century. […] Stuffy air was our first breath. Our first walk are accompanied by the thousand fold by a choir of ringing trams, the staccato of horse-cabs, whimpering freight trains, speeding automobiles and a choir and noisy passages with criss-cross the streets with a thousand diagonals […] Art of the 20th century, the art of expressionism was born at that longing [after the God LG] and became the seventh day of the working week.”

Two years later his colleague Berlewi already after his return from Germany became a follower of the “new form” and meant: “I had to give up purely Yiddish problems completely and then I devoted myself to cubists and the constructivist’s experiments. Currently my task is to create something European”. (…)

lindenfeld-zarnower-aronson-altmanTo the general components of the avant-garde paradigm belongs the performative character of its manifests and manifestations. Regarding the Yiddish avant-garde, the most authentic and most long lasting emanations of its identity was, next to the programmatic texts and new secular visual art, the theatre, reflecting the every day life experience of the Yiddish population. In its carnival-like art (…) it appeared as especially attractive to a wide audience in Central Europe. In this sense, being even a mirror and mimicry of life and the part of life itself, it can be considered as the most and thus effective, performative manifesto of the Yiddish avant-garde.

Due to the hostility of orthodox religious communities it was formed relatively late, in 1876 in Jassy (Romania). The name of its founder, Graham Goldfaden, inspired the description of the whole genre, inspired by such folk songs and the traditions like the Purim-spiel of Biblical motifs. Between 1878 and 1905 the Tsar had forbidden the staging of performances in Yiddish, but Goldfaden’s theatre still used this “Jargon”. It was partly disregarded also among Jewish intellectuals, opting for the revival of Hebrew or the assimilation, concerning it as shund (garbage). (…) As an alternative to it several other theatre groups were grounded (…) (also) small artistic theatres and cabarets…(…), performances (…).

If internationalism is generally considered a conditio sine qua non of the avant-garde, the national question can be perceived as the contrasting intertext, as a negative point of reference for an international avant-garde ideology, or at least as a set of ideas which had to be addressed. The artists of the Yiddish avant-garde gathered e.g. around such magazines as Yung-Yidish or Yung-Vilne (…) deserve special attention. They were major platforms of Yiddishism, (…) unlike the rest of the Jewish artists who were often assimilated (…). They represented a second generation of new Jewish culture. Whereas the first one tried to create a European opening for Yiddish culture, the second, on the contrary, strove to introduce “the Jewish world” into European culture. As such, the Yiddish avant-garde operated “in-between”, addressing the issue of “the other” in a more poignant way than the rest of the avant-garde, provoking a deconstruction of the official conception of the “new state” as an ethnic and cultural monad, which they considered to be merely a political construct. As “universal others”, they were predestined to become spokespeople for an ‘inter-national’ avant-garde. The motivation for their stylistic choices was, however, not underpinned by a universal aesthetic based in an “escape from history”, but rather by a symbolic discourse of the marginalised in relation to the relevant national cultural context and historiography.(…)

shor-shifrin-ryback-ingerTheir common work and the three issues of Yung-Yidish over the previous two decades are treasured by a handful of libraries in the world as an imposing body of work by the Yiddish avant-garde, arriving at its dire epilogue in the Nazi Entartete Kunst (Degenerate Art) exhibition of 1937 and the Holocaust. (…)

Because of its national aims and structures, but possibly also a missing recognition from the outside, it can be, on the one hand perceived as a hermetic or maybe separate/isolated network, parallel to a universal one and not its subdivision. On the other hand, its exterritorial character and numerous transborder links predestined it to be even a model of the international network as its pars pro toto.

In opposition to the predominant meanings it was not isolated from the local context of the “household” countries. In contrary, following the own national aims, it also looked for the universal perspectives and acceptance in Central Eastern European “new states”, which in opposition to the “Yiddishland” became real political organisms. (…)

For the Yiddish avant-garde attempts of the transmission of their own heritage and ideological proposals were a difficult compromise. Often the transfer from the different “householders’” cultures appeared as dominant and the transmission turned out into cultural transgression. (…)

In fact, in a great scale, after the revolution in the Soviet Union the Yiddish avant-garde network became smaller and its idea of an independent national modern culture failed. It was misused by the propaganda and became “an art for the masses”. According to the Lissitzky’s conception it was the third stage of the transgression. The fourth one was represented by the stylistic turn of the Yiddish avant-garde, e.g. by his own pangeometry. (…)

Not only the idea of Jewish art, but also – in particular, the message transferred in the name of the prominent group of the Yiddish avant-garde – Jung Vilne – were perceived as oxymorons. The last one, created in the old centre of Jewish culture – the Jerusalem of the North ceased to exist much later than the other groups of the Yiddish avant-garde movement – in the Nazi time (…)

Arie Ben-Menachem created an album of photomontages Ghetto. Terra Incognita (…) Its title seems to define the status of the “Yiddishland” and its new secular art, as well as its little reception in the international avant-garde studies.

All the mentioned examples of the contradictory attitude towards the perspectives of the proper milieu for the development of their own identity stand on the one side for the tendency to transgress and as a consequence a compromise of partly assimilation and acculturation in the foreign context, and on the other side – for a strong opposition against it. In this sense the history of the Yiddish avant-garde is a document of both – plurality of Judaism on the one side and of the – (pre)modern liquid identity of Jewish artists in general – on the other one.

albatros-khalistra-jung-jidysz

Yiddishland Image captions:
Pola Lindenfeld with her sister Eugenia, Photo, courtesy S. Karol Kubicki, Berlin
Teresa Żarnower, c. 1920, Photo from: Andrzej Turowski, Budowniczowie swiata, Cracow 2000.
Other photos:
Nathalie Hazan-Brunet and Ada Ackerman (eds.): Futur antérieur: L’avant-garde et le livre yiddish (1914–1939), Paris 2009.
& Wikipedia Commons, http://www.ecoledeparis.org, http://www.infocenter.co, http://www.e-teatr.pl, http://www.rp.pl, US Holocaust Memorial Museum, http://www.museumoffamilyhistory.com, http://www.jewishgen.org

Full text version with footnotes published in: Lidia Głuchowska, From Transfer to Transgression. Yiddish Avant-Garde – a Network within the Universal Network of the International Movement or a Complementary One? In: Harri Veivo (ed.): Transferts, appriopriations et fonctions de l’avant-garde dans l’Europe intermédiataire et du Nord [Cahiers de la nouvelle Europe, hors serie], Paris 2012, pp. 143-168.
http://www.fabula.org/actualites/harri-veivo-sous-la-dir-de-transferts-appropriations-et-fonctions-de-l-avant-garde-dans-l_52704.php

Also to read: about “Jidyszland” in Polish press

Jego nowa twarz

Sigil of Scream

Jego nowa twarz

Chciał przymknąć okno, gdy nagły powiew wiatru poinformował go o przylocie matki. Zrezygnował więc ze swego zamiaru i usiadł z powrotem na kanapie, patrząc jak Maria przefruwa przez parapet. Kilka zgubionych ptasich piór oderwało się z jej magicznej szaty i sfrunęło na podłogę, gdzie zastygły w ostatnich promieniach pomarańczowego słońca.
– Znów nic nie robisz? – Maria spojrzała badawczo na syna, obserwującego ją z wyrazem apatii, charakterystycznym dla młodych bezrobotnych i arystokratów. – Wyglądasz jak z krzyża zdjęty.
– Bardzo zabawne – mruknął Jezus sarkastycznie i wyszedł do kuchni. Przechodząc przez korytarz słyszał jak Maria rozpina czarodziejską szatę. Widok jej nagiego ciała byłby czymś więcej, niż mógłby teraz znieść. Nigdy nie nosiła bielizny. Podszedł do zlewu i odkręcił wodę, napełniając nią nieduży puchar.
– Jest Magda? – krzyknęła Maria z drugiego pokoju.
– Nie ma – odkrzyknął ochryple. Ruchem ręki zamienił wodę w pucharze w czerwone półwytrawne. Odczekał jeszcze chwilę stojąc przy odkręconym zlewie i dając czas matce na założenie sari. Ostatnio w domu pojawiało się coraz więcej tych indyjskich bzdur. Rano budził go często zapach szafranu i olibaum. Jezus zastanawiał się jak się to skończy. Przepłukał gardło łykiem wina i wrócił do pokoju. Maria stała przed lustrem zakładając dziwne, brzęczące bransolety.
– Gdzie poszła? – zapytała nie przerywając czynności.
– Wyszła – stwierdził po prostu i wrócił na miejsce na kanapie, za stolikiem. Leżała tam duża, ciężka serweta, tkana w róże i pobrudzona woskiem. W tle na niej widniał krzyż.
– Skąd mam wiedzieć gdzie ją nosi? – „Dziwka” dodał w myślach z ponurą mściwością, ale i lekkim posmakiem przyjemności.
Maria odwróciła się od lustra i wbiła wzrok w wyblakłe oczy syna.
– Nieładnie o niej myślisz. Nie zapominaj, że jesteśmy jednością – uśmiechnęła się.
Jezus wzruszył ramionami.
– Możliwe, niemniej mogłaś mi zostawić jakąś lepszą część siebie. Wiesz, wolałbym nieco troski i uwagi, niż wieczną nimfomanię.
– Troska i opieka jest dla ludzi – odparła Maria z irytującą pewnością Wielkiej Matki. – A propos ludzi. Dzwonił ktoś do ciebie dziś rano, ale spałeś, więc cię nie budziłam.
– Kto? Przecież mamy zastrzeżony numer.
– Jakiś mistyk. Nie wiem skąd wziął nasz telefon. Wiesz jacy oni są, ci mistycy, zawsze pchają nos nie tam gdzie trzeba.
– Pewnie Franciszkanin – skwitował Jezus kwaśno. Franciszkanie irytowali go, za dużo duchowości. Zdecydowanie wolał Jezuitów – oni przynajmniej nigdy nie próbowali się z nim skontaktować.
– Będziemy musieli zmienić numer – dodał po chwili. – Jeśli jeden człowiek go zna, zaraz będziemy mieć na karku całą ich bandę. Wiesz jacy są ludzie. Wydaje im się chyba że prowadzę jakąś akcję charytatywną.
Zapobiegawczo pominął przekleństwa nawet w myślach. Wyjął z kieszeni na piersi cygaro i odgryzł końcówkę. Zapalił.
Maria usiadła na krześle naprzeciwko niego i złożyła ręce na kolanach. Gdy podniósł wzrok napotkał jej spojrzenie poza błękitnawymi oparami dymu. W pokoju robiło się powoli coraz bardziej modro. Zmierzch kładł się na sprzętach grubym kocem szarości. Aureole matki i syna świeciły coraz jaśniej w mroku, rozpraszając cienie.
– Wypalasz się – stwierdziła w końcu matka, po chwili milczenia. – Zrobiłeś się sarkastyczny i zblazowany. Kiedyś tak nie było.
– Świat jest sarkastyczny i zblazowany. Jestem mesjaszem na jego miarę. Poza tym ludzie lubią takich, to teraz modne. Może nawet zajmę się filozofią?  – odparł drwiąco, zaciągając się dymem.
– I zacząłeś palić…
– Część mojego image. W końcu jestem naczelnym magiem tego świata. Palenie zawsze było czynnością magiczną… Wiesz, władza nad ogniem i takie tam…
– Nie wiem, gdzie to cię zaprowadzi. Mógłbyś być bardziej taki… No wiesz…
– Jak Budda? – przerwał jej Jezus z ironią w głosie.
– Chociażby…
– A gdzie ten Budda, co? Facet którego nie było, nie będzie i nie ma. Pieprzone „wszędzie i nigdzie”. Sam się chyba znaleźć nie może. Wygoda dla deistów i ateistów. Mam dość tego wschodniego chrzanienia, oświecenia na haszyszowym haju…
– Jak chcesz. Nie namawiałam cię do powrotu do Indii – wzruszyła ramionami Maria – Po prostu mógłbyś mieć czasem bardziej pozytywne nastawienie. To ty sam sobie robisz gorzej…
Chciał coś odpowiedzieć ale w tym momencie oboje usłyszeli zgrzyt klucza w zamku i dźwięk drzwi uderzających o ścianę. Na klatce rozległ się śmiech, który jednak szybko zgasł. Chwila szeptów, szelest ocierających się o siebie ubrań. Odgłos oddalających się kroków i zamykanych drzwi zlały się w jedno.
– Magda wróciła – stwierdziła Maria po prostu i wyszła do przedpokoju. Za drzwiami zabłysło światło, kładąc się na dywanie w pokoju. Jezus pociągnął kolejny łyk wina, kobiece głosy w korytarzu szeleściły przez chwilę. Nie wsłuchiwał się w to. Zamknął oczy. Dobiegły go tylko urwane słowa: „znowu”, „wujek”, „porozmawiaj”, „wieczór”, „pije”… Cmoknięcie i oddalające się kroki Marii w głąb domu. Zawsze umiał poznać jej chód, nawet po dźwięku, nieśpieszny i w pewien sposób pełen klasy. Drgnął nagle gdy ktoś wyjął mu z ręki kielich. Otworzył oczy. Stała obok niego, w purpurowej, prowokująco krótkiej sukni i uśmiechała się z mieszanką troski i przekory. Choć tej drugiej było zdecydowanie więcej. Jej włosy lśniły lekko odbijając dyskretnie blask aureoli.
– Nie powinieneś pić z Graala – powiedziała miękko – Znów gnostycy i wizjonerzy będą chodzili przez miesiąc do tyłu.
Nie odpowiedział, zaskoczony jej bolesną namacalnością. Czuł teraz zapach jej perfum, zmieszany z wonią alkoholu, papierosów i dymem cygara. Mrugnęła i przysunęła sobie krzesło, siadając obok stołu, przed Jezusem. Prowokacyjnie odwróciła je oparciem w jego kierunku, tak iż widział koronkowe zakończenia jej pończoch, opinające ciasno pełne uda. Wiedział, że ma tę świadomość. Magdalena uwielbiała takie drobne zabawy, czerpała z nich przyjemność, nieodmiennie czy znajdowała się akurat w domu, w knajpie czy na wystawnym przyjęciu. Obserwowała go z rozbawieniem, bawiąc się resztką wina w kielichu. Przełknął ślinę.
– Gdzie byłaś? – zapytał wreszcie.
– Przecież wiesz. Chodziliśmy z Szatanem, tu i tam. Chciałam go zaprosić teraz, ale mówił, że ma sporo pracy.
– Nie lubię, jak się z nim zadajesz.
– Oj, daj spokój, wujek nie jest taki zły – uśmiechnęła się, mrugając z udawaną niewinnością. Była ubawiona jego reakcją. – Poza tym dobrze wiesz, że on płaci za większość naszych potrzeb. Chyba że chcesz opłacać mieszkanie ze swoich sztuczek magicznych…
Nie zripostował, nie miał na to sił. Wiedział, że miała rację. W sumie ich akcje na Ziemi szły coraz gorzej. Nie tragicznie jeszcze, niemniej kierunek był ewidentnie spadkowy. Kiedyś miał do tego więcej serca. Kiedyś go to bawiło nawet, wykorzystywanie magii do leczenia, spełniania życzeń czy zadziwiania śmiertelnych. Napędzał całą tę zabawę. Ostatecznie jednak pewne rzeczy znudziły mu się, a cuda wyszły z mody. Westchnął.
– Wypalasz się – zauważyła z troską.
– Już mi ktoś dziś to mówił.
Nie odpowiedziała, wiedziała kto. Chwilę trwała cisza, przerywana tylko tykaniem zegara, który dostał kiedyś od Ojca. W sumie nie przypominał sobie, by otrzymał więcej prezentów od niego.
– Powinniśmy wyjechać – powiedziała nagle Magdalena. – Wiesz, zmienić klimat, zmienić styl. Może coś bardziej pod Erę Wodnika? Teraz ludzie lubią takie rzeczy. Wiesz, moglibyśmy się wyluzować. Jak kiedyś. Za długo już jesteś czarownikiem dla ubogich, co to za klasa? Szkoda gadać. Pamiętasz jak byłeś Krishną? Coś takiego mam na myśli, wiesz – nowa twarz, nowe symbole, nowe imię… Coś na czasie, coś anty… O rany, zróbmy coś szalonego!
Ciemność gęstniała w pokoju. Dym zdawał się wirować i tworzyć jakieś dziwne symbole. „Może rzeczywiście,” pomyślał Jezus mętnie, czując jak głowa staje się coraz cięższa. „Może ona ma rację. Szkoda trzymać się przegranych spraw. Faktycznie ostatnio straciłem na rozmachu. Trzeba z tego wybrnąć… Tylko co wybrać? Francję? Magdalenę tam lubią. Może Stany, tam mają wielu bogów udających śmiertelników… I śmiertelników udających bogów… Będą musieli to przemyśleć… Może rano, jak się wyśpię… Nowa twarz… Nowe imię… Coś nowego? Anty…? Antyteza…? Antychryst…? Antychryst! Tak, to może być to…”
Magdalena dopiła wina z kielicha patrząc spod przymrużonych powiek na zasypiającego mesjasza.

***

Strona internetowa autora

Seeds

Waldemar Okoń
SEEDS – NASIONA

dendelion

Kolejna wystawa malarstwa Natalii Okoń-Rudnickiej dedykowana jest rzeczom ulotnym i ludziom wrażliwym, którzy nadal wierzą, że sztuka ma sens, a jej uprawianie i oglądanie nie jest jedynie w miarę wygodną i zanikającą formą spędzania czasu. Jak wiemy malarstwo potrafi zatrzymać na wieczność jedną chwilę, ale umie ją również zintensyfikować, jest trwałe  i nieustannie przypomina o nietrwałości tego świata poprzez swa kruchość oraz istnienie jedynie w świetle, które tak łatwo jest zniszczyć lub unicestwić. Malarstwo wskazuje na naturę, którą powinniśmy naśladować i spod praw tej natury stara się wyzwolić, łącząc na obrazach to, co w rzeczywistości nigdy połączeniu nie podlega, stwarzając światy groteskowe i poprzez to prawdziwe, surrealne i dzięki temu sięgające w głąb wewnętrznej, a nie jedynie zewnętrznej kondycji świata.
OutSideTheRiver

Wystarczy również popatrzeć na obrazy Natalii, aby zrozumieć, że najwyższa ze sztuk – poezja może objawiać się w tym co wizualne, nie tracąc przy tym walorów jak najbardziej sensualnych i dekoracyjnych.
Nasiona

Piszę o tym, ponieważ w malarstwie tej młodej artystki dostrzegamy niemal barokowy przepych kolorów w połączeniu z bardzo precyzyjną formą rysunkową, odniesienia do tego co najtrwalsze i najważniejsze w naszym życiu: naszego wizerunku – twarzy, naszych bliskich, naszej sztuki, która niekiedy prowadzi nas w stronę odwiecznych symboli – polecam „Głowę na talerzu”, „Motyle”  i „Bliźnięta”, jednocześnie nie zapominając o tym, że malarstwo jest próbą odpowiedzi na wyzwanie rzucane nam przez sensualność świata i właśnie w tej zmysłowej i cokolwiek aintelektualnej sferze powinno się najpełniej spełniać i realizować.
Warhol2013

Stąd zaistniałe na naszej wystawie piękne „Trzy zmysłowe kury”, ale też „Posiłek kaczki” i rozliczne „Zabawy”, których głównym bohaterem jest dziecko zanurzone w cokolwiek metafizycznej przestrzeni tego co dzieje się tu i teraz będące również projekcją całej, miejmy nadzieję, szczęśliwej i dobrej przyszłości.
W_ogrodzie

Malarstwo Natalii Okoń-Rudnickiej zawiera bowiem w sobie opowieść o życiu, które winno być dobre i szlachetne, o zabawach, które wprawdzie przemijają, ale pozostawiają w nas na długo delikatną pamięć szczęścia, o przeciwnościach, które można pokonać, a wszystko podane w urokliwej, lekko ironicznej poetyce charakteryzującej sztukę, z którą dobrze się mieszka i która może być dla nas źródłem nieustannie odkrywanych malarskich i poetyckich radości. Taką radość w dzieciństwie przynosiły nam dmuchawce, które potrafiliśmy zamienić w deszcz unoszących się ku słońcu nasion, ulotny i jednocześnie bardzo konkretny, służący zabawie i powstawaniu nowego życia. Pamiętajmy, że sztuka to według słynnej definicji Szekspira „powietrzne nic” i być może dlatego warto ją uprawiać i o niej myśleć.

zabawy

I zupełnie na koniec – w dzisiejszym konsumpcyjnie nastawionym świecie artyści niekiedy wybierają właśnie konsumpcjonizm jako temat i swoistą strategię swojej sztuki. Obrazy Natalii też starają się ukazać niebezpieczeństwa (liczne) i zalety (nieliczne) takiego stylu życia. Można je kupić, można też zamówić u Artystki „odręczne” wykonanie szeregu projektów pokazanych w formie „maszynowych” wydruków na płótnie. Nowe technologie nie zmieniają jednak podstaw sztuki malarskiej, w której liczą się przebłysk  wyobraźni utrwalony w trwalszym niż ona sama medium oraz, tak od początku istnienia ludzkości, oko i ręka malarza.

***
Inne prace można zobaczyć na stronie Natalii Okoń

Jajko czy kura?

Dorota Cygan

Jajko czy kura? Pascal Mercier i Bille August: Nocny pociąg do Lizbony

Niemiecki  ma poręczną formułę na to, do czego Was będę namawiać:  sich auf den Film einlassen, czyli po naszemu: poddać się akcji filmu. Usiąść i pozwolić się nieść obrazom. Nie tylko dlatego, że obrazem film żyje, ale i dlatego, że dzisiejszy film kinowy w zasadzie na obraz stawia bardziej niż kiedykolwiek w przeszłości, a to dzięki oszałamiającym możliwościom technicznym,  przyzwyczajeniom odbiorców wychowanych w kulturze obrazkowej oraz coraz młodszej widowni. Skoro więc obraz dominuje, to dialogowi pozostaje rola dekoracji. Nawet niedawny debiut reżyserski Dustina Hoffmanna, skądinąd niezły, chwalony z powodu trafnych dialogów pełnych celnych ripost, ostatecznie nieco pozostaje w tyle za rozbudzonymi oczekiwaniami. Na dialog (ale i na obraz też!) postawił  ostatnio jedynie Tarantino: niezłe dialogi, ale z kolei podlane ostrym sosem bryzgającym z odstrzeliwanych na ekranie strzępów ludzkich.  No cóż, jak Genuss to Tarantino.

Na filmie, o którym tu mowa, taki atak na wrażliwość Wam nie grozi. Więc spokojnie pójdźcie na Nocny pociąg do Lizbony, wygórowane oczekiwania zostawiając w domu – najlepiej dla własnej kreatywnej działalności. Siadając w fotelu na 150 minut z okładem  dajcie się nieść obrazom.

A jak to osiągnąć?

  1. Nie brać przedtem do ręki żadnej recenzji – a jeśli już, to najwyżej po to, by zawinąć weń kromkę chleba z pasztetem udając się do muzeum NRD.
  2. Patrzeć w zachwycie na ładne twarze – bo to one są punktem wyjścia (i dojścia), a także głównym uzasadnieniem dla stworzenia tego filmu (zresztą fascynacja portretem najwyraźniej była  także dla autora powieści istotnym impulsem). Jedne twarze piękne świeżością i arystokracją ducha –  a inne dlatego, że przeorane życiem i doświadczeniem.
  3. Uzupełniać z pamięci kadry ze szwajcarskiego Berna i Lizbony – a jako ludzie bywali w świecie doskonale to potraficie zrobić. Nawet słabsza pamięć podsunie Wam niejedną inspirującą impresję – a jak wiemy proces patrzenia (podobnie jak proces czytania) jest aktem twórczym i polega także na dopowiadaniu, dokłamaniu itp. Nawet sam autor powieści przyznaje, że nie musi znać dobrze Lizbony (i w zasadzie jeździ w takie miejsca tylko dla porządku), aby ją uczynić miejscem akcji. Pamiętamy wszak, że miasto to też bohater – któremu przypisujemy cechy materii ożywionej lub nawet ludzkie (miasto jako markę spopularyzował u nas jako pierwszy Marek Krajewski w serii kryminałów z Wrocławia, zaś w międzyczasie i Berlin – nieco spóźniony – ma już pokaźną półkę kryminałów swojej marki, nie mówiąc o odcinkach telewizyjnych Tatort kręconych na przemian w stolicach niemieckich Landów (tak, wiem,  ja też nie lubię tego spolszczenia)).
  4. Wyłączyć umiejętności analityczne i strukturalistyczne ciągoty, czyli to, czego nabyliście na studiach lub w trakcie praktyki zawodowej. One bowiem pozbawią Was podwójnej przyjemności.

Dlaczego podwójnej?

Otóż dlatego, że zaraz namówię Was na  lekturę książki po – a nie przed filmem.  Nie dlatego, że jestem z generacji kupującej Das Buch zum Film (czy istnieje w Polsce tak idiotyczna kategoria?)  z wyeksponowanymi fotosami aktorów na okładce. Tym bym sobie (w moim wieku) akurat schlebiła, he he, bo jednak na ogół patrzę z dezaprobatą na tzw. światło strony w takich publikacjach i rozdmuchaną czcionkę. Zatem dlaczego?  Z wewnętrznego przekonania, że należy z obu mediów czerpać to, co najlepsze. Jeśli film ma do zaoferowania twarze i obrazy, to należy po nie sięgnąć i je sobie przyswoić. A następnie wypełnić tę piękną pustą formę ambitniejszą treścią – bo tu akurat ta powieściowa nas nie rozczaruje. Czy to ma szansę zafunkcjonować, a media nie pokłócą (nie zakłócą) się w tym odbiorze? Nie, raczej świetnie się uzupełnią. Z pomocą przyjdzie Wam doskonała i wielkoduszna przypadłość ludzkiej pamięci – zdolność do zapominania i uzupełniania braków i luk. Człowiek przy co drugiej stronie pomyśli: mhm, dziwne, nie pamiętałem tego epizodu. Czyli będzie działać! Ten nowy epizod  wejdzie w alians z obrazem i stworzy udaną całość – czyli nową jakość.

A czy potem się będziecie zastanawiać nad intertekstualnością niektórych pomysłów narracyjnych szwajcarskiego autora, nad filozoficznymi implikacjami sceptycyzmu językowego i jego literackimi prefiguracjami w literaturze światowej, to już zależy od kulturowego stempla, który odcisnęły w Waszych głowach uniwersytety i inne miejsca znane z trwałego acz nadmiernego nacisku na osobowość. Film Wam tego nie odbierze – ani tej rozrywki intelektualnej, ani tej męki analitycznej. Nie dajcie więc sobie odebrać tej prostej przyjemności obejrzenia filmu, dla samego sprzeciwu nie stając po stronie malkontentów i samozwańczych znawców kina, którzy zapominają, iż jego główna siła tkwi nie w konstrukcji akcji, tylko w tworzeniu iluzji – jeśli trzeba, to nawet iluzji dobrego filmu. Nie żałujcie paru groszy na tę podróż w inną estetykę, inne miejsca i inne czasy. Niech żyje średni produkt o dużej sile uwodzenia!

Skąd ta siła, nie pytajcie mnie. Nawet sam autor, po ciężkich walkach ze sobą zawarłszy pokój z reżyserem, przyznaje, że  z  tego, co dają z siebie wszyscy twórcy produktu finalnego, zostaje bynajmniej nie indywidualny i niepowtarzalny touch każdego z nich, ale coś, co naukowcy nazywają stałą antropologiczną, dzięki której produkt jest czytelny w każdym zakątku świata. To dzięki tej ścieżce odbioru mogę przypuszczać, że wyjdziecie z filmu z podobnymi uczuciami jak ja.

A jaka jest sama książka? A o to – to już zapytajcie Ewę. To ona mi to uczyniła.