Poezja – Poetry – Poesie / Tuwim

2013 to rok Tuwima. Niezależnie od tego, czy Sejm tak chciał (a w końcu jednak chciał), albo czy Młodzieszy Wrzehpolskiej się to podoba czy nie (się nie podoba).  Poeta urodził się w roku 1894, zmarł w 1953. Ale jest inny powód, dla którego obchodzimy rok tuwimowski. Przed stu laty – 6 stycznia 2013 roku – Kurier Warszawski opublikował wiersz Prośba. Autor miał wtedy 18 lat i była to jego pierwsza publikacja. Wiersz, który dziś publikuję – Berlin 1913 – powstał dopiero kilkanaście lat później, ale chyba jasne jest, dlaczego z całego bogactwa wierszy Tuwima wybrałam właśnie ten.

Julian Tuwim, Berlin 1913, śpiewa Leszek Długosz, muzyka Leszek Długosz albo Zygmunt Konieczny, źródła plączą się w zeznaniach.

O, smętne, śnieżne, nevermore!
Dni utracone, ukochane!
Widzę cię znów w Cafe du Nord
W mroźny, mglisty poranek.

Strach, słodki strach od stóp do głów,
Dygot błękitnych, czułych nerwów,
I sen był znów, i list był znów:
Mgła legendarnych perfum.

Lecz nie ma mnie i nie ma mnie,
I nigdy w życiu mnie nie będzie.
Zostanę w liście, zostanę w śnie,
W tkliwej, śnieżnej legendzie.

Nic o tym nie wiesz. Czekasz, drżąc.
Dzień sennie sypie się i szepce.
Ach, serce moje i młodość mą
W srebrnej nosisz torebce.

Wczoraj? A co to było? Tak:
Carmen, kareta, wino, walce…
Mignęło w oczach. Nie – to ptak,
Wyszyty na woalce.

Pusto i ciepło w tym Cafe.
Zima się w oknie szronem perli.
Nie przyjdę. Idź. Nie spotkasz mnie.
… Wielki, Wielki jest Berlin.

Wiersz powstał w roku 1926. Podobno poeta nie znał Berlina, ani w roku 1913 ani 1926. Podobno było to miasto symbol wolności twórczej i mit pięknej epoki.

Oh klägliches verschneites nevermore!
Verlorene geliebte Tage!
Ich seh´dich erneut im Café du Nord
An einem frostigen Morgen im Nebel.

Angst, süßer Angst, vom Scheitel bis zur Sohle.
Ein Zittern der blauen, empfindsamen Nerven.
Und der Traum war wieder da, und der Brief war wieder da:
Der Nebel der legänderem Pärfume.

Doch ich bin nicht da und bin nicht da,
und nie im Leben werde ich da sein.
Ich bleibe im Brief, ich bleibe im Traum,
in der zärtlichen, verschneiten Legende.

Nichts weißt du darüber. Du wartest zitternd.
Der Tag plätschert schlaftrunken dahin und flüstert.
Ach, mein Herz und meine Jugend
trägst du in einer silbernen Handtasche.

Gestern? Und was war das? Ja:
Carmen, Kutsche, Wein, Walzer…
Es blinkte in den Augen. Nein – es war ein Vogel,
Gestickt an einem Hutschleier.

Leer und warm ist´s in diesem Café.
Der Winter perlt am Fenster mit Rauhreif.
Ich komme nicht. Du triffst mich nicht.
… Groß, groß ist Berlin.

Übersetzt RL Andreas, wobei RL “Reiseleiter” bedeutet. Er ist nämlich einer.

Oh, dismal, snowy nevermore!
Days lost and adored!
I see you again in the Café du Nord
On a frosty, foggy morn.

Fear, sweet fear from head to toe,
The quiver of blue and tender nerves,
A dream came so, and a letter came so:
Fog of legendary perfumes.

Though I am not and I am not,
And I will never be.
In a letter caught; in a dream, caught
In a gentle, snowy mythology.

You know not of this. Only wait, trembling.
As the day sleepily spills and whispers.
Oh, this heart of mine, this youth,
You carry with you in your silver purse.

Yesterday? But what was that?
Carmen, coaches, wine, and waltzes…
Flash before my eyes. No – a bird,
Sewn onto the veil around your hat.

It’s empty and warm in this Café.
Winter frosts the glass like skin,
I won’t come. You won’t see me. Go away.
…Great, great is the city of Berlin.

Translation Pacze Moj

Wiersze babci

Sigil of Scream, którego poznaliśmy już tu jako tajemniczego poetę i pełnego fantazji prozaika, tym razem w roli archeologa wartości kulturalnych.

Wiersze babci

Poniższe wiersze to swego rodzaju białe kruki. Są zapomnianymi perłami polszczyzny – ich szczególne piękno i liryzm nie pozwalają przejść obok nich obojętnie. Postanowiłem opublikować je tutaj, aby uchronić je od zaginięcia, albowiem sądzę, iż znane są aktualnie bardzo niewielu osobom. Wszystkie przedstawione tu wiersze zostały przeze mnie spisane z pamięci, tak jak przedstawiła je mi moja babka, Halina. Pochodzą one z czasów przedwojennych, przynajmniej część z nich znajdowała się wtedy w podręcznikach szkolnych. Dokładne datowanie, czy nazwiska autorów nie są mi jednak, niestety, znane – choć ostatni utwór, jak wierzę, jest autorstwa mojej babci. Sam staram się od kilku lat odnaleźć źródła tych tekstów, lub jakiekolwiek informacje związane z ich genezą – dotychczas jednak nie było mi to dane. W związku z powyższym, prosiłbym każdego z czytelników, który mógłby pomóc w ustaleniu tych informacji, o kontakt.

Przystępując do lektury, warto mieć na uwadze, iż wiele elementów tworzących formę tych utworów, mogło zaniknąć lub ulec przekształceniu w przekazie ustnym. Z tego powodu cała interpunkcja i wersyfikacja zostały przeze mnie powtórnie stworzone, dla potrzeb tego zapisu. Tytuły utworów mają także często charakter roboczy, ponieważ nie wiem, jak brzmiały w rzeczywistości. Miejscami teksty zostały zrekonstruowane, co zostało zaznaczone w nich przy pomocy nawiasów kwadratowych. Utwór Głód nastręczał w tej mierze największych trudności, z uwagi na swą nieharmonijną budowę – możliwe więc, iż nie udało mi się w nim zachować oryginalnego układu wersyfikacji. Moje wątpliwości dotyczą tutaj głównie budowy i położenia szóstej zwrotki. Przy wprowadzaniu własnych poprawek kierowała mną chęć podtrzymania unikalnego charakteru każdego z wierszy. Mam nadzieje, iż udało mi się to osiągnąć, właściwa ocena mych wysiłków należy jednak do czytelnika.

[Wiosna]

Ukołysałaś mnie, wiosno cicha,
Ukołysałaś…
Jestem jak lilia, co w polu wzdycha,
W zadumie cała.
W blaskach się słońca kąpię co rano,
W rosie przejrzystej.
I patrzę w przestrzeń
Łzami zalaną,
Lub w błękit czysty.

Z dala dochodzi cicha muzyka
Brzóz i topoli.
I cichy spokój duszę przenika,
Serce mniej boli.
Nad wodą zwiesza srebrzyste puchy
Wierzba płacząca
I senne brzozy – stoją jak duchy
W blaskach miesiąca.

A nad [głębiami], na ciemnym stawie
Łódź się kołysze.
Sen to, czy jawa?
Nie wiem już prawie
Idąc w tę ciszę…

Opale

Na wyświetlone poświatą dale
Kładą się złudnych blasków opale.
Przed ścichłym sercem kraina czarów
Urokiem błyska z nocnych oparów,

Ach, iść tak ciągle przed siebie nocą,
Kiedy na niebie gwiazdy się złocą!
W duszy nie zgasić swojej tęsknoty
I ukraść gwiazdom ich uśmiech złoty.

Marzenia swoje w blaskach zanurzyć
I nie dać szczęścia swojego zburzyć!
Uściskiem objąć ziemię ojczystą,
W błękitach przetrwać modlitwą czystą.

Rozmawiać nocą mową bez słowa,
Gdy księżyc swoją tarczę już schowa.
I oczy wysłać na senne dale
Gdzie świecą złudnych blasków opale.

 
Głód

Przyszedł…
Na progu chaty przywarował,
Ostatnie kęsy z ust wyjmował,
Przyszedł do naszej chaty głód.

I z każdym dniem,
I z każdą chwilką
Niedola w sercu jak płomień wzrasta.
Nie czas rozpaczać,
Trudno!
Trzeba iść do miasta…

Raz jeszcze wierzbę przytulić przed chatą
Jak za dawnych dni…
Jak za dawnych, minionych
I słonecznych dni…

 A potem? Cóż potem
W świat…
Przestańcież płynąć z oczu
[Natrętne], nieznośne łzy!

 Coraz dalej i dalej,
I sad czerniejący,
I ostre kolce przydrożnego głogu,
I dach słomiany, złotogłowy,
I matka stojąca jak posąg na progu…

Coraz dalej i dalej…
A w sercu ostał się jeno ten zagon ojcowy.
Nie moje ręce będą go orały,
W świat mnie wygnano,
Mnie, tej ziemi syna…
Więc nie bądź [mi gniewny] zagonie ojcowy,
Że ja, choć cię tak kocham, jednak odejść muszę.

Hej, przylecą z wiosną marcową bociany,
Radośnie w gnieździe swoim z rana zaklekocą!
Sroczka płochliwie na płocie zakracze,
Rozkołysze się sad [upojną] wonią wśród nocy!

Tylko ja tego nie będę już widział,
Tylko ja tego już nigdy nie zobaczę…

 O ziemio, która byłaś dla duszy mej chłopskiej
Jedyną prawdziwą i bliską kołyską!
Zostawiam tobie serce,
Proste i uczciwe,
Zostawiam tobie, ziemio moja, wszystko!
I może kiedyś ciężar z ramion moich zrzucę,
Na złoto się zmieni ma dola i praca –
A wtedy, jak bóg na niebie, do ciebie powrócę,
Ziemio matko, do której się zawsze powraca.

Artur-Grottger-GlodArtur Grottger, Głód (rysunek z cyklu Wojna, 1866-1867)

Halina Solska

Zima

Teraz, kiedy już pola bieleją,
Jak dobrze jest marzyć o wiośnie!
O łąkach zalanych słońcem,
O kwiatach pachnących radośnie.

I o tym wszystkim dalekim,
Co gdzieś za nami zostało.

Teraz, kiedy na ziemi
Tak cicho,
Tak pusto,
Tak biało…

PS.
Bóg nie mógł być wszędzie, więc stworzył babcię.
Autor nieznany

Poezja – Poetry – Poesie – Poesía / Lorca

IGANCIO SANCHEZ MEJIAS – a las cinco de la tarde

Federico García Lorca „LAMENT NA ŚMIERĆ IGNACIA SANCHEZ MEJIAS” (Llanto por Ignacio Sánchez Mejías, 1934, wyd. 1936). Utwór uważany za najwybitniejsze dzieło poety, a może nawet za jeden z najważniejszych wierszy współczesnych w ogóle. Czteroczęściowa, pełna przejmującego bólu, elegia poświęcona sławnemu toreadorowi, a jednocześnie przyjacielowi poety, który zginął podczas walki. Irena Kuran-Bogucka, moja matka, tłumaczka Lorki, tak napisała w komentarzach do poezji poety (Wydawnictwo Morskie 1982): Ignacio Sanchez Meijas – słynny torero rodem z Sewilli, rówieśnik grupy poetów pokolenie 27, ich mecenas i serdeczny przyjaciel. Zginął na arenie w Manzanares w sierpniu 1934.

“Cios i śmierć” – refren “O piątej po południu” powtarza się tu 30 razy, jak bicie dzwonu, stanowiąc i litanijny odzew, i afisz corridy, i godzinę rozpoczęcia akcji i preludium tragicznego finału. Kolejne metafory stanowią zapowiedź śmierci, opis ran, agonię najpierw widzianą z zewnątrz, potem odczuwaną przez konającego torera, żałobę tłumu.

1. Cios i śmierć

O piątej po południu.
Była dokładnie piąta po południu.
Niósł mały chłopiec białe prześcieradło
o piątej po południu.
A reszta była śmiercią, tylko śmiercią
o piątej po południu.

Wicher unosił kłęby białej waty
o piątej po południu.
Tlen zgasił połysk niklu i kryształu
o piątej po południu.
Synogarlica już walczy z lampartem
o piątej po południu.
Żałobnym tonem zadźwięczały dzwony
o piątej po południu.
Dzwonił arszenik i dymy dzwoniły
o piątej po południu.
Stali w milczeniu ludzie na ulicach
o piątej po południu.
W sercu byk tylko miał triumf i radość!
o piątej po południu.
Kiedy pot w zimny chłód śniegu zastygał,
o piątej po południu.
Kiedy arena jodem się okryła,
o piątej po południu.
Śmierć zniosła jajka wprost w otwartą ranę
o piątej po południu.
O piątej po południu.
Równo
o piątej po południu.

W trumnę na kołach przemienia się łoże
o piątej po południu.
W uszach mu dźwięczą flety i piszczele
o piątej po południu.
Byk już zaryczał wewnątrz jego czoła
o piątej po południu.
Pokój się mienił tęczami agonii
o piątej po południu.
Z niezmiernej dali już idzie gangrena
o piątej po południu.
W zieleni pachwin ostre trąby lilii
o piątej po południu.
Rany płonęły jak ogromne słońca
o piątej po południu.
Szyby pękały pod naporem tłumów
o piątej po południu.
Ach, jak straszliwa piąta po południu!
Wybiła piąta na wszystkich zegarach.
Wybiła czarna godzina piąta.

Tłumaczyła Irena Kuran-Bogucka

grobISM-SewillaSewilla – Grób/ Grab / Grave – Ignacio Sanchez Meijas

1. Cogida and death

At five in the afternoon.
It was exactly five in the afternoon.
A boy brought the white sheet
at five in the afternoon.
A frail of lime ready prepared
at five in the afternoon.
The rest was death, and death alone.
at five in the afternoon.

The wind carried away the cottonwool
at five in the afternoon.
And the oxide scattered crystal and nickel
at five in the afternoon.
Now the dove and the leopard wrestle
at five in the afternoon.
And a thigh with a desolated horn
at five in the afternoon.
The bass-string struck up
at five in the afternoon.
Arsenic bells and smoke
at five in the afternoon.
Groups of silence in the corners
at five in the afternoon.
And the bull alone with a high heart!
at five in the afternoon.
When the sweat of snow was coming
at five in the afternoon.
when the bull ring was covered with iodine
at five in the afternoon.
Death laid eggs in the wound
at five in the afternoon.
At five in the afternoon.
At five o’clock in the afternoon.

A coffin on wheels is his bed
at five in the afternoon.
Bones and flutes resound in his ears
at five in the afternoon.
Now the bull was bellowing through his forehead
at five in the afternoon.
The room was iridiscent with agony
at five in the afternoon.
In the distance the gangrene now comes
at five in the afternoon.
Horn of the lily through green groins
at five in the afternoon.
The wounds were burning like suns
at five in the afternoon.
and the crowd was breaking the windows
at five in the afternoon.
Ah, that fatal five in the afternoon!
It was five by all the clocks!
It was five in the shade of the afternoon!

Translated by Alan S. Trueblood

1. Hornstoß und Tod

Am Nachmittage um fünf Uhr.
Am Nachmittag war es um fünf Uhr genau:
Ein Knabe brachte das weiße Leintuch
am Nachmittage um fünf Uhr.
Ein Korb mit Kalk stand längst bereit
am Nachmittage um fünf Uhr.
Alles andre war Tod und nur Tod
am Nachmittage um fünf Uhr.

Der Wind trug die Watte hinweg
am Nachmittage um fünf Uhr.
Der Sauerstoff säte Kristall und Nickel
am Nachmittage um fünf Uhr.
Schon kämpfen Taube und Pardel
am Nachmittage um fünf Uhr.
Und ein Schenkel mit trostlosem Horn
am Nachmittage um fünf Uhr.
Die tiefsten der Saiten erbrummten
am Nachmittage um fünf Uhr.
Die Glocken des Dunsts, des Arsens
am Nachmittage um fünf Uhr.
An den Ecken Gruppen aus Schweigen
am Nachmittage um fünf Uhr.
Und der Stier nur erhobenen Herzens!
am Nachmittage um fünf Uhr.
Als dann der Schneeschweiß hervorbrach
am Nachmittage um fünf Uhr,
als mit Jod sich bezog die Arena
am Nachmittage um fünf Uhr,
legte Eier der Tod in die Wunde
am Nachmittage um fünf Uhr.
Am Nachmittage um fünf Uhr.
Am Nachmittage um fünf Uhr genau.

Ein Sarg ist, mit Rädern, das Bett
am Nachmittage um fünf Uhr.
Knochen und Flöten tönen im Ohr ihm
am Nachmittage um fünf Uhr.
Ihm brüllte der Stier in der Stirn schon
am Nachmittage um fünf Uhr.
Das Zimmer erschillert vor Todkampf
am Nachmittage um fünf Uhr.
Von weither kriecht schon der Wundbrand
am Nachmittage um fünf Uhr.
Lilienjagdhorn um grüne Weichen
am Nachmittage um fünf Uhr.
Die Wunden brannten wie Sonnen
am Nachmittage um fünf Uhr,
und die Leute zerbrachen die Fenster
am Nachmittage um fünf Uhr.
Am Nachmittage um fünf Uhr.
Ach welch gräßliche fünf Uhr nach Mittag!
Auf allen Uhren wars fünf Uhr.
In des Nachmittags Schatten wars fünf Uhr!

Übersetzung von Enrique Beck

 
Dziś była najpiękniejsza i najjaśniejsza pełnia księżyca w roku 2013, już druga zresztą – zdjęcie Kamila Dobosz. Dziękuję!

ksiezyc-kamiladobosz

1913. Święto wiosny. Frühlingsweihe.

Na całym świecie lato, u nas na blogu też, a tymczasem w Szczecinie wciąż jeszcze wiosna. Ale za to – jaka!

swietowiosny-pracawreWystawa jubileuszowa w stulecie otwarcia Gmachu Głównego Muzeum Narodowego / Ausstellung zum hundertjährigen Eröffnungsjubiläum des Hauptgebäudes des Nationalmuseums
Szczecin / Stettin    http://www.muzeum.szczecin.pl

Wernisaż / Vernissage:                  21.06.2013, 18.00

do / bis:                                                         08.09.2013

Podczas trwania ekspozycji wstęp do wszystkich oddziałów Muzeum Narodowego w Szczecinie jest wolny / Während der Ausstellung ist der Eintritt zu allen Abteilungen des Nationalmuseums Stettin frei.

Text auf Deutsch: 1913-Fruehlingsweihe

swietowiosny21czerwca-8wrzesnia Celem wystawy jest zarysowanie obrazu kultury sprzed stu lat w odniesieniu do problemu dziedzictwa. Rok 1913 okazał się wyjątkową datą. Nie tylko graniczną z punktu widzenia historii politycznej, jako ostatni moment pokoju przed wybuchem Wielkiej Wojny, ale także obfitującą w przełomowe dla XX wieku wydarzenia artystyczne. Na lata 1910–1913 przypadły prace nad merytorycznym i architektonicznym kształtem prezentacji zbiorów Muzeum Miejskiego w Szczecinie, przygotowywanej pod okiem doktora Waltera Riezlera. Temu cenionemu w Niemczech reformatorowi kulturalnemu, łączącemu pasje archeologa klasycznego, krytyka sztuki nowoczesnej i muzykologa, udało się zbudować galeryjną narrację w oparciu o zabytki starożytności, kultur pozaeuropejskich oraz malarskie, rzeźbiarskie i graficzne prace mistrzów zachodnioeuropejskiej awangardy. 1913. Święto wiosny to projekt wystawienniczy, który upamiętniając otwarcie gmachu przy ówczesnym Tarasie Hakena (dziś: Wały Chrobrego), przywołuje interdyscyplinarną metodę pierwszego dyrektora tamtej instytucji – zestawia arcydzieła sztuki pierwszych dekad XX wieku z ich archaicznymi, klasycznymi i prymitywnymi źródłami inspiracji.

Wyjątkowa, reprezentacyjna forma gmachu muzealnego, ukształtowana przez miejskiego architekta Wilhelma Meyera, nadała panoramie pomorskiej metropolii nowy akcent urbanistyczny, zmieniając zarazem sposób postrzegania polityki kulturalnej magistratu. Podtytuł szczecińskiej wystawy jubileuszowej nawiązuje do innego wydarzenia artystycznego tego samego czasu, czyli wiosny 1913 roku, tym razem o skali międzynarodowej – inauguracji paryskiego Théâtre des Champs-Élysées. Otworzył on swoje podwoje głośną premierą spektaklu Igora Strawińskiego Święto wiosny, wykonanego przez Balety Rosyjskie w choreografii Wacława Niżyńskiego i scenografii Nikołaja Roericha. Zarówno oskarżany o „germańskość” budynek teatru, projektowany przez Henry’ego van de Veldego i zrealizowany ostatecznie przez Auguste’a Perreta, jego dekoracje i wyposażenie (między innymi dłuta Antoine’a Bourdelle’a), jak i estetyka wystawianych na jego deskach dzieł scenicznych stanowiły przełom w dziejach sztuki, symbolicznie otwierając nowe stulecie. Do rangi podobnego symbolu urosła również wystawa Armory Show, zorganizowana dwa miesiące wcześniej w koszarach nowojorskiego regimentu – reprezentatywny przegląd współczesnej sztuki europejskiej większości kierunków awangardowych.

Ekspozycję 1913. Święto wiosny pomyślano jako przegląd kluczowych problemów „dzieła totalnego” około 1913 roku, który okazał się także dla szczecińskiego muzealnictwa swoistym „świętem wiosny”. Motywem przewodnim wystawy uczyniono taniec – metaforę witalności i wolności. Odwołanie do trzech wydarzeń – w Szczecinie, Paryżu i Nowym Jorku – pozwala na połączenie perspektywy globalnej, europejskiej i lokalnej. Prezentowane dzieła malarstwa, rzeźby, rysunku, grafiki i rzemiosła artystycznego pochodzą z kolekcji własnej oraz Muzeum Narodowego w Warszawie, Muzeum Narodowego w Gdańsku, Muzeum Sztuki w Łodzi, Muzeum Uniwersyteckiego w Toruniu, Georg-Kolbe-Museum w Berlinie, Akademie der Künste w Berlinie, Städtische Galerie w Dreźnie, Kunstsammlungen w Zwickau, Ernst Barlach Stiftung w Güstrow oraz zbiorów prywatnych. Obiekty te tworzą zazębiające się narracje, a opowieść o źródłach odnowy sztuki została podzielona na cztery części:
1. Baśń słowiańska. Rodzima egzotyka
2. Popołudnie fauna. Nowa Arkadia
3. Wiosna w Paryżu. Artystyczna stolica świata
4. Czarna muzyka. Awangarda i kultury prymitywne

Osią koncepcyjną wystawy jest zestawienie zabytków etnograficznych i archeologicznych z dziełami takich artystów  jak: Abram Jefimowicz Archipow, Ernst Barlach, Émile-Antoine Bourdelle, Béla Czóbel, Kees van Dongen, Xawery Dunikowski, Lyonel Feininger, Marcel Gromaire, Aristide Maillol, Tadeusz Makowski, Georg Kolbe, Max Pechstein, Toma Rosandić, Karl Schmidt-Rottluff, Paul Sérusier, Franz von Stuck, Maurice de Vlaminck, Wojciech Weiss, Eugeniusz Zak i wielu innych.

Kuratorzy / Kuratoren: Szymon Piotr Kubiak & Dariusz Kacprzak

swietowiosny-pracawre2

Kupało, Kupało!

Zbigniew Milewicz

Noc Kupały

Nie znam bardziej pogańskiego święta, które zyskało ciche błogosławieństwo Matki Naszej Kościoła. Święto ognia, wody, słońca i księżyca, urodzaju, płodności, radości i miłości było tak mocno zakorzenione w obyczajowości ludów słowiańskich, że rezygnując z rozwiązań siłowych w X – XI w. podjęto próbę zasymilowania go z obrzędowością chrześcijańską. Patronem święta został olbrzym znad Jordanu, św. Jan Chrzciciel, który stosował chrzest w formie rytualnej kąpieli w rzece, zatem wiernym, zwłaszcza obrządku wschodniego, którzy ów rytuał kultywują, pozostawało uwierzyć, że słowo Kupała od wspomnianej kąpieli pochodzi.

Iwan-Kupala-wrozby-z-wiankami-deska-olej-2008-wikipedia-commonsIlustracje: Iwan Kupała, Wróżby z wiankami, 2008; poniżej: Joshua Reynolds, Puk, 1789 i Wojciech Gerson, Kupała 1897 – wszystkie ilustracje z zasobów Wikipedia Common.

Informacje o męskim bóstwie płodności o  imieniu Kupała, sprawującym opiekę nad zalotami i miłosnymi igraszkami, pojawiają się w ludowych podaniach dużo później, bo w wieku XVII. Są  one przypuszczalnie  tylko sentymentalną próbą powrotu do miłych, hedonistycznych korzeni i próbą odebrania kościołowi tego, co sobie przywłaszczył, bo czy takie bóstwo rzeczywiście wcześniej „istniało”, nie wiadomo. Wojciech Gerson zobaczył je jako bóstwo żeńskie i bardzo ładnie mu to wyszło. Kup w języku praindoeuropejskim znaczy jednak pożądać, więc coś na rzeczy jest. Noc Kupały związana jest tradycyjnie z letnim przesileniem Słońca i obchodzona w najkrótszą noc w roku, czyli najczęściej z 21 na 22, albo z 23 na 24 czerwca. W zależności od regionu Polski, bywa też zwana palinocką, albo sobótką, bo w tę noc wszędzie płoną ognie i podobno czarownice zlatują się  na mały sabat. Inna, stara legenda mówi, że sobótka jest uroczystością ku czci pięknej dziewczyny o tym właśnie imieniu. Mieszkała w pewnej wiosce, a kiedy jej narzeczony Sieciech powrócił z wojny i miał swoją wybrankę pojąć za żonę, na mieścinę napadła horda wroga. Podczas odpierania ataku Sobótka zginęła, trafiona w samo serce. Miało się to zdarzyć właśnie w noc letniego przesilenia.

Świętowano ten czas w wielu kręgach etnicznych, nie tylko na Słowiańszczyźnie, podobnie. W obrzędowości nocy letniego przesilenia dwa symbole miały szczególne znaczenie – ognia i wody. Dwa oczyszczające żywioły. Obrządek rozpoczynało rytualne skrzesanie ognia z drewna jesionu i brzozy, a czasem tylko dębu, po uprzednim wygaszeniu wszelkich palenisk we wsi. W ziemię wbijano brzozowy kołek, na który zakładano jesionową piastę, koło ze szprychami, owiniętymi smolną słomą. Następnie wprawiano koło w ruch, tak szybko, że w wyniku tarcia zaczynało się palić. Wtedy koło zdejmowano i płonące toczono do wcześniej przygotowanych stosów. Te układano  zwykle na wzgórzach i owej nocy płonęły one niemal w całej Europie. Na ogniskach składano ofiary z drobnej zwierzyny, ptactwa i magicznych ziół, które miały zapewnić urodzaj oraz płodność ludzi i zwierząt. Skakanie przez ogniska i tańce wokół nich pozwalały ustrzec się od zła, chorób i nieszczęścia. Serbowie od ognisk, które nad ranem dogasały, zapalali pochodnie i obchodzili z nimi swoje zagrody, żeby odegnać złe duchy. W Skandynawii palono ogniska na rozstajnych drogach, albo nad brzegami jezior, a woda, w której trzeba było się zanurzyć miała ponoć właściwości lecznicze. W Finlandii święto letniego przesilenia jest do dziś jednym z najważniejszych w kalendarzu, na Łotwie Ligo i Jani to nawet  daty państwowe, a 23 i 24 czerwca są dniami wolnymi od pracy. Podobnie na Litwie, gdzie 24 czerwca oficjalnie świętuje się Przesilenie. Było to święto znane i w Anglii, skoro szekspirowski Sen Nocy Letniej to też nic innego jak opowieść o tym, co się wyrabia w noc Kupały.

Jako święto miłości, płodności, słońca i księżyca pokazuje nieskończoność ludzkiej fantazji  i zapobiegliwości. Na Litwie śpiewa się pieśń o tym, jak to pierwszej wiosny po stworzeniu świata Księżyc wziął ślub ze Słońcem. Kiedy jednak po nieprzespanej nocy poślubnej wstało ono i wzniosło nad horyzontem, Księżyc je opuścił i zdradził z Jutrzenką. Od tamtej pory obydwa ciała niebieskie są wrogami, którzy wiecznie ze sobą walczą i konkurują – najbardziej podczas letniego przesilenia, kiedy noc jest najkrótsza, a dzień najdłuższy. W Rosji pary skakały przez ogień z figurką Kupały, albo św. Jana na ramionach, kiedy spadała im w palenisko, była to zła wróżba dla ich miłości. W Grecji, przy okazji skoków przez ogień najpierw dziewczęta, a potem chłopcy ogłaszali, że zostawiają za sobą wszystkie swoje grzechy. W kojarzeniu par najlepiej pomagała jednak woda. Zasadniczo zajmowały się tym dawniej głowy rodów, albo zawodowi swatowie, ale w noc świętojańską wszystko było wyjątkowe. Młode dziewczyny plotły wianki z kwiatów i magicznych ziół, wpinały w nie łuczywo i w zbiorowej ceremonii, ze śpiewem i tańcem powierzały je falom rzeki, albo strumienia. Poniżej czekali chłopcy, próbowali je wyłowić i każdy, któremu się to udało wracał i odszukiwał właścicielkę. W ten sposób dobrani młodzi ludzie mogli kojarzyć się w pary bez obrazy obyczaju, wspólnie pójść do lasu na samotny spacer, albo na mokradła, w poszukiwaniu kwiatu paproci, który wróżył szczęście. O świcie wracali do dogasających ognisk, by trzymając się za dłonie, przeskoczyć przez płomienie. Skok ów kończył obrządek przechodzenia przez wodę i ogień i w tym jednym dniu w roku mógł być honorowany, jako rytuał zawarcia małżeństwa.

Jakże to wszystko było romantyczne… O zwyczajach i wróżbach Nocy Kupały, albo Świętojańskiej można pisać w nieskończoność. Kogo ów temat interesuje, odsyłam do bogatej literatury, z której trochę sam ściągałem informacje do dzisiejszego wpisu: m.in. Jerzy Strzelczyk, Mity, podania i wierzenia dawnych Słowian, Rodzimy Kościół Polski,Noc Kupały.

szekspir-joshua-reynolds-puk-wikipedia-commonsNa finał dwie rymowanki, własnej produkcji:

Kto w wigilię Jana
dziewkę dobrze zmłóci
i se ciut wypije
tego najbliższe tsunami
ani nawet Belka
nie zabije

Monachium, 23 czerwca 2002

344px-Gerson-Kupala

Wiosna

Gdy nie mam nic do roboty
a wokół świat kwitnie
to mnie nachodzą różne głupoty
czasami nawet bezwstydne
Myślę sobie, wielki Boże
wiosna w pełni, lato idzie
chłop i baba
zając, żaba
ptaszek, mrówka
koń i krówka
wszystko gzi się w swym bezwstydzie
kto tym rządzi,
Ty o Panie?
czy Wisłocka?
pochutliwe grzyby kanie?
czy sex sekta spod Serocka?
mniejsza o to zresztą przecie
przyjdzie jesień
za nią zima
śniegiem cały kraj zamiecie
ptaszka wstrzyma,
skurczy, zmrozi
póki więc tak ślicznie w świecie
chędożmy się więc na zapas
ku uciesze Bozi

Monachium, 05 kwietnia 2009

Porady kulturalne
Dobrze Wam radzę, przeczytajcie książkę Zdzisława Skroka “Wymowność rzeczy”. Kiedyś Polska była pełna takich książek i takich autorów. Autorów już nie ma, a książek takich jak ta, już nikt nie pisze.
http://histmag.org/Zdzislaw-Skrok-Wymownosc-rzeczy-7564

Wrota do Grodna

faraRoman Brodowski, nie zapominając o pierwszych piątkach miesiąca, w międzyczasie wraca na Kresy.

Wrota do Grodna

Pociąg wjechał na stację graniczną  w Kuźnicy Białostockiej z dwudziestominutowym opóźnieniem. Na zasypanym świeżym śniegiem peronie stało kilkunastu żołnierzy straży granicznej.

Za każdym razem, gdy przekraczałem tę granicę poziom adrealiny podnosił się we mnie aż do granicy bólu i czułem się  jak ktoś, kto ryzykuje wszystko dla tej jednej wymarzonej chwili, nie będąc pewien czy uda mu się ją przeżyć. Typowa rosyjska ruletka.

Zaprosiłem do udziału w podróży sympatycznego kolegę z Berlina (znanego w  środowisku polonijnym fotografika Stefana Dybowskiego – i to jego zdjęcia ilustrują dzisiejszy wpis), który od dłuższego już czasu nosi się z zamiarem wydania albumu o Kresach, a więc także o Grodnie, z całą moją kochaną Grodzieńszczyzną włącznie. Wiedziałem jednak, że dla Stefana decyzja wyjazdu na teren Białorusi oznaczała jeden wielki  stres, połączony ze strachem, strachem przed wschodnim, brutalnym reżimem. Wiadomości jakie stamtąd napływają a dostępne w polskiej prasie i telewizji nie napawają niestety optymizmem.

(…) Do Grodna dotarliśmy bez przeszkód i gdyby nie fakt że Stefan przez całą drogę, (od samej granicy w milczeniu), przeżywał nazbyt emocjonalnie swój zbliżający się pobyt w państwie, o którym tak wiele złego ostatnimi czasy informowała polska telewizja, można by było powiedzieć, że podróż była bardzo udana.

grodno5(…) Spotkanie literackie wywarło dobre wrażenie. Uczestniczyło w nim kilkunastu pisarzy z Białorusi, Ukrainy, Rosji, Polski oraz reprezentant niemieckiej Polonii, czyli ja. Polonia zgromadzona na sali miała możliwość wysłuchania naszych najnowszych tekstów i wierszy oraz obejrzenia programu artystycznego przygotowanego przez dzieci miejscowej szkoły muzycznej. Wszystko pilnie fotografowane przez Stefana. Najważniejszym momentem spotkania było jednak łamanie się opłatkiem oraz wspólne kolędowanie, rozpoczęte o dziwo przez litewskiego księdza, mówiącego po polsku, a pełniącego kapłańską posługę w białoruskiej katolickiej Farze.

Po zakończeniu oficjalnej części resztę wieczoru spędziliśmy w gronie przyjaciół w przytulnej kawiarence.

Następnego dnia o świcie przyjechał po nas Kazimierz, gospodarz i organizator naszego pobytu, by zawieźć nas, zgodnie z planem, na umówione spotkanie z przedstawicielami grodzieńskiej telewizji w domu Elizy Orzeszkowej.

grodno4– Dzień dobry panom – przywitała nas z melodyjnym, typowo wschodnim akcentem, młoda niewysoka kobieta. – Jestem Anna, a to moi współpracownicy, dodała,  wskazując pana z kamerą i pana z notatnikiem. – Czy ja rozmawiam z panem Romanem?
– Witam panią, tak, to ja.
– Bardzo mi miło pan Roman – rzekła, podając dłoń, którą, jak przystało na zanikający już gatunek dżentelmena, delikatnie musnąłem kącikiem ust. – Czy pozwoli pan, abym dla celów naszej telewizji przeprowadziła w saloniku u Elizy Orzeszkowej wywiad z panem, a potem nagrała w plenerze film o panu?

grodno3Stefan czuł się jak u siebie, fotografując wszystko i wszystkich z pasją, jak przystało na zawodowego fotoreportera, a Kazimierz z Leszkiem stojąc w muzealnej sieni namiętnie o czymś dyskutowali, pokazując palcami w naszym kierunku, jakby wiedzieli o propozycji nagrania filmu.
– Jestem zaskoczony – odpowiedziałem, faktycznie zaskoczony. Co prawda na udzielenie wywiadu jestem przygotowany, ale film na mój temat? O tym nie było mowy w scenariuszu. Jednak po namyśle i przy duchowym wsparciu Stefana oraz jego obietnicy uczestnictwa w tym przedsięwzięciu, wyraziłem zgodę.

Wyszliśmy ze Stefanem z muzeum i zgodnie ze scenariuszem przygotowanym przez panią Annę, mieliśmy się po niej przechadzać, gestykulując i wyraziście ujawniając zafascynowanie architekturą. Na szczęście Grodno jest naprawdę bardzo ładne, czyniliśmy to więc z przyjemnością. Gorzej było ze znalezieniem tematu do rozmowy, który dobitnie ukazywałby nasze głębokie zaangażowanie w sprawy miasta.

grodno1Na szczęście w sukurs przyszły nam dwie młode jasnowłose dziewczyny, które idąc przed nami stały się obiektem naszych rozważań jako przykłady bardzo udanego boskiego dzieła.

Po zakończeniu zdjęć udaliśmy się wszyscy pieszo do kościoła farnego, by obejrzeć nowo odrestaurowany ołtarz. Po drodze rozmawialiśmy o życiu i problemach naszych rodaków mieszkających nad brzegami Niemna.

Okazało się, że bez względu na sympatie polityczne, o jakich mówią nasze rodzime media, i bez względu na to co się dzieje wokół podzielonego Związku Polaków na Białorusi, polska społeczność lokalna nie dzieli się na pro i przeciw, lecz na tych którzy czują swój związek z Polską i tych dla których związek z Polską ogranicza się do posiadanej (często bezprawnie) Karty Polaka. Pierwsi, a jest ich ogromna większość, bo aż 90%, kultywują tradycje przodków, posługują się mową swych ojców, przekazują dzieciom wartości kulturalne i religijne, a jednocześnie, szanując przy tym wartości i prawo narodu i kraju, w którym przyszło im żyć. Nie oznacza to jednak, że popierają to, co się w tym kraju złego dzieje. Tak jak każdy obywatel Białorusi mają prawo do protestu, do walki o sprawiedliwość, o godność, o poszanowanie i to (jeżeli zachodzi taka potrzeba) czynią.

Pani Anna opowiedziała mi o ludziach, którzy walczyli na terenie Grodzieńszczyzny o to, o czym wcześniej mówiłem, a co można zamknąć w jednym słowie – „Polska“. O ludziach organizujących pierwsze po upadku komunizmu szkoły z językiem polskim, pierwsze Domy Polskie miejsca spotkań dla naszych rodaków nad Niemnem, zespoły folklorystyczne propagujące polski śpiew i taniec – i tak dalej, i tak dalej.
Ja niestety wiem, że niektórzy z tych bohaterów za swój patriotyzm, za swoją  charyzmę, za wkład pracy dla dobra polskiej mniejszości, zamiast zwykłego słowa dziękuję ze strony naszych władz, otrzymały policzek – i to za to – że nie stali po „słusznej“ stronie, a byli tylko Polakami. Z problemem  tym spotkałem się osobiście dwukrotnie. Między innymi w Lidzie.

grodno2

Mam nadzieję, że kiedyś społeczeństwo znad Wisły pozna całą prawdę o naszych rodakach  mieszkających na Białorusi, bo dzisiaj zna tylko półprawdy tworzone na potrzeby naszej polityki.

Berlin, czerwiec 2013

PS I:
“Polskojęzyczna regionalna służba informacyjna w Grodnie rozpoczęła nadawanie swoich programów w lutym 2012 roku. Codziennie o 8 rano i 21-ej wieczór nasi słuchacze mogą zapoznać się z informacją z życia naszego regionu, kraju, naszych najbliższych sąsiadów w języku polskim. Słuchać naszego radia można w obwodzie Grodzieńskim. Redakcja RSI jest wdzięczna za uwagę do naszej skromnej pracy panu Romanowi Brodowskiemu, który dał zgodę na to, aby jego dorobek literacki moglibyśmy wykorzystywać w naszych audycjach. Poeta dosyła nam swoje wiersze , a redakcja ma możliwość podarować swoim słuchaczom miłe chwile spotkania ze słowem artystycznym. Dziękujemy za uwagę do naszej skromnej pracy i dziękujemy za pomoc i wsparcie.” Anna Waszkiewicz

PS 2: “Radio finansowane jest przez Urząd woj. Grodna – wydział do spraw religii i mniejszosci narodowych.” Roman Brodowski

PS  3: “Polonia na Białorusi – oficjalnie 396 tysięcy (3,9% ludności); jednak wg szacunków pozarządowych – nawet do 900 tysięcy. W samym obwodzie grodzieńskim mieszka
294 000 Polaków (24,8% ludności).” Wikipedia (http://pl.wikipedia.org/wiki/Polonia)

Kraj miotły i szczotki. Reblog.

krajszczotki

ramka

ZOFIA ZALESKA: Rembrandt i tulipany, wiatraki i kanały – nasz obraz Holandii sprowadza się zwykle do garści klisz i stereotypów. W swojej książce pisze pan o znikomej wiedzy na temat Holandii w Polsce i o powszechnym myleniu pojęć i terminów. Co nam się myli?

PIOTR OCZKO: Ignorancja na temat Kraju Nizin jest w Polsce wszechobecna, choć Warszawę i Amsterdam – to on jest stolicą Holandii, a nie Haga, jak można często przeczytać w wysokonakładowej prasie – dzieli jedynie 1096 kilometrów w linii prostej. Istnieją też rzekomo dwa odrębne języki, „holenderski” i „flamandzki”; ten rażący błąd powtarzają niemal wszyscy publicyści, a nawet niektórzy naukowcy i redaktorzy słowników języka polskiego. Język, którym mówi się w Holandii i w belgijskiej Flandrii to niderlandzki, mający dwie równoprawne odmiany lokalne. Nie ma języka „holenderskiego”, tak samo jak nie ma języka „austriackiego” czy nie było niegdyś „jugosłowiańskiego”. Mylne jest też myślenie o Holandii jako kraju wyłącznie protestanckim. Ewangelicyzm reformowany wpłynął znacząco na kulturę północno-zachodnich prowincji, ale większość ludności była i jest dalej katolicka. Kolejny obiegowy mit dotyczy równości i zamożności holenderskiego społeczeństwa w XVII wieku, Wieku Złotym. W rzeczywistości rozwarstwienie społeczne było wówczas ogromne i większość mieszkańców kraju żyła na granicy nędzy. Przekonanie o owym dobrobycie utrwala też holenderskie malarstwo, to z jego perspektywy postrzegamy często ten kraj.

Odbieramy je zbyt dosłownie?

Tak, tymczasem – wbrew temu, co wielu się wydaje – XVII-wieczne malarstwo holenderskie nie jest realistyczne. Pamiętam, jak się zdziwiłem, kiedy zobaczyłem na własne oczy zamek w Bentheim, który znałem z obrazu Jacoba van Ruisdaela. Namalował go na stromej, niedostępnej górze, z wieżami tonącymi w chmurach. W rzeczywistości zbudowano go na niewielkim wzniesieniu – artysta po prostu chciał dodać scenie dramatyzmu i uwznioślić temat, dosłownie i w przenośni. Z malarstwem holenderskim wiąże się także inny powszechny stereotyp – o tamtejszej sztuce często myślimy w elitarnych kategoriach wielkich mistrzów. Ostrożnie szacuje się, że w latach 1580-1720 powstało w Holandii co najmniej pięć milionów obrazów, ale większość z nich to dzieła, których raczej nie chcielibyśmy mieć na ścianach.

Skąd pomysł, aby kulturę holenderską badać poprzez obsesję porządku?

W dawnej holenderskiej literaturze i sztuce ciągle natrafiałem na wzmianki o porządku i sprzątaniu, których nie byłem w stanie zrozumieć, tym bardziej że obecnie w Holandii wcale nie jest aż tak czysto. Dziwiły mnie też miotły, nieustannie pojawiające się na obrazach, w grafice, a nawet na słynnych holenderskich flizach. Zacząłem szukać informacji, a gdy okazało się, że niewiele uwagi poświęcono temu zjawisku, sam zacząłem badania. Materiał, który zgromadziłem, zupełnie mnie przytłoczył, nie sądziłem, że będzie tego aż tyle! Ponad dwa tysiące mioteł w holenderskiej sztuce, a i tak to zapewne tylko ułamek. I dziesiątki tysięcy nawiązań do porządku w piśmiennictwie (komedie o sprzątaniu, XVII-wieczne poradniki dbania o schludność, niemal modlitwy o dobre sprzątanie, nawet piosenki o czystości). Dawni Holendrzy nie tylko potrafili kilka razy dziennie szorować mydlinami chodnik przed domem, ale łączyli sprzątanie z kwestiami moralności, patriotyzmu, tożsamości narodowej i religii. Opozycja pomiędzy brudem a czystością wpisała się też w ich kulturę i pojawiała się nieustannie, tak jak rozróżnienie pomiędzy złym a dobrym, ładnym i brzydkim czy dniem i nocą.

szczotka2
Czytaj dalej na stronie dwutygodnika: http://www.dwutygodnik.com/artykul/4531-kraj-miotly-i-szczotki.html

I dla kontrastu…
Janwillem van de Wetering “Siła wyższa” / „Het lijk in Haarlemmer Houttuinem“ / „Outsider in Amsterdam“:
“Jesteś jeszcze młody”, powiedział Grijpstra, “pewnie więc nie wiesz, ale to brud trzyma świat do kupy.”
“Du bist noch jung”, sagte Grijpstra, “und weißt das nicht, aber die Welt wird durch Dreck zusammengehalten.”

Poezja – Poesie – Poetry / Eliot

Kolejny wpis na niedzielę, przypominający wiersze, o których nie sposób zapomnieć, a których przecież nie pamiętamy. W poprzednią  niedzielę był tu utwór niemieckiego poety Hölderlina, dziś przypomnę niezwykły wiersz T.S. Eliota o spacerze J. Alfreda  Prufrocka. Pod tekstem wiersza jego recytacja – najlepiej słuchać i czytać jednocześnie. Główną część wpisu stanowi zawsze utwór w języku oryginału i jego recytacja. Tym razem jest to więc wpis po angielsku.
Tekst po polsku                                                                             Text auf Deutsch

T.S. Eliot

The Love Song of  J. Alfred Prufrock

S’io credesse che mia risposta fosse
A persona che mai tornasse al mondo,
Questa fiamma staria senza piu scosse.
Ma perciocche giammai di questo fondo
Non torno vivo alcun, s’i’odo il vero,
Senza tema d’infamia ti rispondo.

Dante Inferno (XXVII, 61-66)

LET us go then, you and I,
When the evening is spread out against the sky
Like a patient etherized upon a table;
Let us go, through certain half-deserted streets,
The muttering retreats
Of restless nights in one-night cheap hotels
And sawdust restaurants with oyster-shells:
Streets that follow like a tedious argument
Of insidious intent
To lead you to an overwhelming question….
Oh, do not ask, “What is it?”
Let us go and make our visit.

In the room the women come and go
Talking of Michelangelo.

The yellow fog that rubs its back upon the window-panes,
The yellow smoke that rubs its muzzle on the window-panes
Licked its tongue into the corners of the evening,
Lingered upon the pools that stand in drains,
Let fall upon its back the soot that falls from chimneys,
Slipped by the terrace, made a sudden leap,
And seeing that it was a soft October night,
Curled once about the house, and fell asleep.

And indeed there will be time
For the yellow smoke that slides along the street,
Rubbing its back upon the window panes;
There will be time, there will be time
To prepare a face to meet the faces that you meet;
There will be time to murder and create,
And time for all the works and days of hands
That lift and drop a question on your plate;
Time for you and time for me,
And time yet for a hundred indecisions,
And for a hundred visions and revisions,
Before the taking of a toast and tea.

In the room the women come and go
Talking of Michelangelo.

And indeed there will be time
To wonder, “Do I dare?” and, “Do I dare?”
Time to turn back and descend the stair,
With a bald spot in the middle of my hair—
(They will say: “How his hair is growing thin!”)
My morning coat, my collar mounting firmly to the chin,
My necktie rich and modest, but asserted by a simple pin—
(They will say: “But how his arms and legs are thin!”)
Do I dare
Disturb the universe?
In a minute there is time
For decisions and revisions which a minute will reverse.

For I have known them all already, known them all:
Have known the evenings, mornings, afternoons,
I have measured out my life with coffee spoons;
I know the voices dying with a dying fall
Beneath the music from a farther room.
So how should I presume?

And I have known the eyes already, known them all—
The eyes that fix you in a formulated phrase,
And when I am formulated, sprawling on a pin,
When I am pinned and wriggling on the wall,
Then how should I begin
To spit out all the butt-ends of my days and ways?
And how should I presume?

And I have known the arms already, known them all—
Arms that are braceleted and white and bare
(But in the lamplight, downed with light brown hair!)
Is it perfume from a dress
That makes me so digress?
Arms that lie along a table, or wrap about a shawl.
And should I then presume?
And how should I begin?

.      .      .      .      .      .      .      .

Shall I say, I have gone at dusk through narrow streets
And watched the smoke that rises from the pipes
Of lonely men in shirt-sleeves, leaning out of windows?…
I should have been a pair of ragged claws
Scuttling across the floors of silent seas.

.      .      .      .      .      .      .      .

And the afternoon, the evening, sleeps so peacefully!
Smoothed by long fingers,
Asleep … tired … or it malingers,
Stretched on the floor, here beside you and me.
Should I, after tea and cakes and ices,
Have the strength to force the moment to its crisis?
But though I have wept and fasted, wept and prayed,
Though I have seen my head (grown slightly bald) brought in upon a platter,
I am no prophet — and here’s no great matter;
I have seen the moment of my greatness flicker,
And I have seen the eternal Footman hold my coat, and snicker,
And in short, I was afraid.

And would it have been worth it, after all,
After the cups, the marmalade, the tea,
Among the porcelain, among some talk of you and me,
Would it have been worth while,
To have bitten off the matter with a smile,
To have squeezed the universe into a ball
To roll it toward some overwhelming question,
To say: “I am Lazarus, come from the dead,
Come back to tell you all, I shall tell you all”—
If one, settling a pillow by her head,
Should say: “That is not what I meant at all;
That is not it, at all.”

And would it have been worth it, after all,
Would it have been worth while,
After the sunsets and the dooryards and the sprinkled streets,
After the novels, after the teacups, after the skirts that trail along the floor—
And this, and so much more?—
It is impossible to say just what I mean!
But as if a magic lantern threw the nerves in patterns on a screen:
Would it have been worth while
If one, settling a pillow or throwing off a shawl,
And turning toward the window, should say:
“That is not it at all,
That is not what I meant, at all.”

.      .      .      .      .      .      .      .

No! I am not Prince Hamlet, nor was meant to be;
Am an attendant lord, one that will do
To swell a progress, start a scene or two,
Advise the prince; no doubt, an easy tool,
Deferential, glad to be of use,
Politic, cautious, and meticulous;
Full of high sentence, but a bit obtuse;
At times, indeed, almost ridiculous—
Almost, at times, the Fool.

I grow old … I grow old …
I shall wear the bottoms of my trousers rolled.

Shall I part my hair behind? Do I dare to eat a peach?
I shall wear white flannel trousers, and walk upon the beach.
I have heard the mermaids singing, each to each.
I do not think that they will sing to me.

I have seen them riding seaward on the waves
Combing the white hair of the waves blown back
When the wind blows the water white and black.

We have lingered in the chambers of the sea
By sea-girls wreathed with seaweed red and brown
Till human voices wake us, and we drown.

The Love Song of J. Alfred Prufrock (in: Prufrock and other Observations 1917)
T.S. Eliot (September 26, 1888–January 4, 1965), was a major Modernist Anglo-American poet, dramatist, and literary critic.  Here the record of poet speaking his poem himself.

Translation of Dante’s verses:

“If I but thought that my response were made
to one perhaps returning to the world,
this tongue of flame would cease to flicker.
But since, up from these depths, no one has yet
returned alive, if what I hear is true,
I answer without fear of being shamed.”

Naklejka

Naklejka to po hiszpańsku La Pegatina, a to…

…ulubiony zespół moich przyjaciół. Jest ich zresztą kilka – La Vela Puerca, Che Sudaka… No means No. Są też soliści. Na przykład Fermin Muguruza. Czyli różnie, ale generalnie chyba SKA. Muzyka do poSKAkania. Kinga i Włodek jeżdżą po Europie w pogoni za koncertami swoich ulubieńców, od chyba 10 lat. Od kilku lat nagrywają też filmy na koncertach, które to filmy umieszczają na Youtubie i nie wiem, może coś pokręciłam, ale chyba zaliczyli ostatnio milionowe wejście. Czyli coś jak kasiazosiagosia tylko, że w muzyce.

kwikiPodobno w Urugwaju w Sylwestra 2012 ludzie bawili się tylko przy muzyce z KWIK TV.

http://www.youtube.com/user/kwiktv &  http://www.2nt.eu/

A w Berlinie od dziś przez trzy dni festiwal dla tych, którzy lubią dokładnie takie klimaty – czyli porady kulturalne. Festiwal klimatów hiszpańsko-latynoskich. Trzeciego dnia wystąpi La Pegatina.

BeLaSound Festival
14-16.06.2013
Yaam Berlin
Stralauer Platz 35, 10243 Berlin

52866event

Dopisane po koncercie przez Kingę z KWIK TV:


La Pegatina to bardzo energetyczny zespół z Barcelony grający rumbę katalońską, rock i ska. Wprawdzie wywodzą się z kręgu Manu Chao, lecz atmosfera na ich koncertach jest zdecydowanie weselsza, ponieważ przyświeca im zawsze jedna zasada – koncert to okazja do wspólnego świętowania i zabawy z CAŁĄ publicznością. Nie inaczej było podczas ich występu w Berlinie 16 czerwca na festiwalu BeLaSound w klubie Yaam.

Skakali, tańczyli i śpiewali wszyscy. Z resztą ich muzyka to kwintesencja słonecznej, szalonej imprezy i nikogo nie pozostawia obojętnym. Być blisko a nawet wśród ludzi – oto sposób na odlotowy koncert, a przy okazji skuteczny chwyt marketingowy i pozyskanie wiernych fanów.

Zespół obchodzi w tym roku swoje dziesiąte urodziny, a w Berlinie zagrał swój 701 koncert. Szczególnie popularni są w Holandii, gdzie na ich występy przychodzą tysiące osób, ale zjeździli już całą Europę, koncertowali również w Chinach, Ekwadorze i Kanadzie.

Wszystkie płyty La Pegatiny można pobrać za darmo z ich strony: http://www.lapegatina.com/

PS od Redakcji: KWIK TV zorganizowała pierwszy (i jak dotąd jedyny) koncert zespołu La Pegatina w Polsce (Szczecin jesień 2010)

Moda

Sobota 1 czerwca, Krakowskie Szkoły Artystyczne (moda, aktorstwo, fotografia, architektura wnętrz, choreografia) w  Nowohuckim Centrum Kultury. Laboratorium mody, wizaż, teatr, taniec, performance. Błękit, biel i beż. Moje ulubione kolory, powiedział Kłapouchy. Moje też odpowiedziałam i zamyśliłam się głęboko. Kolory dobre, ale te sprane tkaniny z lat 70, no i jeens sam w sobie, z tego można by spokojnie zrezygnować. Ale może musieli użyć tych materiałów, bo je dostali od producenta. Kto to wie. W każdym razie dobre projekty i dobra kolorystyka. Wygląda na to, że to dobra szkoła. Myślę, że też bym chciała projektować modę w dzisiejszych czasach. Tworzyć ubrania, stylizować modelki, fotografować pokazy.

Ale nawet gdyby tak się zdarzyło i zaczęłabym jako projektantka mody, na pewno skończyłoby się na tym, co i tak jest – na pisaniu. Wydaje mi się, że nic innego nie umiem, tylko gotować i pisać. I może tak byłoby dobrze, bo wydaje mi się, że Krakowskie Szkoły Artystyczne, które kształcą chyba niezłych projektantów, aktorów, fotografików i architektów wnętrz, powinny też zacząć przygotowywać do pracy na rynku teksterów z prawdziwego zdarzenia. Sama chętnie byłabym wykładowczynią na takich studiach i proszę, żeby Dyrekcja zechciała potraktować poważnie tę ofertę. Tylko uprzedzam – nie wolno by było używać słowa “modowy”, ani innych tego typu dziwolągów. Zastanawiam się też, czy coś by się stało, jakby modelki i modele od czasu do czasu uśmiechali się do widza, a nie tylko patrzyli z lekceważeniem lub, w najlepszym wypadku, obojętnie. Są nadundani, to właściwe słowo. Na pewno ktoś im tak kazał. Stali w domu przed lustrem i godzinami ćwiczyli to patrzenie nad głowami widza z miną zblazowanej i zdegustowanej obojętności.

Z poważaniem

Ewa Maria Slaska

1-2Dawid
1-2Rachelasalcia-mosiekZdjęcia: Dawid Woźny

O modzie z Krakowskich Szkół Artystycznych pisałam już tu: https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2013/05/13/arystokracja-i-moda/