Irena Kuran-Bogucka
Zdjęcia z wystawy – Fotos von einer Ausstellung – Exhibion´s Fotos
Dariusz Drapella
Była graficzką i tłumaczką poezji, przede wszystkim hiszpańskiej, ale również i niemieckiej. / Sie war eine Graphikerin und Übersetzerin der spanischen und deutschen Dichtung. / She was graphic and translator of Spanish and German poetry.
To widać – to mój zaczytany egzemplarz Lorki.
Man sieht es – das ist mein zerlesener Exemplar von Mamas Übersetzungen Lorcas.
It is my book of Mom´s translation of Lorca. One could see, that I red it and red it ever again.
Carmina Burana is a scenic cantata composed by Carl Orff in 1935 and 1936. It is based on 24 of the poems found in the medieval collection Carmina Burana. Its full Latin title is Carmina Burana: Cantiones profanæ cantoribus et choris cantandæ comitantibus instrumentis atque imaginibus magicis (“Songs of Beuern: Secular songs for singers and choruses to be sung together with instruments and magic images.”) Carmina Burana is part of Trionfi, the musical triptych that also includes the cantata Catulli Carmina and Trionfo di Afrodite. The best-known movement is “Fortuna Imperatrix Mundi” (“O Fortuna”) that opens and closes the piece.
Carl Orff (July 10, 1895 – March 29, 1982) was a 20th century German composer, best known for his cantata Carmina Burana (1937). In addition to his career as a composer, Orff developed an influential method of music education for children.
FORTUNA IMPERATRIX MUNDI
O Fortuna
velut luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis;
vita detestabilis
nunc obdurat
et tunc curat
ludo mentis aciem,
egestatem,
potestatem
dissolvit ut glaciem.Sors immanis
et inanis,
rota tu volubilis,
status malus,
vana salus
semper dissolubilis,
obumbrata
et velata
michi quoque niteris;
nunc per ludum
dorsum nudum
fero tui sceleris.Sors salutis
et virtutis
michi nunc contraria,
est affectus
et defectus
semper in angaria.
Hac in hora
sine mora
corde pulsum tangite;
quod per sortem
sternit fortem,
mecum omnes plangite!
O Fortune
like the moon
you are changeable,
ever waxing
and waning;
hateful life
first oppresses
and then soothes
as fancy takes it;
poverty
and power
it melts them like ice.Fate – monstrous
and empty,
you whirling wheel,
you are malevolent,
well-being is vain
and always fades to nothing,
shadowed
and veiled
you plague me too;
now through the game
I bring my bare back
to your villainy.Fate is against me
in health
and virtue,
driven on
and weighted down,
always enslaved.
So at this hour
without delay
pluck the vibrating strings;
since Fate
strikes down the strong man,
everyone weep with me!
Fortune plango vulnera
stillantibus ocellis
quod sua michi munera
subtrahit rebellis.
Verum est, quod legitur,
fronte capillata,
sed plerumque sequitur
Occasio calvata.In Fortune solio
sederam elatus,
prosperitatis vario
flore coronatus;
quicquid enim florui
felix et beatus,
nunc a summo corrui
gloria privatus.Fortune rota volvitur:
descendo minoratus;
alter in altum tollitur;
nimis exaltatus
rex sedet in vertice
caveat ruinam!
nam sub axe legimus
Hecubam reginam.
I bemoan the wounds of Fortune
with weeping eyes,
for the gifts she made me
she perversely takes away.
It is written in truth,
that she has a fine head of hair,
but, when it comes to seizing an opportunity
she is bald.On Fortune’s throne
I used to sit raised up,
crowned with
the many-coloured flowers of prosperity;
though I may have flourished
happy and blessed,
now I fall from the peak
deprived of glory.The wheel of Fortune turns;
I go down, demeaned;
another is raised up;
far too high up
sits the king at the summit –
let him fear ruin!
for under the axis is written
Queen Hecuba.
O Fortuna!
Wie der Mond
So veränderlich,
Wachst du immer
Oder schwindest! –
Schmähliches Leben!
Erst mißhandelt,
Dann verwöhnt es
Spielerisch den wachen Sinn.
Dürftigkeit,
Großmächtigkeit
Sie zergehn vor ihm wie Eis.Schicksal,
Ungeschlacht und eitel!
Rad, du rollendes!
Schlimm dein Wesen,
Dein Glück nichtig,
Immer im Zergehn!
Überschattet
Und verschleiert
Kommst du nun auch über mich.
Um des Spieles
Deiner Bosheit
Trag ich jetzt den Buckel bloß.Los des Heiles
Und der Tugend
Sind jetzt gegen mich.
Willenskraft
Und Schwachheit liegen
Immer in der Fron.
Drum zur Stunde
Ohne Saumen
Rührt die Saiten! –
wie den Wackeren
Das Schicksal
Hinstreckt; alle klagt mit mir!Die Wunden, die Fortuna schlug,
Beklage ich mit nassen Augen,
Weil sie ihre Gaben mir
Entzieht, die Widerspenstige.
Zwar, wie zu lesen steht, es prangt
Ihr an der Stirn die Locke,
Doch kommt dann die Gelegenheit,
Zeigt sie meistens ihren Kahlkopf.Auf Fortunas Herrscherstuhl
Saß ich, hoch erhoben,
Mit dem bunten Blumenkranz
Des Erfolges gekrönt.
Doch, wie ich auch in der Blüte stand,
Glücklich und gesegnet:
Jetzt stürze ich vom Gipfel ab,
Beraubt der Herrlichkeit.Fortunas Rad, es dreht sich um:
Ich sinke, werde weniger,
Den anderen trägt es hinauf:
Gar zu hoch erhoben
Sitzt der König auf dem Grat:
Er hüte sich vor dem Falle!
Denn unter dem Rade lesen wir:
Königin Hecuba.
O Fortuno
niby Księżyc
nieustannie zmienna,
ciągle rośniesz
lub zanikasz
ciemna lub promienna.
Życie podłe
wciąż kapryśnie
chłodzi nas lub grzeje,
niedostatek
lub bogactwo
jak lód w nim topnieje.Kołem toczy
się Fortuna
zła i nieżyczliwa,
nasze szczęście
w swoich trybach
miażdży i rozrywa,
z twarzą szczelnie
zasłoniętą
często u mnie gości,
by na kręgach
mego grzbietu
grać swe złośliwości.Los zbawienia,
cnót zasługi
przeciw mnie są teraz,
w mej słabości
albo woli
wspierały mnie nieraz.
A więc zaraz
nie mieszkając
uderzajcie w struny
i użalcie
się nade mną,
ofiarą Fortuny!Rany od Fortuny ciosów
opłakuję łzami
nigdy zresztą mnie nie psuła
skąpymi łaskami.
Wprawdzie mówię, że jej czoło
zdobią pukle złote,
lecz czas spod nich też obnaży
łysiny sromotę.Na Fortuny złotym tronie
siedziałem wyniosły,
zdobny w wieniec powodzenia
z wszystkich darów wiosny.
Lecz choć stałem u zenitu
o swe szczęście wsparty,
nagle spadłem z wszystkich darów
do szczętu obdarty.Obróciło się Fortuny
koło nieżyczliwe,
innego już po mnie wznosi
na szczyty zdradliwe,
król im wyżej nad tłum siędzie,
tym pewniejsza zguba,
gdyż na kole tym czytamy:
“Królowa Hekuba”.
9:30 – 10:30 “Uciec z Matrixa – zbudować Arkę – trzy kroki jakie należy podjąć” – wprowadzenie Sir Julian Rose, autor książki “Zmieniając kurs na życie. Lokalne rozwiązania globalnych problemów”
10:30 – 11:30 “Nowoczesny, energooszczędny i zdrowy dom bez kredytu”, prezentacja – Krzysztof Wietrzny, ekspert i praktyk ekologicznych technologii, twórca EKOCENTRUM ICPPC
11:30 – 12:30 Nasza Arka (część I) – zwiedzanie EKOCENTRUM ICPPC, oprowadza Krzysztof Wietrzny
12:30 – 13:30 “Niezależność energetyczna w skali mikro. Systemy do produkcji czystej i taniej energii elektrycznej oraz cieplnej na potrzeby domu jednorodzinnego”, prezentacja – Krzysztof Wietrzny, ekspert i praktyk ekologicznych technologii, twórca EKOCENTRUM ICPPC
13:30 – 14:30 Obiad z lokalnych i ekologicznych produktów
14:30 – 16:00 Nasza Arka (część II) – “W drodze do samowystarczalności żywnościowej (uprawy, komposty i preparaty, przechowywanie żywności, pozyskiwanie nasion)” – wykład i prezentacja gospodarstwa – Jadwiga Łopata, laureatka Nagrody Goldmana (ekologiczny Nobel) i Sir Julian Rose
16:00 – 16:30 Podsumowanie
Koszt warsztatów: 190 zł
Osoby zainteresowane uczestnictwem w warsztatach prosimy o zgłoszenia e-mailem: biuro@icppc.pl lub telefonicznie 033 8797 114.
Były już miasta i muzea, dziś obrazy. Patrzę na moje ulubione obrazy z dzieciństwa i myślę sobie, że powszechny dostęp do dzieł sztuki sprawił, iż wydaje się, jakbyśmy mieli gust banalny czy tuzinkowy. Tymczasem ja po prostu nadal lubię te same obrazy, a każdy z jakiegoś powodu.
Obrazy oglądałam od najwcześniejszego dzieciństwa w książkach mojej matki. Były to przedwojenne niemieckie książki, np. Kunstgeschichte Hammanna, znalezione czy to bezpośrednio w ruinach zburzonego Gdańska czy w antykwariatach, które oczywiście czerpały je z tego samego źródła. Większość tych publikacji miała ilustracje czarno-białe. Były jednak, również niemieckie i przedwojenne, albumy, w które wklejało się obrazki z pudełek po papierosach. Matka miała albumy różowy i żółty czyli gotyk i renesans. Mój syn znalazł dla mnie te książki na rynku w Berlinie i różową i niebieską – późny gotyk. W albumach były kolorowe ilustracje, ale w tych należących do mamy jakiś poprzedni właściciel powyrwał wszystkie reprodukcje przedstawiające Wenus. Nagą, ale tego dowiedziałam się później.
Córki flamandzkiego malarza Cornelisa de Vos. Ojciec namalował je między rokiem 1630 a 1640. Bardzo je lubiłam. Myślałam sobie, że to takie same dziewczynki jak my dwie – moja siostra i ja.
Petrus Christus 1470, Berlin, Galeria malarstwa.
Ten obraz jako jeden z pierwszych objawił się samoistnie w PRL, nie jako cytat z przeszłości w poniemieckich książkach, lecz obiekt dopuszczony do istnienia mocą decyzji władz. Został umieszczony na okładce książki Andrzeja Banacha: Historia pięknej kobiety (Wyd. Literackie, Kraków 1960).
Czytałam tę książkę chyba ze sto razy. Miałam 11 lat, gdy Mama przyniosła ją do domu. Od tej pory przestałam wieczorami marzyć o tym, że jestem Indianką, towarzyszką życia chłopców z książek “Błękitny ptak” Anny Müller-Tannewitz oraz “Ziemia słonych skał” Sat-Okha czyli Stanisława Supłatowicza. Jako Indianka umiałam na koniu przeskakiwać bardzo wysokie palisady. Ale przestałam być Indianką. W wieczornych marzeniach byłam teraz średniowieczną lub renesansową księżniczką.
Dziewczyna z perłą. 1665 rok. Olej na desce. Mauritshuis w Hadze. Jan Vermeer van Delft.
Moja Matka, która sama była artystką, wysoko ceniła Vermeera. Twierdziła, że malował tak, iż na końcu każdego włosa w pędzlu umieszczał kroplę farby innego koloru. Kolor mienił się więc jak tafta. Spośród obrazów Vermeera mnie najbardziej podobały się te, gdzie dziewczyna lub kobieta była sama.
Te dziewczynki i dziewczyny dorastały wraz ze mną. Gdy powoli przestawałam być dzieckiem moim ulubionym obrazem było małżeństwo Arnolfini Jana van Eycka z roku 1434, znajdujące się w zbiorach Galerii Narodowej w Londynie. Nie dlatego, że już mi się tak spieszyło do małżeństwa, ale ewidentnie już dobrze było mieć towarzysza. W prawdziwym życiu długo go jeszcze nie było, ale na obrazie pojawił się miły szczupły młody pan. Smutny, blady.
Dopiero teraz, opowiadając tę historię, widzę, że jestem nieodrodną córką hanzeatyckiego Gdańska. Wszystko co mi się podoba(ło), to malarstwo flamandzkie czy niederlandzkie. Ewidentnie ważne były też młode kobiety, od małych dziewczynek po młodą ciężarną żonę. Ale w tym podwójnym portrecie małżonków Arnolfini po raz pierwszy oprócz młodych kobiet, ich twarzy i strojów ważne stały się i inne szczegóły – pantofelki na drewnianym koturnie, mały piesek, różaniec z bursztynów, owoce na parapecie okna, no i oczywiście lustro w głębi pokoju, a w nim plecy obojga młodych ludzi, pomiędzy nimi malarz ze sztalugami, a wokół dziesięć scen przedstawiających mękę Jezusa. Wydaje mi się, że po raz pierwszy w tym właśnie obrazie zobaczyłam coś więcej niż tylko wirtualne portrety i prefiguracje samej siebie – tu po raz pierwszy zobaczyłam OBRAZ. Dorosłam. Zaczęłam się interesować malarstwem.
Das Rätsel wurde von Anne Schmidt gelöst: Das Städtchen heißt Köpenick, das Buch von Carl Zuckmayer – “Hauptmann von Köpenick. Ein deutsches Märchen in drei Akten” und der wahre Held der Geschichte – Friedrich Wilhelm Voigt.
Jest początek lipca 2013 roku. Godzina 12 w południe. Piękna pogoda. Słońce, ciepło, ale nie upalnie, lekki wietrzyk. Pojechałam służbowo do małego miasteczka nad jeziorem.
W miasteczku jest kompleks ładnych budynków barokowych położonych na wyspie w pięknym parku.
I jest pusto. pusto. Pusto. Pusto….
Co to za miasteczko? Was ist das für ein Städtchen?
W tym miasteczku stoi pomnik pewnego bohatera literackiego, który wzorowany był na losach pewnej autentycznej postaci.
Kto to? Wer ist es? Friedrich Wilhelm Voigt. Co zrobił? Was hat er gemacht? Am 16. Oktober 1906 hat er als Hauptmann verkleidet einen Überfall auf das Rathaus der Stadt Cöpenick bei Berlin organisiert; mit einem Trupp gutgläubiger Soldaten drang er ins Rahaus ein, verhaftete den Bürgermeister und raubte die Stadtkasse. Kto o nim napisał? Wie hieß der Autor? Carl Zuckmayer Jak się nazywała książka o nim? Wie hieß das Buch? – “Hauptmann von Köpenick. Ein deutsches Märchen in drei Akten” (1931); es war nicht das erste (und nicht das letzte) Theaterstück über Voigt, dafür aber das berühmteste.
Po polsku i po niemiecku / Auf Deutsch und auf Polnisch
Kolejny film Renaty Borowczak, tym razem o naiwnym artyście, Stanisławie Zagajewskim z Włocławka. Nächster Film von Renata Borowczak – über einen naiven Künstler aus polnischen Włocławek.
Stanislaw Zagajewski habe ich im Winter 2004 besucht. Der unscheinbare Künstler, der damals in einem bescheidenen Häuschen in Wloclawek, Polen, lebte, wollte zuerst nicht erlauben, dass ich über ihn den Kurzfilm “Der Schuh Gottes” drehe. Als er erfahren hat, dass ich den langen Weg aus Berlin zurücklegte, stimmte er zu.
Ich habe einen Tag mit ihm, seinen Hunden und seiner Kunst verbracht. Schon damals, als er noch lebte (er starb 2008), hatte er ein eigenes Museum in Wloclawek. Die Skulpturen haben solch eine enorme Kraft, dass man am liebsten Eine mit nach Hause nehmen möchte.
Stanislaw Zagajewski war ein Autodidakt, und ein Genie. Obwohl er nicht mal genau sagen konnte, wann er geboren wurde (man schätzt sein Geburtsdatum auf das Jahr 1927), als Waisenkind von Nonnen großgezogen wurde und nicht mal eine elementare Ausbildung genoss, verzauberte mit seinen ausdrucksvollen, kompromisslosen Tonskulpturen. Seine Werke werden in Warszawa, Katowice, Torun und Lausanne ausgestellt.
***
Odwiedziłam Stanisława Zagajewskiego zimą 2004 roku. Artysta mieszkał wówczas w małym domku we Włocławku. Początkowo nie chciał się zgodzić na propozycję, że nakręcę o nim film krótkometrażowy “Boży but”. Zgodził się, gdy dowiedział się, że przyjechałam specjalnie do niego aż z Berlina.
Spędziłam cały dzień z nim, z jego psami i z jego sztuką. Już wtedy, gdy artysta wciąż jeszcze żył (zmarł w roku 2008), we Włocławku znajdowało się jego muzeum. Jego rzeźby mają siłę i najchętniej człowiek zabrałby jakąś do domu.
Stanisław Zagajewski był samoukiem. I geniuszem. Nie był w stanie powiedzieć, kiedy się urodził, ale ocenia się, że było to w roku 1927. Osierocony, wychowywał się u sióstr zakonnych i nie otrzymał nawet podstawowego wykształcenia. Był wspaniałym rzeźbiarzem, a jago gliniane dzieła są magiczne, mocne i bezkompromisowe. Jego prace znajdują się w zbiorach muzealnych w Warszawie, Katowicach, Toruniu i Lozannie.
It is a virtual movie of the legendary French poet Charles Baudelaire (1821 — 1867) reading his poem L’Albatros” The Albatros. Kind Regards Jim Clark All rights are reserved on this video recording copyright Jim Clark 2011
Charles Baudelaire L’Albatros / Albatros / Albatross / Der Albatross 1861
L’Albatros
Souvent, pour s’amuser, les hommes d’équipage
Prennent des albatros, vastes oiseaux des mers,
Qui suivent, indolents compagnons de voyage,
Le navire glissant sur les gouffres amers.
À peine les ont-ils déposés sur les planches,
Que ces rois de l’azur, maladroits et honteux,
Laissent piteusement leurs grandes ailes blanches
Comme des avirons traîner à côté d’eux.
Ce voyageur ailé, comme il est gauche et veule!
Lui, naguère si beau, qu’il est comique et laid!
L’un agace son bec avec un brûle-gueule,
L’autre mime, en boitant, l’infirme qui volait!
Le Poëte est semblable au prince des nuées
Qui hante la tempête et se rit de l’archer;
Exilé sur le sol au milieu des huées,
Ses ailes de géant l’empêchent de marcher.
Albatros
Czasami dla zabawy uda się załodze
Pochwycić albatrosa, co śladem okrętu
Polatuje, bezwiednie towarzysząc w drodze,
Która wiedzie przez fale gorzkiego odmętu.
Ptaki dalekolotne, albatrosy białe,
Osaczone, niezdarne, zhańbione głęboko,
Opuszczają bezradnie swe skrzydła wspaniałe
I jak wiosła zbyt ciężkie po pokładzie wloką.
O jakiż jesteś marny, jaki szpetny z bliska,
Ty, niegdyś piękny w locie, wysoko, daleko!
Ktoś ci fajką w dziób stuka, ktoś dla pośmiewiska
Przedrzeźnia twe podrygi, skrzydlaty kaleko!
Poeta jest podobny księciu na obłoku,
Który brata się z burzą, a szydzi z łucznika;
Lecz spędzony na ziemię i szczuty co kroku –
Wiecznie się o swe skrzydła olbrzymie potyka.
Tłumaczyła Bronisława Ostrowska
Albatross
Often, to amuse themselves, the men of a crew
Catch albatrosses, those vast sea birds
That indolently follow a ship
As it glides over the deep, briny sea.
Scarcely have they placed them on the deck
Than these kings of the sky, clumsy, ashamed,
Pathetically let their great white wings
Drag beside them like oars.
That winged voyager, how weak and gauche he is,
So beautiful before, now comic and ugly!
One man worries his beak with a stubby clay pipe;
Another limps, mimics the cripple who once flew!
The poet resembles this prince of cloud and sky
Who frequents the tempest and laughs at the bowman;
When exiled on the earth, the butt of hoots and jeers,
His giant wings prevent him from walking.
Translated by William Aggeler
Der Albatros
Oft kommt es dass das schiffsvolk zum vergnügen
Die albatros • die grossen vögel • fängt
Die sorglos folgen wenn auf seinen zügen
Das schiff sich durch die schlimmen klippen zwängt.
Kaum sind sie unten auf des deckes gängen
Als sie • die herrn im azur • ungeschickt
Die grossen weissen flügel traurig hängen
Und an der seite schleifen wie geknickt.
Er sonst so flink ist nun der matte steife.
Der lüfte könig duldet spott und schmach:
Der eine neckt ihn mit der tabakspfeife
Ein andrer ahmt den flug des armen nach.
Der dichter ist wie jener fürst der wolke
Er haust im sturm • er lacht dem bogenstrang.
Doch hindern drunten zwischen frechem volke
Die riesenhaften flügel ihn am gang.
We wpisie z 2 czerwca, poświęconym najstarszemu zawodowi świata, wspomniałem pierwszego zakopiańskiego proboszcza, który to chłopom cudzołożnikom kazał za pokutę przynosić kamień na budowę nowego kościoła. Przeglądając życiorys księdza Józefa Stolarczyka, zobaczyłem, że 6 lipca minie 130 rocznica jego śmierci, korzystając więc z tej okrągłej daty, pozwolę sobie przypomnieć barwną postać człowieka, który poza Tatrami może być mniej znany.
Pierwszy raz usłyszałem o nim może jakieś sześćdziesiąt lat temu, w mocno szczenięcym wieku, kiedy to z dziadkami zacząłem jeździć z Chorzowa do Bukowiny Tatrzańskiej, podówczas jeszcze autentycznej, pięknej wsi góralskiej. Zatrzymywaliśmy się na letnisko u rodziny Budzów, Chowańców albo u Kuchtów i to właśnie od gaździny Kuchtowej pochodził ten pierwszy przekaz. Genewka, tak ją tu wszyscy nazywali, była zażywną, ciemnowłosą kobietą, obdarzoną siedmioma synami (z najmłodszym Staszkiem przyjaźniłem się, chodziliśmy razem w góry) i bardzo pracowitym, choć milczkowatym mężem, który z twarzy i fryzury mocno przypominał Adolfa Hitlera, ale poza tym przyjemny był bardzo. Genewka, jak wielu jej ziomków, miała niewątpliwy talent aktorski i gawędziarski. W przeprosinach za skalną, nieurodzajną glebę, ledwo pod grulicki, Pan Bóg szczodrze obsiał Podhale artystycznymi darami. O szarej godzinie, albo w niedzielne popołudnia, siadywaliśmy u nich w starym domu, w izbie, a ona opowiadała piękną gwarą, między innymi o nienauconyk gazdach, co do kościoła wchodzili, fajki od świec przy ołtarzu zapalali i co kapeluszy przed Najświętszym Sakramentem zdejmować nie chcieli. Ile to ksiądz jegomość musiał się natrudzić, zanim ich wychował. Uparci byli, nie chcieli poddać się jego woli, ale proboszcz, jak słowo nie skutkowało, to i sękatego kija użyć potrafił. Nie pamiętam, czy mówiła o nim po nazwisku, ale tego jegomościa zapamiętałem.
Co spowodowało, że akurat młodemu księdzu Stolarczykowi władza kościelna powierzyła do zaorania równie twarde jak ta ziemia dusze, nie wiem. Może fakt, że sam pochodził z chłopskiej rodziny, z beskidzkiej wsi Wysoka koło Jordanowa, także więc był góralem. Po ukończeniu gimnazjum pijarów w Podolińcu na Spiszu wstąpił do seminarium w Tarnowie, gdzie w 1842 roku otrzymał święcenia kapłańskie. Jako duszpasterz rozpoczął działalność w Makowie, później posługiwał w Nowym Targu, znowu na krótko w Tarnowie i w listopadzie 1847 roku pojawił się w Zakopanem, rzeczywiście zakopanej pośród gór mieścinie, ledwo odkrytej przez panów ze świata. Miał za sobą dopiero kilkumiesięczny wikariat w tarnowskiej katedrze, ale za to duże doświadczenie zdobyte w innych, podhalańskich parafiach. Był księdzem z powołania. Do wiernych zwracał się prosto, dosadnie, jednocześnie budził respekt dwumetrowym wzrostem i fizyczną siłą, pewnie więc rokował dobre nadzieje, jako duszpasterz i zarządca nowej placówki.
Zakopane przywitało swojego pierwszego proboszcza chłodno. Przyroda – panującą już w pełni zimą, a ludzie – nieufnością i rezerwą. Bodaj jedynymi zadowolonymi byli ówcześni właściciele podtatrzańskich dóbr, rodzina Homolacsów. Konflikty między góralami a dziedzicami były na porządku dziennym.
Parafialny kościółek, pierwsza zakopiańska świątynia, malutka i drewniana, znalazła swoje miejsce na skrawku skarpy rwącego potoku, na Pęksowym Brzyzku. Proboszcz uporał się z budową, opodal założył słynny dziś cmentarz, na którym spoczywają zasłużeni dla Zakopanego i Podhala.
Nie tak gładko szło księdzu „nawracanie” górali. Za Sabałą gadali wciąż po swojemu, filozoficznie : „w Pana Boga wierz, ale MU nie wierz”, a gdy proboszcz wytykał niepokornym nieobecność na mszy świętej, odpowiadali: „nie trza sie telo Panu Bogu naprzykrzać” albo „racej byś do lasu seł paciorek se zmówić, niz teli cas w kościele siedzieć”(…) Kazania głoszone w gwarze trafiały do serc, choć nieraz były to słowa ciężkie dla honornych gazdów. Pozwalał sobie proboszcz wprost z ambony, po imieniu i nazwisku, wygrzmieć parafian za grzechy, których dopuścili się w mijającym tygodniu*.
Zwalczał zbójowanie, uczył katechizmu. W niedziele szedł do karczmy i wołał gazdów na sumę do kościoła, a jeśli nawet tym hrubym, czyli znamienitszym pozwalał zapalać fajki od świec na głównym ołtarzu i kurzyć je na chórze, to przecież z czasem przestali to robić i… kapelusze już ściągali z głów, jak wchodzili do kościoła. Półdziki lud pomału się cywilizował, analfabetyzm był jednak niemal powszechny. Lud litery nie znał i gęby w kościele otworzyć nie umiał – pisał Stolarczyk w kronice parafialnej. Aby to zmienić, założył pierwszą szkołę elementarną we wsi, w której uczyli parafialni organiści. Dzięki ks. Stolarczykowi powstały też na Podhalu pierwsze szkoły zawodowe – snycerska i koronkarska.
Jako jeden z pierwszych rozpoznał turystyczne walory Zakopanego, zaczął chodzić po Tatrach zaraz po objęciu nowej parafii. Czynił to z pasją i namiętnością, ale przezornie niemal zawsze w asekuracji góralskich przewodników, którymi byli m.in. Jędrzej Wala starszy, Szymon Tatar starszy i Wojciech Gąsienica-Kościelny. Wielka Encyklopedia Tatrzańska Zofii i Witolda Paryskich wyszczególnia, że w 1849 roku ksiądz stanął na niższym szczycie Świnicy (wyższy był jeszcze niezdobyty). Około 1850 roku był na Łomnicy, cztery lata później podjął nieudaną próbę wejścia na Lodowy Szczyt (od strony Lodowej Przełęczy), a w 1867 wspiął się, jako pierwszy taternik, na Baranie Rogi i ponownie zaatakował Lodowy Szczyt, tym razem skutecznie. Kiedy w roku 1874 stanął na Gerlachu (ósme wejście), tej najwyższej ambonie Tatr i Karpat (2655 m) , radośnie odśpiewał tubalnym głosem Te Deum. Annały tatrologiczne milczą na temat, ile lawin wtedy zeszło w doliny, ale zgodne są co do tego, że dzięki tym wyprawom ks. Stolarczyk przyczynił się do wykształcenia wśród Zakopian grupy dobrych przewodników.
Mieli coraz więcej zajęcia, Zakopane robiło się modne, dzięki letnikom niektóre rodziny przestawały głodować i to też było w dużej mierze jego zasługą. Dla przyjeżdżających gości był pierwszym informatorem, doradcą i autorytetem w sprawach góralszczyzny i Tatr. W roku 1867 nadano wsi prawa oddzielnej gminy, dwadzieścia lat później stała się uzdrowiskiem. Jan Karpiel Bułecka, znany zakopiański architekt i muzyk (starszy brat Sebastiana z formacji Zakopower) opowiada, jak to na księżowskiej plebanii gościli wielcy tego świata, Jan Matejko, Stanisław Witkiewicz, Helena Modrzejewska, Henryk Sienkiewicz. Bywali i górole, bo i góroli wołoł, gaździny ucył, jako majom w swoich chałupach gości przyjmować, bo wielko bieda była, co by se pore dutków mogli zarobić. Ale jak się pana przyjmuje, trza mu dać, zeby mioł cysto i pieknie. Toz to ich ksiądz jegomość ucył, jako to majom robić, co by tym panom było wygodnie. Bywoł tu i Sabała, ale sie strasznie radzi z księdzem nie widzieli, bo kiedy ci wielcy Sabałe chwolili, jaki to on fajny, jako to fajnie potrafi godać, to ksiądz jegomość kiwoł głowom z politowaniem i godoł: taaaak, Sabała to jest wielkie dzieło boże, tylko szkoda, że niedokończone…**
Przez wiele lat ks. Stolarczyk spisywał Kronikę Parafii Zakopiańskiej, która doczekała się aż trzykrotnego wydania drukiem (1915, 1984, 1986). Zawiera ona cenne wiadomości z dziejów Zakopanego, a także sporo ciekawych danych oTatrach. W kurorcie ksiądz ma ulicę swojego imienia, a w okolicach Morskiego Oka – przełęcz. Zmarł w Zakopanem w 1893 roku, w wieku 77 lat, pochowano go na Pęksowym Brzyzku, obok jego przyjaciela, Tytusa Chałubińskiego. Rok później w sąsiedztwie znalazł się Jan Krzeptowski Sabała, z którym proboszcz za ziemskiego życia darł koty. Przed wejściem na cmentarz wisi tablica: Ojczyzna to ziemia i groby. Narody tracąc pamięć, tracą życie. Zakopane pamięta. W tym mocnym kontekście wydaje się, że dawni rywale się pogodzili.
Czy będzie pociechą dla Autorki, że ja też miałam takie doświadczenia, a zapewne wszyscy je mieliśmy…?
Krystyna Koziewicz, Z obserwatorium zwykłej baby
Intruz w moim łóżku
Gotowość niesienia pomocy ludziom w potrzebie to dla większości z nas odruch bezwarunkowy. Pomagać trzeba, nie zważając niekiedy na niezręczną sytuację, niewygodę czy koszty, nie oczekując w zamian wdzięczności, rewanżu. Często wystarczy zwyczajne słowo „dziękuję” i już się człowiek czuje usatysfakcjonowany. Kiedy w trudnej sytuacji życiowej udaje się faktycznie komuś pomóc, zawsze myślę sobie, że Opatrzność rejestruje dobre uczynki i zapewne odda z nawiązką w innej formie. Na przykład zdrowie! Moim jedynym życzeniem i marzeniem jest żyć w zdrowiu, z resztą problemów potrafię sobie sama poradzić.
Zadzwoniła do mnie znajoma z alarmującą prośbą, by serdecznemu koledze wynająć pilnie pokój na tydzień, odpłatnie oczywiście, ponieważ oddał mieszkanie, a nowe nie nadaje się jeszcze do zamieszkania. Z naszej rozmowy wynikało, że wielokrotne próby znalezienia noclegu zakończyły się fiaskiem. Facet jest bez dachu nad głową, a na hotel go nie stać. „Może chcesz zarobić parę groszy, zawsze to coś, przyda ci się, jesteś rencistką, okazja do podreperowania budżetu” – przekonywała. Rozumiejąc dramaturgię sytuacji po namyśle zaproponowałam pokój do dyspozycji z używalnością kuchni i łazienki. Jak trzeba to trzeba, znajomym się nie odmawia!
W niecałą godzinę pojawia się delikwent z walizami. Czuję się nieco zaskoczona, bo nie miałam nawet czasu, by psychicznie przygotować się na lokatora. Szybko uporałam się z problemem, przygotowałam sypialnię, opróżniłam część szafy, zmieniłam pościel, przygotowałam szafki na kosmetyki itp., itd., itp., itd… Jak w piosence. Udostępniłam moje łoże, bo innego rozwiązania nie było. Dla siebie postarałam się o łóżko polowe od sąsiadki. Nie byłam zachwycona nową sytuacją, ale skoro obiecałam, to na tydzień trzeba było zrezygnować z własnych wygód. W końcu tydzień wyrzeczeń to nie wieczność, no i nie za darmo, parę euro wpadnie to zaszaleć można w TK Maxx.
Lokator okazał się sympatyczny, dbający o higienę, codzienna kąpiel, gotowanie, telefonowanie, korzystanie z Internetu i godzinne przesiadywanie. W kuchni pojawiły się garnki, kubki, szkliwo, czajnik, patelnia oraz żywność – cała lodówka. Niewygodę i skrępowanie czułam od pierwszego momentu, ale co tam, trzeba było zmienić rytm życia i zacisnąć paszczę. Wszak na krótko, dam radę przecież! Mija tydzień, a tu ani widu ani słychu o wyprowadzce. Jeszcze jeden tydzień… usłyszałam od lokatora prośbę. No cóż, trzeba być wyrozumiałym, remont się przedłuża, a właściwie się wcale nie zaczął, bo brak prądu, wody i czort wie co. No, ale i tym razem da się wytrzymać! Naturalnie było mi źle żyć pod jednym dachem z obcym mężczyzną. Owszem, znałam go z widzenia. Chłopisko na dwa metry, rzekomo „figura”? Znał Marka – powiadał. Jakiego Marka? – zapytałam. No wiesz, ambasadora… Hm, to ty takich masz kolegów i nie pomogli? – pomyślałam. Z zawodu radca, w Polsce był ponoć prokuratorem, prawo powinien mieć w paluszku. Taki to musi być porządny, najwyższa instancja moralności: nie oszuka, nie wykorzysta, nie kłamie. Wiarygodniś! Okazało się, że pobyt przedłużył się o jeszcze jeden tydzień, w międzyczasie zachorowałam na zapalenie oskrzeli, trzeba było brać antybiotyki i leżeć w łóżku. W moim łóżku leżał wygodnie kto inny, a ja na kozetce w ciągu dnia, nocą na skrzeczącym łóżku polowym. Po trzech tygodniach, kiedy musiałam wziąć druga serię antybiotyków, powiedziałam, że musi sobie poszukać innego lokum. Byłam nadal chora, potrzebowałam własnego łóżka i spokoju. Nie spodobała mu się moja decyzja, ale wtedy byłam już znużoną tą sytuacją i było mi wszystko jedno, co ten człowiek sobie o mnie pomyśli. Miałam głęboko gdzieś, zwłaszcza że intruz czuł się zbyt pewnie i za swobodnie. Odchodząc zabrał tylko część maneli, pojawiał się od czasu do czasu pod pretekstem, bo nadal nie miał gdzie mieszkać, ale byłam już nieubłagalna. Nie i nie! Miał być na tydzień, skończyło się na trzech i w dodatku bez żadnej rekompensaty poniesionych kosztów, bo już zorientowałam się, że za często użala się na brak pieniędzy. Kiedy wspomniałam o pieniądzach, usłyszałam, że jest zaskoczony. ”A to coś nowego” – powiedział zdziwionym głosem.
Jak to coś nowego, a jak myślałeś, że mam ponosić koszty użytkowania prądu, telefonu, wody?
No cóż, nie wiedziałam, że prawnikowi takie sprawy trzeba wyjaśniać, chłop najwyraźniej nie kapował, o co mi chodzi? Cwaniaczek myślał, że pomagam bezinteresownie. No szkoda, że jeszcze nie karmiłam, no i kieszonkowe mogłam przecież dawać. Do tej pory się nie rozliczył, a minęły już dwa lata, pewnie się więc i nie rozliczy. Przełknęłam tę gorzką lekcję, ale nic bardziej mnie nie złości, niż myśl, że zgodziłam się na to, by w moim łóżku spał intruz. Cwany intruz.