Słowami poety

Roman Zygmunt Brodowski

Impresja chyba polityczna

Jesień, zwłaszcza ta typowo polska, przeplatana złotoczerwienią liści, zapachem brzemiennych sadów, od zawsze wywołuje we mnie nastrój nostalgicznej zadumy, melancholii czy też romantycznej wylewności, płynącej z często niezrozumiałych dla mnie samego uczuć. Natomiast chłodny, porywisty wiatr, zachmurzone niebo, brak słonecznych promieni oraz ciągle padający deszcz, stanowiące dla wielu przeszkodę dla dobrego smopoczucia zarówno fizycznego jak i psychicznego, pobudzają we mnie i tak wyostrzoną wyobraźnię. Z respektem i podziwem obserwuję zachodzące z dnia na dzień zmiany w otaczającej nas przyrodzie, gotującej się do zimowego snu.

jesien1Właśnie w taki jesienny, pochmurny dzień postanowiłem wybrać się na długi spacer, ciągnący się kilometrami nadbrzeżną alejką nad Niemnem. Rzeka o tej porze roku wygląda wyjątkowo pięknie. Odziana w tęczową barwę spadających liści, płynie powolnym rytmem w ukrytym w niezbyt wysokim wąwozie, od wieków tym samym korycie.

Zawsze, kiedy jestem w Grodnie, znajduję czas na to, by posiedzieć w ciszy nieopodal murów jednej z najstarszej budowli tego miasta, jaką jest prawosławna, Cerkiew pod wezwaniem św. Borysa i Gleba, zwana Kołożską. Nie bez powodu upatrzyłem sobie właśnie to miejsce dla moich, często wielogodzinnych, medytacji. Cerkiew ta znajduje się bowiem na stromym zboczu urwiska, pod którym płynie rzeka i jest niemym dowodem na to, że ten pozornie leniwy Niemen potrafi być niszczącym wszystko, co napotka na swojej drodze, żywiołem. Pozbawiona bocznej części muru, zabranego przez wzburzoną wodę podczas powodzi w 1853 roku, wskutek obsunięcia się skarpy, na której stała, świątynia ta swoją historią do złudzenia przypomina mi losy naszego kraju. Wielokrotnie niszczona, przechodząca z rąk do rąk, będąca własnością różnych wyznań, okradana, stoi nadal niczym nie zabezpieczona, czekając na kolejny gniew pozornie spokojnego Niemna. Po drugiej zaś jego stronie, na niewysokim wzniesieniu, widnieje zamek, pamiętający dzień abdykacji ostatniego króla Polski.

cerkiewJak zwykle usiadłem na leżącym tuż nad urwiskiem kamieniu, spoglądając to w dół, na odbijające sie w lustrze wody chmury, to w bok, na dobudowaną, butwiejącą powoli, drewnianą część cerkwi.

– Dlaczego nikt nie zabezpieczy tego obiektu przed ewentualną, kolejną powodzią, jaka może się przecież niespodziewanie wydarzyć? – pomyślałem. – Czyżby wydarzenia sprzed ponad stu pięćdziesięciu lat niczego nikogo nie nauczyły?

Na horyzoncie ukazał się klucz dzikich gęsi. Leciały w zorganizowanym szyku w kierunku południowym, w równych odstępach. Boczne flanki klucza i jego koniec zabezpieczały pojedyncze ptaki. Nawet one potrafią się zorganizować dla dobra i bezpieczeństwa swojego stada. A my?

Ten fascynujący widok przypomniał mi o niedawnych wydarzeniach, jakie miały miejsce w Polsce. Areną ich (nie po raz pierwszy zresztą) był polski parlament. Nienawiść, jaką wykazali w stosunku do siebie członkowie różnych ugupowań politycznych podczas debaty nad dalszą przyszłością państwa, w niczym nie ustępowała tej, która w nie tak odległej przeszłości doprowadziła do rozbiorów.

Popatrzyłem w kierunku zamkowego wzgórza i… wyobraziłem sobie postać Stanisława Augusta stojącego przy otwartym oknie.
Jak w dobrym, panoramicznym filmie, ukazały mi się dziwne, wiejące grozą obrazy tamtej jakże tragicznej dla nas, narodu polskiego, epoki.
Widziałem zwolenników reform zapoczątkowanych przez króla Stasia w 1764 roku, mających wprowadzić zmiany ustrojowe państwa, walczących z wilczym zapałem, przy wsparciu wojsk carskich, z przeciwnikami tychże reform. Bratobójcza walka doprowadziła do tego, że Polska straciła, i tak osłabioną, pozycję suwerena w regionie na rzecz carycy Katarzyny II. Widziałem podpisanie traktatu „wieczystej przyjaźni”, jaki zawarty został w lutym 1767 roku, na mocy którego Rzeczpospolita stała się oficjalnie protektoratem rosyjskim. Widziałem też zawiązującą się w Barze w 1768 roku Konfederację i walczących tam pod hasłem „Wiara i Wolność” pierwszych prawdziwych patriotów tamtego okresu. Widziałem rozpoczęty w tym samym roku, wielokrotnie zrywany, trwający cztery lata Sejm, który jako pierwszy w Europie ustanowił w 1791 roku najnowocześniejszą w ówczesnej Europie Konstytucję 3 Maja. Widziałem kolejną zdradę narodową, jakiej dopuściła się część polskiej magnaterii przy silnym wsparciu kleru, a jaką był twór zwany konfederacją targowicką. Widziałem pierwszy rozbiór naszej Ojczyzny. Słyszałem głos Tadeusza Kościuszki, składającego przysięgę na krakowskim rynku: „Ja, Tadeusz Kościuszko, przysięgam w obliczu Boga całemu narodowi…” Słyszałem odgłosy walki polskich kosynierów podczas Insurekcji, pierwszego zbrojnego powstania przeciwko zaborcom, oraz płacz bezbronnego i ogłupionego narodu.
Spojrzałem jeszcze raz w stronę zamku, a tam nic. Wszystko znikło, okna szczelnie zamknięte, nie widać w nich żadnej postaci. Krzyk rybitw siedzących na parapetach i przenikliwy wiatr oraz łzy w moich oczach sprowadziły mnie z powrotem w świat naszej szarej rzeczywistości.

– No tak, ale o czym to ja myślałem? Właśnie niezgoda i podziały, jakie panowały w narodzie w owym przedrozbiorowym okresie, i jakie panują dzisiaj wśród Polaków, w gruncie rzeczy takie same i prowadzące prostą drogą do kolejnej tragedii, do utraty, po raz kolejny naszej suwerenności. Tylko patrzeć, jak wykluje się nowa Targowica. A może ona od dawna już istnieje? Z jednej strony nieudolny rząd, sprawiający wrażenie, że robi coś dobrego dla kraju, forsujący (często dosyć kontrowersyjne) ustawy, który jednak nie potrafi poradzić sobie z przeprowadzeniem najprostszych, potrzebnych i jakże bardzo istotnych dla sprawnego funkcjonowanie państwa reform, i tak naprawdę prowadzący brutalną walkę z opozycją o utrzymanie się za wszelką cenę przy władzy. Z drugiej tak zwana opozycja, nie mająca nic wspólnego z prawdziwą w całym tego słowa znaczeniu opozycją parlamentarną. Jej zadaniem powinno być konstruktywne przeciwdziałanie w przypadku niekorzystnych lub niebezpiecznych dla interesu narodowego decyzji podejmowanych przez rząd, czy też blokowanie ustaw szkodliwych dla prawidłowego funkcjonowaniu naszego państwa.
Taka jest rola demokratycznej opozycji w nowoczesnym państwie. Tymczasem zadanie, jakie na siebie przyjęła dzisiejsza opozycja w Polsce, to nie praca na rzecz przyszłości w duchu dobra narodowego, lecz prowadzenie polityki zamętu, którym jedynym celem jest niedopuszczenie do tego, by rządowi udało się zrealizować cokolwiek z tak zwanych obietnic przedwyborczych. Niestety, dzięki tej pełnej nienawiści postawie ugrupowań politycznych (mam tu na myśli zarówno PIS jak i PO), do głosu coraz częściej dochodzi skrajna prawica, czasami wspierana przez instytucje kościelne.

Polska po raz kolejny, powoli, ale widocznie staje się na arenie międzynarodowej mało wiarygodnym partnerem zarówno w sferze społecznej jak i gospodarczej. Co raz częściej słychać opinie, że naród polski jest na tyle skłócony, że Polacy nie są w stanie się samodzielnie rządzić.

Tam gdzie w miejsce zgodnie współdziałających ze sobą w celach obrony tożsamości narodowej, rozwoju gospodarczegoi społecznego kraju organizacji rządowych, społecznych i religijnych do głosu dochodzi żądza władzy, pieniądza oraz wpływów, wcześniej czy później dojdzie też do ogólnospołecznych konfliktów.
Stare, mądre przysłowie, że „zgoda buduje, a niezgoda rujnuje” zwłaszcza dzisiaj nabrało szczególnego znaczenia.

W ciągu ponad trzystu ostatnich lat Polska była elementem rozgrywek pomiędzy Wschodem i Zachodem, i to się nie zmieniło. Zmieniły się natomiast metody tych rozgrywek. Dzisiaj nikomu niepotrzebne jest poszerzanie granic. Przecież jesteśmy w jednej Europie. Dzisiaj, jeżeli nie siłą, to sprytem, poprzez działania ekonomiczne, gospodarcze oraz politykę międzynarodową można skutecznie ograniczać suwerenność i niezależność narodów słabszych, do których niestety i my należymy. Bo przecież nie ma nic za darmo. Prawdą jest, że jesteśmy już prawie całkowicie uzależnieni od obcego kapitału i przemysłu. Nasze zadłużenie jest tak wysokie, że nie jestem w stanie sobie nawet wyobrazić, w jaki sposób je spłacimy. Jednak nie to mnie najbardziej niepokoi. Boję się tego, że retoryka i metody walki politycznej, jakie stosują rząd, opozycja i kler doprowadzą do tego, że i tak podzielony już naród w swojej niemocy rozpocznie walkę wewnętrzną, a to z kolei doprowadzi do…? To czego nie widać wewnątrz, gdzie negatywne emocje, a nie zdrowy rozsądek zaślepiają umysły, doskonale widać z zewnątrz, z boku. A widać wiele analogii z okresem przedrozbiorowym, czasem wręcz z czasem rozbiorów.

Nie jestem historykiem, politykiem lub ekonomistą, a tylko Polakiem, poetą i marzycielem. Jako Polak mam jedno wielkie pragnienie, aby mój naród nigdy więcej nie doświadczył tego, czego doświadczyli nasi przodkowie. Aby Polacy swoją mądrością w prawdziwej jedności, odrzucając animozje, dokończyli dzieła budowy tej świątyni jaką jest niepodległa Polska.

Niemen

Powiadają, zwyczajna to rzeka,
Od wieków niezmiennie spokojna.
A dla mnie to obraz historii
To wieczność, to pokój, to wojna.

W jej nurcie, głębokim i żywym,
Wśród twardych granitu kamieni,
Spoczywa i godność, i wiara
Owoce polskości tej ziemi.

Tu nad brzegami, w szuwarach
Tysiące styczniowych rycerzy,
Walczyło o wolność, o Polskę,
O powrót do dawnej macierzy.

Wystarczy przyłożyć doń uszy
By poczuć, usłyszeć płacz wody.
W niej płacze ojczyzny niewola,
W niej płaczą ówczesne narody.

Niechaj mówią „zwyczajna to rzeka”
Lecz dla mnie to symbol wierności,
To świadek tragicznych wydarzeń,
Przestroga tragicznej przeszłości.

Berlin, 24.10. 2013

Drogi czytelniku, tekst ten napisałem, i odważyłem się go opublikować, bo od wielu lat obserwuję działania kolejnych rządów naszego kraju i, jako emigrant, zaniepokojony jestem tym, co się w mojej ojczyźnie, a zwłaszcza w polskim parlamencie dzieje. Ktoś w końcu musi (póki nie jest za późno) to powiedzieć. Niezgoda, ambicje jednostek i brak jedności już raz doprowadziły nasz kraj do upadku!

jesien2

W Toronto i Nowym Jorku

Ciąg dalszy opisu podróży do USA i Kanady, opublikowanego przed tygodniem pod znamiennym tytułem “Mówcie mi mierzwa”

Zbigniew Mierzwa

Najstarszy w Toronto, polonijny kościół – Św. Kazimierza – mieści się w dzielnicy Roncesvalles, wśród naszych rodaków bardziej jest znanej, jako Kazimierzowo; prowadzą go misjonarze Oblaci. Sakrament chrztu poprzedza niedzielne nabożeństwo, dziecko bez protestów wstępuje do katolickiej wspólnoty.

toronto-chrzcinyJak więc na dobrych chrześcijan przystało jedziemy uczcić ten fakt. Niestety już bez Adasia, bo musi wracać do NY, nazajutrz ma te swoje badania lekarskie. Włoska restauracja, w której zarezerwowano nam stół, karmi tak skutecznie, że drogę powrotną na Russel Hill Road postanawiam odbyć pieszo. Od kościoła do restauracji a stamtąd do domu nie jest daleko, tak mi się przynajmniej wydawało z okien samochodu. Syn tłumaczy mi, jak iść, żeby się nie zgubić, w razie czego miałem do niego zadzwonić z komórki. No tak, gdybym miał roaming na Kanadę, to bym mógł dzwonić. Na szczęście kompas w głowie jeszcze funkcjonuje w miarę sprawnie i po godzinie jestem na miejscu. Widok grubasa w garniturze, drepczącego wzdłuż nowoczesnej architektury ulicy, mógł dziwić. Krawaciarze (przepraszam warszawiaków, ale nie o nich mowa) siedzieli za kierownicami limuzyn, żeby jednak nie obrosnąć w tłuszcz, regularnie uprawiali sport, zwłaszcza popularny za oceanem jogging. Widziało się to na każdym kroku, szczególnie w weekendy. Od młodzieży po ludzi w mocno zaawansowanym wieku, naród przebierał się w dresy i biegał, gdzie się tylko dało, po skwerach, parkach, chodnikami wśród drapaczy chmur.

toronto-butelkiPo południu żegnają się z nami goście z Pensylwanii, jutro normalny, roboczy dzień. W poniedziałek, 14 października Kanada obchodzi natomiast swój Thanksgiving Day, czyli Święto Dziękczynienia i jest to dzień wolny od pracy. Syn z tej okazji spróbuje nam pokazać parę rzeczy w mieście. Jego teściowie goszczą już tutaj drugi tydzień, więc trochę już je poznali, natomiast my z Mirą chętnie wjedziemy np. na wieżę telewizyjną i zobaczymy Toronto z góry. Wjazd nie jest jednak tani i zadowalamy się panoramą miasta z wysokości 50 piętra wieżowca, gdzie mieści się biuro syna. Widok jest piękny, choć nie tak romantyczny, jak z Wieży Eiffla. Zjeżdżamy windą do piwnic biurowca, żeby zobaczyć słynny PATH – podziemne miasto, rozciągające się pod centrum Toronto.

Ten komunikacyjny system spełnia tutaj ważną rolę, szczególnie podczas męczących upałów, burz i zamieci śnieżnych. Łączna długość jego ulic wynosi około 27 kilometrów. Wszystko jest monitorowane przez kamery i ochronę poszczególnych budynków. Pierwszym, który sobie zafundował podziemne połączenie z nowym aneksem był dom towarowy Eaton Centre i miało to miejsce w 1900 r. Właściwa sieć podziemnych ulic powstała wraz z rozwojem Financial District, stworzonym głównie w czasie boomu lat 70. Każdy nowy biurowiec przeznaczał jedno, lub dwa piętra pod ziemią na ciąg handlowy i przyłączał się do sąsiednich biurowców. Tak powstało podziemne miasto, które mogłoby funkcjonować autonomicznie. Wikipedia podaje, że posiada ono ponad 1100 sklepów, domów towarowych i centrów handlowych, ma 5 stacji metra, stację kolejową, stację autobusów dalekobieżnych, obiekty sportowe, filharmonie, teatry, kina, restauracje, kawiarnie, 52 biurowce, giełdę papierów wartościowych, hotele i parę domów mieszkalnych. Ogarnąć tego wszystkiego samemu, na szybko nie sposób, podziwiam wyrazistość oznakowań drogowych. Trudniej zgubić się na powierzchni, niż tutaj.

toronto-kolumnaNad jeziorem Ontario nogi wchodzą mi już… nie powiem, gdzie. Biesiadne kalorie trzeba jednak spalić, zwłaszcza, że Ewa została z wnukiem i pitrasi obowiązkowego indyka, w końcu jest Thanksgiving Day. We wtorek wraca razem z mężem i synem do Monachium, ja dzień później do Nowego Jorku. Zostawię wnuka mojej byłej żonie i poszwendam się jeszcze przez parę dni po starych tropach sprzed dziesięciu lat. Przez internet kupuję sobie za 55 dolarów bilet na autobus, kursujący parę razy dziennie na Manhattan, syn w drodze do pracy zawozi mnie na dworzec i już jadę sobie wygodnie w piętrowym wehikule, który pierwszy przystanek ma w Buffalo, na granicy z Ameryką.

Drugi raz przechodzę dokładną kontrolę graniczną, pierwsza była w Atlancie, gdzie przyleciałem z Monachium i miałem przesiadkę do NY. Tam funkcjonariuszka odprawy paszportowej mówiła na szczęście po niemiecku i rozumiałem, co znaczy złożyć odciski palców na specjalnych czujnikach i rzucić okiem we wziernik, który je prześwietli aż do najskrytszych zakamarków myśli. Z jej kolegą w Buffalo miałem jednak pewne lingwistyczne problemy. Pytał mnie o coś po raz kolejny, ja mu na to za każdym razem, że jadę na tydzień w odwiedziny do przyjaciół. Przeszedł więc na język migowy, najpierw pstryknął znacząco kciukiem w szyję, a później pokazał, że pali papierosa. Mógł tak od razu, kiwnąłem przecząco głową. Nie przewoziłem w bagażu żadnego alkoholu ani papierosów.

Po ponad dwunastu godzinach jazdy autobusem wysiadam na ostatnim przystanku, nieopodal wejścia do metra. Z nieznanych powodów nie jest to jednak 42 ulica, gdzie mieści się centralny dworzec, tylko trzydziesta czwarta. Muszę skorygować marszrutę dojazdu na Queens, którą dał mi Adaś, bo stąd linia E nie kursuje. Moja komórka jest w Stanach równie bezużyteczna, co w Kanadzie, a w kieszeni brak ćwierćdolarówek na automat, żeby zadzwonić do przyjaciela. Sprzedawca hot-dogów w narożnej budce nie rozmieni mi dolarowego banknotu na monety, bo sam ich nie ma, a przechodnie słysząc słynną frazę koników spod PRL- owskiego Pewexu tylko szczerzą do mnie zęby. Schodzę więc do metra, studiuję mapę dojazdów i znajduję połączenie na 42. Trzeba tylko wybrać właściwy peron i pociąg, a wcześniej kupić w automacie bilet za 2,75$, za który dojadę na Queens. Wtedy poznałem Leslie, mojego Anioła Stróża, bez którego dalsza droga byłaby problematyczna.

Trzydziestoparoletnia z wyglądu, ciemnoskóra piękność stała w tłumie innych pasażerów na peronie. Dlaczego akurat ją zagadnąłem, czy czekamy na właściwy pociąg, tego nie wiem. Potwierdziła i jak to ciekawska kobieta zapytała, skąd przyjechałem. Aaaaaach z Niemiec – ożywiła się – więc możemy rozmawiać po niemiecku. Bywa od czasu do czasu służbowo w Hamburgu i Berlinie i zna ten język.

Mieszkała na Queens, jechaliśmy w tym samym kierunku. Na 42 ulicy trzeba było kawałek podejść do linii E, ale na Roosvelt Avenue, gdzie była kolejna przesiadka, nie dojechaliśmy. Z przyczyn technicznych pociąg zakończył bieg na jakiejś stacji za East River i dalej mieliśmy jechać zastępczym autobusem. Moja waliza, wypakowana w połowie markowymi dżinsami i kurtkami od syna, w których już nie chodził, ważyła coraz więcej. Ruchome schody w metrze nie działały, zejście w dół, później gramolenie się w górę, na powierzchnię dały mi nieźle popalić, ale taki już był ten mój syn. Widywaliśmy się dwa – trzy razy w roku i zawsze dostawałem podobne prezenty. Niektóre z tych rzeczy służyły mi dobrze, inne oddawałem bardziej potrzebującym, jednak tym razem była to wyjątkowo uciążliwa filantropia.

Autobus podstawiono i to nie jeden, niestety żaden nie jechał na Roosvelt Avenue. Trzeba było wziąć taksówkę i dobra setka pasażerów, która okupowała chodniki przy wyjściu z metra próbowała zrobić to samo. Wtedy z komórki Leslie zadzwoniłem do Adasia, żeby przyjechał po nas swoim samochodem i nagle zdarzył się cud. Zatrzymała się przy nas jakaś bardzo wysłużona toyota, z Arabem za kierownicą i  podchmieloną dziewczyną na tylnym siedzeniu, była to bez wątpienia najlepsza taksówka w Nowym Jorku. Na Roosvelt Avenue sięgnąłem po portfel, ale Leslie nie pozwoliła mi płacić za kurs. Kosztował kilkanaście dolarów, uregulowała należność kartą kredytową, a później czekała ze mną tak długo, póki nie zjawił się mój przyjaciel. Mieszkała parę kroków stąd. Pożegnaliśmy się serdecznie, jak byśmy byli starymi znajomymi. Na odchodnym dostałem od niej bilet wizytowy, z którego wynikało, że zajmuje się marketingiem w wydawnictwie płytowym, przy Madison Avenue. Wcześniej była wokalistką, ale o tym porozmawiamy może kiedyś, przy okazji spotkania w Niemczech.

Ula jeszcze nie śpi, w kłębach dymu pochłania z You Tube najnowsze doniesienia komisji Macierewicza.

– Cześć, obiad jest na kuchence, tylko sobie podgrzej – rzuca, nie odrywając
wzroku od ekranu laptopa.

Bardzo lubię karkówkę, tylko kto to je o północy. Robię gryza, reszta będzie na jutro. Jestem w bardzo gościnnym domu, parę dni przed moim przylotem do Stanów Ula pożegnała swoją siostrzenicę z Polski, śpię na skórzanej kanapie w gościnnym pokoju. Rano Sowa jedzie po wyniki badań, Ula, jak w każdy czwartek, ma wolne w pracy i może trochę poleniuchować, a ja do metra i na Manhattan. Mój lewy staw biodrowy klnie jeszcze na wczorajszą walizę i tym bardziej trzeba go rozruszać. Pogoda dalej sprzyja ludzkiemu mrowisku, uwijającemu się po ulicach, tylko jest już chłodniej, niż przed tygodniem. Od Hudsonu wieje, żeglarze mają powody do radości, zastanawiam się, czy nie ruszyć jednym ze statków wycieczkowych, kursujących wzdłuż Manhattanu, ale wybieram World Trade Center.

Półtora roku po terrorystycznym zamachu na Centrum Handlu Światowego, w którym zginęło prawie 3 tysiące osób, zobaczyłem tutaj tylko tragiczny krater. Dziś uwagę turystów przyciągał przede wszystkim 7 WTC, pierwszy biurowiec z nowo budowanego kompleksu, który został oddany do użytku w 2006 roku. Ma ponad 227m wysokości, 56 kondygnacji i stoi w miejscu swojego poprzednika o podobnej nazwie, który zawalił się po Twin Towers. Bliźniacze Wieże – w swoim czasie budowle najwyższe w świecie – w które ugodziły samoloty z pełnymi zbiornikami paliwa, runęły na sąsiednie budynki. Spadające odłamy elewacji i kolumny rdzenia zmiażdżyły hotel Mariott i WTC7 oraz mocno uszkodziły Financial Center 3, Deutsche Bank Building, Winter Garden, pobliską cerkiew prawosławną a także liczne domy mieszkalne. Władze Stanów Zjednoczonych podjęły decyzję, że nie będzie się odbudowywać Twin Towers. W ich miejscu, według projektu Daniela Liebeskinda, do 2015 roku ma powstać zespół budynków, w którym główny – Wieża Wolności – sięgać będzie 541 m, a więc jeszcze wyżej, niż Bliźniacze Wieże.

pomnik0Pamięci ofiar poświęcony jest park-muzeum 9/11, otwarty w dziesięciolecie zamachu. W miejscu fundamentów zburzonych budynków powstały dwa baseny, woda spływa po wewnętrznych krawędziach większego, tworząc w dole taflę, w środku której czernieje wlot mniejszego. Wygląda, jak studnia, albo otwarty grób, dna nie widać. Wymowna symbolika pustki po Twin Towers i ludziach, których pogrzebały. Ich nazwiska wyryte są na tablicach z brązu, rozmieszczonych wokół większego basenu, dostrzegam na nich także polskie. Wejść do muzeum trudno, jest kontrola, jak na lotnisku i trudno się temu dziwić. Wstęp w zasadzie darmowy, jednak grupa młodych ludzi z pojemnikami z plexiglasu, gorąco wszystkich namawia, żeby wspomóc fundację, która zajmuje się ochroną tego miejsca pamięci. Za banknot o większym nominale dostaje się się ciepłe, gulgoczące podziękowanie, za jakiś bilon – mocno wymuszony uśmiech.

W starej, protestanckiej kaplicy św. Pawła przy Church Street, oddalonej o kilkadziesiąt metrów od WTC, czynna jest wystawa pamiątek ze Strefy Zero. Jest wśród nich hełm i sprzęt strażacki, popalony mundur, są zdjęcia z akcji ratowniczej, kartki od rodzin i przyjaciół, poszukujących swoich bliskich, które wieszano na ogrodzeniu kaplicy oraz przeróżne wota i podziękowania zanoszone Bogu i ludziom za uratowanie życia. XVIII-wieczna świątynia zrządzeniem Opatrzności przetrwała zamach. Krucha, bardzo kontrastująca architekturą z nowoczesną zabudową Lower Manhattan, była pierwszy schroniskiem dla strażaków, policjantów, ich psów ratowniczych, żołnierzy i licznych wolontariuszy, którzy pospieszyli na ratunek ofiarom, ocalałym z zamachu i do odgruzowywania. W kaplicy wydawano im posiłki, była ona jednocześnie noclegownią.

Podobną funkcję pełnił pobliski, katolicki kościół św. Piotra, do którego przeniesiono zwłoki franciszkanina Mychala F. Judge`a, uznanego symbolicznie za
pierwszą ofiarę śmiertelną Ground Zero. Z pochodzenia Irlandczyk, pełnił funkcję kapelana nowojorskiej straży pożarnej. Bardzo lubiany przez swoich podopiecznych, przybył na miejsce zamachu wraz z pierwszą grupą ratowników. Spowiadał i udzielał rozgrzeszenia rannym i umierającym, najpierw na ulicy, później w lobby Północnej Wieży. Zginął, kiedy runęła południowa i jej gruzy śmiertelnie raniły wiele osób. Zdjęcie kapłana, niesionego przez pięciu mężczyzn przez zgliszcza, zrobione obiektywem fotoreportera z Agencji Reutera jest jednym z najbardziej znanych obrazów, związanych z 11 września, uważa się je za amerykańską Pietę.

Wśród śmiertelnych ofiar zamachu ponad czterysta stanowili ci, którzy pośpieszyli innym na ratunek, co nie znaczy, że jest to lista zamknięta. Wśród ludzi, którzy w krytycznym czasie mieszkali w rejonie WTC oraz brali udział w różnych akcjach ratunkowych, czy porządkowaniu terenu, z roku na rok przybywa zgonów – zwłaszcza na choroby płuc i nowotworowe, których nabawili się wdychając toksyczny pył. Dziewięć lat po zamachu rząd USA przyznał żyjącym poszkodowanym fundusz w wysokości 4 mld. dolarów, z którego finansuje się obecnie pomoc medyczną i odszkodowania za utratę zdrowia. Sowie dawano jednorazowo 50 tysięcy, ale nie przyjął, uważa, że powinien dostać więcej. Ewentualnie mogłaby to być jakaś przyzwoita, dożywotnia renta.

Wyniki badań są OK, czekają go jeszcze badania psychologiczne. Póki co jedziemy do psychiatryka na Bronx, gdzie pracuje jego brygada. Chce mi pokazać, jak wygląda robota przy ściąganiu azbestu. Tym razem jest to pryszcz – kawałek rury w kotłowni szpitala, który trzeba oczyścić i zabezpieczyć. Zajmuje się tym już drugi dzień pięciu emigrantów z Serbii i Polski. Najpierw musieli zbudować z folii trzy namioty – przepisy mówią, że w jednym robotnicy przebierają się z cywilnych ubrań w robocze, w drugim czyszczą skażone azbestem przedmioty, w trzecim myją się po pracy. Do tego zamontowali wyciąg powietrza, żeby ulotniły się zawarte w nim toksyny. Przede wszystkim jednak każdy musi pracować w masce, aby nie zachorować na pylicę azbestową albo inne świństwo i Sowa za te wszystkie sprawy odpowiada, bo jest kimś w rodzaju inspektora bezpieczeństwa i higieny pracy. Na wypadek związkowej kontroli z zewnątrz wszystko musi być formalnie zapięte na ostatni guzik, ale życie rządzi się swoimi prawami. Kiedy gonią terminy, pracuje na równi z innymi, a jak przepisy ochronne hamują tempo robót, to je sam omija.
Przeżył osiemdziesięciu kolegów, z którymi zaczynał na azbestach – chwali się. Widocznie starszy Pan na górze jeszcze czegoś od niego chce.

Mikrej postury blondas o komicznie zakrzywionym nosie, któremu zawdzięczał swój ptasi pseudonim, uchodził cało z najgorszych opresji. Parę tygodni temu, gdy stał na rusztowaniu, przeżył bez szwanku przelatujący mu tuż obok głowy nóż monterski, który niechcący upuścił jakiś pracujący wyżej słowacki robotnik. Oczywiście Adaś nie miał wtedy hełmu na głowie, bo było upalnie. Przed moim przyjazdem natomiast o mało nie wypadł z windy z XVII piętra. Na pomoście pracowali, jak zwykle, we dwóch. Winda zawalona była gruzem z azbestem, który ściągali z elewacji biurowca. Kiedy zjeżdżali w dół, trzeba było nogami równomiernie i z czuciem odpychać się od ściany, żeby nie zahaczyć o wystające klimatyzatory. Za którymś razem nie udało się. Jedna noga się spóźniła, winda zaczepiła wewnętrzną krawędzią o skrzynkę, gruz przesunął się po podłodze tam, gdzie stał Sowa i znaleźli się prawie w pionie. Gdyby nie zapięte pasy bezpieczeństwa, na dole nie byłoby czego zbierać. Oczywiście pytam, jak z tego wyszli. Adaś na to, że nie wie i rechocze po swojemu. Jakoś tak pomału, nie nerwowo udało im się tę windę w końcu wypoziomować – mówi.

Uświadamiam sobie, że ja właściwie nigdy nie widziałem go zdenerwowanego. Czasami miewał doła, ale w przeciwieństwie do mnie, zawsze potrafił trzymać na wodzy negatywne emocje. Miał naturalny talent komiczny, umiał każdego rozweselić, więc może i starszemu Panu na górze podoba się oglądanie go dalej na scenie życia. Tego lata, na początku sierpnia, wybrał się na przejażdżkę motorowym pontonem po dzikich rozlewiskach niedaleko Queens. Jest tam trochę niezamieszkałych wysepek z rezerwatami wodnego ptactwa i na którąś z nich dotarł.
Wciągnął ponton na brzeg, rozebrał się do naga i skoczył do wody. Jak każdy pływak, po pewnym czasie sprawdził, jak daleko odbił od brzegu i wtedy zobaczył swój ponton w wodzie. Zapomniał, że istnieje coś takiego, jak przypływ. Przeszedł w szybki crawl, ale podwodny prąd był silniejszy. Stracił ponton z oczu, od wysepki dzieliła go już spora odległość, więc zaczął płynąć po prostu przed siebie, na przetrwanie. Czasami w pobliżu pojawiała się jakaś motorówka, wtedy machał ręką, wołał o pomoc, tylko nikt go nie słyszał, ani nie widział. Uratował go dopiero kuter rybacki, płynący z turystami na wycieczkę.

– Rzucili z pokładu koło ratunkowe i wyłowili z morza starego, nagiego
człowieka – ironizuje Sowa. – Przy trapie dostałem zaraz jakiś koc, bo oczywiście byłem turystyczną atrakcją, poszły w ruch fotoaparaty. Prawie nic nie widziałem, morska sól zalepiła mi oczy. Poprosiłem o coś do picia, dostałem papierosa. Na brzegu czekała już na mnie policja. Opisałem całe zdarzenie, wysłali łódź na poszukiwanie pontonu i nawet szybko go znaleźli. Cały poobijany, był już prawie na pełnym morzu. Fale zmyły z burty wszystkie moje rzeczy, które zostawiłem – ciuchy, portfel, okulary, komórkę… Tylko sandały zostały, bo je wrzuciłem na pokład. Sporządzili protokół, zadzwonili do Uli, do pracy, zawieźli do domu, porządne chłopy. Możesz sobie wyobrazić zdziwienie Uli, jak mnie zobaczyła czekającego przed drzwiami, w policyjnym dresie i w klapkach. Moja lekarka, do której zgłosiłem się na badania, na następny dzień, zapytała mnie, jak długo mniej więcej płynąłem. Powiedziałem, że orientacyjnie około trzech godzin. To nieźle, jak na faceta po zawale, z bajpasami – usłyszałem. EKG wypadło w każdym razie bez zarzutu.

W sobotę rano na niegdyś bardzo polskim Green Point można kupić w hurtowni świeżuteńkie, dobrze uwędzone ryby. Brygada Sowy kończy pracę na Bronx i zbieramy zamówienia, komu łososia, komu dorsza. Polacy zaczęli się pomału wyprowadzać z tej dzielnicy, kiedy gruchnęła pogłoska, że w pobliżu powstanie wysypisko śmieci i część domów zostanie zburzona. Okazało się to zwykłą plotką, a grupa przedsiębiorczych biznesmenów, która ją rozpowszechniała, wykupiła pustostany i zrobiła z Green Point małe Las Vegas, z kultowymi kawiarniami, salonami gry, nocnymi barami i dyskotekami. Widać to zwłaszcza przy Bedford Avenue. Ceny nieruchomości w dzielnicy poszły mocno w górę i kogo nie było stać na wyższy czynsz, wyprowadzał się, ale polskich akcentów nadal na Green Point nie brakuje. Widać je na szyldach sklepów, biur podróży, banków, restauracji, słychać na ulicy.

Ryby podzielone, należność od kolegów skasowana, możemy jechać na zaplanowaną wycieczkę do ważnego dla tutejszej Polonii maryjnego sanktuarium w Doylestown, zwanego amerykańską Częstochową. To niedaleko od Nowego Jorku, około 100 mil. Pogoda dalej dopisuje, ale niestety dobry fart opuszcza Sowę. Na przedmieściach Doylestown przejeżdża skrzyżowanie na czerwonym świetle i zalicza stłuczkę. Tęgi brodacz z terenówki, który miał już zielone światło i nie zdążył wyhamować, ma ledwo porysowany zderzak, za to Sowa będzie miał chyba tylny wahacz i drzwi do wymiany, a na pewno nie wróci tym autem samodzielnie do domu. Jęczy, że nówka Honda i tak potrzaskana, a powinien się przede wszystkim cieszyć, że nikomu się nic nie stało. W drugim samochodzie jechała cała rodzina, poza ojcem za kierownicą – matka w zaawansowanej ciąży i dwie dziewczynki. Wszyscy zachowali spokój; przyjechała policja, zrobiła, co do niej należało, brodacz pojechał w dalszą drogę, a my z Sową policyjnym autem na parking.

W sumie byłoby to banalne wydarzenie, warte może tylko krótkiej wzmianki, gdyby nie godne laurki zachowanie miejscowego stróża prawa. Pierwotnie auto miało zostać na parkingu, a my mogliśmy wracać do domu i organizować transport Hondy do zaprzyjaźnionego warsztatu, co wiązało się z podwójnymi kosztami. Miejscowa pomoc drogowa nie wyjeżdżała poza granice miasta. Emerytowany sergeant o wyglądzie Clinta Estwooda, który na pół etatu dorabiał jeszcze w służbie, dał się jednak uprosić i zaczął ze swojej prywatnej komórki obdzwaniać znajomych, żeby nam pomóc. Udało się, przyjechała dwuosobowa ekipa, wciągnęli auto na pakę, Sowa zajął trzecie miejsce w kabinie, a ja znów do autobusu. Pojechaliśmy najpierw do jakiegoś sklepiku, który pełnił również funkcję kasy biletowej, policjant sprawdził, o której mam połączenie do Nowego Jorku, a później zawiózł na przystanek, przykazując, żebym się stąd nigdzie nie ruszał. Skromnie licząc poświęcił ponad dwie godziny prywatnego czasu na pomoc obcym bliźnim. Thank you sergeant!

Autobus zatrzymywał się w każdym miasteczku, przez które przejeżdżaliśmy. W sobotni wieczór ruch pasażerów był umiarkowany. Wejścia do domów i witryny sklepów były już udekorowane na nadchodzący Halloween najwymyślniejszymi straszydłami; w jakimś otwartym, rzęsiście oświetlonym garażu, długowłosy artysta o końskiej twarzy rzeźbił drewniane figury, w innym muzykowała grupa country, a wszędzie widać było niezliczone lampiony, wykonane z pomysłowo wydrążonych dyni. Tym razem autobus zakończył kurs, gdzie trzeba, na 42 ulicy i na Queens dotarłem bez problemów. Uszkodzona Honda stała na parkingu stacji benzynowej niedaleko domu; póki nie zostanie naprawiona, Ula z Adasiem będą korzystać z ich starej Hondy, która działała bez zarzutu. W niedzielę jedziemy nią na Green Point, do polskiego kościoła, wypada podziękować Bozi za to, żeśmy wyszli cało z wypadku.

Droga powrotna do Europy zaczyna się na lotnisku La Guardia, niedaleko od Queens. Z okien samolotu, przy bezchmurnym niebie, podziwiam Statuę Wolności, której tym razem nie udało mi się zobaczyć z bliska, ruch statków po Hudsonie, panoramę metropolii. Spędziłem w tym ponad 8-milionowym mieście okrągły tydzień, nie obejrzałem Manhattanu z wody, za to powłóczyłem się późnym wieczorem po rzęsiście oświetlonym Broadwayu i za dnia po Parku Centralnym. Nie zwiedziłem żadnego ze słynnych muzeów, nie zarobiło na mnie żadne biuro turystyczne, ale byłem pełen wrażeń. Kocham chodzić bez celu po obcych ulicach, obserwować różne ludzkie typy, łowić zapachy dolatujące z knajp, perfumerii, dźwięki muzyki z tanecznych parkietów, przycupnąć w jakiejś przydrożnej kafejce.

Któregoś dnia zaniosło nas z Adasiem na Brighton Beach, na południowym cyplu Brooklynu, za którym już tylko Atlantyk. Na ulicy nikt nie mówił po angielsku, był za to bazar za bazarem, jeden kusił cytrusami, drugi wódeczką, jakiej byś nie zapragnął, w następnym mogłeś sobie kupić kożuch, bo przecież szła pomału zima, a w każdym poczęstować cię mogli czajem, jeżeli oczywiście byłeś poważnym klientem. Nie bez powodu nazywano tę dzielnicę Małą Odessą, tu skupia się od pokoleń rosyjska – w szerokim tego słowa znaczeniu – emigracja. Było więc swojsko. Przy szerokim deptaku nad piaszczystą plażą rozsiadły się restauracje i bary, w których zjeść można było soljankę albo pielmieni, napić się zimnej baltiki, posłuchać kawałów, opowiadanych rosyjsko-żydowskim żargonem, albo popatrzeć, jak walczy z kielichem starszy jegomość. Purpurowa od wódeczki twarz, jakby wycięta z kreskówki o wilku i zającu, zdradza pełną determinację. Kolega w kaszkiecie nalewa z karafki, żołądek już nie przyjmuje, ale hańba odmówić, więc walczy. Co zwróci, to uzupełni, zuch! Ponoć ziąb nadchodzi i słoty, dobrze byłoby wykąpać się jeszcze w morzu, na pamiątkę pobytu w Brighton Beach. Idziemy więc na plażę i nura do wody, ale jest dosyć chłodno i długo sobie nie popływamy.

– Proszę, jacy ci mężczyźni odważni – zaczepia nas piegowata plażowiczka.

lilianaJej śpiewny angielski zdradza, że nie urodziła się na Brooklynie. Przechodzimy na rosyjski, Liliana jest naszą rówieśniczką i pochodzi z Mińska. W Stanach mieszka od 13 lat, podobnie jak Adaś ma amerykańskie obywatelstwo i pracuje jako pielęgniarka w szpitalu na Coney Island. W Mińsku była lekarzem, tutaj nie uznano jej dyplomu, więc skończyła studium pielęgniarskie i mówi, że jest zadowolona. Zarabia dobrze i dalej pomaga ludziom. Jest wdową, mąż był Irlandczykiem i pracował w policji. Zapraszamy Lilianę na kawę, a ona nas później na ukraiński barszcz, który kupuje w swoim sprawdzonym sklepie. Jemy go z plastikowych pojemników, na ulicznym skwerze i rozmawiamy o życiu.

Międzylądowanie znowu w Atlancie. Ogromne jest to lotnisko, z terminalu na terminal jedzie się podziemną, ekspresową kolejką, są oznaczone kolejnymi literami alfabetu, jak osiedla w Tychach. Podobnie, jak w tamtym kierunku, korzystam z porządnego serwisu amerykańskich linii Delta Airlines. Po kilkunastu godzinach lotu wita nas Europa, już spowita jesiennymi szarugami. Nad Monachium burza i gęsta mgła. Przy optycznie zerowej widoczności pilot pewnie osadza maszynę na płycie lotniska. Kiedy wraz z innymi pasażerami stoję w kolejce do odprawy paszportowej, wchodzą bocznymi drzwiami – kapitan samolotu wraz z załogą, wszyscy niemłodzi, a stewardessy wyraźnie zmęczone. Pierwszy pilot, o szerokiej, ogorzałej twarzy, z siwą grzywą włosów opadających na kołnierz munduru, niesie niedbale swój wiekowy kuferek, który gdyby mógł mówić… Drugi przypomina starego pirata, nie mają w sobie nic z tych irytujących, operetkowych póz, tak często odgrywanych przez ich młodszych kolegów.

– Jak było? – pyta mnie po powrocie młodszy syn, Mikołaj.
– Przejechaliśmy na czerwonym świetle, jest mandat za 126 baksów, ale na szczęście wszyscy zdrowi – odpowiadam.

Za tydzien jeszcze raz Nowy Jork

Mama na Nowy Rok

Tym razem wpis od nas obu.

Katarzyna Krenz i Ewa Maria Slaska o Irenie Kuran-Boguckiej

Katarzyna Krenz

Katedra tęsknoty do Hiszpanii

Na siwych włosach smutku
dotarł do mnie koń bez jeźdźca,
w słońcu spalonym na popiół
śnieżne prześcieradła łopoczą jak żagle,
doczekawszy nadejścia czarnej nocy
gliniany kogucik pieje do księżyca
swą małą zieloną piosenkę,
przeczucie śmierci zapisane przeznaczeniem
drży spływając ku falom strumienia
w zastygłej kropli soku z granatów

Biegnę śladem twojego życia,
w milczeniu odejścia szukam słów
które przemówią, by wskazać mi drogę,
wychodzę na spotkanie
białym wzgórzom Andaluzji, witam
winnice, spadające złotym kielichem
na dno chłodnej doliny,
ukryte na zawsze w cieniu czasu,
w cienistym wachlarzu drzewa oliwnego
dostrzegam czerwone korale obietnicy
i błękitnawy połysk sztyletu zdrady

Na wieżach katedry i tęsknoty
co wbite w niebo jak nóż, jak dwa noże
wiatr zawodzi swoją smutną pieśń,
Cyganowi jego pieśni odebrać nie może

Na harfie mostu ponad srebrną rybą rzeki
na mostu wielostrunnej harfie pod namiotem nieba
wiatr śpiewa kasydę ciemnych gołębi
kasydę gołębi ze snów i kamienia

katedraEwa Maria Slaska

Podążajmy za marzeniami

Wyznawcy teorii karmicznej twierdzą, że twoje życie się spełni, gdy połączysz w swoim życiu karmiczne losy twego ojca i twojej matki. Mnie się to przydarzyło dwa razy. W roku 1999 i w roku 2006. Na Odrze i w Hiszpanii.

W roku 1999 po raz piąty i ostatni odbywał się Polsko-Niemiecki Statek Literacki na Odrze. Zaplanowałam na ten rejs, wtedy jeszcze zresztą nie wiedziałam, że ostatni, iż będziemy podczas rejsu tworzyć i drukować książkę. To były te właśnie słowa – podczas rejsu tworzyć i drukować książkę – które połączyły Ojca mego i Matkę moją w mym własnym życiu. Ojciec projektował statki i jachty, budował je i pływał na nich. Matka tworzyła grafiki. Oboje tworzyli książki. W ich mieszkaniu, podobnie jak w ich życiu, były wydzielone i oddzielone od siebie dwie przestrzenie – pracownia Mamy do tworzenia grafiki i pokój Ojca, miejsce, gdzie projektował jachty i wyprawy.

Drugi raz poczułam, że spełniam swe karmiczne zadanie, gdy poszłam – sama – na pielgrzymkę do Santiago de Compostela. W naszej rodzinie to Ojciec podążał gdzieś daleko i to tak, żeby było trudno, a Mama kochała Hiszpanię. Tymczasem wtedy, w roku 2006, to ja szłam na piechotę, a było daleko i trudno, i działo się to w Hiszpanii.

Ja doszłam, a moja siostra Katarzyna i jej mąż po mnie tam przyjechali. Spotkaliśmy się na placu przed Katedrą.

Do Santiago, jednak inną drogą, portugalską a nie hiszpańska, poszłyśmy raz jeszcze we dwie z Kingą w roku 2012. Wchodziłyśmy nie od północy, jak wszyscy, tylko od południa – jak nieliczni. Wejście do miasta na tej trasie odbywa się przez wąski zaułek, przesmyk między dwoma domami.

zaulekTak się dochodzi do Wielkiej Katedry! Miejmy to na uwadze w tym zaczynającym się właśnie roku. Nie zawsze wszystko jest od razu wielkie! Tym niemniej jest tak jak głosił “król” niemieckiej piłki nożnej, Franz Anton Beckenbauer: marzenia trzeba mieć wielkie, bo i tak życie sprawi, że zmaleją.

Na zakończenie jeszcze kilka myśli o marzeniach. Mój wkład do owej książki, produkowanej podczas rejsu statkiem, a nazwanej przez nas “Księga Odry”, poza tym, że zorganizowałam, oczywiście nie sama!, tę imprezę, był całkowitym zaprzeczeniem tego, co dziś chcę tu napisać zamiast życzeń noworocznych. Każdy z nas, uczestników i organizatorów rejsu, miał wnieść do książki kilka linijek, poprosiliśmy też innych zaprzyjaźnionych pisarzy, o zaproponowanie nam krótkich tekstów. Ja się zdecydowałam na starożytną mądrość – strzeż się tego, by spełniły się twoje marzenia, bo gorzko pożałujesz. Przez lata bardzo w to wierzyłam. I to nie dlatego, że jak twierdzi Maja Kossakowska: „Jeśli twoje marzenia zaczynają się nagle spełniać, strzeż się – wkrótce czeka się bolesne rozczarowanie.” Bo nie chodzi mi o to, że po radości przychodzi smutek, lecz o to, że samo spełnienie marzenia jest rozczarowaniem. Księgę Odry tworzyliśmy prawie 20 lat temu. Pewne chińskie przysłowie głosi, że z wiekiem nabywamy mądrości, ale i łagodności. Dziś nie wybrałabym już tego tekstu. Dziś powiedziałabym (zupełnie jak w jakimś poradniku na życie) “Podążajmy za marzeniami, bo bez marzeń nie będziemy wiedzieli jak żyć”. A zwłaszcza – po co? Podążajmy za marzeniami i nie uciekajmy od tęsknoty.

I tego Wam życzymy w roku 2014

Kasia i Ewa

Ranking 2013

Pod koniec roku w gazetach i na portalach pojawiają się rankigi wszystkiego. Najlepsza książka roku, najważniejsze wydarzenie polityczne, najbardziej wpływowa kobieta… Ja poprzestanę tu na rankingu postów, opublikowanych w tym blogu. Publikowałam jeden post dziennie, jeden z przyczyn ode mnie całkowicie niezależnych musiałam wyrzucić (ale zdążył się ukazać i ktoś go jednak zdążył przeczytać), ukazały się więc do dziś, jak łatwo policzyć, w roku 2013 – 363 wpisy, a ogółem – 373. Stworzyło je ponad 80 autorów. Niektórzy pojawili się tylko raz, inni tworzyli dużo, kilkunastu zostało zreblogowanych, więc trudno powiedzieć, czy w ogóle byli naszymi autorami, ale można ich było u nas przeczytać. Ogólnie lista nazwisk współtwórców blogu jest wcale nieskąpa. Skąpo jest natomiast z komentarzami. Wydaje mi się, że wordpress, czyli platforma, na której się publikujemy, żąda od potencjalnych komentatorów zbyt wielu danych osobistych, co niestety odstrasza. W sumie pojawiło się niewiele ponad 500 komentarzy wartych publikacji. Te niewarte odsiewa na wordpresie specjalna maszynka i było ich w porywach do 20 dziennie.

WordPress prowadzi również statystyki dzienne, które przesuwają sie jak fala, obejmują zawsze miesiąc, a każdy przesunięty na lewo słupek oznaczający kolejny wpis znika bezpowrotnie.

statystyki2Z kolei statystyki dla poszczególnych wpisów za cały okres istnienia blogu trzeba sobie otwierać pojedynczo, co przy próbie analizy, jaka była poczytność/ oglądalność jakiegoś wpisu jest nadzwyczaj męczące. Zwłaszcza gdy chcemy sięgnąć do statystyk dotyczących wpisów sprzed kilku miesięcy.

Ale i bez analizy rachunkowej wiem, że absolutne rekordy popularności pobił wpis przygotowany przez Lidię Głuchowską, a opublikowany 22 marca:

Kobieta i koń. Rewers

Film Jurija Gashaka „Kobieta i koń” zrealizowany został jesienią 2012 w Starej Synagodze w Drohobyczu przy okazji festiwalu Brunona Schulza. Inspiracją była fotografia Mariusza Kubielasa „Kobieta karcąca fortepian w obecności trzech świadków” wykonana w 2006 roku w Iłownicy i należąca do tworzonego przez niego od 2004 roku cyklu fotograficznego „U Schulza“. Na cykl ten składa się około 40 prac czarno-białych wykonywanych metodą określaną przez autora „fotografią czystą, bezpośrednią”, a więc wolną od jakichkolwiek modyfikacji komputerowych i fotomontażu, opartą wyłącznie na tradycyjnych procedurach manualnych. Niekiedy ostateczny efekt poprzedza kilkanaście zdjęć jednego ujęcia, niekiedy zaś nawet kilka filmów. Te jedyne w swoim rodzaju fotografie zawierają wizualną kwintesencję scenariuszy i wielotygodniowych „teatralizacji” wnętrz oraz studiów światła, pozwalających wykreować oniryczną aurę.

Film Gashaka, który w spektakularny sposób ilustruje ewokowana przez dzieła Kubielasa strategie zaproszenia do wejścia w obraz fotograficzny, istnieje w dwóch wersjach. Za zgodą autora filmu przekazaną nam przez autora inspirującej go fotografii prezentujemy tu „rewers”.

Hitem okazały się też niektóre lalki Gertraud Pohl oraz te wpisy o poezji, w których pojawiają się piosenki w wykonaniu Marka Grechuty. Wydaje mi się, że o ile przed kilkudziesięciu laty, gdy byliśmy młodzi, tryskała z nas niespożyta energia i pokładaliśmy ogromną ufność w nasze przyszłe osobiste szczęście i powodzenie, podobała się nam inna muzyka. Wtedy oczywiście słuchaliśmy Grechuty, jasne, każdy słuchał, ale nie była to muzyka najważniejsza. O tyle teraz, gdy dostajemy, jak to mawiano w komunie, “napadów” intro- i retrospekcji, a egoistyczne dążenie do własnego ja zastąpiła melancholijna i altruistyczna refleksja, Grechuta stał się głosem naszego pokolenia. Nikt nie jest tak ważny jak on. Hitem był na pewno wpis z 15 grudnia

Poezja/ Ryszard Krynicki

Przepisany na Mamy maszynie tekst piosenki “Może usłyszysz wołanie o pomoc” znalazłam przeszukując jej papiery. (…) Sprawdzam w internecie i oczywiście od razu wyskakują dwa nazwiska. Ryszard Krynicki i Marek Grechuta, piosenka z płyty “Droga za Widnokres” z roku 1972.

O dziwo niemal równą popularnością cieszył się wpis Ewa Śląska jesienią opublikowany 21 listopada przeze mnie i przez Tomasza Grochala. Wydaje się, że czytelników wzruszyła pamięć człowieka, która przeniosła wiersz nieznanej mu poetki przez 40 lat.

slaskajesienia
Tych wzlotów było oczywiście więcej, były też upadki, ale myślę, że poprzestanę na wymienieniu tych trzech wpisów. Za każdym razem, gdy śledziłam, jak w statystykach dziennych rosną słupki wizyt i czytania, wiedziałam, że tu akurat, tym właśnie wpisem, udało mi się trafić w jakiś nasz wspólny czuły punkt.

To bardzo szczęśliwe momenty, które opromieniają mijający właśnie rok, a ten wcale nie był łatwy. Dziekuję moim Czytelnikom i moim Współpracownikom, że mogliśmy wspólnie stworzyć te wpisy i ten ich czuły odbiór!

Poezja – Poesía – Poetry – Poesie / Lorca 2

Tom: Poeta w Nowym Jorku
Z maszynopisu tłumaczeń przygotowanych przez Irenę Kuran-Bogucką do II wydania “Poezji” Federica Garcíi Lorki (wydanie zostało przyjęte do publikacji,  potem jednak z przyczyn finansowych Wydawnictwo Morskie musiało zrezygnować z druku). Tom “Poeta w Nowym Jorku” został wydany już po śmierci Lorki, w roku 1940 w emigracyjnym wydawnictwie w Meksyku. Manuskrypt na wiele lat zaginął i pojawił się w Meksyku dopiero w roku 1997, ale nie zmienił on wydźwięku wydrukowanej książki, która jest przygnębiająca, smutna, mroczna… Sam poeta napisał o niej, że to poezja, przy której człowiek przecina sobie żyły. Tekst przepisany w Archiwum Państwowym w Gdańsku, Oddział w Gdyni.

Boże Narodzenie nad Hudsonem (z cyklu: Sny i ulice)

Ta gąbka popielata!
Ten marynarz z gardłem przed chwilą poderżniętym.
Ta rzeka, wielka rzeka.
Ten wiatr o mrocznych granicach.
I to ostrze, miła, i to ostrze.
Było raz czterech marynarzy, walczących z całym światem,
ze światem twardych grani, widocznych dla oczu,
ze światem, który przebyć można tylko konno.
Był raz marynarz, było stu, był tysiąc marynarzy,
walczących ze światem raptownych prędkości,
a nieświadomych wcale, że świat
istniał jedynie na niebie.

Ten świat jedyny, jedynie na niebie.
Są wzgórza porosłe młotkami i triumf gęstej trawy.
Są żywe, rojne mrowiska i monety wrzucone w błoto.
Ten świat jedyny, jedynie na niebie,
a wiatr u wyjścia z każdej wsi.

Dżdżownica opiewała strach przed toczącym się kołem,
a marynarz z poderżniętym gardłem
Opiewał niedźwiedzia wody, która go miała pogrążyć;
i wszyscy śpiewali alleluja,
alleluja. Puste niebo.
To samo niebo. To samo! Alleluja.

Całą noc przepędziłem pośród rusztowań przedmieści,
brocząc krwią, co spływała poprzez gips projektów,
i wraz z marynarzami zwijając podarte żagle.
A oto stoję z próżnymi rękami w poszumie ujścia rzeki.
Nie jest ważne, że w każdej minucie
noworodek porusza gałązeczkami swych żył.
ani że pośród żmii, skryty pod splotem gałęzi,
syci krwiożercze żądze tych, co wpatrują się w nagość.

Naprawdę ważne jest to tylko: pustka. Jedyny świat. Ujście rzeki.
Świt nie. Świt to baśń bezwładna.
Jedynie to: ujście rzeki.
O moja gąbko popielata!
Moje przed chwilą poderżnięte gardło!
O moja rzeko, moja wielka rzeko!
O mój wietrze, o krańcach, które nie są moje!
O mej miłości ostrze, o raniące ostrze!

Nowy Jork, 27 grudnia 1929 r.

Tłumaczyła Irena Kuran-Bogucka

“NAVIDAD EN HUDSON” de FEDERICO GARCÍA LORCA recita MIGUEL MENASSA NOCHEVIEJA

¡Esa esponja gris!
Ese marinero recién degollado.
Ese río grande.
Esa brisa de límites oscuros.
Ese filo, amor, ese filo.
Estaban los cuatro marineros luchando con el mundo.
con el mundo de aristas que ven todos los ojos,
con el mundo que no se puede recorrer sin caballos.
Estaban uno, cien, mil marineros
luchando con el mundo de las agudas velocidades,
sin enterarse de que el mundo
estaba solo por el cielo.
El mundo solo por el cielo solo.
Son las colinas de martillos y el triunfo de la hierba espesa.
Son los vivísimos hormigueros y las monedas en el fango.
El mundo solo por el cielo solo
y el aire a la salida de todas las aldeas.

Cantaba la lombriz el terror de la rueda
y el marinero degollado
cantaba al oso de agua que lo había de estrechar;
y todos cantaban aleluya,
aleluya. Cielo desierto.
Es lo mismo, ¡lo mismo!, aleluya.

He pasado toda la noche en los andamios de los arrabales
dejándome la sangre por la escayola de los proyectos,
ayudando a los marineros a recoger las velas desgarradas.
Y estoy con las manos vacías en el rumor de la desembocadura.
No importa que cada minuto
un niño nuevo agite sus ramitos de venas,
ni que el parto de la víbora, desatado bajo las ramas,
calme la sed de sangre de los que miran el desnudo.
Lo que importa es esto: hueco. Mundo solo. Desembocadura.
Alba no. Fábula inerte.
Sólo esto: desembocadura.
¡Oh esponja mía gris!
¡Oh cuello mío recién degollado!
¡Oh río grande mío!
¡Oh brisa mía de límites que no son míos!
¡Oh filo de mi amor, oh hiriente filo!

New York, 27 de diciembre de 1929.

pattismith-lorcaPatti Smith reading from the Lorca´s book “The Poet in New York” – Bowery Ballroom in New York “Lorca Tribute” / Patti Smith czyta wiersz z tomu “Poeta w Nowym Jorku” podczas koncertu w Bowery Ballroom pt. “Lorca Tribute” (Nowy Jork, 6/5/2013)

Christmas on the Hudson

That gray sponge!
That sailor whose throat was just cut.
That great river.
Those dark boundaries of the breeze.
That keen blade, my love that keen blade.
The four sailors wrestled with the world.
With that sharpedged world seen by all eyes.
With the world that can’t be traversed without horses.
One, a hundred, a thousand sailors
wrestling with the world of sharp speeds,
unaware that the world
was alone in the sky.

The world alone in a lonely sky.
It’s the hammers and the thick grass’s triumph.
It’s the teeming anthills and coins in the mire.
The world alone in the lonely sky,
and the air where all the villages end.

The earthworm sang its terror of the wheel,
and the sailor whose throat was slashed
sang the water-bear that would hold him close;
and they were all singing hallelujah,
hallelujah. Deserted sky.
It’s all the same, the same! Hallelujah.

I spent all night on the scaffolding of the outskirts
leaving my blood on the stucco projects,
helping the sailors lower their ripped sails.
And I stand empty-handed in the murmur of the river’s mouth.
It doesn’t matter if every minute
A newborn child waves the little branches of its veins,
Or if a newborn viper, uncoiling beneath the branches,
Calm the blood lust of those who watch the nakedness.

What matters is this: void. Lonely world. River’s mouth.
Not dawn. Idle fable.
This alone: river’s mouth
Oh, my gray sponge!
Oh, my throat just cut!
Oh, my great river!
Oh, my breeze with dark boundaries which are not my!
Oh, the keen blade of my love, oh, the cutting blade!

New York, 27th of Dec 1929

This translation I compiled from seven or eight fragments which I found in the internet, all without a name of translator. The last verses were not to be found so I had to translate them by myself.

***
lorcawallenstein2Weihnacht am Hudson

Der graue Schwamm da!
Der eben abgekehlte Seemann da!
Der große Fluß da.
Die Brise da mit dunklen Grenzen.
Die Schneide, Liebstes, da, die Schneide.
Ein paar Matrosen kämpften mit der Welt,
der Welt der kante, die sich schneiden, die alle Augen sehen,
die Welt, die ohne Pferde man nicht kann durcheilen.
Ein Seemann, hundert, tausend ware’n dabei,
zu kämpfen mit der Welt der scharfen Schnelligkeiten,
unkundig dessen, dass die Welt
allein am Himmel war.

Allein die Welt am Himmel, der allein.
Die Hämmerhügel sind und der Triumph des dichten Grases.
Die Emsenhaufen sind, die wimmeln, und im Morast die Münzen.
Allein die Welt am Himmel, der allein,
und auch der Wind am Ende aller Dörfer.

Der Wurm sang des Raders Schrecken,
der abgekehlte Seemann sang
vom Wasserbären, der bestimmt ihm zu umschlingen war;
und alle sangen halleluja,
halleluja. Öder Himmel.
Es ist ganz gleich, gleich, halleluja.

Ich hab die ganze Nacht verbracht bei den Gerüsten in den Vorortstraßen,
derweil das Blut am Stuck der Bauprojekte mich verließ,
und während die zerrißnen Segel einzuziehn ich den Matrosen half.
Und stehe nun mit leeren Händen im Geräusch der Mündung.
Nicht wichtig, dass in jeglicher Minute
Ein neugebornes Kind die kleinen Zweigen seiner Adern regt,
und dass die Viper, die gebiert frei unter dem Gezweig,
den Blutdurst derer stillt, die nach dem Nackten äugen.
Dies ist, was wichtig: Leere! Welt allein. Und Mündung.
Des Morgens Dämmer – nein. Kraftlose Märe.
Nur dieses: Mündung.
O grauer Schwamm, der mein ist!
O Hals, der mein und eben erst durchschnitten!
O großer Fluß, der mein ist!
O Brise, du, die mein, mit Grenzen, die nicht mein sind!
O Schneide, meiner Liebe, o Schneide, die versehrt!

New York, 27. Dezember 1929

Übersetzt von Enrique Beck
Wallstein Verlag, 2008

Stare papiery 7 – oszczędność papieru

Ewa Maria Slaska o Irenie Kuran-Boguckiej

Archiwum, cz. II

W teczce opisanej “Lorca” znajduję zamówioną przez wydawnictwo opinię Roberta Stillera na temat planowanego wydania poezji Federica Garcii Lorki. Zaczyna się nieźle. „Kuran-Bogucka jest tłumaczką bardzo zdolną, wnikliwą i pochłoniętą swoim autorem.” Ale potem następuje miażdżąca, druzgocząca krytyka. Stiller zaleca Mamie, by nie „wgadywała” w Lorkę, tego, czego tam nie ma, by narzuciła sobie „rygor, dyscyplinę i pokorę”, by strzegła się egzaltacji i zakrzykiwania autora. Ma też wyrażać w sposób prosty to, co jest u poety proste, bo sama ma skłonność do zawiłości. Nie ma manierycznie piętrzyć podtekstów, nie ma dodawać tego, czego nie ma. W końcu pisze: „W wielu wypadkach zaczynają się ze sobą przepychać dobra tłumaczka Kuran-Bogucka z mierną poetką Kuran-Bogucką, a inteligentna czytelniczka Kuran-Bogucka przygląda się temu i ponieważ ma równą słabość do nich obu, więc toleruje tę drugą, zamiast ją wyprosić za drzwi.”

Jest też odpowiedź Mamy, tak pełna godności i spokoju, że po prostu wstrząsa. Jestem przyzwyczajona do tego, że część mojej rodziny, na przykład ja, w takiej sytuacji wyciągnie miecz, zabije przeciwnika i przy okazji porani się sama w nogi, druga część natomiast sfrustruje się niepomiernie, ale łyknie tę żabę bez mrugnięcia. Mama tymczasem, udzielna władczyni, dobrze znająca swoją wartość, grzecznie tłumaczy, że pan nie ma racji i dlaczego, a jednocześnie w wielu miejscach spokojnie przyznaje, że pan ma rację, a ona się zastosuje do jego porady. Czytam ten tekst i wścieka mnie, że nie mam czasu, żeby go przepisać, nie mogę mu zrobić zdjęcia, bo nie wolno i nie mogę poprosić o ksero, bo trzeba by wypełnić podanie, dostać zgodę i rachunek, zapłacić rachunek przelewem na jakiejś poczcie, a potem z dowodem wpłaty wrócić do Archiwum, aby odebrać sobie zamówione kopie. A ja mam na wszystko dwa dni czasu. I przed sobą stertę teczek.

Gdy przewracam kartki, papier stawia delikatny opór i leciutko skrzypi, to rozdzielają się sklejone przed kilkudziesięciu laty strony. Sklejone, bo Mama, podobnie zresztą jak Ojciec, a i ja sama, nadzwyczaj oszczędnie obchodziła się z papierem. Pisało się po obu stronach, kopie z maszynopisu wykonywało się na przebitkach. Nanosiło się dodatkowe wyrazy pomiędzy linijkami, aby potem ręcznie dorysować szeroki lejek lub smukłe V wprowadzające wyraz we właściwe miejsce. Jedna z moich maszyn umożliwiała przeciągnięcie na siłę wałka w lewo lub w prawo, aby móc dokonać zapisu na marginesach. Nikogo nie zrażały zaiksowane w maszynopisie litery, wyrazy i zdania.

Papier i klej stanowiły podstawowe narzędzie pracy pisarza. Pisał o tym Parandowski w „Alchemii słowa.” Mama i Tata potrafili ponaklejać na kartce grube warstwy papierów. Pagórki poprawek. Paseczki poprawionych słów i urywków zdań, równiutko wklejonych klejem. Tylne strony arkusików poprzekreślane lub pozaklejane starymi maszynopisami lub rękopisami, żeby się stare nie mieszało z nowym. Lorca z Albertim, hiszpańskie oryginały z kolejnymi wersjami tłumaczeń, teksty Ojca z tekstami Mamy. Gdzieś na odwrocie pojawi się fragment jakiegoś mojego listu urzędowego, z moim odręcznym podpisem, użytego do sklejenia dwóch fragmentów maszynopisu w jedną stronicę.

klejenieGdy spoglądam pod światło, jestem w stanie odczytać te stare teksty, ¡Ay Sewilla se acarcan… ¡Ay Guadalquiwir!

oszczednosc-papieruSfotografowane (nielegalnie) w archiwum – recenzja o grafikach Mamy z jej poprawkami; autor nieznany, osobiście przypuszczam jednak, że jest to tekst pani Heleny Karpińskiej, dziennikarki Radia Gdańskiego.

My już dziś nie wiemy, nie pamiętamy, że tak można było oszczędzać papier. Była to oszczędność, tak mi się dziś wydaje, spowodowana raczej niechęcią do kolejnego przepisywania, bo w końcu ile razy można coś przepisywać. Ale i trudności z kupnem papieru miały w tym swój udział, natomiast na pewno nie wiązało się to ze skąpieniem pieniędzy. Nie wydaje mi się, żeby w tej krainie papieru, jaką był nasz dom, ktoś oszczędzał na papierze jakieś złotówki. Ale trzeba było czuwać nad tym, żeby go nigdy nie zabrakło, bo papier był niezbędny zawsze. Do pisania podań, opinii, artykułów, referatów, listów, wypracowań, do przepisywania bibuły, do pisania tekstów, tłumaczenia i publikowania, do zdjęć, do grafiki. Papier stanowił o naszym życiu, byciu i nie-byciu.

wiersze-na-polareksie2stronyDwa fragmenty wierszy w tłumaczeniu Mamy – “Król Olch” Goethego i “Król Ryszard” Heinego, zapisane na odwrotnej stronie kawałka papieru listowego Polarexu, firmy założonej przez Tatę w latach 90.

Ta oszczędność papieru była najwyraźniej akceptowana przez wydawnictwo. Wydaje mi się, że nawet gdyby dziś ktoś jeszcze dostarczył do wydawnictwa taki maszynopis, co właściwie chyba graniczy z niemożliwością, zwłaszcza, że nowoczesne drukarki nie tolerują papieru używanego drugostronnie, wydawnictwo natychmiast zleciłoby przepisanie tego tekstu, a przynajmniej skopiowanie go, co już zdecydowanie ujednoliciłoby kolorystykę, strukturę i fakturę maszynopisu przeznaczonego do opracowania redakcyjnego. W archiwalnej teczce widać jednak, że tam wszyscy pracują na jednej i tej samej poklejonej przez Mamę kopii, która na pierwszej stronie otrzyma kolejno pięć okejów z datami i podpisami – ostatni Mamy.

okejeWszystkie zdjęcia wykonałam bez zezwolenia w archiwum, używając komórki. Ich jakość pozostawia wiele do życzenia, wiem.

***

Jak już opublikowałam ten wpis, uświadomiłam sobie, że historia korespondencji mamy z Panem Stillerem miała przecież dalszy ciąg – oboje się ze sobą zaprzyjaźnili, latami współpracowali i wymieniali uwagi na temat możliwości tłumaczenia poszczególnych słów. Pamiętam, jak Mama kiedyś, bardzo zadowolona, powiedziała, że nie pasował jej w tłumaczeniu jakiegoś wiersza niemieckiego, bodaj czy nie Grassa, wyraz kabura i wtedy Stiller powiedział jej, że może przecież użyć słowa “patrontasz”. Wydaje mi się zresztą, że to Stiller namówił Mamę do tłumaczenia poezji niemieckiej. W każdym razie u niego, w “literaturze na świecie” zaczęła je publikować.

W następnym tygodniu – skarbczyk

W Nowym Jorku i Toronto

Zbigniew Mierzwa

Właściwie nie planowałem tej podróży. Zdecydowany byłem przegonić złego z kruchej, niemowlęcej skorupki na odległość, choćby przy pomocy skype`a. Panu Bogu w końcu powinno być obojętne, gdzie modli się dziadek chrzczonego dziecka, w Kanadzie, Niemczech, czy w Polsce. Gabriel wziął mnie jednak sposobem. Przysłał mi ozdobną kartkę, z treści której wynikało, że wraz z rodzicami z radością zaprasza dziadka na uroczyste przyjęcie Sakramentu Chrztu Świętego. Następowała data: 13 października 2013 roku i adres polskiego kościoła w Toronto. Nie było innej rady, trzeba było lecieć. Trzęsącymi się ze starczego sknerstwa rękami wysupłałem na bilet lotniczy i 10 października ruszyłem z Monachium za ocean.

Wstępnie do Nowego Jorku, bo do Toronto nie było już wolnych miejsc. Na lotnisku Newark, w sąsiednim New Jersey, czekał na mnie zgodnie z obietnicą mój przyjaciel z dawnych czasów, który zobowiązał się dostarczyć mnie osobiście swoim samochodem do Toronto. Ponieważ dżentelmeńsko wywiązał się z danego słowa, trochę go teraz dla niepoznaki przebiorę i ucharakteryzuję, żeby mógł pozostać w tym reportażu anonimowy, jak tego chciał. Z całym jednak szacunkiem dla faktów. Tak więc Adaś – zwany od dzieciństwa Sową – w towarzystwie swojej przyjaciółki Uli, wpakowali mnie razem z moim bagażem na tylne siedzenie Hondy Accord, która jeszcze pachniała fabryką. Następnie powieźli przez Holland Tunnel biegnący pod Hudsonem, dolny Manhattan, Williamsburgbridge nad East River, na Brooklyn. Stamtąd już tylko kawałek do Quins, gdzie mieszkają. Miałem wrażenie, że przez te dziesięć lat od mojego pierwszego pobytu w nowojorskiej metropolii nic się tutaj nie zmieniło. Ten sam zwariowany ruch na ulicach, niemilknące klaksony, jarzące się światłami wieżowce i mosty, czułem się, jak bym stąd w ogóle nie wyjeżdżał. Ula i Adaś też wizualnie za bardzo się nie zmienili w ciągu tych dziesięciu lat. Nadal szczupłe sylwetki, może się bardziej przygarbiły, jej jakby przybyło sceptycyzmu w kącikach ust, jemu ubyło włosów, ale duchowo nadal byli w dobrej formie.

Ula, o ile się nie mylę, po krakowskiej ASP i z dobrymi, arystokratycznymi korzeniami, po staremu pracowała w hotelarstwie, jako dyspozytorka służb sprzątających pokoje. Adaś, na azbestach. Mieszkali w solidnej kamienicy z cegły, przy Yellow Stone Blvd., w dwóch pokojach z kuchnią, które mieli na własność. W starym mieszkaniu na Green Point, gdzie wcześniej waletowałem, byli tylko lokatorami. Teraz mają więcej przestrzeni i wyższy standard, ale gościnność jest ta sama. Kiedy wchodzimy do mieszkania, Ula natychmiast włącza laptopa i zapala papierosa. Alkoholu prawie nie pije, ale niebieskiego dymka nie może sobie odmówić. W internecie śledzi od dawna namiętnie wszystkie doniesienia komisji Macierewicza na temat przyczyn katastrofy smoleńskiej.

– Co ja o tej tragedii myślę? – pyta. Kiedy zgodnie z prawdą deklaruję się po stronie niedowiarków teorii spiskowej, wywiązuje się ożywiona dyskusja, która pewnie trwałaby do rana, gdyby nie fakt, że na 5.30 Adaś nastawił budzik. W końcu rano jedziemy do Toronto. Ula nie pojedzie z nami, bo w piątki pracuje. Sowa ma kilka wolnych dni w pracy, w związku z okresowymi badaniami lekarskimi w programie World Trade Center, którym jest objęty. Uczestniczył w porządkowaniu cmentarzyska po zamachu 11 września 2001, widział wiele okropności i mówi o tym niechętnie, bo mimo upływu lat trauma trwa.

– Pamiętasz, Guerra, jak mnie w Nowej Hucie chciałeś zamordować? – zmienia temat i rechocze charakterystycznym, przeciągłym śmiechem.

Dorabialiśmy obydwaj w studenckiej spółdzielni pracy Żaczek w jakiejś nowohuckiej papierni i z całego majątku mieliśmy tylko dwa złote. Mnie chciało się sakramencko palić, a Sowie jeść, więc mieliśmy problem, co kupić – dziesięć Sportów, czy jakąś kanapkę, bo na obydwa luksusy nie starczało forsy. Przekonałem go, żeby kupił fajki, przyniósł bułkę i kawałek kaszanki, cały Sowa. Dwa lata młodszy ode mnie, studiował prawo na UJ, ja – bułgarystykę. Nie należał do szczególnie pilnych studentów, ja prymusem także nie byłem, ale udało mi się obronić pracę dyplomową z kilkumiesięcznym poślizgiem. Sowie zajęło to więcej czasu, bo wiadomo, studia prawnicze to nie jakaś filologia. Kiedy pokazał swojej mamie dyplom, odetchnęła z ulgą. Była wdową po ogólnie znanym i szanowanym adwokacie w średniej wielkości galicyjskim mieście i marzyła o tym, aby jej syn jedynak objął schedę po ojcu. Niestety nie objął, poszedł budować gierkowską Drugą Polskę, wyjeżdżał na kontrakty do Kraju Rad, trochę zajmował się interesami, ale przede wszystkim ostro balował. Do tego zawsze miał słabość. Z racji swojej kierowniczej funkcji w jednej z krakowskich organizacji młodzieżowych, bywał na PRL-owskich salonach, poznawał prominentów władzy, znanych aktorów, dziennikarzy. Kiedy system się zmienił, wyjechał do Stanów, nie miał innych pomysłów na dalsze życie.

– Ot tak po prostu, wyjechałeś? – zapytałem.
– Oczywiście musiałem najpierw uzyskać wizę, co nie było proste – odparł. –
Pod amerykańskim konsulatem stały dniem i nocą tasiemcowe kolejki, obowiązywały zapisy, ale woźnym był mój dobry znajomy i pomógł mi wejść do środka. Przyjął mnie Rudy, największy służbista w konsulacie, znany z tego, że dawał prawie zawsze odmowy. Rutynowo otaksował mnie spojrzeniem, byłem ubrany elegancko, w najlepszy garnitur z angielskiej wełny. Ludzie na dworze, głównie z prowincji, prezentowali się inaczej, przychodzili roztrzęsieni, a ja pewny siebie. „W jakim celu wybiera się pan do Stanów Zjednoczonych?” – zapytał. „Turystyczno- biznesowym“ – odpowiedziałem niedbale. „Taaaaaak, a jaki biznes?” „Chciałbym otworzyć w Krakowie sieć koszernych restauracji i szukam chętnych biznesmenów, którzy partycypowaliby w tym pomyśle.” „To bardzo ciekawe”, ożywił się konsul, „radziłbym panu udać się wobec tego na Florydę.”

Był gojem, ale miał żonę Żydówkę i bez ociągania przyznał Adasiowi wizę, a że z restauracji wyszedł całkiem niekoszerny azbest, to już zupełnie inna sprawa. Na usuwaniu szkodliwego dla zdrowia tworzywa, który pokrywał niezliczoną ilość budynków w Nowym Jorku, można było pod koniec ubiegłego wieku nieźle zarobić i zarabia się nadal. Kiedyś monopol na te prace mieli polscy emigranci i przybysze z innych krajów Europy wschodniej, ale zwłaszcza nasi rodacy, dziś coraz mocniej wypychają ich Latynoso. Są najsilniejszą liczebnie mniejszością etniczną w Stanach i widać to w zatrudnieniu, w każdej branży.

Do Toronto mamy z NY niecałe 800 kilometrów. Droga wiedzie znów przez Holland Tunel, do New Jersey i przez Pensylwanię do stanu New York, a więc wydawałoby się – pokrętnie. Tak jednak dziwnie biegną granice tych trzech stanów, bo szlak sam w sobie jest prosty. Wodospad, a właściwie wodospady Niagara, bo są to trzy kaskady, witają nas piękną, słoneczną pogodą, jest ciepło, jak latem. Daruję sobie opis tego powszechnie znanego cudu natury, wpisanego w amerykańską symbolikę. Powiem tylko, że stojąc na tarasie widokowym nad Niagarą, po stronie amerykańskiej – kanadyjska panorama jest jeszcze ładniejsza – zastanowiłem się, jaką miałbym szansę przeżycia, gdybym sobie ni stąd, ni zowąd wszedł do tak leniwie płynącej przed progiem urwiska rzeki. Niagara, płynąca z jeziora Erie do jeziora Ontario musi pokonać prawie stumetrową różnicę poziomów. Gdzieś tak w połowie drogi rzeka rozwidla się na dwie części i spada kaskadami, które mają od 50 do 60 metrów wysokości i do 900 m szerokości. Adaś mówi, że nie miałbym szans, bo to jest mniej więcej dwudzieste piętro, a jednak różni już próbowali, olbrzymka kusiła.

W 1829 r. niejaki Sam Patch skoczył z wysokiej wieży do wodospadu i przeżył ten skok. W 1859 r. znany linoskoczek Jean F. Gravelet przeszedł po linie nad wodospadami, bez zabezpieczenia. Na początku XX wieku 63-letnia nauczycielka Annie E. Taylor zmierzyła się z Niagarą, w specjalnie do tego celu skonstruowanej beczce. Choć poraniona, wyszła z tego eksperymentu z życiem, ale przestrzegła innych przed naśladownictwem. Na próżno, wielu śmiałków próbowało jeszcze na różne sposoby pokonać Niagara Falls i większość przypłaciła to życiem.

Adaś funduje bilet na statek, który podpływa aż pod Wyspę Kozią, rozdzielającą kaskady po stronie amerykańskiej i kanadyjskiej. Na pokładzie prawie sami turyści z Japonii, wszystkich nas jednoczą błękitne, nieprzemakalne peleryny, bo niedługo będzie prysznic. Rejs trwa niewiele ponad pół godziny i pozostawia w uszach dudnienie młota wody o skały. Pod wyspą weszliśmy w wodną mgławicę i przez dobrą chwilę nie było nic widać. Kadłub statku dygotał cały na wirach, byłem pod wrażeniem. Nie bez powodu Irokezi nazywali to miejsce Grzmiącą Wodą.

niagara-sebronHippolyte Victor Valentin Sebron (1801-1879) – “Wodospady Niagara zimą”, olej na płótnie, 1853, Musee de Beaux Arts, Rouen – obraz prezentowany aktualnie w Berlinie na wystawie Irokezi.

Pora ruszać w dalszą drogę. Granicę między USA i Kanadą wytyczają wodospady, za mostem pobieżna kontrola paszportów, mamy jeszcze do zrobienia około 125 kilometrów. Toronto jest największym miastem Kanady, zamieszkałym – na całym administracyjnym obszarze – przez około 6 milionów ludzi i największym na świecie tyglem multi-kulti, w którym znajduje się ponad 150 grup etnicznych. Angielski jest językiem ojczystym dla mniej, niż 52 procent mieszkańców Toronto. Ponad połowa z nich jest emigrantami, co daje miastu drugie miejsce na świecie co do ich liczby, po Miami w Stanach. Według statystycznych danych Polonia liczy w tej aglomeracji blisko 300 tys. osób, ale nieoficjalne dane mówią, że jest ich dwa razy więcej. Do Kanady nie potrzebujemy wizy.

Kiedy jeździ się po takim dużym, obcym mieście samochodem dobrze jest mieć elektroniczną nawigację, a przynajmniej zwykłą mapę, a tego niestety nie posiadamy. Mój syn nie może nas znikąd odebrać i poprowadzić, ponieważ, tak jak zapowiadał, poszedł z żoną i szwagrem na mecz koszykówki. W końcu udaje się jednak odnaleźć jego adres, ale trochę to trwa. Młodych jeszcze nie ma w domu, dziecko zostawili pod opieką rodziców żony syna i mogą użyć trochę wolności. Teść Tadeusz, techniczna dusza, chodzi po mieszkaniu metrowymi krokami i liczy, ile może ono mieć metrów kwadratowych. Zięć mu powiedział, że sto pięćdziesiąt, a jemu wydaje się, że jest więcej. Tak, czy owak, miejsca dla gości nie powinno zabraknąć, jest gdzie spać i biesiadować. Obowiązki szefowej kuchni pełni gościnnie jego żona, Ewa, której talentom kulinarnym nie sposób się oprzeć. Obydwoje są z Podlasia i choć od 30 lat mieszkają w Monachium, w śpiewności mowy tego nie słychać. Ich dzieciom, które urodziły się już poza krajem, łatwiej między sobą komunikować się po niemiecku, w domu jednak zawsze mówiły tylko po polsku.

Zakradam się na palcach do pokoju Gabrysia, śpi, jak suseł. Rzekomo do mnie podobny, ja tego jakoś nie widzę. Dopiero nazajutrz, jak się rozkrzyczy i trzeba będzie coś z tym fantem zrobić, pomoże muzyka. Biorę małego na ręce i coś tam podśpiewując tańczę w rytm, wtedy się uspokaja. Mnie można było kiedyś tak samo przekupić, więc faktycznie wykapany z niego dziadek. Przed południem przylatuje do Toronto babcia Mira. Nasz młodszy syn nie mógł dotrzeć, prowadzi w Monachium własną firmę i interesy nie pozwalają. Później zjawiają się goście ze Stanów, dom się zapełnia. Jagoda, przyjaciółka Ewy, jeszcze z rodzinnych stron mieszka od lat w Mayfield w Pensylwanii, niedużym mieście, rzekomo podobnym trochę do Karpacza. Przyjechała samochodem z córką i synem, którzy są mniej więcej rówieśnikami naszych dzieci. Jagoda pracuje jako pielęgniarka w hospicjum, Nicole w firmie farmaceutycznej a Patryk ma własny biznes ogrodniczy. Towarzyszy im koleżanka Nicole z pracy i jednocześnie narzeczona jej brata, Stefanie, która jest najprawdziwszą Amerykanką, nie rozumie ani słowa po polsku, ale z naturalnym wdziękiem udaje, że w ogóle jej to nie przeszkadza.

Siedząc na tarasie przy kawie i domowym serniku gawędzimy sobie zresztą najpierw w grupach, młodzi między sobą po angielsku, starzy po polsku. Za to wieczorem, przy szaszłykach z rożna i wodzie rozmownej nastąpi prawdziwa integracja i pomieszanie języków. Stefanie nauczy się mówić bezbłędnie na zdrowie, swojemu chłopakowi powie kocham cię, a byli żołnierze przy stole odśpiewają kilka marszowych pieśni. Próbujemy It`s a long way to Tipperary, ale ze słowami kłopot, za to Pałacyk Michla i Katiuszę znamy na pamięć, echo pięknie niesie te pieśni z tarasu na ósmym piętrze. Szkoda, że nie ma z nami Krzyśka, męża Jagody, który nie rusza się nigdzie bez akordeonu, ale gra właśnie na jakimś polskim weselu w Nowym Jorku.

– Zdrastwujte, a wy otkuda tak choroscho znajete russki? – pozdrowił nas nazajutrz w windzie skośnooki sąsiad z siódmego.

Wybieraliśmy się właśnie z Mirą i małym na spacer. Trochę zmieszany podziękowałem sąsiadowi za komplement, przeprosiłem za zakłócenie ciszy nocnej.

– Nic się nie stało – powiedział uprzejmie już po angielsku. – Jestem z Kazachstanu i z wykształcenia muzykiem, gdybyście fałszowali, wezwałbym policję.

Mieszkanie, w którym mieszkał mój syn z rodziną, zlokalizowane było niedaleko centrum miasta, w ładnie zadrzewionej, eleganckiej dzielnicy i należało do jego pracodawcy, sporej, skandynawskiej firmy, prowadzącej interesy na międzynarodową skalę. Działał w niej już sporo czasu, zaczynał w Monachium, później jeździł służbowo także do Berlina, Frankfurtu, Stuttgartu. Od dwóch lat firma zdobywa rynek kanadyjski i syn tym kieruje. Mówi mi, że zawodowo czuje się zrealizowany. Ma dobrą i urodziwą żonę, była informatykiem w pewnej amerykańskiej korporacji, a kiedy została mamą, przeszła na urlop macierzyński. Ich syn jest zdrowym dzieckiem i prawidłowo się rozwija, żyją dostatnio, mogę się tylko cieszyć. Też tak chcieliśmy, gdy przed laty oboje z Mirą wyjeżdżaliśmy na Zachód.

– Będziecie mierzwą dla swoich dzieci – przepowiadał nasz tyski sąsiad, Krystian.

Był przyrodnikiem z wykształcenia i zamiłowania, więc takie porównanie i aluzja do mojego nazwiska w jego wykonaniu nie dziwiły, ale osobiście mnie wkurzały. Buntowałem się na myśl, że wyjeżdżam z kraju tylko po to, żeby zostać jakimś nawozem dla swoich dzieci. Prawda, nie miałem żadnych konkretnych planów na swoją emigracyjną przyszłość, tylko naiwnie, po polsku wierzyłem, że jakoś to będzie, a z pewnością dużo lepiej, niż w kraju. No i rzeczywiście jakoś mi się wiedzie. Dziś z przekonaniem mogę powiedzieć: mówcie mi mierzwa, czyli nawóz!

Ciąg dalszy w przyszłym roku

Ten wpis został opatrzony “tagiem” porady kulturalne, a to dlatego że koniecznie trzeba iść na wystawę o Irokezach. Kto więc mieszka w Berlinie, albo się tu w najbliższych dniach wybiera, to niech pospiesza do Martin Gropius Bau. Wystawa jest czynna do 6 stycznia. Więcej informacji w linku (proszę kliknąć na słowo Irokezi w podpisie pod obrazem zimowej Niagary).

Świąteczny kogel-mogel

roszpunka3Viktoria Korb

Pomieszanie z poplątaniem

„Narzekanie na Święta jest nasza główną tradycja bożonarodzeniową” – stwierdził niedawno dziennikarz katolickiego “Tygodnika Powszechnego”.

Ja nie narzekam, bo jestem ateistką w trzech religiach – żydowskiej, prawosławnej i katolickiej, po wychowaniu się w Polsce. Nasze święta były absolutnie “multikulti”, czyli wymieszane.
Religijność mej mamy, Rosjanki z rodziny teoretycznie prawosławnej, była raczej uśpiona.
Jej rodzice też nie byli zbyt wierzący, mało
tego w czasach stalinowskich, w których się wychowała,
ceremonie religijne były tępione. ksiezniczka-i-ksiaze-zaba3Mój rosyjski dziadek do tego się nie wtrącał, a moją matkę i babkę w sumie określiłabym jako “pobożne ateistki”. Czasem wieszały na ścianach ikony, ale modlitw nie uprawiały, do cerkwi tez nie chodziły. Czasem tylko stękały, “o Boże”, co robią nawet ateiści. Mój ojciec z kolei był pochodzenia żydowskiego, ale z rodziny zasymilowanej. Z kim? Zależało to od zmiennych granic nieistniejącej wówczas Polski! Czyli głównie z Austriakami i Polakami z monarchii Austro-Węgierskiej. Jego wyznanie było w metryce wpisane jako żydowskie, ale faktycznie też było żadne. Tak więc nasze święta po wojnie w Polsce były raczej kwestią rytuałów, a nie potrzeb religijnych.
Rodzice nie byli zbyt pewni, co świętować i kiedy.
Mama znała daty rosyjskich świąt, ale nie bardzo było
jak je obchodzić w Polsce – były zbyt egzotyczne.ksiezniczka-glogu-zla-krolowa3
Z kolei ojciec tylko mętnie znał przepisy żydowskie. Zresztą wchodziły one przecież w skład kuchni polskiej, a szczególnie świątecznej. Ten bałagan pogłębiały próby przekabacenia dzieci przez władze. Tępiły one obchody religijne i próbowały dać nam jako Ersatz obchody noworoczne z piękną (trzeba przyznać) choinką i zabawą w Pałacu, ówcześnie Stalina, a obecnie Kultury i Nauki.

Za to nasza gosposia ochrzciła mnie potajemnie, bo nie chciała, by “takie dobre dziecko poszło do piekła”. Ojciec kiedyś zaskoczył mnie przy wieczornej modlitwie na kolanach i wybił mi wiarę z głowy, odmawiając kupna nowego tornistra.
Polecił mi, bym się modliła o tornister do Boga, skoro
w niego wierzę. Niestety moje modlitwy nic nie dały
i straciłam wiarę.krolewna-sniezka3

W ten ideologiczno-obyczajowy rozgardiasz wkroczyli nasi warszawscy sąsiedzi. Rodzina o nazwisku Dryzner, które nie przeszkadzało ojcu rodziny walczyć w czasie wojny w ruchu oporu, praktycznie zaadoptowała nas na święta. Zresztą żyliśmy w ogóle symbiotycznie. Oni zapraszali nas w Wigilię. Świętowali według tradycji, choć pan Dryzner pracował w KC PZPR – dla mnie jeszcze jeden wyraz ideologicznego “kogla mogla” i paradoksów PRL-u. My, dzieci, zostałyśmy wciągnięte w przygotowania i pomagałyśmy pracującej pani domu w robieniu ozdóbek na choinkę – dla niej była to też integralna część świętowania. Wkładem naszej rodziny do kolacji wigilijnej były głównie “wódeczki” oraz pomarańcze
i banany, przysyłane z Wiednia przez przyjaciół
mego taty z krolewna-na-ziarnku-grochu3dzieciństwa. Wkład Dryznerów był za to pracochłonny, a gwiazdą wieczoru były kluski z makiem – cymes! Nasi rodzice chodzili też razem na bale sylwestrowe, zostawiając nas, bachory, same. Mieliśmy spać spokojnie razem, ale wychodziliśmy przez okno na rusztowania i spacerowaliśmy po nich wisząc na rękach. Huśtaliśmy się tez na drzwiach i robiliśmy zawody skakania z szafy na kanapę. Zwycięzcę ja dekorowałam orderem zrobionym własnoręcznie z czerwonej włóczki. Lub też smarowaliśmy śpiącym towarzyszom twarze surowym jajkiem lub pastą do zębów. Po przymusowej emigracji z Polski w 1968 roku “do Izraela”, świąteczne rytuały nam zostały, bo wręcz weszły nam już w krew.
Do dziś, jeśli bym nie obchodziła Wigilii,
wpadłabym w depresję.kopciuszek3

Zresztą ta emigracja “do Izraela” to był pojęcie bardzo umowne. Losy naszej rodziny były bardzo powikłane, przez wiele lat mieszkaliśmy w różnych krajach. Moja siostra przez kilka lat w Izraelu, ja w Anglii i w Berlinie. Ale od 1973, gdy nasi rodzice się ustabilizowali, świętowaliśmy już pięknie w ich domu z wielkim ogrodem w Leverkusen w kilku językach. Dom stał się wręcz przytuliskiem dla licznych gości z Polski. Jednym ze szczytów w tej dziedzinie była Wigilia pewnego znanego polskiego socjologa, który zawisł w Berlinie na święta w czasie podróży służbowej. Jest to bardzo pobożny katolik, ale uparł się, by spędzić święta z nami.
Broniłyśmy się przed tym z obawy, że nie damy rady sprostać
jego religijnym wymogom. Ale poddałyśmy się
i przybył na naszą Wigilię z prezentami,
modlitewnikiem i śpiewnikiem. malgosia-bez-jasia3Odśpiewał wszystkie obowiązkowe kolędy i był rozanielony. Przy wielu Wigiliach naszej rodziny wracał uparcie jeden motyw: nasz ojciec krytykował karpia po żydowsku, przygotowywanego przez naszą mamę. Albo było w nim za mało cebuli i za dużo rodzynek, albo na odwrót. Jak powtarzał za każdym razem niemal obrażony, jego żydowska matka robiła tę rybę dużo lepiej. Gdy opowiedziałam to mym polskim znajomym, uśmiechnęli się pobłażliwie i wyznali, że ich ojcowie też uważali, iż ich matki robiły lepsze potrawy świąteczne niż ich żony…

Na zdjęciach dekoracje świąteczne w wielkim berlińskim domu towarowym KaDeWe w roku 2011 – każde okno przedstawiało inną bajkę, tu od góry:
Roszpunka, Księżniczka-Żabka, Śpiąca królewna,
Królewna Śnieżka, Księżniczka na ziarnku grochu,
Kopciuszek, Czerwony Kapturek.

Zdjęcia Ewa Maria Slaska

Wigilia vs Puppendienstag

also ein Post mit zwei Beiträgen in zwei Sprachen / jeden wpis ale w dwóch różnych częściach i w dwóch językach

Roman Brodowski

Wieczerza

Stary kalendarz wiszący na ścianie,
Wypełniony naszym doświadczeniem
Przypomina, że święta nadchodzą,
Czas rodzinny – Boże Narodzenie.

Stół nakryty już białym obrusem,
Pod nim sianko skoszone jesienią
I potrawy matczyne, dwanaście…
Zapachniało w domu polską ziemią.

Pod choinką, w gościnnym pokoju
Ozdobioną szklanymi bombkami.
Leżą w worku prezenty świąteczne
Które przywiózł mikołaj…, saniami.

Jeszcze tylko święcony opłatek
Jeszcze tylko modlitwa, życzenia,
I możemy zasiadać do stołu,
W czas jedności, miłości, spełnienia.

Niech za oknem, na bezkresie nieba
Jak co roku, właśnie o tej porze
Śpiewa gwiazda zwiastowania,
Że się w stajni rodzi Dziecię Boże.

Gertraud Pohl ging diesmal mit Christine im Gepäck ins Museum für Völkerkunde und den Markt der Kulturen besucht. So sind ihre Fotos für den Weihnachtsabend entstanden.

DSC09540.webpodwojne2malawigilijnaDSC09535.webDSC09539.webpodwojne1

Z życzeniami

Krystyna Koziewicz

„Z pierwszą na niebie gwiazdą
Bóg w waszym domu zasiędzie.
Sercem Go przyjąć gorącym,
Na ścieżaj otworzyć wrota-
Oto co czynić Wam każe
Miłość, największa cnota…”
JAN KASPROWICZ

…I PRZYCHODZI CZAS, BY ZASIĄŚĆ PRZY WIGILIJNYM STOLE…

mikolaj-kadeweNa całym świecie grudzień jest najbardziej świątecznym w kalendarzu miesiącem, w którym rozpoczyna się nieustające święto zakupów. Pierwszy etap zaczyna się od kupowania prezentów na Mikołaja, którego postać kojarzona jest z brodatym staruszkiem, z torbą wypełnioną prezentami. Ów staruszek, wedle legendy z XV wieku, przemierza świat w saniach zaprzężonych w renifery, wchodzi do domu przez komin i wypełnia dziecięce skarpety zabawkami i słodyczami.
Po pierwszym etapie przychodzi drugi – to pogoń za prezentami „pod choinkę”. To dalszy ciąg zwyczaju wzajemnego obdarowywania się, moment spełniania najskrytszych marzeń… A marzenia ludzie mają przeróżne… Na przykład wnuczka Asia pisze w liście do „Gwiazdki”, że chce, by „babcia wyzdrowiała po ciężkiej chorobie raka…” Kolega z klasy Asi chciałby, aby wszystkie prezenty zostały wysłane do Domu Dziecka… Tylko pozazdrościć rodzicom, że mają dzieci o tak wielkim sercu. To wielki dar od losu! Bo DAJĄC – uszczęśliwiamy samych siebie, bo właśnie w dzieleniu się z innymi odnajdujemy radość. To taki rodzaj dziwnej arytmetyki, w której nie ubywa nam z tego, co mamy, mimo że się tym dzielimy. Przy okazji, niejako, wzbogacamy samych siebie, bo otrzymujemy w zamian coś znacznie droższego, coś, czego nie można kupić za żadne pieniądze świata, czyli – RADOŚĆ osoby obdarowanej, jej UŚMIECH i SERCE.

W wielu domach te oczekiwane cudeńka spoczywają pod choinką. Bywa, że jakieś ciekawskie oczy zajrzą do środka i CZAR niespodzianki gdzieś pryska, generalnie jednak każdy chce dotrwać „pierwszej gwiazdki”, by tradycji stało się zadość. Nawet dorośli z drżeniem serca oczekują tej magicznej wręcz chwili i cieszą się, jak dzieci, gdy wreszcie nadejdzie…

W okresie przedświątecznym wielką radością jest też odświętne dekorowanie całego domu. Czarowne są te wszystkie fantazyjnie migocące światełka, kolorowe ozdoby choinkowe oraz pieczenie ciast różnej maści, a potem także gotowanie wigilijnych potraw. Co jak co, ale nie da się uciec od tego wszystkiego, co stało się już odwiecznym rytuałem i wciąż trwa. Bo to magiczny i pełen wzruszeń czas. W tę niezwykłość, jaką są Święta Bożego Narodzenia, wpisane są cudowne aromaty, których pełno snuje się po kątach wypucowanego mieszkania Któż oprze się egzotycznym zapachom cynamonu, kardamonu, gorących pierników, gotowanych uszek z grzybkami, smażonego karpia, którego zapach mile łechce nasze zmysły…? Na to wszystko nakłada się pachnące igliwie choinki i cieszący oczy widok palących się świec. Świąteczna krzątanina udziela się wszystkim i szczęśliwy jest ten, kto nie musi myśleć, z kim zasiądzie do wigilijnego stołu.
Nietrudno jest więc zgadnąć, z czym kojarzą się Polakowi Święta Bożego Narodzenia. To przede wszystkim bliskie spotkania przy stole, dzielenie się opłatkiem,”pierwsza gwiazdka”, prezenty pod choinką, kolędnicy, pasterka i… zapachy, zapachy i jeszcze raz zapachy, które pamięta się przez całe życie i do których się niezmiennie tęskni.

Kochani, ŚWIĘTA zbliżają się milowymi krokami… Już są za progiem…Więc…

„ZATRZYMAJCIE SIĘ NA CHWILĘ W GONITWIE CODZIENNYCH SPRAW.
UCISZCIE MYŚLI.
JEŚLI UDA WAM SIĘ WSŁUCHAĆ W CISZĘ SWEJ DUSZY, TO NA PEWNO USŁYSZYCIE PUKANIE DO DRZWI.
TO BÓG PRZYNOSI WAM SWEGO SYNA, ABYŚCIE GO PRZYJĘLI.
ZAPALCIE ŚWIECĘ, USIĄDŹCIE PRZY WIGILIJNYM STOLE, PODZIELCIE SIĘ OPŁATKIEM I ŚWIĘTUJCIE, ŚWIĘTUJCIE, ŚWIĘTUJCIE…”

MAŁGORZATA STOLARSKA