Stare papiery 6: Wigilia mojego dzieciństwa

Regina Mikielewicz z berlińskiego miesięcznika “Akcenty” poprosiła mnie o kilka słów na temat “mojej Wigilii”. Napisałam, wyszło trochę więcej niż kilka słów.

Ewa Maria Slaska o Irenie Kuran-Boguckiej i Dariuszu Boguckim (Wpis ze zdjęciem prawie ślubnym)

Wigilia u mnie to praktycznie rzecz biorąc wigilia z mojego dzieciństwa, czyli wigilia Boguckich, bo Mama chyba do tradycji wigilijnej nic nie wniosła. Tradycje ustaliła Mama mojego Ojca, Babcia Mita Krynicka, a Ojciec ją tylko z kawalersko-żeglarską fantazją urozmaicił eksperymentami w zakresie tworzenia mazurków wigilijnych. Dokładnie tak: mazurki wigilijne. To był niewątpliwie hit kulinarno-cukierniczy, a wyższość świąt Bożego Narodzenia nad świętami Wielkiej Nocy polegała na tym, że w mazurkach wigilijnych więcej było orzechów i czekolady, czyli było to dokładnie to, “co tygrysy lubią najbardziej”.

rodzice-rocznica-slubuRodzice, 10 rocznica ślubu czyli święta Bożego Narodzenia 1958
zdjęcie zrobione w jakimś obcym mieszkaniu, bo My…
My mieliśmy kaloryfery. I od jakichś dawnych czasów – telefon, ale nie wiem, czy już wtedy.

Tak poza tym – potraw było dwanaście, o sianie pod obrusem nikt najczęściej nie pamiętał, na stole stał pusty talerz dla zdrożonego wędrowca, a na choince wisiały czarodziejskie ozdoby, jakich w żadnym innym domu nigdy nie widziałam – kryształy z poniemieckich kandelabrów. Poniemieckich – w końcu mieszkaliśmy w Gdańsku.

No i wreszcie, jakie to były wigilijne potrawy? Przede wszystkim – żadnych śledzi ani, Boże uchowaj, sałatek z majonezem. Barszcz, w najdawniejszym dzieciństwie – z ziemniakami, potem, gdy ja już też z Ojcem gotowałam, z uszkami. Barszcz gotowała Mama, ale na pewno nigdy nie kleiła żadnych pierogów, ani dużych, ani małych.

Czyli po kolei:

1/ Barszcz z uszkami
2/ Kapusta wigilijna z grzybami
3/ Karp pieczony
4/ Karp gotowany, polany masłem i posypany posiekanym jajkiem na twardo
5/ Ryba w galarecie (chyba dorsz)
6/ Kulebiak z ciasta kruchego z kapustą

Wtedy następowała przerwa na wręczanie prezentów, co było zajęciem bardzo długim, bo prezentów przygotowywaliśmy mnóstwo, wszyscy dla wszystkich, dużo z nich było albo własnoręcznie wykonanych albo odznaczało się jakimś pomysłem lub dowcipem. Na przykład trzy gumowe maty na biurko – podkładki pod maszyny do pisania – podarowane przez Tatę Eryce, Olimpii i Remingtonowi czyli trzem naszym maszynom do pisania. Zawieszki na prezenty też wykonywaliśmy sami i nawet ja przed świętami potrafiłam się wykazać talentem do rysunku. Na każdym prezencie musiał być dowcipny opis osoby obdarowywanej, czasem zagadka, od kogo, dla kogo, często wierszyki, które mistrzowsko układała Mama. Jeden z nich przeczytać można TU.

Po przerwie lub, ewentualnie już podczas rozdawania prezentów, następowały potrawy na słodko.

7/ Kompot wigilijny
8/ Mak z miodem i bakaliami (bez klusek, ciastek, kaszy i innej paszy objętościowej!)
9/ Sernik
10 – 11/ Mazurki wigilijne
12/ Bakalie, czekoladki, pierniczki

Czy muszę dodawać, że ani mak, ani barszcz, ani kompot wigilijny nie smakują dziś tak, jak smakowały ponad pół wieku temu? I to chyba nie tylko dlatego że wszystko we wspomnieniach jest lepsze od rzeczywistości. Po prostu, obiektywnie rzecz biorąc, jedzenie nie smakuje dziś tak jak kiedyś. Podobno ćwierć wieku temu rocznie zjadaliśmy w pożywieniu 3 kilogramy środków chemicznych, a dziś zjadamy 25 kilo.

W następną sobotę drugi odcinek opowieści o archiwum – oszczędność papieru

Reblog: Karol Maliszewski

Znalazłam na Facebooku tydzień temu:
Karol Maliszewski: Udostępniam udostępnione w celu szerszego udostępnienia.

No to udostępniam w celu szerszego udostępnienia.

Karol Maliszewski: Dym


…jak ten policjant, którego buty skrzypią pod oknami szpitala wariatów.

W. S. Reymont

Dym wędruje, wspina się, zahacza o anteny, osiada na gałązkach na balkonie. Skąd tyle gałązek? Jeszcze tylko przypiąć kolorowe wstążki i rózgi jak znalazł. Anita pracuje w przedszkolu. W tym roku razem z koleżankami postanowiły wstrząsnąć. Bo coś te dzieciaki za słodkie dzieciństwo mają. A niech chwilę popłaczą, zanim dostaną właściwe prezenty, gadające lalki i tym podobne. Niech poczują powiew grozy. Życie to nie tylko delicje, ale i nadpleśniała piętka pod szafą. Niejedna rączka po nią sięga. Dym wspiął się wreszcie na wysokość i tego okna. Mam zwyczaj ocknąć się nad ranem, otworzyć okno i spać dalej. Aż do wtargnięcia rzeczywistości. Raczej do muśnięcia. Zamiast skrzypienia dźwigów jest skrzypienie butów. Delikatne przejechanie smyczkiem dymu po nosie.

Na dole w ogródku dymił mój brat. Wypluł płuca w kopalni, jednak nie przeszkadzało mu to przypalać papierosa od papierosa. Rozszalałe porywy kaszlu upewniały mnie, że ciągle tam jest. Nocne szychty przestawiły mu zegar w głowie. Śpi i czuwa zrywami, jak popadnie. Pustkę nocy zapełnia stertami książek. Jest chyba najbardziej oczytanym górnikiem w tych stronach. Byłym górnikiem. Pracownikiem byłej kopalni. Tu wszystko jest byłe. Taki stan egzystencjalny: być w tym, co byłe. Gorzej z teraźniejszością. Dlatego wszyscy głosowaliśmy na pewnego młodego człowieka. Jako burmistrz uzdrowi poczucie czasu. Nie tylko zrobi porządek z teraźniejszością, ma nawet jakieś plany względem przyszłości. W to akurat jakoś nie chce się wierzyć.

Największym sceptykiem jest mój brat. Ufną wiarę w ludzi wypluł razem z płucami. Teraz wszystkim patrzy na ręce. I tym na dole w miasteczku, i tym na górze w Warszawie. Nawet sobie patrzy. Widzę to z okna. Unosi je pod światło i patrzy, czy drżą. Coś mruczy do siebie. Moje ręce czy nie moje? Może to mi się śni? Tak naprawdę leżę zwinięty w kłębek w maleńkim pokoju. Ciało wyrzuciło z siebie kłąb obrazów i rozrzuciło je po całym domu. Jeden z nich wbił mnie w krzesełko na tarasie, kazał palić i nasłuchiwać. Znów się powtórzy skrzypienie butów, ale nikogo nie będzie widać. Może wyżej jest jakaś ścieżka, alejka, chodnik za drzewami. Obsesyjne skrzypienie butów.

Powrót mężczyzn z nocnej szychty. Nieśmiałe wsuwanie się do pozostawionej przez żony ciepłej pościeli. I jak za mgłą płacz dzieci, zapach przypalonego mleka. Albo inny powrót: w kłębach dymu kolejki, w piwiarnianym gwarze. Rozkoszny półobłęd, zataczanie się między drzewkami ogródków działkowych, czuwanie na wycieraczce, wreszcie dźwięk klucza, właściwa dziurka. Dom.

Życie w miasteczku musi przybrać inny obrót. Inaczej ma wschodzić słońce, inaczej zachodzić. Przy innych dźwiękach, zapachach i nawykach. Młody obiecał. On ma sposób na tę inność. Niczego się nie lęka. Kopalnie zrówna się z ziemią, żeby wspomnień nie było, niepotrzebnego rozdzierania szat. Szaty i tym podobne trafią do muzeum. Kilofy. Marki. Kaski. Szpady. Niech dziatwa sobie ogląda w ramach lekcji wychowawczej.

A wczoraj wieczorem brat płakał, patrząc na wynoszone z „Halemby” ciała. Ale zaraz potem się wkurwił. Szopkę z tego zrobili – powiedział. Rząd wykorzystał te śmierci do swoich celów. Media też nie lepsze. Tylko żer się liczy. Nawet do dupy zajrzą, żeby jakąś ciekawostkę znaleźć. Od rana do wieczora bębnią. Niesmak. A miało być wzniośle. Te dwadzieścia kilka ciał jako pretekst. Mięso medialne. Przy okazji rząd i wiodąca partia swoją mszę odprawili, pieczeń upiekli. Narodową. Patriotyczną. Dlatego brat od rana jednego za drugim. Chyba od czwartej na tym ganku siedzi. Pogwizduje cicho. Gołębie już trzecią rundę robią na niebie. To go uspokaja. Do telewizora nawet nie podchodzi. Radia nie włącza. Jak w Nowej Rudzie metan zabierał mu kolegów po kolei, to psa z kulawą nogą nie obeszło. Odchodzili w ciszy. Ślad po nich zaginął. – W tym muzeum, co będziecie je robić, zostawcie jedną białą ścianę. I czarnym tuszem wypiszcie te wszystkie nazwiska. Jeden znicz niech się cały czas pali. Nic więcej – mówi przy śniadaniu.

Okno jest lekko uchylone. Tym razem musi się wyjaśnić. Jeszcze chwila i w kwadrat widzenia wpycha się monotonnym krokiem drobna staruszka ubrana na czarno. Wygrzebała skądś za ciasne buty i to one tak skrzypią jak trupięgi. Na plecach worek. W ręce długi kij. Dzisiaj przeczesuje nasze kontenery. Wcześniej musiała operować gdzieś wyżej.

Ciągnę za sobą warkocz dymu. Gaźnik się dławi, kaszle. Zatrzymuję się w przydrożnym warsztacie. Wracam z pracy w Jeleniej Górze. Rozmyślam nad zaginionymi rękopisami Peipera, nad kształtem walizki, miną złodzieja. Albo te „Bagienne niezapominajki”. Chciałbym je znaleźć, pierwszy przeczytać, zachwycić się, ogłosić drukiem. Po godzinie odbijam od tego brzegu. Borówno. Zjedz je równo. Czarny Bór. Byle knur. Kochanów. Bez przerwy zamieniany mazakiem żartownisia na „Róchanów”. Szarpana wstrząsami mała główka w okularach. Droga wije się, wpada w dolinki, znów się podnosi stromo. Widzę wystrzelający w górę kopczyk ruin zamku Rogowiec. Ci ludzie przed nami… Ich strzemiona, czapraki, tarcze. Ich myśli, przeżycia, uczucia. Zapadło się, zrównało z ziemią. Ale jest do odkopania. Rycerze, górnicy, spiskowcy odnajdują się gdzieś tam w ciemnościach. Ocierają się o siebie.

Mija siedemnasta, nikogo nie ma. Można zgasić światło i pójść do domu. Czekam jeszcze chwilę. Wpada były główny księgowy PSS „Społem”. Też pisze wiersze. Czuć od niego alkohol. Mówi, że to tylko piwo. Zasiedział się w „Góralu”. Zapomniał, że to dzisiaj wtorek. Zebranie. Czekamy we dwóch, gawędząc o tym, co by tu można zrobić. Jak zainteresować chwilową poezją? Stajemy na głowie i nic. Wieczorki poetyckie z drabinami, dymami, sypaniem się liści na głowy publiczności, psychodeliczną muzyką i nic. Rozrzucane po rynku broszury, antologie i tomiki wręczane znajomym. Opanowanie prasy lokalnej, stworzenie rubryczek pod hasłem „Przygraniczny pegaz”. Zapraszanie kolegów z Czech, łączenie się w pary ponad granicami. I nic. Poezja dalej nikogo nie obchodzi. Nagle olśnienie. Księgowy pacnął się w łysinę. – Panie kolego, bo to tak ma być. Tak ma być! Działamy jak rycerstwo takie, o, partyzanci ducha, tworzymy intersubiektywną niszę nadwrażliwych. – No i co z tego? Dla kierownika wydziału kultury to nic nie znaczy, cofnął nam dotację na przyszły rok.

Pojawia się eteryczna sekretarka szefa fabryczki pończoch i staników, Sylwia. Pisze wiersze wzorowane na najlepszych wzorcach liryki kobiecej. I wtedy do mnie dochodzi. Tak, tak, o tym będę mówił. Już najwyższa pora. Jest nas tylko troje, ale to nic. Zaraz pojawią się młodzieżowi aktywiści, najwięksi pasjonaci (tydzień temu pożyczyłem im Ważyka), uczniowie likwidowanego Technikum Górniczego. Kiedy już wszyscy członkowie Sudeckiego Klubu Literackiego „Dziewięćsił” zajmują swoje miejsca, zaczynam.

Proponuję powrót mężczyzn. Dość zniewieścienia, podlizywania się feminizmowi, uginania się pod rzekomą presją ducha czasu. – My też mamy coś do powiedzenia – mówię. A w ostatnich latach utarło się przekonanie, że od mówienia rzeczy ważnych są kobiety. Mężczyźni wycofują się, tworząc zamknięte getta osobników niezdolnych do innowacji. Być może jest tak, że nastał czas kobiet, ale to nie znaczy, że nie może dokonywać się jednocześnie powrót mężczyzn. Zdejmijmy z barków kobiet ten nadmiar ciężarów. Odnoszę wrażenie, że one też mają dość. Nie uciekajmy od obowiązków, dźwigajmy z godnością to, co nam pisane. Bądźmy dobrymi ojcami, chodźmy do jakiejś pracy. Ale wszystko w oparciu o ideę tworzenia, nieustannego rozwijania się. Mężczyzna twórca – podniosłem głos, może niepotrzebnie – a nie tylko rozpłodowiec, jakby chciały to widzieć niektóre kobiety. Bo do takiej roli nas ostatnio zepchnięto. Daliśmy się zepchnąć. – To znaczy co? To znaczy jak? – podniosły się głosy. – Wróćmy do podmiotowej wyrazistości. Nie zamazujmy własnego głosu. Już ten gest powrotu będzie coś znaczył w pustce. Wróćmy do człowieczeństwa, a role płciowe wypoziomują się same. – Przepraszam – wyszeptała Sylwia. – Czy to znaczy, że ja mam używać teraz męskich końcówek? – Nie, kochanie, korzystaj ze swoich, tak jak do tej pory. O to chodzi, że kobiety wcale nie utraciły swej podmiotowości, wręcz przeciwnie, to nam się ona ostatnio rozmyła. – Ale ja nie chcę być poetką mniejszą – bąknęła z kąta Ismena, ekspedientka w sklepie z torebkami. – W świetle ustaleń Blooma dystynkcje Miłosza tracą moc. Ci według niego mniejsi urastają w naszych oczach. To już poeci mocni, więc wszystko przed tobą. W sieci sprzecznych enuncjacji może zabłysnąć twoja gwiazda, a jej światło raz będzie znaczy więcej, raz mniej. Po prostu pisz. To jedyny ciekawy moment naszej egzystencji. Ale dość na tym. Na następnym zebraniu za tydzień oczekuję twórczości nowego typu. Czekam na wiersze z mocno zaznaczoną osobowością, może to być nawet surowe i toporne, ale od czegoś trzeba zacząć. Jeżeli chodzi o zaplecze teoretyczne, to nie musicie się  lękać, mam właśnie coś takiego w ręce.

I zacząłem cichym, opanowanym głosem czytać im wybrane fragmenty pism Harolda Blooma. Po ich wysłuchaniu zgodnym głosem orzekli, że powrót mężczyzn jest jednak możliwy. Dyskutowali o tym hałaśliwie, gdy ja zamykałem klubową piwnicę. Klucz powiesiłem na zardzewiałym gwoździu obok kółeczka z cyfrą 7. Zaprosiłem wszystkich do „Górala”. Mieliśmy to oblać. Poza tym bardzo chcieli przyjrzeć się jakimś wyrazistym osobowościom. I znaleźliśmy takie. Wprawdzie niektóre z nich spały przy stolikach, ale w świetle bijącym od telewizora ich twarze mimo wszystko wyrażały stanowczość i siłę.

 

Munch, Przybyszewski, Głuchowska…

…or return of the Avantgarde into that blog after a long break and the end of so called Munch year 2013 on 12th of Dezember. 2013 we celebrate the 150th anniversary of Edvard Munch’s birth on 12th of December 1863. Munch is one of the most important artists of Modernism, and a number of cultural events with focus on his work was arranged all over the world in the Munch year.

01 munch stationTube Station Töyen, near to Munch-Museum in Oslo (Photo make by Lidia Głuchowska)

Anyway it is a wonderful story and I am sure you have never know, that – maybe, maybe – the most famous picture in the world was influenced by Polish writer!!!!

Lidia Głuchowska

Munch, Przybyszewski and The Scream

Munch recorded Stanisław Przybyszewski’s demonic physiognomy many times, not only in portraits but also in such figure compositions as In the Man’s Brain, Man’s Head in Woman’s Hair, Jealousy or Virgin Creeper. And not without reason; Przybyszewski was known in Berlin as the “king of Bohemia” and more ambiguously as the “German satanist” as well as (after Strindberg) “the ingenious Pole”.
His book from 1894 was also considered genial. It was the first monograph devoted to Munch, who at that time was appreciated by few.
Munch’s paintings and Przybyszewski’s monograph, which initiated the research on Munch, opened in 1893 the “expressionist epoch”, which was closed by Przybyszewski’s most distinguished novel – The Scream (1914–18) – and by his memoirs (1926), which contain a mythologized genesis of Munch’s most famous work and recount the writer’s visits to Norway.
This article will present how during this epoch several (pre)expressionist works in word and image were created, which confirmed both the transmedial career of Munch’s The Scream and Przybyszewski’s writings concerning the Norwegian artist’s oeuvre.

munchPhotographie d’Edvard Munch 1908-1909 musée Munch / Photo Annie Dalbéra

(…) The mystified genesis of the picture

In 1926, when recalling the circumstances of the creation of the “Psychical Naturalism” essay (which was the origin of his monograph The Works of Edvard Munch), Przybyszewski (re)interpreted it in the following way: When my study of Munch showed up, the whole literary fraternity was convinced that I’d lost my mind. Munch came up to me greatly moved: “I’m terrified that somebody is eavesdropping on me in my most secret, creative moments, but I’ve also eavesdropped on you.” The next day he showed me his famous painting, which I now constantly see in books on futurism: Skrig – The Scream. Przybyszewski thus described his friendship with Munch as a relationship in which they both considered each other as their alter ego.

In another passage in his memoirs, he even suggested that his rhapsody from 1893 anticipated and inspired Munch’s painting: “I can’t imagine that you could transform a literary work in color in a more powerful way – in this case Totenmesse [Polish: Requiem Aeternam, Requiem Mass].”

To read more, to see the pictures, to know captions of pictures and quotations – look here: Gluchowska-Munch-Przybyszewski

4a-schreikuchen-2-e1485192770765

One of the thousands marchendising items invented for the Munch Year, photographed in Munch Museum in Oslo: Skrik Kake.

Zapamiętane

Krystyna Koziewicz

Z cyklu: Pamiętam ten dzień

Milicjant czyli opowieść (prawie) wigilijna

Pamięć ma zagadkowe sita, nie wszystko rejestruje, co by się chciało, a jeśli już, to chyba to, co trzeba i warto! Czasem dziwimy się, że wiele obrazów z przeszłości umyka nam z głowy bezpowrotnie, niektóre zaś pozostają na zawsze, jak na twardym dysku. Od czego to zależy, nie wiem? Opiszę tu jedno z tych zdarzeń, które wciąż wspominam, mimo iż minęło prawie czterdzieści lat.

Opole_RondoOtóż, w latach 70 brakowało w Polsce mieszkań dla młodych małżeństw. Jeśli miało się szczęście, to mieszkało się kątem u rodziny albo wynajmowało  kwaterę – tak się kiedyś mówiło.

W tym czasie byłam wysoko brzemienna, bez własnego lokum. Starałam się poprzez urząd miejski o mieszkanie komunalne, ba nawet byłam osobiście z wizytą u prezydenta. Od wodza miasta usłyszałam wiele gorzkich słów pod moim adresem, który kierując wzrok na mój brzuch, zrobił mi wykład o planowaniu sobie życia. Otrzymałam „genialną” radę,  by najpierw starać się o mieszkanie i od tego są spółdzielnie mieszkaniowe , a dopiero potem planować dzieci”. Muszę przyznać, że urzędujący prezydent szybko mnie oświecił. „W takim razie, idąc tokiem takiego myślenia – dedukowałam  głośno – miasto za kilkanaście lat będzie wyludnione, bo na mieszkanie czeka się 20 – 25 lat, a w wieku 40-45 lat dzieci się nie rodzą”. (Przynajmniej wtedy się nie rodziły). Prezydent już nie chciał słuchać dalszych wywodów, pokazał mi drzwi, na co zareagowałam, tak jak chciał, ale nim wyszłam na korytarz, na odchodne powiedziałam,” że w takim razie miastu nie będą potrzebne przedszkola, szkoły, nauczyciele, wychowawcy i wiele innych rzeczy…”.

Traf chciał, że znalazł się człowiek, niestety nadużywający alkoholu, który zaproponował, że nam odsprzeda swoje mieszkanie. Pieniądze pożyczyła rodzina, zamieszkałam zatem z mężem w lokalu, który, jak się później okazało, należał do milicji. „Właściciel” służbówki otrzymał od nas bardzo wysokie odstępne (właściwie był to wykup), skrywając przed nami fakt, że administratorem mieszkania była komenda wojewódzka. Informacja o nielegalnych lokatorach szybko rozeszła się wśród „życzliwych” sąsiadów, którzy poczuwali się do obowiązku zawiadomienia przełożonych o dokonanym przez nas przestępstwie. Na reakcje władz nie trzeba było długo czekać, otrzymaliśmy wezwanie do natychmiastowego opuszczenia lokalu.

Łatwo jednak nie chciałam się poddać, w końcu byliśmy tam zameldowani, mieszkaliśmy więc dalej, ale w ciągłym stresie przed ewentualną eksmisją. Sytuacja stawała się coraz bardziej dramatyczniejsza, kiedy otrzymałam wezwanie do natychmiastowego osobistego wstawienia się w wydziale administracyjnym milicji. Tym razem nie mogłam zignorować wezwania i z brzuszkiem tuż… tuż… przed rozwiązaniem doczołgałam się pod właściwy adres. Pan urzędnik – milicjant wyższego stopnia nie chciał ode mnie żadnych wyjaśnień, natychmiast nakazał podwładnemu pisać na maszynie tzw. moje zobowiazanie o dobrowolnym opuszczeniu lokalu. No i pisał chłopina jota w jotę to, co szef dyktował: „niniejszym obecna tu KS urodzona… roku… w… nr  dowodu osobistego… wyraża zgodę na opuszczenie nielegalnie zajętego mieszkania w ciągu 2 tygodni, w przeciwnym razie zostanie przymusowo eksmitowana do poprzedniego miejsca zamieszkania pod adresem…
– Gdzie Pani ostatnio była zameldowana? – pyta urzędnik.
– W dowodzie osobistym jest napisane, Dom Dziecka w S… – odpowiadam.
– W Domu Dziecka? –  facet z wytrzeszczonymi oczyma zajrzał do dowodu, po czym zamilkł. Zapanowała cisza, która być może trwała z pięć minut, dla mnie… wieczność. Nagle patrzę, a urzędnik wyrywa kartkę z maszyny, drze na kawałki, wrzuca do kosza i wychodzi z pokoju. Po jakimś czasie wraca z powrotem, podchodzi do mnie, odprowadza do drzwi mówiąc łamiącym nieco głosem:
– A teraz proszę iść do pokoju nr… i tam otrzyma pani przydział na to mieszkanie i proszę  w sobie mieszkać tak długo, jak długo będę chciała.
Hmm… nie pamiętam, jaka była moja pierwsza reakcja, pewnie z wrażenia nawet nie podziękowałam.
Nie dowierzałam własnym oczom, że w ciągu kilku minut trzymałam w ręku przydział na mieszkanie, z którego miałam być eksmitowana na bruk. Ten dzień i ta dramatyczna chwila często powraca we wspomnieniach, ilekroć odwiedzam dzieci mieszkające w „moim” mieszkaniu. Bo kto by się spodziewał w tych czasach, że milicjant w komunistycznym kraju okazał się być człowiekiem? Podobnych ludzi na pewno można w życiu spotkać tylko… trzeba jednak mieć odrobinę szczęścia.  Miałam wielkie „szczęście w nieszczęściu” i właśnie temu urzędnikowi z Opola z Komendy Wojewódzkiej z lat 70 poświęcam ten artykuł.

Poezja/ Ryszard Krynicki

wolanie-o-pomoc-klein

Ten przepisany na Mamy maszynie tekst znalazłam przeszukując jej papiery. Chodzę po domu i mruczę pod nosem, wołanie o pomoc, Kamiński, wołanie o pomoc… Wiem, że znam, wiem, że była taka piosenka i śpiewał ją mężczyzna. Niemen? Nie! Wodecki? Och, nie? Kto, kto śpiewał “Wołanie pomoc”? Gdyby to było 20 lat temu, ta kartka Mamy wpędziłaby mnie do grobu. Teraz, gdy już wiem, że nie wiem, pytam w internecie. I oczywiście od razu wyskakują dwa nazwiska. Ryszard Krynicki i Marek Grechuta, piosenka z płyty “Droga za Widnokres” z roku 1972 (obecnie do dostania w komplecie 40 CD pt. “Świecie Nasz”).

Może odnajdziesz w wyludnionym domu
bukiecik włosów na ściętej pościeli
i białą jabłoń kwitnącego szronu
może usłyszysz wołanie o pomoc
może usłyszysz wołanie o pomoc
może usłyszysz wołanie o pomoc

Okrutne piękno żelaznego świata
oświecać będzie naszych snów podziemia
ziemia zapłonie jak zamierzchła lampa
i nasze ciała będzie w chłam przemieniać
może usłyszysz wołanie o pomoc
może usłyszysz wołanie o pomoc
może usłyszysz wołanie o pomoc

Łagodne piękno współczesnego świata
osłaniać będzie nasze jasne czoła
do starej ziemi wciąż będziemy wracać
jeżeli nawet tylko cisza nas zawoła
może usłyszysz wołanie o pomoc
może usłyszysz wołanie o pomoc
może usłyszysz wołanie o pomoc

Okrutne światło przemiennego świata
oziębia nasze wspólne ciężkie serce
jeżeli nawet zabłądzimy w gwiazdach
to tylko twoje serce nas uśmierci
może zdążymy ci jeszcze dopomóc
może zdążymy ci jeszcze dopomóc

I w dobijaniu śmiertelnie raniony
do gwiazd do których żywi nie słyszeli
i w ocaleniu kruchej łzy z ogromu
może zdążymy ci jeszcze dopomóc
może zdążymy ci jeszcze dopomóc
może zdążymy ci jeszcze dopomóc

Moja Mama, Irena Kuran-Bogucka, przepisała ten tekst w dwa lata po ukazaniu się płyty, podejrzewam zresztą, że go nie tyle przepisała, co spisała, stąd błędy.  W tekście też są jakieś nieporozumienia. Co to na przykład jest ta ścięta pościel? Może zmięta? I w co się przemienią nasze ciała? W tła? W chłam? Szukałam w internecie oryginału wiersza, szukałam też tłumaczeń na inne języki. Nie znalazłam. Jakby ktoś miał… Po bibliotekach szukam w tomikach wiersza Krynickiego, oryginału. Też nie znajduję. Tekst-widmo. Diabeł ogonem nakrył. A może autor widmo? Może to wcale nie Krynicki tylko rzeczywiście Kamiński? Nieprawdopodobne, ale… Więc też szukam. I w końcu znajduję.

Piszę maila do Ryszarda Krynickiego, ale piszę też do Ryszarda Kamińskiego. Proszę o oryginalny tekst wiersza. Za Kamińskiego, dziennikarza “Wprost”, odpowiada pani, która pisze, że przestał pracować w redakcji ponad 10 lat temu. Krynicki nie odpowiada.

Rozmyślam o tym, dlaczego Mama przepisała ten wiersz? majewskiogrechucieOdpowiedzi na wszystkie pytania udziela mi niestrudzona poszukiwaczka, bibliotekarka i archiwistka, Annekathrin Genst, która odkryła, że wiersz (rzeczywiście autorstwa Krynickiego) został napisany jako piosenka dla Grechuty i dlatego nie został włączony do żadnego tomu. Pisze o tym Wojciech Majewski w biografii Grechuty (Społeczny Instytut Wydawniczy “Znak”, 2006). To wyjaśnia oczywiście również, dlaczego trzeba było wiersz przepisać. Po prostu trzeba było… A nazwisko Kamiński? Krynicki nie był wówczas na indeksie czyli liście autorów zakazanych – sprawdzam, ale takie to tam sprawdzanie w internecie – nie ma go w instrukcji PRL-owskiej cenzury z listopada 1977 roku. Z kolei Mama wcale nie musiała tego wiedzieć. Krynicki był uważany za poetę opozycyjnego, a piosenka “Może usłyszysz wołanie o pomoc” była rodzajem manifestu udręczonych. Trzeba się było kamuflować. Zacierać ślady, jak mówiła Mama.

PS. 10 grudnia, w dniu gdy przygotowywałam ten wpis, była rocznica urodzin Grechuty (10.12.1945).

Stare papiery 5 – Archiwum – Zimowe błoto

Ewa Maria Slaska o Irenie Kuran-Boguckiej

28 listopada 2013 roku. Jadę do Archiwum Państwowego w Gdańsku, oddział w Gdyni. Ta Gdynia okaże się nadzwyczaj ważna, bo o ile budynek w Gdańsku znajduje się w samym centrum miasta, na ulicy Wałowej, o tyle oddział w Gdyni, o, to już zadanie i wyzwanie. Telefonuję na Wałową i otrzymuję adres w Gdyni. Handlowa 11. Patrzę na mapę. Nie ma. Sprawdzam w spisie ulic – nie ma. Dzwonię. Miły pan tłumaczy mi, że muszę pojechać do Cisowej i że archiwum znajduje się na granicy z Rumią. W Rumi byłam raz w życiu, sto lat temu – szliśmy stąd na grzyby do pobliskiej Puszczy Darżlubskiej. Poza tym Rumię zna każdy, kto się interesuje polityką i stosunkami polsko-niemieckimi, bo było to miejsce urodzenia Eryki Steinbach. W Cisowej nie byłam nigdy. Mówię to panu po drugiej stronie linii telefonicznej. Proszę przyjechać do Gdyni i koło Dworca wsiąść na ulicy Wójta Radtkego koło Hali w autobus R. Trzeba dojechać do Coca Coli. Jadę, szukam, wszędzie gdzie można pójść źle, zgodnie z prawem Murphy’ego idę źle. Ale jest. Jest przystanek, jest autobus, jest pani w autobusie, która tłumaczy mi, gdzie mam wysiąść, bo kierowca nie wie. Jadę. Jadę. Jadę. Tereny przemysłowe, hale, terminale, fabryki, estakady. Ostatnio widziałam takie krajobrazy w filmie „Dziewczyna z lilią” według Borisa Viana. Wysiadam. Słońce, błękitne niebo, wielki nadmorski wicher. Budynek Archiwum w remoncie. Jest jeszcze bardziej filmowo niż przedtem. W głębokich wykopach stoi głęboka woda. Chyba nigdy nie widziałam tak głębokich wykopów i takiej ilości błota i błotnistej wody.

archiwum-blotoWchodzę przez drzwi bez tabliczki, że to tu i bez stopni do wejścia. W środku hol bez światła. Szukam na oślep. Jest sala, jest miła pani. Wypełniam dziesiątki papierów, w tym rewersy z czasów przed cyfryzacją. W tym archiwum jest miło, ale wydaje się, że wszystko tu sięga czasów przed cyfryzacją. Także przepisy. Nie wolno fotografować, nie wolno kserować, nie wolno korzystać z artykułów młodszych niż 30 lat. O wszystko trzeba złożyć pisemny wniosek i dostać zezwolenie. Wreszcie o godzinie 12:28 wjeżdża do pracowni wózek z teczkami. Fotografuję, oczywiście bez zezwolenia, teczki na biurku. Otwieram bez wyboru, skąd mogę wiedzieć, która będzie ciekawa. W pierwszej poprawki do wstępu do Albertiego, w tym tekst Mamy o jej drodze jako tłumacza.

archiwum-teczki-drzwiDruga od góry teczka opisana moim pismem „Pieśni i romanse Andaluzji” Garcia Lorca – bez Federica! Książka ukazała się zresztą nie pod tym tytułem tylko jako „Poezje”. Pod spodem naklejka: 1978-1983 Archiwum Państwowe w Gdańsku Zespół 2417 numer 1807. W teczce tabelka – zapis, ile zarobiła Mama na tej książce.  W roku 1978 za tłumaczenia 28 tysięcy, w roku 1980 – 64450, w roku 1981 – 15925, 1983 –  143 850. Dodatkowo w roku 1981 za prace graficzne – 24350. Razem ponad ćwierć miliona. Ale co to jest? Dużo? Mało? Próbuję zrekonstruować miniony świat. Jednak jest to chyba dużo, w końcu byłam wtedy jeszcze w Polsce, gdzieś chyba mogę nawet sprawdzić, ile zarabiałam rocznie. Kilka lat wcześniej, gdy pracowałam na uniwersytecie, miałam pensję 1200 złotych miesięcznie. Honoraria są więc zupełnie niezłe. Kiedyś, za jakiś większy jednorazowy zarobek Mama przy pomocy mojego męża kupiła Ojcu malucha. Ale to było wcześniej, a też, jeśli dobrze pamiętam, były to pieniądze za sprzedaż dużej partii grafik. Jednak w roku 1980 jest to dużo pieniędzy. Ale może wcale niedużo, w końcu w tym czasie mama pracowała już nad tłumaczeniami od 20 lat i chyba nigdy nic na nich nie zarobiła. Ale jednak jednorazowo – dużo. Upieram się przy tej myśli, bo próbuję sobie przypomnieć, czy miałam poczucie, że rodzicom się właśnie lepiej wiedzie. Wydaje mi się, że nie. Ich świat zawsze, w moim odczuciu dziecka czy młodej kobiety, był światem bez pieniędzy, a jego hasłem było – „nie wolno dać się opanować masie towarowej”. Był to świat, w którym starczało na książki, muzykę i kino, jak się dało, to na podróże zagraniczne – po Polsce nikt nie jeździł, co najwyżej do Warszawy, ale to nie były podróże. Z trudem starczało na jedzenie, na luksusy – na pewno nie. W tym świecie Ojciec kiedyś mi powiedział, że nie ma rękawiczek, bo nie ma pieniędzy. W tym świecie pozbierałam kiedyś butelki w piwnicy, umyłam je, odniosłam do skupu, a pieniądze oddałam Mamie. Potem jednak było lepiej. Można było kupić tego malucha i telewizor. Reszta to była jakaś zbieranina mebli po ludziach i wykonanych przez Tatę z innych mebli i płyty paździerzowej. Kiedyś pojawił się dywan, ale nie wiem, czy też był od kogoś. Co się stało z tymi pieniędzmi, które Mama zarobiła za Lorkę? Rodzice nie umieli oszczędzać i nigdy nie oszczędzali, albo więc przejedli te honoraria, albo coś za nie kupili.

Ale co? Przechodzę w myślach z pokoju do pokoju – dziecinny czyli nasz, kiedyś Kasi i mój, teraz mieszkamy tam z Markiem i Jackiem, ale w tym czasie właśnie się przeprowadzamy. Czyli wszyscy mieszkamy już gdzie indziej, teraz to pracownia Mamy do pracy nad tłumaczeniami. Nasze stare szafy, stary tapczan, stare biurko. Obok pracownia Ojca, te same od zawsze regały, ładny stary stół zamiast biurka, stara wersalka. Centralny, pokój oddzielający resztę świata od pracowni Mamy. Wersalka, regały, fotele. Porządne, ale nic nadzwyczajnego. Telewizor. Stary? Nowy? Od kiedy tu jest? Nie pamiętam. Pokój Mamy, tak zwana czarna pracownia, czarna, bo tu się wykonywało odbitki graficzne, wykonywało, a i jeszcze raz czy drugi wykona się w czasie teraźniejszym lat 80. Kuchnia – wykrojona z korytarza i starej wielkiej łazienki – meble z lat 60, stare, prze-strasznie stare, poniszczone. Łazienka i ubikacja – lepiej nie mówić. Żadnych naczyń, żadnych serwisów, sreber, kompletów garnków, ręczników, pościeli. Mnóstwo książek, dużo dobrej grafiki, jasne, nie tylko Mamy, ale i kolegów czy koleżanek, trochę obrazów, ale niewiele i nieważnych, trochę egzotyki przywiezionej z rejsów i wyjazdów. Piękna stara mapa. Kilka pięknych muszli – trofeum Ojca z pobytu na wyspach tropikalnych. Mieszkanie nie remontowane od lat. Remont w mieszkaniu pełnym książek to katastrofa. Mama mawiała, “remont nad nami wisi, a czasami spada”.

Na co poszły te pieniądze? Na życie? Pewnie tak – na życie.

Za tydzień, w sobotę: Wigilia mojego dzieciństwa

Zbyszek

Roman Brodowski, O moim bracie

Zbigniew Brodowski ur. 10.01.1955 w Gdańsku,

działacz Solidarności, v-ce przewodniczący Komitetu Więzionych za Przekonania w stoczni im. Lenina. Uczestnik strajku głodowego zorganizowanego w proteście przeciwko więzieniu za przekonania polityczne, który odbył się w Akademii Medycznej w Gdańsku w maju 1981 roku.
Do stanu wojennego zajmował się kolportowaniem prasy oraz ulotek. Rozwieszał plakaty na terenie byłego powiatu tczewskiego. W domu jego matki Teresy Brodowskiej zamieszkałej w miejscowości Pszczółki, pełniącej funkcję przewodniczącej NSZZ Solidarność w zakładach pralniczych „Śnieżka“ z siedzibą na Oruni, znajdował się punkt spotkań kolporterów, oraz skład materiałów do kolportażu.
Internowano go 13 grudnia 1981 roku o godzinie 4°° w obecności żony oraz maleńkich dzieci. Zakutego w kajdanki policyjną „suką“ wywieziono do obozu w Strzebielinku.

O miejscu jego pobytu rodzina dowiedziała się po siedmiu tygodniach.
Ze względu na stan zdrowia oraz sytuację rodzinną 14.02. 1982 zwolniono go do domu.
Za szkodliwą działalność przeciwko państwu polskiemu, otrzymał tak zwany wilczy bilet (w jedną stronę) czyli paszport na wyjazd z kraju bez prawa powrotu.
Wraz z rodziną wyjechał do Berlina Zachodniego pod koniec maja 1981 roku.

W Berlinie wraz z innym Polakami spontanicznie uczestniczył w organizowaniu pomocy (w formie paczek żywnościowych) na rzecz naszych rodaków potrzebujących materialnego wsparcia w Polsce.

Odszedł z własnej woli w wieku 43 lat, w Berlinie, w grudniu 1998 roku, pozostawiając troje dzieci.
Został pochowany na cmentarzu katolickim w Berlinie-Reinickendorf.

Roman Brodowski
Przed burzą

Mojemu Bratu

To był piękny chociaż bardzo niespokojny wieczór, piątek 11 grudnia 1981 roku. Przyjechałem ze Śląska do domu rodzinnego na kilka dni, by podzielić się moimi obawami dotyczącymi najbliższej przyszłości z moimi bliskimi, biorącymi aktywny udział w bodajże największym po zakończeniu drugiej wojny światowej konflikcie socjalno-politycznym zaistniałym pomiędzy społeczeństwem a polskim rządem, innymi słowy, między „Solidarnością“ a komunistyczną władzą PRL-u.

Wiedziałem, że coś niedobrego wisiało w powietrzu. Kilka dni wcześniej mój serdeczny przyjaciel (którego traktowałem niemalże jak drugiego ojca), podpułkownik w stanie spoczynku, A. Humański, wiedząc o działalności mojej mamy i brata w „Solidarności“, przestrzegł mnie przed czymś, co miało wkrótce nastąpić, a czego on sam wówczas jeszcze nie rozumiał. Otóż niespodziewanie, mimo nienajmłodszego już wieku, otrzymał powołanie do wojska w trybie natychmiastowym. W ciągu czterdziestu ośmiu godzin miał się zgłosić do wyznaczonych koszar. Mobilizacja taka (jak mi wytłumaczył) mogła nastąpić tylko w przypadku bezpośredniego zagrożenia państwa, wewnętrznego lub zewnętrznego.

Siedzieliśmy z bratem, rodzinnie, przy stole, rozmawiając o problemach, z jakimi przyszło nam się borykać w tym kończącym się 1981 roku. Zbyszek długo opowiadał mi o tym, jak to pięknie będzie, gdy związek zawodowy rozłoży „komuchów“ na łopatki. Mówił o historycznej szansie, jaka została nam dana, abyśmy się mogli uwolnić spod wpływu i dominacji ZSRR, o sile w jedności narodowej, dzięki której jesteśmy w stanie zmienić sytuację polityczną kraju. Był dumny z tego co robi i (jak powiedział) przekonany o słuszność swojej walki.
Gdy słuchałem jego relacji dotyczących organizacji strajku głodowego, jaki miał miejsce w akademii medycznej w Gdańsku, trwającego od maja do lipca tego roku, o jego przebiegu, o szczytności celu, jakim był protest w obronie więzionych za przekonania, zrozumiałem, że nie mam prawa, by go w jakikolwiek sposób zawracać z obranej drogi. Z jednej strony byłem dumny z jego działalności, z drugiej zaś ogarniał mnie niesamowity strach o niego, o jego rodzinę, jego młodą żonę oraz malutkie jeszcze dzieci.
Ja niestety nie byłem takim jak on bezkrytycznym i niepoprawnym optymistą. Wiedziałem (i to nie tylko z historii) o tym, jak Układ Warszawski, na mocy klauzuli zawartej w umowie i podpisanej przez wszystkich członków tego paktu, potraktował narody Węgier w 1956 roku oraz Czechosłowacji w 1968, gdy te próbowały wydostać się spod opiekuńczych skrzydeł wielkiego i znienawidzonego brata, gdy upomniały się o prawo do samostanowienia.

Byłem przekonany, że po tym jak w Bydgoszczy jeden z przedstawicieli NSZZ nawoływał do siłowego rozprawienia się z czerwoną, jak określił hołotą, Rosja, w ramach „braterskiej pomocy“ przy udziale związanych układem militarnym państw powtórzy scenariusz z pięćdziesiątego szóstego roku i jako obrońca jedynego „słusznego“ ustroju, rozpocznie czystki z wrogim klasowo elementem.

Ja sam, chociaż nie uczestniczyłem czynnie w tej konfrontacji narodu z władzami, to jednak dzięki kilku wierszom popierającym patriotyczne działania mające na celu uzyskanie suwerenności kraju, jakie napisałem, a które pod osłoną nocy zostały przyklejone na kopalnianych murach w „Dymitrowie“, na „Rozbarku“ i „ Bobrku“ w Bytomiu – też czułem się nieco zagrożony, co jednak było niczym w porównaniu do obaw o przyszłość mojego Brata.
Wieczorem następnego dnia wyruszyłem w drogę powrotną na Śląsk. Do domu powróciłem mroźnym porankiem 13 grudnia. W progu czekała na mnie moja kochana (przybrana) starka*, u której wynajmowałem pokój. Wtuliła się w moje ramiona i przełykając łzy powiedziała:
– W telewizji powiedzieli, że jest wojna. Co z nami będzie synoczku ? – Podniosłem oczy do góry i zobaczyłem pustą przestrzeń. – Boże, dlaczego? – odparłem półszeptem.

* starka – babcia w gwarze śląska cieszyńskiego
Żory 18.03.1983

Ballada o grudniowej niedzieli

To była zwyczajna sobota
Zimowy mroźny wieczór
Na stole pachnąca kolacja
I dzieci siedzące przy piecu.

Za oknem wiatr chłodno tańczył
W gwieździstym balecie nieba
W kuchni zaś ciepło, przytulnie…,
Na ścianie krzyż ulepiony z chleba

Jutro znów będzie niedziela
To już trzynasty dzień grudnia
I czas na wspólną zabawę
Rodzinnie, do południa.

Więc jeszcze dziecięce uśmiechy
Bajeczka na nockę spokojną
Wieczorna z tatą modlitwa,
I sen, – prawdziwa wolność.

*********

Godzina czwarta nad ranem
Przed dom radiowóz zajechał
Ktoś głośno do drzwi zapukał,
Pies niespokojnie zaszczekał…

Weszli do domu, z hałasem
Milicja i młody żołnierzyk
Zaczęli szperać po kuchni
Wśród garnków, wśród talerzy.

Następnie w ciszy, bez słowa
Podeszli do ojca, do męża
Chwycili go mocno za ręce,
Zaczęli do bólu wykręcać

Włożyli stalowe kajdanki,
Jak zwyczajnemu bandycie,
A przecież on walczył o jutro
O lepszą przyszłość, o życie.

Wywlekli go z domu, bez palta
Wsadzili do suki więziennej…,
I szybko ruszyli w nieznane
Gdzie? O to i pytać daremnie

A dzieci w matkę wtulone
Jak małe bezbronne pisklęta
Patrzyły ze łzami w oczach
Ten dzień będą zawsze pamiętać.

Tak, miała być piękna niedziela,
Rodzinnie, aż do południa
A teraz, – no właśnie teraz…,
Teraz trzynasty jest grudnia.

Co będzie jutro? – nie wiemy
Gdzie nasi najbliżsi? – nie znamy
Kolejny dramat w Ojczyźnie!
Nie płaczcie dziatki – wytrwamy!

Żory, 17 grudnia 1981

Tak trudno o tym mówić

Trudno uwierzyć w przyszłość
Gdy hańbą umiera przeszłość.

Trudno uwierzyć w niebiosa
Gdy wiara leży w rynsztoku.

Ty uwierzyłeś w lepsze jutro,
Choć fałsz tańczył wokół Ciebie,

Karmiłeś wilcze stado nadzieją
Chociaż kąsało twe dłonie.

Ja? – ujrzałem prawdę w jej nagości
Kąpiącą się w ludzkim bezwstydzie,

Przyszłość żebrzącą o wsparcie
Dla dobra dziwnej niewiadomej.

Moja nadzieja odeszła w raz z tobą
Zbyt słaby jestem, by wierzyć.

Wilki wyrosłe na twych cierpieniach
Rozszarpują resztki naiwności.

Nie! – nie znalazłem wybaczenia,
Choć mnie o to prosiłeś – Bracie

Berlin 17.01.1998

Starość jest wszędzie

Łucja Fice pracuje jako opiekunka ludzi starych i chorych. W Anglii i w Niemczech. Dotychczas publikowałam tu jej wspomnienia i refleksje niemieckie. Dziś – Anglia. Zaczniemy jednak od wierszy napisanych “na saksach” w Saksonii kilka lat temu. Zbliżają się święta, tak jak teraz. Albo już przed chwilą minęły.

SPACER NA EMIGRACJI
xxx
Wspomnienia na smyczy
Leciwa zima
Na twardych grudach zgnuśniałe liście
O tej porze nie mam cienia
Nie istnieję
xxx
Domki blisko siebie
Jakby bały się prześwitów i odstępów
W oknach za szybą jemioły
xxx
Przyjedź do mnie niebieskim tramwajem
Przywieź gesty słowa i dotyk
Zabierz ze sobą kolorowy lampion
Dziś żegnałam Stary Rok
Wyprowadziłam go za próg
Był stary, zmęczony
i niczym stropiony Bóg
Odchodził po kroku krok
xxx
A Nowy Rok jak złodziej
wkradł się po cichu
xxxxxxxxxbez przywitań
choć oczekiwany jak narodziny
nowego losu
xxx
1997

wyspastarcowAnglia. Powieść Łucji Fice nazywa się “WYSPA STARCÓW”, jak trafnie.

Wydawnictwo Warszawska Firma Wydawnicza przygotowało krótki opis powieści wydanej w kategorii “obyczajowa”, choć, jak znam życie, Autorka musiała ten tekścik przygotować sama. Wszystko co się da, wydawnictwo spycha na Autora, bo wtedy to jego czas i jego praca, i jego wysiłek intelektualny.  No ale mniejsza…

Gabryśka Mrozińska wie, co to ciężka „praca na livingu”, czyli całodobowa opieka nad ciężko chorymi ludźmi w ich domach. Myje i karmi swoich podopiecznych, towarzyszy im w cierpieniach i znosi ich humory. Jednak rzadko może liczyć na słowo „dziękuję”, zresztą na porządne pieniądze też. Nie brakuje jej natomiast upokorzeń i rozczarowań. Jeśli serial „Londyńczycy” był portretem młodego pokolenia zaradnej emigracji zarobkowej w Wielkiej Brytanii, to „Wyspa Starców” jest kroniką niewesołych przypadków pięćdziesięcioletniej Polki pracującej nad Tamizą. Mimo wszystko Gabrysia nie poddaje się. Jak mantrę powtarza fraszkę Jana Sztaudyngera: „Wszystko marność i koszmarność, lecz czuję z tym solidarność”.

„Wyspa Starców” to powieść oparta na osobistych przeżyciach autorki, która wyemigrowała z Polski i podjęła pracę opiekunki starszych osób.

Powieść, jak wszystkie zresztą książki Łucji, spotkała się z bardzo dobrym przyjęciem. Autorka udzieliła wywiadu gazecie “Echo Gorzowa”, który przeczytać można TU. Bardzo interesujący. Na zakończenie rozmowy Łucja mówi:

Moje powieści to krzyk dojrzałej kobiety: Polki, matki, żony, która chciałaby pracować w swoim kraju i w swoim mieście. Bardzo bym sobie życzyła, żeby tę powieść o Polkach na emigracji przeczytali politycy i ci wszyscy, którzy mają wpływ na to, co dzieje się w Polsce. Proszę: nie wysyłajcie nas do pracy poza granice kraju, daleko od domu. Nie chcemy rozbijać rodzin, osieracać dzieci i przyzwyczajać się do innej kultury. Nie chcemy udawać, że jesteśmy Angielkami, Walijkami, Niemkami, ale tylko wtedy, gdy przestaniemy być Polkami, możemy być na obczyźnie zaakceptowane. Niech wyjeżdżają młodzi, bo to dla nich świat otworem stoi. A my, wszyscy starsi, powinniśmy jeździć poza granice kraju tylko na wycieczki.

Seume i Fermor. Grudniowa wędrówka

Ewa Maria Slaska

SeumeJGLubię ludzi, którzy wędrują. To chyba wszyscy wiedzą. Pisałam tu już kiedyś o Johannesie Gotfriedzie Seume, który 6 grudnia 1801 roku wyruszył z saskiej miejscowości Grimma
i 1 kwietnia 1802 roku dotarł do Syrakuz. Jego trasa prowadziła z Grimma przez Drezno, Pragę, Wiedeń, Graz, Maribor, Ljubljanę, Triest, Wenecję, Bolonię, Anconę, Terni, Rzym, Neapol, Palermo, Syrakuzy. Posiliwszy się pomarańczami na stokach Etny Seume ruszył z powrotem przez Messinę, Palermo, Neapol, Rzym, Sienę, Florencję, Bolonię, Mediolan, przełęcz Gottharda, Lucernę, Zurych, Bazyleę, Besancon, Dijon, Paryż, Nancy, Strassburg, Wormację, Moguncję, Frankfurt, Fuldę, Erfurt, Weimar, Lipsk do Grimma. Gdy ruszał, miał 37, prawie 38 lat. Był doświadczonym i doświadczonym przez życie człowiekiem.

Portret Seumego z roku 1798 – Hans Veit Schnorr von Carolsfeld

9 grudnia 1933, dokładnie 8o lat temu, na pieszą wędrówkę z Londynu do Konstantynopola wyruszył 18-letni chłopak, inteligentny i wrażliwy, ale zbyt samodzielny
i niezależny, żeby zagrzać miejsce gdziekolwiek, a już na pewno nie w szkołach brytyjskich. Patrick Leigh Fermor wędrował przez cztery lata, w okresie wojny był ważnym współpracownikiem wywiadu brytyjskiego SEO (Special Operations Executive), stacjonował na Krecie i był jednym z dowódców akcji porwania niemieckiego gubernatora Krety, Heinricha Kreipe.

fermor
Ostatnio dużo myślę o tych dwóch wędrowcach, Niemcu i Angliku. Dzieliło ich ponad sto lat, łączyła wędrówka. Oczywiście im bardziej cofamy się w czasie, tym bardziej piesza wędrówka przestaje być czymś tak niezwykłym, jak jest teraz. Przez miliony lat człowiek wędrował i nawet nie wiedział, że mógłby żyć inaczej. Zaczął się osiedlać dopiero 12 tysięcy lat temu, a i to obok zasiedziałych mieszkańców miast i wiosek zawsze byli i tacy, którzy wędrowali, pasterze, kupcy, trubadurzy, czeladnicy zanim pozwolono im ubiegać się o tytuł majstra, uczniowie. Uciekinierzy i niespokojne duchy. Gdy Fermor rusza w drogę jest tak młody, że dopiero musi sobie wyrobić paszport. Proponuje urzędnikowi, żeby jako zawód wpisał mu “bum” czyli hobo, włóczęga, w najlepszym razie wagabunda.  Urzędnik radzi mu jednak, by napisać “student”, co w trakcie podróży okaże się zbawienne.

Ciekawe, że obaj, i Seume, i Fermor wyruszyli dość niespodziewanie, nie robili jakichś długich przygotowań. Buty, płaszcz, plecak, skarpety, bielizna, jeśli pominąć kajet i ołówek, to jest to właściwie wszystko, co człowiekowi jest potrzebne na drogę. Po skończonej podróży Seume pochwali swoje buty, które przez całą roczną wędrówkę obyły się bez szewca. Fermor chwali z kolei wojskowy szynel, znakomitą osłonę od deszczu, wiatru i mrozu. Bo wprawdzie obaj byli w drodze we wszystkich porach roku i obaj szli na południe, czyli ku krajom coraz cieplejszym, ale wyruszyli w grudniu. Dlaczego?

Co skłania wędrowca, który wczoraj jeszcze mieszkał w normalnym domu i normalnym mieszkaniu, do tego, by wstać, wiąć plecak swój i iść w grudniu? Już nawet luty wydaje mi się lepszym miesiącem do zaczynania podróży, lepszym niż grudzień. Jest wprawdzie w lutym luty mróz, ale przynajmniej wiadomo, że zima już się kończy. W grudniu cały ten ciemny i zimny szmat czasu leży jeszcze przed wędrowcem, luty luty też.

Jeśli zatem jutro uznacie, że zimno i nie będzie się wam chciało ruszyć z domu, żeby pójść (uwaga! w Krakowie!) na spotkanie poświęcone Fermorowi, to pomyślcie, że on w taki zimowy dzień, w ulewnym deszczu wsiadł w Londynie na statek towarowy, który przez noc przewiózł go przez kanał do Hoek van Holland. Stamtąd dla piechura otwiera się droga właściwie bezkresna. Aż po Chiny.

 

Carmina – Poezja / według Galla Anonima

Według naszego kronikarza pieśń ta powstała po nieudanym podboju Kołobrzegu przez Bolesława Chrobrego. Pomorskie miasto Kołobrzeg było ponoć nadzwyczaj bogate i waleczni rycerze polskiego władcy, zamiast zdobywać gród, zajęli się łupieniem podgrodzia. Kronikarz tak to opisuje:

Odwoławszy tedy rycerstwo i złupiwszy podgrodzie, Bolesław odstąpił stamtąd za radą starego Michała poza mury, spaliwszy przedtem wszelkie zabudowania. Wstrząśnięty tym wypadkiem, cały naród barbarzyńców niezmiernie się przeraził, a rozgłos Bolesława rozszedł się między nimi szeroko i daleko. Stąd też ułożono pamiętną piosenkę, która nader właściwie wysławia ową dzielność i odwagę w te słowa:

Naszym przodkom wystarczały ryby słone i cuchnące,
My po świeże przychodzimy, w oceanie pluskające!
Ojcom naszym wystarczało, jeśli grodów dobywali,
A nas burza nie odstrasza ni szum groźny morskiej fali.
Nasi ojce na jelenie urządzali polowanie,
A my skarby i potwory łowim, skryte w oceanie!

Dziwne, bo mnie się wydaje, że polskie wojska wcale nie okazały jakiejś niezwykłej odwagi. Tym niemniej pieśń o skarbach i potworach jest wspaniała i niezwykła, i była mottem przewodnim, co prowadziło Ojca na morze i towarzyszyło Mamie w jej pracy graficznej. W oryginalnym cyklu grafik “Dzieje Gdańska”, dwubarwnym, srebrno-złotym, w którym każda grafika składała się ze stylizowanego tekstu i szerokich, pełnych detali pasów ilustracyjnych, była też grafika nazwana “Skarby i potwory”. W papierach znalazłam też dwa szkice do niej. W ostateczne wersji Mama zrezygnowała z wojów, aby móc przedstawić więcej skarbów i potworów, a właściwie przede wszystkim – potworów.

woje-sredniowieczni-kleinWikipedia tak pisze o zdobyciu Kołobrzegu: W 1103 r. umocnienia grodu okazały się zbyt potężne nie zdołano go opanować mimo zaskoczenia obrońców. Co nie udało się w 1103 r., zakończyło się sukcesem w 1107 lub 1108 r. Mieszkańcy w obawie o życie poddali się, a całe Pomorze Środkowe ponownie znalazło się w granicach państwa piastowskiego. Z dumą pisał wówczas o Kołobrzegu Gall Anonim, który uznał je za “miasto sławne”. Królestwo polskie niedługo się jednak cieszyło “posiadaniem” Kołobrzego, bo już w latach 30. XII w. Kołobrzeg znalazł się pod zwierzchnictwem cesarzy niemieckich.

woje-sredniowieczni2-kleinByłby to jeden z nieważnych już dziś incydentów w burzliwej historii średniowiecznej Polski, gdyby nie owa pieśń. Zaśpiewał ją Czesław Niemen 30.07.1979 podczas inauguracji Dni Gdańska. Pojawił się historycznym orszaku, jadąc konno, w stroju woja Bolesława Krzywoustego. Pieśń ta powstała do spektaklu “Kronika polska Galla Anonima” w reżyserii Królikiewicza.

A tu oryginalny tekst pieśni według Galla. Zakładam, że lud polski  układał takie pieśni jednak po polsku, ale jakby nie było pierwotną wersję znamy po łacinie:

Pisces salsos et foetentes apportabant alii,
Palpitantes et recentes nunc apportant filii.
Civitates invadebant patres nostri primitus
Hii procellas non verentur neque maris sonitus.
Agitabant patres nostri cervos, apros, capreas,
Hii venantur monstra maris et opes aequoreas.

skarby-klonowic
Powyżej dwie oryginalne grafiki Mamy z cyklu “Dzieje Gdańska”, jakie posiadamy w Berlinie – “Skarby i potwory” oraz (po prawej) “Gedania” z fragmentem poematu “Flis” Sebastiana Klonowica (1595):

Tu masz okręty z płóciennemi skrzydły,
Tu masz z Zamorza trefne, szydły widły
Maszty wyniosłe z bocianiemi gniazdy
Pod same gwiazdy.

Tu w stradyjektach masz śmiałe bosmany,
Masz z dalekich stron kupce i ziemiany.
Przedawaj, kupuj, handluj…