Zielona miłość

Roman Brodowski

Święta – muszę przyznać – były dla mnie wyjątkowo udane. Niestety minęły (jak wszystko, co dobre) bardzo szybko, i pozostały po nich tylko wspomnienia.
Natomiast okres między świętami a Sylwestrem nie był ani udany, ani przyjemny, a wprost przeciwnie, był to czas smutnej szarości.
Maria niespodziewanie oznajmiła mi, że została zaproszona przez swoich szkolnych przyjaciół na wyjazd w góry, by tam wspólnie przygotowywać się do zapowiedzianych na styczeń sprawdzianów z matematyki, chemii i czegoś tam jeszcze, a co za tym idzie, nie będzie jej przez kilka dni w domu. Oczywiście przyjąłem to ze zrozumieniem, co wcale nie oznacza, że nie było mi przykro, bo przecież tak naprawdę, to właśnie z Marysią wiązałem nadzieje na wspólne i pełne niespodzianek spędzenie czasu wolnego od szkolnych obowiązków. Byłem przekonany, że bycie razem pozwoli nam zbliżyć się do siebie. Najgorsze było jednak to, że nie mogłem zrealizować tego, co miało być niejako kulminacją naszego „sam na sam”, i jednocześnie niespodzianką dla Marysi, czyli wyjazd we dwoje do Malborka. To właśnie tam, pośród murów starego zamczyska, w romantycznej scenerii, z dala od ludzi postanowiłem (po raz pierwszy) wyznać jej niesamowite uczucia, jakimi ją darzę, moją bezgraniczną i wierną miłość. Właśnie tam pragąłem porozmawiać o moich, a związanych z nią, planach, marzeniach, nadziejach. Od wielu tygodni przygotowywałem się na tę przecież trudną dla mnie rozmowę.
Zamiast tego całymi dniami siedziałem w pustym mieszkaniu, spoglądając co jakiś czas przez okno na zaśnieżoną drogę, prowadzącą od dworca kolejowego, w oczekiwaniu na jej powrót.

Do domu powróciła dopiero w ostatnim dniu roku, wczesnym porankiem. Cieszyłem się, jak małe dziecko. Życie znów nabrało ciepłych, wiosennych kolorów. W momencie, kiedy ją zobaczyłem, natychmiast zapomniałem o tym, że mnie zostawiła, że czułem się zawiedziony, opuszczony i że było mi z tym bardzo źle. Najważniejsze było to, że znów jest, że mogłem ją słyszeć, jej dotykać, że mogłem się do niej przytulić, a poza tym to ostatni dzień, noc sylwestrowa, w którą, tak jak wcześniej zaplanowaliśmy, będziemy się bawili w gronie naszych przyjaciół.

Sylwester był naprawdę wspaniały. Po raz pierwszy skosztowałem prawdziwego szampana. Nie jakieś sowieckie „Krymskoje”, ale prawdziwego francuskiego szampana, którego przyniosła ze sobą Jola. Mój nieco euforyczny nastrój, czas i miejsce, w jakim się znajdowaliśmy dodł mi na tyle śmiałości, że w każdej dogodnej chwili, starałem się być jak najbliżej mojej dziewczyny. W tańcu, podczas biesiady, podczas konkursów robiłem wszystko, by przekazać jej to, czego nie udało mi się zrealizować wcześniej, tam w Malborku, a mianowicie wyznać moje gorące uczucie.
Tak Sylwester pozostawił we mnie wiele pięknych wspomnień. Bawiliśmy się wspaniale do samego rana, i gdyby nie to, że byliśmy ostatnimi gośćmi lokalu, który należało punktualnie o szóstej opuścić, bawilibyśmy się o wiele dłużej.
Do internatu przyjechałem w porze obiadowej, dzień przed rozpoczęciem zajęć w szkole. W pokoju czekał już Mietek. Przyjechał tego samego dnia, tyle że wczesnym rankiem. Na stole stało kilka słoików z kiszonymi ogórkami, smalcem i marynowanym mięsem, a na nich wisiały pęta aromatycznej kiełbasy. Obok zaś leżała powiązana sznurkiem, pachnąca jałowcem, szynka.
– Nareszcie w domu – zażartowałem, witając się serdecznie po kilkunastu dniach rozłąki, z moim przyjacielem, a stare dobre przysłowie mówi, „zgłodniałego nakarmić”, dodałem, wskazując na skarby polskiej wsi, kuszące swoim widokiem.

Mijały tygodnie, życie wróciło do normy, a ja wciąż wspominałem moje ostatnie zimowe ferie i niecierpliwie wyczekiwałem listów od mojego kochania. Niestety, nie wiedzieć czemu, zawsze przychodziły z opóźnieniem i nieco rzadziej
aniżeli przed feriami. Fakt ten tłumaczyłem sobie brakiem czasu, spowodowanym nawałem nauki przed egzaminami. Wszakże liceum to nie szkoła zawodowa.
To dziwne, ale wydawało mi się, że od czasu naszego ostatniego spotkania listy, jakie do mnie pisała, zawierały jakby nieco inną treść. Wprawdzie Marysia tak jak dawniej informowała mnie o tym, co porabia, jak się czuje, co słychać w dalekim i bliskim świecie, ale brak w nich było tego czegoś, co daje poczucie ciepła, bliskości, emanacji uczuć…

Nareszcie zbliża się marzec, rozpocznę osiemnasty rok życia. Z tej okazji odbędzie się moja urodzinowa „feta”. Szykuje się dobra impreza. Przed kilkoma dniami wysłałem zaproszenia do mych przyjaciół, no i oczywiście do Marii. Nie wyobrażałem sobie tego wydarzenia bez niej. To ona jest przecież najważniejszym i najbardziej wyczekiwanym gościem, najpiękniejszym podarkiem, o jakim marzę i jaki pragnę tego dnia otrzymać. Uroczystość, za zgodą kierownika internatu, który również będzie w niej uczestniczył, miała się odbyć w pokoju gościnnym. Spodziewałem się około dwudziestu pięciu gości.

Mietek już od wczoraj, niby dobra gosposia, biegał po sklepach, by kupić niezbędne artykuły. Właśnie przynieśli z Adamem dwie skrzynki coca–coli i słone paluszki. To się nazywa prawdziwy przyjaciel. Zaangażował się w przygotowanie mojego dnia, jakby to on sam był solenizantem. Zadbał o wszystko, począwszy od menu, poprzez napoje, wystrój pokoju, a na programie artystycznym skończywszy. Zresztą i inni zaprzyjaźnieni ze mną mieszkańcy internatu włączyli się do pomocy w organizację mojej osiemnastki…

– Doczekałem się, przyszedł, jest – krzyczałem od progu drzwi naszego pokoju, do czytającego jakąś książkę Mietka, wymachując długo oczekiwanym listem.
– I co ciekawego pisze? – zapytał przyjaciel – nie odrywając oczu od lektury.
– Nie wiem, jeszcze nie czytałem – odpowiedziałem, otwierając delikatnie list, by nie uszkodzić pachnącej, białej koperty.
Usiadłem wygodnie i zacząłem czytać.
„W pierwszych słowach mojego listu pragnę…”
Im bardziej poznawałem jego treść, tym szybciej biło mi serce, a na twarzy zaczęły pojawiać się srebrzyste krople potu.
– To niemożliwe, to nieprawda – mówiłem do siebie rozżalonym półgłosem. – Dlaczego, dlaczego? – powtarzałem jak mantrę, jedno i to samo pytanie.
Mietek zaniepokojony moim stanem, podszedł do mnie, objął po przyjacielsku i zapytał o powód mojego załamania. Nie potrafiłem wypowiedzieć słowa, ani jednego słowa. Łzy uwięzły w gardle, piekąc okrutnie, a potem… spowiła mnie ciemność…

Obudził mnie coraz głośniejszy, nieznajomy dźwięk. Tak jakby ktoś mnie wołał po imieniu. Otworzyłem oczy. Leżałem w łóżku, przy którym stał wystraszony Mietek, obok niego lekarz i kierownik internatu. Patrzyli na mnie jak na jakiś kosmiczny obiekt.
– Co się stało? – zapytałem zdezorientowany.
– Nie denerwuj się – uspokajał mnie lekarz – to tylko nerwowe załamanie. Stres.
Poleżysz kilka dni w szpitalu, odpoczniesz, a my w tym czasie sprawdzimy kondycję twojego serca.
– Jak to poleżysz? A moje urodziny. Przecież jutro… – nie dokończyłem.
Przypomniałem sobie treść listu. Zaczynałem rozumieć, co się stało. W liście Maria prosiła mnie o wybaczenie, bo nie przyjedzie, bo chciałaby, żebym o niej zapomniał, bo pokochała kogoś innego i jest z nim szczęśliwa, bo nie potrafi…
Jakże straszny prezent otrzymałem na moje osiemnaste urodziny – pomyślałem – i to od najdroższej dla mnie osoby. Jak z tym żyć? I po co? Przecież sensem mojego życia jest właśnie ONA. Dlaczego, dlaczego?!
Tysiące myśli tańczyło po mojej głowie, zadając coraz to większy ból. Powoli zamknąłem zmęczone powieki i, prosząc w modlitwie Boga o wieczny sen, zasnąłem

Bytom, 1979

Wykłady profesora Dąbrowskiego. IX. Ostatnia z rodu

Ryszard Dąbrowski

Zakończenie

Dawniej ludzkość, a również pewna jej część i dzisiaj, wierzyła, i wierzy, w istnienie świata nadprzyrodzonego. Osoby mające łączność i stosunki ze światem nadprzyrodzonym, szamani, kapłani, faraoni i księża mają posiadać z tego powodu nadrzyrodzoną władzę. Traktowano ich z podziwem, przestrachem i szacunkiem. Wierzono i wierzy się, że przy pomocy istot z tego innego świata, duchów, demonów, aniołów, diabłów oraz bogów, szamani i kapłani potrafią zarówno leczyć ludzi jak i też im szkodzić, zsyłając na nich pecha, nieszczęścia i choroby.

Metody stosowane przez szamanów i znachorów, którzy sami silnie wierzą w ich skuteczność, mają dużą moc terapeutyczną w przypadku chorych podobnie mocno w nie wierzących. Praktyki te przez swoją sugestywność wzmacniają siłę odpornościową organizmu. Szczególną poprawę daje się zaobserwować w przypadku chorób o podłożu psychicznym oraz psychosomatycznym.

W Polsce wierzono, że moc taką posiadają czarnoksiężnicy, czarownicy, czarownice czyli guślice, znachorzy i znachorki. W takiej też kolejności miała być wiekość tej mocy, największa u czarnoksiężnika, najmniejsza u znachorki. Wierzono, że wszyscy oni potrafili czarować. Czary można było zadawać wzrokiem, zaklęciem, uczynkiem, dotknięciem, dmuchnięciem. Poprzez czary można było zesłać biedę i nieszczęście, doprowadzić do kłótni i bójki oraz zesłać choroby na ludzi i zwierzęta. Cechy czarnoksiężnika i czarownika dziedziczyło się po lini męskiej, czarownicą stawało się po matce i cechy te oraz odpowiednie umiejętności dalej przekazywało się córce. Znachorem i znachorką było się w Polsce „na krzyż”, t.j. odziedziczone po matce umiejętności, syn przekazywał swojej córce, która z kolei wtajemniczała swego syna.

Nasuwa się pytanie: kim była Antonina, czy była czarownicą po matce, czy znachorką po ojcu. A może po obojgu jednocześnie? Zastanawia fakt, że zarówno matka jak i babka Antoniny miały na imię Antonina. Czyżby z imieniem tym dziedziczona była nie tylko płeć, ale również „profesja” i powołanie bycia czarownicą. Można postawić tutaj pewną tezę, że jedno z pięciorga wcześnie zmarłych dzieci Antoniny, musiało otrzymać również imię Antonina. Z niezrozumiałych powodów imię to nie zostało nadane żadnemu nowonarodzonemu dziecku, co było kiedyś nagminnie stosowane. Może w przypadku córki przeznaczonej na czarownicę, śmierć jej traktowano jako wolę demonów i tabu użycia go jeszcze raz w tym pokoleniu?

Ciekawym jest, że pierwsza wnuczka Antoniny, córka Franciszka Dąbrowskiego, urodzona w 1918 r. otrzymała imię Antonina. Niestety jej babka nie miała na nią już żadnego wychowawczego wpływu. Rodzina Franciszka wyemigrowała w 1923 r. do Francji i tam pozostała. Franciszek zmarł w 1959 r., a Antonina w 1986 r. Od tamtego czasu nikt w licznej rodzinie Dąbrowskich nie nadał żadnej dziewczynce imienia Antonina. A szkoda.

Tutaj trzeba dodać, że wioska Borcuchy, w której urodziła sie Antonina i gdzie przez 40 lat mieszkała, oddalona jest w linii prostej tylko o 37 km od słynnej Łysej Góry, na której znajdywały się kiedyś stare słowiańskie świątynie. Góra ta była w wierzeniach ludowych głośnym w całej Polsce miejscem schadzek czarownic i złych duchów. Wierzono, że raz do roku czarownice, wysmarowane maścią wysmażoną ze zwłok nieochrzczonych dzieci, zlatywały się tam na miotłach na kongres.

Ciekawe czy i Antonina była kiedyś na Łysej Górze ?

Czy Antonina miała wśród swoich przodków szamanów tatarskich i czy była tego faktu świadoma? Może wśród jej przodków były kobiety pomawiane o to, że są czarownicami? Odpowiedź na te pytania można by się starać znaleźć w dokumentach kurii białoruskiej i kieleckiej, w aktach episkopatów Polski i Białorusi lub przepastnych archiwach Watykanu. Niestety „normalnym śmiertelnikom” akta te są niedostępne. Ciekawe, czy znalazłyby się tam relacje zaniepokojonych proboszczów albo akta procesów czarownic o nazwiskach Buszkiewicz, Wienieczon, Sałek lub Kaczmarczyk?
Nam pozostają domysły, przypuszczenia i spekulacje. Szkoda, że nikt nie zdobył zaufania Antoniny i nie przeprowadził z nią obszernych rozmów.

Interpretacja i analiza poszczególnych metod stosowanych przez Antoninę.

Jeżeli przyjrzymy się leczniczym i terapeutycznym metodom stosowanym przez Antoninę, to uderza ich duża różnorodność. Antonina stosowała też, świadomie lub nieświadomie, metody szamańskie. Może to być kolejnym dowodem na jej tatarskie pochodzenie. Spytana kiedyś, od kogo się tego wszystkiego nauczyła, odpowiedziała: „od moich przodków”. Czyli w edukacji Antoniny musiały uczestniczyć czynnie przynajmniej dwa pokolenia krewnych. Wiedza ta gromadzona była jednak przez co najmniej kilka lub kilkanaście pokoleń.
– Szamani przy pomocy interpretacji snów chorego kontrolowali i oceniali przebieg jego leczenia. Prawdopodobnie i Antonina w tym celu wykorzystywała swoje umiejętności w leczeniu chorych.
– Wierzono, że uroki są przyczyną wielu chorób. Choroby można było zadawać bezwiednie poprzez chwalenie kogoś lub czegoś, co trafiło w złą godzinę. Uroki i choroby zadawali i rzucali też źli ludzie. Znachorki a szczególnie czarownice powinny umieć zażegnywać, odczyniać i zdejmować te uroki oraz zamawiać choroby.
– Okadzanie dymem ziół, mające przepędzić złe duchy, było z dzisiejszego punktu widzenia niczym innym jak leczniczą inhalacją oraz „czyszczeniem aury”.
– W ziołolecznictwie stosowano kiedyś 180-200 różnych ziół i roślin, ciekawe byłoby dowiedzieć się, ile ziół stosowała Antonina.
– Jak wykazały badania składu biochemicznego mleka kobylego, jest ono zbliżone do mleka karmiącej kobiety, co ma być przyczyną jego leczniczego działania.
– Stawianie baniek jest swego rodzaju akupunkturą stosowaną w medycynie chińskiej. Przy bańkach technika ta oddziaływuje na pewną powietrznię, a nie punktowo jak w akupunkturze. Ma to zaktywizować receptory nerwowe chorego organizmu. Stosowano tzw. „bańki suche” i „bańki mokre” gdzie w miejscu ich przystawienia zadrapywano lub przecinano skórę. Nie udało mi się ustalić, czy Antonina stosowała obydwie techniki.
– W medycynie wschodniej, indyjskiej, chińskiej, mongolskiej i japońskiej, istnieje przekonanie o istnieniu w organizmie ludzkim siedmiu centrów nerwowych, tzw. „czakr”. Skupiają one w sobie nerwy sterujące poszczególnymi organami i mięśniami. W przypadku choroby należy zaktywizować poszczególne czakry odpowiedzialne za chore organy. Przykładanie ogrzanych kamieni do odpowiednich punktów ciała jest swoistym rodzajem aktywizacji czakr.
– Leczenie i nastawianie zwichnięć oraz złamań wymagało wrodzonych zdolności manualnych, dużej wiedzy, wielkiej sprawności i zręczności w palcach oraz wieloletniej wprawy. Należało być dużej klasy mistrzem, aby tego typu zranienia skutecznie leczyć bez aparatu rentgenowskiego.

Jak widać wiedza Antoniny była obszerna i oparta na doświadczeniach wielu generacji oraz na praktyce, której musiała mozolnie, latami nabywać. Antonina wiedzy swej nie przekazała w pełni żadnemu ze swych dzieci, choć jedna z jej córek, Maria, leczyła ludzi. Wiedza Marii była jednak powierzchowna, a metody lecznicze jednostronne. Czy dlatego, że w myśl tradycji wiedzę miał przejąć syn a nie córka? Tymczasem wszyscy synowie Antoniny rozjechali się po Europie. Józef, jedyny, który mieszkał nieopodal mojej babki, w 1939 r. poszedł na wojnę i dostał się do niewoli. Po ucieczce z pracy przymusowej w 1942 r. został schwytany i rostrzelany przez Niemców.

Na ostatnim zachowanym zdjęciu Antoniny, z 1951 r., patrzy ona z melancholią, mając zapewne świadomość, że koniec jej życia będzie końcem jej ogromnej teoretycznej i praktycznej gromadzonej latami wiedzy medycznej. Nie udało się jej znaleźć godnego następcy, a może znaleziony i wybrany następca czy następczyni nie chciały cierpliwie, z pokorą i mozołem uczyć się i praktykować.

W kwartalniku „Wisła”, tom IV, z 1890 r., na stronie 194 znajduje się charakterystyka znachorki Jadwigi Jaśkiewiczowej ze wsi Błeszna pow. Częstochowa.

Lekarka owa okazała się kobietą lat średnich, nader prostoduszną i charakteru dobrotliwego, a usposobienia łagodnego, połączonego z pewną dobroduszną rezolutnością. W obejściu, w mowie, w ubiorze niczem nie odróżniała się od zwykłych wieśniaczek, nie było w niej ani cienia udawania i obłudy, ani trochę nie przybierała pozorów ‘mądrej doktorki’. We wszystkiem przejawiały się współczucie dla chorego i szczera chęć przyniesienia ulgi w jego cierpieniu, a nadto najzupełniejsza wiara w skuteczność jej środka. Nie widać było w niej chciwości, za pomoc swą brała tylko dwa złote, ani mniej ani więcej, gdyż także od tej normy zapłaty skuteczność środka zależała.

Czy taka była też i Antonina? Antonina nie brała żadnych pieniędzy. Na pewno silnie wierzyła w skuteczność i niezawodność swoich praktyk. Świadczy o tym następujące zdarzenie. Po wizycie u znajomych „na plotkach”, właścicielka mieszkania znalazła po jej wyjściu w miejscu na którym Antonina siedziała, zwiniętą kulkę włosów. Nie wiedząc co to jest spaliła ją w piecu. Antonina długo szukała swej „kulki”, a osoba, która ją spaliła nie przyznała się do tego. Zmartwienie Antoniny po stracie tego „talizmanu” przybrało takie rozmiary, że się rozchorowała. Emocje psychiczne i autosugestia były u niej tak silne, że wywołały zaburzenia somatyczne i spowodowały chorobę.

Ta kulka włosów ma swój rodowód i związek z kołtunem, który wiekami uważany był za chorobę. W miarę rozwoju wiedzy i higieny osobistej kołtun zniknął z głów ludzkich. Zwyczaje związane z kołtunem przetrwały jednak w tej kulce włosów. Była ona takim zastępczym mini kołtunem. Tak jak ścinanie prawdziwego kołtuna było wielkim misterium, którego dokonywali specjaliści w odpowiednim terminie przy pomocy specjalnych narzędzi i w mistycznej teatralnej oprawie, tak jak ten kołtun musiał być później w odpowiednim miejscu złożony, tak i ten mini kołtun noszony w lnianej szmatce na piersi musiał być po upływie należnego czasu odpowiednio zniszczony. Należało zapobiegać dostaniu się kołtuna w niepożądane ręce. To, że Antonina nie mogła swoich zwiniętych w kulkę włosów zniszczyć osobiście w stosowny dla niej sposób, spowodowało u niej zintensyfikowanie objawów choroby z której ten mini kołtun miał ją wyleczyć.

Jeszcze kilka ludowych ciekawostek etnograficznych z Polesia, skąd pochodzili przodkowie Antoniny oraz kieleckiego, gdzie się urodziła i przez 40 lat mieszkała.

Pojęcie grzechu było kiedyś inne niż dzisiaj. Na Polesiu grzechem było biec podczas burzy, bo zły duch mógł się skryć pod biegnącego. Nie wolno było nazywać ognia po imieniu. Grzechem było wylewanie na niego wody (dozwolone jedynie podczas pożaru), plucie weń, oddawanie moczu. Nie wolno było pluć do wody. Grzechem było bicie ziemi, zwłaszcza na wiosnę, kiedy była brzemienna oraz zabijanie pszczół i ptaków. W kieleckim nie popełniało się grzechu przywłaszczając sobie pokarm z pola, lasu, rzeki, ogrodu i domu z wyjątkiem jajek. (Ciekawe, dlaczego akurat jajek?)

Stosowane przez Antoninę metody nazywano kiedyś znachorstwem i traktowano jeżeli nie pobłażliwie to niekiedy i wrogo. Obecnie nazywa się je alternatywnymi metodami leczniczymi i modny staje się powrót do nich. Medycyna akademicka studiuje te metody i adaptuje je, przejmując niekiedy niektóre z nich do swych praktyk.

Bernard Mencel, który sam był pacjentem Antoniny a ponadto jako „pogotowie ratunkowe” woził ją furmanką do chorych powiedział: „Antonina pozostaje nadal żywą legendą naszych okolic”.

Aby przedłużyć pamięć po Antoninie Buszkiewicz (po mężu Dąbrowskiej) oraz żywotność jej legendy spisano tutaj to wszystko.

麻將/麻将. Mahjong.

Ewa Maria Slaska

Zapewne wielu z Was zna mahjonga czy też madżonga jako grę internetową, polegającą na mechanicznym zrzucaniu klocków parami. Ja gram TU.

Tych stron jest w internecie masa, niekiedy znacznie ładniejszych niż to, co oferuje moja Maya, ale już się do niej przywiązałam. Czyli przyznaję się – tak, grywam w sieciowego mahjonga, gdy jestem tak zmęczona, że nie mam siły nic robić, a wciąż jeszcze jest za wcześnie, żeby iść spać. Grywam, ale zawsze wtedy myślę o tym, jak to przez pokolenia grywało się u nas w prawdziwego mahjonga. Grywali moi Dziadkowie, grała moja Mama w dzieciństwie, graliśmy my.

mahjong-majaObawiam się jednak, że niewielu z moich czytelników zna tego prawdziwego mahjonga, inteligentną i skomplikowaną chińską grę z użyciem 144 kostek. Gra była śliczna, kostki malownicze i tajemnicze, a układy w grze, podobne do tych, jakie trzeba uzyskać w kartach (trójki, czwórki, sekwensy), nosiły nadzwyczajne poetyckie nazwy, na przykład zrywanie kwiecia śliwowego z dachu, zakopany skarb, wijący się wąż, cztery błogosławieństwa unoszące się nad progiem, wyłowienie księżyca z dna morza, ale też na przykład… blef Hitlera, układ, który na pewno istniał w naszych zapisach (korzystaliśmy z książeczek, które kiedyś Mama przetłumaczyła, a ja przepisywałam na maszynie), ale nie ma go w ogóle w internecie. Jak mi się wydaje – w żadnym języku.

Już sam opis w Wikipedii, całkowicie pozbawiony poezji i mistyki, pokazuje, jak skomplikowana była to gra. W dawnych Chinach grywano w nią hazardowo. Mężczyźni spotykali się w herbaciarniach, gdzie jak mieli pecha tracili domy, pola, zwierzęta, a gdy już nie mieli nic, to można jeszcze było oddać w niewolę żonę, córki, synów, a nawet siebie samego. Wydaje mi się, że kolejność oddawania własności osobie wygrywającej była właśnie taka, i to nie tylko w mahjonga i nie tylko w Chinach. W opowiadaniu Paula Austera Muzyka przypadku, o grze w pokera, dwaj pechowcy kończą tym, że stają się niewolnikami zwycięzcy i budują… mur. Nie chiński, ale jednak mur.

OLYMPUS DIGITAL CAMERAMahjong zaczyna się od tego, że się buduje mur. Nie, zaczyna się od tego, że myje się czyli tasuje kości. Potem buduje się mur.

zabojstwoAle przedtem jeszcze przychodzą goście. U Agaty Christie wyglądało to tak:

Madżong i Klub Szanghajski (Zabójstwo Rogera Ackroyda). Stare wydanie z roku 1956. Są też oczywiście nowe.

Tego wieczoru graliśmy w madżonga. Ta prosta rozrywka jest bardzo popularna w King’s Abbot. Goście przychodzą już po kolacji, w kaloszach i nieprzemakalnych płaszczach, potem piją kawę, jedzą kanapki i ciasto.

Tym razem przyszli do nas panna Ganett i pułkownik Carter, który mieszka niedaleko kościoła.
W czasie takich spotkań wymienia się sporo plotek i to czasem przeszkadza w grze. Przedtem urządzaliśmy brydża – gadanego brydża najgorszego gatunku. Jednakże doszliśmy do wniosku, że madżong jest grą znacznie spokojniejszą. Nikt się nie irytuje na partnera, że wyszedł w taką a nie inna kartę, i chociaż w dalszym ciągu krytykuje się otwarcie posunięcia przeciwnika, nie psuje nastroju owa przykra brydżowa zawziętość. (…)
Potem panna Ganett zajęła się kawą, a Karolina wyciągnęła pudło z madżongiem i wysypała na stół kamienie.
– Mycie kamieni! – W zamyśle pułkownika Cartera miał to być dowcip. – Mycie kamieni, tak to nazywaliśmy w Klubie Szanghajskim.
Zarówno ja, jak i Karolina byliśmy w głębi duszy przekonani, że pułkownik Carter w życiu nie postawił nogi w Klubie Szanghajskim. Co więcej, że nigdy nie wytknął nosa dalej na wschód poza garnizon w Indiach, gdzie manipulował wojskowymi zapasami konserw mięsnych i śliwkową marmoladą w czasie wielkiej wojny. Ale pułkownik bardzo lubi snuć żołnierskie wspomnienia, a my, skromni ludzie w King’s Abbot, pozwalamy każdemu pławić się dowolnie w jego słabościach.

Czyli wspaniała, klasyczna Agata Christie. Spokojne angielskie miasteczko King’s Abbot. Tu wszyscy znają wszystkich i wszystko o wszystkich wiedzą, albo myślą, że wiedzą. Historię opowiada dobroduszny doktor Sheppard. A jego sąsiadem jest ni mniej, ni więcej, tylko Herkules Poirot, który przeszedł na emeryturę i hoduje… dynie.

W tym rozdziale dwie panie i dwóch panów z lokalnego światka grając w mahjonga rozmawiają o zbrodni i wymieniają się lokalnymi plotkami. A grają, że użyję słów naszej autorki, jak Chińczycy:

— Gdybyś tylko grała nieco szybciej, moja droga — powiedziała Karolina, kiedy panna Ganett wahała się, co odrzucić. — Chińczycy kładą swoje kamienie tak szybko, że wydaje się, że to ptaki dziobią.

2005-07-08_MahjongZnalazłam to zdjęcie na jakimś chińskim blogu, wydaje mi się, że jest dość nowe.

W końcu, pisząc tego posta, przeczytałam z ogromną przyjemnością całą powieść Agaty Christie. Znalazłam ją na chomiku. A przy okazji, szukając dla Was cytatu z Agaty Christie po polsku (ja to czytałam po angielsku, ale ja całą Agatę Christi przeczytałam po angielsku, bo tak się uczyłam angielskiego, pomiędzy wielką damą brytyjskiego kryminału, a Kubusiem Puchatkiem, wielkim brytyjskim filozofem) – długie wyszło to wtrącenie, chyba więc zacznę od początku… Otóż, szukając cytatu o mahjongu dowiedziałam się od anonimowego blogera że, cytuję: A, byłbym zapomniał o samym zakończeniu, które jest naprawdę zaskakujące. Jest ono tak pomysłowe i nowatorskie, że nawet wykluczono za nie autorkę z Klubu Detektywów, organizacji zrzeszającej pisarzy powieści detektywistycznych. Więc jeśli chcecie się dowiedzieć, za co można wylecieć z takiego stowarzyszenia, koniecznie przeczytajcie tę książkę.

___________________________

Tak więc przygotowałam Wam na dziś wpis z dwiema porządnymi poradami kulturalnymi. Czytajcie Agatę Christie (Agatha Christie, tłum. Jan Zakrzewski, Zabójstwo Rogera Ackroyda, Prószyński i S-ka, 2000) i grajcie w mahjonga, a kupcie go np. TU. Nie jest tani, ale jest piękny i będzie służył jeszcze waszym wnukom. A dla zachęty jeszcze jeden cytat z Agaty Christie:

— Bzdura! — oświadczyła Karolina, układając swoje kamienie. — Musisz znać jakieś interesujące szczegóły. Przez chwilę nic nie odpowiadałem. Ledwo wierzyłem oczom. Czytałem o takiej rzeczy jak doskonała wygrana, to znaczy madżong w pierwszym doborze kamieni, ale nie sądziłem, by mnie coś podobnego mogło się zdarzyć. Ze źle ukrywanym triumfem wyłożyłem kamienie na stół.
— Jak to mówią w Klubie Szanghajskim — zauważyłem — tin–ho, doskonała wygrana.
Pułkownikowi omal oczy nie wyszły na wierzch.
— Na honor! — zawołał. — Co za nadzwyczajna rzecz! Nigdy jeszcze nie widziałem
czegoś podobnego!

Ja też nie.

Samotny myśliwy 4

Katarzyna Krenz

KK-Gotland2xAkwarela Gotland Katarzyna Krenz

4. Samotny myśliwy

Z kim się związać,
dopóki śmierć nas nie rozłączy –

Komu zaufać, a kogo jak ognia
strzec się o szarej godzinie przed świtem –

Kogo zdradzić z nudów, a kogo
dla zysku oszukać, z przekupnej natury –

Komu zaśpiewać pieśń Schuberta,
pięknie, jak dotąd nikt tego nie uczynił –

Kogo uleczyć, ocalić, pouczyć, gdy drogę
zgubi, a komu w biedzie rękę podać –

Do kogo zawołać: bracie, wrogu,
miłości moja, nie czekaj na mnie!

*

Przyłożył dłonie do ust i zawołał:
Hop, hop, czy ktoś mnie słyszy? Lecz
jego głos zamarł, zdmuchnięty wiatrem.

Pomyślał:

Niepotrzebnie pytam, znam odpowiedź.
Pozbawiony drugiego głosu, nasz głos
jest martwy jak popiół, rozwiewa go wiatr.

Dotknął lewego żebra w miejscu,
gdzie biło mu serce –

Oszalałe. Zrozpaczone. Samotne.

Pożegnanie z kotami

Ewa Maria Slaska

Od wielu tygodni publikowałam tu w niedzielę wpisy o kotach w sztuce, korzystając przede wszystkim z reprodukcji, jakie nadsyłała mi Maryna Over. Ta współpraca była tak owocna, że, mimo iż Maryna tylko raz wypowiedziała się osobiście, uznałam ją za moją współautorkę. Wydaje mi się, że świetnie się uzupełniałyśmy. Niestety czasem jest tak, że to co autor(ka/ki) uważa(ją) za świetne, traci zainteresowanie publiczności. Wydaje mi się, że koty w sztuce właśnie doszły do tego etapu. Pora się zatem żegnać, może nie na zawsze, ale na pewno na razie. Ponieważ jednak w międzyczasie obiecałam wpis o kotach na głowie, postanowiłam, że go jednak napiszę na pożegnanie. Zresztą zobaczcie sami – świetne są oba te czarne koty.

PicassoKobieta-z-czarnym-kotem na glowie Aubrey Beardsley-kotnaglowie

 

 

 

 

 

 

 

 

X
Ten po prawej to oczywiście Pablo Picasso (1881-1973), ten po lewej chyba równie dobrze znany Aubrey Beardsley (1872-1898). Wydawałoby się, że obu artystów dzieli prawie 100 lat, bo przecież Picasso to nasz współczesny, nowoczesny malarz, kubista, a Beardsley to klasyczny schyłek XIX wieku, Fin de Siècle, secesja, to okazuje się, że Picasso był zaledwie o 10 lat młodszy od Beardsleya, tylko ten drugi umarł bardzo młodo, a Picasso przeżył prawie sto lat.

Obaj artyści pokazali, że tylko kot z charakterem jest w stanie wejść swojej pani na głowę, ale też tylko kobieta z charakterem przyjmie to z wyniosłą obojętnością. Na tych dwóch obrazach zostały sportretowane cztery istoty obojętne, wyniosłe, niezależne. Istoty z charakterem.

La Calata CultaMaryna znalazła na na stronie La Calata Culta jeszcze taki obraz z kotem (prawie) na głowie – jest tu dużo psów i kotów, i wszystkie skaczą wokół swojej pani, jak się im żywnie podoba, ale jeden już znalazł swoje miejsce i śpi na parasolu. Nic nie wiem o tym obrazie, wiem tylko, że na stronie La Calata Culta wszystko ma mniej lub bardziej ukryty wydźwięk erotyczny, często całkiem bezpośredni, a tu nic mi się erotycznie nie kojarzy. Na FB ktoś ten obraz skomentował pytaniem, czy pada psami i kotami? Estan lloviendo perros y gatos!!? jeeje. No tak po angielsku mówi się, że it is raining cats and dogs! Czyli leje jak z cebra. Pieska pogoda. Kocia godzinka. Niebo pełne zwierząt metaforycznych, a zatem kot naprawdę nie śpi na parasolu, a co dopiero na głowie.

***

Stronę La Calata Culta prowadzi Leslie Guevara, studentka z Limy. Studiuje na USMP. To uniwersytet medyczny, a skrót oznacza… La Universidad de San Martín de Porres! San Martin de Porres! TU o nim pisałam. Peruwiański święty, którego odkryła dla nas Powsinoga, święty ze szczotką, święty z psami i kotami!

A na obrazie pada psami i kotami.

Wpisuję to hasło do google po hiszpańsku i nic, wpisuję po angielsku i, hurra!, znajduję “nasz” dzisiejszy obraz: Fiona Phillips (North Salt Lake, UT), Oil, 2012, Painting “Raining Cats and Dogs”. Obraz można (było) na Saatchi Art kupić za 2100 dolarów.

Bardzo lubię takie wędrówki w poszukiwaniu informacji o obrazie. Ale na razie to ostatnia taka wędrówka, bo na razie żegnamy się z kotami.

***
Dopisek w styczniu 2018 roku, a więc po latach – cóż za idiotka ze mnie, la calata kulta, kultowa kaleta czyli torebka czyli… macica… Cały czas miałam wrażenie, że to musi być coś takiego, ale dopiero teraz, bez zastanawiania się odczytałam tę nazwę. Tłumacz Google po latach nadal jej nie zna.

Zamiast felietonu (2)

Zbigniew Milewicz

Piekło wyboru

No i stało się. Opowiedziałem Edmundowi po raz nie wiadomo który starą anegdotę, jak to Honecker pojechał polować z Breżniewem na zające na Syberii i mój kompan, rozbawiony, jak zwykle zaordynował: a żeby cię diabli wzięli! Zrobił to tak serdecznie, że tym razem posłuchali i nie było zmiłuj się, musiałem z nimi pójść. Do żadnej windy, tylko na jakiś wojskowy poligon, gdzie wpakowali mnie do helikoptera i zawieźli do starej, opuszczonej fabryki, jakich jeszcze wiele w Brandenburgii, albo w Meklemburgii. Równie dobrze jednak mogło to być gdzieś na Ukrainie, bo na fabrycznym placu powiewały flagi różnych państw – w tym na pewno gwiaździsta, unijna i ukraińska. W ogromnej hali stały na paleniskach kotły, wypełnione różnymi cieczami, a w nich, zgodnie z tradycją, gotowali się potępieńcy.

Diabły miały dziesiątki wcieleń. Przy tradycyjnych kotłach ze smołą uwijały się włochate i rogate poczwary z widłami, przy kadzi z płynną viagrą stały starszawe rajfury i alfonsi, tam, gdzie bulgotało piwo, albo wóda – sympatyczni barmani. W złocie pomagali pławić się urzędnicy w nienagannie skrojonych garniturach, a w fekaliach – pracownicy przedsiębiorstwa wodociągów i kanalizacji. Piekło było zarządzane nowocześnie i demokratycznie, kto do niego trafił, mógł sobie wybrać dowolny kocioł. Nie tyle nawet mógł, ile musiał, choć pozwalano zmieniać kadzie.

– Znudzi się duszy gotowanie w wódce – instruował mnie mój diabeł osobisty – to może zanurkować w piwie, albo mamy dosyć viagry, to sobie pływamy za przeproszeniem w innym świństwie. Warunek – dusza musi się nieustannie gotować, całą wieczność.

Ubrany był w polowy mundur, jaki można kupić w każdym sklepie z militariami, bez dystynkcji i znaków rozpoznawczych, podobnie, jak jego mrukliwy współtowarzysz. Trochę od nich zalatywało pochmielijem, a zaśpiew mowy zdradzał, że pochodzą gdzieś ze wschodnich regionów czarciego imperium.

– To gdzie dusza decyduje się na początek? – padło nieuchronne pytanie.

W jednej z kadzi, w błękitnym atramencie, gotowali się dziennikarze, wspólnie z politykami. W kotle z czekoladą mieszał tryzubem jowialny kucharz i zachęcał wszystkich do degustacji. Nie wiedziałem kompletnie, co wybrać. Na szczęście w pewnym momencie zadzwonił telefon.

– Mam nadzieję, że cię nie obudziłem, jest niedziela, idziesz wybierać europosłów? – zapytał znajomy głos.

– Nie, nie idę – zaskomlałem w mikrofon, jeszcze niezupełnie obudzony.
Edmund miał niezły ubaw, kiedy opowiedziałem mu swój sen, ale ostatecznie też nie poszedł głosować.

Reblog: Nieużytki sztuki

nieuzytki-banner

Marek Styczyński: Dlaczego ogrodniczy, w swej praktycznej istocie projekt, adresowałaś do środowisk związanych z upowszechnianiem sztuki? A może jest on adresowany raczej do stałych odbiorców działalności galerii sztuki? Nie jest chyba adresowany do artystów? Czy tytułowe “nieużytki” są wskazaniem na jakieś niezagospodarowane obszary działalności instytucji kultury, na ich zbyt słabe ugruntowanie w środowisku?

Elżbieta Jabłońska: Idea dzierżawy niezagospodarowanych terenów przyległych do galerii, muzeów i innych instytucji sztuki pojawiła się rok temu przy okazji opracowywania koncepcji mojego udziału w Zielonym Jazdowie. Teren parku przy warszawskim CSW, gdzie odbywały się wszystkie wydarzenia, jak również czas na nie zaplanowany, a więc okres między czerwcem a połową września stały się moją zasadniczą inspiracją. Planowałam 10 podwyższonych grządek usytuowanych przy ławach Jenny Holzer. To miejsce wydawało mi się idealne ze względu na cały szeroki kontekst. Jednak z dwóch przedstawionych przez mnie propozycji została wybrana ta druga, ta która nie wymagała zaangażowania widza, trwała krótko i nie budziła wątpliwości, a “nieużytki” siłą rzeczy musiały poczekać na następny sezon.

Jednak już jesienią zeszłego roku rozpowszechniłam ideę wśród kilku instytucji i jako zwrotną informację otrzymałam akceptację projektu.

Nieużytki wydają się być projektem przede wszystkim ogrodniczym, lecz jak większość moich realizacji kryją w sobie dodatkowe wątki. To co uważam za najistotniejsze w sztuce to kontakt z drugim człowiekiem, specyficzny rodzaj spotkania rozumianego bardzo szeroko, energia z niego wynikająca, a czasem potencjalna możliwość pewnego zdarzenia. To spotkanie jest w “Nieużytkach sztuki” bardzo ważne i rozgrywa się na wielu poziomach. Jest więc relacja odbiorcy z przedstawicielami instytucji, pracownikami, którzy są niejako “zmuszeni” do wyjścia poza znaną i przewidywalną przestrzeń biur czy ekspozycji na grunt najbardziej podstawowy, na ziemię i wobec ziemi. Pojawia się również rodzaj współpracy między osobami, które decydują się na dzierżawę, wspólnie pielęgnują swoje rośliny, bywa, że się nawzajem wspomagają radami, a czasem po prostu wspólnie przebywają w przygaleryjnych ogródkach.

Ten obszar bezpośredniego kontaktu, w zdecydowanie innym otoczeniu, wobec konieczności rozładowania ciężarówki z ziemią, przeniesienia drewnianych elementów, rozwiązania problemów z wodą, wreszcie złożenia przygrządkowej ławki to właśnie sugestia niezagospodarowanych obszarów działalności instytucji kultury. To realne problemy, które trzeba rozwiązać wspólnie z uczestnikiem ogrodniczych działań, tu i teraz.

MS: Dlaczego grządki i rośliny, a nie miejsca spotkań, parasole, leżaki, piaskownice i budki z kawą i lemoniadą?

EJ: Od kilku lat mieszkam na wsi. Chłonę rozległy nadwiślański krajobraz, próbuję nasycić się zielenią, powietrzem i głębią błękitu. Wiosną sadzę rośliny, doglądam te, które przetrwały zimę i znów zaczynają kiełkować. Grzebię rękami w ziemi, wyjątkowo u nas gliniastej, i co roku w kwietniu nie mogę się nadziwić że spod hałdy śniegu wypełzają maleńkie zielone źdźbła. Obserwowanie kiełkowania i wzrostu roślin jest dla mnie aktualnie niezwykle fascynujące, a czasem terapeutyczne. Dlatego rośliny i grządki.

Poza tym przy grządkach stoją stabilne i wygodne, drewniane ławki, a kawę i lemoniadę również można wypić. Tyle, że wobec konkretnej sytuacji, wobec własnych zasiewów, które trzeba podlewać, pielić, obserwować. I wówczas ta kawa o wiele lepiej smakuje, a my przywiązujemy się do miejsca, zaczynamy je postrzegać jako własne, czujemy się za nie współodpowiedzialni.

MS: Jaki zakładałaś zasięg Projektu, jaki jest obecnie; na wiosnę 2014 roku? Czy jego aktualna geografia jest dla Ciebie zaskoczeniem, czy raczej realizacją założonego w projekcie planu?

EJ: Tak jak wspominałam wcześniej, Nieużytki były pierwotnie opracowane jako realizacja na terenie parku przy Zamku Ujazdowskim. Nie doszło do tych działań i bardzo mnie to cieszy, bo ich zasięg tegoroczny jest nieporównywalnie większy, a zapał ogrodników i instytucji tylko to potwierdza. Mamy grządki przy 10 instytucjach, w 9 miastach. Oczywiście są to niewielkie tereny, ale to jest początek i wiele może się jeszcze wydarzyć. Zgłaszają się do nas kolejni chętni, czas pokaże co z tego wyniknie. Oprócz osób zaprzyjaźnionych z galeriami w projekcie uczestniczą również mieszkańcy sąsiadujący z instytucjami, z tej samej ulicy, czy osiedla. Nie jest ich może wielu, ale trudno jest przełamać utarte schematy i przyzwyczajenia. Myślę jednak, że warto podejmować różne kroki by oswoić ludzi z “przestrzenią” sztuki i nieużytki są jednym z nich.

MS: Z moich obserwacji wynika, że słabym punktem instalacji, obiektów i w dużym stopniu także myślenia o przestrzeni na styku biologii i sztuki jest etyka postępowania z żywymi organizmami. Te wszystkie paprotki podłączone do prądu, padłe papugi, świecące króliki i zamknięte w klatkach koguty… to jakby radosna wystawa rozmaitych ponurych tortur stosowanych przez służby specjalne… Czy nie boisz się, że zazielenione “nieużytki sztuki” skończą jako “pustynie sztuki (ogrodniczej)” z braku uwagi, troski i podlewania? Kto bierze odpowiedzialność za te uprawy, czy w Twoim projekcie przewidziałaś przyszłość czy jedynie pierwsze dwa wspaniałe, wiosenne miesiące po wysianiu i wysadzeniu roślin?

nieuzytki-pudelko
EJ:
Każda z osób, która zdecydowała się wziąć udział w projekcie podpisała specjalnie na tą okazję przygotowaną umowę dzierżawy. Termin rozpoczęcia działań był uzależniony od konkretnych instytucji i kalendarza ich działań, w większości był to kwiecień, natomiast koniec umowy jest wyznaczony na początek października. Średni okres trwania projektu to ok 7 miesięcy. A to z perspektywy dzierżawcy naprawdę dużo czasu. Wsparcie instytucji jest tu elementem zasadniczym, zwłaszcza w okresie letnim, kiedy planujemy wyjazdy wakacyjne.

Ryzyko porażki jest wpisane we wszystkie działania do których zapraszamy publiczność, reżyseria nie ma tu żadnych szans. Mam jednak do porażki swój indywidualny stosunek, pełen ciekawości, akceptacji i pokory. Wiem, że to specyficzna propozycja i zrozumiem również tych, którzy mimo chęci nie dotrwają do jesieni przy swoich roślinach.

MS: Czy miałaś wcześniej (lub zauważasz w miarę realizacji projektu) jakieś preferencje co do sadzonych gatunków roślin? Czy są jakieś gatunki roślin, które wydają się już dzisiaj lekiem na “nieużytki sztuki”. Mam na myśli zagadnienia etnobotaniki, którą się od lat zajmuję i w tym kontekście interesuje mnie, jakie rośliny pokonają “nieużytki sztuki”: stare, tradycyjne, nowinki na rynku ogrodniczym, a może szpalery tujowe w imię łączności z ludowymi trendami w polskim ogrodnictwie? Pytanie wiąże się też z metodą relaksacji, a nawet leczenia i wpływania na możliwości intelektualne nazywaną hortiterapią. Może drugim etapem Twojego Projektu mogło by być leczenie szeroko pojętego środowiska artystycznego z pomocą odpowiednio dobranych roślin i sposobów ich uprawy?

EJ: Jakiś czas temu zostałam zaproszona do wystawy w Wigierskim Domu Pracy Twórczej, która nosiła tytuł Flower Power. To była jedna z ostatnich wystaw w tym miejscu. W ramach tego wydarzenia rozesłałam z Wigier pocztę kwiatową, było to ponad sto przesyłek zawierających nasiona lub cebulki kwiatów wyhodowanych przez gospodynie z okolicy oraz podłoże do ich wysiania/wysadzenia. Te przesyłki dotarły również do osób z kręgu sztuki, myślę, że to mógł być początek ogrodniczej terapii. Reakcje adresatów były różne, byli tacy, którzy według otrzymanej instrukcji wyhodowali roślinkę na parapecie okna, a jako potwierdzenie przesłali mi dokumentację fotograficzną. Nie zawsze jednak trafia się na podatny “grunt”.

Wracając do uprawianych roślin, każda z instytucji otrzymała tzw pakiet aktywizujący składający się między innymi z nasion. Były to podstawowe i bardzo klasyczne propozycje, głównie warzywne, ale z moich obserwacji wpisów na naszej stronie internetowej wynika, że każdy z uczestników ma inne pomysły i preferencje. Na grządkach pojawiają się również kwiaty i zioła, wszystko w rękach właścicieli.

MS: Rośliny, uprawy, grządki i problem nieużytków to przestrzeń karmiąca się czasem. Pozostaje to w pewnej sprzeczności z działalnością galerii sztuki, które ścigają się w ilości i atrakcyjności proponowanych wystaw i akcji artystycznych, zazwyczaj krótkotrwałych. Czy Twój projekt ma być lekiem na tę pogoń za medialnym i środowiskowym uznaniem, czy może także jest krótkodystansowym wskazaniem na trendy, zainteresowania i możliwości starej, dobrej metody DIY?

EJ: Trudno mi przewidzieć jakie będą skutki Nieużytków sztuki. Aktualnie jestem pod wielkim wrażeniem, że to naprawdę się dzieje, że instytucje wykazały chęć współpracy, znając długoterminowość przedsięwzięcia i jego mało spektakularny charakter. Cieszy mnie liczba uczestników, ich aktywność ogrodnicza, którą czasem prezentują na stronie projektu. Wiele zależy teraz od relacji jaka nawiąże się między instytucjami i uczestnikami ogrodniczych działań.

Po cichu liczę, że galeryjne grządki przetrwają sezon w dobrej kondycji i wpiszą się na dłużej w krajobraz działań instytucji kultury.

MS: Bardzo dziękuję za świetny projekt i znalezienie czasu na naszą rozmowę!

Ten wywiad i inne interesujące teksty TU, a tu wkład czteroletniego Antosia w uprawianie własnych ogrodów kwiatowo-jarzynowych w środku miasta. Mam na balkonie osiem skrzynek lub doniczkowo-koszykowych odpowiedników skrzynek, w których Antoś posiał kwiaty i jarzyny. Już jemy rzodkiewki, a wśród kwitnących właśnie kwiatów typu chwasty rosną ziemniaki, zółta fasolka, buraki i marchewka. Zdjęcie – Honti.

Antosiowe male

Wykłady profesora Dąbrowskiego.VIII. Antonina

a_d_bNo i doczekaliśmy się.

Ryszard Dąbrowski
o babci Antoninie

W księgach parafialnych Sienna (woj. kieleckie), do którego należało kilkanaście wiosek, w tym także Borcuchy, nazwisko Buszkiewicz pojawia się po raz pierwszy w 1836 roku, w latach 1810-1835 (do tych roczników miałem dostęp) nie występuje ono ani razu. Z tego wynikałoby, że Buszkiewicze musieli tam przywędrować. Tylko skąd?

X

X

Zdjęcie wykonane w 1951 roku (zapewne latem): Antonina Dąbrowska z domu Buszkiewicz córka Jakuba oraz Antoniny Kaczmarczyk, wnuczka Antoniny Sałek. Urodzona 09.10.1871, zmarla 04.11.1960.

Nazwisko Buszkiewicz, oraz inne jego pisemne formy, nie występują w żadnym herbarzu szlachty tatarskiej. Jeżeli przyjmiemy, że Antonina Buszkiewicz była pochodzenia tatarskiego, musiała należeć do niższej klasy tej społeczności.

Na początku XIX wieku, do wiosek na lewo od Wisły w stronę Ostrowca Świętokrzyskiego i Sienna, przesiedlano z terenów Litwy (obecnie tereny Llitwy, Białorusi i Ukrainy) rodziny tatarskie lub pochodzenia tatarskiego.
Po lekturze pracy Juliana Talko-Hryncewicza „Muślimowie czyli tak zwani tatarzy litewscy” (opublikowanej w „Materiałach antropologiczno-archeologicznych i etnograficznych” w 1907 r. w Krakowie), można postawić tezę, że przodkami Antoniny Buszkiewicz musieli być albo niewolnicy albo zbiegowie z hatanatu krymskiego. Osiedlani oni byli na Litwie podczas wojen Litwy z Krymem w XIV-XV w. (Litwa, nie to co dziś, była wtedy mocarstwem Europejskim i rozciągała sie od Bałtyku po Morze Czarne oraz od Brześcia poza Smoleńsk i Tawań.) Według Talko-Hryncewicza terenami osiedleń dla tych osób były wioski na południe od Mińska, na zachód od Baranowicz, okolice Nowogródka oraz tereny między Grodnem i Białymstokiem, czyli tak zwane Polesie należące obecnie do Białorusi. Tezę tą potwierdza fakt, iż Antonina mówiła z wyraźnym wschodnim (białoruskim?) akcentem. (Ci co ją znali twierdzą, że nie był to akcent ukraiński.) Później przodkowie jej mniej lub bardziej dobrowolnie przenieśli się w kieleckie. Może tam, albo już wcześniej przeszli na chrześcijaństwo. W parafii Sienno w 1836 r. urodził się ojciec Antoniny a później w 1871 r. ona sama.

Według Talko-Hryncewicza Tatarzy polscy nie byli jednolici pod względem antropologiczno-etnologi-cznym. Znaczenie słowa „Tatar” tłumaczy on jako synonim Turka. Słowo to pochodzi z dalekiego wschodu i było początkowo równoznacznym ze słowem „Mongoł” co oznaczało barbarzyńcę. Tak Chińczycy nazywali swych północnych sąsiadów bez rozróżniania narodowościowego. Przed ich nieustającymi napadami i grabieżami wznieśli w VI – III wieku p.n.e. stojący do dzisiaj słynny mur chiński. Po podbiciu przez Mongołów Syberii, Kaukazu i Krymu, Tatarami nazywano wszystkie wchłonięte przez nich ludy pochodzenia tureckiego.
Później Tatarami nazywano:
– społeczność zamieszkującą nad Jenisejem a wywodzącą sie Jenisejców, Samojedów i Fino-Ugrów
– społeczność przesiedlonych przez cara nad Irtysz kazańskich Tatarów przemieszanych z Nogajami, Kirgizami i Tadżykami
– Tatarów – górali na Kaukazie bez domieszki mongolskiej
– Tatarów Dagestańskich o typie mongolskim
– oraz Tatarów Azerbejdżańskich rasy irańskiej na terenach rosyjskiej Armenii
Jak widać był i jest to konglomerat oraz mozaika różnych narodów z domieszkami genów branek i niewolnic różnych nacji Azji i Europy. Z tych też powodów, Tatarzy litewscy, którzy napływali na Litwę na przestrzeni ponad czterech wieków z różnych regionów Azji i tu żenili się z Litwinkami, nie byli i nie są społecznością jednolitą antropologicznie.

Podjęte próby antropologicznej analizy czterech różnych zdjęć Antoniny (z 1911, 1919, 1930 i 1951 roku) zakończyły się niepowodzeniem. Na dwóch berlińskich uniwersytetach nikt z pracujących tam specjalistów nie był władnym wypowiedzieć się na ten temat. W dwóch polskich silnych ośrodkach antropologicznych; Polskiej Akademii Nauk we Wrocławiu i Uniwersytecie Poznańskim, nikt się już Tatarami nie zajmuje, a ostatni specjalista który mógłby rzeczowo te zdjęcia ocenić, profesor Tadeusz Dierżykray-Rogalski, zmarł przed trzema laty.

Antonina Buszkiewicz (Dąbrowska), jak twierdzą ci co ją znali, była bardzo dobrą znachorką. Dlatego też przyczynkim rzucającym światło na jej etniczne pochodzenie może być porównanie stosowanych przez nią metod leczniczych z metodami stosowanymi przez tatarskich znachorów.
Poniżej cytuję fragmenty książki Stanisława Kryczyńskiego „Tatarzy litewscy, próba monografii historyczno etnograficznej” (opublikowanej jako III tom „Rocznika Tatarskiego” w 1938 r. w Warszawie).

… Zachód średniowieczny i renesansowy z przekonaniem widział w Tatarach i Turkach największych czarowników. ‘Wiadomo, pisze Długosz, że Tatarzy od początku swego aż po dzisiejsze czasy w wojnach i wszelakich sprawach używali zawsze czarów, umieli wróżyć, uroki czynić i zaklinać’…
… Jest rzeczą charakterystyczną, że i lud białoruski uważa Tatarów za ludzi mających stałe stosunki z demonami. ‘U Tatarów – mówią w powiecie wołkowyskim – cały gospodarz czart: on im wszystko robi; jak Tatar gdzie pójdzie, to gęsi, to bydło pozagania i Tatarzy go zawsze widzą’. Utrzymują też Białorusini, że jak Tatarzy zmarłego chowają, to na mogiłki ich przylatuje ‘czart domowy tatarski’…
… Poczesne miejsce w folklorze Tatarów litewskich zajmuje magia, czyli system praktyk wróżbiarskich, czarodziejsko-leczniczych i ochronnych. Całość tych praktyk musi się rozpatrywać w ścisłym związku z wierzeniami i przesądami, których źródła biją w różnych nawarstwieniach kultury ogólnomuzułmańskiej, przyjętej przez ludy tureckie. W wierzeniach tych tkwią również pozostałości prastarego kultu szamańskiego oraz domieszki wierzeń otaczającego Tatarów litewskich ludu chrześcijańskiego.
Naczelnym aksjomatem wierzeń Tatarów litewskich jest istnienie świata duchów złych, fierejów i dobrych, dżyniejów, czyli dżynów (z arabskiego), z którymi za pomocą praktyk magicznych można utrzymywać kontakt. W wierzeniu tym Dżemil Aleksandrowicz dopatruje się śladów szamanizmu. Świat w wyobrażeniu Tatara litewskiego – pisze on – zaludniony jest masą duchów („fierejów”) przeważnie złych i starających się szkodzić człowiekowi, ale posłusznych ludziom dobrze znającym modlitwy (muzułmańskie) i posiadającym ‘szczere muzułmańskie serce’.
Duchy złe powoduja różne choroby, mogąc dostać się do ciała człowieka razem z wiatrem przy przeciągu. Można je wypędzać za pomocą środków magicznych. Podobnie, jak lud polski i ruski oraz narody wschodnie (np. Turcy osmańscy) wierzą również Tatarzy litewscy w uroki tj. w szkodliwą siłę złego spojrzenia. Uroki można rzucać zarówno na ludzi jak na zwierzęta, zwłaszcza na bydło. Bronią skuteczną i w tym wypadku są specjalne praktyki, zaklęcia i amulety…
… Tajemnice znachorstwa przekazywane są z ojca na syna, z matki na córkę. Leczeniem zajmują się przeważnie mężczyźni, kobiety wiele rzadziej. Tatarzy jednak uważają profesjonalizm w tej dziedzinie za rzecz zdrożną i grzeszną i utrzymują, że leczenie za pieniądze szkodzi samym znachorom, gdyż wypędzone z pacjentów choroby przechodzą jakoby na dzieci fałdżejów (znachorów). W rodzinie zawodowego znachora zawsze będą umysłowo chorzy i głuchoniemi. Przypisują też tym znachorom stosunki ze złymi duchami, fierejami. Natomiast dobrą i zacną rzeczą jest zdaniem tatarów bezplatne leczenie krewnych i znajomych…
… Specjalnie ważną rolę w praktykach fałdżejów odgrywa wróżbiarstwo czyli tzw. ‘odkrywanie (lub otwieranie) fału’. Od niego też otrzymali oni swoją nazwę (tureckie fałdży = wróżbiarz, z arabskiego fal = wróżba, przepowiednia, prognostyk, z turecką końcówką profesjonalną – dżi, – dży)…
… Przyczyny chorób przypisuje się wpływowi złych duchów a leczenie ich przez mułłów względnie popów polega na czytaniu utrafionych miejsc w Koranie lub Ewangelii, na chuchaniu i dmuchaniu na chorego, na dotykaniu i metodycznym uderzaniu chorej części ciała gołą lub sztucznie namagnetyzowaną, dłonią (z kciukiem wciśniętym między palce wskazujący i średni)…
… Leczenie polega na wygnaniu demona z duszy chorego…
… Leczenia za pomocą ziół nauczyli się znachorzy tatarscy od znachorów białoruskich; w tej dziedzinie nie posiadają nic oryginalnego….
… Aby nie miewać strasznych snów nie należy nigdy kłaść się w pościeli głową na zachód…

To ostatnie zdanie cytuję jako ciekawostkę i wskazówkę dla tych, którzy źle sypiają. Może pomoże.

Metody stosowane przez Antoninę Buszkiewicz (po mężu Dąbrowską)

Dzięki rozmowom telefonicznym z, wymienionymi poniżej w kolejności alfabetycznej, sąsiadami oraz pacjentami Antoniny, udało się w znacznym zakresie zebrać opisy stosowanych przez nią metod leczniczych. Za przychylność, cierpliwość i wyrozumiałość serdecznie dziękuję:
– Zofii Dymyterko
– Janinie Koniecznej
– Franciszkowi Lisieckiemu
– Stefanii Lisieckiej
– Stefanii Maciejak
– Bernardowi Mencel
– Marii Niedźwiedź (relacja przekazana przez S. Maciejak)
– Jadwidze Rejek
– Cecylii Tatarek

Antonina:
– potrafiła wróżyć patrząc jedynie na daną osobę oraz tłumaczyła i interpretowała znaczenie snów
– miała zdolności telepatyczne
– pomawiana była o to, że potrafiła rzucać (czynić) i zdejmować uroki
– do celów diagnostycznych używała wahadełka, którym była najczęściej obrączka lub pierścionek chorej osoby
– do tych samych celów używała różdżki z gałęzi brzozy lub wikliny
– w celach diagnostycznych badała zapach, zmętnienie oraz kolor moczu chorego obserwując płomień świecy poprzez mocz w szklanym naczyniu aby jak mówiła „policzyć świetliki”
– zaczynając leczyć chorego wymawiała formułkę: „Choroby, idźcie w pola, bory, lasy, tam gdzie ludzie nie chodzą”
– przy wykonywaniu czynności i zabiegów leczniczych spluwała na prawo i lewo aby odstraszyć złe duchy i wymawiała pewne formuły i zaklęcia, których treść niestety uległa zapomnieniu
– na początku okadzała chorego dymem z tlących się gałązek brzozy i dzikiej róży aby odpędzić złe duchy
– przy sporządzaniu mieszanek ziołowych oraz wykonywaniu czynności leczniczych modliła się aby zwiększyć i spotęgować moc leczniczą ziół oraz zabiegu

Mówi się, że Antonina potrafiła leczyć bóle głowy (terminem tym określano kiedyś też choroby nerwowe i psychiczne), bóle kręgosłupa, długo nie gojące się rany, a też nastawiała zwichnięcia i składała złamane kości, leczyła choroby kobiece (choroby macicy) oraz wzywana była do porodów jako akuszerka. Choroby skóry, zwyrodnienia, brodawki itp. zalecała przemywać codziennie własnym moczem, najlepiej rano. Aby kuracja była skuteczna, miała niekiedy trwać aż do jednego roku.
Przeziębionych owiązywała w mokre prześcieradła oraz stawiała bańki. W odpowiednich punktach ciała kładła polne kamienie wielkości pięści, nagrzewane do odpowiedniej temperatury w piecach do pieczenia chleba lub we wgłębieniach w piecach do trzymania w cieple gotowych obiadów. Stosowała różne techniki masażu, poklepywania i obstukiwania chorego. Po tych zabiegach strzepywała ręce, aby wydalić zabsorbowaną chorą i negatywną energię.
Podczas choroby zalecała dezynfekujące obmywanie ciała w wywarze z czarciego żebra (ostrożeń polny), rany okładała liśćmi kolmusu (nazwa regionalna – ponoć roślina ta już wyginęła, ale – przypis redaktorki – może jest to kalmus czyli tatarak czyli… tatarskie ziele). W celach terapeutycznych stosowała także mleko kobyle.

Wszyscy moi rozmówcy podkreślali, że Antonina nie pobierała żadnych opłat za swoje działania, leczyła za darmo. Tak jak honor nakazywał znachorom tatarskim. Niektórzy chorzy odwdzięczali jej się produktami rolnymi. Po śmierci męża w 1938 roku Antonina żyła, aż do śmierci w 1960 roku, bardzo skromnie a nawet jak niektórzy twierdzą, biednie.

Moi rozmówcy przekazali mi informację, że Antonina prowadziła w notesie statystykę zgłaszających się do niej pacjentów, robiąc kreski. Niestety nie udało się ustalić czy w statystyce tej rozróżniała poszczególne jednostki chorobowe.
Na dwa-trzy lata przed śmiercią zaprzestała leczenia ludzi. Czyżby wyczerpała się w niej potrzebna do tego energia? Może przygotowywała się do swojej śmierci? Jedynie w nagłych przypadkach, czysto manualnie, prostowała jeszcze zwichnięcia.

Ciąg dalszy nastąpi

PS od redaktorki: U nas w rodzinie uważa się, a potwierdził to też mój wykładowca antropologii (bo archeolog i tego się uczył), że potomkowie Tatarów czyli Mongołów (czyli Dżyngis Chana) mają plamę mongolską i jest to cecha, która utrzymuje się przez niezwykle długi czas. Mnie od Dżyngis Chana dzieli 7 stuleci, a też mam taką plamę na prawym biodrze. To najbardziej popularne miejsce, ale można ją też mieć na pupie lub brzuchu, rzadziej, a za to mniejszą i ciemniejszą, na szyi lub nodze. Tylko nie zaglądajcie proszę do Wikipedii ani w ogóle do internetu, żeby zobaczyć jak wygląda taka plama mongolska. Są tam odrażające zdjęcia skóry zmienionej chorobowo, tymczasem prawdziwa plama mongolska to nie choroba i nie znamię, tylko delikatne przebarwienie skóry, która pozostaje gładka i zdrowa.

Bomba emocji 2

krolochlani IV poprawkaKatarzyna Kulikowska
Kolejne wiersze z tomiku ,,Bomba emocji”

Jenny

Telefon milczy
Kolec ciszy rani mnie
Powietrze wokół kamienieje
Zamknięta w kamieniu
napełniam się białym niepokojem

Darkowi Bartelowi

Jesteś oceanem wzburzonym
Okrywasz mnie skrzydłami mew
Twoje słowa jak delfiny płyną ku mnie
Kiedy ocean wyschnie
zginą delfiny, odlecą mewy
zabraknie powietrza

Jesteś rozszalałą wodą
Spadasz lawinami deszczu
Wylewasz się ze mnie rzekami, jeziorami
Moje miasto pochłaniasz i mnie

Agrestem obojętności
przekłuwasz psyche
jak ucho
Imadłem uczuć
zatrzasnąłeś
skaleczone niebo

krolochlani  V poprawkaPiotrowi Bule

Twoje słowo jak oddech królowej zimy
zamraża mnie
Jestem jeszcze jedną figurką lodową
do gry w szachy miłości
Ty jesteś mistrzem
Mówisz szach-mat
i stoję w pułapce

P.G.

Gramy w ping – ponga miłości
Ping – pada deszcz słów
Pong – strzelają pioruny spojrzeń
Między nami stół ping – pongowy płonie
Rozdzieleni ścianą ognia szukamy piłeczki

Chłopiec przechodzi przez drzwi mgły
Światło tworzy piramidy
Czarny kot na złotej ulicy
Kawałek nieba na postrzępionym lnie chmury
Niebo usłane chabrami
Czarny kot przeprowadza chłopca przez
niekończący się sen

krolochlani X poprawkaGrafika: Katarzyna Kulikowska, ilustracje do Apokalipsy