Lato

latoSophia ma 6 lat, jej babka – ponad 80. Obie spędzają lato na maleńkiej wyspie w Zatoce Fińskiej. Są tam z ojcem dziewczynki, ale ten nad czymś pracuje i praktycznie nie ma go z nimi, czasami przypływa ktoś w odwiedziny lub to one płyną do miasteczka po pocztę lub zakupy.
W książce Tove Jansson „Lato” nie ma wartkiej akcji, babcia i wnuczka rozmawiają, opowiadają sobie małe historyjki, śpią pod gałęziami drzew, budują zamki na wodzie i konstruują zwierzęta z kości i gałęzi w ponurym, pokręconym przez wichry lesie.
W tym roku przypada setna rocznica urodzin Tove Jansson, postanowiłam więc ją przypomnieć, ale nie Muminkami, które wszyscy świetnie znamy, ale jej piękną, melancholijną opowieścią o lecie na wyspie tak małej, że da się ją przejść w poprzek w 4 i pół minuty. Ta książka została przetłumaczona na polski, ale nie można jej nigdzie kupić, trzeba iść do biblioteki, co jest przecież jednym z najwspanialszych sposobów spędzania wolnego czasu.  Musi to być jednak biblioteka w Polsce.

summerbookJestem człowiekiem małej wiary. Na pewno tak jest, bo poprosiłam aż dwie osoby w Polsce, o skopiowanie i dostarczenie mi rozdziału z powieści Jansson. Dwie, bo pomyślałam, że jedna może nawalić, albo nie dostanie książki, a ja koniecznie chciałam w tę letnią niedzielę przypomnieć i Tove Jansonn, i to, że kiedyś w niedzielę na blogu Slaskiej były koty. Przepraszam moich wspomożycieli za brak ufności i dziękuję im obojgu: Pewnej Pannie, która znalazła tę książkę w bibliotece we Wrocławiu, oraz panu Januszowi, pracownikowi Książnicy Pomorskiej w Szczecinie, za dostarczenie mi kopii rozdziału o kocie. Dziękuję też mojemu synowi za to, że dał mi tę książkę do przeczytania po niemiecku.

Tove Jansson, Lato

wyd. polskie Nasza Księgarnia, rok 1980
tłum. Zygmunt Łatkowski

Kotka

Kociak, kiedy się pojawił, był bardzo mały i mógł pić mleko tylko przez smoczek. Bogu dzięki, smoczek Sophii był jeszcze na strychu. Z początku kociak leżał w kapturze do przykrywania imbryka, żeby mu było ciepło, a kiedy już umiał sam chodzić, wolno mu było spać w przybudówce, w łóżku Sophii. Miał tam swoją własną małą poduszkę obok jej poduszki.
Była to szara kotka rybacka, która szybko rosła. Pewnego dnia opuściła przybudówkę i przeniosła się do domu, gdzie spędzała noce pod łóżkiem, w szafliku do zmywania, bo już wtedy miała całkiem własne pomysły. Sophia zanosiła kotkę z powrotem do przybudówki i robiła wszystko, żeby się jej przypodobać, ale im więcej ją kochała, tym szybciej kotka wracała znowu do szaflika. Gdy szaflik był pełny, kotka miauczała i ktoś musiał zmywać naczynia. Nazywała się Ma Petite, a wołano ją Mapi.
– Dziwna rzecz z ta miłością – mówiła Sophia. – Im bardziej się kogoś kocha, tym mniej ten ktoś lubi człowieka.
– Całkiem słusznie – nadmieniła babka – i co się wtedy robi?
– Kocha się dalej – odparła Sophia groźnie. – Kocha się coraz bardziej i bardziej.
Babka westchnęła – i nic nie powiedziała.
Mapi była noszona po wszystkich przyjemnych miejscach, które kot mógłby polubić, rozglądała się dokoła i odchodziła. Mocno obejmowana i ściskana wytrzymywała to grzecznie i właziła do szaflika.
Słuchała namiętnych zwierzeń i odwracała swoje żółte oczy. Zdawało się, że nic na świecie nie interesuje tej kotki poza spaniem i jedzeniem.
– Wiesz co – mówiła Sophia. – Czasem zdaje mi się, że nienawidzę Mapi. Nie mam już siły jej dłużej kochać i myślę o niej cały czas.
Tydzień po tygodniu Sophia chodziła za kotką. Przemawiała do niej łagodnie i darzyła ją czułością i zrozumieniem, i tylko jeden raz skończyła się jej cierpliwość, wrzasnęła i pociągnęła kota za ogon. Mapi prychnęła i schowała się pod domem, a potem miała jeszcze większy apetyt i spała jeszcze lepiej niż zwykle, zwinięta w kłębuszek o niewyobrażalnej miękkości, z łapką zgrabnie położoną na nosie.
Sophia przestała się bawić i zaczęła miewać zmory. Nie mogła myśleć o niczym innym niż o kotce, która nie chciała sie do niej przywiązać. Przez ten czas Mapi rosła i stała się chudą i dziką kotką, a pewnej pięknej czerwcowej nocy nie wróciła do swojego szaflika. Rano przyszła do domu í przeciągała się, prężąc ogon ku górze, najpierw przednie łapy, potem tylne. Zmrużyła oczy i zaczęła ostrzyć pazurki o fotel na biegunach. Następnie wskoczyła do łóżka, żeby spać, cała tchnąca spokojną wyższością.

wyspa
Zaczęła polować, pomyślała babka. Miała słuszność. Już nazajutrz rano kotka przyszła i położyła na progu małego szaro-żółtego ptaszka. Gardziołko było przegryzione całkiem sprawnie, a kilka czerwonych kropelek krwi zabarwiło pięknie lśniące upierzenie. Sophia zbladła, patrzyła, nie odwracając oczu, na zamordowanego ptaka. Przeszła obok Mapi-morderczyni drobnymi sztywnymi kroczkami, odwróciła się i wybiegła z domu.
Trochę później babka wspomniała o tym, jakie to jest dziwne u dzikich zwierząt, na przykład u kotów, że nie potrafią zrozumieć różnicy między szczurem i ptakiem.
– W takim razie są głupie – powiedziała krótko Sophia. – Szczur jest wstrętny, a ptak miły. Nie będę rozmawiać z Mapi przez trzy dni. – I już więcej nie rozmawiała ze swoją kotką.
– Co noc kotka wychodziła do lasu i nad ranem zabijała swój łup i przynosiła go do domku, żeby wzbudzić podziw, í za każdym razem wyrzucano ptaka do morza. Trochę później pod oknem stawała Sophia i krzyczała: – Można wejść? Czy zwłoki już sprzątnięte? – Karała Mapi i tą niszczącą bezwzględnością powiększała swój własny ból.
Czasem wołała:
– Usunęliściejuż ślady krwi? – albo: – Ilejest dziś zamordowanych? – I poranna kawa nie była już więcej tym, czym zwykła być przedtem.
Wielka była ulga, gdy Mapi nauczyła się w końcu ukrywać swoje zbrodnie. Inna to rzecz widzieć kałuże krwi, a całkiem inna tylko o tym wiedzieć.
Przypuszczalnie Mapi miała już dość całego tego krzyku i łajania, a może sądziła, że rodzina zjada jej ptaki. Pewnego ranka, gdy babka zapalała swego pierwszego papierosa na werandzie, zgubiła ustnik, który potoczył się do szpary w podłodze. Babka podniosła deskę i wtedy zobaczyła, co zrobiła Mapi. Znalazła tam cały rządek pięknie zagryzionych małych ptaszków. Wiedziała naturalnie, że kotka dalej poluje i nie może przestać, ale następnym razem, gdy kotka przechodziła obok i ocierała się o jej nogi, odsunęła się i szepnęła:
– Ty chytry draniu! – Kocia miseczka z płotkami stała przy schodach nietknięta, pełna much.
– Słuchaj! – powiedziała Sophia. – Chciałabym, żeby Mapi nigdy się nie urodziła. Albo żebym ja się nigdy nie urodziła. Byłoby o wiele lepiej.
– Więc nadal nie rozmawiacie ze sobą? – zapytała babka.
– Ani słowa – odparła Sophia. – Nie wiem, co mam robić. A jeśli jej przebaczę, to co to za przyjemność, skoro ona wcale oto nie dba?
I babka nie znalazła na to odpowiedzi.

mapi-obrazek
Mapi zdziczała i przychodziła do domku bardzo rzadko. Była tego samego koloru jak wyspa – jasna, szaro-żółta, w pręgi, jak góra albo plamy słońca na piaszczystym dnie. Gdy kotka skradała się po nadbrzeżnej łące, ruchy jej były jak powiew wiatru w trawie. Godzinami czatowała w zaroślach, nieruchoma sylwetka, dwoje spiczastych uszu na tle zachodu słońca, nagle nikły… i słychać było tylko jeden pisk. Przemykała się pod karłowatymi świerczkami, przemoknięta od deszczu i chuda jak kreseczka, i myła się z rozkoszą, gdy wychodziło słońce. Była to absolutnie szczęśliwą kotką, ale do szczęścia nie potrzebowała nikogo. Całymi dniami leżała zwinięta na gładkiej skale, a czasem zjadała trawę i wymiotowała własną sierścią, spokojnie, jak to robią koty. Ale co robiła poza tym, nie wiedział nikt.
Pewnego dnia przyjechali na kawę Övergårdowie. Sophia zeszła na brzeg, by obejrzeć ich łódź. Była duża i pełno w niej było torebek i termosów, i koszyków, a w jednym koszyku miauczał kot.
Sophia podniosła pokrywę i kot polizał jej rękę. Był duży i biały, i miał szeroki pyszczek. Nie przestawał mruczeć, gdy go wzięła i niosła na ląd.
– Aha, więc znalazłaś kota – powiedziała pani Övergård. – To miły kociak, ale myszy nie łapie, tak że chcemy go dać inżynierostwu.
Sophia usiadła na łóżku z ciężkim kotem w ramionach. Cały czas mruczał. Był miękki, ciepły i uległy. Załatwiono całą sprawę bardzo łatwo, na okres próbny, za pomocą butelki rumu jako rękojmi w tym handlu zamiennym. Złapano Mapi i ani się opamiętała, o co tu chodzi, jak już znalazła się w łodzi Övergårdów w drodze do wioski.
Nowy kot nazywał się Svante. Svante zajadał płotki i lubił pieszczoty. Przeniósł się do przybudówki i spał co noc w ramionach Sophii, a co rano zjawiał się przy porannej kawie, po czym znów zasypiał w łóżku przy kuchni. Kiedy było słońce, zwijał się na ciepłej skale.
– Nie tutaj! – wołała Sophia. – To jest miejsce Mapi – odnosiła kota nieco dalej, ten lizał ją w nos i zwijał się posłusznie na nowym miejscu.
Lato robiło się coraz ładniejsze, długi szereg spokojnych błękitnych letnich dni. Co noc Svante spał z nosem wetkniętym pod policzek Sophii.
AVT_Tove-Jansson_9218– Ze mną to jest dziwnie – stwierdziła Sophia. – Uważam, że robi się nudno z tą piękną po-
godą.
– Tak uważasz? – spytała babka. – Jesteś dokładnie taka jak twój dziadek, on też lubił sztorm. – Ale zanim zdążyła opowiedzieć więcej o dziadku, Sophia sobie poszła.
Stopniowo zaczęło wiać, najpierw którejś nocy ostrożnie, a rano zrobił się z tego porządny południowo-zachodni wiatr, który miotał pianą na całe wzgórza.
– Zbudź się – szeptała Sophia. – Zbudź się, kochanie, jest sztorm.
Svante mruczał i wyciągał rozgrzane w łóżku łapy na wszystkie strony, na prześcieradle pełno było kociej sierści.
– Wstawaj! – krzyknęła Sophia. – Jest sztorm!
– Ale kot tylko odwrócił się na miękki brzuszek
Wtedy Sophia, całkiem nieoczekiwanie, okropnie się rozzłościła, rozwarła drzwi i wyrzuciła kota na wiatr, a zobaczywszy, że kładzie uszy po sobie, krzyknęła: – Poluj! Rób coś! Bądź kotem! – a potem rozpłakała się, pobiegła do babki i zaczęła walić w drzwi.
– Co tam się znów stało? – zapytała babka.
– Ja chcę Mapi z powrotem! – krzyczała Sophia.
– Ale przecież wiesz, jak to będzie – powiedziała babka.
– Będzie okropnie – odparła Sophia poważnie.- Ale ja ją kocham.
I znowu zamienili koty.

Berlin Nollendorfplatz

Joanna Trümner

Jedna z wielu oaz w tym mieście, która wita na dworcu U-Bahnu tablicą pamiątkową dla pomordowanych w okresie nazizmu homoseksualistów. Kawiarnie i restauracje pełne trzymających się za ręce mężczyzn, morze flag w kolorze tęczy, sprawiające, że przypadkowi przechodnie o heteroseksualnej orientacji czują się tam trochę nieswojo. Ulubione miejsce gości z prowincji – jeden z wielu dowodów na to, że to miasto-moloch jest miejscem grzechu i rozpusty.

800px-Nollendorfplatz_Metropol_min

Dla Jana jest to miejsce szczególne, przypominające mu jak słuszna była decyzja przyjazdu do tego miasta przed trzydziestoma trzema laty. Decyzja, którą podjął z nieszczęśliwej miłości. Jego partner zdecydował się po rocznym związku wrócić do żony i dziecka i dalej udawać „normalne”, rodzinne życie. Nie wytrzymał psychicznie braku animowości w małym mieście, szeptów sąsiadów, pogardliwych spojrzeń kolegów z pracy, drżenia w głosie żony: „Po co się znowu z nim spotykasz! Pobaw się lepiej z dzieckiem”, księdza patrzącego na niego podczas mszy: „Zgrzeszyłem myślą, mową i uczynkiem, moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina…”

Jan był w lepszej sytuacji, brat i matka żyli w innym mieście i nie pytali o jego prywatne życie. Czasami tylko matka powiedziała z uśmiechem na twarzy „Czas, żebyś znalazł sobie żonę”. Na szczęście w prawie każdym polskim domu rozmawiało się wtedy głównie o polityce, o pustych półkach w sklepach i o tym, kto dokąd wyjechał opuszczając na zawsze swój kraj.

W maju, kiedy parki i ulice zapełniły się trzymającymi się za ręce szczęśliwymi zakochanymi, a rozpacz Jana sięgnęła zenitu, zdecydował się skończyć te nieprzespane, przepłakane noce w towarzystwie muzyki i butelki wódki i wyjechać. Noce, podczas których powracał koszmarny sen: Jan stał przed drzwiami mieszkania swojego ukochanego i próbował otworzyć je kluczem, nie pasującym do zamka. Były też inne noce, podczas których myślał o skończeniu życia, którego ostatnie lata spędził na zabijaniu w sobie tego chorego, perwersyjnego pragnienia bycia z innym mężczyzną. W walce z tym demonem próbował zakochać się w kobiecie, stchórzył i odszedł podczas przygotowanej przez nią kolacji, która w innych okolicznościach skończyłaby się wspólnym śniadaniem i planami na wspólną przyszłość. Wychodząc bąknął: „Nie potrafię cię pożądać”, nie tłumacząc, że nie jest to jej wina, że to on nosi w sobie nienaprawialny defekt. Na pewno bardzo ją zranił, długo jeszcze myślał o tym koszmarnym wieczorze, wiedząc, że cokolwiek by wtedy powiedział byłoby raniące.

Na pięć miesięcy zaszył się w seminarium duchownym, modląc się nieustannie do Boga o zabicie w nim tego pragnienia. Kiedy zdał sobie sprawę z tego, jak bardzo szuka bliskości jednego z kleryków, jak bardzo czeka na jego uśmiech i jakie demony budzą się w jego głowie podczas wspólnych zajęć zrozumiał, że Bóg nie pomoże mu wygrać tej walki z samym sobą, że nie usłyszał jego błagań, bo jego los jest mu obojętny. Odszedł z seminarium, oddalając się od Boga, dla którego tak mało znaczył. I po wielu samotnych, szarych i pozbawionych nadziei miesiącach poznał swoją pierwszą miłość…

A potem wyjechał do Berlina.

Na słowiańską nutę

Roman Brodowski

„Na zielonej Ukrainie…”

Niedawno wróciłem z Kresów. Na zaproszenie białoruskiego związku literatów razem z przyjaciółmi gościłem w przepięknym i, jak zwykłem mawiać, „moim” Grodnie. Okazja była szczególna – obchody dziesiątego „Międzynarodowego Festiwalu Kultur Narodów ”, który odbywa się tu od dwudziestu lat. Poproszono mnie, „przyjaciela pisarzy grodzieńskich”, zrzeszonych w tym związku, o udział w spotkaniu autorskim, co uczyniłem z radością. W spotkaniu uczestniczyło kilkunastu pisarzy z dziewiętnastu państw.
O moich, a właściwie naszych, wrażeniach z festiwalu nie będę pisał. Tym podzielę się następnym razem. Tu powiem tylko, że wspaniałym przeżyciem dla nas był udział w pochodzie festiwalowym. Wraz z kilkusetosobową grupą rodaków, na co dzień członków zespołów folklorystycznych, krzewiących naszą kulturę w diasporze polskiej żyjącej na Białorusi, jak i tych rodzimych z Podlasia i Kurpiowszczyzny, przemaszerowaliśmy ulicami miasta. Wzruszenia nie da się opisać słowami.
Wtopieni w kilkutysięczny wielobarwny, wielonarodowy pochód, ze śpiewem na ustach, witani przez zebrane na poboczach tłumy mieszkańców, którzy klaskali i wołali „Jeszcze Polska nie zginęła”, „Niech żyje polska”, „Kochamy Was” czy „Dziękujemy, że jesteście”. I rzeczywiście, byliśmy dumni, że jesteśmy, kim jesteśmy. Niejeden z uczestników naszej grupy, ze mną włącznie, ocierał wilgotne oczy, chociaż deszcz w tym dniu nie padał.

ukrainaromana (4)
Przed nami szli Palestyńczycy, a za nami, zgodnie z porządkiem alfabetycznym Rosjanie, Turkmeni, Tadżycy i… spora grupa z Ukrainy.
Ukraińcy, nasi słowiańscy przyjaciele, cierpiący na własnej ziemi, uwikłani w bratobójcze walki, w których nie ma i nie będzie zwyciężców, będą tylko ofiary.
Spojrzałem na idących obok mnie członków zespołu ludowego, reprezentującego puszczańską ziemię kurpiowską i mrugnąwszy okiem porozumiewawczo zaintonowałem – …hen tam gdzieś spod czarnej wody…, a za mną z kilkuset gardeł wydobyły się dalsze słowa znanej pieśni o Ukrainie.

ukrainaromana (2)Rosjanie nie znając słów wspomogli nas improwizując na guzikówkach melodię.
Widzieliśmy wzruszenie, jakie zapanowało wśród Ukraińców. Niektórzy z nich także zaczęli śpiewać tę pieśń, tyle tylko, że w swoim narodowym języku.

Tak – właśnie na tym festiwalu poczuliśmy się wszyscy jak jedność, jak jedna wielka rodzina. Ukraińcy, Polacy, Rosjanie. Szliśmy obok siebie, pozdrawialiśmy się nawzajem, śpiewaliśmy, obdarowywaliśmy drobnymi upominkami i… czuliśmy to samo – smutek oraz współczucie dla tych, którzy tam na Ukrainie giną…

Po powrocie do domu, jak zawsze napełniony pozytywną energią, jaką mnie obdarowują ludzie żyjący na Kresach, zasiadłem do pisania. Postanowiłem napisać o tym, co się dzieje w kraju naszych sąsiadów, w kraju, który przez wieki tworzył z nami naszą wspólną historię, na Ukrainie. Postanowiłem przelać na papier to, co usłyszałem o tej strasznej bratobójczej wojnie nie z telewizji, radia czy prasy, ale od tych, którzy świadczą prawdę,widzianą własnymi oczyma, od ukraińskich uciekinierów, którzy schronili się przed niespodziewaną śmiercią na terenie Białorusi, u białoruskich rodzin.

ukrainaromana (3)
Postanowiłem oddać hołd tym, którzy przeżywają katusze, i to tylko dlatego, że znaleźli się w niewłaściwym miejscu i o niewłaściwej porze, w centrum walki o ich tak zwaną lepszą przyszłość, o ich dobro i o wolność Ukrainy. Pragnę oddać hołd tym wszystkim, którzy stali się ofiarami tego, co ja nazywam brudną polityką możnych tego świata. Oddaję hołd wierszam, bezideowo, niepolitycznie, zwyczajnie i po ludzku. Niektóre z tych wierszy są nowe, inne powstały już jakiś czas temu, świadcząc o tym, że konflikty między nami Słowianami już od dawna leżały mi na sercu.

Na słowiańską nutę

Ciągle modlimy się do Pana
Prosimy Go by dał nadzieję,
Żyjemy duchem naszej wiary
A co się dzieje? co się dzieje?

Na niebie słońce już przygasa
Ziemia w ciemności się pogrąża
Wiatr zaś unosi strach, niepewność…,
Dokąd nasz stary świat podąża?

Dlaczego? – pytam czasem siebie
„Homo hominii lupus est”
Skoro dobrocią człek być winien,
Tak jak dobrocią Stwórca jest.

Rosjanin gnębi Ukraińca,
W nim zaś nienawiść do Polaka,
Polak Ruskiego ma za wroga…,
Ot taka to słowiańska draka.

A przecież można żyć inaczej.
W naszej słowiańskiej społeczności
Można wybaczyć winy przodków…,
Dla naszych dzieci, ich przyszłości.

Można zbudować lepsze jutro,
Żyć w nim jak nasi pra-przodkowie
Nas „Słowian” przecież wiele łączy…
I to nie tylko w tymże słowie.

Berlin 02.04.2012

ukrainaromana (1)Łzy jak kwiaty bzu

Kilka gałązek bzu na bruku
Pamięć w powietrzu się unosi
I zgliszcza dymiącego domu
Który o pomstę Boga prosi.

Wczoraj tętniło tutaj życie
Ludzie krzątali się po gmachu
Była nadzieja na normalność.
A dziś tu nie ma nawet strachu.

Tak, ludzie ludziom, niby bestie,
Jak w czas wojenny, w czas pożogi,
Piekło sprawili… Tylko za co?
– Za wybór nowej, innej drogi –

Ziarno Bandery daje plony
Jak feniks się odradza faszyzm
A z boku wielcy tego świata.
Dzielą na tamtych i na naszych.

Czynią to w imię ważnej sprawy.
W imię pokoju, bezpieczeństwa.
Tylko dlaczego kosztem słabych
Kosztem łez, życia i męczeństwa.

Biedny narodzie ukraiński,
Nie krwią buduje się dostatek
I nie dopływa się do władzy,
Morzami łez wdów, żon i matek.

Może i jestem nierozumny,
Własnym rozumem nie ogarniam,
Tego, co dzieje się na Wschodzie…
Na swoich poszła … swoja Armia

Berlin 05.05.2014

Co będzie jutro?

U nas zakwitły dziś kasztany
Słońce serwuje dzień bezstroski
Niedzielne dzwony słychać w dali
A tam? – tam płoną miasta, wioski.

Ludzie chowają się w piwnicach
Wtulone w kąty matki, dzieci…
W oddali słychać huk wystrzału
Kolejny pocisk świszcząc leci.

U nas wiosenny deszcz się zaczął,
Woda strumieniem bruk obmywa
Chmury po niebie płyną srebrne,
A tam? – krew ofiar lepka spływa.

Brat ruszył w drogę przeciw bratu
Poniósł ze sobą śmierć okrutną,
Otrzymał rozkaz, by zabijać.
Nie wie, co będzie później, jutro.

A jutro będzie jeszcze smutniej.
Czas ciężkie zacznie leczyć blizny
Powstanie wiele nowych grobów
Tych, co zginęli dla ojczyzny.

Nadejdzie pora zbioru plonów
Obfitych w nowych bohaterów.
Tylko dlaczego dla jednostek
Musi umierać aż tak wielu?

Pytanie niby bardzo proste
Każdy rozumny zna odpowiedź,
Lecz nikt nie mówi o tym głośno,
Bo po co komu szczera spowiedź

Berlin 03.06.2014

Apokryf XXVII

Obiecują lepszą wartość bytu
Przybywają na czarnym koniu
Niby panowie światłonocy,
Pijani krwią naiwnych dusz.

Rozdzierają utkaną życiem szatę
Rzucając jedność w otchłań.
Dla nierozumnej jeszcze idei,
Karmią maluczkich nienawiścą.

Oni zaś syci, odziani w służalczość,
Niosą brunatne sztandary śmierci.
Idą drogą bolesnej ciemności,
Ku chwale nieznanych im światów.

I tylko prawda wyrzucona z ich ust
Błąka się po przestrzeni absurdu
W poszukiwaniu sprawiedliwych.
A wiara? – Tylko gdzie ona jest?

Berlin 24.06.2014

Zdjęcia Stafen Dybowski, na ostatnim zdjęciu, wśród sióstr Słowianek, nasz autor, Roman Brodowski

Andreas Schlüter

Ewa Maria Slaska

Działał w Gdańsku, Warszawie i Berlinie, w Wiedniu i Sankt Petersburgu. Jako młoda panna na życzenie Mamy oprowadzałam po Gdańsku jej zagranicznych gości i zapamiętałam Schlütera jako twórcę Kaplicy Królewskiej w Gdańsku i ołtarza w Katedrze Oliwskiej. Teraz podobno te wszystkie tzw. atrybucje zostały podważone, co uczenie udowadnia pan Michał Wardzyński w eseju opublikowanym na stronie internetowej Pałacu w Wilanowie.

Andreas Schlüter młodszy (ur. 1659 lub 1660, zm. 1714)

Artysta urodził się najprawdopodobniej w 1659 lub 1660 r. w Gdańsku jako syn miejscowego stolarza i snycerza cechowego Andreasa Schlütera starszego i Catheriny; jego bratem był zapewne rzeźbiarz Ernst Schlüter (zm. 1700), działający w Berlinie. Żonaty z Anną Elisabethą Spangenberg Andreas młodszy doczekał się czworga dzieci, z których tylko najstarszy syn David (ur. 1693, zm. po 1717) wybrał zawód inżyniera i architekta. Jego niezwykły talent oraz wszechstronne rzeźbiarskie i architektoniczne zdolności zostały docenione kolejno na dworze warszawskim Jana III (1688/89–1694), berlińskim elektora (króla) Friedricha III (I) von Hohenzollerna (1694–1713)  i rosyjskim cara Piotra I Wielkiego (1713–1714). Zmarł w 1714 r. w Moskwie po opuszczeniu Sankt Petersburga, gdzie wcześniej skradziono mu projekty i plany urbanistyczne i architektoniczne dotyczące budowy nowej stolicy Rosji. Schlüter jest zgodnie uznawany za najwybitniejszego twórcę rzeźby doby dojrzałego baroku w Europie Środkowej, a jego tylko w części udokumentowana twórczość doczekała się od 1861 r. wielu wszechstronnych analiz (…)

Czas i okoliczności edukacji artysty pozostają właściwie nierozpoznane, przy czym we wcześniejszych badaniach ścierały się dwie generalne hipotezy wskazujące na Francję i Włochy jako dwa alternatywne miejsca praktyki zawodowej, dopiero ostatnio zaczęto rozważać dłuższy pobyt w Holandii i Niderlandach Hiszpańskich. Niewiele też wiadomo o początkach samodzielniej działalności Schlütera po powrocie do Gdańska, a przyjmowany dotąd katalog atrybuowanych prac w świetle najnowszych badań źródłowych i interpretacji materiału zabytkowego wymaga jeszcze weryfikacji.

Zapoznałam się z tym tekstem, bo w Bode Museum Berlinie trwa jeszcze do 13 lipca  wystawa o Schlüterze, zatytułowana Schloßbaumeister – Budowniczy Zamku.

Schlüter to jedna z takich wspaniałych europejskich postaci, jakie dziś chętnie mianujemy patronami i symbolami zjednoczonej Europy, międzynarodowych artystów, których sztuka jak pieśni śpiew, nie znała granic i kordonów.

Teaser_637x311pxUniwersytet Techniczny organizuje właśnie poświęconą Wielkiemu Budowniczemu konferencję. W niedzielę 6 lipca można w towarzystwie znawców zwiedzić wystawę i obejrzeć budowle  Schlütera, a 7 – wysłuchać na uniwersytecie  referatów. schlueterkolloquium

W konferencji weźmie udział cała paleta ważnych znawców sztuki barokowej, w tym również liczni Polacy, w tym również pan Wardziński. Będzie mowa o tym, co Schlüter zdziałał w Gdańsku, Warszawie, Wiedniu i Berlinie, ale, ciekawe, nie będzie mowy o tym, co tak mimochodem znaleźć można w każdej biografii artysty:

W Sankt Petersburgu skradziono mu projekty i plany urbanistyczne i architektoniczne dotyczące budowy nowej stolicy Rosji.

Afera jak w Brzuchu architekta Petera Greenawaya.

Schlueter_2To najsłynniejsze dzieło Schlütera – barokowa przebudowa średniowiecznego zamku w Berlinie. Mistrz przeżył jednak przy tym i porażkę, bo w roku 1702 trzeba było rozebrać grożącą zawaleniem Wieżę Menniczą. Nie była to jego wina. Berlin to miasto zbudowane na podmywanym wodą gruntową piasku i w owym czasie niełatwo było sobie z tym poradzić. Niestety w dwa lata później przydarzyła się Schlüterowi kolejna katastrofa budowlana – w królewskim pałacyku w Freienwalde pod Berlinem. Architekt został odsunięty od realizowania monarszych zleceń i przeżył załamanie nerwowe.Według propagandowego filmu hitlerowskiego z roku 1942 Schlüter został za karę uwięziony i ułaskawiony tylko dzięki interwencji wiernej i kochającej żony. Film został wyreżyserowany przez Herberta Maischa, a artystę zagrał ulubieniec publiczności – Heinrich George.

Czy tak było? Nie wiadomo. Na pewno jednak to berlińskie porażki były powodem, iż architekt przyjął zaproszenie cara Piotra I i pojechał budować Sankt Petersburg. Pracował tam nad rzeźbiarskim wystrojem dwóch budowli – Pałacu Letniego oraz zespołu rezydencjonalnego w Peterhofie.

Co jednak zdarzyło się tam z jego planami urbanizacyjnymi dla stolicy Rosji? Kto je wykradł i dlaczego? Czy po to, żeby ktoś inny mógł je zrealizować pod swoim nazwiskiem czy po to, żeby to Schlüter nie mógł ich zrealizować?

Niezwykłe życie, pełne dramatycznych zakrętów i tajemnic, życie godne niezwykłego twórcy.

schlueter_gr_1Niestety, szukałam informacji o tym, co przydarzyło się artyście w St. Petersburgu. Szukałam i nie znalazłam, może jednak znajdzie się ktoś, kto nam o tym opowie.

Utalentowany Jakubica…

Tomasz Fetzki

…herezjarchowie i różki świętego Hieronima, czyli reportażu poetyzującego o Lubanicach część druga

Stało się! Wędrowiec smugą cienia omroczon (co nam szkodzi, nazwijmy go Viator), po swej peregrynacji stanął przed lubanicką świątynią, niegdysiejszą placówką Miklawša Jakubicy. Nie zdążył nawet przekroczyć bramy w murze okalającym templum, a już Pastor z Lubanic przypomniał mu o sobie: na prawo od rzeczonej bramy stoi sędziwa, siedemnastowieczna kapliczka, kryjąca skarb dużo starszy i daleko bardziej cenny niż ona sama. To późnogotycki krucyfiks, według legend i podań wykonany właśnie przez pastora Miklawša. Cóż, se non è vero, è molto ben trovato, albowiem aż się prosi, aż samo narzuca, żeby refleksję wysnuć poetyzującą o wszechstronnie utalentowanym robotniku Winnicy Niebieskiej, który w Słowie Pańskim i w drewnie lipowym z jednakową biegłością rzeźbił…

SAMSUNG DIGITAL CAMERAKrucyfiks Jakubicy. A nawet jeśli nie jego, to i tak daje nam pojęcie o duchu szesnastowiecznej pobożności.

Mógłby się ktoś żachnąć: ależ Reforma dążyła do zdarcia, zdrapania z Dobrej Nowiny wszystkiego, co do niej bałwochwalczo przez wieki przylgnęło! Przecież pastorzy przypominali z mocą to, co głosi Święta Księga: Nie wolno ci zrobić sobie figury ani żadnego obrazu tego, co jest w niebie na górze, ani tego, co jest na ziemi na dole, ani tego, co jest w wodzie pod ziemią!! Więc skąd ten krucyfiks!!? Prowokacja!!!! … Wolnego! Różnie bywało. Patriarcha z Genewy rzeczywiście bezwzględnie karał idolatrię: zbory kalwińskie słyną z surowego minimalizmu wystroju. Ale Mistrz z Wittenbergi nie był aż tak rygorystyczny, a świątynie luterańskie pod względem wyposażenia niekiedy walczą o lepsze z kościołami katolickimi. Zresztą – za chwilę będziemy mogli to zobaczyć. Tylko… czy umiemy patrzeć? Czy nie jesteśmy, jak ci ślepcy spod Jerycha, o których pastor Jakubica swym serbołużyckim owieczkom takiemi głosił słowy:

A hlej, dwa slepjej seźalej pći droze. A jak wonej wuslyšaštej, až Jezus mimo źe, wolaštej wonej a rjeklej: Ach knježe, ty synu Dawidow, zmiluj se nad nama. Albo ten lud jeju wobgroźi, aby milcalej. Wonej pak tym wěcej wolalej a rjeklej: Ach knježe, ty synu Dawidow, zmiluj se nad nama. Jezus wusta stojucy a zawola jeju a rjeknu: co chcetej, ažbych ja wama scynić derjel? Wonej źaštej k njomu: Knježe, aby naše wocy wotworjone byli. A zlutowal se Jezus a dotknul se jeju wocy. A nedym bychu jich wocy zase wiźucy a, šlej stej za nim.

Oby Pan, syn Dawidow, zlitował się też nad nami i również nasze oczy uczynił zase wiźucy! Wtedy zobaczymy to, co zwykle jest ukryte przed wzrokiem profanów. Choćby dwa średniowieczne kamienne krzyże pokutne, umieszczone na zwieńczeniach szczytów świątyni. Lokalizacja niezwykle rzadka, zazwyczaj bowiem takie krzyże wkopuje się w ziemię przy ścianie kościoła, lub po prostu w tę ścianę wmurowuje – ale tuż przy gruncie. W Lubanicach przy ścianie kościoła nie ma krzyży pokutnych, zamiast nich wznosi się dziwna konstrukcja. Co to takiego? Viator już wie. Ale, szlifując trudną sztukę suspensu, opowie o tym pod koniec wizyty. W trzecim odcinku – bo inaczej kto by dotrwał do końca tej ględy?

SAMSUNG DIGITAL CAMERAJakie wichry wywiały te krzyże tak wysoko?

Mając oczy wciąż szeroko otwarte wejdźmy do wnętrza świątyni. Jej bogate wyposażenie pochodzi z czasów, gdy służyła luteranom (czyli od 1523 do 1945 roku), papiści nic tu nie zawinili! Ale po tym, czego się już dowiedzieliśmy, nie dziwi fakt, iż katolicy bezproblemowo przejęli ten dorobek w całości.
Chociaż… coś nas jednak koniecznie powinno zastanowić. Ach knježe, ty synu Dawidow, zmiluj se nad nama! Ściana południowa kościoła znaczona jest pięcioma ostrołukowymi oknami, a każde z nich ozdobiono witrażem. Przedstawiają one mężów bożych, ustawionych parami. Są to, poczynając od lewej: ewangeliści Mateusz i Marek oraz Łukasz i Jan, a następnie apostołowie Piotr i Paweł – dwa filary Kościoła. Jak dotąd, nie odkrywamy niczego nadzwyczajnego – wizerunki takie zdobią większość katolickich świątyń. Ale ostatni witraż, znajdujący się na wprost drzwi wejściowych, każe się zatrzymać ze zdumieniem: postacie, które przedstawia, są wyjątkowe. Dwaj ojcowie Reformacji: Filip Melanchton i Marcin Luter. Wizerunki tych właśnie osób, zdobiące kościół, gdzie służba boża odbywa się w rycie rzymskim, to absolutne unikaty!

SAMSUNG DIGITAL CAMERAMelanchton i Luter: Ojcowie Założyciele, lub dwóch herezjarchów. Jak kto woli.

O Marcinie Lutrze wie każdy i nie ma potrzeby bliżej go charakteryzować. Warto natomiast nieco uwagi poświęcić Filipowi Melanchtonowi. Wybitny naukowiec, filozof, teolog, znawca prawa, medycyny i języków klasycznych. Profesor, a następnie rektor uniwersytetu w Wittenberdze. Był twórcą reformy niemieckiego systemu oświaty w duchu ideałów humanistycznych. Za te dokonania otrzymał przydomek Praeceptor Germaniae – Nauczyciel Niemiec. Nie mniej doniosłe są jego zasługi w dziedzinie reformy Kościoła. Od początku był jednym z głównych współpracowników i najbliższych przyjaciół Lutra. Tworzył podwaliny dojrzałego systemu ewangelickiej teologii i etyki.
Ci dwaj ludzie uzupełniali się w swych przeciwieństwach. Luter to prorok – człowiek czynu, gorliwy kaznodzieja, świetny organizator i namiętny polemista. Melanchton był raczej systematykiem, dociekliwym badaczem i człowiekiem słynnym ze swej ugodowej natury, łagodnego charakteru i dążenia do poszukiwania porozumienia gdzie się da i z kim się da.

W fakcie, że wizerunki obu tych ludzi znajdują się właśnie w kościele lubanickim, tak ważnym dla dziejów Serbołużyczan, kryje się wielki paradoks historii. Reformacja, dzięki naciskowi na czytanie Biblii i odprawianie liturgii w językach narodowych, stała się potężnym impulsem dla rozwoju piśmiennictwa, języka i kultury Serbów łużyckich. Na kilkaset lat spowolniła proces ich germanizacji. Ale Luter nie darzył Wendów zbytnią sympatią, a nawet posunął się do nazwania ich die schlechste aller Nationen, czyli najgorszym ze wszystkich narodów. Jego niesprawiedliwe opinie i wrogość, z którą odnosił się do Łużyczan, mogą szokować u humanisty takiego formatu. Jednak był on w tym tylko człowiekiem swojej epoki i członkiem swego narodu, gdzie podobne poglądy uchodziły za naturalne. Zaś sami ewangelicy nigdy nie traktowali dzieła Tischreden, zawierającego te przykre stwierdzenia, jako kanonu religijnego, uważając je wyłącznie za świadectwo prywatnych poglądów Lutra, który był człowiekiem powszechnie znanym z impulsywności.

Co innego Melanchton! Ten znawca myśli Ojców Kościoła i teologii prawosławnej miał rozliczne kontakty z przedstawicielami Słowian i był na takie spotkania otwarty. Dzielnie go w tym wspierał uczeń, następnie współpracownik z uniwersytetu w Wittenberdze i ostatecznie zięć – Kaspar Peuker rodem z Budziszyna, Serbołużyczanin biegle posługujący się językiem górnołużyckim. Wiadomo, że Melanchton pochodzenie swego zięcia i jego biegłość w wendyjskiej mowie poczytywał sobie za powód do dumy.

Czy włościanie lubaniccy mieli świadomość zawikłanych relacji, jakie łączyły twórców reformacji z narodem Serbołużyczan? Raczej nie. Ale nawet gdyby jakimś cudem ta wiedza do nich dotarła, czy miałaby jakiś wpływ na ich akces do zboru ewangelickiego? Na pewno nie miała żadnego wpływu na decyzję o umieszczeniu w oknie świątyni wizerunku obu Reformatorów. Nie mogła mieć z tego prostego względu, iż w drugiej połowie XIX w., gdy witraże powstały, Lubanice już nie były wsią serbołużycką. W wyniku burzliwej historii stały się miejscowością zamieszkaną wyłącznie przez Niemców.

Chwilę jeszcze podumał Viator nad tymi zawiłościami. Dręczy go pytanie: czym kierowali się powojenni repatrianci, stuprocentowi Polacy i katolicy gdy, biorąc w posiadanie kościół, pozostawili w spokoju Lutra i Melanchtona? Zresztą – jakimi bądź motywami by się kierowali, ich czyn wystawia im naprawdę chwalebne świadectwo.

Taką konkluzję z zadowoleniem sformułowawszy, skierował się Viator w stronę ołtarza. Jego konstrukcję flankują rzeźby dwóch mężczyzn. Kim są? Nasi przodkowie bezbłędnie potrafili czytać symbole, które skrywa Biblia Pauperum. Ale my? Szkoda słów… Jedno jest oczywiste: postać po lewej przedstawia kohena – kapłana żydowskiego, w prawicy swej piastującego kadzielnicę. To niestety jeszcze niczego nie rozstrzyga. Czy mamy przed sobą Aarona, pierwszego arcykapłana, i jego brata Mojżesza? A może to kapłan Zachariasz i jego syn, prorok Jan Chrzciciel, głoszący owładnięty duchem prorockim, namiętnie przy tym gestykulując? Obecność obu „duetów” w tym miejscu byłaby całkowicie uzasadniona.

SAMSUNG DIGITAL CAMERAOłtarz powstał w siedemnastym wieku. Lubaniccy chłopi czytać nie umieli, a przecież doskonale wiedzieli, kim są obie postacie.

Problem można rozwiązać, sięgając do przedwojennych fotografii: widać na nich wyraźnie, iż druga z postaci trzyma dwie kamienne tablice. Sprawa jest rozstrzygnięta – to Mojżesz i Aaron.

luter (5)Mojżesz dzierżący Tablice Przymierza – tym razem akurat po lewej. Wichry wieją i ciągle coś zmieniają.

Ale nie trzeba zagłębiać się w stare albumy. Ba, to by podejrzanie pachniało łatwizną! Lepiej przyjrzeć się dokładnie. Ach knježe, ty synu Dawidow… Święty ma rogi! A w chrześcijańskiej ikonografii są one atrybutem Mojżesza. Wzięło się to ze starej, bo liczącej ponad półtora tysiąca lat, pomyłki tłumacza. Szemot, druga księga Tory, głosi: Mosze schodził z góry Synaj. Mosze miał w rękach dwie Tablice Świadectwa, gdy schodził z góry. Ale Mosze nie wiedział, że skóra jego twarzy promienieje z tego powodu, że [Bóg] z nim mówił. Aharon i wszyscy synowie Jisraela zobaczyli, że skóra twarzy Moszego promieniała. I bali się zbliżać do niego. Święty Hieronim, tworząc Wulgatę, przetłumaczył hebrajski wyraz qaran, oznaczający „wysyłać promienie, promieniować”, jako „wypuszczać rogi” Jest to drugie, pochodne znaczenie tego słowa, gdyż, według rabinackich komentarzy, promień światła przypomina kształtem rogi.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA …skóra twarzy Moszego promieniała.

Michał Anioł, rzeźbiąc słynny posąg rogatego Mojżesza, utrwalił ten błąd i odtąd przez kilkaset lat w licznych wyobrażeniach przedstawiano Prawodawcę z rogami. Tako rzecz ma się i u postaci z lubanickiego ołtarza. Dzięki temu identyfikacja jest bezbłędna, mimo, że nikt z powojennych mieszkańców wsi nie pamięta, aby „ich” Mojżesz kiedyś trzymał tablice. Zaginęły one podczas Wielkiej Burzy, tej, przy której wichry reformacji okazały się być zaledwie subtelnym zefirkiem. Burzy, która pozostawiła w Lubanicach jeszcze inne ślady. O nich opowie Viator za tydzień. Zanim ruszy w dalszą drogę.

Samotny myśliwy 8

Katarzyna Krenz

SONY DSCFotografia autorki z serii “Panoramy Covilhii i mgły”

8. Nie wszystko

Piasek był ciepły, wygładzony przez morze,
a świadomość, że ziemia jest okrągła,
mniej ważna niż jej skrawek, ciepły i
taki namacalny, wygrzany w słońcu
na brzegu morza, gdzie można było leżeć,
grzać kości i myśleć o mapie miejsc najbliższych,
które kiedyś pojawiły się po to, by Stary Poeta
mógł się tam urodzić, pójść do szkoły i
na pierwszą randkę nad rzeką w maju, gdy
zakwitły kasztany. Kasztany, rzeka, maj:
miłość to piękne miejsce.

Bo cóż po mapach lądów nieodkrytych, słonych
mórz i oceanów, cóż po miejscach wielkich
bitew wygranych, przegranych. Cóż
po krużgankach pałaców i klasztornych ogrodów,
gdy nas tam nie ma. Cóż nam po nich.

Lato leśnych ludzi 2

Ewa Maria Slaska Weszłam, jak zwykle i jak każdy do internetu, żeby poszukać informacji o Lecie leśnych ludzi. Oczywiście, ach, piękny nowy wspaniały świat! – znalazłam absolutnie wszystko, w tym książkę na chomiku oraz informację, że 30 lat temu powstał pięcioodcinkowy serial o Rosomaku, Panterze i Żurawiu oraz miejskiej murowanej stonodze przezywanej Coto, przeniesionych we współczesne czasy, ale bawiących się w parafrazę oryginału. Oczywiście w latach 80 nie mogło być mowy o tym, by ktoś odsłonił genderową warstwę powieści. W serialu tak jak w książce Rosomak, Pantera i Żuraw to mężczyźni, a nie jak w rzeczywistości – kobiety. Wyjechałam z Polski w styczniu 1985 roku, serial wszedł na ekrany we wrześniu, nie było mnie więc już w Gdańsku. Nie jestem maniaczką telewizji i nigdy nie byłam, ale jednak różne rzeczy na szklanym ekranie oglądałam. Również seriale. Czterdziestolatka, Wielką grę… Lato leśnych ludzi obejrzałabym na pewno, nie tylko dlatego, że to moja ulubiona książka, ale też  gra tam mój równie ulubiony Jerzy Bińczycki. Scenariusz i reżyseria Władysław Ślesicki, również nie byle kto. Na youtubie znaleźć można chyba wszystkie odcinki serialu. Ja tu podaję linka to pierwszego, resztę znajdziecie sami.

TU link do informacji o serialu, a TU do samego źródła czyli internetowej wersji powieści Marii Rodziewiczówny. Na dole – zdjęcie bramy do Republiki Ściborskiej na Mazurach, gdzie rodzina Morsztynów buduje własnymi siłami Muzeum Marii Rodziewiczówny. Pisłam już TU o tym, a dziś ponownie proszę dziennikarzy, zapaleńców i ludzi z pomysłami i/lub pieniędzmi o pomoc dla tej inicjatwy. bramasciborkiA tu jeszcze maleńki fragment tekstu Dariusza Morsztyna Biegnącego Wilka, zatytułowanego: Dlaczego jest niezwykła? “Twarda sztuka Bez wątpienia nikt nie był w stanie dorównać jej hartem ducha. Sama pływała łodziami (poniżej zdjęcie gdzie płynie z malarzem Chełmońskim), kilkakrotnie podnosiła z ruin własne gospodarstwo (właściwie po każdej zawierusze wojennej – 1914-18, 1917, 1920 oraz po pożarach), Powstanie Warszawskie spędziła w skrajnie trudnych warunkach będąc staruszką, itd, ale nigdy nie straciła wiary i silnego ducha.” Dlaczego-jest-niezwykła-1140x344

Droga do Santiago, jeszcze Najera

Ewa Maria Slaska

Środa 12 września (dodatek)

Przeszłam 28 kilometrów, ostatnie były już bardzo trudne. Wydaje mi się, że moja aktualna norma powinna wynosić 20 kilometrów. Najgorsze są postoje, a właściwie – posiady, bo potem tylko z najwyższym trudem można się zmusić do dalszego ruchu. Ale jak się już złapie trans, można iść i iść, szkoda tylko, że z tego transu ciągle trzeba wychodzić do realu, bo jednak należy uważać. Przede wszystkim nie wolno przegapić strzałek, które niekiedy żółcą się gęsto, ale niekiedy są rozsiane bardzo skąpo.

plotazorfa
Camino jest jakąś wspólną magiczną zabawą pielgrzymów, którzy co jakiś czas zmieniają swe magiczne obrządki. Dziś były najpierw płoty z wplecionymi krzyżykami, ale gdy tylko droga wchodzi w góry, pojawiają się figurki ułożone z kamieni. Kamienie są okrągłe lub owalne i wcale niełatwo ułożyć z nich człowieczka, czasem też pojawiają się kopczyki, kurhanki, strzałki, małe ołtarze. Na szczycie kamienisto-gliniastej góry, kiedy mam najgorszy moment w ciągu całej dzisiejszej wędrówki, w nadludzkim niemal wysiłku z siedmiu kamieni układam magiczną figurkę dla owej młodej kobiety z rodziny, żeby już na pewno ten guzek, nie wiadomo czy rakowy, przestał ją straszyć.
Te kamienne figurki wyglądają bardzo archaicznie, jak jakieś idole plemienne z epoki kamienia. Niekiedy są wysokie, niekiedy grube i okrągłe jak Wenus z Willendorfu. Mają znaczenie nie tylko magiczne, bo tam gdzie nie ma strzałek, taka figurka też posłuży za drogowskaz.

4.0M DigitalCAM
Muchy. Nie ma co więcej pisać. Jest po prostu bardzo dużo much.

Ludzie. Na trasie jest bardzo dużo ludzi w moim wieku, a więc niemłodych, ale i sporo starszych. Jest też naprawdę dużo kobiet w moim wieku. I równie dużo kobiet samotnych, w różnym wieku. Spotykam dwóch Szkotów w spódnicach, dwóch Hiszpanów z psami, czterech Niemców. Przede mną idzie jakiś Polak, bo czasem pisze na drodze coś po polsku i podaje datę. Jest też Czech, który ułożył na ziemi dużą chustkę do nosa i przycisnął ją kamieniami. Na chustce napisał Ahoj moja Mila v Santiago.

Dzisiejsza trasa nie była gorsza niż wszystkie dotychczasowe, nie tu, wszędzie. Najbardziej może przypominała wędrówkę przez góry na greckiej wyspie Rodos i kupowanie owocowego bimbru od górali. W Grecji to legalne, bimber kupowało się w butelkach bez etykietek na wiejskim targu.

Podczas pielgrzymki najbardziej daje w kość, że musisz iść dalej, bo inaczej nie dojdziesz do schroniska. W kilka lat później w Portugalii, gdzie praktycznie rzecz biorąc w ogóle nie było schronisk, kończyłyśmy dzienny etap, gdy byłyśmy już bardzo zmęczone, a nadarzało się coś, gdzie można by było przenocować. Na camina franca człowiek jest nastawiony na nocowanie w schroniskach i na etapy podane w paszporcie pielgrzyma. Schronisko w Najera otwierano o 14.30. Ja doszłam koło 15, ale już w godzinę później odsyłano pielgrzymów z kwitkiem czyli dalej. Myślę, że tego bym dziś nie zniosła.

Albergue-Municipal-in-Najera

Spałam po prawej, pod drugim oknem.
Do schroniska nie wolno wchodzić w butach. Zostawia się je na metalowych regałach. Wspaniały widok – kilkadziesiąt par zakurzonych buciorów.
botasenalberguenajeraPowoli uczę się, jaki jest rytm dnia. Wstajemy o 6 rano. W Najera nie będzie śniadania, to nie przytułek w parafii tylko zwykłe schronisko. Kawa z automatu, baton, magdalenka czy bułka ze sklepiku, i ruszamy. Koło 14 – 15 docieramy na miejsce, pół godziny odpoczynku, prysznic, pranie, drzemka i wyjście do miasta na obiad, zakupy i zwiedzanie. Między 21 a 22 powrót, bo o 22 drugiej zamkną schronisko na głucho. To dlatego wczoraj w Logrono mnie nie wpuścili. Czyli nie obejrzę dziś meczu Hiszpanii z Litwą (albo Łotwą). W gazecie jest napisane Letonia, a ja nie wiem, co to za państwo. Teraz sprawdzam. Jednak Łotwa. W barze zamawiam tortillę, ale jest tylko jedna mała porcja, na zimno! Więc zjadam jeszcze sałatkę ziemniaczaną. Tortilla jest OK, staram się nie zwracać uwagi na to, czy jest w niej boczek (jest!), ale sałatka to ewidentna ohyda.

W mieście dużo średniowiecznych zabytków i pomnik świętego króla Ferdynanda. Umarł w roku 1252 i wtedy przypominam sobie, że to ten, co się utopił podczas wyprawy krzyżowej. Ktoś mu zawiązał na szyi żółtą chustkę pielgrzyma. Oczywiście temu na pomniku, a nie temu, co się 800 lat temu utopił.

W schronisku odkrywam, że jest kuchnia, nawet nieźle wyposażona i że można sobie gotować, ale nie wiem, czy to kiedyś zrobię, bo kupowanie jedzenia na jedną osobę mija się chyba z celem. Zostawię tyle jedzenia (następni na tym skorzystają), że koszty będą takie same jak jakaś prosta potrawa w lokalnej tawernie. Są też komputery z dostępem do internetu i pralki. Tego wszystkiego wczoraj w schronisku kościelnym nie było, była za to miła domowa atmosfera, wszyscy ze sobą rozmawiali, a rano było wspólne śniadanie. Czyli jak zawsze – coś za coś.
W każdym razie ugotowałam sobie garnek herbaty, siedzę przed hotelem, piszę i popijam herbatę.
Jest dobrze.

Nad nami granatowe niebo, przed nami wielka skała czerwonego piaskowca ze średniowiecznymi jaskiniami wykutymi w skale, po lewej rzeka Najarillo, po prawej wąskie uliczki starego miasta. Tamtędy jutro ruszymy w drogę.

Przepisuję 10 przykazań pielgrzyma ze ściany. Jest wersja angielska i hiszpańska.
1/ Podążaj za strzałkami ponad wszystko.
2/ Nie pokonuj kilometrów nadaremno.
3/ Pamiętaj byś dzień święty święcił.
4/ Dzwoń do ojca swego i matki swojej.
5/ Nie zatrzymuj się.
6/ Nie noś brudnych skarpetek.
7/ Nie skarż się i nie narzekaj.
8/ Nie podawaj bliźniemu swemu fałszywych odległości.
9/ Nawet nie myśl, że mógłbyś przerwać pielgrzymkę.
10/ Nie pożądaj rzeczy bliźniego swego w drodze, a zwłaszcza jego butelek z wodą.
A najważniejsze: idź mimo wszystko i dbaj o bagaż bliźniego swego jak o swój własny.

Jutro do Santo Domingo Della Calzada.

Lato leśnych ludzi

Odwiedziłam na tzw. Dzikich Mazurach, nieopodal granicy polsko-rosyjskiej, małą, niemal opuszczoną wioskę – Ściborki. Została uratowana od losu Sowiegorogu przez dwoje zapaleńców – Dariusza Morsztyna i jego żonę, Justynę. Przyjechali tu z dwoma synami (dziś jest już ich trzech), doprowadzili do porządku kilka chat, stworzyli muzeum indiańskie i eskimoskie, prowadzą warsztaty dla młodzieży, hodują psy husky, Dariusz jest zawodowym maszerem – człowiekiem, kierującym saniami zaprzężonymi w psy. Podczas wypraw maszerskich w ekstremalnych warunkach on i jego psy pokonują ponad 1000 kilometrów.

wilk2

Morsztynowie przygarnęli na dożywocie stare zwierzęta, psy, koty, konie, zakładają muzeum rodzinne i muzeum Marii Rodziewiczówny. Założyli Republikę Ściborską, położoną w najbardziej dzikim rejonie Mazur Garbatych, na terenie gminy Banie Mazurskie. To autentyczne odludzie, kilometr od malutkiej wioski Ściborki, zamieszkałej głównie przez ludność pochodzenia ukraińskiego, na skraju Lasów Skaliskich i Gór Klewińskich. Tu samochody mogą dojechać dopiero od niedawna, nie ma zasięgu telefonu, a wokół tylko las, pasące się krowy i dzikie zwierzęta…

wilk1Nie da się o wszystkim, co robi rodzina Morsztynów, napisać w jednym poście.

SONY DSCRepublika Ściborska Morsztynów i oni sami będą powracać na tym blogu jeszcze nie raz. Dziś najbardziej palący i aktualny ich zdaniem temat – Muzeum Marii Rodziewiczówny. Ten temat jest bliski również mnie samej. Wielokrotnie w tym wpisie wspominana powieść Lato leśnych ludzi była w dzieciństwie i młodości moją ulubioną książką. Rodziewiczówna była też ukochaną pisarką mojej teściowej.  Mój (były) mąż ma na imię Marek, a dostał je na cześć bohatera powieści Dewajtis, wzruszającej kresowej historii o miłości, odpowiedzialności i cudownej przyrodzie. Egzemplarz książki, zaczytanej w strzępy przez moją ukochaną teściową, znajduje się od roku w moim posiadaniu.

Dariusz Morsztyn / Biegnący Wilk

baner_rodziewiczonwa

MARIA RODZIEWICZÓWNA
1863-1944
Przed wojną uznawana była za jedną z najwybitniejszych polskich pisarek. Jedyna autorka, która dosłownie wprowadzała w czyn głoszone przez siebie treści. Niezwykle zaradna, pracowita kobieta. Jako siedemnastolatka, po śmierci ojca przejęła bardzo zadłużone 1500-hektarowe gospodarstwo – wyprowadziła je z długów (co nie udało się ani ojcu ani starszemu bratu), spłaciła brata i siostrę, budowała kościoły, pomniki (m.in. Traugutta), zakładała polskie szkoły, prowadziła organizację wspomagającą ziemian na Polesiu, napisała 44 powieści. Była pisarką, rolniczką, ogrodniczką, zarządczynią, pszczelarką, wyrabiała sama meble, ubierała się w tradycyjne stroje poleskie, całe miesiące spędzała w chacie leśnych ludzi, znała się na zwierzętach, była ornitologiem. Przez całe życie oddana pracy społecznej, nawet w ostatnich dniach Powstania Warszawskiego z noszy pomagała powstańcom. Niezwykła patriotka, określana „strażniczką kresowych stanic”. Jej powieści, bardzo realistyczne i prawdziwe, są niezwykłą skarbnica wiedzy o przedwojennej Polsce, a szczególnie wsi.
Po wojnie znalazła się na indeksie, co związane było z faktem, że była reprezentantką Kresów i osobą antysowiecką. Dlaczego jednak to trwa aż do dziś? A przecież tak jest. Rodziewiczówna nie ma nigdzie swojego miejsca, nawet najmniejszej izby pamięci. Jej dom (zachował się nawet jej pokój) na Białorusi w Hruszowej (obecnie Gruszewo) to ruina i slums. Po leśniczówce Leonów, w której zmarła, nie ma śladu.
Dla dzisiejszego społeczeństwa to doskonały nauczyciel, patriota i Wielka Polka.
Jej powieść „Lato Leśnych Ludzi” – uznawana za najlepszą polską powieść na temat przyrody – jest już zupełnie zapomniana, tak jak inne jej dzieła…
W Ściborowie chcemy to zmienić, już teraz jest tu izba pamięci, a ma powstać poświęcone Rodziewiczównie muzeum.
Rok 2014 jest do tego idealnym momentem. To 150 rocznica jej urodzin (urodziła się po Powstaniu Styczniowym, a jej matka po urodzeniu dziecka została zesłana na Syberię) i 70 rocznica śmierci (zmarła w wyniku trudów Powstania Warszawskiego i obozu dla Warszawiaków w Pruszkowie).

Idea Muzeum Marii Rodziewiczówny

Nawet w chwili śmierci Maria Rodziewiczówna wspominała ze swoją dozgonną przyjaciółką – Jadwigą Skirmunttówną – najwspanialsze chwile w życiu, czyli te spędzone w chacie leśnych ludzi. Książka Lato Leśnych Ludzi jest niezwykła właśnie dlatego, że jest to wierny opis autentycznych przeżyć trzech wspaniałych osób. Dlatego jest taka głęboka, prawdziwa i opisuje przyrodę „od środka”. Nazywana jest „księgą ksiąg”, „leśną biblią”, „polską Księgą Dżungli”. Różnica między rzeczywistością, a opisem jest tylko taka, że w książce przygody przeżywają trzej mężczyźni (Rosomak, Żuraw, Pantera), a w rzeczywistości pod tymi postaciami ukrywają się trzy kobiety: Maria Rodziewiczówna, Jadwiga Skirmunttówna, Maria Jastrzębska.
Zarówno powieść, jak też sama autorka mogą w dzisiejszych „wirtualnych”, oddalonych od przyrody czasach odegrać niezwykle ważną rolę wychowawczą i edukacyjną. Muzeum Marii Rodziewiczówny będzie żywym elementem stałej pracy edukacyjnej i wychowawczej. Będzie można „dotknąć prawdziwej historii”, a też przywrócimy polskiemu społeczeństwu pisarkę i jej dzieło, a w szczególności powieść „Lato Leśnych Ludzi”.

page2Kogo to zainteresuje?

1. Młodzież. Dla nich powieść „Lato Leśnych Ludzi” wręcz powinna stać się lekturą obowiązkową. Byłaby to alternatywa do komputerowego świata, w którym uczestniczą. Urealnienie świata, przybliżenie do przyrody, a także przeniesienie w autentyczny świat Przygody jest dla współczesnej młodzieży niezwykle ważny z punktu widzenia współczesnych pułapek cywilizacyjnych.

2. Harcerze. To „Lato Leśnych Ludzi” (pierwsze wydanie w 1920 roku) miało bardzo duży wpływ na rozwój kierunku wychowawczego w harcerstwie zwanego „puszczaństwem”. Jest to system wychowawczy oparty na pracy z przyrodą, pozbawiany elementów militarystycznych. Dzisiaj niestety traktowany bardzo marginalnie. To najdoskonalszy system wychowawczy wobec przyrody, otaczającego świata.
republika-zasady
3. Kresowiacy. Maria Rodziewiczówna, to ich sztandarowa postać, ich przewodniczka i „Strażniczka Kresowych Stanic”. Większość osób związanych z Kresami jest już w podeszłym wieku i należy się spieszyć z budową Muzeum Marii Rodziewiczówny, aby jak najwięcej osób mogło je zobaczyć. Zobaczyć swój świat i swoją ziemię z jej historią.

Taka tablica wita podróżnika u wejścia do Republiki Ściborskiej

GORĄCY APEL O WSPARCIE I POMOC
przy
  społecznej budowie Muzeum Marii Rodziewiczówny

Od 6 lat prowadzimy badania związane z książką Lato Leśnych Ludzi i Marią Rodziewiczówną. Im więcej się zajmujemy tym tematem, tym bardziej zdajemy sobie sprawę z tego, że tak genialne dzieło i tak niezwykła postać nie mogą pójść w zapomnienie.

Powstał unikalny zbiór eksponatów i ciągle przybywają nowe. Tylko w ostatnich miesiącach udało się zakupić m.in. książkę lato Leśnych Ludzi z 1943 roku – wydaną w Jerozolimie przez Armię Andersa! – kilka zupełnie nieznanych zdjęć Rodziewiczówny i chaty leśnych ludzi.

Zatem kolekcja do muzeum stale się powiększa – mamy już ponad 270 autentycznych eksponatów, związanych z pisarką lub jej niezwykłym dziełem – zapraszamy do Republiki Ściborskiej, gdzie można je obejrzeć.

Nie ma co do tego wątpliwości – Muzeum Marii Rodziewiczówny i książki Lato Leśnych Ludzi – musi powstać aby było miejsce gdzie tą wiedzę można będzie stale stosować do rozwijania puszczańskich i ekologicznych idei oraz aby wiedza o polskiej księdze dżungli nie wygasła.  Do działań włączyli się pierwsi wolontariusze. Ale sami nie damy rady – potrzebujemy Waszej pomocy.

Co teraz robimy?

Ten rok to 150 rocznica urodzin pisarki (jej rodzice za udział w Powstaniu Styczniowym zostali zesłani na Syberię. Matce pozwolono tylko urodzić córkę Marię i 10 dni później musiała udać się na wschód…) i 70 rocznica śmierci (trudy Powstania Warszawskiego wykończyły już i tak wiekową pisarkę – można w najnowszym filmie “Powstanie Warszawskie” zobaczyć autentyczne kadry z jej udziałem).

Czyli – jak nie teraz, to kiedy?

Przygotowujemy cały cykl upamiętnienia udziału Marii Rodziewiczówny w Powstaniu Warszawskim. Będzie specjalna gra miejska śladami pisarki z udziałem grup rekonstrukcyjnych, wystawa, uroczystości na Powązkach przy grobie Rodziewiczówny oraz spotkanie z prezentacjami na jej temat. Już teraz zapraszamy do udziału w tych działaniach.

Udało się nam przekonać władze, parafię, gimnazjum i radnych gminy Skierniewice aby upamiętnić miejsce śmierci pisarki w Żelaznej – powstaną dwa obeliski, Gimnazjum w Żelaznej zorganizuje konferencję, a także są plany stworzenia szlaku edukacyjnego – wszystko w dniu jej śmierci – 6 listopada.

Trwają prace nad projektem architektonicznym budowy repliki chaty leśnych ludzi jako miejsca Muzeum Marii Rodziewiczówny.

Wszystkie dotychczasowe badania, działania, zakupy eksponatów są realizowane ze środków prywatnych. To działalność niekomercyjna – jakże jednak potrzebna.

My angażujemy w to bardzo dużo swoich środków – niestety budowa muzeum przekracza nasze możliwości.

To od nas wszystkich zależy czy chcemy aby tak wspaniała powieść – Lato Leśnych Ludzi i jej autorka – nie odeszły do historii.

Teraz szczególnie potrzebujemy pomocy:

– przy promocji zbiórki funduszy

– wolontariackiej pomocy przy promocji projektu oraz oprawie graficznej, (sami jesteśmy słabymi internautami….. i mamy zbyt wolny internet)

– organizacji spotkań autorskich z których dochód zostanie przekazany na budowę muzeum.

ZA WSZELKĄ POMOC W IMIENIU IDEI DZIĘKUJEMY.

Na naszych stronach internetowych publikujemy felietony związane z Marią Rodziewiczówną, naszymi badaniami. Będziemy podawali tam informacje zupełnie dotąd nieznane – ZAPRASZAMY DO CYKLICZNEJ LEKTURY i przekazywanie tych informacji dalej.

Justyna i Dariusz Morsztyn

kontakt: 0604 29 29 97, biegnacy-wilk@post.pl

Najświeższe relacje   będą ukazywały się na naszym FB  https://www.facebook.com/biegnacywilk

Droga do Santiago. Najera

Ewa Maria Slaska

Środa, 12 września

Wstaję o 6 rano. W kuchni śniadanie przygotowane dla pielgrzymów przez wolontariuszy obsługujących schronisko. Kawa, pieczywo, margaryna, nutella, dżemy. Proszę o pieczątkę w paszporcie pielgrzyma, ale stempel trzeba było wziąć wieczorem od miłej Holenderki, która mnie wpuściła. Dziś nie ma ani Holenderki, ani pieczątki. To ma być mój pierwszy stempel, nie chcę rezygnować. Wychodzę na spacer, oglądam kościół św. Jakuba. Z zaułków wychodzą pielgrzymi i idą na zachód. OK, a zatem wiem, w którą stronę mam iść. Robię rundkę w małym labiryncie na placu Santiago i idę do schroniska, do którego się wczoraj nie dostałam. Dziś wychodzą stąd mnogie rzesze. Intuicja mnie nie zawodzi. Dostaję stempel, wracam po plecak i ruszam.
W mieście trasa świetnie oznaczona niebieskimi szyldami, ale za miastem gubię się natychmiast. Ktoś zawraca mnie z drogi i pokazuje żółte strzałki. Żółte strzałki, łamago, każdy pielgrzym wie, że to po strzałkach dojdzie aż do katedry św. Jakuba w Santiago. Każdy, ale nie ja, bo ja dopiero ruszyłam, a przedtem się w ogóle nie przygotowałam. Nie chciałam czy nie pomyślałam? Nie wiem. W każdym razie nie mam mapy, przewodnika, opisów, mam tylko paszport pielgrzyma, karteczkę, którą znalazłam przed chwilą na podłodze w schronisku, a która pokazuje codzienne odcinki trasy, i nieograniczone pokłady ufności, że dotrę do celu. Chłopak, który za Logrono pokazuje mi strzałki i prawidłowy kierunek, jest na pewno wysłannikiem Opatrzności, która ma nade mną czuwać i czuwa.
Trasa wiedzie pięknym parkiem nad jeziorem. Wzdłuż drogi mnóstwo jeżyn. Po raz pierwszy widzę spontaniczną twórczość pielgrzymów, a może to zresztą magia a nie sztuka – wplecione w płot małe krzyżyki z gałązek. Wplatam i swój w intencji młodej kobiety z rodziny, która czeka na wyniki badań onkologicznych. Na końcu parku sklecona z desek buda – Officio Marcelinho. W budzie mnich w brązowym habicie przybija pieczątki, rozdaje jabłka, herbatniki, kamyki z żółtą strzałką i kostury.

kamienodmarcelinha                                                       Kamień od Marcelinha

Po trzech godzinach pierwszy postój, w ruinach szpitala z XII wieku. To szpital dla pielgrzymów ufundowany przez donę Marię Ramirez.

Navaretta, śliczne kamienne miasteczko, placyk z ujęciem wody, kawiarnia, targ, kościół, jakich potem w drodze będzie jeszcze bardzo dużo – kamienna surowa budowla a w środku barokowy ołtarz skąpany w złocie. Przy ołtarzu bocznym rusztowanie, a na nim cztery kobiety gwarzą i czyszczą to złote bogactwo. Kościół tonie w ciemnościach, widać tylko te cztery kobiety i złotą figurę Matki Boskiej. Potem ktoś zapala światło, tajemniczy połyskujący mrok znika i zostaje tylko złoty barokowy jarmark.

Idę dalej, nie zatrzymując się na kawę w kawiarni. Jestem nowa w drodze, jeszcze nie wiem, jak ważna jest na trasie kawiarnia.

Po drodze gałązki i badyle dosłownie oblepione przez ślimaki.

Ventosa. Do Najery jeszcze 10 kilometrów. Droga paskudna, ubita glina wzdłuż autostrady. Szlak pielgrzymi szedł przedtem tam, gdzie teraz pędzą auta. Wszędzie po drodze będzie widać, że Camino to wprawdzie dziedzictwo kulturowe Europy, i w Hiszpanii się o nie dba, ale nie aż tak, żeby można było obronić pielgrzymie drogi i dróżki. Przez stulecia ludzie wybierali optymalną drogę, a potem wylano ją asfaltem i oddano pojazdom. Nie ma cienia, nie ma wody. Siedzę na betonowym mostku ponad suchym rowem na poboczu. Po szosie pędzą ciężarówki, gdy widzą pielgrzyma – trąbią i porykują.

Przed wyjazdem obejrzałam w Berlinie francuską komedię „San Jaques”. Zabawna, miła. Jeden z bohaterów wyrusza w drogę bez niczego i całą drogę nic nie ma. Ale po prawdzie na Camino jest inaczej, jak nic nie masz, to w każdym schronisku jest coś, co zostawili inni – plecaki, swetry, latarki, kosmetyki. Możesz się zaopatrzyć, ale możesz też zostawić to, czego nie potrzebujesz. Nie musisz, jak dwoje innych bohaterów, ukradkiem wyrzucać na pobocze zbędnych rzeczy – zostawiasz je dla innych.

Na wzgórzu stoi ul z kamienia, czyli coś w rodzaju włoskiego trullo. To pomnik ku czci Rolanda, który pokonał tu jakiegoś syryjskiego olbrzyma, namiestnika Najery. Przeciwnik Rolanda miał ponad trzy metry wzrostu i ważył ponad 200 kilo. Walka trwała cały dzień, noc i dzień następny aż do wieczora.

O 14.30 docieram do Najery. Ostatnie 2-3 kilometry drogi, już na obrzeżach miasta, to jakiś jawny koszmar. Cementownie, żwirownie, upał, kurz i końca nie widać. Muchy. Na przydrożnym murze wiersz o pielgrzymie. Podobno jest też po niemiecku, ale ja widziałam tylko ten.

poemW schronisku przechodzę chrzest bojowy pielgrzymki. Jest kolejka, a jak wreszcie dochodzę do celu, dowiaduję się, że schronisko składa się z jednej tylko sali, ale za to na sto osób. Pierwszy prawdziwy pielgrzymi nocleg. Ale jak to mi potem powie jeden ze spotkanych na trasie Polaków, to pielgrzymka, a nie spacer dla przyjemności po ukwieconych łąkach. Nie wiem, czy zasnę w sali ze stu innymi osobami, ale 28 kilometrów w nogach, upał, pranie białych dżinsów w kamiennym korycie z zimną wodą i zwiedzanie miasta robią swoje. Zasypiam jak zabita.