Droga do Santiago. Belorado

Ewa Maria Slaska

Piątek, 14 września, Rosh Hashana

Wstałam dopiero o 6.30, wychodzę więc dobrze po 7. Po drodze miasteczko Grañón, gdzie można wypić kawę. Czarna nazywa się cafe solo i tak trzeba zamawiać, cafe nero nic im nie mówi. A duża to cafe solo grande.

Belorado-StoercheGniazda bocianie na kościołach. Bieluń dziędzierzawa w polu fasoli. Dziurawiec, bardzo dorodny. Czarny bez. Narkotyczna droga, jadalna droga. Pajęczyny jak z obrazka. Czarne pola słoneczników. Owce i psy. Jaszczurki, myszy, skowronki. Pada deszczyk, bardzo drobny, jak z piosenki. Niemal nie moczy, ale jednak na pierwszym postoju owijam plecak peleryną.

Wytrwałość. Nikt na drodze nie jest silny, jesteśmy tylko wytrwali. Idziemy, jakbyśmy obierali worek kartofli. Jak się obiera worek kartofli? Po kolei.

Niebezpieczeństwa, których już nie ma. Kiedyś pielgrzymka do świętego Jakuba była równa śmierci, a w każdym razie mogła być równa śmierci. W miasteczku Azofra, które wczoraj minęłam, znalazłam napis, że było to miejsce zawsze przyjazne pielgrzymom – założono tu dla nich szpital i cmentarz. Dziś Camino de Santiago to droga szybkiego ruchu nr 120. Czasem trzeba iść poboczem, a wielkie ciężarówki podmuchami niemal zwalają cię do rowu. Ale ten podmuch jest też… ożywczy.

castildelgadoWioski. Ta, gdzie siedzę i piszę, to warowny kasztel i tak się też nazywa, co odkrywam, jak już ją opuszczam. Castildelgado. Kasztel Biskupa Franciszka Delgado. Tu się urodził w XVI wieku i był tak ważny (brał udział w Soborze Trydenckim), że na jego cześć zmieniono nazwę miejscowości, która do XIX wieku nazywała się Villaypún.

Najgorsze są ostatnie kilometry. Myślałam, że wyzionę ducha, mimo że było chłodno, lekko mżyło, słońce nie paliło, nie było wichru, ulewy, upału ani góry do pokonania. Tylko zmęczenie wędrówką. Podobno przechodzi po jakimś czasie. Ale w czym się liczy ten czas? W kilometrach? W wysiłku? W dniach, które mamy za sobą? Czy po prostu będzie zawsze i co dzień? Zawsze i co dzień pod koniec wędrówki będę miała poczucie, że wyzionę ducha? Jak dotąd nie poddaję się zmęczeniu, idę dalej, obieram po kolei kilometry kartofli, ale może trzeba inaczej, usiąść, położyć się, odpocząć, przespać? Zwłaszcza, że mam dobre tempo. Dziś trasa wynosiła 22 kilometry i doszłam przed czasem. Usiadłam obok kilku innych osób pod murem kościoła, żeby poczekać do 13, kiedy otworzą schronisko.

beloradoMieszkamy w kościele benedyktynów z XVI a może z XVII wieku. Nie chce mi się wstawać i sprawdzać. Już się wykąpałam, wypiłam herbatę, wypaliłam papierosa. skarpetkiNa dużym palcu u prawej nogi zrobił mi się maleńki bąbel. Pierwszy w trasie i, jak się potem okaże, jedyny. Mam dobre buty i wspaniałe skarpetki trekkingowe, takie, które trzeba kupować osobiście, przychodząc do sklepu z butami. Skarpety są na lewą i prawą stopę. Pod skarpetą nosi się jeszcze cieniutkie skarpetki i te muszą idealnie przylegać do stopy. Wielkich skarpet nie pierze się w ogóle, cienkie pierze się codziennie. I nie należy kupować chińskiego badziewia.calcetin

Po drodze zmierzyłam sobie czas. Gdy idę w równym tempie, w sprzyjających warunkach, robię 6 kilometrów na godzinę. Ale taka szybkość i tak daje średnią na trasie 4 kilometry na godzinę, bo traci się przecież te wszystkie minuty na wypicie wody i zbieranie jeżyn, i te kwadranse na kawę, siusiu i jedzenie, no i są te góry, kiedy się człowiek wlecze wolniej niż żółw. Jaką mam wtedy szybkość? Dwa kilometry na godzinę? Czasem wydaje mi się, że stoję, a góra nigdy się nie skończy. Ale to nieprawda, bo każda góra kiedyś się skończy, wiem, bo widać nad nią niebo. Gdyby się nie kończyła, miałabym przed nosem ścianę i nic więcej. No i oczywiście wlokę się, ale się wlokę, bo jakbym się nie wlokła, to bym nigdzie nie dotarła, mam więc przecież jakąś minimalną prędkość. No i tak mija przedpołudnie. Zużyłam 5 godzin na 22 kilometry i raz miałam kryzys. A co będzie, jak kryzys dopadnie mnie, gdy droga będzie szła pod górę? Będzie szła. Ona tak, a ja nie. Co wtedy zrobię? Jutro 24 kilometry i dwie wielkie góry.

Po południu wchodzę jeszcze na górę, która wznosi się dokładnie nad “naszym” kościołem, gdzie znajdują się ruiny małego zamku. Spotykam tam Tanię, Rosjankę, która od 18 lat mieszka w USA. Liczę na palacach i ostrożnie mówię, że był to rok, kiedy w ZSRR nagle wielu Żydom wydano zezwolenia wyjazdu. Wiem, bo pracowałam wtedy jako opiekunka w schronisku dla takich właśnie uciekinierów w Berlinie. “Mój mąż był Żydem”, mówi Tania. Aha. “Mazel tov, najlepszego. Dziś jest Rosh Hashana, żydowski Nowy Rok. Powinnyśmy jeść jabłka z miodem, i zwierzęce głowy, i świeże figi”. Ale furda jabłka i głowy! Mazel tov!

Rzuciłam pytanie

Najpierw w rubryce “Myśli dnia”, a potem na Facebooku. Okazało się istotne, postanowiłam je więc przenieść do wpisów.

Ile razy pójdzie się w Berlinie do muzeum lub na wystawę, słyszy się naokoło głównie język polski. Niekiedy na wystawie są SAMI Polacy. Czy nie znaczy to przypadkiem, że muzea powinny wprowadzić podpisy i opisy po polsku? Tylko proszę – porządnie przetłumaczone, a nie wrzucone do google’a!

Pergamonmuseum_FrontPytanie dostało jednego szerka, wiele lajków i wiele komenarzy:

Krzysztof Ruchniewicz: Pani Ewo, zgadzam się z Panią całkowicie. Ostatnio w Berlinie obejrzałem wystawę o I wojnie światowej. Wystawa b. dobrze zrobiona. Niestety, nie znalazłem żadnych informacji po polsku. Wiele lat temu w tym samym muzeum pokazywano podobną wystawę. Zadbano o materiały po polsku dla nauczycieli i uczniów. Tu dochodzimy do sedna sprawy: kto ma się tym zająć? Nie sprawdziłem, być może audiguide jest po polsku… Może innym wyjściem byłoby zatrudnienie polskich studentów do oprowadzania polskich grup? Tylu ich studiuje w Berlinie, kilka euro do stypendium może się przydać…

Kasia Krenz: Niechby chociaż było po angielsku i francusku, już byłoby nam łatwiej się poruszać.

Michael Weintraub: Próbowaliśmy, jeszcze jako Polska Rada w Niemczech – nix…

Krzysztof Ruchniewicz: Wystawa o I wojnie światowej jest i po niemiecku, i angielsku…

Iga Bolechowska: nie wyda, bo skoro polski, to dlaczego nie francuski czy hiszpanski… W większości istnieją napisy po angielsku, i mam wrazenie, że “ci” Polacy calkiem nieźle znaja angielski

Krzysztof Ruchniewicz: Myślę, że z wystawami czasowymi może być faktycznie problem. W przypadku wystaw stałych jest inaczej. Jeśli nie katalog po polsku, to przynajmniej podstawowe informacje o wystawie na stronie internetowej… Jeden dwa teksty pogłębiające temat też nie zaszkodzą. Mogę wskazać kilka przykładów, że takie podejście jest możliwe. Ostatnio pisałem o wystawie poświęconej losom przedstawicieli Polonii po 1939 r. http://krzysztofruchniewicz.eu/polska-mniejszosc-w…/ Katalog ukazal sie po polsku i niemiecku…


Ewa Maria Slaska
: No tak, ale chodzi o prostą, rzekłabym – merkantylną, zasadę. Francuzi czy Hiszpanie nie chodzą do muzeów w Berlinie, chyba nigdy żadnego nie spotkałam. Trudno się dziwić – sami mają lepsze. Co do angielskiego, to powiem szczerze, że zawsze sprawdzam jakość tłumaczenia na angielski i na wystawie o Schlüterze były rażące błędy. Jeśli mielibyśmy rozpatrywać rzecz pod kątem demokratyczno-poprawnej sprawiedliwości, to na pewno by się okazało, że trzeba by robić napisy w 189 językach różnych nacji mieszkających w Berlinie. Ale jeśli pominiemy zasady poprawności, to Polacy chodzą do Muzeów i nie są to (tylko) mieszkańcy, ale przede wszystkim – przyjezdni.

Piotr Olszówka: zbiory drezdeńskie mają polski audioguide (tłumaczyłem i współnagrałem, poddaję się krytyce), wiele berlińskich zbiorów stałych nie ma, np. “mój” Bauhaus Archiv – może napisz (prosto do Annemarie Jeaeggi, mi nie wypada) jako oburzona Polka, że mają w ośmiu (chyba) językach, a po polsku nie? Chętnie to dla nich zrobię. 🙂 Masz niestety wiele racji żywnościowych.

Anna Nacher: skoro są po rosyjsku, to dlaczego nie da się po polsku? to samo zresztą dotyczy muzeów paryskich.

Piotr Olszówka: poważnie: z Polakami, którzy chodzą do muzeów jest pewien kłopot: znają fantastycznie angielski i/lub niemiecki i się nie upominają o “swoje” 🙂

Ewa Maria Slaska: Bym się z przedmówcą szanownym nie zgodziła. Oczywiście, są tacy, którzy znają fantastycznie angielski, niemiecki i francuski, i nawet rosyjskim (jeszcze) władają, ale są jednak i tacy, którzy tych języków “nie posiadają”. Zdarza mi się bardzo często obserwować wianuszek osób, które zbierają się wokół mnie, gdy w muzeum opowiadam po polsku o tym, co akurat oglądamy. I to niezależnie od tego, czy opowiadam to profesjonalnie grupie, którą oprowadzam, czy nieprofesjonalnie Cioci Kici i kuzynce Bietce.

Piotr Olszówka: Dakordeon, pozdrowienia dla Kici i Bietki (czyż one nie były Szwedki?)

Ewa Maria Slaska: Wiecie co, na FB wszystko znika. Napiszcie (Wy, inni, ci, co jeszcze nie napisali, a tylko dali lajki i szerki, lub i nie dali), co Wam serce dyktuje, a ja zrobię z tego wpis na środę, a potem wyślemy linka dalej i tak to może zaczniemy, mówiąc uczenie i nowocześnie, jakąś kampanię społecznościową.

Roman Brodowski: Masz rację. Z tym problemem spotkałem się kilkakrotnie podczas pobytów z moimi przyjaciółmi z Polski.
Poza „Pergamonem” – gdzie można otrzymać garść podstawowych informacji dotyczących wystawy, wszędzie muszę „pracować” za tłumacza.
Spotkałem się z tym, że i na polskich wystawach brak jest opisów w naszym języku. Szkoda. Chociaż wydaje mi się, że umieszczenie informacji po Polsku w Muzeach i na wystawach tu, w Niemczech, jest walką z wiatrakami, to jednak jako wielka Diaspora w tym kraju, powinniśmy dbać o to, żeby to co nas dotyczy, było jednak opisywane w naszym języku, zwłaszcza tam gdzie sami coś organizujemy

Pozdrawiam Cię cieplutko

Dzieweczka z Abisynii

Tomasz Fetzki

Machbuba

Opowieść ta, jak i poprzednie, nosić miała podtytuł „reportaż poetyzujący”, ale nie nosi. Słowo Machbuba mieści w sobie już tyle poezji i nostalgii, że jakikolwiek dodatek byłby niestosowny, płodziłby tautologie, pleonazmy i takie tam różne. Ale historię naszą snuć możemy poetycko, czemu nie? Zacznijmy chociażby balladą:

Ktokolwiek będziesz w przygranicznej stronie
W równiny bezkresne Łużyc
Wjechawszy, ucisz mechaniczne konie
Aby się w Parku zanurzyć

Ten Park wielką literą zapisano, bo taki park, to jest… Park! Mużakowski, rzecz jasna. Kraina Zielonego Księcia, Hermanna von Püeckler-Muskau. Pana na łużyckim Mużakowie i Rogeńcu (które z czasem zaczęto zwać Muskau i Branitz). Fürst Hermann zapisał się w pamięci współczesnych krańcowo odmiennie. Dla jednych był miłośnikiem wolności i koneserem piękna zaklętego w różnych postaciach: kobiet i przyrody. Inni mieli go za wichrzyciela i libertyna, a przy tym nieuleczalnego kobieciarza i utracjusza, który fortunę utopił w fanaberii zielonego królestwa. Gdzie leży prawda? Nie pośrodku, tylko tam, gdzie leży. A gdzie to jest? Na takie pytanie Viator nie odpowie: dlaczego innym miałoby być łatwiej? Czemu sam ma rozsupływać nierozstrzygalne dylematy?
Niespiesznie przemierza Viator parkowe alejki. I jedynie siłą woli powstrzymuje się, by nie popłynąć na falach dygresji, hen w dal! Bo o Parku Mużakowskim, tak bliskim swemu sercu, mógłby opowiadać godzinami. A przecież nie po to tu przybył. Zresztą, Park stał się ostatnio niezwykle modny: kto chce się czegoś o dziele księcia Pücklera dowiedzieć, sięgnąć może do „wielkiej sieci”, w której stron odnośnych bez liku. Kiedyś, dziesięć lat temu, gdy wędrowiec odkrywał to miejsce, ciężko było zdobyć jakąkolwiek wiadomość. Ale dziś? Nie chce się przeto Viator naprzykrzać tym właśnie tematem, dysponuje pełną garścią innych. Lecz jeśli czytelnicy mają życzenie zobaczyć Park jego oczyma, wystarczy jedno słowo…

SAMSUNG DIGITAL CAMERANowy Zamek w Parku Mużakowskim.
Tak naprawdę ani „nowy”, ani „zamek”, ale… precz z dygresjami!

Mija Viator bajeczne mosty i wiadukty wkomponowane w parkowe wąwozy, ale je ignoruje. Przechodzi obok imponującej książęcej rezydencji, lecz zaledwie zaszczyca ją spojrzeniem: nie jej dzisiaj poświęci uwagę! W pośpiechu, en passant, podziwia liczne pomnikowe okazy drzew: tubylczych i sprowadzonych z dalekich krajów. Niektóre bez problemów zaadaptowały się i wyrosły potężnie. Ale jedna, tajemnicza roślinka, która wzeszła i rozkwitła w promieniach słońca Maghrebu, przesadzona tutaj, na łużyckie piaski, zwiędła i zmarniała. O niej chciałby opowiedzieć Viator.

SAMSUNG DIGITAL CAMERADwaj imigranci z dalekiej Ameryki Północnej: na pierwszym planie kanadyjski platan, w tyle cypryśnik błotny z bagien Luizjany. W Muskau, jak widać, radzą sobie świetnie, przeto ostawmy ich w pokoju.

Po chwalebnym udziale w wojnach napoleońskich dwudziestodziewięcioletni rotmistrz, hrabia Hermann (księciem zostanie za osiem lat) wyruszył roku pańskiego 1814 w podróż do Anglii. Wrócił zafascynowany wyspiarską sztuką komponowania ogrodów i zapragnął w swej rodowej siedzibie nad Nysą Łużycką stworzyć wielki park krajobrazowy. À l’Anglaise, oczywiście! Bez zwłoki zabrał się do pracy. I zanim nadszedł znamienny dla naszej opowieści moment, niemałą fortunę utopił był hrabia w tym przedsięwzięciu. Zdążył ożenić się i rozwieść pro forma (gdyż z byłą żoną wciąż łączyły go przyjaźń i wspólny cel), jedynie po to, by zapolować na nowy posag; bez sukcesu, prawdę mówiąc. Zdążył jeszcze raz odwiedzić Albion, zgłębiając wiedzę o architekturze krajobrazu. I już wiedział, że musi, po prostu musi, na własne oczy przekonać się, czego dokonali w tym zakresie mieszkańcy Bliskiego Wschodu, spadkobiercy królowej Semiramis. Dlatego Fürst (tak, teraz już bez wątpienia tytułem książęcym się pieczętujący) Hermann von Püeckler wyruszył w roku 1834 na wielką wyprawę po krajach Orientu. Był w Algierii, Tunezji i Grecji. Przemierzył Egipt (aż jęzor świerzbi, żeby tu właśnie wspomnieć o wyglądzie miejsca wiecznego spoczynku Księcia, niemniej „twardym trzeba być” – precz z dygresjami!), Sudan, Palestynę oraz Syrię. Odwiedził Azję Mniejszą i pokłonił się zabytkom złotego Konstantynopola, zanim via Wiedeń powrócił do domu.

machbuba (3)Orient oczarował Księcia bez reszty.

Powrócił, ale nie sam. Orszak Księcia poprzedzała plotka stugębna, przepowiadająca skandal i wieszcząca zgorszenie. A jego przyczyną była drobna, krucha, młodziutka dziewczynka, która niewiele rozumiała z tego, co się wokół niej dzieje. A już o tym, że jest przyczyną afery niemal międzynarodowej, pewnie pojęcia nie miała! Bo i skąd mogłaby mieć?
Kim była, co się z nią działo, zanim trafiła, na swoje nieszczęście, do kronik i annałów? Pochodziła najpewniej z pogranicza Sudanu i Abisynii (jak wówczas zwano Etiopię). Wspomnienia świadków wydarzeń, jedyny zachowany portret oraz maska pośmiertna świadczą, iż wśród jej przodków musieli znajdować się zarówno Afrykanie subsaharyjscy, jak i Arabowie: nie była czarna, ale miała smagłą cerę i twarz o rysach wyraźnie negroidalnych, twarz piękną subtelnym urokiem.
Prawdopodobnie była zwykłym dzieckiem, porwanym przez łowców niewolników podczas jednej z ich licznych wypraw. Ale wokół małej Abisynki zrodziło się mnóstwo legend. Jedna z nich mówi, że w jej żyłach krew płynęła książęca i że trafiła w ręce handlarzy żywym towarem w wyniku plemiennych walk o władzę, po śmierci ojca i dwóch starszych braci, zabitych na jej oczach. Być może tę bajeczkę wymyślił sprzedawca na targu niewolników, chcąc podbić cenę dziewczynki. Ale możliwe również, iż rzewną historyjkę stworzył sam książę Pückler, któremu z pewnych względów (jeszcze o nich wspomnimy) zależało na jej „nobilitacji”. Z czasem ten i ów zaczął nawet sugerować, że mała Afrykanka pochodziła z rodu, który wydał egipskich monarchów. Tu jednak źródło plotki jest dość oczywiste: gdy w roku 1929 król Fuad I planował trasę oficjalnej podróży po Niemczech, zażyczył sobie nieoczekiwanie wizyty w prowincjonalnym Muskau. Szeptano więc, że chce nawiedzić grób dalekiej krewnej; umknął jednak plotkarzom fakt, że mużakowski pałac należał wówczas do hrabiego von Arnim, niemieckiego dyplomaty w Egipcie, ponadto pradziad króla, Mehmed Ali, pozostawał z księciem von Pückler w zażyłości. Ale legenda ma swą moc i trudno ją tak po prostu „odpoetyzować”.
Nie wiadomo nawet, jak się ta córeczka (bo nie córa przecież) Orientu nazywała. Ponoć Ajiamé, ale czy na pewno? Imię jest zresztą nieistotne. Pochodzenie też nie. Liczy się tylko prawda uczuć. A jakie mogą być uczucia dwunastoletniego dziecka, porwanego od rodziny i bliskich przez brutalnych bandziorów, wywiezionego w nieznane krainy i wystawionego w roku 1837 jako towar na wielkim targu niewolników w Chartumie? Jak się to dziecko mogło czuć, muskane spojrzeniami obleśnych brodaczy w kefijach na głowach?
Mimo młodego wieku dziewczynka naprawdę musiała się prezentować niezwykle. Książę Hermann, koneser przecież nie lada, tak opisał swe wrażenia z pierwszego z nią spotkania: Nie miała na sobie nic prócz pasa z wąskich skórzanych rzemyków. Lecz handlarz niewolników dużą muślinową chustę na nią narzucił. Zdumieliśmy się nad nieskazitelnym w proporcjach ciałem tej dzikuski, z którym się wyrazista twarz o wybitnych rysach łączyła, tak, jak to właśnie lubię. Bez wahania wydał więc Książę 100 talarów, kwotę niebagatelną, aby stać się właścicielem „Czarnej Perełki”. Uznać trzeba, że miała w sumie sporo szczęścia. Mogła trafić do jakiegoś haremu, a harem to zawsze harem, nawet gdy Pan i Władca jest na poziomie – nie prostak. Mogła w głodzie i upale karmić owce i doić wielbłądzice. Tymczasem znalazła się pod rycerską opieką zauroczonego nią dżentelmena i romantyka. Gdyby jeszcze ten romantyk był odważniejszy, bardziej odpowiedzialny i naprawdę wiedział, czego chce! Wtedy może wszystko skończyłoby się zupełnie inaczej… Może Europa cieplej by przyjęła nieszczęsną Ajiamé?
Póki co, jesteśmy jeszcze w Afryce. Książę i niewolnica podróżują razem brzegami Nilu, a następnie Jordanu. Wspólnie wędrują przez wyżyny Anatolii i wspólnie odwiedzają Stambuł. Hermann wprowadza swą „brankę” (której dla niepoznaki każe nosić strój mameluckiego pacholika) w tajniki europejskiej cywilizacji, uczy ją manier dworskich oraz języków – najszybciej, i to zupełnie biegle, zaczęła się posługiwać językiem włoskim.

machbuba(4)„Czarna Perełka” w stroju chłopięcym.

Dziewczynka, wdzięczna za wyrwanie z łap handlarzy i z pewnością oczarowana takim traktowaniem, zaczyna, jak ktoś trafnie ujął, kochać swojego pana z oddaniem dziecka, a Pückler po raz pierwszy w życiu doznaje bezwarunkowej miłości. I odwzajemnia ją, choć w sposób mało, by tak rzec, ojcowski. Nie spieszmy się wszak z potępieniem księcia! Ten związek miał w sobie na pewno coś perwersyjnego, ale nie w tak drastycznym stopniu, jak ocenilibyśmy to dzisiaj. Pückler kupił ją, dziewczynę dwunastoletnią, a romans rozwijał się przez kilka kolejnych lat, to fakt. Realia były wtedy jednak nieco inne. Przecież matkę księcia, Klementynę von Callenberg, w podobnym wieku wydano za mąż. Syna poczęła, mając lat zaledwie czternaście! I nikt z tego nie robił bynajmniej afery.
Żegnają Konstantynopol i dalej wędrują już przez Europę. Osiągnąwszy Budapeszt wsiadają na statek, który wiezie ich w górę Dunaju. Gdy Książę zapada na cholerę, mała Abisynka z wielkim poświęceniem i doskonałym skutkiem pielęgnuje go podczas choroby. I tak, po kilku latach wędrówki i wielu przygodach, Hermann i Ajiamé przekraczają bramy stolicy Cesarstwa Habsburgów. Dla delikatnego, pustynnego kwiatuszka Wiedeń jest niemal stolicą świata, powoduje zawrót głowy, oszołomienie! Tak to sobie przynajmniej wyobraża Viator, próbując odtworzyć jej uczucia.
Nie wie jeszcze biedna Perełka, nie przeczuwa nawet, że koniec i to smutny, jest już blisko. A nam nie spieszno chyba, by się o tym dowiedziała. Poczekajmy choć tydzień: póki co, niech się dzieweczka cieszy tym, co oferuje jej wielki świat!

Samotny myśliwy 10

Katarzyna Krenz

jesienne mgly 006EFoto Autorka: Poranne mgły

10. Rysunek na piasku

Obraz rozbrzmiewał wiatrem:
fale płaszczyzn i plam barwnych
prowadziły po przekątnej w głąb,
by tam zgodnie uderzyć w struny
wzroku. To był dobry znak, który

mówił mu, że ucieczka z tej bezludnej
wyspy była możliwa. Aby tak się stało,
obraz musiał ożyć. Farba i płótno?
To ziemia, woda i powietrze. Tak było.
I teraz tak musiało być – jak dawniej.

Wyspa to wiedziała, była jak otwarta paleta.
dlatego pozwolił jej stąpać przez sepię
jałowego ugoru. Twarda bruzda
zasychała szybko, utrwalona werniksem z
morskiej soli. Dzięki temu zachowa

na zawsze pamięć kształtu, połączy
ukryty genotyp ziarna i kłącza, popiołu
i kamienia. Nie dopuści do odkształceń
w wyniku jego nieostrożnej decyzji. On
wahał się, lecz mimo to zrobił następny krok.

Chyląc głowę pod niebem z ołowiu,
przeszedł suchą stopą na drugi brzeg
płótna. Nawet jeśli ziemia miałaby
otworzyć krater wulkanu, a morze
zamknąć mu drogę odwrotu – nie cofnął się.

Szedł tam z tęsknoty za dawnym światem,
lecz wiodła go także ciekawość odkrywcy:
zapragnął jako pierwszy dotknąć horyzontu,
przekroczyć ciemną grań samotności. I żyć dalej.

C. / 14.05.2011

Od Lizbony do Lizbony

Uwaga! tekst dozwolony od lat 18!

UEHausRyszard Dąbrowski

Привет,
hallo,

w Berlinie znajduje się “ambasada” UE, w bardzo ekskluzywnym miejscu, naprzeciwko ambasady “ju-es-ej” oraz w kompleksie budynków ambasady francuskiej. Dzisiaj świętowano tam podpisanie umów asocjacyjnych między UE a Gruzją, Mołdawią i Ukrainą.
Znajomy załatwił nam tam wstęp.
I co my tam “widzią”, wystawę “hujowych” (stara pisownia) malarzy-pacykarzy z tych państw.
I co my tam “słyszą”, oczywiście wszyscy trzej ambasadorowie na pierwszym miejscu cieszą się na, ich zdaniem, niedługo mające mieć miejsce zniesienie wiz (nasi młodzi bezrobotni gotowi są niewolniczo zapierdalać w krajach UE taniej niż Portugalczycy, Rumuni oraz przybysze z Polski i wtedy mamy ich z głowy), na drugim miejscu cieszą się na ewentualne stypendia dla studentów (prężnych i młodych niezadowolonych intelektualistów lepiej wypierdolić z kraju, niż mieliby siać niepokój) oraz w trzeciej kolejności na zacieśnianie współpracy gospodarczej (wasze firmy, za łapówki, będą mogły opanowywać nasze rynki zbytu – kto da więcej).
Później przedstawiciel niemieckiego rządu pierdolił długo i rozwlekle o tym, że Europa się powiększa i niezadługo własnymi “rencami” będą ją powiększać o Azerbejdżan, Armenię i Białoruś (niezależnie czy tego chcą, czy nie). Później, zapominając o tym, że podobną ideę miał najbardziej znany Austriak, zaczął bredzić o Europie od Lizbony do Władywostoku (bez jaj, takich użył sformułowań).
Tu się, kurwa, pytam, a dlaczego nie zrobić jej na okrągło, od Lizbony do Lizbony?

Później miała miejsce część kulinarna, jakieś udziwnione przystawki, które mnie jako wielbiciela schabowego i bigosu odrzucały już samym wyglądem. G. jako dama (skrzypaczka z powołania oraz intelektualistka i smakoszka z zamiłowania) delektowała się tym badziewiem.
Do popijania było wino gruzińskie (z instrukcją obsługi w trzech językach na nalepce, po angielsku, gruzińsku – ichnimi robaczkami – i po polsku!!!)
Ponadto była też wódka ukraińska (40%), ale już z instrukcją obsługi pisaną jedynie cyrylicą i tylko po ukraińsku.
R. czyli ja, wypił tylko trzy kieliszki tego czerwonego wina (chyba się starzeje – kiedyś byłoby ich nie trzy a trzydzieści).
G., z zawodu budowlaniec, wypiła trzy stakanki tej ukraińskiej wódki – mi ona nie smakowała, wypróbowałem więc tylko jeden mały stakanek.
I tak” intelektualnie” spędziliśmy przedwczorajszy wieczór.

P.S. A w Berlinie teraz duchota i ja sobie popijam kolejne piwo, i sobie siedzę i się biedzę.

Pozdrowienia dla was od nas.
Пока.

Ricccardo i Gracjana

 

Droga do Santiago. Santo Domingo de la Calzada

Ewa Maria Slaska

Czwartek, 13 września

Trasa do Santo Domingo de la Calzada przez dwie góry i dwa miasteczka. Do pierwszej kawy mamy za sobą już 6 kilometrów. Dobra droga, jeszcze chłodno, prawie po równym – super, oby tak zawsze, ale zawsze tak nie będzie.
Gdy wychodzę jest jeszcze ciemno, dwa razy gubię się w miasteczku i muszę czekać, aż ktoś mi pokaże, gdzie są strzałki.
Po drodze nie wolno myśleć o odległych celach, nawet o dzisiejszym noclegu, nawet o najbliższej przerwie na kawę. O Santiago nie wolno myśleć za żadne skarby świata. Droga to droga i jej się należy nasza uwaga, a myśl liczy się krokami. Krokiem, tym najbliższym. Jak go zrobisz, to może ci się uda zrobić i następny. Jak odwyk alkoholowy. I papierosowy, dodaję po latach, gdy już nie palę. Tylko małe kroki. To one doprowadzą cię do celu.
Dzień był świetny, trasa przeszła szybko, ale też było to zaledwie 21 kilometrów, a nie tak jak wczoraj 28.

sant3Po drodze jakaś kobieta zostawiła przy drodze ubranie – koszulka trykotowa, kolorowe majtki, białe skarpetki – wszystko ułożone w dziewczyńską figurkę.

Dowiedziałam się dziś, że nikt po drodze nie czyści butów, chyba że są oblepione błotem, ale kurz jest czymś normalnym i nie warto z nim walczyć. Wyobrażam sobie, jak się potem wygląda w takich butach na lotnisku w Madrycie.

Dziś jest to hospicjum w klasztorze cystersów z XIII wieku. W miasteczku wszystko jest jak trzeba, średniowiecze, renesans, barok, bar, kafejka internetowa i sklepik, gdzie jakaś kobieta wymienia mi kartę telefoniczną na hiszpańską. Rozmawiamy po hiszpańsku i dochodzę do wniosku, że sprzedawczyni jest geniuszem.
Dziś po raz pierwszy ugotowałam sobie obiad – tortellini z jajkiem i owoce. I kupiłam sobie herbatę w torebkach – trudno, będę nosić.

Nie jestem bardziej zmęczona niż niekiedy, po ciężkim dniu pracy w Berlinie.

sant1Zastanawiam się na duchowymi wartościami Camino i na razie nic nie mogę powiedzieć. Idzie się, idzie, myśli się tylko doraźnie, trochę rozmawiam z ludźmi, ale właściwie niewiele, pewnie dlatego, że świadomie unikam drogi w czyimś towarzystwie. Chcę być sama z moją drogą, moimi myślami i moim zmęczeniem. W moim własnym tempie. Na pewno nie jest najgorsze. Nie wychodzę jako pierwsza ani jako ostatnia, jakoś tak pośrodku. Jak dziś wychodziłam, to jeszcze tak na oko połowa butów stała na regale. A doszłam wczoraj jako 19 a dziś jako 21, co zważywszy, że jest nas na jednym odcinku na drodze około stu osób, nie jest złym osiągiem.

sant2Santo Domingo de la Calzada to miasteczko, gdzie przydarzył się tak zwany kurzy cud i dlatego do dziś w kościele mieszkają kury. Na trasie do Santiago zdarzyło się kilka cudów. Jeden bardzo krwawy. W porównaniu z nim kurzy cud jest piękną średniowieczną bajką.  Pewna niemiecka rodzina pielgrzymów przybyła tu aż z Xanten. Młody pielgrzym spodobał się pięknej córce oberżysty, ale ponieważ odrzucił jej zaloty, panna wymyśliła prostą ale skuteczną zemstę – schowała w jego tobołku srebrny puchar należący do taty. Młodego chłopaka złapano, a ponieważ jego wina była, zdawałoby się, bezsprzeczna, został osądzony i skazany na śmierć przez powieszenie. Jego rodzice z ciężkim sercem poszli dalej, a gdy już wracali do domu, z miejsca kaźni zawołał do nich ich syn. Opowiedział im, że wcale nie umarł, bo święty Jakub go podtrzymywał i karmił. Mama i Tata popędzili do sędziego, a był to ten sam człowiek, który skazał ich syna. Pożywiał się był właśnie pieczonymi kurczakami. Na wniosek o uwolnienie chłopaka odpowiedział, że to bajki, a ich syn jest tak samo nieżywy jak te kury na jego talerzu. No i patrzcie państwo, kury ożyły. Chłopaka odcięto z szubienicy, dziewczynę powieszono. A kury do dziś mieszkają w kościele.

Miasteczko nazwano na cześć pobożnego mnicha, który w XII wieku zbudował tu most przez rzekę i szpital dla pielgrzymów.

Zdjęcia zrobił Mietek, pielgrzym spotkany na trasie. Ten który powiedział, że pielgrzymka to nie spacer po ukwieconych łąkach. Jeszcze o nim będzie mowa.

Miszczkrika nad Żejmianą

o-autorceBronisława Raszkiewicz

Rozmowy

“Życie to raj, do którego klucze
są w naszych rękach.”
Fiodor Dostojewski

Rozmowa ze światłem

Ania nie miała świadomości, że nad nią, obok niej, niezależnie od niej, bez pytania o zgodę, toczy się walka. Nie słyszała głosów lekarzy, nie czuła nakłuwania żył. Doznawała przeniesienia w jakiś przedziwny świat, nie umiała go nazwać, ani określić. Było jej tam dobrze i nie miała ochoty o cokolwiek walczyć. Pamiętała, co się zdarzyło, i w tym dziwnym świecie miała tego pełną świadomość. Leżała na stole operacyjnym, a nad nią wisiały oślepiające lampy i ogrzewały nagie ciało. Przywiązano jej ręce i nogi szerokimi pasami, na twarz założono maskę z tlenem. Poczuła, że kręci jej się w głowie, przed oczami zrobiło się ciemno.
Lekarze przygotowywali narzędzia i coś do siebie mówili – to wszystko, co zapamiętała. Zapadając w ciemność, bardzo się bała, że umrze. Stanęły jej przed oczami różne niezałatwione sprawy, bliscy ludzie, zdarzenia z przeszłości. Ogarnął ją bunt – przecież miała dopiero trzydzieści lat! To był jednak tylko moment, za chwilę poczuła się dobrze i lekko. Płynęła w ciemnym tunelu, który stopniowo się rozszerzał i na końcu rozjaśniał. Z boku wyłaniały się przedziwne istoty, jak zbudowane ze światła. Płynęła w ich kierunku coraz dalej i dalej. Na granicy mroku pokazały się złociste koła. Za chwilę zniknęły. Widocznie były nieważnym etapem jej podróży do jasności, wielkiej świetlistej przestrzeni, tam gdzie bardzo chciała się znaleźć.
– Widzę cudowne światło, tam w górze, pod samym sufitem jasnej przestrzeni. Ta jasność jest bardziej świetlista niż słońce. I taka dobra, życzliwa, pełna ciepła – szeptała sama do siebie.

Zbliżają się do mnie świetliste postacie, milczą, idą bardzo wolno, patrzą na mnie. Nie boję się, wierzę, że idą po to, aby mi pomóc. Światło takie promienne, czuję się lekka, jest mi dobrze. Widzę moje ciało na stole operacyjnym. Patrzę na nie z góry. Jakie ono obrzydliwe, leży jak bryła galarety, pulsuje unosząc się lekko i opadając. Zbliżają się do mnie świetliste postacie, są coraz bliżej i bliżej, wyłaniają się z promienistej przestrzeni, jedna po drugiej, jest ich kilkanaście. Nigdy ich wcześniej nie widziałam, nie są podobne do nikogo znajomego. Wydaje mi się, że na mnie czekały, a teraz idą się przywitać. Wokół mnie pojawiają się obrazy we wspaniałych, czystych kolorach. Widzę różne zdarzenia z mojego życia. Poznaję piaskownicę na podwórku, ławeczkę stojącą pod płotem ogrodu przed domem w Miszczkrice, dalej widzę rozciągające się łąki nad rzeką Żejmianą i wreszcie moje dzieci siedzące przy stole w kuchni.
– To jest piaskownica – mówię do świetlistych istot – A tam rzeka Żejmiana. To są moje dzieci.
Czuję, że muszę rozpoznać jeszcze inne obrazy, zdarzenia. Nie słyszę żadnego głosu. Między mną a istotami ze światła istnieje jakaś inna forma porozumienia, coś w rodzaju telepatii. Po prostu odczuwam ich pytania i odpowiedzi.
– Jesteś w innym świecie.
– Tutaj musisz patrzeć inaczej.
– Zastanów się i powiedz – co to jest?
– To jest ławeczka – mówię do świetlistych istot. Pojawia się coraz więcej obrazów. Rozpoznaję je, a świetliste postacie oceniają mnie, analizują moje życie z wielką życzliwością. Podchodzą kolejno i kładą ręce na moją głowę. To nakładanie rąk czuję bardzo wyraźnie. Nagle słyszę:
– To dobra kobieta, choć ma w sobie pychę.
I po chwili:
– Wracaj na ziemię, do żywych. Masz małe dzieci. Jesteś im potrzebna.
Nie chcę wracać, ale z istotami światła nie mogę się spierać. Muszę wykonać ich polecenie. Żegnają mnie znów nakładając ręce na moją głowę. Wiem, co chcą mi powiedzieć na pożegnanie:
– Zapamiętaj, że wiedza, życiowa mądrość warte są, by je czerpać z życia ziemskiego. To jest jedyna wartość, o jaką warto zabiegać i walczyć. Tutaj wszystko inne nie jest potrzebne, nie ma sensu, może nawet stanowić przeszkodę na drodze do połączenia ze świetlistymi istotami.
Nie, to nie są aniołowie, nie mam też poczucia, że idę do Boga, do raju, czy zaczynam życie pozagrobowe. Czuję tylko wielką potrzebę stanąć blisko drugiego człowieka, szukać w życiu mądrości, pomagać i być użyteczną dla innych. Myślę o tym mocno zaciskając powieki. Powoli zaczyna wracać świadomość mojego ziemskiego istnienia. Z daleka dochodzą do mnie głosy ludzi, którzy stoją nade mną. Robią mi masaż serca. Wracam z dalekiej podróży, z przestrzeni oblanej jasnością, wracam do mojego ciała i zaciskam oczy. Boję się.
Pełna świadomość Ani wracała bardzo wolno. Kiedy otworzyła wreszcie oczy wiedziała, że jest w szpitalu, a koło niej stoją lekarze i pielęgniarki. Z niepokojem pytali:
– Jak się pani nazywa?
– Gdzie pani jest?
– Kogo pani widzi? – zapytał doktor Pieniężny, znany w Polsce chirurg. To właśnie on operował Anię tego dnia przez przeszło trzy godziny.

Odpływam z białą ścianą
W oparach eteru
Na trzy godziny snu
W rajskim ogrodzie
Trzy godziny spacerów
Po Elizejskich Polach
Skąpana w świetlistym błękicie
Wyłączona z życia
Rodzę się na nowo
Jestem ocalona

Po powrocie do żywych wiedziała, że jest bardzo wdzięczna losowi, iż mogła przeżyć i zrozumieć, że dane jej było stanąć na skraju Wieczności. Uwierzyła, że bez śmierci nie ma życia, i że dawniej ludzie wierzyli w to bardziej niż teraz.

Minęło czterdzieści lat, a Ania wciąż wracała do pytań postawionych jej przez świetliste istoty. I wciąż szukała w sobie i swoim życiu odpowiedzi. Miała poczucie, że dotknęła tajemnicy życia – właśnie życia, nie śmierci! Dzięki tym świetlistym istotom odkryła w sobie wiele tajemnic, zyskała spokój i szczęście.
Przez te wszystkie lata marzyła, aby podzielić się z innymi ludźmi tym, co się wtedy wydarzyło, czego doznała przebywając w innym świecie.

Autorka-z-bratemPo powrocie ze szpitala wybrała się do swojej mamy Antosi mieszkającej we wsi Chlebów, siedemdziesiąt kilometrów od Zielonej Góry. Od kiedy wyszła za mąż rzadko ją odwiedzała. Miała czwórkę dzieci i trudno jej było wybierać się w dalsze podróże. Wtedy jednak zdecydowała, że pojedzie do mamy i poprosi, aby opowiedziała o tym, jak Ania się urodziła.

Rozmowa z mamą

Był październik 1935 roku. Przyroda otrząsała się z letniego upału i przywdziewała kolorowe szaty jesieni. W małej chatynce stojącej na skraju wsi Miszczkrika nadszedł czas porodu. Leżałam w łóżku, zmęczona pierwszymi bólami, które nasilały się coraz bardziej i bardziej. Mój mąż Ludwik wezwał akuszerkę Salomeę Starakszyc, na którą we wsi mówiono Babka. Bóle wracały ze wzmożoną siłą. Krzyczałam tak głośno, że aż uszkodziłam sobie gardło – umilkła na chwilę i wzruszona własną opowieścią potarła ręką policzek. – Nie mogłam wręcz uwierzyć w siłę tego bólu. Pojawiły się obfite plamy krwi. Krwotok przybierał na sile, krew zalewała białe prześcieradło. Dziecko nie mogło wydostać się na świat, coś było nie w porządku i Babka Salomea nie mogła sobie poradzić. Nienarodzonemu dziecku i mnie śmierć zaglądała w oczy. Kiedy jednak po jakimś czasie między moimi nogami pojawiła się główka Babka krzyknęła z radości i kazała mi przeć z całej siły, a ja zapominając o dziecku, myślałam tylko o tym, aby ból ustał. Na chwilę straciłam przytomność. Nagle Salomea szybko i sprawnie wyszarpnęła ze mnie dziecko, co graniczyło niemalże z cudem.
– Jaka śliczna dziewczynka! – krzyknęła i sprawnie przecięła pępowinę, która owijała szyję dziecka. Później zakrwawioną ręką wyciągnęła łożysko i położyła dziewczynkę na moich piersiach.
Chociaż byłam bardzo zmęczona bólem i nasilającym się krwotokiem spojrzałam na córeczkę z czułością i zobaczyłam jej niebieskie oczka, czerwone, pomarszczone stópki, maleńkie rączki. Babka była bardzo milcząca i z troską spoglądała na mnie.
– Obiecuję ci córeńko, że będziesz żyła – szepnęłam i poczułam wtedy, jakby z góry nagle spłynął na mnie świetlisty promień i okrył moje piersi ciepłą pieluszką.
Babka wykąpała dziecko, otuliła lnianą pieluszką i położyła do kołyski. Kołyskę zrobił własnoręcznie Ludwik. Wisiała na czterech sznurach przymocowanych hakami do sufitu. Nad kołyską pochylali się kolejno mój mąż Ludwik i dzieci Joasia i Romek. Z czułością patrzyli na kruche i nieporadne ciałko.
I oto po trudnej i długiej podróży pojawiłaś się, córko, na tym świecie, witana przez najbliższych z radością – kontynuowała swoją opowieść Antosia. – Na twojej rączce połyskiwała czerwona wstążeczka zawiązana przez Babkę. Wstążeczka miała cię chronić przed złymi urokami i przynosić szczęście. Kiedy obudziłaś się z pierwszego snu byłaś bardzo głodna. Nadeszła pora karmienia. Przytulona do mojej nabrzmiałej piersi łapczywie piłaś mleko. Wtedy poczułam ulgę i już wiedziałam, że czeka nas wspólne życie. Z całą pewnością zawdzięczałam ten sukces Babce Salomei. To właśnie ona znalazła sposób na zatrzymanie krwotoku, który jak się zdawało był nie do opanowania. Pomogło jej w tym wieloletnie doświadczenie i znajomość różnych ziół. Jeszcze przez dłuższy czas piłam sok z czerwonych buraków i marchwi, aby uzupełnić niedobory czerwonych krwinek. Moje życie z dnia na dzień nabierało kolorów i siły. Miałam przecież dla kogo żyć – uśmiechnęła się przytulając Anię do siebie. – Po kilku dniach cała rodzina, zgodnie z tradycją, jednogłośnie orzekła, że będziesz nosiła imię po swojej babci – Anna.
Tak rozpoczęłaś swoje życie w bajecznej chatynce ulepionej z gliny i przykrytej strzechą. Ujrzałaś w niej swój pierwszy dzień i pierwszą noc.

Jesienią dom się zaniósł
Pierwszym krzykiem
Różowa dziewczynka
O niebieskich oczach
Napełniła serca miłością
Rosła beztrosko

Po wysłuchaniu opowiadania mamy Ania poczuła, że teraz już wie o sobie więcej, że jej pierwsze narodziny były także ku światłu.

Chata w ogrodzie
Ziarenka żółtego piasku
Znad rzeki Żejmiany
Matka przy kuchennym stole
Znakiem krzyża błogosławi
Swojski chleb
Za oknem gwizd lokomotywy
Na pagórku czarne skrzydło lasu
Pachnie grzybami

800px-ZheymyanaŻejmiana (z zasobów Wikipedia Commons) – rzeka na Litwie w dorzeczu Niemna, dopływ Wilii.

Miszczkrika to niewielka wioska na Wileńszczyźnie, w powiecie Święciany, rozciągająca się nad rzeką Żejmianą. Turystyczne walory Żejmiany sprawiały, że każdego roku, od późnej wiosny do wczesnej jesieni, odbywały się tutaj spływy kajakowe, w których udział brali dorośli i młodzież. Turyści byli zauroczeni pięknem okolicy i wspaniałym mikroklimatem. Rzekę upiększały lilie – krążele wodne – a jej powolny nurt tworzył miejscami spadziste brzegi, skłaniał do refleksji i zadumy nad urokiem wciąż zmieniającego się krajobrazu.

Przez moje żyły płynie
Żejmiana
Słyszę jej szum
Kiedy wyrywa ze mnie
Fragmenty wspomnień
Kawałki spróchniałego drzewa
Rodzinną wieś
Przywołuje minione zdarzenia
I wciąż płynie przez moje żyły

Lubanice, Benzler i Dirlewanger

Tomasz Fetzki

Czas Wielkiej Burzy, czyli reportażu poetyzującego o Lubanicach część trzecia

Syty wrażeń artystycznych, a przy tym naładowany metafizycznie, wychodzi Viator ze świątyni lubanickiej. Dopiero teraz (w czcigodnym wnętrzu trochę nie wypadało) składa głęboki ukłon i śle podziękowania za dobre słowa, jakie wyczytał tydzień temu w komentarzach do swego tekstu. Nie tylko za to: wielkie dzięki kieruje do Armina Kity, który pomógł stworzyć tekst niniejszy. Armin, Niemiec z krwi i kości, zna język francuski, angielski, a nawet japoński, ale polskiego ni w ząb. Nic pewnie nie zrozumie, lecz, gdy zobaczy na blogu swoje nazwisko, chyba będzie mu miło – zasłużył na to.

Kilkakrotnie głęboko odetchnął Viator świeżym wiejskim powietrzem, lecz gorączka metafizyczna nie zelżała. Ruszył przeto na przechadzkę po cmentarzu otaczającym kościół, bo gdzie, jeśli nie tutaj, można się pogrążyć w odmętach smugi cienia!

Cmentarz, można by rzec, jak cmentarz. Taki sam, jak większość wiejskich cmentarzy na ziemiach, zwanych Odzyskanymi: równe rzędy mogił z wyłącznie polskimi napisami. Po przedwojennych mieszkańcach Lubanic pozostały zaledwie nieliczne tablice wmurowane w ogrodzenie nekropolii. Resztki dawnych rodzinnych grobowców. Napisy niemieckie. Dlaczego nie serbołużyckie? Przecież Jakubica, przecież Poczatku bilo to Slowo… Ano, jako się już rzekło przy witrażu Lutra i Melanchtona, Lubanice stopniowo stały się Laubnitz. Poza powolnym i skutecznym procesem germanizacji, który objął całe Łużyce, na Ziemi Żarskiej te przemiany w pewnych okresach następowały w trybie przyspieszonym. Szczególną rolę odegrała Wojna Trzydziestoletnia. Przemarsze wojsk, walki, epidemie i głód oraz grabieże i morderstwa dokonywane przez soldateskę gruntownie zdemoralizowaną wieloletnią wojaczką, spowodowały spustoszenie całej okolicy. O ile w roku 1618 Lubanice liczyły 92 zagrody, to trzydzieści lat później było ich już tylko 44. Gdy wojna skończyła się, właściciele tych ziem, von Promnitzowie, zaludnili pustki osadnikami przyciągniętymi z różnych stron. Niestety, nie byli to Serbołużyczanie.

Dlatego inskrypcje czytamy po niemiecku. O ile jeszcze dają się odczytać, albowiem większość z nich solidnie już nadkruszył, jak to mówią, ząb czasu. Nagle – niespodzianka. Nie trzeba nawet oczu szeroko otwartych, wystarczą zwyczajnie bystre. Oto jedna z tablic odcina się swą „świeżością” od reszty grobowca. Bez dwóch zdań – nie jest przedwojenna.

SAMSUNG DIGITAL CAMERAGrobowiec rodu Benzlerów: stary, ale nie całkiem.

Dzięki rozmowie z tutejszym kościelnym Viator wie, iż została wmurowana na początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Człowiek, który to uczynił, twierdził, iż jest bratem zmarłego. Utrzymywał też, że Hans Benzler był oficerem i poniósł śmierć za spiskowanie przeciw władzom.

SAMSUNG DIGITAL CAMERAHans Benzler – ofiara przemocy państwowej.

Niemiec, oficer, a przy tym Opfer der Gewaltherrschaft? W roku 1944? Skojarzenie narzucało się samo: uczestnik spisku Clausa Schenka, Hrabiego von Stauffenberg! I tak też początkowo myślał Viator, póki nie dotarł do ściślejszych wiadomości. Nie, Hans Benzler nie miał nic wspólnego z Zamachem 20 lipca. Można go raczej nazwać „samotnym wilkiem”. Od 1935 roku oficer Luftwaffe (gdzie dosłużył się stopnia kapitana), przebywał w Berlinie, pełniąc różne funkcje w Ministerstwie Lotnictwa Rzeszy. A potem nad Europą rozpętała się (a raczej ktoś ją rozpętał, wiadomo kto – precz z eufemizmami!) Wielka Burza. Jej podmuchy wypchnęły Hauptmanna Benzlera w roku 1941 daleko, hen na Ukrainę, gdzie nadzorował pracę kołchoźników na rzecz niemieckiej armii. Po bitwie na Łuku Kurskim odesłany ponownie do Berlina, kierował usuwaniem skutków alianckich bombardowań. Jak się wydaje, nigdy nie był Benzler gorącym zwolennikiem nazizmu, rzutowało to na atmosferę panującą w domu. Jego córka Hiltrud spisała swe wspomnienia z Kristallnacht, którą jako dwunastoletnia dziewczynka widziała w Żarach, ówczesnym Sorau: Moja matka powiedziała o tym dniu, że uświadomił jej jak żaden inny, jak różne są jej dzieci. Córka, która wróciła do domu cała we łzach nad losem wyszydzonego Żyda i syn, również powracający ze służby młodzieżowej do domu, który powiedział: „Mamo, ściągam mundur, musimy przebrać się po cywilnemu, zamaskować i podpalić synagogę…” W mojej matce wzbudziło to zgrozę i nie wypuściła już brata z domu na ulicę. Niełatwo, oj niełatwo było w takich czasach nie ulec zaczadzeniu, zachować kręgosłup moralny! Więc nigdy nie popłynął Hans Benzler na fali entuzjazmu, a stopniowo stawał się zdecydowanie krytyczny: przeżycia z Ukrainy (ze zgrozą opowiadał o nich w kręgu rodzinnym), coraz częstsze naloty, których skutki usuwał… No i śmierć syna: Axel, ten piętnastolatek, co to chciał podpalać synagogę, poległ w wieku lat dziewiętnastu na Półwyspie Kerczeńskim. Dość powodów, aby z malkontenta stać się wrogiem. Zajadłym, lecz ukrytym: kapitan Benzler był ostrożny i nie wynosił swych poglądów poza rodzinny krąg. Co więc go podkusiło, jaka czara goryczy się przelała, że pozwolił sobie na wygłoszenie kilku gorzkich, krytycznych słów w dworcowej poczekalni, w obecności przypadkowego towarzysza podróży? Oczywiście trafił do więzienia (skąd my znamy takich „towarzyszy podróży”!), a wkrótce potem usłyszał wyrok śmierci.

Viator ma swoją teorię co do przyczyn nieuwagi kapitana. Uwięzienie nastąpiło na początku 1944 roku, zaś Axel zginął w listopadzie roku poprzedniego… Ale to tylko teoria.

Rodzina i przyjaciele interweniowali, rzecz jasna. Nawet dość wysoko. Lubanicki pastor, Heinrich Hüffmeier, poprzez swego brata Friedricha, kontradmirała skądinąd, dotarł ponoć aż do samego Göringa! Zdaje się jednak, że ta interwencja bardziej zaszkodziła, niż pomogła: pastor Hüffmeier jeszcze w roku 1934 pozwolił sobie być autorem broszurki Odpowiedź ewangeliczna na „Mit 20 wieku” Rosenberga. No i zaprzeczcie, że Lubanice miały szczęście do nietuzinkowych pastorów!

Zaś zamach Grafa von Stauffenberg ostatecznie przypieczętował los Hansa Benzlera. 11 listopada, rok po śmierci syna, został rozstrzelany w berlińskim więzieniu.

Może nie bohater, ale na pewno człowiek, który w czas Wielkiej Burzy zachował przyzwoitość. A to już bardzo dużo – nielicznych stać było choćby na to. Spiskowcy Stauffenberga? Viator po to stał się Viatorem, aby nie wierzyć zbyt łatwo! Przeczytał kiedyś, co pan hrabia pułkownik myślał o Polakach i Żydach jeszcze po podboju Polski w 1939 roku. Wie również, że taki na przykład generał Henning von Tresckow, człek niechętny Hitlerowi, który ponadto chwalebnie popełnił samobójstwo po nieudanym zamachu, wcześniej umaczał był paluszki w rabunku polskich dzieci. A snute przez spiskowców plany zawarcia separatystycznego pokoju z zachodnimi aliantami, co uniemożliwiłoby odzyskanie przez nasz kraj niepodległości? A okoliczność, że ten ich antyfaszyzm jakoś dziwnie się wzmógł dopiero po Stalingradzie i Kursku? Owszem, wielu pośród sprzysiężonych to lepsza cząstka tego narodu. Ale en bloc? Jest o czym myśleć, za kilka dni minie siedemdziesiąta rocznica Zamachu: czy naprawdę nadaje się on na ikonę sprawiedliwych Niemiec? Czy nie ma lepszego symbolu? Nie było w czasie Wielkiej Burzy prawdziwych bohaterów, takich, którzy pokazali coś więcej niż minimum przyzwoitości? Nie było wśród Niemców gigantów ducha?

Ależ byli! Pastor Bonhoeffer, który ani na chwilę nie uległ zamroczeniu, Sophie Scholl i Weiße Rose, kobiety protestujące w chłodne marcowe dni na berlińskiej Rosenstraße… (Wszędzie te róże! Przypadek?) To garstka sprawiedliwych, dzięki którym Pan nie zniszczył Sodomy, choć ukarał ją zaiste surowo. Nie minęły nawet trzy miesiące od egzekucji Hansa Benzlera, gdy nad Łużycami zaczęły wściekle bić pioruny Wielkiej Burzy. Walec Armii Czerwonej niepowstrzymanie toczył się na zachód. Między Bobrem i Nysą Łużycką zacięty, choć bezskuteczny opór stawiły mu różne niemieckie jednostki; tuż obok Laubnitz (niespełna trzy-cztery kilometry na północny wschód od wioski) walczyły oddziały 36 Dywizji Grenadierów SS Dirlewanger: banda zwyrodnialców, kryminalistów i sadystów pod dowództwem gwałciciela trzynastoletniej dziewczynki (jakimś cudem – również doktora politologii). Pół roku wcześniej ta swołocz „wsławiła się” udziałem w rzezi Woli podczas Powstania Warszawskiego. Oskar Dirlewanger i jego dzielni chłopcy nawet przez zasłużonych esesmanów nie byli określani inaczej niż jako „bydło”, „przestępcza hołota” czy „gromada świń”. Nooo, na takim tle to nawet Stauffenberg czy Benzler jawią się jako świetliste anioły!

Nie pomogło Waffen-SS, nie poradził Wehrmacht. Nie było siły, która mogłaby zatrzymać krasnoarmiejców. A prości mieszkańcy Lubanic i innych okolicznych wsi oraz miasteczek, ci, którzy ostatecznie najmniej byli winni rozpętania Wielkiej Burzy, ucierpieli najdotkliwiej: kto przeżył przejście frontu, a po nim rabunki i gwałty, musiał stąd wyjechać. Zakończyła się historia Laubnitz. Niemieccy mieszkańcy wsi na zawsze utracili ojcowiznę. Z pewnością wielu z nich znajdowało pocieszenie w Słowie Pańskim: Słyszałem twoją modlitwę, widziałem twoje łzy. Po wielu latach właśnie te słowa, wzięte z Drugiej Księgi Królewskiej, umieścili dawni mieszkańcy na tablicy pamiątkowej Ku czci wszystkich Niemców, którzy w Lubanicach i Łukawach mieli swą małą ojczyznę. Tablica i pomnik pojednania, znajdujący się w południowej części cmentarza, są symbolem tego, iż zgoda jest możliwa – tak miedzy dawnymi i obecnymi mieszkańcami Lubanic, jak i w ogóle między Polakami a Niemcami.

SAMSUNG DIGITAL CAMERAIch habe Dein Gebet gehört
und Deine Tränen gesehen…

Musiało oczywiście upłynąć sporo czasu, musiały ucichnąć echa Wielkiej Burzy, zanim to pojednanie nastąpiło. Ale już wcześniej pewne znaki wskazywały, że będzie ono realne. Fakt, że nowi, katoliccy gospodarze lubanickiego kościoła uszanowali wizerunki Lutra i Melanchtona, oznacza przecież, że byli gotowi uścisnąć wyciągniętą rękę, gdy przyjdzie na to czas.

SAMSUNG DIGITAL CAMERAPomnik Biblii Jakubicy.

A kiedy czas przyszedł, zebrali się tu wszyscy razem: Serbołużyczanie, Niemcy i Polacy, katolicy i ewangelicy. Zebrali się w 450 rocznicę przekładu pastora Miklawša, by poświęcić pomnik Biblii Jakubicy: bo to on właśnie wznosi się przy ścianie świątyni. Ponoć byli tacy, co widzieli, jak tego dnia Filip Melanchton uśmiechnął się na witrażu…

SAMSUNG DIGITAL CAMERARoku Pańskiego 1998 zebrali się Serbołużyczanie, Niemcy i Polacy.

Nieco podniesiony na duchu opuszcza Viator Lubanice. Jeszcze ostatnie spojrzenie kieruje na wioskę pogrążoną w popołudniowym, niedzielnym letargu. Spokój i cisza takie, że niemal rozczulają. Chciałby Viator wierzyć, że już nigdy nie nadciągnie tu żadna Burza. Chciałby, ale nie umie. Historia wskazuje jednoznacznie, że jakaś zawierucha kiedyś nadejdzie – prędzej czy później. Lepiej później. Ach knježe, ty synu Dawidow, zmiluj se nad nama! I nie dopuść, żebyśmy dożyli czasów, kiedy przyzwoitość wymaga bohaterstwa!

SAMSUNG DIGITAL CAMERAKiedy znowu nad tą sielską krainą rozpęta się piekło?

Tak sobie niewesoło duma wędrowiec. Warto by może pomyśleć wreszcie o czymś innym. Ale o czym?… Tak!!! Viator już wie, że za tydzień zaprosi tych, którzy zechcą mu towarzyszyć, nad Nysę, do Mużakowa. Tam opowie historię wielkiej miłości. Nieszczęśliwej, rzecz jasna. Bo czyż istnieją inne, Gałązko Jabłoni?

Samotny myśliwy 9

Katarzyna Krenz


poranne mgly 016
Foto: Katarzyna Krenz, Poranne mgły

9. Święty dzień

W niedzielę, jeśli była to niedziela,
a z jego wyliczeń wynikało, że była,
pogodna i bezwietrzna, Stary Poeta
w obecności stada mew wygłosił kazanie:

„Bracia, wspomnijcie dzień, gdy Słońce
przestało być bogiem i narodziło się królestwo
Słowa. Miało być silniejsze od życia. Wierne.
Przychodziliśmy i odchodziliśmy, a Ono
wciąż było. Jak Słońce. Pamiętacie?

Z początku u Boga było, aż samo stało się
Bogiem. Słowo. Przemienione w ciało,
napełniło się młodą krwią i oddechem.
Pewnego dnia umarło, a jednak nie umarło.
I bez Niego nic się dalej nie działo, ani miłość,
ani gniew, ani ziemia, ani niebo. Ani dzień.
Ani noc. Nic. Dlatego nazywaliśmy je
światłością i drogą, choć niejeden z nas
śnił potajemnie o innym życiu. Zdrajca!

Gdzie jest dziś Bóg, gdy Słowo milczy
niewypowiedziane? Kto pierwszy nazwał
Milczenie złotem – dlaczego nie Mowę?
Dlaczego nie okruch czułości, nie sen
bez jednej myśli i lot ku gwiazdom w mroku?
Tego nikt nie wie. A nawet jeśli wie i zna hasło –
nie powie. Milczenie jest skarbem, bywa i torturą.

Bracia, przestańmy się błąkać. Odrzućmy złoto.
Wydziedziczeni, zbierzmy siły i odwagę. Powstańmy.
Idźmy budować. Stwórzmy. Zacznijmy od początku.”

*

Poczuł na czole chłodny powiew. Otworzył oczy.
Niebo zachmurzyło się, morze poczerniało.
Ptaki z krzykiem zerwały się do lotu.

Nadciągał sztorm.

Lato

latoSophia ma 6 lat, jej babka – ponad 80. Obie spędzają lato na maleńkiej wyspie w Zatoce Fińskiej. Są tam z ojcem dziewczynki, ale ten nad czymś pracuje i praktycznie nie ma go z nimi, czasami przypływa ktoś w odwiedziny lub to one płyną do miasteczka po pocztę lub zakupy.
W książce Tove Jansson „Lato” nie ma wartkiej akcji, babcia i wnuczka rozmawiają, opowiadają sobie małe historyjki, śpią pod gałęziami drzew, budują zamki na wodzie i konstruują zwierzęta z kości i gałęzi w ponurym, pokręconym przez wichry lesie.
W tym roku przypada setna rocznica urodzin Tove Jansson, postanowiłam więc ją przypomnieć, ale nie Muminkami, które wszyscy świetnie znamy, ale jej piękną, melancholijną opowieścią o lecie na wyspie tak małej, że da się ją przejść w poprzek w 4 i pół minuty. Ta książka została przetłumaczona na polski, ale nie można jej nigdzie kupić, trzeba iść do biblioteki, co jest przecież jednym z najwspanialszych sposobów spędzania wolnego czasu.  Musi to być jednak biblioteka w Polsce.

summerbookJestem człowiekiem małej wiary. Na pewno tak jest, bo poprosiłam aż dwie osoby w Polsce, o skopiowanie i dostarczenie mi rozdziału z powieści Jansson. Dwie, bo pomyślałam, że jedna może nawalić, albo nie dostanie książki, a ja koniecznie chciałam w tę letnią niedzielę przypomnieć i Tove Jansonn, i to, że kiedyś w niedzielę na blogu Slaskiej były koty. Przepraszam moich wspomożycieli za brak ufności i dziękuję im obojgu: Pewnej Pannie, która znalazła tę książkę w bibliotece we Wrocławiu, oraz panu Januszowi, pracownikowi Książnicy Pomorskiej w Szczecinie, za dostarczenie mi kopii rozdziału o kocie. Dziękuję też mojemu synowi za to, że dał mi tę książkę do przeczytania po niemiecku.

Tove Jansson, Lato

wyd. polskie Nasza Księgarnia, rok 1980
tłum. Zygmunt Łatkowski

Kotka

Kociak, kiedy się pojawił, był bardzo mały i mógł pić mleko tylko przez smoczek. Bogu dzięki, smoczek Sophii był jeszcze na strychu. Z początku kociak leżał w kapturze do przykrywania imbryka, żeby mu było ciepło, a kiedy już umiał sam chodzić, wolno mu było spać w przybudówce, w łóżku Sophii. Miał tam swoją własną małą poduszkę obok jej poduszki.
Była to szara kotka rybacka, która szybko rosła. Pewnego dnia opuściła przybudówkę i przeniosła się do domu, gdzie spędzała noce pod łóżkiem, w szafliku do zmywania, bo już wtedy miała całkiem własne pomysły. Sophia zanosiła kotkę z powrotem do przybudówki i robiła wszystko, żeby się jej przypodobać, ale im więcej ją kochała, tym szybciej kotka wracała znowu do szaflika. Gdy szaflik był pełny, kotka miauczała i ktoś musiał zmywać naczynia. Nazywała się Ma Petite, a wołano ją Mapi.
– Dziwna rzecz z ta miłością – mówiła Sophia. – Im bardziej się kogoś kocha, tym mniej ten ktoś lubi człowieka.
– Całkiem słusznie – nadmieniła babka – i co się wtedy robi?
– Kocha się dalej – odparła Sophia groźnie. – Kocha się coraz bardziej i bardziej.
Babka westchnęła – i nic nie powiedziała.
Mapi była noszona po wszystkich przyjemnych miejscach, które kot mógłby polubić, rozglądała się dokoła i odchodziła. Mocno obejmowana i ściskana wytrzymywała to grzecznie i właziła do szaflika.
Słuchała namiętnych zwierzeń i odwracała swoje żółte oczy. Zdawało się, że nic na świecie nie interesuje tej kotki poza spaniem i jedzeniem.
– Wiesz co – mówiła Sophia. – Czasem zdaje mi się, że nienawidzę Mapi. Nie mam już siły jej dłużej kochać i myślę o niej cały czas.
Tydzień po tygodniu Sophia chodziła za kotką. Przemawiała do niej łagodnie i darzyła ją czułością i zrozumieniem, i tylko jeden raz skończyła się jej cierpliwość, wrzasnęła i pociągnęła kota za ogon. Mapi prychnęła i schowała się pod domem, a potem miała jeszcze większy apetyt i spała jeszcze lepiej niż zwykle, zwinięta w kłębuszek o niewyobrażalnej miękkości, z łapką zgrabnie położoną na nosie.
Sophia przestała się bawić i zaczęła miewać zmory. Nie mogła myśleć o niczym innym niż o kotce, która nie chciała sie do niej przywiązać. Przez ten czas Mapi rosła i stała się chudą i dziką kotką, a pewnej pięknej czerwcowej nocy nie wróciła do swojego szaflika. Rano przyszła do domu í przeciągała się, prężąc ogon ku górze, najpierw przednie łapy, potem tylne. Zmrużyła oczy i zaczęła ostrzyć pazurki o fotel na biegunach. Następnie wskoczyła do łóżka, żeby spać, cała tchnąca spokojną wyższością.

wyspa
Zaczęła polować, pomyślała babka. Miała słuszność. Już nazajutrz rano kotka przyszła i położyła na progu małego szaro-żółtego ptaszka. Gardziołko było przegryzione całkiem sprawnie, a kilka czerwonych kropelek krwi zabarwiło pięknie lśniące upierzenie. Sophia zbladła, patrzyła, nie odwracając oczu, na zamordowanego ptaka. Przeszła obok Mapi-morderczyni drobnymi sztywnymi kroczkami, odwróciła się i wybiegła z domu.
Trochę później babka wspomniała o tym, jakie to jest dziwne u dzikich zwierząt, na przykład u kotów, że nie potrafią zrozumieć różnicy między szczurem i ptakiem.
– W takim razie są głupie – powiedziała krótko Sophia. – Szczur jest wstrętny, a ptak miły. Nie będę rozmawiać z Mapi przez trzy dni. – I już więcej nie rozmawiała ze swoją kotką.
– Co noc kotka wychodziła do lasu i nad ranem zabijała swój łup i przynosiła go do domku, żeby wzbudzić podziw, í za każdym razem wyrzucano ptaka do morza. Trochę później pod oknem stawała Sophia i krzyczała: – Można wejść? Czy zwłoki już sprzątnięte? – Karała Mapi i tą niszczącą bezwzględnością powiększała swój własny ból.
Czasem wołała:
– Usunęliściejuż ślady krwi? – albo: – Ilejest dziś zamordowanych? – I poranna kawa nie była już więcej tym, czym zwykła być przedtem.
Wielka była ulga, gdy Mapi nauczyła się w końcu ukrywać swoje zbrodnie. Inna to rzecz widzieć kałuże krwi, a całkiem inna tylko o tym wiedzieć.
Przypuszczalnie Mapi miała już dość całego tego krzyku i łajania, a może sądziła, że rodzina zjada jej ptaki. Pewnego ranka, gdy babka zapalała swego pierwszego papierosa na werandzie, zgubiła ustnik, który potoczył się do szpary w podłodze. Babka podniosła deskę i wtedy zobaczyła, co zrobiła Mapi. Znalazła tam cały rządek pięknie zagryzionych małych ptaszków. Wiedziała naturalnie, że kotka dalej poluje i nie może przestać, ale następnym razem, gdy kotka przechodziła obok i ocierała się o jej nogi, odsunęła się i szepnęła:
– Ty chytry draniu! – Kocia miseczka z płotkami stała przy schodach nietknięta, pełna much.
– Słuchaj! – powiedziała Sophia. – Chciałabym, żeby Mapi nigdy się nie urodziła. Albo żebym ja się nigdy nie urodziła. Byłoby o wiele lepiej.
– Więc nadal nie rozmawiacie ze sobą? – zapytała babka.
– Ani słowa – odparła Sophia. – Nie wiem, co mam robić. A jeśli jej przebaczę, to co to za przyjemność, skoro ona wcale oto nie dba?
I babka nie znalazła na to odpowiedzi.

mapi-obrazek
Mapi zdziczała i przychodziła do domku bardzo rzadko. Była tego samego koloru jak wyspa – jasna, szaro-żółta, w pręgi, jak góra albo plamy słońca na piaszczystym dnie. Gdy kotka skradała się po nadbrzeżnej łące, ruchy jej były jak powiew wiatru w trawie. Godzinami czatowała w zaroślach, nieruchoma sylwetka, dwoje spiczastych uszu na tle zachodu słońca, nagle nikły… i słychać było tylko jeden pisk. Przemykała się pod karłowatymi świerczkami, przemoknięta od deszczu i chuda jak kreseczka, i myła się z rozkoszą, gdy wychodziło słońce. Była to absolutnie szczęśliwą kotką, ale do szczęścia nie potrzebowała nikogo. Całymi dniami leżała zwinięta na gładkiej skale, a czasem zjadała trawę i wymiotowała własną sierścią, spokojnie, jak to robią koty. Ale co robiła poza tym, nie wiedział nikt.
Pewnego dnia przyjechali na kawę Övergårdowie. Sophia zeszła na brzeg, by obejrzeć ich łódź. Była duża i pełno w niej było torebek i termosów, i koszyków, a w jednym koszyku miauczał kot.
Sophia podniosła pokrywę i kot polizał jej rękę. Był duży i biały, i miał szeroki pyszczek. Nie przestawał mruczeć, gdy go wzięła i niosła na ląd.
– Aha, więc znalazłaś kota – powiedziała pani Övergård. – To miły kociak, ale myszy nie łapie, tak że chcemy go dać inżynierostwu.
Sophia usiadła na łóżku z ciężkim kotem w ramionach. Cały czas mruczał. Był miękki, ciepły i uległy. Załatwiono całą sprawę bardzo łatwo, na okres próbny, za pomocą butelki rumu jako rękojmi w tym handlu zamiennym. Złapano Mapi i ani się opamiętała, o co tu chodzi, jak już znalazła się w łodzi Övergårdów w drodze do wioski.
Nowy kot nazywał się Svante. Svante zajadał płotki i lubił pieszczoty. Przeniósł się do przybudówki i spał co noc w ramionach Sophii, a co rano zjawiał się przy porannej kawie, po czym znów zasypiał w łóżku przy kuchni. Kiedy było słońce, zwijał się na ciepłej skale.
– Nie tutaj! – wołała Sophia. – To jest miejsce Mapi – odnosiła kota nieco dalej, ten lizał ją w nos i zwijał się posłusznie na nowym miejscu.
Lato robiło się coraz ładniejsze, długi szereg spokojnych błękitnych letnich dni. Co noc Svante spał z nosem wetkniętym pod policzek Sophii.
AVT_Tove-Jansson_9218– Ze mną to jest dziwnie – stwierdziła Sophia. – Uważam, że robi się nudno z tą piękną po-
godą.
– Tak uważasz? – spytała babka. – Jesteś dokładnie taka jak twój dziadek, on też lubił sztorm. – Ale zanim zdążyła opowiedzieć więcej o dziadku, Sophia sobie poszła.
Stopniowo zaczęło wiać, najpierw którejś nocy ostrożnie, a rano zrobił się z tego porządny południowo-zachodni wiatr, który miotał pianą na całe wzgórza.
– Zbudź się – szeptała Sophia. – Zbudź się, kochanie, jest sztorm.
Svante mruczał i wyciągał rozgrzane w łóżku łapy na wszystkie strony, na prześcieradle pełno było kociej sierści.
– Wstawaj! – krzyknęła Sophia. – Jest sztorm!
– Ale kot tylko odwrócił się na miękki brzuszek
Wtedy Sophia, całkiem nieoczekiwanie, okropnie się rozzłościła, rozwarła drzwi i wyrzuciła kota na wiatr, a zobaczywszy, że kładzie uszy po sobie, krzyknęła: – Poluj! Rób coś! Bądź kotem! – a potem rozpłakała się, pobiegła do babki i zaczęła walić w drzwi.
– Co tam się znów stało? – zapytała babka.
– Ja chcę Mapi z powrotem! – krzyczała Sophia.
– Ale przecież wiesz, jak to będzie – powiedziała babka.
– Będzie okropnie – odparła Sophia poważnie.- Ale ja ją kocham.
I znowu zamienili koty.