Mazurska hortiterapia

Zofia Wojciechowska

Nasięźrzale, nasięźrzale!
Rwę cię śmiale,
Pięcią palcy, szóstą dłonią,
Niech się chłopcy za mną gonią;
Karczmarze, owczarze, sołtysi,
A potem z całej wsi;
Po stodole, po oborze,
Dopomagaj, Panie Boże!

olsztyn_ewa_i_eddaCześć Ewo,
Miał być na niedzielę tekst o mazurskiej hortiterapii, pasujący idealnie do niedzielnej nocy… Mazurska Palinocka. Tymczasem powstała dziura. W harmonogramie czerwcowych spotkań z literackimi przyjaciółmi na Twoim blogu pojawiła się wyrwa…
Weszłam na Twój blog i przeczytałam zatykającą wyrwę pierwszą relację z drogi do Santiago De Compostela. Ewa byłaś na drodze, gdzie człowiek idzie … czasem nie dochodząc. W deszczową noc, taką jak dziś, zbierając myśli, pakuje je do worka. Myślę, że wypakowuje na przyrożnych kamieniach słowa i zostawia je na szlaku. Tak sobie to wyobrażam.
Parę dni temu stanęłyśmy u stóp olsztyńskiego zamku a pod nogami  pojawił się symbol jakubowego szlaku. Muszla. Witam Cię Ewo na drodze nocnej wędrówki w najkrótszą noc. Być może jesteśmy teraz obie na szlaku. W mazurskich zapiskach są słowa zaklęcia, które miały pomóc młodym dziewczynom w odnalezieniu magicznego kwiatu paproci podczas nocy kupały czyli kupalnocki, zwanej u nas Palinocką. Cztery żywioły – ziemia, powietrze, ogień, woda…
kwiat_paprociPytałaś, czy zatem kwiat paproci istnieje naprawdę? Przesyłam zdjęcie z ilustracji: Nasięźrzał pospolity (Ophioglossum vulgatum – z lewej) i Podejźrzon księżycowy (Botrychium lunaria – z prawej)
Oba te gatunki są objęte w Polsce ścisłą ochroną gatunkową. Umieszczone są na Czerwonej liście roślin i grzybów Polski w grupie gatunków narażonych na wyginięcie (kategoria zagrożenia V). Źródło: Flora von Deutschland, Österreich und der Schweiz, O.W. Thomé, 1885 http://tiny.pl/q8f8k

Rośliny od wieków znane są ze swego dobroczynnego wpływu na zdrowie. Emitują szereg bodźców, które stymulują ośrodkowy układ nerwowy i pobudzają rozwój narządów zmysłów, prowokują mózg do efektywnego działania w warunkach środowiska naturalnego.
Mazury to teren doskonały do rozwijania ogrodoterapii. Obecnie w Polsce ogrody nabierają dużego znaczenia nie tylko ze względu na modę i zapał projektantów, ale także są coraz częściej postrzegane jako miejsce specjalnej terapii. Terapia ogrodem czyli hortiterapia jest moją pasją od wielu lat. Śmiało mogę powiedzieć, że jestem prekursorką tej dziedziny w Polsce, a już na pewno na Mazurach.

pierslawekObecnie studiuję hortiterapię na naszym Uniwersytecie Warmińsko-Mazurskim. Stale pogłębiam wiedzę z zakresu wielu dziedzin m.in. projektowania obszarów zieleni pod kątem znaczenia terapeutycznego. Kolor, dźwięk i zapach – sensoryczne doznania w przestrzeni roślin wyznaczają inny rytm dla ludzkiego serca, uspokajają myśli.
W Palinockę zapraszam studentów hortiterapii, zapraszam mieszkańców mojego miasta Mrągowa, do Ogrodu Natury. Zasiądziemy przy stole, by porozmawiać o znaczeniu hortiterapeutycznym moich przedsięwzięć, jak kreatywnie nazwać je słowami, by stały się kuszące, a jednocześnie przecież odpowiednio przygotowane i przystosowane do wszelkiego rodzaju ograniczeń jakie posiadają pacjenci.

Wiem już, że wymagane są chodniki i pojazdy o odpowiedniej strukturze i szerokości, ławki na poziomie siedzisk wózków inwalidzkich, poręcze na dwóch stopniach wysokości, rośliny umieszczone na podwyższeniach dla łatwiejszego kontaktu, kontrastujące elementy architektury, zapewniające bezpieczeństwo osobom z zaburzeniami wzroku. Wydzielone i komfortowe miejsce do czynnych zajęć terapeutycznych, relaksacyjnych i wielu innych.

kudypyW Palinockę dopełniliśmy mazurskiego zwyczaju – wypuściliśmy wianki na wodę. Wprowadziłam florystykę połączoną z etnobotaniką do terapii indywidualnej i grupowej. Zajmuję się tym, co kocham – jestem przecież historykiem.
Mazury są pełne skarbów, zatem liczę, że materiał do naszych zajęć będzie bardzo zróżnicowany pod względem faktury.

Ale może wyjaśnię Czytelnikom, czym jest hortiterapia? Słowo pochodzi ze starożytności – Hortiterapia (łac. hortus – ogród).
Hortiterapia to wspomaganie procesu leczenia ogrodem, jest uzupełnieniem podstawowej rehabilitacji. Często wykorzystywana w leczeniu zaburzeń i upośledzeń umysłowych, niepełnosprawności fizycznej i urazów powypadkowych. Doskonale sprawdza się w wspomaganiu leczenia osób starszych dotkniętych demencją czy chorobą Alzheimera. A także u osób z depresją, zaburzeniami emocjonalnymi i wykluczeniem społecznym. Od lat stosowana jest np. w USA czy niektórych krajach Europy: Szwecji Szwajcarii, jednak w Polsce to nowość.

my_na_studiach_hortiterapiaTerapia ogrodowa dzieli się na czynną i bierną. Bierna to doznania sensoryczne podczas przebywania i spacerowania w ogrodzie. Pobudzanie zmysłów poprzez obserwowanie barwnej roślinności, upajanie się wspaniałym aromatem ziół i kwiatów oraz wsłuchiwanie się w odprężające dźwięki ogrodu.
Czynna zaś polega na bezpośrednim kontakcie pacjentów z roślinami i poznawanie ich poprzez dotyk, a przede wszystkim przez wykonywanie drobnych prac ogrodowych. Sianie i sadzenie kwiatów, ziół i warzyw, opieka nad nimi i obserwowanie, jak się zmieniają i rosną. A także prace artystyczne z wykorzystaniem roślin.
Terapia w otoczeniu ogrodu stymuluje ośrodkowy układ nerwowy, pobudza rozwój narządów zmysłu, zwiększa sprawność i koordynację ruchową, obniża poziom stresu, napięcia i agresji. Poprawia samopoczucie, działa relaksująco i odprężająco, podnosi poziom własnej wartości i pewności siebie, uczy samodzielności, poprawia pamięć, koncentrację i pobudza kreatywność, zwiększa zdolność obserwacji otoczenia, wywołuje zaciekawienie i pobudza do działania.

Zofia Wojciechowska – mówię teraz o sobie – trenerka hortiterapii, prowadzi zajęcia na Mazurach. Mieszka w Mrągowie i gdzie zwraca uwagę na możliwości wykorzystania zasobów dziedzictwa kulturowego i przyrodniczego do zajęć hortiterapii połączonej z eko-florystyką.

Zielone warsztaty w pracowni bukieciarskiej dają szereg możliwości twórczych. To dzięki florystyce ogród hortiteraputyczny może pojawić się tam, gdzie brakuje motywacji wspomagającej proces zdrowienia. Naturalne kolory i kontakt z przyrodą, czyli ogrodem, okazuje się ważnym elementem w rehabilitacji. Dzieci długotrwale chore szczególnie potrzebują stymulacji, a tak właśnie działa owa terapia. Zielone Warsztaty to także interaktywna edukacyjna zabawa dla wszystkich w świecie zieleni.

edda-ewa

Tematy zielonych warsztatów to: Spotkania z mazurską przyrodą, Mazurskie lato nad jeziorami, Kłobukowe opowieści w kwiatowych barwach, Kwiatowy Dar – florystyka z zielnika, Najpiękniejsze Świtezianki, Letnie marzenie, Zielony Ogród Cudów, Kwiatem malowane, Bajki w doniczkach, Zielonym do góry, Czary lasu i pól, Zielone smaki, Lato królowej Róży, Bal kwiatów, Roślinne dialogi słońca z księżycem.

Ogród Cudów – Zielone Dzieciaki
W 2007 roku został opracowany specjalny program Zielone Dzieciaki Ogród Cudów, którego autorką jest Zofia Wojciechowska, realizowany jest w Polsce od 2007 roku przez Stowarzyszenie Zielone Dzieci z Mrągowa. Zajęcia prowadzone były w formie wolontariatu, a w latach 2007-2011 zostały zrealizowane we wszystkich 8 klinikach Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie. Praca tą metodą z pacjentami z problemami neurologicznymi (mózgowe porażenie dziecięce, problemy pourazowe) okazała się niezwykle skuteczna. Zielone Warsztaty włączono w harmonogram letnich akcji społecznych jako formę terapii wśród pacjentów oddziału dziecięcego Szpitala Powiatowego w Mrągowie. Wpisały się również w ogólnopolską kampanię Floryści Dzieciom realizowaną w latach 2010-2012. Zielone Warsztaty od kilku lat towarzyszą imprezom Ogrodu Botanicznego UW oraz Festiwalowi Kwiatów Teatru i Sztuki w Książu, zajęciom w ośrodkach edukacji ekologicznej m.in. w Centrum Edukacji Ekologicznej w Ekomarinie w Mrągowie i wielu innych miejscach.

Zofia Wojciechowska o sobie: W 2007 roku Fundacja Zielone Płuca Polski przyznała mi za działania proekologiczne nagrodę Zielonego Liścia im. prof. Stefana Kozłowskiego. To wspaniała rekomendacja dla wszystkich naszych działań, w których kieruję się mottem: „Bliżej natury – bliżej serca”. Jestem animatorem społecznego programu Zielone Dzieciaki, współautorką ekologicznych zeszytów edukacyjnych w zakresie ekologicznych projektów powstałych w ramach ogólnopolskiej kampanii – Szkoły dla Przyrody Roku 2010. Prowadzę firmę Zielony Promień zajmującą się hortiterapią. Organizuję kursy, szkolenia i warsztaty.
Nasze strony www: http://www.zielonedzieciaki.ffp.org.pl http://www.hortiterapia.blogspot.com http://www.zielonypromien.btx.pl.

Jestem też autorką wszystkich zamieszczonych tu zdjęć.

I zobaczyłem niewiastę

Katarzyna Kulikowska

Dziś Dzień św. Jana czyli Dzień Autora Apokalipsy. Uważny czytelnik zauważył już, że obie nasze poetki, Katarzyna Krenz i Katarzyna Kulikowska, nie tylko piszą wiersze, ale i uprawiają sztukę – Katarzyna Krenz akwarele, Katarzyna Kulikowska grafikę. Przez trzy ostatnie wpisy, gdy publikowałam wiersze Kasi Kulikowskiej z tomiku Bomba emocji, towarzyszyły im grafiki – ilustracje do Apokalipsy. Dziś pokażę je wspólnie, tak jak artystka zaplanowała swoją wystawę. Cykl był jej pracą dyplomową.

Kasia nadesłała też krótki opis cyklu – po polsku i po angielsku.
Underneath a short text of author about her works in English.

apokalipsa (7) apokalipsa

Moja praca dyplomowa nosi tytuł „Królestwo otchłani”. Inspiracją do powstania tych prac był dla mnie tekst z Apokalipsy Św. Jana. Tekst ten umieściłam też na moich grafikach, co stanowi pewnego rodzaju dopełnienie. Grafiki wykonałam w technice miękkiego werniksu. Drukowałam na kalce technicznej w celu uzyskania widocznej transparentności. Moje prace eksponowałam bezpośrednim rysunkiem na ścianie aby uzyskać w ten sposób efekt monumentalności. Zainteresował mnie poetycko-katastroficzny wymiar tekstów z Apokalipsy. To właśnie chciałam podkreślić i zobrazować w moich grafikach.

apokalipsa (1) apokalipsa (2)My dissertation is entitled ‘The Kingdom of Limbo’ since it has been inspired by the Book of Revelation. Some fragments of the Apocalypse text have been put on my graphics to complete them. My works have been made in the soft varnish technique on tracing paper. My dissertation combines graphics with wall drawings in order to express monumentality and completeness as well as transparency of my art work. Within the Apocalypse text, the aspect that intrigued me the most was this of its poetic and catastrophic nature. This is what I intended to emphasize and picture in my works.

apokalipsa (3) apokalipsa (4) apokalipsa (5) apokalipsa (6)

Samotny myśliwy 7

Katarzyna Krenz

KK-Gotland55x
Akwarela Gotland Katarzyna Krenz

7. Bezimienność

Obudził się o świcie.

(Odkąd za posłanie miał kłąb mchu na nagiej ziemi,
sypiał krótko i budził się wcześnie.)

Wstał bez słowa i obmył twarz w chłodnym
strumieniu. Tak, woda w strumieniu była
chłodna, bystra i klarowna. Lecz on odrzucił
te atrybuty, gdyż były możliwe tylko dzięki
słowom. On zaś od przybycia na wyspę milczał.

Nawet więcej: trwał w bezsłownym milczeniu.

Surowa ryba, miąższ papai i niedojrzałej cytryny
smakowały obco i bezimiennie – zjadł je, lecz
nie mógł nic na ich temat powiedzieć. Komu?
Potem zszedł na plażę. Chciał spojrzeć w oczy
morzu, w zetknięciu z jego bezkresem poczuć
głębię swej samotności, a może nawet oburzyć się
na okrucieństwo sytuacji, w jakiej się znalazł.
Ach, dlaczego nie utonął wraz z całą załogą?
I teraz cierpiał, odrzucony przez żywioły.

Jak obce ciało!

I jeszcze zszedł na brzeg, ponieważ zapragnął być sam.
Sam na sam – ze sobą. Lecz nie wiedział, jak to zrobić.
Jak zrobić to bez słów! Bez słów nie wiedział jak.

Droga do Santiago de Compostella. Logrono.

No proszę, jak na razie pierwsza i jedyna dziura w tym, co przygotowałam na czerwiec i co w międzyczasie samo przyszło. Miał być tekst o mazurskiej hortiterapii, ale nie dotarł na czas. A zatem, zgodnie z zapowiedzią, pierwszy tekst z pielgrzymki do Santiago de Compostela w 2007 roku. Kolejne będą się pojawiać, ale, uprzedzam, nader nieregularnie.

Ewa Maria Slaska

Wtorek 9.09.07

W nocy śni mi się, że wyjechałam do Hiszpanii bez butów do wędrowania, tylko z kozaczkami na obcasie.

Wychodzę z domu o 8. W kościele św. Bonifacego biją dzwony.

W metrze cztery starsze panie. Jadą do sanatorium z intencją, wir ärgern uns nicht, egal was kommt. (Nie będziemy się wściekać o nic). Moja intencja. Też ją trzeba w tym miejscu napisać wyraźnie. Dojść do Santiago de Compostela, a potem do Finisterre. I wejść do morza.

Przez ostatnie miesiące tylko myśl o Santiago i Finisterre pomagała mi wytrzymać. Jestem koszmarnie przygnębiona. Robię to, co trzeba zrobić, pracuję, wypełniam obowiązki, uśmiecham się. Jakie to fałszywe.

Pilgerausweis_KarteW Madrycie postanawiam wsiąść do pierwszego autobus dojeżdżającego do jakiegoś miasta na trasie do Santiago. Stoję przed okienkiem z paszportem pielgrzyma w ręku, patrzę na listę miejscowości i pytam. Puente la Reina? Jutro. Estella? Jutro. Pampluna? Jutro. Logrono? Za dwie godziny. Tak to jadę do Logrono, skąd jest równo 600 kilometrów do Santiago, 700 do Finisterre. W Logrono był właśnie zamach ETA. Autobus stoi w czarnych czeluściach dworca autobusowego jak w Hadesie. Wyjeżdżamy czarnym tunelem.

W autobusie rozmawiają tylko kobiety, wszyscy mężczyźni milczą. Na trasie pielgrzymki czekają mnie bezpańskie psy, dzikie byki i jadowite węże. W każdym razie takie informacje przekazali mi przed wyjazdem ci, którzy tam byli i coś wiedzą. Póki co jednak w autobusie luksusowo – klimatyzacja. Telewizja, woda, podwieczorek, gazety.

LogronoZdjęcie z tzw. wspólnych zasobów. Most przez rzekę Ebro, po prawej katedra Santa Maria Redonda.

Santa Maria Redonda, kościół św. Jakuba

No to Logrono. Piękne miasto. Romańskie kościoły i XIX-wieczne ulice, cudowne, szerokie, pełne kwiatów, fontann i latarni. Do schroniska doszłam prawie jak po sznurku, ale jest już wieczór, schronisko jest zamknięte. Pukam, ale nie było mi otworzone. Idę tuż obok, do kościoła świętego Jakuba, to w końcu musi być pielgrzymkowy kościół i tam, proszę, pukam i zostaje mi otworzone. Jest schronisko, nie ma miejsca, ale widocznie z kościoła nikogo się nie odsyła z kwitkiem. Dostaję kanapę w biurze parafialnym. Zasypiam przy dźwięku dzwonów.

Dobranoc. Dobra noc.

DOROwizna

Dorota Cygan

DOROwizna

Zgubiłam pięćdziesiątkę. Znaczy razy cztery. Więcej to czy względnie mniej w obcej walucie? To zależy, w jakiej człowiek myśli, w jakiej bilansuje zysk-wyzysk, i na jaką się rozdrabnia pod koniec miesiąca, licząc, co stracił z własnej woli, a co przeciw sobie. Była w kieszeni i nie ma. Tysiąc kroków do punktu wyjścia to w sam raz, żeby wymyślić kilka możliwych dróg niewiernej pięciodyszki. Gdzie się podziewa? Głupia jakaś. Jak się ma pięć dych na karku, to się daleko nie oddala. Okres burzy i naporu ma się dawno za sobą, a prawdziwe ekscesy i tak nas przerastają. No, nie ma, droga powrotna bez jednej poszlaki. Bezruch, dyskrecja drzew i falowanie trawy. Żadnych świadków. Może w sumie najważniejsze, by nic się jej głupiego nie stało, nie rzuciła się z mostu, nie spłynęła z rzeką do morza, niech by została w mieście, tam zawsze łatwiej się sensownie sprzedać. Dobrze, żeby nie wpadła w pokrzywy i deszcz nie spłukał jej na dno ściółki na pastwę robactwa. A może… rozwinęła się – skrzydło lewe, skrzydło prawe – i poniosło ją na dach Sprengelmuseum, gdzie dumnie towarzyszy myślom wysokiego lotu? Albo niesiona wiatrem krąży między koronami drzew udając motyla? W życiu by nie miała w moim władaniu tyle polotu! Może wiatr jej podszepnął, że nie musi być już zwykłą mamoną, której pożąda każdy prymityw, ale np dziełem sztuki, którego pożądają tylko esteci? Ktoś, kto pamiętał, że było kiedyś takie dzieło na Dokumenta w Kassel. I może właśnie w tym locie odkryła, że jej powołaniem jest wyjście z obiegu finansowego i wejście w ten lepszy, artystyczny, nieskażony pieniądzem (doprawdy, nie niszczmy jej tej iluzji!), nieuziemiony prymitywną pracą. I tak to trwało, trwało, dobre pięć minut, a potem może się jej zrobiło trochę wstyd, że się tak odcina od zwykłości, więc zniżyła lot, aż padła komuś pod nogi i oddała się przeznaczeniu. Po czym uściśnięta przez palce jakiegoś niedowiarka, rozmieniona w radosnej panice w najbliższym autobusie, pomknęła zwiedzać świat, zostawiając w obdarowanym upajające uczucie niezasłużonej nagrody.

To w sumie całkiem niezły bilans: jedna mina rozczarowana kontra druga mina uradowana plus lot pięćdziesiątki jako wartość dodana. Taka CZYSTA forma darowizny bardzo mnie przekonuje. Przypadek, darczyńca dyskretny, oszczędza obu stronom męczącej gry mięśni twarzy. Może sensownie byłoby gubić pięćdziesiątkę tak raz na kwartał? Wejść w interakcję z przypadkiem jako anonimowym pośrednikiem, dać codzienności szczyptę soli, doprawić trochę ten mdły rytuał zarabiania i wydawania, włączyć element hazardu? Jakby tak każdy z nas co raz gubił i znajdywał pieniądze, to byśmy mieli Spiel, Spaß und Überraschung na co dzień, jak głosi slogan reklamowy jajka-niespodzianki. Pomysł Wam oddaję i nie upieram się, żeby te grę nazywać moim nazwiskiem.

Poczatku bilo to Slowo…

Tomasz Fetzki

… czyli Lubanice Mikławša Jakubicy – reportaż poetyzujący

Czasem każdemu zdarza się mieć wolny dzień. Można go spędzić przed telewizorem, ale po co? Można przespać, ale jaki w tym sens? Można go też celebrować przy grillu i piwku, ale… ile można?

Korzystając z wolnego dnia wędrowiec, smugą cienia spowity, na rowerze lub per pedes wyrusza szukać w okolicy śladów, jakie pozostawiły po sobie burze dziejowe. I znajduje je! Bo też i każda, nawet najbardziej zapyziała okolica, kryje takie miejsca, gdzie historia zostawiła swoje piętno – trzeba tylko umieć je znaleźć. Nie chodzi o spotkanie z tą przysłowiową, przez Boya wyśmianą gruszką, gdzie sikał Kościuszko, ale o prawdziwe rarytasy.

Wędrowiec mieszka na Łużycach. A tutaj kiedyś się działo, że hej! Mówią: kto wiatr sieje, burzę zbiera. Pośród Łużyczan nigdy nie brakowało wiatrosiejów. Wędrowiec rusza poszukać pamiątek po jednym z nich.

Mikławš Jakubica to postać na poły legendarna, więc aż się prosi, by go reportażem poetyzującym zaprezentować. Bo dzięki temu nie trzeba odwoływać się do źródeł, które niejasne są i nieliczne. Może zresztą nie istniał? Lub raczej: żyło kilku wiatrosiejów, z których życiorysów ulepiono jedną postać? Wybierzcie sami. Tak czy owak, wędrowiec rusza do Lubanic.

1Na horyzoncie kościół w Lubanicach. Okolica spokojna, trudno uwierzyć, iż kiedyś potężnie wiały tu wichry reformacji.

Dane biograficzne na temat Mikławša (czyli Mikołaja) Jakubicy (a może Jakubika, bo i tak niektórzy sądzą) są niezwykle skąpe. Był Serbołużyczaninem, pochodził najprawdopodobniej z okolic Żar albo Lubska – badacze dochodzą do tego wniosku na podstawie faktu, iż biegle posługiwał się dialektem żarowskim języka dolnołużyckiego, charakterystycznym dla tego właśnie regionu.

Na przełomie XV i XVI wieku coraz wyraźniejsze stawały się różnice między Niemcami a Serbami, zamieszkującymi tak całe Łużyce, jak i Ziemię Żarską. Mieszczanie, zwłaszcza patrycjusze, oraz wielcy feudałowie i drobna szlachta – to byli Niemcy lub zniemczeni Słowianie. Dla Wendów pozostawała przeważnie funkcja rolników lub miejskiej biedoty. Jednak Mikławš Jakubica został w drugiej dekadzie XVI wieku mnichem w potężnym i wpływowym żagańskim opactwie augustianów. Kim więc był? Z jakiej rodziny pochodził? Może należał do nielicznej grupy Serbołużyczan, którym się lepiej powiodło. A może jego wybitne zdolności (bo o tym, że takowe posiadał, świadczą jego dokonania) zwróciły uwagę jakiegoś mądrego protektora – proboszcza albo starszego cechu, który pomógł mu wstąpić do zakonu. Nie ma na ten temat żadnej informacji. Nie wiadomo też, gdzie młody mnich Jakubica pobierał nauki, choć oczywistym jest fakt, że uzyskał gruntowne wykształcenie. Prócz łaciny i niemieckiego znał z pewnością język czeski i polski, co niewątpliwie było efektem przebywania zakonników tychże narodowości w żagańskim klasztorze. Pozostaje jednak otwartym pytanie, czy przełożeni wysłali go na studia do któregoś ze sławnych ośrodków akademickich; praktyka taka nie była przecież niczym nadzwyczajnym. Konwent dbał o wykształcenie swych członków i inwestował w najzdolniejszych spośród nich. Weźmy choćby takiego Paula Lemberga, utalentowanego syna mistrza cechu sukienników z pobliskich Żar. Pobożny opat Jodok Jäckiel, o którym napisano, że jako zwolennik surowej reguły zakazał nakładania płóciennych nocnych koszul, ustanowił codzienne msze i troszczył się o sprzęty kościelne, zatroszczył się również o to, by nie zmarnować talentów Paula i wysłał go w roku 1506 na studia teologiczne do Wittenbergi. Tam młody mnich zetknął się ze swym zakonnym współbratem, niejakim Marcinem Lutrem, także przecież augustianinem.

Musiała to być bliska i owocna zażyłość, choć Lemberg studiował nad Łabą tylko trzy lata. Już niedługo, w 1517 roku, Luter ogłosi swe słynne tezy. Zaczyna się burzliwa epoka reformacji. Zaś cztery lata później Paul Lemberg został wybrany opatem żagańskiego konwentu i natychmiast ujawnił się jako gorący zwolennik Reformy. Usiłował ją zaprowadzić w klasztorze: namawiał braci do występowania z zakonu (gratyfikował nawet pieniężnie takie apostazje), sprowadzał luterańskich kaznodziejów. Miał zresztą więcej nietypowych pomysłów. Zamiast habitu wolał na przykład nosić zbroję rycerską, co dla zakonnika, a przy tym mieszczanina z urodzenia, było dość osobliwe i zapewniło mu przydomek Żelaznego Opata.
Ale nie tylko w samym klasztorze wprowadzał Lemberg nowe porządki. Opactwo było bowiem właścicielem wielkich posiadłości ziemskich z kluczem kilkunastu wsi, w tym również położonych na północ od Żar Lubanic. Jako, że wioskę tę zamieszkiwali Łużyczanie, właśnie Łużyczanina Jakubicę – jeszcze niedawno mnicha, ale teraz już luterańskiego pastora – wyznaczył opat Lemberg do objęcia lubanickiej parafii. A może było inaczej? Może Mikołaj przebywał w Lubanicach już wcześniej, jeszcze jako katolicki proboszcz, który się później „spastorzył”? Nieważne. Istotny jest jedynie fakt, że w 1523 roku we wsi zwyciężył obrządek reformowany, wprowadzony właśnie przez pastora Jakubicę. Zgodnie z ideami reformacji głosił on wiernym Słowo Boże w ich własnym, czyli dolnołużyckim języku, a ściśle rzecz biorąc, w dialekcie żarskim, czyli żarowskim tego języka. I znalazł posłuch.

Większość Wendów nie znała języka niemieckiego, ani nie darzyła zbytnią sympatią niemieckich feudałów. Postulat Lutra dotyczący zniesienia zakonów dawał im być może nadzieję na zrzucenie jarzma zależności od żagańskich augustianów. Powodów mogło być wiele, ale rezultat był jeden: Lubanice szybko stały się protestanckie.

2Świątynia lubanicka, siedziba Pastora Jakubicy, coraz bliżej.

Nieco gorzej głosicielom nowej wiary poszło w samym Żaganiu. Większość mnichów stała twardo przy katolicyzmie. W roku 1524 Paul Lemberg został usunięty z funkcji opata, a dwa lata później w ogóle porzucił zakon. Nie wiadomo, czy te wydarzenia miały jakiś wpływ na sytuację w Lubanicach, ale w 1525 roku Jakubica opuścił swą trzódkę, a raczej został do tego zmuszony. Źródła milczą na temat miejsc, w których Mikławš Jakubica przebywał pomiędzy 1525 a 1555 rokiem. Podobno powtórnie w Lubanicach pełnił duszpasterską posługę w latach czterdziestych, podobno spędził sporo czasu w górnołużyckim Kulowie, czyli współczesnym Wittichenau, nieopodal Budziszyna. Podobno… Ale niemal na pewno wiadomo, czym się wtedy zajmował. Między 1541 a 1548 rokiem pastor Mikławš dokonał tłumaczenia Nowego Testamentu na język dolnołużycki. Przekład ten, dla którego podstawą była łacińska Wulgata oraz niemiecka Biblia Lutra, przeszedł do historii pod nazwą Biblii Jakubicy.

Poczatku bilo to Slowo,
A to w Slowo bylo podla Bogha,
a Bogh byl to Slowo,
to same bylo wot poczatku podla Bogha.
Schiczka weecz ie psches to same wuczynone,
a bes tego samego ney niczego wuczynone
to zcosch wuczynone ie.

Dzięki Mikławšowi Jakubicy Słowo po raz pierwszy w dziejach przemówiło po serbołużycku. Tradycyjnie przez wiele lat przyjmowano, iż Biblia Jakubicy została spisana w Lubanicach, prawdopodobnie dlatego, że była to jedyna miejscowość w sposób niemal pewny łączona z jej autorem. Dla tej samej przyczyny Mikławš Jakubica zachował się w pamięci potomnych jako Pastor z Lubanic. Ale tak naprawdę nie wiadomo, gdzie dokładnie powstał przekład. Za to wiadomo dla kogo: wszak dialektem żarowskim mówiono jedynie w okolicach Żar i Lubska, w Lubanicach również, rzecz jasna.
W 1555 roku Jakubica został pastorem w innej podżarskiej wsi – Lipinkach Łużyckich. Również i tu nauczał wiernych o sprawach bożych w ich własnej, wendyjskiej mowie. I z pewnością korzystał podczas nabożeństw ze swego przekładu Nowego Testamentu. Przecież tutaj także mówiono w dialekcie żarowskim. Pastor Mikławš Jakubica kierował parafią w Lipinkach do 1563 roku. W tymże roku najprawdopodobniej stanął przed obliczem Stwórcy, tam, gdzie już żaden ludzki język do niczego nie jest potrzebny.
Miejsce spoczynku Pastora z Lubanic nie zachowało się. Ale Biblia Jakubicy istnieje do dziś. Jak blisko, a jednocześnie jak bardzo egzotycznie brzmią jej wersy:

To njebjeskie kralostwo je pćirownano jednemu hospodarowi, kotory z jutra wen źeše, roboćerjow najimać do jogo winice. A jak won se z tymi roboćerjami zjedna na groš k mytu na źeń, posla won jich do swojeje winice. A pak wen źeše wokolo teje tćeśeje stundy a wupyta jinych na wikach proznych stojucy. A reknu k nim: Wy tež do mojeje winicy źiśe; a to, což prawidliwego budźe, to chcu ia wam dać. (…) Wokoło teje jedenasteje stundy won pak wen źeše a namaka jinich proznych stojucy a rjeknu k nim, co wy tudy ten caly źeń prozni stojiće? Woni rjekli k njomu: Njej nas nicht najimal. Won rjekl k nim: I wy tež źiśe do teje winice, a to, což prawjedliwego budźe, deri wam być.

Z całą pewnością nie stał bezczynnie Mikławš Jakubica i wiele się natrudził w Winnicy Pańskiej. Niech nasza pamięć będzie mu nagrodą.

I tak, ogarnięty podniosłymi, patetycznymi wręcz myślami, ani się spostrzeże wędrowiec, że oto stoi pod bramą lubanickiej świątyni. Wiele tam zobaczy! Wichry reformacji, i nie tylko one, zostawiły tu liczne ślady. Ale o tym opowie wędrowiec nie za tydzień, bo z uwagi na Apokalipsę pannie Kasi Kulikowskiej miejsca ustąpi, lecz za dwa tygodnie. W kolejnym odcinku, bo sporo ma do opowiedzenia.

3Brama wiodąca na teren kościoła. Co się za nią kryje? Ta kapliczka po prawej też ma swoje znaczenie dla naszej historii. Ale o tym za dwa tygodnie.

Samotny myśliwy 6

Katarzyna Krenz

KK-Gotland1xAkwarela Gotland Katarzyna Krenz

6. In statu usucapiendi

Stary Poeta rozejrzał się wokół.

Pierwsza myśl przeraziła go nie na żarty:
będzie musiał zacząć wszystko od początku.
Przywołać ptaki. Narysować mapy. Wytyczyć
cardo et decumanus, co już samo w sobie
było zadaniem ponad siły. A wiedział, że
tym razem Bóg, który kiedyś był osią i
ziarnem wszystkiego, już mu nie pomoże.

Albowiem bogowie żyją w nas i
wraz z nami odchodzą.

Zapragnął ukryć się, zapomnieć
o swoim nowym miejscu na ziemi
pośrodku pustego świata.

Uciec, gdyby tylko mógł uciec!

Nagi i drżący, wyruszył w głąb wyspy.
Na wydmach zebrał suche trawy,
z których splótł skrzydła. Znalazł
w dziewiczym lesie gałęzie na szałas
i kilka garści mchu na posłanie. Po wielu
nieudanych próbach skrzesał ogień – dym
sypnął iskrami przeszłości i przypomnienia.

Czyż nie tak było na początku i nie tak
miało pozostać do końca?

Zapłakał z rozpaczy. To prawda,
skrzydła szumiały natchnieniem,
szałas dawał schronienie, a ogień –
ciepło i nadzieję. Lecz przecież on,
pozbawiony świadectwa źródeł pisanych,
mógł się pomylić: pamięć bywa ulotna,
a on był samotny, porzucony

na wyspie milczenia. Ocalony.

22/23 listopada 2010

Relacja z pewnego wyjazdu

Ewa Maria Slaska

Był mroczny dzień. Wiał wiatr i było zimno. Gdy dojechałyśmy na miejsce, nad kościołem i parkiem latały stada wron. Oczywiście krakały przeraźliwie, jak to wrony. Trawniki usiane były czarnymi wronimi piórami. Kościół był otwarty ale całkowicie bez życia. Gdyby nie wikipedia nie wiedziałabym, że barokowy kościół ma za patrona świętego Jakuba. Przed kościołem nie było tablicy informacyjnej, historii, nazwy, godzin odprawiania mszy. Nic oprócz kilku dziwacznych haseł wyciętych z brystolu oraz kolorowego plakatu ostrzegającego przed gender i pedofilią. W kościele nie było nikogo, nie było też ani jednego obrazu przedstawiającego Jakuba Apostoła ani emblematów związanych z pielgrzymkami do jego grobu – muszli, kosturów, kapeluszy. W połowie czerwca kościół był udekorowany sztucznymi białymi kwiatami. Była sobota przed południem, a w mieście widać było, pojedynczo lub grupkami, zaniedbanych mężczyzn, wygladających jak bezdomni lub pijacy, a może jak bezdomni pijacy. Nie było ludzi, a więc nie było kogo zapytać o drogę. Pierwszy człowiek, z którym próbowałam porozmawiać, nie usłyszał mnie, bo szczekały psy. Drugi – bo piłą elektryczną przecinał dachówki. Wreszcie przestał, otrzepał się z pyłu, pokazał ręką kierunek. Po lewej miał być cmentarz, po prawej miejsce pamięci. W pustkowiu płaskich pól, otoczony wielkimi kwaderami piaskowca stał cmentarz, na którym poza zbitą gęstwą roślin i kamieniem pamiątkowo-informacyjnym nie było żadnego grobu. Cmentarz był jadalny tak jak latem jadalna jest łąka, a jesienią las. Rosły tam łany poziomek, kwitła róża, której płatki można by przerobić na konfitury, i biały bez do racuchów i na syrop.  Na kamieniu pamięci naprzeciwko modlitwa za umarłych i fragemt spalonych drzwi. Wszędzie kamienie. Z tyłu rząd domów, być może przedwojennych. Napisy. Tak to tu. Dokładnie w tym miejscu. Ludzie wyciągnęli sąsiadów z ich domów, zapędzili ich tu właśnie do stodoły, a stodołę spalili.

Kim jestem w tym scenariuszu? Przychodzą po mnie? Wchodzi Wojciech, z którym ojciec orał pole i jego syn Józek, z którym chodziłam do jednej klasy. Stary Franciszek i dwóch innych. Marcin? Staszek? I co? Jak to się odbywa. Wczoraj rozmawiałam z Józkiem przez płot, jedliśmy wiśnie, oganialiśmy się od much, jego krowa muczała za plecami, a dziś przyszli i co? Są uzbrojeni. Przeciw komu? Przeciw mamie, tacie i mnie? No nie! Więc nie są uzbrojeni. Po prostu każą nam wyjść. I iść pod las koło cmentarza do stodoły. A tam już są inni.

Tego nie można sobie wyobrazić. To  nie anonimowi oprawcy i anonimowe ofiary. To Józek, Franek, Staś i my, Ryfka, Szlomo, Salcia. Jeszcze wczoraj Józek zebrał dla mnie poziomki i włożył je do koszyczka zmyślnie uplecionego z liści dębu.

No ale jakby było na odwrót. Jakbym to ja miała iść po Icka, z którym się wczoraj przekomarzałam za stodołą. Ja, Hanka, bo kobiety też miały pójść. Mężczyźni wzięli widły i łopaty, my – grabie. Bo łatwiej było, gdy się to zrobiło razem. Sam nikt by nie poszedł. Ale też sam nikt nie chciał zostać.

Edda twierdzi, że uczucia, jakie nimi rządziły to strach, chciwość i nienawiść. A ja czuję tylko zdziwienie, bo jak to, przecież jeszcze wczoraj…

Wczoraj tam byłyśmy. Zrobiłam zdjęcia, ale nie są tu potrzebne. Wczoraj pojechałyśmy. Wczoraj wyjechałyśmy.

Wczoraj.

rimg0019PS. Gdy wyjeżdżałyśmy, w uliczce obok rynku zaczął się palić dom. Widziałyśmy kłęby dymu, czułyśmy zapach palonych szmat, a nikt nawet głowy nie odrócił.

Myślę, że nawet jak na moje potrzeby, było w tym pobycie za dużo znaków, symboli i metafor.