Lusatia alias Vita 4

Tomasz Fetzki

Reportaż poetyzujący

Jako się rzekło tydzień temu, pomimo wszechobecnych w Chóśebuzu dwujęzycznych napisów oraz mimo istnienia w mieście kompletu wendyjskich instytucji, sytuacja Serbów Łużyckich nie jest taka prosta. Ale ruchliwe i gwarne centrum to nienajlepsze miejsce do snucia takich refleksji. Kierujemy się przeto na zachód i, mijając zieloną oraz spokojną dzielnicę Žylow (po niemiecku Sielow), docieramy na peryferie stolicy Dolnych Łużyc. Horyzont znaczony jest wielkimi kominami potężnych elektrowni, spalających węgiel brunatny z miejscowych bogatych złóż. My jednak, przynajmniej na razie, poniechamy tych obiektów. Przyjdzie czas i na nie, lecz dziś naszym celem jest leżąca wśród łąk i lasów niewielka wioska Dešno, przez Niemców nazywana Dissen.

Zwykle bywa tak, że gdy język związany ze słabszą kulturą wypierany jest przez mowę i cywilizację silniejszą, a przy tym ekspansywną, najdłużej opór takim procesom stawiają regiony wiejskie. Dlatego, o ile w Chóśebuzu ciężko byłoby nam spotkać kogoś, z kim można porozmawiać po serbołużycku, w Dešnje jest to całkiem prawdopodobne. Ba, jeszcze w połowie ubiegłego wieku większość mieszkańców wioski porozumiewała się w tym właśnie języku! Ślady serbskiej spuścizny można spostrzec bez najmniejszego problemu. W centrum osady ma swój pomnik pastor, językoznawca i działacz społeczności wendyjskiej, Bogumił Šwjela. Tutejsza świątynia ewangelicka kryje szereg serbołużyckich inskrypcji. Tuż obok kościoła znajduje się niewielkie, ale naprawdę interesujące muzeum regionalne, zaś wiejska świetlica nosi nazwę Serbski dwór.

spreewald (1)Jeden z licznych napisów na emporze dešanskiego kościoła. Forma cokolwiek germańska, ale treść jak najbardziej serbołużycka!

Mieszkańcy Dešna, podobnie jak wielu innych okolicznych wsi i miasteczek, mają zazwyczaj świadomość swych serbołużyckich korzeni, kultywują noszenie strojów regionalnych i celebrują stare obyczaje oraz święta. Niestety, w zdecydowanej większości nie potrafią się już posługiwać językiem przodków. Pokolenie czterdziesto – pięćdziesięciolatków niekiedy jeszcze sporo z tej mowy rozumie i potrafi ułożyć w niej kilka zdań, ale młodsi, w jakikolwiek sposób znający język serbołużycki, to prawdziwy rarytas. Czemu tak się dzieje? Ano dlatego, że historia była dla tego ludu wybitnie mało łaskawa, a i współczesność nie jest dużo lepsza. Wiele czynników złożyło się na to, że na przestrzeni wieków Serbołużyczanie powoli, ale systematycznie podlegali procesowi wynarodowienia. Przede wszystkim znaczna przewaga demograficzna, polityczna, militarna, gospodarcza i kulturalna sąsiednich narodów, zwłaszcza Niemców, ale również Czechów i Polaków. To ona sprawiła, że Łużyczanie (o czym już Viator wspominał) nigdy nie stworzyli swego państwa. Dodajmy do tego epizody zupełnie oficjalnej, zarządzanej przez władze państwowe germanizacji, na przykład w czasach Bismarcka, ale zwłaszcza w okresie III Rzeszy, gdy proces ten przybrał wyjątkowo brutalną i krwawą postać. Nie można też zapomnieć o zalegających pod niemal całymi Łużycami złożach węgla brunatnego, którego eksploatacja, prowadzona zwykle metodą odkrywkową, spowodowała zniknięcie z powierzchni ziemi wielu wendyjskich wsi. O tym dramatycznym aspekcie dziejów Łużyc opowie jeszcze Viator znacznie dokładniej. Na koniec wspomnijmy o innej pladze, która dotyka w ostatnich latach nie tylko Łużyce, ale całą Saksonię i Brandenburgię: bezrobocie, które spowodowało masowy odpływ ludności, zarówno niemieckiej jak łużyckiej, do zachodnich landów.

Wygląda na to, że wszystko się przeciw nim sprzysięgło, ale Serbowie nie składają broni. Do końca. Po serbołużycku wciąż ukazują się książki i prasa, stacje radiowe nadają programy, w Budyšinje działa teatr wystawiający sztuki w języku górnołużyckim. Od pewnego czasu w kilku tutejszych przedszkolach prowadzony jest projekt Witaj, mający na celu naukę i przywrócenie mowy najmniejszego słowiańskiego narodu. Na przykład źěśownia (przedszkole) Mato Rizo, znajdująca się w Žylowje, wspomnianej już dzielnicy Chóśebuza, gdzie Viator miał okazję oglądać wzruszający obrzęd Ptaškowej swajźby – Ptasiego Wesela, o którym opowie, gdy przyjdzie na to czas, czyli pod koniec stycznia.

Także w Dešnje, podczas jednej ze swych licznych wędrówek, mógł się Viator przyjrzeć działaniom pasjonatów, walczących o przetrwanie języka serbołużyckiego. Serbski dwór gości od czasu do czasu imprezę nazwaną malowniczo Pójsynoga (czyli nasza swojska Powsinoga). Na jedną z nich trafił niegdyś wędrowiec. Całkiem spora sala była wypełniona szczelnie; niestety, zdecydowana większość zgromadzonych prezentowała wiek, by tak rzec, mocno emerytalny. Na szczęście były też jaskółki zwiastujące zmiany.

spreewald (2)Zespół śpiewaczy na Pójsynodze. Istotne jest nie to, że ci młodzi mężczyźni pięknie śpiewają tradycyjne pieśni serbołużyckie. Znacznie ważniejszy wydaje się fakt, iż także między sobą swobodnie i w sposób całkowicie naturalny porozumiewają się w tym języku.

spreewald (3)

Dziecięce zespoły folklorystyczne zawsze są przyjmowane na Łużycach bardzo ciepło. Dla porządku musi Viator dodać, iż te dzieci przyjechały z innego regionu etnograficznego. W Sljepo, na pograniczu Górnych i Dolnych Łużyc, skąd pochodzą, nosi się zupełnie inne stroje niż w Dešnje. Ale cierpliwości, odwiedzimy i Sljepo.

Wielu ciekawych opowieści miał okazję wysłuchać Viator, rozmawiając działaczami łużyckich organizacji. Dla większości z nich na przykład język serbołużycki jest drugim. Był czas, że wendyjscy rodzice, chcąc ułatwić swym dzieciom start w dorosłe życie i awans zawodowy, uczyli ich od najwcześniejszych lat mówić wyłącznie po niemiecku. Jednak, jak widać, jakaś tajemnicza siła i piękno muszą tkwić w hornjoserbšćinje oraz w dolnoserbskeje rěcy, skoro oni dobrowolnie, bez żadnych utylitarnych korzyści do nich powrócili i przyjęli za swoje.

Rzecz w tym, by znaleźli jak najliczniejszych naśladowców. Inaczej język serbołużycki umrze, jak tyle innych przed nim. Byłaby to niepowetowana strata. Przykład Zielonej Wyspy świadczy co prawda o tym, że można być gorącym irlandzkim patriotą, nie znając ani słowa po gaelicku, ale z kolei Walijczycy udowodnili, że umierający język może zmartwychwstać.

kajakispreewaldJeden z tych przebudzonych Serbołużyczan rzekł kiedyś Viatorowi podczas wspólnej wizyty w Dešnje: Weź łopatę i zacznij tu gdziekolwiek kopać; po wykopaniu drugiej porcji ziemi spójrz – dołek napełni się wodą, bo grunt tutaj nabrzmiały jest wilgocią jak gąbka. Nic dziwnego: kilka kilometrów na zachód od wioski zaczyna się niezwykła kraina, jedyne takie miejsce na świecie. Błota, czyli Spreewald.

Swe istnienie zawdzięczają Błota wielkiemu kreatorowi pejzażu, Jego Wysokości Lodowcowi. To on poszarpał koryto Szprewy i zmienił je w sieć kanałów, strumieni i odnóg rozmaitej szerokości, biegnących w różnych kierunkach, krzyżujących się ze sobą i tworzących prawdziwy labirynt wodnych dróg. Można po nich pływać na dystansie niemal tysiąca kilometrów.

Aż tyle Viator nie pokonał, ale swoje przepłynął i zobaczył. Płynął wśród trzcin i zarośli. Mijał gęste lasy. Widziane z perspektywy kajaka odkrywają zupełnie inne, nieznane, nieprzewidywane nawet, oblicze.

Kiedy kanał wpływa na teren wioski lub miasteczka, na brzegu, podobnie jak na poboczach dróg, znajduje się tablica z nazwą miejscowości. Zresztą, do niektórych z nich aż do lat trzydziestych XX wieku można się było dostać jedynie łódką. Związek osad z wodą jest niemal organiczny, co znajduje swój wyraz w architekturze: rzadko ma się okazję oglądać domostwa tak harmonijnie i pięknie wkomponowane w krajobraz. Całe szczęście, że zachowało się jeszcze tak wiele spośród tradycyjnych, drewnianych chat Serbów Łużyckich z Błot.

spreewald (4)Płynie wśród nich Viator i myśli sobie, że właściwie bez żalu można pożegnać ten potencjalny polski zamek królewski w Chóśebuzu, o którym była mowa tydzień temu. Ale Błot naprawdę szkoda… Czarodziejska kraina, Arkadia, gdzie śluzy obsługuje młodzież gimnazjalna, chcąca sobie zarobić podczas wakacji kilka centów. Żal, że zdobycz Chrobrego nie okazała się trwała!

A jeśli chcemy sobie wyobrazić, co takiego właściwie zdobył książę Bolesław, po wizycie w Spreewaldzie koniecznie musimy się udać kilka kilometrów na południe, w okolice miasta Wětošow (Vetschau), gdzie w szczerym polu stoi replika średniowiecznego serbołużyckiego grodu: Slawenburg Raddusch.

spreewald (5)Serbołużycki Raduš z czasów Chrobrego tak właśnie musiał wyglądać. Typowe dla Słowian zachodnich grodziszcze: wał ziemno-drewniany o konstrukcji hakowej. Pani Archeolog, czy Viator czegoś nie pomieszał?

Na zewnątrz wrażenie jest duże, ale gdy zdobędziemy fortyfikacje, musimy się przygotować na zawarcie niezbędnego kompromisu z wymogami współczesności.

spreewald (6)

Imponujące obwarowania to właściwie skorupa, kryjąca nowoczesne wnętrze, służące działalności edukacyjnej oraz eventowej. Cóż, lepiej już tak, niż w ogóle.

I tak nadeszła chwila, gdy trzeba pożegnać Dolne Łużyce. Kierunek południe! Hornja Łužica czeka ze swymi tajemnicami. Jak to mówią różni zachwalacze: Naprawdę warto! Naprawdę!

Berlin: Wielka Wojna reloaded

Ewa Maria Slaska

Dla Jarosława Suchoplesa

Projekt “Wystawy”

Przez dobre pół tego roku zajmowałam się Wielką Wojną. Miałam do napisania dwa referaty na ten temat i żeby je napisać, musiałam przeprowadzić sporo poszukiwań, tak terenowych, jak w bibliotekach i archiwach. W międzyczasie nadeszła wiadoma setna rocznica i do zadań codziennych, poświęconych Wielkiej Wojnie naszych przodków, doszły jeszcze tworzone na bieżąco wpisy na blogu, moje i cudze, które jednak to ja musiałam zainspirować, sprowokować i, rzecz jasna, zadministrować. Gdy dwutygodniowa seria na blogowisku się skończyła, zaczęłam mój prywatny i z niczym nie związany projekt, polegający na zwiedzeniu WSZYSTKICH wystaw, jakie zostały zorganizowane w Berlinie na temat I Wojny Światowej. Gdy już obejrzałam kilka tych wystaw, w berlińskim magazynie programowym TIP przeczytałam artykuł na ten sam temat. Znalazł się tam też spis tych wystaw, których, jak się okazało, jest więcej niż myślałam. Redakcja doliczyła się mianowicie ośmiu ekspozycji, ja obejrzałam je wszystkie, plus jeszcze jedną, której na liście nie było. Dziewięć. Projekt “Wystawy” zajął mi praktycznie rzecz biorąc cały sierpień i…

Najpierw jednak wymieńmy te wystawy. Na liście TIP-a znalazły się następujące ekspozycje:

1914–1918. Der erste Weltkrieg  / I Wojna Światowa
Deutsches Historisches Museum, Unter den Linden 2, Mitte, täglich bis/codziennie do 30.11.

Der gefühlte Krieg 
/ Wojna odczuta Museum Europäischer Kulturen, 
Arnimallee 25, Dahlem, täglich bis/codziennie do 28.6.2015

Der erste Weltkrieg in der 
jüdischen Erinnerung 
/ I Wojna Światowa we wspomnieniu żydowskim
Jüdisches Museum, Lindenstraße 9-14, Kreuz­berg, täglich bis/codziennie do 16.11.

Mahnung und Verlockung

 /Napomnienie i pokusa
Käthe-Kollwitz-Museum, Fasanenstraße 24, Charlottenburg, täglich bis/codziennie do 6.11.

Die große Illusion / Wielkie złudzenie
Collegium Hungaricum Berlin, 
Dorotheenstraße 12, Mitte, täglich bis/codziennie do 26.10.

1914. Das Ende der Belle Époque / Koniec Belle Époque
Bröhan-Museum, Schloßstraße 1 a, 
Charlottenburg, Di–So bis / wtorek- niedziela do 31.8. ( Achtung! Die Ausstellung ist zum Ende, man soll sich aber unbedingt die Dauerausstellung anschaen, die immer nur dieses ein Thema betrachtet: Das Ende einer schönen Epoche / Uwaga wystawa się skończyła, ale należy obejrzeć wystawę stałą, która właściwie zawsze jest o tym właśnie, o końcu pewnej epoki)

Avantgarde! / Awangarda!
Sonderausstellungshallen Kulturforum, Matthäikirchplatz, Tiergarten, täglich bis/codziennie do 12.10.

A ja dodam jeszcze wystawę:

Die Welt um 1914. Farbfotografie vor dem Großen Krieg Świat koło roku 1914. Kolorowa fotografia przed Wielką Wojną
Martin-Gropius-Bau Berlin, Niederkirchnerstraße 7, Kreuzberg, täglich bis/codziennie do 2.11.

No i teraz jest pora na to, co chciałam powyżej napisać po “i” i trzech kropkach. Wszystkie wystawy warto obejrzeć, może najmniej tę, która jest sztandarowym produktem Berlina z okazji rocznicy czyli wystawę o Wielkiej Wojnie w Niemieckim Muzeum Historycznym (DHM), która jest bardzo dokładna, bardzo porządna, bardzo nudna, bardzo czarna i jest tam bardzo, bardzo… zimno! Szczerze powiedziawszy na wszystkich wystawach w Berlinie było dotychczas ciemno lub co najmniej ciemnawo, a teraz na dodatek jest jeszcze zimno, widocznie takie są najnowsze osiągnięcia muzealnictwa.

Najładniejsze są wystawy o Awangardzie i o końcu Pięknej Epoki, bo pokazują ładne obrazy, ładne przedmioty codziennego użytku i ładne meble.

Najlepsza natomiast jest wystawa o wojnie i uczuciach w Muzeum Kultur Europejskich. Pozornie wydaje się ona trochę niepozbierana tematycznie, bo składają się na nią najróżnorodniejsze tematy, każdy zaprezentowany w innej scenerii i poprzez inną metodykę wystawienniczą, ale mimo to jest to wystawa bardzo konsekwentnie skupiona na jednym tylko temacie: uczucia. Uczucia tamtych ludzi podczas tamtej wojny, ale też nasze uczucia, gdy patrzymy na wojnę, słuchamy o wojnie, widzimy obrazki z wystawy i myślimy o tym, że każda wojna jest inna, a przecież każda nas w sposób straszliwy rani uczuciowo. I że nic nie mija, wszystko gdzieś jest i wszystko może wrócić i do nas. Interesujące, że kurator wystawy wymieniając uczucia, jakie pojawiają się w obliczu wojny, wymienia przede wszystkim strach i niepewność, a tymczasem dla mnie podstawowym uczuciem “wojennym” jest rozpacz. Rozpacz i zwątpienie czyli Verzweiflung.

Natomiast z punktu widzenia Polaków wszystkie te wystawy mają jedną przeogromną wadę – nas tam nie ma! Pojawimy się ułamkowo w wystawie w DHM, gdzie jest Piłsudski oraz informacja, że naukowcy towarzyszący wojskom odkryli nieznanych im dotąd tubylców czyli… polską kulturę żydowską. Poza tym nie ma Polski, nie ma sprawy polskiej, nie ma – poza wzmianką o Piłsudskim – wysiłków Polaków o odzyskanie niepodległości, nie ma frontu na terenie Polski, nie ma Polaków w Armii Pruskiej, czyli Niemieckiej, czy Cesarskiej, nie ma polskich artystów awangardowych (a przecież współpracowali z Niemcami, a część z nich działała i tworzyła w Berlinie), nie ma nas nigdy i nigdzie. Powtórzę raz jeszcze: NIE MA NAS! Z niemieckiego punktu widzenia była to niemiecka wojna stoczona z Francuzami i Belgami. Gdzieś tam przyplątali się do niej Australijczycy i Amerykanie, z oddali majaczą jacyś Rosjanie, ale Polaków nie ma. Niewidzialni, niedotykalni…

Pasjanse i jajecznica

Ewa Maria Slaska o Irenie Kuran-Boguckiej

Ten akapit pojawił się już na blogu “Jak udusić kurę…”:

Zacznę od leniwego, nazwijmy to tak, przepisu na jajecznicę, tak jak ją smażyła nasza Mama. Uwierzcie mi, nikt nie umie usmażyć takiej jajecznicy! Na patelni rozgrzewamy masło, wrzucamy 2 lub 3 jajka, solimy i… czekamy. Gdy jajka zaczną się ścinać, przegarniamy je raz i drugi widelcem. Od niechcenia. Nie mieszamy, nie robimy papki! Jajecznica Mamy nie jest żółta, lecz składa się z wyraźnych, ale dobrze ściętych, warstw białka i żółtka i układa się trochę jak… moreny.
No tak, lepiej nie potrafię tego opisać. Spróbujcie uzyskać taki stan jajeczny, a zobaczycie, że rzecz jest nieporównywalna z niczym.

Jeść prosto z patelenki, na stojąco, pogryzając grubą, krzywo ukrojoną pajdę świeżutkiego chleba, takiego, co w każdej piekarni kosztował cztery złote. Masło, które Mama wyjęła z lodówki w momencie, gdy zaczynała smażyć jajecznicę, wciąż jeszcze było twarde, nie dawało się na tej kromce rozsmarować, leżało więc na niej w plasterkach.

Pyszne.

jajecznicamamy

Nie wiem czemu, ale ta jajecznica, ten chleb, to masło kojarzą mi się też ze sposobem, w jaki Mama kładła pasjanse. W rodzinie zawsze ktoś kładzie pasjanse. Pierwszy był Dziadek Wiktor, po nim Mama, w naszym pokoleniu chyba my wszystkie cztery kuzynki, ale na pewno Kasia i ja, w następnej generacji Michał, syn Kasi, a ja już zaczęłam pokazywać Antosiowi, co to jest pasjans.

Wszyscy kładziemy tzw. Grób Napoleona zwanego inaczej Wielkim Napoleonem, przy czym Mama rozkładała 12 kart i dokładała kolejne karty 4,5 raza, a my, namówione przez Marię, rozkładamy 13 kart i dokładamy 4 razy. Podobno tak kładł Napoleona Dziadek. Niezależnie od tego, jak kładziemy, to Napoleon wychodzi nadzwyczaj rzadko.
Mama kładła jeszcze Galerię obrazów, a to dlatego, że, no… Galeria Obrazów, a mój szwagier i ja kładziemy jeszcze pasjansa, który po niemiecku nazywa się… górka rozrządowa, a po polsku nie wiem jak, ale może jest to po prostu prześcieradło.

Jacek Dehnel przysłał mi po latach taki komentarz: Natrafiłem na wpis o pasjansach. „Górka rozrządowa” nazywa się „Płachta Potockiego”, acz ja układam z jednej talii (układa się trzy razy, tak że za każdym razem trochę rosnie; przy układaniu z dwóch talii jest znacznie więcej kombinacji więc zakładam, że układa się raz).

przescieradlo-pocz-koniecPrześcieradło, początek i koniec

Pasjansa się kładzie kartami a nie w komputerze! Karty są stare. Niekiedy tak zniszczone, że niemal nieczytelne. Mamy karty były duże i już ze starości grube. Mama układała je na biurku, no, jakby to powiedzieć – niechlujnie, krzywo, w nierównych szeregach, właściwie raczej je rzucała na swoje miejsce niż kładła. Nie zapomnę tego biurka.

pudelkonakarty

Stare pudełko Mamy na karty i stare karty w środku (foto – Kasia).

napoleonTo mój Napoleon. Karty są stare, ale nie zniszczyły się. Nie wiem, jak to się stało. Pewnie po prostu teraz produkuje się je z innych materiałów.

Ciocia Janka opowiadała też taką historię rodzinną o pasjansach stawianych przez Dziadka Wiktora. Już po wojnie Dziadek był redaktorem gazety Kinotechnik. Redakcja była w Warszawie, drukarnia w Krakowie. Dziadek musiał więc ciągle jeździć do Krakowa, gdzie się zatrzymywał w Hotelu Francuskim.

I zawsze prosił, że musi mieć duży stół. W pokoju były jakieś takie stoliki, a on z naciskiem powtarzał, że musi mieć duży stół, bo musi rozłożyć wszystkie papiery, łamać numer, kleić itd. Wcale nie po to był mu potrzebny duży stół. Ojciec nie umiał stawiać pasjansa małymi kartami pasjansowymi, bo nie umiał tego robić w okularach do czytania. I jeździł zawsze z dwoma taliami kart, takich normalnych jak do brydża. A stawiał pasjanse namiętnie – Wielkiego Napoleona, gdzie trzeba położyć 13 kart, i na takim małym stoliczku Napoleon się nie mieścił. Było więc wiadomo, że „Pan redaktor przyjechał, trzeba mu stół duży dać”. Dawali mu duży stół i on stawiał pasjansa.

A przy okazji – zdjęcie biurka, na którym dziadek kiedyś stawiał pasjanse. Dziś w użyciu przez warszawską rzeźbiarkę.

Biurko-dziadkaWiktora-klein

Na marginesie dodam, że inny polski Dziadek, Piłsudski, korzystał jednak z małego stolika. Ale używał małych kart i okularów.

https://i0.wp.com/penszko.blog.polityka.pl/wp-content/uploads/2010/11/cld_2.jpg

Znowu Pionki

Ciekawe. Wydaje mi się, że chyba nigdy przedtem świadomie nie słyszałam o Pionkach. Gdy jednak przygotowałam do publikacji wpis Michała S. Balasiewicza o Janie Procie, Pionki wryły mi się na stałe w pamięć. I wtedy, właściwie nagle, okazało się, że znam  co najmniej dwie osoby – dwóch panów – urodzone i wyrastające w tym małym miasteczku w Puszczy Kozienieckiej, które z zaściankowego Zagożdżona stało się ważnym ośrodkiem produkcyjnym, pracującym na potrzeby przemysłu zbrojeniowego Polski w latach 30, kiedy to też, z uwagi na liczne kontakty zagraniczne, Zagożdżon przemianowano na Pionki. Poprosiłam obu panów, żeby napisali nam coś o dzieciństwie w Pionkach i oto jeden z nich już odpowiedział na to wezwanie.

Konrad Sałagan

Pionki koło Radomia

Wyjazd z Pionek na krótko przed moim pójściem do szkoły podstawowej (1964 r.) wprowadził w mój los fatalną „lekkość bytu”. Wtedy jeszcze nie miałem o tym pojęcia. Moja babka, Joanna Płachta – było to nazwisko jej drugiego męża, bo pierwszy zagubił się w czasach II wojny światowej – wywiozła mnie do rodziców na tereny Zagłębia Śląsko-Dąbrowskiego. W ten oto sposób straciłem krainę swojego dzieciństwa, miejsce i epokę, kiedy przychodziły do mnie anioły, gdy rozmawiałem z ptakami, gdy zasłaniały mnie gęstwiny leśnych paproci, gdy kwiatami z leśnej polany stroiłem na pożegnanie zmarłych w prosektorium.

Tak, właśnie tak, bo wychowywałem się samotnie na terenie szpitala ogrodzonego słupami z drutem kolczastym, szpitala w Pionkach. To charakterystyczny sposób zamykania przestrzeni dla Pionek, ponieważ tak był ogrodzony olbrzymi teren zakładów ZTS „Pronit”, przedwojennej Państwowej Wytwórni Prochu i Materiałów Kruszących (PWPiMK) – ogrodzenie w dwóch rzędach, a nawet miejscami w trzech. Na żelbetonowych słupach był rozpięty drut kolczasty. Niemiłosiernie ostre kolce. Między ogrodzeniem stały strażnice i przechadzali się umundurowani, uzbrojeni strażnicy. Szpital nie miał takiej asysty. Leżał trochę dalej od zakładów po drugiej stronie torów kolejowych, za szlabanem. W tamtych czasach w Pionkach dużo było szlabanów, powiedzmy – „urok” miejsca o przeznaczeniu militarnym.

salagan1Pionki – przed siedzibą władz czciciele tow. Bieruta, prawdopodobnie w dniu ogłoszenia jego śmierci (rok 1956)

Pionki prawie na połowę dzieli trakcja kolejowa, fragment ważnego szlaku, Częstochowa-Lublin. Po drodze Dęblin, a wcześniej na zachód krąg zbrojeniowych zakładów w Radomiu. Władysław Płachta, mój przybrany dziadek, pracował jako robotnik na Wydziale Nitrogliceryny w ZTS „Pronit”. Na rękach i ramionach, może i na całym ciele, miał podłużne białe i szare plamy. Do swojej pensji otrzymywał gratyfikację za szkodliwą pracę. Prosty i subtelny człowiek, syn cieśli z Wygwizdowa – taka mała a zarazem odrębna dzielnica Pionek. Pierwsza chałupa przed ścianą lasu Puszczy Kozienickiej. Jeszcze tory kolejki wąskotorowej prowadzące do tartaku (również druty kolczaste) i na Załamanek, czyli w kierunku rozjazdu dróg do Radomia albo Kozienic.

salagan2Pionki – pierwsza od prawej Joanna Płachta przed szpitalem za drutami,
późne lata 50 XX w.

Za drutami, blisko zakładów mieszkała elita techniczna i urzędnicza w przedwojennych domach o klasycznym metrażu, normalnym, ludzkim. W barakach za pocztą mniej więcej na przeciw dworca kolejowego Pionki Zachodnie, w barakach, choć każde mieszkanie miało ogrodzony (już siatką czy płotem) ogródek, mieszkali wykwalifikowani robotnicy. Tu mieszkał z rodziną mój wuj, Arkadiusz Sobolewski, brat babki Joanny. Pokój z kuchnią, troje dzieci, spiżarnia, WC, ogródek, jabłonka papierówka, drobna plantacja pomidorów, jeden, permanentnie reperowany rower, aha, jeszcze długa latarka – symbol przynależności do lepszych. W zasadzie rzecz praktyczna, bo kogo milicja złapała jadącego na rowerze bez światła, mogła spałować lub wlepić mandat.

To była atmosfera i warunki egzystencji ludzi w Pionkach lat 50, 60 i na początku 70 XX w. Specyfiką Pionek byli wtedy rowerzyści, złodzieje rowerów, szmugiel części rowerowych, marzenia młodych ludzi o rowerze wyścigowym. O, np. mieć huragan, ho, ho. Jeszcze nim nastał świt, albo zaraz po zmierzchu, Pionki wypełniały setki, setki świateł latarek. Nie każdego było stać na rower z dynamem. Zza drzew, Pionki wypełniały fragmenty lasu, zza drzew widziałem ławice świateł, ludzie „schodzili” ze zmiany lub szli na swoją zmianę. To nie wszystko. Dzwonki rowerowe brzęczały tu, tam, dalej i dalej. Stałem po drugiej stronie, za drutami, ukryty pośród drzew. Teren szpitala w Pionkach miał wewnętrzny las. Tam w głębi pochowano żołnierzy niemieckich, których tu leczono, bodaj rannych na wschodnim froncie II wojny światowej. Płytkie groby, zniszczone i zbutwiałe krzyże, odkrywałem czaszki. Modliłem się. Tak poradził pan Strzębała, który pracował w szpitalnej kotłowni. Mój przewodnik po czarnym i ognistym piekle. W szpitalu wszędzie mogłem wejść, ale koło drzwi kotłowni w suterenie lękałem się przechodzić. Babka Joanna pracowała również na tym poziomie, jako kierowniczka szpitalnej pralni. Jak w szpitalu pracowały siostry zakonne, babka asystowała jako siostra instrumentariuszka. Potem wraz z „rozwojem” podstawowej organizacji partyjnej spadała coraz niżej w hierarchii. Wreszcie z łaski zatrudniono ją jako portiera.

salagan3Władysław Płachta, reanimacja po zatruciu, krew oddaje Joanna Płachta – Pionki, w szpitalu za drutami, wczesne lata 60 XX w.

Na dużą skalę wynoszono tzw. spirytus wytwórniany. Do tego również służył rower, a właściwie rama w rowerze. Oczywiście, spirytus wykradano na tysiąc i jeden sposobów. Stąd pojawiały się problemy z moim przybranym dziadkiem, a babka Joanna musiała błagać, by nie wyrzucono go z pracy. Szmugiel tzw. spirytusu wytwórnianego był następnym elementem charakterystycznym dla „ducha miejsca” Pionek. Zatem powtórzę – zewnętrznym motywem leśnych, wiejskich oraz industrializowanych Pionek były nadmiar żelbetonowych słupów i ogrodzeń z drutu kolczastego, wprost obsesja podnoszonych i zamykanych szlabanów; tabuny rowerzystów; szeroka rzeka szmuglowanego spirytusu. Później w latach 70 doszły jeszcz: produkcja na olbrzymią skalę „domowej” morfiny i heroiny (no, zakład chemiczny, stąd znawcy procesu ekstrakcji) oraz olbrzymie zatrucie środowiska naturalnego po wybudowaniu w Pionkach Wytwórni Skóry Syntetycznej (lata 1971-1975). Nic nie dawały protesty lekarzy zakładowych – sprawa polityczna. Ukrywano statystyki schorzeń, a np. dr Józefa Biernata wyrzucono z pracy, a potem szantażowano. Nie tylko jego.

Ludzie marli jak muchy. Wielu moich znajomych, kolegów, przyjaciół, przecież pamiętam, zdolnych, jakże zdolnych ludzi, odeszło przez narkomanię. Prasa informowała o „zagłębiu” morfiny i heroiny w Pionkach. Wzrastała także śmiertelność od wyziewów i zanieczyszczeń Wytwórni Skóry Syntetycznej. Tak odeszła moja narzeczona, Ania Andrzejewska, z tych dwóch powodów. Zerwałem wprawdzie z nią wcześniej, bo była córką aparatczyka PZPR. Mieszkali na początku w budynku przedwojennym. Kryterium aktualne do dzisiaj, przejaw socjotechnicznego rozwarstwienia w Pionkach. Należałem do nizin społecznych.

salagan4Konrad Sałagan, miniaturowa karetka pogotowia i dwie plastikowe muzy – Pionki, przedszkole nr 1 za Łaźnią, wczesne lata 60 XX w.

Na razie przekroczmy zewnętrzny motyw „ducha miejsca” Pionek. A zatem na terenie otoczonym drutem kolczastym, czyli nad wyraz bezpiecznym terenie szpitala w Pionkach, spełniła się epoka mojego dzieciństwa. Jak kwiat paproci. Biegałem po lesie pośród gęstego poszycia, a niezwykły kwiat wciąż umykał. Przybrany dziadek uczył mnie strzelać z procy, by odstraszyć skrzydlatych intruzów, ponieważ jego pasją była hodowla gołębi i miał na terenie szpitala własny gołębnik. Karmił mnie ogórkiem kwaszonym, boczkiem i chlebem.

salagan5Konrad Sałagan, uśmiech dla Matki, której nie ma w Pionkach – Pionki, wczesne lata 60 XX w.

W tamtych czasach Pionki oglądałem za szyby karetki pogotowia, które było blisko szpitala. Kierowcą karetki był mój ojciec chrzestny i wuj, Tadeusz Łuczyński z Kozienic. Jeśli go uprosiłem i były takie możliwości, dzień wypełniała przygoda. Fascynowała mnie architektura, np. przedwojenny dworzec Pionki Główne. Używam tu potocznej nazwy “Pionki Główne”, ale na wspomnianym budynku dopiero od 8 sierpnia 1932 r. widnieje napis “Pionki” – przedtem był napis “Zagożdżon.” Nazwę zmieniono, bo kooperanci zagraniczni PWP mieli kłopoty z wymową słowa “Zgożdżon.”

Właściwie od tego dworca w latach 20 XX w. wszystko się zaczęło. Stamtąd prowadzą dwie ulice istotne dla rozwoju Pionek, czyli ul. Kolejowa i ul. Zwoleńska. A po drugiej stronie torów kolejowych była kiedyś rozbudowana bocznica. Tu również w latach 20 zwożono maszyny, materiały, narzędzia, itp. do budowy i rozbudowy Państwowej Wytwórni Prochu. A nawet tu obchodzono święta państwowe. Trochę dalej zabrano dom z długą altaną (do dzisiaj marzę o takim domu), dom babki Joanny i jej pierwszego męża, ojca śp. mojej matki Honoraty Hanny Sobolewskiej. Ale to wydarzyło się już po II wojnie światowej. Znacjonalizowano dom i rozległą działkę ze względów „strategicznych”. Babkę Joannę przygarnęły siostry zakonne i lekarze jeszcze konotacji AK-owskiej, dając mieszkanie na terenie szpitala w Pionkach. Tak przypuszczam, ponieważ pokolenie mojej babki, a także pokolenie matki, nabrały wody w usta. Ludzie doświadczyli okupacji niemieckiej, a później sowieckiej. Przyczyną był paniczny strach. Potem dawano w tym miejscu działki dla zasłużonych wobec władzy komunistycznej. Dzisiaj to mniej więcej początek ul. Mikołaja Reja.

45lat

Dyrektor Konrad Sałagan (piąty od lewej) ze współpracownikami, na niewidocznym transparencie napis “Powstanie Warszawskie jeszcze trwa”Pionki, Miejski Ośrodek Kultury, sierpień 1989 r.

Pionki były dziwną miejscowością i trochę taką pozostały. Niekonsekwencja urbanizacyjna, nie dokończone wątki lokalizacji miejskiej. Prawdopodobnie właściwie miała to być miejscowość ukryta pośród lasu. Odbierałem zabudowę Pionek i otoczenie jako niepowtarzalny urok. Gdy byłem krótko dyrektorem Miejskiego Ośrodka Kultury w Pionkach, w latach 1989-1990 (to socrealistyczny budynek) i wydawałem Gazetę Pionkowską, sugerowałem, że ta miejscowość przypomina greckie polis. Trochę miasta, trochę wsi, trochę lasu w środku. Jednak drzew wciąż ubywa w zastraszającym tempie, miasto ledwie funkcjonuje; a tam, gdzie postawiono bloki w latach 70 i 80, czyli na ziemi rodzącej zboże i miejscu sadów, nie da się teraz nagle przywrócić agrokultury.

salagan7Rozpocząłem od tego, że przed 1964 r. babka Joanna wywiozła mnie z Pionek do miejsca zamieszkania rodziców. Musiała to zrobić, bo właśnie wyrzucano ją i dziadka z mieszkania przy szpitalu. Musiała wpłacić ok. 16 tys. zł (kolosalna suma, jak na lata 60 i realia PRL), by zamieszkać w socrealistycznym bloku w pokoju z kuchnią przy ul. Aleje Lipowe. Oto paradoks, bo jest to i ulica i jednocześnie aleje, a do tego rosną tam przeważnie drzewa jarzębiny. Mieszkający tam ludzie, robotnicy niewykwalifikowani, otrzymali te lokale za darmo.

Konrad Sałagan, Pionki, mieszkanie przy ul. Aleje Lipowe – składanie 1 numeru pisma Nad Zagożdżonką, styczeń 1993 r.

Mimo decyzji babki Joanny każdy wolny czas chciałem spędzać w Pionkach i często tu przyjeżdżałem. Nie chciałem, by w tak absurdalny sposób zamknęła się brama do krainy mojego dzieciństwa i młodości. Wstawiałem więc buntowniczo nogę w malejący prześwit bramy. Kiedy po 8, 9 godzinach podróży wychodziłem z pociągu na peron dworca Pionki Zachodnie, a była np. mroźna zima, przede mną stały ośnieżone i iskrzące się jodły i wysokie limby. „W tej okolicy jest zbyt uroczyście…” Znowu wróciłem do siebie, tak wewnętrznie – pierwsze sekundy obecności w Pionkach.

Pionki to geneza mojej poezji od 12 roku życia. Geneza mojego bycia wymytym hippie. Geneza drogi ku wolności. I te umykające złote warkocze Małgosi Wojciechowskiej, której tłumaczyłem filozofię egzystencjalną na długich spacerach, zamiast ją pocałować. Nie poderwałem więc Euterpe. Znakomita biblioteka zakładowa w przedwojennym budynku Pod Łabędziami, rezydencji Dyrektora Naczelnego Państwowej Wytwórni Prochu w Pionkach. Niezwykłej urody architektura, połączenie renesansu z tzw. polską architekturą dworkową, poziom klasy europejskiej, niestety nie opracowany naukowo. Bywały takie wakacje, że prawie nie wychodziłem z mieszkania babki Joanny, tylko wypożyczałem sterty książek. To zasługa ludzi, którzy prowadzili tę bibliotekę. Chyba ten księgozbiór był punktem ciężkości atmosfery Pionek tamtych lat. Nie spotkałem takiej atmosfery twórczej i intelektualnej ani w Katowicach, ni Sosnowcu, Będzinie. Źródeł inspiracji w Pionkach było więcej, ale ten temat jest zbyt obszerny, jak na krótką impresję. Rzecz paradoksu – obok nadmiar drutu kolczastego, który ograniczał przestrzeń, jednocześnie szum skrzydeł wolności, bez granic. Przypuszczam, że atmosfera Pionek przejaw świadomości zbiorowej ludzi, którzy tam mieszkali, to proces uruchomiony przez założycieli tej miejscowości, przede wszystkim dyrektora dr inż. Jana Prota (właściwe jego nazwisko to Berlinerblau) oraz innych, elity Polski przedwojennej. O Janie Procie jest publikacja na blogu autorstwa Michała S. Balasiewicza.

Śp. Piotr Mitan, syn inżyniera i oficera przedwojennego, próbował w latach 90 XX w. zrekonstruować splendor słynnego Kasyna Urzędniczego, budynku leżącego blisko głównej bramy zakładów. Zrobiłem dla niego szyld w konwencji modernistycznej, a zarazem znak firmowy, a także pomogłem w doborze kadry pracowniczej. Projekt padł przed końcem XX w., a Piotr w kilka lat później zginął w niewyjaśnionych okolicznościach. Zatem zabrakło świadomego kontynuatora. Piotr mawiał do mnie – „Od rekonstrukcji Kasyna trzeba rozpocząć stawianie Pionek na nogi, a potem rzucić to w przyszłość”. Mnie przekonał. Obaj nie doceniliśmy „wiatru historii”, lepiej powiedzieć „praw historii”, ani konsekwencji społecznych wprowadzenia stanu wojennego 13 grudnia 1981 r. , ani po 1989 r. konsekwencji ekonomicznych związanych z drastycznym ograniczeniem dostaw na rynek wschodni produkcji tego największego zakładu Pionek. Krytyczny moment, brak pomysłów u kadry administratorów, krótkowzroczność działaczy związków zawodowych, a szczególnie NSZZ „Solidarność”.

Wykarczowano drzewa naprzeciw dworca Pionki Zachodnie (jeszcze przed 1989 r.), zresztą nie tylko tam, zniknął drut kolczasty typowych ogrodzeń w mieście i szlabany, otworzyła się przestrzeń ku niebu, a jednak szum skrzydeł wolności umknął. Ukrył się? Nie wiem. Zniszczenie zakładu, marnotrawstwo maszyn i zasobów przekreśliło prosperity Pionek. Wyjechali więc interesujący i uzdolnieni ludzie, no, trochę ich pozostało. Umiejętnie i taktycznie rozegrano Solidarność, tam i wtedy. Porywisty wiatr historii, jakby sztorm. Dzisiaj na olbrzymim terenie zalesionym stoją ruiny budynków – również rozpadające się budynki architektury przemysłowej dwudziestolecia międzywojennego XX w. wpisane w rejestr zabytków. Nikt do tej pory nie przeprowadził badań degradacji środowiska naturalnego, które dokonało się w wyniku „wesołej twórczości” PRL. ZTS „Pronit” upadł dokumentnie w 2000 r. Podobieństwo zony zanieczyszczeń do powieści SF Arkadija i Borisa Strugackich pt. Piknik na skraju drogi (1972) i filmu Andrieja Tarkowskiego pt. Stalker (1979).

Przechodniu pozdrów więc lepszą epokę, gdy ją rzeczywiście spotkasz.

Warszawa, 23 sierpnia 2014

Uzupełnienie – w latach 2009-2013 wykorzystując fundusze Urzędu Miasta Pionki i Unii Europejskiej, dokonano rekonstrukcji Kasyna Urzędniczego. Obecnie Kasyno jest centrum informacyjnym i medialnym.

Na początek szkoły…

Roman Brodowski przygotował opowiadanie o dniu, gdy to on, zapłakany przedszkolak, poszedł do szkoły i spotkał się tam z Marysią. Ciekawe, czy to ta sama, którą już poznaliśmy w opowiadaniu o zielonej miłości?

Mój pierwszy dzień

Czy pamiętam ten dzień, kiedy po raz pierwszy przekroczyłem mury szkoły?   Oczywiście że pamiętam! Tego dnia nie potrafiłbym zapomnieć.

To było w czwartek, pierwszego września 1966 roku. Wybudzony ze snu, siedziałem na miękkim, wygodnym łóżku, a obok mnie, odwrócona głową w kierunku ściany, leżała śpiąca jeszcze spokojnie moja młodsza siostrzyczka.

Spojrzałem na stojącą naprzeciwko łóżka starą, dębową szafę, służącą na codzień do przechowywania ubrań, a tam na jej niedomkniętych drzwiach wisiał nowy, ciemnogranatowy mundurek z przypiętym śnieżnobiałym kołnierzykiem. Obok szafy stał wyładowany książkami, zeszytami, plasteliną oraz pachnącymi kolorowymi kredkami szary tekturowy tornister. Przy nim, jeszcze nie spakowana, najważniejsza z książek – duży wielobarwny Elementarz, no i oczywiście – ręcznie uszyty worek z miękkimi kapciami.

– Wstawaj syneczku – powiedziała mama, wchodząc do pokoju cichuteńko na palcach, by nie zbudzić Joli. – Nadszedł twój wielki dzień! Czyżbyś o tym zapomniał? – dodała, podając mi na dzień dobry czystą podkoszulkę. – Dzisiaj rozpoczynasz nowe życie.
– Ale ja nie chcę, nie chcę, Mamo. Chcę chodzić do przedszkola! – rozpłakałem się, przeczuwając koniec dziecięcej, beztroskiej wolności.
Mama, widząc moją reakcję, przytuliła mnie do siebie i ocierając rąbkiem kuchennego fartucha łzy, zaczęła tłumaczyć:
– Jesteś już dużym i mądrym chłopcem. Wszystkie dzieci w twoim wieku muszą rozpocząć naukę w szkole. Twoje starsze rodzeństwo, Zbyszek i Krysia, już od kilku lat chodzą do szkoły i są z tego powodu bardzo zadowoleni.
– Ale ja nie chcę, boję się, Mamo, nie chcę – nie dawałem się przekonać.
Mama, nieco poirytowana moim zachowaniem, nie zwracając już uwagi na te fanaberie, zaczęła ubierać mnie w przygotowaną na dzisiejszą uroczystość odzież.
Krysia i Zbyszek już buszowali po kuchni, pałaszując świeże bułeczki z marmoladą. Odziani w szkolne mundurki, czekali tylko na nas. Po sytym śniadaniu, z ciężkim tornistrem na plecach wyruszyłem do szkoły.

Obok, po prawej stronie, trzymając mnie za rękę szła Mama, po lewej – Zbyszek. Krysia. idąc kilku kroków za nami, zabezpieczała niejako tyły, czyli drogę na wypadek ewentualnej mojej próby ucieczki. Tak – to była prawdziwa droga rozpaczy, droga w niejasną przyszłość. To były dwa kilometry dłużącej się w czasie niepewności.

W końcu dotarliśmy na miejsce. Stanęliśmy przed nowo wybudowanym, jasnym i największym w naszej miejscowości budynkiem. Szkoła.
Wydawała mi się ogromna i muszę przyznać, że była bardzo ładna.
Główne drzwi wejściowe znajdowały się na ogrodzonym metalową balustradą tarasie, na który po obu bokach prowadziły szerokie schody.
Przed szkołą, wokół wyłożonego betonowmi płytami dziedzińca, rosły jeszcze młode niedawno posadzone drzewka i mnóstwo kolorowych kwiatów, wyglądających jak małe wysepki w morzu zielonej trawy.

Na dziedzińcu zgromadziła się spora gromadka rozkrzyczanych dzieciaków. Prawie wszyscy chłopcy, tak jak i ja ubrani byli w ciemnogranatowe mundurki, zaś dziewczęta w fartuszki podobnego koloru, obszyte białymi koronkami. Na prawym rękawie u każdego ucznia widniała szkolna tarcza, będąca niejako wizytówką szkoły. Tylko u tych dzieci, które rozpoczynały pierwszą klasę, na rękawach jeszcze nic nie było.

Stanęliśmy z mamą z boku placu, nieco oddaleni od całej tej grupy i cierpliwie czekaliśmy. Wtedy podeszła do nas miła, uśmiechnięta, czarnowłosa pani i, gładząc mnie po głowie, zapytała, czy jestem pierwszoklasistą.
– Oczywiście – odpowiedziała mama – to moje kolejne dziecko, które oddaję do waszej szkoły – dodała z dumą, wskazując na mnie palcem.
Pani pochyliła się nieco i szeptem zapytała, jak się nazywam:
– Romek – odpowiedziałem niegrzecznie, z nadzieją że zostawi nas w spokoju.
– A ja jestem pani Irenka – przedstawiła się, objąwszy mnie delikatnie. Teraz rozstaniemy się na kilka godzin z Mamą i razem pójdziemy do innych dzieci – zaproponowała, podając mi dłoń.
Okazało się to niestety nie takie proste . Wystraszony, chwyciłem się kurczowo za maminą sukienkę i wrzeszcząc, jakby mnie kto ze skóry obdzierał, rozpłakałem się po raz kolejny dzisiejszego dnia.

Mama i pani nauczycielka wszelkimi środkami, a to gładząc, a to obiecując różne rzeczy, bezskutecznie próbowały mnie uspokoić i przekonać o konieczności rozpoczęcia nauki w szkole. W końcu, zmęczony płaczem, rezygnując z dalszej walki, zgodziłem się pójść do klasy, ale tylko w towarzystwie Mamy. Nauczycielka, nie widząc innej możliwości, wyraziła na to zgodę i zaprowadziła nas do pomieszczenia, w którym w ustawionych w trzy rzędy ciemnozielonych ławkach czekało już kilkunastu innych pierwszoklasistów.

Pomieszczenie pachniało świeżą farbą, było duże i przestronne. Na przeciwko drzwi całą ścianę zajmowały duże okna. Natomiast na ścianie szczytowej wisiała ogromna, czarna jak smoła tablica, przy której leżały szara gąbka i kilka kawałków białej kredy. Nad tablicą wisiał Biały Orzeł, obok tablicy, pośrodku klasy, stał stół, a przy nim krzesło dla nauczyciela. Były też szafy i półki wyładowane pomocami naukowymi.

Jednak nie to było dla mnie najważniejsze. Okazało się bowiem, że oprócz mnie do naszej klasy chodzi też czworo moich przyjaciół z przedszkola, mieszkająca po sąsiedzku Marysia oraz Alina, Jagoda i Ewa – koleżanki z mojej ulicy. Puszczając rękę mamy bez pożegnania, szybko usadowiłem się w stojącej przy oknie ławce, w której siedziała już samotnie Marysia. Mama opuściła klasę, a ja, zajęty rozmową z siedzącym obok nowym kolegą, powoli przyzwyczajałem się do szkolnej rzeczywistości. Co jakiś czas do klasy przychodził ktoś nowy, a my witając go oklaskami czekaliśmy z niepokojem na rozpoczęcie pierwszej w naszym życiu lekcji.

Nagle usłyszeliśmy dziwny hałas, dochodzący z korytarza.
– Do klas dzieciaki. Koniec wakacji. Czas się brać do nauki! – krzyczał ktoś grubym, nieco ochrypłym głosem, wymachując przy tym wielkim dzwonkiem. Dopiero teraz uświadomiłem sobie, że czas wolności się skończył i rozpoczęła się długa przygoda z nauką. Siedząca dotychczas przy stole nauczycielka wstała i, spojrzawszy na nas wesołp, poprosiła o ciszę.
– Drogie dzieci – zaczęła – witam was serdecznie w waszej nowej szkole.  Nazywam się pani Irena i od dzisiaj przez dwa lata będę waszą opiekunką oraz wychowawczynią, a wy będziecie moimi uczniami. Mam nadzieję, że szkoła będzie waszym drugim, kochanym domem…
Opowiadała nam jeszcze o tym, co nas w tej szkole czeka, jak będą wyglądały lekcje, czego będziemy się uczyli i o wielu innych sprawach. Na koniec otworzyła dziennik i wywołując po nazwisku każdego ucznia z osobna, w kolejności alfabetycznej, prosiła żeby opowiedział o sobie. Dzięki temu dowiedzieliśmy się, kto jak ma na imię, skąd pochodzi i gdzie mieszka. Po zakończeniu sprawdzania obecności pani porozsadzała nas parami w ławkach tak, aby ci najniżsi, do których i ja należałem, siedzieli z przodu, a najwyżsi z tyłu klasy. Na szczęście nam, to znaczy Marysi i mnie, pozwoliła pozostać tam gdzie wcześniej usiedliśmy, czyli w pierwszej ławce przy oknie.

Usłyszeliśmy po raz drugi dźwięk dzwonka, który tym razem oznajmił koniec lekcji, po której parami poszliśmy całą klasą do świetlicy, gdzie uczniowie starszych klas, nauczyciele oraz dyrektor szkoły przywitali nas, pierszoklasistów, brawami. Tam miała miejsce oficjalna uroczystość rozpoczęcia roku szkolnego. W jej trakcie starsi koledzy przypięli do naszych mundurków tarcze, a koleżanki wręczyły małe słodkie upominki.

Tak się rozpoczął mój pierwszy dzień w szkole, w której spędziłem kolejnych osiem niezapomnianych lat.

Berlin, 1992

Niestety nie jest to zdjęcie autora w pierwszej klasie, tylko zdjęcie znalezione w sieci – klasa Ib, szkoła nr 23 w Oliwie, rocznik 1969/70

Alma (2)

Lech Milewski

Wiedeńska krew

20 kwietnia 1873 roku Gisela Louise Maria, najstarsza córka cesarza Franciszka Józefa, wzięła ślub z księciem Leopoldem Bawarskim. Na balu weselnym orkiestra Wiener Philharmoniker dała krótki koncert okazjonalnej muzyki po czym na podium wszedł Johann Straus II i poprowadził pierwsze wykonanie napisanego specjalnie na tę okazję walca…

Proponuję włączyć powyższe nagranie jako akompaniament do tego wpisu.

Dla miłośników muzyki jest to istotne wydarzenie. Nie ze względu na cesarsko-królewskie uroczystości, ale dlatego, że do tego czasu Wiedeńscy Filharmonicy traktowali Jana Straussa i jego muzykę do tańca z lekceważeniem. Po tym występie zarówno Jan Strauss jak i jego walce zadomowiły się u Wiedeńskich Filharmoników na dobre. Najlepszym dowodem może być zapoczątkowany w roku 1939 koncert noworoczny – bilety na przyszłoroczny koncert są już chyba wysprzedane – KLIK.

Wiedeń czasów Franciszka Józefa – zadziwiające miejsce, w którym w jednej kawiarni można było spotkać gniewnych nacjonalistów słowiańskich, rumuńskich czy węgierskich oraz rozmarzonych wizjonerów Wielkich Niemiec lub Pansłowiańskiego mocarstwa. W Cafe Central Leon Trocki grał w szachy a w przerwach dyskutował z austriackimi socjaldemokratami. W Cafe Louvre Teodor Herzl – ojciec duchowy państwa Izrael KLIK – przewodził rozkrzyczanym syjonistom.

To była wybuchowa mieszanka, która mogła rozsadzić Europę. Wiedział o tym Franciszek Józef i przyjął taktykę drobnych kompromisów, aby rozładowywać powstające co raz napięcia i przedłużyć swoje spokojne panowanie. I tak przedłużał jeszcze przez 40 lat.

Françoise Giroud w książce The art of being loved pisze, że Wiedeń był jedynym miejscem gdzie artyści i intelektualiści nie zamierzali buntować się przeciw burzuażyjnej elicie. Być może byli rozpieszczani przez zamożne wiedeńskie mieszczaństwo, które uznało sztukę za platformę równającą je z arystokracją.

W takim to Wiedniu 31 sierpnia 1879 roku urodziła się Alma Maria Schindler, córka malarza Emila Jakoba Schindlera i Anny von Bergen.

Emil Schindler był malarzem, któremu udało się znaleźć możnych sponsorów i dzięki nim zdobył sporą popularność i majątek, który pozwolił mu i jego rodzinie rezydować w stylowym pałacu na obrzeżach Wiednia.

Przez pracownię i salony Emila Schindlera przewijała się galeria ciekawych ludzi. Ojciec wprowadzał córkę w ten świat, spędzał z nią wiele czasu, był jej nauczycielem i mentorem. Gdy Alma miała 8 lat, ojciec czytał jej utwory Goethego. Nic dziwnego, że nikt nie pamiętał, aby posłać Almę do szkoły. Jej formalna edukacja ograniczyła się do zaledwie kilku miesięcy pobytu w szkole, gdzie główny nacisk kładziono na edukację religijną.

Wielkim szokiem była nagła śmierć ojca, gdy Alma miala 13 lat. Poczucie osamotnienia pogłębiał fakt, że matka Almy tylko dla formy odczekała wymagany okres żałoby i wyszła za mąż za Carla Molla, ucznia i asystenta swego męża.

Mentorem Almy stał się Max Burckhard, prawnik i bardzo szanowany działacz kulturalny. On dbał o lekturę Almy, wprowadził ją w świat muzyki, woził do Salzburga na festiwal mozartowski. W rezultacie w wieku lat 17 Alma znała dobrze literaturę europejską, była miłośniczką muzyki Wagnera, fascynowała ją filozofia Fryderyka Nietzsche, znała grecki i łacinę i próbowała tłumaczyć dzieła św Augustyna. W tym też okresie opieka ze strony Maxa Burckharda przekroczyła granice przyjacielskiego mentorstwa. Alma była zaszokowana, ale również czuła się wyróżniona. Odkryła świat pasji i namiętności.

Ojciec mówił jej – sięgaj gwiazd – a gwiazda pierwszej jasności była w zasięgu ręki. Stałym gościem pracowni jej ojczyma był Gustaw Klimt, czołowy przedstawiciel rodzącej się właśnie secesji.

35-letni Klimt cieszył się w tym czasie w Wiedniu dużą popularnością. Uchodził również za ekstrawaganta do czego poza swobodnym strojem przyczyniał się wolny związek ze znaną projektantką mody – Emilią Flöge. W jaki sposób 17-letnia dziewczyna, która charakteryzowała samą siebie słowami – piękna bogobojna dziewica – oczarowała dwa razy starszego od siebie ekstrawaganckiego artystę?

Odpowiedzi na to pytanie udzielił sam Klimt w liście, w którym, już po zakończeniu romansu, tłumaczył się ojczymowi Almy: Alma jest piękna, inteligentna, dowcipna, posiada wszystko czego mężczyzna mógłby sobie życzyć od kobiety… kiedykolwiek się pojawi w świecie mężczyzn staje się panią sytuacji… Czyż nie może pan zrozumieć, że są chwile gdy mężczyzna traci dla niej głowę…

Na trop romansu wpadła matka Almy i za jej namową cała rodzina wybrała się w podróż do Włoch. Klimt opuścił swoją partnerkę i podążył za nimi. Gdy matka znalazła w pamiętniku córki wzmiankę o pierwszym pocałunku zażądała od Klimta zakończenia tego romansu.

Kiss

G.Klimt – Pocałunek -źródło wikipedia – KLIK.

Klimt wrócił z Wenecji do Wiednia, ale po powrocie Almy nadal potajemnie się z nią spotykał, planował nawet jej porwanie, na co Alma ochoczo się zgadzała. Nie zgodziła się natomiast na znacznie mniejszą przygodę – wizytę w pracowni artysty. Alma ceniła swoje dziewictwo ponad wszystko. Romans zakończyła stanowcza interwencja ojczyma Almy, Carla Molla, który zabronił Klimtowi wstępu do swej pracowni. To mogło stanowić utrudnienie w dalszej karierze malarza i Klimt dostosowal się, pisząc przy okazji cytowany powyżej list.

Następcą Klimta był nauczyciel muzyki, młody kompozytor, Alexander von Zemlinsky.

6 lutego 1900 roku Alma zapisała w swym pamiętniku: Wieczór u Schnitzerów. Poszłam tam z wielka niechęcią a był to cudowny wieczór. Prawie cały wieczór rozmawiałam z Aleksandrem von Zemlinskym, młodym kompozytorem. Jest okropnie brzydki, nie ma w ogóle brody. Jednak dla mnie był fascynujący.

Urodę Aleksandra Zemlinskego można zweryfikowac tutaj – KLIK.

Ale uroda to rzecz względna…
Niedziela 4 marca 1900:
Przy stole Zemlinsky zapytał:
– A co pani sądzi o Wagnerze?
– Największy geniusz jaki kiedykolwiek żył – odpowiedziałam.
– A które z jego dzieł najwyżej pani ceni?
– Tristan!
Moja odpowiedź tak go ucieszyła, że nastąpiła całkowita transformacja. Nagle stał się całkiem przystojny. Rozumieliśmy się wzajemnia. To nie był stracony wieczór – to był smak życia.

Zemlinsky zadomowił się na dobre w życiu Almy w roli nauczyciela muzyki, zaś Max Burckhard nadal kontynuował wszechstronną opiekę nad Almą.

Poniedziałek 26 listopada 1900: Wieczorem u Burckharda. Ostrygi, homar, prosiak, karczochy, kaczka, czekolada z kremem, lody, sery, czarna kawa, likiery, poncz ananasowy. Niesamowite obżarstwo. Po długiej abstynencji wypiłam dużo, ale nie za dużo.

Może droga do serca wiedzie przez żołądek?

Poniedziałek 10 grudnia 1900:
Drogi, drogi B…, jakże ja go lubię. Oświadczył, że dałby wszystko żeby móc ze mną podróżować. Chciałam mu odpowiedzieć – dałabym wszystko, żeby żyć z tobą. Niewarogonie go lubię. Taki przystojny, szlachetny, męski, wolny. W nocy śniłam, że się całowaliśmy. Obudziłam się w stanie błogości. Dzień – okropny, szary, zimny dzień. Co za straszne przebudzenie.

Alma traktowała Burckharda nadal jako przyjaciela i mentora. Oto fragment listu:
Trudno mi wyrazić jaką radościa jest dla mnie myśl o Tobie… Dzisiaj po lekcji Zemlinsky zagrał dla mnie Tristana – tak cudownie. Śpiewaliśmy razem. To było wyjatkowe. Nogi się pode mną trzęsły. Wspomniałam mu również o Twoich zastrzeżeniach co do śmierci Tristana, Wszystko odrzucił. Chciałabym to jeszcze z Tobą przedyskutować.

Czwartek 13 grudnia 1900
Cały wieczór pracowałam sama. Moim jedynym pragnieniem jest osiągnąć coś w sztuce… Dziwne, kiedy przyszedł list od B. spłonęłam rumieńcem od głowy do stóp. W miarę czytanie rosło podniecenie. Marzę by dać mu swe ciało. Tylko raz. Choćby to miał być tylko pocałunek… Jeśli chodzi o Burckharda to jest wszystko, co mogę dać i nic tego nie zmieni… Pocałunek jest najszlachetniejszym, najczystszym sposobem by powiedzieć – jestem twoja. Wszystko co następuje potem ma jakiś cel, jest kierowane ukrytym motywem. Nie ma niczego tak bezinteresownego jak czysty pocałunek.

A w praktyce…
…przyciągnął mnie do siebie. Opierałam się, ale on nie ustępował. Bliżej, bliżej i w końcu pocałował mnie – to było najgorsze – dotknął moich ust językiem. To zakończyło wszelkie złudzenia uczucia. Jakże czekałam na ten moment i jak obrzydliwy się okazał. Nigdy nie zapomnę tego rozczarowania. Pocałunek Klimta, pocałunek Burckharda. Niebo i Piekło. Przepaść przed moimi oczami.

Mimo to…
…chciałabym wiedzieć czy ja właściwie lubię Burckharda czy nie. Moje uczucia do niego nie są czułe. On tylko pociąga mnie fizycznie.

W takim nastroju otrzymuje Alma propozycję małżeństwa od zamożnego architekta Feliksa Muhra.
Sobota 23 marca 1901
…rozmawialiśmy o wszystkim pod słońcem. Wyznał mi różne swoje grzechy. W końcu zaproponował małżeństwo. Jakby mnie uderzył piorun. Nie widzę siebie jako żony. On jest do przyjęcia, ale nie czuję nic do niego. Nie pociąga mnie. Pewnie ma rację, że bylibyśmy szczęśliwi razem, ale nie mogę sobie tego wyobrazić… A co z moim powołaniem? Chce dać mi całkowicie wolną rękę, zupełną wolność. Mówi, że nie będzie zazdrosny. Tak, ale co z miłością mojego życia? Czy to już poza mną? Czy mam zwiędnąć jako stara panna? Ale małżeństwo… wzdrygam się. Oddać swe ciało mężczyźnie, którego nie kocham… albo nie dać go nikomu. Nigdy nie dojrzała, nigdy nie spełniona. Półśrodki, ciagle półśrodki. Chociaż z drugiej strony – lubię go. Z moimi dwoma kochasiami pod ręką: Burckhard – Zemlinsky, wolna myśl – wielkie serce. A między nimi – Muhr.
Chiałoby się powiedzieć – a między nimi – mur.

Pamiętnik Almy nie zwiera zbyt wielu informacji o kontaktach z Zemlinskym, jednak Françoise Giroud pisze, że były one bardzo intensywne. Alma prowadziła z Zemlinskym prowokacyjne rozmowy i wymieniała pasjonujące listy. Można odnieść wrażenie, że testowała na nim swoją siłę i czar. Obiecywała mu dozgonną miłość i wspominała o małżeństwie, by za chwilę wszystko odwołać i kategorycznie stwierdzić, że nie zamierza wychodzić za mąż. Zaraz potem oświadczyła, że pragnie mieć z nim dziecko. Zemlinsky odpowiedział gniewnym wybuchem – …Twoja bezbrzeżna próżność, pogoń za przyjemnością. Jeśłi kochasz mnie tak jak mówisz, to daj mi dowód – godzinę szczęścia.

Do tego jednak nie doszło. Alma przywiązywała do swojego dziewictwa symboliczną wartość. Oto swoista modlitwa dziewicy:
Sobota 9 listopada 1901
Jeśłi mi się całkowicie nie odda, cierpieć będę tortury. Jeśli się odda – skutki będą okropne… Obłędnie potrzebuję jego objęć, na zawsze zapamiętam dotyk jego dłoni głęboko w moich najskrytszych zakamarkach. Idealna błogość istnieje… Chciałabym klęknąć przed nim, przycisnąć me usta do jego nagiego ciała, całować wszystko, wszystko! Amen.

Dwa dni przed tym pamiętnikowym wpisem na horyzoncie pojawił się Gustaw Mahler. 22 lata starszy od Almy był znaczącą postacią w życiu kulturalnym Wiednia. W tym czasie był dyrektorem opery dworskiej, Hofoper. Słynny, uwielbiany i jednocześnie nienawidzony – to był ktoś na miarę ambicji Almy. Niższy od niej, nerwowy, gwałtowny w ruchach i nieprzewidywalny w zachowaniu. Jego wybuchy gniewu były słynne. Trzymał orkiestrę żelazną ręką, jego wymagania perfekcji i precyzji nie miały granic. Z drugiej strony początki jego kariery jako kompozytora były bardzo ciężkie. Jego pierwsza symfonia została wyśmiana przez publiczność.

7 listopada doszło do pierwszego spotkania. Alma siedząca między swymi dwoma adoratorami, Klimtem i Burckhardem, błyszczała w towarzystwie. Mahler spytał czy może dołączyć. Już po chwili wybuchła między nimi kłótnia.
Po tym spotkaniu Mahler starał się uzyskać jakieś informacje o Almie a ona zapisała w swym pamiętniku: Muszę przyznać, że podobał mi się ogromnie. Oczywiście jest okropnie nerwowy. Krążył po pokoju jak dziki zwierz. To czysty tlen, gdy się do niego zbliżyć, może spalić.

Wkrótce doszło do spotkania w domu rodziców Almy. Na widok książek Fryderyka Nietzsche Mahler kategorycznie stwierdził, że należałoby je spalić. Nie minęło wiele czsu a Mahler listownie oświadczył: …poślubić człowieka takiego jak ja to nie jest prosta sprawa. Jestem całkowicie wolny i muszę takim pozostać. Nie mogę kłopotać się jakimikolwiek sprawami materialnymi. Swoją posadę mogę stracić z dnia na dzień.

Znajomość rozwijała się bardzo szybko.
Poniedziałek 2 grudnia 1901
Po południu Mahler. Powiedział, że mnie kocha. Pocałowaliśmy się… jego pieszczoty są czułe i do przyjęcia. Gdybym tylko wiedziała – on – czy ten drugi!
… Muszę stopniowo usunąć Alexa ze swych myśli… Mówię – mój ukochany – i coś we mnie odpowiada – Alex. Czy potrafię kochać Mahlera tak jak on na to zasługuje? Czy ja go w ogóle kocham? Czasem myślę, że nie. Tak wiele rzeczy mnie irytuje:
– jego zapach,
– sposób w jaki śpiewa,
– jego wymowa – połyka rrrr.
Czy ja kocham dyrektora opery, wspaniałego dyrygenta – czy mężczyznę? Jego muzyka pozostawia mnie zimną, tak strasznie zimną. Mówiąc prosto – nie wierzę w niego jako kompozytora… Dręczy mnie pytanie: czy Mahler będzie mnie inspirował do komponowania, czy poprze moje artystyczne wysiłki…

Póżniej tego samego popołudnia Muhr. Spytał jak sprawy stoją między nami. Nie miałam wyjścia i powiedziałam mu prawdę. Stał przede mną blady i dygotał: Fraulein – jeśli mnie odrzucisz zabiję się. Było mi go tak żal…

Feliks Muhr zamiast się zabić, postanowił podzielić się z Almą ważnym odkryciem:

Powiedział mi, że wie od doktora, że Gustaw cierpi na nieuleczalną chorobę i wyraźnie słabnie…

Nieuleczalną chorobę? Jaką? Uwzględniając czasy, obyczaje i środowisko mogły to być suchoty albo syfilis. Ale w tamtych czasach nie pytano o szczegóły.

Reakcja Almy:
O Boże, będę go pielęgnować jak dziecko. Nie mogę stać się przyczyna jego upadku. Powstrzymam swoje tęsknoty i pasje – chcę go wyleczyć, wyleczyć moją siłą i młodości.

Ale już 2 tygodnie później…
Czwartek 19 grudnia 1901
Wczoraj flirtowałam wściekle z Louisem Adlerem. On jest tak przeklęcie przystojny. Muhr nas obserwował. Och gdyby Muhr był tak przystojny…

Wieczorem: Pollack. Rozmawialiśmy dużo o Gustawie. Muszę wyrzucić z siebie to wszystko co się kłębi w moich piersiach… Jeśłi kiedykolwiek dojdzie do małżeństwa muszę postawić ten warunek – sprawę sztuki. On ma za nic moją sztukę a swoją za wszystko. A ja mam za nic jego sztukę… Ja muszę mieć wolność – Całkowitą wolność.

Podczas spotkania z Mahlerem Alma poruszyła tematykę dzieł F. Nietzschego, którym Mahler przeeciwstawił twórczość Dostojewskiego.

W liście przestawił sprawę jasno: Będziesz miała tylko jedno zadanie – czynić mnie szczęśliwym. Czy rozumiesz Almo, co mam na myśli? … role będą dokładnie wyznaczone. Rola kompozytora przypada mnie, Twoja rola – być kochającą towarzyszką i partnerką. Czy Cię to zadowala? Wiem, że proszę o wiele, o bardzo wiele, ale wolno mi tak robić, bo wiem co mogę dać i dam w zamian.

Trzy dni ogromnej rozterki i w końcu całkowita kapitulacja:
Pragnę mieć z nim dziecko… jeśli mu na to starczy sił, on ma nadzieję, że tak… Rano Carl (Moll – ojczym – przypisek mój) przyszedł do mnie na poważną rozmowę. Wyjaśnił wszystkie ewentualności. Wiem wszystko. On jest ciężko chory… będę sie nim opiekowac jak dzieckiem. Moja miłośc do niego jest zupełnie rozbrajająca. Co za szkoda, że nie może wymówić R. Na dodatek wyznał, że wolałby, żebym miała na imie Maria. Ze względu na silne R w środku. Jakie to dziwne…

A więc Dostojewski zwyciężył – zbawienie poprzez zatracenie???

Poniedziałek 23 grudnia 1901
…czekam – czekam – na Gustawa i Justi (Justyna – siostra Gustawa – przypisek mój). To jest tortura, cała wieczność. Wreszcie przyszli i zaręczyliśmy się. W obecności Carla i Mamy. Od teraz tylko on będzie miał miejsce w moim sercu, tylko on. Już nigdy nie rzucę okiem za młodym przystojnym mężczyzną. Wszystko dam jemu – memu mężowi!… O ile mój związek z A.Z. (Alex Zemlinsky) był dziki i cielesny, to z Mahlerem jest przepojony najświętszym uczuciem.

Ciąg dalszy nastąpi.

Bibliografia:
Françoise Giroud – The art of being loved – KLIK.
Alma Mahler – Diaries 1898-1902 – KLIK.
Constantin Floros – Gustav Mahler – Visionary and Despot – KLIK.

Jimmy

Okazuje się, że Facebook nie bez powodu połączył mnie z Aleksandrą. Niewątpliwie podzielamy zamiłowanie do chodzenia po cmentarzach, a tę wędrówkę, jak się okazuje, każda z nas odbywa za każdą wizytą w Paryżu.

czarna kotkaAleksandra Hołownia

Ilekroć jestem w Paryżu wędruję po ulubionym „chińskim” Belleville. Uwielbiam włóczyć się po ulicach tej dzielnicy, ale najbardziej lubię cmentarz Père Lachaise. Grób Jima Morrisona odkryłam przypadkiem. Pewnego deszczowego, jesiennego dnia 2012 roku zamiast na targi sztuki FIAC poszłam na Père Lachaise. Szłam bez celu, podziwiając piękną architekturę grobowców. Usiadłam na ławce nieopodal miejsca, gdzie spoczywał Balzac. Wtedy właśnie zaczęła się do mnie łasić czarna kotka. Wcale się nie bała. Była bardzo podobna do mojej kotki Susi, która zdechła pół roku temu. Pomyślałam sobie, że pewnie musi być głodna. Opuściłam cmentarz i w pobliskim sklepie mięsnym kupiłam dla niej kurzą wątróbkę, a w markecie suche żarcie. Gdy po pół godzinie dotarłam w to samo miejsce, zwierzątka już nie było. Rozrzuciłam pokarm dokoła ławki. Niestety siedzące na drzewach kruki widziały wszystko. Dwa ptaszyska sfrunęły na ziemię i ukradły wątróbkę przeznaczoną dla „wcielenia Susi”, zabierając ją na drzewo.

kruk2 Czekałam długo, ale już się nie pojawiła. Poszłam dalej przyłączając do grupy Amerykanów. W ten sposób trafiłam do grobu Jima Morrisona. Dookoła stało pełno ludzi. Wszyscy robili zdjęcia. Jakiś chudy Fancuz o wyglądzie hipisa uczył chińskie turystki piosenki: „Come on Baby light my fire …” Ekstrawagancka blondynka z bukietem kwiatów przeskoczyła barierkę otaczającą mocno zdewastowany grobowiec. Rzuciła kwiaty i czerwonymi od szminki ustami całowała resztki tablicy z nazwiskiem idola. Fani Morrisona latami nie tylko upamiętniali swoje imiona, upiększając bazgrołami i graffiti stojące obok drzewa, ale także konsekwentnie odłupywali granitową płytę. Zaintrygowała mnie ilość wykonywanych przy grobie zdjęć. Samo miejsce podobnie jak spoczywający w nim piosenkarz stało się magnesem publiczności. Postanowiłam utrwalić tę niezwykłą atmosferę na wideo.

kalkowaniekalkowanie2
Ewa Maria Slaska

Kiedyś na tym grobie było popiersie. Widziałam je na własne oczy, jak po raz pierwszy pojechałam do Paryża pod koniec lat 80. Wtedy szło się od głównej bramy za strzałkami pokazującymi drogę do grobu.


Potem przez wiele lat jeździłam gdzie indziej i jak przyjechałam do Paryża w tym roku, popiersia nie było.
  Nie było też strzałek, ale, przyznaję, wchodziliśmy innym wejściem. Zapytałam Aleksandrę o popiersie.

Aleksandra

NIE, na grobie nie było żadnego popiersia. Fani wszystko rozkradli, a z resztek  płyty grobowej odłupywano kamienie na pamiątkę . Jak mi się skończył akumulator i już nie mogłam nagrywać, to przyszła dziewczyna, która rzuciła się na grób i całowała kamienie. Ale to byl rok 2012, bo w tym roku wiosną grób był jakby odnowiony, lecz nadal bez popiersia.

morrisson-dalsze (1)Ewa Maria

Znalazłam jednak informację o grobie w sieci:

Morrison is buried in the Pere Lachaise Cemetery in Paris, one of the city’s most visited tourist attractions. The grave had no official marker until French officials placed a shield over it, which was stolen in 1973. In 1981, Croatian sculptor Mladen Mikulin placed a bust of Morrison and the new gravestone with Morrison’s name at the grave to commemorate the 10th anniversary of his death; the bust was defaced through the years by cemetery vandals and later stolen in 1988.  In the 1990s Morrison’s father, George Stephen Morrison, placed a flat stone on the grave with the Greek inscription: ΚΑΤΑ ΤΟΝ ΔΑΙΜΟΝΑ ΕΑΥΤΟΥ, literally meaning “according to his own daemon” and usually interpreted as “true to his own spirit”. Mikulin later made two more Morrison portraits in bronze but is awaiting the license to place a new sculpture on the tomb.

morrisson-dalszemorrisson-dalsze (4)Aleksandra

Dzięki wpisom Aleksandry i o Aleksandrze w tym blogu, zainteresowała się nią nasza autorka, Johanna Rubinroth, która nakręciła o niej film, wyemitowany 1 lutego 2015 roku w audycji Kowalski & Schmidt.

Lusatia alias Vita 3

Tomasz Fetzki

Reportaż poetyzujący

Opuszczając brühlowskie Brody kierujemy się na zachód. Znowu bór, aż do samej Nysy Łużyckiej. Kilkanaście kilometrów lasów i ani jednej wioski. Ale nawet gdybyśmy natknęli się na jakąś osadę, na pewno nie spotkalibyśmy w niej żadnego Serbołużyczanina. Czasem można spotkać się z opinią, że na prawym brzegu Nysy, przynajmniej w jej dolnym, północnym biegu, już od końca XIX wieku nie było Wendów – zasięg słowiańskich języków łużyckich na przestrzeni wieków powoli, ale nieubłagalnie się kurczył. To prawda, lecz nie do końca. Jeszcze w roku 1937 młody student (późniejszy słynny górnołużycki historyk oraz etnograf) Frido Mětšk, w relacji z wyprawy rowerowej stwierdził, że na obszarze pomiędzy miastami Muskau, po łużycku Mužakow oraz Triebel, czyli łużyckim Trjebula (współcześnie Trzebiel), około 20 km na południe od miejsca, gdzie się znajdujemy w naszej podróży, wciąż żyli ludzie mówiący po serbołużycku. Niestety, po roku 1945 kochana Władza Ludowa, z delikatnością słonia w składzie porcelany wszystkich Serbów, jako obywateli III Rzeszy, hurtem wysiedliła za Nysę. Podobnym wyrafinowaniem zabłysnęli zresztą nowi włodarze także wobec Warmiaków, Mazurów czy Słowińców. Efekty znamy.

A mogło być inaczej! Mało kto słyszał o fascynującym epizodzie z dziejów polskich Łużyc, czasem nazywanym Akcją „Mužakow”. Z inicjatywy wysiedleńców, reprezentowanych przez organizację Domowina, przy wsparciu polskich środowisk sorabistycznych, w latach 1946-47 prowadzono intensywne działania mające doprowadzić do powrotu niesłusznie wysiedlonych i utworzenia w Polsce serbołużyckiej gminy ze stolicą w Mużakowie, czyli współczesnej Łęknicy. Sprawę rozpatrywano już na szczeblu ministerialnym i to w kilku ministerstwach na raz. Pomysł był całkowicie realny. Zabrakło… czego? Determinacji? Zrozumienia decydentów? Przysłowiowego łutu szczęścia? Nie wyszło. Szkoda…

Tak sobie dumamy, aby zająć myśli podczas długiej podróży przez las. Gdybyśmy skierowali się kilka kilometrów w lewo, dotarlibyśmy do ukrytego wśród drzew tajemniczego miasteczka ruin. System kilkudziesięciu budynków, połączonych siecią utwardzonych dróg. To pozostałości potężnego zakładu chemicznego, Deutsche Sprengchemie GmbH, produkującego przede wszystkim na potrzeby wojskowe, wojenne właściwie. Mimo tego że zbudowano go na uboczu, wśród lasu, jego lokalizacja nie była dla aliantów żadną tajemnicą. W pewnym momencie także zasięg anglosaskich bombowców przestał być problemem. A jednak ta fabryka śmiercionośnych materiałów wybuchowych nigdy nie stała się celem nalotów! Przyczyny tego nie są ani strategiczne, ani taktyczne, ani romantyczne nawet, a jedynie do bólu prozaiczne: w przedsiębiorstwo był zaangażowany amerykański kapitał. Armia bała się ewentualnych roszczeń odszkodowawczych. Nieprawdopodobne? Ależ skąd. Taki Henry Ford na przykład (postać może i zasłużona dla racjonalizacji procesu produkcyjnego, ale w sumie persona szemrana i ponura) uzyskał od rządu USA wielomilionową rekompensatę za swą fabrykę zniszczoną podczas wojny w Niemczech. A że tam ginęli amerykańscy chłopcy? Sorry Winnetou, biznes jest biznes. Ale ta Ameryka… powiedzcie sami: fantastic country!

Jednak my fabryki nie odwiedzimy, choć pokusa jest silna. Miejsce to bowiem niebezpieczne i pochłonęło już wielu poszukiwaczy oraz badaczy różnej maści. Kilkanaście lat temu głośno było o dwóch studentach geografii, którzy w zdradliwych ruinach znaleźli śmierć. Lepiej nie ryzykować, tym bardziej, że naszym oczom ukazują się jakieś zabudowania.

Miastem leżącym najbliżej fabryki jest Forst, czyli serbołużycki Baršć. Od wieków rozciąga się na lewym brzegu Nysy, ale w roku 1921 zbudowano od podstaw dzielnicę prawobrzeżną, czyli Berge. Urbaniści odpowiedzialni za to zadanie wykazali się dobrym gustem: zaraz za mostem zaprojektowali plac (nie ich wina, że po kilkunastu latach nadano mu nazwę Horst Wessel Platz) z którego, na kształt gwiazdy, rozchodziło się kilka ulic.

cottbus (1)Forst – Berge, Horst Wessel Platz. Nie tylko układ przestrzenny, ale i architektura są tu przemyślane w najdrobniejszych szczegółach.

Odwiedzimy to urocze miejsce? Désolé! Jeszcze raz mamy możność delektowania się dokonaniami Władzy Ludowej. Całe Berge, do fundamentów, zostało rozebrane w pierwszej dekadzie powojennej: wszak Stolica dźwigająca się z gruzów potrzebowała cegły! A znajdująca się tu dziś wioska Zasieki to kilka domów oraz stacje benzynowe i mały bazar, nastawiony na gości zza rzeki. Tą samą drogą, którą oni tutaj przybywają, my udamy się tam: przejeżdżamy zbudowany kilkanaście lat temu most, a następnie mijamy pozostałości przejścia granicznego – świadectwo słusznie minionej w dziejach Europy epoki.

Forst, miasto nazwane w XIX wieku Małym Manchesterem, równie dobrze mogłoby nosić miano Małej Łodzi: intensywny rozwój przemysłu włókienniczego przyniósł okolicznej ludności dobrobyt, ale też pozostawił, łatwo dostrzegalny miejscami i dzisiaj, typowy krajobraz industrialny.

cottbus (2)Czy można było niektóre sceny Ziemi Obiecanej nakręcić tutaj? Czemu nie!

Mówią, że pieniądze to nie wszystko. Coś w tym stwierdzeniu musi być. Mieszkańcy Forstu mieli pracę, a więc i zapewniony byt. Ale, jako się rzekło, nie samym chlebem człowiek żyje! Gdy nie ma lęku o chleb i dach nad głową, człowiek zaczyna tęsknić za pięknem. Bo tak do głębi i naprawdę (przyczyny bezpośrednie były trochę inne, ale bez drobiazgowości!) tylko w ten sposób można wytłumaczyć fakt, że szare i surowe miasto przemysłowe stało się siedzibą czarodziejskiego ogrodu, czyli sławnego Wschodnioniemieckiego Ogrodu Różanego.

cottbus (3)Ostdeutsche Rosengarten Forst (Lausitz): 16 hektarów zieleni, ponad 800 gatunków róż, pergole, fontanny i rzeźby, niektóre naprawdę wysokiej klasy artystycznej (Viator osobiście proponuje odwiedzić posąg Żurawi). Oaza pośród przemysłowej pustyni.

Gdy uda nam się już wyplątać z pułapki, jaką do wzroku i powonienia jest różany ogród (bo w ogrodzie rośnie pnącze, w krzewach róży świat się plącze…), kierujemy się znowu na zachód. Przed nami dumny Chóśebuz. Stolica i centrum Dolnej Łužycy. Gdzie, jeśli nie tutaj, szukać Serbołużyczan!

cottbus (4)-5Oto najszybciej rzucające się w oczy świadectwo tego, że znajdujemy się na Łużycach: tablice z nazwami miast oraz ulic są dwujęzyczne.

Byłoby o czym opowiadać. W mieście znajduje się łużyckie centrum kulturalne z bogatą biblioteką (Viator nie raz miał okazję korzystać z jej zasobów), Muzeum Wendyjskie oraz gimnazjum serbołużyckie. Ale jaki w tym sens: każda z wymienionych instytucji prowadzi stronę internetową, gdzie Czytelnicy tego reportażu poetyzującego uzyskają informacje o wiele bardziej profesjonalne, niż te, których może im dostarczyć Viator – li i jedynie amator.

Z tego samego względu nie opowie wędrowiec o zabytkach wielowiekowej historii: niewiele się ich zachowało po alianckich nalotach – w Cottbus amerykański kapitał najwyraźniej nie inwestował – ale są i warto je odwiedzić. Wspomni jedynie Viator o pięknym, nowoczesnym gmachu biblioteki Uniwersytetu Technicznego (niech Czytelnik powędruje TU – warto!). Ale dwóch refleksji sobie nie podaruje!

Na wschodnim krańcu Starego Miasta, na niewielkim wzgórzu, wznosi się kompleks budynków sądowych. Nie zawsze jednak tak było. To przecież Góra Zamkowa, niegdyś wznosił się tu najpotężniejszy serbołużycki zamek. Gdy Bolizavus Luzici denuo occupat, obsadził fortecę na kilkanaście lat polską załogą. Co więcej, wedle wszelkiego prawdopodobieństwa, tutaj właśnie wstąpił Chrobry w związek małżeński z margrabianką Odą Miśnieńską.

cottbus (6)Wzgórze Zamkowe. Kto wie, gdyby historia Łużyc potoczyła się inaczej, może stałby tutaj zamek królów polskich? Pomarzyć zawsze można…

Drugą refleksję snuje Viator przede wszystkim z myślą o tych Czytelnikach, którzy wytrwale, z podziwu godnym samozaparciem, śledzą regularnie jego teksty. Jakiś czas temu, gdy opowiadał historię księcia Hermanna von Pückler oraz Dzieweczki z Abisynii, nieszczęsnej Machbuby (TU i TU), pozwolił sobie na taką uwagę: aż jęzor świerzbi, żeby tu właśnie wspomnieć o wyglądzie miejsca wiecznego spoczynku Księcia, niemniej „twardym trzeba być”. I oto nadszedł czas by zmięknąć i pofolgować rozświerzbionemu jęzorowi! Na peryferiach Stolicy Dolnych Łużyc, w dzielnicy Branitz (czyli Rogeńc po serbołużycku), znajduje się, kolejne po Parku Mużakowskim, dzieło Zielonego Księcia: Branitzer Park. Tam osiadł Książę po mużakowskim bankructwie, tam, niepoprawny marzyciel, stworzył kolejny park krajobrazowy i tam, dokonawszy żywota, został pochowany wraz z żoną – nieżoną Lucie von Pappenheim. I to gdzie!

Piramida – wyspa na stawie w Parku Branitz. Tu spoczywa Zielony Książę. Najefektowniej miejsce to prezentuje się jesienią. Jako, że Viator nie dysponuje taką fotografią, pozwolił sobie skorzystać z zasobów Wielkiej Sieci.

 Pomimo wszechobecnych w Chóśebuzu dwujęzycznych napisów oraz mimo istnienia w mieście kompletu wendyjskich instytucji sytuacja Serbów Łużyckich nie jest taka prosta. Jednak, by nie zanudzać Czytelników, opowie o niej Viator za tydzień. Zaprosi też wytrwałych w miejsce całkowicie wyjątkowe, można powiedzieć: łużyckie Crème de la Crème!

Krzesła

Kasia Krenz & Co

Kasia i ja dedykujemy ten wpis Julicie, która przypomniała Wojaczka, stając się  inspiratorką tego tekstu jako kompozycji z obrazów i poezji oraz z tego, co prywatne i tego, co publiczne

J_Krenz_acryl_Ausencias3xJacek Krenz, akryl na płótnie
Pod spodem: Andrzej Wróblewski, Ukrzesłowienie, olej, płótno, 1956
Muzeum Narodowe w Krakowie


Muzeum podaje do obrazu następujący opis:

Siedząca nieruchomo na krześle kobieta to nie studium postaci, lecz jej relacji z rzeczywistością. W obrazie wyczuwa się stan napięcia, oczekiwania, choć nie wiadomo na co czy na kogo. Ów trop wyznacza stojące obok, puste krzesło. Przedstawiona sytuacja przypomina głośny w owym czasie dramat Samuela Becketta Czekając na Godota (1952). (…) Wydaje się, że Wróblewski podjął artystyczny dialog z Beckettem, tworząc cykl dzieł, w których motyw krzesła symbolizuje stagnację i bliżej nieokreśloną nadzieję. Na opisanie owego stanu oczekiwania wymyślił termin „ukrzesłowienie”, oznaczający trwały stan przymusowego siedzenia, a zatem także w jakimś zakresie – ubezwłasnowolnienia i uprzedmiotowienia.

Rafał Wojaczek – Mimikra

Pani Barbarze Bittnerównie

Prawdziwe jest mistrzostwo śmierci, co wymyśla
coraz to inne formy swojego istnienia:
zostają nieśmiertelne, gdy ona już zmienia
– jak naturalnie metrum zmienia nieumyślna

decyzja precyzyjnie liczącej akcenty
oddechu krwi pisząca dłoń; jak zmienia kostium
tancerka w interwale gry, zezując z boku
do lustra tylko po to, by sprawdzić zapięcie

stanika – nie nagości zawodowej twarz
kontemplować; jak ciekły niepokój poety
znajduje odwołanie wreszcie przy kuchennym

zlewie, gdzie na krawędzi jawnie siedzi ona,
rozkraczona, na pamięć w mózgu wyrzeźbiona
sekunda pożądania, tak śmierć zmienia twarz.

marzec 1968, Kudowa-Zdrój

Kasia Krenz – Mimikra

Siadam na krześle
czuję jego kształt
anatomię małej litery h
kolejne wcielenie
wiotkich włókien
zawiłych sęków lasu
które dawno temu
były koroną pniem
siecią korzeni
płynących na połów
które śniły sen
o czterech porach
każdego roku

Wtapiam się w krzesło
przywieram plecami
do oparcia
wrastam czterema nogami
w podłogę

Znikam w ciszy słów
nigdy niewypowiedzianych
za parawanem czynów
których historia
już tylko milczeniem.
Ludzie przechodzą obok mnie
ten i ów przysiądzie na chwilę
albo kopnie nogę krzesła
odsuwając je ze swej drogi
bez namysłu, niecierpliwie.

Ja – krzesło. Ja na krześle.
Jestem krzesłem.

Zapiski z Berlina

Remigiusz Pigłowski

Tajemnica Franka

Frank. Na pierwszy rzut oka, nie wyróżnia się niczym szczególnym spośród tysięcy berlińskich gejów przed czterdziestką. Od stóp do głowy ubrany jest w przylegające ciuszki najpewniej z Zary; na ulicy rzadko kiedy można go spotkać bez ulubionej torby na ramię z napisem Berlin, a w letnie dni chowa swe błękitne aryjskie oczy za bursztynowymi Ray Banami, które przywiózł mu z Nowego Jorku jego chłopak. Frank ma krótko ostrzyżone blond włosy a jego lekko asymetryczne zakola pokryte są zdrową skórą, wolną od wszelkich nałogów. Jego zgrabna sylwetka poruszana jest za pomocą delikatnie naszkicowanych mięśni, które przeistaczają się w Himalaje kiedy podnosi na ramię swą ulubioną torbę, zazwyczaj wypełnioną dobrą gejowską literaturą w języku niemieckim.

Franka poznałem parę lat temu w Berlinie na pikniku urodzinowym wydawanym w parku Lietzensee przez moją szwagierkę Joasię. Następnym razem spotkaliśmy się w jego nowym mieszkaniu na Charlottenburgu, które podnajął od mojego szwagra Julka. Mieszkanie to znajduje się w starej secesyjnej kamienicy, która szczęśliwie przetrwała alianckie naloty, a zimą ogrzewane jest węglem przez trzy wysokie secesyjne piece, które sięgają zaledwie do połowy wysokości pomieszczeń. Frank musiał wydać fortunę na śnieżnobiałą farbę, którą szczelnie pokrył wszystkie ściany, uzyskując w ten sposób efekt izby przyjęć, aczkolwiek trzeba przyznać, że w jego domowej klinice można też spotkać akcenty różu, które poprzez białe tło zdają się być jeszcze bardziej słyszalne.

Zapewne nigdy bym się nie zdecydował pisać o Franku, gdyby nie to, że jak przyjechałem do Berlina dwa tygodnie temu, Joasia przy lampce białego wina wygadała się, że Frank ma pewną tajemnicę, która obiektywnie jest bombowa. Otóż Frank od dłuższego czasu zbiera znaczki pocztowe i nie tak dawno wszedł w posiadanie znaczka, który bezsprzecznie stanowi perłę w jego kolekcji. Znaczek ów pokazuje tylko zaufanym znajomym, którzy przed prezentacją muszą przysiąc, że nikomu o nim nie powiedzą. Według szwagierki, znaczek jest wyjątkowy i zapewne ma niemałą wartość, lecz mimo licznych próśb i podejść z mojej strony, Joanna nie dała się złamać i nie powiedziała mi, co to jest.

Historia ze znaczkiem Franka nie pozwalała mi zasnąć, a wyjątkowo upalne jak na Berlin sierpniowe noce do czerwoności rozgrzewały moją podrażnioną wyobraźnię. Wyobrażałem sobie, że chodzi pewnie o jakiegoś „mauritiusa”, którego Frank nabył na niemieckim eBayu jako falsyfikat, a który po eksperckich oględzinach okazał się oryginałem i gdyby chciał go teraz odsprzedać, to mógłby kupić całą secesyjną kamienicę na Kreuzbergu i prowadzić beztroskie życie rentiera. Pewnie dlatego grono wtajemniczonych sprowadzało się do grupy najbardziej zaufanych znajomych – aby ograniczyć w ten sposób ryzyko ewentualnej kradzieży na zamówienie, tym bardziej, że stare drzwi do mieszkania Franka chronione są tylko przez rachityczny zamek, który nie miałby żadnych szans w konfrontacji z zawodowym włamywaczem. Następnej nocy porzuciłem jednak tę tezę i pomyślałem, że może relacja łącząca Franka ze znaczkiem nie jest oparta na wartości materialnej tylko emocjonalnej. A może on ma znaczek z papieżem? Wszak ja miałem w młodości znaczek z papieżem i do dziś dobrze pamiętam jak łatwo wpadałem w stan niepohamowanej ekstazy, pokazując go zaufanym znajomym. Jego wartość, według ekspertów, była wyjątkowa gdyż znaczek ostemplowany był w Częstochowie i wydawało mi się wtedy, że jestem ustawiony do końca życia.

Po kilku nieprzespanych nocach kwestia znaczka Franka umarła śmiercią naturalną; mózg był już na tyle zmęczony, że odmawiał dalszej współpracy, a ja cieszyłem się, że będę mógł się wreszcie wyspać i pójść na wystawę o Dawidzie Bowiem, puszczając w niepamięć historię geja filatelisty. I kiedy tak stałem w długiej kolejce na Bowiego, nucąc pod nosem moje ulubione kawałki, wtedy właśnie zadzwoniła Joasia:
– Słuchaj Remi, właśnie byłam u Franka i zrobiłam dla ciebie zdjęcie znaczka, jak Frank był w kiblu.
– No co ty? Chyba żartujesz…
– Jak chcesz, to wpadnij wieczorem, zrzucę ci na sticka, ale proszę przyrzeknij, że nikomu nie powiesz
– Spoko, obiecuję. Możesz na mnie polegać – znamy się nie od dziś. Joasiu, nigdy nie znałem ani nie słyszałem o Franku S.

KLICK