Dziecko włóczęga

wloczega okladkaDobraTen tekst z 1922 roku uraduje Czytelnika przede wszystkim nowoczesnością spojrzenia na problemy opieki nad dziećmi wymagającymi specjalnego starania. I choć wiele z opisanych tu problemów straciło na aktualności, a wiele rozwiązań proponowanych przez autorkę wprowadzono już do systemu działania Urzędów do Spraw Młodzieży, tekst ten nadal wart jest przeczytania i pomyślenia.

Autorka wraz z Danutą Zylberową założyła i od roku 1908 prowadziła pierwszą w Polsce szkołę dla dzieci niepełnosprawnych intelektualnie. 

Dziękuję Tomaszowi Fetzkiemu za udostępnienie mi tego artykułu.
Zachowałam pisownię i interpunkcję oryginału.

prababciaEugenia Lublinerowa

Dziecko włóczęga

Wzrastająca z dniem każdym przestępczość wśród małoletnich, pobudziła umysły specjalistów do zajęcia się doszukiwaniem przyczyny tych objawów
i środków, któreby ten stan rzeczy zmieniły na lepsze.
Badano chłopców zatrzymanych przez policję
i okazało się, że 68% z nich to włóczęgi.

Strona z książki, Czy wiesz kto to jest,
wydanej w roku 1932
pod redakcją Stanisława Łozy.

Część tych włóczęgów była faktycznymi, część potencjalnymi przestępcami. Niewielki odsetek tych dzieci miał czystą przeszłość.
Bez względu na to, z jakiej przyczyny dziecko stało się włóczęgą i jaki rodzaj przedstawia ono pod względem umysłowym lub moralnym, fakt, że o ile tylko dom rodzicielski dobrowolnie lub pod przymusem, nie dostarczy włóczędze środków do życia, musi on żebrać, kraść a nawet i mordować.
Jest to naturalna kolej rzeczy; od włóczęgi rozpoczyna się zazwyczaj moralny upadek dziecka.
Jeden z wychowańców domu poprawczego bardzo trafnie określił i opisał etapy tego staczania się w przepaść występku. Na zapytanie, dlaczego popełnił przestępstwo, odpowiedział ogólnikowo, że biedaka zmusza do tego nędza.
Najpierw żebrze o jałmużnę, lecz mu odmawiają. Naturalnie nie ma co jeść. Jakiś czas jest głodny, więc zaczyna potrochu kraść. Następuje coraz większe rozgoryczenie – zaczyna rabować. Cóż biedak ma robić, jeżeli nie umie pracować?
Zdarzają się nieliczne przypadki, że włóczęga co nie co zarobi; ale te jego zarobki nie są ani stałe ani wystarczające na zaspokojenie tych jego niewielkich potrzeb.
Podciągnięte pod ogólne miano, „dzieci włóczęgi“, nie przedstawiają wcale jednolitego materiału.
Chęć do włóczęgi obserwujemy u umysłowo-chorych, u idjotów antispołecznych i melancholików.
Uczucie strachu, t. zw. „etat fugetit“, jest bardzo często przyczyną bezplanowej i bezcelowej ucieczki. Pod wpływem tego uczucia strachu, chęć ucieczki zjawia się raptownie w zupełnej niezależności od poprzedniego nastroju. Podczas takiego napadu strachu, nie istnieją dla nich żadne przeszkody. Nic nie jest w stanie powstrzymać ich od ucieczki. Oni tych przeszkód nie widzą i nie czują.
Objawy takie spotykamy i u tych chorych, u których ataki epileptyczne nie występują wyraźnie to t. zw. „padaczka ukryta” (epilepsie larwé). Ta postać padaczki zdarza się często u chłopców, zarówno jak u dziewcząt od 14-18 lat.
Chorzy ci uciekają bez przyczyny z domu, wałęsają się po drogach, nocują pod gołym niebem. Istoty te różnią się od włóczęgów tem tylko, że nie wiedzą  d l a c z e g o uciekli,
d o k ą d   i   p o c o. Zeznania takich chorych nie mają znaczenia, gdyż ani oni sami, ani nikt nie jest w stanie domyślić się, co było w rzeczywistości, a co było tworem ich chorobliwie pobudzonej wyobraźni. Między włóczęgami spotykamy nieraz dzieci zdrowe moralnie i fizycznie, gdzie tylko specjalnie nieszczęsne warunki sprawiły, że dziecko, zupełnie moralne, stało się włóczęgą. Np. w moskiewskim przytułku znajdował się 8-letni chłopczyk, o miłej, ufnej, dziecinnej twarzyczce. Był on tak towarzyski, że półgodzinna znajomość wystarczała na to, aby chłopiec przyjacielsko rozmawiał z gościem i żeby dawał szczere odpowiedzi na zadawane mu pytania.
Wywiad z nim przyniósł bardzo ciekawe dane. Chłopiec dawno stracił ojca. Matka, która prowadziła rozwiązłe życie, nie chciała go żywić więcej, gdy miał 5 lat. Aby się pozbyć dziecka, wyrzuciła go z mieszkania. Chłopiec, pozbawiony dachu, poszedł do wuja, który się nim opiekował w ciągu 2 lat. Gdy i ten wymówił mu gościnę, chciał wrócić do matki, ale tu natrafił na tak gwałtowną opozycję z jej strony, że uciekł, bojąc się postradać życie. Wałęsał się biedny 7-letni chłopiec po okolicy, żyjąc z jałmużny. Wreszcie przyjął posadę przewodnika żebraka, który udawał niewidomego.
Pomieszczony w przytułku zdawał się być zadowolony ze zmiany warunków, to też sprawował się przykładnie i nigdy nie miał ochoty uciekać.
Jeden z niemieckich pedagogów opisuje ciekawe a smutne dzieje chłopca-włóczęgi, zupełnie normalnego zarówno moralnie jak i fizycznie. Chłopiec ten, zdrów, dobrze zbudowany, silny ale niezdolny do nauki, przebywał w szkole normalnej. Rozumie się, że pomimo pilności i staranności postępów w nauce należytych nie robił. Nauczyciel, nie wchodząc w przyczynę tego braku postępów, stawiał mu złe stopnie i zatrzymywał go na drugi rok w każdej klasie. Ojciec karał go w okrutny sposób za złe cenzury, przypuszczając, że tego rodzaju pedagogiczne zabiegi wpłyną na poprawę. Chłopiec bity w domu, prześladowany w szkole przez nauczyciela i wyśmiewany przez kolegów, nie mógł już dłużej znosić tych tortur i postanowił uciec. Wałęsał się jakiś czas po polach i lasach w okolicy, żywiąc się skradzioną i wyżebraną strawą, ale to trwało nie długo. Wkrótce został on ujęty przez policję i odprowadzony do domu. W domu został ukarany za ucieczkę i zmuszony do powrotu do szkoły.
Zaczęły się znów przykrości i prześladowania. Chłopiec uciekał kilkakrotnie i zawsze z takim samym rezultatem. Im był starszy, tem bardziej cierpiała jego ambicja. Przykro mu było, że on, chłopiec już pod wąsem, nie mógł nauczyć się tego, co z łatwością przychodziło jego znacznie młodszym kolegom. Jedyny dostępny dla niego ratunek, to ucieczka – ale i ta go zawiodła. Dyrektorowi szkoły znudziły się wreszcie jego ciągłe ucieczki. Postarał się poznać chłopca gruntownie, zbadać jego warunki życia i uchwycić przyczyny tego postępowania. Zorientowawszy się w sytuacji, poradził umieścić chłopca w jakimś odległym internacie, dokąd nie dosięgła fama jego złej opinii.
Rada była dobra. Chłopiec w internacie odżył, nabrał humoru i pewności siebie. Brak zdolności rekompensował nadzwyczajną pracowitością i sumiennością. W tych warunkach mógłby łatwo ukończyć szkołę i przygotować się do zawodowej pracy, gdyby nie fatum, prześladujące owego chłopca. Nauczyciel internatu, widząc jego nienaganne sprawowanie, chciał wiedzieć, co było powodem wydalenia chłopca z domu i w tym celu przeprowadził korespondencję z zarządem szkoły, do której chłopiec uczęszczał poprzednio.
Nie ma w tym nic złego, że nauczyciel chciał poznać przeszłość swego wychowańca, ale źle, gdy list zawierający tajemnicę zawodową, dostanie się do niepowołanych rąk – jak w danym przypadku – żony nauczyciela.
Osoba ta, kontentna, że złapała sensacyjną wiadomość, opowiedziała ją sklepikarce. Gdy chłopiec zjawił się następnego dnia w sklepiku, właścicielka obrzuciła go wymysłami, dając poznać, że jest ona w posiadaniu tajemnicy jego nieszczęsnej przeszłości. Fakt ten zmusił chłopca do ponownej ucieczki. W ten sposób chłopiec, który nie miał w zupełności skłonności po temu, stał się mimowoli włóczęgą.
Między włóczęgami znajdujemy też takie normalne umysłowo dzieci, które kiedyś popełniły jakieś choćby nie wielkie przestępstwo i dzięki ucieczce uniknęły odpowiedzialności za swoje czyny. Dzieci te zmieniają z konieczności ciągle miejsce pobytu, widząc w każdym przechodniu ajenta, który chce je pozbawić wolności.
Między włóczęgami są też i dzieci zdrowe moralnie i fizycznie. Mają one dobre warunki domowe, tak że nie to powoduje konieczność włóczenia się i mają one nawet z gruntu dobry charakter – ale w ich czynach jest typowy dziecinny sposób postępowania i rozumowania, jest nawet i krasa młodzieńczego nie obmyślanego czynu. Dzieci te mają taki pociąg do włóczenia się, że mają faktycznie wstręt do zamkniętej przestrzeni: jest im tam ciasno i duszno. Szukają one coraz to nowych wrażeń, chcą zmieniać ciągle miejsce pobytu, aby zaspokoić swoją ciekawość. Profesor Benedikt twierdzi, że bywają indywidua, skłonne od urodzenia do włóczęgi, tak jak całe narody, nawet rasy całe, które nie są w stanie życia osiadłego prowadzić.

Dziecięca ruchliwość jest w dzieciach-włóczęgach nadmiernie rozwinięta. Ruchliwość tę daje się czasem opanować przez wychowanie – ale nie zawsze. Manja ta spotyka się we wszystkich bez wyjątku sferach. Działa tu pewna neurastenia, która przeszkadza danemu osobnikowi zarabiać na swe utrzymanie za pomocą spokojnej pracy.
Jest to pewne osłabienie woli, które sprawia, że praca jest możliwa tylko wtedy, kiedy dany osobnik znajduje się w specjalnie dla siebie korzystnych warunkach. Aby móc taki rezultat osiągnąć – należy ujarzmić wolę chłopca; krępować jego samodzielność.
To ciągłe podniecenie nerwowe chłopca-włóczęgi sprawia, że praca spokojna jest niemożliwa. Nie uczy się więc dobrze w szkole, gdyż samo spokojne siedzenie jest ponad siły; nie może dobrze uważać na lekcjach, nie odrobi zadanych lekcyj. Jako zły uczeń niechętnie uczęszcza do szkoły i radby ją zamienić na inną. Ale i w innej długo nie pozostanie. Zaczyna od tego, że opuszcza szkołę – wojażuje, włóczy się po okolicy, płata figle, wyrządza psoty. Z początku powraca do domu, aby jeść i aby spędzać noc pod dachem – i tak długo, póki jest jaki kontakt z domem, a zwłaszcza, póki jest jakakolwiek pomoc ze strony domu, póty może włóczęga nie wchodzić w kolizję z prawem. Z chwilą, kiedy zrywa zupełnie z domem rodzicielskim, i zaczyna żyć własnym przemysłem, staje się żebrakiem a nawet złodziejem. Przy nauce rzemiosła powtarza się to samo co było w szkole. Nie jest w stanie wytrwale pracować, wzbudza niezadowolenie majstra – a to znów wpływa na jego rozgoryczenie. Pod wpływem tego nastroju zmienia miejsce, często nawet zmienia fach i znów za każdym razem powtarza się to samo.
Te typy włóczęgów, które chcą i mogą zarobić na swoje utrzymanie, są mniej szkodliwe. Tak samo nieszkodliwy będzie włóczęga, pochodzący ze sfery zamożnej, który ma zapewnione utrzymanie.
Charakterystyczne cechy włóczęgów są to: sympatyczne obejście i różne towarzyskie zalety. Są oni mili i przeważnie nikomu krzywdy nie wyrządzą. Mogą być nawet uczciwi. Mało mają potrzeb; łatwo mogę rezygnować z osobistych wygód. Znoszą głód, chłód i pragnienie nieraz z zadziwiającą wytrwałością. Ale nawet ci, którzy doszli do pewnego poziomu intelektualnego, nie pozbyli się swych wad. Pracują zawsze niewytrwale i niesystematycznie, lubią ciągłe zmiany. Inni znów mają przesadne dążenie do swobody, a zwłaszcza do przygód. Działa tu chorobliwie rozbudzona wyobraźnia.
Dziecko przejmuje się i zachwyca opisami przygód różnych podróżników. Pochłania chciwie książki zawierające te opisy. Żadne, choćby najgenialniejsze utwory literackie, nie są w stanie konkurować z temi książkami; wszystko jest nudne: i szkoła i książka, a zwłaszcza dom rodzicielski.
Oni lubują się w przedstawieniach kinematograficznych, które jeszcze bardziej niż książki, pobudzają ich wyobraźnię. Chłopiec chciałby naśladować bohatera filmu. Działa tu wrażliwość, pobudliwość, a zwłaszcza chęć zwrócenia na siebie uwagi.
O ile obserwujemy dziecko, które z tych lub innych powodów musi zmieniać miejsce swego pobytu, któreby chciało ciągle biegać w nieznaną dal, to dojdziemy łatwo do wniosku, że mamy do czynienia z psychopatologiczne, dzieckiem. Ten niepokój, to pobudzenie nerwów, są to objawy chorobliwe. Wagabundzi – to po większej części umysłowo niedorozwinięci. Solier w swym dziele „Psychologia de l‘idore et de l’imbleile” charakteryzuje te dzieci w sposób następujący: Są między niedorozwiniętymi dzieci, które, nie zważając na żadne napomnienia i wysiłki nie dają się nakłonić do pracy. Przez całe dnie chodzą bez zajęcia, gapią się na to, jak inni pracują. Nieraz nawet taki niedorozwinięty włóczęga, daje rady i wskazówki ludziom pracującym, napotkanym przygodnie na drodze, jakby najlepiej tamci swoją robotę wykonać mieli, a sami nabierają o sobie przekonania, że są bardzo czynni, gdyż plączą się każdemu pod nogami.
O ile umysłowo normalni, dotknięci manją włóczęgostwa, pracują źle i niechętnie, to niedorozwinięci wagabundzi nie pracują wcale. Niedorozwinięty wagabunda wychodzi z domu i idzie przed siebie, ale sam nie wie dokąd idzie i z czego po drodze będzie żył. Nieraz tacy niedorozwinięci uciekają z przytułków – w towarzystwie kolegów dotkniętych tą samą manją. Wędrują nocami, a we dnie ukrywają się. Chłód i głód każą im udawać, że chcą pracować- ale ledwo dostaną oni strawę i nocleg u majstra lub u gospodarza we wsi, uciekają nad ranem w świat. Nie można takiego włóczenia się tłómaczyć dążeniem do swobody, dzieci takie uciekają nie tylko z przytułków, gdzie jest pewien rygor i gdzie prowadzą życie monotonne, nie urozmaicone – ale nawet z domu rodzicielskiego, gdzie nikt ich swobody nie krępuje. Dr Dräsche opisuje 11-letniego chłopca-włóczęgę, który nosił się z zamiarem ucieczki i aby zyskać niezbędne na drogę pieniądze, porobił długi na rachunek rodziców, pozatem zabrał z domu trochę gotówki. Spotkał kolegów idących do szkoły i namówił ich, aby z nim poszli w świat. W ten sposób w pięcioro rozpoczęli swoje przedsięwzięcie. Awanturnicze życie zaczęli od tego, że zabrali łódkę, która chwilowo była bez właściciela. Łódką tą popłynęli po rzece Elsterze do dzielnicy ogrodów. Tam zamieszkali pod mostem. Całe dnie wałęsali się po Hamburgu, żywiąc się bądź kradzionemi owocami, bądź też również kradzionemi śniadaniami robotników, zajętych przy moście.
Nie wszyscy towarzysze dotrzymali placu inicjatorowi tej awanturniczej wyprawy.
Jednego wyrzucili sami, gdyż nie przyczyniał się pracą swą do zaspokojenia potrzeb gromady.
Inny sam się odłączył od nich i powrócił do domu. Mogli się oni spodziewać zdrady z jego strony. Bali się, że wyda on miejsce ich pobytu.
Trzeba więc było przenieść się gdzieindziej. Wybór padł na wyspę Helgoland. Na to aby plan przeniesienia się uskutecznić, znów musieli przywłaszczyć sobie łódź – tym razem żaglową, odpowiednią do podróży morskiej. Nie dojechali oni jednak do miejsca, które sobie upatrzyli, gdyż dogonił ich poszkodowany właściciel owej łódki. Widząc kto mu łódź zebrał, uważał że najlepiej będzie odesłać owych małoletnich przestępców do domu rodzicielskiego – ale tego owi chłopcy nie pragnęli. Nie mając innego punktu wyjścia rzucili się do morza i przepłynęli aż do brzegu Elby – ale tu zostali ujęci przez portową policję i odesłani do rodziny.
Główny inicjator całej wyprawy nie uspokoił się jednak po powrocie do domu. Zawsze miał ochotę uciekać, aby żyć życiem pełnym przygód.
Nie pomogła tu kara nawet cielesna; nie pomogło pozbawianie go ubrania. Nie pomogła pod tym względem szkoła, która przystawiła mu 2 dozorców z pośród kolegów – jednego silnego a drugiego bystrego. Zawsze znalazł moment do ucieczki odpowiedni, a gorsza, zawsze miał ochotę po temu.
Chociaż myśl jego była zajęta ciągle wynajdywaniem sposobów omylenia czujności straży, to jednak postępy jego w szkole były nienajgorsze. Mogłyby być lepsze gdyby nie niedbalstwo, lenistwo i brak obowiązkowości ucznia; tak przynajmniej twierdzi nauczyciel. Przytem kłamie, a przyparty do muru, skruchy nie okazuje.
To, że kłamie, nie powinno nas dziwić. Chcąc uciekać, musi zmylić czujność opieki – musi udawać, musi kłamać. Fizycznie jest bardzo dobrze rozwinięty, tylko ma bladą cerę.

Dzieci dotknięte manją włóczęgostwa dzielimy więc zasadniczo na dwie kategorie: dzieci normalne umysłowo i dzieci anormalne umysłowo.
Dzieląc dzieci podług przyczyn wagabundowania: mamy dzieci, których warunki domowe wyrobiły chęć i pociąg do włóczęgi i takie, które włóczą się, choć nie mają po temu faktycznej przyczyny. Działają tu jakieś ukryte, niewytłómaczone wewnętrzne przyczyny, które taki wpływ wywierają. Te dzieci, które wskutek warunków domowych stały się włóczęgami są nadzwyczaj zadowolone, gdy je pomieścić w przytułku. Mają dach md głowa, mają dobrobyt, którego dotąd nie miały.
Dzieci te nie objawiają chęci ucieczki. Inni w najlepszych warunkach będą chętnie uciekać z nastaniem cieplejszej pory roku. Jedynie jesień i zima wpływa na pozostanie tych dzieci w przytułku.
Ciekawym jest ten fakt, że o ile w porze wiosennej, letniej i jesiennej największą dla nich przykrością jest przebywanie w murach, o tyle na początku zimy popełniają oni umyślnie jakiś karygodny czyn, aby tylko być internowanym w więzieniu. Mając ten cel na oku, kradną tak, aby wszyscy widzieli – nie starają sie zupełnie ukrywać. Chcą być przyłapani na gorącym uczynku, gdyż wiedzą, że potem nastąpi internowanie, co będzie dla nich w czasie zimy bardzo pożądane. W takich warunkach są oni skłonni nawet do morderstwa.
U włóczęgów bywa w pewnych okresach silniejsze, w innych słabsze natężenie manji. Gwałtowniejsze wybuchy następują perjodycznie.
Po przejściu paroksyzmu następuje reakcja.
O ile przedtem było niczem nie dające się powstrzymać dążenie do swobody, o tyle po paroksyźmie chętniej trzymają się miejsca.
Ci, którzy popełnili karygodne czyny, okazują niebywałą skruchę i nietylko o do winy się przyznają – ale jakby chcieli jeszcze bardziej się oczernić, niż na to zasługują. W tym okresie nie są oni w stanie popełnić żadnego przestępstwa. Ale taki stan nie trwa długo. Na wiosnę następuje najczęściej recydywa.
Dr Drihl opisuje takiego chłopca, który pomieszczony w przytułku, rwał się w świat wtedy, kiedy tylko przygrzały pierwsze promienie wiosennego słońca. Widać było niepokój i tęsknotę dochodzącą do melancholji.
Chłopiec ten miał bajeczny sposób podróżowania. Przekradał sie na stacje i uczepiał się odchodzącego pociągu towarowego. W ten sposób jechał tak długo, póki pociąg, dojeżdżając do następnej stacji, nie zwalniał biegu. Wówczas rzucał się między szyny i leżał spokojnie do tego czasu póki wszystkie wagony ponad nim nie przeszły. Wtedy wstawał i czekał na stacji aż do następnej takiej samej okazji. Raz przypadkowo rzucił się mniej zręcznie niż zwykle i kola wagonu przeszły mu po palcach u nogi.
W ten sposób dostał się do szpitala a stamtąd do przytułku. Z przytułku uciekł po 3 miesiącach i zjawił się znów z nastaniem zimy. Na zapytanie dlaczego uciekał oznajmił, że w przytułku nudno. A on chciałby coraz to inne miejsca poznawać i że go jakaś siła pcha w świat.
Dzieci same zdają sobie sprawą z tego pociągu i trafnie go określają; przyznają się szczerze nieraz do tej chęci ucieczki, a nieraz nawet pomagają same do opanowania swej manji. Jeden z wychowańców przytułku, czując, że sam nie poradzi sobie ze swym pociągiem do włóczęgi, prosił, aby go zamknięto w kozie, gdzie zaryglowane drzwi i okratowane okna uniemożliwią mu wydostanie się w świat.
Sposób ten nie był taki niezawodny, jakby się to na pierwszy rzut oka zdawało, gdyż chłopiec ten po przebyciu 55 dni w kozie uciekł natychmiast po wypuszczeniu go na wolność. Zdarzają się jednak i między temi osobnikami takie, które są zdolne do większego wysiłku woli, wystarczającego do opanowania nałogu. Dzieje się to zwłaszcza wtedy, gdy takiemu dziecku ktokolwiek z opieki dłoń pomocną poda.
Dyrektor jednego przytułku zauważył niepokój w oczach swego wychowańca. Ponieważ chłopiec uciekał już kilkakrotnie, więc można się było spodziewać, że i tym razem ten niepokój chęć ucieczki oznacza.
Można sobie przecież czasem z takiem dzieckiem poradzić i wpłynąć na jego poprawę. Niełatwo można zyskać zaufanie ucznia – ale to jest konieczne. Musi on nam ufać na tyle, żeby nam powierzył najbardziej ukryte swe myśli; niech czuje, że nami powoduje nie prosta ciekawość, lecz, że niepokój o niego każe nam sondować jego duszę do głębi. Niech nasz wychowaniec zrozumie, że nami kieruje jedynie chęć do pomożenia mu. Wiedział ów dyrektor jak ma z chłopcem postępować.
Przemówił dziecku do serca i wydobył szczere zeznanie. Okazało się, że planuje ucieczkę. Dyrektor wyjaśnił mu wówczas, co go czeka w przyszłości, jeżeli nie rozsądek o popęd weźmie górę. Ta smutna perspektywa przeraziła chłopca tak dalece, że zrozpaczony zawołał: Ratujcie mnie, ja nie chcę być żebrakiem ani złodziejem. Trzeba było chłopca uspokoić i wyjaśnić mu, że jego przyszłość zależy od niego samego, że sam powinien się bronić, a jeżeli się będzie czuł na tyle słabym, że może w walce z pędem ulec, niech tylko zwróci się śmiało do opiekuna, niech mu stan swojej duszy odkryje, a ten z pewnością pomocy nie odmówi. Chłopiec przyrzekł. Od tej pory nie uciekał i po pomoc się nie udawał. Sama świadomość, że ma w razie czego poparcie i pomoc dodała mu siły, wzmocniła jego wolę.
Dzieci, dotknięte manją włóczęgowską, są trudne do poprawy, ale jednak racjonalne postępowanie robi wkońcu swoje.
W dawniejszych czasach oddawano takie dzieci do klasztoru, gdzie rygor, przymusowa praca oraz brak swobodnego rozporządzania czasem pokonywały wrodzone defekty. Czy jednak zakład poprawczy ma przypominać klasztor lub więzienie – to kwestja, nad którą wartoby się zastanowić . Ale o tem potem.

Musimy najpierw zastanowić się nad tem, czy dziecko-włóczęga ma pozostawać w domu rodzicielskim, czy też może lepiej takiego osobnika z domu rodzicielskiego usunąć.
Nikt mie będzie kwestjonował zabrania dziecka rodzicom w tych wypadkach, gdzie warunki domowe dziecka były przyczyną tego jego defektu, n. p. jak to wspominaliśmy poprzednio, dziecko było pozostawionem własnemu przemysłowi w tym wieku, w którym niemożliwe jest zajmowanie się jakąkolwiek uczciwą zarobkową pracą. Nie będziemy również kwestjonować konieczności usunięcia dzieci z pod wpływu takiej rodziny, które nakazuje dzieciom żebrać lub kraść, a nawet karze je, o ile zarobek był mniejszy od przewidzianego. Tu gdzie jest widoczny szkodliwy wpływ , tam musi każde zdrowe i dobrze zorganizowane społeczeństwo – temu wpływowi przeciwdziałać. Wydostanie dziecka z pod złych wpływów, odseparowanie od rodziny jest tu koniecznością.
Ponieważ jednak dzieci takie nie przedstawiają zupełnie trudnego materjału wychowawczego, mogą one poprawić się w zupełności, o ile będą pomieszczone w jakiej uczciwej, zdrowej moralnie rodzinie, odpowiedniej sferą i oddane pod opiekę i kontrolę osób specjalnie do tego powołanych.
Ten system, noszący nazwę „Patronage familière”, daje znakomite rezultaty. Ma wszelkie zalety, które widzimy w wychowaniu dziecka w domu rodzicielskim. Jest to o tyle lepsze od internatów, że dzieci są bardziej do życia przystosowane i że są one traktowane indywidualnie a nie masowo. O ile mamy do czynienia z osobnikiem, który ma defekty fizyczne, moralne lub umysłowe, musi być on umieszczony w internatach specjalnych, oddany pod opiekę specjalistów, bądź lekarzy bądź pedagogów.
Powstaje więc potrzeba tworzenia zakładów leczniczych specjalnych dla epileptyków, melancholików, dzieci dotkniętych manją prześladowczą, dla dzieci mających napady strachu i t. p. – a także zakładów wychowawczych dla niedorozwiniętych umysłowo i moralnie.
Do zakładów tych powinien być zawsze łatwy i prędki dostęp. Powinno wystarczyć, że jest dziecko, wałęsające się po mieście i że jest zakład, w którym takie dziecko może znaleźć warunki poprawy.
Czy to będzie z wyroku sądu dla nieletnich, czy kurator z ramienia owego sądu wyznaczony, czy nawet jakaś prywatna osoba uzna, że należy dziecko internować, już to powinno być wystarczającym motywem do przyjęcia tego dziecka do zakładów.
O ile na razie nie wiadomo który zakład jest odpowiedni, zatrzymuje się włóczęgę w centrali na obserwacji.
W ten sposób w zakładach tych będą nie tylko dzieci z defektami moralnemi, fizycznemi i umysłowemi, lecz będą też i dzieci opuszczone – lecz zdrowe pod każdym względem. Znajdą się tam i sieroty i dzieci biedne bez środków do życia, tak, że pobyt w tej instytucji wychowawczej nie nakłada specjalnego piętna na swych pupilów.
Ma to bardzo ważne znaczenie, gdyż w przeciwnym razie opieka ociąga się z umieszczeniem dziecka w internacie, a gdy, doprowadzona do ostateczności decyduje się to uskutecznić, wówczas różne formalności przedłużają ten okres, opóźniając poprawę.
Cześć tych zakładów powinna mieć charakter leczniczy, inne wychowawczy.
Należy jeszcze zastanowić się nad tem, w jaki sposób można przeciwdziałać włóczeniu się dziecka pomieszczonego w internacie. W jaki sposób uniemożliwić wychowańcowi ucieczkę? Gdybyśmy mieli nazawsze włóczęgę w obrębie internatu zatrzymać – możnaby się wówczas zastanowić nad tem, czy rygor klasztorny byłby odpowiedni, czy też może należy hołdować innemu rodzajowi zakładu poprawczego?
Skoro jednak naszem zadaniem jest zatrzymać dziecko w internacie tylko tak długo, póki nie uzyskamy poprawy, musimy dążyć do tego nie żeby nie mogło ono uciec, lecz żeby uciec nie chciało.
Gdybyśmy dziecko-włóczęgę, przyzwyczajone do swobodnej przestrzeni, zamknęli w czterech ścianach klasy i rozpoczęli w tych warunkach naukę, zyskalibyśmy tylko to, że włóczęga czułby się więźniem i jako taki dążył z nadzwyczajną energią do wyswobodzenia się.
Taka droga byłaby błędna.
Pedagog musi się zawsze liczyć z indywidua1alnością danego osobnika i system pedagogiczny do natury ucznia dostosować.
Musimy więc pamiętać o tem, że niema takiego pedagogicznego zabiegu, któryby zmienił odrazu wczorajszego włóczęgę w obowiązkowego, pracowitego ucznia.
Można wprawdzie często do tego rezultatu doprowadzić – ale nie odrazu.
Pierwszem naszem zwycięstwem będzie, jeżeli doprowadzimy do tego, że uczeń nasz sam będzie wiedział dokąd idzie, i że nam to oznajmi…
Ważnem byłoby, zarówno dla nas jak i dla niego, gdyby się nam udało pójść z nim razem, w charakterze towarzysza – nie dozorcy.
Spędzając z naszym uczniem godziny na łonie natury, mamy możność wzbudzenia zainteresowania ucznia w kierunku otaczającego go świata. Będzie to pierwszy krok, który zmieni bezmyślnego włóczęgę, pędzącego przed siebie bez celu, na wycieczkującego, żądnego wiedzy ucznia.
Na takim spacerze będzie można prowadzić lekcje okolicznościowe t. zw. leçons occasîonnelles, których tematem będzie to wszystko, cokolwiek się nasunie przed oczy, cokolwiek wzbudzi choćbv krótkotrwałą uwagę ucznia.
Zyskuje tu się 2 rzeczy: wagabunda czuje się dobrze tylko w otwartej przestrzeni, z lekcyj więc prowadzonych w odpowiednich dla siebie warunkach, skorzysta więcej, niż z typowych lekcyj szkolnych. Tam uczeń nie słucha i nie słyszy wykładającego, lecz zastanawia się tylko nad tem jakby się na wolność wydostać.
Drugą zdobyczą będzie to, że wagabunda odzwyczaja się od bezmyślnego gnania. Stopniowo zamienia się to gnanie na spacery celowe, rozwijające umysł dziecka.
Spacery te powinny zajmować sporą rubrykę w rozkładzie zajęć obowiązkowych.
Po powrocie ze spaceru, gdy zmęczenie fizyczne sprzyja biernemu zachowaniu się, można opowiadać uczniom bajki o zajmującej fabule, aby w ten sposób wyrobić w dziecku uwagę dowolną.
Barwne opisy w bajkach działają dodatnio na pobudzoną wyobraźnię wagabundy.
Od krótszych bajek przejdziemy do dłuższych, od tych do powiastek – wreszcie do pogadanek, biorąc za punkt wyjścia lekcję okolicznościowa odbytą podczas wycieczki.
Wszelkie nowe przedmioty należy wprowadzać z wszelką ostrożnością. Unikajmy zmuszania włóczęgów do takich lekcy jak czytanie, pisanie lub arytmetyka.
Odłóżmy termin rozpoczęcia tych przedmiotów szkolnych do czasu, kiedy poprawa już będzie widoczna. Zwróćmy uwagę na slöjd (system edukacji oparty o nabywanie umiejętności rzemieślniczych, stosowany przez autorkę w prowadzonej przez niej szkole dla dzieci niedorozwiniętych w Siedlcach – przyp. EMS)
O ile wagabunda nie biega – musi być czynnym, – tego wymaga jego natura.
Zajęcia, odpowiednio dobrane, powstrzymują go od ciągłej zmiany miejsca, zaspokajając jego potrzebę czynu i skierowując jego myśli na właściwe tory.
Nie może tu być mowy o zwykłych zajęciach slajdowych, zalecanych dla dzieci normalnych, przez autorów podręczników. Ponieważ ich psychika jest inna, więc i sposób oddziaływania na tę psychikę jest inny.
Zasadą slöjdu jest dawać dzieciom do zrobienia te przedmioty, które im są potrzebne, których posiadanie sprawi im satysfakcję.
Ta sama zasada stosuje się i do dzieci anormalnych, ale skoro ich potrzeby są odmienne, skoro ich myśli dążą w innym kierunku, więc inne przedmioty muszą być przez nich na lekcjach slöjdu wykonane.
Podczas swych wędrówek po świecie nie odczuje potrzeby posiadania kosza do papieru ani teczki do gazet. Nie pielęgnuje on roślin pokojowych – niepotrzebne mu są ozdoby na doniczki.
Przedmioty te nie sprawią mu satysfakcji, a wykonywanie na rozkaz rzeczy tych nie zachęci do pracy w ogóle.
Musimy liczyć się z tymi jego odmiennemi potrzebami i dawać mu takie roboty, przy których on własnoręcznie swoje potrzeby zaspokoi. Powinien więc umieć wykonać to, co może do jego celów służyć. Uczmy go jak załatać but, wyprać chustkę, koszulę, uszyć plecak, wystrugać łyżkę. Ulepić z gliny garnek i wypalić. Nauczmy go robić z gałęzi szałas a z kamienia komin. Niech zbiera gałęzie a roznieca ogień bez pomocy zapałek. Niech się nauczy łowić ryby i zbierać rośliny jadalne dziko rosnące. To mu da konieczne dla włóczęgi wiadomości praktyczne.
Podczas zajmowania ucznia pracą, wychowawca musi być w tych zajęciach towarzyszem pracy ucznia, powiernikiem jego, choćby, najbardziej fantastycznych planów, jego pomocnikiem w zrealizowaniu jego pomysłów, a już rzeczą jego osobistych zdolności będzie stać się z czasem i doradcą ucznia. Po wykonaniu pracy uczeń sam pozna braki w swoim dziele i będzie dążył do udoskonalenia. Nie będzie trzeba będzie wcale uczniowi wytykać błędów i namawiać, aby zrobił lepiej. Taka pedanteria mogłaby go tylko zrazić. Uczeń n. p. sam zauważy rozpraszający się dym po rozpaleniu ogniska i będzie myślał nad tem, jakby złemu zaradzić. Pomyślimy z nim razem nad sposobem odprowadzenia dymu w górę; potem pomożemy mu zbudować komin.
Dach z gałęzi i takież ściany nie będą dobrą ochroną przed deszczem i wiatrem – podsuniemy mu myśl użycia do tego celu drzewa zamiast gałęzi. Weźmiemy na razie kłody z korą, a dopiero przekonawszy się o wadach tego materiału budowlanego, przejdziemy do budynków z własnoręcznie wypiłowanych desek. Przeszkodzą nam drzazgi – użyjemy hebla.
Każde dziecko lubi owoc własnej pracy. I w włóczędze rodzi się sympatja do własnoręcznie zbudowanego domku. Chce on go uważać za swoje mieszkanie, w którem mu będzie lepiej niż w internacie. O ile ma jakieś drobiazgi lub nawet pieniądze na własność, chętnie je tam przeniesie, gdyż uważa, że tam będą bezpieczniejsze niż we wspólnej sypialni przytułkowej. Na to jednak trzeba dom zamknąć – a więc dorobić drzwi z zamkiem. Już teraz dziecko ma często ochotę przebywać w swym domku, ukryć się nawet przed kolegami, ale po zamknięciu drzwi okaże się, że jest mu ciemno, zjawia się potrzeba przebicia okna, potem oszklenia tego okna i t. d. W ten sposób początkowo wykonał szałas pierwotnego człowieka i przeszedł stopniowo do wykonaniu mieszkania człowieka kulturalnego. W tym samym czasie, również stopniowo, dokonywa się i zmiana w jego usposobieniu i w jego trybie życia. Z początku niema ochoty do pracy – niema też i umiejętności odpowiedniej – tak, że z początku pomoc wychowawcy musi być znaczna, gdyż praca ucznia jest minimalna. To daje mu poczucie współudziału w pracy. Dziecko ma dużą satysfakcję skoro widząc uszyty plecak, wystruganą łyżkę lub zbudowany piec, będzie mogło sobie powiedzieć: ja to zrobiłem. Satysfakcja, którą daje praca dokonana, podnosi go moralnie i pobudza do czynu. Pracuje więc coraz chętniej i coraz lepiej. Praca celowa wywiera dodatni wpływ na jego usposobienie i przestaje gnać bez myśli i bez celu.
W tym samym czasie, kiedy robota jego, doskonaląc się stopniowo, przekształca się z szałasu w chatę europejczyka, wtedy i wagabunda niezdolny do żadnej pracy staje się chłopcem wytrwałym i pracowitym.
Kiedy nadejdzie moment, w którym będzie można, w chwilach wolnych od spacerów i od pracy fizycznej, zacząć uczyć szkolnych przedmiotów – trudno określić.
Tego żaden program przewidzieć nie jest w stanie, to zależy od indywidualności ucznia, a nauczyciel, który swego wychowańca obserwuje, musi wyczuć, kiedy nadszedł ten moment, że były włóczęga może się na niewielki wysiłek zdobyć.
O ile się na ten moment nie czeka, można ucznia zrazić, znudzić í wywołać recydywą. Wobec takiego grożącego niebezpieczeństwa trzeba postępować powoli, ostrożnie, aby samemu sobie nie psuć roboty.
O jednem tylko pamiętać należy, że nie zamknięcie na 4 spusty odzwyczaja dziecko od włóczęgi, lecz dodatnio oddziaływa się wtedy, kiedy ten popęd w karby się ujmie. Wyzyskujemy więc to, co jest dobrego w wagabundzie: jego zaradność, zręczność, wytrzymałość, pomysłowość, zmył orientacyjny – jednocześnie staramy się oddziałać na poprawę, walcząc skutecznie z jego defektami takiemi jak: brak pracowitości, brak uwagi i systematyczności, a także z jego nawykiem do kłamstwa.
Pracowitość wyrobi zajęcie celowe a zajmujące w warunkach o jakich poprzednio wspominaliśmy. Praca ręczna oddziała dodatnio i na uwagę.
Przy pracy zachodzi konieczność posługiwania się narzędziami, które trzeba odkładać na swoje miejsce, aby je z łatwością znaleść – to wyrabia mimowoli systematyczność. Jak jednak walczyć z usposobieniem do kłamstwa u włóczęgi?
Włóczęga musi kłamać, gdyż jego chorobliwie pobudzona wyobraźnia nasuwa mu przed oczy obrazy, które później bierze sam za rzeczywistość.
Włóczęga kłamie też wówczas, gdy musi uśpić czujność opieki chwilą, gdy chce się wydostać na wolność.
O ile wychowawca rozumie psychikę włóczęgi i liczy się z nią, nie może i nie powinien do tego doprowadzić, aby miał on okazję kłamać.
Niech mu nie pozwala opowiadać rzeczy, co do których nie jest on pewnym, czy je rzeczywiście słyszał lub widział. Niech nie zabrania mu iść za popędem, gdyż jeżeli popęd silny go pcha, lepiej żeby chłopiec poszedł w świat z wolą i wiedzą wychowawcy niż skrycie.
Jeśli inaczej już być nie może, lepiej żeby wyszedł drzwiami niż ma się wydostać przez okno i spuścić po rynnie albo piorunochronie.
Zdarza się często, że wychowańcy przytułku wracają tam po włóczędze. Należy wówczas odnieść się do chłopca życzliwie, nie karać go, nie robić mu wymówek – a nadewszystko nie zarzucać go pytaniami, aby nie dać mu okazji do kłamstwa i nie pobudzać go w tym kierunku. Od taktu i umiejętności pedagoga zależy czy włóczęga stanie się pracowitym, obowiązkowym i uczciwym człowiekiem, czy też powiększy on kadry przestępców małoletnich.
O ile chcemy wpłynąć na zmniejszenie się liczby przestępstw, dokonywanych przez małoletnich, musimy się starać o poprawę włóczęgów.
Praca ta daje dobre rezultaty.
Musimy najpierw zorganizować opiekę nad opuszczonemi i upośledzonemi dziećmi.
Opieka ta wyznaczy na każdy okręg jednego ze swych członków, którego zadaniem będzie dbać o to by każde dziecko miało odpowiednie warunki rozwoju.
Ich starania doprowadzą do tego, aby by każde dziecko było pomieszczone w odpowiedniej dla siebie szkole i żeby tych szkół była odpowiednia ilość.
Do tych opiekunów zwracać się powinien nauczyciel szkolny po pomoc, widząc, że uczeń zaniedbuje się w swoich obowiązkach i spóźnia się, przepuszcza lekcje lub też stale nie odrabia zadanych lekcyj.
Opiekun ma obowiązek zbadać warunki domowe ucznia aby dowiedzieć się, co powoduje jego nieobowiązkowość.
Opiekun powinien w miarę potrzeby i możności napominać, pouczać, objaśniać i uświadamiać rodzinę a nawet w razie potrzeby wyjednywać jej zapomogi – słowem, powinien robić wszystko, co może wpływać na poprawę losu dziecka w rodzinie.
O ile nie pomoże i rodzina wywierać będzie dalej ujemny wpływ na dziecko, powinien je móc jak najprędzej odesłać do internatu.
Tylko wtedy, kiedy będziemy mieli dobrze zorganizowane koła opieki nad opuszczonemi i upośledzonemi dziećmi i wtedy, kiedy będzie wystarczająca ilość instytucji leczniczych i wychowawczych wszelkiego rodzaju – będzie można być pewnym, że ilość przestępstw dokonywanych przez dzieci zmniejszy się doskonale.

Ukraina i inne wiersze

Katarzyna Kulikowska

Bukiet dla Emilki

Kamienne twarze
Milczenie wisi w powietrzu
Zapach nieobecności
Jola zbiera wiersze jak kwiaty
Układa bukiet dla Emilki
Zawiązuje wstążką wspomnień
Żal pisze na wstążce słowa pożegnania

Ukraina

Snajperzy-drapieżnicy czają się na swe ofiary
Słychać huk wystrzałów
Ludzie padają niczym kostki domina
Ziemia pije krew
Milicjanci płoną jak żywe pochodnie
Toczy się gra o wolność
Kolejna kostka domina upada
Gra wciąż trwa

,,A wtedy, zewsząd widoczny, w zwierciadłach dalekich i bliskich
widzisz swój cień.
Jak ukryjesz się w tym Świetle?
Za małoś jest przezroczysty,
a jasność zewsząd tchnie.”
Karol Wojtyła „Pieśń o Bogu ukrytym”

Jasność przenika mnie wszędzie
Zanurzam się w źródle Światła
Chcę być przez chwilę świetlisty
Rozświetlić się jak iskierka
Ukryć w tej świetlistości
Lecz utkany jestem z ciemności
Moje ręce są ciemne
Myśli czarne i lepkie
Cień mój wskazuje drogę nieprzeniknionej światłości
Już wiem
Nie ukryję się nigdzie przed oceanem miłości

Tatianie Bordzie

Niewinność w białej szacie niczym dzieci
bawi się piłką śmierci
Kto nie złapie
ten bęc
Słychać dźwięk dziecięcej melodii
Gra toczy się dalej
do ostatniego
bęc

Siedem

Siedem myśli krążyło w głowie
Siedem smutków zaglądało w oczy
Siedem łez spłynęło po twarzy
Siedem sekund szczęście trwało
Siedem mignień wiosny
Siedem cudów oglądało
W siódmym niebie było
Siedem słońc mu świeciło
Coś było i nie było
A może tylko się śniło

Kropla
Źródło życia
Zwiastun śmierci
Strumień płynący wewnątrz ciała
Pokarm serca
Krew

Słowo

Słowo
Nowozamknięty świat
Kropka
Nad
I

Nikt

Mam anonimową twarz
Moje ciało rozpływa się w powietrzu
Możesz przeze mnie przejść i nie poczuć nic
Gdy się odwrócisz okiem serca dostrzeżesz
Drżące kawałki istnienia

Taniec dwóch pszczół
Złocisty wir
Powietrze drży
Miód leje się z nieba
Trwa spektakl światła i muzyki
Sekundę może trwało to
Jeden trzepot rzęs Bożych

23.06.2014
Wiersz inspirowany cytatem Bolesława Leśmiana “Rzęsa Boża – dwie pszczoły”

Zło ma twarz baranka
Czyste ręce i puszystą osobowość
Z uśmiechem na ustach
Potrafi obedrzeć Cię z ostatniej skóry

Jestem tu

Jestem tu
Obecnością znaczę pustkę korytarza
Otwiera się przede mną szerokością spojrzeń
Kusi przestrzenią spotkań
Wewnętrzna droga prowadzi mnie
Widzę światełko i niekończące się gwiezdne wrota
Wchodzę w głębię tunelu
Ciemne miejsce
Przejście zagęszcza się
Toczą się małe abordaże
Rozkwitają lilie niewinności
Tańczą motyle słów
Jestem tu

Alma (4)

Lech Milewski

Upadek Tytana

Jako akompaniament do tego wpisu proponuję I symfonię Gustawa Mahlera – Tytan…

Rok 1907 to ostatni rok Gustawa Mahlera na stanowisku dyrektora wiedeńskiej Hofoper. W tym czasie nasiliły się ataki na Mahlera, wiele z nich miało antysemicki charakter. W tym samym okresie Mahler otrzymał bardzo intratną ofertę z Metropolitan Opera w Nowym Jorku. Trzymiesięczny kontrakt zapewniał zarobek wyższy niż całoroczna pensja w Hofoper.

Decyzja była oczywista, Mahler złożył rezygnację, co z kolei wywołało ostre protesty wielu kompozytorów i ludzi kultury. Jednak decyzja była nieodwołalna. Do portu w Cherbourgu jechali przez Paryż, gdzie witała ich zaprzyjaźniona rodzina Clemenceau i rosyjski pianista Ossip Gabryłowicz – KLIK. Tego ostatniego Alma oceniła jako bardzo brzydkiego, ale jednak zapamiętała go na dłużej.

Pobyt w Nowym Jorku był dla Gustawa bardzo udany. Publiczność i dyrekcja wysoko oceniali jego kunszt jako dyrygenta. Równiez jego utwory zdobywały coraz większe uznanie. Za to Alma nudziła się, źle się czuła. Wprawdzie wielokrotnie wspomina, że Amerykanie to wyjątkowo gościnni i sympatyczni ludzie, ale to jej nie wystarczało.

W Nowym Jorku spotkała ponownie Ossipa Gabryłowicza, który wyznał jej swoje uczucia: Muszę wyznać Pani coś strasznego. Jestem w trakcie coraz bardziej szaleńczego zakochiwania się w Pani. Proszę mi pomóc uwolnić się od samego siebie. Cenię Mahlera i nienawidzę myśli, że mógłbym go skrzywdzić.

Reakcja Almy
Więc jestem jeszcze warta czyjejś miłości. Pomyślałam, że nie jestem jeszcze stara ani brzydka. … pomogło mi to na jakiś czas przezwyciężyć poczucie mojej małej wartości.

Poczucie małej wartości, pustka, osłabienie, depresja. Lekarze coraz częściej wysyłali Almę na odpoczynek lub kurację.

Zimowe wyjazdy do Nowego Jorku trwały przez następne 3 lata. Brak jakichkolwiek informacji o Almie poza tym, że dwukrotnie poroniła i w rezultacie jej depresja pogłębiła się. Mahler nadal odnosił sukcesy. Jedynym cieniem była może niechęć nowego dyrektora MET – Artura Toscaniniego, ale nie miało to większych praktycznych konsekwencji. Na plotkarskim marginesie wspomnę, że Ossip Gabryłowicz ożenił się z Klarą Clemens, córką Marka Twaina.

W roku 1910, po powrocie do Austrii, Mahler poświęcił się komponowaniu w nowozakupionym domu w Dobiacco (Toblach). Alma w towarzystwie matki pojechała na kurację do Tobelbad.

Już wkrótce zwróciła uwagę na młodego pruskiego archtekta. 25-letni wtedy Walter Gropius po dwóch latach studiów architektonicznych rozpoczął praktykę w modernistycznej pracowni archtektury i wzornictwa przemysłowego, jego kolegami byli Ludwig Mies i Le Corbusier. Zyskał już sobie pewien rozgłos koncepcjami budowy fabryk, które byłyby “przyjazne” dla robotników.

Instynkt Almy był niezawodny. Już wkrótce nawiązała z Gropiusem bliski kontakt duchowy: ...spędziliśmy całą noc razem, spokój zakłócony tylko przez światło poranka i śpiew słowika. Przy moim boku przystojny młody mężczyzna. Dwie dusze razem, ciała zapomniane.

W swoich dwóch książkach relację z Tobelbad Alma ograniczyła tylko do wzmianki, że: …zakochał się we mnie jakiś X i śle miłosne listy.

Dwa tygodnie po wyjeździe obojga z Tobelbad Walter Gropius napisał do Almy, do Dobacco, miłosny list, powołujący się na ich wzajemne uczucie i wzywający, aby natychmiast porzuciła męża i przyjechała do niego. List zaadresował do… Herr Direktor Gustav Mahler!!!

Gustaw przeczytał po czym dał Almie do przeczytania i spytał, co to ma znaczyć. W Almie obudziła się uśpiona przez wiele lat lwica. Tak – oszukała go, bo ma dosyć codziennego miażdżenia przez ślepego geniusza. Przez tyle lat gnębiło ją poczucie winy, że nie może się wznieść na jego poziom. Ale teraz – skończyło się!

Gustaw nie okazał gniewu, nie zarzucił Almie zdrady. Coś się w nim załamało. Spytał tylko, czy Alma posłucha wezwania swego kochanka. Odpowiedziała, że nie.

Podczas długiej nocnej rozmowy Gustaw kajał się za swoje zaślepienie, bił się w piersi. W następnych dniach prześladowała go chorobliwa zazdrość. W nocy zostawiał otwarte drzwi od sypialni, nasłuchiwał oddechu Almy. Kilkakrotnie znalazła go rankiem śpiącego na korytarzu, pod drzwiami do jej sypialni. Alma napisała do Gropiusa, żeby czasowo zawiesić wszelkie kontakty.

Kilka dni później, podczas spaceru z Gustawem, zauważyła jakąś postać kryjącą się pod mostem koło bramy ich domu. Wskazała ją Gustawowi – to był Walter Gropius.
– Przyprowadzę go – powiedział Mahler – czekaj na nas w domu.
Gustaw przyprowadził Waltera i zostawił go samego z Almą. Sam udał się do swojego pokoju, gdzie czytał Biblię.
– Cokolwiek zdecydujesz będzie dobrze – powiedział żonie.

Alma poprosiła Gropiusa, żeby opuścił ich dom. Gustaw, z latarnią w ręku, odprowadził niespodziewanego gościa do bramy.

Mahler zasypywał teraz Almę czułymi listami. Na manuskrypcie X symfonii napisał:
Boże, Boże, dlaczego mnie opuściłeś? Do widzenia moja liro! Żyć dla Ciebie, umrzeć dla Ciebie, Almschi!
Kilka dni po tym dramatycznym wydarzeniu Alma usłyszała w pokoju Gustawa muzykę – grał jej pieśni. Na odgłos jej kroków wypadł z pokoju: To jest doskonałe! Cóż ze mnie za barania głowa, że tego od razu nie zauważyłem!

Stan jego zdrowia gwałtownie się pogorszył. Do tego przyszło ostateczne upokorzenie – impotencja. Za radą znajomych zwrócił się o pomoc do Zygmunta Freuda.

Czy pamiętacie Państwo zacytowane dwa tygodnie temu słowa Almy: Co za szkoda, że nie może wymówić R. Na dodatek wyznał, że wolałby, żebym miała na imię Maria. Ze względu na silne R w środku. Jakie to dziwne…

Moje pierwsze spotkanie z Freudem odbyło się za pośrednictwem cudnej przedwojennej komedii Antoniego Cwojdzińskiego – Freuda teoria snów – KLIK. Przecież Maria to imię matki Gustawa. Wiedziałem od razu, czego oczekiwać po tej wizycie.

Mahler musiał pojechać do Freuda do Lejdy. Odbyli razem 4-godzinny spacer. Reakcja Freuda była oczywista – Jak pan mógł ożenić się z kimś, kto nie miał na imię Maria?! (…) Pana matka była chora, słaba, gnębiona przez codzienne kłopoty. Właśnie kogoś takiego chciał pan widzieć w swojej żonie.

Równocześnie Freud uspokoił obawy Mahlera, że jest za stary dla Almy. Nic podobnego, dzięki temu przypomina jej pan jej ojca, a ona właśnie kogoś takiego potrzebuje.

Alma przyjęła diagnozę Freuda obojętnie, zaś przysłany przez niego rachunek za kilkugodzinny spacer z Mahlerem bardzo ją rozgniewał i, o ile wiadomo, nigdy go nie zapłaciła.
Co innego Gustaw – libido powróciło.

Po powrocie do Wiednia Alma kontynuowała korespondencję z Gropiusem:
Walterze, chcę mieć dziecko z Tobą… Czy pragniesz mnie nadal tak silnie jak miesiąc temu?

W listopadzie kolejny wyjazd do Nowego Jorku. Do portu w Cherbourgu Gustaw jechał z Bremy, Alma z Wiednia, a Walter Gropius z Berlina.

Ooops – troszkę mnie poniosła fantazja.
Alma jechała pociągiem Orient Express z Wiednia do Paryża. Walter dołączył do niej w Monachium. W Paryżu spędzili razem 4 dni.

Już z Nowego Jorku Alma pisała do Waltera:
Kiedy znowu Cie zobaczę… stworzonego przez boga? Chcę mieć całe Twoje piękno w sobie. Nasze dwie perfekcje połączone razem muszą zaowocować półbogiem.
Jakaś obsesja na punkcie dzieci. Przecież przed małżeństwem z Mahlerem snuła podobne marzenia – mieć dziecko z nim. Jego umysł, moje ciało!
A przecież jako matka nie wykazała żadnego instynku macierzyńskiego ani nawet specjalnego zainteresowania córkami. Jedyne wzmianki na temat córek jakie znalazłem w książkach Almy to nazwisko guwernantki – Miss Turner.

Na Boże Narodzenie Gustaw zasypal Almę prezentami. Równocześnie podjął starania w celu publikacji i rozpowszechnienia utworów Almy. W styczniu 1911 roku śpiewaczka Frances Alda zdecydowała się wykonać kilka pieśni Almy. Przesłuchania odbywały się u Mahlerów. Gustaw brał w nich udział z ogromnym zaangażowaniem. Przy każdej nucie miał jakieś uwagi. Za każdym razem szukał akceptacji Almy – czy tak właśnie chciałaś? W rezultacie Alma zrezygnowała z jakichkolwiek uwag. Pieśni Almy zostały wykonane w marcu i przyjęte przez publiczność życzliwie.

Od Bożego Narodzenia Gustawowi dokuczał ból gardła. 21 lutego 1911 roku dostał gorączki 40·C, ale mimo to nie odwołał koncertu w Carnegie Hall. Następne tygodnie spędził w łóżku – ostre zapalenie osierdzia. Alma i jej matka dyżurowały przy nim nieustannie. Na początku kwietnia Mahlerowie opuścili USA. 18 maja Gustaw Mahler umarł w Wiedniu.

Pogrzeb odbył się 22 maja na cmentarzu Grinzig. Alma, na polecenie lekarzy, nie wzięła udziału w uroczystościach pogrzebowych. Zgodnie z życzeniem Mahlera jego grób znajduje się obok grobu jego córki Putzi, a pogrzeb był skromny. Tym niemniej wzięło w nim udział wielu luminarzy świata muzyki i kultury.

Poniżej malarska impresja z pogrzebu. Autor – Arnold Schönberg…

Burial of Gustav

Na zakończenie pozwolę sobie na własną refleksję z dziedziny muzyki.
Otóż nie lubię muzyki Mahlera. Uważam, że widać w niej więcej dyrygenta niż kompozytora. Według mnie Mahler tak dobrze znał możliwości orkiestry, że kiedy wreszcie miał wolność zrobienia z nią, co tylko możliwe, to bawił się jak dziecko, zapominając o tym, co właściwie chciał powiedzieć.

W rozmowie z Freudem Mahler potwierdził moje spostrzeżenie. Wyznał niemoc twórczą, która polegała na tym, że kiedy już udało mu się wytworzyć klimat do wyrażenia czegoś wielkiego, wtedy przypomina mu się upiorna scena z dzieciństwa.
Któregoś dnia wybiegł z domu, nie mogąc słuchać sprzeczki między rodzicami, kiedy to ojciec gnębił jego matkę i w tym momencie na ulicy rozległa się głośna katarynka grająca popularną melodię – O mein lieber Augustin. Wydało mu się to straszliwie wulgarne, czuł się upokorzony i wyszydzony.

Eureka!!! Czy Symfonia Tytan (55 minut) jeszcze trwa?
Proszę skoczyć do 28 minuty nagrania. Specjaliści piszą, że Mahler wykorzystał tam smutną pieśń z rejonu Górnej Adygi, niektórzy piszą, że to stara pieśń słowiańska. Dla mnie jest to urocza muzyka klezmerska. Dlaczego trzeba było na to tak długo czekać? Po co ta gigantyczna orkiestra?

Bibliografia:
1. Françoise Giroud – The art of being loved – KLIK.
2. Alma Mahler – Gustav Mahler, memories and letters – KLIK.
3. Alma Mahler – And the bridge is love – KLIK .

Droga do Santiago de Compostela. Carrión de los Condes.

Ewa Maria Slaska

Czwartek, 20 września

Mam przed sobą 23 kilometry do Calzadilla de la Cueza. Tylko 23 kilometry, ale za to pierwszą godzinę w zimnisku pod górę, a reszta w słońcu, upale i kurzu. Postanawiam, że od jutra będę rano wkładać również rękawiczki. To ostatnia rzecz, z tych które mam w plecaku, których jeszcze nie używałam. Nawet onuce miałam już na sobie w jakiś ulewny deszcz. Do pierwszej i jedynej miejscowości na trasie – Carrión de los Condes – zaledwie 5 kilometrów i przelatuję je jak czarownica na miotle, ale to pewnie dlatego, że ciemno i zimno.

W Carrión poszłam na mszę do kościoła św. Klary – nie, to zdanie trzeba zapisać odwrotnie. Weszłam do ogromnego kościoła i ponieważ zaczynała się msza – zostałam. Opłacało się z kilku powodów – duchowy pomijam. Po pierwsze: ksiądz był bardzo gruby i sam, pytam więc, kto mu się pomógł ubrać w szaty i ornaty? Te szaty były nader uroczyste, wspaniała koronkowa alba i czerwony ornat. Był sam i prowadził mszę w tych uroczystych szatach wydawałoby się, że dla nikogo – mnie pomijam. Był sam i w liturgii towarzyszyła mu taśma albo płyta z nagraniem. Bardzo to było śmieszne. Ale Podniesienie jednak odprawił on osobiście.  Dopiero po czasie zauważyłam, że wielka część kościoła jest oddzielona gęstą kratą od nawy głównej i siedzi tam cała gromada mniszek. Jasne! Przecież jesteśmy klasztorze! Z kielichem w garści ksiądz podszedł do kraty, ktoś mu otworzył, ksiądz jednak nie wszedł do klauzury, a tylko wsunął tam ręce i tak udzielał komunii. Dopiero po mszy można było obejrzeć śliczną kapliczkę umieszczoną w klauzurze – wyglądała jak mały domek dla lalek, słodko i starannie umeblowany dla lalki, która tam mieszkała czyli Matki Boskiej. W kapliczce kafelki, ołtarzyk, obrazki na bocznych ścianach – marzenie każdej dziewczynki o własnej Matce Boskiej we własnym domku.

No tak, mała dziewczynka czyli ja. Uwielbiałam wtedy książkę Tarcza i kaptur Pii Górskiej, powieść o życiu św. Klary. Na pewno była to powieść bardzo świętobliwa, ale ja z niej odczytywałam przede wszystkim historię miłosną. Klara pochodzi z bogatej rodziny i postanawia przyłączyć się do świętego Franciszka, który wtedy jest już wydziedziczonym biedakiem, w końcu on sam też był z zamożnej rodziny. Klara chce się poświęcić biednym i Bogu, ale dla mnie było to zakochanie, Klara zakochała się we Franciszku i robi wszystko, by być blisko niego. Ciekawe, jakbym to teraz odczytała, gdyby się tak zdarzyło, że wzięłabym tę książkę po raz pierwszy do ręki? Nie mogę być do końca pewna, ale nie jest wykluczone, że to ta powieść ukształtowała moje dziewczyńskie pojęcie o tym, co to jest miłość. A te dziewczyńskie pojęcia mają potem okropnie długi żywot.
Zapomniałam o tym sto lat temu, ale natychmiast mi się przypomniało, jak tylko weszłam do kościoła. Dziękuję świętej Klarze, która stoi sobie w środku barokowego ołtarza, ubrana w nader twarzowy habit.

Oczywiście nie twierdzę, że spędziłam życie na modłach i pracy jak Klara, co to to nie, ale to od Pii Górskiej (nota bene, czy to nie zachwycające, jak imię nas określa na życie – Pia czyli pobożna organizowała naukę religii w ochronkach i przytuliskach i pisała pobożne książki) dowiedziałam się, że poważnego mężczyznę zdobywa się, dzieląc jego zainteresowania. No! W ciągu życia priorytety mi się nieco przestawiły i teraz od wielu lat jestem zdania, że warty uwagi jest tylko ten facet, który dzieli moje zainteresowania, ale w końcu wychodzi na jedno. Trzeba mieć o czym rozmawiać, a to się dobrze udaje, jak się ma wspólne zainteresowania.

Tyle słów Ewy Marii na tę świętą środę.

W czasie realnym przebywamy właśnie oboje, Tomasz Fetzki i ja, na konferencji w Szczecinie 🙂

Lusatia alias Vita 5

Tomasz Fetzki

Reportaż poetyzujący

Opuszczamy budzącą ambiwalentne uczucia makietę średniowiecznego grodziska Raduš, żegnamy pełnym otuchy spojrzeniem, a może nawet miłym słowem, potężnego byka, wypracowującego dobrobyt dawnych mieszkańców osady i ruszamy na południowy wschód.

 1 byk radduschByk biorący udział w cywilizowaniu Łużyc. Aż by się chciało z zapałem zawołać: Oto symbol serbołużyckiej krzepy i pracowitości! Prasłowiański ci on! Tylko co zrobimy z sienkiewiczowskim germańskim turem w Quo Vadis? Lepiej poprzestańmy na stwierdzeniu, że zwierzątko jest sympatyczne i fotogeniczne.

 Już z daleka znów widać na horyzoncie potężne, dymiące kominy. Im bliżej, tym bardziej wielkość całego przedsięwzięcia przytłacza wędrowca. Schwarze Pumpe, czyli po serbołużycku Carna Plumpa, w pobliżu miasta Grodk (Spremberg): elektrownia spalająca, rzecz jasna, węgiel brunatny z miejscowych złóż. Przecież cały czas znajdujemy się na obszarze Łużyckiego Zagłębia Węgla Brunatnego. Uczucia – znowu ambiwalentne. Z jednej strony elektrownia urodą nie grzeszy, a okoliczne wyrobiska kopalni odkrywkowej Welzow-Süd wręcz przerażają. Ale z drugiej strony ten przemysł to praca i utrzymanie dla tysięcy ludzi. Poza tym trzeba przyznać, że tutaj robi się sporo dla ochrony środowiska: Schwarze Pumpe posiada instalację, wyłapującą niemal cały dwutlenek węgla ze spalin. Dymy nad kominami to głównie para wodna.

2 schwarze pumpeTylko z lotu ptaka można właściwie ocenić ogrom Carnej Plumpy. Dlatego Viator pozwolił sobie pożyczyć zdjęcie.

 Kopalnie i elektrownie spotkamy na trasie naszej wędrówki nie raz. Będzie okazja jeszcze o nich opowiedzieć. Tymczasem odwiedźmy Grodk. Miasto poważnie zniszczyły walki w maju 1945 roku. A potem niszczyła je odbudowa w stylu socjalistycznych blokowisk. I dlatego teraz niszczy się blokowiska, tym bardziej, że niemal jedna trzecia mieszkańców wyjechała za chlebem na zachód. Grodk wyludnił się, ale i wypiękniał. Kryje też małą ciekawostkę.

Był czas, gdy w centrum Europy rozpierało się i potężniało państwo o nazwie Cesarstwo Niemieckie (już po swym upadku nazwane II Rzeszą). Kajzerowscy geografowie wyliczyli, że jeśliby poprowadzić dwie linie, łączące skrajne punkty tego państwa – Memel (Kłajpedę) i Lörrach oraz Emden i Pless (Pszczynę), to przetną się one jak raz właśnie w Grodku. Ale już chyba nie dodawali zbyt głośno, że sam środek Cesarstwa zamieszkany był w większości wcale nie przez Niemców…

3 mittelpunktŚrodek Niemieckiej Rzeszy. Oczywiście w czasach, gdy faktycznie nim był.

Rację, po stokroć rację miał Heraklit: panta rzeczywiście rhei i nieraz bywa tak, że centrum staje się peryferią. Ale peryferie też potrafią być urocze. Na przykład wioska Sljepo (dla Niemców – Schleife), jakieś 10 kilometrów na wschód od Grodka. Przy ścianie sljepiańskiego kościoła wkopano w ziemię kilka pokutnych kamiennych krzyży. Kto i kiedy to zrobił – nie wiadomo. Ale ponieważ wszystko na tym świecie musi mieć swój sens i porządek, miejscowa ludność przechowuje podanie o tutejszym, bo pochodzącym z sąsiedniego Mulkecy (Mulkwitz) mocarnym gospodarzu, który walczył ze zbójami, zabijał ich i z tego powodu krzyże kamienne nosił. Viator nie ma jednak zamiaru przedstawiać całej historii czytelnikom. Lepiej niech sami do Sljepo przyjadą i odwiedzą ośrodek kultury serbołużyckiej. Tam dowiedzą się dokładnie, kim był Sylny Lysina, poznają też bohaterów innych wendyjskich podań i baśni.

SAMSUNG DIGITAL CAMERADer Starke Lysina ze sljepiańskiego ośrodka serbołużyckiego.

SAMSUNG DIGITAL CAMERAMożna tu znaleźć więcej postaci z wendyjskiego bestiarium. Jest zmijowy kral…

SAMSUNG DIGITAL CAMERA…jest też plon, czyli smok.

 Smoki różnego rodzaju zajmują w mitologii Serbołużyczan miejsce szczególne. Nie może być inaczej w krainie, gdzie ziemia płonie ogniem. A płonie, bo dawno temu Jego Wysokość Lodowiec, rozpychając i ugniatając łużyckie równiny, wypchnął z głębin pokłady węgla brunatnego niemal na powierzchnię. A one utworzyły wychodnie, które często ulegały samozapłonowi. Takie zjawiska najłatwiej było zaobserwować tam, gdzie lodowiec zostawił najwyraźniejsze ślady, czyli na morenach czołowych.

Tak się składa, że kilka kilometrów na wschód od Sljepo leży taka morena. Ponoć jedna z największych na świecie: Łuk Mużakowa. Można nie skorzystać z takiej okazji? Pytanie retoryczne.

7lukmuzakowaPasmo wzgórz polodowcowych w kształcie rogala o długości 40 kilometrów. Tutaj najwcześniej na całych Łużycach odkryto i zaczęto wydobywać węgiel brunatny. Po kopalniach, już dawno nieczynnych, pozostało ponad dwieście jeziorek i stawów – na mapie widać je wyraźnie po obu stronach granicy. A tam, gdzie Nysa przełamuje się przez środek Łuku Mużakowa, na malowniczych tarasach i wzniesieniach książę Hermann von Pückler stworzył swe Zielone Królestwo.

 Wstąpmy przeto na wzgórza morenowe. Bliskość Parku Mużakowskiego i jego inspirujący wpływ czuje się tutaj wyraźnie. Czuł je niewątpliwie niejaki Friedrich Rötschke, gdy pod koniec XIX wieku obsadził niemal dwieście hektarów swej posiadłości w Kromoli (Kromlau) azaliami i rododendronami. Coś pokombinował z bazaltowymi słupami. Dwa brzegi śródleśnego stawu spiął łukiem mostu Rakotz. Efekt? Sławny Rhododendronpark Kromlau.

8 kromlau

Rakotzbrücke w parku różaneczników. Ze zrozumiałych względów najlepiej pojechać tam w maju.

 Nacieszywszy się do woli pięknem parku ruszamy dalej pasmem moreny czołowej. Po przebyciu kilku zaledwie kilometrów docieramy do miasta o poetycznej nazwie Běła Woda, szerzej znanego jako Weisswasser.

9 weisswasserDwujęzyczny napis na budynku dworca kolejowego. Wszystko jasne, tylko co znaczy to O/L?

 Ani się spostrzegliśmy, że po drodze, gdzieś w okolicach Sljepo, wjechaliśmy na Górne Łużyce. Przypomni nam o tym napis na dworcu kolejowym. O/L – Oberlausitz – Běła Woda na Łużycach Górnych.

10 kanalisationDla porównania: mała retrospektywa z miejsca, gdzie zaczęła się nasz podróż. Sorau N/L to oczywiście Sorau Niederlausitz. Takich płyt zachowało się w mieście sporo. Dekady minęły, granice przesunęły się, a one trwają na posterunku.

Przywitała nas Hornja Łužica moreną czołową oraz krzewami rododendronów. I odtąd, wiadomo, napięcie będzie rosnąć.

Prezent na urodziny czyli…

Ewa Maria Slaska o roli przypadku w ludzkim życiu

dedykuję Marynie Over

Były moje urodziny. Nie mogłam w nocy spać. Nie mogłam i nie mogłam. Gdy już się zorientowałam, że to takie niespanie, kiedy nic nie pomoże, zapaliłam światło i sięgnęłam po książkę. Było to jednak poważne dzieło, a gdy nie można spać, nie można czytać Dzieł, tylko książki znane i lubiane. Tak to po latach zapewne 30 sięgnęłam po Opowieści mojej żony. Przeczytałam kilka opowiadań, po kolei, bo ja nie lubię skakać z rozdziału do rozdziału, tylko lubię, żeby wszystko było po kolei. Ciekawe, że jak sama piszę, to nie piszę po kolei. Ale to akurat w tym miejscu nieważne. Czytałam więc, a oczy powoli zaczęły mi się kleić. Gdy skończyłam czytać, zasnęłam.

Mirosław Żuławski

KER

Odbywały się właśnie Dni Książki i rozmowa dotyczyła różnych korzyści, jakie przynosi lektura, oraz roli książki w podnoszeniu kwalifikacji osobistych. Panie robiły na drutach, a mężczyźni nie robili nic, tylko wałkonili się w słońcu.
– Jeśli o mnie chodzi – powiedziała moja żona – to zawsze byłam zapaloną czytelniczką, ale pewnego razu czytanie książek nie tylko nie pomogło mi i nie wyszło na dobre, ale nawet poważnie przeszkodziło w nauczeniu się czegoś, na czym mi ogromnie zależało. Stąd wniosek, że nie należy generalizować i przesadzać, przypisując książkom i lekturze same dobre strony.
– Opowiedz! Opowiedz! – zawołały panie.
Moja żona szybko policzyła drutem oczka w robótce, którą zaraz przełożyła z jednego druta na drugi.
– Było to – powiedziała moja żona – w pierwszych latach po wojnie. Dziwnym zbiegiem wypadków, możliwym tylko w owych czasach, mój mąż został skierowany do pracy w ambasadzie w Paryżu. Z wyjazdu pamiętam tylko tyle, że przez cały dzień biegałam po Warszawie za jakimś kapeluszem, bo jeżeli wtedy w Paryżu modne były kapelusze, to żadna kobieta nie pokaże się bez kapelusza. Teraz zresztą, znowu są modne.

Po przyjeździe czułam się bardzo nieszczęśliwa, bo nie rozumiałam nic z tego, co do mnie mówią, chociaż w gimnazjum miałam zawsze piątkę z francuskiego. Wobec tego mąż mój postanowił, że pojadę na dwa miesiące letnie do Bretanii, i to zupełnie sama, tak żebym miała od rana do wieczora do czynienia wyłącznie z językiem francuskim. Pojechałam więc do takiej małej, rybackiej dziury i zamieszkałam w hoteliku, który stał nad samym morzem.

Właścicielką tego hoteliku była pani Cochennec. Miała lat osiemdziesiąt, nosiła wysoki, koronkowy czepek, który nazywa się bigouden, i nie umiała ani czytać, ani pisać. Wieczorami zapraszała mnie na rozmówkę i kieliszek wiśni w koniaku, co bardzo lubiła. I to była moja jedyna konwersacja w ciągu dnia!

Przesiadywałam całymi dniami na plaży, czytając książki i patrząc na przypływy i odpływy morza. Zmieniały one zupełnie wygląd zatoki, bo w czasie wielkich przypływów morze wypełniało ją aż po samą plażę, a w czasie odpływów ocean uciekał daleko, odsłaniając skały, pośród których brodzili ludzie w poszukiwaniu krabów, małży i krewetek.

Byłam zupełnie samotna. Do tej miejscowości przyjeżdżały przeważnie matki z dziećmi, była to tak zwana plaża rodzinna, nikt się mną nie interesował, przesiadywałam więc całymi godzinami nad morzem, czytając książki i martwiąc się, że tak nigdy nie nauczę się francuskiego. Na pewno było tam ładnie i ciekawie, ale kiedy człowiek jest taki zupełnie sam, to czuje się nieszczęśliwy nawet w najpiękniejszym miejscu na ziemi. Powiedziałabym nawet, że im gdzieś jest ładniej, tym więcej dokucza samotność. A ponieważ tam było naprawdę bardzo ładnie, więc samotność dokuczała mi ogromnie. W dodatku nie robiłam żadnych postępów we francuskim, a przecież pojechałam tam po to, żeby język właził mi przez cały dzień do głowy przez uszy. Mój mąż twierdził, że to jest jedyna metoda i że on tak właśnie nauczył się francuskiego, kiedy za studenckich czasów spędził jakiś czas w Paryżu. Dziś jestem prawie pewna, że musiał sobie sprawić jakiś słownik, którego z całą pewnością nie wkładał na noc pod poduszkę, lecz postępował z nim wprost przeciwnie.

Obruszyłem się, bo w pobliżu znajdowały się osoby nieletnie i strzygły uszami, ale moja żona spojrzała tylko na mnie i powiedziała:
– Ale on się i tak nigdy do niczego nie przyzna.
Wolałem więc nie wchodzić na ten grząski grunt, na którym nikt nie może czuć się pewnie, i puściłem to mimo uszu, a moja żona powiedziała:

Powiedziałam o tym wszystkim pani Cochennec, która zamyśliła się na króciutko, nigdy nie widziałam, żeby zamyśliła się na dłużej niż na króciutko, i zapytała, co robię całymi dniami na plaży. Kiedy jej powiedziałam, że czytam książki, podniosła obie ręce i oczy ku niebu, a raczej ku sufitowi, bo to się działo przy kontuarze, na którym stały nasze wiśnie w koniaku, i zawołała: “Książki! Dobry Boże! Któraż szanująca się matka rodziny podejdzie do kobiety, trwoniącej czas na czytanie książki!”
I kazała mi zabrać ze sobą na plażę wełnę i druty. Powiedziałam jej, że nie umiem robić na drutach. Odpowiedziała, że to bardzo dobrze, że nie umiem robić na drutach, i poradziła, żebym usiadła na dobrze widocznym miejscu i manipulowała drutami tak, żeby z daleka było widać, że nie umiem robić na drutach. Tak też uczyniłam i gdy tylko te panie zobaczyły, że chciałabym robić na drutach, ale nie mam o tym zielonego pojęcia, zleciały się ze wszystkich stron i zaczęły mówić do mnie jedna przez drugą, tak że do końca pobytu miałam już konwersację i kiedy mój mąż po mnie przyjechał, paplałam już z tymi paniami tak, że nie mógł się zupełnie połapać, o co chodzi. Tak to nauczyłam się robić na drutach i dowiedziałam się wielu ciekawych rzeczy o wkraczaniu cudownych przypadków w życie ludzkie, o czym wam może kiedyś opowiem.

Ale panie chciały koniecznie usłyszeć natychmiast o cudownych interwencjach przypadku w życie ludzkie, bo tak naprawdę to jest właśnie to, na co wszyscy liczymy, choć nie lubimy się do tego przyznawać. Gromadzimy więc po kryjomu wszelkie fakty świadczące o takich przypadkach w nadziei, że i nam się także coś podobnego przytrafi.
Moja żona policzyła znowu oczka w robótce, dotykając ich po kolei drutem, i powiedziała:
– W czasie naszych wieczornych posiedzeń przy wiśniach w koniaku pani Cochennec opowiedziała mi swoje życie ze szczegółami. Ja już mam takie szczęście, że kogo tylko spotkam, to zaraz opowiada mi swoje życie ze szczegółami, ale to chyba dlatego, że, jak wam już mówiłam, ludzie obchodzą mnie najbardziej ze wszystkiego na świecie. Nikt przecież nie wpadnie na pomysł opowiadania o sobie komuś, kogo interesują tylko ryby albo znaczki pocztowe, czy też komuś, kto interesuje się tylko samym sobą, to jest niczym, jak nie wskazując palcem niektóre osoby.

Postanowiłem udawać, że drzemię na leżaku, więc moja żona ciągnęła dalej:

– Pani Cochennec pochodziła z biednej, ale za to licznej rodziny, więc od dziecka była służącą u jednych państwa w Quimperlé, bo te właśnie biedne, ale liczne rodziny bretońskie dostarczają Francji od wieków marynarzy, żołnierzy i pracownic domowych. Kiedy miała lat osiemnaście, poznała młodego cieślę, który pracował przy restauracji katedry w niedalekim Quimper. Cieśla miał złote włosy i niebieskie oczy, których pani Cochennec nigdy nie mogła zapomnieć, więc ślub odbył się w kościele w Quimperlé i zaraz potem urodziła się Jeannette. W czasie mojego pobytu miała już własne dzieci, ale to nie ma nic do rzeczy, wróćmy więc do czasów, kiedy była maleńkim, ślicznym noworodkiem. Wówczas bowiem wydarzyło się nieszczęście: złotowłosy i niebieskooki cieśla zabił się spadając z wieży katedry w Quimper, pozostawiając żonie i córeczce w spadku jedynie mały domek, w którego kupnie ulokował wszystkie swe oszczędności. Pozostawszy bez środków do życia pani Cochennec zamieszkała w tym domku, zajmując wraz z córeczką kuchnię a jedyną izbę i co parę lat wyklejała jej ściany nowymi, czystymi tapetami. Ale któregoś lata tapicer oświadczył, że nie można naklejać tak bez końca jednych tapet na drugie, że trzeba zedrzeć te, które już zostały naklejone, i zacząć wszystko od nowa. Pani Chochennec targowała się z nim zawzięcie, bo powiększyło to znacznie koszty przygotowania izby do sezonu, ale tapicer był nieugięty i postawił na swoim.
Poczęli więc zrywać tapety, a mała Jeannette dzielnie im w tym pomagała. Oderwała z wielkim trudem płat tapety, ale zaraz przestała, bo zobaczyła pod nią kawałek czyjejś nogi.
Krzyknęła z wrażenia, więc pani Cochennec i tapicer przybiegli kolejno i wtedy oni także zobaczyli tę nogę. Wyglądała spod zdartej tapety wymalowana na murze olejną farbą i choć nie była tak całkiem podobna do prawdziwej nogi, można się było domyślać, że to ma być noga.
Moja żona przerwała i popatrzała na nas, jakby chciała sprawdzić, czy wyobrażamy sobie należycie tamtą izbę i tamtych troje oglądających namalowaną na ścianie nogę, a my widzieliśmy to wszystko tak dokładnie, jak widzi się zawsze bardzo dawne wydarzenia i ludzi, których nie spotkało się nigdy.
– Wtedy – mówiła dalej moja żona – tapicer zerwał własnoręcznie resztę tapety ze ściany, odkrywając w całej okazałości wielkie malowidło, płaskie i bez perspektywy, na którym niebo miało kolor, jaki powinna mieć ziemia, a za to ziemia była czerwona i niebieska, jak niebo o zachodzie słońca.
“Trzeba będzie zamazać wapnem – powiedziała ze zmartwieniem pani Cochennec. – Bohomaz taki jakiś.”
Ale tapicer powiedział surowo, żeby się nie ważyła dotknąć tego malowidła, dopóki on nie wróci, a jeśliby go broń Boże dotknęła, to on więcej ręki nie przyłoży do tapetowania izby, co było wystarczającą groźbą, bo drugiego tapicera nie było w całej okolicy. Wsiadł na rower i pojechał do Quimperlé, skąd wrócił pod wieczór prowadząc ze sobą brodatego malarza w rozwianej pelerynie i w ogromnym berecie. Malarz zażądał zaraz cidre’u, bo dzień był upalny, pani Cochennec miała w piwnicy dobry, musujący i chłodny cidre chowany dla letników, więc ten malarz wypił cztery butelki tego cidre’u i kiedy już miał dość, powiedział, że nie dałby ani czterech sous za bohomaz na ścianie, po czym wsiadł na rower i odjechał z powrotem do Quimperlé.

Pani Cochennec wiedziała z góry, że tak się to skończy, i zaczęła użalać się na niepotrzebną stratę czasu i cidre’u, lato już się zaczynało, w kiosku naprzeciwko ustawiano już ruszt do smażenia bretońskich naleśników, a tapetowanie pokoiku jeszcze się nawet nie rozpoczęło. Ale tapicer tylko na nią popatrzył, ale za to tak, że umilkła od razu. Poszedł do sklepikarza, zastawił rower, żeby mieć na bilet do Quimper, i wrócił nazajutrz w południe prowadząc ze sobą trzech panów ubranych z miejska, którzy ledwie rzucili na obraz okiem, zaraz zaczęli wydawać okrzyki i podnosić w górę ramiona, jakby stało się jakieś nieszczęście, nie chcieli pić cidre’u, tylko zaraz zabrali się z powrotem, a nazajutrz powrócili z wozem transportowym i czterema murarzami, którym kazano wyciąć obraz wraz ze ścianą i załadować na wóz, a pani Cochennec kazali coś podpisać krzyżykami przy świadkach i dali jej czterdzieści tysięcy franków w złocie, co było bardzo dużą sumą, jako że działo się to wszystko przed pierwszą wojną światową, kiedy pienądz był jeszcze coś wart. Za te pieniądze pani Cochennec wybudowała pensjonat, w którym mieszkała, a Jeannette poszła do szkoły i została nauczycielką, potem wyszła za mąż i miała dużo dzieci.

Moja żona umilkła i najwyraźniej uważała opowiadanie za skończone. Widać to było po jej minie i ze sposobu, w jaki zabrała się do robienia na drutach.
– No dobrze – spytaliśmy. – A co to był za obraz?
– To nie ma nic do rzeczy – powiedziała moja żona – co to był za obraz. Nie zmienia bowiem w niczym sensu opowieści, której treścią jest ingerencja przypadku w życie ludzkie, a nie przyczynek do historii sztuki. Ale jeśli już chcecie koniecznie wiedzieć, to wam powiem: to był najprawdziwszy Gauguin. Powstał zapewne w czasie drugiego pobytu malarza w Bretanii. Gauguin musiał nie mieć któregoś dnia na płótno, co mu się często zdarzało, i począł malować na ścianie izby, którą wynajmował, żeby dać upust rozsadzającej go pasji twórczej. W ten sposób, gdyby Gauguin miał dość pieniędzy na płótno, pani Cochennec tapetowałaby do końca życia swój jedyny pokoik. Być może, jakiś inny przypadek sprawił, że Gauguin nie miał na płótno akurat wtedy, kiedy miał natchnienie. Być też może, że młody cieśla całkiem przypadkowo kupił właśnie ten domek, a nie inny, bo tam było zawsze pełno domków do kupienia. Ale nie było przypadkiem, że tapicer nie pozwolił zamazać obrazu wapnem, jak chciała pani Chochennec, i może to on jest właściwym bohaterem tej historii, obok domku oczywiście, a domek po bretońsku nazywa się “ker”. Już jesteście zadowoleni?
Potaknęliśmy chórem, a wtedy moja żona podniosła wzrok znad robótki, popatrzyła na nas i powiedziała:
– Cóż to za przerażający brak wyobraźni! Myślicie naprawdę, że to jest wszystko, co na ten temat można powiedzieć? Nikt z was nawet nie pomyślał o człowieku, który był przekonany, że zrobił świetny interes, sprzedając młodemu cieśli z Quimperlé za parę franków walący się domek, zawierający coś, co warte było czterdzieści tysięcy franków w złocie. Ale to już zupełnie inna historia i może ją jeszcze kiedyś opowiem.

Rano mogłabym napisać Wam w ramach porad kulturalnych, że zapewne nikt już nie czyta Opowieści mojej żony, a szkoda, bo to dobra literatura i warto do niej po latach zajrzeć ponownie. Albo po raz pierwszy. I wtedy się okaże, że nie pojedliśmy wszystkich rozumów i przed nami też był już ktoś, kto rozmyślał o sprawach gender, nie wiedząc zapewne, że słowo takie w ogóle istnieje, albo że może być problemem.

I na tym by się skończyło. Ale nie, bo oto – i możecie mówić co chcecie, ale jeśli to nie jest cudowny przypadek, to jest to jeszcze bardziej cudowna telepatia. Bo oto w urodzinowy poranek Maryna Over przysłała mi na Facebooka ten oto obraz:

Paul Gauguin, Mulatka z rudą małpeczką

Wszystko się zgadza, jest nawet noga jak żywa. Nie mam pojęcia, jaki obraz Gauguina odkrył tapeciarz pani Cochennec, nie wiem nawet, czy to była prawda, czy opowieść. Ważne jednak, że Maryna przysłała mi na urodziny właśnie ten obraz!

Parę słów o Dziadku…

agatadziadek2 (2)Kolejny wpis, który to już!, że udało mi się namówić kogoś, by spisał wspomnienia rodzinne. Wciąż bowiem powtarzam, piszmy o naszych przodkach, rozmawiajmy z nimi, pytajmy, zapisujmy to, co o nich wiemy, bo inaczej zaginą w niepamięci…

Agata Kopydłowska

… Bogusławie Kopydłowskim

Dziadek urodził się w 1920 roku w okolicach Piotrkowa Trybunalskiego. Był najstarszym z rodzeństwa – miał młodszego brata Mirosława i siostrę Danutę. W czasie wojny uczył na tajnych kompletach języka polskiego i historii. Po wojnie ukończył historię sztuki na Uniwersytecie Warszawskim i pracował w Muzeum Narodowym w Warszawie. Zajmował się kowalstwem artystycznym/architektonicznym oraz średniowiecznymi srebrami (w tamtym czasie był cenionym znawcą w tej dziedzinie). Na temat kowalstwa wydał książki:

http://lubimyczytac.pl/ksiazka/27309/kowalstwo-artystyczne-tom-1

http://www.arkady.com.pl/product/912,polskie_kowalstwo_architektoniczne.html

MINOLTA DIGITAL CAMERA MINOLTA DIGITAL CAMERADziadek ożenił się z Babcią, Aleksandrą Czarnecką (również historykiem sztuki) w 1959 roku, a rok później urodził się ich syn Marek, a mój Tata.

W 1965 roku przeprowadzili się do Olsztyna, gdzie Dziadek został dyrektorem Muzeum Warmii i Mazur. Niestety był nim tylko kilka lat. W wyniku prowadzenia prac badawaczych na historią tego terenu, które kolidowały z interesami “ziemiaństwa” niemieckiego, w 1969/70 roku został odwołany z funkcji z “wilczym biletem”. Niemieckiej części mieszkańców nie zależało, aby wykazać, że ziemie Warmii i Mazur były zamieszkiwane przez Słowian aż od okresu średniowiecza, a Dziadek był historykiem, więc nastąpił konflikt interesów. Jednocześnie Dziadek nie należał do partii.

kopydlowski (1)Dziadkowie przeprowadzili się z powrotem do Warszawy, jednak Dziadek nie miał pracy przez prawie dwa lata. W końcu znalazł ją w cechu zegarmistrzowskim. Założył Muzeum Zegarów, znajdujące się na warszawskiej Starówce. Następnie pracował jako dyrektor w “Desie” – państwowym antykwariacie z dziełami sztuki i antykami, a potem w dziale kultury w NIKu czyli Najwyższej Izbie Kontroli.

kopydlowskiWłaśnie czasie pracy w “Desie” zaczął malować pierwsze obrazy. Dostał dokument Artytysty Plastyka (w tamtym czasie był on konieczny, aby np. mieć wystawy lub dostęp do artykułów plastycznych). Jeździł niejednokrotnie do Zalesia oraz nad Pilicę w okolicę Warki, skąd czerpał inspirację. Nad Pilicą wynajmował domek i tam malował, zbierał zioła, gdyż z zamiłowania był również zielarzem i przyrodnikiem.

Najczęstszymi tematami były pejzaże, martwa natura, a także malarstwo symboliczne. Stworzył cykl “Strachów”, który był odpowiedzią na sytuacje polityczną związaną ze stanem wojennym i nastrojem w społeczeństwie. Miewał wystawy w warszawskich domach kultury.

Zmarł w 1992 roku w Warszawie.

Dziadek był bardzo skromnym człowiekiem, nie starał się zaistnieć jako malarz i nie zabiegał o popularność. Malował dla przyjemności. Potem po prostu wpadał na pomysł, że można by było zrobić wystawę.

agatadziadekpodwW celu zebrania tych informacji musiałam się konsultować z Tatą, gdyż niestety prawie nie pamiętam Dziadka. Miałam 6 lat, jak umarł. Pamiętam, że lubił się z nami bawić (ze mną i moją siostrą), jak przyjeżdzaliśmy ich odwiedzać oraz że miał miły głos

Droga do Santiago de Compostela. Villarcázar de Sirga

Ewa Maria Slaska

Trzydzieści kilometrów, środa, 19 września

Waldi i ja wychodzimy ze schroniska jako ostatni. O w pół do dziewiątej! Ale Waldi tak prowadzi swoje pielgrzymkowe życie. Po dziesięciu trasach tam i z powrotem dobrze wie, że nie ma się po co spieszyć. Idziemy do mostu, przysiadamy na brzeżku i popatrując na wodę palimy pożegnalnego papierosa. Oboje wiemy, że możemy się już nie spotkać (choć i owszem spotkamy się, bo Waldi dwa razy przyjedzie do mnie do Berlina; niestety jak wiele wakacyjnych znajomości, a pielgrzymka jest też rodzajem wakacji, okaże się, że znakomite porozumienie z dala od domu nie przekłada się na dobrą znajomość w normalnym życiu.)

Wstajemy, otrzepujemy spodnie. Waldi odwraca się i idzie w stronę Rioji, ja przed siebie, do Santiago. Ale Santiago jeszcze daleko, na razie, przechodząc przez most, wchodzę do prowincji Palencia.

Dochodzę do Frómisty. Jest tu wspaniały kościół, o którym mówił mi już Waldi – mam się tu zatrzymać na dłużej i zadumać – jak na Hiszpanię świątynia zaiste niezwykła, bo całkowicie pozbawiona białych stiuków i przepysznych złoceń. No ale też jest to budowla romańska. Najczystsza forma architektoniczna, jaką w życiu widziałam.

Na zewnątrz jest mnóstwo znakomitych rzeźb średniowiecznych, ale rzeczywiście Waldi miał rację, największe wrażenie robi wnętrze, czego niestety pożyczone z sieci zdjęcie w ogóle nie oddaje. Bo, co ciekawe, w internecie jest mnóstwo zdjęć kościoła z zewnątrz i niemal nie ma fot ze środka.

Paskudny dzień. W jednym ze sklepów sprzedawczyni próbuje mi wmówić, że nie zapłaciłam za papierosy, w drugim straszny Cygan z poranioną twarzą sprzedaje mi dwie marchewki i dwa jabłka, i dopisuje jedno euro do ceny za to, że jestem obca.

Och, Mamo, tyle zostało z dumnych Gitanos Lorki!

Droga jest najpierw bardzo ładna, wzdłuż kanału kastylijskiego, ale potem okropna, wzdłuż szosy, w upale, a gdy wreszcie po 30 kilometrach, a to pierwszy taki dzień, że tyle przejdę, docieram na miejsce, w jednym schronisku nie ma miejsca, a w drugim jest wprawdzie jedno, ale za to nie ma hospitalera i nie wiem, czy mogę je zająć. Rzucam rzeczy na łóżko, ściągam buty i piszę, ale nie robię nic więcej, bo jeśli mnie tu nie przyjmą, to muszę iść sześć kilometrów do następnej miejscowości, albo schować pielgrzymią dumę w kieszeń i wziąć pokój w hotelu. Mogę też oczywiście spać na dworze, co jest pewną godną zastanowienia opcją, ale mieszczka zwycięża hippiskę i wybija jej z głowy takie pomysły.

W Villarcázar de Sirga też jest piękny kościół gotycki z cudowną figurą Matki Boskiej, przy czym słowo cudowna, oznacza, że słynie cudami, bo tak poza tym – całkiem normalna gotycka rzeźba w wielkim, bogatym ołtarzu, jak to w Hiszpanii.

W schronisku, w którym się bez zgody właściciela ulokowałam, jest prześlicznie, znacznie ładniej niż w wielkim albuergo, gdzie nocują wszyscy pielgrzymi. Jest miejsce na 10 osób, 9 już się zalegalizowało, tylko ja póki co nie wiem, co dalej. Wokół domku soczysta zielona trawa, w środku patio pełne kwiatów, ładna rustykalna kuchnia, a w kuchni nawet dzbanek do zagotowania wody. Robię sobie herbatę i poznaję się z najmilszymi ludźmi, jakich spotkałam na trasie. Zapraszają mnie na spagetti z sosem pomidorowym. Ja wnoszę do tego posiłku surówkę z jabłek i marchewki kupionych u strasznego Cygana. Porozumiewamy się po angielsku, co moim rozmówcom idzie dość kulawo. Gdy mówią, że są z Eisenstadt w Austrii, przechodzimy na niemiecki i taki jest początek prawdziwej przyjaźni. Hannes i Methe trzy miesiące temu wzięli ślub, a po uroczystości przebrali się w stroje do wędrówki, wzieli plecaki i tego samego wieczora wyruszyli do Santiago. To w linii prostej prawie trzy tysiące kilometrów, zakładając, że na każdych stu kilometrach nadkłada się ok 10 kilometrów, trasa, jaką przebyli wyniosła już około 2700 kilometrów. Przed nimi, jak przede mną, jeszcze około 400 kilometrów, w sumie ponad trzy tysiące.

– Dlaczego? – pytam zafascynowana.
– Bo nie jesteśmy gotowi, żeby już zacząć życie pełne obowiązków. Najpierw chcemy kilka miesięcy przeżyć tylko dla siebie.
– A potem?
– A potem kupimy farmę i założymy ekologiczne gospodarstwo mleczne.
– Ach – mówię – farma szczęśliwych krów.
To taki idiom niemiecki, który wyjaśnia wszystkie uwarunkowania ekonomiczne, etyczne i “stajlajfowe” tego, co chcą zrobić zapaleńcy-nowożeńcy.

Obliczamy, że za jakieś dwa tygodnie powinniśmy być w Santiago. I rzeczywiście, będziemy szli w miarę równo i spotkamy się jeszcze raz czy drugi na trasie, a potem na mszy dla pielgrzymów w katedrze w Santiago. “Dwoje Austriaków z Eisenstadt”, wyczyta mnich, który odlicza wszystkich pielgrzymów, jacy od poprzedniej mszy w samo południe pojawili się w mieście świętego Jakuba od Gwiezdnych Pól. “Jedna Polka z Logrono, dwoje Francuzów z Le Puy, czterech Niemców z Pampluny, czterech Niemców z Roncesvalles, czterech Niemców z Burgos”. Nazwy miejscowości nie są naszym miejscem pochodzenia, lecz punktem, z którego wyruszyliśmy na trasę. Tych czterech Niemców spotyka się wszędzie. Są wszędzie i są w każdym wieku. To ewidentna konsekwencja wielkiej popularności książki Hape Kerkerlinga, niemieckiego komika. Nie jestem pewna, ale być może na tej drodze Francuzów – camina franca – jest już więcej Teutonów niż Gallów. Nic jednak nie wyjaśnia, dlaczego ci Niemcy ruszają zawsze we czterech?
Niemiecką popularność pielgrzymki do Santiago de Compostela odczuję dotkliwie po powrocie. Ci, którym nie chce się tyłka ruszyć, żeby pójść do kiosku po gazetę, będą patrzyli z pobłażliwą pogardą na kobietę, która przeszła sama 700 kilometrów, a ich główne zainteresowanie, podkreślone obleśnym szelmowskim uśmieszkiem, będzie dotyczyło… życia seksualnego pielgrzymów.
Po kilku takich rozmowach zaczęłam starannie ukrywać fakt, że kiedykolwiek poszłam do Santiago.

PS. Gdzieś mi chyba umknęła konieczność zapisania dla porządku, że dostałam miejsce w tym ślicznym schronisku i spędziłam cały wieczór siedząc wśród kwiatów i zapisując wrażenia z obu dni. Wczoraj nie mogłam tego zrobić, bo w kościele świętego Mikołaja nie było elektryczności, a zajęć było tyle, że nie zdążyłam nic napisać “za jasnego”.

Miasto drugiej kategorii

mika-kanalKrzysztof Mika

FrauLanganke (cz.1)

(proszę zachować pisownię razem – FrauLanganke!)

Tak się składa, że moje życie w dość specyficzny sposób łączy się z obszarem Polski, nazywanym Ziemiami Odzyskanymi, albo północno-zachodnimi. Jak to się stało, że dziecko rodziny przesiedlonej po wojnie z Warszawy do Elbląga, nie wyrośnie we wrogim nastawieniu, lecz znajdzie swoje miejsce właśnie w tej rzeczywistości, teoretycznie całkowicie obcej – polubi Elbląg, który stanie się jego miastem rodzinnym?

Gdyby to jeszcze to był Gdańsk, którego, jak chciała oficjalna historia i propaganda, związki z Polską liczne i mocne… Gdańsk łatwiej było pokochać. To taki ważny symbol. W końcu o Gdańsk zaczęła się wojna. Taki Elbląg, też niby był z Polską związany, ale zdecydowanie nie znajdował się w głównym nurcie, to tylko wschodnio-pruskie ubocze, choć najpierw były to Prusy Królewskie. Owa różnica miała swój praktyczny i zarazem symboliczny wyraz: pociągi z Warszawy jechały do Gdańska, a przesiadka do Elbląga w Malborku. Do Elbląga połączenia bezpośredniego nie było. Miasto drugiej kategorii. Jak bardzo drugiej kategorii pokazuje fakt, że nigdy nie zostało odbudowane w swoim historycznym kształcie, no cóż (o czym będzie) orłów polskich raczej nie szukano. Taka prowincja w prowincji – bo stolicą był Królewiec i do Królewca ciążyło całe życie społeczno-gospodarcze Prus Wschodnich. Koleje i drogi wiodły równoleżnikowo do Królewca.

Elbląg w tragiczny sposób w 1945 wysunął się na czoło miast wschodniopruskich – był pierwszym dużym miastem zdobytym przez Armię Czerwoną, za co miasto i mieszkańcy zapłacili zresztą straszną cenę. Królewiec również – jeszcze w latach 60 na rozkaz Chruszczowa burzono resztki zabytków, żeby zniszczyć ostatecznie ślady „proklatoj Germanii”.

kanal (6)Wracajmy do Elbląga. Dziadkowie, ci ze strony Mamy, byli dziwni – oboje nauczyciele historii, opowiadali historię Elbląga, oczywiście w sposób dostosowany do możliwości poznawczych dziecka, ale konsekwentnie sączyli do głowy elbląskie historie. Spacery zawsze zahaczały o reszteczki starówki, nabrzeże Kanału Elbląskiego, potem dalej, gdzieś na przedmieścia, poza obszar historycznego centrum, czasem w ulubione przeze mnie miejsce – do składnicy złomu, gdzie zgromadzone były resztki różnych wspaniałych rzeczy, związanych z historią miasta i okolicy. Np. stareńkie maszyny parowe pochodzące ze złomowanych stateczków kursujących po Zalewie Wiślanym i Kanale Elbląg-Ostróda. W pewnym sensie były dla mnie dziełami sztuki, przepiękne w swoim anachronizmie, ozdobione mosiężnymi elementami, najczęściej wyprodukowane w zakładach Schihaua, teraz nazywanych „Zamechem”. Godzinami potrafiłem oglądać te maszyny, dotykać ich, brudząc się niemiłosiernie, wyobrażając sobie stateczki, w których były zamontowane, a siebie w roli mechanika Po kilkudziesięciu latach dowiedziałem się, jakie to były jednostki, jak się nazywały, ale to zupełnie inna historia. W składnicy złomu były inne fascynujące rzeczy – np. gąsienice czołgów. Niemieckich. Wykopane gdzieś na polach pod miastem. Wojenna historia wracała i w taki sposób.

Rok 1980. Kończyłem pisać pracę magisterską z historii żeglugi polskiej w dwudziestoleciu międzywojennym i siedziałem całymi dniami w archiwum państwowym w Gdańsku, dojeżdżając tam z Elbląga, gdzie mieszkałem u Dziadków.

kanal (5)Rok 1980 zatem. Rozpoczął się karnawał Solidarności – uczestniczyłem w nim od początku, od strajku w Stoczni, nb. byłem pierwszym polskim dziennikarzem, który tam był. Pracowałem wtedy w Ekspresie Wieczornym, równolegle kończąc studia. Atmosfera wolności i buntu dotarła też do zakurzonego wojewódzkiego archiwum w Gdańsku. Pewnego dnia jeden z archiwistów zdobył się na śmiałość i powiedział: „zostaw Pan na chwilę te notatki, coś Panu pokażę, o tym napisać to by było warto…” Poszliśmy do składnicy, regały ciasno wypełnione teczkami z dokumentami, charakterystyczny zapach. W końcu zatrzymaliśmy się przy regałach w głębi pomieszczenia.”Patrz pan”, powiedział mój archiwalny cicerone… „tu mamy ponad 50 metrów bieżących skarg na sowietów, jak weszli do Gdańska i trochę potem (…) wszystko jest: rabunki, gwałty, morderstwa”. W każdej teczce coś. Razem będzie 50 metrów bieżących – bo akta w archiwach liczy się na metry. A spraw dziesiątki tysięcy”. Te 50 metrów – jak je odnieść do życia? Jak mierzyć nieszczęście na metry? Dramaty zamknięte, uwięzione w papierowych teczkach. Anonimowe w swojej masie. Przez chwilę pomyślałem, że pewnie część tych ludzi jeszcze żyje, że żyją dzieci poczęte z tamtych gwałtów. Nie zająłem się tą sprawą, nie napisałem… Pozostało tylko wrażenie ogromu problemu, tym bardziej dojmujące, że zamienione na owe dziesiątki metrów takich samych papierowych teczek. Tak jak okulary w Oświęcimiu, tysiące okularów, rzecz tak bardzo osobista i tak pozbawiona ludzkiej przynależności, zamieniona w stertę oprawek i szkła. W Gdańskim archiwum były również sprawy z tzw. województwa, w tym z mojego rodzinnego Elbląga.

Gdzieś za mną zostały owe metry teczek, był czas działania. Zakładania organizacji związkowej, strajków, protestów. W tej atmosferze obroniłem pracę magisterską, a karnawał Solidarności zmierzał do smutnego końca. Dziadkowie zmarli, mieszkanie w Elblągu zostało sprzedane, ale jest wciąż trochę mebli i obrazów oraz ładnych, gustownych poniemieckich drobiazgów. Elbląg z wymiarów realnych mojego dzieciństwa przeniósł się w emocjonalno-wspomnieniowe, które kształtowały obraz miasta i nakładały się na nowy kształt miejscowości – często odwiedzanej mimo nieobecności dziadków – bo po drodze na Wybrzeże. Zmiany, które (na szczęście) zaszły w architekturze, czynił Elbląg w kategoriach realnych coraz bardziej odległy, choć dom Dziadków stał i pewne charakterystyczne elementy „tamtej” zabudowy z dzieciństwa również. Powstała „niby” Starówka, nawiązująca do historycznego kształtu miasta na wspomnianym, największym (chyba) trawniku w Europie. Tu towariszczi postarali się, by poza kilkoma budynkami i kościołem nie zostało nic. To w końcu był to pierwyj gorod proklatoj Germanii.

kanal (7)Jak owo „wyzwalanie” wyglądało, ze szczegółami dowiedziałem się w roku 2012. Wtedy przeczytałem książkę „Elbing” – fabularyzowaną relację o zdobyciu miasta przez Rosjan. Autor, regionalista zebrał relacje elbingerów – Niemców elbląskich. Radzieckie wojska, płonące miasto, nieskuteczna ewakuacja. Ulicą, przy której stoi dom, w którym znajdowało się mieszkanie Dziadków, jeździły sowieckie czołgi. Dziś ulica nazywa się Giermków wtedy Junker Strasse. Miasto, którego centrum, przepiękną starówkę zamieniono właśnie w jeden z największych w Europie trawników. Książka była wstrząsem – prawdziwa historia mojego rodzinnego miasta nabrała nowego wymiaru i pojawiło się takie oto myślenie: sowiecka ofensywa, to był początek procesu, który doprowadził do pojawienia się w Elblągu, w styczniu 1946 mojej Babci, a potem mojego przyjścia na świat w 1957 w wojskowym szpitalu. Można powiedzieć: proces historyczny itd., itd. Ale inaczej to wygląda, jeśli właśnie osobiście stajesz się elementem tego procesu, procesu polegającego na praktycznie całkowitej anihilacji przeszłości, zerwaniu ciągłości historycznej, wręcz cywilizacyjnej. Ów proces miał całkowicie zniszczyć pozostałości niemczyzny, albo jak lubiła to określać ówczesna propaganda: prusactwa. A na końcu ja!

Tymczasem moje „elblążenie” wiązało się w sposób przemożny i paradoksalny z ową niemiecką przeszłością, z niemieckimi pamiątkami, co więcej w dziwny sposób wyznaczyło moją drogę życiową, związaną z Warmią i Mazurami, Bałtykiem, historią i żeglarstwem. A nad wszystkim duch FrauLanganke, zaklęty w pamiątkach po niej. To co udało się zdobywcom dokonać w skali makro, w przypadku moich Dziadków i mnie zawiodło całkowicie. Wyrastałem otoczony niemczyzną! Może Dziadkowie, przedwojenni drobnomieszczanie, choć z ładnymi szlacheckimi korzeniami: ona z domu Nowakowska (związana z Groszkowskimi), a on Taczanowski nie bardzo mogli się pogodzić z wschodnioeuropejsko-azjatycką cywilizacją i jej produktami, więc woleli niemieckie, bliższe cywilizacji zachodnioeuropejskiej mimo, że niemieckie. Jakoś lepiej pasowały. Sowieckie perfumy stały na toaletce ze dwadzieścia lat…

A moje „elblążenie” jakieś dziwne było: to nie obejmowanie nowych terenów zdobytych w wyniku dziejowych rozliczeń, z miłym poczuciem dominacji i posiadania, i konieczności polonizacji takiego obszaru, to raczej akceptacja prawdziwej historii tej ziemi, jak by nie była trudna i niepolska, i zgoda na to, że właśnie tak, że można tu żyć i wcale nie trzeba niszczyć przeszłości, a raczej ją poznawać. Nie brzydziła mnie niemieckość, pruskość, hanzeatyckość, jakoś starałem się to połączyć ze swoją historią: ja wpisany w dzieje tutejsze. Pewnie to zasługa Dziadków, nauczycieli historii, którzy nauczyli mnie tego, że właśnie historii nie da się odrzucić, tylko warto poznawać. Polski dzieciak rósł sobie wśród niemieckich pamiątek. Teraz to modne: ruch regionalny, małe ojczyzny, drugiej strony Heimattouristik. Wtedy nie tak prosto.

Moje własne wrastanie, oswajanie nowego gruntu w Elblągu. Niemieckiego miasta w Prusach Wschodnich, do którego Dziadkowie przeprowadzili się zaraz po wojnie. Dla nich był to „surowy korzeń” i to tkwiący w całkiem obcej glebie, niemieckiej, dla mnie na przełomie lat 50 i 60, a potem do ich śmierci całkiem magiczna gleba: jeszcze trochę niemiecka (dom wyposażony w niemieckie meble), trochę polska, nie do końca obca, na pewno moja. Może inna, ale już trochę swoja w sensie państwowo-narodowym, bardziej moja, choć jeszcze w latach 70 poczucie „za granicy”, trochę. Nieodległy Gdańsk poprzez propagandową akcję, udowadniającą jego rzekomą polskość mniej jakby obcy. Elbląg, jak powiedziałem nie miał takiego szczęścia – leżał na uboczu głównego nurtu historii i choć jego związki z Polską były nie gorsze niż Gdańska, to po wojnie wyrażały się głównie akcją wywożenia, właśnie do Gdańska cegły manierystycznej, pochodzącej z rozbiórki resztek elbląskiej starówki, a to w celu odtwarzania dowodów „historycznych związków Gdańska z Polską”. Orły piastowskie nad Bałtykiem i tak dalej. Dla piastowskich orłów strzegących brzegów Bałtyku rozebrać resztki elbląskiej starówki było warto. A tu co: ubocze dziejów, tym bardziej że daleko do morza. A Zalew Wiślany nazywał się Świeży, a kraina nad jego brzegiem to Ermland albo Wybrzeże Wschodnio Pruskie. Łatwo tu piastowskich orłów nie znajdziesz. Prusowie, Warnowie, a potem Krzyżacy. Elbląg miasto drugiej kategorii.

W Prusach Wschodnich. Bardzo źle. Przed wojną nawet nie na obszarze Wolnego Miasta. Po prostu Ostpreussen. Sowieci zdobywali pruskie miasto i z poczuciem sprawiedliwości historycznej owo pruskie miasto burzyli. A więc w słusznej zemście gwałcili, mordowali i palili. Mordowali ludność niemiecką. Nikt nie myślał o związkach z Polską, tylko o zemście, karze za zbrodnie niemieckie. Więc ukarano miasto i ludzi, nieważne czy mieli jakikolwiek związek z nazizmem i Hitlerem. Palono i burzono Starówkę. Palono, bo w piwnicach i ruinach ukrywali się nieliczni pozostali w mieście elblążanie, czyli elbingerzy. Ogień ich skutecznie wypłaszał. Wiedzę o tych wydarzeniach przekazali Dziadkowie. Ale była ona całkowicie pozbawiona realnego kształtu. Chowałem się na Czterech Pancernych i psie. Wiedziałem, że działo się źle w trakcie i po zdobywaniu miasta. Nie wywoływało to specjalnych emocji. Po prostu było. Wiadomo wojna.

Może potrzeba było lektury o zdobyciu Elbląga, żeby emocje, wspomnienia i skojarzenia osiągnęły masę krytyczną. Wtedy powrócił pierścionek FrauLanganke, który nie chciał „zejść” z palca, a sowiecki sołdat, za pomocą bagnetu rozwiązał problem, odcinając ów oporny palec, wraz z pierścionkiem oczywiście.

FrauLanganke prowadziła na co dzień sklep z papeterią i książkami, na pewno sprzedawała Mein Kampf. No cóż, powie ktoś, sami sobie winna, ta Niemra. Obraz żołnierza obcinającego palec starszej kobiecie tkwił w mojej pamięci. Niezwykle plastyczny z chirurgiczno-anatomiczną dokładnością, z bagnetem zgrzytającym o kości. W medycznym podręczniku sprawdzałem, jak się amputuje palce. Sowiecki żołnierz pewnie po prostu położył rękę na stole i tępym bagnetem załatwił sprawę, nie dbając o higienę, tamowanie krwi. Można przyjąć, że wcześniej tym samym bagnetem otwierał amerykańską tuszonkę. FrauLanganke przeżyła. To może niewielka cena dziejowych rozliczeń. Córka FrauLanganke zapłaciła cenę najwyższą – zgwałcona, popełniła samobójstwo. Czy FrauLanganke i jej córka były winne?

Babcia nie mówiła o niej inaczej jak „ta Niemka”, ale najczęściej „Langankowa”. „Langankowa”, to już była forma oswajania rzeczywistości, ale co dziwne , a może normalne, nigdy nie używała jej imienia, pewnie po to by zachować dystans, natomiast „Frau” i „Langankowa” wymawiała na jednym oddechu i w mojej pamięci pozostało FrauLanganke… Ta „Niemka” przychodziła wymieniać różne rzeczy na żywność. Dlaczego Babcia wchodziła w takie interesy? Bóg raczy wiedzieć. W koło walało się do woli wszelkiego dobra, w styczniu 1946, tylko brać – sowieci wszystkiego nie wywieźli. Ale Babcia wymieniała nikomu niepotrzebne graty Langankowej na jedzenie. I rozmawiała, co pewnie było równie ważne jak żywność, bo Babcia znała niemiecki. Ukarana przez „wyzwoleńczą” i zwycięska ofensywę FrauLanganke pozbywała się gratów za chleb. Nie potrzebowała dużo – była całkiem sama. Mąż umarł przed wojną, a córka – „Frau Taczanowska, pani rozumie…”, ci „ sowjetische soldaten”…

Babci żal było prawdziwie, bo co potrafią owi „soldaten” miała okazje przekonać się w czasie rewolucji, zwanej październikową, którą przeżyła na Ukrainie wywieziona wraz z rodziną przez wycofujących się z Warszawy w 1915 Rosjan. A więc za bezwartościowe graty Langankowa dostawała chleb, którego w tamtym czasie wartość nie miała miary. Babcia dzięki temu stała się właścicielką rożnych mebli i kilku obrazków, które może niezbyt wielkiej wartości artystycznej, ale dla mnie nieskończonej emocjonalnej – wiszą do dzisiaj na ścianach mojego mieszkania. Są one w jakimś stopniu odpowiedzialne za elbląskie zainteresowania i za moje fascynacje wodą i żeglarstwem. Wszystkie z motywami elbląskimi i nazwijmy to wodno-marynistycznymi, poza jednym – grafiką przedstawiającą tzw. Marktthurm (wieżę targową), jeden z niewielu zachowanych zabytków gotyckiego Elbląga, kiedyś element murów obronnych. Ta grafika pewnie najbardziej wartościowa, ale przeze mnie mniej lubiana.

Obrazki po Langankowej – jakże musiały być bezwartościowe w tamtym czasie, jakże nie ekwiwalentna wymiana na chleb! Cóż Babcia, przedwojenna nauczycielka, nie znała się na interesach, ani na karaniu za historyczne winy, ani tym bardziej na nienawiści. Takie niepraktyczne podejście do życia, panienki z pensji, z domu „z francuskim i fortepianem”. Wkrótce pozbawiona palca Fraulanganke wyjechała – nie było dla niej miejsca w nowej rzeczywistości, zresztą Elbląg kojarzył się z bólem i grozą. Gdzie pochowano jej córkę – po latach udało mi się ustalić, ale o tym za chwilę.

Wyjazd Fraulanganke, towarowym wagonem (opowieść Babci), to symboliczny koniec niemieckiego Elbląga. Jeszcze tylko Babci, ponieważ Dziadek nie wracał ciągle z obozu i Babcia była sama i z moją Mamą, wówczas gimnazjalistką. Oczywiście koniec ów ten miał charakter wyłącznie symboliczny – w rzeczywistości na co dzień nurzaliśmy się w niemczyźnie, elbląskiej niemczyźnie. Langankowa w pewnym sensie pozostała z nami.

A ja nurzam się w niej do dzisiaj: wspomniane obrazki, zegar, meble, jakieś naczynia, nóż, fajansowy pojemnik na herbatę mieszkają ze mną. W Elblągu nie było innych rzeczy, niż poniemieckie. Kuchnia: kredens i stół (mój Boże, jedliśmy na niemieckim stole!) i piecyk elektryczny AEG, pudło na chleb i młynek do kawy, wiszący na bocznej ścianie kredensu , nigdy nie używany, ale obecny i drobiazg, maleństwo-fajansowe z niderlandzkim motywem: kółko z drewnianą rączką do zagniatania pierogów – na kółku holenderski wiatrak. Pierogi wycinało się specjalną foremką i zagniatało tym kółkiem. Sypialnia: szafa, toaletka, małżeńskie łoże, orzech, a na toaletce dla kontrastu, przez całe lata stały radzieckie perfumy, prezent od sąsiadki repatriantki spod Wilna. Babcia nie odważyła się ich użyć – zapach nie mieścił się w pensjonarskiej przedwojennej estetyce, ale stały, żeby sąsiadce nie zrobić przykrości. Żyrandol z mlecznego szkła. Mosiężny karnisz. Salon: o tu niemczyzna szalała. Przepiękny pomocnik – o nim jeszcze będzie, stół, szafka, biblioteczka, zegar i wspomniane obrazy. W dziwnym, niepokojącym kontraście kilka sztuk, słynnego przed wojną w Polsce, fajansu bolimowskiego. Czemu bolimowskiego? A temu, że w Bolimowie na przełomie lat 20 i 30 Dziadkowie zakładali, a potem prowadzili szkołę powszechną. Jakimś cudem malowane skorupy przetrwały wojnę i wylądowały w Elblągu. Zegar. Wydzwaniający co pół godziny, budzący bezlitośnie, ale dający takie miłe domowe poczucie bezpieczeństwa.

W 1946 Dziadek wrócił z obozu pracy, a Langankowa pewnie wymieniała kolejny obrazek na chleb. Po latach, pod stertami odzieży znalazłem pamiętnik jednego z Langanków, całkowicie niezapisany, z pięknym rysunkiem bombowca, bowiem ów Langanke służył, jako podoficer w Luftwaffe. Przez lata, to wszystko było nieważne, po prostu było. W tym roku zacząłem grzebać. W internecie oczywiście. I znalazłem. Jeden z Langanków walczył w Ardenach, a nieszczęsną, zgwałconą córkę pochowano w jednym z nieistniejących już elbląskich ogrodów. Bardzo pomocnym źródłem jest elbląski Totenbuch, czyli Księga Zmarłych spisany przez tych , którzy przeżyli. Data miejsce, dane osobowe…

I tylko pytanie: czy kiedyś ją ekshumowali, czy ma gdzieś grób, czy gdzieś poza stronami stworzonej przez ocalałych w Totenbuch, ma swoje miejsce…

Już wiem, że nie – tam nie prowadzono ekshumacji Niemców.

Zdjęcia: Zofia Wojciechowska. U góry Autor, poniżej – Kanał Ostródzki

Alma (3)

Lech Milewski

Żelazny Gustaw

Jako akompaniament do tego wpisu proponuję włączyć to video – KLIK– Gustaw Mahler – Symfonia Nr 3. Uprzedzam – to nie będzie miły akompaniament. Motywacją takiego wyboru była dla mnie informacja opublikowana przed premierą tej symfonii w Krefeld: “… słynny dyrygent, który ma przyjemność komponować monstrualne symfonie i narzucać je innym.”

Poprzedni wpis tego cyklu zakończyły zaręczyny Almy Schindler
z Gustawem Mahlerem.

Najwyższa pora wyjaśnić jedną sprawę – poważną chorobę Mahlera, przed którą ostrzegano Almę jeszcze przed zaręczynami. Były to hemoroidy, które powodowały czasem bardzo intensywne krwotoki. Wygląda jednak na to, że interwencja medyczna podziałała, temat ten nie powrócił podczas małżeństwa z Almą.

Nowy Rok 1902.
“To, co napiszę dzisiaj będzie bardzo, bardzo smutne. Odwiedziłam Gustawa popołudniu. Byliśmy sami w jego pokoju. Oddał mi swoje ciało, a ja pozwoliłam mu się dotknąć. Jego męskość była sztywna i wyprostowana. Przeniósł mnie na sofę i położyl się na mnie. I wtedy – kiedy czułam, że się we mnie zagłębia, stracił całą siłę. Wstrząśnięty oparl głowę na mych piersiach i nieomal płakał ze wstydu. Sama zrozpaczona próbowałam go pocieszyć. …Słowa nie mogą wyrazić, co ja niezasłużenie wycierpiałam. A do tego widzieć jego mękę, jego niewiarogodną mękę. Mój ukochany mąż.”

Środa 3 stycznia.
“Rozkosz i zachwyt.”

Czwartek 4 stycznia.
“Zachwyt bez końca.”

Czwartek 16 stycznia.
“Przez długi czas byłam autentycznie szczęśliwa i dlatego niczego nie napisałam. Ale w ostatnich dniach wszystko się zmieniło. On chce, żebym była inna, zupełnie inna. I ja tego też chcę. Jak długo jestem z nim udaje mi się to, ale gdy jestem sama, moje własne, próżne ja, wychodzi na wierzch i chce swobody… Muszę się wznieść aby być z nim. (Bo żyję tylko w nim).”

Tu pamiętnik się kończy.

Przyjąłem to z ulgą. Moim głównym źródłem informacji do tej serii wpisów jest książka Françoise Giroud – The art of being loved (1). Świetnie napisana, a do tego przez kobietę, co daje szansę, że jest to osoba, która rozumie, jaka była Alma. Do pamiętników Almy zajrzałem, aby wyjaśnić kilka luk i sprzeczności w relacji Françoise Giroud. Zajrzałem i utknąłem.
Do tej chwili Alma kojarzyła mi się z kimś typu Colette/Klaudyna. W miarę czytania jej pamiętników niknął wdzięk paryskiego fin de siècle, a na wierzch wypływała wiedeńska krew i Alma zaczęła mi się kojarzyć z bohaterkami powieści Elfriedy Jelinek.
Wyznam, że czytając tak intymne wspomnienia, czułem się nieswojo. Obawiam się, że w poprzednim wpisie widać to moje nieprzystosowanie do niezgrabnej sytuacji, więc nic dziwnego, że odetchnąłem z ulgą, gdy stanąłem na spokojniejszym gruncie. Ten spokojniejszy grunt to trzy źródła: wspomniana powyżej książka Françoise Giroud i dwie książki autorstwa Amy Mahler: Gustaw Mahler, memories and letters (2) oraz And the bridge is love (3).
W swoich książkach Alma zastosowała bardzo ostrą autocenzurę, więc mogę już spokojnie wrócić do opowieści.

9 marca 1902 roku odbył się cichy ślub, który Alma opisała tak:
“...Mahler poszedl do kościoła na piechotę, w kaloszach bo był duży deszcz. Moja matka, Justyna i ja pojechałyśmy. W kościele Karola nie było nikogo poza nami i świadkami. Było rano. Kiedy trzeba było uklęknąć, Mahler nie trafił w klęcznik i musieliśmy zacząć od nowa. Uśmiechnęłiśmy się wszyscy, nie wyłączając księdza.
Na ślubnym śniadaniu było nas sześcioro i trwało krótko, żeby dać nam czas na spakowanie się na podróż poślubną. W pociągu do St. Petersburga odetchnęliśmy. Jego chmurny duch rozjaśnił się, a ja nie musiałam dłużej ukrywać swojego stanu
(ciąży – przypisek mój).”

Pora przedstawić trochę faktów na temat pana młodego.
Gustaw Mahler urodził się w 1860 roku w biednej, wielodzietnej, żydowskiej rodzinie w małym miasteczku na terenie obecnych Czech. Sześcioro spośród jego rodzeństwa zmarło w dzieciństwie. Zdolności muzyczne wykazywał już w bardzo młodym wieku i ojciec, który stopniowo awansował do klasy drobnego mieszczaństwa, zapewnił mu wykształcenie muzyczne łącznie z wiedeńskim konserwatorium i uniwersytetem. Wkrótce po ukończeniu studiów Gustaw rozpoczął pracę jako dyrygent. Poczynając od orkiestry w niewielkim kurorcie, poprzez Ljublanę, Ołomuniec, Pragę, Lipsk, Budapeszt, Hamburg dotarł wreszcie, w 1897 roku, do wymarzonego Wiednia. Na wszystkich swoich dyrygenckich stanowiskach doświadczył konfliktów z dyrekcją i członkami orkiestry. Jednak dzięki profesjonalizmowi i wielkim wymaganiom od orkiestry zyskał sobie duże uznanie krytyków i publiczności.
Aby objąć posadę dyrektora Dworskiej Opery – Hofoper – musiał się ochrzcić i przyjąć wiarę katolicką. Nie stanowiło to dla niego problemu, gdyż jego rodzice i on sam byli zdecydowanymi agnostykami.

Po powrocie z podróży poślubnej Alma musiała się przystosować do bardzo precyzyjnego rozkładu dnia swojego męża:
7 – pobudka i śniadanie,
8.45 – wyjście do pracy – próby orkiestry,
1 – powiadomienie domu, że wraca na lunch,
1.15 – powrót do domu i powiadomienie kucharki, żeby podawała zupę. W tym czasie Mahler krążyl po wszystkich pokojach, trzaskając głośno drzwiami.
Po lunchu sjesta, a potem długi spacer, w którym Alma musiała mu towarzyszyć.
Spacery z Mahlerem były mocno uciążliwe, gdyż szedł nierównym tempem, czasem bardzo szybko, czasem niespodziewanie zatrzymywał się, by odtworzyć pomysł muzyczny, jaki mu właśnie przyszedł do głowy.
5 – wyjście do opery na występ.
Wieczorem Alma musiała czekać na niego w operze, aby po spektaklu towarzyszyć mu w pieszym powrocie do domu. Tu nie było wymówek typu zła pogoda czy ciąża.
Po powrocie do domu posiłek, po posiłku czasem Alma czytała mu książki.
Sypialnie mieli osobne. Gustaw odwiedzał sypialnię Almy dopiero, gdy był pewien, że zasnęła.
Jeśli chodzi o posiłki, to Mahler życzył sobie, żeby były łagodne i dobrze wygotowane. Dokladne przeciwieństwo gustów Almy.

Jak Alma to znosiła? Fatalnie.

W liście poprzedzającym zaręczyny Gustaw pisał: “… wiem co mogę dać i dam w zamian“.
A co dawał? Brak jest jakichś konkretnych objawów tego uczucia poza może pieszczotliwymi zdrobnieniami imienia żony.
Swoją drogą – jak zdrobnić imię Alma – Almeczka, Almusia?
U Mahlera było to najczęściej – Almschi, ale w porywach dochodzilo do Almschitzitzi… Ilości tych tzitzi nie udało mi się dokładnie zliczyć.
Jednak Alma nie wątpiła w niezwykłą miłość Gustawa i odbierała ją w jakimś mistycznym wymiarze. W związku z tym znajdowała się często w zupełnej rozterce, raz buntując się przeciwko narzuconej jej niewoli, to znowu winiąc się za to, że nie potrafi się wznieść do poziomu swego męża.

Podczas sezonu koncertowego Mahler nie miał czasu na komponowanie. Poświęcał temu letnie wakacje. Lato spędzali nad wodą. Od 1902 roku był to Maiernigg. Mahler kupił tam dom, przy którym kazał zbudować mały domek do pracy – Häuschen.

Hauschen

Wakacyjny rozkład dnia wyglądał następująco:
6 – Gustaw wstawał i dzwonił na kucharkę, żeby przygotowała mu śniadanie w Häuschen. Śniadanie musiało być podane w ten sposób, żeby kucharka, ani nikt inny, nie spotkał się z Mahlerem.
Po śniadaniu praca do południa w absolutnej ciszy. Wszyscy sąsiedzi byli powiadomieni, żeby nie wydawać żadnych odgłosów.
Południe – pływanie w jeziorze. Gustaw był bardzo dobrym pływakiem. Gdy już był w wodzie, gwizdał na Almę, żeby do niego dołączyła.
Po pływaniu lunch, sjesta, niekończący się spacer w towarzystwie Almy.
Alma krytycznie oceniała twórczość swego męża. Gdy prezentował jej partyturę Symfonii Nr 2 przerwała komentarzem – wolę Haydna.

Alma w swym pamiętniku pisała: “…czuję ucięte skrzydła. Czemu przywiązuje do siebie ptaka chętnego do lotu, gdy pasowałoby raczej coś ciężkiego i nudnego. W ostatnich dniach tkam muzykę w głowie, tak głośną… To musi się zmienić.”

Po powrocie do Wiednia nieco się zmieniło. Z jednej strony znajomi Almy, Schönberg i Zemlinsky, założyli grupę kompozytorów, wzorującą się nieco na secesji i zaprosili do niej Mahlera. Z drugiej, Mahler zgodził się na wizyty niektórych starych znajomych Almy.

W 1902 roku twórczość kompozytorska Gusstawa Mahlera zaczęła zyskiwac uznanie i popularność. Punktem przełomowym był czerwcowy koncert w Krefeld i premiera cytowanej na wstępie Symfonii Nr 3. Mimo uprzedzenia miejscowej prasy, publiczność i najlepsi krytycy muzyczni Niemiec przyjęli utwór z ogromnym entuzjazmem.

Czy to uznanie wpłynęło na zmianę bardzo negatywnej oceny twórczości Gustawa przez Almę? Alma miała zaszczepioną przez Burckharda ideę, że Żydzi nie są zdolni do pracy twórczej. W jej pismach można znaleźć stwierdzenia typu: “Żydzi, jak wszyscy mierni ludzie, uwielbiają muzykę włoską.” Ale również: “Nie mogłabym żyć bez Żydów.”

Françoise Giroud (1) – strona 50 – konkluduje, że Almie związek z ludźmi “niższego gatunku” dawał poczucie słodkiej wyższości osoby obdarzonej “chrześcijańskim splendorem”.

W listopadzie 1902 roku urodziła się córka, której nadano imię matki Gustawa – Maria. W domu nazywano ją Putzi. Poród był bardzo ciężki. Gustaw przyjął te narodziny z największym entuzjazmem, Alma obojętnie.
W czerwcu 1904 roku urodziła się druga córka – Anna, którą w domu nazywano Gucki.
Gustaw miał bardzo dobry kontakt z córkami. Znajdował czas wolny na długie rozmowy, z każdą z osobna. Jednak podczas wakacji, w czasie przeznaczonym na komponowanie, dzieci musiały być zamknięte w pokoju i zachowywać się cicho.

Komentarz Almy: “…geniusze to ludożercy, którym wydaje się, że są wegeterianami.”

Latem 1907 roku, podczas tradycyjnego pobytu w Maiernigg, obie dziewczynki zachorowały na szkarlatynę. Maria zmarła z powodu powikłań. Gustaw przeżył śmierć córki bardzo ciężko. Alma wpadła w stan depresji i lekarze zalecili jej wyjazd na odpoczynek.

Korzystając z obecności kilku lekarzy Gustaw poprosił o zbadanie stanu jego zdrowia. Diagnoza była miażdząca – degeneracja zastawek serca i infekcyjne zapalenie osierdzia. Zakaz jakiegokolwiek intensywnego wysiłku fizycznego.
Był to bardzo poważny cios, gdyż Gustaw byl zapalonym rowerzystą i pływakiem. Na szczęście lekarze nie zabronili mu dyrygować z tym, że musi się oszczędzać.

Ciąg dalszy nastąpi.

PS1. Tytuł tego wpisu był dla mnie oczywisty ze względu na charakter głównego bohatera, ale równocześnie w podświadomości brzęczało skojarzenie z tytułem książki Hansa Fallady chociaż jej tematyka jest zupełnie inna KLIK.

PS2. Czy Symfonia Nr 3 nadal trwa (1 godz 45 min)? Jeśli tak, to dobrze, bo to znaczy, że mój wpis nie był zbyt długi.

Bibliografia:
1. Françoise Giroud – The art of being loved – KLIK
2. Alma Mahler – Gustav Mahler, memories and letters – KLIK
3. Alma Mahler – And the bridge is love – KLIK