Nowe wiersze czyli przygarść powietrzna

Katarzyna Kulikowska

Życzenia dla młodych

Marzeń lekkich jak piórka
Wiary silniejszej niż skała
Myśli lotnych jak ptaki
Snów jak busole na morzu życia

,,Rzucam przygarść powietrzną – skowronka – w niebo”
K.K. Baczyński

Drobinka
Najmniejszy brat wiatru
Rzucony w niebo jak ziarno
na powietrzne pole

Anna

Anna ma marzenia o smaku truskawek
Oczekiwanie o zapachu różanym
Muzykę pustki
Przesypują się godziny, dni, lata
w klepsydrze życia
Truskawki straciły smak
Zapach róż uleciał
Pustka wybrzmiała
Anna liczy ziarnka czasu w klepsydrze
i odmierza samotność

Podróż marzeń

Sfinks leży w piaskach pustyni
Mówi zagadkami
Piramidy prężą dumnie grzbiety
Mumie śpią w drewnianych garniturach
Słońce puszcza oko
Promieniami wyzłaca kamienne miasta przeszłości
Łagodne skrzydła Maat okrywają ludzi
niczym płaszcz przeciwdeszczowy
Otwieram oczy
Moja podróż dobiegła końca

***

Patykiem na wodzie maluję
Odlatujące ptaki marzeń
Lilie metafor
Wodorosty słów
Płynące ławice myśli
Próbuję złapać
W sieć wiersza

Ołówek

Stwarza nowe światy
Wyzwala uśpione emocje
Opowiada nieznane historie
Buduje most pomiędzy mną a światem
Wymyśla groźne rośliny
Ożywia dziwne stworzenia
Rysuje ścieżkę w gąszczu myśli
Pajęczyną kresek próbuje zapisać kod istnienia

24.11.2014

Miasta poza sezonem. Lund

Było już kilka takich wpisów. Odpowiednikiem zeszłorocznej Kopenhagi jest w tym roku Lund.

lund-katedraW okolicach katedry (po lewej): trzeba zadbać o zwiedzających, w kadrze z katedrą zawsze pojawi się też strzałka do toalety. Po prawej przypomnienie średniowiecznych obyczajów: mały labirynt, ta najmniejsza pielgrzymka, pąć dla ubogich, dlatego i muszle są małe, mniejsze niż muszle jakubowe.

lundpbrazowy

Uniwersyteckie miasto Lund, zbudowane z brązowej cegły.

lunddrzewalundciekawostki
Ten po prawej to Linneusz, już przez troskliwych studentów ubrany na zimę. Po lewej, jako odbicie w szybie – ja.

W górę rzeki (9)

Zbigniew Milewicz

Car Edward

Gdyby był aktorem, z łatwością mógłby zagrać Piotra Wielkiego. Tak jak on był przekonany o własnej nieomylności, ustanawiał w domu prawa i egzekwował je, a niesubordynację karał. Podobnie jak tamten był wielkim zwolennikiem pruskiego porządku i dyscypliny, z którymi zapoznał się na przymusowych robotach w Niemczech – może nie były one tak wyczerpujące, jak brukowanie litewskich dróg. Ludzi, a zwłaszcza kobiety, traktował przedmiotowo, miały służyć rodzajowi męskiemu jako domowa siła robocza, zaspokajać jego witalne – ojciec kochał to słowo – potrzeby, rodzić mu dzieci i wychowywać je, oczywiście według wskazówek mężczyzny.

Starowiejska 5Mieszkali z mamą przy ul. Starowiejskiej 5 (patrz foto powyżej) w Katowicach, w poniemieckiej kamienicy, w samym centrum miasta, dom ten stoi do dziś. Ojciec miał drobiazgowy i równocześnie wybuchowy charakter. Kiedyś mama przesoliła zupę, albo odwrotnie, zapomniała ją posolić, talerz wraz zawartością wyleciał z okna na trzecim piętrze. Albo kupił sobie kapelusz, który w domu okazał się za mały, wtedy ze złości pociął go nożem na drobne paski. Mama – w swoich relacjach o ojcu – usprawiedliwiała go, twierdząc, że te incydenty miały miejsce wtedy, kiedy rzucił palenie, był więc nerwowy. Obiad musiał być zawsze na czas, a mieszkanie świecić czystością. Jak przychodził do domu, zwyczajowo zakładał białą rękawiczkę i palcami sprawdzał, czy na przykład na szafie w przedpokoju nie ma kurzu. Coś tam znalazł, co mu się nie podobało, mamie dostawały się grube wyzwiska, kiedy miał gorszy humor, nie szczędził także pięści. Te drastyczniejsze fakty poznałem późno, mama nigdy nie lubiła pokazywać własnego bólu, przykrywała go uśmiechem i taką ją zapamiętałem.

Kamieniarze1Gdy spotykała się z najbliższymi i pytali ją, jak jej się wiedzie w małżeństwie, niezmiennie odpowiadała, że dobrze. To było jej życie, osobista decyzja, przysięgała panu Bogu przed ołtarzem, że wytrwa z mężem na dobre i złe do końca życia. To ją zobowiązywało, ale siniaki na ciele nie zawsze dały się dobrze zapudrować, więc któregoś dnia powiedziała, jak naprawdę układa jej się życie.

Kiedy we wczesny listopadowy poranek 1945 r. pojawiłem się na świecie, dla mamy była to pewna niespodzianka. Spodziewała się mnie dopiero w styczniu i bóle porodowe wzięła początkowo za dolegliwości nerek, dopiero jak wody odeszły, ktoś z otoczenia pobiegł po akuszerkę. Nie miała dla mnie jeszcze żadnych rzeczy do ubrania, więc rozebrała Feliksa, swoją ulubioną lalkę i to był mój pierwszy garnitur. Felix znaczy po łacinie szczęśliwy, ten dar towarzyszy mi w życiu. Jako wcześniak z widoczną krzywicą nie byłem zbyt urodziwy, kiedy ojciec mnie po raz pierwszy zobaczył, z niesmakiem skomentował ź wileńska: toż to jakiś czortowy wyrodek. Niewiele czasu minęło, przyszedł na Starowiejską z jakimś starszym niemowlakiem na ręce. Zanim zaskoczona mama zdążyła o cokolwiek zapytać, wręczył jej tobołek i powiedział, że to jest jego syn Zdzisław i ma się nim zaopiekować. Nie śmiała nawet zapytać, kto jest matką dziecka. Dopiero później dowiedziała się, że kobieta ma na imię Regina i mieszka w Bytomiu oraz że ojciec poznał ją wcześniej, kiedy tylko przyjechał na Śląsk.

Zdzich dwuletniOkoło dwuletni Zdzich, w solidnym, poniemieckim wózku, więc i mina odpowiednia…

Dziecko było wymizerowane, pokryte strupami, zajęła się nim jak własnym, choć protestowała urażona, kobieca duma. Kąpała w płatkach owsianych, żeby zeszły owrzodzenia i kiedy po trzech miesiącach odwiedził nas domowy lekarz, nie poznał malca, taki już był gładki i papuśny. Tak ma wyglądać dziecko – powtarzał ojciec drwiąco. To był zwariowany, powojenny czas, trwała wielka wędrówka ludów, każdy kogoś, albo czegoś szukał. Ojciec zarabiał handlując czym się dało, może i zajmował się szabrem. W naszym mieszkaniu na Starowiejskiej zatrzymywali się na noc różni ludzie, często obcy, w zamian dzielili się z nami zwykle jedzeniem, pieniądze nie miały żadnej wartości. Bywało, że nocowali za Bóg zapłać, gdyż poza dobrym słowem nie mieli nic. Dotarła do nas również na krótko babcia Urszula z ciocią Marią, które uciekły z Wilna przed sowietami. Nauczyły mamę gotowania kilku potraw, które lubił ojciec, a gustował w tłustych daniach, zwłaszcza w blinach ze śmietaną. Tylko czas ku temu był chudy.

Kiedyś do drzwi zapukała Cyganka z dzieckiem na ręku, obydwoje od kilku dni nic nie jedli. Mama solidarnie podzieliła się z przybyszami tym, co miała. Nazajutrz znowu ktoś do nas zastukał, mama uchyliła drzwi, patrzy a przed progiem stoi worek z mąką, drugi z cukrem, na nim jakiś połeć słoniny. Ktoś, kto to przyniósł, już schodził po schodach, więc zapytała, od kogo to, ale nieznajomy głos odpowiedział, że nie wie, kazali tylko dostarczyć.

Ociec z gitaraRodzice żyli ze sobą niewiele ponad dwa lata. Po jednej z domowych scysji, jak zwykle o jakąś błahostkę, mama poczuła, że osiągnęła kres nerwowej wytrzymałości. Otwarła okno i postanowiła skończyć ze sobą, podobno wtedy zacząłem płakać w łóżeczku i to ją otrzeźwiło. Rozwód dostała na pierwszej rozprawie. Ojciec zmarnował mamie kawałek życia, ale nigdy nie usłyszałem od niej złego słowa na jego temat. Jeżeli wspominała pewne zdarzenia, związane z jego osobą, nie oceniała go, czuło się tylko jej żal i niechęć. Kiedy czasami posprzeczałem się o coś z mamą, co działo się naprawdę rzadko, jej najsurowszą dla mnie oceną było: jesteś taki sam jak ojciec. Podobno jedną rzecz potrafił jednak naprawdę ładnie, mianowicie grać na gitarze i śpiewać, zwłaszcza jak sobie wypił wódeczki, którą nie gardził. Gitara była ruskiego stroju, siemistrunnaja, śpiewał barytonem, a w repertuarze miał m.in. stare romanse, które jak wiadomo nie mają z życiem wiele wspólnego.

Chór wieków

Ewa Maria Slaska

Lechowi

Rozmowy rodzinne z moją teściową

W rodzinie urodziło się nowe dziecko. Chłopczyk. Zapytałam, jak ma na imię?
– Chyba Konstanty. W każdym razie tak jak miał na imię ten ksiądz, co go Sowieci zamordowali. Bo on był stryjecznym dziadkiem Maćka.
Maciek jest dziadkiem dziecięcia, mężem Beci, kuzynki mojego (byłego) męża, Marka. Znam ich od lat, o dziadku zamordowanym przez Sowietów nigdy nie słyszałam. Co oczywiście o niczym nie świadczy. Mieszkamy daleko od siebie, a poza tym już nawet w naszej rodzinie jest nas dużo, w rodzinie mojego męża są po prostu tabuny kuzynek, wujków i stryjecznych dziadków. A każde z nich ma, lub może mieć kuzyna, ciocię, stryjecznego dziadka.

Teściowa nie ma komputera ani dostępu do internetu i właśnie jak już myślę, że na razie niczego więcej się nie dowiem, okazuje się, że mam wejść na fotel, nie, jednak na stół, bo z fotela nie sięgnę i wyciągnąć książkę, w której jest wiersz o księdzu Budkiewiczu. chorwiekow-dedykacjaChyba Iłłakowiczówny. Teściowa nie jest pewna, ale dobrze pamięta koniec wiersza, rozmowę, jaką prowadzi dusza zamordowanego księdza z duszą matki Lenina.
– Taka gruba książka, Chór wieków. Okładka jest biała, pożółkła i poszarpana.

Sięgam ze stołu, szukam i nader szybko znajduję, nie ma to jak precyzyjne instrukcje. Książka pochodzi z Bystrzanowic, o których tu już kilkakrotnie pisałam, majątku w którym wyrastała moja teściowa jako młoda panna. Rodzina była zmuszona opuścić Bystrzanowice w dramatycznych okolicznościach w roku

Obracam w rękach gruby pożółkły tom. To oczywiście przypadek, że rodzina przed wojną posiadała tę książkę i że antologia przetrwała zawieruchy dziejów i stoi teraz na półce u mojej teściowej na Brodwinie. Maćka, dziadka małego Konstantego, jeszcze nawet w planach nie było, nikt nie kupił tej książki z przyczyn rodzinnych. Po prostu takie książki się wtedy miało i czytało. Teściowa mówi, że kiedyś kopiowali ten wiersz Iłłakowiczówny (bo jednak Iłłakowiczówna!) i wysyłali do Beci, gdy wyszła za mąż za Budkiewicza. Książkę oficjalnie wydano w roku 1936, ale najwyraźniej można ją było kupić już kilka tygodni wcześniej, skoro dwaj kuzyni Teściowej mogli ją byli ofiarować jej Mamie, babci Konstancji, na Gwiazdkę 1935 roku.

chorwiekowChór wieków, antologia poetycka w układzie Wandy Miłaszewskiej, Jana Rembielińskiego i Stanisława Miłaszewskiego / z przedmową Jego Ekscelencji Ks. Arcybiskupa Józefa Teodorowicza.
Iłłakowiczówna napisała ten wiersz w roku 1927.

Kazimiera Iłłakowiczówna, Z opowieści o moskiewskiem męczeństwie

IX

A dlaczego posmutniały krzyże w Krasławiu* nade drogą!?
A dlaczego rybitwy na Dźwinie zapłakały nad wodą?
Brzozy stoją po gościńcach całe deszczem spłakane,
płoty nisko poklękły, czują żałość i stratę;
i piasek się przesypuje między kolejami,
O tem, skąd ta boleść płynie, szeptem radzi;
staw jeszcze lodu całkiem pod most rzeczułką nie zrzucił,
cały się w niebo zapatrzył, cały się do nieba obrócił.

W grobie leży święte ciało Chrystusowe
całe w biały całun spowite,
schodzą się do niego prości ludzie
niespokojni, żałośliwi, opuszczeni.
A wieczorem z poklasztornych białych ganków
wolno idą popod lipy starzy księża,
starzy księża, suche dziady, ślepe babki,
postukują, pokaszlują, biedę czują,
szepcą pacierz za skazanych w Moskwie księży,
pod figurą świętych Rocha i Donata,
szepcą pacierz za prałata Budkiwicza,
znajomego niegdyś chłopca w jasnych włosach.

*W Krasławiu urodził się ksiądz Budkiewicz.

Z Wikipedii:
Konstanty Budkiewicz
(ur. 1867 Zubrach koło Dyneburga, zm. 1923 w Moskwie). Polski ksiądz. Był synem Juliusza i Marii z Borkowskich. W latach 1886-1890 uczył się w seminarium duchownym, a następnie w Akademii Duchownej w Petersburgu. Święcenia kapłańskie uzyskał w 1893 roku. Był zastępcą proboszcza, a potem proboszczem w kościele św. Katarzyny w Petersburgu. Dzięki jego działalności polskie gimnazja, męskie i żeńskie przy jego parafii osiągnęły bardzo dobry poziom nauczania. Zajmował się organizowanie oświaty dla najbiedniejszych. Brał udział w pracach Towarzystwa „Sokół Polski”. Był członkiem Ligi Narodowej. W 1917 roku kierował pracami Polskiego Komitetu Obywatelskiego, udzielającego pomocy Polakom przebywającym na terenie Rosji. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości pozostał w ZSSR i przyjął obywatelstwo sowieckie, dla zapewnienia opieki religijnej ludności polskiej. Od sierpnia 1922 roku był profesorem w ukrytym seminarium duchownym w Petersburgu. W marcu 1923 roku prałat Budkiewicz i 12 innych księży zostało wezwanych do Moskwy, gdzie wytoczono im proces przed Najwyższym Trybunałem Rewolucyjnym: o propagandę antyradziecka, przeciwstawianie się oddzieleniu Kościoła od państwa oraz konfiskacie dóbr kościelnych i przechowywanie w kościołach zwłok zmarłych. Arcybiskup Cieplak i prałat Budkiewicz zostali skazani na śmierć przez rozstrzelanie. Cieplakowi złagodzono wyrok na 10 lat więzienia. Prałat Budkiewicz został zabity strzałem w tył głowy 31 marca 1923 roku w moskiewskim więzieniu na Łubiance. Zwłoki zostały prawdopodobnie spalone.

XII
Szedł sługa Boży, ksiądz Konstanty
Budkiewicz i – już blisko niebieskich bram –
nagle mu się zdało,
że jest nie całkiem sam;
więc przerwał różaniec pacierzy,
patrzy – ktoś obok bieży,
dusza mała, starcza, osobliwa,
smutna wielce, widać,
choć chustą oczy zakrywa.
Krzyżyk ma na sukni
wyszarzanej, zrudziałej,
i zapłakała, ale tak smutno
– aż stanął zdumiały.

I mówi dusza żałośliwa w te słowa:
“Jam jest biedna matka,
stara Uljanowa

mam jednego syna
Wołodję Lenina.
Och biedne moje stare kości!…
… Dobre dziecko było od małości.
Straszni mi bez niego tęskno
I do nieba niesporo;
chcieli mię tam wziąć, alem się skryła,
i moż mnie stąd nie zabiorą:
zawsze tu jakby bliżej do niego;
niż z nieba, co go straże anielskie strzegą.
Ale mię za to skarano ślepotą,
i oto
nie widzę oczyma temi
jak inne dusze – ziemi!
Powiedz że mi tedy, dobry człowieku,
pielgrzymie litościwy,
czy mój Wołodja jeszcze po ziemi chodzi żywy?”

“O matko biedna,
o stara Uljanowo-Pani
śpieszno mi tam odejść,
gdzie królują wybrani.”

“O, powiedz mi przynajmniej,
niż staniesz w bramie gwiazdami zasnutej,
czy mój Wołodja syty,
odziany i obuty?”

“O matko biedna,
o biedna matko droga,
śpieszno mi bardzo
dojść do tronu Boga.”

“Więc mi tylko powiedz,
bo mój wzrok się w noc zanurza;
czyś widział przy nim blisko
jego Anioła Stróża?”

“O stara Uljanowo,
o Pani nieszczęśliwa,
muszę już Was porzucić
bo Chrystus mie przyzywa.”

“O dobry mój człowieku,
boję się pytać dalej!
Wielu tu przechodziło,
nic mi nie powiadali…”

“O matko najbiedniejsza,
mija moja godzina,
będę prosił u Chrystusa
o miłosierdzie dla twojego syna.

Będę na klęczkach prosił,
aż kolana rozranię,
aby miał nad Leninem
corychlej zmiłowanie.”

Reblog: Babka

Karol Maliszewski na Facebooku. Namówiłam go, żeby, podobnie jak poprzedni swój tekst, który TU publikowałam, udostępnił i to opowiadanie “w celu udostępnienia”.

Babka

Stara Liskowa przemyka się za oszronioną siatką. Jeszcze szaro za oknem, a ona biegnie za głosem serca. Cała dzielnica ma ubaw po pachy. Co tam za wiersz znowu napisała? „O, wonna stuło mego serca; widziałam Cię wczoraj, wsiadałeś do merca”. Chce być pierwsza pod kościołem. Dobrze wie, kto odprawia poranną mszę. Chce widzieć smukłe, opalone dłonie, wznoszące do góry biały krążek. Chciałaby pić z jego kielicha. Nosić za nim te wszystkie święte rzeczy. Gotować mu zupę na plebani albo gdziekolwiek. Już nie widzi świata poza tą drobną, szczupłą postacią. Nie widzi kościoła i złośliwych uśmieszków. Nie widzi Boga, jeśliby zasłaniał to, co najważniejsze.
Eugeniusza widzi po raz ostatni. Gdyby wiedziała, kazałyby fotografowi Pliszce zrobić zdjęcie. A potem powiększyć. Powiesiłaby sobie nad łóżkiem. Modliłaby się do niego rano i wieczorem. A jak trzeba, to i w środku dnia. Żeby tylko jakoś przetrzymać ostatni odcinek serialu, w jaki ją wepchnięto. I oznaczono etykietką „zwariowana staruszka”. Nikt nie rodzi się kimś takim. Nie dali mi szans, myśli. On nie dał. Kawał gnoja z tego zięcia. Drzwi zamyka na klucz, wrzeszczy z drugiej strony. Nie wie, w jakim języku. I ze swojego wielu słów już nie pamięta. Co ją zresztą obchodzi jakiś wściekły syk. Zakrywa uszy rękami. Wraca do przerwanej melodii. Widzi dym nad łąką, opadającą mgłę. Wokół lśnią witraże, czerwony połysk słońca. Gdzie ona właściwie jest? Organy grają coraz skoczniej. Eugeniusz zrzuca ciężką od rosy pelerynę. Prosi ją do tańca. Uwalnia spod czepca warkocze. Tak, miała je kiedyś. Złote, lśniące.
Już nam babka więcej wstydu nie przyniesie, słyszy. Tak jakby odetkały się uszy po długim zjeździe z przełęczy. Po śmierci męża kupiła sobie rower. Najbardziej lubiła wyprowadzać go daleko w pola, a potem zjeżdżać z przełęczy bez pedałowania. Różnica ciśnienia powodowała, że głuchła na chwilę. Potem coś strzyknęło w jednym albo drugim uchu i znów słyszała wyraźnie, bez szumu. Skoro babka nie umie nad sobą zapanować, to my zapanujemy nad babką. Amen, dodała w myślach. Bo jak to jest z modlitwą? Czy amen urywa ją na zawsze, kończąc natchnioną chwilę? Nie ma ciągłości między momentami? Czy te modlitwy nie łączą się czasem, nie zbierają w jeden wielki błagalny nurt? Eee, czemu błagalny… Nieraz tylko omawiała swoje sprawy, konsultowała, radziła się, o nic nie prosząc. Tak ją wychowano, że z trudem o coś prosiła. Nawet Boga. Ale teraz skłonna była prosić. Wykrztusiłaby chętnie jedną maleńką prośbę. Niech tego buca szlag trafi. Niech wyjedzie za granicę do pracy. A klucz odda córce. Już ona się z nią dogada. A ta zwróci jej wolność. Prawo do miłości.

Hanys z Pomorza

Roman Brodowski

 Dlaczego Hanys z Pomorza?

Gdy po ukończeniu szkoły podstawowej podjąłem decyzję nauki w szkole górniczej, nie myślałem o tym, że na Śląsku spędzę wiele wspaniałych lat mojego życia. To że chciałem uczyć się zawodu górnika, bądź co bądź nieco egzotycznego dla pomorzanina, spowodował fakt, iż szkoła znajdowała się bardzo daleko od domu rodzinnego, posiadała internat, a do tego była to, jak mi się wydawało, szkoła dla wybranych. Poza tym podobał mi się ten zawód. Wiele się o nim w tamtych czasach mówiło. Dla naszego pomorskiego społeczeństwa ludzie pracujący pod ziemią, wydobywający węgiel, kojarzeni byli z siłą i odwagą – jednym słowem, byli twardzielami. A ja, najsłabszy i najmniejszy w klasie, często wyśmiewany z powodu cherlawego wyglądu, chciałem być takim prawdziwym twardzielem.

– Co mi tam – myślałem. Ukończę zawodówkę, potem technikum i wrócę do domu. Przecież i na Pomorzu górnicy mogą się przydać, a do tego zarobki w tym zawodzie są o wiele wyższe niż gdzie indziej.

Rzeczywistość jednak okazała się inna niż moje zamierzenia. Po przyjeździe do szkoły górniczej prawie natychmiast poczułem się jak w domu. Większość kolegów, podobnie jak, ja nie pochodziło ze Śląska, lecz z terenu całej Polski. Mietek na przykład przyjechał z okolic Białegostoku, a Adam z Młynar koło Elbląga. Mieszkaliśmy razem w trzyosobowym pokoju.

Miejscowi nazywali nas prześmiewczo „gorolami” (proszę nie mylić z góralami), my zaś mówiliśmy o nich, że są „ hanysami” czyli z niemiecka – Hansami.

To prawda, w tamtych czasach różnice między przybyszami a rodowitymi Ślązakami były dość znaczące. My, przyjezdni, zazwyczaj przywoziliśmy ze sobą naszą kulturę, tradycję oraz nasze „inne” pojęcie świata, co często doprowadzało do konfliktów. Ale też brak było tolerancji.

Pierwsze tygodnie nauki odbywały się w atmosferze wzajemnego poznawania, zawiązywania znajomości czy też przyjaźni. Gdyby nie to, że byliśmy jedyną klasą, do której nie uczęszczała ani jedna, powtarzam, ani jedna dziewczyna, bylibyśmy najbardziej reprezentatywną, i to pod każdym wzgędem, klasą w szkole. Niestety klasy o profilu mechaniczno – technologicznym przewidziane były tylko dla chłopców i wraz z klasami elektro-automatycznymi zaliczały się do tak zwanych klas elitarnych.

Nic więc dziwnego, że zazdrościliśmy innym, mieszanym, klasom przyjemności uczenia się z koleżankami.

Doskonale widać to było na przerwach lub imprezach szkolnych. Gdy któryś z nas, zwłaszcza nie Ślązak, próbował skontaktować się z jakąś ładną śląską koleżanką, natychmiast znajdował się przy niej tak zwany „anioł stróż”, który zazwyczaj skutecznie uniemożliwiał jakąkolwiek przyjemność. A przecież mieliśmy już po szesnaście lat i nic dziwnego w tym nie było, że lgnęliśmy do towarzystwa dziewcząt. One zaś, w okresie dojrzewania, nie były już dla nas głupimi gąskami, nadającymi się do targania za włosy, poklepywania czy też wykorzystywania jako pomoc naukową do odrabiania lekcji. Z wiekiem ich wartość w naszych oczach wzrastała, i to w zastraszającym tempie. Zaczęły być obiektem westchnień, zauroczeń, czy też nie całkiem jeszcze pojętych przez nas pragnień. Tak, to prawda – w naszym gronie przyszłych mechanizatorów górnictwa, czuliśmy się jak w klasztorze, jak duchowni obarczeni balastem celibatu.

Pod koniec października pojawił się w naszej szkole jakiś tajemniczy facet. Chodził od klasy do klasy i w obecności nauczycieli obserwował uczniów, zadając niektórym pytania.

Do naszej klasy wszedł podczas lekcji języka polskiego. Powoli podszedł do nauczycielki, długo z nią o czymś rozmawiał. Sprawiali wrażenie, jakby się bardzo dobrze znali.
My zaś, przekonani, że mamy do czynienia z pracownikiem kuratorium oświaty, czekaliśmy w napięciu na dalszy rozwój sytuacji.
Nagle oboje zwrócili się w naszą stronę, a pani wskazując palcem wywołała kilku z nas po imieniu. Na pierwszy ogień poszedł Mietek, następnie Gerard, Andrzej, a na końcu ja.
– To że Mietek został wybrany, to i słusznie, bo miał najlepsze wyniki w nauce, a poza tym wyróżniał się spokojem i inteligencją – pomyślałem sobie wówczas.            – Gerard też potrafił więcej od innych. Jak na Ślązaka, był wyjątkowo łagodny i koleżeński. Andrzej należał do klasowej elity. Ale ja? Dlaczego ja? Przecież w niczym się nie wyróżniałem. Niczego, ani złego, a tym bardziej dobrego, nie można było o mnie powiedzieć.
Mężczyzna podszedł do mnie i zapytał, czy potrafię dobrze czytać. Zaśmiałem się.         – Czy potrafię czytać? – powtórzyłem z niedowierzaniem pytanie. – Pan chyba ze mnie żartuje, proszę pana – odpowiedziałem z lekką drwiną. – W dziewiątej klasie chyba każdy normalny człowiek potrafi czytać i pisać.
– Twardy jesteś chłopcze i widać że masz charakter, a to mi się w tobie podoba. Skoro więc twierdzisz, że potrafisz, to udowodnij mi i przeczytaj ten wiersz.
Podał mi otwartą książkę. Spojrzałem do środka i zacząłem pospiesznie, na głos, czytać. Najpierw tytuł, potem nazwisko autora, a następnie płynnie i szybko cały utwór. Pamiętam, że była to „Ciemność” Cypriana Kamila Norwida.
Przeczytałem i spojrzałem, w poczuciu dobrze wykonanego zadania, na kolegów, a następnie, oddając książkę właścicielowi, pewny siebie czekałem na werdykt.
– Muszę przyznać, że sprawnie ci to poszło. Bez zająknięcia, jednym tchem i szybko. Super. Nie wiem, czy rozumiałeś treść tego, co przeczytałeś – uśmiechnął się nieco szyderczo. Jeżeli tak, to wytłumacz nam proszę, co autor chciał przekazać swoim czytelnikom słowami tego dzieła?
W klasie zapanowała cisza. Nie wiedziałem c o powiedzieć. Rzeczywiście, z jednej strony przeczytałem tekst, z drugiej zaś nie potrafiłem wytłumaczyć jego sensu.
– To normalne, przyjacielu, że nie wiesz o czym Norwid myślał, pisząc swoje dzieło.     Ja też bym tego nie wiedział, gdybym nie przeczytał powoli, z zastosowaniem tak zwanej analizy myślowej tekstu – przerwał tę ciszę, wybawiając mnie niejako z opresji mój rozmówca.
– A swoją drogą, masz dobrą dykcję i potrafisz w nieudawany sposób wyrażać nie swoje emocje, czyli masz talent i wszelkie predyspozycje, by zostać dobrym aktorem – dodał na zakończenie i, poklepawszy mnie po plecach, odszedł. Pozostał w klasie jeszcze przez jakiś czas, rozmawiając krótko z Mietkiem, Gerardem i Andrzejem, a ja, siedząc w ławce, przez cały ten czas próbowałem zrozumieć, co usłyszałem. Pochłonięty myślami, nawet nie zauważyłem, kiedy po rozmowie z nauczycielką pożegnał się i wyszedł. Dopiero, gdy polonistka, która była jednocześnie opiekunką naszej klasy, zwóciła się do mnie po imieniu – zareagowałem.

– Jutro ty i Gerard zgłosicie się o dziewiątej w Wojewódzkim Domu Kultury, w Katowicach. Zostaliście wytypowani do reprezentowania naszej szkoły podczas tegorocznego święta „Barbórki” i przez najbliższe pięć tygodni, zawsze we wtorek i piątek będziecie uczestniczyli w próbach zespołu międzyszkolnego. Reszty dowiecie się na miejscu – powiedziała. – Pan, który przed chwilą nas opuścił, jest reżyserem, odpowiedzialnym za przygotowanie programu artystycznego. Poszukiwał utalentowanych uczniów we wszystkich szkółach górniczych naszego zjednoczenia – dodała.

Tak więc Gerard jak i ja zostaliśmy wybrani. Szkoda tylko, że Mietek odpadł. Zmartwiło mnie to trochę, byliśmy już niemalże przyjaciółmi.

Następnego dnia wczesnym rankiem, zwolnieni z zajęć, wyruszyliśmy z Gerardem i pięcioma innymi kolegami z naszej szkoły do domu kultury w Katowicach. Kiedy przybyliśmy, w gmachu czekało już około stu pięćdziesięciu uczniów z innych szkół. Punktualnie o dziewiątej wyszedł do nas w asyście dwóch młodych dziewczyn, poznany już wczoraj reżyser.

Powitał nas, przedstawił siebie i obie panie, opisał szczegółowo nasze zadania. Było nas 180 osób z dwunastu szkół i mieliśmy stworzyć zespolony chór, którego zadaniem było przygotowanie i wykonanie trzech śląskich pieśni podczas centralnej akademii z okazji „Barbórki”. Otrzymaliśmy teksty piosenek i asystentki „kapelmajstra” (tak nazwaliśmy szefa) ustawiły nas w sześć rzędów. Mnie oczywiście, jako że należałem do najniższych, postawiono w pierwszym rzędzie, niemalże pośrodku. Reżyser podszedł do jakiegoś chłopaka o kędzierzawych, jasnych włosach, następnie do mnie i, wyciągając nas z rzędów, powiedział: – Dla was panowie mam szczególne zadanie. Nauczycie się na pamięć wierszy i będziecie je recytować między pieśniami. Zajmę się wami osobiście. Pierwsza próba trwała cztery godziny, chór śpiewał, a właściwie wył niby stado zgłodniałych baranów, a my w maleńkim pomieszczeniu socjalnym poznawaliśmy otrzymane wiersze.

Karol, chłopak z Szombierek, dostał trzystonicowy monolog Gustawa Morcinka, ja zaś ośmiozwrotkowy wiersz jakiegoś nieznanego poety z Zabrza.
Po próbie, zmęczony, z tekstem w kieszeni wróciłem wieczorem do internatu.
– Ciesz się bracie, że ciebie nie dostali – powiedziałem do Mietka na powitanie. – Ciesz się – powtórzyłem, rzucając zmiętą kartkę z tekstem do wyuczenia, na stół.

Mijały tygodnie, czas do barbórkowego święta przybliżał się nieubłagalnie, a my zachowywaliśmy się coraz bardziej profesjonalnie. Chór dawno przestał wyć, a zaczął śpiewać tak, że aż miło było posłuchać. Ja także mój wiersz dawno już opanowałem i to do do tego stopnia, że mógłbym go recytować w każdej formie, a to w wersji dramatycznej, a to jak satyrę , a to znowu jak utwór liryczny. I mimo że powtarzałem go go setki razy, reżyser zawsze znalazł coś, co mógłbym lepiej powiedzieć.

W końcu nadszedł ten dzień. W chłodną, słoneczną sobotę, ubrany w galowy strój z czakiem na głowie, maszerowałem przez miasto. Po drodze spotykałem dziesiątki osób odświętnie odzianych
w stroje ludowe lub mundury górnicze.
Wszyscy spieszyli w tym samym kierunku,
do „Spodka”.

Kiedy przybyłem na miejsce, okazało się, że jestem tym ostatnim, na którego czekano.
– No, nareszcie! – usłyszałem zza pleców zdenerwowany głos Karola.
– Gdzie ty się podziewałeś? – zapytał. – Kapelmistrz od zmysłów odchodzi, wydzwaniając za tobą do szkoły.
– Jak to – zdziwiłem się. – Przecież umawialiśmy się na trzecią, a teraz jest dopiero za dwadzieścia – dodałem – spoglądając na zegarek.
-Jakie za dwadzieścia. Dwadzieścia po trzeciej, a nie za dwadzieścia! – wyjaśnił.
Spojrzałem jeszcze raz na cyferblat, następnie przyłożyłem zegarek do ucha. Nie tykał.
– No tak, masz… – nie dokończyłem.
Niespodziewanie, obok mnie pojawił się, jakby spod ziemi wyrósł, Pan Reżyser. Popatrzył, kazał się okręcić, poprawił pióra na głowie i z nieudawanym zadowoleniem, pozytywnie skomentował mój wygląd.

– Przepraszam… – chciałem wyjaśnić spóźnienie. – Nie trzeba. Ważne, że jesteś – przerwał mi, jakby znając moje intencje. Nagle usłyszeliśmy donośny głos organizatora akademii. – Za pięć minut Chór wchodzi na scenę – poinformował – proszę się przygotować.

Dopiero teraz można było zauważyć nasze zdenerwowanie, tremę, strach. Każdy z nas starał się wygłuszyć narastające napięcie, jak tylko potrafił. Jedni bezwiednie poprawiali włosy, inni manipulowali przy guzikach, a jeszcze inni wykonywali jakieś nieskoordynowane ruchy rękoma. Nie mniej od nas przeżywali to, co ma się za chwilę wydarzyć, opiekunowie naszej grupy. Od tego, jak my zaprezentujemy się na scenie, zależało ich „być, albo nie być”

– Wchodzimy – usłyszeliśmy sygnał. Powoli przez odsłoniętą szpaltę zwisającej kurtyny, przesuwalśmy się na wyznaczone wcześniej miejsce na scenie. Scena była ogromna i pomieściłaby nie jeden, a trzy takie chóry jak nasz. Staliśmy na niej podczas prób, nie była więc nam obca. Tym razem jednak wyglądała inaczej.

Oślepiające światła reflektorów, przygotowana w nocy scenografia, a przede wszystkim wypełniona pięcioma tysiącami widzów widownia wywarła na nas wrażenie, że trudnobyłoby to opisać. Na szczęście, o czym dowiedzieliśmy kilka minut przed wystąpieniem, wraz z członkami naszego chóru wystąpić ma około dwudziestu członków zespołu pieśni i tańca, „Śląsk”, wtopionych w naszą grupę. Dzięki temu poczuliśmy śmielej i pewniej.

Zaczęło się. Na początek zaśpiewaliśmy znaną piosenkę „Walczyk górniczy”. Poszło nam całkiem nieźle. Potem wyszedł Karol i powiedział , z prawdziwie aktorskim zacięciem, przygotowywany tak długo monolog , zaśpiewaliśmy jeszcze dwie śląskie pieśni. Przy pomocy zawodowych śpiewaków wykonaliśmy je prawie-że profesjonalnie. W końcu przyszła kolej na mnie.
Wyszedłem z rzędu na trzy kroki do przodu, spojrzałem na publiczność i…
Nie potrafiłem wykrztusić ani jednego słowa. Nogi miałem jak z waty i zapomniałem wszystko, co miałem powiedzieć. Po prostu – zjadła mnie trema .

Na widowni zapanowała cisza, którą co jakiś czas przerywał błagalny szept stojącego z boku reżysera. – Mów coś, nie bój, jestem przy tobie, mów! – powtarzał. Powiedziałem. Nie wiem jak to się stało, ale powiedziałem. Zacząłem spokojnie, bez nerwów szukać w myślach treści wiersza. – Najważniejsze to mówić logicznie, na temat, z właściwie dobranym rymem. – podpowiadało mi moje wnętrze, moje drugie ja.
Nie wiem jak długo mówiłem i co mówiłem. Byłem jak w transie. Dopiero kiedy skończyłem, zrozumiałem, co się stało. Publiczność biła brawo, a ja stałem, nie mogąc się ruszyć. Dopiero, kiedy zeszliśmy ze sceny, emocje opadły.

Kiedy podszedł do mnie ten, który przez kilka tygodni walczył o to, aby nauczyć mnie prawdziwej recytacji, nie potrafiłem spojrzeć mu w oczy, Czułem, że go zawiodłem. A On powiedział tylko: „Geniusz, prawdziwy talent, chciałbym mieć takiego syna”. Z tym geniuszem to oczywiście przesadził, a to że porównał mnie do syna? –
Z tego co wiedziałem, to po utracie żony w czasie wojny, pozostał sam.
***
– Dlaczego Hanys z Pomorza? – no właśnie. Kiedy schodziłem ze sceny, to głośno dziękowałem św. Barbarze za opiekę, słowami „Gryfna Panienko, kej by nie Ty, to bych nie szafnoł. Dziękuja Ci, ześ mnie obekła w siły”. Idący obok mnie Gerald, kiedy usłyszał te słowa – wykrzyknął „ To jest nosz, Hanys…, z Pomorza!”

I tak przez kolejne trzy lata szkoły nazywano mnie Hanysem z Pomorza.

Droga do Santiago de Compostela. El Acebo

Ewa Maria Slaska

Środa, 27 września 2007 roku

Pełnia księżyca. Dobry czas, żeby się wspinać na najwyższą górę na trasie. Wstaję o świcie. Bar zamknięty, nie ma automatów z kawą, automat z papierosami nie wydaje papierosów. Bez śniadania i picia, po ostatnim papierosie, wychodzę w kompletną  ciemność. Jest za 10 siódma. Ogromne gwiazdy i pełnia księżyca prosto w twarz. Idę przed siebie, nie widać żadnych strzałek ani drogowskazów, mam więc tylko nadzieję, że idę tak jak trzeba – prosto w wielki, niesamowity księżyc. Po godzinie księżyc zachodzi za górę Rabanal, to tam muszę wejść. Trochę mi nijako tak samej, po ciemku, tylko z księżycem, ale Mamie by się podobało. Choć nie wiem, czy poszłaby tak sama w ciemność pełną księżyca.

Romance de la luna, luna

La luna vino a la fragua
con su polizón de nardos.
El niño la mira mira
El niño la está mirando.

Księżyc jest jeszcze wysoko, jest więc srebrny i zimny, ale gdy zaczyna zachodzić, zmienia kolor, staje się ciemnożółty i ogromny jak patelnia do smażenia paelli dla całej wioski. Z tyłu za mną, powoli, szaro i żółto wschodzi słońce. Jest zimno, im wyżej, tym zimniej. Gdy już wzejdzie słońce, widzę szron na wrzosach i szałwi. Dochodzę do wioski, ale nie ma tu niestety ani paelli, ani nawet kawy. Wioska śpi. Do następnej wsi sześć kilometrów. Zjadam kilka rodzynek i ssę cukierka. Zimno i wciąż do góry, ale jakoś tak przyjemnie. Wioska Rabanal i wreszcie bar, kawa, woda, magdalenka, papieros. Zaraz za wioską znajduję piękne duże kamienie i postanawiam je zabrać na górę. Dla Jacka. Dopiero jak dojdę na górę i zobaczę usypaną tam górę kamieni, uświadomię sobie, że nie pamiętając w ogóle, że Rabanal to owa góra z krzyżem i kamieniami, podporządkowałam się jednak woli samej góry, albo zbiorowym myślom setek i tysięcy pielgrzymów, znacznie lepiej przygotowanych do tej pielgrzymki niż ja, i zabrałam na najtrudniejszy kawałek Camino ciężar swoich grzechów. Ciążą mi okropnie… Idę, niosąc ciężar myśli i kamieni. Nagle przestało być piesko zimno i robi się wściekle gorąco. Ostatnia wioska, tuż pod szczytem, niemal całkowicie zrujnowana, ale wiem, że jest tu albergue, gdzie można się przespać za darmo, jeśli się popracuje. Ciekawe, jaka to praca, ale nie sprawdzę, nie będę tu spać, ani nawet pić kawy. Po wiosce wałęsają się psy, a ja nic, idę, równym krokiem średniowiecznego pielgrzyma, niosąc kamienie-grzechy, w upał, i czuję, jak mi się robi taki średniowieczny wzrok jak z Breughla, skierowany w siebie, obojętny na świat i na to, co na zewnątrz. Widzę drzewo jarzębiny, całe czerwone.

Wciąż jeszcze strasznie daleko do szczytu, jeszcze trzeba iść i iść, znowu mijając jakieś psy i krowy, a ja nic, idę, mijam… Wreszcie dochodzę. Kamienie, które przedtem ważyły co najwyżej trzy kilo, teraz ważą z dziesięć. Dopiero, gdy stanę na szczycie, u stóp usypiska kamieni, rozpoznaję to miejsce. Każdy je zna, kto choć raz obejrzał jakąś relację z Camino. Cruz de Ferro. Słynny krzyż, gdzie wszyscy pielgrzymi zostawiają kamienie. Podobno  to stara iberyjska czy galijska magia, a pielgrzymi średniowieczni tylko ją przejęli.

Odpoczywam i zaczynam schodzić. Jest mi lekko, jakby mi ze sto kilo z pleców zdjęto. Dobra droga, magiczna. Może ulży mi w moich przewinach. (Gdy to piszę, wiem, że ulżyła, ale tylko mnie, nie zmniejszyła jednak ciężaru mojej winy u tego, wobec kogo zawiniłam. Niestety.) Wiję wianki i układam kamienie w intencji moich bliskich, i tak mnie pochłaniają owe magiczne zajęcia, że nawet nie zauważam, że jest już z powrotem ciężko, potwornie stromo, niebezpiecznie. Dochodzę do Manjarin. Właściwie chciałam się tu zatrzymać. Waldemar tyle opowiadał o tym miejscu, o Thomasie, współczesnym templariuszu, który w ruinach średniowiecznego zamku założył komturię. Mieszka tu bez prądu i innych udogodnień cywilizacyjnych. Ma symbolizować to, co zawsze było dobre na drodze – bezinteresowność opieki nad pielgrzymami. Po to kiedyś powołano templariuszy do Hiszpanii – żeby strzegli Drogi. Ale Thomas strzeże jej dla siebie, a nie dla nas. Piję wstrętną zimną przestałą kawę i oczywiście zamierzam za nią zapłacić, choć wstrętna, ale nie jest mi dane dokonać tego dobrowolnie, bo asystent Thomasa sokolim wzrokiem pilnuje, czy aby uiściłam ów dobrowolny datek. Przysiadam na ławeczce w cieniu jakiegoś krzaka, głaszczę kota i już wiem, że tu nie zostanę, pójdę dalej. Ale dzięki kotu mam okazję obejrzeć widowisko. Na drogę do schroniska podjeżdża autobus, wysypuje się pół setki zmotoryzowanych pielgrzymów z muszlami, wszyscy lecą siusiu do sławojki, potem robią sobie zdjącie z Thomasem, a potem wrzucają pieniądze do puszki. Ciekawe, czemu mi to przeszkadza? W końcu każdy musi z czegoś żyć. Ale mimo to wiem, że to co widziałam, jest odrażające.

Bezskutecznie próbuję wypełnić misję, którą poruczył mi Waldek. Mam pozdrowić Thomasa od niego. Thomas jednak niczego nie kojarzy, nie pamięta, nic go moja opowiastka nie obchodzi. Biedny Waldek, a tak był zachwycony tym miejscem i tym człowiekiem. Uważał go za swojego najważniejszego przyjaciela na Camino.

Idę dalej, do następnej wioski, El Acebo, co znaczy ostrokrzew, jeszcze siedem kilometrów. Trudno, coraz trudniej, ale za to widok wynagradza wszystkie trudy. Schodzi się z góry do wsi pełnej domów pokrytych czarnymi dachami z łupka. Bajkowy widok. Tu mieszkał wujek Marie z Dziadka do orzechów, jestem pewna.

Super schronisko, super atmosfera, dostaję nowe japonki, jest wspólna kolacja z nadzwyczaj “mięsistą” zupą, wspólne śpiewanie pieśni o Camino, którą kazano mi przełożyć na polski (bo nikt tego jeszcze nie zrobił), a wieczorem podczas spaceru rozmowa ze staruszkami, którzy przysiedli na przyzbie i zaśmiewają się do łez, bo po południu przeszli przez wioskę Szkoci w kraciastych kiltach, ciągnący gitarę na kółkach. Pelo verde, pelo rojo, zaśmiewają się staruszki i staruszkowie. Jasne, obaj Szkoci mają przecież kolorowe irokezy, jeden czerwonego, drugi zielonego.

Azyl dla Nyksa

Tomasz Fetzki

reportaż poetyzujący

Był taki czas, początek lat dziewięćdziesiątych pamiętnego wieku dwudziestego, gdy Viator na szlaku swych wędrówek po literaturze zetknął się z twórczością Isaaca Bashevisa Singera. Nie był w tym szczególnie oryginalny, właśnie wtedy wydano w Polsce większość dzieł syna Batszeby (historię Jaszy Mazura znał wędrowiec, rzecz jasna, znacznie wcześniej; i też nie było to niczym wyjątkowym).

W roku 1992 ukazał się zbiór opowiadań Singera, zatytułowany Krótki Piątek. Czemu przytacza Viator tak dokładną datę? Bo uświadomił sobie, że ostatni raz sięgnął do wspomnianych tekstów właśnie wtedy, przeszło dwadzieścia dwa lata temu! A mimo to tkwią mu one w głowie do dziś. Zwłaszcza jeden z nich, który drzemał sobie snem płytkim i niespokojnym w pamięci wędrowca. Teraz, z okazji pracy nad słowami, które Czytelnik ma przed oczyma, obudził się i zmusił do powtórnej lektury.

Ostatni demon. Opowieść o żydowskim diable, który, wysłany przez Asmodeusza z Lublina, przybywa do miasteczka Tyszowce, by sprowadzić na manowce pokuszenia młodego, pobożnego rabina. Od tamtego dnia minęło już wiele lat: cała wieczność plus jedna środa. Demon trwa na posterunku, choć w Tyszowcach, po wielkiej katastrofie, nie ma już ani jednego Żyda, nie pukają już o świcie do przedsionka synagogi. Siedzi sobie nieszczęsne diablisko na poddaszu, rozpamiętuje przeszłość, tęskni i żywi się kurzem oraz literkami z jakiejś książeczki, którą znalazł na tym swoim stryszku. Książeczka jest błaha, właściwie nawet bluźniercza, ale napisana po żydowsku. Demon wysysa litery, to jest jego strawa. A kiedy już zniknie ostania litera, ostatniemu z diabłów przyjdzie czas umierać.

Dlaczego z mocą wrócił do Viatora ten, dawno przeczytany i ciągle gdzieś w podświadomości obecny, tekst?

Bo tu jest podobnie. Na obrzeżach Łużyc, zwłaszcza na prawym brzegu Nysy, już od dawna nie słychać serbołużyckiej mowy. Nikt nie kultywuje starych obrzędów, nie obchodzi pradawnych świąt. Tak jest na obrzeżach. A w centrum? Po serbołużycku rozmawia już mało kto. A przy tym rejwach i zamieszanie. Równiny łużyckie pocięte transeuropejskimi autostradami, zryte odkrywkami kopalni węgla brunatnego. Przez Spreewald, Park Mużakowski i Branitzer Park przewalają się tłumy turystów. Gdzież mają się podziać łużyckie demony, duszki i chochliki? Viator ma pewien pomysł…

SAMSUNG DIGITAL CAMERAOto wieża kościoła w Kunicach, jednej z dzielnic Żar. A w tle Wzniesienia Żarskie – morena polodowcowa, najwyższy punkt Województwa Lubuskiego, a przed wojną całej Brandenburgii – 226 m. n. p. m. U podnóża Wzniesień przebiega najstarsza na terenie Polski linia kolejowa, o której Viator już TUTAJ wspominał. Budując w tak pofałdowanym terenie, musieli inżynierowie wznieść liczne nasypy i wydrążyć rowy, aby tor biegł na równym poziomie. W trakcie tych prac odkryto złoża węgla brunatnego, gliny, piasków tudzież innego kruszywa. I tak, od połowy XIX wieku, przez kilkadziesiąt lat cała okolica żyła z kopalni węgla, cegielni, fabryk ceramicznych i hut szkła. Większość tych zakładów już dawno nie istnieje. Pozostały ruiny budynków, słupy kolejki linowej dostarczającej urobek do miasta oraz kilkadziesiąt stawów i jeziorek. Dawne wyrobiska zalane wodą. A wszędzie wokół znów rośnie las.

Duchy z łużyckich legend, bajek i baśni, czarty, rusałki i inne stworzenia! Przybywajcie i zamieszkajcie właśnie tutaj! Tu nikt was nie będzie niepokoił! Tu będziecie bezpieczne!

Kto odpowie na to wezwanie? Kto zaludnia (czy raczej zabaja) serbołużycką mitologię? Nie chciał Viator udawać swego czasu historyka wojskowości ani lingwisty. Teraz nie będzie pozował na etnografa. Nie oczekuj Czytelniku systematycznego wykładu zagadnienia. Poprzestańmy na takim stwierdzeniu: postacie z mitów, legend i bajek Serbowie Łużyccy mają zasadniczo wspólne z całą Słowiańszczyzną. Choć niektóre są w ich tradycji szczególnie obecne. Ot, choćby Wodnik, znany na Górnych Łużycach jako Wódny Muž, zaś na Dolnych jako Nyks. Nie może być inaczej w krainie Szprewy, Nysy i Spreewaldu.

SAMSUNG DIGITAL CAMERANyks, czyli Wódny Muž widziany oczyma artystów z ośrodka serbołużyckiego w Sljepo, opodal Weisswasser.

Wyrobisko-znowu-wyrobiskoJak sądzisz Czytelniku? Chyba w tych cichych, śródleśnych jeziorkach (dawnych wyrobiskach piasku i gliny) Nyks będzie się czuł dobrze?

Bagno znowu bagnoZ jeziorkami ręką ludzką uczynionymi sąsiaduje bagnisko. Całkowicie naturalnego pochodzenia. Kto zamieszka na tych bagnach?

SAMSUNG DIGITAL CAMERARzecz jasna Błudnički, czyli Błędne Ogniki. Często pojawiają się w łużyckich opowieściach. A ten facet z butelką? Viator zna kilku takich, którzy mogliby zostać uznani za jego pierwowzory, takich, co to w stanie bliskim lewitacji przemierzali las między Kunicami a Szczepanowem. Ale cicho, sza! Ochrona danych osobowych…

Gdzieś pomiędzy tymi stawami, jeziorkami i bagnami, w gęstych zaroślach, może znaleźć spokojną siedzibę liczna i różnorodna gadzina z mitów serbołużyckich: żmijowi królowie, jaszczury i smoki. Dobre i błogosławieństwo niosące smoki czyli Plony. Bo te złe, ogniem ziejące, to raczej wpływ bajek niemieckich.

Gad znowu gadCzy to w wizji Měrcina Nowaka – Njechorńskiego, czy też artystów sljepiańskich, baśniowe gady wyglądają strasznie, ale w gruncie rzeczy są dobroduszne i pomagają biednym ludziom. Oczywiście, o ile się je traktuje z należytym szacunkiem.

SAMSUNG DIGITAL CAMERAA jeśli szanowne smoki zechcą, mogą wziąć w posiadanie prawdziwe zamczysko – ruiny Wieży Bismarcka (ot, taki paradoks dziejów) na szczycie Wzgórz Żarskich. Bo niby czemu nie?

Zaś na śródleśnych polanach i na łąkach wokół lasów na pewno chętnie zamieszka Připołdnica, czyli, znana także wśród innych Słowian, Południca. No właśnie, czy rzeczywiście taka znana? Może kiedyś. Dziś o niej raczej zapomniano. Ale nie na Łużycach.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Serbołużyczanie wciąż darzą respektem tą Panią. Pojawiała się około południa na polach. Biada temu, kto się na nią natknął, a przy tym nie umiał odpowiedzieć na podchwytliwe pytania, które stawiała Připołdnica. Taki nieszczęśnik niechybnie tracił głowę, uciętą sierpem upiornego gościa. Ponoć w ten sposób tłumaczyli sobie prości ludzie przypadki śmierci od słonecznego udaru.

Duchy z łużyckich bajek! Gdzie wam będzie lepiej, niż tu. Zostańcie!

Tak prosi od dawna Viator. I chyba został wysłuchany. Kto inny, niż serbołużyckie Duszki, mógłby aż tak zaczarować widok, znany z pierwszego zdjęcia? No kto?

12 Pejzaz wieczorny

W górę rzeki (8)

Zbigniew Milewicz

Wileńskie kołduny

Jakiś czas temu napisałem już wstęp do tego pamiętnika, taki oto:

Gdzie leży Polska ? Propaganda komunistyczna nie pozostawiała cienia wątpliwości, że na wschód od Łaby. Obecna konsekwentnie powiada, że na zachód od Bugu, że bliżej nam do Rzymu, niż np. na Polesie, do Dubicz Cerkiewnych, gdzie co roku na Iwana, na Kupała świętuje się staropogański obyczaj wiosenno-letniego przesilenia. Stereotypy są złe, odzwyczajają od samodzielnego myślenia, wyłażą z nich różne oszołomy, rodzą nacjonalizm. Pochodzę z czysto kresowej rodziny, po mamie z kresów zachodnich, z Górnego Śląska, ojciec urodził się w Wilnie, na polskich kresach wschodnich. W śląskim gorku miejscowe krupnioki warzyły się razem z polskim barszczem i niemieckimi bokwurstami, w wileńskim tyglu litwskie kołduny pyrkały w rosole pani Ćwierciakiewiczowej, popijało się je ukraińskim kwasem chlebowym, albo białoruską wódką, a żydowska maca była wszędzie. Przepraszam za tę kulinarną przenośnię, ale tak to widzę. Pod koniec drugiej wojny światowej moi przyszli rodzice jakoś tak wpadli na siebie i głodni życia, połączyli obydwie kuchnie, z czego wyszedł niezły bigos…
Na początek jednak wileńskie kołduny, które obiecałem w poprzednim wpisie, choć u pani Antoniowej pojawiają się one na stole rzadko. Familia żyje biedniej niż Paluchowie z Chorzowa, ale mieszka w samym sercu miasta, przy ulicy Ostrobramskiej, pod nr 20, a później 23. Dziadek Antoni, ojciec mojego ojca, pracował jako woźny w urzędzie inżynieryjnym w Wilnie i ze skromnej pensji utrzymywał żonę i trójkę dzieci. Wcześnie zmarł, Edward miał zaledwie trzy lata. Aby wyżywić rodzinę, babcia Urszula zajęła się dorywczym praniem i sprzątaniem u sąsiadów. Widocznie nie mogli z tego wyżyć, skoro starsza siostra ojca, Maria, została oddana pod opiekę sióstr Urszulanek, do ochronki żyjącej z darów hr. Ożarowskiej. Arystokratka hojnie wspierała wileński klasztor, starała się o to, aby dzieci zdobyły dla siebie jakiś pożyteczny zawód na przyszłość, niektórym nadawała swoje nazwisko. Stąd w dokumentach cioci Marii pisało, że jest z domu Ożarowska.
To nazwisko pojawiło się już raz na tych stronach, we wpisie Babcia Urszula. Nosiła je mama mojego ojca, co zostało odnotowane w księdze zgonów kętrzyńskiego USC. Ponieważ to dzieci dziedziczą nazwiska po rodzicach, a nie odwrotnie, przypuszczam, że sprawczynią wyjątku w tej regule była ciocia Maria, bo tylko jej mogło zależeć na formalnym uproszczeniu rodzinnej historii. Kiedy zamknęła mamie oczy, dopełniła formalności w ratuszu , powiedziała, że zmarła nazywała się Ożarowska i urzędnik tak to zapisał, bo krótko po wojnie przyjmowano jeszcze w urzędach różne informacje na wiarę. Poza tym zmarłemu jest chyba obojętne, jak nazywa się po śmierci, a świętemu Piotrowi dokumenty są niepotrzebne. To jest jednak wyłącznie moja teoria. W dokumencie zawarcia związku małżeńskiego moich rodziców pisze się, że mama ojca była z domu Gorczycka, a dziadek nazywał się Milewicz, ale brak innych dowodów, które by to potwierdzały.

po mieczuMój ojciec, po ukończeniu szkoły powszechnej, poszedł do zakładu ślusarsko-mechanicznego niejakiego Michalskiego, aby nauczyć się rzemiosła. Ze względu na brak pracy w tej branży, latem 1931 r. przyjął się do zarządu dróg w Wilnie, jako kamieniarz. Układał nawierzchnię dróg w mieście i powiecie, wyrabiał kostkę brukową i tłuczeń granitowy, zimą spał z kolegami w przydrożnych szopach, latem wprost na trakcie.

brukowanie

XXX
Zdzich, mój starszy brat po mieczu, który dzieli się ze mną tymi informacjami, mówi, że do wybuchu II wojny światowej ojciec na pewno utrzymywał się z brukarstwa. Losy okupacyjne jego i rodziny są mniej przejrzyste, zawierają sporo luk.

Brat pokazuje mi pożółkły dokument ze swastyką i zdjęciem ojca, jest to tymczasowy paszport bezpaństwowca z Litwy, wystawiony 10 grudnia 1942 r. w Katowicach. Pod koniec czerwca 1941 r., po zbombardowaniu Wilna przez Luftwaffe, do miasta wkroczył Wehrmacht i przez trzy lata było ono niemieckie. Ojciec i jego starsza siostra zostali wywiezieni na przymusowe roboty w głąb Rzeszy. Ciocia Maria trafiła do fabryki celulozy w Mannheim, gdzie produkowano owiewki do samolotów, on gdzieś w okolice Essen. Ojca trudno było namówić na zwierzenia z wojennej przeszłości; raz powiedział rodzinie, że uciekł z robót, w czasie podróży z Essen do Katowic, dokąd jeździł na jakieś badania lekarskie, w związku z utratą zdrowia w fabryce. Mogło tak być, ale dziwne, że go później nikt nie szukał. Zastanawiam się, jak to się stało, że uciekł, a później dostał pracę u niemieckiego szewca na Śląsku, no i kiedy wystawiono mu ten paszport, przed czy po ucieczce?

Najmłodszą Stasię sowieci zesłali do Kazachstanu. Nie wiadomo, kiedy się to stało, podczas ich pierwszej okupacji Wilna, czy latem 1944 r., jak odbili miasto Niemcom. Jedni oprawcy warci byli drugich, w czasie wojny hitlerowcy wspólnie z litewskimi nacjonalistami zamordowali w podwileńskich Ponarach około 100 tysięcy polskich obywateli, zwłaszcza Żydów. Natomiast sowieckie prześladowania i deportacje objęły około 35 tysięcy mieszkańców Wileńszczyzny, głównie polskiego pochodzenia. Stasia trafiła do łagru w Jekybastuz (Ekibastus), gdzie swego czasu więziony był również Aleksander Sołżenicyn.

Stasia pokłóciła się o jakąś błahostkę z ulicznym przekupniem, a że język miała ostry, zadenuncjował ją w NKWD, pewnie na okoliczność ustrojowej nieprawomyślności, to wystarczyło. Niewiele o niej wiem, tyle zaledwie, że czuła się kobietą wyzwoloną, miała poglądy lewicowe, krewki charakter i jako najmłodsza z rodzeństwa była oczkiem w głowie rodziny.

Po wojnie ojcu udało się za pośrednictwem Międzynarodowego Czerwonego Krzyża odszukać Stasię, nawiązał z nią listowny kontakt i rozpoczął starania o jej repatriację do kraju, pisał w tej sprawie do władz w Moskwie. Urzędnicza machina, jak to ona, pracowała jednak opieszale. W latach 60 udało się ojcu uzyskać zezwolenie na rozmowę telefoniczną z siostrą. Mieszkał wtedy już na Goleniowskiej, w Szczecinie-Dąbiu. W domu nie miał telefonu, poszedł na pocztę i czekał, długo czekał. Wreszcie rozległ się dzwonek, roztrzęsiony z emocji o mało nie wyrwał w kabinie słuchawki z automatu. Obcy głos z centrali poinformował go tylko beznamiętnie, że połączenie nie może zostać zrealizowane. Później otrzymał urzędowy list, że jego siostra zamarzła w drodze do rozmównicy. Była w łagrze kaczigarą, palaczką.

Prababcia i inni

Ewa Maria Slaska o Eugenii Lublinerowej, Olesinie i stawach. Nowy Beniowski czyli opowieść dygresyjna.

Przyjechałam do Olesina w listopadowy, mglisty dzień, a listopad, wszyscy wiemy, nie jest miesiącem zachęcającym do wędrówek po polach i łąkach. Listopad, co właśnie znalazłam na Facebooku, to, zdaniem Tuwima, wrzód na dwunastnicy roku.

olesin-drogowskazTym niemniej muszę powiedzieć, że ten dzień w Olesinie zapisał mi się wspaniale w pamięci i chyba zaliczę go do tzw. highlight’ów roku 2014. Przyjechaliśmy we dwójkę z moim siostrzeńcem Adamem (Czytelnicy bloga znają Adama z interesujących wpisów, np. TU, i ciętych komentarzy). Przed dworcem czekał Artur Czyżewski, naczelny pisma on-line Kurier Skruda, a w samochodzie byli już też pan Jan Majszyk, kronikarz lokalnej historii, oraz Adam Kostyra, archeolog awiacji, który w naszym spotkaniu pełnił przede wszystkim funkcję dokumentalisty. Potem doszlusował do nas “pan Andrzej”, o którym wiem niewiele, żeby nie powiedzieć – nic, ale z tego nic wynika, że to barwna i ciekawa postać, na pewno zasługująca na odrębne rozmowy i pióro Andrzeja Stojowskiego.

pieciupanowAdam S., Adam K., Artur, pan Majszyk, pan Andrzej

Pan Andrzej opowiedział nam (Adamowi i mnie) na przykład, że w ramach akcji crowfundingowej zasponsorował wyjazd jakiegoś polskiego globtrottera na Syberię, a potem umówił się z nim na kawę w Irkucku i bez większych przygotowań ruszył, bodajże starą toyotą, na trasę i dotarł do Irkucka, gdzie globtrotter wcale się z nim nie spotkał, bo… nie wierzył w sepulki. (To była zagadka, z nagrodą, rozwiązana przez Marię. Co to są sepulki i skąd je znamy? – z Lema! I nikt nie wie, co to jest.) Oczywiście pan Andrzej jechał po utartych szlakach, a globtrotter zaplanował sobie przygodę życia, ale ruszyć na Syberię prawie z marszu, no… też bym chciała, ale oczywiście nie mogę, bo nie mam prawa jazdy i nie jeżdżę na rowerze. Musiałabym na piechotę, ale czy ja wiem – 20 tysięcy kilometrów na piechotę? Dersu Uzała. No tak, to marginalia, ale ta Syberia, która wcześniej budziła we mnie niepokój i niechęć, od czasu lektury Lodu Dukaja stała się skrytą tęsknotą. Marzy mi się, że pojechałabym do pracy np. do Omska.

Na razie jednak jesteśmy w Olesinie, gdzie pan Majszyk i ja powoli dopracowujemy się jakiegoś consensusu w sprawie majątku Pradziadka i szkoły Prababci. Gdy już mniej więcej wiemy, gdzie i kiedy funkcjonowała Sylwana, przypominam sobie nagle: stawy! Nikt z nas nigdy nie widział Sylwany, ale Ciocia twierdzi, że w majątku były stawy. Liczba mnoga czyli minimum dwa. Pytam więc, gdzie są stawy? Albo gdzie mogły być stawy? Rozpoczynają się debaty, konsultacje z mapą, rozmowa z dozorcą zakładów chemicznych Chema. W końcu wszyscy zdecydowanie pokazują palcem: tam! Tam były stawy! Dojść się nie da, objeżdżamy autem na około. Wychodzimy. Płaskie przestrzenie zarośnięte trawą, podwyższone groble, kanał, studnia. Jestem zachwycona, są stawy to znaczy, że jesteśmy w Sylwanie.

olesin-domniemane-stawyGdy już wrócę do domu, dostanę od Artura Czyżewskiego mapkę z komentarzem:
“Z tymi stawami to daliśmy ciała. Kiepscy z nas detektywi 🙂 . Przeanalizowałem google maps i oto wynik śledztwa.”

olesin-stawyPodoba mi się. Tu stawy, tam stawy, najważniejsze, że były stawy. Ciocia, która jest młodszą kuzynką Mamy, nigdy nie była w Olesinie, ale Mama tam jeździła na wakacje. Oddawano ją tam pod opiekę psa Halo czyli Halusia, któremu ktoś z dorosłych tłumaczył, że ma iść z dzieckiem na spacer, pilnować, żeby nie weszło do wody (czyli do owych rzeczonych stawów), a o drugiej oboje, dziewczynka i pies, mają wrócić na obiad.

haloHalo, a w tle – Sylwana, przynajmniej tak myślę. Oczywiście tak naprawdę w tle widać tylko jakieś podwórkowe badziewie, ale jest ono podwórkowym śmieciem z Sylwany.