Czego nam brakuje?

Krystyna Koziewicz

Widzia(l)ni od święta     

“Żadna ludzka istota nie może przeżyć bez ludzkiej wspólnoty.”
Dalaj Lama

Grudzień jest najbardziej świątecznym miesiącem w kalendarzu – rozpoczyna się nieustające święto zakupów: na Mikołaja, „na gwiazdkę”, „pod choinkę”, na Sylwestra, a potem Nowy Rok. Dawać to nie znaczy tracić, a zwyczaj wzajemnego obdarowywania się, to chwila spełniania najskrytszych marzeń… A marzenia ludzie mają przeróżne… Na przykład wnuczka Asia w wieku 8 lat napisała w liście do „Gwiazdki”, że chce, by „babcia wyzdrowiała po ciężkiej chorobie raka…” Kolega Asi powiedział mamie, by „Mikołaj” wszystkie prezenty zaniósł do rodziny, gdzie zmarła matka i ojciec samotnie wychowuje czwórkę dzieci. Sąsiadka z bloku raz do roku przynosi z poczty stosik przekazów i wysyła pieniądze potrzebującym, przeważnie z Afryki. Inna znajoma (nota bene nazywam ją potocznie „świętą Marią”) napotkanym na ulicy czy w metrze bezdomnym wkłada do ręki po 10, 20 euro. Sąsiad z mojego piętra w przeszłości, jak tylko widział moje wnuczki z Polski, obsypywał je słodyczami, a św. pamięci sąsiad turecki – właściciel piekarni – koło stacji metra rozdawał ludziom w potrzebie pieczywo, nie jakieś tam czerstwe, a świeżutkie pachnące bułeczki. Moja koleżanka, Ola, zbiera ciepłe ubrania dla bezdomnych, wydzwania i prosi o puszki, kalesony, rajstopy, skarpety. Przyjaciel niemiecki opiekuje się trzema samotnymi osobami, jedna z nich, sąsiadka, porusza się na wózku inwalidzkim, druga mieszka w domu opieki – tej czyta książki i co najmniej dwie godziny poświęca na rozmowy. Trzeciego – kolegę z demencją – odwiedza regularnie pomimo braku kontaktu słownego („porozumiewamy się wzrokiem” – mówi). Utrwaliło mi się jego credo życiowe: „niepotrzebne byłyby domy starców, gdyby każdy z nas rozejrzał się i zaopiekował choć jedną samotną starszą osobą”.

Parę lat temu, gdy ciężko zachorowałam, jeden z naszych kolegów, Marek, gdy wyszłam ze szpitala, podrzucał zakupy i wcale nie wyciągał ręki po pieniądze. Któregoś razu, podczas akcji charytatywnej WOŚP-u w Berlinie, wpadł na pomysł, by przy okazji zrobić zbiórkę pieniężną, co wywołało moje oburzenie. Jednak potem, kiedy się głębiej zastanowiłam, doszłam do wniosku, że był to całkiem ludzki odruch. Byłam wtedy faktycznie, na szczęście krótko, w potrzebie, może nie finansowej, ale potrzebowałam chwilowej opieki. Z kolei Magda, pomimo iż sama nie cieszyła się dobrym zdrowiem, codziennie chodziła do śmiertelnie chorej koleżanki i nie zostawiła jej aż do śmierci. Nie zapomnę też gestu Urszuli, która na wieść, że zginął mi trzeci rower, natychmiast podarowała mi całkiem nowy, jeszcze zapakowany w folię. Także Marianna, wiedząc, że moje dzieci w Boże Narodzenie przebywają za Oceanem, zaprosiła na Wigilię, bym nie czuła się w tym dniu samotna.

W listopadzie na dworcu głównym w Berlinie pokazano wystawę – portrety bezdomnych Unsichtbaren (Niewidzialni) i ich historię. Byłam tak wstrząśnięta dramatem ludzkim, że od tej pory inaczej spoglądam na cuchnących pasażerów metra, śpiących na ławkach w parku, czy żebrzących na ulicy.

niewidzialniFoto Autorka

Wydaje mi się, że społeczeństwo niemieckie jest szczególnie zaangażowane, wiele osób wspiera tu akcje charytatywne. W Berlinie powszechnie znana jest wigilia dla ubogich, organizowana przez piosenkarza Franka Zandera. Od lat śledzę reportaże z tej bodaj największej akcji charytatywnej. Raz do roku bezdomni są gośćmi ekskluzywnego hotelu, gdzie znani artyści, politycy, biznesmeni serwują im klasyczne niemieckie danie wigilijne: gęś z kluskami i czerwoną kapustą. W tym dniu każdy uczestnik kolacji otrzymuje ciepłą odzież, może skorzystać w hotelu z prysznica, przychodzą fryzjerzy, żeby na życzenie obciąć włosy, piwo i papierosy są za darmo, podczas kolacji gra jakiś znany zespołu muzyczny. Raz do roku nie są niewidzialni. Może więc są nawet szczęśliwi.

Inna równie znana akcja charytatywna, to impreza na rzecz dzieci „Ein Herz fuer Kinder” oraz Gala Jose Carrery. Obecność znanych gwiazd show biznesu na koncercie ma zwrócić uwagę opinii publicznej na problem biedy, a tym samym wywołać większe zaangażowanie społeczeństwa w akcje zbiórek dla potrzebujących.

Na uznanie zasługuje fakt, że często są to prominenci. To przeważnie artyści pochylają się nad tragicznym losem wielu dzieci, które bez naszej pomocy nie mają szans na godne życie i na wyzdrowienie. Dzięki Bogu, że udaje się chociaż częściowo poprawić los ludzi w potrzebie, o czym donoszą media. To, co czynią artyści, czy zwyczajni ludzie, jak Marek, Ola, Ula, Helmut, jest „maleńką kroplą w ogromie oceanu, ale jest właśnie tym co nadaje znaczenie twojemu życiu” – powiedział Albert Schweitzer

Gramy dla ...W polskich kręgach polonijnych od 12 lat odbywają się również koncerty charytatywne, do najbardziej popularnych zalicza się Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy. Od trzech lat funkcjonuje też „Gramy dla…”, berliński projekt organizowany przez grupę ludzi o wielkim sercu. Impreza stopniowo zyskuje swoich zwolenników, w tym roku nie powinno być gorzej – myśleli organizatorzy. Spodziewali się większego niż w poprzednich latach zainteresowania. Specjalnie na tę okazję przyjechał wybitny muzyk Józef Skrzek, atrakcyjny repertuar piosenek przygotował berliński zespół muzyczny Harald’s Session Band. Kogo tak naprawdę zainteresował koncert charytatywny „Gramy dla…”? Nielicznych. Niewiele osób przyszło, więc i w skarbonce ledwo dno zakryte. Nie wiem, co powiedzieć? Indywidualnie potrafimy pomagać, natomiast z publicznymi zbiórkami różnie to bywa.

szklana skarbonkaFoto Autorka

Dlaczego o tym piszę? Bo lepiej by było, żeby takie akcje odbywały się przez cały rok, a nie tylko w grudniu, żeby więcej było w życiu codziennym takich osób jak Marianna, Ula, Helmut czy organizatorzy “Gramy dla…”

To wielki dar od losu, że DAJĄC – uszczęśliwiamy samych siebie, bo właśnie w dzieleniu się z innymi kryje się radość. To taki rodzaj dziwnej arytmetyki, w której nie ubywa nam tego, co mamy, mimo że się tym dzielimy. Przy okazji wzbogacamy samych siebie, otrzymujemy w zamian coś znacznie droższego, coś, czego nie można kupić za żadne pieniądze świata, czyli – RADOŚĆ osoby obdarowanej, jej UŚMIECH i SERCE.

***

EMS: Autorka poprosiła, bym uzupełniła jej tekst własnymi przykładami. Podzielę się dwoma refleksjami.

W tym roku dwukrotnie zbierałam pieniądze dla Ukrainy, raz dla młodej uciekinierki z majdanu we Lwowie, która bez grosza przy duszy wylądowała zimą w Warszawie, raz, by przekazać zebrane pieniądze do Krzemieńca, skąd od razu zostały wysłane dalej – na front. Zwracałam się do różnych moich znajomych, i tych dobrze, a nawet wspaniale, sytuowanych, i tych niezamożnych. Wsparcie dostałam przede wszystkim od artystów i ludzi kreatywnych, częstokroć takich, którzy sami ledwie wiążą koniec z końcem bądź żyją z zasiłku, a wręcz deklaratywnie zabrakło go ze strony ludzi zamożnych, przedsiębiorców, biznesmenów… Oczywiście, bywamy dobrzy, ale im się nam lepiej powodzi, tym mniej w nas tej dobroci. Tym częściej jesteśmy skąpi i bez serca.

Jakiś czas temu zwróciła moją uwagę notatka na Facebooku, o tym, że ktoś okazał dobre serce i kupił jedzenie bezdomnemu pod Tesco. Rzecz wydawała mi się chwytem marketingowym. Napisałam o tym TU. 9 grudnia pojawił się na Facebooku podobny wpis, tym razem z Będzina. Wpis opowiada identyczną historię, mam wrażenie, że nawet w podobnych zdaniach i z użyciem podobnych chwytów stylistycznych i słów. Podobne słowa powtarzają się też w komentarzach, zdecydowanie przeważają szacun i szacunek.

mateuszkobusTen wpis został ponad 46 tysięcy razy zalajkowany i ponad 17 tysięcy razy podzielony. Teraz już jestem pewna, że nasze spontaniczne (na pewno spontaniczne!) lajkowanie i dzielenie się tym wpisem zostało wywołane akcją jakichś agencji marketingowych na zlecenie wielkich sklepów spożywczych. Nadal tylko nie wiem, jaka tu jest opcja startowa, bo są trzy.

To może być autentyczne działanie z porywu serca, wykorzystane przez maszynę marketingową bez wiedzy i zgody osób dokonujących dobrego uczynku;

może  być to współpraca ofiarodawców ze specjalistą ds marketingu, co by znaczyło, że ofiarodawcy zostali zapytani przez koncern o zgodę na wykorzystanie ich działania i wpisu na Facebooku;

ale może to być również wspólnie zaplanowane działanie marketingowe.

Czy to ma znaczenie? Nie wiem. Ale jest mi przykro, gdy to widzę. Bo gdybyż ta akcja przełożyła się każdorazowo na kilkadziesiąt tysięcy aktów pomocy biednym, to pal diabli komercję, dokonalibyśmy w końcu jakiegoś znaczącego zrywu charytatywnego. Ale kilkadziesiąt tysięcy lajków? Po co to komu?

Australia – odcinek 2

Lech Milewski

Dalszy ciąg opowieści o Dziewczynie z wielbłądami, rozpoczętej w zeszłym tygodniu

W poprzednim odcinku pisałem głównie o marginesach pustynnej wędrówki Robyn Davidson. Dzisiejszy wpis o wędrówce zacznę więc od początku.

W 1975 roku 25-letnia Robyn przyjechala do Alice Springs z zamiarem wielomiesięcznej wędrówki z wielbłądami po pustyni. Wydawało się jej, że $6 to wystarczający kapitał – przecież na pustyni nie ma sklepów. O wielbłądy też się nie martwiła, tysiące dzikich wielbłądów krążą po australijskich pustyniach.

Pierwsze wielbłądy sprowadzono do Australii w 1860 roku na potrzeby ekspedycji odkrywczych. Sprawdziły się tak dobrze, że do końca XIX wieku sprowadzono ich 15,000, głównie z północnych stanów Indii. Ich poganiaczami byli najczęściej imigranci z Afganistanu. Na początku XX wielu kolej wyparła wielbłądy z gospodarki. Pojawił się The Ghan – pociąg z Adelajdy do Darwin. Długość trasy 2,927 km. Nazwa pociągu – The Ghan – to oczywiście ukłon w stronę afgańskich poganiaczy – skrót słowa Afghan.

Afgańscy poganiacze dostali polecenie zastrzelenia zwierząt. Nie posłuchali, wypuścili je na pustynię. Wkrótce stały się zagrożeniem dla środowiska. Spis przeprowadzony w roku 2008 wykazał, że był ich prawie milion, a ich populacja podwajała się w ciągu 10 lat. Zabrano się energicznie do uboju. Obecnie udaje się utrzymać populację wielbłądów na stałym poziomie około 300,000.

Wielbłady

Po przyjeździe do Alice Springs Robyn poszukała taniego noclegu. Znalazła go oczywiście na kempingu – $3 we własnym namiocie, w przeciwnym wypadku $8. Nie miała ani własnego namiotu ani ośmiu dolarów. Na szczęście zauważyła młodych ludzi z długimi włosami rozbijających duży namiot. Spytała czy może z nimi przenocować. Zgodzili się.

Znowu muszę się zatrzymać – samotna młoda dziewczyna bez środków finansowych pcha się w bardzo ryzykowne sytuacje. Czy to normalne, czy to możliwe?
W tamtych latach – wczesne lata 70 – to było całkiem naturalne, tłumaczy Robyn w wywiadzie radiowym. Nasze pokolenie nie miało żadnych obaw o teraźniejszość ani o przyszłość. Byliśmy dziećmi powojennego prosperity. Obecnie życie bez dokładnego planu ekonomicznego jest zakazane.

Znalazła pracę w pubie, ale zrezygnowała gdy zorientowała się , że jej ludzkie podejście do Aborygenów nie jest tolerowane. Skierowała kroki do firmy prowadzącej wielbłądzie przejażdżki.
Nieskazitelnie biały austriacki domek. Idealny porządek dookoła. Przywitał ją mężczyna w białym beduińskim stroju i białym turbanie na głowie, mówiący z bardzo silnym niemieckim akcentem – Kurt Posel.
Ledwie wypowiedziała pierwsze zdania, a już miał dla niej propozycję – osiem miesięcy pracy i da jej dwa dzikie wielbłądy oraz sprzeda jednego wytrenowanego za pół ceny.
Następnego dnia dostała służbowe ubranie – biały stój i turban oraz pierwsze zadanie – sprzątać wielbłądzie odchody. Okazało się, że z wielbłądów sypią się wciąż “kozie bobki”, Robyn uwijała się więc po placu z łopatką. Przerwała na chwilę i już zjawił się przy niej Kurt – syczący oddech, krystalicznie zimne oczy rzucały pioruny – VOTTT IS DATTT? Przyklękła, lecz nie widziała niczego. Kurt ukląkł obok niej i wskazał odrobinkę wielkości kilku ziarenek piasku. Sprzątnęła i Kurt jakby nigdy nic zaczął tłumaczyć jej zwyczaje wielbładów. Pierwszym odruchem było natychmiast odejść, ale przeważyła świadomość, że Kurt wie o wielbłądach wszystko.

Wielbłądy to według Robyn zwierzęta równie inteligentne jak psy. Łatwo przywiązuja się do ludzi, są bezczelne, rozbrykane, dowcipne, cierpliwe, pracowite, zagadkowe i pełne wdzięku. Kochają wolność i to w połączeniu z dużą inteligencją powoduje, że są trudne do wytrenowania.
Trenowane w niewłaściwy sposób potrafią być bardzo niebezpieczne. Nogi wielbłąda potrafią kopnąć w każdym kierunku i zabić. Paszcza wielbłada potrafi objąć ludzką głowę i zrguchotać ją jak orzeszek. Ich pomysłowość w jaki sposób zrzucić lub zmaltretować dosiadającego je jeźdźca jest niewyczerpana.

Praca u Kurta rozpoczynała sie o 4 rano od schwytania i rozpętania wielbłądów i przyprowadzenia ich do osiodłania. Osiodłanie, przyniesienie karmy i porządki, nieustajace porządki, którym towarzyszyły częste wyzwiska. I tak do zachodu słońca i jeszcze dłużej. Z drugiej strony Robyn ma uznanie dla Kurta jako doskonałego nauczyciela, który zawsze się upewnił, czy uczennica wszystko zrozumiała i nigdy nie pozostawił jej w sytuacji, z którą nie mogłaby sobie dać rady.
Jedna rzecz była jednak przerażająca – bezwzględne okrucieństwo. Kurt uważał, że każde nieposłuszeństwo musi byc ostro ukarane. Opisu tych kar oszczędzę.
Tak minęło 8 miesięcy. W miarę jak zbliżał się termin wywiązania się z umowy, Kurt stopniowo przykręcał śrubę. Gdy zażądał, aby zaczynała pracę o 2 godziny wcześniej (o 2 w nocy?), nie wytrzymała i odeszła.

Odwiedziła firmę zajmujaca się łapaniem dzikich wielbładów, prowadzoną przez syna byłego poganiacza. Sallay Mahomet nie miał wątpliwości, że ktoś kto wytrzymał osiem miesięcy u Kurta, zasługuje na szansę. Za dwa miesiące pracy da jej dwa dzikie wielbłądy.
Dotrzymał słowa.

W tym samym okresie Robyn dostała propozycję zamieszkania w rozpadającej się ruderze, której właściciele wyprowadzili się i czekali na ewentualnego kupca. Miała więc kawałek dachu nad głową i teren do trenowania swoich wielbłądów. Mieszkanie na swoim niosło ze sobą pewne niebezpieczeństwa. Robyn kupiła karabin, którego musiała raz użyć, żeby odstraszyć natrętów.

Jej wielbłądy to były dwie samice Zeleika i Kate. Bardzo szybko Robyn ogarnęło zwątpienie, czy da sobie radę. Na noc wielbłądy zostawia się w pętach, żeby mogły się poruszać, ale nie odejść zbyt daleko. Każdy ranek rozpoczynał się od poszukiwań, które czasem trwały kilka godzin. Wydawało się, że wielbłądy są chore. Weterynarz stwierdził, że Zeleika miała złamane żebro, które źle się zrosło, oba wielbłądy miały infekcje. Na dodatek Zeleika była potwornie chuda i nie mogła przybrać na wadze.
Sallay Mahomet szybko wyjaśnił tę sprawę – wielbłądzica była w ciąży. Według niego był to bardzo szczęśliwy zbieg okoliczności. Wystarczy dobrze przywiązac na noc wielbłądzie dziecko, a matka na pewno do niego wróci. Natomiast stan zdrowia Kate pogorszył się i Robyn musiała ją zastrzelić.
To był ogromny szok, do którego dołączyła głęboka depresja. Minął już rok, a ona nadal nie ma pary dobrych wielbłądów, żadnego ekwipunku i ogromne kłopoty z wytrenowaniem jedynego wielbłąda, którego posiada.

Samodzielne mieszkanie pozwoliło Robyn nawiązać trochę kontaktów towarzyskich. Główne to Ada – zamieszkała w pobliżu Aborygenka z dwójką dzieci oraz grupa młodych entuzjastów, którzy pracowali w aborygeńskich osiedlach wokół Alice Springs. Podczas jednego ze spotkań, po wysłuchaniu listy kłopotów Robyn, ktoś rzucił pomysł – napisz do National Geographics, może oni zostaną Twoim sponsorem. Napisała.
W międzyczasie Kurt Posel sprzedał komuś naiwnemu swoją firmę i zniknął bez śladu. Nowi właściciele zgłosili się do Robyn o pomoc. Okazało sie, że nie mają zielonego pojęcia, jak obchodzić się z wielbłądami. Robyn służyła im pomocą i wskazówkami, a przy okazji kupiła od nich dwa młode samce za $700, których nie miała.
Z nowym entuzjazmem zabrała się do przygotowań. Same niepowodzenia. Wielbłądy nie słuchały, często doznawały róznych kontuzji, dług u weterynarza stale rósł, Wreszcie zginęły na dobre. Dwudniowe poszukiwania nie dały rezultatu. Znajomi zosrganizowali poszukiwnia samolotem, bez rezultatu.
Nagle Robyn poczuła błogość – zrządzenie losu – nie muszę już się męczyć z tą przeklętą wyprawą! I właśnie wtedy pilot zauważył wielbłądy.

Kilka dni później Zeleika urodziła synka, któremu nadano imię Goliath. Robyn zdecydowała sie na próbę generalną. Powędrowała wraz ze swoim stadem do oddalonego o 150 km aborygeńskiego osiedla Utopia.
Przed rozpoczęciem wyprawy Sallay Mahomet wykastrował oba samce – Dikkie i Buba – i udzielił jej ważnej wskazówki – gdy będziesz na pustyni nie raz przybiegną do was dzikie samce. Gdy tylko je usłyszysz, a usłyszysz już z daleka, strzelaj.

Wędrówka była koszmarem. Pobudka była o 4 rano, następnie wędrówka do 10, 6 godzin odpoczynku w cieniu i kolejne 4 godziny marszu. Ta rutyna nie zgadzała się z rytmem odżywiania wielbłądów, były więc niesforne, wypijały ogromną ilość wody, karmiąca Zeleika była potwornie chuda, siodła i torby podróżne nie sprawdzały się w akcji. Bez stałej pomocy pojazdu towarzyszącego Robyn nie doszłaby do celu.

Utopia była to farma hodowli bydła oddana pod zarząd Aborygenów przez rząd Partii Pracy. Mieszkało tam kilkunastu białych – nauczyciele i personel medyczny. Większość z nich byli to idealiści pełni entuzjazmu i wiary w swoją misję. Ten entuzjazm powodował, że gdy Aborygeni sceptycznie odnosili się do ich pomysłów, to zamiast wysłuchać racji drugiej strony, przedstawiali coraz bardziej skomplikowane argumenty. Na marginesie tych obserwacji, Robyn zauważa, że ci ludzie w identycznie nonszalancki sposób traktowali kobiety.

Robyn spędziła w Utopii kilka tygodni i tam zastał ją telegram z National Geographics oraz bilet powrotny do Sydney.

Na wyprawę do Sydney Robyn kupiła sobie obcisłe dżinsy i kowbojskie buty na wysokich obcasach. Interview trwało 15 minut i zostało nagrodzone brawami. Czek na $4,000 zostanie wysłany jeszcze dzisiaj, jak miło było Cię spotkać, do zobaczenia za kilka miesięcy w Nowym Jorku, good luck my dear.
Pozostała sama z fotografem National Geographic, Richardem Smolan, i po kilku chwilach ekstazy poczuła smak porażki.

Cóż najlepszego zrobiłam? Międzynarodowy magazyn ilustrowany będzie kontrolował moją wyprawę. Nie tylko wyprawę. Przecież Rick będzie spotykał mnie w umówionych miejscach, żeby przeprowadzić sesje fotgraficzne. Będą kontrolować moje zachowanie, moje gesty. Gdzie tu miejsce na samotność, na uwolnienie się od wszelkich powiązań z cywilizacją i przeszłością, całkowite oczyszczenie mózgu z zalegających tam śmieci? To już nie będzie MOJA wyprawa. Sprzedałam ją. 

Ciąg dalszy nastąpi

Pikolus

Zofia Wojciechowska

Kolęda mazurska

Posłuchajcie z weselem, z weselem, z weselem!
Co się dnia tego, casu dawnego w Betlejem, w Betlejem,
zapewnie stało, a juz podało
ludziom wsem, ludziom wsem!

Narodziuł się Chrystus Pan,
Chrystus Pan, Chrystus Pan
zubogi pany, chtóry nad pany,
panem sam, panem sam;
niniał wcesności, by wziecne włości
sprawziuł nam, sprawziuł nam.

Ach synecku jedyny, jedyny, jedyny,
coś w ludzkiem ciele ucierzpsiał wiele, bez wziny, bez wziny.
Wszystkie trzymając, a w mocy mając krainy, krainy.

Karol Małłek

Piszę list i przed świątecznie pozdrawiam z Mazur. Co roku w grudniu siadam nad tradycyjną kartką papieru i wracam do minionych miesięcy. Otwieram drzwi do wspomnień z nadzieją na nowe wydarzenia. Święta… jak zawsze czas niezwykły. Troszkę u mnie zaganiany w poszukiwaniu niekoniecznie prezentów, dość mocno napięty odnową starego przecież domu. Porządki w zbiorach zdjęć i walka o utrzymanie internetowego ładu.
Boże Narodzenie – jedyny taki dzień radośnie przepełniony religijnością. Wszyscy się cieszą, nawet czekają na zabłąkanego wędrowca. Dodatkowy talerz na stole ja także stawiam. Zapachy mieszają się stale, świerkowe gałązki, aromaty przygotowanych potraw. I jeszcze oczekiwanie na Mikołaja, oczywiście najlepiej na tego prawdziwie świętego.

fot. Zosia Wojciechowska_mazurska tradycja_GODY
Dawniej na Mazurach pojawiał się Pikolus. Hasała razem z nim zgraja dzieciaków i szelmo (siwy) koń idący na czele bogatego orszaku. Zielona choinka ze światełkami to obrazek dzisiejszych świątecznych spotkań. Na Mazurach dawniej stawiono w kącie izby snopek zboża na znak oczekiwania łaskę urodzaju w nowym roku. Cała wieś szykowała się na jutrznię czyli gody – poranną mszę wigilijną rozpoczynaną o wschodzie słońca.
Postawiłam ja także w świerkowych gałązkach 4 świece. Płonie już kolejne światełko w wieńcu adwentowym. Jest blisko do świąt. W walizkach moi rodzice – jak wielu z nas – przywieźli kresowe serwety i obrazki. Rozpakowali swoje zwyczaje. Zawieszając ozdoby na ścianach mazurskich domów wprowadzili inną codzienność. Święta w moim domu – to wigilijny barszczyk z suszonych grzybów. Rodzice stawili na stole dużą wazę, na półmiski wykładali ziemniaki z rybą i w salaterkach śledziowe smakołyki. Wszystko było inne od tego o czym czytam w historycznych książkach. Dziś prawdziwych Mazurów, myślę, że u nas chyba już nie ma. Niszczono tradycję tej ziemi, przetwarzano ją przez ponad 50 lat.

Mazurski Pikolus mam nadzieję, że nie zapomni i przyniesie niespodziankę. Ja także mam prezent – nasze gadające dachówki. Zebrane z domów mazurskich, przeleżały pod płotem swój czas, nabierając mocy by zacząć gadać. Spotykamy się, rozmawiamy o tych wsiach i domostwach, z których trafiły do nas podarowane dachówki. Otwierają stale jakieś drzwi w ludziach przynoszących dary, wracają wspomnienia mazurskich zwyczajów. Najważniejszego – pamięci – uczymy się od siebie.

pierwsza wystaw plenerowa_fot. St.CzachorowskiPierwsza wystawa plenerowa gadających dachówek, Gościniec Molo, Mrągowo listopad 2014.

Malujemy. W artystycznym recyklingu, przetwarzamy te nikomu już nie potrzebne atrybuty mazurskości, wypisujemy pędzlem nowe historie. Nadajemy QR kody i puszczamy w świat. Tak sobie myślę… Przez całe życie część z nas szuka sensu dla swego życia, jedni znajdują go szybciej a inni ciągle wędrują. W czas świąteczny, wigilijna podróż kończy się chwilą przy stole. W mazurskich domach przez wieki nie znano zwyczaju dzielenia się opłatkiem. Czytano pismo święte, dzieląc się słowem, budując wspólnie w myślach przyszłość na nadchodzący rok. W tym roku przygotujemy paczkę ze śpiewnikami od pastora z mrągowskiej świątyni do domu parafialnego w odległej mazurskiej wiosce na Syberii. Wiem z całą pewnością, że tamtejsi wierni będą z nich korzystać, tak jak mi opowiadali – w Domu Pana. Istnieje strona internetowa rodaków na Syberii, będzie więc można do nich zajrzeć przez okno.
Na ich syberyjsko-mazurskich domach nie ma dachówek, być może były zbyt drogie na kieszeń gospodarzy. U nas leżą zbędne i czasem często w śmietniskach, czekają na drugą szansę. Kultura bywa rzeczą względną… Mazurzy na Syberii pójdą na jutrznię, bo mają gody na Boże Narodzenie.

W Studio Radia WnetDzieci z mazurskiej wioski Znamienka leżącej na Syberii. Zofia Wojciechowska napisała: udało mi się sprowadzić te dzieci do Polski i byliśmy w Warszawie, na zdjęciu – podczas nagrywania mojego programu Pomost

Współcześnie dzieci na Mazurach już ślą swoje życzenia do świętego Mikołaja, a ja piszę do Pikolusa list o dzisiejszych Mazurach, o sobie i o gadających dachówkach, i ludziach spotkanych na drodze. W tym roku postawię snopek zboża w kącie mego domu i zobaczę, co będzie się działo. Dwanaście miesięcy minęło tak szybko. Każdy dzień przynosił coś nowego. Przykre i miłe rzeczy splecione niczym warkocz w cały okrągły rok. Dobrego było tak dużo – za to warto podziękować.
Dziękuję tym spotkanym ludziom – bo łatwiej jest cieszyć się z tego co jest nam dane wspólnie, małe staje się duże.

Życzę na koniec mego listu Wszystkim Wam udanych świątecznych podróży i miłych chwil.

Pozdrawiam Zofia

PS. Zaglądajcie do nas, by pogadać z dachówkami, nad dachówkami o prostych rzeczach i tych skomplikowanych też.

fot. St. Czachorowski_gadajaca dachowka z bratkami _Zosia WojciechowskaDachówka z bratkami namalowana przez Autorkę.
Jest też do niej historia:
http://gadajacedachowki.blogspot.com/2014/12/dachowka-nr-64.html
a ta prowadzi dalej:
http://www.przyroda.mazury.pl/index.php?page=nature&id=241

Akcję malowania dachówek zainicjowali profesor St. Czachorowski z Centrum Badań nad Dziedzicwem Kulturowym i Przyrodniczym na Uniwersytecie w Olsztynie i hortiterapeutka z Instytutu Hortiterapii “Zielony Promień”, a zarazem autorka wpisu,
Zofia Wojciechowska    

 

Kolędy oder…

Maria Gast Ciechomska

 …polnische Weihnachtslieder    

Das Singen von Weihnachtslieder hat seine Quelle in der römischen Feier Calendae mensis januarius. Es handelte sich um die Feier am 1. Januar. Es war im alten Rom ein besonderer Tag, denn an diesem Tag haben Konsule ihren Amt übernommen. Irgendwann wurde dieser Tag ganz offiziell zum Jahresanfang erklärt. An diesem Feiertag haben Menschen in Rom einander besucht, gaben sich Geschenke und sangen Lieder. Das Christentum hat diesen Brauch übernommen, und zwar im Zusammenhang mit Weihnachten. So wurde die Weihnachtsgeschichte zum Thema dieser Lieder.

Zunächst hat man die Motive aus Evangelien benutzt, dann auch aus der volkstümlichen Frömmigkeit, Apokryphen und auch aus der Literatur des Mittelalters.

Nach der christlichen Tradition war der erste nachgewiesene Autor eines Weihnachtsliedes der heilige Franz von Assisi, der auch die Krippe erfunden haben sollte. Das berühmteste Weihnachtslied der Welt ist natürlich Stille Nacht, entstanden 1818 und bisher 300 Sprachen übersetzt.

Auf Polnisch heißt ein Weihnachtslied kolęda (etymologisch von Calendae). In der Liturgie der katholischen Kirche werden Weihnachtslieder von der Mitternachtsmesse am Heiligabend bis zum Tag der Taufe Christi (erster Sonntag nach dem 6. Januar) gesungen. In der polnischen Tradition werden die Weihnachtslieder jedoch bis zum 2. Februar (Mariä Lichtmess) gesungen. Das älteste überlieferte polnische Weihnachtslied ist Zdrów bądź królu anielski (Gegrüßet seist Du, Engelskönig) aus dem Jahre 1424.

Die Gattung wurde sehr populär im 17. und 18. Jahrhundert, in dieser Zeit sind die wichtigsten polnischen Weihnachtslieder entstanden. Bis heute wurden über 500 Weihnachtslieder überliefert.

Eine besondere Art des Weihnachtslieds ist pastorałka (die Pastorale). Es handelt sich um ein Lied, das zu Weihnachten gesungen wird, aber nicht in der Kirche, weil es einen eher weltlichen Charakter haben. Das Thema ist meistens die Geburtsgeschichte aus dem Blickwinkel der Hirten. Es entstehen natürlich auch moderne Weihnachtslieder.

Bóg się rodzi

Bóg się rodzi (Gott ist geboren) ist das wohl berühmteste polnische Weihnachtslied. Es ist fester Bestandteil der Mitternachtsmesse und gilt fast als nationale Weihnachtshymne. Einst wurde es sogar kurzzeitig als Nationalhymne in Erwägung gezogen. Der Text wurde 1792 von Franciszek Karpiński (1741-1825) verfasst. Die feierliche Melodie ist eine altbekannte Krönungspolonaise für polnische Könige, die sich bis zum 16. Jahrhundert zurückverfolgen lässt. Der Komponist ist jedoch vom Namen unbekannt.

Das Weihnachtslied wurde zum ersten Mal in der Basilika Mariae Himmelfahrt in Białystok öffentlich aufgeführt, wo Karpiński zwischen 1785 und 1818 lebte. An diese erste Aufführung erinnert heute eine Gedenktafel an der Kirchenmauer.

Dieses Lied wurde von verschiedenen berühmten polnischen Künstlern aufgenommen. Sie wurde auch von polnischen Gefangenen in Auschwitz gesungen. Ein Bericht des Häftlings Józef Jędrych beschreibt, wie “das Singen deutscher Weihnachtslieder begann und dann wie Wellen des Meeres die machtvollen Worte des polnischen Weihnachtsliedes kamen ‘Die Macht wird schwach, Gott wird geboren’.“

Bogsierodzi-Gottwirdgeboren

Der Text der Hymne (hier von Golec Orkiestra gesungen) zeichnet sich stilistisch dadurch, dass er starke sprachliche Gegensätze verwendet. Durch solche Redefiguren wird die Bedeutung des Wunders betont, das mit der Geburt von Jesus in einem Stall von Bethlehem stattfand. Papst Johannes Paul II bezog sich am 23. Dezember 1996 in der Vatikanischen Audienzhalle auf das Weihnachtslied “Bóg się rodzi”. Er zitierte die Worte und führte hierzu aus: “Der Dichter zeigt uns das Mysterium der Menschwerdung von Gottes Sohn, indem er Gegensätze benutzt, um das auszudrücken, was für das Mysterium wesentlich ist: Indem er die menschliche Gestalt einnahm, nahm der unendliche Gott gleichzeitig die Begrenzheit eines Geschöpfs an.”

Der Liedtext enthält auch ein Zitat aus dem Johannesevangelium (Johannes 1, 14). Darüber hinaus flocht Karpiński eine patriotische Aussage zu Beginn der fünften Strophe ein. Das Lied ist gar in die Popkultur übergegangen: Eine Instrumentalversion dieses Liedes hat das “Brave New World” Expansion Pack von Computerspiel Civilisation V.

Jacek Kaczmarski, Przemysław Gintrowski und Zbigniew Łapiński waren ein legendäres Trio, eine der wichtigsten Musikgruppe in Polen in den 80er und 90er, die den Kultstatus hatte. Die Band hatte keinen Namen, trug nur die Namen der Mitglieder.

Diese drei Songschreiber, Musiker und Sänger gelten bis heute als Barden von Solidarność, weil sie sich politisch eindeutig positioniert und für demokratische Veränderungen in Polen eingesetzt haben. Viele ihre Lieder hatten zum Thema die polnische Geschichte und auch die Weltgeschichte, dabei setzten sie sich oft mit der polnischen Traditionen sehr kritisch auseinander. Das Leitmotiv war immer, die polnischen Erfahrungen aus der Zeit der Solidarność in einer historischen Perspektive darzustellen, so dass der Hörer begreift, dass es sich hier um einen Prozess, nicht um ein isoliertes Ereignis handelt. Anfang 1981 entstand das Konzertalbum Muzeum. Die Lieder dieses Albums beschreiben ausgewählte Werke der polnischen und Welt Malerei, darunter auch das Bild Heiligabend in Sibirien, ein Werk von Jacek Malczewski (1854-1929).

In seinem Bild hat der Künstler diesen wohl am meisten familienorientierten polnischen Feiertag dargestellt. Es geht um Menschen, die als Verbannte in Sibirien von ihren Familien getrennt sind. Es ist ein Bild der Einsamkeit und des Leidens, symbolisch für Polnischen Kampf um Freiheit und Souveränität, der immer leidvoll bestraft wurde. Von den acht Verbannten scheint jeder anders zu reagieren, einer betet, der andere verbirgt sein Gesicht im Teller, der dritte schaut auf die Flamme der Kerze… Durch deutliche Anspielungen an die Darstellungen des Letzten Abendmahls ist die Atmosphäre ernst und feierlich, man spürt die Stille und Erwartung. Das Lied des Trios ist die eigene Interpretation des Bildes. Es werden darin originale Weihnachtslieder zitiert und einige polnische Sitten und Bräuche zum Heiligabend sowie typische Gerichte erwähnt.

Wigilianasyberii

Beata Rybotycka, Schauspielerin und Sängerin aus Kraków, singt ein Weihnachtslied in dem es um den Brauch geht, auf dem Tisch ein zusätzliches Gedeck und am Tisch ein zusätzlicher Stuhl stehen soll. Die gängige Erklärung ist, man denkt an arme und einsame Menschen oder an einen unerwarteten Gast. Es geht aber um viel mehr. Dieser Brauch ist viel älter als das Christentum. Denn dieses Abendessen ist eine gemeinsame Mahlzeit von Lebenden und von Verstorbenen, der leere Stuhl ist der Stuhl der Verstorbenen. Ich musste immer dabei denken an einen Zitat aus dem Dialog “Phaidon” von Plato: “Die Lebenden entstehen aus den Toten nicht weniger als die Toten aus den Lebenden”. Am Heiligabend handelt es sich um diese Verbindung, diese Kette von Verstorbenen und von Lebenden, die wiederhergestellt wird. Das Lied bedient sich dieses Motivs, ist in diesem Sinne immer aktuell und ansprechend, denn in jeder Familie fehlt jemand hin und wieder am Tisch. Es bringt aber auch die christlich geprägte Hoffnung zum Ausdruck, dass wir uns alle irgendwann wieder treffen, an einem Tisch, der noch reicher gedeckt ist.

Wigiliadlanieobecnych

In diesem Blog findet man oft meine Familie. Auch hier, in diesem Beitrag, ist sie da. Das Weihnachtslied Gott wird geboren wurde vom Ur-Ur-Ur-Großonkel meiner Ur-Großmutter, Jadwiga Krynicka, geboren Karpińska, geschrieben. 🙂

Unten, nur für diejenige, die Polnisch kennen, noch zwei moderne, patriotische Versionen dieses Liedes, beide geschrieben in der Zeit des Kriegsrechtes in Polen dh. im Jahre 1981.

zaleze

W górę rzeki (10)

Zbigniew Milewicz

Życie od nowa

Tak więc po 45 roku ludzie rozpoczynali swoje życie od nowa, a jak im się nie udawało, to jeszcze raz od nowa. Po rozwodzie mama zamieszkała ze mną w Chorzowie, u dziadków. Ociec zabrał Zdzicha i wyjechał z Katowic, wcześniej napisałem, że do Elbląga, ale faktycznie najpierw był Wałbrzych, gdzie ociec dostał pracę, jako kierowca w kopalni. Później Elbląg, z „przechowalnią” dla brata w Kętrzynie.

ojcieczesopemPóki ojciec nie znalazł oddzielnego lokum na Żuławach, Zdzich pozostawał pod troskliwą opieką babci Urszuli, w jej już ostatnim miejscu zamieszkania. Kiedy przywieziono go do Elbląga, najpierw było jakieś poddasze w domu, gdzie żyła prawdziwa ludzka zbieranina, tam też opiekowała się nim babcia. Nie opuszczała go na krok, żeby nie stało się mu nic złego, karmiła, pielęgnowała z całym oddaniem, kiedy był chory, wiele jej zawdzięcza. Później ojciec odprawił babcię i zabrał go do nowego, dwupokojowego mieszkania, gdzie brat poznał kobietę o imieniu Celina, do której od początku musiał mówić mamo. Ciężko mu to szło. Nowa partnerka ojca była pielęgniarką, pochodziła z niedalekiego Skórcza i ojciec się z nią ożenił. Na życie zarabiał pracą w miejscowej stoczni, po niespełna roku Elbląg mu obrzydł, wyjechali do Słupska. Tam starsza siostra ojca, Maria, która towarzyszyła im w exodusie z Katowic, powiedziała, że dalej już nie jedzie. Ze Słupska, po dwóch, albo trzech miesiącach, ojciec, jego nowa żona i Zdzich udali się bowiem do Szczecina i tam zapuścili korzenie. Na krótko ich adresem był dom w Niebuszewie, niedaleko gazowni, gdzie z klatki schodowej można było oglądać niebo, później już Goleniowska 76 w Dąbiu. Zdzich miał 5 lat, kiedy się tam wprowadzili.

Ciocia Irka i HeinzPo wojnie, rozłączeni bliscy ludzie starali się wzajemnie znowu odnaleźć. Moja babcia Jadzia łudziła się, że mimo wszystko gdzieś żyje jej brat Wili, rodzina dostała zawiadomienie, że zaginął pod Stalingradem, a więc w pojęciu Babci – nie zginął. Międzynarodowy Czerwony Krzyż, poprzez który wielu ludzi się odnalazło, nie potrafił jej jednak w niczym pomóc. Podobnie jak ojcu nie udało się później nawet usłyszeć w telefonie głosu młodszej siostry Stasi, którą sowieci wywieźli do Kazachstanu. Były narzeczony mojej mamy, Gerard służył w Wehrmachcie. Doczekał zakończenia wojny w Niemczech, nie wrócił do Polski, ukończył studia medyczne i został lekarzem. Poprzez moich dziadków nawiązał listowny kontakt z mamą i próbował ściągnąć ją do Niemiec, bezskutecznie, czuła się Polką i jej miejsce było w Polsce.

zbiorowemilewiczUdało się natomiast ponownie zejść cioci Marii i jej mężowi, Eugeniuszowi Bołtuciowi, choć było trudno. Przed wojną starsza siostra ojca wyszła w Wilnie za mąż za młodzieńca z dobrej, inteligenckiej rodziny. Byli w sobie zakochani, niestety ich związek trwał krótko; Marię wywieziono w głąb Rzeszy, on został na miejscu. Kiedy Rosjanie odebrali Niemcom Wilno i generał Sikorski rozpoczął formowanie polskiego wojska na terenie Związku Radzieckiego, Eugeniusz zaciągnął się. Przeszedł cały szlak bojowy z Armią Andersa, walczył pod Monte Cassino, na spocznij dał dopiero w Monachium. Jak i po co się tam znalazł, nie mam pojęcia. W Monachium w każdym bądź razie dowiedział się od kogoś, że jego ślubna jest znowu w Wilnie. Nad Isarą namierzyła jego ślady także ciocia Maria, ale nie zdążyła już skontaktować się z mężem. Załatwił sobie wizę wjazdową do ZSRR i ruszył fałszywym tropem. Trochę czasu minęło, zanim znalazła go z ojcem, w Poniewieżu pod Wilnem, jeszcze więcej zachodu kosztowało, żeby w ramach repatriacji i łączenia rodzin ściągnąć go do Polski. To już jednak nie był ten sam Gieniuś, co kiedyś – martwiła się Maria. Wojna wykrzywiła mu charakter, dużo pił, plecami odwróciła się od niego nawet najbliższa rodzina, która po wyjeździe z Wilna osiedliła się we Wrocławiu. Cioci Marii podobał się Słupsk, ale ostatecznie z rodzinnych powodów także zamieszkała na stałe w Szczecinie, tam też przyjechał jej mąż.

Ujek Jorg z ciocia Marysia, najstarsza Malgosia, Ewa, Heinzem i coreczka, ktora im pozniej zmarla.Również drugiej mojej cioci Marii, z domu Hampel, a po mężu Palluch (tak, tak ich nazwisko pisało się z niemiecka przez dwa „l”) udało się po wojnie zejść z mężem. Wszyscy w rodzinie mówili na nią zdrobniale Marysia, Marika, albo Marinchen. Była drobna, o pięknych, semickich rysach twarzy, dlatego też nosiła żartobliwy przydomek Żydek. Miała dwie córki – starszą Małgosię i młodszą Ewę oraz syna Hainca, nigdy nie słyszałem, żeby ktoś na niego powiedział Heniek. Mąż cioci, Jorg, który służył w SA, pod koniec wojny dostał się do niewoli amerykańskiej. Po denazyfikacji zamieszkał w bawarskim Glonn. Nie bardzo w związku z tym rozumiem, dlaczego ciocia Marysia w ramach łączenia rodzin wyjechała do Stadt Allendorf w Westfalii i tam mieszkała do końca życia, ale mam nadzieję, że kiedyś uda mi się to jeszcze wyjaśnić. Do tej miejscowości ściągnęła później Ewa ze swoim synem Januszkiem, później Małgosia z mężem, Jankiem Balonem, wreszcie ich córka Hania. W Polsce został tylko Hainc z dziećmi, stuprocentowy śląski górnik, który mówił piękną gwarą. W żartach często starałem się naśladować jego szorstką, szybką mowę, jednak daleki byłem od oryginału. Nie przeprowadził się również do Niemiec Jurek Balon, brat mojej kuzynki Hani. Myślę natomiast, że moja babcia odważyłaby się na taki ruch, ale na to dziadek nigdy by się nie zgodził. W sprawach zasadniczych był w domu twardy.

ModnisienabalkoniePóźniej, a może wcześniej wyjechała do RFN druga siostra mojej babci, Truda z wujkiem Alfredem oraz synami Erhardem i Karolem. Była to rodzina Hoffmannów, która mieszkała koło Opola. Erhard był ode mnie o kilka lat starszy, Karol młodszy, ale chciał, żebym do niego mówił wujku, co mnie oczywiście wtedy bardzo złościło. Wujka Alfreda pamiętam słabo, bo częściej odwiedzała nas na Wesołej siostra babci, ale była to ciekawa postać. Rdzenny Niemiec, postępowy i światły, do wybuchu wojny prowadził wspólnie ze swoim bratem drukarnię. Drukowali w niej m.in. książki autorów antyfaszystowskich i tłumaczenia z literatury polskiej. Język polski znał słabo, ale Pana Tadeusza w niemieckim tłumaczeniu – na pamięć. W czasie wojny poszedł służyć do Wehrmachtu. Kiedy wojna dobiegała końca, brat z żoną i córką Elinor wyjechali do Niemiec. Wujek Alfred wylądował natomiast w rosyjskiej niewoli, z której wrócił do domu w 1946 r., mocno zabiedzony. Ponieważ był Niemcem, skierowano go do ciężkiej pracy przy przenoszeniu worków z cementem, w cementowni Opole. Nie miał wyboru, chciał żyć i zapewnić byt żonie z Erhardem, więc targał te worki swoimi delikatnymi dłońmi. Później urodził się Karol.

W 1957 r., korzystając z odwilży w stosunkach polsko- niemieckich, rodzinie Hoffmannów udało się wyjechać do Niemiec, czym 16-letni Erhard wcale nie był zachwycony. Czuł się Polakiem i nawiał rodzicom z pociągu, nie pamiętam już szczegółów całej akcji, ale trudno go było namówić do zmiany decyzji. Początkowo kopał piłkę w jakimś niedużym, niemieckim klubie, później poszedł na studia politechniczne. Ciocia Irka, od której mam te wszystkie informacje, przypuszczała, że naukę finansował mu jego ojciec z odszkodowania, które dostał w Niemczech za zabraną mu przez Polaków drukarnię. Mieszkali w Trier, stamtąd i ze Stadt Allendorf przychodziły paczki do rodziny w Polsce, ze szczegółowym opisem, co jest dla kogo. Czasami cioteczki przyjeżdżały osobiście i zawsze wtedy było to wielkie święto. Gościłem w domu cioci Marysi i Ewy w Westfalii, byłem u Erharda, ale nie chciałbym popędzać czasu w swojej opowieści. Najpierw będzie Wigilia na Wesołej w Chorzowie.

***
Na zdjęciach po kolei z góry na dół:
* Ojciec już na północy Polski,  na zdjęciu ze swoim przyjacielem, Esopem
* Irka z Haincem jako dzieci
* Przed domem na Wesołej 5, od strony ogrodu, rok 1942. Z prawej, obok mojego dziadka, Alfred Hoffmann z żoną i Erhardem, w środku mama, babcia, ciocia Irka, z lewej ciocia Marysia. Z dzieci rozpoznaję tylko Hainca, stoi z tyłu
* Wujek Jorg z ciocią Marysią i dziećmi, najmłodsza dziewczynka im niestety zmarła w wieku kilku lat
* Modnisie na balkonie, na Wesołej 5, lata czterdzieste – mama, babcia i nieznajoma

Spisane z pamięci

Bardzo dawno temu, jeszcze na KURZE, zamieściłam wiersz Juliana Ejsmonda pt. Sztuba, dziś chcę go Wam przypomnieć. Pisałam z pamięci. Co jest dla mnie ciekawe w tym wierszu, jest on napisany chyba w 1922  r., a ile w nim dziś już zupełnie nieużywanych słów. Wiersz był w roku 1931 wydany w zbiorku Patrząc na moich synków, niestety wydany pośmiertnie, bo Ejsmond zginął w roku 1929 w wypadku samochodowym pod Zakopanem. Pamiętam tę książeczkę sprzed wojny, na okładce była fotografia dwóch małych
chlopców, jego synów.

Mirka

Od redakcji: Mirka to pseudonim osoby z rodziny, która chce zachować anonimowość. Witam w gronie autorów na tym blogu, spotykałyśmy się już bowiem jako autorki na innych blogach. Ciekawe, że ten uroczy wiersz skojarzył się Mirce ze świętami. Z twórczości Ejsmonda ja bym chyba wybrała Baśń o ziemnych ludkach, bo one na zimę idą spać. Ale to jest właśnie cudowne we współpracy z innymi ludźmi, że oni myślą co innego niż my, co innego mówią, piszą i mają inne skojarzenia. Nota bene był to w czasach szkolnych Mirki jej popisowy wierszyk.
XX

Julian Ejsmond, Sztuba

Czasami śni mi się w nocy
O chwilo marzeń szczęśliwa,
Że siedzę na Smolnej w klasie
I ktoś mnie nagle wyrywa.

Czasami śni mi się w nocy
Jakaś klasówka koszmarna,
Chcę ściągać, nie mam od kogo
Budzę się, w koło noc czarna

Życie jest nasze jak sztuba
Nie jeden nas dzwonek buzi
Nie jeden nas belfer nudzi,
nie jedna klasówka trudzi.

I wciąż siedzimy na ławce
W oczekiwaniu wyrwania
I ciągle, ciągle nam grozi
Dwója ze sprawowania.

Aż przyjdzie wreszcie godzina,
Godzina szczęśliwa bez miary,
Pojdziemy po dzwonku ostatnim
Do Nieba gdzieś na wagary

Będziemy psocić i broić
I gwiazdom robić kawały
I słońcom dawać kuksańce
Gdyby się z nami nie śmiały

A dobre duchy, co władną
Niebios przejrzystym turkusem
Usmiechną się do nas łagodnie
I dadzą nam piątkę z minusem.

Bóg zajrzy kiedyś w ów dziennik
I spojrzy na nasze twarze
I piątkę zostawi na wieki
A minus starannie wymaże

***
Następnego dnia po opublikowaniu tego wiersza Mirka nadesłała uzupełnienie, które natychmiast dodaję do tego wpisu:

Ewuś! mnie Boże Narodzenie kojarzy się z zupełnie innym tekstem wiersza-kolędy.
Jest to wiersz tak smutny i tragiczny, że nie chcialam od niego rozpoczynać świątecznych wspominków. Przytoczę ten wiersz do Twojej dyspozycji, jeżeli uznasz, że można – wykorzystaj, już na Altanie go podawalam.

Wiersz nie ma autora, bo był ogloszony w 1939 r w jakims piśmie konspiracyjnym.

KOLĘDA WARSZAWSKA

O Matko odłóż dzień narodzenia na inny czas
Niechaj nie widzą oczy Stworzenia jak męczą nas
Niechaj się rodzi Syn Najmilejszy wśród innych gwiazd
Ale nie u nas, nie w najsmutniejszym ze wszystkich miast.

Bo w naszym mieście, które pamiętasz z  dalekich dni
Krzyże wyrosły, krzyże i cmentarz, świeży od krwi
Bo nasze Dzieci pod szrapnelami padły bez tchu,
O Święta Matko módl się za nami, lecz nie chodź tu!

A jeśli chcesz już urodzić w cieniu warszawskich zgliszcz
To lepiej zaraz po urodzeniu – rzuć Go na Krzyż!

(pisane dziś z pamięci)                                              Warszawa, 15 grudnia 2014 r.

Od świętej Łucji…

Wpisem Juliczki o świętej Łucji zaczynamy świąteczny czas na blogu. Nie wiem, na jak długo starczy nam sił, żeby świętować (choć znajdą się tu i poważne wpisy), ale na razie zaczynamy. Jak nam dobrze pójdzie, to może przeciągniemy świąteczny czas aż do Trzech Króli! Juliczka pisze, że od świętej Łucji do Wigilii (a ja dodam, że i/lub od I święta Bożego Narodzenia do wigilii Trzech Króli) w całej Europie ludzie bacznie obserwowali pogodę i nadzwyczajne zdarzenia zachodzące w świecie, wnioskując z nich o powodzeniu lub nieszczęściu, jakie będzie ich udziałem w nadchodzącym nowym roku. Oczywiście zawsze mieli nadzieję, że w kraju będzie panował pokój, a im samym będzie się wiodło szczęśliwie. Tego nam życzę!

Juliczka

ŚWIĘTO ŚWIATŁA 

I.

Jest oto północ roku i północ dnia świętej
Łucji, o twarzy ledwie siedm godzin widocznej;
Słońce już zgasło, na kopule mrocznej
iskrzą się tylko gwiazd zimne diamenty

~John Donne “Nokturn na Świętą Łucję, najkrótszy dzień w roku”.

Tłum. Stanisław Barańczak

II.

Bliżej nam do Halloween zza ocaenu niż do Święta Światła przez Bałtyk. Szkoda. Orszak świętej Łucji jest daleko ładniejszy od straszydeł biegających po ulicach i pukających do drzwi: “cukierek albo psikus”.

Kult świętej Łucji wywodzi się z jej rodzinnych Włoch, do Szwecji dotarł z Niemiec. Święta Łucja, która nie chcąc porzucić swojej wiary pozbawiła się oczu, stała się patronką dnia, uchodzącego za najkrótszy dzień w roku. Wspomaga też ludzi niewidomych. W starych ludowych wierzeniach, w Polsce zachowanych jedynie w opowieściach, jest to okres szczególny. To pora “umierania” słońca, groźny i magiczny czas.

Czas czarownic, przed którymi Święta Łucja miała bronić domostwa. Modlono się do niej, a na progach chat i obór rozkładano odpowiednie zioła. Na drzwiach stajni kreślono krzyż święconą kredą. Wypowiadano magiczne zaklęcia, a ich znajomość była równie ważna jak sekrety siania i orania. Wierzono, że od 13 grudnia na wschodzie przestaje ubywać dnia, a tylko na zachodzie skraca się on jeszcze do 21 grudnia, zatem kultowy dzień był porą graniczną sprzyjającą czarom i mocom nieczystym. Dlatego okadzano tego dnia dom i obejście, pieczono placki z zielem, które podawano zwierzętom, aby czarownice podczas długiej nocy nie mogły wyrządzać szkód.

Na tej Hałeczkowej zielonej ulice
Wiliją Świętej Łucji jadą czarownice…

tak opowiada piosenka góralska o zlocie czarownic w Hałeczkowej.

Każdy gospodarz czuwał tej nocy i pilnował swojego domostwa. Wydaje się wątpliwe, czy jeszcze ktoś o tym pamięta, czy zna zaklęcia równie dobrze, jak tajniki uprawy roli.

III.

Santa Lucia - Sharon Furner s15Inaczej w Szwecji, gdzie nadal obchodzi się Święto Światła, i to hucznie. Kiedyś powodem był rozpoczynający się ścisły post, obecnie, gdy i tak Szwedzi nie objadają się, pozostała tradycja. Tego dnia odbywają się pochody dzieci w białych strojach, przewodzi im długowłosa blondynka, zwyciężczyni konkursu “na Łucję” ogłaszanego przez lokalne media. Łucji w płonącym wianku na głowie towarzyszą druhny, chłopcy w szpiczastych czapkach i jeźdzy na koniach. Pochód odwiedza między innymi szpitale i domy opieki, zacne to działanie. Stanowi doskonałą lekcję dla dzieci, że ludzie starzy i chorzy są pełnoprawnymi członkami społeczeństwa i pod żadnym pozorem nie należy o nich zapominać. Ani na co dzień, ani od święta.

W szkołach, miejscach pracy, pubach częstuje się gości kawą i pszennymi bułeczkami z szafranem. W domach dzień zaczyna przed świtem śniadaniem i intonuje się pieśń
Santa Lucia.

IV.

ATC13 24Najlepiej nastrój świątecznego dnia oddaje fragment książki “Zwierzenia Britt-Mari” Astrid Lindgren:

Kochana Kajso!

/…/

Czy i w tym roku nie wybrano Cię na sztokholmską Łucję? Sądząc z fotografii, jaką mi przysłałaś, jsteś akurat tak miła i czarująca, jak można by tego wymagać od królowej światła.  Nie stawałaś do konkursu, powiadasz? W takim razie sama jesteś sobie winna, że to nie Ty wczoraj wieczorem jechałaś przez miasto w pięknym diademie i w białym futrze z królika.

W domu obchodziliśmy dzień Łucji bardzo sumiennie. Łucją była Alida, ubrana w swoją najlepszą białą koszulę z haftami. Prawdę mówiąc, wyobrażałam sobie zawsze Łucję bardziej wiotką, przynajmniej że nie powinna ważyć (napisałam: marzyć, freudowska pomyłka) ponad dziewięćdziesiąt kilo, ale może było to mylne wyobrażenie, którego powinnam się wyzbyć. W każdym razie bardzo było miło, kiedy obudziły mnie rano głębokie, choć nieco fałszywe dźwięki głosu Alidy, gdy huknęła: “Santa Lucia, świetlane zjawisko!” z taką siłą, że zdawało się, że sufit uniesie się w górę, i gdy potem podała mi do łóżka kawę, świeże bułeczki szafranowe i pierniczki. W ślad za Alidą, całkowicie w cieniu jej bujnych kształtów, dreptał jako paź Jerker, w papierowym kapeluszu  w kształcie głowy cukru. Przyznać trzeba, że równie szczerbatego pazia nikt chyba nigdy nie widział, przynajmniej na naszej półkuli. Znowu wypadły mu dwa zęby, odkąd widziałam go ostatnio. Nie wiedziałam, że dzieciom może wypaść tyle zębów naraz.

Szybko wypiłam kawę i poszłam za Alidą do sypialni, bo bardzo byłam ciekawa miny Moniki, gdy zobaczy Łucję. Sądziłam, że będzie zdumiona, jak gdyby spadła z księżyca, ale wyobraź sobie, że nie! Usiadła na łóżku, spojrzała badawczo na Alidę i powiedziała z największym spokojem:

– Masz świecę we włosach!

I to było wszystko.

Gdy Alida przebrnęła przez “Santa Lucię” mniej więcej pięć razy, wszystkim nam ogromnie obrzydła ta piosenka. Zaśpiewaliśmy wobec tego “Staffan był stajennym”, a potem czas już był najwyższy pędzić do szkoły. Ulice były ciemne, ale w każdym niemal oknie paliły się świece. Kręciło się po nich sporo ludzi z koszykami z świąteczną kawą w ręku. Nie wyobrażaj sobie zatem, proszę, że w Smastad byle jak obchodzą to święto, o nie. W szkole duża sala przybrana była świecami, a w klasach także paliły się świece.

Kajso, już wkrótce ferie świąteczne. Majken przy pomocy Alidy przewraca cały dom do góry nogami. Uważa, że nie byłoby prawdziwych świąt, gdyby wszystkie okna nie były wymyte, wszystkie podłogi wyfroterowane i każda łyżka tak wyczyszczona, żeby się można było w niej przejrzeć.

V.

Wróżba nie wróżba, przysłowie: Od Łucyi…

Od Łucyi dni dwanaście
Policz sobie do Wilii
Patrz na słonko i na gwiazdy
A przepowiesz miesiąc każdy.

Kartkę świąteczną własnej kompozycji podarowała nam Katarzyna Kulikowska.

Oczywiście ten dzień to również i ten człowiek:

Australia – odcinek 1

Lech Milewski

Dziewczyna z wielbłądami  

– (Kochankowie) przestali mi sprawiać przyjemność. Przeważnie byli to rewolucyjni socjaliści, którzy musieli zadowalać się mną, podczas gdy tak naprawdę marzyli o bohaterskich kobietach widzianych na Kubie podczas trzytygodniowych wycieczek na tę wyspę. Tamtych nigdy nie tknęli palcem, oczywiście; mundury polowe i czystość ideologiczna odstraszały ich nie na żarty. Wracali do kraju nucąc Guantanamera i dzwonili do mnie.
Wypisała się z tego (…)
Zaczęła się wspinać i zwykle tłumaczyła wtedy “robię to, gdyż wiem, że oni nigdy za mną tam nie wejdą”.
– Potem jednak pomyślałam, a gówno. Nie zrobiłam tego ze względu na nich; zrobiłam to dla siebie.

Salman Rushdie – Szatańskie Wersety – wydawca i tłumacz nie ujawnieni.

W październiku zeszłego roku na ekrany australijskich kin wszedł film Tracks opowiadający historię młodej dziewczyny, która w 1977 roku powędrowała z czwórką wielbłądów z Alice Springs do Oceanu Indyjskiego – około 2,700 kilometrów.

Przypomniało mi się jak kiedyś towarzyszyłem mojej córce w jeździe samochodem z Sydney do Melbourne – koło 1.000 km. W którymś momencie Ania spytała: Tatusiu, jak myślisz, czy naszej rodzinie lub znajomym w Polsce podobałaby się taka jazda?
– Oczywiście, że nie. Spalony słońcem jednostajny krajobraz. Nudziliby się okropnie.
– Tak myślałam. A mnie ta jazda tak bardzo się podoba… – i po chwili – ja chyba kocham ten kraj.

Mając to w pamięci nie spodziewałem się zbyt wiele po filmie. Wędrówka trwała około 9 miesięcy. Oczywiste jest, że sedno sprawy czyli ta długa i jednostajna wędrówka to nie jest atrakcyjny materiał filmowy. Do filmu nadaje się to, co się działo, gdy bohaterka nie wędrowała. I tak właśnie było.

Robyn Davidson w wieku lat 25, bez zawodu za to z 6 dolarami w kieszeni, psem Diggity i walizką pełną nieodpowiedniej garderoby przyjechała do Alice Springs z zamiarem odbycia wielomiesięcznej wędrówki po pustyni.
Na pytanie – dlaczego chcesz to zrobić? – odpowiadała wzruszeniem ramion – a dlaczego nie?

Alice Springs w roku 1975 – trochę lokalnych biznesmenów utrzymującyh się z turystów, którzy właśnie zaczynają odkrywać te okolice, straceńcy, którzy szukają tu przygody albo awantury, trochę Aborygenów. Lokalne biznesy zatrudniały Aborygenów do prostych prac. Regułą było, że wypłatę Aborygen mógł odebrać tylko w pubie. Większość nie wynosiła z pubu ani centa. Na osobną wzmiankę zasługuje handel obrazami malowanymi przez Aborygenów. Handlarze kupowali te malowidła za bezcen i sprzedawali po wygórowanych cenach.

wielbladaustralijski
Powyższy obraz nie pochodzi od handlarzy z Alice Springs. Tamci oczekiwali od domorosłych artystów malowania pseudo-aborygeńskich kiczów.

Znaczna grupa Aborygenów w Alice Springs to widma, ludzie, którzy porzucili lub zostali odrzuceni przez swoje plemiona. Spędzają dni i noce w wyschniętym korycie rzeki Todd River.

Robyn planowała, że zamieszka wśród nich, złapie na pustyni wielbłąda albo dwa, przecież są ich tam tysiące, i pójdzie w spaloną słońcem dal.
Już w pociągu dostała inną propozycję:“Jesus Christ, mate, you’re not goin’ to Alice alone are ya? Listen ‘ere lady, you’re fuckin’ done for. Them coons’ll rape youze for sure. Fuckin’ niggers run wild up there ya know. You’ll need someone to keep an eye on ya. Tell youze what. I’ll shout youze a beer, then will go up to your cabin and get acquainted eh? Whaddya reckon?” – Robyn Davidson – Tracks – książka.

Nie skorzystała. Od miejscowych dowiedziała się, że w korycie Todd River nie przeżyje jednej nocy oraz, że złapanie i okiełznanie dzikiego wielbłąda przekracza jej możliwości. Przyjęła pracę w miejscowym pubie, gdzie była świadkiem niezwykle pogardliwego czasem nieludzkiego traktowania Aborygenów. Kilka razy wstawiła się za nimi. Któregoś dnia, po powrocie z pracy do swojego pokoju, znalazła na poduszce starannie ułożone gówno. Czas zmienić miejsce pobytu.

Zgłosiła się do pracy w firmie organizujacej przejażdżki na wielbłądach dla turystów. Prowadził ją Niemiec – Kurt Posel. To było idealne miejsce, żeby poznać wielbłądy i nauczyć się współpracy z nimi. Kurt pokręcił z powątpiewaniem głową, gdy usłyszał o planach Robyn, ale zaoferował jej pracę. Za darmo od świtu do nocy, za co po 8 miesiącach da jej wytrenowanego wielbłąda. Przyjęła.
Kurt Posel… w rozmowie z dziennikarzem Robyn nazwała go “mad Kurtie” . Brzmi jak ktoś z powieści Conrada – zauważył dziennikarz. O tak, on był zdecydowanie z powieści Conrada – potwierdziła Robyn.
Wyznam, że to zadecydowało o moim dalszym zainteresowaniu losami bohaterki. No cóż, mam słabość do osób, które odwołują się do moich ulubionych książek.

A zatem sięgnąłem po książkę. Wędrówka Robyn nabrała światowego rozgłosu i angielskie wydawnictwo zamówiło u niej książkę – relację z podróży. Robyn pisała ją w domu Doroty Lessing, z którą zaprzyjaźniła się korepondencyjnie. Książka zyskała bardzo dużą popularność. Hollywood przymierzał się kilka razy do produkcji filmu, planowano nawet obsadzić Julię Roberts w roli Robyn. Na szczęście do tego nie doszło. Film wyprodukowano w zeszłym roku, a główną rolę gra Australijka – Mia Wasikowska.

Robyn Davidson bardzo pozytywnie wypowiada się o filmie, a wyjątkowo ciepło o wykonawczyni główniej roli. Nie pozostawia jednak wątpliwości – to nie jest moja wędrówka, to jest film o wędrówce kogoś innego, nawet podobnego do mnie, na przykład mojej siostrzenicy.

Nie miałem więc wątpliwości, że moja relacja będzie oparta na książce.

Już teraz zdradzę zakończenie – Robyn Davidson, jej pies i cztery wielbłądy dotrą do Oceanu Indyjskiego.

W oceanie

Może komuś nasunęło się pytanie: a cóż do tej całej historii ma początkowy cytat z Szatańskich Wersetów wyraźnie odnoszący się do kobiety bywałej w świecie i wspinającej się na Mt Everest?
Okazuje się, że całkiem dużo. Robyn Davidson w wieku 11 lat została osierocona przez matkę, która popełniła samobójstwo. Ojciec oddał dwie córki pod opiekę swojej siostry, starej panny, która oddała dziewczynki do szkoły z internatem. Robyn, po zakończeniu edukacji, uciekła z domu do Sydney, gdzie pędziła żywot dziecka ulicy. Spała w bramach i pod mostami, wieczorami wystawała pod tylnymi drzwiami restauracji, czekając, aż rzucą jej jakiejś resztki. W wywiadzie wspomina, że była ogromnie nieśmiała, gdyby była odważniejsza, może spróbowałaby otworzyć usta, poprosić o pracę.
Z upływem czasu nawiązała znajomości z miejscowymi hippisami, a przez nich trafiła do nieformalnego klubu Sydney Push. Była to grupa lewicujacych artystów, intelektualistów, dziennikarzy, studentów. Wielu z nich robi obecnie karierę w australijskiej polityce i mediach.

Wątpliwe, czy Salman Rushdie dowiedziałby się kiedykolwiek o istnieniu takiego klubu a tymbardziej o Robyn Davidson, gdyby nie fakt, że była ona jego partnerką w okresie, gdy pisał Szatańskie Wersety. Burzliwy związek skończył się po dwóch latach.

Na marginesie wspomnę, że cytowana bohaterka Szatańskich Wersetów to niejaka Alleluja Cone, córka pochodzącego z Warszawy żydowskiego małżeństwa, państwa Alicji i Ottona Cohen.
Polscy Żydzi nazywali się Cohen?
To pytanie skierowane do Salmana Rushdie. Salman Rushdie, którego erudycję cenię bardzo wysoko, w tym momencie chyba trochę przysnął. Otton i Alicja prawdopodobnie w Polsce nazywali się Kahan. To popularne żydowskie nazwisko, na liście ofiar warszawskiego getta powtarza się prawie 50 razy, po hebrajsku oznacza kogoś pochodzącego z rodu kapłanów. Pan Otto emigrując do USA zmienił pewnie pisownię nazwiska na Cohen a potem, aby odciąć się od żydowskich korzeni, zmienił je na Cone.

Linki:

Robyn Davidson mówi o filmie Tracks

Wywiad radiowy z Robyn Davidson

Ciąg dalszy za tydzień

Udręki pisania książki

Ewa Maria Slaska

Zdjęcia w cegielni

Julicie

albumCiociAlbum zdjęć rodzinnych – główny bohater dzisiejszego wpisu

Jak można pisać biografię? Jak w ogóle można pisać coś, co jest prawdą? Jeśli wymyślamy bohatera naszej opowieści, możemy wyposażyć go tylko w taką ilość informacji, jaka jest nam potrzebna, by ów “Fikcyk” mógł sprawnie funkcjonować w obrębie wymyślonego przez nas świata i ustalonej fabuły. Ale prawdziwa historia jest obarczona taką masą informacji, które wcale nie są potrzebne, żeby pchnąć narrację do przodu, ale przecież już są. Nie można się ich pozbyć. Gdzie jest miejsce na te szczegóły? W przypisach, w nawiasach, w zdaniach wtrąconych? Czy też tworzą one nowe zdania, akapity, rozdziały? Nową książkę?

Im szerzej zakrojona historia, tym więcej detali domaga się uwzględnienia. Z drugiej strony całej masy spraw nie wiemy, nawet się nie domyślamy, że ich nam brakuje. Jak to zrobiła na przykład Olczak-Ronikierowa, zajmująca się sześcioma czy siedmioma pokoleniami rodziny, gdzie w niektórych pokoleniach było nawet ośmioro dzieci? Wszystkiego wiemy za dużo, a i tak trzeba wymyślać.

U Ronikerowej na pewno jest taka wymyślona historia o babce autorki jako młodej dziewczynie. Jej brat i jego koledzy dyskutują o polityce, nie zwracając uwagi na młodą żądną poklasku pannę. Dziewczyna idzie do swojego pokoju i przebiera się w najbardziej oryginalny strój – czerwoną zamaszystą pelerynę. Wraca do salonu, a młodzi panowie nadal nie zwracają na nią uwagi. Wreszcie nie wytrzymuje i prosi brata o jakąś reakcję.
– Jak wyglądam? – pyta.
– Jak papuga – odpowiada brat.
Co za świetny dialog! Ronikerowa jakoś sobie radzi, choć po prawdzie ostatnie rozdziały Ogrodu pamięci, o dzieciach, wnukach i prawnukach rozsianej po świecie rodziny bardziej są już po prostu wyliczanką i daleko im do żywych i mięsistych części książki, w których pisze o prababce, babce, jej siostrach i braciach.

Ten brat “od papugi” ożenił się zresztą z siostrzenicą Prababci. Mojej Prababci. Naszej Prababci. Jaki ten świat jest mały, coraz mniejszy. Próbuję nawiązać kontakt z autorką, myślę, że mogłybyśmy wymienić plotki rodzinne, niestety nie udaje mi się zachęcić jej do spotkania. Mogłabym dalej budować dygresje, pan doktor Fetzki, ograniczany zewsząd powinnościami naukowca, ciągle mnie podpuszcza, czekając na scenki, a to wspólnej herbaty, jaką wypijają na ganku Sylwany pan minister Zagleniczny i Prababcia, wspólnie zgłębiający problemy niesienia pomocy ubogim i potrzebującym w okolicy. W końcu pan Senator miał zacięcie prawdziwego społecznika, nie darmo był podczas I wojny członkiem zarządu Rady Głównej Opiekuńczej. A to z kolei rozmów prawno-gospodarczych, jakie toczyli Pradziadek i ksiądz Zaremba, w końcu przez dobrych kilka lat byli wspólnikami.

Drogi Czytelniku, przeczytałeś już jedną stronę tekstu i nadal nie wiesz, o czym właściwie jest ten wpis i o co chodzi z tytułowymi zdjęciami z cegielni. Przepraszam. Zasadniczo do dzisiejszego wpisu potrzebne mi były dwa zdania. Zdjęcia rodzinne pochodzą z albumu będącego własnością Cioci. Album ten, podobnie jak wybrane książki, a w książkach tych ukryte zapiski i… fałszywe kennkarty Dziadków, został wyniesiony z mieszkania Dziadków w Zielonce w nocy po ich aresztowaniu i ukryty w starej cegielni, gdzie przeleżał od marca 1944 roku do maja 1945 roku. Nikt go nigdy nie znalazł. Dla potrzeb wpisu to wystarczy. No ale przecież wiem więcej.

Przedtem był wstęp, owe dwa zdania to rozwinięcie, zdjęcia z albumu to punkt kulminacyjny, a teraz następuje powolne zwijanie tematów, które się tu splątały. Ale żeby je zwinąć, trzeba je wyjaśnić

Babcia i karusia Babcia Hala i Karusia w mundurze harcerskim (miała stopień harcmistrzyni), kotka Gryzelda, rośliny pokojowe, którymi opiekowała się Karusia

Rodzina Cioci wyprowadziła się do Zielonki już przed wojną, bo Ciocia była słabego zdrowia i nie służyło jej mieszkanie w mieście. Ciocia twierdzi, że odziedziczyła po Prababci urodę, zawód i chorobę. Mieszkali więc w Zielonce, a nie w rodzinnym (rodowym) mieszkaniu warszawskim na ulicy Zgoda 9. Jakoś wyraźnie chłopaki z rodziny nie chciały mieszkać u Mamy i Taty. I Stefan, i Wiktor wyprowadzili się na swoje, a z Pradziadkami zostały na Zgoda obie córki, najmłodsza, niezamężna Karusia i starsza – Aniela czyli moja piękna melancholijna Babcia.

aniela-babciaPo lewej Babcia Aniela, po prawej Babcia Hala

Babcia studiowała chemię w Lozannie, wróciła do domu podobno z uwagi na postępującą chorobę oczu, ale tak naprawdę przez zawód miłosny. Mama twierdziła, że Aniela zakochała się z wzajemnością w koledze studencie z arystokratycznej czy szlacheckiej rodziny, któremu jednak rodzina nie pozwoliła na ślub z nieherbową panną. Aniela wróciła do Warszawy i zdaniem Mamy pielęgnowała melancholię, co Ciocia potwierdza, wie jednak również, że Aniela udzielała lekcji francuskiego. Melancholia jednak zwyciężyła i zjadłaby Babcię nim by zdążyła zostać moją Babcią, gdyby nie Pradziadek, który przymusił córkę do ślubu z kolegą lekarzem, Michałem.

nawakacjachMichała na zdjęciu nie ma, są Pradziadkowie, Wiktor, Halszka, Aniela i dwie dziewczynki czyli Mama i Ciocia.

Nota bene, jak to się w obu rodzinach, Taty i Mamy, podobnie ułożyło. Babcia Mita też wyszła za mąż za Dziadka Jana Feliksa po zawodzie miłosnym.

Tak to pojawił się w rodzinie kolejny lekarz, tym razem – pediatra, co się bardzo przydało, bo, jako się rzekło, Ciocia była słabego zdrowia i wujek Michał przybiegał lub, gdy rodzina Wiktora przeniosła się już do Zielonki, przyjeżdżał na każde wezwanie do chorej bratanicy. W marcu 1944 roku, Ciocia skończyła właśnie 14 lat, aresztowano całą rodzinę. Wiktor został z Pawiaka odtransportowany do obozu w Stutthofie, gdzie przebywał do końca wojny. Opuścił obóz zimą 1945 roku, pędzony w marszu śmierci gdzieś na Zachód, w stronę Niemiec i zapamiętał niezwykłą opiekę, jakiej udzielili więźniom mieszkańcy Żukowa. Napisze o tym po latach w książce Warszawiacy w Stutthofie, którą obecnie wznowiło Muzeum w Sztuthofie, niestety już bez tej niezwykłej okładki, której tajemnicę znała moja Mama, a której nie znały ani Ciocia ani jej córki, co się okazało jesienią tego roku we Florencji, podczas rodzinnego wesela. Mama zaraz po wydaniu książki pokazała mi, jak ta okładka została skomponowana. Przez całą jej szerokość, a więc przód i tył, biegł nabazgrany na szarym murze biały napis Pawiak. Nazwa uzasadniona, bo stąd autora wywieziono do Sztuthofu. Gdy książka była zamknięta, na jej przedniej okładce pozostawały tylko dwie litery – AK! Niewątpliwie inteligentny zabieg grafika – Sylwestra Wieczorka, ale czy na sugestię ze strony dziadka? I czy dyrektor wydawnictwa, niezapomniany Edward Mazurkiewicz, wiedział o tym? Tego się już zapewne nigdy nie dowiem. W każdym razie „numer” przeszedł. Niezauważony przez cenzurę czy za jej przyzwoleniem? Był rok 1971. Tego też się już pewnie nie dowiem.

Ciocia i jej Mama zostały wykupione przez AK i po trzech miesiącach, latem 1944 roku, wyszły z Pawiaka. Nie wróciły jednak do mieszkania, gdzie mieszkały do momentu aresztowania, lecz do rodziny, skąd zresztą też po jakimś czasie musiały się wynieść. W międzyczasie w Warszawie wybuchło powstanie. W pierwszych dniach września Babcia i Ciocia z rodziną cudem nadzwyczajnym wyjechały do Żyrardowa.

Pozostaje jeszcze pytanie, dlaczego Ciocia i Babcia nie mogły wrócić do swojego mieszkania w Zielonce. To pytanie jak ohydny refren pojawia się wszędzie tam, gdzie są ludzie, których można wydać w ręce władzy lub z tych rąk za pieniądze wyrwać. Kto raz zapłacił lub za kogo raz zapłacono, musi natychmiast uciekać, bo ci, co wzięli pieniądze, wrócą, żeby dostać więcej. I jeszcze więcej. Tak działali szmalcownicy, tak działało Gestapo, które za pieniądze wypuszczało więźniów na wolność, tak w ubiegłym roku na lwowskim majdanie działali kolaboranci Janukowicza. Groźba była jasna: opłać się albo wylądujesz (znowu) w pudle i tam zgnijesz. Okup ratował doraźnie, ale jeśli się opłaciłeś, musiałeś natychmiast zniknąć.

Tak asymilowani Żydzi, opuszczali swoje mieszkania i decydowali się, jak matka i babka Olczak-Ronikerowej, na całkowite ukrywanie się, takie bez podchodzenia do okna i poruszania się w ciągu dnia. Takie, jakie znamy z Pamiętników Anny Frank. Tak Ciocia i jej Mama wyjechały za litr spirytusu do Żyradowa. Tak znajoma Karstena Haina, Viktoria, uciekła w zeszłym roku z Lwowa do Warszawy. Na ostatnią chwilę. Paląc za sobą mosty. Licząc tylko na to, że wojna, okupacja i prześladowania przeminą.

I to są właśnie udręki pisania tej książki. Wszystko, o czym tu piszę, nie ma dla książki najmniejszego znaczenia. Wszystko w ostatecznej redakcji wyleci.