Po śladach życia

Ewa Maria Slaska

Siedlce czyli Dębe Wielkie czyli Halinów czyli Olesin

EugeniaLubliner2Gdy zaczynałam szukać szkoły, którą sto lat temu założyła i prowadziła Prababcia, szukałam jej w Siedlcach, bo tak podawał Polski Słownik Biograficzny. Dopiero rozmowy z Ciocią pozwoliły uściślić: dojeżdżało się do stacji Dębe Wielkie, leżącej na trasie Warszawa – Siedlce, a szkoła była w Halinowie. Ja już się dalej nie umiałam ruszyć, ale nasz blogowy Autor czyli Viator, występujący tym razem jako historyk, doktor Tomasz Fetzki, poszedł jeszcze krok dalej i znalazł gazetę internetową Kurier Skruda, a w niej artykuł o… Olesinie.

http://kurierskruda.pl/index.php/historia-olesina/historia-regionu

Czyli tak jak napisałam w tytule, trzeba było mentalnie przejść przez cztery miejscowości, aby dotrzeć tam, gdzie Prababcia – zapewne – prowadziła swoją szkołę.

prababciajakoslicznapannaI tak się wędruje po śladach – w górę rzeki jak Zbigniew Milewicz, w głąb własnych wspomnień jak Konrad Sałagan czy Krzysztof Mika, po dokumentach jak Tomasz Prot. A jest jeszcze Jacek Slaski, który rozmawiał ze swoją Babcią, Zofią Slaską i jest mój ojciec, który zapisał swoje życiowe wspomnienia, które zatytułował Śladami życia. Tyle osób zebrałam na blogu, tylu tych, którzy próbują odtworzyć miniony czas, swój i swojej rodziny.

Na zdjęciu moja śliczna Prababcia jako młoda kobieta.

Napisałam do redakcji Kuriera Skrudy, podając to, co wówczas wiedziałam o pedagogicznych przedsięwzięciach Prababci. Nie wiedziałam wiele, a i tak niemal rok zajęło mi uporządkowanie tego, czego przecież nie wiedziałam. Tekst poniższy jest już uzupełniony o informacje, które zebrałam, gdy tydzień temu pojechałam do Olesina. Nieocenionym źródłem informacji okazał się miejscowy historyk, pan Jan Majszyk, któremu niniejszym bardzo dziękuję.

Obozna5-rok1885Opowieść o Prababci

Prababcia z koleżanką panią Dorotą Zylberową założyły, sfinansowały i prowadziły w Warszawie szkołę dla dzieci mało zdolnych. Szkoła powstała w roku 1908 i istniała tylko kilka lat, a mieściła się przy ulicy Oboźnej 5 w bardzo znanej warszawskiej kamienicy. Została ona zbudowana w 1882 roku przez architekta Karola Kozłowskiego na potrzeby Zakładu Wodoleczniczego doktora Wincentego Brodowskiego. Zakład istniał nota bene aż do II wojny światowej. W kamienicy znajdowały się też mieszkania do wynajęcia, a jednym z lokatorów był słynny artysta, rysownik, ilustrator i malarz, ale też bohater Powstania Styczniowego, więzień i katorżnik carski, Michał Elwiro Andriolli. Budynek rozebrano po wojnie, a stojący tu obecnie dom został zbudowany z wykorzystaniem części zachowanych murów. Szkoła, jako się rzekło, istniała zaledwie kilka lat, ale była ważnym kamieniem milowym w historii pedagogiki polskiej – była to bowiem pierwsza taka szkoła na ziemiach polskich. Dodajmy też, że była ona niemal w całości finansowana przez panią Zylberową i Prababcię, bo opłaty za naukę wnosiły tylko rodziny dzieci zamożniejszych, a było ich zaledwie kilkoro.

Około roku 1910 Pradziadek zakupił wraz księdzem Stanisławem Zarembą majątek w Dębem Wielkim kolo Mińska Mazowieckiego w dawnym powiecie Siedlce. Majątek ten, część miejscowości Halinów, leżał we wsi służebnej Olesin Duży.

Ten ksiądz Zaremba był pierwszym proboszczem parafii Dębe Wielkie. Tradycja głosi, że był człowiekiem rzutkim i obrotnym. Wiadomo, że zajmował się handlem majątkami, które powstały w drugiej połowie XIX wieku, kiedy to zmieniony został status prawny dotychczasowej królewszczyzny w Dębem Wielkim. Zarembę oceniano nader kontrowersyjnie. Z jednej strony uważano, że jego zachowanie bardziej znamionuje przedsiębiorcę niż osobę duchowną, ale patrzono też na niego jako patriotycznego reprezentanta pozytywistycznej idei pracy u podstaw. Tak czy owak najpierw obaj panowie, mój Pradziadek – lekarz i ksiądz proboszcz, byli współwłaścicielami majątku i dopiero w roku 1913 rozwiązali spółkę i założyli osobne księgi hipoteczne. W roku 1917 ksiądz, już teraz nie wspólnik lecz sąsiad, odsprzedał swoją część senatorowi RP Janowi Zaglenicznemu. Mniej więcej w tym czasie, tuż po Wielkiej Wojnie, Prababcia założyła tu szkołę i zamieszkała na stałe w Olesinie.

Podobno nie było to żadną wielką rewolucją rodzinną, dom w Warszawie świetnie sobie dawał bez niej radę, w końcu był to czas kucharek i służących. U pradziadków służące były dwie, kucharka jedna.

dworzec Zbudowany w roku 1918 dworzec w Aleksandrówce (Dębem Wielkim), w roku 2014 wpisany do rejestru zabytków

Jeśli prababcia akurat przyjechała do Warszawy, to wracała do Olesina koleją. W każdym razie wiadomo, że rodzina nie posiadała automobilu, a Prababcia zarzekała się jeszcze, że do tego paskudztwa nigdy nie wsiądzie. Dojazd koleją był jak najbardziej możliwy i wygodny, bo w roku 1918 na trasie kolejowej Berlin – Warszawa – Moskwa powstał nowy dworzec: w Aleksandrówce czyli w Dębem Wielkiem.

duktZ dworca do Olesina były trzy kilometry, dobrą ubitą drogą, zwaną przez miejscowych duktem lub ulicą Brukową, którą ufundował pan senator.

Według tradycji rodzinnej majątek Pradziadków w Olesinie został nazwany Sylwana, co na dokumentach złożonych w archiwum w Otwocku zostało zapisane jako Silvana.

Sylwana była szkołą z internatem, gdzie mieszkało kilkanaścioro dzieci małozdolnych i niezamożnych, żeby nie powiedzieć – po prostu biednych. Utrzymanie majątku, szkoły i dzieci finansował pradziadek, który był wziętym lekarzem laryngologiem i ftyzjatrą. Dzieci kształcono metodą wprowadzoną w Polsce przez Prababcię i panią Dorotę Zylberową, polegającą na połączeniu prostej nauki szkolnej z nauką czynności manualnych. W szkole byli więc zarówno nauczyciele jak rzemieślnicy, przygotowujący uczniów do wykonywania zawodu (kowal, ślusarz, cieśla).

Sylwana istniała ok. 10-12 lat, po czym została sprzedana. W pamięci rodzinnej sprzedaż Sylwany nastąpiła w roku 1930, z akt wynika jednakże, że majątek już w roku 1929 został zakupiony przez gimnazjum im. Zamojskiego w Warszawie, które prowadziło tu letnisko dla niezamożnych uczniów oraz programy, dziś zasługujące na miano “zielonej szkoły”. Gimnazjum zachowało nazwę Sylwana bądź też to właśnie nowy właściciel przemianował Sylwanę na Silvanę.

mapaolesin

***
O Olesinie i Sylwanie będę jeszcze donosiła. Już dziś znajdzie się sporo ciekawostek, o których można będzie opowiedzieć, jak np. rok wielu wesel, Mama i pies Haluś, stawy rybne, wielki dąb czy wreszcie opowieść o przypalonym szpinaku. Nie da się tego wmieścić w jeden wpis, a przecież mam jeszcze wielkie plany poszukiwań archiwalnych.

Na razie chciałabym bardzo podziękować redakcji Kuriera Skrudy, a zwłaszcza jej naczelnemu  – Arturowi Czyżewskiemu za nadzwyczajną opiekę, jaką mi zapewnił podczas wizyty w Olesinie! Pan Artur jest na co dzień właścicielem eleganckiej restauracji La Veranda Verde w Cisiu. O panu Arturze też jeszcze opowiem, na razie donoszę, że w Zielonej Werandzie bardzo dobrze karmią!

Brazylia

Joanna Trümner

Sen o szczęściu

Samolot wznosi się coraz wyżej, ziemia powoli przestaje być widoczna, schowana pod dywanem białych jak śnieg chmur. Każdy metr oddala go od spraw, które zostawił za sobą: niepopłaconych rachunków, niewykonanych telefonów, spotkań, na które nie przyszedł – całego tego chaosu poprzedzającego dzisiejszy lot – być może początku najważniejszej podróży w życiu. Z perspektywy 10.000 metrów wszystko pozostawione na dole widziane jest jak z lotu ptaka – małe i odległe. A to, co czeka go w Brazylii chowa się w chmurach. Myśli o wczorajszym pożegnaniu z synem, tej nieprzyjemnej, pełnej wyrzutów rozmowie: „Nie myślałem, że znowu będziesz takim idiotą. Zaczynanie wszystkiego od nowa w twoim wieku jest infantylne, wnuki powinieneś bawić!” – „Ale ty się o nie nie postarałeś!” – odwarknął, zmęczony ciągłym wysłuchaniem, jakim idiotyzmem jest przeprowadzka do Brazylii w wieku 74 lat – bez znajomości portugalskiego, bez ubezpieczenia, tuż nad grobem!

Nad grobem to stoją wszyscy ci starzy ludzie, którzy zostali odstawieni przez rodziny do domu starców. Jak ciotka Berta, którą odwiedzał raz w miesiącu – ciągle jeszcze czuje ten zapach pełnych pieluch i starości, ma przed oczami ludzi grających całymi dniami w warcaby, te ich pozbawione radości oczy i życie przemijające na czekaniu na posiłki. Zrobi wszystko, żeby jego życie tak się nie skończyło. Na szczęście ciągle jeszcze ma marzenia i nie stracił umiejętności rozumienia swoich snów. Sen, w którym siedział w kasynie i płakał ze szczęścia przy stole z ruletką spełnił się przecież – tych 10.000 € pozwoli przetrwać mu przez jakiś czas. O całą resztę zadbał Kurt, mieszkający w Imbassai od 15 lat. Będą razem prowadzili mały hotelik Kurta przy plaży, odwiedzany głównie przez Europejczyków. Kilka tygodni temu śniła mu się plaża z palmami, na której młode, piękne dziewczyny w strojach z karnawału tańczą sambę. Następnego dnia, po długiej rozmowie telefonicznej z Kurtem, poszedł do biura podróży i kupił bilet lotniczy do Salvador de Bahia płacąc gotówką. Młoda dziewczyna sprzedająca mu bilet patrzyła na niego z ironicznym uśmiechem, myśląc zapewne: „ten płacący gotówką dinozaur rusza na poszukiwanie młodej i ładnej partnerki”.

Trochę żal mu było klientek – głównie kobiet w średnim wieku, które zgłosiły się przed kilku laty na jego ogłoszenie w prasie: „Astrolog, doradca życiowy, wróżenie z ręki. Wieloletnie doświadczenie.” Większość z nich dotrzymywała mu wierności latami. Przychodziły do niego z oczekiwaniami, których nie dało się spełnić – nie da się nawet przy najkorzystniejszej konstelacji gwiazd wymusić uczuć na innych – dzieci nie zaczną się interesować rodzicami, kiedy stanęła między nimi budowana latami góra obojętności; dawni kochankowie, którzy od dawna idą przez życie z innymi kobietami nie wrócą nagle do tych starych, zrezygnowanych kobiet, których każda zmarszczka to opowieść o niespełnionych marzeniach i rozczarowaniach, nowi kochankowie nie pojawią się znikąd na horyzoncie – dopóki kobiety te nie odnajdą w sobie piękna i radości zycia. Nikt nie chce się otaczać ludźmi zgorzkniałymi i niepogodzonymi z życiem.

Po wielu spotkaniach zrozumiał, że te kobiety po prostu chcą z siebie wyrzucić wszystkie złe myśli i uczucia, jak bardzo są samotne, hermetycznie zamknięte we własnym nieszczęściu i jak bardzo go potrzebują. Nie miał wobec nich wyrzutów sumienia – psychologowie też są opłacani. A on naprawdę wierzył w swój dar przewidywania przyszłości. Dar, który pozwolił mu przewidzieć niespodziewaną śmierć żony – do dziś pamięta ten sen z czarnymi motylami latającymi po słonecznym niebie.

Myśli o swoim życiu przed śmiercią żony, łapiąc się na tym, że to wspomnienie jest jak nierealny sen, dotyczący innej osoby. Dwadzieścia trzy lata pracy w dużej firmie sprzedającej napoje – dzwiganie skrzynek, dowożenie ich do sklepów – codziennie te same trasy, ci sami ludzie, te same skrzynki, tylko napoje czasami się zmieniały. Z pewną ulgą przeczytał list z wypowiedzeniem, który znalazł w skrzynce pocztowej w dzień pogrzebu żony. Dostał odszkodowanie, dzięki któremu mógł po raz pierwszy odwiedzić Kurta w Imbassai.

Spędził tam pół roku. Przeżył piękną miłość z Martą – zwariowaną czterdziestokilkuletnią nauczycielką z Sao Paulo, która któregoś dnia miała dosyć zblazowanych uczniów i bogatych, aroganckich rodziców w prywatnej szkole, gdzie uczyła angielskiego i przeprowadziła się do dżunglii. Zgodnie z prawem brazylijskim każdy ma prawo do zamieszkania i wykarczowania kawałka ziemi i po sześciu latach ziemia ta staje się jego własnością. Marta spędzała tych sześć lat na uczeniu w środku dżunglii indiańskich dzieci pisania i czytania. W zamian za jej wiedzę Indianie nauczyli ją poznawania niebezpieczeństw i leczenia chorób ziołami.

Byli z Martą przez kilka miesięcy – wspólne noce pod gołym niebem, spędzali na popalaniu trawki i śmiechu – dopóki jej nie poznał nie wiedział, że do dzielenia się radością życia niepotrzebny jest wspólny język. W ciągu dnia pomagał jej przy budowaniu małego domku, w którym można było się ukryć przed deszczem. Ciągle jeszcze pamiętał czas spędzony z Martą, godziny wpatrywania się pełne gwiazd niebo – to były jedne z tych momentów w jego życiu, kiedy człowiek wie, co znaczy szczęście, że niczego nie trzeba już szukać, że wszystko czego chcemy jest właśnie tu i teraz. Zrozumiał, że świat jest tak ciekawy, słoneczny i jasny jak plaża, przy której znajdował się pensjonat Kurta.

Wrócił do Berlina, Marta zakochała się w młodszym od niej o 15 lat Indianinie, który był wielkim miłośnikiem Boba Marleya i nadał sobie przydomek Jamajka. Z nim teraz spędzała noce pełne gwiazd, trawki i marzeń o szczęściu. Gdy zabrakło im pieniędzy na życie Marta sprzedała nerkę i ich wspólne życie w dżungli płynęło dalej… Szkoda, że Marta już na niego nie czeka, ale w kraju tak pięknych kobiet na pewno długo nie pozostanie sam.

Po powrocie wynajął dwupokojowe mieszkanie na Weddingu, które szybko zapełniło się starociami z pchlich targów, kartami tarota i książkami na temat wróżenia z ręki. Już w momencie podpisywania umowy wiedział, że mieszkanie to odegra tylko rolę poczekalni, w której przeczeka do następnego etapu życia. Mieszkanie, w którym spędzał godziny na rozmowach ze swoimi klientkami. Niejedna z nich stukała do drzwi mieszkania podczas jego nieobecności w nadziei, że może jednak stanie w drzwiach z pogodnym uśmiechem i przywita ją tym swoim „To zobaczmy, co na ten temat mówią karty”. Klientki uwielbiały go, niejedna z nich marzyła o spędzeniu z nim reszty życia. Zdarzyło się kilka razy, że spędził z którąś z nich piękną noc, nigdy nie obiecując, że to na zawsze. Zachowywał się w stosunku do nich szarmancko – zawsze zauważył nową fryzurę lub sukienkę, opaleniznę po urlopie – kawaler starej klasy, o którym marzą nie tylko starsze kobiety…

Z każdym pokonywanym przez samolot kilometrem oddalał się coraz bardziej od tych samotnych, nieszczęśliwych kobiet. Wiedział, że już się nie spotkają, życzył im żeby spotkały kogoś kto nauczy je wierzyć w słoneczną stronę życia. On w nią wierzył, wiedział, że czeka go pięć, dziesięć a może dwadzieścia szczęśliwych lat. Może uda mu się wśród gości pensjonatu Kurta zdobyć nowych klientów? Rozejrzał się po samolocie – może ktoś z pasażerów zaczyna tak jak on nowe życie? Zasnął z uśmiechem na ustach.

Tydzień na lotnisku

Ewa Maria Slaska o książce Alaina de Bottona, Airport

In the summer of 2009 Alain de Botton was given unprecedented, unrestricted access to wander around Heathrow, one of the world’s biggest airports as a Writer-in-Residence. He spoke with everyone from airline staff and senior executives to travellers passing through, and based on these conversations he produced extraordinary account of life at an airport and what it says about modern existence.

Working with the celebrated documentary photographer Richard Baker, he explores the magical and the mundane, and the stories that inhabit this strange ‘non-place’ that we are usually eager to leave. Taking the reader through the departures lounge, ‘airside’ and the arrivals hall, de Botton shows with his usual combination of wit and wisdom that spending time in an airport can be more useful and more revealing than we might think.

Wszystko jasne, prawda? Pisarz (a właściwie – eseista) Alain de Botton (rocznik 1969, to czasem lubi się wiedzieć) i fotograf Richard Baker spędzili w roku 2009 tydzień na londyńskim lotnisku Heathrow, a dokładnie w najnowocześniejszym wówczas terminalu 5. Był to pobyt opłacony przez samo lotnisko i, podobno, zleceniodawca życzył sobie wręcz, by to, co napisze pisarz i sfotografuje fotograf było, jeśli zajdzie taka potrzeba, krytyczne. Możliwe. W książce nic specjalnie krytycznego nie znalazłam, a jeśli, to były to zdania innych (że jest, na przykład, za dużo sklepów). Tekst zresztą jest, jak to zawsze u de Bottona, inteligentny, a jego czytanie to dla ludzi lubiących niezobowiązujące i łatwo przyswajalne obserwacje i rozważania o życiu – sama przyjemność. Ale nic dziwnego, w końcu de Botton zapisał się nam we wdzięcznej pamięci czytelniczej jako autor znakomicie przyjętych również w Polsce książek Sztuka podróżowania i Architektura szczęścia.

Ale mniej więcej w połowie lektury samo obcowanie z tą książką (czytałam ją w wydaniu niemieckim, ale to chyba bez znaczenia) stało się dla mnie nieznośne i początkowo nie umiałam dociec, dlaczego. Książka o niczym, rozważania i obserwacje inteligentnego człowieka, ukazujące, że nie ważne o czym pisarz pisze, o mrówkach, Prouście czy lotnisku, w gruncie rzeczy i tak pisze o wszystkim, o świecie, Bogu, życiu i sprawach ostatecznych. Tomasz Fetzki od wielu tygodni udowadnia to w swoich wpisach, niby to o Łużycach. Ale w końcu wie, że to pretekst i nie na darmo nazwał swój cykl postów Lusatia alias Vita.

Takie książki są moją ulubioną lekturą i doprawdy zaniepokoił mnie fakt, że nie mam już ochoty czytać Lotniska.  Dopiero po jakimś czasie zrozumiałam, że to nie książka mnie drażni, lecz zamieszczone w niej zdjęcia. Są to zdjęcia marginaliów i tak jest OK. Zdjęcia pokazowe zalewają nas ze wszystkich stron i nie byłoby dobre a nawet wskazane, by w inteligentnych rozmyślaniach pisarza o życiu pojawiły się foty jak z folderów reklamowych.

Ale…

ludziebezwlasciwosciNie wiem, kto zadecydował o takim a nie innym doborze zdjęć, sam fotograf, pisarz, ich wydawca czy zleceniodawca, ale podejrzewam, że zadecydował przede wszystkim Duch Czasu, który wręcz histerycznie każe fotografowanym obiektom chronić własną prywatność i zmusza fotografa albo do wiecznego pytania każdego o zgodę, albo do fotografowania tak, żeby nikt się nie mógł przyczepić.

Jest to niezwykłe, bo doszliśmy do tego stanu w tej samej chwili, w której fotografowanie stało się tanią, demokratyczną rozrywką, dostępną doprawdy każdemu. I dokładnie wtedy, gdy każdy z nas może fotografować, i nic go to nie kosztuje, objawił się atawistyczny strach przed fotografią. Oczywiście można zrozumieć ostrożność w publikowaniu zdjęć dzieci, można zrozumieć, że jeśli pijemy na umór lub jak Jolka Jolka zdradzamy męża z autobusem Arabów, to nie chcemy, żeby nas fotografowano.  Ale ochrona własnej prywatności poszła tak daleko, że bez zgody właściciela pokoju nie można opublikować zdjęcia tego pokoju i fotograf musi mnie zapytać, czy wolno mu upublicznić zdjęcie mojej prywatnej kuchni.

Myślę, że nam odbiło i że nie umiemy już odróżniać rzeczy ważnych od nieważnych, a książka Bottona jest dobitnym przykładem tego, co się nam porobiło w głowach w sprawie zdjęć i fotografowania, a może szerzej – w ochronie tego, co uważamy za własną prywatność. Fotograf pokazuje nieistotne detale materialne, a jeśli odważa się pokazać człowieka, to są to albo upozowani funkcjonariusze zleceniodawcy i to upozowani tak, żeby nie było widać, że upozowani, albo absurdalne ujęcia, udające, że fotograf uchwycił życie w jego ulotnym wyrazie. W miarę normalne są zdjęcia ukazujące człowieka stojącego przy oknie lub śpiącego na ławce. To jeszcze wiem, że są to sytuacje, iż widzimy kogoś od tyłu. Ale są też zdjęcia ukazujące człowieka od strony łysiny, od strony tyłka albo z głową schowaną w walizce. Pojawią się nawet takie absurdy, że zdjęcie pocałunku, czynności zdałoby się intymnej i godnej ochrony przed wścibskim okiem aparatu fotograficznego, łatwiej doczeka się zgody na publikację, bo całujący się ludzie są na zdjęciu niewyraźni.

Niekiedy widzimy tylko nogi.
Niekiedy palec w tyłku…

palecwtylku
Brrr… Ludzie bez właściwości, okropne zdjęcia. Rozmyślam o tym ewenemencie i wciąż przypomina mi się fragment minipowieści tegorocznego laureata nagrody Nobla, Patricka Modiano – Ulica ciemnych sklepików. Pojawia się tam człowiek plaż, gość, którego nikt nie zna, a jednak znaleźć go można na dziesiątkach zdjęć z wakacji. Widzimy go i nic o nim nie wiemy. Tajemnicza postać, która jednak bardziej do mnie przemawia niż znany z imienia i nazwiska pucybut na lotnisku, którego widzimy tylko od strony łysiny.

Cezarego Chrzanowskiego Witkacowski portret Mariusza Kubielasa

mariusz portret aDr Lidia Głuchowska

…i bynajmniej nie Schulzowski traktat o manekinach

Na wystawie „Bruno Schulz – Mariusz Kubielas – In Transitu“ w Berlinie (X/XI 2014) pojawia się wiele inscenizowanych krypto-autoportetów autora projektu. Podobnie jak wizerunki własne Schulza wykazują one charakter autoironiczno-karykaturalny. Jednak podczas gdy Kubielas w autostylizacjach na groteskową Schulzowską postać ojca swą fizjonomię traktuje nieco z przymrużeniem oka, w sąsiedztwie jego prac gościnnie pojawia się również praca o zgoła odmiennym charakterze. Jest to demoniczny, raczej Witkacowski niż Schulzowski, portret artysty autorstwa wybitnego wrocławskiego fotografika, Cezarego Chrzanowskiego, odpowiadający poniekąd typowi B+ D „firmy portetowej”. Ten dokument wieloetapowego, multimedialnego dialogu Kubielasa i jego portecisty z dokonaniami dwóch wybitnych przedstawicieli polskiej międzywojennej ariergardy, imponuje nie tylko rozmiarami, lecz również stopniem wirtuozerii 9-warstwowej techniki gumy bichromatycznej. To wielkie mistrzostwo. Portret wyróżnia się na tle dokonań polskich i światowych specjalistów posługujących się tą tak kapryśna metodą utrwalania obrazu, ukazując ogromną skalę jej możliwości interpretacyjnych.

Tajniki swej sztuki Cezary Chrzanowski zgłębiał w toku wieloletnich studiów autodydaktycznych, swym doświadczeniem dzieląc się także z Mariuszem Kubielasem. Powstały przy tej okazji w wyniku spontanicznego impulsu wizerunek unaocznia jak kunszt artystyczny warunkuje powstanie dzieła „czystej formy“ w medium niegdyś dyskredytowanym za jego rzekomo wyłącznie mechaniczny charakter. Świadomie „niedopłukany” w procesie technologicznym czarny pigment potęguje w nim dramatyzm ekspresji modela, który in vivo emanuje znacznie bardziej optymistyczną, żartobliwą aurą.

Portret-Gracje aGodny uwagi jest również fakt, iż także Chrzanowski, niezależnie od Kubielasa, stworzył kilka wersji fotografii, która mogłaby uchodzić za komentarz do Schulzowskiego Traktatu o manekinach, choć nie powstały one w rezultacie inscenizacji, lecz raczej spontanicznego ujęcia w duchu carpe diem Henri Cartier-Bressona. Ujęcia filtrowane były potem w laboratoryjnym procesie wielkokrotnej manualnej obróbki obrazu (Gracje, 2001).

Portret-Gracje 2

  1. Cezary Chrzanowski, Portret Mariusza Kubielasa, guma 9-warstwowa, 2014, 100 x 80 cm.
  2. Cezary Chrzanowski, Gracje, 2001, 40 x 55 cm.
  3. Cezary Chrzanowski, Gracje II, 2001, 50 x 60 cm

Zamieszczony powyżej tekst jest fragmentem artykułu, który ukaże się w całości jako:

Lidia Głuchowska, Transnarodowe i transmedialne translacje i re-wizje Schulzowskiego „autentyku” i archeologia fotografii: „Bruno Schulz – Mariusz Kubielas – In Transitu”, w: Quart (Wrocław) 2014/ 4.

Lusatia alias Vita 13

Tomasz Fetzki

Reportaż poetyzujący

Z Bogatyni ruszamy śladem Gwiazdy Polarnej. Z dwóch przyczyn nasza droga biegnie szlakiem południków. Po pierwsze: tak jest najwygodniej, bo tak to urządziła przyroda. Tutaj wszystkie rzeki i potoki płyną bardzo konsekwentnie z południa (biorąc swój początek gdzieś w Górach Łużyckich albo Izerskich) na północ, mijając po drodze wielkie leśne kompleksy. Dostosowując się do owego układu, ludzie budowali swe drogi – te bite i te żelazne – też w tym samym kierunku. Po drugie zaś: musimy tak się poruszać, jeśli nie chcemy opuścić Łużyc. Tydzień temu, przekraczając definitywnie Nysę Łużycką (bo incydentalnie forsowaliśmy ją kilkukrotnie, w obu zresztą kierunkach, odwiedzając Zhorjelc), podróżujemy znów po polskiej części Łużyc. A ta część ma kształt wąskiego i długiego pasa, ograniczonego na zachodzie Nysą, zaś na wschodzie Kwisą. Kwisa od wieków bowiem uznawana była za wschodnią granicę Lusatii.

Jeden z grodów wzniesionych nad tą rzeką zwie się Lubań. Choć leży na obu jej brzegach, jest miastem zdecydowanie łużyckim: przez ponad czterysta pięćdziesiąt lat należał do górnołużyckiego Związku Sześciu Miast (Zwjazk šěsćiměstow), o którym opowiadał Viator podczas wizyty w Budziszynie i w Zgorzelcu. Docieramy oto w naszej podróży do Lubania. Pozostajemy na lewym, a więc bez wątpienia łużyckim, brzegu Kwisy. Czemu więc na stacji kolejowej wita nas napis Lubań Śl.? Jaki śląski, skoro łużycki? Żeby jeszcze bardziej skomplikować sytuację dodajmy, że ten przydomek znajdziemy wyłącznie na tablicach dworcowych – gdzie indziej miasto jest po prostu Lubaniem.

To wszystko ślady burzliwych i pogmatwanych dziejów Łužicy. Wspominał już wielokrotnie Viator, iż nieszczęsna ta kraina, nigdy nie wybiwszy się na suwerenność, bez pardonu i całkiem arbitralnie była krojona kordonami granicznymi przez kolejnych zdobywców. W roku 1815 konkwistadorem były Prusy, którym Kongres Wiedeński przyznał dużą część Saksonii, ukaranej w ten sposób za sojusz z korsykańskim uzurpatorem. Część swej zdobyczy włączyli Prusacy do prowincji Brandenburgia (tak stało się choćby z Żarami, skąd wyruszyliśmy i dokąd zmierzamy), ale większość, wraz ze Zgorzelcem i Lubaniem, wcielono do Śląska. Stąd tablica Lubań Śl., stąd Schlesisches Museum (Muzeum Śląskie) w łużyckim Görlitz – wyraz nostalgii za utraconą krainą: wszak Görlitz to ostatni skrawek Śląska, który pozostał w granicach Niemiec (zanim wyśmiejemy ową tęsknotę, przypomnijmy sobie chociażby anachroniczny przecież twór, jakim była Archidiecezja Lubaczowska – jedyny skrawek Metropolii Lwowskiej, jaki pozostał przy Polsce; może wtedy nieco się wstrzymamy z szyderstwem?) Stąd twór o przedziwnej nazwie Niederschlesischer Oberlausitzkreis (Powiat Dolnośląsko-Górnołużycki), istniejący na lewym brzegu Nysy Łużyckiej do 2008 roku. No i stąd Bory Dolnośląskie, rozciągające się na obu brzegach Kwisy.

Bory Dolnośląskie… Kilometry, dziesiątki kilometrów lasu. I rozsiane dość rzadko osady i wioski, których powstanie zwykle związane było z jakimś aspektem leśnej gospodarki. Ot, choćby Jagodzin – piętnastowieczna osada pieców hutniczych i kuźni, opalanych drewnem, którego było w puszczy pod dostatkiem. Niewiele materialnych śladów kilkusetletniej historii możemy w wiosce zobaczyć. Jednak warto się tu, z pewnego względu, zatrzymać na chwilę.

1 JagodzinBudynek w Jagodzinie. Architektonicznie banalny. Ale… Tu kwaterował w kwietniu 1945 roku sztab II Armii Wojska Polskiego. Po tym budynku przetaczał się zamroczony alkoholem generał Walter, gdy jego żołnierze setkami i tysiącami ginęli pod Budziszynem oraz Dreznem (o czym TUTAJ Viator opowiadał).

W Jagodzinie opuszczamy szosę, którą się dotąd z południa na północ poruszaliśmy. Dalej będziemy podążać przez Bory Dolnośląskie wraz z nurtem Czernej Małej – faktycznie małej rzeczki, wciśniętej między Nysę Łużycką a Kwisę i, tak jak one, płynącej z południa ku północy.

Po kilkunastu zaledwie kilometrach tej wędrówki kolejna śródleśna osada. Ta jednak miała nieco więcej szczęścia niż maleńki Jagodzin i z biegiem lat stała się siedzibą rodów hrabiowskich, panujących nad okolicą. Było tych rodów kolejno kilka (nie ma potrzeby prezentować ich dokładnie). I każdy z nich stopniowo rozbudowywał pałac. Jesteśmy w Iłowej. Mógłby się Viator skupić na opisie tego pałacu, ale po co? Jest tu coś znacznie ciekawszego.

Czy zauważył Czytelnik, że podczas naszej podróży po Łużycach co jakiś czas natrafialiśmy na niezwykłe parki i ogrody? Zaiste, Łużyce to kraina ogrodami kwitnąca! Najważniejszym z nich jest oczywiście Park Mużakowski. Ale przecież odwiedziliśmy także Ostdeutschen Rosengarten i Branitzer Park, Rhododendronpark Kromlau oraz Lausitzer Findlingspark Nochten . Każdy z nich piękny i każdy jedyny w swoim rodzaju. Wypada przeto naszą wędrówkę zakończyć wizytą w jeszcze jednym unikalnym parku.

Tuż obok pałacu w Iłowej nurt Czernej Małej rozpada się na kilka mniejszych potoków. Wśród nich posadzono drzewa oraz liczne krzewy azalii.

SAMSUNG DIGITAL CAMERARomantyczny most nad jedną z odnóg Czernej Małej w parku pałacowym.
Starodrzew i krzewy rododendronów – fakt, że słabo widoczne, bo jesienią Viator wykonał to zdjęcie.

Ale nie drzewa tworzą wyjątkowy charakter tego miejsca – w Mużakowie jest ich więcej, a przy tym znacznie ciekawszych. Nie jest to też zasługą rododendronów – park w Kromlau jest pod tym względem absolutnie bezkonkurencyjny.

Cóż więc znajdziemy niezwykłego w tutejszym Parku Dworskim? Pasję. I umiłowanie egzotycznego piękna. Hrabia Fryderyk Maksymilian von Hochberg, właściciel Iłowej, a przy tym ambasador Niemiec w Japonii, był znawcą i miłośnikiem dalekowschodniej sztuki ogrodowej. Na tyle żarliwym, że postanowił przenieść choćby cząstkę azjatyckiego piękna na Łużyce. I uczynił to skutecznie w dwóch pierwszych dekadach XX wieku.

SAMSUNG DIGITAL CAMERAOgród Chiński w Iłowej. Po renowacji prezentuje się naprawdę imponująco.

SAMSUNG DIGITAL CAMERACzy ta brama, zwana Bramą Księżyca, ma jakieś symboliczne znaczenie? Tego Viator nie wie. Ale gdy się przez nią przejdzie, można dotrzeć do widocznej w głębi…

SAMSUNG DIGITAL CAMERA…chińskiej pagody. Nie powstała ona wyłącznie z fascynacji Dalekim Wschodem, ale także z przyczyny zgoła prozaicznej: konfliktu między hrabią a jego sąsiadami.

SAMSUNG DIGITAL CAMERASpór dotyczył prawa do korzystania z drogi. Łaski bez – robicie problemy, to ja zbuduję sobie wiadukt, w kształcie pagody. Powstał z kłótni. Ale jego dzisiejsza nazwa to Mostek Miłości. Ot, taki paradoks. Lusatia alias Vita…

Pięknie tu. Ale czas ruszać dalej! Wciąż na północ. Tym razem drogą żelazną. To najstarsza na terenie współczesnej Polski linia kolejowa. Zbudowano ją w roku 1843, a połączyła (poprzez Gubin, Lubsko, Żary, Iłowę i Węgliniec) Berlin z Wrocławiem.

SAMSUNG DIGITAL CAMERALinia używana jest do dziś. A wiadukt na zdjęciu znajduje się już właściwie w granicach administracyjnych Żar.

Zaczęliśmy naszą łużycką podróż w Żarach, i tutaj ją skończymy. Viator zaprasza na rynek miejski. Można tu usiąść na ławeczce Georga Philippa Telemanna i posłuchać wspaniałej, barokowej muzyki. Telemann był naprawdę zdolnym kompozytorem. Tylko miał pecha: po nim nastał Bach. A kto mógłby się mierzyć z Bachem?

8 TelemannOn natchniony i młody był… bo liczył zaledwie 23 wiosny, gdy przybył do Żar, aby pełnić funkcję nadwornego kapelmistrza hrabiego von Promnitz. Pozostał tutaj cztery lata, z przerwami na wizyty w Pszczynie, drugiej z hrabiowskich siedzib. Tam zetknął się z polską muzyką. Efekt? Koncert polski G-dur. Czytelniku, zmień się na chwilę w Słuchacza.

Można tak słuchać całą noc, wraz z Kaczarką – Łużyczanką, która żegnała nas, gdy wyruszaliśmy w drogę. Ona tu ciągle stoi. Nigdzie się nie spieszy. Nie spieszmy się i my. Smakujmy Łużyce. Smakujmy Życie…

9 Kaczarka w nocy

W górę rzeki (6)

Zbigniew Milewicz

Brunatna mgła

Tytuł częściowo „pożyczyłem“ z książki Tadzia Dyniewskiego, mojego dawnego kolegi redakcyjnego*, ale mam nadzieję, że mi wybaczy zza grobu, tym bardziej, że piszę o tym samym okresie w historii Śląska, chociaż z innej perspektywy niż on. W latach 80 XX w. ruch śląskich autonomistów nie był jeszcze tak rozbuchany jak dziś. Póki co jest jednak początek września 1939 r. i trzeba wywiesić z okna flagę ze swastyką, bo Chorzów znowu nazywa się Königshütte.

brunatnamgla1 (2) dwieKiedy do domu przychodzi urzędnik miejski ze znaczkiem NSDAP w klapie marynarki, dziadkowie są w mieście. Na ulicy Wesołej, która zmienia nazwę na Narzisenweg, jest tylko moja mama Nina. Właśnie wróciła z jakiejś zbiórki, albo alertu, ma na sobie polski mundur harcerski i ukończone 18 lat. Przybysz zwraca jej uwagę, że w okolicznych domach flagi już powieszono, a tutaj jeszcze nie, więc niezwłocznie powinna to zrobić.
– Niczego nie powieszę – odparła hardo.
– Pani musi to zrobić – rozkazał stanowczo.
Wtedy nie wytrzymała, poszła do kuchni, wzięła nóż do mięsa i krzyknęła mu w twarz, że po jej trupie, ale tej szmaty nie wywiesi z okna. Łatwo można sobie wyobrazić, czym groziło wówczas takie wystąpienie. Zrządzeniem Opatrzności nadeszli rodzice, w mig zorientowali się w powadze sytuacji i babcia na poczekaniu odegrała jedną ze swoich najlepszych scen w życiu. Dogłębnie załamanym głosem oświadczyła urzędnikowi, że spotkało ich z mężem wielkie nieszczęście, bo ich córka jest chora psychicznie. Leczą ją wprawdzie, ale nie widać poprawy, więc – i tu zalała sie łzami – trzeba ją będzie chyba wywieźć do szpitala w Rybniku. Ta nazwa brzmiała na Śląsku (i nadal brzmi) złowrogo, więc stróż porządku jakoś udobruchany kiwnął ze współczuciem głową, jeszcze raz przypomniał o obywatelskim obowiązku i sobie poszedł. Widocznie nie sporządził później żadnej notatki służbowej, bo obyło się bez dalszych konsekwencji. Nina nie zamierzała jednak spokornieć. W jakiś czas później spotkała na ulicy jedną ze swoich kuzynek, która na dzień dobry odpowiedziała jej heil Hitler, więc ją publicznie spoliczkowała.

Zarówno dziadkowie jak i mama podpisali jednak niemiecką Volkslistę; w imieniu młodszej Irki zrobili to rodzice. Pewnie nie była to dla nich łatwa decyzja, mogli odmówić, ale zbyt wiele by ryzykowali. Sięgnę tu do historycznej pracy Danuty Sieradzkiej**, by głębiej naświetlić problem:

Późną jesienią 1939 r. podjęto próbę ustalenia składu narodowościowego ludności miasta; był to spis policyjny, tzw. palcówka. Formularz rejestracyjny (drukowany w językach polskim i niemieckim) zawierał pytania dotyczące narodowości i języka.

Blankiet policyjnego rejestru ludności należało oddać w lokalu urzędowym i w obecności władz zostawić odcisk palca wskazującego. Wielu Polaków – ze względów taktycznych – podało narodowość niemiecką. Na przebieg rejestracji wpływała atmosfera terroru, a ponadto zalecenie biskupa Stanisława Adamskiego (w porozumieniu z rządem polskim na emigracji), aby Polacy wpisywali na kwestionariuszu narodowość niemiecką. Biskup chciał w ten sposób uchronić wielu Górnoślązaków przed licznymi prześladowaniami.

Zarządzenie Reichsführera SS Heinricha Himmlera o Niemieckiej Liście Narodowościowej (Deutsche Volksliste) miało ostatecznie rozwiązać problemy narodowościowe. W marcu 1941 r. ustalono 4 kategorie listy: 2 pierwsze były zastrzeżone dla rodowitych Niemców, 2 następne dotyczyły Polaków, z którymi wiązano nadzieję, że staną się członkami niemieckiej wspólnoty narodowej. /…/ Chorzów na tle innych miast wypadł niekorzystnie: ponad 40% mieszkańców zaliczono bezpośrednio do grup, które mogły zaraz otrzymać obywatelstwo niemieckie, natomiast dalsze 44,6 % oczekiwało na indywidualne nadanie niemieckiej przynależności państwowej. Złożoność ówczesnej sytuacji oddaje wiersz z tamtego okresu :

Jeśli nie podpiszesz – twoja wina
Zaraz cię wezmą do Oświęcimia.
A gdy podpiszesz, ty stary ośle,
Zaraz cię Hitler na Ostfront pośle

Wielu chorzowian nie podpisało volkslisty. Ludzi tych zazwyczaj wyrzucano z mieszkań (tak się n.p. stało z rodzinami Dubielów, Fojcików czy Hanke ) i w każdej chwili narażali się na szykany, a w konsekwencji na rozstrzelanie lub śmierć w komorze gazowej.

Na podstawie odpowiednich zarządzeń Ślązakom, którzy oficjalnie określali się, że są Polakami, nie wolno było m.in. wstępować do żadnej restauracji i słuchać nabożeństw odprawianych w głównym kościele. Ich karty żywnościowe i odzieżowe, z literą „P“, miały zmniejszony przydział, a w pracy potrącano im dodatkowo 15% zarobku.

W niejednej polskiej rodzinie w Chorzowie i w innych miastach Śląska – pisze dalej autorka – przeżywano osobiste tragedie. Wielu Polaków, zaszeregowanych do III grupy volkslisty, odmawiało służby w wojsku niemieckim – czekały ich aresztowania i Oświęcim. Do Wehrmachtu wcielano nawet tych, którzy nie podpisali volkslisty. Zazwyczaj byli wysyłani na front wschodni, gdzie ginęli. Matka – której syn był Polakiem i czuł się Polakiem – otrzymywała wiadomość, że jej ukochane dziecko poległo na polu chwały za Führera i III Rzeszę. Raporty policyjne donosiły, że osoby wpisane do III grupy niemieckiej listy narodowej demonstracyjnie przyznają się do polskości i używają języka polskiego.

brunatnamgla1 (1)grobDo tej grupy zostali zaszeregowani również moi dziadkowie z mamą i ciocią Irką. Status społeczny rodziny się zmienił, dziadek musiał odejść ze „Skarbofermu“, spółka przyjęła nazwę Bergwerksverwaltung Oberschlesien GmbH der Reichswerke Hermann Göring. Dziadek dostał pracę w biurze kopalni, prawdopodobnie Polska, co teraz nazywała się Deutschland , a moja mama, która przed wojną marzyła o tym, żeby studiować medycynę i zostać chirurgiem, zatrudniła się w inżynieryjno-budowlanej firmie Schubert, gdzie powierzono jej księgowość. Równolegle z liceum Curie, ukończyła bowiem szkołę handlową i miała na ten temat pewną fachową wiedzę, a już na pewno nie bała się jej sprawdzić w praktyce. Kiedy dziadek przestał pokazywać się w pracy, a także na ulicy, tego dokładnie nie wiem. Na pewno stało się to po tym, jak babcia dowiedziała się, że pod Stalingradem padli brat męża Maks i jej brat Wili. W piwnicy na Wesołej, między węglem i ziemniakami, została zbudowana kryjówka, w której Erwin spędzał dni, bo spać chodził do Jadki, na piętro. Przez tę piwnicę przeziębił sobie nerki i później już zawsze miał z nimi problem, ale może uratował życie. Krycie miał dobre, na parterze , po rodzinie Szumskich, którzy musieli wyprowadzić się na Klimzowiec, do jakiejś klitki, mieszkał wysokiej rangi oficer Wehrmachtu o nazwisku Rosenberg, a w suterenie ciocia Marysia z dziećmi, żona brata Jorga, co w międzyczasie wstąpił już do SA i był głównie tam , gdzie, jak to się mówi, strzelali. Przypuszczam, że obydwaj niczego o tej skrytce nie wiedzieli, ale przecież dzisiaj mi tego już ani nie potwierdzą, ani temu nie zaprzeczą.

Volkslista dziadkow 003 Volkslista dziadkow 002O niemieckich dokumentach w rodzinie dowiedziałem się dopiero jako dorosły człowiek, władze PRL nie lubiły niemieckich Ślązaków, więc się z nimi w rodzinie nie obnoszono. Kopie dowodów osobistych z hitlerowską gapą, opatrzonych zdjęciem mojej babci i dziadka, zobaczyłem dopiero w 1988 r., kiedy po nielegalnym wyjeździe do Monachium sam złożyłem wniosek o przyznanie mi niemieckiego obywatelstwa. Przysłała mi je z Polski, przez innych „turystów“, ciocia Irka, która miała oryginały, trzymała je czujnie i mocno przy swojej bujnej piersi i rok później sama drapnęła do Niemiec. Jakże ironicznie postępuje z ludźmi historia. Oczywiście, każdy jest kowalem swojego losu, a nawet jeśli w to wątpimy, Czesław Miłosz powiada: nie jesteś przecież tak bezwolny, a choć byś był jak kamień polny, lawina bieg od tego zmienia, po jakich toczy się kamieniach…

* Tadeusz Dyniewski „Zbrodnia i Kara“, Pitaval Śląski. Wyd.1986
** Danuta Sieradzka „Królewska Huta, Chorzów w latach 1868-1945“. Wyd.2001

Droga do Santiago. Hospital de Órbigo

Ewa Maria Slaska, poniedziałek 24 września 2007 roku

Wstałam o 6, wyszłam, jak zwykle, o 7. Właściwie nie rozumiem, na co zużywam godzinę od wstania do wyjścia? Poranna toaleta ogranicza się do minimum i zajmuje góra trzy minuty, wybór stroju jest kwestią sekund – i tak mam tylko dwie pary spodni i cztery podkoszulki, po trzy pary skarpetek i majtek, z których po jednej parze jest do prania, bo były w użyciu poprzedniego dnia i zostaną uprane dopiero dziś po południu. Poza tym kurtka lub skafander, okulary słoneczne lub rękawiczki, ciepły szalik lub arafatka. OK, ubranie się zajmuje ze dwie minuty. Przygotowanie śniadania, jeśli jest to w ogóle możliwe, ze trzy minuty, bo mniej więcej tyle czasu trzeba, żeby zagotować w czymś wodę na kawę. Zjedzenie i wypicie – no, pięć minut. Papieros – pięć minut. Jeszcze raz do klopa – trzy minuty. Liczę i doliczyłam się 20 minut. A reszta? Całą resztę zużywam, jak rozumiem, na pakowanie plecaka. To skomplikowane zadanie, zgadza się, ale żeby codziennie wymagało ponad pół godziny? Dziwne, od kilku dni próbuję sprawdzić, co robię z poranną godziną i niczego nie odkryłam. Nie ma wyjścia, pakuję plecak pół godziny, 7 rzeczy na 17 różnych sposobów, codziennie inny.

Ciekawe zresztą te poranne ablucje zajmujące trzy minuty. Całkowite zerwanie z miejską codziennością. Porządne kąpiele, mycie włosów, kosmetyka, pielęgnacja ciała, to wszystko zadania popołudniowe. Po pracy! Tak jak to kiedyś bywało. Człowiek mył się po pracy, bo praca była ciężka i brudna. Dopiero gdy praca stała się intelektualnym zajęciem wydelikaconego pięknoducha, miała okazję, by stać się również  pokazem elegancji. W nowoczesnej pracy się człowiek nie brudzi, nie trzeba się więc szorować po pracy, trzeba się natomiast wypielęgnować przed pracą, a to zajmuje masę czasu. W Drodze to niemożliwe. Po pierwsze – nie ma warunków. Po drugie – wszyscy inni też muszą wejść do łazienki i nie będą czekać godzinami (a jak będą, to zabiją). Po trzecie – szkoda najlepszych godzin do wędrówki, gdy my nie jesteśmy zmęczeni, a pogoda jest jeszcze rześka.

Idę więc. Pogoda rześka. Noga jakby mniej dokucza – chyba trochę pomogły maści, które mi dała pani doktor.

Wydostanie się z Leon to sama przyjemność, a już wiem, że nie zawsze tak jest. Przechodzę koło prześlicznego placu św. Marka, gdzie stoi renesansowy pałac. Kiedyś był to przytułek dla pielgrzymów, dziś – pięciogwiazdkowy hotel.

Skręcam w prawo i wychodzę za miasto. Po drodze kościółek – wchodzę, msza, więc zostaję. Taka to pobożność na trasie. Na mszy sami pielgrzymi, w głębi pod chórem stoją oparte o ścianę plecaki. Wychodzimy po mszy wszyscy razem, strzałki prowadzą w bok i pod górę i, o Chryste!, tereny przemysłowe. Idziemy. Idziemy z Gdańska do Pruszcza przez Orunię i Jasień, Pszczółki, św. Wojciech. Wreszcie św. Wojciech, co się hiszpańskie warunki wykłada jako Virgen del Camino.

virgendelcaminoVirgen del Camino to jako żywo Dziewica Drogi czyli nasza pielgrzymia patronka, ale w kawiarni na cukrze narysowany jest śmieszny brodaty mnich z kosturem i tobołkiem. Co pewien czas spotyka się w Drodze takie postaci, które, o dziwo, nader szybko znikają. Kościół w Virgen del Camino jest po prostu obrzydliwy, najohydniejsza architektura lat 60, która chyba wszędzie zapisała się użytkownikom w niewdzięcznej pamięci. Nie ma w niej już zapału, z jakim budowano z byle czego miasta podnoszone z ruin zaraz po wojnie. Jeśli nie były piękne, to każdy wiedział, dlaczego. I nie ma w niej przewodniej myśli estetycznej, która pojawi się dopiero pod koniec lat 70. Dwudziestolecie 1960-1980 to najbrzydsza architektura na świecie, wymyślona przez skąpych urzędników bez polotu. Sama Matka Boska jak to Matka Boska, głowa przechylona, spokojne spojrzenie, mimo że nie jest jej lekko – trzyma w końcu na rękach ciało martwego syna. Msza, więc zostaję.

Postanawiam potwierdzić fakt, że tu dotarłam pieczątką w paszporcie pielgrzyma, ale ksiądz, który zbiera datki na… trzymajcie się! na Radio Maryja!, twierdzi, że kościół nie posiada pieczątki. Nie wierzę mu za grosz, ale każę mu się po prostu podpisać. Przy okazji dostaję ulotkę, z której wynika, że kościół wzniesiono w roku 1961 (o wiedzo niezawodna!), ale sama Matka Boska, cudami słynąca, znana jest od roku 1505.

Idę.

Po 5 dalszych kilometrach odpoczywam w ruinach jakiegoś kościoła. Na wieży kilka bocianich gniazd. Już puste, mimo iż jeszcze kilka dni temu widać było krążące nad polami bociany. Odleciały. Na wieżę można wejść, ale nie odważam się. Podejrzewam, że noga może nie lubić chodzenia po schodach.

Na ławce pudełko ze strawą dla pielgrzymów – jabłka, herbatniki. Biorę trzy ciasteczka i idę dalej.

Noga już bardzo dokucza, po dalszych dwóch kilometrach całkowicie odmawia posłuszeństwa. Przysiadam na skraju drogi i zmieniam kompres. Tym razem zatrzymuje się Cygan, patrzy mądrze na moją nogę i decyduje, zawiozę cię do Órbigo, tam jest schronisko i lekarz. Kiwam głową, choć tak naprawdę potrzebuję tylko schroniska, lekarz mi niepotrzebny. Noga miała odpoczywać cały dzień, a ja jej wrzuciłam 16 kilometrów.

Órbigo to śliczne miasto ze wspaniałym średniowiecznym mostem, długim, wąskim, krętym. Jest średniowieczny, ale jego początki sięgają czasów rzymskich. Prowadzi nad rzeką Órbigo, nad terenami zalewowymi i nad kanałem.

Schronisko w Órbigo jest chyba najbardziej wystylizowane i wymuskane spośród tych, które widziałam na trasie, urządzone w jakichś zieleniach i żółciach, przypomina obrazy Magritte´a.

Jestem pierwszym pielgrzymem, który tu dziś dotarł, mam wolny wybór łóżka i mogę pobuszować w zapasach kuchennych. Rezultat niezwykły: sałatka jarzynowa z majonezem, tort migdałowy, lody z herbatnikami (to te, które wzięłam ze skrzynki dla pielgrzymów), herbata. Tylko herbata jest moja.

Znajduję też książkę po niemiecku – Elmar Bereuter Die Schwabenkinder, o niewolniczej pracy góralskich dzieci w XIX wieku. Przejmująca.

Ciekawe czy w Polsce też tak było? Bo że dzieci pracowały wszędzie, to jasne. Ale czy było tak jak od czasów renesansu aż po początek XX wieku w Alpach, skąd, pod opieką jednego dorosłego, wysyłano na niziny całe gromady dzieci. Opiekun doprowadzał je na tzw. targ dzieci, który odbywał się najczęściej w dniu św. Józefa czyli 19 marca.  Przybywali tu zamożni gospodarze ze Wirtembergii, Bawarii czy Badenii i wynajmowali małych robotników i robotnice na cały sezon letni. Jesienią, na świętego Marcina, 11 listopada, opiekun wracał, odbierał dzieci i inkasował zarobione przez nie pieniądze. Ocenia się, że w XVIII/XIX wieku w gospodarstwach wiejskich pracowało rocznie około 5-8 tysięcy dzieci. W roku 1908 praktyka wynajmowania dzieci do pracy na targach została zakazana, ale naprawdę ukróciły ją nie tyle zakazy, co nakazy. W roku 1921 rozszerzono w Wirtembergii przymus szkolny, obowiązujący dotychczas wszystkie dzieci miejscowe, również na obce dzieci.

Walton Ford and Monkeys

czyli

Ewa Maria Slaska o małpach w sztuce

Teresce

Kilka lat temu w Berlinie odbyła się wystawa, której nikt już chyba nie pamięta, natomiast wszyscy pamiętają jeden z eksponowanych tam obrazów, mają go na zdjęciach, plakatach i pocztówkach. Oto on:

Walton Ford, The Sensorium (2003)
Małpi bankiet.

Walton Ford namalował całą serię obrazów z małpami, a wyjaśnienie, “co artysta miał na myśli”, jest chyba jeszcze lepsze niż same obrazy.

Nieco skrócone wypowiedzi malarza pochodzą z wywiadu, jaki w roku 2003 przeprowadziła z artystą gazeta online art21 (http://www.art21.org/texts/walton-ford/interview-walton-ford-political-humor-and-colonial-critique). Tłumaczyła Ewa Maria Slaska.

“Zajmuje mnie ostatnio brytyjski eksplorer
i uczony, Sir Richard Francis Burton (nie mylić z aktorem! – EMS) Jest on dla mnie tak ważny, że namalowałem sobie jego portret na ścianie pracowni (w Great Barrington w stanie Massachusetts, USA – EMS). To jeden z tych XIX-wiecznych facetów, którzy mnie bardzo interesują. Był totalnie rąbnięty. Lingwista. Gdy kopnął w kalendarz znał chyba ze 30 czy 40 języków. Niektórymi władał tak dobrze, że brano go za tubylca. W latach 40 XIX wieku był oficerem brytyjskim w Indiach. Podobno dotarł do Mekki przebrany za perskiego kupca. Wciąż zmieniał osobowość. Był szpiegiem. Był częścią wielkiej gry.

Maluję teraz małpi bankiet. Umieściłem na nim dziewięć małp. Ale może będzie więcej. To część cyklu poświęconego Burtonowi. Czytałem o nim bardzo wiele, a jedna z tych historii dosłownie mnie zwaliła z nóg. Jako młody angielski oficer Burton trzymał w swojej kwaterze ze 40 małp w różnym wieku i różnych ras. Prowadził z nimi eksperyment lingwistyczny. Ciekawiło go, czy prymaty używają języka pozwalającego im komunikować się ze sobą. Mieszkanie razem z małpami miało mu pomóc w odkryciu ich języka. Nauczył się naśladować wydawane przez nie dźwięki i sądził, że rozumie, co one znaczą. Burton ułożył listę około 60 małpich słów, która niestety zaginęła podczas pożaru domu w roku 1860.

Isabel, żona uczonego, twierdzi, że małpy miały imiona i stanowisko. Był doktor, kapelan, sekretarz, adiutant, agent, a pewna mała małpka o jedwabistych włosach pełniła funkcję żony i nosiła w uszach kolczyki z perłami. Wielką przyjemność sprawiało mu oddanie małpom do dyspozycji pomieszczenia, które miało im służyć za jadalnię. Siadały do stołu na krzesłach, a służba podawała im potrawy. Każda małpa miała swoją miskę i swój talerz, i miały z nich porządnie jeść i pić. Sam Burton siedział u szczytu stołu biesiadnego, a obok w wysokim krzesełku dla dzieci siedziała jego mała małpia żonka.

Dla mnie ta opowieść to symboliczna historia kolonializmu. Burton poznaje język I kulturę tubylców, fascynują go też oni erotycznie. To wszystko przełożył z ludzi na małpy. To szalone. Jest w tym coś daremnego i beznadziejnego. I wszystko kończy się pożarem. To przecież w skrócie historia podboju Indii przez Anglików!

Maluję więc teraz jadalnię w domu Burtona, tę sytuację, która go tak bawiła. Na obrazie jest też ta żonka Burtona. Są też lekarz, adiutant, kapelan – wszyscy. Wyposażyłem każdego z nich w indywidualność. Podczas pracy do mego umysłu wkradł się maleńki tekst, coś w rodzaju podpisu – bo ten obraz jest też alegorią zmysłów. Jest wzrok, dotyk, smak, zapach i dźwięk. Tak jakbym odtwarzał kolonialny eksperyment, a wszystkie zmysły brały w nim udział.”

Omlety po raz drugi

Ewa Maria Slaska

… i pewien romans na trzy kontynenty

Kilka lat temu, gdy dopiero zaczynałam karierę blogerki, na zupełnie innym blogu, a mianowicie “Jak udusić kurę, czyli co każda młoda panna po 30 powinna wiedzieć, a (dziwnym trafem) tego nie wie” (nota bene tytuł był za długi i z przyczyn technicznych trzeba było wyrzucić ten “dziwny traf”, ale on tam w domyśle zawsze był), opublikowałam wpis o tym, jak usmażyć omlet.

Omlety

Przepis na omlet tak po prawdzie niczego nie wyjaśnia: ubić 2 jajka, dodać dwie łyżki mąki, wylać na patelnię, usmażyć z obu stron.

Ja robię omlet z podsmażonymi grzybami lub ugotowanym kalafiorem, a w ogóle to bardzo sobie komplikuję jego przygotowanie, bo osobno ubijam pianę, dopiero potem dodaję żółtka i mąkę. Podobno od czasu, kiedy wymyślono mikser, nikt już tak nie robi omletów, ale ja sobie dalej ubijam omlety staroświecko, bo tak robiła je Mama. Albo nie, chyba nie robiła. Ja robiłam. Ale tak mnie nauczyła.

Na to odezwała się moja siostra i wpisała w komentarzu:

Więc z tą pianą i Mamą było tak: ona najpierw ukręcała żółtka z małą ilością cukru (żeby się cukier nie palił potem na patelni), następnie dodawała mąkę, a na końcu w tę masę delikatnie “wmieszywała” pianę, uprzednio ubitą na sztywno. Natomiast wersja mojej siostry była pewnego lata, dawno, dawno temu, hitem w naszym domu rodzinnym, a przepis pochodził od pisarza-marynisty, zwanego Delfinem, on z kolei przywiózł go ponoć z Indii, gdzie, jak twierdził, nosi imię po jakiejś słynnej pani: Sunalinidasgupta. Nie mam pojęcia, jak się to imię (nazwisko?) pisze i na ile części dzieli, ponieważ zapamiętałam je praktycznie, bijąc namiętnie pianę (widelcem albo trzepaczką, co za pomysł, żeby to zajęcie oddawać jakimś nieczułym maszynom?)

Obruszyłam się nadzwyczajnie i odpowiedziałam, też w komentarzu:

To są jakieś zupełnie nieznane sprawy mi sprawy i – „w 7-be klasie w zimowym czasie nikt mu nie da się” – ja o niczym takim nie wiem i nie chcę wiedzieć. Czyli może „z pianą i Mamą było tak” we wspomnieniach mojej siostry. W moich było tak, jak ja piszę.

No tak, to ja tu jestem autorką i, jak się to już, dzięki Magdalenie Parys, rozniosło po świecie, a w każdym razie po Berlinie, jestem zdania, że “pisarce wszystko wolno”. Przygotowuję książkę o Mamie i jest to moja książka, więc będzie tak, jak ja pamiętam.

Ale przy okazji, na potrzeby mojej siostry i innych wyjaśniam, Sonali Dasgupta, młoda piękna Hinduska, była kochanką Rosselliniego. Rossellini, na zaproszenie Nehru, nakręcał w Indiach filmy, Dasgupta, znany reżyser filmów dokumentalnych, współpracował ze słynnym Włochem, a ten mu w zamian uwiódł żonę. Sonali była młodsza od Włocha o 24 lata. Zrobił się skandal, i w Indiach, i w Ameryce, i we Włoszech, Nehru był zmuszony poprosić RR, by zechciał opuścić Indie, Ingrid Bergmann z kolei, naonczas żona Rosselliniego, poprosiła o rozwód.


W odpowiedzi reżyser ożenił się w roku 1957 z Sonali, która w rok później urodziła mu córkę Raffaelę, zaadoptował też jej maleńkiego syna, Arjuna (1956-2008), który nazywał się odtąd Gil Rossellini i został, jak ojciec, znanym reżyserem filmów dokumentarnych. Raffaela przez jakiś czas była aktorką, jak jej sławna siostra przyrodnia, Isabella, po czym przeszła na surowy islam i wyemigrowała na Bliski Wschód. Na temat omletów nigdzie nie ma mowy, zapewne chodziło o popularną potrawę hinduską tzw. parsi pora, która jest rzeczywiście rodzajem omletu. To tym omletem, jak sądzę, raczy starszą panią Mallory, cudownie graną przez Helenę Mirren, młody Hindus w filmie Podróż na sto stóp Lasse Hallströma.

parsipora
Podam tu jeszcze przepis, bo wprawdzie we wpisie pierwotnym twierdzę, że omlet to takie letnie jedzenie, ale dziś dodam, że omlet na ciemne zimne wieczory listopadowe to jak słońce na talerzu. Przepis na cztery porcje:

Składniki

  • 6 dobrze ubitych jajek
  • 1 średnia cebula drobno posiekana
  • 1 mały pomidor pokrojony na kawałki
  • 1 łyżeczka drobno posiekanych listków kolendry
  • 1 drobniutko posiekana zielona papryczka chilli
  • oliwa lub masło do smażenia
  • sól

Przygotowanie

  • ubij jajka w misce
  • rozgrzej łyżkę masła lub oliwy na patelni
  • usmaż cebulę, chilli, pomidora i kolendrę, aż cebula zróżowieje
  • dodaj podsmażone jarzyny i zioła do miski z jajkami i delikatnie wymieszaj
  • posól i jeszcze raz wymieszaj
  • rozgrzej 2 łyżki masła lub oliwy na patelni i usmaż jedną czwartą mieszaniny
  • usmaż najpierw jedną a potem drugą stronę omletu na złoto
  • podawaj na chlebie z masłem ozdobione małą porcją sosu pomidorowego
  • oczywiście w taki sam sposób należy usmażyć pozostałą część masy omletowej, tak by w sumie uzyskać cztery porcje

Rodzina Berlinerblau. Jan Prot

Publikowałam już tu artykuł Michała S. Balasiewicza o Janie Procie, był już też osobny wpis Konrada Sałagana o Pionkach, wracam jednak raz jeszcze i do tego niezwykłego człowieka, i do tej miejscowości. Tym razem w opowieści syna o ojcu.

Tomasz Prot

Dziadek: Nikodem Berlinerblau

W opowiadaniach rodzinnych rzadko wspominano mojego dziadka Nikodema, brata Józefa. Pamiętam, że przejął po ojcu Izydorze podwarszawską fabrykę wyrobów metalowych, jednak brakowało mu talentów organizacyjnych brata i po I Wojnie Światowej zbankrutował. Ostateczne, wraz z żoną Jadwigą, zamieszkał u swojego syna, a mojego ojca, Jana Prota w Pionkach. Jadwiga z domu Chwat, była wnuczką Eliasza Chwata, oficera Legionów Dąbrowskiego i Księstwa Warszawskiego. Podobno nazwisko zostało nadane mojemu żydowskiemu przodkowi za dzielność na polu bitew w oddziale Berka Joselewicza. Krewnymi babki byli dwaj lekarze o nazwisku Chwat, ordynujący i prowadzący działalność społeczną w Ciechocinku, a także znany warszawski lekarz Ludwik Chwat. Jej dalekim krewnym był Aleksander Eliasz Chwat, znany jako pisarz – Aleksander Wat. Babka Jadwiga była osobą zasadniczą i surową, kierowała sprawnie domem mojego Ojca, ale nie była lubiana ani przez wnuki, ani przez służbę. Nikodem i Jadwiga mieli troje dzieci: Halinę, Kazimierza i Jana, mojego ojca.

antykwariatCiotka: Halina Róża Berlinerblau

Najstarsza córka Nikodema i Jadwigi, moja ciotka Halina, we wczesnej młodości była związana z ruchem socjalistycznym, brała udział w spotkaniach z robotnikami, zachęcała do czytania, uczyła ich czytać i pisać. Wyszła za mąż za znanego antykwariusza warszawskiego Hieronima Wildera. Wilder, pochodzący z zasymilowanej rodziny żydowskiej, był polskim historykiem sztuki, bibliofilem i propagatorem sztuki graficznej. Studiował historię sztuki w Dreźnie pod kierunkiem m.in. Hansa Wolfganga Singera. Tam też poznawał twórczość graficzną, zgłębiał tajniki organizacji gabinetów rycin i konserwacji papieru oraz odbywał praktyki u tamtejszych marszandów. Antykwariat wuja Hieronima w Warszawie specjalizował się w starych drukach i grafice. Była to placówka chętnie odwiedzana przez warszawską inteligencję: literatów, artystów, dziennikarzy, ludzi nauki i miłośników sztuki.

Wilder był także kolekcjonerem i bibliofilem. Zbierał “białe kruki”, inkunabuły, stare druki, ryciny i obrazy. Spora część zbiorów przepadła w czasie bombardowania Warszawy 25 września 1939, a reszta w podczas pożaru Biblioteki Ordynacji Krasińskich, gdzie w czasie okupacji zdeponowano ocalałą część zbioru rękopisów i starodruków. We wrześniu zginęła, podczas bombardowania Warszawy córka Wilderów – malarka Elżunia, przyjaciółka Moniki Żeromskiej i paromiesięczny wnuk. Hieronim Wilder zmarł w Warszawie 6 czerwca 1941. Grób rodzinny Wilderów znajduje się na Cmentarzu Powązkowskim w Warszawie.

Ojciec: Jan Berlinerblau – Prot.

Mój ojciec Jan, najmłodszy syn Nikodema Berlinerblau’a urodził się 29 września 1891 roku w Warszawie. Podobnie jak jego siostra miał w młodości poglądy lewicowe, a jednocześnie czuł się silnie związany z Polską i polskimi tradycjami niepodległościowymi. Razem z bratem Kazimierzem brał udział w 1905 roku w strajku szkolnym w obronie języka polskiego, zabronionego w szkołach średnich Królestwa po upadku powstania styczniowego za co zostali wyrzuceni z gimnazjum. Przez pewien czas uczył się w domu, następnie pobierał nauki w Szkole Zrzeszenia Nauczycieli, a kiedy i ta szkoła została zamknięta przez rząd rosyjski, kontynuował naukę w ośmioklasowym gimnazjum filologicznym Kreczmara. Następnie pracował w zakładach „Ursus” jako praktykant, a po upływie roku wstąpił jako jednoroczny ochotnik do 32 Kremenczugskiego pułku piechoty, gdzie służył do września 1911 roku, kończąc szkołę podoficerską i szkołę karabinów maszynowych. W październiku 1911 r. Jan Berlinerblau wyjechał do Lwowa, gdzie podjął studia wyższe na Uniwersytecie, a po roku przeniósł się na Uniwersytet Jagielloński. W Krakowie poznał swoją przyszłą żonę Zofię Deiches, oraz wstąpił do „Związków Strzeleckich”. Tam przeszedł kolejno szkołę rekrucką, podoficerską oraz oficerską i w marcu 1914 roku zdał egzamin na oficera „Związków Strzeleckich” Na letni semestr zapisał się na Politechnikę w Monachium i tam zastała go wojna. Z wielkimi trudnościami, jako poddany rosyjski, dotarł w pierwszych dniach sierpnia do Krakowa i z pierwszymi oddziałami strzelców ruszył do walki o niepodległą Polskę. Odtąd przez cały okres I Wojny Światowej i wojny polsko – bolszewickiej,   służy w wojsku polskim, najpierw w Legionach, a następnie po internowaniu w Benjaminowie, w odrodzonym Wojsku Polskim. W 1917 roku ojciec i matka przeszli na katolicyzm i wzięli ślub, być może, że ta decyzja moich rodziców o zmianie wiary była związana z chęcią pełnej asymilacji w Polsce. Rodzice na początku nie mieszkali razem, ojciec był w wojsku a potem studiował we Lwowie, a mama mieszkała u rodziców w Krakowie i studiowała na UJ. W 1921 roku ojciec ukończył Wyższą Szkołę Wojenną i został odkomenderowany w celu ukończenia studiów chemicznych. Jednocześnie za zgodą Marszałka Józefa Piłsudskiego zmienia nazwisko rodowe Berlinerblau na używany w legionach pseudonim Prot. Po dyplomie ojciec brał udział w uruchomieniu Zakładów Azotowych w Chorzowie pod kierunkiem Ignacego Mościckiego. Zadanie to zakończyło się dużym sukcesem.

Od lutego 1924 roku Jan Prot pracował jako inżynier a wkrótce też jako zastępca dyrektora w fabryce materiałów wybuchowych „Lignoza” w Krywałdzie. Jednocześnie uzyskał stopień doktora na Uniwersytecie Lwowskim u prof. Tołłoczki.

Od lutego 1925 ojciec przeszedł w stan rezerwy, opuścił wojsko w stopniu majora dyplomowanego, kawalera orderu Virtuti Militari, odznaczonego dwukrotnie Krzyżem Walecznych i Krzyżem Niepodległości oraz Krzyżem POW.

W Krywałdzie urodził się syn Jana Andrzej, który jako niespełna trzyletnie dziecko zmarł na dyfteryt, oraz w 1926 roku córka Janina.

dyrektorjanprotW kwietniu 1927 roku dr. inż. Jan Prot został mianowany dyrektorem naczelnym Państwowej Wytwórni Prochu i Materiałów Kruszących w Zagożdżonie pod Radomiem, powstałej w ramach Centralnego Okręgu Przemysłowego. Od tej chwili, nieprzerwanie do września 1939 roku ojciec uruchomił i rozbudował zakłady. Pod jego kierownictwem wytwórnia została wyposażona w nowoczesne maszyny, dostarczające dla wojska i górnictwa wszelkiego rodzaju środki wybuchowe. Zakąady produkowały też amunicję, nie tylko dla wojska lecz także do broni myśliwskiej i sportowej. Zakłady w sierpniu 1932 roku zostały przemianowane na PWP Pionki. Były jedną z największych w Europie fabryk prochu i amunicji. W celu uzyskania taniej celulozy ojciec zbudował i uruchomił w 1937 r. fabrykę celulozy w Niedomicach. Z jego inicjatywy powstała także wytwórnia stężonego kwasu siarkowego w Kielcach i filia PWP w Krajowicach koło Jasła. Jednocześnie ojciec dbał o rozwój osady fabrycznej. Budowano domy dla kadry inżynierskiej i robotników, powstało Kasyno Urzędnicze, budynek Kasy Chorych, kościół parafialny. Miało to być osiedle tonące w drzewach i ogrodach, można zatem uważać ojca za prekursora architektury krajobrazu.

delegacjarzadowawpionkachDyrektor PWP Pionki, Jan Prot, przyjmuje delegację rządową w 1933 r. – stoją od lewej: Min. Przemysłu i Handlu E.F. Kwiatkowski, Prezydent R.P. Ignacy Mościcki, Dyrektor Prot, w tle oficerowie z żałobnymi opaskami z powodu śmierci Marszałka J. Piłsudskiego.

Po wybuchu wojny w 1939 r. zakłady pionkowskie zostały ewakuowane, ale wkroczenie Armii Czerwonej uniemożliwiło uruchomienie produkcji na wschodzie. Ojciec wrócił do Warszawy, był poszukiwany przez gestapo i w styczniu 1940 r. został przerzucony na Węgry, a stamtąd do Francji, gdzie podjął pracę w laboratorium Joliot-Curie. Po upadku Francji dostał się do Anglii. Tam w czasie wojny pracował w fabryce amunicji, a następnie, po zakończeniu wojny podjął pracę naukową w Edynburgu i w 1948 uzyskał stopień naukowy doktora. Po przeniesieniu się do Londynu i po uzyskaniu stopnia docenta wykładał fizykę, matematykę i chemię. Zmarł w 1957 roku i został pochowany na cmentarzu Brompton w Londynie.

tablicapionkiPoza pracą organizacyjną ojciec zajmował się badaniami naukowymi, otrzymał szereg patentów, miał dwa doktoraty z chemii fizycznej – polski i angielski, przetłumaczył na język polski podręcznik chemii nieorganicznej W. Ostwalda – laureata nagrody Nobla z 1909r., który uzupełnił napisanym przez siebie 100 stronicowym opracowaniem zawierającym najnowsze osiągnięcia z dziedziny budowy atomu.

Za swoją działalność otrzymał w latach 30 dwukrotnie Złoty Krzyż Zasługi, a w 2004 r. w Urzędzie miasta Pionki odsłonięto poświęconą ojcu tablicę pamiątkową.