A to Polska właśnie…

Wczoraj w wielkich bólach konwencja została przyjęta, na pytanie dlaczego w wielkich bólach, skoro chodzi o sprawę oczywistą odpowiedziała…

Aleksandra Puciłowska przy współudziale Kingi Chojnickiej

Dlaczego Polska miała problemy z ratyfikacją konwencji przeciwko przemocy domowej?

Długo proszono mnie o napisanie tekstu na temat konwencji. I szczerze mówiąc: nie wiedziałam za bardzo, co można by mądrego na ten temat napisać?
Sprawa jest w sumie jasna i prosta: czy z lewa, czy z prawa – każdy deklaruje się, iż jest przeciwny przemocy. Nie tylko zresztą wobec kobiet, ale i ogólnie. Sięgając po cytat z jednej z kultowych polskich komedii lat 80 chciałoby się więc powiedzieć: i nad czym tu deliberować…?

W Polsce jednak, jak to w Polsce, musieliśmy i z tego tak istotnego tematu zrobić swoje własne polskie piekiełko. Bo nie byliśmy sobą, gdyby tak nie było.
Okazało się bowiem w stosunkowo krótkim czasie, że w przemocy wcale nie o przemoc chodzi, a o wprowadzenie tylnią furtką jednego z głównych obecnie wrogów polskiego Kościoła, jakim jest bardziej chyba demoniczny od samego demona GENDER.
Że Kościół musi mieć wroga, bo bez niego nie będzie istniał jest już nawet nie tylko oczywiste, ale i filozoficznie poparte. Bo skoro istnieje dobro, to musi istnieć i zło, bo jak inaczej wiedzielibyśmy, czym jest samo dobro..?
To, że wróg ten dla Kościoła musi być namacalny wiemy już z Biblii, która mówi o diable. To, że diabeł ten musi być obecny w naszym życiu codziennym, byśmy jak zagubione owieczki lgnęli do Kościoła w lęku i nadziei na ocalenie, udowodniono nam już nadto. I tak się kręci ta zabawa od ponad 2 tysięcy lat.
Za wroga można sobie wziąć dowolnego przeciwnika – ważne by był, by się i żadna zębatka w tej dobrze już naoliwionej maszynie nie zacięła. Najnowszym jest gender – wciska się on nam drzwiami i oknami, by zniszczyć prawdziwą polską, katolicką rodzinę. Jak się zapieramy i nie chcemy go wpuścić frontem, to próbuje tylnym wejściem od kuchni. A w kuchni przygotowują między innymi różnego rodzaju podejrzane konwencje, co to pod przykrywką słusznych idei wpuszczają na naszą chrześcijańską enklawę w samym środku hedonistycznej Europy zepsucie, grzech i klęskę prawidłowego porządku świata.
A prawidłowy obraz świata jest taki, że jak Bóg coś złączy to człowiek tego nie powinien rozdzielać. I nieważne, co się dzieje za ścianą u sąsiada – czy mąż przyszedł tym razem z kwiatami czy z pięściami. Każdy musi dźwigać swój krzyż, jak dźwigał go Jezus. Więc i kobieta niech nosi swoje brzemię i ratuje splecione świętym węzłem małżeńskim własne piekiełko na tym ziemskim padole. Nieważna jest cena, jaką trzeba będzie za to zapłacić, istotny jest cel. A ból i cierpienie uszlachetnia, przecież tak mówili ostatnio na mszy w niedzielę. Przecież tak samo cierpiał biblijny Hiob, a Bóg mu to wszystko wynagrodził. Trzeba być silnym. Trzeba być cierpliwym.
A nie daj Boże zacząć jątrzyć i zawracać sobie głowę własnym szczęściem i poczuciem godności, ba! nawet indywidualności, a co gorzej samodzielności. Zaraz przyjdą do głowy jakieś szatańskie pomysły o niszczeniu rodziny w imię własnego egoizmu.
A właśnie temu służyć mają te europejskie pomysły pisane zapewne przez jakieś tajemnicze lobby LGBT w tajnym gabinecie w Brukseli. Bo i my – homo-, bi- i transseksualiści ponownie maczamy palce w tej rewolucji ogólnoświatowej, której głównym celem jest zagłada ludzkiego gatunku. A w obronie tego zagrożonego, znanego nam i jedynie słusznego katolickiego porządku świata, jak zwykle, dzielnie staje posłanka Beata Kempa. Zauważa ona w swoim liście otwartym do profesor Fuszary, że konwencja przeciwko przemocy wobec kobiet wcale w obronie tych kobiet nie staje. Na celu ma zaś degradację biologicznego pojęcia płci do pseudointelektualnego bełkotu o tym, iż na to jak postrzega się kobietę lub mężczyznę w danym społeczeństwie, wpływ ma kultura czy społeczne zachowania uznawane wedle tradycji za odpowiednie danej płci. Bo przecież wcale nie jest tak, że zgwałconej kobiecie ktoś wypomina, iż być może miała spódniczkę za krótką o te dwa centymetry, a faceci to przecież tacy wzrokowcy. I wcale nie jest tak, że w Afganistanie kobiety zakrywać muszą całe swoje ciało ze względu na to, że nie urodziły się mężczyznami. Choć przecież, przyznajmy szczerze, w czadorze też się jednak nie urodziły. I przecież wcale nie zdarza się tak, że od kobiety wchodzącej do polityki wymaga się jednak trochę więcej. Bo udowodnić musi ona podwójnie, że posiada kompetencje – nie posiada ich z zasady, jak niegdyś „nowa twarz” w polityce, Grzegorz Napieralski. Nikt jakoś dziwnym przypadkiem nie lustruje i nie prześwietla kandydata na prezydenta partii PSL, pana Jarubasa, tak jak to się czyni wobec kandydatki lewicy – pani Ogórek. Nikomu jakoś, dziwnym trafem nie przychodzi jako pierwsza myśl do głowy o tym, czy pan Jarubas, lub pan Duda, jest może ładny, a może jednak brzydki? Robi się to jednak wobec pani Ogórek właśnie, robiło się to niegdyś wobec pani Muchy. I robi się to również, niestety niezwykle brutalnymi i moralnie odpychającymi metodami, wobec pani Grodzkiej.
Pani Grodzkiej, która całą swoją postawą i życiową historią tak nadepnęła na odcisk sporej grupie prawej strony społeczeństwa polskiego, iż żyją nawet tym, czy chodzi ona w domu w dresie czy może piżamie. Trudno ją sprowokować osobiście, bo jest jedną z niewielu osób na polskiej scenie politycznej, która potrafi zachować niezwykle przyzwoity poziom dyskusji, więc próbuje się, pożal się Boże, pseudo-dziennikarskim śledztwem na poziomie, którego powstydziłby się chyba nawet sam portal internetowy Pudelek.
Bo to przecież o to chodzi w całej tej konwencji: nie o powiedzenie stanowczego NIE przeciwko przemocy różnej maści w imię utartych stereotypów i przekonań zagnieżdżonych gdzieś głęboko w naszych umysłach od lat. Tu chodzi o promocję hedonizmu, o degradację uszlachetniającego cierpienia i o, o zgrozo!, promocję wynaturzeń, jakimi są wszystkie te zjawiska, których nie uświęci sam Pan Bóg rękoma polskiego episkopatu. Niczego innego te przepisy wprowadzić nie zamierzają, poza społeczną degrengoladą i niszczeniem porządku świata ustalonym przy jego stworzeniu, a opisanym w Biblii. Niczego nie wnoszą poza zobowiązaniami państw je ratyfikujących do między innymi:
– stworzenia całodobowej, darmowej linii pomocy dla ofiar przemocy
– utworzenia wystarczającej ilości schronisk, które uchroniłyby te ofiary od pozostania sam na sam ze swoim oprawcą, gdy zamkną się drzwi za interweniującymi policjantami, którzy wezwani zostali do „domowe kłótni”
– przeszkolenia odpowiednich organów w ten sposób, by działać mogły szybciej i sprawniej przeciw przemocy domowej – przyjęcia ustawy penalizującej domową przemoc w różnych postaciach w tym: nękanie, przemoc fizyczną i psychiczną, genitalne okaleczenia kobiet, przymusową aborcję i przymusową sterylizację
– ścigania gwałtu z urzędu, a nie na podstawie formalnego wniosku osoby pokrzywdzonej jak praktykowane to było dotychczas.

Ale to przecież wszystko nie jest nam potrzebne, by walczyć o los pokrzywdzonych kobiet. Potrzebna jest nam silna wolna i solidny zapas różańców, by tak jak w 2013 roku walczyć w słusznej sprawie podczas całonocnej adoracji Najświętszego Sakramentu w intencji odrzucenia „Konwencji o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej”.

Zimy naszego dzieciństwa (2)

Taki nasz własny blogowy Mikołajek i jego zabawy. W zeszłym miesiącu była górka, jaką każdy z nas na pewno w dzieciństwie miał, dziś zabawa karnawałowa…

Roman Brodowski

Zabawa szkolna

Dzisiaj na ostatniej lekcji pani zakomunikowała nam, że za trzy tygodnie, w sobotę odbędzie się zabawa noworoczna, a dzieci, które chcą w niej wziąć udział, powinnny przygotować na ten dzień wymyślone przez siebie stroje.
– Huuuura! – krzyknąłem uradowany! – będzie zabawa, będzie zabawa! –
Inne dzieci także, zapominając o tym, że trwa jeszcze lekcja, dały upust swoim nieposkromionym emocjom. To był prawdziwy wybuch euforii. I nie było w tym nic dziwnego, bo przecież po raz pierwszy mieliśmy uczestniczyć w szkolnej zabawie. Co prawda, dla niektórych z nas, to znaczy dla tych, którzy chodzili do przedszkola, zabawa przebierańców nie była niczym nowym, ale to nie to samo – bo szkoła to jednak nie przedszkole.
Głośną dyskusję rozpoczęła Ania, siedząca z Grażynką w pierwszej ławce. Ania poinformowała nas, że będzie królewną śnieżką, bo jest najładniejsza, a poza tym ze wszystkich dziewcząt ma najdłuższe włosy. To prawda, jej jasne jak len, sięgające prawie że kolan, długie faliste włosy, były obiektem zazdrości niejednej dziewczyny z naszej klasy. – Ja, będę twoją dobrą wróżką, Aniu – wtrąciła Grażynka. Grażynka i Ania, były dla siebie jak dwie siostry, jak dwie papużki nierozłączki, zawsze i wszędzie razem.
W klasie zapanował hałas. Każdy z nas chciał coś powiedzieć, pochwalić się, kim będzie, i jak będzie ubrany. Przekrzykiwaliśmy się wzajemnie, wymyślając coraz to dziwniejsze stroje, począwszy od znanych z bajek, postaci, a na bohaterach filmowych skończywszy. Samych Zorro było chyba z pięciu, a każdy chciał być piękniejszy i bardziej podobny do oryginału. Dobrze, że nikt nie zdecydował się, przebrać za Wilka, bo na pożarcie miałby nie jednego, a trzy „Czerwone Kapturki” i to tylko z naszej klasy, bo i piegowata Ewa, i ciemnowłosa Jagoda i Krysia miały ten sam pomysł.
Siedziałem cicho, zasłaniając uszy, a w głowie rodziły się pytania. – Za kogo mam się przebrać? czym mam wszystkich zaskoczyć?
Na początku chciałem zostać królewiczem, ale królewiczami chcieli być też Leszek i Zbyszek, więc pomysł upadł. Zorrem, Kotem w butach czy czarnoksiężnikiem też nie mogłem być, bo postacie te zostały już wcześniej zarezerwowane przez innych. Spoglądając co jakiś czas na kolegów, byłem bezradny. Im bardziej myślałem, tym większą czułem pustkę w głowie i… gdyby nie Marysia, to chyba bym się rozbeczał. Siedząca dotychczas w milczeniu obok mnie przyjaciółka powiedziała prawie szeptem, że przebierze się za Gerdę, bohaterkę baśni o „Królowej śniegu”. – Już wiem, będę Kajem! – krzyknąłem z radości na całe gardło, uśmiechając do wystraszonej moim podniesionym głosem Marysi. W klasie zapanowała cisza. Wszystkie oczy skierowały się na mnie. Na szczęście jednak dalsze spory o to, kto ma kim zostać, oraz to, kto jest ważniejszy w hierarchii postaci, przerwał dzwonek. Ten dzwonek był jedynym ratunkiem dla proszącej nas wielokrotnie o ciszę pani. Pożegnaliśmy się z nią, szybko opuściliśmy klasę, przenosząc dyskusję na korytarz, do szatni a potem na dziedziniec szkolny.

Dni mijały nieubłagalnie wolno, a czas spędzany w szkole nie pozwalał zapomnieć o zbliżającej się zabawie. Każdego dnia ktoś z naszej klasy chwalił się tym, że jego przebranie na ten wyjątkowy dzień jest już gotowe i piękne. Tylko ja jeszcze, szczerze mówiąc, nie wiedziałem jak mam wyglądać podczas zabawy. Kaj przecież był chłopcem, który z wyglądu niczym szczególnym się nie wyróżniał. W gruncie rzeczy wystarczyłoby założyć na siebie ciepły sweter, zrobiony na drutach przez mamę, czapkę z pomponem, długi wełniany szal oraz rękawiczki, by się do niego upodobnić. Tylko czy którykolwiek uczeń domyślił by się, że ktoś tak pospolicie ubrany, przedstawiał będzie sobą tamtego, uwięzionego w krainie wiecznego lodu przyjaciela Gerdy? – No właśnie.
Obawami swoimi, postanowiłem podzielić się z Marysią. Ku mojemu zadowoleniu, okazało się, że Marysia miała ten sam problem. Po długim zastanowieniu, doszliśmy do wniosku że, przebierzemy się za pastereczkę i kominiarczyka, bohaterów bajki Christiana Andersena pod tym samym tytułem. Wiedzieliśmy, że przygotować odpowiednie stroje nie będzie łatwym zadaniem. Ale po co ma się rodziców i starsze rodzeństwo. Jeszcze tego samego dnia, poinformowałem moją mamę i tatę o naszej decyzji. prosząc jednocześnie o pomoc w przygotowaniu ubranka dla kominiarczyka.
Rodzice nie mieli zastrzeżeń do pomysłu, pod jednym jednakże warunkiem.
Za ich pomoc powinienem zapłacić dziesięcioma dobrymi ocenami w szkole, co oznaczało, że nie wolno mi było otrzymywać niższych ocen jak czwórka plus i piątka, bo tylko te należały do ocen dobrych. Oczywiście – nie mając innego wyjścia – przyjąłem ten warunek bez najmniejszych oporów.
Marysia uczyniła to samo. Zarówno ciocia Helenka (tak nazywałem jej mamę), jak i jej dużo starsze rodzeństwo, natychmiast zaangażowali się do pomocy w przygotowaniu stroju dla pasterki, podobnego do tego opisanego w bajce. A że do zabawy pozostały tylko cztery dni, wszyscy stawali na głowie, żeby zdążyć.
W końcu nadeszła sobota. W tym dniu, w związku z zabawą, która dla dzieci od pierwszej do czwartej klasy rozpoczynała się o godzinie trzeciej po południu, a dla dzieci starszych od szóstej, w szkole nie było zajęć. W tamtych czasach nie było wolnych sobót w szkole, a i dorośli musieli w soboty (co prawda tylko na sześć godzin) chodzić do pracy.

Mama moja pracowała w pobliskiej mleczarni, tak że zazwyczaj w sobotę wracała do domu około drugiej. Tego dnia czekałem na nią wyjątkowo niecierpliwie. Tylko ona wiedziała jak mam się ubrać. I chociaż w szafie wisiała przygotowana przez nią czarna, przerobiona i ozdobiona dwoma rzędami srebrnych guzików, kamizelka, czarne spodnie i szary zrobiony na drutach, golf, a na szafie leżał zrobiony przez mojego starszego brata, czarny, papierowy, kominiarski cylinder, ja czekałem na mamę. Mama wróciła, niespodziewanie, wcześniej, bo krótko po pierwszej, do domu
– Zdążyłam – powiedziała zziajana – zwolniłam się, żeby zdążyć was wyprawić do szkoły – dodała, zdejmując zaśnieżone obuwie.
– Nas nie trzeba wyprawiać – zaprotestował Zbyszek. – Ja i Krysia, poradzimy sobie. Już od dawna nie jesteśmy dziećmi. To prawda, Krysia chodzi do szóstej, a Zbyszek do siódmej klasy, i nie w głowie im stroje przebierańców. Oni po prostu, modnie ubrani pójdą na tę zabawę dla starszych. Tam nikt się nie przebiera.
Spojrzałem na Jolkę, moją młodszą siostrzyczkę, która stojąc oparta o piec, szlochała.
– Nie płacz – powiedziałem – obejmując ją troskliwie – ty też będziesz miała swoją zabawę w przedszkolu. Tyle tylko, że w przyszłym tygodniu. Ze strojem dla Joli nie było tylu problemów co z moim, bo mama postanowiła przebrać ją za muchomorka. Już wcześniej poobszywała jej białą, koronkową sukienkę, czerwonymi kropkami, wyciętymi z moich za krótkich już szortów.
Gdy Jola się nieco uspokoiła, szybko, przy pomocy mamy, założyłem ubranie, cylinder na głowę i przerzuciwszy przez ramie przygotową szczotkę na sznurku imitującą taką, jaką posługują się prawdziwi kominiarze, wyszedłem na ganek. – Poczekaj jeszcze chwilkę – powiedziała mama – przecież nie masz wąsów, a prawdziwi kominiarze zawsze je noszą. Pomalowała mi wąsy czarną jak smoła kredką do rzęs i pocałowała mnie w czoło na pożegnanie.

Na ulicy czekały już na mnie Marysia i Ewa. Ewa mieszkała na naszej ulicy od zawsze i często towarzyszyła nam w drodze do szkoły. Obie wyglądały wspaniale. Marysia ubrana była w różową, sięgającą poza kolana sukienkę, na której widniał, obszyty koronką, żółty fartuszek na szerokich szelkach. Rozpuszczone, przepasane wstążką, kasztanowe włosy, jak morske fale, falując, swobodnie spływały po ramionach. Do tego jej siostra pomalowała Marysi policzki lekko różową pomadką, i nieco ciemniejszego koloru szminką, usta. Ewa natomiast przebrana była za kota w butach. W szerokim kapeluszu z piórkiem na głowie, w brązowym żakiecie, tego samego koloru spodniach i skórzanych, ciemnych kozakach, oraz z przylepionymi pod nosem długimi wąsami z końskiego włosa, rzeczywiście przypominała kota.
Po kilku minutach podziwiania się na wzajem, wyruszyliśmy do szkoły.

ZabawaJedyne  ocalale moje zdjecie. Rok chyba 1970 (nie jestem pewien).
Szkolna zabawa.  Ja jestem w górnym rzędzie, w chuście na głowie.

Szkoła, tego dnia wyglądała inaczej niż zwykle. Nad drzwiami wisiały kolorowe balony i napis „Witamy wesołe dzieciaki – rok 1966”.
W środku cały korytarz i wielki hol, na co dzień służący do zajęć gimnastycznych, wystrojone były zwisającymi od sufitu serpentynami, balonikami oraz srebrnymi gwiazdkami różnej wielkości. Na środku holu ustawiono wysoką, ustrojoną bombkami i watą choinkę. Pan dyrektor, nauczyciele, woźny, a nawet kucharka, wszyscy byli, poprzebierani. Nasza pani wyglądała jak grecka muza. Trzymając w lewym ręku wielkie gęsie pióro, a w prawym jeszcze większą księgę, od razu przypominała nam o lekcjach.

Równo o piętnastej pan woźny, pod postacią pingwina, zadzwonił ręcznym dzwonkiem, aby nas uciszyć. Teraz do choinki zbliżył się pirat czyli pan dyrektor, który pozdrowił nas wszystkich i życzył nam miłej zabawy.
W końcu usłyszeliśmy muzykę. To znany w całej szkole pan Władysław, mąż naszej pani sekretarki, wychodząc z sekretariatu grał na akordeonie. Pana Władysława lubiły wszystkie dzieci. Zawsze, kiedy przychodził do szkoły, przynosił ze sobą radość i uśmiech. Potrafił z każdym dzieckiem porozmawiać, doradzić, rozweselić. Tego dnia miał na nosie wielkie okulary przymocowane do czerwonego, plastikowego nosa.
Na początku, dla rozgrzewki, zagrał kazaczoka. Tańczyliśmy w rytm muzyki wokoło drzewka. Tylko Zorro, a było ich tylu, że można by było z nich utworzyć cały oddział, konkurowali ze sobą o to, który jest ładniejszy, silniejszy i zwinniejszy. Gdyby nie pan woźny, to chyba doszłoby do draki.
Kotów w butach też był dostatek. O dziwo większość z nich stanowiły dziewczęta. Mi osobiście podobały się Danusia z naszej klasy i Wiesia z pierwszej B. Niestety, ani jedna, ani druga nie chciały się ze mną bawić. Także moja Pastereczka Marysia też gdzieś przepadła. Od czasu do czasu widziałem ją tańczącą z przebranym za rycerza Grzesiem. Ja, nie chcąc zostać sam, bawiłem się z Kopciuszkiem, za którego przebrała się Małgosia. Małgosia chodziła do naszej klasy i była bardzo nieśmiałą, ale za to była najjaśniejszą dziewczynką w szkole. Jej włosy były tak jasne jak śnieg, jak biały, połyskujący w słońcu śnieg. Cera też bardzo jasna. Może właśnie z tego powodu Małgosia stroniła od innych dzieci, myśląc że się z niej śmieją.
Ta, jak się w trakcie zabawy okazało, bardzo sympatyczna i pogodna koleżanka, urodziła się w tym samym dniu co ja, w tej samej sali i przyjmowała ją ta sama położna co mnie. Na dodatek nasze mamy znały się od wielu lat. Muszę przyznać, że czułem się przy niej tak dobrze, że wkrótce zostaliśmy prawdziwymi przyjaciółmi.
Zabawa była naprawdę udana. Nauczyciele co chwilę obdarowywali nas słodkościami, a w świetlicy można było dostać ciepłą herbatę z cytryną lub mleko. W wielkim koszu czekały na nas pączki z marmoladą.

Jak na takich zabawach bywa, nie obeszło się też bez konkursów. Był konkurs wiedzy, tańca, i na najładniejszy strój. Był też konkurs na najładniej bawiącą się parę. W konkursie na najładniejszy strój, ku mojemu zdziwieniu, wygrała pastereczka czyli Marysia. Trochę jej zazdrościłem. Bo przecież pastereczka bez kominiarczyka, to tylko połowa – pomyślałem.
Na szczęście okazało się, że na drugim miejscu, w konkursie najładniej bawiących się par, zaraz po Ani z klasy drugiej B i Marku z trzeciej, najładniej bawiła się nasza para. Zarówno ja jak i Małgosia byliśmy bardzo szczęśliwi.
Na zakończenie wszyscy uczestnicy zabawy wzięli się za ręce, tworząc korowód. Tak przetańczyliśmy w rytm melodii granej przez pana Władysława po wąskich korytarzach szkoły ostatni wspólny taniec.

Tak zapamiętałem moją pierwszą szkolną zabawę.

Berlin, styczeń 2015
Na podstawie opowiadania z 1986 roku

Szkolna zabawa

W naszej szkole jest zabawa
Pan nam na harmonii gra
Dzieci tańczą na parkiecie
Tańczę z Zosią także ja.

Marek przebrał się za Zorro
Peleryna, szabla z boku
No i maska oczywiście…,
Tradycyjnie, jak co roku.

Basia jest królewną śnieżką.
Biała wstążka wpięta w włosy
Suknia piękna, aż do kostek
Na niej lśnią kropelki rosy.

Jest też Krysia z mojej klasy,
Ma jak Pipi Langstrumpf piegi
Taka śmieszna jest ta Krysia
Właśnie idzie do kolegi.

Polonistka z piórem w ręku
Niby Grecka muza chodzi
Do swych uczniów się uśmiecha
Rymem mówi, wiersze płodzi.

Nikt z nas dzisiaj nie jest sobą,
Nauczyciel, uczeń, woźny
Nawet nasz dyrektor szkoły
Jest cieplutki w czas ten mroźny

No bo przecież jest zabawa
Tak jak zawsze, jak co roku.
Każdy bawi się wesoło
I nikt z nas nie stoi z boku.

Berlin, 15.01. 2008

Ocalałe / Salvaged

O wystawieSylwia Kościuszko

W niedzielę 1 lutego oglądałam razem z koleżankami i kolegami ze Stowarzyszenia Drugie Pokolenie wystawę „Ocalałe” („Salvaged”) w Żydowskim Instytucie Historycznym w Warszawie. Było to niezwykłe przeżycie, móc oglądać obrazy artystów żydowskich, powstałe w latach 1890-1939 oraz w okresie wojennym, w towarzystwie kuratorki wystawy i zarazem Kierowniczki Działu Sztuki w Żydowskim Instytucie Historycznym, Teresy Śmiechowskiej. Teresa, która, jak sama powiedziała, czuje się jedną z nas, w niezwykle interesujący sposób opowiadała o poszczególnych twórcach i ich dziełach, przez co pozwoliła nam umieścić oglądane obrazy w konkretnym kontekście oraz głębiej przeżyć i zrozumieć to, co widzieliśmy. Nie ukrywała swoich emocji – czuliśmy, że ma osobisty stosunek do tej wystawy, dzieliła się z nami tym, co na niej zrobiło największe wrażenie, zwracała uwagę na szczegóły, które mimo woli mogły nam umknąć.

SeksztajnPierwsza część wystawy poświęcona jest obrazom i rysunkom z lat 1939-1945. Ich siła wyrazu, niezależnie od wartości artystycznej, była porażająca. Jak choćby prace Geli Seksztajn umieszczone obok jej swoistego testamentu, w którym pisała „nie proszę o pochwały, lecz tylko o zachowanie pamięci o mnie i o mojej córeczce”, „ muszę zginąć, ale swoje zrobiłam. Chciałabym, aby przetrwała pamięć o moich obrazach”. To się udało – jej obrazy ocalały ukryte w zbiorach Podziemnego Archiwum Getta Warszawskiego. Ze wzruszeniem ściskającym gardło oglądałam portrety dzieci, w tym także jej córeczki Margolit, rysowane ołówkiem, kredką, węglem.


Gela Seksztajn

Wszystkie prace w tej części wystawy miały przejmujące historie, przedstawiały w sposób niezwykle oszczędny w formie i mocny w ekspresji tragizm tamtych czasów – głód, cierpienie, samotność, śmierć. Powstawały w gettach – łódzkim, białostockim, warszawskim jak np. prace Rozenfelda (artysty o nieznanym imieniu i biografii), który do swoich rysunków dołączył komentarze opisujące rzeczywistość getta warszawskiego. Duże wrażenie zrobiły na nas rysunki Henryka Becka, lekarza i malarza, składające się na cykl „Bunkier 1944 roku”, dokumentujący miesiące, gdzie ukrywał się w opuszczonej po upadku powstania Warszawie.

Beck_BunkierHenryk Beck, „Bunkier 1944 roku”

Oglądaliśmy prace Witolda Lewinsona, Józefa Kownera, Stanisławy Cetnerszewerowej, Icchaka Braunera, Izraela Lejzerowicza, Maksymiliana Eljowicza, Romana Kramsztyka – żadne nie pozwalają przejść obok obojętnie.

***

ocalale-zwiedzanie
Druga część wystawy obejmowała prace powstałe w latach 1890-1939, autorstwa pierwszego pokolenia artystów pochodzenia żydowskiego, którzy tworzyli niesakralną sztukę żydowską. Większość z nich nie przeżyła Holokaustu.

Hirszenberg_Uliczka w KazimierzuZgromadzone na wystawie obrazy – portrety, pejzaże, martwe natury, widoki małych miast, w tym liczne Kazimierza Dolnego, malarstwo rodzajowe, akt, pokazywały znakomity kunszt ich twórców oraz przynależność do różnych stylów lub co najmniej otwartość na nie – od XIX-wiecznego realizmu, przez ekspresjonizm, kubizm aż po konstruktywizm. Teresa także o tych artystach i ich dziełach opowiadała ciekawie i z przejęciem, pozwalając nam miękko przejść od ciemności, smutku i cierpienia poprzedniej sali w świat kolorów i nowoczesnego patrzenia na przestrzeń i formę. Zapytani przez Teresę o dzieło, które zrobiło na nas największe wrażenie wymienialiśmy różne prace

Samuel Hirszenberg, Uliczka w Kazimierzu

Guterman_Portet kobiety – „Portret kobiety” Abrahama Gutermana >>
czy „Ekstazę” Norberta Strassberga, „Kabalarkę” Jana Gotarda (którą, po wnikliwym przyjrzeniu się obrazowi, twórcy wystawy przemianowali na „Zielarkę”), któryś z pejzaży Kazimierza Dolnego. Wybór nie był łatwy spośród obrazów takich artystów jak Maurycy Trębacz, Samuel Hirszenberg, Abraham Berman, Samuel Finkelstein, Zygmunt Menkes, Józef Badower, Sasza Blonder, Bruno Schultz, Roman Kramsztyk i Maksymiliana Eljowicz. Mogliśmy także podziwiać rzeźbę Henryka Glicensteina „Mesjasz”.

Eljowicz_Rabin

A co ja bym wybrała?

Coś mnie fascynuje w obrazie Maksymiliana Eljowicza “Rabin”, który łączy obie galerie.
Wisi w holu do sali z pracami 1939-45, bo był na zdjęciu/w kadrze z niemieckiego filmu propagandowego o Judenracie w getcie warszawskim, wisiał w gabinecie Czerniakowa, ale jest w stylu bardzo nowoczesnym.

Jest dla mnie łącznikiem miedzy obiema galeriami.
Samsung022015 133Z czym wyszłam z wystawy? Z dumą, że wśród polskich artystów XX wieku tylu było wspaniałych twórców żydowskiego pochodzenia. Z głębokim smutkiem, że życie większości z nich zostało w tak okrutny sposób przerwane. Z nadzieją, że kolejne pokolenia będą to, co po sobie pozostawili, odkrywały, przeżywały i podziwiały, tak jak to tej niedzieli stało się to moim udziałem. Z wdzięcznością, podziwem i szacunkiem wobec tych wszystkich, którzy ocalili tę sztukę i udostępniają ją publiczności. Z radością, że swoimi wrażeniami mam się z kim podzielić…

Józef Badower, „Nosiwoda” / Jan Gotard, „Kabalarka”
badower-gotard
X

X

X

X

X

X

X

***
Wystawa w Żydowskim Instytucie Historycznym
poniedziałek – piątek w godz. 8.00–18.00
i w niedzielę w godz. 10.00–18.00
ul. Tłomackie 3/5
00–090 Warszawa
tel.: (22) 827 92 21
fax: (22) 827 83 72

Wystawę można oglądać do końca marca.

Koty, małpy i koty małpy

Ewa Maria Slaska

frieda-kahlo-malpka-kotRaz były tu już razem, na autoportrecie Fridy Kahlo (1907-1954). Dwa czarne niezależne zwierzęta, tak jak i sama Frida. Kobieta, kot i małpa. Wydaje się, że uda się je oswoić i udomowić, ale to tylko pozory, zawsze się może zdarzyć, że uciekną z klatki, tej prawdziwej i tej symbolicznej, podrapią, ugryzą, wybiorą wolność. Ale nawet jeśli wciąż są obok nas, to coś sobie myślą. Coś myślą, nie wiadomo co, coś,  co się wymyka spod kontroli i nie daje okiełznać.

To moja interpretacja, już o tym pisałam. Historycy sztuki widzą w tym autoportrecie Fridę jako Królową Cierpienia, kot jest tu symbolem nieszczęścia i śmierci, małpa – to zwierzę piekielne, uosobienie diabła. Nie podoba mi się ta interpretacja (jeszcze jak mi się nie podoba!), postanowiłam ją więc zignorować.

O tym też już tu pisałam. Bo są małpy, które nazywano kotami. Koczkodany czyli koty morskie. Tak je widział Alfred Brehm, słynny XIX-wieczny badacz życia zwierząt. Wydał wspaniałą książkę Illustrirten Thierlebens (Życie i obyczaje zwierząt) wydaną po polsku w Warszawie w roku 1873.

AlfredBrehmKoczkodanyPapcio Zwierzaków, jak Niemcy pieszczotliwie nazywają swojego najsłynniejszego przyrodnika, nader lubił koczkodany, wychwalał ich wesołe usposobienie, podkreślał, że umieją pływać (stąd ich niemiecka nazwa!), i w ogóle uważał, że są to najmilsze i najładniejsze małpki, które nie bez powodu w każdym ogrodzie zoologicznym są ulubieńcami zwiedzających. Koczkodany lubią życie w wilgotnych lasach, nigdy nie cierpią głodu i nic im nie grozi, bo z każdym wrogiem świetnie sobie dają radę. Innego zdania był Kornel Makuszyński, który wprawdzie podkreślał, że są to stworzenia nadzwyczaj figlarne i sympatyczne, ale że jednak mają wrogów, bo… strasznie boją się węża.

Prawdę mówiąc, nie znalazłam nigdzie informacji, do jakiego gatunku małp(ek) należy Fiki Miki, ale po lekturze zachwycających opowiastek Brehma o koczkodanach, wydaje mi się, że może być tylko rozbrykanym koczkodanem. Jeśli ktoś wie coś więcej na ten temat, to niech nam, proszę, napisze.

fiki-miki

Nota bene, ta małpka to już dobrze starsza pani, ma 80 lat i obchodzi w tym roku urodziny!

malpka-murzyn-David Klöcker EhrenstrahlBrehm twierdzi, że koczkodany występują zawsze tam, gdzie żyją również… papugi.

No i proszę – na zakończenie jedna z małpek nadesłanych mi przez Marynę Over. Szwedzki malarz barokowy David Klöcker Ehrenstahl (1629-1698), nadworny portrecista królowej Eleonory, żony Karola X Gustawa (to ten od “potopu szwedzkiego”).

Na obrazie małpki i papugi – tytuł obrazu Pojke med papegojor och markattor (Chłopiec z papugami i małpkami) świadczy chyba o tym, że te małpki to nasze koty morskie czyli koczkodany. Biała papuga to na pewno kakadu, a ta szara to może nimfa, choć trudno powiedzieć, bo nie do końca jest jasne, czy ma ona na głowie koronę z piór czy też ktoś przyozdobił ją maleńkim wiankiem.

Na zakończenie, żeby według klasycznego wzoru budowy tekstu, zamknąć go tym, czym się zaczyna – jeszcze jeden autoportret Fridy Kahlo, tym razem z papugą. Kolejny autoportret? Oczywiście. W końcu ze 143 obrazów, jakie pozostawiła, 55 to autoportrety.

Papuga to symbol próżności, motyle – oznaczają duszę, gąsienice – przypominają o sile przemiany, która z paskudztwa tworzy piękno. Gąsienica bezwzględnie dąży do celu, nie może ustać w drodze, bo wtedy nie zmieni się, pozostanie brzydka i odrażająca.

Wizyta w Davos

Tekst w pierwotnej wersji był dawno temu na innym blogu (TU), ale tak się zmienił, że po namyśle postanowiliśmy nie dodawać mu wyrazu “reblog”. 

Lech Milewski

Drogie syreny…

Drogie syreny, tak musiało być,
kochane fauny, wielmożne anioły,
ewolucja stanowczo wyparła się was.
Nie brak jej wyobraźni, ale…

… byłby to żart
i nadmiar wiekuisty, i kłopoty,
których przyroda mieć nie chce i nie ma.
………………

Dobrze, że choć dopuszcza do scen tak zbytkownych,
jak dziobak mlekiem karmiący pisklęta.
Mogłaby się sprzeciwić – i któż z nas by odkrył,
że jest obrabowany?

A najlepsze to,
że przeoczyła moment, kiedy pojawił się ssak
z cudownie upierzoną watermanem ręką.

Wisława Szymborska – Tomasz Mann – z tomu Widok z ziarnkiem piasku.

Zestawienie Tomasza Manna z dziobakiem jest dla mnie, mieszkańca Australii, bardzo inspirujące. Prawdę mówiąc to i bez tego podświadomie próbuję kojarzyć przeróżne informacje z twórczością tego autora. Oczywiste więc było, że gdy przeczytałem we wspomnieniu Ewy Marii, że jej pradziadek Stanisław Leopold Lubliner udał się (po 1904 roku) do Davos żeby zapoznać się z kuracją płuc za pomocą sztucznej odmy – KLIK – to przypomiało mi się, że pewnego lipcowego dnia 1907 roku…

Młoda wysoka dziewczyna w zielonym swetrze, źle uczesana i z głupkowatymi, na wpół tylko otwartymi, oczami, przeszła tuż obok Hansa Castorpa, dotykając go prawie ramieniem. Przy tym gwizdała… Nie, to było coś niesłyczanego! Gwizdnęła wyraźnie na niego, ale nie ustami, bo wargi miała zaciśnięte, bynajmniej nie wysunięte. Coś w niej gwizdało…
Był to gwizd wybitnie niemiły – chropowaty i ostry, chociaż pusty i przeciągły…
Stał osłupiały…
– Dlaczego masz taką minę?- zapytał (Joachim)
– Ona gwizdała! – odrzekł Hans Castorp. – Ten gwizd wychodził jej z brzucha, kiedy przechodziła koło mnie…
– Ach – powiedzial Joachim i roześmial się pogardliwie. – Nie z brzucha, nonsens. To była Hermina Kleefeld, gwiżdże sztuczną odmą…
Mogę ci to wyjaśnić… to jest coś z dziedziny chirurgii, jak się pewnie domyślasz, operacja, którą tutaj w górze często się stosuje. Behrens ma w tym wielką wprawę…

…ma w tym wielką wprawę – no to nic dziwnego, że aż z Polski przyjeżdżali tu po naukę.

Miałem szczęście do Tomasza Manna gdyż nie zacząłem kontaktu z nim od Buddenbrooków. Moja Matka poleciła mi Czarodziejska Górę, znalazłem ją w bibliotece w domu akademickim i zaczarowała mnie.

Gdy zastanawiam się nad szczegółami, widzę w Czarodziejskiej Górze wiele słabych punktów, ale wydaje mi się, że osoba zakochana lubi czasem wynajdywać drobne skazy w obiekcie swoich uczuć.

Bohater powieści przyjeżdża odwiedzić swojego kuzyna przebywającego w sanatorium dla gruźlików w Davos. Przyjeżdża na 3 tygodnie. W sanatorium odkrywa urok wolności jaką daje choroba – rozluźnienie obyczajów, brak poczucia odpowiedzialności. Odkrywa też wspomnienie młodzieńczego niepokoju, które tutaj przybrało postać zielonookiej Rosjanki i które wywołuje w nim typowy dla tego miejsca stan podgorączkowy.

Co jest skutkiem a co przyczyną? Nieważne, ważne, że nie chce się z tego wyleczyć. Z chęcią przyjmuje ofertę przedłużenia pobytu do 7 tygodni, aby poddać się medycznej obserwacji. Ani się spostrzega a mija 7 miesięcy tego chorobliwego stanu. Dopiero 29 lutego czyli w dniu, który jest również wybrykiem kalendarza, odważa się odezwać się do obiektu swoich uczuć. I to jak – “…gruntownie, iście po niemiecku”.
Następnego ranka jego ukochana wyjeżdża. Nie wiadomo dokąd, nie wiadomo czy kiedykolwiek wróci.
Nasi pacjenci zawsze w końcu tu wracają – stwierdza naczelny lekarz sanatorium – radca Behrens. I Hans Castorp pozostaje. Pobyt w sumie trwa 7 lat. Ta pasja Tomasza Manna do liczb wydłużyła książkę poza granice cierpliwości.

Ja czekałem jeszcze dłużej. W roku 2003, czyli sześciokroć po 7 lat od chwili zaczarowania, odbyłem pielgrzymkę do Czarodziejskiej Góry. Pretekstem był kolejny wyjazd na maratony narciarskie. Zamiast, jak Hans Castorp, z Hamburga startowałem z lotniska Okęcie.
Była Środa Popielcowa. Czekając na lotnisku oglądałem telewizyjny dziennik – na ekranie kardynał Glemp posypywał wiernym głowy popiołem. Trzy dni wcześniej słyszałem ewangelię o tym jak Jezus tłumaczył, dlaczego apostołowie nie przestrzegają postu – gdy są blisko mnie, nie muszą pościć.
Za 2 godziny byłem w Zurychu. Słonecznie. Na dworcu kolejowym odbywał się kiermasz żywności. Pachniało piwem i wędlinami.
– Czyżby Szwajcarzy byli bliżej Boga? – pomyślałem.
Zamiast prosto do Davos jechałem w kierunku St Moritz. W którymś momencie zaczęły się góry…

Moim pierwszym celem w Szwajcarii był Engadin Maraton – cudowna zabawa w niesamowitej scenerii.
Następnego ranka po wyścigu wsiadłem w pociąg do Davos. Trasa prowadziła w dół, co wydało mi się ogromnie śmieszne bo niweczyło cały patos powtarzanego często w książce zwrotu: ...u nas na górze. Wysiadłem, tak jak Hans, w Davos-Dorf…

Po wyjściu z pociągu rozejrzałem się – …skręcili w lewo przez tor, przecięli rzekę… – to zupełnie nie miało sensu, bo wtedy wylądowaliby na północnym stoku góry, gdzie nie dochodzi słońce, a zatem nie ma żadnych sanatoriów.

Po kilku krokach ulicami Davos zauważyłem plakaty informujące, że właśnie jest tydzień braci Mann i co wieczór będą odczyty, dyskusje, czytanie książek itp. Ogromnie mnie to podekscytowało i już chciałem przedłużyć pobyt, gdy zdałem sobie sprawę, że to nie dla mnie, przecież nie znam niemieckiego na tyle, by cokolwiek skorzystać.
No tak, dla mnie Tomasz Mann pisze… po polsku. Znane mi tłumaczenia na angielski robią na mnie smutne wrażenie. Trudno mi zresztą uwierzyć, aby jego książki można było napisać równie dobrze po niemiecku.

Po zakwaterowaniu w hotelu młodzieżowym udałem się prosto do Waldhotel Bellevue. Spacer pod górę stromą Buolstrasse..
…nasze sanatorium, jak widzisz, leży jeszcze wyżej niż ta miejscowość – ciągnął Joachim. – Wyżej o pięćdziesiąt metrów. W prospekcie podane jest sto, ale naprawdę jest tylko pięćdziesiąt… 

Pani w recepcji była przygotowana na takie wizyty i najpierw sprzedała mi książkę Tomasz Mann i Davos, a potem skierowała do korytarza, gdzie były pamiątki hotelowe sprzed 90 lat; na końcu pokój z oryginalnym wyposażeniem:
… białe metalowe łóżko, umywalka z niklowanymi kranami… przedwczoraj umarła tu jedna Amerykanka, naturalnie wszystko poddano gruntownej dezynfekcji.

Była jednak niespodzianka – nocnik! Ten szczegół Tomasz Mann pominął w swojej powieści.

Zajrzałem do sali restauracyjnej. Była pusta. Również w barze nie było nikogo. Wróciłem do recepcji
– Czy w barze macie państwo kulmbacheńskie piwo? – zapytałem.
– Kulmbacheńskie piwo? – zdziwiła się recepcjonistka. – Nie słyszałam o takim. Bar otwierają o 5, proszę przyjść i sprawdzić, ale wątpię.
Nie słyszała o kulmbacheńskim piwie???

– Czy nie ma przypadkiem porteru? – zapytał grzecznie karlicy. Niestety porteru nie było. Ale obiecała podać mu piwo kulmbacheńskie i rzeczywiście natychmiast je przyniosła. Było gęste, czarne, z brązową pianą i doskonale zastępowało porter. Hans Castorp pił chciwie z wysokiej półlitrowej szklanki.
Nieco zawiedziony opuściłem hotel i zszedłem na dół do miasta. Wstąpiłem gdzieś na lunch. Tam też nie słyszeli o kulmbacheńskim piwie, więc w zastępstwie zamówiłem ciemne piwo – Perla – nie umywało się do tego, które podano Hansowi.

W hotelu przejrzałem nowonabytą książkę i już na pierwszych stronach wybuchnąłem śmiechem. Otóż Mann celowo pozmieniał topografię Davos, aby zapobiec plotkom i niezdrowej sensacji wokół istniejących obiektów. A więc wyjaśniło się moje zdziwienie na dworcu.

Samo Davos – typowy resort narciarski, tyle że może trochę większy i z dużą ilością normalnych domów mieszkalnych…

No i oczywiście centrum kongresowe, w którym odbywa się Światowe Forum Ekonomiczne i wiele innych międzynarodowych spotkań, ale to nie należy do tej historii.

Ludzie? Masa młodzieży z nartami i snowboardami. Niepretensjonalny tłum. Na internecie znalazłem wzmiankę, że życie nocne w Davos nie jest zbyt ekscytujące.
A ci… “Anglicy z białymi zębami, silnie wyperfumowane panie, Amerykanie o małych głowach… tłum ludzi dość podejrzanych”? Jeśli już gdzieś ich spotkałem to nie w Davos, lecz w hotelu Kempinski w St Moritz.

Następny dzień spędziłem na nartach zjazdowych, ale nie siliłem się, aby odszukać szlak, na którym Hans przeżył swój dziwny sen.

Ostatniego dnia wróciłem do Berghoffu, przepraszam do Waldhotel Bellevue. Znalazłem Hohe Promenade i ruszyłem na spacer śladami bohaterów książki.
Droga była wystarczająco szeroka dla trzech osób, więc Hans Castorp oraz panowie Settembrini i Naphta szli obok siebie, a ja trochę z tyłu. Słuchając ich dyskusji ani się spostrzegłem jak dotarliśmy do hotelu Schatzalp…

Najwyżej położone jest sanatorium Schatzalp, tam, po tamtej stronie, stąd go nie widać. Ci muszą ekspediować swoje zwłoki na bobslejach, bo drogi są zasypane.

Jeszcze jeden dowód potwierdzający celowe pokręcenie topografii przez autora. Schatzalp jest na tym samym zboczu co Waldohtel Bellevue. Musi tu być, bo tylko ten stok jest skierowany na południe.
Zamiast toru bobslejowego znalazłem ulicę Bobbahnstrasse oraz tor saneczkowy, z którego od dawna nikt nie korzystał…

W drodze powrotnej odwiedziłem cmentarz, ale nie znalazłem żadnego z wymienionych w książce nazwisk…

Dwie godziny później zjeżdżałem na dół, tym razem “właściwą trasą” przez Lanquart do Zurychu. Od tego czasu często wspominam tę wizytę. Jej suchy opis wygląda niezbyt ciekawie. Ale nie rozczarowałem się.
A teraz? Zaczarowanie trwa już nieomal osiemiokroć po 7 lat. Rozpoczął się kolejny rok, a więc doskonała pora, żeby przypomnieć sobie, jak: Było to w środku lata. Pewien zwyczajny sobie młody człowiek jechał z Hamburga, swego rodzinnego miasta, do uzdrowiska Davos w kantonie Graubunden…

***

PS. Zapytałam Autora, co to była ta odma? Odpowiedział:

T. Mann chciał uchodzić za doktora wszechnauk tak jak Goethe i pewnie dlatego nie szczędzi szczegółowych opisów różnych teorii naukowych, procedur i aparatów. Czasami są cudowne czasami trochę żenujące – np. opis prześwietlenia klatki piersiowej. Celem odmy jest dać choremu płucu trochę odpoczynku. Wypełnia się je azotem i w ten sposób wyłącza z działania. Po pewnym czasie (pół roku), gdy ubytki spowodowane chorobą zwapnieją, można płuco włączyć do pracy. Odmę trzeba co kilka tygodni uzupełniać – dopompowywać – gdyż azot ulatnia się. Gwiżdżąca Hermina Kleefeld musiała być dopompowywana co tydzień.

Komitas i Aragat

Adam Slaski

… donosi z Armenii

komitas0
Czy chcecie posłuchać ormiańskiej muzyki – zapytał taksówkarz. Oczywiście, że chcemy. Chcecie usłyszeć narodowe pieśni ormiańskie? Może słyszeliście już w Armenii muzykę, ale to nie była prawdziwa ormiańska muzyka. Te piosenki mają armeńskie słowa, ale to obca muzyka, turecka, arabska. Teraz usłyszycie prawdziwe ormiańskie pieśni, oto głos Komitasa.
W starej ładzie zaskrzeczały cherlawe głośniki i usłyszeliśmy armeńską muzykę. Ze zdartej płyty dobiegł nas głos odległej przeszłości. Czysty i silny głos urzekał, choć głośniki rzężały, a samo nagranie było fatalne. W tej chwili wyjechaliśmy ponad las i ujrzeliśmy surowy pejzaż masywu Aragatu. Na te same góry patrzyli kiedyś królowie starożytnej krainy Urartu, taki widok zobaczył Noe, gdy wody potopu opadły i odsłoniły ziemię, tu doznał epifanii święty Grzegorz Oświeciciel. Tu znajdowały się pustelnie ormiańskich mnichów i nie mam wątpliwości, że ten pejzaż jest w ich chorałach.

*****

Soghomon Soghomonian znany jako Komitas urodził się 26 września 1869 roku w Kütahya w zachodniej Anatolii jako jedyne dziecko swych rodziców. O jego rodzicach wiemy, że byli Ormianami, że oboje byli muzykalni i, niestety, że młodo zmarli. Po ich śmierci chłopiec został pozbawiony opieki, dorastał w bezdomności i biedzie. Los uśmiechnął się do młodego Soghomona w roku 1881. Istniał w tym czasie obyczaj, który nakazywał, by uzdolnionych chłopców przygarnął Katolikos Wszystkich Oramian. Właśnie w tym roku miejscowy duchowny udawał się do stolicy Patriarchatu Ormiańskiego – Eczmiadzynu – aby przyjąć sakrę biskupią. Mógł on zabrać ze sobą jednego chłopca i przedstawić go Katolikosowi. Jako że surowe przepisy Imperium Osmańskiego zabraniały używania języka ormiańskiego, gdy chłopiec stanął przed patriarchą umiał mówić jedynie po turecku. Powiedział wtedy “Nie potrafię mówić po armeńsku, lecz jeśli taka jest twoja wola, zaśpiewam.” Choć nie rozumiał słów pieśni, którą zaśpiewał, jego piękny głos urzekł patriarchę, tak że przyjął go w poczet słuchaczy seminarium. Tam Soghomon rozwinął pasję muzyczną, wykształcił się jako śpiewak, dyrygent i kompozytor, a w roku 1894 przyjął święcenia i przybrał imię Komitas, pod którym był później znany. Tam też zafascynowały Komitasa tradycyjne ormiańskie melodie. Aby je poznać, podróżował po kraju i spisywał pieśni ludu. W roku 1895 wydał kolekcję spisanych przez siebie ludowych pieśni miłosnych i weselnych, co oburzyło konserwatywne duchowieństwo. Komitas musiał opuścić seminarium.

*****

komitas1Podejście na Aragat nie jest trudne. Być może to jeden z najłatwiejszych czterotysięczników na świecie, ale dla pary niewprawionych turystów i tak stanowił wyzwanie. Taksówka dowiozła nas do stacji meteorologicznej i sztucznego jeziora na wysokości 3200 m n.p.m. Tu serdecznie powitał nas miejscowy pies wielkości kucyka, który upodobał nas sobie do tego stopnia, że podążał za nami przez następne kilka kilometrów. Idziemy pieszo ścieżką, a częściej na azymut w kierunku szczytu.
Aragat to wygasły wulkan, ostatnie erupcje miały miejsce kilka lub kilkanaście tysięcy lat temu. Krater otaczają cztery wyraźnie zarysowane wierzchołki, najwyższy z nich liczy sobie 4095 m, my zdobywamy oczywiście najniższy – 3900 m. Podejście jest początkowo bardzo łagodne, ale ukształtowanie terenu myli wzrok. Zaintrygowała nas błyszcząca w oddali skała, wydaje nam się, że za pół godziny będziemy koło niej, by lepiej się jej przyjrzeć, ale po godzinie nie widzę, byśmy cokolwiek się do niej przybliżyli.

komitas2Z opisów w przewodniku spodziewam się tłumu turystów i kolejek jak na Giewont, ale nic podobnego nie ma miejsca. Choć pogoda jest piękna, idziemy sami, przez całą drogę widzimy jedynie z daleka 3 lub 4 osoby.

*****

Praca Komitasa znalazła uznanie bogatych mecenasów, a ormiański milioner Aleksander Mantaszew postanowił sfinansować jego dalszą edukację. Młody ksiądz opuścił seminarium, Eczmiadzyn i Armenię, by udać się do Berlina, gdzie studiował muzykę na Uniwersytecie Fryderyka Wilhelma (dziś: Humboldtów). Należał w tym czasie do założycieli i aktywnych członków Międzynarodowego Towarzystwa Muzycznego. Na jego forum dawał wykłady o muzyce ormiańskiej i dowodził jej starożytnego pochodzenia: jego zdaniem tradycyjna muzyka ormiańska wywodziła się z pieśni śpiewanych jeszcze przed nastaniem chrześcijaństwa, a trzeba pamiętać, że Armenia przyjęła chrześcijaństwo jako pierwszy kraj na świecie w roku 301.
Po odbyciu studiów Komitas wrócił do Armenii, gdzie prędko zreorganizował kształcenie muzyczne, zakładał nowe chóry, objął dyrekcję chóru seminarium w Eczmiadzynie oraz oddawał się badaniom tradycyjnej muzyki. A było co badać. Ormianie od starożytności zapisywali nuty, ale ich burzliwe dzieje sprawiły, że dawna notacja wyszła z użycia i została zapomniana. Komitas poświęcił się nie tylko badaniom historii, lecz także tworzeniu zupełnie nowej muzyki, pisał koncerty i operę.
Okres 1899-1910 to najlepszy czas jego twórczości, wtedy spisał traktaty, które uczyniły go jednym z pionierów etnomuzykologii. Zyskał międzynarodową sławę. W tym czasie Komitas nie tylko komponował i dyrygował chórem, lecz także sam występował jako baryton oraz tenor, a do tego grał po mistrzowsku na flecie i fortepianie. W roku 1912 głos Komitasa zarejestrowano na płycie. Jego sława osiągnęła apogeum, podróżował z koncertami i wykładami do Paryża i Berlina.
Jako muzyk i badacz muzyki był wielkim ambasadorem ormiańskiej kultury. Wyniki jego badań nie spodobały się jednak jego kościelnym przełożonym. Został zmuszony, by po raz kolejny opuścić Armenię. W roku 1910 przeniósł się do Stambułu, gdzie spotkał się z ciepłym przyjęciem ormiańskiej społeczności. Założył tam trzystuosobowy chór Gousan, z którym odnosił liczne sukcesy.

*****

komitas2aZ upływem czasu łąka przeradza się coraz bardziej w rumowisko. Idziemy wolniej i bardziej się męczymy. A może to sprawka wysokości. Nigdy wcześniej nie byliśmy w wysokich górach, więc objawy choroby wysokościowej nie są nam znane, ale męczymy się coraz szybciej. Po każdym odpoczynku łapiemy zadyszkę już po paru krokach. Odpoczywamy więc coraz częściej, a widoki stanowią doskonałą wymówkę, podziwiamy i robimy zdjęcia.

 

 

komitas3Minęliśmy wreszcie błyszczącą skałę, przeszliśmy przez okropne rumowisko i trafiliśmy w końcu na wyraźną ścieżkę. Idzie się nam jednak ciężko, trapi nas tajemnicze zmęczenie, a do tego zrobiło się stromo. Nie ufamy też ocenie odległości, wydaje się nam, że do wierzchołka już blisko, ale to może być kolejna iluzja. Postanawiamy, że jeśli nie dojdziemy w pół godziny, zawracamy. Tym razem jednak pomyliliśmy się w druga stronę, po 10 minutach jesteśmy na przełęczy czy raczej brzegu krateru. Widok jest niesamowity – o ile dotąd w krajobrazie dominowały szarości i ciemna zieleń, krater wypełniają złote piaski, które lśnią w promieniach słońca. Jeszcze pięć minut i stajemy na szczycie. Teraz widać, że choć pozostałe wierzchołki są wyższe jedynie o kilkadziesiąt metrów, są dużo trudniejsze do zdobycia, poza naszymi możliwościami, strome i pełne luźnych skał.
Na szczycie wieje chłodny wiatr, więc szybko: fotki, esemeski, zjadamy po batonie i wracamy. Droga powrotna zajmuje nam jeszcze dwie godziny, w sumie sześć. Według przewodnika powinniśmy byli obrócić w trzy godziny, tacy to z nas niedzieli alpiniści.

komias4*****

Krwawa niedziela 24 kwietnia 1915 roku to początek Rzezi Ormian. Schyłek Imperium Osmańskiego doczekał się tragicznego finału, w następnych miesiącach tureccy nacjonaliści zamordowali półtora miliona Ormian. Tego dnia Komitas został aresztowany razem z innymi ormiańskimi intelektualistami i wywieziony do obozu koncentracyjnego w Çankırı. Nie opuścili go jednak przyjaciele. Został zwolniony dzięki wstawiennictwu pisarzy Mehmeta Emina Yurdakula i Halida Edipa oraz amerykańskiego ambasadora Henry’ego Morgenthau. Komitas doszczętnie załamał się pod wpływem wydarzeń, których był świadkiem, i pozostałe 20 lat życia spędził w paryskim szpitalu psychiatrycznym, gdzie zmarł w roku 1935.

Korzystałem z:
Virtual Museum of Komitas

Mandala (SLO / ENG / D / PL)

zajawka
Lidia Głuchowska

Mandala City Jolandy Jeklin – iskanje dusevnega centra

0weißemandalasNa Veleposlanistvu Republiki Slovenije v Berlinu, trenutno poteka razstava slikarskih in graficnih del Jolande Jeklin, ki je umetniško povezana tako s Slovenijo kot tudi, že 15 let, s Poljsko, pojasnjuje tako:

Slike, katere so predstavljene na tej razstavi, me je navdihnilo vprašanje „Kje je moje mesto, moj dom…?“
V postkomunistični resničnosti smo ponovno postali državljani sveta, združene Evrope. Čas in razdalja sta postali relativni. Meje izginjajo. Pogosto se selim, zato nisem več vezana na nobeno mesto, ne vem niti to, kje je pravzaprav mesto, ki mi je namenjeno. Moj stalno spreminjajoč se dom je postal miselni svet čustev in meditacije, ki mi nudi oporo in svobodo. Mesta, ki jih prikazujem na mojih slikah, so mi blizu. V njih iščem odgovore na vprašanja o svojem smislu in prihodnosti. Verjamem, da imajo v sebi nekaj „posebnega“, nekaj kar si prizadevam izkusiti. Morda se bo izkazalo, da gre pri tem za moje ime, moj cilj in s tem izpolnitev.

Jeklin Jolanda je vsestranska umetnica. Ustvarja slikarska platna v razlicnih tehnikah, kot tudi grafike v tehniki linorezu, pastelne portrete, mozaike in instalacije.

Njene slike zapeljujejo z lahkotnostjo in čutom za okrasja, zato globina ostaja gledalcu sprva prikrita. Predstavljena mesta, skoraj enake podobe svetlečih in oddaljenih, pa vendarle v zgolj nekaj urah dostopnih mest, brez jasno določnih lastnosti, izhodiščnih točk ali meja, dihajo v nemirnem ritmu drsne, tekoče, nomadske modernosti. V podobah, kjer je zajeto vodoravno gibanje morskih valov upodablja kontrapunkt poindustrijskim mestnim okoljem – degradirano, vendar še vedno mogočne in neskončne narave urbanih svetov. Nemirni torzi androgenih oblik predstavljajo metaforo brezimnosti in simbolizirajo pomanjkanje opredelitev trdnega jaza, medtem ko kobaltno modro in turkizno lesketajoče se mandale prikličejo čarobnost orientalnih kopeli ali eskapistične miselne igre in nezemeljska sanjarjenja. Utripajoč navznoter, izpričujejo vztrajno iskanje miru, duševnega središča.

Na videz se med seboj mocno razlikujejo tako, po temi, kot stilu in tehniki obsežna serija del, kot so Mandala in Mesta, so pomemben element te razstave, mentalna vizualizacija procesa na ravni makro in mikro skali. Tako, kot mandala, ima vsako mesto svoj center, svoj vir energije v tem divjem ritmu zivljenja. V poskusu, da bi nasla svoje mesto v zunanji realnem svetu, se hkrati tudi sprasuje o smislu človeškega obstoja, narave naše duhovnosti, poslanstvo v tem postoru in casu.

Jolanda Jeklin mandale steje, kot neke vrste posrednika med nami in vibracijami katere oddajajo in prodirajo v svet okrog nas. Prav tako je lahko medij pri procesu meditacije in koncentracije, iskanje, samo-analiza, biti bližje sebi, svoji notranjosti, iskanje in prepoznavanje ciljev, prave poti, in pri tem spoznavanje kaj nas na nasi poti podpira in kaj nas ovira.

Recept za autorealizacijo s svetom vidi v usklajevanju lastnega mentalnega prostora in sveta okoli nas – na osi “Sinhronizacija … – Motivacija … – Sreca”.

000Warszawa-1Warszawa, 2014, oil on canvas, 100 x 150 cm

Mandala City Jolandy Jeklin – in search of a mental center

00angielskimandaleJolanda Jeklin, artistically bound with Slovenia and – for 15 years now – with Poland as well, explains the genesis of her works which are currently being presented at the Slovenian Embassy in Berlin:

„The inspiration for the paintings presented here was the question: „Where is my place, my home?” In post-communist reality we have once more become citizens of the world, of a united Europe. Time and distance have become relative. The borders are vanishing. Having moved often, I am not bound by any of the places where I stay temporarily, I also don’t know my destination. My mobile home then, has become the mental world of feelings and meditations, which gives me stability and freedom. I’m fond of the cities which I preserve in my paintings; in them, I search for prompts to answer questions about my future, my calling. I trust that maybe they have that „something” that I’m pursuing, and that I have not yet experienced. Something that will turn out to be my aim, my fulfillment…”

Jolanda Jeklin is a versatile artist. She creates both city and marine landscapes in oil, as well as graphic works in linocut or monochromatic blind printing techniques, pastel portraits and even mosaics and installations.

On the semblance enchanting only with lightness and decorative charm, the oeuvre of Jolanda Jeklin also has a something under the surface. The twin-like similar, lambent panoramas of metropolises, which are only a few hours away but nevertheless distant, breath with the rhythm of nomadic, continuous contemporariness – without prominent attributes, points of reference or borders. The horizontal rhythm of the sea waves stopped in time – monotonous, repetitive, perpetual – it reflects in her visual world a counterpoint of post-industrial urbanism – the degraded, but still limitless and powerful nature.

Just as the disturbing torsos of androgenic figures are a metaphor of anonymity and lack a stable definition of the “I”, the feerical, cobalt-turquoise mandalas bring to mind the charm of oriental baths and escapist memories or perhaps dreams. Pulsating with a centripetal rhythm, they also document a persistent search for relief – a mental center.

Her ample cycles of works seemingly so different from one another in terms of topics, styles and techniques, such as ‘Mandala’ or ‘Cities’ which solidify the character of the current exhibition are a visualization of an analogical mental process on the macro and micro scale. ‘Mandala’ and each of the metropolises she presents, they all have their center, a source of energy of the hectic pace of life. In an attempt to picture the process of locating herself in an outside reality, the artist simultaneously asks what the sense of human existence is, the nature of our spirituality and our existence in this ephemeral and changing space-time.

Jolanda Jeklin regards the ‘Mandala’ as a sort of medium between the human and the world which vibrates around him, penetrating him. That is, at the same time, a reference to the process of meditation and focusing, allowing for auto-analysis and a coming closer to one’s own interior or recognizing one’s individual aims, but also to that which helps us fulfill those aims and what hinders us in fulfilling them and at the same time what draws us apart from one another.

As a solution for self-fulfillment in harmony with the world that the artist sees in the coordination of her own mental space and that, which surrounds us “Synchrony… – Motivation… – Happiness”.

000Dynamizm-2Dynamizm, 2010, akryl na płótnie 100 x 70 cm

Jolanda Jelkins Mandala City oder auf der Suche nach dem mentalen Zentrum

00niemieckimandaleJolanda Jeklin, künstlerisch mit Ihrem Heimaltland Slowenien und seit 15 Jahren mit Polen verbunden, erläutert zur Genese ihrer Arbeiten, die derzeit in der Botschaft Sloweniens in Berlin präsentiert werden, Folgendes.

„Die Inspiration für die hier präsentierten Gemälde war für mich die Frage: „Wo bin ich zu Hause, wo ist meine Heimat…?“ In der postkommunistischen Wirklichkeit wurden wir wieder Bürger der Welt, des vereinten Europa. Zeit und Distanz sind überschaubar geworden. Die Grenzen verschwanden. Nun bin ich ständig in Bewegung, an keinen Ort gebunden, ich weiß nicht einmal, wo ich hingehöre und wo der Ort sein soll, der für mich bestimmt ist. Mein Zuhause wurde schließlich die geistige Welt der Gefühle und der Meditation. Sie bietet mir Stabilität und Freiheit. Ich habe eine starke Affinität zu allen hier präsentierten Städten. Sie begleiten mich auf der Suche nach Antworten auf die Frage nach Sinn und Zukunft. Ich glaube, in all den Orten ist etwas verborgen, was mich anzieht und für mich eine Erfüllung sein wird. Etwas, was ich noch nicht erfahren habe…”

Jolanda Jeklins urbanes und maritimes Sujet machen sie zu einer vielseitigen Künstlerin. In ihrem Schaffen finden sich sowohl Ölbilder als auch grafische Arbeiten (Linolschnitt, monochromer Reliefdruck), Pastellporträts sowie Mosaiken und Installationen.

Ihre Malkunst verführt vordergründig nur durch Leichtigkeit und dekorativen Charme. Ihr doppelter Boden bleibt einem zunächst verborgen. Doch ihre zum Verwechseln ähnlichen, schimmernden Bilder von fernen und dennoch binnen weniger Stunden zugänglichen Metropolen, ohne ausgeprägte Attribute, Bezugspunkte oder Grenzen atmen den unruhigen Rhythmus einer gleitenden, nomadenhaften Moderne. Die im Bild festgehaltene horizontale Bewegung der Meereswellen spiegelt im Visuellen den Kontrapunkt der postindustriellen Stadtbilder – die degradierte, aber dennoch mächtige und unendliche Natur.

Während die beunruhigenden Torsos androgyner Gestalten als Metapher für Anonymität stehen und die fehlende Definition eines stabilen Ich symbolisieren, evozieren die kobaltblau-türkis schillernden Mandalas den Zauber orientalischer Bäder oder eskapistischer Gedankenspiele und weltferner Träumereien. Nach innen pulsierend dokumentieren sie die beharrliche Suche nach Beruhigung, nach einem mentalen Zentrum.

Ihre thematisch, stilistisch und technisch scheinbar unterschiedlichen Zyklen wie Mandalas und Städte, die den Charakter der aktuellen Ausstellung prägen, sind Visualisierungen eines analogen mentalen Prozesses in der Mikro- und Makroskala. Jede der dargestellten Metropolen hat – analog zu Mandalas – ihr Zentrum: Es ist die Quelle ihrer Energie und Quelle des hektischen Lebenstempos. Bei ihrem Versuch, sich selbst in der äußeren Welt zu verorten, stellt die Künstlerin gleichzeitig die Frage nach dem Sinn des menschlichen Lebens, nach der Natur unserer Geistigkeit und generell nach dem Sinn der Existenz in der unbeständigen, flüchtigen Raumzeit.

Das Mandala erscheint Jolanda Jeklin als ein Medium zwischen den Menschen und der vibrierenden und sie durchdringenden Welt. Es hat gleichzeitig einen Bezug zu inneren Prozessen der Meditation und Konzentration, die eine Selbstanalyse und die Annäherung an das eigene Innere, das Erkennen der individuellen Ziele ermöglichen sowie einen Bezug zu dem, was bei der Realisierung dieser Ziele hilft, sie gleichzeitig aber erschwert, indem es die Individuen voneinander entfernt.
Ein Rezept für die Selbstverwirklichung im Einklang mit der Welt sieht die Künstlerin in der Koordination des eigenen mentalen Raums mit dem, was uns umgibt – in der Achse „Synchronisierung… – Motivation… – Glück”.

000Horyzont-3Horyzont 2013, olej na płótnie, 70 x 100 cm

Mandala City Jolandy Jeklin czyli w poszukiwaniu mentalnego centrum

00polskimandaleGenezę swoich prac prezentowanych obecnie w Ambasadzie Słowenii w Berlinie Jolanda Jeklin, artystycznie związana zarówno ze swoją ojczyzną, jak i – od ponad 15 lat – także z Polską, wyjaśnia następująco: „Inspiracją do powstania prezentowanych tu obrazów było pytanie: „Gdzie jest moje miejsce, mój dom?…”

W postkomunistycznej rzeczywistości staliśmy się ponownie obywatelami świata, zjednoczonej Europy. Czas i odległość stały się względne. Granice znikają. Często się przeprowadzając, nie wiążę się na stałe z żadnym z czasowo zamieszkiwanych miejsc, nie znam też swego przeznaczenia. Moim mobilnym domem stał się więc mentalny świat uczuć i medytacji, dających mi stabilność i wolność. Miasta, które utrwalam w obrazach budzą moją sympatię, szukam w nich podpowiedzi na pytanie o moją przyszłość i powołanie (il. 1-2/3). Ufam, że być może mają w sobie „to coś”, do czego dążę, czego jeszcze nie doznałam, co okaże się moim celem, spełnieniem…”

Jolanda Jeklin jest artystką wszechstronną. Tworzy zarówno olejne pejzaże miejskie czy marynistyczne, jak i prace graficzne w technice linorytu czy monochromatycznego druku ślepego, pastelowe portrety, a nawet mozaiki i instalacje.

Jej z pozoru urzekające lekkością i dekoracyjnym wdziękiem malarstwo ma i ukryte, drugie dno. Bliźniaczo do siebie podobne, migotliwe widoki dostępnych w kilka godzin, choć odległych metropolii, tchną rytmem nomadycznej, płynnej nowoczesności – bez wyrazistych artybutów, punktów odniesienia i granic. Horyzontalny rytm zatrzymanych w czasie morskich fal z refleksem gwiazd czy słonecznego nieba – monotonny, powtarzalny, nieustanny – odzwierciedla zaś w jej wizualnym świecie kontrapunkt postindustrialnej urbanistyki – degradowaną, lecz ciągle bezkresną i władczą naturę.

Jak niepokojące torsa androgynicznych postaci są tu metaforą anonimowości i braku stabilnej definicji „ja”, tak feeryczne, kobaltowo-turkusowe mandale przywołują na myśl czar orientalnych łaźni i eskapistycznych wspomnień czy marzeń. Pulsując dośrodkowym rytmem, dokumentują one także uporczywe poszukiwanie ukojenia – mentalnego centrum.

Jej z pozoru tak odmienne pod względem tematycznym, stylistycznym i technolo-gicznym obszerne cykle prac jak Mandala i Miasta, wyznaczające charakter aktualnej wystawy, są wizualizacja analogicznego procesu mentalnego w skali makro i mikro. Tak jak mandala, tak i każda z przedstawianych przez nią metropolii ma swe centrum, źródło energii, hektycznego tempa życia. Probując zobrazować proces lokalizowania siebie w zewnętrznej rzeczywistości, artystka pyta jednocześnie o sens ludzkiej egzystencji, naturę naszej duchowości oraz istnienia w ulotnej i zmiennej czasoprzestrzeni.

Mandalę Jolanda Jeklin uważa za rodzaj medium pomiędzy człowiekiem a wibrującym i przenikającym wokół niego światem. Jest to zarazem odniesienie do procesu medytacji i koncentracji, pozwalajacej na autoanalizę i zbliżenie się do własnego wnętrza czy rozpoznanie indywidualnych celów, a także tego, co pomaga w ich realizacji, i co ją utrudnia, oddalając nas jednocześnie od siebie.

Receptę na autorealizację w zgodzie ze światem artystka widzi w koordynacji własnej przestrzeni mentalnej i tego, co wokół nas – na osi „Synchronizacja… – Motywacja… – Szczęście”.

***

http://www.wa.uz.zgora.pl/
http://www.infoserwis.uz.zgora.pl/index.php?mandala-city-berliska-wystawa-prac-jolanty-jeklin-studentki-uz
www.jolandajeklin.com

Santiago de Compostela. Sarria

Ewa Maria Slaska

1 października 2007 roku. Niedziela. Leje.

Wczoraj ostatnie osiem kilometrów były po prostu cudowne. Z plecakiem maszerowało się lepiej niż bez, pogoda była piękna, zachwycające zielone góry wokół, ale droga dnem dolin, weekendowicze zniknęli i już się więcej nie pojawili, a po drodze w jakiejś typowej galicyjskiej rozpapranej wiosce można było kupić maliny, co odbywało się tak – w błocie (choć pewnie to była gnojówka) stał sobie stolik, a na stoliku pudełeczka z malinami, puszka po mleku skondensowanym do wrzucania pieniędzy i napis 1 euro. I już. W schronisku odbywa się taniec godowy młodych Hiszpanów i pielgrzymek. Dwie Kanadyjki i ja salwujemy się ucieczką na spacer. Gdy wracamy, w sali pusto – wszystkie pary się rozeszły po okolicy w poszukiwaniu zacisznego zakątka. No i dobrze, niech im będzie na zdrowie.

Zasypiam w ciszy i przez sen słyszę kolejne powroty romansowiczów – głośne szepty, psykania, chichoty. Chyba całą noc się tak kotłują, a o bladym świcie dwoje Francuzów wyrusza na trasę, potwornie głośno zwijając jakieś szeleszczące folie, którymi nocą oddzielają siebie i swoje śpiwory od kontaktu ze światem.

Wyruszam zaraz za nimi, już nie mogę zasnąć. Jest zimno, ciemno i ponuro. Wieje zimny, ponury wiatr. Jestem sama na drodze. Zaraz będzie lało. Ogarnia mnie potworne przygnębienie. Co ja tu robię? Po co?

Zaraz za wioską dwa drogowskazy, oba do Sarrii, jeden przez Samos a drugi przez St. Xil. Chcę iść przez St. Xil, bo droga krótsza, ale gdy wreszcie pomiędzy wielkimi pokręconymi dębami widzę jakieś budynki, wiem, że drogowskazy mnie wyprowadziły na manowce, bo jestem w Samos, a przede mną na dole wielki, wspaniały klasztor.

Piję kawę i zastanawiam się, czy warto czekać do 12, kiedy mnisi wpuszczą pielgrzmów na mszę. Klasztor i kościół można zwiedzać dopiero potem. Rezygnuję jednak. Zaraz będzie lało, nie wiem czy można w Samos przenocowac, bo na mojej mądrej karteczce jest droga przez St. Xil a nie przez Samos. Myślę, że lepiej iść do Sarrii. To takie trochę większe miasto, a już mi trochę tęskno za jakimś miastem, za sklepami, normalną restauracją, dostępem do internetu. Marzy mi się też kąpiel w wannie i pralka, a spotkany po drodze Anglik, twierdzi, że w Sarrii you will have everything! O! No to vamos peregrina, do wanny!

Klasztor w Samos. This photo of Camino de Santiago is courtesy of TripAdvisor

Zaczyna padać. Chowam się pod mostem, może da się przeczekać deszcz. Ciekawe, rośnie pokrzywa, ale pachnie mięta. Ciągle pada, wychodzę na drogę i w deszczu docieram do najbliższego baru. Nie ma wolnych stolików, przysiadam się do jakiejś rozgadanej, wesołej grupy młodych Hiszpanów. Kolorowi, ale niewielu ich i mili. Może dlatego mili, że jest ich tylko czworo. Rozmawiamy po hiszpańsku. O! Przeklinamy muchy, bo deszcz sprawia, że postanowiły zjeść nas żywcem. Jak jest po polsku mosca, pyta młoda Hiszpanka, mucha mówię i tak tworzymy nowe zawołanie: mucha bastarda, wstrętna mosca.

Ciągle pada, chcemy iść wytyczoną trasą, ale się nie da, natychmiast toniemy w lepkim błocie, wracamy jak niepyszni na szosę. Lluvia bastarda. Gdy wychodziliśmy z baru, dołączyli do nas inni, widocznie zarażeni naszym zdecydowaniem. Jest nas zatem całkiem sporo, tych, którzy mimo deszczu chcą dojść do Sarrii. Idziemy szybkim miarowym krokiem, tempo nadaje młoda Hiszpanka od wstrętnej muchy, nawołując od czoła grupy lluvia bastarda, lluvia bastarda… Idziemy. Pod górę, pod deszcz, pod wiatr. Z dębów lecą na nas wielkie żołędzie. Po szosie płynie rzeka. Co jakiś czas ktoś z grupy odpada, ale my, młodzi Hiszpanie i ja, idziemy. Na szosie nie ma słupków, nie wiemy, ile jeszcze musimy przejść, żeby dotrzeć do miasta, do restauracji, do wanny i do pralki, wreszcie drogowskaz. 10 kilometrów. Idziemy jak maszyny do pokonywania deszczu. Nie zmieniamy tempa. Jeszcze cztery kilometry. Przed nami bar, możnaby wejść, ogrzać się, napić się kawy, ale nie, nie ma sensu przerywać transu, idziemy dalej, leje, leje, ulewa, lluvia bastarda, potop.

Wreszcie Sarria. Jest nas już z powrotem tylko pięcioro. Wspinamy się na wysokie schody (escaliera bastarda!), dopadamy do albergue, gdzie jest… pięć ostatnich miejsc, pralka, suszarka i wanna!

Gdy się zameldowaliśmy i przebraliśmy, przestaje padać.

Koty i naukowcy

Była już tu kiedyś dawno kotka Schrödingera. Dziś kot innego profesora. Lubię bardzo stosunek kotów do nauki!
Na zdjęciu kubek z kotami w domu autora tekstu.

kubekzkotamikozlowskiJan Kozłowski

KOT PROFESORA

Profesor je rogalik, popija go mlekiem. Patrzy na kota. Kot profesora jeży sierść. Przeciąga się. Ziewa. Spogląda na lewo. Spogląda na prawo. Robi krok przed siebie. Odwraca wzrok. Dostrzega swój ogon. Mruczy. Postanawia złapać ogon i zaczyna kręcić się wokół siebie. Okrążenia stają się coraz szybsze. Ogon ucieka przed zębami. Kot, obracając się wokół własnej osi, zaczyna jednocześnie biegać wokół stołu z profesorem. Profesor wlepia oczy w kota i stara się śledzić jego ruchy. Wpija się w niego wzrokiem. Wchodzi myślą w jego myśli, w jego nerwy, w jego mięśnie, w jego oddech i jego krew, w jego ruch, w jego pęd.

W pewnej chwili spostrzega, że ma przed sobą nie jednego, ale dwa koty. Kiedy stara się zrozumieć tę przemianę, liczba zwierząt podwaja się. Usiłuje policzyć koty, ale nie dąży, gdyż jest ich coraz więcej. Zrazu odróżnia je, ale po chwili ich obrazy zamazują się i wtedy dostrzega, że jest opasany przez wijącą się wokół niego kocią wstęgę.

Profesorowi zdaje się, że wraz z krzesłem i stolikiem unosi się do góry. Podłoga zapada się, ściany rozsuwają, a sufit cofa. Koty kołują wokół stołu po wszystkich możliwych i niemożliwych do przewidzenia orbitach, przy czym w pewnej chwili orbity te zaczynają drgać i odtąd same kręcą się wokół siebie we wszystkich możliwych i niemożliwych kierunkach.

Profesor miga kotom przed oczami. Zbliża się i oddala, wznosi i opada, kołysze, obraca, ukazuje znad głowy i spod stóp. W pewnym momencie wszystkie punkty widzenia nakładają się na siebie i koty widzą profesora jednocześnie ze wszystkich stron i w każdej możliwej pozycji na raz; w chwilę później obrazy profesora znoszą się wzajemnie i na ich miejscu pojawia się biała plama, która niebawem znika.

Koty samolubne wirują po bokach kuli, gdzie panuje rozrzedzenie, koty towarzyskie tłoczą się w środku. Przenikają się za sobą czas przeszły dokonany i czas przyszły niedokonany, czas teraźniejszy zaprzepaszczony i czas teraźniejszy do zaprzepaszczenia, czas ziszczony i czas nieziszczalny. Koty to kurczą się, to rozkurczają, miarowo i rytmicznie, a wraz z nimi kurczy się i rozkurcza kocia kula. Gdy kula się kurczy, rozlega się miauczenie długie i przeciągłe, gdy rozkurcza – krótkie i chrapliwe. Kurcząc się i rozkurczając – kula rośnie i pęcznieje. Świat koci rozwija się w sobie w niewiadomym kierunku.

Cienie rzucane przez koty tańczą po twarzy i ubraniu profesora, po stole, po rogaliku i po szklance z mlekiem. W pewnej chwili zdaje się profesorowi, że to on sam przemienił się w kręcącego się kota, później, że w dwa kręcące się koty, aż wreszcie, że we wszystkie możliwe i niemożliwe do pomyślenia koty, jeszcze nie urodzone i już nie żyjące. Wpada w wir i po chwili czuje, że jest jednocześnie wszystkimi kotami naraz, a jednocześnie jest i poza nimi, przenika poza koty i jest samym wirem, wirującym kotami.

Stara się odszukać w pamięci formułę, dzięki której mógłby ogarnąć sytuację i znaleźć rozwiązanie. Na próżno. Grunt usunął się profesorowi spod stóp.

Nie ma środka kociej rzeczywistości, bo środek jest wszędzie i w każdym miejscu, we wszystkich kotach i w każdym z osobna, nie istnieje „bliżej” ani „dalej”, nie ma „przedtem”, ani „potem”. Każdy kot krąży w kocim wszechświecie, a koci wszechświat krąży w każdym kocie. By zmienić położenie, koty muszą uchwycić własne ogony. Ich pyszczki muszą się wessać w ogony, ogony muszą wgryźć się w zęby, zęby muszą strawić żołądki.

Koty chwytają ogony.

Następuje przesilenie i profesor widzi znowu jednego, zapatrzonego weń kota. Kot mruży oczy, marszczy brwi, liże sobie łapki. Podchodząc do lustra, uśmiecha się przebiegle.

W profesorze wzbiera miłość do kota. Miłość do kota rośnie, przepełnia jego serce. Przemienia się w pożądanie. Profesor chwyta kota i odgryza jego uszy. Im bardziej wzbiera w nim miłość, tym bardziej rośnie jego żarłoczność. Profesor obdziera kota ze skóry, urywa duże kęsy to wątroby, to serca, to zadnich łapek. Mózg kota wybiera z czaszki łyżeczką, oczy wydłubuje i wyrzuca poza siebie, zęby wypluwa na talerzyk, ogon obraca w palcach, obgryza starannie.

Przeciąga się, ziewa, patrzy na lewo, patrzy na prawo, robi krok przed siebie, stroszy wąsy, jeży sierść. Wypluwa resztki profesora, po czym spokojnie zabiera się do rogalika.

Warszawa, styczeń 1982

Ptaškowa Swajźba

Tomasz Fetzki

Sprawozdanie niepoetyczne

Brudno, chłodno, ciemno i smutno. I tak od wielu tygodni. Jak długo to jeszcze potrwa? Mam dla was dobrą wiadomość! Już niedługo. 25 stycznia minęła połowa zimy. Skąd to wiem? Od Serbołużyczan. Przez całe stulecia, jako naród w przeważającej mierze rolniczy, żyli blisko przyrody i uważnie się jej przyglądali. Spostrzegli, że właśnie pod koniec stycznia ptaki, które nie odleciały do ciepłych krajów, zaczynają zaloty. Łączą się w pary. Obchodzą gody. I ani się spostrzeżemy, gdy w gniazdach zaczerwienią się lub błysną intensywną pomarańczową barwą dzioby nigdy nienasyconych piskląt. Wiosna już właściwie czeka za progiem.

Jakże nie wykorzystać takiej okazji do świętowania i radości? Toteż i od wieków Serbowie znad Szprewy i Nysy obchodzą uroczyście w ów symboliczny dzień środka zimy, 25 stycznia właśnie, łużyckie Ptasie Wesele.

Dawniej było ono szczególnie popularne na Górnych Łużycach, gdzie nosi nazwę Ptači kwas. Z czasem stało się, by tak rzec, specjalnością dolnołużycką, przyjmując tutaj miano Ptaškowej swajźby. Bawią się na nim wszyscy, ale organizuje się je głównie z myślą o maluszkach w wieku przedszkolnym i wczesnoszkolnym.

Każdego roku świętowanie wygląda trochę inaczej, choć pewne jego elementy są niezmienne. Trochę tak, jak w naszych Jasełkach: musi być stajenka, Dzieciątko, Józef, Maryja, pastuszkowie i kolędy, ale mnogość potencjalnych scenariuszy, scenografii oraz tekstów do wygłoszenia przyprawić może o zawrót głowy. Takoż rzecz ma się z Ptaškową swajźbą: wiele szczegółów się zmienia, ale zawsze muszą być dzieci przebrane za ptaki, starosta weselny i Młoda Para z korowodem drużbów i druhen, odzianych w tradycyjne regionalne stroje. I musi zabrzmieć stara, tradycyjna pieśń. Jest ona tak piękna, że polubili ją również Niemcy zamieszkujący Łużyce. Oni także niejednokrotnie świętują dzień ptasich godów.

********************

Na prawym brzegu Nysy Łużyckiej pieśń o ptasich zaślubinach przestała rozbrzmiewać już dawno temu. Tym bardziej, że po 1945 roku zamieszkali tu ludzie, dla których to całkiem obcy zwyczaj. Jak zresztą i inne serbołużyckie tradycje. Ale własnych tradycji, jako przesiedleńcy, nie mają. Cóż stoi na przeszkodzie, by przygarnąć i uznać za swoje, stare obyczaje łużyckie? One są naprawdę piękne, a skoro mieszkamy na Łużycach…

Takimi przesłankami kierowałem się, gdy w zeszłym roku postanowiłem przywrócić Żarom dawny obrzęd. Sprawa była o tyle prosta, że pracuję jako nauczyciel. W szkole specjalnej, co nie jest bez znaczenia, gdyż Ptaškowa Swajźba, poza walorami zabawowymi i edukacyjnymi (poznawanie zwyczajów ptaków, ich nazw, przemian w przyrodzie nastających wraz z odwiecznym cyklem pór roku etc.) może być też wykorzystana w charakterze rewalidacyjnym, czyli terapeutycznym: bo to ziarenka rozsypane trzeba wyszukać i starannie wyzbierać, bo ciszę i skupienie zachować podczas obserwacji ptaków odwiedzających karmnik, słowem – czynić szereg rzeczy, które dziecku niepełnosprawnemu intelektualnie przychodzą z trudem…

Zacznijmy jednakże, tak jak się godzi, od początku. Najpierw zbudowaliśmy karmnik, a potem regularnie karmiliśmy skrzydlatych gości.

SAMSUNG DIGITAL CAMERAZiarno sypaliśmy do karmnika codziennie. Tak jak u Serbołużyczan, te dzieci, które w tej czynności były najbardziej systematyczne i gorliwe, zostają w nagrodę Panią Młodą i Panem Młodym.

Ptaki chętnie odwiedzały karmnik. Mogliśmy podziwiać liczne ich gatunki.

SAMSUNG DIGITAL CAMERAByły wróble. Jak widać, wcale nie są szarobure.

SAMSUNG DIGITAL CAMERAByły też sikorki modraszki.

SAMSUNG DIGITAL CAMERAChętnie i tłumnie pojawiały się sierpówki czyli synogarlice tureckie.

SAMSUNG DIGITAL CAMERAAle zdecydowanie najwięcej przylatywało sikorek bogatek. Niektóre napełniały jakimś dziwnym niepokojem, jak choćby ta na fotografii. Przyjrzyjcie się dokładnie…

SAMSUNG DIGITAL CAMERACapo di tutti capi, prawdziwy sikorkowy boss.

Dzień zaślubin zbliżał się wielkimi krokami. Trzeba się było do niego przygotować.

SAMSUNG DIGITAL CAMERADzieci same wykonały weselne stroje.

A gdy nadszedł, o poranku ptaki odwdzięczyły się dzieciom.

SAMSUNG DIGITAL CAMERANa parapecie przy karmniku czekały różne słodycze, zwłaszcza tradycyjna serbołużycka drożdżowa sroczka.

I już można było uroczyście świętować.