Australia (odcinek 4) i gdzie indziej

Lech Milewski

Bez stałego adresu

Potem poznał Adam Ewę, żonę swoją, która poczęła i porodziła Kaina.
I rzekła: otrzymałam męża od Pana. I porodziła zasię brata jego Abla;

i był Abel pasterzem owiec, a Kain był rolnikiem.
I stało się po wielu dni, iż przyniósł Kain z owocu ziemi ofiarę Panu.
Także i Abel przyniósł z pierworodztw trzód swoich i z tłustości ich.
I wejrzał Pan na Abla i na ofiarę jego.
Ale na Kaina i na ofiarę jego nie wejrzał...

Biblia Święta – Brytyjskie i Zagraniczne Wydawnictwo Biblijne

Więc Abel był pasterzem a Kain rolnikiem! Zauważyłem to dopiero teraz, dzięki Robyn Davidson – tej, która przewędrowala z wielbłądami prawie 3,000 km po australijskiej pustyni.

Dalszy ciąg biblii według Robyn Davidson brzmi tak:
…naśladowcy Kaina pozostają w jednym miejscu, przywiązani do ziemi i jej plonów. Naśladowcy Abla wędrują ze swoimi stadami w poszukiwaniu paszy.
Produkty roli – wysokokaloryczne, o małej zawartości protein, jednorodne – są gorsze niż produkty hodowli. Mogą wyżywic więcej ludzi, lecz strawą o niższej jakości. Koczownicy są zdrowsi, gdyż lepiej się odżywiają, mają bardziej urozmaicony tryb życia, nie są dotknięci okresami nieurodzaju, gdyż przenoszą się z miejsca na miejsce.
Potomstwo rolników jest chorowite, dręczą je epidemie, które nie dotykają ludzi pozostających w ciągłym ruchu. Kobiety ludów osiadłych mają dużo miej swobody, są regularnie w ciąży, gdyż rola potrzebuje wciąż nowych rąk do pracy.
Koczownicy nie mogą gromadzić dóbr i nie mogą ich ukryć przed oczami współtowarzyszy, a ludzie żyjący za roli zatracili kulturę dzielenia się wszystkimi dobrami. Nadmiernie ekspoloatowana ziemia traci wydajność, rozrost rodzin zwiększa zapotrzebowanie na płody rolne. Rozwiązanie jest proste – powiększać tereny uprawne – karczować lasy, wypędzać koczowników z bezpańskich stepów.
Powstają wsie, zupełnie nowa forma społeczności, nowy kod moralny, skoncentrowany na ochronie prywatnej własności. Następuje specjalizacja, coraz większe różnice majątkowe, segregacja społeczeństwa. Nagromadzone dobra kuszą złodziei, powstaje zapotrzebowanie na zawodowych strażników.
Kolejny etap rozwoju to miasta, konglomeracje ludzkie, wymagające instytucji utrzymujących spójność siłą, pojawia się policja, wojsko, urząd podatkowy, kościół.
Naśladowcy Abla są skazani na wymarcie. Każdy wartościowy skrawek ziemi został zajęty przez ludy osiadłe, pozostały pustynie, szczyty gór, tereny arktyczne.
Naśladowcy Kaina przehandlowali zanurzenie się w Naturze na dominację nad Naturą. Natura stała się przeciwnikiem, którego trzeba podporządkowac ludzkim wymaganiom. Ludzie przestali być homo sapiens, stali się homo arrogans.
Ziemia staje się miejscem niemożliwym do życia. Coraz częściej przywołuje się wizję Apokalipsy, podczas której tylko wierni wyznawcy prawdziwej religii zostaną uratowani.
Nienawidzący życia Bóg z radością zniszczy Ziemię, tę Ziemię.

Robyn Davidson nie kpi sobie z religii, nie jest też działaczką na rzecz ochrony przyrody. Jest wędrowcem. W swoim eseju wspomina, że słowo wędrówka tłumaczy się na francuski l’errant. Rdzeń tego słowa to err – błądzić, popełniać błędy, a zatem i uczyć się na błędach.

Nie mam więc do niej pretensji, że przedstawiła rozwój ludzkości nieco jednostronnie. Dla porządku przypomnę, że Adam i Ewa, po Kainie i Ablu, spłodzili jeszcze Seta. Z rodu Seta wywodzi się Noe, a zatem, zakładając, że podczas potopu utopili się potomkowie Kaina (i Abla jeśli miał potomstwo), jesteśmy wszyscy potomkami Seta – co za ulga.

Podczas wędrówki przez pustynie Australii Robyn miała okazję bliżej poznać tradycje i kulturę Aborygenów i wielokrotnie stawia ją jako wzór harmonijnego współżycia człowieka z naturą. Dowód jest prosty – Aborygeni żyli w Australii ponad 40,000 lat i utrzymali tutejszą przyrodę w dziewiczym stanie.
Nie byli oni nomadami w powszechnym rozumieniu tego słowa. Nie byli też pasterzami jak Abel. Byli myśliwymi i zbieraczami, pozostawali w ciągłym ruchu na terenach gdzie żyły duchy ich przodków, nie gromadzili dóbr, kobiety pełniły role równie istotne jak mężczyźni, nie rozmnażali się nadmiernie.

Na marginesie wspomnę, że stosunki między członkami aborygeńskiej społeczności są określone przez skin name czyli imię określające pokrewieństwo z szeroko rozumianą rodziną. Wchodzący w świat dorosłych Aborygen znając swoje skin name wie jak się ma zachować w stosunku do ludzi wokół niego. Z kim może utrzymywać kontakt, komu okazywać specjalny szacunek, za kogo ponosi odpowiedzialność, z kim może się ożenić – to ostatnie było bardzo istotne w niewielkich społecznościach i skutecznie chroniło Aborygenów przed poczęciem dzieci z wadami genetycznymi.

Robyn Davidson ma chyba zbyt niespokojnego ducha, by dołączyć na stałe do aborygeńskiej społeczności. Zresztą takich autentycznych aborygeńskich społeczności już nie ma.
Po zerwaniu z Salmanem Rushdie Robyn czuła potrzebę działania, zrobienia czegoś na własną rękę. Przez przypadek spotkała Narendrę, człowieka ze społecznych wyżyn Rajastanu, który zaproponował, żeby przyjechała do Indii, tu znajdzie coś dla siebie.

Stary mit głosi, że bóg Sziwa zesłał Rabari na Ziemię, aby zajmowali się wielbłądami…

Znalazła – wędrowne plemię Raika zwane również Rabari. Zajęło jej ponad rok, zanim znalazła grupę koczowników, która zgodziła się ją przyjąć. Po pierwsze takich grup nie ma już wiele. Niektóre z nich mają już stałe siedliska i udają się tylko na krótkotrwałe wyprawy z bydłem, pozostawiając kobiety w domu. Po drugie koczownicy obawiali się, że Robyn stanie się przynętą dla porywaczy, liczących na sowity okup. Po trzecie obawiali się, że nie da sobie rady i narobi kłopotu. Po czwarte wreszcie podejrzewali, że jest mężczyzną  i narobi kłopotu ich kobietom.

Ostatecznie znalazła odważnych w sąsiednim stanie Gujarat. Dang czyli grupa koczowników liczyła 50 osób, które wyruszały w drogę z 20 wielbłądami i stadem 5,000 owiec. Wódz grupy – Phagu – zwołał konferencję z udziałem swojej żony i starszyzny. Robyn musiała odpowiedzieć na wiele pytań i ostatecznie została zaakceptowana. Każdy członek dangu musi mieć określone relacje z resztą grupy, a więc Phagu zaadoptowal Robyn jako swoją córkę.
Gdy decyzja została ogłoszona, Robyn zostala otoczona przez kobiety, które przyniosły jej słodycze i drobne prezent oraz nadały jej imię Ratti-ben – siostra z krwi. Pokazały jej jak ma załadować swoje rzeczy na wielbłąda, jak go rozładować i jak przygotować sobie legowisko. Legowisko miała rozbijać między dwoma gałęziami swojej rodziny – rodziną swojego “ojca” i rodziną jego brata.
Robiło się ciemno, trzeba było szybko przygonić jagnięta, które na noc przywiązywało się do długich sznurów. Wreszcie pora na gotowanie kolacji – zawsze takiej samej – chleb roti z kaszy jaglanej i zupa z maślanki.

Rozkład dnia wyglądał mniej więcej tak: pobudka przed 5. To dla kobiet. Mężczyźni spędzali noc pilnując owiec. Kobiety myły garnki, doiły owce, ubijały mleko, żeby oddzielić masło i maślankę. Po śniadaniu wyganiano owce na wyznaczone pastwisko. Mężczyźni szli w poszukiwaniu nowych terenów, kobiety zaś udawały się do najbliższej wioski po zakupy.

Wyznaczone pastwisko, najbliższa wioska – nie wygląda to na swobodne życie z dala od cywilizacji. Cywilizacja wpycha się wszędzie. Dang musiał uzgadniać każdy swój ruch z miejscową osiadłą ludnością. Głównym argumentem na korzyść koczowników było dostarczenie bezpłatnego nawozu. Jest to coraz mniej atrakcyjny towar, ciągłe więc trzeba planować kolejne ruchy, co staje się coraz bardziej uciążliwym zajęciem.

Zależnie od planu dnia czasem dang pozostawał na noc w tym samym miejscu, czasem wędrował na nowe. Czasem trzy kilometry, czasem pięćdziesiąt. Bagaże, dzieci i chorych ładowano na wielbądy, i w drogę.
Po przybyciu na miejsce obozu pierwszą sprawą było przyniesienie wody – czasem kilkaset metrów, czasem kilka kilometrów. Pora na gotowanie obiadu. W tym czasie w pobliże obozu, w tumanach kurzu, wpływały strumienie owiec. Pasterze przynosili nowonarodzone jagnięta, przyganiali wielbłądy, oddzielali jagnięta od matek, przeglądali wyposażenie i wreszcie mogli dołączyć do swoich rodzin.

Nadchodziła najmilsza część dnia. Rozpoczynała się kilku minutami ciszy dla rozładowania zmęczenia i emocji, po czym następował przegląd wydarzeń dnia. Powoli rozmowy cichły, znużeni ludzie zapadali w sen. Noce były dla Robyn wyjątkowo nieprzyjemne. Przywiązane wokół jej legowiska owieczki wskakiwały na nią, potrącały, lizały. W rezultacie rzadko spała dłużej niż 3 godziny.

Swoje doświadczenia z tej wyprawy opisała w książce Desert Places, która jest nieosiągalna w Australii, w związku z czym opieram się tu na materialach podanych w źródłach.

Robyn myślała, że spędzi z koczownikami cały rok. Wytrzymała niewiele ponad miesiąc. Przyczyn było wiele – bardzo istotną był brak snu. Koczownicy spali w nocy tylko 3-4 godziny, ale potrafili zapaść w odżywczy sen w każdej wolnej chwili. Robyn nie posiadła tej umiejętności. Drugi problem to bariera językowa. Robyn nie znała języka koczowników, porozumiewała się z nimi w jezyku hindi, który obie strony znały dość słabo. To uniemożliwiało jej autentyczne uczestnictwo w życiu obozu, a mnie nastraja dość sceptycznie do jej entuzjastycznych ocen stosunków społecznych w dangu.
Po trzecie czuła się bezużyteczna, nawet próby lekcji angielskiego dla obozowych dzieci nie były udane. Zdawała sobie sprawę, że jest dodatkowym ciężarem dla grupy, która i bez tego ma wiele codziennych kłopotów.
W wywiadze dla Dumbo Feather ocenia ten projekt jako całkowitą porażkę.

Pozostała jednak w Rajastanie, ale w zupełnie innej roli. Jej znajomość z Narendrą – rajastańskim arystokratą, który zachęcił ją do przyjazdu do Rajastanu – przekształciła się w uczucie i trwały związek. Po śmierci Narendry Robyn zachowała dużą posiadłość, w której zatrudnia bardzo liczny i niezbyt użyteczny personel. To miejscowy sposób dobrowolnej dystrybucji bogactw. Być może lepszy niż dążenie za wszelką cenę do wysokiej wydajności pracy i utrzymywanie rzesz bezrobotnych na zasiłkach.

W swoich publikacjach i wypowiedziach Robyn stale podkreśla pozytywy pradawnego życia Aborygenów i koczowniczych plemion. Nie ma jednak złudzeń co do kierunków rozwoju cywilizacji.
Paradoksalnie nadruchliwość stała się znakiem naszych czasów. Ponadnarodowe korporacje, biznesmeni spedzający całe lata w hotelach i samolotach. Ludzie masowo zmieniający kraje dla kariery, lub znalezienia jakiejkolwiek pracy, lub ucieczki przed wojną czy innym kataklizmem.
Nie da się to jednak porównać do tradycyjnego koczownictwa. Tam i wtedy ludzie czuli stale bliski związek z terenami, w których przebywali i ze swoją społecznością. Nowoczesny nomada jest oderwany od swoich korzeni. Zaprawdę nie nomada lecz monada – samotna jednokomórkowa istota.

Cóż nam pozostaje?
W każdej religii – pisze Robyn – można znaleźć motyw porzucenia osiadłego życia i ruszenia własną drogą do boskości. Sadhu (Hindi), który porzucił dom aby żyć jako żebrak, pielgrzymi w drodze do Santiago lub Mekki, Budda. Tylko w drodze możemy odkryć lepszą część nas samych.

Źródła:
Robyn Davidson – No fixed address, Nomads and the fate of the planet.
Wywiad z Robyn Davidson w Dumbo Feather – KLIK.

Poprzednie posty Lecha o Robyn Davidson:
Dziewczyna z wielblądami
Dalszy ciąg opowieści  o dziewczynie z wielbłądami
Wyprawa

Droga do Santiago de Compostela. Tricastela

Ewa Maria Slaska

drugizeszytTo mój drugi zeszyt z Drogi. Nie jest taki ładny jak ten pierwszy, starannie wybierany w Berlinie. Kupiłam go na trasie i był jaki był – musiał być w kratkę i musiał mieć twardą okładkę. Znalazłam go w sklepiku na szczycie góry O´Cebreiro.

Sobota, jak mi się wydaje, 30 września 2007 roku.

Po śniadaniu oddaję plecak panom ze schroniska. Zawiozą mi go, ale nie do odległej o 30 kilometrów Tricasteli, gdzie zamierzam dzisiaj nocować, lecz do Fonfrii, co jest okropną nazwą i leży o 8 kilometrów bliżej. No i dobrze. Przede mną wielka góra, ostatnia taka góra na trasie, i chcę zobaczyć, jak to jest, gdy się idzie bez obciążenia. Nie widzę specjalnej korzyści z wydania 5 euro na transport, bo organizm już przywykł do siedmiu kilogramów na grzbiecie i wcale nie odczuwa ich braku jako ułatwienia. Przeciwnie – zataczam się jak pijak. Po czterech kilometrach zaczyna się góra – na szczęście krok się normuje i jakoś da się iść. Spotkani po drodze znajomi z trasy – czterech Niemców z Akwizgranu – naśmiewają się trochę z laleczkowatego wygodnictwa, o które, jak twierdzą, wcale mnie nie podejrzewali. Mówią, że oddając plecak, powinnam była wypakować ciężary do plastikowej torby, a plecak wypchać balonem i go nadmuchać. Patrzę na nich zdumiona. Balonem? A skąd na trasie wziąć balon? I po co? Czy to ułatwia chodzenie? Okazuje się, że nie, nie ułatwia, ale pozwala zachować twarz, bo prawdziwy pielgrzym chodzi przecież z plecakiem. Obznajomieni z regułami pseudopielgrzymki pseudopielgrzymi zaopatrują się w balony już  w rodzinnym mieście. Podbnie jak istnieje niepisana umowa między taksówkarzami wożącymi pielgrzymów a pielgrzymami, że rano taksówki czekają w ukryciu, za rogiem, w zaułku i tak też odbywa się po południu “dostawa” na miejsce. Samochody nie podjeżdżają pod schronisko, tym niemniej w każdej wiosce co najmniej kilka osób żyje z tego, że wożą pielgrzymów lub ich bagaże.

Jestem w drodze już prawie trzy tygodnie i dopiero teraz się dowiaduję, jak to funkcjonuje. Mało tego, po południu, już na miejscu, w Tricasteli, dowiem się jeszcze, że pielgrzymka to jedno wielkie bezpłatne tokowisko głuszców, gdzie każdy liczy albo na spotkanie romantycznej miłości życia, albo na tani, wesoły seks. Dużo taniego wesołego seksu. Niby powinnam to była wiedzieć, pisała o tym ta nawiedzona Shirley MacLaine, a też i w śmiesznym francuskim filmie Saint Jaques, który obejrzałam na ostatnią chwilę przed wyjazdem do Hiszpanii, też było mnóstwo seksu. Jednak ani filmu, ani wynurzeń egzaltowanej aktorki z Hollywood, nie potraktowałam poważnie i jak głuchy głuszec i ślepy ślepowron przeszłam prawie 500 kilometrów niczego nie zauważając i niczego nie słysząc.

Idę pod górę, i pod górę, i pod górę, aż docieram do wesołego schroniska La Faba. Właściwie wcale nie chcę się tu zatrzymywać, ale lekko napity i mocno upalony hippie z dredami zaprasza na kawę. To już drugie hippisowskie schronisko na Camino, jakie napotkałam po drodze. Przed domem posąg Ganesza, hinduskiego boga wszelkiej pomyślności.

W schronisku wegetariański bufet, tak samo jak wczoraj w Villafranca. Nawet marmolada taka sama. I ludzie tacy sami, a niektórzy nawet ci sami. Widocznie idą według jakiejś dla nich wytyczonej trasy, a nie tak jak ja – na chybił trafił. W kącie taki sam jak wczoraj karton małych niewydarzonych jabłek do wzięcia, wielka cukinia, taka chyba na 30 osób, i gruszki. Nie biorę, bo jabłka i moje zęby z trudem się zgadzają, a nie będę targać jabłek, choćby i za darmo, przez 25 kilometrów, żeby je sobie wieczorem obrać i pokroić.

Kawa jak to kawa w Hiszpanii, jak dobra to bardzo dobra, ale jak niedobra to neska, tu, jak niemal wszędzie w drodze, neska. Powoli się przyzwyczajam i do neski, i do herbaty gotowanej w mikrofalówce, ale lubić nie lubię, trudno. Wrzucam hippisom 1 euro do skrzynki za plastikowy kubeczek neski, bo przecież po to zaprosili na tę kawę, i idę. Jeszcze prawie pięć kilometrów pod górę. Droga ładna, ale następna wioska, Laguna, po prostu straszna, ciasna, pełna śmieci, krowich kup i targanych przez wiatr plastikowych płacht, takich do zawijania balotów słomy. Płachty są z jednej strony czarne, z drugiej białe, wioska wygląda więc, jakby jej mieszkańcy brutalnie się tu rozprawili z oddziałem dominikanów. Weszłam do prowincji Galicja i jeszcze tego nie wiem, ale odtąd większość wiosek po drodze będzie tak wyglądała, ciasne osiedla, bez roślin, ale za to pełne krowich kup i płynącej rynsztokami gnojówki. Kamienne wiejskie domy, stodoły i obory byłyby nawet imponujące i na swój dziki sposób piękne, ale ten brud i smród sprawiają, że nie można się nimi zachwycać.

Za to tak zwane okoliczności przyrody poza wioskami nadzwyczajne. Ogromne góry pokryte ogromnymi zielonymi łąkami, a między nimi głębokie zielone doliny. Chyba jeszcze nigdy nie widziałam taki ogromnych zielonych górskich stoków, chociaż pewnie łżę, bo oczywiście były takie stoki w Himalajach. Niewielkie stada łagodnych brązowych krów. To bogactwo Galicji, ongiś bodaj czy nie najbiedniejszej prowincji Hiszpanii, którą odgórnym dekretem postanowiono przed laty zamienić w krainę mleka, mięsa i masła. Udało się, ale Galicja wciąż jeszcze nie znalazła swojej estetycznej i symbolicznej tożsamości. Dla świata Galicja to tylko ośmiornice, krowy i Santiago de Compostela. Dochodzę na szczyt góry O´Cebreiro, gdzie mieści się wioska złożona z kościoła i restauracji. Wydaje mi się, że nie jest to w ogóle prawdziwa wieś, lecz ponura, szara sztuczna osada na potrzeby pielgrzymów. W każdym ponurym szarym domu mieści się restauracja, gdzie należy zjeść Polbo a feira albo Pulpo gajego, ośmiornicę po galicyjsku. Należy zjeść, koniecznie trzeba zjeść, każdy zjada. A ja nie. Monthy Pyton się kłania.

Pada, jest szaro i ponuro. Nawet ścieżka przez las, pełna połamanych drzew, jest szara i ponura. Mijam nieprzeliczone zwały kamieni, sugerujące, że albo są to lawiny, które obsunęły się z góry na nasz pielgrzymi szlak, albo materiały, z których my, pątnicy, wyprodukujemy lawiny i zwalimy je na głowy tych na dole.
Schodzę na dół. Teraz już tak będzie, w górę i na dół. Na dół i na zachód, do wąskiej doliny między wielkimi górami. Za wioską Liñares słupek z czerwoną muszlą. 150 kilometrów do Santiago de Compostela. I odtąd co pół kilometra: 149,5, 149, 148,5… Sprawa staje się poważna. Pielgrzymie zapomnij o hippisowskiej zasadzie, że droga sama w sobie jest celem. Celem jest Santiago de Compostela! Jesteśmy w Galicji i idziemy do konkretnego celu.

Po drodze wzgórze z figurą świętego Rocha jako pielgrzyma. Jest patronem pątników, sam pielgrzymował do Rzymu, opiekował się w drodze chorymi na dżumę, chroni więc też przed zarazą. Wszędzie na trasie pełno jego wizerunków, niekiedy nie wiadomo, czy to Roch czy sam święty Jakub, taki brodaty facet z kosturem, patron Olsztyna.

Gdy stoję koło Rocha, zaczyna padać deszcz i wtedy na szosie pojawia się, jak na jakiejś chińskiej akwareli, sznur ludzi pod kolorowymi parasolami. Skąd oni się tu tak nagle wzięli? Rozglądam się, ale nigdzie nie widać żadnego autobusu, nie przwieziono ich więc, sami przyszli. Nie wiem, skąd się wzięli, ale wiem, kto to. To tak zwani weekendowi pielgrzymi, tacy sami, jak ci, których tydzień temu spotkałam w Sahagun. Kolorowi. To słowo wymyślono w Zakopanem, określa tych w drogich ciuchach i z drogim sprzętem. Bo to wszystko, co sobie kupują, jest kolorowe jak domek Barbie. Tu na trasie weekendowicze też się odróżniają kolorystyką od reszty świata. Kobiety w żakiecikach i pantofelkach, dziewczyny z neseserkami. Podchodzę bliżej, przysłuchuję się – Hiszpanie. Wykrzykują zachwyceni, bo na łące wśród brązowych krów pasie się osiołek, a oni nie mają jeszcze zdjęcia z osiołkiem! Drażnią na maksa, ale są tak ogromną grupą, że idąc zwykłym tempem nie daję rady ich wyminąć. Przyspieszam i zaczynam brutalną przepychankę. Kończę niemal biegiem, przedzieram się przez tłum kolorowych, mijam jakieś trzy pielgrzymki z plecakami i, o rany!, jednego rowerzystę, co znaczy, że mam przyspieszenie jak Super Kwęk. Droga nagle zaczyna ostro podchodzić pod górę, tu wysiądą wszyscy, jak amen w pacierzu, ale co mnie to obchodzi, i tak ich wszystkich wyminęłam, pędzę, pędzę… Tak to ja, ta sama, która trzy tygodnie temu w drugiej połowie dnia wlokła się noga za nogą. Pędzę, przede mną Fonfria, knajpa, w której mam sobie odebrać plecak, wpadam i… hamuję jak Bugs Bunny. Plecaków jeszcze nie ma!

Rok 1944 (3)

Nocą z 29 lipca na 30 lipca na tory w Zielonce wjechał Niemiecki pociąg pancerny i ostrzelał północną cześć Zielonki. Czołgi się wycofały, a z nimi znaczna część naszych akowskich żołnierzy, dobrze już uzbrojonych. Jaki jest stosunek Bolszewików do żołnierzy AK nie bardzo było wówczas wiadomo. Doszły nas wieści, że 1 sierpnia wybuchło Powstanie Warszawskie, ale z braku wsparcia Powstanie na Pradze zostało odwołane i zeszło do podziemia.

Mirka

Biła się dzielnie Warszawa, a my nie mogliśmy jej pomóc, co nas bardzo bolało.

Pośrednio jednak brałam udział w powstaniu, bo w lecie 1943 roku wszystkie patrole łączniczek zostały przeszkolone w robieniu opasek zapalających. Opaski te miały być nakładane na butelki z benzyną i przy stłuczeniu butelki benzyna wchodziła w reakcję chemiczną z zawartością opaski i dawała potężny słup ognia.

Laboratorium, gdzie robiłyśmy opaski, było urządzone w cegielni, pod wiatą, pod którą w kozłach suszyły się cegły. W samym środku ogromnej wiaty zostawiono puste miejsce, postawiono duży stół, gdzie z czterech stron stały apteczne wagi, a na podłodze obok krzesełek ustawione zostały worki z chemikaliami, które w odpowiednich proporcjach należało połączyć. Miejsce było doskonałe, górą był naturalny przewiew, który wywiewał na zewnątrz szkodliwe pyły. Przychodziłyśmy z rana, każda osobno, zmiana liczyła nas cztery, bo tyle było wag, ubierano nas w białe kitle i maseczki. Znałyśmy doskonale recepturę i proporcje. Na wadze kładło się dość szeroki pasek papieru pergaminowego i na to sypało się poszczególne składniki dokładnie je ważąc. Następnie składało się papier robiąc opaskę, a końcówki wkładało się jedna w drugą. Gotowy produkt układało się w koszu. Jaki był skład tego proszku nie pamiętam, pamiętam jedynie, że była tam kalafonia, od której lepiły się nam ręce. Pracowałyśmy około czterech godzin dziennie. Po południu chłopcy pakowali te opaski do kartonów, zaklejali paskami z napisem „uwaga, trucizna na szczury” – napis był po polsku i po niemiecku – i transportowali te paki do Warszawy, w jakieś miejsce składowania, my jednak nie wiedziałyśmy gdzie. I tak po roku nasza praca przydała się do niszczenia niemieckich czołgów w czasie Powstanie Warszawskiego.

Bolszewicy podeszli nieco bliżej, Niemcy umacniali się na morenowych wzgórzach Zielonki. Były w sierpniu noce, kiedy zjawiały się radzieckie czołgi, ale rano znów byli Niemcy. 10 sierpnia przyszła w lasy zielonkowskie doborowa armia niemiecka Hermana Goeringa. Wtedy było wiadomo, że będzie gorąco. Obie z Mamą wróciłyśmy do naszego mieszkania, a raczej do naszej piwnicy, bo te nocne przepychanki między dwiema armiami nie obywały się bez bitwy, bezpieczniej więc było w piwnicy.

W dzień wychodziłam do naszego mieszkania i porządkowałam je, odkurzałam, zmywałam brudne naczynia, ustawiałam je na półkach, gdzie zawsze miały swoje miejsce. Robiłam to, wiedząc, że ta praca nie ma najmniejszego sensu, bo w każdym momencie wszystko mogło zostać zniszczone. Bomba, pocisk, a nawet odłamek mógł zniweczyć moją pracę. Po tylu miesiącach tułaczki i ucieczek ta praca, mimo braku sensu, dawała ukojenie nerwom, przywracała pozory normalności, która tak bardzo była mi wtedy potrzebna. Któregoś dnia wpadli Niemcy i zgarnęli wszystkich młodych i silnych do kopania okopów na froncie, zgarnęli i mnie, i pognali wszystkich do tartaku. Tu usiadłam na jakiejś belce i rozpłakałam się jak małe dziecko – „wylazłam z łap Gestapo, a teraz mam zginąć na froncie?” Po kilku godzinach przyszedł żołnierz i kazał mi iść do bramy, oddał mnie zdumioną w ręce Mamy. Jak się okazało, dostał za tę przysługę litr spirytusu. Tyle było warte w tych czasach życie ludzkie.

Od początku września zaczęły chodzić „słuchy”, że nas wyrzucą z Zielonki, bo tu będzie walna bitwa. W ośmiu mieszkaniach naszego domu były same kobiety z dziećmi w różnym wieku. Moja Mama była jedną z najstarszych kobiet. Była też osobą bardzo mądrą i dobrze zorganizowaną. Wszystkie przychodziły do niej po radę. Czekało nas opuszczenie naszych mieszkań, nadchodziła jesień i zima, co zabrać ze sobą, jak się spakować, jak uchronić małe dzieci, aby nie doznały uszczerbku na zdrowiu w czasie tułaczki, która nas czekała? Mama stworzyła trzyosobowy „komitet”, który zarządził, że każda z kobiet ma przygotować rzeczy do zabrania, a komitet obejrzy to, co kobiety przygotują i powie, co jest konieczne a co nie. To, co zastał „komitet” w tych mieszkaniach, jeżyło włosy na głowie. W rzeczach do zabrania były np. firanki (bo nowe), a nie było swetrów i ciepłych butów dla dzieci. Na szczęście Mama miała taki autorytet u tych kobiet, że poddały się dyktatowi i posłusznie pakowały to, co było bardzo potrzebne. Drugim problemem było niesienie tych tobołków. Byłyśmy w domu trzy dziewczyny nastolatki, podjęłyśmy się reperacji starych rowerów i wózków jako środków transportu.

4 września wyrzucono nas z domów i kazano iść na Pragę do kościoła św. Floriana. Ze wszystkich stron Zielonki szły w kierunku Ząbek i Pragi szeregi ludzi, starców, kobiet z dziećmi, wszyscy smutni, zapłakani, opuszczali swoje miejsca na ziemi, w których wyrośli i w które wrośli. Teraz, nie z własnej woli, musieli wyrwać te korzenie, które często trzymały ich przy życiu. Były też obrazy śmieszne – mały, trzyletni chłopczyk trzymał się wózka wypełnionego dobytkiem, a pod pachą dźwigał stołek o trzech nogach, bo czwartej nie było, i Plastusiowy Pamiętnik, swoje dwie ukochane rzeczy. Pierwszą noc tułaczki spędziłyśmy w jakiejś szopie w Ząbkach. Następnego dnia marsz od szóstej rano. Kolumna ludzi szła na Pradze ulicą Radzymińską, wzdłuż kolumny jeździły patrole niemieckie na motocyklach.

Od Radzymińskiej w lewą stronę pod kątem ostrym odchodziła ulica Wołomińska, to był nasz cel. Odczekałyśmy, zwalniając, aż przejedzie patrol, i odbiłyśmy od kolumny, wchodząc spokojnym krokiem w Wołomińską. Nikt z obstawy tego nie zauważył, prowadziłyśmy wolno rower obciążony naszym jedynym dobytkiem. Wołomińska, mała uliczka, kończy się na ulicy Folwarcznej, akurat na bramie domu, gdzie mieszkał Edward, brat Mamy, z żoną. Weszłyśmy w bramę witane przez znanego nam dozorcę. Wujostwa nie było w domu, oboje pracowali w Monopolu Spirytusowym i tam byli skoszarowani. Dozorca z żoną poczęstowali nas zupą i pozwolili umyć się, posłali też syna do Monopolu, aby zawiadomić Wuja i Ciocię, że jesteśmy. W niedługim czasie przybiegli oboje i przyjęli uciekinierki. Wiedzieli już, że ósmego września Monopol będzie ewakuowany do Żyrardowa, nie wiedzieli, czy uda się załatwić i naszą ewakuację. Przenocowałyśmy u nich dwie noce i okazało się, że możemy jechać razem z nimi (jaka była łapówka za załatwienie tego, do dziś nie wiem).

Następną noc spędziliśmy w Monopolu, a raniutko załadowano nas wszystkich na ciężarówkę przykrytą szczelnie brezentem. Był to jedyny dzień, kiedy można było przejechać przez Warszawę, bo zarządzono zawieszenie broni, aby z miasta mogli wyjść starcy i kobiety z małymi dziećmi. Do dziś nie mogę zapomnieć widoku kolumny wynędzniałych ludzi i zburzonego miasta, na które w śmiertelnym milczeniu patrzyliśmy przez szparę zrobioną w brezencie. Po przejechaniu przez Warszawę w samochodzie długo nikt się nie odezwał.

Późnym popołudniem dojechaliśmy do Żyrardowa na teren tamtejszej gorzelni. Wyładowano nas przed budynkiem składu korków do butelek. Wcale nie wiedziałam, że tak dobrze śpi się na korkach od tzw. setek, koreczki były drobne i elastyczne. Na tych korkach spędziliśmy kilka nocy, dopóki nie znaleźliśmy mieszkania, może to za duże słowo, było nas sześć osób i zamieszkaliśmy w jednej izbie wiejskiej w chacie pod Żyrardowem. Trzy osoby miały pracować w Gorzelni, a z tej wsi było bardzo daleko do pracy.

Po kilku dniach przenieśliśmy się do mieszkania w „centrum” miasteczka. Dwa maleńkie pokoiki i ciemna kuchenka odtąd służyły nam za miejsce do życia. Wujostwo pracowali w Gorzelni i do swoich pensji mieli dodatek w postaci wódki i spirytusu, a była to w tamtych czasach dobra waluta.

Nic nie wiedzieliśmy o Ojcu, który był w obozie w Stutthofie, nie miałyśmy możliwości posłania mu paczki z jedzeniem i bardzo nas to gnębiło, od niego też nie otrzymałyśmy żadnej wiadomości.

Nadchodził czas Bożego Narodzenia, którego bardzo się bałam. Nie było choinki, bo nikt z nas jej nie chciał. Wigilia była postna, tzn. kartofle i śledź, gdzieś zdobyty przez Ciotkę. Nie dzieliliśmy się opłatkiem, bo nie chcieliśmy płakać. Gromada ludzi bez miejsca do życia i żadnych perspektyw na najbliższą przyszłość. Front stanął na Wiśle, a i co było za tym frontem, też nie było wiadomo. W takim nastroju minorowym dotrwałam do Sylwestra i wtedy, jak to się teraz mówi puściły mi nerwy, ten wieczór i noc spędziłam siedząc na worku kartofli, zalewając się łzami i podsumowując miniony rok i wspominając poprzedniego Sylwestra. Tak minął rok 1944.

P.S. piszę te wspomnienia w 2010 roku, mając 80 lat. Mówi się, że z wiekiem pamięć zanika, że nie pamięta się szczegółów z lat minionych. Jeżeli jednak te lata niosą we wspomnieniach duży ładunek emocjonalny – niczego się nie zapomina, nawet mając już sklerozę. Pisząc musiałam selekcjonować szczegóły, żeby nie robić nudnej wspomnieniowej „piły”. Z opuszczonych fragmentów mogę napisać następne opowiadanie, ale nie mam już siły.

P.S. od redakcji: ojciec Mirki, wywieziony do obozu w Stutthofie, przeżył wojnę i wrócił do rodziny wczesnym latem 1945 roku. Mirka pisze o tym we wpisie Powrót Taty na blogu “Jak udusić kurę…”

Karusia

Ewa Maria Slaska

Trawy, mchy i porosty

Była moją najukochańszą Babcią, co z tego, że cioteczną? Innej nie miałam. Babcia Aniela, Mama Mamy, zmarła jeszcze podczas wojny, Babcia Mita, Mama Ojca, gdy miałam 4 lata. Doprawdy nie wiem, dlaczego się tu jeszcze nie pojawiła. Owszem, pisałam już o niej tu i ówdzie, nawet nie tylko raz, bo i TU się pojawiła w serdecznym wspomnieniu, i TU, ale to były zaledwie fragmenty postów, nie wystąpiła tu natomiast jako samodzielna osoba, i to gdzie, na blogu, na którym wspomnienia rodzinne są jednym z głównych powodów jego istnienia.
karusia-z-mikroskopemKarolina Lubliner-Mianowska, córka Prababci i Pradziadka Lublinerów, siostra Wiktora, o którym w postach o roku 1944 pisze Mirka, przyrodniczka, specjalistka w dziedziniach tak tajemniczych, jak trawy, mchy i porosty.

Biografię Karusi zaczerpnęłam z Zielnika Wydziału Biologii Uniwersytetu Warszawskiego, zachowując i stylistykę, i skróty.

Karolina Lubliner-Mianowska (1899- 1963), botanik. Ur. 29 IV 1899 w Warszawie, córka Stanisława Leopolda, lekarza i Eugenii z Cohnów. Rozpoczęte w 1916 i przerywane z powodu wątłego zdrowia studia przyrodnicze odbyła na UW, uzyskując w 1925 doktorat filozoficzny w zakresie botaniki. Po kilku miesiącach asystentury w Zakładzie Nauk.- Bad. na Polesiu, pracowała w 1926- 28 jako nauczycielka biologii w szkole średniej. W 1928-39 rozpoczęła pracę naukową w dziedzinie briologii w Zakładzie Systematyki i Geografii Roślin UW pod kierunkiem B. Hryniewieckiego oraz wykonywała prace zlecone przez różne instytucje naukowe lub gospodarcze. Od V do IX 1939 była zatrudniona w Biurze Plan. Kraj., wykonując prace terenowe na kresach wsch., gdzie też zastał ją wybuch II wojny światowej. Lata okupacji spędziła, ukrywając się w Warszawie, potem w Krakowie, gdzie m.in. oznaczała zbiory Muz. Fizjogr. PAU, w 1942-45 jako ogrodniczka w szklarni w Domu Dziecka w Konstancinie. W 1945-46 pracowała w Referacie Torfowym Min. RiRR, po czym przeniosła się do Gdańska dla objęcia adiunktury w kat. Botaniki Wydziału Chemii Polit. Gd. W 1955 została mianowana doc. etat. W 1956-60 była samodzielnym pracownikiem naukowym w Zakładzie Ochrony Przyrody PAN w Krakowie, Oddz. w Gdańsku, skąd przeszła do PIHM w Gdyni na kier. Sekcji Datowania Osadów Morskich w Zakł. Geomorfol. i Geol. Morza, organizując tu pierwsze w Polsce badania palinologiczne osadów dennych morza. Zm. 18 XI 1963 w Gdańsku. Pochowana na cmentarzu we Wrzeszczu. Głównym kierunkiem jej badań była briologia i torfoznawstwo łącznie z analizą pyłkową torfowisk, z którą zapoznała się w pracowni St. Kulczyńskiego we Lwowie (1933); dla pogłębienia znajomości analizy pyłkowej miodów odbyła studia w Bernie Szwajcarskim (1937). Ważniejsze prace: Analizy pyłkowe torfowisk pasa bezświerkowego (1934); Wskazówki do badania torfu, Metody geobotaniczne, polowe i laboratoryjne (1951); Badania składu chemicznego pyłku, (1-2 1956, 1957); Analiza pyłkowa prób powierzchniowych osadów dennych Zatoki Gdańskiej (1962). Poza wieloletnią pracą w ZHP (pseud. Bukowa Jagoda) brała czynny udział w pracach PT Przyr. – Pedag., PTBot., PTPrzyr. im. Kopernika. Była aktywną działaczką LOP i ogłosiła z tej dziedziny kilka prac.

Karusia-my-dwie2No, co najmniej połowy tych rzeczy nie rozumiem, a niektórych również nie wiedziałam! Ale też nie zapominajmy, że  Karusia, przy wszystkich swoich osiągnięciach naukowych, była przecież Babcią, choć nie nazywałyśmy jej tak i zawsze mówiłyśmy do niej po imieniu. Podobno miłość Babci to inwestycja, która procentuje dopiero po kilkunastu latach, ale wydaje mi się, że w tym wypadku było inaczej i że kochałam Karusię od zawsze i na zawsze. Przede wszystkim miała dla mnie czas, a poza tym pozwalała mi brać udział w swym życiu zawodowym. Pisałam już o tym, że mogłam jej “pomagać” w organizowaniu wystaw grzybów, ale wolno mi też było jeździć z nią na wyjazdy terenowe ze studentami. Studenci mieli oznaczać trawy na wydmach lub bagnach, a ja ZAWSZE byłam lepsza od nich! To nieprawdopodobne, jak “bycie lepszym” buduje człowieka, na całe życie! Karusia to świetnie umiała. Uczyła mnie rysować, kupiła mi aparat fotograficzny, chwaliła za to, co umiem i podsuwała, czego się jeszcze mogłabym nauczyć. Pilnowała, żebym pisała, co myślę o przeczytanych książkach w specjalnych zeszytach do lektur, które zawsze od niej dostawałam.

Ciekawe, że potwierdzenie tej zachęcającej i wspierającej postawy Karusi znalazłam w naukowej publikacji profesorów Kazimierza Tobolskiego i Sławomira Żurka o zaginionych analizach pyłkowych torfowisk w Wieliszewie. Karusia przeprowadziła te analizy jako pierwsza, ktoś je kiedyś wspominał, ale nie zostały opublikowane i zaginęły gdzieś, wydawałoby się, że na zawsze. Panowie odnaleźli je jednak, opisali swe odkrycie, a pan Tobolski dodał tam osobiste wspomnienie o Karusi i o jeszcze jednym swoim profesorze. Wydaje mi się, że to w polskim krajobrazie życia naukowego rzecz zupełnie nietypowa, bo chyba na co dzień jest na odwrót i chodzi raczej o to, żeby się wypaść na tym, co zrobił inny, student, praktykant, kolega, współpracownik.

Pomimo, że odnaleziony diagram „Wieliszewo” jest tylko mniejszą częścią zapomnianego rezultatu palinologicznych studiów, jakie Pani Docent Lubliner-Mianowska zrealizowała w końcowych latach swego pracowitego życia, zdecydowaliśmy się upowszechnić wiadomość o tym znalezisku. Motywowało nas kilka faktów, w tym zwłaszcza:

  • nadal duża wartość poznawcza odnalezionego diagramu;
  • entuzjazm badawczy i pracowitość Pani Docent (zasługujące na odrębny tekst);
  • moja (K.T.) wdzięczność za nauczycielskie przewodnictwo sprzed pół wieku w moich wczesnych kontaktach z pomorską telmatologią.

W pracy badawczej i nauczycielskiej Docent Lubliner-Mianowskiej (…) palinologia służyła badaniom torfowisk oraz ich ochronie. Należała do czołowych znawców rozległej problematyki telmatologicznej, nie zawężonej do florystyki i fitocenologii, choć i w tych zagadnieniach była mistrzynią, co między innymi dokumentują książkowe wydania przewodników do oznaczania mchów brunatnych i torfowców oraz artykuły o ochronie torfowisk. Dużą pomocą w terenowych i laboratoryjnych pracach były tej Autorki: „Wskazówki do badania torfu. Metody geobotaniczne, polowe i laboratoryjne” z roku 1951. Dzięki tej książce w roku 1957 nawiązałem bezpośredni kontakt, gdy Pani Docent pracowała w Katedrze Botaniki Politechniki Gdańskiej. Za namową i pośrednictwem prof. Z. Czubińskiego pod Jej kierunkiem odbyłem dobrowolny staż z zakresu morfologii subfosylnych roślin torfowiskowych, połączony z klasyfikacją torfów w oparciu o cechy mikroskopowe i polowe (m.in. na torfowiskach przymorskich w rejonie Jeziora Żarnowieckiego). Od tego czasu trwały nasze coraz bardziej zacieśniające się kontakty. (…) We wrześniu 1963 roku, trzy miesiące przed śmiercią (zmarła 18 listopada 1963 roku) widziałem diagramy palinologiczne torfowiska w Wieliszewie i słuchałem objaśnień.

Nota bene w tej publikacji pojawia się owo niezwykłe pło, o którym już tu pisałam (tam zresztą też pojawia się Karusia): Na gytię wsunęło się pło. W centrum jeziora była to cienka 25-centymetrowa warstewka torfu mszystego, natomiast na brzegach wschodnich torf przejściowy mszarno-turzycowy. Na brzegach zachodnich taflę wody pokrył mszar bagnicowy przejściowy.

No, teraz już wszystko wiemy. Na gytię wsunęło się pło.

Tak było! Tu chodziłyśmy zbierać trawy, tu uciekałam przed krową, tu po raz pierwszy zobaczyłam rosiczkę i to jest krajobraz, który najbardziej lubię od słońcem, bardziej niż lazurowe morza i ośnieżone szczyty gór. Karusia zawsze powtarzała, że są ludzie gór i ludzie mórz, a ona jest człowiekiem lasów.

Troc w podróży i inne wierszyki o czasach Oświecenia

pracadoktorskakozlowskiI jeszcze raz mój kuzyn pięciocioteczny, tym razem jako ironizujący składacz rymów, który nawet w zabawkach piórem, krotochwilach i marginaliach nie zapomina o swej ulubionej epoce – Oświeceniu. Obok jego praca doktorska.

Jan Kozłowski

Troc* w podróży

Jadąc nocą
W swej karocy
Troc ustrzelił
Wilka z procy.

By dać odpór
Tej przemocy,
Wilki wparły
Do karocy.

Choć się bronił
Z całej mocy
Nie obronił
Troc karocy:

Chociaż dziarsko
Machał kocem,
Chociaż walił
Ksiąg swych klocem –
Sprostać wilkom
Nie był mocen…
*
Język polski
Traci Troca;
Troc – polszczyznę
Osieroca.
*
Morał z tego
Płynie taki:
Lepiej z procy
Strzelaj w ptaki.

* Michał Abraham Troc (ok. 1703-1769), tłumacz, wydawca, językoznawca, autor monumentalnego słownika francusko-niemiecko-polskiego.

trocwnochochocDykcyonarz Troca w zbiorach dr Jana Kozłowskiego

Przeżycia Jundziłła* w czasie publicznej prelekcji na Uniwersytecie Wileńskim, w obecności rektora i senatu

Opisując
Lot łabędzi
Poczuł Jundziłł
Kłucie lędźwi.

Omawiając
Puch łabędzi,
Poczuł, że Go
Ucho swędzi.

Biorąc temat
„dziób łabędzi”,
Poczuł, że coś
W nosie kręci.
*
Z powodu nasilających się, przejściowych dolegliwości oraz wskutek zaniku inwencji twórczej autora (brak nowych rymów i puenty!) Jundziłł, żegnany gwizdami zawiedzionej publiczności, opuścił audytorium i udał się do domu.

* Stanisław Bonifacy Jundziłł (1761-1847), botanik, profesor Uniwersytetu Wileńskiego, pijar.

obrazkioswiecenioweOświeceniowi panowie (i widoki) w pokoju Jana Kozłowskiego

Rozterki Poczobuta udającego się kolasą na zapusty

Kolor buta
Poczobuta
Nie pasował
Do surduta.

Znowuż surdut
– w ciemne pasy –
Nie pasował
Do kolasy.

A kolasa
Do mankietów,
Te zaś znowu
Do żakietu.
*
Z desperacji
I z rozpaczy
Nagi, dosiadł
Swojej klaczy.

* Marcin Poczobut-Odlanicki (1728-1810), działacz oświatowy okresu oświecenia, astronom. Od 1764 profesor Akademii Wileńskiej, którą po 1780 zreformował na zlecenie Komisji Edukacji Narodowej (KEN).

widokwarszawyutrocaWidok Warszawy w Dykcyonarzu Troca

Kniaźnin* w wannie

Drążąc w wannie
Miejskiej łaźni
Zakamarki
Swojej jaźni
Muchę połknął
Pisarz Kniaźnin.

Rozmyślając
Nad niebytem
Drugą muchę
Połknął przy tem.

Więc opuścił
Mury łaźni
Widząc, że się
Srodze zbłaźnił.

* Franciszek Borgiasz Dionizy Kniaźnin (ok. 1750-1807), poeta, dramatopisarz, tłumacz.

nasekretarzykuzattykaInny widok Warszawy, w manierze oświeceniowej, ale namalowany podczas II wojny światowej, nad sekretarzykiem z attyką w pokoju Jana Kozłowskiego

Uszy

Każdy z rodu
Linneuszy
Ponad rozum
Stawiał uszy.

Za nic dlań był
Rozwój duszy,
Nic nie znaczył
Rozwój tuszy,
Każdy tylko
Mył swe uszy.

Sodą, ługiem,
Piwem, winem,
Płukał każdą
Małżowinę.

Płukał każdą
Ślimacznicę
I jej bliskie
Okolice.

Miął, miętosił,
Międlił co sił,
Targał, turlał
I tarmosił,

Mył, pucował,
Tarł, masował,
Nad uszami
Wciąż pracował.

Tak traktując
Co dzień uszy
Przedzierzgnęli się
W geniuszy.

* Karol Linneusz (1707-1778), przyrodnik szwedzki, autor przyjętego w świecie systemu klasyfikacji organizmów.

Myślałam, że na żadnym wizerunku wielkiego szwedzkiego przyrodnika nie widać jego uszu, bo niemal zawsze pokazuje się go w peruce. A jednak – Linneusz z zimoziołem (Linnaea borealis) w ręku, portret namalowany przez Henryka Hollandera. Dla wyjaśnienia – zimoziół rośnie (i kwitnie) w Arktyce i jest reliktem glacjalnym. Więcej blogowych rozważań o Linneuszu i jego ulubionym kwiatku we wpisie Katarzyny Krenz na blogu “Kura…” TU. (Uwaga dopisek z roku 2021 – usunęłam linka, bo słynna “Kura” niestety zniknęła, kiedy Agora zlikwidowała platformę blogową blox.pl, a tym samym wywaliła na kosmiczny śmietnik tysiące blogów i miliony fantastycznych wpisów.)

Skąd się wziął narzeczony?

Ewa Maria Slaska

teodorEugenia i Stanisław

Ciąg dalszy wczorajszej opowieści o meblach.
Wszystkie zdjęcia we wpisie (oprócz fotografii Pradziadka) pochodzą z archiwum Jana Kozłowskiego.

Moja prababcia Eugenia była nadzwyczaj piękną panną, która zaraz po ukończeniu gimnazjum w roku 1887 wyszła za mąż za Stanisława Leopolda. Podoba mi się to małżeństwo, może dlatego, że małżonkowie są młodzi. Pradziadek jest starszy od Prababci zaledwie o sześć lat. To dokładnie te sześć lat, których potrzeba było, żeby ukończył studia medyczne. Był specjalistą chorób płucnych i laryngologiem. Pobierał nauki u Teodora Herynga (1847-1925), nestora polskiej laryngologii.

I tu nagle olśnienie. Bo skoro pobierał nauki u Teodora Herynga… A tu przecież już wiem to, czego przedtem nie wiedziałam, że brat Teodora, Zygmunt ożenił się z najstarszą siostrą Eugenii – Heleną.

Zygmunt-HelenaA zatem nasuwa się samo przez się przypuszczenie, że to Teodor przyprowadził kiedyś na jakiś podwieczorek rodzinny swojego najzdolniejszego studenta.

– Pani pozwoli, pani Paulino, Stanisław Leopold Lubliner, bardzo bardzo obiecujący młody człowiek.

Mama Paulina przyzwala, obiecujący młody człowiek odstawia cylinder na podłogę koło fotela, zdejmuje rękawiczki, kładzie je na kolanach i siada zakładając nogę na nogę. Wyciąga rękę, a Paulina, mama Eugenii, Heleny, Jadwigi i Feliksa, podaje mu filiżankę herbaty.

niciakHerbaty? Mam pewne wątpliwości. Ale sprawdzam, jednak może być herbata. W Lalce Rzecki wciąż pije herbatę, a też i pani Jasiowa ciągle zaprasza Wokulskiego na herbatę, na którą ten wcale zresztą nie zachodzi. Natomiast Stanisław Leopold z przyjemnością zaczyna zachodzić na herbatę do pani Pauliny, wdaje się w dyskusje z Jakubem, ojcem panien, ale co i raz zerka ku Jadwidze i Eugenii. Jadwiga sięga po jakąś książkę, która leży sekretarzyku, Eugenia siedzi na stołeczku przy “niciaku” – stoliku do szycia i spod oka przygląda się przystojnemu lekarzowi. Teodor opowiada o ostatnim swoim wyjeździe – a dużo podróżuje – do Algeru, pokazuje nawet zdjęcia, jedno niezwykłe, bo w stroju Beduina.

teodor-beduin

Panny zadumały się, Eugenia myśli, że Felkowi podobałyby się zdjęcia, które pokazuje stryj Teodor, w końcu studiował etnografię, ale biedny Felek na zsyłce i jeszcze nieprędko wróci. I tak szczęście, że Zygmunt i Helena już wrócili z Syberii. Nawet ich córeczka Stefcia się tam urodziła, na statku na Jeniseju. To wielka rzeka, jakiej ponoć nigdzie w Polsce nie zobaczysz.

Stanisław opowiada o swoich planach, zamierza tak jak przed 20 laty Teodor, pojechać na praktyki do słynnych laryngologów do Wiednia i do Berlina. A po powrocie oczywiście będzie praktykował, ale też chętnie podejmie pracę w szpitalu. Tak jak Teodor – u św. Rocha, a może powstanie już nowy szpital, o którym wszyscy mówią, właśnie kilka tygodni temu, w kwietniu 1887 roku, powołano Komitet Budowy Szpitala Starozakonnych, na czele którego stanął Ludwik Natanson.

pradziadek-sllTak się też stało. Szpital, znany już wówczas jako Szpital na Czystem, rozpoczął działalność w styczniu 1889 roku, a Stanisław w latach 1896-98 był tam lekarzem okulistą, a w roku 1898 został wybrany z konkursu ordynatorem nowo utworzonego oddziału chorób gardła, nosa i uszu w tymżeż Szpitalu, pierwszego samoistnego oddziału otolaryngologicznego w kraju. Później został kierownikiem oddziału płucnego. Wprowadził liczne innowacje, jak w r. 1901 leżalnie dla chorych, w 1904 inhalatorium wg systemu Heyera, a następnie, po pobycie w Davos, stosowanie sztucznej odmy. Był znakomitym lekarzem, sławnym i zamożnym.

eugeniaposlubieTo wszystko jednak jest na razie przyszłością. Na razie bywa się prawie co wieczór z wizytą u pani Pauliny i pana Jakuba. Już dawno wiadomo, że Jadwiga wprawdzie śliczna, ale już ma starającego się, a Stanisław niewątpliwie zainteresowany jest Eugenią. Latem przyszłego roku panna zakończy nauki na pensji i wtedy…

28 października 1888 roku Eugenia i Stanisław Leopold biorą ślub i jadą w podróż poślubną do Wiednia. Zaraz potem zaczynają się rodzić dzieci. A jak tylko się już wszystkie urodzą, prababcia rozpocznie studia i założy szkołę. Ale o tym już pisałam.

Szkoda, że nigdzie nie znalazłam zdjęcia Pradziadka Lublinera jako młodego człowieka. Był nadzwyczajnym mężczyzną, przystojny, elegancki, wykształcony, dowcipny, erudyta, znał sześć języków, wiele podróżował (podróżowali całą rodziną). Mama przez całe życie wyrażała się o nim tylko w superlatywach.

Dzieci było czworo. Troje z nich istniało jeszcze w naszym (powojennym) życiu, faktycznie albo jako jasne i klarowne pojęcie. Jednego, Stefana, w pamięci rodzinnej właściwie nie było, teraz jednak, gdy chodzę po śladach, i on się pojawia, coraz bardziej wyrazisty. Dzieci więc: Stefan (1887-1943), Aniela (1890-1943), Wiktor (1895-1977) i najmłodsza Karolina (1899-1963). Aniela była piękna i melancholijna, Karolina mądra i kochała kwiaty, Wiktor był nadzwyczaj dowcipnym gawędziarzem i walecznym patriotą, a Stefan parał się dziennikarstwem. Jeszcze będę o nich dużo pisać.

Piąta woda po kisielu

Ewa Maria Slaska

Dr Kozłowski i ja

heryng-mebleZ ogromnym podziękowaniem dla autorki książki przez którą się to wszystko zaczęło: Zygmunt Heryng (1854-1931). Biografia lewicowego intelektualisty, Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego 2011. Byłam w bibliotece uniwersyteckiej w Warszawie, a ponieważ miałam trochę czasu, pomyślałam, że poczytam coś, co wiąże się z epoką Prababci. Zapytałam bibliotekarkę, gdzie szukać, podała mi numery półek, podeszłam, przejrzałam grzbiety, wyjęłam na chybił trafił jedną książkę. Zygmunt Heryng był szwagrem mojej Prababci, ale gdy zadecydowałam, że poczytam o nim, WCALE tego nie wiedziałam!

Zaczęłam miłą i dającą konkretne efekty korespondencję z autorką tej publikacji, aż wreszcie odważyłam się i zapytałam, czy mogłaby mi podać kontakt do doktora Jana Kozłowskiego, człowieka który udostępnił jej archiwum rodzinne, gdy pisała doktorat o Heryngu. Bo, napisałam, po pierwsze w archiwum tym może też być coś o mojej rodzinie, a po drugie, sądzę, że jest on synem Ciotki Heli, którą znałam jako dziewczynka. Oznaczałoby to, gdyby to było prawdą, że mamy wspólną praprababcię. Pani Marta podała mi kontakt, zadzwoniłam…

Jan (jesteśmy już na ty) jest oczywiście synem Cioci Heli (co oznacza, że naprawdę jesteśmy piątą wodą po kisielu), obiecał mi dostęp do archiwum, po czym powiedział:

– A w ogóle to mam w mieszkaniu sześć, a właściwie nawet siedem sztuk mebli, które nasza praprababcia Paulina zakupiła po ślubie i które stały w mieszkaniu, gdzie wychowywały się i wyrastały nasze prababcie.

Zanim w następnych odcinkach opowiem, co wszystko znalazło się w przepaścistych szafach, skrywających archiwum rodziny Jana, a co po części wiąże się i z moją rodziną, dziś, na świeżo po powrocie z Warszawy, wstawiam tu “do podziwienia” zdjęcia tych mebli!

Mieszkanie rodzinne na ulicy Misyjnej na Mokotowie w Warszawie przetrwało wojnę, przetrwały więc i meble, i pamiątki, choć oczywiście niektóre poharatane przez wojnę. Zanim rodzina powróciła po wojnie do mieszkania, szabrownicy wynieśli już wszystko, co miało jakąś wartość i co dało się wynieść. Meble były za ciężkie, albumy fotograficzne nikogo nie interesowały. Wiele z nich było przestrzelonych na wylot odłamkami, podartych, brudnych, ze śladami zalania, a pojedyncze fotografie wymiecione wiatrem przez balkon znajdowało się dość daleko, bo aż na ulicy Racławickiej.

meble8-kuzynmeble6-namisyjnej

X

X

X

X

X

X

X

X

Po lewej Jan na tle szafy (szafy praprababci) i niektóre z mebli praprababci tak jak przed wojną używała ich rodzina (ciocia Hela i jej rodzice) w mieszkaniu na ulicy Misyjnej na Mokotowie. Mieszkanie przetrwało wojnę, przetrwały więc i meble, i pamiątki, choć oczywiście niektóre poharatane przez wojnę.

album-mebleJeden z albumów ze śladami po postrzale

meble-szafaotwarta-zamknSzafa praprababci Pauliny – tu Jan przechowuje archiwum Poniżej – lustro i sekretarzyk, a na nim najpiękniejszy album fotograficzny, jaki kiedykolwiek widziałam

lustro-meble1meble2-sekretarzyk

meble-attykaAttyka sekretarzyka (przepraszam za rym, ale jak to inaczej sformułować?), a poniżej – biureczko

biureczko-meble3 (8)meble4 (1)-stojak pod kwiaty meble3 (7)-szafanr2

X

X

X

X

X

X

X

Jeszcze jedna szafa, bardzo złe zdjęcie, ale nie dało się inaczej, koło niej, na metalowym kwietniku, hipopotam (nader współczesny, pluszowe zwierzęta są zresztą wszędzie) i obok kolumna pod doniczkę, używana obecnie jako podstawka pod lampę. I wreszcie, pod spodem, fragment owego ogromnego metalowego kwietnika.

meble4-kwietnikNa zakończenie trzy nasze prababcie i pradziadek, którzy wyrastali wśród tych mebli. Zdjęcie dwóch stron z owego pięknego albumu z fotografiami. Dobranoc. Za pięć minut będzie północ. Idę spać.

00-trzyprababcieipradziadek2

Szczecin – pływające ogrody

Ewa Maria Slaska

Michał Rembas jest przewodnikiem po Szczecinie i okolicach (czasem mu te okolice sięgają aż do Berlina!), autorem kilku znakomitych książek o Pomorzu Zachodnim, wojującym racjonalistą, a przy okazji kronikarzem życia swego miasta. Ostatnio dokumentuje na Facebooku, jak w rzeczywistości wygląda reklamowe hasło Szczecina:

Dla tych, co nie znają angielskiego (ani Szczecina) małe wyjaśnienie: tak promuje się miasto Szczecin. W roku 2050 ma to być miasto pływających ogrodów, co w niewypowiedzianych sugestiach oznacza, że każdy jego mieszkaniec będzie miał jacht i dom lub mieszkanie nad wodą, a na wodzie będą kwitły rajskie kwiaty. Jestem wiceprzewodniczącą stowarzyszenia Partnerstwa Miast ze Szczecinem. Od wielu lat podczas wszystkich oficjalnych uroczystości w Szczecinie oglądamy te promocyjne wizje na ekranach. Czasem próbujemy zadać pytanie. Na przykład, jakie będzie uczestnictwo obywatelskie w tym raju na wodzie? Albo: co normalny człowiek będzie z tego miał, że powstanie tu miasto dla bogaczy? Na razie odpowiedzi udziela nam Michał Rembas. Oto tytułowe Pływające Ogrody:

plywajaceogrody2 plywajaceogrodyTo zaś piękny Szczecin:

pieknyszczecin4 pieknyszczecin3 pieknyszczecin2 koloszczparkunaukowo-technologJest też dziwny Szczecin. Stół do ping-ponga w lapidarium, gdzie zbiera się kamienie nagrobne.

nacmentarzuA tu na zakończenie i pociechę naprawdę piękny Szczecin, gdyby tylko usunąć reklamy! To zresztą westchnienie, które ciśnie się na usta w każdym polskim mieście i miasteczku – gdyby tylko usunąć reklamy, budy i śmieci! Jaka piękna by była nasza Polska cała.

gdybyniereklamy

Droga do Santiago de Compostela. Ruitelán

Ewa Maria Slaska

29 września 2007 roku

dubistaltPojawił się kilka dni temu. Mały, gruby, stary, śmieszny. Mówi po niemiecku i angielsku, jak na Hiszpana to rzadkie. Od przedwczoraj już nie tylko ze mną rozmawia, ale się ewidentnie zaleca. Jakiś czas udawało mi się trzymać go na odległość, ale wczoraj, jak powiedziałam, że nie pójdę z nim na wino, rozgniewał się. Przyniósł mi butelkę zimnej wody i powiedział, że to jedyne, co można ze mną zrobić – można wypić ze mną zimną wodę. Zezłościł mnie, ale oczywiście potrafię docenić symboliczne myślenie mojego adoratora. Jestem człowiekiem symbolicznym, symboliczne myślenie może mnie uwieść. Tu jednak nawet to nie pomaga. Mówię, że nie będę z nim piła zimnej wody, bo jest mi zimno. Rozzłościł się jeszcze bardziej, powiedział: Du bist kalt! Du bist kalte Frau! Du bist alt! Kalt-alt, zimna-stara, też mu nieźle wyszło, ale oczywiście przede wszystkim osiągnął swój cel – zranił mnie. Wszyscy twierdzą, że na Camino dowiesz się prawdy o sobie.  Dowiedziałam się od starego grubaska. No tak, bo kto powiedział, że demon, którego spotkasz na Camino, będzie piękny? Mój okazał się karłem.

Jest rześki chłodny poranek. Idę szybkim krokiem i nawet nie zauważam, kiedy mam za sobą 18 kilometrów. To pewnie wciąż jeszcze adrenalina od wczoraj. Czuję się jednak znakomicie i nawet, co mi się nigdy nie zdarza, zjadłam po drodze dwa śniadania. Pierwsze w zwariowanym hippisowskim schronisku w Villafranca – super miasto, kościoły, klasztor, zamek – a drugie w Trabadelo, po przejściu dziwacznej drogi wzdłuż szosy i cudownej górskiej rzeki – jest szeroka, bystra, spieniona, spływają do niej małe wodospady i sama jest pełna wodospadów. Po drodze wioska Pereje – maleńkie kamienne domki, niektóre super zadbane, niektóre w kompletnej ruinie – tak pół na pół, te zadbane należą pewnie do jakichś ludzi z miasta. Za Pereje wielki ciemny las, potężne dęby, topole, orzechy włoskie i kasztany jadalne. Mnóstwo ściętych pni. To dla nich w Trabadelo powstał tartak. Krzaki jeżyn wielkie jak domy, dzika róża jak małe drzewo. Dziwni ludzie. Dwie dziewczyny, rude, farbowane, w spódniczkach, chusteczkach i kolorowych rajstopach. Wędrują z plastikowzmi siatkami. Stary mnich w kapeluszu i habicie za kolana. Spod habitu wystają blade owłosione nogi, na bosych stopach rozczłapane sandały.

Wychodzimy na rozległe zielone łąki.

Po drodze wjeżdża na mnie pomarańczowy samochód dostawczy. Zrobił to jakoś zręcznie, bo walnął mnie lusterkiem w prawy łokieć i nic się nie stało, ani jemu, ani mnie, ale może być różnie, przy drodze spotykamy od czasu do czasu miejsca pamięci dla tych, którzy zostali przejechani.

I już Ruitelán. Tu chciałam dojść. 27 kilometrów. Schronisko w kamiennym domku, śpimy na strychu, pod odsłoniętymi krokwiami. Prymitywnie, ale mamy internet, a hospitaleros gotują dla nas kolację. Nawet, na życzenie, jarską! To pierwszy raz w Hiszpanii, że ktoś zrobi gest w kierunku wegetarianki. Rano dostaniemy śniadanie.

Kolacja pyszna – zupa krem z dyni, sałata, spagetti carbonara, a dla mnie – pesto i na deser flan. Do tego wino i woda.

Tym niemniej nic za darmo, stara prawda i tym razem obowiązuje. Główny hospitalero jest nieznośny i wiecznie niezadowolony. Oberwałam od niego kilka razy. Raz za powiedzenie przy wejściu hola, a nie buenos dìas, raz za nieprawidłowo ustawione buty, ale najgorzej chyba za historyjkę o samochodzie, który mnie potrącił. Tu wysłuchałam całej tyrady o tym, że kierowcy na drogach muszą dokonywać cudów, bo wszędzie pętają się pielgrzymi. Oj, nawet nie myślałam, że Hiszpanie dziś jeszcze mogą być tacy surowi, sądziłam, że im przeszło z inkwizycją, kontrreformacją, wojną domową i generałem Franco.

Mamy nocleg na bardzo zimnym strychu, ale śpi mi się świetnie. Jutro wielka góra, ostatnia wielka góra na trasie. Za górą już Galicja i droga jak sierpem rzucił do Santiago de Compostela.

konieczeszytuSkończył się zeszyt, przepisuję tu ostatnią zapisaną w nim myśl. Przez pierwsze tygodnie myślałam, że idę na śmierć, to znaczy, gdy myślałam, że nie myślę, to zawsze tam była śmierć. Ale od wielkiej magicznej góry te myśli całkiem zniknęły i pojawiły się inne. Snują mi się po głowie projekty, jakie można by zorganizować, oparte, rzecz jasna, o pomysł wędrowania, a potem nawet pomysł, jak można by przeczytać zapiski z pielgrzymki, ubrać się w buciory i kurtkę, pokazać zawartość plecaka…

No cóż, nikt nigdy nie zaproponował mi takiego czytania, nie miałam się więc dla kogo ubierać w strój pielgrzymki.

Rok 1944 (2)

Mirka i jej rodzice zostali aresztowani w marcu 1944 i osadzenie na Pawiaku. Wiktor, ojciec Mirki, osobno, Halina, czyli jej matka, i ona sama zostały ulokowane w kobiecej części Pawiaka czyli Serbii.

Mirka

W Serbii i potem…

Nie będę opisywać tych trzech miesięcy spędzonych na kwarantannie i tak zwanej stałej celi, tych dziewięciu przesłuchań na Szucha, tych wielogodzinnych rozmów z Mamą po cichu, czasami na ucho, tych radości z częstych paczek żywnościowych, których nadawcą była Nuna (wiedziałyśmy, kto to jest).

Wiedziałyśmy, że na wolności myślą o nas, bo dostałyśmy parę grypsów, ale nie wiedziałyśmy, czy są jakieś szanse zakończenia naszego tu pobytu inaczej niż przez obóz lub rozwiązanie ostateczne czyli rozstrzelanie, co nam na przesłuchaniach czasami niedwuznacznie sugerowano. Na takie rozwiązanie byłam gotowa.

Poznałyśmy na Serbii kobiety dzielne, zaangażowane w pomoc więźniarkom i działające z narażeniem własnego życia.

Nie opiszę tego, opisali to już wielokrotnie ludzie mający lepsze pióra niż ja. Opiszę tylko jeden dzień.

Wywołano nas obie z celi o 9 rano. Była to znacząca godzina, o tej porze zabierano więźniów na rozstrzelanie, powiedziano nam, żeby nic ze sobą nie zabierać, co utwierdziło kobiety zostające w celi, gdzie nas prowadzą. Jak się okazało, cela modliła się przez trzy dni za nasze dusze, skinęłam ręką na pożegnanie pozostałym więźniarkom, bo żadne słowa nie przechodziły mi przez gardło, wzięłam Mamę, słaniającą się na nogach, mocno pod rękę i starając się trzymać głowę wysoko uniesioną szłam za wachmajsterką.

Nie zaprowadzili nas jednak do innej celi, lecz wyszłyśmy na zewnątrz i poszłyśmy na Pawiak do kancelarii więzienia, gdzie wręczono nam kartki z niemieckim napisem, że zwalniają nas z więzienia. Rozejrzałyśmy się po pomieszczeniu, ale byłyśmy same, Ojca nie było. Łzy napłynęły nam się do oczu.

Wywieziono nas przez ruiny Getta samochodem na ulicę Daniłowiczowską. Jechało z nami dwóch gestapowców, myślałyśmy, że nas przenoszą do innego więzienia, ale wypuścili nas i powiedzieli: „idźcie do domu”.

Byłyśmy oszołomione, nie wiedziałyśmy, co dalej robić, po chwili namysłu poszłyśmy w kierunku dworca, żeby pojechać do Zielonki, Mamie oddano jakieś pieniądze z depozytu więziennego, więc miałyśmy za co kupić bilety. Była godzina największego ruchu, postanowiłyśmy więc przeczekać, żeby nie jechać w tłoku, usiadłyśmy w poczekalni. Przechodziło przed nami dużo znajomych ludzi, których reakcja była różna. Jedni poznawali nas i szybko odwracali głowy prawie biegnąc przed siebie, inni przystawali na chwilę i jakby nie mieli odwagi do nas podejść, odwracając jeszcze głowy w naszą stronę.

Po kilku godzinach zdecydowałyśmy się jechać do Zielonki. Po krótkiej jeździe ze wzruszeniem wysiadłyśmy na tak dobrze nam znanym peronie, a tak dalekim w naszych myślach przez te minione miesiące. Na peronie czekała na nas Ciocia Hala z bochenkiem chleba i chustką przy zapłakanych oczach. Ludzie ją uprzedzili, że nas widzieli na dworcu, ale Ciotka nie chciała wierzyć, poszła jednak na stację i cierpliwie czekała, przepuszczając kolejne pociągi, w których nas nie było. Postanowiła czekać do godziny policyjnej.

Powitanie było krótkie i pełne łez. Ciocia zabrała nas do domu i tam dopiero powitaniom i uściskom nie było końca. Nie pozwolono nam iść do naszego mieszkania. Przenocowałyśmy u wujków, a rano przyleciał łącznik z wiadomością, że w nocy było w naszym mieszkaniu Gestapo. Raz dostali za nas pieniądze i chcieli dostać jeszcze. Jasne było, że musimy natychmiast wyjechać z Zielonki, żeby nikogo nie narażać swoją obecnością. Wsiadłyśmy w pociąg i pojechałyśmy do Warszawy, do brata Mamy, Edwarda. On wiedział o naszym uwolnieniu, bo był pierwszym ogniwem, przez które szły pieniądze na wykupienie nas. Powiedział, że są trudności w wykupieniu Ojca i to jeszcze musi potrwać. Bardzo nas to zaniepokoiło, ale nic nie mogłyśmy temu zaradzić. Tu dowiedziałyśmy się, że koło Wielkiej Nocy przez komórkę konspiracyjną na Pawiaku przyszła wiadomość, że nas wszystkich troje rozstrzelano. Rozpacz w rodzinie była wielka, ale po pewnym czasie wujek dowiedział się, że żyjemy.

U Edwardów też nie mogłyśmy zostać długo, byłyśmy jak ścigana zwierzyna. W takiej rozpaczliwej sytuacji były i jasne dni. Takim dniem wesołym i jasnym był 6 czerwca – dzień inwazji Aliantów na Francję. Zostałyśmy obie z Mama zaproszone na obiad do „Nuny”, tej, co nam paczki przysyłała na Pawiak, bo pracowała w patronacie nad więźniami. Obiad jak na warunki czwartego roku okupacji, był wystawny. Fetowano inwazję i nasz powrót z więzienia.

Po kilku dniach mieszkania u Edwardów pojechałyśmy do Świdra, gdzie o tej porze roku było wielu letników. Tam Wujek wynajął nam pokój.

Któregoś dnia musiałyśmy pojechać do Warszawy. Idąc na stację spostrzegłyśmy wprawnym okiem konspiratorek, że coś jest na ulicy nie tak jak co dzień. Tu stoi jakaś parka i niby się do siebie czuli, tam dwóch młodych panów niby rozmawia i pali papierosy, ale oczka im latają na boki. Dla nas wyglądało to na „obstawę”. Wszystko wyjaśniło się na stacji, gdy z pociągu, który przyjechał z Warszawy, wysiadł dobrze nam znany Inspektor Tajnej Szkoły Podchorążych. Spostrzegł nas i stanął jak wryty, wahał się podejść czy nie… w końcu sprężystym krokiem oficera zawodowego podszedł do nas, nie podał ręki i nie patrząc na nas rzucił w przestrzeń: „a Wiktor?” Mama też odpowiedziała w przestrzeń: „jest w obozie”. On coś jeszcze powiedział i odmaszerował (inaczej tego nazwać nie można), zostałyśmy rozbawione, ale opanowane, te czujki na ulicy…

W połowie lipca, kiedy było widać wyraźny popłoch wśród Niemców, wezwano nas do powrotu do Zielonki. Zamieszkałyśmy u przyjaciół, z daleka omijając nasze mieszkanie, tak na wszelki wypadek, zresztą wiązały się z nim tak przykre wspomnienia, że nic nas tam nie ciągnęło. Wróciłyśmy obie do dawnej roboty konspiracyjnej. Pod koniec lipca wyraźnie było słychać front, grzmiały armaty, latały samoloty. Niemcy zwijali swoje placówki administracyjne.

Pewnego poranku powitały nas czołgi radzieckie. Nie bardzo było wiadomo, jak się do nich ustosunkować? Czy to czołówka regularnej armii, czy tylko podjazdy? Wydano rozkaz, żeby rozbrajać Niemców, którzy dość chętnie i bez oporu oddawali broń i resztę uzbrojenia.

Nadano komunikat, że „czołgi radzieckie na przedpolach Pragi” i to była prawda, bo Zielonka to 10 km od Pragi. Tylko że tych czołgów było kilka i jak się później okazało o 50 km od regularnej armii, ale komunikat poszedł w świat i był jednym z czynników podjęcia decyzji o Powstaniu Warszawskim, które miało wybuchnąć w Warszawie po obu stronach Wisły.

Ciąg dalszy za tydzień