Szczecin – pływające ogrody

Ewa Maria Slaska

Michał Rembas jest przewodnikiem po Szczecinie i okolicach (czasem mu te okolice sięgają aż do Berlina!), autorem kilku znakomitych książek o Pomorzu Zachodnim, wojującym racjonalistą, a przy okazji kronikarzem życia swego miasta. Ostatnio dokumentuje na Facebooku, jak w rzeczywistości wygląda reklamowe hasło Szczecina:

Dla tych, co nie znają angielskiego (ani Szczecina) małe wyjaśnienie: tak promuje się miasto Szczecin. W roku 2050 ma to być miasto pływających ogrodów, co w niewypowiedzianych sugestiach oznacza, że każdy jego mieszkaniec będzie miał jacht i dom lub mieszkanie nad wodą, a na wodzie będą kwitły rajskie kwiaty. Jestem wiceprzewodniczącą stowarzyszenia Partnerstwa Miast ze Szczecinem. Od wielu lat podczas wszystkich oficjalnych uroczystości w Szczecinie oglądamy te promocyjne wizje na ekranach. Czasem próbujemy zadać pytanie. Na przykład, jakie będzie uczestnictwo obywatelskie w tym raju na wodzie? Albo: co normalny człowiek będzie z tego miał, że powstanie tu miasto dla bogaczy? Na razie odpowiedzi udziela nam Michał Rembas. Oto tytułowe Pływające Ogrody:

plywajaceogrody2 plywajaceogrodyTo zaś piękny Szczecin:

pieknyszczecin4 pieknyszczecin3 pieknyszczecin2 koloszczparkunaukowo-technologJest też dziwny Szczecin. Stół do ping-ponga w lapidarium, gdzie zbiera się kamienie nagrobne.

nacmentarzuA tu na zakończenie i pociechę naprawdę piękny Szczecin, gdyby tylko usunąć reklamy! To zresztą westchnienie, które ciśnie się na usta w każdym polskim mieście i miasteczku – gdyby tylko usunąć reklamy, budy i śmieci! Jaka piękna by była nasza Polska cała.

gdybyniereklamy

Droga do Santiago de Compostela. Ruitelán

Ewa Maria Slaska

29 września 2007 roku

dubistaltPojawił się kilka dni temu. Mały, gruby, stary, śmieszny. Mówi po niemiecku i angielsku, jak na Hiszpana to rzadkie. Od przedwczoraj już nie tylko ze mną rozmawia, ale się ewidentnie zaleca. Jakiś czas udawało mi się trzymać go na odległość, ale wczoraj, jak powiedziałam, że nie pójdę z nim na wino, rozgniewał się. Przyniósł mi butelkę zimnej wody i powiedział, że to jedyne, co można ze mną zrobić – można wypić ze mną zimną wodę. Zezłościł mnie, ale oczywiście potrafię docenić symboliczne myślenie mojego adoratora. Jestem człowiekiem symbolicznym, symboliczne myślenie może mnie uwieść. Tu jednak nawet to nie pomaga. Mówię, że nie będę z nim piła zimnej wody, bo jest mi zimno. Rozzłościł się jeszcze bardziej, powiedział: Du bist kalt! Du bist kalte Frau! Du bist alt! Kalt-alt, zimna-stara, też mu nieźle wyszło, ale oczywiście przede wszystkim osiągnął swój cel – zranił mnie. Wszyscy twierdzą, że na Camino dowiesz się prawdy o sobie.  Dowiedziałam się od starego grubaska. No tak, bo kto powiedział, że demon, którego spotkasz na Camino, będzie piękny? Mój okazał się karłem.

Jest rześki chłodny poranek. Idę szybkim krokiem i nawet nie zauważam, kiedy mam za sobą 18 kilometrów. To pewnie wciąż jeszcze adrenalina od wczoraj. Czuję się jednak znakomicie i nawet, co mi się nigdy nie zdarza, zjadłam po drodze dwa śniadania. Pierwsze w zwariowanym hippisowskim schronisku w Villafranca – super miasto, kościoły, klasztor, zamek – a drugie w Trabadelo, po przejściu dziwacznej drogi wzdłuż szosy i cudownej górskiej rzeki – jest szeroka, bystra, spieniona, spływają do niej małe wodospady i sama jest pełna wodospadów. Po drodze wioska Pereje – maleńkie kamienne domki, niektóre super zadbane, niektóre w kompletnej ruinie – tak pół na pół, te zadbane należą pewnie do jakichś ludzi z miasta. Za Pereje wielki ciemny las, potężne dęby, topole, orzechy włoskie i kasztany jadalne. Mnóstwo ściętych pni. To dla nich w Trabadelo powstał tartak. Krzaki jeżyn wielkie jak domy, dzika róża jak małe drzewo. Dziwni ludzie. Dwie dziewczyny, rude, farbowane, w spódniczkach, chusteczkach i kolorowych rajstopach. Wędrują z plastikowzmi siatkami. Stary mnich w kapeluszu i habicie za kolana. Spod habitu wystają blade owłosione nogi, na bosych stopach rozczłapane sandały.

Wychodzimy na rozległe zielone łąki.

Po drodze wjeżdża na mnie pomarańczowy samochód dostawczy. Zrobił to jakoś zręcznie, bo walnął mnie lusterkiem w prawy łokieć i nic się nie stało, ani jemu, ani mnie, ale może być różnie, przy drodze spotykamy od czasu do czasu miejsca pamięci dla tych, którzy zostali przejechani.

I już Ruitelán. Tu chciałam dojść. 27 kilometrów. Schronisko w kamiennym domku, śpimy na strychu, pod odsłoniętymi krokwiami. Prymitywnie, ale mamy internet, a hospitaleros gotują dla nas kolację. Nawet, na życzenie, jarską! To pierwszy raz w Hiszpanii, że ktoś zrobi gest w kierunku wegetarianki. Rano dostaniemy śniadanie.

Kolacja pyszna – zupa krem z dyni, sałata, spagetti carbonara, a dla mnie – pesto i na deser flan. Do tego wino i woda.

Tym niemniej nic za darmo, stara prawda i tym razem obowiązuje. Główny hospitalero jest nieznośny i wiecznie niezadowolony. Oberwałam od niego kilka razy. Raz za powiedzenie przy wejściu hola, a nie buenos dìas, raz za nieprawidłowo ustawione buty, ale najgorzej chyba za historyjkę o samochodzie, który mnie potrącił. Tu wysłuchałam całej tyrady o tym, że kierowcy na drogach muszą dokonywać cudów, bo wszędzie pętają się pielgrzymi. Oj, nawet nie myślałam, że Hiszpanie dziś jeszcze mogą być tacy surowi, sądziłam, że im przeszło z inkwizycją, kontrreformacją, wojną domową i generałem Franco.

Mamy nocleg na bardzo zimnym strychu, ale śpi mi się świetnie. Jutro wielka góra, ostatnia wielka góra na trasie. Za górą już Galicja i droga jak sierpem rzucił do Santiago de Compostela.

konieczeszytuSkończył się zeszyt, przepisuję tu ostatnią zapisaną w nim myśl. Przez pierwsze tygodnie myślałam, że idę na śmierć, to znaczy, gdy myślałam, że nie myślę, to zawsze tam była śmierć. Ale od wielkiej magicznej góry te myśli całkiem zniknęły i pojawiły się inne. Snują mi się po głowie projekty, jakie można by zorganizować, oparte, rzecz jasna, o pomysł wędrowania, a potem nawet pomysł, jak można by przeczytać zapiski z pielgrzymki, ubrać się w buciory i kurtkę, pokazać zawartość plecaka…

No cóż, nikt nigdy nie zaproponował mi takiego czytania, nie miałam się więc dla kogo ubierać w strój pielgrzymki.

Rok 1944 (2)

Mirka i jej rodzice zostali aresztowani w marcu 1944 i osadzenie na Pawiaku. Wiktor, ojciec Mirki, osobno, Halina, czyli jej matka, i ona sama zostały ulokowane w kobiecej części Pawiaka czyli Serbii.

Mirka

W Serbii i potem…

Nie będę opisywać tych trzech miesięcy spędzonych na kwarantannie i tak zwanej stałej celi, tych dziewięciu przesłuchań na Szucha, tych wielogodzinnych rozmów z Mamą po cichu, czasami na ucho, tych radości z częstych paczek żywnościowych, których nadawcą była Nuna (wiedziałyśmy, kto to jest).

Wiedziałyśmy, że na wolności myślą o nas, bo dostałyśmy parę grypsów, ale nie wiedziałyśmy, czy są jakieś szanse zakończenia naszego tu pobytu inaczej niż przez obóz lub rozwiązanie ostateczne czyli rozstrzelanie, co nam na przesłuchaniach czasami niedwuznacznie sugerowano. Na takie rozwiązanie byłam gotowa.

Poznałyśmy na Serbii kobiety dzielne, zaangażowane w pomoc więźniarkom i działające z narażeniem własnego życia.

Nie opiszę tego, opisali to już wielokrotnie ludzie mający lepsze pióra niż ja. Opiszę tylko jeden dzień.

Wywołano nas obie z celi o 9 rano. Była to znacząca godzina, o tej porze zabierano więźniów na rozstrzelanie, powiedziano nam, żeby nic ze sobą nie zabierać, co utwierdziło kobiety zostające w celi, gdzie nas prowadzą. Jak się okazało, cela modliła się przez trzy dni za nasze dusze, skinęłam ręką na pożegnanie pozostałym więźniarkom, bo żadne słowa nie przechodziły mi przez gardło, wzięłam Mamę, słaniającą się na nogach, mocno pod rękę i starając się trzymać głowę wysoko uniesioną szłam za wachmajsterką.

Nie zaprowadzili nas jednak do innej celi, lecz wyszłyśmy na zewnątrz i poszłyśmy na Pawiak do kancelarii więzienia, gdzie wręczono nam kartki z niemieckim napisem, że zwalniają nas z więzienia. Rozejrzałyśmy się po pomieszczeniu, ale byłyśmy same, Ojca nie było. Łzy napłynęły nam się do oczu.

Wywieziono nas przez ruiny Getta samochodem na ulicę Daniłowiczowską. Jechało z nami dwóch gestapowców, myślałyśmy, że nas przenoszą do innego więzienia, ale wypuścili nas i powiedzieli: „idźcie do domu”.

Byłyśmy oszołomione, nie wiedziałyśmy, co dalej robić, po chwili namysłu poszłyśmy w kierunku dworca, żeby pojechać do Zielonki, Mamie oddano jakieś pieniądze z depozytu więziennego, więc miałyśmy za co kupić bilety. Była godzina największego ruchu, postanowiłyśmy więc przeczekać, żeby nie jechać w tłoku, usiadłyśmy w poczekalni. Przechodziło przed nami dużo znajomych ludzi, których reakcja była różna. Jedni poznawali nas i szybko odwracali głowy prawie biegnąc przed siebie, inni przystawali na chwilę i jakby nie mieli odwagi do nas podejść, odwracając jeszcze głowy w naszą stronę.

Po kilku godzinach zdecydowałyśmy się jechać do Zielonki. Po krótkiej jeździe ze wzruszeniem wysiadłyśmy na tak dobrze nam znanym peronie, a tak dalekim w naszych myślach przez te minione miesiące. Na peronie czekała na nas Ciocia Hala z bochenkiem chleba i chustką przy zapłakanych oczach. Ludzie ją uprzedzili, że nas widzieli na dworcu, ale Ciotka nie chciała wierzyć, poszła jednak na stację i cierpliwie czekała, przepuszczając kolejne pociągi, w których nas nie było. Postanowiła czekać do godziny policyjnej.

Powitanie było krótkie i pełne łez. Ciocia zabrała nas do domu i tam dopiero powitaniom i uściskom nie było końca. Nie pozwolono nam iść do naszego mieszkania. Przenocowałyśmy u wujków, a rano przyleciał łącznik z wiadomością, że w nocy było w naszym mieszkaniu Gestapo. Raz dostali za nas pieniądze i chcieli dostać jeszcze. Jasne było, że musimy natychmiast wyjechać z Zielonki, żeby nikogo nie narażać swoją obecnością. Wsiadłyśmy w pociąg i pojechałyśmy do Warszawy, do brata Mamy, Edwarda. On wiedział o naszym uwolnieniu, bo był pierwszym ogniwem, przez które szły pieniądze na wykupienie nas. Powiedział, że są trudności w wykupieniu Ojca i to jeszcze musi potrwać. Bardzo nas to zaniepokoiło, ale nic nie mogłyśmy temu zaradzić. Tu dowiedziałyśmy się, że koło Wielkiej Nocy przez komórkę konspiracyjną na Pawiaku przyszła wiadomość, że nas wszystkich troje rozstrzelano. Rozpacz w rodzinie była wielka, ale po pewnym czasie wujek dowiedział się, że żyjemy.

U Edwardów też nie mogłyśmy zostać długo, byłyśmy jak ścigana zwierzyna. W takiej rozpaczliwej sytuacji były i jasne dni. Takim dniem wesołym i jasnym był 6 czerwca – dzień inwazji Aliantów na Francję. Zostałyśmy obie z Mama zaproszone na obiad do „Nuny”, tej, co nam paczki przysyłała na Pawiak, bo pracowała w patronacie nad więźniami. Obiad jak na warunki czwartego roku okupacji, był wystawny. Fetowano inwazję i nasz powrót z więzienia.

Po kilku dniach mieszkania u Edwardów pojechałyśmy do Świdra, gdzie o tej porze roku było wielu letników. Tam Wujek wynajął nam pokój.

Któregoś dnia musiałyśmy pojechać do Warszawy. Idąc na stację spostrzegłyśmy wprawnym okiem konspiratorek, że coś jest na ulicy nie tak jak co dzień. Tu stoi jakaś parka i niby się do siebie czuli, tam dwóch młodych panów niby rozmawia i pali papierosy, ale oczka im latają na boki. Dla nas wyglądało to na „obstawę”. Wszystko wyjaśniło się na stacji, gdy z pociągu, który przyjechał z Warszawy, wysiadł dobrze nam znany Inspektor Tajnej Szkoły Podchorążych. Spostrzegł nas i stanął jak wryty, wahał się podejść czy nie… w końcu sprężystym krokiem oficera zawodowego podszedł do nas, nie podał ręki i nie patrząc na nas rzucił w przestrzeń: „a Wiktor?” Mama też odpowiedziała w przestrzeń: „jest w obozie”. On coś jeszcze powiedział i odmaszerował (inaczej tego nazwać nie można), zostałyśmy rozbawione, ale opanowane, te czujki na ulicy…

W połowie lipca, kiedy było widać wyraźny popłoch wśród Niemców, wezwano nas do powrotu do Zielonki. Zamieszkałyśmy u przyjaciół, z daleka omijając nasze mieszkanie, tak na wszelki wypadek, zresztą wiązały się z nim tak przykre wspomnienia, że nic nas tam nie ciągnęło. Wróciłyśmy obie do dawnej roboty konspiracyjnej. Pod koniec lipca wyraźnie było słychać front, grzmiały armaty, latały samoloty. Niemcy zwijali swoje placówki administracyjne.

Pewnego poranku powitały nas czołgi radzieckie. Nie bardzo było wiadomo, jak się do nich ustosunkować? Czy to czołówka regularnej armii, czy tylko podjazdy? Wydano rozkaz, żeby rozbrajać Niemców, którzy dość chętnie i bez oporu oddawali broń i resztę uzbrojenia.

Nadano komunikat, że „czołgi radzieckie na przedpolach Pragi” i to była prawda, bo Zielonka to 10 km od Pragi. Tylko że tych czołgów było kilka i jak się później okazało o 50 km od regularnej armii, ale komunikat poszedł w świat i był jednym z czynników podjęcia decyzji o Powstaniu Warszawskim, które miało wybuchnąć w Warszawie po obu stronach Wisły.

Ciąg dalszy za tydzień

Reblog: Olesin i bitwy

Ten wpis uzupełnia post sprzed tygodnia o Sylwanie, szkole Prababci, Eugenii Lublinerowej, w Olesinie; jest też oczywiście uzupełnieniem moich wpisów o Prababci (tu też).

Artur Czyżewski

Olesin – wieś w Polsce położona w województwie mazowieckim, w powiecie mińskim, w gminie Dębe Wielkie. W roku 2013 wieś liczyła 483 mieszkańców. Niepozorna wieś, obecnie intensywnie zasiedlana z powodu jej podwarszawskiego położenia. Wieś wśród lasów i pól. Nic szczególnie wyróżniającego ją na tle innych okolicznych miejscowości. Wręcz można by rzec – na uboczu. Tyle. No nie. Olesin to jeszcze CHEMA. Działająca od 1957 roku firma (przekształcona 24.04.2014 roku ze Spółdzielni pracy w spółkę z o.o.). Producent środków antykorozyjnych dla motoryzacji i przemysłu metalowego z uwzględnieniem potrzeb przemysłu zbrojeniowego. Tyle? Okolicznym mieszkańcom Olesin i „Chema” mogą kojarzyć się jeszcze z klubem piłkarskim klasy B, notabene z Cisia gmina Halinów, którego wyżej wspomniany zakład przez kilka sezonów był strategicznym sponsorem, za co cisieńscy sportowcy z dumą nosili jego imię na koszulkach. Tyle! Tyle to wie każdy!

Nieliczni wiedzą jeszcze, że Olesin to miejsce, pole bitwy. Bitwy z 31 marca 1831 roku (Powstanie Listopadowe) opisanej szczegółowo w KURIERZE SKRUDA 15.03.2011 przez Grzegorza Witkowskiego http://kurierskruda.pl/index.php/bitwa-pod-debem-wielkim-31-marca-1831/historia-regionu.

A też i pole bitwy 1920 roku zwanej Bitwą warszawską

http://kurierskruda.pl/index.php/sladami-bitwy-warszawskiej-po-ziemi-halinowsko-debskiej/historia-regionu również opisanej w naszym KURIERZE przez Grzegorza Witkowskiego. To wreszcie miejsce potyczek w roku 1939 podczas kampanii wrześniowej szeroko przy różnych okazjach przez nas opisywanej.

http://kurierskruda.pl/index.php/obchody-74-ej-rocznicy-bitwy-pod-debem-wielkim-ciag-dalszy/historia-regionu

http://kurierskruda.pl/index.php/obchody-74-ej-rocznicy-bitwy-pod-debem-wielkim/historia-regionu

http://kurierskruda.pl/index.php/15-09-1939-niemieckie-falszerstwa-ciag-dalszy/historia-regionu

http://kurierskruda.pl/index.php/nowe-rewelacyjne-informacje-w-sprawie-dnia-15-wrzesnia-1939-w-milosnie-to-nie-otto-klein-zginal-z-reki-pani-kazimierskiej/historia-regionu

http://kurierskruda.pl/index.php/wojna-spisek-kosciol-w-dlugiej-generalski-pogrzeb-rzez-w-milosnej/historia-regionu

Od kwietnia 2014 roku za sprawą naszego KURIERA i panów Andrzeja Konowrockiego i Jana Majszyka Olesin może kojarzyć się jeszcze ze zrzutowiskiem „ZEGAR” i akcją „SALAMANDER”, o czym od 5.04.2014 przypomina pamiątkowy obelisk.

http://kurierskruda.pl/index.php/wspomnienie-70-tej-rocznicy-operacji-salamander/historia-regionu

http://kurierskruda.pl/index.php/70-rocznica-zrzutu-w-olesinie/historia-regionu

http://kurierskruda.pl/index.php/las-pod-cisiem-1944-a-polska-prezydencja-w-ue/historia-regionu
***
Od kiedy redaguję KURIER SKRUDA, Olesin powraca w różnych sytuacjach jak bumerang. Odsłaniając pamiątkowy kamień w kwietniu 2014 roku zdawałem sobie sprawę, że to dopiero początek mojej opowieści o Olesinie. Dawali mi to do zrozumienia przy każdej możliwej okazji wymienieni powyżej panowie. W wielu wspomnieniach z Olesina powiązanych z wydarzeniami przywołanymi w KURIERZE pojawia się dwór w Olesinie. Tak było również podczas prac nad upamiętnieniem zrzutowiska „ZEGAR”. Wówczas pan Majszyk pokazał nam odbudowany niedawno dwór w Olesinie, zlokalizowany przy ulicy Pałacowej, (dlaczego Pałacowej? Nie udało mi się ustalić – pałacu tam na pewno nie było). Pan Jan pokrótce opowiedział historię tego miejsca i kilka anegdot z nim związanych. Na przykład powiedział, że po wojnie dwór został skomunalizowany i przekształcony na mieszkania socjalne oraz warsztat naprawy traktorów. Że komunalni mieszkańcy dworu pozbywali się popiołu z pieców bezpośrednio przez okno. Że widział jak popiół po kilku latach sięgał parapetów.

dwór Olesin lata 70 (Medium)

Przywołał też wspomnienia pana Józefa Retingera, który po zrzucie na oddalonym około 1 km od dworu zrzutowisku, transportowany był do niego około 7 godzin, okrężną drogą w celu zmylenia niemieckiego pościgu. Opowiadał, że podczas niemieckiej okupacji we dworze działała partyzancka radiostacja. Że przy dworze były stawy, na stawach wyspa, a na niej kapliczka z cennym drewnianym tryptykiem, później utopionym w stawie przez „wschodnich wyzwolicieli”.

Pan Jan mógłby tak opowiadać godzinami. Zacząłem szukać informacji o Olesinie.

Oficjalna, gminna strona internetowa opisała historię Olesina: http://www.bip.debewielkie.pl/, http://kurierskruda.pl/index.php/historia-olesina/historia-regionu ,ale zaproponowany przez miejscowych włodarzy opis jest niespójny i pełny sprzeczności zwłaszcza w kontekście wspomnianego dworu. W pierwszej części historii dworu pojawia się informacja, że w Olesinie Dużym był folwark rosyjskiego pułkownika a może generała, od którego majątek nabył senator Jan Zagelniczny. Dopiero po ich podziale na gruntach Olesina powstały dwa samodzielne folwarki – większy, liczący 490 mórg i trzykrotnie mniejszy Olesin Mały, w którym p. Prozen założył szkołę nauczania początkowego, gdzie pierwszą swoją pracę nauczycielki podjęła, niezapomniana Józefa Fijałkowska. W 1878 r. we wsi Olesin doliczono się 167 mieszkańców. Na początku XX wieku wzniesiono solidny dwór. Z dworu do Traktu Brzeskiego – obecnej drogi krajowej nr 2 – prowadziła droga brukowa obecnie nazwana ulicą Brukową. Z początkiem XX wieku w księgach pojawiają się nazwiska współwłaścicieli folwarków: ks. Stanisława Zaremby, syna Franciszka – pierwszego proboszcza Parafii w Dębem Wielkim oraz Stanisława Leopolda Lublinera. W 1917 r. ksiądz Zaremba został zmuszony do sprzedania majątku senatorowi Janowi Zagelnicznemu i jego żonie Eleonorze. Senator Zagelniczny, jako jeden z pierwszych w kraju, zmeliorował swój majątek, założył ,,letnisko szkolne”, w którym uczyła się i wypoczywała warszawska młodzież.” Jak widać z oficjalnej historii opublikowanej na stronach internetowych gminy Dębe Wielkie wynika, że senator Zagelniczny nabył dwór od rosyjskiego generała i że nabył dwór od księdza Zaręby – było to dla mnie bardzo zastanawiające? Ze stacji kolejowej w Halinowie, przez Cisie, Żwirówkę dotarliśmy do Olesina. Następnie do wsi Ostrów Kania, gdzie Pan Majszyk pokazał nam inny jeszcze istniejący (w fatalnym stanie) miejscowy dwór. Jak twierdzi nasz przewodnik, mieszkał w nim wachmistrz 1 pułku ułanów Legionów Polskich, adiutant Naczelnika Państwa i Naczelnego Wodza Józefa Piłsudskiego. Kawaler Krzyża Virtuti Militari Janusz Olszamowski(1887-1920). Olszamowski, który zginął w bitwie pod Kijowem, był synem Bolesława Olszamowskiego (1848-1920), historyka prawa, adwokata broniącego powstańców styczniowych. Obok dworu znajduje się najstarszy w gminie Dębe Wielkie dąb szypułkowy (również w fatalnym stanie). Dąb jest pomnikiem przyrody (Orzeczenie PWRN Warszawa z 1971 r.), posiada obwód 672 cm, wysokość 18 m, a jego wiek szacuje się na ponad 500 lat. Prawdopodobnie pamięta czasy puszczy, od której wzięło swoją nazwę Dębe Wielkie.

4debywielkie

Więcej:

– http://kurierskruda.pl/index.php/olesin-cisie-debe-wielkie-skruda-dluga-k-opowiesc-rzeka-czesc-ii-janusz-olszamowski/historia-regionu
– http://kurierskruda.pl/index.php/olesin-cisie-debe-wielkie-skruda-dluga-k-opowiesc-rzeka-czesc-iii-sylwana/historia-regionu

Reblog: W kinie przed laty

Ewa Maria Slaska

To mój własny tekst opublikowany z okazji świętego Mikołaja w zaprzyjaźnionym blogu W altanie przy kawie.  Jeden z redaktorów tego bloga, a i nasz autor – Pharlap, od kilku lat organizuje tam specjalne blogowe Mikołajki. Najpierw ustala się temat, a potem losuje, kto dla kogo ma napisać tekst na zadany temat. W tym roku temat (idźmy do kina) wyszedł o Juliczki (też u nas czasem pisuje), a z losowania wyszło, że mam napisać właśnie dla organizatora zabawy. Ale wyjeżdżałam do Lund, nie mogłam czekać na wyniki losowania, napisałam tekst w ciemno.

Wpis dedykuję Juliczce i Pharlapowi

Ewa Maria pisząc ten wpis nie wiedziała na kogo trafi, wypadło na Pharlapa

Gdy siadałam do komputera, żeby przygotować ten wpis dla Ciebie, nie tylko nie wiedziałam, dla kogo piszę, ale też nie wiedziałam, o czym będzie. O kinie, o filmie, o mnie? Postanowiłam, że napiszę o tym, co mi przyjdzie do głowy. Gdy położyłam palce na klawiaturze i uderzyłam w duże W tytułu, pojawił się z nikąd film Niedziele w Avray. Cofniemy się więc w czasie niemal o pół wieku i pójdziemy do kina Leningrad w Gdańsku na Niedziele w Avray.

Piszę ten tekst, nie sprawdzając niczego w internecie. W końcu cofnęliśmy się o pół wieku, jak czegoś nie wiesz, to musisz się naszukać, żeby się dowiedzieć.

Jestem licealistką. Chyba mądrą, ale jak patrzę na zdjęcia, to myślę, że tego nie widać. Na zdjęciu widać raczej melancholię. Mam jedną sukienkę, dwie spódniczki i trzy bluzki. Trudno powiedzieć, żebyśmy były dobrze ubrane, my licealistki w latach 60.
Lubię czytać i czytam bez przerwy, co jest określeniem niezgodnym z prawdą, bo czytam przede wszystkim na przerwach. Wyznaję w owym czasie zasadę, że szkoła jest w porządku, najgorsze są przerwy. Na przerwach czytam więc. Ale kiedyś koleżanka namawia mnie, żebyśmy się jednak przeszły i popatrzyły na chłopaków. Jesteśmy już w 10 klasie, najwyższa pora. Podchodzimy do schodów, opieramy się o poręcz i patrzymy na dół. Po schodach idzie do góry chłopak, wybitnie jasny blondyn, bardzo wysoki, chudy jak szczapa. Ma posuwisty krok. Chciałabym z nim chodzić, mówię do koleżanki. No coś ty, odpowiada, wygląda jak szkielet. A mnie się podoba, odparowuję.
Naprawdę, uwierz mi, nie pamiętam, jak to się stało, że w tydzień później ten chłopak,
Zygmunt, pojawił się na prywatce, na którą i ja zostałam zaproszona. Od tego dnia chodziliśmy ze sobą.

Och, oby mi się wszystkie życzenia w życiu tak szybko spełniały, jak to!

Ubieranie się na prywatkę zajmowało masę czasu i nie wiem, dlaczego. Przecież miałam jedną sukienkę, dwie spódnice – jedną czarną rypsową, a jedną szarą – i trzy bluzki, jakąś ciemną, jasnoniebieską i białą, która w kolejach losu straciła swoją biel, ufarbowałam ją więc na zielono. Taka butelkowa zieleń. Na tę rzeczoną prywatkę włożyłam rypsową spódniczkę i zieloną bluzkę.

sukienka-bluzka

Zdjęcie powyżej zostało zrobione chyba rok lub dwa później. Ta dziewczyna w białych
okularach i sukience to ja. Sprawiłam ją sobie tuż przed maturą. A ta stojąca tyłem młoda kobieta w spodniach to moja siostra, która ma na sobie ową słynną zieloną bluzkę.
Ale na razie to jeszcze ja mam tę zieloną bluzkę i wkładam ją zawsze, gdy wychodzimy
z Zygmuntem. Chodzilibyśmy na spacery, w Gdańsku są dobre miejsca spacerowe,
oczywiście plaża, ale też po drugiej stronie osi komunikacyjnej Gdańsk-Gdynia są porośnięte lasami wzgórza i tam jest naprawdę super. Można iść do altany Gutenberga, na cmentarz żołnierzy francuskich, na ślimaka. Kwitnie janowiec. Ale jest jesień, robi się coraz zimniej, u mnie w domu jest młodsza siostra, u Zygmunta w ogóle nie może być mowy o żadnych odwiedzinach, czasem chodzimy do Teresy lub pani Marii, czasem, jak mamy dość pieniędzy – idziemy do kina.
W Gdańsku są cztery kina, to znaczy jest ich chyba więcej, ale ja pamiętam cztery.
Najważniejsze jest kino Bajka we Wrzeszczu na Jaśkowej Dolinie. Teraz jest tam dyskoteka albo klub Gogo, albo coś w tym guście. To w tym kinie, gdy mój syn był jeszcze mały i nie umiał czytać, obejrzeliśmy Gwiezdne wojny i ja mu przeszeptałam do ucha wszystkie podpisy. To były wszak czasy bez dubbingu. Publiczność mało mnie nie zlinczowała.
Dalej w stronę Oliwy było kino Znicz, a w Gdańsku na Długiej były dwa kina obok siebie, Kameralne i Leningrad, Kameralnego w ogóle nie pamiętam, ale kino Leningrad to był kult.
Wszystkich tych kin już nie ma.
Niedziele w Avray były chyba pierwszym filmem, jaki wspólnie obejrzeliśmy z Zygmuntem. Był to czarno-biały francuski film o dorosłym mężczyźnie, który co niedzielę spotyka się w małym podmiejskim lasku w Avray z dziewczynką w bereciku i szkolnym mundurku. Dziewczynka ma chyba 12 lat. Oboje biegają po lesie, niewiele pamiętam, poza bezlistnymi gałęziami drzew na tle bladego nieba. Mężczyzna i dziewczynka bawią się w berka czy chowanego, dziewczynka kryje się za pniem drzewa.
Tyle pamiętam z tego filmu. Piękne, tajemnicze szczęście tych spotkań, w których nic się nie dzieje. Dziś, gdy przypomina mi się ten film, dziwię się naszej niewinności i niewinności połowy lat 60. Nie wiem, czy ten film skrywał jakąś paskudną tajemnicę, niewyjaśnioną czy nie dającą się wyjaśnić tajemnicę seksualnego molestowania małej dziewczynki, jak to było oczywiste w Dzienniku panny służącej. Ale wydaje mi się, że Niedziele w Avray były naprawdę filmem o szczęściu relacji międzyludzkich, nie skrywały złych intencji i nie piętnowały, bo nic tam nie było do piętnowania.

Tyle chciałam Ci opowiedzieć. Tu link do tekstu w Wikipedii o tym filmie – KLIK.
Nie ma tam jednak ani słowa o treści filmu. Tę znajdziesz tu – KLIK.
A tu jeszcze link do wpisu o kinie Leningrad – KLIK.

Dziękuję mojej siostrze Kasi za to, że znalazła dla mnie te zdjęcia.

Przyjaciele moich rodziców. Pani Maria (reblog)

Ewa Maria Slaska

W trakcie pracy nad książką o Mamie nazbierałam sporo materiałów, które wprawdzie należą do tej historii, ale jednocześnie – nie ma w niej dla nich miejsca. Pisałam tu już o Marcelu Noveku, pojawiali się Jurek Łuczak i jego żona Jola, i jeszcze tu na pewno powrócą, dziś chciałabym przypomnieć panią Marię czyli Maryśkę.

Nazywała się Maria Wszelaczyńska, była lekarką przyjaźniła się i z Mamą, i z Tatą, a to nie zawsze było oczywiste. Była starsza od rodziców i miała za sobą komunistyczne więzienie, jednak nigdy nie wiedziałam, za co? To ją miała przede wszystkim na myśli Mama, powtarzając, że jak się jest Polakiem, to nie jest wstyd siedzieć w więzieniu, a wręcz nawet niekiedy jest to patriotyczny obowiązek. Maria Wszelaczyńska w bardzo późnym wieku na kilka lat wyszła za mąż za pana, chyba Antoniego, Szaszkiewicza. Bawiło ją myślenie, co każdy urzędnik musi czuć na widok takiego dubletu: Wszelaczyńska-Szaszkiewiczowa, koniecznie z ową końcówką -owa. Nie mieściło się to w żadnej rubryce i w żadnym formularzu.

Bardzo lubiłam panią Marię i czasem chodziłam ją odwiedzać sama, bez rodziców. Miała w mieszkaniu wielką lipę pokojową, która budziła mój nieodmienny zachwyt. Dostałam kiedyś odszczepkę, ale niestety moja lipa tak nie wyrosła. W ogóle nic u mnie tak nie wyrastało, oprócz pewnego pnącza, tego co ma kroplę wody na końcu każdego liścia. Ono jedno chciało u mnie rosnąć i wspaniale obrosło mansardowe okno naszego mieszkania na strychu na ulicy Grunwaldzkiej. I tę jedyną roślinę, która mi w życiu dobrowolnie wyrosła pod ręką wielka i krzepka, również dobrowolnie opuściłam, jeśli oczywiście można powiedzieć, że decyzja o emigracji to decyzja dobrowolna. Ale to już całkiem inna historia…

Gdz zaczęłam pracę nad książką o Mamie znalazłam w sieci kilka artykułów o pani Marii.

Teresa Ciesielska napisała w Gazecie Wyborczej (Lublin nr 73, wydanie z dnia 27/03/2010):

29 marca mija rocznica śmierci dr Marii Wszelaczyńskiej-Szaszkiewicz, żołnierza Armii Krajowej, ofiarnego członka “Solidarności”, zamieszkującej w Gdańsku przez ponad 60 lat swego długiego, 97-letniego życia. Urodzona we Lwowie, pochodząca z patriotycznej rodziny, której przodkiem był Maurycy Mochnacki, znany krytyk literacki, jeden z przywódców Towarzystwa Patriotycznego, uczestnik Powstania Listopadowego, była dla nas wzorem prawości, odwagi, uczciwości, radując wszystkich swoim lwowskim humorem i zadziwiając niezwyczajną inteligencją (…)

A Dariusz Wilczak napisał (Dziennik.pl 2007-10-12): Woziła po Polsce korespondencję i pieniądze. O nic nie pytała. Takie są zasady konspiracji. Zanim ci wszyscy młodzi ludzie z Solidarności nauczyli się tych zasad, ona je już znała. Oto historia Marii Wszelaczyńskiej, kurierki od urodzenia…

Szafka – skrytka na pieniądze dla opozycji

W tym miejscu, pod ruchomym dnem niewielkiej kwadratowej szafki stojącej w rogu pokoju była skrytka. Dno można było podnieść bardzo łatwo. Właściwie jednym palcem. Ale na pierwszy rzut oka wydawało się nieruchome. Zwykła deska. Ktoś musiałby wiedzieć o skrytce, żeby tu specjalnie zaglądać. Tym bardziej, że to niejedna szafka i niejedna półka w tym małym pokoju, na parterze starego bloku gdańskiego Wrzeszcza.

Maria Wszelaczyńska chodzi bardzo wolno. Rocznik 1912. Pięć lat później była rewolucja październikowa. Dwadzieścia lat później studia rolnicze i medyczne. Dwadzieścia siedem lat później druga wojna. Czterdzieści lat później więzienie przy Rakowieckiej. Była tylko łączniczką. W czasie wojny w AK, po wojnie na Lubelszczyźnie w WiN. Wyszła w 1956 roku, po czterech latach. Właściwie była jeszcze młoda, ale przez to więzienie wiele straciła. Wiele czasu i wiele zdrowia.

Więc teraz chodzi bardzo wolno. Problemy z nogami. Ale w tym wieku mogą już być różne problemy. Raz dziennie odwiedza ją pielęgniarka, raz dziennie wychodzi na spacer – długo trwa, zanim zejdzie ze schodów, na szczęście to tylko parter. Ale Maria Wszelaczyńska jest jeszcze bardzo silna. Mówi szybko, bez problemu wyciąga z pamięci zdarzenia sprzed osiemdziesięciu, pięćdziesięciu i dwudziestu lat. Mówi, że to wszystko normalne. Przecież inaczej nie można było. Człowiek się nie zastanawia, tylko robi. Więc kiedy Merkel poprosił, żeby przechowywała pieniądze podziemnej Solidarności, to oczywiście nie mogła odmówić. Zrobili tę skrytkę w szafce. I tylko oni wiedzieli, że tam jest. Pieniądze leżały pod ruchomym dnem.

Była kurierką. Woziła po całej Polsce korespondencję, pieniądze. Pokwitowań nie było. Zamiast tego głębokie spojrzenie w oczy. O nic nie pytała, bo po co. Nauczyła się już dawno temu, że lepiej nie wiedzieć wszystkiego. Jak ktoś za dużo wie, to staje się niebezpieczny dla innych. Proste zasady konspiracji. Zanim ci wszyscy młodzi ludzie z Solidarności nauczyli się tych zasad, ona je już znała. No a kiedy okradli mieszkanie, jakoś w osiemdziesiątym piątym czy szóstym roku, to tylko parę rzeczy zabrali. Za to pokój i kuchnia wywrócone do góry nogami. Pieniędzy nie znaleźli. Ile przez tę skrytkę przeszło? Może kilka, może kilkanaście tysięcy dolarów, może więcej. Po prostu pomagała i nie ma zamiaru robić z tego wielkiej sprawy.

A skrytka ciągle tu jest. W tym samym miejscu, pod ruchomym dnem niewielkiej kwadratowej szafki, stojącej w rogu pokoju. Maria Wszelaczyńska chodzi bardzo wolno. I miałaby dziś duży problem, żeby się schylić i otworzyć skrytkę.

Rozdział z książki Dariusza Wilczaka “Ponad stan. Solidarność – historie podziemne”

Miasta poza sezonem. Brema / Bremen

Ewa Maria Slaska

Dla Harriet i Karen / Für Harriet und Karen

Oto zdjęcia zrobione w zeszłym tygodniu na słynnej Böttcherstraße w Bremie, obiekty raczej przyziemne, wystawy sklepowe i okna. Jest styczeń i jest wcześnie rano, nikogo nie ma, nie tylko turystów nie ma, po prostu nikogo, jeden bezdomny i ja, chodzimy, patrzymy.

boettcherstr (1)x Wejście na Böttcherstraße.  Lichtbringer / Nosiciel światła. Relief Bernharda Hoetgera.

Aus Wikipedia: Die Böttcherstraße ist eine etwa 100 m lange Straße in der Bremer Altstadt, die aufgrund ihrer Architektur zu den Kulturdenkmalen und Touristenattraktionen in Bremen zählt. Die meisten Gebäude sind in der Zeit von 1922 bis 1931 entstanden und hauptsächlich Ludwig Roselius, einem Bremer Kaffeekaufmann, zu verdanken, der Bernhard Hoetger damit beauftragte, die künstlerische Gestaltung zu übernehmen. Die Straße und ihre Gebäude sind ein seltenes Beispiel für die Architektur des Expressionismus. Von den Häusern können mehrere dem Stil des Backsteinexpressionismus zugeordnet werden. Die Böttcherstraße steht seit 1973 als Gesamtanlage unter Denkmalschutz.

boettcherstr (2)x1Böttcherstraße znajduje się na starym mieście w Bremie. Ta stumetrowa uliczka została przebudowana i zabudowana w latach 20 i 30 w stylu ekspresjonizmu niemieckiego (tzw. ekspresjonizm ceglany) na zlecenie zamożnego kupca handlującego kawą i mecenasa sztuki, Ludwiga Roseliusa. Autorem koncepcji urbanistyczno-artystycznej był Bernhard Hoetger. W roku 1973 Böttcherstraße została wpisana na listę zabytków.

Wystawy sklepowe na Böttcherstraße proponują nowatorskie rozwiązania jeśli chodzi o styl życia. A więc – jak się mamy ubierać w roku 2015?

boettcherstr (9)x4Prostota. Niewątpliwie.

Wystrój naszych mieszkań w Berlinie jest pełen kiczu typowego dla modnej dzielnicy Friedrichshain. Berlińskie rokoko jest pełne ozdóbek. Tymczasem w Bremie w witrynach sklepowych królują wyroby rękodzielnicze, których nie wyprodukowano dla nas w Chinach…

boettcherstr (4)x6Klasyczna elegancja z czasów fundatora. Tu sklep z herbatą fryzyjską.

boettcherstr (6)x9Prostota designu z lat 50.

boettcherstr (7)x5Pamięć o czasach świetności.

boettcherstr (13)x8I niespodzianki. Sklepy były zamknięte. Nie wiem, czy można te ryby kupić. Ale na ulicy na pewno robią wrażenie.

boettcherstr (19)x3Tyle od waszej korespondentki z chłodnych miast Północy. Prosta spódniczka, sweterek z golfikiem i, gdy pada deszcz – koniecznie lampa nad głową:

boettcherstr (3)x7

Droga do Santiago de Compostela. Cacabelos

Ewa Maria Slaska

Były święta. Od ponad miesiąca nie pojawiała się tu droga do Santiago de Compostela. Zakończyliśmy ją 27 września 2007 roku w pięknej wiosce El Acebo, gdzie wszystkie domy mają czarne dachy z łupku.

Wieczorem wspólnie gotujemy zupę. Z punktu widzenia wegetarianki ta zupa to jakiś potwór pełen mięsa, kiełbasy i tłuszczu, jednakże z punktu widzenia pielgrzymki to wspaniały cud wspólnoty w Drodze.

Hospitaleros grają na gitarze i śpiewają. Jeden maluje akwarele. Dostaję japonki i książkę do czytania. Rano nie wolno wstać przed 7, budzi nas muzyka, myjemy się i wspólnie zjadamy śniadanie.

28 września

Po drodze znaki: Uwaga jelenie! Uwaga pielgrzymi! Przede mną 31 kilometrów, ale gdy docieram
na miejsce, wszyscy pielgrzymi,
którzy wczoraj ze mną nocowali
w El Acebo, już tam są. Jak się tu dostali? No dobrze, ja po drodze zwiedzałam wystawę i zamek templariuszy w Ponferrada, ale zajęło mi to najwyżej godzinę, a oni są tu już od dawna, już się przebrali, zdrzemnęli, zjedli i uprali ubrania. Wszystkie sznurki zajęte.
ponferradaCodziennie są szybciej niż ja. Jeżdżą? Pewnie tak. Ale wszyscy?! Po drodze w jednej z wiosek bezdomny pies na drodze skłania mnie do zmiany trasy – dziś nie mam tej średniowiecznej pewności siebie i mijam Brysia z daleka. Wychodzę więc nie na ścieżkę pielgrzymów, lecz na szosę. Niby gorzej, bo daleko od natury, ale za to z szosy są dalekie zachwycające widoki, a ścieżka jest zarośnięta i niewiele z niej widać. Wielkie zielone góry, głębokie doliny zielonych rzek. W dole idzie dzwoniąc dzwonkami wielkie stado owiec.

W Ponferrada oglądam wystawę o Camino – ciekawa, nagromadzili mnóstwo rzeźb, obrazów, ksiąg i przedmiotów religijnych,
skupiając je wokół kilku tematów:

* ostatni okres życia Jezusa, ten, kiedy wędruje w towarzystwie apostołów i wszystkie stacje Męki Pańskiej
* okres od Zmartwychwstania do Zesłania Ducha Świętego
* wizerunki apostołów (w końcu święty Jakub był apostołem)
* inni święci na Camino jak np. święty Roch, ale również ci, z którymi się zetknęłam – Juan Ortega i Domingo Calzada
* Matki Boskie z Camino
* święty Jakub, ile go tylko zdołali znaleźć
* pielgrzymi

Jesteśmy jednym z tematów tej wystawy, ale nikt ze zwiedzających nie jest pielgrzymem. Poznać od razu. Jestem jedyna, która idzie przez namioty wystawowe ciężkim krokiem, w ciężkich buciorach i w ciężkim swetrze. Nawet bez plecaka, który zostawiłam w szatni, zdecydowanie odróżniam się od reszty kulturalnego świata.

Najbardziej podoba mi się chrzcielnica z Boadilla. Kto jednak dojdzie, dlaczego?

Potem jeszcze, i doprawdy też nie wiem dlaczego, zwiedzam ruiny zamku templariuszy, chociaż przecież na Rodos nie takie zamki rycerzy zakonnych widziałam, a i Malbork lepszy od Ponferrady. No, w każdym razie zwiedziłam. Piję kawę. Wychodzę kierując się strzałkami, które ewidentnie prowadzą w złym kierunku. Poznaję po tym, że jest po południu i słońce powinno mnie palić w lewy policzek, a tymczasem wyraźnie muszę nadstawiać prawy. I muszę iść przez jakieś paskudne przemysłowe odłogi. Gdy już zupełnie nie wiem, co teraz i gdzie dalej, bo już wiem, że błąkam się bez sensu, wsiadam do autobusu w przeciwnym kierunku, wracam do centrum i wyjeżdżam na trasę. Gdy wysiadam, słońce świeci z lewej strony czyli świat wrócił do normy. Przede mną wciąż jeszcze miasto, potem las, a potem nagle rozległe obwieszone owocami winnice, gdzie właśnie zaczyna się winobranie. Jakiś zbieracz podchodzi i podaje mi ciężką przejrzystą kiść owoców.

Cacabelos. Dziwne miasto, zupełnie inne niż wszystkie miasta, jakie dotychczas widziałam w Hiszpanii, zbudowane wzdłuż jednej niezwykle długiej ulicy. Jednakowe domy z rzeźbionymi ornamentami i oszklonymi werandami w ogóle nie są hiszpańskie, cokolwiek by to miało oznaczać, przypominają mi raczej Muszynę czy Krynicę Górską. Mam wrażenie, że była to od wieków biedna wioska, która nagle i na krótko na czymś się wzbogaciła, po czym, gdy prosperity minęła, znowu zapadła w prowincjonalny sen. Na czym zrobili pieniądze mieszkańcy Cacabelos? W Krynicy na wodzie, na leczniczych źródłach. A tu może na winie.

Dopiero teraz, gdy to piszę, sprawdzam, co się działo z tym miastem i kiedy (wzbogaciło się w drugiej połowie XIX wieku, rzeczywiście na winie), ale gdy tam realnie jestem, nie mam na to czasu. Przeszłam ponad 30 kilometrów i chcę odpocząć. Trafiam do najdziwniejszego schroniska na trasie – składa się z dwuosobowych kabin z płyty paździerzowej przyklejonych od wewnątrz do muru okalającego kościół. Małe kabiny, normalne łóżka, normalna pościel. Są nawet lampki nocne. Czuję się jak dydko w kościele. No bo kościół też trzeba zwiedzić. Ma stare kamienne mury z XII wieku, ale jego wystrój jest XVII-wieczny. W potwornie grubych murach kapiące od złota barokowe kaplice wyglądają jak nory lub jaskinie smoka, który nagromadził nieprzebrane skarby.

Herbata, internet, lampka wina z Cacabelos. Spać.

Rok 1944 (1)

Opowieść Mirki o roku 1944 jest kontynuacją opowieści, którą opublikowałam w Sylwestra ubiegłego roku.

Mirka

Zima była mroźna i śnieżna, ale na początku marca śnieg zaczął topnieć i myśleliśmy już o rozpoczęciu prac w ogrodzie, o skopaniu grządek…, ale jak się okazało, grządki skopał… kto inny. Gestapo podjęło się tej pracy, ale nie po to żeby uprawiać ogród, ale po to, żeby odszukać ukryte w nim puszki z różnymi konspiracyjnymi pismami. Ale wybiegam zbytnio do przodu.

Pewnego cichego marcowego wieczoru skromną kolację przerwał nam dzwonek do drzwi, nie żadne walenie kolbami, tylko po prostu dzwonek, a za drzwiami stało kilku panów w cywilu i umundurowanych gestapowców. Spytali o Ojca, ale go nie było w domu, bo od kilku miesięcy nocował u przyjaciół, tak było bezpieczniej. Mundurowi zostali w sieni, do mieszkania weszli cywile. Rewizja ograniczyła się do kuchni, wąchali maszynkę do mięsa, coś bąkali, że handlujemy mięsem, pogadali i wyszli, bardzo to było dziwne. Obie z Mama nie spałyśmy całą noc. Dopiero rano okazało się, że czujki zobaczyły samochód przed domem i zawiadomiły kogo trzeba.

Specjalny odział został postawiony na nogi i kiedy odbywała się rewizja, w lasku dębowym naprzeciwko naszego domu leżeli już chłopcy z bronią pod dowództwem Ojca, z odbezpieczonym pistoletem w ręce. Odbijanie było gotowe do akcji, gdyby nas obie wyprowadzono z domu. Na szczęście nie wyprowadzono nas, ale chłopcy czekali do rana, czy najazd się nie powtórzy. Skóra cierpnie na myśl o tym, ile osób mogło w takiej walce zginąć.

Rozpętała się burza – już natychmiast się pakujcie, jest dla was miejsce w majątku gdzie możecie się schować, ale Ojciec stanowczo odmówił, to się już nie powtórzy, zobaczyli, że nie mieszkam w domu, a o kobiety im nie chodziło.

Cisza trwała tydzień, po tygodniu przyszli nieco wcześniej, Ojciec był w domu. Rewizja była tym razem bardzo szczegółowa. Staliśmy odwróceni twarzami do ściany z podniesionymi do góry rękami. Mama była bliska zemdlenia, nie mogłam nic do niej powiedzieć, bo wrzeszczeli, żeby nie rozmawiać.

Kiedy nas wyprowadzono, okazało się, że przed domem nie ma samochodu, ryzykowali przeprowadzenie nas przez całe osiedle. Widocznie wiedzieli, jak było tydzień temu. Samochody i reszta gestapowców były ukryte w lesie, tam wpakowano nas do budy, w której było pełno gestapowców z bronią gotową do strzału. Siedzieliśmy na ławce ciasno przytuleni do siebie, trzymając się za ręce. Mama siedziała w środku między mną a Ojcem, to jej dodawało otuchy i uspokojenia. Przywieźli nas na Szucha do głównej siedziby Gestapo i zaanonsowali „Szef organizacji na Marki, Zielonkę i Strugę”. Odbierający nas gestapowiec gwizdnął, pomyślał, że złapano dużą rybę. Na pytanie, co znaleźli w domu, pokazali mu album ze zdjęciami Ojca z ćwiczeń wojskowych, torbę sanitarną z bandażami, nic więcej, nie pokazali tego, co ukradli, a była to walizka pełna narzędzi Ojca i innych cennych drobiazgów. W tym momencie kamień spadł nam z serca – nie znaleźli nic z tego, co było sprytnie poukrywane w domu i bardzo nas kompromitujące.

Sprowadzono nas do podziemi, gdzie były tzw. tramwaje, czyli trzy cele, których ścianę od korytarza tworzyła krata i wejście przez nią. W celi były krzesełka ustawione w kilku rzędach i odwrócone tyłem do kraty. Każde z nas zostało wepchnięte do innej celi.

W głowie kłębiły się różne myśli i zupełnie ich nie mogłam uporządkować. Wiedziałam jedno – to jest koniec mojego życia. Co jeszcze przyjdzie przeżyć, zanim to życie się skończy, trudno było przewidzieć, ale nie wyglądało to optymistycznie. Końca życia się nie bałam, bałam się tylko jednego, żebym się nie załamała psychicznie. Wiedziałam dużo, aż za dużo jak na moje lata, i wiedziałam, że każde moje nierozważne słowo może kosztować życie kilku ludzi i to mnie przytłaczało, nie byłam psychicznie przygotowana na taką odpowiedzialność.

Na tych krzesłach przesiedzieliśmy do rana, zresztą nie my jedni, ludzi było dużo i ciągle przywożono nowych. Pilnie słuchałam wymawianych nazwisk, czy nie ma dalszych aresztowań z naszego rejonu, ale na szczęście żadnych znanych ludzi nie przywieziono. Rano wpakowano nas do budy, ale już każde osobno i gdzieś nas wieźli, sądziłam jednak, że nie rozstrzelają nas od razu, że czegoś od nas będą się chcieli dowiedzieć.

Okazało się, że zawieziono nas na Pawiak (stare, jeszcze carskie, wielkie więzienie z oddzielnym więzieniem kobiecym, zwanym Serbią). Staliśmy, dobrze pilnowani, na podwórku więzienia, czekając na coś. Był słoneczny zimny poranek, wokół pustka, bo więzienie stało w centrum zburzonego Getta, cisza i dziwny spokój, który mnie ogarnął. To, czego bałam się przez cały czas pracy konspiracyjnej, wpadka i uwięzienie, właśnie się stało, więc mogę przestać się bać i stąd ten spokój, który był tylko moim udziałem, widziałam na twarzach Rodziców wielki niepokój i troskę w oczach, kiedy patrzyli na mnie. Oczami dawałam im znać, że jestem spokojna i na wszystko gotowa. Powiedzieć im nic nie mogłam, bo rozdzielali nas strażnicy. Nie wiem, jak długo staliśmy tam, po jakimś czasie zabrali Ojca. Pożegnałyśmy go łzami, a nas odprowadzono w drugą stronę, za furtkę, do Serbii.

Po załatwieniu krótkich formalności otwarto drzwi celi, w której siedziało kilka kobiet na siennikach, ułożonych pod ścianą. Weszłyśmy, zatrzasnęły się za nami drzwi, usiadłyśmy na podłodze pod ścianą, bo na siennikach nie było miejsca.

Ciąg dalszy za tydzień

PS od redakcji: scena aresztowania została dokładniej opisana TU.

Reblog: Olesin ciąg dalszy

Artur Czyżewski w Kurier Skruda (online)

Sylwana to obszar ziemi położony mniej więcej w dzisiejszych granicach firmy CHEMA OLESIN, nazwany tak (jak napisała na swoim blogu a wcześniej opowiedziała mi osobiście Pani Ewa Maria Slaska) przez Państwa Lublinerów (jej pradziadków), ówczesnych właścicieli tego terenu około roku 1910.

„…Według tradycji rodzinnej majątek Pradziadków w Olesinie został nazwany Sylwana, co na dokumentach złożonych w archiwum w Otwocku zostało zapisane jako Silvana…”

mapaolesinPan Stanisław Leopold Lubliner (warszawski lekarz) około roku 1910 (może wcześniej) wszedł w spółkę z księdzem Stanisławem Zarembą (budowniczym i pierwszym proboszczem kościoła w Dębem W.) Po zmianie statusu prawnego Królewszczyzny w Dębem Wielkim, kupili wspólnie majątek we wsi Olesin Duży. W 1913 roku spółkę rozwiązali i podzielili się nabytym 3 lata wcześniej majątkiem ustalając odrębne księgi hipoteczne. W wyniku tego podziału obecny obszar zakładów Chema Olesin przeszedł na własność Stanisława Leopolda Lublinera i jego żony Eugenii Lublinerowej. A teren w granicach obecnie istniejącego dworu w Olesinie (nieruchomość Pana mecenasa Puławskiego) na własność ks. Stanisława Zaremby. Ks. Zaremba w 1917 roku odsprzedaje swoją część majątku senatorowi RP Janowi Zaglenicznemu.

„…Tak czy owak najpierw obaj panowie, mój Pradziadek – lekarz i ksiądz proboszcz, byli współwłaścicielami majątku i dopiero w roku 1913 rozwiązali spółkę i założyli osobne księgi hipoteczne. W roku 1917 ksiądz, już teraz nie wspólnik lecz sąsiad, odsprzedał swoją część senatorowi RP Janowi Zaglenicznemu. Mniej więcej w tym czasie, tuż po Wielkiej Wojnie, Prababcia założyła tu szkołę i zamieszkała na stałe w Olesinie….”

Pani Eugenia Lublinerowa w swojej części majątku w Olesinie (Silvanie) około roku 1915-1917 założyła szkołę z internatem.

„…Sylwana była szkołą z internatem, gdzie mieszkało kilkanaścioro dzieci małozdolnych i niezamożnych, żeby nie powiedzieć – po prostu biednych. Utrzymanie majątku, szkoły i dzieci finansował pradziadek, który był wziętym lekarzem laryngologiem i ftyzjatrą. Dzieci kształcono metodą wprowadzoną w Polsce przez Prababcię i panią Dorotę Zylberową, polegającą na połączeniu prostej nauki szkolnej z nauką czynności manualnych. W szkole byli więc zarówno nauczyciele jak rzemieślnicy, przygotowujący uczniów do wykonywania zawodu (kowal, ślusarz, cieśla)…”

Pani Eugenia Lublinerowa wspólnie z panią Dorotą Zylberową od 1908 roku prowadziły już podobną szkołę w Warszawie. Była to pierwsza w Polsce placówka dydaktyczna dla dzieci niepełnosprawnych intelektualnie.

obozna5-rok1885„…Szkoła powstała w roku 1908 i istniała tylko kilka lat, a mieściła się przy ulicy Oboźnej 5 w bardzo znanej warszawskiej kamienicy. Została ona zbudowana w 1882 roku przez architekta Karola Kozłowskiego na potrzeby Zakładu Wodoleczniczego doktora Wincentego Brodowskiego. Zakład istniał nota bene aż do II wojny światowej. W kamienicy znajdowały się też mieszkania do wynajęcia, a jednym z lokatorów był słynny artysta, rysownik, ilustrator i malarz, ale też bohater Powstania Styczniowego, więzień i katorżnik carski, Michał Elwiro Andriolli. Budynek rozebrano po wojnie, a stojący tu obecnie dom został zbudowany z wykorzystaniem części zachowanych murów. Szkoła, jako się rzekło, istniała zaledwie kilka lat, ale była ważnym kamieniem milowym w historii pedagogiki polskiej – była to bowiem pierwsza taka szkoła na ziemiach polskich. Dodajmy też, że była ona niemal w całości finansowana przez panią Zylberową i Prababcię, bo opłaty za naukę wnosiły tylko rodziny dzieci zamożniejszych, a było ich zaledwie kilkoro…”

Silvana istniała 10-12 lat. W 1929 roku majątek w Olesinie kupiło warszawskie gimnazjum im. Zamoyskiego. Bynajmniej nie jest to koniec historii Sylwany. Na fali zmian w szkolnictwie, wzorując się na pomysłach niemieckich pod koniec lat dwudziestych XX wieku powstają w Polsce OSIEDLA SZKOLNE.

Na zdjęciach – Osiedle Szkolne w Olesinie / zdjęcie 2 – stawy

Jak opisuje broszura wydana w 1933 roku przez Adolfa Rondthalera pod tytułem „Osiedla Szkole w Polsce”:

„…Najlepiej zorganizowana praca wychowawcza szkoły i współdziałanie z nią domu rodzicielskiego nie są w stanie odgrodzić młodzieży od wpływów czynników postronnych. A jest ich co niemiara. Ulica, wystawy sklepowe, krzykliwe afisze, widowiska, modne piosenki, literatura sensacyjna, prasa, brukowa, dezorganizacja w życiu rodziny. Ciasnota mieszkań, brutalne przejawy życia, niefortunnie dobrane towarzystwo, przykład starszych. W wielu wypadkach nawet wielostronna praca społeczna i. t. d. – oto są źródła różnych suggestyj, którym poddaje się młodzież. Wszystkie one oddziaływują na nią, lecz ich wpływ wychowawczy, niestety, jest w wielu wypadkach destrukcyjny. Ale nawet te przejawy kultury, dziedziny nauki, sztuki, techniki, życia społecznego i jego układu, których wartość jest bezwzględnie dodatnia, również nie dają pomyślnych wyników pod względem wychowawczym, jeśli młodzież spotyka się z niemi przedwcześnie, albo zbyt często, Cóż bowiem dobrego może wyniknąć stąd, że dla, młodzieży staną urok i spowszednieją rzeczy, które z istoty swej są przeznaczone na to, by stanowić ucztę duchową dla dojrzałych i należycie przygotowanych, dostarczyć im chwil podniesienia? Zresztą, niezależnie od ich oceny wartościowej, sama już mnogość wrażeń, jakie nasuwa młodzieży życie wielkomiejskie z kalejdoskopijną zmiennością, utrudnia jej skupienie się, popycha do płytkości, powierzchowności, do przesiewania na pozorach, z zaniedbaniem treści głębszej. Wszystko to razem osłabia lub wręcz udaremnia oddziaływanie wychowawcze szkoły na młodzież. Im większe miasto, im bardziej nerwowe i skomplikowane w niem życie, tem trudniejsza w niem praca wychowawcza w codziennych warunkach. A ktokolwiek to rozważy, Wczuje się z łatwością w motywy pedagoga, będącego entuzjastycznym zwolennikiem szkoły średniej na wsi. Jest niepodobieństwem, aby z dusznych murów wielkich miast przenieść na stale wszystkie szkoły w zacisze wsi. Lecz nie jest bynajmniej Fikcją myśl, aby w periodycznych odstępach czasu przenosić do wiejskiego ustronia, część szkoły chociaż na krótki pobyt. Niektóre szkoły powzięły taki pomysł, a dla urzeczywistnienia go stworzyły sobie osiedla na wsi, które niebawem stały się dla nich ważnemi placówkami pomocniczemi w pracy wychowawczej. Ale oderwanie młodzieży na czas krótki od wpływów wielkomiejskich – to tylko jeden szczegół, dotyczący osiedla, a przytem szczegół mniejszej wagi..

Kto się przypatrzy pracy na osiedlu bez uprzedzenia i rozważy nasuwające się tu możliwości, ten musi przyznać, że pod względem wychowawczym, jak i dydaktycznym, osiedle otwiera, rozległe horyzonty. Jeśli tedy słuszne jest żądanie, aby szkoła czemś narastała i wzbogacała swój dorobek pedagogiczny, to powołanie do życia każdego osiedla szkolnego na wsi uważać należy za fakt dodatniej wartości…”

Rozwój osiedli szkolnych nie przybrał w Polsce,takiego rozmachu, jak w Niemczech. Gdzie własne osiedla posiadały nie tylko szkoły średnie w liczbie 149, ale i 102 szkoły powszechne, zawodowe i specjalne.

„…Przyczyną powolnego tempa rozwoju osiedli szkolnych w Polsce jest ciężki kryzys ekonomiczny oraz brak dostatecznej w tym kierunku propagandy. Tą ostatnią okolicznością objaśnić należy niewątpliwe fakt, że ruch w kierunku zakładania osiedli u nas ogranicza się dotychczas prawie wyłącznie do szkolnictwa średniego ogólnokształcącego, w szkolnictwie powszechnem zaś – niestety – zupełnie jeszcze nie zapuścił’ korzeni…”

W styczniu 1933 r, zawiązał się „Zespół szkół posiadających własne osiedla”. Zespół istniał w ścisłej łączności z Pracownią wychowawczą w „Muzeum Oświaty i Wychowania Ministerstwa W. R. i O. P. W 1933 roku w Polsce, 14 szkół posiadało własne Osiedla szkole.

„….Pod względem ilościowym na, pierwsze miejsce wysunęły się szkoły warszawskie, jest ich bowiem 9, prowincjonalnych zaś 5. Z pośród nich jest 6 szkół państwowych, jedno gimnazjum miejskie i 3 prywatnych. W grupie szkół prywatnych są 3 szkoły społeczne, to znaczy będąca własnością zrzeszeń „społecznych. Według płci niewielką przewagę liczebną mają szkoły męskie, jest ich bowiem 7, żeńskich jest 6 i jedna koedukacyjna (Instytut Głuchoniemych i Ociemniałych)….”

W roku 1928 powstały pod Warszawą 4 pierwsze osiedla w Polsce, będące własnością szkół stołecznych:

– gimnazjum Haliny Gepnerówny w Brwinowie

– gimnazjum J. Popielewskiej i J. Roszkowskiej w Nowinkach gminy Jazgarzew, powiatu Grójeckiego [stacja Chojnów),

– gimnazjum T-wa im. Jana Zamoyskiego w Olesinie, gm. Dębe Wielkie, pow. Mińsk-Mazowiecki, (stacja Dębe Wielkie)

– gimnazjum im. M. Reya Zboru Ewangelicko – Augsburgskiego w Chojnowie, skąd po roku przeniesione zostało do wsi Banioszka, gmina i stacja Kąty pod Górą Kalwarią, gdzie otrzymało nazwę Rejówka.

W roku 1929 otwarte zostało osiedle I gimnazjum miejskiego im. jenerała Sowińskiego Magistratu m. st. Warszawy w Mieni, przy stacji kolejowej tejże nazwy, w powiecie Mińsko-Mazowieckim. W roku następnym powstało w Olsztynie, pow. Częstochowskiego, osiedle żeńskiego gimnazjum państwowego im. Juliusza Słowackiego w Częstochowie, którego punkt ciężkości stanowi kolonia odpoczynkowa i półkolonie. W roku 1931 zostały uruchomione 3 osiedla: w Kasinie Wielkiej, pow. Limanowa. województwa Krakowskiego – osiedle Państwowe, Seminarium Nauczycielskiego Żeńskiego im. Józefy Joteyko w Krakowie. W Pamiątce, gminy Konie, pow. Grójeckiego – męskiego gimnazjum pod wezwaniem św. Wojciecha, w Warszawie, oraz w Rząsce pod Krakowem – żeńskiego gimnazjum im. H. Kaplińskiej (Mari Trąmpczyńskiej) w Krakowie. W roku 1932 miało miejsce otwarcie dwóch Osiedli szkół państwowych warszawskich. W Świdrze – gimnazjum żeńskiego im. Marii Konopnickiej i Mogielnicy osiedla Belweder gimnazjum im. Króla Władysława IV.

Gimnazjum im Jana Zamoyskiego poprzez zakup Sylwany weszło do elitarnej grupy polskich szkół posiadających własne Osiedle szkolne.

„…Osiedle szkoły im. J. Zamoyskiego posiada najwięcej gruntu: teren jego wynosi 17 hektarów z okładem, w tem 7 ha

lasu, łąki 2 ha, 6 stawów o powierzchni łącznej 6800 m2, roli 4 ha, ogrodów 1 ha itd……Największy ogród jest w Olesinie, a drzew owocowych jest w nim ponad 400. ………w Olesinie, inwentarz żywy waha się od 1 do 4 koni, tyluż krów….”

Gimnazjum kupiło Sylwanę za 295 000 zł.

Koszty utrzymania i cele:
„…Najbardziej liczny personel administracyjny, składający się z 8 osób, mają osiedla w Olesinie, Mogielnicy i Mieni. W pierwszych 2 wypadkach pochodzi to stąd, że parę osób z tego personelu pracuje na roli, …..Własnych ogrodników mają 4 osiedla, Na czele 3 osiedli stoi mężczyzna, w innych – kobieta, w 4 osiedlach. Z własnych produktów rolnych korzystają osiedla w Kasinie i w Olesinie….. Opłaty, pobierane za pobyt młodzieży, wahają się przeważnie w granicach od 3 do 4 zł. dziennie….. Środki, jakiemi rozporządza opieka rodzicielska, wystarczają na pokrywanie niedoboru w 7 wypadkach. W gimnazjum im. Zamoyskiego w latach 1931/32 niedobór roczny wyniósł przeszło 30.000 zł… Do niektórych osiedli przyjeżdża jednego dnia dwóch nauczycieli, co pozwala na urządzenie dwugodzinnych lekcyj z 2 przedmiotów, poczem jeszcze 2 godzin przeznacza się na pracę dodatkową. W niektórych osiedlach młodzież ma od 2 do 5 godzin lekcyj z nauczycielem, zależnie od różnych okoliczności…. I tu zaczyna się rola historyka na osiedlu, Pola bitew 1830 r„ krzyże nad grobami powstańców 1863 r., cmentarze wojskowe nowszego pochodzenia, rowy strzeleckie z czasów wielkiej wojny, ….. obfitujące w pamiątki, nagrobki, zażydzone nędzne miasteczka, których nazwy zapisane zostały kiedyś na kartach dziejów, dają liczne sposobności do nawiązania lekcji i do aktualizacji,…… utrwali im się w pamięci stokroć głębiej niż przeciętnej innej lekcji w zwykłych warunkach szkolnych. A wyjaśnienia otrzymane w Magistracie o samorządzie miasteczka, lub w urzędzie gminnym – o samorządzie wiejskim ułatwiają zrozumienie teraźniejszości, nasuwania, myśl o przyszłości, do której nas rozwój samorządów prowadzi wraz z postępem kultury, rozwojem świadomości obywatelskiej oraz kultu poczucia obowiązków względem państwa……. Nauczyciele kilku szkół “powiadają się o pracy dydaktycznej na osiedlu z entuzjazmem, zaznaczając, że materiału bierze się na godzinę lekcyjną – dwa razy więcej niż w szkole, a treść lekcji jest bardziej pogłębiona, Uczniowie uczą się bowiem na osiedlu o wiele chętniej niż w Warszawie i biorą czynny udział w dyskusjach lekcyjnych z wielką łatwością, nie wykazując skrępowania, które jest tak pospolite w szkole. Słabi uczniowie mają sposobność uzupełnienia braków ze względu na łatwość uzyskania pomocy ze strony kolegów lub nauczyciela. Nauczyciel ma możność obserwowania sposobów opracowania lekcyj przez młodzież, …… Po powrocie z osiedla młodzież oddaje się pracy szkolnej z większem natężeniem sił, jest bowiem nieco wypoczęta i pozostaje pod wpływem dobroczynnego odprężenia nerwów!…”

Cele dydaktyczne:

„…..określonych obowiązków, posługiwanie przy stole, pomoc w kuchni lub gospodarstwie albo ogrodzie, utrzymanie porządku w poszczególnych pomieszczeniach, staranie o zachowanie czystości osobistej oraz dokoła siebie, nadzór nad tem, aby, łóżka były zasłane i ubrania ułożone „w kostkę”, aby wyczyszczone obuwie było ustawione w równe rzędy, a czapki ułożone w równe szeregi, opieka nad księgozbiorem, ekspedycja i odbiór poczty, pisanie kroniki, notowania meteorologiczne, utrzymanie w porządku sprzętu sportowego, narzędzi i przyborów, gier i czasopism, nut, opieka nad radioaparatem, czasem nawet układanie regulaminu dziennego, rozkładu pracy na cały dzień lub tydzień, a w jednem osiedlu prowadzenie rachunkowości osiedla przez seminarzystki, ….. Obok zasad samorządowych metody wychowawcze, stosowane na osiedlu, cechują również pierwiastki, zaczerpnięte z harcerstwa i życia obozowego młodzieży. Więc młodzież dzieli się na zastępy albo dziesiątki, odbywa się śpiewana modlitwa poranna i wieczorna, rano ma miejsce uroczyste podnoszenie, a wieczorem opuszczanie sztandaru i proporczyka klasowego oraz oddawanie im na komendę honorów przez ustawioną w dwuszeregu młodzież, …. „

Sport:

„….Olesinie jest boisko 4.800 metrów, kwadratowych, …..strzelnice 50 metrów długości dla broni małokalibrowej posiada Olesin,….Łucznictwo jest uprawiane w jednem osiedlu żeńskiem i paru męskich. Prawidłowy tor łuczny posiada jednak tylko Olesin. Sport pływacki umożliwiają w 3 osiedlach stawy, ….. Oszczepy, dyski, piłki, siatki, łuki, krokiet. różnorodny sprzęt sportowy i lekkoatletyczny znajdujemy na osiedlach w różnej ilości, Najbogaciej jest pod tym względem zaopatrzony Olesin…..”

Czas wolny:

„…..na osiedlu młodzież spędza na grach i zabawach sportowych, towarzyskich (warcaby, szachy itp.), na tańcach, słuchaniu radia lub patefonu, na grze fortepianowej lub innych produkcjach muzycznych, są też urządzane małe przedstawienia, improwizowane pokazy, wyświetlanie przezroczy, wspólne lub indywidualne czytanie, przeglądanie ilustracyj, roboty dla przyozdobienia osiedla. Na widowiska tego rodzaju i obchody zaprasza się tu i owdzie sąsiedztwo. młodzież wiejską. Służy do tego świetlica, ….o wycieczkach i spacerach nie potrzeba wspominać,….Dosyć ważnym czynnikiem wychowawczym jest organizacja wieczorów na osiedlu. Mamy na myśli część wieczoru po zakończeniu zajęć obowiązkowych, Świetlica z księgozbiorem, czasopismami, aparatem radiowym i kompletami do gier towarzyskich – nie zawsze wystarczy, aby się chłopcy nie nudzili. Pożyteczne okazały się umiejętnie i interesująco-dla młodzieży przeprowadzane pogadanki, dotyczące życia na osiedlu, z tendencją wychowawczą…. Resztę wieczoru przeznacza się na gawędę, tu i owdzie odbywającą się przy ognisku na wolnem powietrzu, albo przy kominku…”

Satysfakcja:

„…Młodzież lubi osiedle i ustosunkowuje się do niego życzliwie. Chłopcy i dziewczęta mówią 0 osiedlu – zwłaszcza w klasach młodszych-z zachwytem i entuzjazmem, oczekują z tęsknotą dnia wyjazdu, który jest dla nich dniem radości. U starszej młodzieży zapał dla osiedla ujawnia się w sposób bardziej spokojny, rozpieszczone jednostki starają się czasem pod różnemi pozorami wymówić od wyjazdu, aby się uchylić od rygoru, bądź od pracy fizycznej. Starsze dziewczynki mówią niekiedy, że osiedle powoduje ociężałość umysłową. Szkoła domyśla się w tem tęsknoty za rozrywkami miasta, Starsi uczniowie zdradzają niekiedy pewną skłonność do bagatelizowania zarządzeń charakteru obozowego….” Przed paru laty na zjeździe przedstawicieli szkół niemieckich, posiadających własne osiedla (z okazji wystawy higienicznej w Dreźnie), nauczyciele stwierdzali, że nie wyobrażają już sobie pracy wychowawczej bez pomocy osiedla. Istotnie, osiedle znakomicie pracę wychowawcy pogłębia i sublimuje zarazem, oraz czyni ją bardziej owocną. Parę lat działalności osiedla może spowodować, że w szkole umilkną pewne zgrzyty,…….nastawienie jej życia, nastrój uczniów i nauczycieli staną się inne, bardziej pogodne, Osiedle wpływa korzystnie na zmianę oblicza indywidualnego szkoły. Jedna z dyrektorek zaznacza, że zetknięcie się uczennic z ludnością wiejską dało również wyniki dodatnie, młodzież miejska poznała nędzę na wsi, przekonała się, że może ją łagodzić przy pewnym ze swej strony wysiłku, a stąd powstało poczucie siły własnej i otworzyło się źródło radości….”

Osiedle szkole gimnazjum im Jana Zamoyskiego, podobnie jak jej poprzedniczka – szkoła z internatem Pani Eugenii Lublinerowej – były na ówczesne czasy przedsięwzięciami nowoczesnymi, prekursorskimi. Patrząc dziś na wieś Olesin, aż nieprawdopodobne, że dwie tak niezwykłe inwestycje (a właściwie więcej niż dwie – o tym w następnych odsłonach naszej opowieści) zlokalizowane były w tej maleńkiej miejscowości. Dziwi również fakt, że żadna z tych nowoczesnych aktywności nie wpłynęła na dalszy dynamiczny rozwój Olesina. Osiedle Szkolne zakończyło swoją działalność na terenie Sylwany w 1937 roku. Prawdopodobnie z tych samych przyczyn co istniejąca wcześniej szkoła Pani Lublinerowej, osiedle zostało sprzedane. Przełom lat 1929-1939 to szalejący na świecie kryzys gospodarczy.