Tajemnice Pomorza Zachodniego

Auf Deutsch

MichalRembas_malyNie wiem, czy już się “rozeszły” wieści, ale zostałam przed miesiącem Przewodniczącą Stowarzyszenia Partnerstwo Miast Kreuzberga-Friedrichshainu ze Szczecinem.

Szczeciniaków i Pomorzan zapraszam na szczególną imprezę, pierwszą z trzech, jakie przygotowaliśmy właśnie z myślą o nich.

7 maja w kinie Regenbogenfabrik będzie się można spotkać z Michałem Rembasem, dziennikarzem i pasjonatem Szczecina, Pomorza, wędrówek i cmentarzy. Michał opowie o tajemniczym Pomorzu Zachodnim, a ja to spotkanie będę prowadziła i tłumaczyła co trzeba na niemiecki.

Dla pierwszych 40 gości Michał przygotował podarunek – książkę (po niemiecku!) o tzw. mapie Lubinusa! Piękna pozycja bibliofilska. Więcej nie będę opowiadać, niech on sam się wypowie.

A w dzisiejszym wpisie przedsmak spotkania – trzy tajemnicze historie z Pomorza, zaczerpnięte z książki pod tym tytułem, zawierającej 37 takich opowieści.

Michał Rembas

Krzyż, grób megalityczny i malowany kościół

krzyzpokutnyImponujący krzyż pokutny stoi w Stargardzie – przypominać ma o ponurej historii sprzed wieków. To rekordzista – największy krzyż pokutny w Europie i drugi pod względem wielkości na świecie. Mierzy 3,77 metra wysokości (ponad ziemię wystaje około 2,77 metra, a około 90 centymetrów schowanych jest w ziemi), waży dwie tony. Z jednej strony na kamieniu widnieje wizerunek Chrystusa na krzyżu i napis w języku dolnoniemieckim: Boże bądź łaskaw dla Hansa Billeke w roku 1542, z drugiej – inskrypcja: Roku 1542 Hans Billeke został zabity żelaznym prętem przez Lorentza Madera jego matki siostry syna.

megalitPod Krępcewem zachował się megalityczny grobowiec, dzieło społeczności hodowców i rolników, zamieszkującej około 5 tysięcy lat temu Europę Środkową. Ponieważ owa ludność pozostawiła po sobie gliniane naczynia o charakterystycznym wydłużonym kształcie, archeolodzy nazwali ją ludem kultury pucharów lejkowatych. Budowla w Krępcewie wyglądała niegdyś nieco inaczej. Głazy były obstawą nieistniejących już, wysokich do czterech metrów nasypów z gliny i kamieni. Miały je zabezpieczyć przed obsypywaniem.

malunkiwCzachowieW kościółku w Czachowie znajdują się frapujące polichromie sprzed wieków, jak się wydaje, dzieło kompletnego nieudacznika.

Wczesnogotycki kościół w Czachowie to jeden z najstarszych kościołów na Pomorzu Zachodnim, zbudowano go jeszcze na początku XIV wieku z granitowych kamieni.

Transgraniczna awangarda / Grenzübergreifende Avantgarde

Für deutsche Version bitte nach unten scrollen

Wronicki SalomeDr Lidia Głuchowska

Bunt – Ekspresjonizm – Transgraniczna awangarda
Prace z berlińskiej kolekcji prof. S. Karola Kubickiego

W roku 2015 w Muzeum Narodowym w Poznaniu, Muzeum Okręgowym im. Leona Wyczółkowskiego

w Bydgoszczy, Muzeum Józefa Ignacego Kraszewskiego w Dreźnie i Dolnośląskim Centrum Fotografii „Domek Romański” we Wrocławiu zaprezentowana będzie wystawa „Bunt – Ekspresjonizm – Transgraniczna awangarda”. Honoruje ona darowiznę z berlińskiej kolekcji profesora S. Karola Kubickiego, syna polsko-niemieckiej pary artystów awangardowych, Margarete i BUNT Skotarek W, Le Flaneur c 1919Stanisława Kubickich, dla Muzeum Narodowego w Poznaniu i Muzeum Okręgowego im. Leona Wyczółkowskiego w Bydgoszczy. Obejmie ona przede wszystkim ok. 90 ekspresjonistycznych prac graficznych poznańskiej plastyczno-literackiej grupy Bunt. Całe tournee włączone jest do programu Międzynarodowego Triennale Grafiki w Krakowie.

Obok dzieł Kubickich, inicjatorów polsko-niemieckich kontaktów wystawienniczych i wydawniczych, przede wszystkim między poznańską grupą Bunt i czasopismem Zdrój a berlińskimi galeriami i czasopismami Die Aktion i Der Sturm, zaprezentowane zostaną rysunki, pastele, linoryty i prace w technikach wklęsłodruku autorstwa Jerzego Hulewicza, Władysława Skotarka, Stefana Szmaja, Jana Jerzego Wronieckiego i Jana Panieńskiego, które w związku z wystawami grupy Bunt w latach 1918-22 w Berlinie pozostawały BUNT Skotarek Paniktam aż do czasu aktualnej donacji.

Ekspozycji historycznych prac z okresu schyłku I wojny światowej i dwudziestolecia międzywojennego towarzyszyć będą pokazy projektów artystycznych „Refleks” (2014)„Ulotka“ (2015) zainspirowanych twórczością, działalnością i programem grupy Bunt, realizowane przez ok. 30 grafików z Uniwersytetu Artystycznego w Poznaniu i Akademii Sztuk Pięknych im. Eugeniusza Gepperta werocławiu, obejmujące poza pracami na BUNT Skotarek Formypapierze i instalacjami także filmy i wystawy w przestrzeni miejskiej.

W Muzeum Okręgowym w Bydgoszczy odbędzie się konferencja „Bunt a tradycje grafiki w Polsce i w Niemczech” (26.06.2015), a tamtejszą ekspozycję wzbogacą dzieła 7 twórców współczesnych ukazujące ich dialog ze sztuką klasycznej awangardy. W Dreźnie i Wrocławiu zaprezentowana zostanie natomiast instalacja ze szkła i żelaza autorstwa dwojga innych artystów.

12 Wroniecki GebetWystawie towarzyszyć będą 4 dwujęzyczne publikacje, a także wykłady, warsztaty i prezentacje w ramach Nocy Muzeów w Poznaniu (16.05.2015) oraz Wrocławskich Targów Dobrych Książek (3-15.12.2015).

Projekt prezentowany będzie również na 23 konferencji Grupy Roboczej Niemieckich i Polskich Historyków Sztuki i Konserwatorów „Re-konstrukcje. Miasto, przestrzeń, muzeum, przedmiot” (7-10.10. 2015, Instytut Historii Sztuki Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza/ Centrum Kultury „Zamek“ w Poznaniu), służąc popularyzacji wiedzy nt. związków polskich i niemieckich 11 Szmaj Kompozycja Matka cekspresjonistów, a także donacji, tak istotnej dla polskiego muzealnictwa.

Artyści współcześni uczestniczący w odsłonach w Bydgoszczy i Wrocławiu: Andrzej Bobrowski, Agata Gertchen, Małgorzata Kopczyńska, Maciej Kurak, Jacek Szewczyk, Piotr Szurek, Przemysław Tyszkiewicz

Artyści współcześni uczestniczący w odsłonach w Dreźnie i Wrocławiu: Karolina Ludwiczak, Marcin Stachowiak

Dalsze informacje: BUNT-Info-PL

2 BUNT Bobrowski A, Transformation M_S project, 2015a jpgAndrzej Bobrowski Logo wystawy / Logo der Ausstellung

Bunt – Expressionismus – Grenzübergreifende Avantgarde.
Kunstwerke aus der Berliner Sammlung von Professor S. Karol Kubicki

10 BUNT Skotarek, Extasy, c. 1918Im Jahr 2015 wird an mehreren Standorten die Ausstellung „Bunt“ – Expressionismus – Grenzüberschreitende Avantgarde stattfinden: im Nationalmuseum in Poznań, im Leon-Wyczółkowski-Kreismuseum in Bydgoszcz, im Kraszewski-Museum in Dresden sowie im Niederschlesischen Zentrum für Fotografie „Romanisches Haus“ in Wrocław. Anlass hierfür ist eine symbolische Würdigung, welche der Schenkung von Kunstwerken aus der Berliner Sammlung von Prof. S. Karol Kubicki, Sohn der deutsch-polnischen Avantgardekünstler Margarete und Stanisław Kubicki, für das Nationalmuseum in Posen sowie für das Leon-Wyczółkowski-Kreismuseum in Bydgoszcz 9 BUNT Hulewicz J, Genesis, c. 1918zukommen soll. Den größten Teil der ausgestellten Werke bilden ca. 90 expressionistische Grafiken der Posener Künstler- und Literatengruppe Bunt [Revolte]. Die gesamte Ausstellungstour gehört zum Programm der Internationalen Grafik-Triennale in Krakau.

Neben den Werken der Kubickis, der Initiatoren der deutsch-polnischen Kontakte im Zuge der Ausstellungs- und Verlagsaktivitäten – vor allem zwischen der Posener Künstlergruppe Bunt und der Zeitschrift „Zdrój” zu den Berliner Galerien und den Zeitschriften „Die Aktion” sowie „Der 8 BUNT Kubicka, At Hulewicz, c 1917 jpgSturm” – werden Zeichnungen, Pastellbilder, Linolschnitte und Tiefdrucke der Künstler Jerzy Hulewicz, Władysław Skotarek, Stefan Szmaj, Jan Jerzy Wroniecki und Jan Panieński präsentiert. Ihre Werke verlieben – im Zusammenhang mit den Ausstellungen in den Jahren 1918-1922 – bis zur jetzigen Schenkung in Berlin.

Die Ausstellung der historischen Werke des Zeitraums vom Ende 7_BUNT Kubicki S, The lonely man, c. 1919 jpgdes Ersten Weltkrieges bis einschließlich der Zwischenkriegszeit, wird von der Präsentation der Künstlerprojekte Refleks [Reflex] (2014) und Ulotka [Flyer] (2015) begleitet. Inspiriert vom künstlerischen Schaffen, Wirken und Programm der Gruppe Bunt, schufen 30 Grafiker der Kunstuniversität Posen und der Eugeniusz-Geppert-Akademie der Schönen Künste in Wrocław außer Arbeiten auf Papier, auch Installationen, Filme und Ausstellungen im städtischen Raum.

Im Leon-Wyczółkowski-Kreismuseum in Bydgoszcz wird die 6 BUNT Hulewicz Portrait of the artists wife, c 1918Konferenz „Bunt” und die Traditionen der Grafik in Polen und Deutschland (26.06.2015) stattfinden. Die dortige Ausstellung wird durch sieben zeitgenössische Künstler bereichert, deren Arbeiten ihren Dialog mit der Kunst der klassischen Avantgarde darstellen. In Dresden und Wroclaw wiederum wird eine Installation aus Glas und Stahl präsentiert – das Werk von zwei weiteren Künstlern.

5 BUNT Skotarek W, Dance II, 1921 a jpgDas Begleitprogramm zur Ausstellung umfasst vier zweisprachige Publikationen, Vorträge, Workshops, Präsentationen im Rahmen der Nacht der Museen in Posen (16.05.2015) und Beteiligung an der Messe der Guten Bücher in Wrocław (3-15.12.2015).
Das Projekt wird auch auf der 23. Tagung des Arbeitskreises deutscher und polnischer Kunsthistoriker und Denkmalpfleger Re-Konstruktionen. Stadt, Raum, Museum, Objekt (7-10.10. 2015, Institut für Kunstgeschichte 4 Hulewicz J, Der Strahl, c. 1918der Adam-Mickiewicz Universität / Kulturzentrum „Zamek” in Posen) präsentiert und soll zur Wissensverbreitung in Bezug auf die künstlerischen Kontakte zwischen polnischen und deutschen Expressionisten sowie – nicht zuletzt – auch auf den Schenkungsakt zugunsten der polnischen Museen beitragen.

Gegenwartskünstler vertreten auf den Ausstellungsstationen in Bydgoszcz und Wrocław: Andrzej Bobrowski, Agata Gertchen, Małgorzata Kopczyńska, Maciej Kurak,
Jacek Szewczyk, Piotr Szurek, Przemysław Tyszkiewicz

3 BUNT Kubicka M, SelfportraitIV jpg, 1918Gegenwartskünstler vertreten auf den Ausstellungsstationen in Bydgoszcz und Wrocław: Karolina Ludwiczak, Marcin Stachowiak

Weitere Infos: Bunt-Info-D

Jak się poznali Mama i Tata

Napisałam publikując pierwszy tekst Karusi, że to jej harcerskie powiązania sprawiły, że Mama poznała się z Tatą. Karusia i Mama pojechały bowiem na wakacje do Gdańska, gdzie Karusia chciała się spotkać ze swoją przyjaciółką z harcerstwa, Marią Krynicką. Maria Krynicka (z domu Mudryk) była przed wojną naczelniczką harcerek RP, a prywatnie była Ciocią Taty. Tata tam mieszkał, bo (za namową Cioci) studiował w Gdańsku budowę okrętów. No i tak się poznali.

Tata pięknie to opisał w swojej autobiografii Śladami życia.

Dariusz Bogucki

Lato 1947 roku było piękne i gorące, a dla mnie, po pierwszym roku studiów, również bardzo pracowite. Prędko skończyła się wakacyjna laba, wypełniona żeglowaniem. Przyszedł czas na letnią praktykę studencką, na którą przydzielono mnie do Gdyńskiej Stoczni Remontowej. Warunki były tam, ogólnie mówiąc, polowe. Królowała prowizorka i radosna improwizacja, do tego brakowało narzędzi i wyposażenia. Robiłem wprawdzie, co mi kazano, bo mimo wszystko człowiek lepiej się czuł pracując, niż obijając bez zajęcia, ale w sumie praca była męcząca. Niemal równie męczące były dalekie i niewygodne dojazdy. Wracałem na Batorówkę – tak nazywaliśmy dom wujostwa, na ulicy Batorego we Wrzeszczu – zniechęcony i brudny, potwornie zmęczony, a do tego piesko głodny.

Była połowa sierpnia. Dzień minął jak co dzień. Wróciłem do domu, umyłem się i siadłem w kuchni, gdzie babcia Jadwiga podała mi talerz zupy. Byłem głodny jak wilk, nic dziwnego, że poza talerzem reszta świata w ogóle dla mnie nie istniała. No, nie całkiem, bo głowę miałem zaprzątniętą matematyką, nad którą ślęczałem wieczorami. Egzamin poprawkowy wyznaczono na koniec sierpnia, a oblanie go równało się skreśleniu z listy i wyrzuceniu z Politechniki.

W takim stanie ducha jakoś nie dotarło do mojej świadomości, że naprzeciwko mnie przy stole usiadła dziewczyna. Po prostu jadłem i myślałem o matematyce. Dopiero przy drugim talerzu, gdy głód nieco zelżał, zauważyłem, że tam jest. Jadłem dalej, ale matematyka gdzieś się ulotniła. Obserwowałem i rejestrowałem, choć jeszcze nie wiedziałem, dlaczego. Miałem tylko nadzieję, że nic po mnie nie widać.

Chyba za wiele się nie odzywałem, ona zresztą też nie. Wydawała się zamknięta w sobie, nieśmiała i raczej milcząca. Po prostu tam była, a ja nie mogłem oderwać od niej oczu. Tak więc z tego pierwszego spotkania wyniosłem przede wszystkim obraz.

Nieduża, czarnowłosa, o filigranowej figurze. Sprawiała wrażenie czegoś bardzo egzotycznego. I zachwycającego. W istocie, tak zachwycającego i pełnego uroku, że cała reszta cech, które zazwyczaj charakteryzują daną osobę, niemal umknęła mojej uwadze. Jednak nie, utrwalił się nie tylko obraz. Był jeszcze ten uśmiech – trochę jakby smętny czy przepraszający, i sposób bycia, znamionujący dystans do wszystkiego i melancholię, a może brak żywiołowej radości życia.

Następne dni, zamiast zatrzeć, pogłębiły wrażenie z tego spotkania. Było wprawdzie krótkie i dość milczące, jednak smutna dziewczyna tak mnie poruszyła, że postanowiłem przeprowadzić ostrożny, aczkolwiek, jak teraz myślę, zapewne dość niezgrabny wywiad na jej temat. Od babci Jadwigi dowiedziałem się, że ma na imię Irena. Od cioci Marysi wyciągnąłem, że jest krewną pani Karoliny, przyjaciółki cioci z harcerstwa. Najmłodsza kuzynka, Teresa, dorzuciła kolejną garść cennych informacji: dziewczyna studiuje w Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, jej rodzice nie żyją, a do Gdańska przyjechała na wakacje. W niedzielę, po całym tygodniu męczącej praktyki w stoczni, zamiast jak zwykle na jacht, dałem się namówić i pojechałem z Marytą, kolejną kuzynką, do Sopotu na jakąś wystawę malarstwa. Już obejrzeliśmy wszystko i zbieraliśmy się do wyjścia, gdy nagle zobaczyłem, że ona – „moja” dziewczyna – właśnie wchodzi do galerii. Tak mnie to poruszyło, że tym razem postanowiłem działać. Skoro studiuje sztuki piękne, to może wrócimy na wystawę z fachowym przewodnikiem? Maryta bardzo się zdziwiła, ale z tego zdziwienia zapomniała zaprotestować. Przyznam, że pomimo dwukrotnego obejrzenia wystawy, nic z niej nie zapamiętałem, nie potrafiłbym nawet powiedzieć, co to było za malarstwo. Wiedziałem tylko jedno, że nagle, i to bardzo gwałtownie, przekręciła się oś mojego życia, otwierając przede mną całkowicie nowy, nieznany i niezwykle absorbujący świat. Wszystko odbyło się tak jakoś dziwnie niepostrzeżenie, wręcz bezszelestnie i jakby bez mojego udziału, a jednak efekt był piorunujący. Kiedy w parę dni później Irena zjawiła się ponownie na Batorówce, wiedziałem już, że jestem absolutnie po uszy zakochany. Chociaż tak naprawdę nie miałem pojęcia, co to znaczy, ani co mam dalej z tym fantem zrobić. Krótko mówiąc, na jej widok zbaraniałem. Wujostwo mieli wielką tekę grafik Michała Anioła. Chcąc zyskać na czasie, rozłożyłem przed nią na stole dzieła mojego imiennika (nie wiem, czy już wspominałem, że na chrzcie ojciec dodał mi do Dariusza imiona Michał Anioł, zapewne w nadziei, że pójdę kiedyś w ślady mistrza). Jej kazałem oglądać album, a sam… uciekłem do lasu, który był o kilka kroków od domu, zaraz za płotem.

Wróciłem po godzinie z jedynym postanowieniem, jakie mi przyszło do rozkojarzonej głowy. Muszę jej natychmiast o wszystkim powiedzieć. Irena skończyła już przeglądanie albumu i, lekko zdezorientowana, zbierała się do wyjścia, co jeszcze bardziej mnie zdenerwowało. W porywie determinacji oznajmiłem, że mam jej coś niezwykle ważnego do zakomunikowania. Zdziwiła się, ale posłusznie poszła za mną na balkon. Tam jednym tchem wyrzuciłem z siebie, że ją kocham i chcę się z nią ożenić, ale żeby się nie martwiła, bo na pewno zostanę z nią przez całe życie, nie tak jak mój ojciec, który opuścił mamę. Wtedy, po raz kolejny w tak krótkim czasie, cały świat zawirował. Bo ona zarzuciła mi ręce na szyję, a potem nieśmiało wyznała, że też mnie bardzo kocha. Następnie, już bez dalszych zbędnych słów, zaczęliśmy się całować, co tak oburzyło Dżeka, małego foksterierka wujostwa, że zaczął szczekać jak oszalały. Wyjrzała na to ze swego pokoju babcia Jadwiga, chwyciłem więc Irenę za rękę i uciekliśmy do lasu. Długo po tym lesie krążyliśmy, niewiele mówiąc, tylko całując się zapamiętale.

Taki był początek naszego wspólnego życia.

***
I rzeczywiście – nie opuścił jej aż do śmierci.

Na zdjęciach poniżej owe teczki z reprodukcjami dzieł Michała Anioła. Posiadam je do dziś.

sixtina-Deckemale DasJuengste-Gericht-male medici-KapellemaleZa tydzień uzupełnienie czyli wpis o Cioci Marysi.

 

W górę rzeki (21) – odcinek ostatni

Zbigniew Milewicz

Zataczanie koła

Zdania na temat tego, co ja tutaj wypisuję, są wśród moich czytelników podzielone. Mój przyjaciel Edmund na przykład uważa, iż sporo dowiaduje się o mnie z tych tekstów, ale że nadmierną szczerością mogę sobie i innym zaszkodzić. Cóż, na papieża nie będę już kandydował, do polityki też mnie nie ciągnie, a wiele osób, o których piszę już nie żyje, więc ani im nie pomogę, ani tym bardziej zaszkodzę. Zdecydowanie więc bliższy jest mi brat Zdzich, jako czytelnik, ponieważ umie się posługiwać zarówno batem, jak i marchewką. Przyjmuję więc od niego do wiadomości, że ojciec faktycznie miał problemy z kręgosłupem (o czym wspominałem w 18 odcinku), po tym, jak próbował bosakiem wyrwać kawał drewna ze strawionego pożarem komina fabrycznego, niedaleko ich domu na Goleniowskiej. Runęło to na ojca i uszkodziło mu dwa kręgi, chodził później kilka miesięcy w gipsowym gorsecie.

Rodzina Hamplów-rok 1914To ostatni wpis, tym razem zatem Autor podsuwa nam zdjęcia najróżniejsze, nadesłane przez rodzinnych Czytelników,  przypominające różne wpisy z ostatnich kilku miesięcy.
Tu: rodzina Hamplów, rok 1914. W pierwszym rzędzie od lewej prababcia Anna, dzieci: Emilia, Truda, Marika, Teo, Greta i pradziadek Tomasz. W drugim moja babcia Jadzia, Karol, Lena i Willi.

To były, jak mówi Zdzich, chude lata, w domu nie było czym palić w piecach, a ojciec robił, co było w jego mocy, żeby zapewnić rodzinie byt. Potwierdza, że miał on pewne maniery wschodniego satrapy, ale takie wzorce wyniósł z wileńskiego środowiska, w którym wyrastał. Próbował je zmienić, przeflancować na niemiecki styl życia, który mu imponował i miały mu w tym pomóc jego żony. Najpierw moja mama – pochodziła ze Śląska, który był dla ojca ucieleśnieniem germańskości. Później Celina, Pomorzanka, z prawdziwymi, niemieckimi korzeniami. Zdzich wspomina, że ojciec kupił sobie książki do nauki języka niemieckiego i przy wsparciu mamy Celiny opanował go do tego stopnia, że sobie później w domu czasami rozmawiali po niemiecku. Bardzo mu imponowała ta kultura, ale starych, wschodnich nawyków nie dało się całkowicie wykorzenić.

Komunia swietejGrety1916-z lewej babciaI Komunia święta Grety. Obok babcia.

Kiedy pożegnaliśmy ojca, jego miejsce zastąpiły opowieści o tym, jaki był. Zawsze starosłowiański, patriarchalny otec, nigdy tata, czasem tylko Terenia, żona Zdzicha tak o nim mówiła. Legenda łagodziła jednak jego rysy. Przed pierwszymi Zaduszkami namówiłem mamę Ninę na podróż maluchem do Wrocławia. Samochód był prezentem dla młodej pary od mojego dobrego teścia Mariana. Zgodziła się, ale odniosłem wrażenie, że robi to tylko dlatego, aby nie sprawić mi przykrości. Była już na emeryturze i po pierwszym zawale serca, kardiolog uważał, że wcześniej mogła zignorować lżejsze ataki, więc zalecał jej, żeby do maksimum oszczędzała się emocjonalnie i fizycznie. Interpretowała te zalecenia po swojemu, uważała, że człowiek jest tyle wart, ile potrafi zrobić dla innych. Nadal służyła wielu ludziom bezinteresownie dobrą radą, pisała im pisma do urzędów, tłumaczyła listy z niemieckiego na polski i na odwrót. Po śmierci babci gotowała Irce obiady i prała jej rzeczy, w niedzielę wszyscy gościliśmy na Dębowej, przepisywała moje teksty na maszynie, bo przecież umiała to robić lepiej ode mnie, potrafiła wcześnie rano wyjść mi na spotkanie z drugim śniadaniem, na most kolejowy, jak jechałem do redakcji. Kiedy dostałem wilczy bilet jako dziennikarz, oczywiście martwiła się, ale udawała spokojną. Martwiła się, że ma niską emeryturę i nie potrafi dzieciom finansowo pomóc, że jesteśmy na garnuszku moich teściów. Przy tym wszystkim niestety wypalała sporo papierosów, do mocnej kawy, parzonej po turecku.

Rok 1918-slub cioci Heleny- wujka AdolfaRok 1918 – ślub cioci Heleny i wujka Adolfa

Kiedy wychodziliśmy z osobowickiego cmentarza, powiedziała, że więcej już tutaj nie przyjedzie, co wytłumaczyłem sobie po swojemu, że lepiej było nie zabierać chorej mamy w tę podróż. Chyba na wiosnę następnego, 1984 roku, zmarł w Chorzowie, w bardzo sędziwym wieku wujek Adolf, mąż siostry babci, cioci Heleny. Był to człowiek ogólnie lubiany w rodzinie, znany z dowcipu, zamiłowania do płci pięknej i dobrych trunków, stary marynarz pruskiej floty wojennej. Pojechaliśmy z mamą na pogrzeb, później, na rodzinnym spotkaniu, które odbyło się w domu, w którym wujek mieszkał, powiedziała mi pogodnie: popatrz Zbysiu, zatoczyłam koło, tutaj się urodziłam.

ostatnie-wspolne-zdjecie-od lewej Irka-mama Nina-ja-MirkaOstatnie wspólne zdjęcie: Irka, Mama Nina, Autor i jego żona, Mirka

Na początku września, za swoją część skromnego spadku po ojcu kupiłem bilet na statek handlowy, który płynął do Syrii. Kilka dni po rozpoczęciu rejsu kapitan powiadomił mnie, że dostałem telegram – nagle zmarła moja mama. Znajdowałem się wtedy na Morzu Północnym, na którym szalał sztorm. Przeszkodził mi w przeprawie szalupą na kontenerowiec, wracający kontrkursem do Gdyni i nie byłem na pogrzebie mamy. Cały ciężar obowiązków, związanych z pochówkiem wzięła na siebie moja dzielna żona Mira, sporo pomógł jej nasz przyjaciel domu Lolek, ale dla mnie świat się wtedy w ogóle zawalił.

Opis zdjec w oryginale- nie wiem czyjego autorstwaKtoś, ale nie wiadomo kto, opisał te zdjęcia. Po niemiecku.

Sady Pradziadka – album kresowe

Ach ci autorzy…

Oddałam Andrzejowi Rejmanowi poniedziałki, żeby opowiadał o rodzinie, a on tymczasem, proszę, co mi przysłał – furę zdjęć i taki oto tekst:

… mało jakoś czasu miałem aby coś napisać …

______________

Krajobrazy kresowe…

Byłem kiedyś na wystawie zdjęć Zofii Chomętowskiej (Dom Spotkań z Historią, Warszawa) – coś pięknego!
Uderzyło mnie podobieństwo krajobrazów, ujęć, fryzur, ubrań, postaci… do zdjęć, które posiadam we własnych zbiorach rodzinnych.
Nic dziwnego! Toż to przecież przedwojenne Kresy!
Dziadek miał aparat od początku ubiegłego wieku, fotografował wszystko, zwłaszcza podczas swoich podróży naukowych (był geologiem) – ale to temat na oddzielną historię. Potem zdjęcia robiła moja mama, mam więc czym się teraz podzielić. Na razie kilka krajobrazów “Kresowych”.

Tu te zdjęcia

Po moich niedowierzających mailach Autor odparł,  że tak ma właśnie być, ale po namyśle dodał jeszcze muzyczną ciszę i wiersz Marii, córki Adama.

Maria Hrebnicka była później malarką, w 1908 miała najwyżej 16 lat, a może i mniej. Wtedy rodzina mieszkała w Petersburgu.
Ten wiersz to nie jest szczyt literacki:-), jakieś tam nawet może są błędy ortograficzne – czy “głuchy” pisało się “głóchy” w 1908 roku??
O Marii kiedyś napiszę oddzielnie, bo jej piękne obrazy wiszą w Muzeum w Raju.

skanwierszaJulii

 

 

 

 

 

 

 

Miłość i tęsknota  

Tęsknota bezbrzeżna, tęsknota jak morze,
Jak śnieżne polany rozległa,
I miłość bezmierna, jak nieba przestworze,
Po sercu się mojem rozbiegła.
I smutek swym skrzydłem przesłonił me oczy
I czarnym welonem zawiesił mi świat…
Fortuny koło nierówno się toczy,
I często mróz ostry warzy wiosny kwiat.
A płomień w mej duszy głęboko tak pała,
Jak skarb ukryty wśród kamiennych skał…
Jak perłę swą muszla przysłania białą
Tak smutek przysłonił ognia tego żar.
Szarą się przędzą wokoło mnie wlecze,
Smutny rozciągły, szary, głuchy dzień,
Boleść przeszywa me serce jak miecze,
I tylko miłość gasi smutku cień.
Tęsknota i miłość me serce osnuły.
Wspólnie tam rządzą potęgi te dwie,
I obie razem tak się doń przykuły,
Że każda niem miota tak, jak sama chce.

1908, wiosna, Petersburg

Gra o tron

graotronV

Wiem, podobno jest feministyczna dyskusja (dyskurs – jak to się dzisiaj nazywa w postmodernistycznej nomenklaturze naukowej) na temat, czy prawdziwa emancypowana kobieta powinna oglądać Grę o tron. Nie wiem, spóźniłam się z oglądaniem o spory szmat czasu – wciąż jeszcze oglądam drugą serię (w prawidłowej nomenklaturze – sezon), a tu właśnie wchodzi na ekrany telewizorów sezon piąty i ostatni – spóźniłam się więc również na dyskurs feministyczny.

Wiem jednak, że od wielu tygodni, w soboty, najpierw szwendamy się z przyjaciółką po mieście, potem zjadamy obiad bezmięsny, bezrybny, bezglutenowy i w ogóle bez, a potem zasiadamy w fotelach, oglądamy po dwa odcinki Gry o tron i jest po prostu pięknie!

“Gra o tron” wraca już 13 kwietnia. Jutro o 3 w nocy!

Nowy sezon nagrodzonego Emmy i Złotymi Globami kultowego serialu HBO Gra o tron pojawi się 13 kwietnia – po raz pierwszy w historii jednocześnie w Stanach Zjednoczonych i w Polsce. Polscy widzowie będą mogli obejrzeć pierwszy odcinek piątego sezonu Gry o tron w nocy z 12 na 13 kwietnia o godz. 3.00 nad ranem w HBO i HBO GO. Pierwszy odcinek będzie również wyemitowany w poniedziałek, 13 kwietnia o godz. 22.00 w HBO. Dodatkowo ten odcinek będzie odkodowany w serwisie HBO GO.

Se­rial Gra o tron jest ad­ap­ta­cją sagi fan­ta­sy Geo­r­ge’a R.R. Mar­ti­na Pieśń Lodu i Ognia, w któ­rej po­li­ty­ka i seks prze­pla­ta­ją się w pro­wa­dzo­nej przez sie­dem rodów walce o kon­tro­lę nad kró­le­stwa­mi We­ste­ros. W pią­tym se­zo­nie Jon Snow stara się po­go­dzić obo­wiąz­ki w Stra­ży Noc­nej ze służ­bą na rzecz nie­daw­no przy­by­łe­go na dwór Stan­ni­sa Ba­ra­the­ona, który ty­tu­łu­je się pra­wo­wi­tym kró­lem We­ste­ros. W tym samym cza­sie Cer­sei za wszel­ką cenę chce utrzy­mać wła­dzę w Kró­lew­skiej Przy­sta­ni, gdzie za­gro­że­niem dla niej są Ty­rel­lo­wie i re­li­gij­na sekta, któ­rej prze­wo­dzi ta­jem­ni­czy Wiel­ki Wró­bel. Ja­imie wy­ru­sza na se­kret­ną misję. Na­to­miast na dru­gim krań­cu Wą­skie­go Morza Arya szuka sta­re­go przy­ja­cie­la, a zbie­gły Ty­rion znaj­du­je w swoim życiu nowy cel. W Me­ere­en robi się coraz bar­dziej nie­bez­piecz­nie. Da­ene­rys prze­ko­nu­je się, że obro­na mia­sta bę­dzie wy­ma­gać od niej wiel­kie­go po­świę­ce­nia.

O długowieczności…

Ewa Maria Slaska

Sto lat z kotami…

Pamięci Wujka Mietka

Był rok 1988. Poszłam z synem do Martin Gropius Bau na wystawę Stationen der Moderne. Die bedeutendsten Kunstausstellungen des 20. Jahrhunderts in Deutschland. Niedawno przyjechaliśmy z Polski i dla niego, wówczas ucznia podstawówki, ta wystawa była pierwszym zetknięciem z wielkimi nazwiskami nowoczesnej sztuki światowej. A i ja, mimo że coś już w życiu widziałam, z zachwytem krążyłam pomiędzy Calderem, Maxem Ernstem i Georgią O’Keeffe. Ale mały człowiek, jak to mały człowiek, zauważa inne rzeczy niż widzą dorośli, sowę na drzewie w parku, słonia na ulicy w Berlinie. Na wystawie okazało się, że malarze długo żyją. Popatrzyłam zdziwiona i powiedziałam – archeolodzy długo żyją. Nieprawda, malarze, odparł mały człowiek i zapowadził mnie przed obraz Georgii O’Keeffe. Urodziła się w roku 1887, czyli wtedy, gdy moja Prababcia kończyła właśnie szkołę, zmarła przed dwoma laty, w roku 1986 czyli z naszego ówczesnego punktu widzenia teraz. Malarze długo żyją. Krążymy po wystawie i sprawdzamy. Emil Nolde, 89 lat, Erich Heckel, 87 lat, Henri Matisse, 85 lat, Joan Miro, 90 lat, Marcel Duchamp, młodzik, 81 lat, Pablo Picasso, 92 lata. Salvador Dali, 85 lat. W XXI wieku ludzie po osiemdziesiątce nie są już taką rzadkością, ale jeszcze te 30 lat temu malarz, który dożył tego wieku, był (tak się nam wydawało) zgrzybiałym starcem.

Ale setka to nadal dużo, a nawet bardzo dużo. W literaturze niemieckiej wieku Matuzalema dożył Ernst Jünger. Urodził się w roku 1895, wtedy co mój Dziadek, zmarł w roku 1997, gdy mój syn już studiował. Pamiętam, że gdy skończył sto lat, niemiecka firma energetyczna zwolniła go z opłat za prąd. Był do końca sprawny intelektualnie, podróżował, pisał. W roku 1986 pojechał do Kuala Lumpur, by – po raz drugi w życiu – zobaczyć kometę Halleya. Georgia O’Keeffe miała ponad 80 lat, gdy wyruszyła w pierwszą swoją podróż dookoła świata i zmieniła styl malowania. Maryna Over zwróciła mi uwagę na kolejnego stulatka: Will Barnet urodził się w roku 1911, zmarł trzy lata temu w wieku 101 lat. Malarz i grafik, wykładowca, przedstawiał w swym wykreowanym świecie siebie, swoją żonę, córkę i ich zwierzęta. Koty! Ale też ptaki i psy. Krytycy twierdzą, że mimo tych absolutnie codziennych biograficznych odniesień Barnet był artystą, który pozwalał nam doświadczyć tego, co uniwersalne, w tym co prywatne. Nie wiem, za mało o nim wiem, ale jeśli uniwersalne jest też “moje”, Barnet był na pewno “moim uniwersalistą”.

Will Barnet2razem Will Barnet2

PS. I jeszcze ciekawostka – w ubiegłym roku Sotheby sprzedał White flower, obraz Georgii O’Keeffe, za 44 miliony dolarów, co uczyniło ją najdrożej “sprzedaną” malarką na świecie.

W harcerstwie po wojnie bolszewickiej

Z jakiegoś względu Karusia dołączyła do wspomnień z okresu II wojny światowej jeden tekst o tym, co jako harcerka robiła w Warszawie w roku 1920, zaraz po zakończeniu wojny bolszewickiej. Tekst zatytułowany jest Chmielna 26. Warto mieć na uwadze, że Karusia urodziła się w roku 1899  i gdy zajmowała się rozhulaną gromadką chłopaków na Chmielnej – miała lat 21.

I – jak to życie dziwne przypadki zarządza – pod tym samym adresem w kilka lat później brat Karusi, Stefan Lubliner, dziennikarz, prowadził agencję wycinków prasowych, WIP – Warszawską Informację Prasową. Zbierał informacje z gazet zagranicznych, tłumaczył, przepisywał i rozsyłał je do redakcji i urzędów w Warszawie, w tym do Sejmu i MSZ, a także rozsyłał przetłumaczone wiadomości z Polski do korespondentów zagranicznych. Zatrudniał około 10 osób, głównie tłumaczy i maszynistki. Tyle że Karusia zajmowała się chłopakami w oficynie, a Stefan prowadził biuro od frontu.

W sieci znajduje się informacja, że WIP wydawał Sprawy Polityczne i Wiadomości Ukraińskie, opublikował też komunikat specjalny, poświęcony życiu wszystkich stronnictw politycznych w Polsce w latach 1918-1939.

Karolina Lubliner-Mianowska (Karusia)

Karusia16-Chmielna-1-mala Karusia17-Chmielna-2-mala

***

Karusia zajmowała się chłopakami na Chmielnej przez kilka miesięcy, ale jej tekst przypomniał osobę wujecznego Dziadka Stefana i jego biura w domu, którego nie ma, a które mieściło się tam przez lat wiele, może nawet 20. Chmielna, kiedyś ulica w połowie żydowska, pełna małych sklepików, a w połowie elegancka, a potem najsłynniejszy w PRL-u deptak handlowy, przestała istnieć. Na miejscu kamienicy numer 26 mieści się nowy budynek autorstwa Lucjana Rosa. W sieci Chmielna wymieniana jest jako jedna z najdroższych ulic w Polsce, ale jednocześnie miłośnicy Warszawy się skarżą, że ulica jest martwa, nieciekawa, zaniedbana i wszystko tu podupada. Wpisy z tekstami Karusi zakończę więc zupełnie anachronicznym akcentem:

Ballada o Chmielnej

słowa Agnieszka Osiecka, śpiewa Alina Janowska

Ach, co to była za ulica…
Panie, to jeszcze jest ulica.
Niech pan się przejdzie raz po Chmielnej
wieczorem przy świetle księżyca.

Panie, w tej bramie – trzecia z lewej –
koło gnojówki stał cadillac.
Ten facet, co go miał, to świnia,
powinien za to dawno siedzieć,
ale nie będzie siedzieć, panie
pan wie, z kim on dziś jadł śniadanie?

Pan słyszał – Chmielnej ma już nie być,
Chmielnej ma nie być już.

W górę rzeki (20)

Zbigniew Milewicz

Przychodzimy, odchodzimy…

Piosenką o takim tytule kończyli zwykle swój występ artyści Piotra Skrzyneckiego, z krakowskiej Piwnicy Pod Baranami, w moich dawnych, studenckich czasach. Dźwięczała mi w uszach przy pisaniu tego odcinka, więc pożyczyłem sobie jej słowa, bo pasują do tekstu. Prąd rzeki zniósł mnie już na rozlewiska w pobliżu ujścia i pora będzie pomału kończyć opowieść, ale wcześniej chciałbym jeszcze – przynajmniej szkicowo – wspomnieć o kilku ważnych wydarzeniach, które wywarły wpływ na moje dalsze życie.

Dziadek Erwin odszedł w wieku 77 lat, babcia Jadzia przeżyła go o 6 lat. W ostatnim okresie życia złagodniała, stała się bardziej wyrozumiała dla otoczenia. Po wylewie nie umiała się już poruszać bez laski, jednak umysłowo nadal była sprawna. Niektórzy w to powątpiewali, bo nagle stała się bardzo hojna, swoim ulubieńcom w rodzinie zaczęła rozdawać różne precjoza, które nagromadziła w ciągu swojego życia, kto jej mógł tego zabronić. Mieszkały z Irką przy ulicy Marchlewskiego w Tychach, niedaleko mojej mamy. Ich M-3 wymagało różnych, technicznych przeróbek, którymi zajmował się między innymi najmłodszy brat dziadka, wujek Feliks. Kiedy czas mi na to pozwalał, starałem się mu pomagać. Niewysoki mężczyzna o krzaczastych brwiach, szopie posiwiałych włosów i bulwiastym nosie, szybko zorientował się, że synek nie mo grajfki do techniki i zamiast przeszkadzać mu przy robocie, byłem za zaopatrzeniowca. Ze sklepu piwo mu przynosiłem, albo jakieś brakujące narzędzia, śrubki i nakrętki z piwnicy, jeszcze dziadkowe. Do pomocy przy sprzątaniu mieszkania przyjeżdżała, jak dawniej, ciocia Gryjta z ulicy Polnej w Chorzowie, już zupełnie zgarbiona i pomarszczona, ale nadal zadziwiająco żwawa i religijna starowinka. Na ciocię Irkę przy domowych zajęciach już nie można było liczyć. Kierowała teraz jednym z działów w Tyskiej Fabryce Serów i kiedy przychodziła z pracy, cały czas poświęcała czytaniu tych swoich romansów. Miała za sobą jeden nieudany związek małżeński, tam gdzie mogła zrobić dobrą partię coś poszło wspak, więc stała się zgorzkniała i jeszcze bardziej opryskliwa w obejściu.

Kasia z AniaKasia z Anią

Babcia doczekała się mojego ożenku z Kasią, który przypadł na początek 1974 roku. Wcześniej wydreptałem u gospodarza Śląska, generała Jerzego Ziętka, spółdzielcze M-3 w Tychach i tam uwiliśmy sobie małżeńskie gniazdko. Oczywiście ożeniłem się z miłości, inaczej być nie mogło i na Mikołaja dostałem piękny prezent, córeczkę, której daliśmy na imię Anna Maria. Trzy lata chodziliśmy z Kasią przed ślubem, zjedliśmy razem małą beczułkę soli, ale nie potrafiliśmy później ułożyć sobie wspólnego życia; formalny związek trwał bardzo krótko, zaledwie około roku. Babcia, pamiętam, była jedyną osobą z kręgu moich najbliższych, która namawiała mnie do cierpliwości i wycofania pozwu rozwodowego. Tej wytrwałości, jak w dawnych latach przy domowym pianinie, niestety mi zabrakło. Nie starczyło też wiedzy i doświadczenia w poskramianiu złośnic, niewątpliwie jednej z trudniejszych sztuk życiowych…

W kopalni Siemianowice- reportazPan reporter w pracy. W kopalni Siemianowice “na reportażu”

Pracowałem wtedy już w redakcji Dziennika Zachodniego w Katowicach, jako szpunciarz w kronice miejskiej i reporter sądowy. Było to zdecydowanie lepsze zajęcie od grzania stołka w państwowej administracji i organizowania widowni w teatrze Wyspiańskiego, którym poświęciłem po studiach pierwsze dwa lata życia zawodowego. Dziennikarstwo dawało mi satysfakcję, chciałem się tu doskonalić i rozwijać, ale jest to temat na inną okazję. Podobnie jak moje drugie małżeństwo, z Mirą, którą poznałem kilka lat po rozwodzie z Kasią. Wytrzymało długo, dwie dekady, z tego związku mam dwóch dzielnych synów.

Niedługo po naszym ślubie, latem 1982 roku, po raz pierwszy odezwał się Zdzich, mój starszy brat po mieczu. Zadzwonił do mamy Niny z uzdrowiska w Wiśle, w Beskidzie Śląskim, gdzie przebywał z żoną Terenią i dziećmi na wczasach. Powiedział, że wie od cioci Marii, ile mamie zawdzięcza, więc postanowił ją odnaleźć, spotkać się i podziękować. Miał szczęście, po rozwodzie ze Stefanem, moim ojczymem, mama wróciła do pierwszego, ślubnego nazwiska, dalej mieszkaliśmy na Śląsku i w domu na Dębowej był telefon, a co za tym idzie – adres w książce telefonicznej, którą wertował w domu wczasowym. Pojechaliśmy do Wisły w czwórkę – moja mama Nina, Irka, Mirka i ja. Plus czworonóg cioci, Filip. Kilkumiesięczny synek został pod opieką mojej kochanej teściowej – to wcale nie żart – mamy Meli z zagłębiowskiego Modrzejowa. Zdzich czekał na nas na peronie, razem z żoną i synami, 11-letnim Krzysiem i 5-letnim Sławkiem. Dziwne było przywitać się na niedźwiedzia z ludźmi, których widzisz pierwszy raz na oczy, ale lody szybko stopniały. Przyjechali w Beskidy z Gryfina, pod Szczecinem. Mój brat miał tam mieszkanie zakładowe z elektrowni Dolna Odra, gdzie pracował jako starszy mistrz. Z okazji naszego spotkania Zdzich z Terenią wydali miłe, skromne przyjęcie w kawiarni domu wczasowego, które zapoczątkowało serię następnych spotkań.

Na dworcu w Wisle mama Nina ze Zdzichem i ZbychemMama Nina ze Zdzichem i Zbychem na dworcu w Wiśle

Po zakończeniu turnusu przyjechali do Tychów, gdzie z kolei my staraliśmy się ich ugościć po staropolsku. Później mama została zaproszona do Gryfina, wtedy spotkała się także z ciocią Marią, która mieszkała na szczecińskiej starówce i z Celiną, drugą żoną naszego ojca, na Dunikowskiego. Wróciła do Tychów zmęczona, ale cieszyła się, że odbyła tę podróż. Po niej my z Mirą pojechaliśmy na Północ, gościliśmy u Zdzicha i Tereni i poznaliśmy pozostałych braci: Mariusza, Ryszarda i Edwarda, ich bliskich oraz przyjaciół i wszędzie były to progi nadzwyczaj gościnne. Wszyscy bracia mieli konkretne, techniczne zawody i poza najmłodszym Edwardem, także już swoje rodziny. W międzyczasie odbyły się chrzciny mojego syna i Zdzich został ojcem chrzestnym.

Od lewejMariuszEdwardZdzich-Ja- Ryszard-SlawekOd lewej Mariusz, Edward, Zdzich, Zbych, Ryszard – mały na dole to Sławek

Tamten bogaty dla mnie w wydarzenia 1982 rok poprzedziła inna, pamiętna data, wprowadzenie stanu wojennego w Polsce. Wszystkie publiczne media zostały zawieszone, a ich pracownicy otrzymali okolicznościowe urlopy, aż do odwołania. Po ciekawej, kilkumiesięcznej próbie sił w Rozgłośni Polskiego Radia na Ligonia, pisałem wtedy w katowickiej popołudniówce, redakcji Wieczoru . Kiedy nadeszła weryfikacja dziennikarskich kadr, z politycznych powodów znalazłem się za burtą (Alles ist eine Reise), czyli znów pogruchotało mi trochę kości. Dziadek Erwin, w poprzednim wpisie, sierdził się na komunę nie bez powodu.

Mój ojciec nie mieszkał już wtedy w Dąbiu. W latach 70 drugi związek małżeński rozsypał mu się, jak i pierwszy, Szczecin mu obrzydł, i tata wyjechał do Wrocławia. Tam zatrudnił się jako kierowca w pewnym przedsiębiorstwie budowlanym i zamieszkał w hotelu robotniczym, w dzielnicy Psie Pole. Na ojcowiźnie, na Goleniowskiej, urządził się syn Mariusz z rodziną, a kiedy pod koniec lat 80 wyjechali do Niemiec, włości przejął Ryszard, kiedy rozstał się z żoną Danką. Dotąd mieszkali z córeczką Olą u teściowej, na pobliskiej ulicy Nysy. Na początku lipca 1983 r. dostałem od braci wiadomość, że zmarł nasz ojciec. Pojechaliśmy do Wrocławia załatwić niezbędne formalności i pochowaliśmy go na cmentarzu w Osobowicach.

ojciec-tereniaZdzichKrzysJedno z ostatnich zdjęć ojca – po lewej Terenia, po prawej Zdzich i Krzyś

Rzeczy, które zostawił po sobie na Psim Polu, z łatwością zmieściliśmy w naszych podręcznych bagażach. Siemistrunnaja gitara przypadła w udziale Mariuszowi, albo Ryszardowi, już nie pamiętam dokładnie, któremu z nich, ja powiedziałem, że chcę dostać jego ciepłą, zieloną kurtkę z wojskowymi pagonami, i była moja. Nosiłem ją później aż do zdarcia, najwyraźniej mieliśmy z ojcem podobny gust jeżeli chodzi o ubiór. Tylko on bardziej niż ja dbał o swój wygląd. Na Goleniowskiej miał w odrzwiach zamontowany drążek, na którym regularnie ćwiczył i kiedy na mnie patrzył, pytał rzeczowo: Zbyszku, a po co ci ten śmietnik? Znaczy brzuch, choć mnie się wtedy wydawało, że w ogóle go nie mam. Ojciec stronił od kościoła, a jednak wśród przedmiotów, które zostawił po sobie, znalazłem obrazek Chrystusa Zmartwychwstałego, taki, jaki dostaje się od księdza po kolędzie. Pamiętam, że mocno mnie on zaskoczył i wzruszył. Położyłem go ojcu na piersi, zanim zamknięto wieko trumny.

***
Przypis od Redakcji. Autor pisze w tekście „do Tychów”, co wstrząsnęło duszą redaktorki, aliści… Proszę poczytać