W górę rzeki (17)

Zbigniew Milewicz

Rok 1963

Licealista początku lat 60 nie miał tak lekko jak dzisiaj jego wnuk, jeżeli chodzi o szkolną dyscyplinę. Nauczyciele zwracali uwagę na schludność wyglądu uczniów, ich fryzury, szkolne tarcze na rękawach ubrań, dziewczyny musiały nosić granatowe fartuszki „do kolan“ z białymi kołnierzykami, a chłopcy, przy większych okazjach – garnitury i krawaty. Te na szczęście były wtedy w modzie. Któregoś dnia doszedł nam nowy rygor: nie ma żadnego chodzenia po kawiarniach i późnym wieczorem po mieście, chyba, że w towarzystwie dorosłych.

Z dyrekcją liceum, która wydała te zarządzenia, nie było sensu ani zwyczaju dyskutować, szkoła miała jeszcze swój autorytet. Można było natomiast próbować obchodzić niewygodne i  – co tu dużo mówić – nieludzkie przepisy. Tarczę mocowało się przy pomocy plastra do agrafki, zamiast przyszywać ją na fest do ubrania, fartuszek koleżanki zostawiały po lekcjach w szatni, skromna bluzeczka znikała w torbie z książkami, a na światło dzienne wychodził seksowny, różowy sweterek, który kuzynka przysłała z RFN. Największą trudność sprawiał  wybór właściwego lokalu na randkę. Kawiarnia Malinowa w ogóle nie wchodziła w rachubę, była zbyt blisko budy i belfrowie lubili w niej bywać. Pozostawała Delta albo Nasza. Kiedyś wybrałem Deltę i miałem pecha, bo ledwo usiedliśmy przy stoliku, a tu wchodzi do kawiarni nasz chemik, prof. Szarszaniewicz w towarzystwie jakiejś kobiety. Udawał, że mnie nie widzi, ale przy najbliższej okazji w szkole nie omieszkał zapytać, co tam robiłem i w czyim byłem towarzystwie. Na szczęście dziewczyna siedziała tyłem do niego i nie mógł widzieć jej twarzy. Skłamałem więc, że to była moja ciocia Irka, za złamanie zakazu groziło obniżenie stopnia z zachowania. Profesor znał ciocię, w swoim czasie także uczył ją chemii, podobnie, jak prof. Jazowy – łaciny. Wtajemniczyłem ją zatem w szczegóły afery i poszła na najbliższą wywiadówkę, zamiast mamy. Ciocia Irka umiała kłamać jak z nut, tylko że stary, kresowy lis też o tym wiedział, niby uwierzył, że to ona towarzyszyła mi w Delcie, ale do końca liceum miałem u niego przechlapane. Hrabia, co psy obrabia – docinał mi, kiedy nie radziłem sobie z ćwiczeniami na lekcjach, ale chemika mimo wszystko nie można było nie lubić.

mama-ciociairka-pomaturzeZ chwilą zdania egzaminu dojrzałości cały ten balast ograniczeń przestał nas, młodych ludzi, obowiązywać. Kiedy przyszedłem ze Słowaka na Wesołą, mama usadowiła mnie na fotelu w gabinecie, uroczyście poczęstowała wawelem z ozdobnej, drewnianej papierośnicy i podała mi kieliszek wina. Pamiętam, że był to tokaj aszu. Domyślała się, że od pewnego czasu podpalam papierosy, a na prywatkach, na które wprawdzie rzadko, ale chadzam, pija się nie tylko oranżadę. Było mi wtedy – pamiętam – bardzo niezręcznie z tymi atrybutami dorosłości.

Mama i Ciocia Irka ze świeżo upieczonym maturzystą

Na temat mojej przyszłości w domu nie rozmawialiśmy. Mama niczego mi nie sugerowała, nawet swoją ulubioną metodą między wierszami , chciała, żebym sam podjął decyzję, a ja do końca nie wiedziałem, co chcę robić. Najpierw postanowiłem, że złożę podanie do Wyższej Szkoły Morskiej w Gdyni, ale na przeszkodzie stanęły wysokie wymagania w zakresie nauk ścisłych. Później zobaczyłem siebie na scenie zawodowego teatru. Za radą profesora Gurgacza zacząłem przygotowywać na egzamin początek Popiołów Stefana Żeromskiego, Ogary poszły w las… Chciałem też zadeklamować którąś z mickiewiczowskich ballad a na improwizację pokazać np. jak krótkowidz nawleka igłę nitką, ale w międzyczasie pojawił się wątek łapówki dla kogoś ważnego z komisji egzaminacyjnej, bez której podobno trudno było zdać. Z tzw. wiarygodnych źródeł wynikało, że oczekiwana jest suma rzędu 30 tysięcy złotych, takiej kwoty w domu nie było.

Zdjęcie poniżej: Autor w wawelskim grodzie

Na wawelskim wzgórzu...Mama milczkiem zaczęła się więc rozglądać za jakimś ciepłym stołkiem dla mnie w administracji, w której miała kontakty, kiedy ją zaskoczyłem. Za pięć dwunasta złożyłem podanie na studia, na Wydziale Filologii Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie, w katedrze slawistyki, zdałem egzaminy wstępne i zostałem studentem I roku. W tamtym czasie Polska dopiero otwierała się na zagranicę, wycieczka nad ciepłe morze w Bułgarii była równie egzotyczna, co dziś na Hawaje. W nagrodę za zdaną maturę mama zafundowała nam obojgu wyjazd do Złotych Piasków i tam poznałem Bubę, piękną dziewczynę z Sofii, w której oczywiście zakochałem się od pierwszego wejrzenia. Ogólnie bowiem byłem chłopię kochliwe. Kiedy więc później pytano mnie, dlaczego postawiłem na bułgarystykę, w sumie mało praktyczny kierunek studiów, zawsze zwalałem na Bubę, argumentując, że miłość jest ślepa. Teraz przyznam się, że wierutnie kłamałem, bo dokonałem tego wyboru jeszcze przed wyjazdem nad Morze Czarne. Nie wyszło mi ze szkołą morską i teatralną, więc postawiłem na miłą mi cyrylicę, którą zaszczepiła mi pani Żurkowa w podstawówce. Najchętniej poszedłbym na rusycystykę, ale tam przypadało piętnastu kandydatów na jedno miejsce, a na slawistyce tylko bodaj siedmiu, wolałem nie ryzykować. Chciałem dostać się na studia w Krakowie. Po pierwsze były one nobilitacją, szansą na wyfrunięcie z Chorzowa, na usamodzielnienie się w mieście, przed którym Śląsk zawsze zdejmował czapkę. Mogła ciocia Irka skończyć swoją akademię rolniczą w Cieszynie-Olsztynie, chciałem i ja pokazać, że nie jestem głupszy. Mama gotowa była to finansować. Alma Mater Jagiellonica obchodziła właśnie 600-lecie istnienia, był to dla mnie wielki splendor.

Katedrą Filologii Słowiańskiej kierował prof. Stanisław Urbańczyk, ceniony językoznawca, bohemista, który przyjął do wiadomości, że zamierzam zostać bułgarystą, ale bardziej mu  pasowałem jako czechista, więc zapisał mnie na swój kierunek. Po roku miałem sam zdecydować, czy będę to kontynuował. Z dzisiejszym rozumem byłbym wdzięczny profesorowi za jego ingerencję w moje plany edukacyjne, bo i dorobek kulturalny nad Wełtawą był bogatszy i miałem większe szanse na pracę po studiach jako bohemista. Uparty, bałkański osioł uległem jednak swoim sentymentom i kiedy po trzecim roku pojechałem po raz pierwszy na praktykę  językową do Sofii i tam spotkałem się z Bubą, bez przeszkód mogliśmy się porozumiewać w jej  języku ojczystym. Niestety blondyni o nordyckiej urodzie mieli na Bałkanach dużo większe notowania u dziewczyn, niż chłopaki takie, jak ja i zawiesiła oko na Ryśku, moim koledze z roku. Doszło do skandalu, z zazdrości poniosły mnie nerwy i publicznie pobiliśmy się z kolegą. Nigdy więcej już nie spotkałem Buby, ale przecież nie przerwałem z tego powodu studiowania języka, który tak naprawdę  w późniejszym życiu do niczego mi się już nie przydał.

Na stancji u Rajpoldów, z Krystianem.Główną zmorą na I roku był scs, język starocerkiewno-słowiański, czasami Krystian Cichowski mi przypomina, jak kułem na głos czytanie starych tekstów. Drugą – zajęcia z historii języka polskiego, które prowadziła bardzo wymagająca prof. Ewa Ostrowska. Zamieszkaliśmy razem z Krystianem na Długiej 18, na stancji u rodziny Rajpoldów, albo Raypoldów, w przejściowym pokoju; Krystian zdał do Wyższej Szkoły Pedagogicznej, na kierunek geografii i miał swoje Himalaje wiedzy do zdobycia, a najmłodszy syn gospodyni był bardzo żywotny i nie dawał łatwo skupić się nam na nauce. Stara, krakowska kamienica nadal stoi, kiedy jestem pod Wawelem, czasem dochodzę tam z Basztowej. Nie ma już tego małego sklepiku przy wejściu, w którym było wszystko czego dusza zapragnie, za to są domofony i krata na stu włamywaczy w drzwiach.

Krystian i autor na stacji u Rajpoldów

Zanim dostałem się na studia, pojechałem do Krakowa zobaczyć Juvenalia, przy okazji składania dokumentów na uczelni. Mówiono później, że było to ostatnie, krakowskie święto żaków w wielkim stylu, w końcu wpisywało się ono w historyczny jubileusz UJ. Zapamiętałem z niego dwa obrazy – karykatury władz uczelni i jej profesorów, niesione przez wesołych przebierańców i model amerykańskiej, kremowej limuzyny, którą z wysiłkiem dźwigała gromada studentów. W środku siedział sam Melchior Wańkowicz, ubrany w jasny garnitur, w kapeluszu z szerokim rondem, towarzyszyła mu elegancka pani, podobno żona. W listopadzie 1963 r. stuknęła mi natomiast osiemnastka. Kiedy przyjechałem do Chorzowa, żeby poświętować z tej okazji, okazało się, że odezwał się także wielki nieobecny, mój ojciec. Przysłał mi ze Szczecina-Dąbia telegram z życzeniami urodzinowymi i był to dla mnie powód do radości. Wtedy postanowiłem napisać do ojca list, żeby się z nim spotkać.

71 lat temu, jutro w Zielonce

Opowieść Mirki o roku 1944 już tu publikowałam – teraz dla przypomnienia krótki fragment, żebyśmy wiedzieli, dlaczego Zielonka?

Mirka

71 lat temu

Zima była mroźna i śnieżna, ale na początku marca śnieg zaczął topnieć i myśleliśmy już o rozpoczęciu prac w ogrodzie, o skopaniu grządek…, ale jak się okazało, grządki skopał… kto inny. Gestapo podjęło się tej pracy, ale nie po to żeby uprawiać ogród, ale po to, żeby odszukać ukryte w nim puszki z różnymi konspiracyjnymi pismami. Ale wybiegam zbytnio do przodu.

Pewnego cichego marcowego wieczoru skromną kolację przerwał nam dzwonek do drzwi, nie żadne walenie kolbami, tylko po prostu dzwonek, a za drzwiami stało kilku panów w cywilu i umundurowanych gestapowców. Spytali o Ojca, ale go nie było w domu, bo od kilku miesięcy nocował u przyjaciół, tak było bezpieczniej. Mundurowi zostali w sieni, do mieszkania weszli cywile. Rewizja ograniczyła się do kuchni, wąchali maszynkę do mięsa, coś bąkali, że handlujemy mięsem, pogadali i wyszli, bardzo to było dziwne. Obie z Mama nie spałyśmy całą noc. Dopiero rano okazało się, że czujki zobaczyły samochód przed domem i zawiadomiły kogo trzeba.

Specjalny odział został postawiony na nogi i kiedy odbywała się rewizja, w lasku dębowym naprzeciwko naszego domu leżeli już chłopcy z bronią pod dowództwem Ojca, z odbezpieczonym pistoletem w ręce. Odbijanie było gotowe do akcji, gdyby nas obie wyprowadzono z domu. Na szczęście nie wyprowadzono nas, ale chłopcy czekali do rana, czy najazd się nie powtórzy. Skóra cierpnie na myśl o tym, ile osób mogło w takiej walce zginąć.

Rozpętała się burza – już natychmiast się pakujcie, jest dla was miejsce w majątku gdzie możecie się schować, ale Ojciec stanowczo odmówił, to się już nie powtórzy, zobaczyli, że nie mieszkam w domu, a o kobiety im nie chodziło.

Cisza trwała tydzień, po tygodniu przyszli nieco wcześniej, Ojciec był w domu. Rewizja była tym razem bardzo szczegółowa. Staliśmy odwróceni twarzami do ściany z podniesionymi do góry rękami. Mama była bliska zemdlenia, nie mogłam nic do niej powiedzieć, bo wrzeszczeli, żeby nie rozmawiać.

Kiedy nas wyprowadzono, okazało się, że przed domem nie ma samochodu, ryzykowali przeprowadzenie nas przez całe osiedle. Widocznie wiedzieli, jak było tydzień temu. Samochody i reszta gestapowców były ukryte w lesie, tam wpakowano nas do budy, w której było pełno gestapowców z bronią gotową do strzału. Siedzieliśmy na ławce ciasno przytuleni do siebie, trzymając się za ręce. Mama siedziała w środku między mną a Ojcem, to jej dodawało otuchy i uspokojenia. Przywieźli nas na Szucha do głównej siedziby Gestapo i zaanonsowali „Szef organizacji na Marki, Zielonkę i Strugę”. Odbierający nas gestapowiec gwizdnął, pomyślał, że złapano dużą rybę.

Redakcja

Jutro

baner-zaproszenie

18 MARCA 2015

9:00               Msza św. w kościele parafialnym Matki Boskiej  Częstochowskiej w Zielonce
10:00               Złożenie kwiatów na grobie rodzinnym Łękawskich w 71 rocznicę rozstrzelania w Ciemnem
10:30               Złożenie kwiatów przed pomnikiem AK w Zielonce
11:00               Otwarte spotkanie Uniwersytetu Trzeciego Wieku w Zielonce  (sala widowiskowa OKiS)
 * O Wiktorze Ostrowskim – Janina Kowalska „Mirka”, córka; Joanna Gierczyńska, kierownik Muzeum Więzienia Pawiak, Wirginia Węglińska, autorka życiorysu, Joanna Zaniewska-Janusz
* O wystawie „Warszawiacy w Stutthofie” – Piotr Tarnowski, Dyrektor Muzeum Stutthof w Sztutowie, Wirginia Węglińska, kustosz wystawy
* Inauguracja Zielonkowskich Zeszytów Historycznych – Artur Bieszczad, Redaktor Naczelny
Zeszyt 1: Wirginia Węglińska, Wiktor Ostrowski (Lubliner) 1895-1977
Zapowiedź kolejnych osobowości: Łękawscy, Tadeusz Derengowski – Paweł Tadeusz Gajzler, Redaktor prowadzący
12:30               Otwarcie i zwiedzanie wystawy „Warszawiacy w Stutthofie”
(Hall Miejskiego Gimnazjum im. Kardynała Wyszyńskiego)
* Piotr Tarnowski, Dyrektor Muzeum Stutthof w Sztutowie
Wirginia Węglińska, kustosz wystawy
* Sprzedaż książki: Wiktor Ostrowski, Warszawiacy w Stutthofie, wyd.II
13:30               Zwiedzanie wystawy w Muzeum Zielonki

19 – 31 MARCA 2015

10:00-16:00 Zwiedzanie wystawy przez zorganizowane grupy
w uzgodnieniu z Muzeum Zielonki – tel.732 600 137
16:00-20:00 Zwiedzanie wystawy przez rodziny i osoby indywidualne

Patronaty      Burmistrz Miasta Zielonka
Muzeum Stutthof w Sztutowie
Muzeum Więzienia Pawiak

Inicjatorzy     Paweł Tadeusz Gajzler, Joanna Zaniewska-Janusz
członkowie Sekcji Historycznej Towarzystwa Przyjaciół Zielonki
Organizator  Muzeum Zielonki, jednostka samorządu wspierana przez:
* Towarzystwo Przyjaciół Zielonki w ramach „Działań na rzecz pielęgnowania tradycji i kultury” poprzez projekty Archiwum Zielonki i Gościńce Zielonki – turystyka dziedzictwa
* Ośrodek Kultury i Sportu w Zielonce
* Miejskie Gimnazjum w Zielonce

zielonka-zaproszenie

Na pustyniach Australii (3)

Lech Milewski

Daisy Bates. Jesień

Spróbujmy najpierw wyjaśnić sprawę nieoczekiwanych pieniędzy.

Daisy bez zmrużenia oka twierdziła, że to żadne zaskoczenie – po pierwsze bank, który pięć lat wsześniej przechodził kryzys, stanął ponownie na mocniejszym gruncie i zwrócił część depozytu, a po drugie przecież ona w Anglii zarabiała.

Depozyt odzyskany w banku to było bardzo niewiele. Bank zwrócił 1 szylinga za każdego zdeponowanego funta czyli zaledwie 5% niezbyt imponujących oszczędności, a tymczasem Daisy dysponowała teraz tysiącami funtów.
Co do pracy w Anglii to nie znaleziono żadnego potwierdzenia tej opowieści.

Susanne de Vries – źródła 1 – snuje dwie teorie na ten temat.
Pierwsza – Daisy została “call girl” dla dobrego towarzystwa. Przykłady mogła znaleźć wśród znajomych lokatorek Domu Świętego Gabriela.
Druga – Daisy dostała pieniądze od rodziny Ernesta Baglehole. Po pierwsze legitymowała się świadectwem małżeństwa. a zatem miała prawo do udziału w spadku. Po drugie ujawnienie tego małżeństwa kompromitowało rodzinę Baglehole, gdyż Ernest niewątpliwie popełnił bigamię. Po trzecie Daisy mogła zagrać na sentymentach starego pana Baglehole, pokazując mu zdjęcie swego syna Arnolda Hamiltona, teoretycznie wnuka seniora rodu.
Jak było tak było, w każdym razie Daisy wróciła do Australii z pieniędzmi i z doskonałą reputacją.

Dzięki przynależności do klubu Karrakatta Daisy poznała wiele wpływowych osobistości Zachodniej Australii, łącznie z premierem stanu. Na początku stycznia 1900 roku ona i jej mąż zostali zaproszeni do pałacu gubernatora na uroczystości związane z nadchodzącym ogłoszeniem federacji stanów w suwerenne państwo.

Gorzej było z najbliższymi. Jack Bates…
“Boże, co za szok, to stworzenie ze zwisającą dolną wargą, dłonie tak niezgrabne, że nie potrafią utrzymać talerza, umysł tak zaniedbany, że nie potrafi skupić się na wysłuchaniu jednego zdania“.
Arnold Hamilton, już 13-letni, nie był w dużo lepszym stanie. Okazało się, że ojciec wypisał go ze szkoły i zabrał z sobą na wędrówki ze stadami bydła…
“Brudny, zaniedbany, nieucywilizowany…“.
Najwyraźniej postanowili dać swemu małżeństwu jeszcze jedną szansę. Postanowili wybrać sie razem w podróż po bezdrożach Zachodniej Australii. a przy okazji rozejrzeć się za terenami na własne gospodarstwo.
Jack ruszył konno na północ. Daisy miała dogonić go statkiem. Na początek umieściła syna w dobrej katolickiej szkole. co kosztowała ją 1.200 funtów. Następnie znalazła dobrego paryskiego krawca w Perth i zamówiła u niego komplet strojów na wielotygodniową wędrówkę: sześć płaszczy i spódnic z niebieskiej serży, dwa szare kostiumy i jeden czarny oraz balowa suknia z białej tafty.

Z Jackiem spotkała się w miejscowości Cossack i przejechali razem prawie dwa tysiące kilometrów lekką, dobrze resorowaną bryczką ciągnięta przez cztery konie – tak zwanym amerykanem. Wrażenia z podróży opisała w pierwszym opublikowanym w Australii artykule. W trakcie podróży miała okazję spotkać się wielokrotnie z Aborygenami i nawiązała z nimi dobry kontakt. Podczas wizyty w kilku dużych stacjach hodowlanych stwierdziła, że Aborygeni byli w nich traktowani jak członkowie rodziny. Napisała list na ten temat do londyńskiego Times. Niestety jej obserwacja była bardzo przypadkowa i nie zgadzała się z ogólnym stanem rzeczy.

Po powrocie do Perth Jack wrócił do pracy w terenie, Daisy zaś otrzymała bardzo interesującą propozycję. Podczas podróży powrotnej do Australii poznała na statku ojca Fratelli, który opowiedział jej o misji trapistów w miejscowości Beagle Bay i o ich pracy wśród Aborygenów. Teraz okazało się, że biskup M. Gibney wybiera się na wizytację misji i Daisy mogłaby mu towarzyszyć i przy okazji napisać kilka reportaży.
Gdy przyjechali na miejsce, Daisy dostała motykę i została poproszona o pomoc w pracy na plantacjach trzciny cukrowej i bananów oraz przy czyszczeniu studzien.
Miejscowi Aborygeni zaakceptowali ją i nadali jej “skin name” – imię określające jej miejsce w plemieniu, które jednocześnie identyfikowało jej rodzinę, przede wszystkim ojca.
Ciekawe, że również od wyznaczenia plemiennego ojca rozpoczęła się wędrówka Robyn Davidson z nomadami w północnych Indiach – patrz TUTAJ.
Daisy szybko nauczyła się podstawowego słownictwa i mogła się porozumieć z Aborygenami. Jeden z trapistów udzielił jej praktycznej rady, w jaki sposób można najłatwiej zebrać informacje o zwyczajach i tradycjach plemiennych – usiąść na ziemi ze starymi ludźmi, podzielić się z nimi jedzeniem, zająć ich dolegliwościami.
Ta metoda sprawdziła się nadspodziewanie dobrze. Daisy nie tylko uzyskała wiele informacji, ale również zdobyła wśród Aborygenów ogromne zaufanie. Z czasem stała się posiadaczką mobburn stick – magicznego totemu, przed którym Aborygeni czuli wielki respekt. Otrzymała też imię Kabbarli – ktoś w randze babci.

Po powrocie do Perth podczas spotkania z poznanym wcześniej premierem stanu otrzymała kolejną ciekawą propozycję. Do premiera dotarła wiadomość o ginącym aborygeńskim plemieniu Bibbulmun, zaproponował więc Daisy zebranie wszelkich możliwych informacji na temat ich języka i zwyczajów. Bez wahania rozbiła namiot w osadzie aborygeńskiej. Jak zbierać informacje wiedziała z poprzedniej misji.
To była sensacja – samotna biała kobieta mieszkająca wśród czarnych.
Jej działalność musiała być pozytywnie oceniona, gdyż powierzono jej misję zorganizowania w osadzie corroboree – aborygeńskiej ceremonii rytualno-artystycznej, na której gośćmi mieli być następca tronu książę Yorku z małżonką, podróżujący do Melbourne na otwarcie pierwszej sesji australijskiego parlamentu.

Ten dzień, 24 lipca 1901 roku, Daisy zapamiętała do końca życia. Suknia z białej tafty nareszcie we właściwym otoczeniu. Do tego czarny parasol, który jej upadl i został natychmiast elegancko podniesiony przez szlachetnego księcia. Parasolowi Daisy nadała nazwę parasola króla Jerzego i przechowywała go wraz z białą suknią do końca życia.

W międzyczasie Jack załatwił dzierżawę wieczystą terenów pastewnych, Daisy wraz z synem pospieszyli go więc odwiedzić. Po kilku miesiącach Jack skompletował stado około 1000 sztuk bydła, własnego i powierzonego, wynajął kilku kowbojów i razem ruszyli w ponad tysiąckilometrową podróż. Jack oczekiwał, że zarobek pozwoli mu na rozpoczęcie budowy domu.
Daisy jechała konno, na damskim siodle, i wraz z Arnoldem mieli za zadanie zajmować się bydłem, które pozostawało z tyłu.
Przez kilkaset kilometrów wszystko szło dobrze. Niestety natrafili na dość długi odcinek drogi, na którym nie znaleźli żadnej studni. Gdy wreszcie zobaczyli wodę bydło wpadło w szał. Nisko płatni, niedoświadczeni kowboje nie potrafili go opanować, większość stada rozbiegła się.

Niestety przedsięwzięcie okazało się klęską. Jack wrócił do pracy, a Daisy  ponownie ulokowała syna w katolickiej szkole z internatem, sama zaś zamieszkała w Perth.
Z biegiem czasu udało się odszukać trochę zagubionego bydła, ale Daisy straciła serce do idei rodzinnego majątku i domu. Jack przepisał wszystkie dzierżawy na jej imię, była więc właścicielką dużych terenów, ale bez gotówki.

W drugiej połowie 1902 roku Daisy zdecydowała, że będzie się utrzymywać z publikacji artykułów i sprzedaży pocztówek z widokami dzikich terenów Australii.
Jej teksty cieszyły się uznaniem i wkrótce otrzymała zlecenia na artykuły od rządu stanowego i kilku pism. Jednak te dochody z trudem pokrywały koszta jej utrzymania i edukacji Arnolda, zwróciła się więc do rządu z propozycją zorganizowania misji popularyzującej w Anglii migrację da Zachodniej Australii.

Na początek jednak rząd zatrudnił Daisy za opłatą 8 szylingów dziennie, z zadaniem skatalogowania słów i zwrotów języków aborygeńskich.
Daisy spędziła prawie rok w aborygeńskich osiedlach mieszkając w namiocie. Prócz tego rozesłała ankietę do farmerów, policjantów i misjonarzy prosząc o zapisanie napotkanych słów.

Praca pochłaniała ją zupełnie. Oficjalnie i nieoficjalnie deklarowała, że jest wdową.

Jej praca została zauważona przez Australian Geographical Society, które zainteresowało się również wynikami jej badań w zakresie antropologii. Towarzystwo zleciło jej wygłoszenie wykładu na temat aborygeńskich praw regulujących małżeństwa.
W rezultacie została członkiem-korespondentem Anthropological Society of Great Britain i Australian Anthropological Society.
Daisy bardzo autorytatywnie wyrażała opinię, że wymarcie Aborygenów jest nieuniknione. Wysiłki rządu i organizacji charytatywnych są skazane na ostateczne niepowodzenie, w samej rzeczy przedłużaja one tylko cierpienia rasy skazanej na wymarcie.
Jednocześnie była wielką przeciwniczką mieszania ras. Nie wahała się głosić, że the good half-caste is dead half-caste.
Poglądy te zyskały jej przychylność rządu i właścicieli wielkich posiadłości, ale podważyły jej pozycję w świecie naukowców.
Z drugiej strony jej postępowanie przeczyło głoszonym przez nią poglądom. Gdy w osadzie aborygeńskiej, w której prowadziła właśnie badania, wybuchła epidemia odry, Daisy opiekowała się chorymi, gotowała im posiłki, zastępowała lekarzy. Gotowanie owsianki umilała sobie recytowaniem z pamięci wierszy Omara Khayyama w tłumaczeniu Edwarda Fitzgeralda – patrz tutaj – KLIK.

W 1908 roku przekonała premiera, żeby zlecil jej zadanie zbadania struktur społecznych plemion aborygeńskich w północno-wschodnich stronach. Dostała otwarty bilet kolejowy. Zadanie zająło jej 8 miesięcy. Podróżowała pociągiem, korzystała z grzeczności farmerów, sporo wędrowała na piechotę – razem 3000 km, odwiedziła 28 osad.

Po powrocie poprosiła o zlecenie jej przygotowania publikacji kompletnej gramatyki języków Aborygenów Zachodniej Australii – koszt 200 funtów – rok pracy. Gabinet zgodził się, ale pod warunkiem, że wypłata zzostanie rozważona po zakończeniu projektu. Bardzo ją to rozgoryczyło, gdyż w międzyczasie musiała znaleźć czas na pisanie artykułów, aby mieć środki na własne utrzymanie.

Podczas karnawału na przełomie 1909-10 roku otrzymała zlecenie na zorganizowanie kolejnego corroboree z udziałem Aborygenów z dwóch pobliskich osad. Kłopot w tym, że były to walczące ze sobą społeczności.
O sukcesie zadecydowała moc posiadanego przez Daisy totemu.

Według niej drugim filarem jej autorytetu był nieskazitelny wiktoriański strój i dbałość o czystość i porządek.

Inicjatywy Daisy były pewnym kłopotem dla rządu stanowego, z ulgą więc przyjęli wiadomość, że do Australii wybiera się ekspedycja badawcza z Anglii pod wodzą wykładowcy etnologii pana A.R. Radcliffe Browna. Rząd zaproponował Daisy dołączenie do ekspedycji i publikację materiałów w ramach raportu końcowego.

A.R. Radcliffe Brown przyjechał do Australii w październiku 1910 roku i już na początku jego ekspedycja otrzymała dotację 1000 funtów od bogatego hodowcy Sama Mackaya.
To było powodem pierwszej kontrowersji. Daisy uważała, że dotacja jest jej zasługą, gdyż Sam jest jej dobrym znajomym. Radcliffe Brown twierdził, że to jego inauguracyjny wykład zrobił takie piorunujące wrażenie.

Konfrontacja metod pracy i posiadanych materiałów ujawniła dalsze różnice. Brown chętnie korzystał z notatek Daisy, ale krzywił się na jej brak zainteresowania teorią antropologii – jej głowa to koszyk na robótki, w którym igra tuzin kociąt.

Niezbyt długo po rozpoczęciu ekspedycji w osiedlu aborygeńskim, gdzie właśnie przebywali, doszło do zamieszek, wkroczyła policja. Daisy uważała, że należy to przeczekać, ale Radcliffe Brown zdecydował zrezygnować z dalszej wędrówki i przenieść się do kolonii dla wenerycznie chorych, gdzie bezpieczeństwo gwarantowali liczni strażnicy. Daisy musiała się podporządkować.

Był to dla niej stracony czas. Przebywanie w otoczeniu ludzi czekających bezwolnie na śmierć bardzo ją przygnębiało. Jedyne co mogła robić, to dostarczać chorym tytoń i przesyłać ich bamburu – message sticks – pałeczki, na których wycięto rytualne znaki. Radcliffe Brown był za to w swoim żywiole – obserwował reakcje Aborygenów na muzykę z suity Peer Gynt.

W marcu 1911 roku ekspedycja miała kontynuować wędrówkę, ale już w innym składzie. Radcliffe Brown powędrował na Północ, Daisy na Wschód. Odwiedzała osiedla, przynosząc żywność i badając genealogie. Nauczyła się czytać teren – znam każdy kamień, każdy krzak po imieniu i znam jego mistyczną historię. Poznała i nauczyła się jeść wszystkie aborygeńskie potrawy.

Zakończeniem ekspedycji była uroczysta akademia i wykład A.R. Radcliffe Browna. Na koniec wykładu złożył podziękowanie Daisy i kurtuazyjnie poprosił ją o ostatnie słowo…
– Wszystko co tutaj usłyszałam pochodzi z moich notatek, a więc trudno żebym miała coś do dodania.

Po zakończeniu ekspedycji poczuła się wypalona. Nie widziała szansy na otrzymanie stałej rządowej pracy, odeszła ją chęć do pisania artykułów.

Dokończenie za tydzień.

Źródła:
1. Susanna de Vries – Desert Queen.
2. Bob Reece – Daisy Bates – Grand Dame of the Desert.

W harcerstwie podczas wojny (2)

Dalszy ciąg wspomnień Karusi z okresu wojny. Ich publikację rozpoczęłam tydzień temu. Dziś tekst z archiwum, nieopublikowany w relacjach harcerek.
Ciąg dalszy w najbliższy czwartek.

KarusiaKarolina Lubliner-Mianowska (Karusia)

Jak sprzedawałam dzieci

Dom dziecięcy „Piaski” w Konstancinie, prowadzony przez harcerki pod firmą R.G.O., został wysiedlony w końcu lipca 1944 r. Niemcy założyli w tym budynku radiostację. W tym czasie prowadziłam przy owym domu ogród i szklarnię, więc nie pojechałam z naszym domem za Wisłę, ale zostałam, żeby pilnować ogrodu. Z tego pilnowania jednak nic nie wyszło, bo Niemcy obrazili się na nas za to, że wykopałyśmy z ogrodu wczesne ziemniaki. Zrozumieli bystro, że to dlatego, żeby im nie zostawić. Wobec tego, nawrzeszczawszy, że to „eine Schweinerei”, zabronili mi wstępu do ogrodu.

karusia-sprzedawalam-dzieci1Zatem przeniosłam swoją „służbę” do domu małych dzieci w „Anusi”. Kierowniczka tego domu, późniejsza naczelniczka Wiktoria Dewitzowa, przeniosła swoich wychowanków do Zalesia, obawiając się w Konstancinie nalotów. Dom w „Anusi” został pusty, ale została w nim 5 osobowa załoga dla dopilnowania inwentarza i niewielkich zapasów żywności. Już w pierwszych dniach sierpnia 1944 r. zaczęli przychodzić do Konstancina uchodźcy z południowych dzielnic Warszawy, Czerniakowa, Wierzbna, Służewca. Wśród uchodźców trafiały się pogubione, opuszczone dzieci. Zaczęłyśmy je zbierać do naszej pustej „Anusi” i w ciągu sierpnia nagromadziło się tego drobiazgu ponad 30 osóbek w wieku od trzech do 14 lat. Niektóre błąkały się samotnie, inne przyprowadzili sąsiedzi, lub skierowywał do nas urząd gminny. Ponieważ w naszym gospodarstwie nie miałyśmy wcale nabiału, bardzo niechętnie przyjmowałyśmy dzieci poniżej trzech lat, dla których nie było odpowiedniej żywności. karusia-sprzedawalam-dzieci2Władze gminy upoważniły nas wobec tego do oddawania tych małych dzieci na wychowanie do miejscowych rodzin. Jeżeli było stwierdzone, że Rodzice maleństw zginęli w powstaniu, mieliśmy oddawać dzieci na własność. Z takim właśnie zaleceniem przyniesiono nam z gminy 1,5 rocznego Stasia, bardzo uroczego chłopczyka. Przebył u nas około tygodnia, przyczyniając nie mało kłopotu naszej szczupłej załodze. Jednak rozeszła się wieść, że mamy dzieci „do sprzedania”, bo zgłosiła się do nas para młodych wieśniaków z jednej z okolicznych wiosek, z życzeniem zabrania chłopca. W owym gorącym czasie nie było możliwości sprawdzenia, jak to się robi obecnie, jaką opinię mają przyszli Rodzice, czym się trudnią, jak wygląda ich dom itp. Wystarczyło nam, że małżeństwo wyglądało sympatycznie, a młoda kobieta zwierzała się, że nie może mieć własnych dzieci, choć bardzo tego pragnie. Podpisali nam zatem jakiś mało formalny dokument, że biorą na wychowanie Stasia, zostawili swój adres, a nawet wyrazili gotowość… zapłacenia za dziecko. Ale powiedziałam im, że cena na osierocone niemowlęta nie jest jeszcze ustalona, więc obeszło się bez płacenia. Staś bez protestu dał się zabrać przybranej matce.

Ale na tym nie skończyła się historia „sprzedanego” dziecka.

karusia-sprzedawalam-dzieci3W końcu kwietnia, jeszcze przed ostateczną kapitulacją Niemiec, przyszła do nas rodzona matka Stasia. W powstaniu zginął jej mąż, ona sama była wywieziona do Niemiec, szczęściem do dzielnic wschodnich – więc wnet po zajęciu tych terenów przez armię radziecką, wróciła do kraju. Adres Stasia otrzymała w Czerwonym Krzyżu, bo stale przesyłałyśmy tam nazwiska dostarczanych nam dzieci. Oczywiście dałyśmy jej adres przybranych rodziców Stasia i poszła tam nie zwlekając. Tegoż dnia, późnym wieczorem wróciła do nas zrozpaczona. Adres był fałszywy. We wskazanej wiosce nie było ludzi podpisanych na naszym dokumencie. Nie wiedziałyśmy, czy umyślnie podali fałszywy adres, czy zmienili miejsce zamieszkania. Biedna matka postanowiła jednak szukać dalej. Przypuszczałyśmy, że fakt adoptowania dziecka rozchodzi się w formie plotki po okolicznych wsiach, i że drogą rozmów i zwiadów u gadatliwych wieśniaczek uda się odnaleźć Stasia. Przenocowawszy u nas, matka poszła na poszukiwania synka. Szczęściem udało się jej. W jednej wsi baby „słyszały o adoptowanym dziecku” i wskazały matce nowy adres. Nad wieczorem przyszły do nas już obie „matki” razem ze Stasiem, który przez pół roku bardzo urósł i dobrze wyglądał. Musiałyśmy odbyć istny „Sąd Salomona”, z tą różnicą, że rzeczywista matka była niewątpliwa. Przybrana jednak długo nie chciała ustąpić, bo zdążyła się mocno przywiązać do chłopca. Rozpaczała tak, jakby to jej ukradziono rodzone dziecko. Z trudem udało się wreszcie ją pocieszyć i uspokoić. Byłyśmy wszak mimowolnie sprawcami całej historii, chociaż zawinił tu najwięcej niedokładny wywiad gminy.

Przepisała na komputerze: Maria M.

Reblog: Państwo Islamskie

Czego naprawdę żąda ISIS? Czym jest Państwo Islamskie? Jak się narodziło i jakie są jego intencje?

Graeme Wood
Marzec 2015
Tłumaczenie: Monika Skladowski

Państwo Islamskie nie jest grupą przypadkowych psychopatów – to odłam muzułmanów, dla których najważniejszym elementem jest nadchodząca apokalipsa. Poniżej przedstawiam, jak określa to strategię Państwa Islamskiego i jak – ewentualnie – można je zatrzymać.

Czym jest Państwo Islamskie? Jak się narodziło i jakie są jego intencje?

To tylko pozornie łatwe pytanie. Niewielu zachodnich liderów zna odpowiedź. W grudniu “The New York Times” opublikował tajne notatki generała Michaela K. Nagaty, dowódcy do Spraw Specjalnych Operacji Stanów Zjednoczonych na Bliskim Wschodzie. Nagata przyznaje, że dopiero zaczął rozumieć fenomen popularności Państwa Islamskiego. Nie pokonaliśmy idei – powiedział. Nawet nie rozumiemy idei. W zeszłym roku prezydent Obama stosował różne określenia wobec Państwa Islamskiego, np.: nie-muzułmańskie i juniorski zespół al-Qaedy [al-Kaidy]. Odzwierciedla to niezrozumienie grupy, a może przyczynić się do znaczących strategicznych błędów.

Grupa zajęła Mosul w Iraku w czerwcu 2014 r. i rządzi już terenem większym niż Wielka Brytania. Abu Bakr al-Baghdadi stoi na jej czele od maja 2010, lecz do lata zeszłego roku niewyraźne zdjęcie z niewoli amerykańskiej w Camp Bucca w czasie okupacji Iraku było jego jedyną dobrze znaną fotografią.

5 lipca 2014 r. w wielkim meczecie al-Nuri w Mosulu w czasie ramadanu wygłosił on kazanie jako pierwszy kalif od kilku pokoleń. Jego zamazany obraz przekształcił się w wyraźny wizerunek, a jego pozycja – w rolę prześladowanego partyzanta, lidera wszystkich muzułmanów. Napływ dżihadystów z całego świata był bez precedensu. Zarówno jego tempo, jak i ich liczba. Trwa on nieprzerwanie.

Nasza ignorancja w stosunku do Państwa Islamskiego jest w pewien sposób zrozumiała: to królestwo “pustelnicze”. Niewielu tam pojechało i stamtąd wróciło. Baghdadi mówił przed kamerami tylko raz. Jednakże jego przemowa, a także niezliczone propagandowe filmy wideo i “encykliki” wyprodukowane przez Państwo Islamskie, są dostępne w internecie. Zwolennicy kalifatu zrobili wszystko, żeby wiedza o ich projekcie dobrze się rozchodziła. Możemy przyjąć, że ich państwo pryncypialnie odrzuca wszelki pokój, że jest żądne ludobójstwa; że religijne poglądy uniemożliwiają zmiany pewnego typu, nawet jeżeli takie zmiany mogłyby zapewnić przetrwanie państwa. Ci islamiści sądzą bowiem, że zmiany mogą oznaczać bliski koniec świata.

Państwo Islamskie, znane także jako Państwo Islamskie Iraku i al-Szamu (ISIS), kieruje się wskazaniami odłamu islamu, którego wiara w drogę do Dnia Sądu ma znaczenie dla strategii działania i może pomóc Zachodowi zrozumieć wroga, a także przewidzieć jego zachowania. Dojście do władzy IS nie przypomina triumfu Bractwa Muzułmańskiego w Egipcie (IS uznaje Bractwo za apostatów). Jest to realizacja apokaliptycznej wizji, za którą podążyli David Koresz czy Jim Jones, mając absolutną władzę tylko nad kilkusetosobową grupą, a nie nad 8 milionami ludzi.

Interpretujemy ideę Państwa Islamskiego błędnie przynajmniej na dwóch poziomach. Po pierwsze, postrzegamy dżihad jako monolit i nadal stosujemy wobec niego taką samą logikę jak wobec al-Kaidy, organizacji, która już upada. Rozmawiałem ze zwolennikami IS, nadal określającymi Osamę Bin Ladena jako “Szejka Osamę” – tytułem honorowym. Jednakże dżihadyzm zmienił się od czasów największej aktywności al-Kaidy w latach 1998-2003. Wielu dżihadystów odcięło się od priorytetów grupy oraz jej obecnego przywództwa.

Bin Laden postrzegał terroryzm jako początek drogi do budowy kalifatu. Nie sądził jednak, ze zobaczy kalifat za swojego życia. Jego organizacja działała na zasadzie sieci niezależnych komórek. IS wprost przeciwnie- chce objąć legalne terytorium ze ścisłą strukturą rządową – biurokracją podzieloną na władze militarne i świeckie, a terytorium – na prowincje.

Po raz drugi jesteśmy zmyleni przez sprawną, lecz nieuczciwą kampanię, mającą na celu zaprzeczanie opinii o średniowiecznej religijności IS. Peter Bergen, który przeprowadził wywiad z Bin Ladenem w 1997 r., zatytułował swoją pierwszą książkę Holy War, Inc, gdyż po części pragnął przedstawić Bin Ladena jako produkt współczesnego świeckiego świata. Bin Laden stworzył sieć terrorystyczną, żądał politycznych ustępstw, np. wycofania sił USA z Arabii Saudyjskiej. Jego bojownicy przemierzali sekretnie cały świat. W ostatnim dniu życia Mohammad Atta robił zakupy w Walmarcie i zjadł obiad w Pizza Hut.

Prawie wszystkie decyzje IS podążają “profetyczna drogą”, którą można odczytać na bilbordach, monetach, rejestracjach samochodowych.

Istnieje pokusa diametralnie innej obserwacji. Dżihadyści to grupa nowoczesnych i świeckich ludzi, ich poglądy polityczne są “dzisiejsze”, a religijna średniowieczna ekspresja to tylko maska na użytek IS. Faktycznie jednak działania grupy to dokładnie przemyślany powrót do prawnych regulacji z VII wieku i z określeniem kresu świata z nadejściem apokalipsy.

Działacze i zwolennicy IS potrafią dokładniej nazwać obecną sytuację. Są określani jako “nowocześni” tylko ironicznie. W rozmowie podkreślają, że nie zamierzają  odstąpić od obowiązujących w islamie przykazań Proroka Mahometa i jego zwolenników. Często używają kodów czy też aluzji, które są niezrozumiałe lub staroświeckie dla nie-muzułmanina – odnoszą się do pewnych specyficznych tradycji czy też tekstów wczesnego islamu.

Oto przykład. We wrześniu 2014 r. szejk Sheikh Abu Muhammad al-Adnani, główny rzecznik IS, wezwał muzułmanów w krajach Zachodu, takich jak Francja czy  Kanada, aby odnaleźli niewiernego i rozbili jego głowę kamieniem, otruli go, przejechali samochodem, czy zniszczyli jego zbiory. Dla ludzi Zachodu kary typu ukamienowanie czy zniszczenie zbiorów, które mają podtekst biblijny, są dziwaczne i przerażające, podobnie jest z wezwaniem do zabójstwa przez wysadzenie w powietrze samochodu.

Adnani nie mówi bzdur. Jego przemówienie było teologiczną i prawną dysputą, a nawoływanie do zniszczenia zbiorów – odbiciem nakazów Mahometa, aby pozostawić wodę i zbiory nienaruszone, chyba że armie islamu bronią się. Wtedy muzułmanie na terytorium kuffar (niewiernych) powinni być bezlitośni i zatruć wszystko.

W rzeczywistości IS jest islamskie, bardzo islamskie. Tak, przyciąga psychopatów oraz poszukiwaczy przygód, głównie z rozczarowanych grup społecznych Bliskiego Wschodu i Europy. Lecz jego najbardziej gorliwi religijni zwolennicy wywodzą się z  grup pryncypialnych i uczonych interpretatorów islamu.

Każda poważna decyzja i prawo głoszone przez IS – w prasie, na bilbordach, numerach rejestracyjnych, monetach – podążają “profetyczną drogą”, co oznacza  dokładne wyznawanie proroctwa Mahometa. Muzułmanie mogą odrzucić IS, prawie wszyscy to robią. Lecz udawanie, że IS nie jest religijną , millenarystyczną grupą, której teologię koniecznie należy poznać, żeby z nią walczyć, już doprowadziło Stany Zjednoczone do niedocenienia siły Państwa Islamskiego i niemądrej taktyki w walce z nim. Musimy zapoznać się z intelektualną genezą Państwa Islamskiego, jeżeli mamy zareagować tak, żeby nie doprowadzić do jego wzmocnienia, a do samozniszczenia z powodu jego fundamentalistycznych praktyk.

Dla zwolenników IS najważniejsza jest kontrola terytorium. Mapa, opracowana przez Institute for the Study of War, pokazuje obszar pod kontrolą kalifatu 15 stycznia 2015 r. Tam, gdzie IS przejęło władzę, zbiera podatki, reguluje ceny, wprowadza system sądowniczy, a także usługi – od służby zdrowia przez edukację do telekomunikacji.

I. Posłuszeństwo

W listopadzie 2014 r. Państwo Islamskie pokazało informacyjny film wideo o swoich początkach, zakorzenieniu w ideologii Bin Ladena. Wideo pokazuje Abu Musa’b al Zarqawiego, brutalnego przywódcę al-Kaidy w Iraku – od 2003 r. aż do jego śmierci w 2006 – jako jednego z bezpośrednich protoplastów IS. Inni to dwaj liderzy partyzanccy przed Baghdadim. A też następcę Bin Ladena, Aymana al Zawahiriego,  egipskiego okulistę i chirurga, który obecnie stoi na czele al-Kaidy. Zawahiri nie przyrzekł wierności Baghdadiemu i jest coraz bardziej znienawidzony przez dżihadystów, izolowany i nie ma charyzmy. Na filmach wideo przymyka oczy i jest zdenerwowany. Proces podziału między al-Kaidą i IS rozpoczął się już dawno i częściowo wyjaśnia to żądzę krwi ze strony Państwa Islamskiego.

Abu Muhammad al Maqdisi jest tak samo izolowany jak Zawahiri. To jordański kleryk (55 lat), który ma duży wkład w intelektualną budowę al-Kaidy. Znany może dżihadystom, ale nie przeciętnemu amerykańskiemu czytelnikowi gazet. Maqdisi i IS zgadzają się w większości spraw doktrynalnych. Obydwie strony identyfikują się z odłamem sunnizmu, zwanym salafizmem, z arabskiego al salal al salih – “pobożni przodkowie”. Przodkowie to sam Prorok i jego pierwsi zwolennicy, których salafici czczą i uznają za wzory we wszystkich aspektach życia z wojskowością, modą, rodziną włącznie, a nawet stomatologią!

Państwo islamskie oczekuje armii “Rzymu”, której klęska pod Dabiq w Syri, rozpocznie odliczanie czasu do apokalipsy.

Maqdisi uczył Zarqawiego, który brał udział w wojnie w Iraku. Z czasem Zarqawi przewyższył swojego mentora w fanatyzmie, aż w końcu dostał od niego naganę. Problemem było upodobanie Zarqawiego do krwawych widowisk i niektóre sprawy doktrynalne, jego nienawiść do innych muzułmanów, sięganie po klątwy i morderstwa. W islamie istnieje praktyka takfiru – ekskomuniki – teologicznie niebezpieczna. Jeżeli mężczyzna mówi do swojego brata: jesteś niewierny, Prorok powiada – tylko jeden z nich mówi prawdę. Jeżeli oskarżający myli się, sam dokonuje apostazji przez rzucanie fałszywych oskarżeń. Apostazja jest karana śmiercią. Mimo to Zarqawi coraz częściej tak się zachowywał.

Maqdisi napisał do swojego byłego ucznia, by zachował ostrożność w “stosowaniu takfiru” lub “nazywaniu ludzi apostatami z powodu ich grzechów”. Różnica między apostazją a grzechem wydaje się niewielka, ale jest to główny punkt niezgody pomiędzy al-Kaidą a Państwem Islamskim.

Apostazja to zaprzeczenie świętości Koranu czy też proroctwu Mahometa. Zarqawi i jego państwo uznali, że apostatą można ogłosić muzułmanina za wiele innych czynów. Może to być w pewnych przypadkach sprzedaż alkoholu czy narkotyków, zachodni ubiór, zgolenie brody, głosowanie w wyborach, nawet jeżeli kandydat jest muzułmaninem. Państwo Islamskie uważa szyityzm za herezję, odstępstwo od wiary, zaprzeczanie doskonałości Koranu. IS twierdzi, że praktyki szyickie, takie jak modlitwy na grobach imamów czy publiczne samobiczowanie, nie mają podstaw w ani w Koranie, ani w słowach Proroka. Oznacza to, że około 200 milionów szyitów potencjalnie jest skazanych na śmierć. Podobnie jak każdy przywódca muzułmańskiego państwa, który świeckie prawo postawił wyżej od szariatu, lub który egzekwował świeckie prawo.

Podążając za doktryną takfiri, Państwo Islamskie zobowiązało się do oczyszczenia świata przez zamordowanie znacznej liczby ludzi. Brak obiektywnych raportów z jego obszarów utrudnia przedstawienie danych na temat morderstw, lecz media społecznościowe z tamtych regionów sugerują, że indywidualne egzekucje odbywają się cały czas, a masowe co kilka tygodni. Ofiarami są zazwyczaj muzułmańscy “apostaci”. Chrześcijanie są wyłączani z natychmiastowych egzekucji, gdyż nie przeciwstawiają się nowemu rządowi. Baghdadi obiecuje darować im życie pod warunkiem, że będą płacić specjalny podatek, tzw. jizyai, jako znak poddaństwa.

Minęły wieki od wojen religijnych w Europie i od czasów, kiedy tysiące ludzi ginęły z powodu teologicznych dysput. Być może jest to jeden z powodów, dla których Zachód przyjął z niedowierzaniem wiadomości o praktykach Państwa Islamskiego. Wielu nie uwierzyło, że stosunkowo niewielka społeczność może do tego stopnia poświęcić się swojej religii lub być aż tak wsteczna w poglądach, a też może oczekiwać apokalipsy – jak pokazują jej akcje i oświadczenia.

Taki sceptycyzm jest zrozumiały. W przeszłości ludzie Zachodu, którzy oskarżali muzułmanów o ślepą wiarę w starożytne pisma, byli krytykowani przez akademików, zwłaszcza przez już nieżyjącego Edwarda Saida. Wskazywał on, że określanie muzułmanów jako “wsteczników” oczernia ich i krzywdzi. Naukowcy raczej interpretowali warunki, w których narodziły się te ideologie – fatalne rządy, zmiany społeczne i obyczajowe na świecie, upokorzenie z powodu życia na ziemi, która ma tylko jedną wartość – złóż ropy naftowej.

Należy brać pod uwagę te czynniki, by zrozumieć powstanie Państwa Islamskiego. Lecz skupienie się tylko na nich i wyłączanie z rozważań ideologii i teologii islamskiej odzwierciedla stronniczość Zachodu. O ile ideologia religijna nie ma tak dużego znaczenia w Waszyngtonie czy Berlinie, to jest bardzo ważna w Raqqa lub w Mosulu. Kiedy zamaskowany kat krzyczy “Allahu’akbar!” i ścina głowę apostacie, robi to przecież z powodów religijnych.

Wiele organizacji muzułmańskich należących do głównego nurtu powiada nawet, że Państwo Islamskie jest antyislamskie. Oczywiście to pocieszające, że większość muzułmanów nie chce zamienić hollywoodzkich filmów na publiczne egzekucje w ramach wieczornej rozrywki. Bernard Haykel (Uniwersytet Princeton), czołowy analityk teologii tej grupy fundamentalistów, powiedział mi, że muzułmanie, którzy określają Państwo Islamskie jako antyislamskie, są zawstydzeni i politycznie poprawni, mają cukierkowaty pogląd na własną religię. Zaniedbują jednak historyczne i prawne wymagania ich konfesji. Wielu muzułmanów zaprzecza, że IS ma jakąkolwiek religijną naturę, a ich religijność wywodzi się z nonsensownej chrześcijańskiej międzyreligijnej tradycji.

Każdy akademik, którego pytałem o Państwo Islamskie, odsyłał mnie do Haykela. Wychował się on w Libanie i USA, a kiedy mówi, słychać lekki akcent, który trudno umiejscowić.

Według Haykela szeregi Państwa Islamskiego idą naprzód z wielkim zapałem religijnym. Wszędzie można znaleźć cytaty z Koranu. Bojownicy cały czas wyrzucają z siebie jego słowa. Uśmiechają się do kamery i nieustannie powtarzają podstawowe zdania z Koranu. Haykel uważa, że komentarze, według których Państwo Islamskie niewłaściwie interpretuje teksty islamu, są niedorzeczne; tłumaczy to ignorancją. Ludzie, którzy pragną wybielić islam, powtarzają jak mantrę, że islam jest religią pokoju. Jeżeli istnieje takie zjawisko jak islam – to właśnie jest to, co czynią muzułmanie i jak interpretują własne teksty! Te teksty wygłaszają wszyscy sunnici, nie tylko z Państwa Islamskiego…

Wszyscy muzułmanie przyznają, że wczesne podboje Mahometa nie były bezkrwawe, a prawa wojenne w Koranie były stanowione na potrzeby czasów, w których panowały przemoc i chaos. Według ocen Haykela, bojownicy IS wracają wiernie do norm wczesnego islamu. Współcześni muzułmanie wolą nie przyznawać się do tego faktu. Niewolnictwo, ukrzyżowanie, ścinanie głowy są wzięte bezpośrednio z tradycji średniowiecznej – mówi Haykel. Żołnierze IS żyją zgodnie z tradycjami średniowiecznymi i “hurtowo” dostosowują je do współczesności.

Nasze niezrozumienie zasadniczych różnic pomiędzy ISIS i al-Kaidą może doprowadzić do niebezpiecznych decyzji.

Koran uznaje ukrzyżowanie za jedyną karę dla wrogów islamu. Odniesienie do podatku nałożonego na chrześcijan można znaleźć w Surah Al-Tawba, dziewiątym rozdziale Koranu, który nakazuje muzułmanom walczyć z chrześcijanami i Żydami aż będą płacić jizya z gorliwą uległością i poczują się gorszymi. Prorok, którego wszyscy muzułmanie uznają za wzór, ustanowił te reguły i miał niewolników. Liderzy Państwa Islamskiego współzawodniczą we wprowadzeniu w życie reguł wskazanych przez Mahometa i odnawiają tradycje zapomniane setki lat temu. Zdumiewający jest nie tylko literalizm, ale też powaga, z którą odczytywane są te teksty – mówi Haykel. Jest w tym rodzaj pracowitości, obsesyjnej powagi, której muzułmanie normalnie nie mają.

Zanim powstało Państwo Islamskie, żadna inna grupa nie próbowała stworzenia bardziej radykalnego modelu wierności Prorokowi niż wahabici w XVIII w. w Arabii. Podbili większość terenu obecnej Arabii Saudyjskiej, a ich ortodoksyjne praktyki przetrwały w prawie szariatu. Haykel widzi ważną różnicę pomiędzy tymi grupami: Wahabici byli ostrożni w użyciu przemocy. Byli otoczeni przez muzułmanów, podbijali ziemię, która już była islamska. To wiązało im ręce. Jednak ISIS odwrotnie,  naprawdę nawiązuje do wczesnego islamizmu. Wcześni muzułmanie byli otoczeni przez nie-muzułmanów, a Państwo Islamskie uważa, że jest w tej samej sytuacji.

Jeżeli al-Kaida chciała przywrócić niewolnictwo, nigdy o tym nie mówiła. Dlaczego miałaby to robić? Milczenie na temat niewolnictwa prawdopodobnie odzwierciedlało myślenie strategiczne. Brano pod uwagę opinię publiczną. Kiedy IS rozpoczęło praktyki niewolnicze, nawet niektórzy sympatycy nie okazali entuzjazmu. Mimo tego kalifat kontynuował niewolnictwo i ukrzyżowania. Podbijemy wasz Rzym, złamiemy wasze krzyże i weźmiemy w niewolę wasze kobiety. Adnani, rzecznik IS, przyrzekł w jednej z wiadomości przekazanych Zachodowi: Jeżeli nie osiągniemy tego celu za naszego życia, to osiągną go nasze dzieci i wnuki, one sprzedadzą waszych synów na rynku niewolników.

W październiku “Dabiq”, pismo IS, opublikowało artykuł Przywrócenie niewolnictwa. Zajął się on m.in. problemem jazydów (starożytnej sekty kurdyjskiej, atakowanej przez IS w północnym Iraku). Według Państwa Islamskiego jazydzi to upadli muzułmanie, dlatego powinni być skazani na śmierć, a jeśli są “tylko” poganami, w najlepszym razie mogą zostać niewolnikami. Grupa uczonych w Państwie Islamskim zebrała się, by “rozwiązać” ten problem i wydać odpowiedni dekret rządowy. Anonimowy autor artykułu pisze: [jeżeli jazydzi są poganami], kobiety i dzieci Jazydów mają być podzielone – według szariatu – pomiędzy bojownikami Państwa Islamskiego, którzy brali udział w Sinjar [operacja militarna w Północnym Iraku]… Wzięcie w niewolę rodzin kuffar (niewiernych) i zabranie ich kobiet to część prawa szariatu, gdyż ten, który wyśmiewa lub zaprzecza wersetom Koranu i słowom Proroka, jest zaprzańcem.

II. Terytorium

Uważa się, że tysiące muzułmanów z zagranicy wyemigrowało do Państwa Islamskiego. Rekruci pochodzą z Francji, Wielkiej Brytanii, Belgii, Niemiec, Holandii, Australii, Indonezji, USA i wielu innych miejsc. Wielu zamierza walczyć i jest gotowa zginąć.

Peter R. Neumann, profesor King College w Londynie, powiedział mi, że internet jest najważniejszy w rozprzestrzenianiu propagandy wśród rekrutów. Rekrutacja internetowa także zmieniła demografię społeczności dżihadystów – konserwatywne kobiety muzułmańskie, izolowane do tej pory we własnych domach, mogą dołączyć do rekrutów w Syrii. W ten sposób IS ma nadzieję zbudować pełne społeczeństwo.

W listopadzie pojechałem do Australii, aby spotkać się z Musą Cerantonio, trzydziestoletnim mężczyzną, którego Neumann i inni naukowcy identyfikują jako jednego z dwóch najważniejszych duchowych przywódców cudzoziemców zamierzających dołączyć do Państwa Islamskiego. Cerantonio przez 3 lata był teleewangelistą w Iqraa TV w Kairze, zrezygnował, gdy zaczęto krytykować jego wezwania do stworzenia kalifatu. Teraz naucza na Facebooku i Twitterze.

Cerantonio, duży, przyjazny mężczyzna o wyglądzie intelektualisty powiedział mi, że bladł, gdy widział ścięcie głowy na filmie wideo. Nienawidzi przemocy, choć wymaga się od zwolenników Państwa Islamskiego, aby przemoc popierali. Wypowiada się też przeciwko atakom samobójczym, argumentując, że Bóg zabrania samobójstwa. Ma obsesję motywu apokalipsy w islamie. Wydaje się, że przeżywa dramat, który wygląda jak średniowieczna baśń, tyle że krew jest jak najbardziej prawdziwa.

W lipcu 2014 r. Cerantonio i jego żona próbowali wyemigrować – nie mówili dokąd (Wyjazd do Syrii jest nielegalny -mówi ostrożnie) – lecz zostali złapani w drodze na Filipiny, deportowani z powrotem do Australii z powodu nielegalnego przedłużenia wizy. W Australii próba dołączenia do IS jest przestępstwem, paszport Cerantonio został skonfiskowany. Nie może się ruszyć z Melbourne, gdzie policja go dobrze zna. Gdyby został złapany na ułatwianiu podróży do IS komukolwiek, zostałby aresztowany. Obecnie jest wolny – formalnie jest niezrzeszonym ideologiem, który rozmawia z innymi dżihadystami, ale jego głos liczy się w sprawach doktrynalnych IS. Spotkaliśmy się na lunchu w Footscray, gęsto zaludnionej wielokulturowej dzielnicy Melbourne, w której mieści sie siedziba Lonely Planet, wydawcy przewodników podróżniczych. Cerantonio wychował się tam w irlandzko-kalabryjskiej rodzinie. Na ulicy Footscray można znaleźć afrykańskie knajpy, wietnamskie sklepy, spotkać młodych Arabów z wielkimi brodami, w salafickich szatach, długich koszulach i spodniach do połowy łydki.

Cerantonio wyjaśnił radość, jaką poczuł, gdy Baghdadi ogłosił kalifat 29 czerwca. Nagle poczuł magnetyczną siłę Mezopotamii: Byłem w hotelu na Filipinach i widziałem deklarację w telewizji – opowiadał. – I byłem zdumiony, dlaczego ja jeszcze siedzę w tym cholernym pokoju.

Ostatnim kalifatem było imperium ottomańskie, którego rozkwit przypada na wiek XVI, później nastąpił powolny schyłek, aż do roku 1924, kiedy to założyciel Republiki Tureckiej Mustafa Kemal Ataturk dokonał ostatecznej jego likwidacji. Cerantonio, jak wielu zwolenników IS, nie uznaje tamtego kalifatu za prawomocny, ponieważ nie w pełni egzekwował on prawo islamskie, które przewiduje kamienowanie, niewolnictwo i obcinanie kończyn za karę. A jego kalifowie nie wywodzili się z plemienia Proroka – Qurayshi – tak jak powinni wg ortodoksji.

Podczas lipcowego kazania w Mosulu Baghdadi mówił m.in. na temat znaczenia kalifatu. Że jego przywrócenie jest obowiązkiem islamskiej społeczności: To obowiązek nas muzułmanów, obowiązek, który zaniedbaliśmy… Muzułmanie tym zaniedbaniem zgrzeszyli, bo muzułmanie zawsze muszą próbować ustanowić kalifat. Podobnie jak bin Laden, Baghdadi mówi kwieciście, często odnosi się do świętych tekstów. Ale w przeciwieństwie do bin Ladena i fałszywych kalifów Imperium Osmańskiego, on jest z plemienia Qurayshi!

Cerantonio: Kalifat nie jest tylko jednością polityczną, ale drogą do zbawienia. Propaganda IS regularnie publikuje raporty na temat przysiąg wierności baya, napływających od grup dżihadystów z całego muzułmańskiego świata. Cerantonio cytuje Proroka, mówiąc, że śmierć bez przysięgi na wierność kalifowi oznacza śmierć jahil – ignoranta. Rozważmy, jak muzułmanie (a także chrześcijanie) wyobrażają sobie, co robi Bóg z duszami ludzi, którzy nigdy nie dowiadują się o prawdziwej religii. Nie będą oczywiście zbawieni. Podobnie, mówi Cerantonio, muzułmanin, który wprawdzie uznaje jednego Boga i modli się, lecz umiera bez złożenia przysięgi na wierność jedynemu kalifatowi i bez żadnych obowiązków wynikających z tej przysięgi – nie żyje bowiem w pełni islamskim życiem. Czy oznacza to, że większość muzułmanów w historii i wszyscy, którzy zmarli między rokiem 1924 a 2014, zmarli śmiercią ignorantów? Cerantonio przytakuje: Powiedziałbym nawet, że islam został ustanowiony na nowo przez kalifat.

Zapytałem go o jego własną baya, szybko poprawił mnie: – Nie powiedziałem, że złożyłem przysięgę. Przypomniał mi, że australijskie prawo zabrania bayi: – Ale zgadzam się, że Baghdadi spełnia wszystkie warunki bycia kalifem – kontynuował. – Teraz zamierzam mrugnąć do ciebie, zinterpretujesz to jak będziesz uważał – śmiał się.

Aby zostać kalifem, trzeba spełniać warunki określone w prawie sunnickim. Musi to być dorosły muzułmanin wywodzący się z plemienia Qurayshi, o nieskazitelnej moralności, silny fizycznie i moralnie; mający także amru czyli władzę. – Ostatnie kryterium – mówił Cerantonio – jest najtrudniejsze do spełnienia, gdyż kalif musi posiadać terytorium, na którym może egzekwować prawo islamskie. Islamskie Państwo Baghdadiego spełniło te warunki na długo przed 29 czerwca.

Cerantonio mówił, że powstała frakcja przygotowana na wojnę z grupą Baghdadiego, jeżeli doszłoby do dalszej zwłoki w ogłaszaniu kalifatu. Przygotowała ona list do wpływowych członków ISIS, wyrażający niezadowolenie z powodu niewyznaczenia kalifa. Została jednak powstrzymana przez Adnaniego, rzecznika, który dopuścił ją do tajemnicy – kalifat już został ogłoszony, ale nie publicznie.

Po kazaniu Baghdadiego zaczął się napływ do Syrii dżihadystów z nową motywacją. Jürgen Todenhöfer, niemiecki pisarz i były polityk, który odwiedził Państwo Islamskie w grudniu 2014 r., opublikował raport o przybyciu 100 bojowników do jednego z punktów rekrutacyjnych na granicy tureckiej w czasie tylko dwóch dni! Mamy do czynienia z ciągłym napływem cudzoziemców, przygotowanych, aby porzucić wszystko i dostać się do raju – w najgorszym miejscu na Ziemi!

W Londynie, na tydzień przed lunchem z Cerantonio, spotkałem się z trzema byłymi członkami zdelegalizowanej islamskiej grupy Al Muhajiroun (The Emigrants): Anjem Choudarym, Abu Baraa i Abdulem Muhidem. Wszyscy chcą emigrować do Państwa Islamskiego idąc w ślady swoich kolegów, lecz władze skonfiskowały im paszporty. Podobnie jak Cerantonio uważają kalifat za jedyną legalną władzę na Ziemi, chociaż żaden z nich nie przyznał się do złożenia przysięgi. Chcieli mi wyjaśnić, czym jest Islamskie Państwo, i w jaki sposób jego polityka odzwierciedla prawo Boga.

Choudary (48) był liderem grupy. Często pojawia się w wiadomościach tv kablowych  – jest jednym z niewielu fundamentalistów wciąż zapraszanych do studia. Głośno broni Państwa Islamskiego; zwykle aż wyłączą mu mikrofon. W Wielkiej Brytanii ma reputację pompatycznego i odrażającego gaduły. On i jego uczniowie w sprawie doktryny mówią jednym głosem. Choudary i inni często odzywają się na Twitterze, a Abu Baraa ma kanał na YouTube, na którym odpowiada na pytania dotyczące szariatu.

Od września 2014 r. władze prowadzą wobec moich trzech rozmówców śledztwo w sprawie podejrzeń o popieranie terroryzmu. Z tego powodu spotkali się ze mną osobno – inaczej naruszyliby warunki zwolnienia z aresztu za kaucją. Lecz rozmawia się z nimi jak z jedną osobą noszącą trzy różne maski. Choudary spotkał sie ze mną w cukierni w dzielnicy Ilford (East London). Był ubrany w elegancką niebieska tunikę prawie do kostek i popijał red bulla. – Przed kalifatem być może nawet 85 procent praw szariatu było nieobecnych w naszym życiu – mówi Choudary. – Te prawa nie były stosowane, dopóki nie mieliśmy kalifa, a teraz go mamy. Na przykład bez kalifatu sędziowie nie mają obowiązku orzekać kar amputowania rąk złodziei złapanych na gorącym uczynku. Kalifat tego wymaga.

W teorii wszyscy muzułmanie mają obowiązek emigracji do terytorium, gdzie kalif stosuje prawo szariatu. A od kalifa wymaga się jego wdrożenia. Ci, którzy złożyli przysięgę, mają informować kalifa osobiście, gdy dowiedzą się o jakimkolwiek odchyleniu od tego prawa. Według zachodnich kryteriów po prostu mają donosić na rzekomych czy faktycznych odstępców od zasad. Kalif nakazuje im posłuszeństwo i poprawę. Tłumaczy, czym jest ich grzech. Ci, którzy trwają przy błędzie lub nadal popierają nie-muzułmanów, są uważani za apostatów i powinni być wyeliminowani.

Choudary mówi, że prawo szariatu bywa źle interpretowane. Np. reżim w Arabii Saudyjskiej choć ścina głowy mordercom czy ucina ręce złodziejom, nie w pełni wdraża szariat. – Problem jest w czymś innym – wyjaśnia. – Arabia Saudyjska stosuje prawo karne, ale nie ma w niej społecznej i ekonomicznej sprawiedliwości, które szariat gwarantuje. Wywołuje to niechęć do władzy i prawa. A szariat to darmowe jedzenie, domy, odzież. Oczywiście każdy może bogacić się – ale pracując…

Abdul Muhid (32) był ubrany według mody mudżahedinów: niechlujna broda, afgańska czapeczka i portfel przypięty na zewnątrz. Chętnie rozmawiał o sprawach socjalnych. Państwo Islamskie może stosować średniowieczne kary za przestępstwa moralne (chłosta za pijaństwo lub seks przedmałżeński, kamienowanie za cudzołóstwo), lecz jego program socjalny w niektórych aspektach jest tak postępowy, że zadowoliłby komentatorów MSNBC. Opieka zdrowotna jest darmowa. – Nie jest darmowa w Wielkiej Brytanii, nieprawdaż? Za niektóre usługi, np. okulistę, trzeba płacić. Polityka socjalna IS to obowiązek wobec prawa bożego.

III. Apokalipsa

Wszyscy muzułmanie uznają, że Bóg jest jeden i tylko on zna przyszłość. Ale Koran i pisma proroków zawierają część proroctw dotyczących przyszłości i objawionych przez Boga. Państwo Islamskie różni się niemal od wszystkich innych ruchów dżihadu – wierzy, że pochodzi bezpośrednio od Boga i jest wpisane w jego plan.

Al-Kaida działa jako podziemny ruch polityczny, ma na celu usunięcie wszystkich nie-muzułmanów z Półwyspu Arabskiego, całkowite zniszczenie Izraela, likwidację niektórych reżimów na ziemiach muzułmańskich. Państwo Islamskie troszczy się o sprawy przyziemne w miejscach, które kontroluje: zbieranie śmieci czy stały dopływ bieżącej wody, lecz lejtmotywem jego propagandy jest nadejście Dni Ostatecznych. Bin Laden rzadko wspominał apokalipsę, kiedy już to robił, mówił, że nadejdzie ona dopiero po jego śmierci. Bin Laden i Zawahiri pochodzą z elit sunnickich, które patrzą z pogardą na tego rodzaju spekulacje i sądzą, że jest to zajęcie dla mas – mówi Will McCants z Brookings Institution, który pisze książkę o myśli apokaliptycznej w Państwie Islamskim.

W ostatnich latach amerykańskiej okupacji Iraku założyciele Państwa Islamskiego widzieli wszędzie znaki nadejścia końca. Przewidywali, że w ciągu roku przyjdzie Mahdi – Mesjasz, i poprowadzi muzułmanów do zwycięstwa przed końcem świata. McCants uważa, że prominentni islamiści w Iraku ostrzegali bin Ladena w 2008 r., że istnieje millenarystyczna grupa, która mówi cały czas o Mahdim i ma strategiczny program oparty na wierze w jego nadejście. Al-Kaida apelowała do jej przywódców o odcięcie się od tego. Bezskutecznie.

Dla niektórych głęboko wierzących w ten rodzaj długotrwałej bitwy Dobra ze Złem wizja apokaliptycznej masakry to spełnienie ich głębokich psychologicznych potrzeb.  Musa Cerantonio bardzo interesuje się tematem apokalipsy i problemem ostatnich dni Państwa Islamskiego i świata. To jego własne przemyślenia, niemające statusu doktryny. Niektóre są oparte na głównych źródłach sunnickich i pojawiają się wszędzie w propagandzie Państwa Islamskiego. Zakładają one istnienie świata tylko za rządów 12 akceptowanych formalnie kalifów, a Baghdadi jest ósmym! Armie Rzymu zderzą się z armią islamu w północnej Syrii; a ostateczna konfrontacja odbędzie się w Jerozolimie.

Państwo Islamskie przywiązuje wielką wagę do syryjskiego miasta Dabiq niedaleko Aleppo. Magazyn propagandowy IS został nazwany “Dabiq”, kiedy podbito – wielkim kosztem – to strategicznie nieważne miasto. Bo Prorok powiedział, że to właśnie tutaj armie Rzymu rozbiją swój obóz, a armie islamu zwyciężą w bitwie. Dabiq będzie dla Rzymu jak Waterloo.

Pismo cytuje Zarqawiego: iskra zabłysła tutaj w Iraku, a ogień będzie rozprzestrzeniać się, aż w Dabiq spali uczestników krucjaty. Propagandowe wideoklipy IS korzystają z hollywoodzkich filmów o średniowieczu – przecież wg proroctw armie przybędą konno i będą używać dawnej broni.

Skoro zajęto już Dabiq, Państwo Islamskie oczekuje nadejścia wrogiej armii, której porażka rozpocznie apokalipsę. Zachodnie media często nie reagują na odniesienia do Dabiq w filmach przekazywanych przez Państwo Islamskie, skupiają się na makabrycznych scenach ścięcia głowy. – Oto tutaj jesteśmy, grzebiemy pierwszego krzyżowca amerykańskiego w Dabiq, czekamy na przybycie waszej armii – mówi zamaskowany kat na filmie udostępnionym w listopadzie 2014 r., pokazując ściętą głowę Petera Kassiga, pracownika humanitarnego, który przetrzymywany był w niewoli ponad rok.

Podczas grudniowych walk w Iraku, po tym jak mudżahedini ogłosili, że widziano amerykańskich żołnierzy w akcji, konto na Twitterze Państwa Islamskiego eksplodowało radością.

Proroctwo, które przewiduje bitwę pod Dabiq, określa armię jako “Rzym”. Czym jest “Rzym” teraz, kiedy papież nie ma armii, to sprawa do dyskusji. Cerantonio mówi, że Rzym oznaczał całe Wschodnio-Rzymskie Imperium, ze stolicą w dzisiejszym Istambule. Powinniśmy więc myśleć o Rzymie jako o Turcji – tej samej republice, która zakończyła ostatni kalifat 90 lat temu. Inne źródła należące do Państwa Islamskiego sugerują, że Rzym może oznaczać jakąkolwiek armię niewiernych,  oczywiście także amerykańską.

Według Cerantonio po bitwie w Dabiq kalifat rozszerzy się i zajmie Istambuł. Niektórzy wierzą, ze zajmie całą Ziemię, ale Cerantonio sugeruje, że IS może nigdy nie przekroczyć Bosforu. Anty-Mesjasz, według muzułmańskiej literatury apokaliptycznej zwany Dajjal, przyjdzie z Khorasan, regioniu wschodniego Iranu i zabije wielu bojowników kalifatu, aż zostanie ich tylko 5000, blisko Jerozolimy. Gdy Dajjal będzie gotów ich też zabić, Jezus, który jest drugim najbardziej poważanym prorokiem w Islamie, wróci na Ziemię, przebije włócznią Dajjala i poprowadzi muzułmanów do zwycięstwa.

Tylko Bóg wie, czy armie Państwa Islamskiego zrealizują przepowiednie, mówi Cerantonio, ale taką ma nadzieję. Prorok powiada, że jednym ze znaków bliskiego nadejścia Końca jest to, że ludzie przestaną o nim mówić. Dziś nawet w meczetach nikt o tym nie mówi – sugeruje Cerantonio. Według tej teorii, żadna porażka Państwa Islamskiego nic nie znaczy, ponieważ Bóg z góry przesądził, że jego ludzie zostaną niemal wszyscy zabici. IS ma przed sobą najlepsze i najgorsze dni.

IV. Walka

Ideologiczna czystość Państwa Islamskiego ma jedną zaletę: pozwala przewidzieć niektóre działania tej społeczności. Osama bin Laden rzadko był przewidywalny. Zakończył swój pierwszy telewizyjny wywiad zagadkowo. Peter Arnett (CNN) zapytał go, jakie są twoje plany na przyszłość? Bin Laden odpowiedział: – To się okaże. Gdy będziesz uważnie słuchał, usłyszysz o nich w mediach, jeżeli Bóg pozwoli. Państwo Islamskie przechwala się otwarcie swoimi planami. Nie wszystkimi, ale wystarczy, żeby można było przewidzieć, jak chce rozszerzać swoją działalność i rządzić.

W Londynie Choudary i jego studenci szczegółowo opisują politykę zagraniczną Państwa Islamskiego, obecnie kalifatu. Podjęło ono już “agresywny dżihad”, ekspansję na kraje rządzone przez nie-muzułmanów. – My tylko się bronimy – mówi Choudary. – Głównym obowiązkiem kalifatu jest jego rozszerzanie.

Choudary przedstawia prawa wojenne Państwa Islamskiego, politykę łaski, a nie brutalności. Mówi, że państwo ma obowiązek terroryzować swoich wrogów. Święte prawo, aby ich zastraszyć przez ścinanie głów, ukrzyżowania i branie w niewolę kobiet i dzieci. Przyspiesza to zwycięstwo, a jednocześnie pozwala uniknąć długotrwałego konfliktu.

Kolega Choudary’go, Abu Baraa, wyjaśnia, że prawo islamskie zezwala tylko na krótkoterminowe pokojowe układy, trwające nie dłużej niż dekadę. Zgoda na ustanowienie jakichkolwiek granic terytorialnych podlega anatemie, jak mówi Prorok, co przejawia się w filmach Państwa Islamskiego. Jeżeli kalif zgadza się na dłuższy traktat pokojowy czy stałą granicę – błądzi. Krótkoterminowe traktaty pokojowe odnawia się, lecz nie z wszystkimi wrogami na raz. Kalif musi angażować się w dżihad chociaż raz w roku. Nie może odpocząć, inaczej będzie grzeszył zaniechaniem i lenistwem.

Czerwonych Khmerów, którzy wymordowali prawie jedną trzecią ludności Kambodży, można porównać do Państwa Islamskiego. Lecz Czerwoni Khmerzy zajmowali miejsce w ONZ jako Kambodża! – To jest niedozwolone – mówi Abu Baraa. – Wysłanie ambasadora do ONZ oznacza uznanie innej władzy poza władzą Boga. Ta forma dyplomacji to shirk lub politeizm, natychmiast uznany byłby za herezję i Baghdadi zostałby usunięty. Nawet przyspieszenie powstania kalifatu demokratycznymi metodami, np. przez głosowanie na politycznych kandydatów, którzy popierają kalifat, jest shirk.

Trudno sobie wyobrazić, jak sparaliżowane może być Państwo Islamskie ze względu na swój radykalizm. Współczesny system międzynarodowy, stworzony po pokoju westfalskim w 1648 r., polega na gotowości każdego państwa do uznania granic innych krajów. Dla IS takie uznanie byłoby ideologicznym samobójstwem. Inne islamskie grupy – Bractwo Muzułmańskie czy Hamas – uległy niedoskonałościom demokracji i potencjalnym zaproszeniom do międzynarodowych społeczności, łącznie z miejscem w ONZ. Negocjowano także z talibami – za ich rządów Afganistan wymienił ambasadorów z Arabią Saudyjską, Pakistanem i Emiratami Arabskimi – to akt, który unieważnił władzę talibów w oczach IS. Dla Państwa Islamskiego to nie jest wybór, ale apostazja.

Stany Zjednoczone i sojusznicy zareagowali na IS z opóźnieniem i w swojego rodzaju oszołomieniu. Ambicje grupy i jej strategia były oczywiste w deklaracjach i mediach społecznościowych już w 2011 r., kiedy była to jedna z wielu terrorystycznych grup działających w Syrii i Iraku, która nie popełniła jeszcze masowych zbrodni. Adnani mówił zwolennikom, że ambicją grupy jest przywrócenie islamskiego kalifatu i przywoływał apokalipsę: – Tylko kilka dni pozostało. Baghdadi już w 2011 r. wystylizował się na przywódcę wiernych, jak zwyczajowo nazywany jest kalif. W kwietniu 2013 r. Adnani ogłosił, że ruch jest gotowy zmienić świat zgodnie z zaleceniami Proroka i kalifatu”. W sierpniu 2013 r. powiedział: – Naszym celem jest ustanowienie Państwa Islamskiego, które nie uznaje granic, ale jest oparte na słowach Proroka. Wtedy grupa zajęła już Raqqa, stolicę syryjskiej prowincji zamieszkanej przez ok. 500 tys. ludzi, a także przyciągnęła znaczną liczbę bojowników.

Gdybyśmy rozpoznali intencje Państwa Islamskiego wcześniej, zorientowalibyśmy się, że sytuacja polityczno-militarna w Syrii i Iraku stworzyła dużą przestrzeń do swobodnego działania IS. Moglibyśmy skłonić przynajmniej Irak do uszczelnienia granicy z Syrią i porozumienia ze swoimi sunnitami. Pozwoliłoby to uniknąć porażającego efektu propagandowego, jaki miało ogłoszenie kalifatu po podbiciu trzeciego pod względem wielkości miasta Iraku. Ponad rok temu Obama powiedział pismu “The New Yorker”, że uważa ISIS za słabszego partnera al-Kaidy. – Jeżeli zespół juniorów ubiera się w koszulki Lakersów, to nie oznacza, że będzie grał jak Kobe Bryant – powiedział prezydent.

Nasze niedocenienie rozłamu między Państwem Islamskim a al-Kaidą oraz głównych różnic pomiędzy nimi doprowadziło do niebezpiecznych decyzji. Jesienią 2014 r. rząd USA wyraził zgodę na desperacki plan uratowania życia Petera Kassiga. Plan wymagał kontaktów między prominentnymi osobami w Państwie Islamskim i al-Kaidzie, i nie mógł być gorzej zaimprowizowany i przeprowadzony.

Biorąc pod uwagę wszystko, co wiemy o Państwie Islamskim, powolne upuszczanie mu krwi jest najlepszą ze złych militarnych opcji.

Plan ten wymagał kontaktu z Abu Muhammadem al Maqdisim, mentorem  Zarqawiego i znaczącą postacią w al-Kaidzie, i zbliżenia się do Turki al-Binali, głównego ideologa i byłego studenta Maqdisiego, chociaż ci dwaj mężczyźni byli od dawna skonfliktowani z powodu krytyki Państwa Islamskiego przez Maqdisiego. Maqdisi wzywał IS do ułaskawienia Alana Henninga, brytyjskiego taksówkarza, który pojechał do Syrii z pomocą humanitarną dla dzieci. W grudniu “Guardian” poinformował, że rząd amerykański przez negocjatora poprosił Maqdisiego o rozmowy interwencyjne w Państwie Islamskim w sprawie Kassiga.

Maqdisi żył na wolności w Jordanii, lecz zabroniono mu wszelkiej komunikacji z terrorystami zagranicą i był ściśle monitorowany. Kiedy Jordania wyraziła zgodę, by USA ponownie skontaktowały się z Maqdisim, kupił on telefon satelitarny za amerykańskie pieniądze i mógł swobodnie komunikować się ze swoimi byłymi studentami. Potem rząd jordański zahamował to, a rozmów użył jako pretekstu do uwięzienia Maqdisiego. Kilka dni później w sieci pojawił się film pokazujący ścięcie Kassiga w Dabiqu.

Zwolennicy Państwa Islamskiego drwili na Twitterze z Maqdisiego i al-Kaidy, ponieważ nie uznali oni kalifatu. Cole Bunzel, uczony, który zajmuje się ideologią IS, przeczytał opinie Maqdisiego na temat Kassiga i stwierdził, że mogło to przyspieszyć jego śmierć i innych zakładników. – Gdybym był zakładnikiem Państwa Islamskiego, a Maqdisi oświadczyłby, że nie powinienem być zabity, mógłbym pożegnać się z życiem.

Śmierć Kassiga była tragedią, lecz sukces planu jego uratowania byłby jeszcze większą. Porozumienie między Maqdisim a Binalim oznaczałoby zasypanie przepaści  pomiędzy dwiema największymi organizacjami dżihadu. Możliwe, że rząd chciał tylko użyć Binaliego do celów szpiegowskich czy też zamachu. Jednak decyzja, żeby swatać dwie największe organizacje terrorystyczne, była zdumiewająco zła i niebezpieczna.

Z powodu naszej obojętności Państwo Islamskie operuje dziś na terytoriach kurdyjskich i na irackim polu walki musimy atakować je z powietrza. Ta strategia nie pozbawiła IS żadnych większych terenów, chociaż uniemożliwiła bezpośredni atak na Bagdad i Erbil i mordowanie ludności Shia i Kurdów. Niektórzy obserwatorzy wzywają do eskalacji działań, zwłaszcza ci po prawej stronie sceny politycznej (Max Boot, Frederick Kagan), wzywają do wysłania tysięcy amerykańskich żołnierzy do Iraku. Te wezwania nie powinny być ignorowane zbyt szybko: organizacja otwarcie dopuszcza się ludobójstwa i popełnia codziennie zbrodnie na terenach przez siebie kontrolowanych.

Jednym sposobem, który “odczarowałby” zwolenników Państwa Islamskiego, byłoby militarne obezwładnienie go i zajęcie części Syrii i Iraku – obecnie pod rządami kalifatu. Al-Kaida jest nie do wykorzenienia, ponieważ może przetrwać jak karaluch, pod ziemią. Państwo Islamskie nie może. Jeżeli straci terytorium w Syrii i Iraku, przestanie być kalifatem. Kalifaty nie mogą istnieć jako ruchy podziemne, ponieważ wymagana jest od nich władza terytorialna: gdy jej nie ma, wszystkie przysięgi na wierność przestają być wiążące. Ci, co złożyli już przysięgę, mogliby nadal atakować Zachód, ścinać głowy wrogom jako tzw. wolni strzelcy. Lecz wartość propagandowa kalifatu przestałaby istnieć razem z religijnym obowiązkiem imigracji i działania na jego rzecz.

Ryzyko eskalacji konfliktu jest ogromne. Największym zwolennikiem amerykańskiej inwazji jest samo IS. Prowokacyjne filmy, na których kaci w czarnych kapturach zwracają się bezpośrednio do prezydenta Obamy, są robione tylko po to, by wciągnąć Amerykę do wojny. Inwazja byłaby wielkim propagandowym zwycięstwem dżihadu: bez względu na to, czy złożyli przysięgę kalifowi, wszyscy wierzą, że Stany Zjednoczone chcą współczesnej krucjaty, aby wymordować muzułmanów. Kolejna inwazja i okupacja potwierdziłyby te przekonania i wzmocniły rekrutację nowych bojowników i zwolenników.

ISIS powstał tylko dlatego, że nasza poprzednia okupacja zostawiła przestrzeń dla Zarqawiego i jego zwolenników. Kto może przewidzieć konsekwencje kolejnej nieudanej akcji?

Humanitarny koszt istnienia Państwa Islamskiego jest wysoki. Ale stanowi ono mniejsze zagrożenie dla USA niż częste konfrontacje z al-Kaidą. Skupia się ona na “dalekim wrogu” (Zachód), co jest rzadkością wśród grup dżihadu, które koncentrują się na sprawach bliższych ich siedzib. Dotyczy to zwłaszcza Państwa Islamskiego. Widzi ono wrogów dookoła, życzy wszystkiego co najgorsze rządowi amerykańskiemu, jednak wdrożenie ścisłego szariatu w kalifacie i ekspansja terytorialna są dla niego najważniejsze – nie zamachy w Ameryce. Baghdadi powiedział to wprost w listopadzie 2014 r. jego saudyjskim agentom: – Najważniejsze to pokonać Rafida (Shia), następnie al-Sulul (sunniccy zwolennicy saudyjskiego monarchy)…

Cudzoziemscy bojownicy (i ich żony oraz dzieci) podróżują do kalifatu z biletem w jedną stronę: chcą żyć tam, gdzie jest prawdziwe prawo szariatu. A wielu pragnie męczeństwa. Doktryna wymaga od wiernych, aby zamieszkali w kalifacie, jeżeli tylko mogą to zrobić. Jeden z mniej krwawych filmów Państwa Islamskiego pokazuje grupę dżihadystów palących swoje francuskie, brytyjskie i australijskie paszporty. Byłby to bezsensowny akt dla kogoś zamierzającego wrócić, aby wysadzić się w powietrze w kolejce do Luwru, czy wziąć zakładników w kawiarni w Sydney.

Kilku “samotnych wilków”, zwolenników Państwa Islamskiego atakowało zachodnie cele, można się spodziewać kolejnych takich zamachów. Lecz większość atakujących to sfrustrowani amatorzy, niemogący wyemigrować do kalifatu z powodu konfiskaty paszportu czy innych problemów. Nawet jeżeli IS przyklaskuje tym atakom – robi to w swojej propagandzie – nie zaplanowało, ani też nie sfinansowało żadnego. Atak na “Charlie Hebdo” w Paryżu był operacją al-Kaidy. Jürgen Todenhöfer przeprowadził w grudniu w Mosulu wywiad z niemieckim dżihadystą i zapytał go, czy jakiś z jego towarzyszy powrócił do Europy, aby przeprowadzić atak. Dżihadysta uważa, że ci co wracają, to nie są żołnierze, ale uciekinierzy. – Powinny odkupić swój powrót. Mam nadzieję, że raz jeszcze spojrzą uważnie na swoją religię.

Państwo Islamskie prawdopodobnie będzie działać samotnie. Żaden kraj nie jest jego sojusznikiem, gdyż ideologia tak nakazuje. Tereny, które kontroluje, choć bardzo duże, są w większości niezamieszkane i biedne. Jeżeli IS wpadnie w stagnację lub powoli skurczy się, główne hasła o  woli Boga i apokalipsie osłabną, coraz mniej wiernych będzie tu imigrować. Inne radykalne ruchy muzułmańskie też zostaną zdyskredytowane, zwłaszcza raportami o biedzie na obszarach ich działania.

Jednak upadek IS nie nastąpi szybko i nadal wiele spraw może potoczyć się bardzo źle: jeżeli IS otrzyma wsparcie al-Kaidy, może się zamienić w najgorszego wroga, jakiego do tej pory widzieliśmy. Ale rozdźwięk między Państwem Islamskim a al-Kaidą powiększył się w ostatnich miesiącach; w grudniowym wydaniu “Dabiq” zamieszczono długą historię uciekiniera z al-Kaidy, który opisuje korupcję i nieudolność swojej poprzedniej grupy, a Zawahiriego jako nieudolnego lidera.

V. Opozycja

Określenie problemu Państwa Islamskiego jako “problemu z islamem” byłoby za łatwe. Religia zezwala na wiele interpretacji. Jednakże określenie IS jako nie-islamskiego może przynieść niedobre skutki. Jak zareagują ci, którzy czytają święte teksty i widzą w nich poparcie dla praktyk kalifatu?

Muzułmanie mogą mówić, że niewolnictwo jest teraz nielegalne, a ukrzyżowania były stosowane w pewnym historycznym czasie. Lecz nie mogą potępić niewolnictwa czy ukrzyżowania bez zaprzeczenia słowom Koranu i przykładowi Proroka. – Jedynym zasadniczym argumentem, na który mogą powołać się oponenci Państwa Islamskiego, jest to, że niektóre teksty i tradycyjne nauczanie islamu są już nieważne – mówi Bernard Haykel. Byłby to jednak akt apostazji.

Ideologia IS niezwykle wpływa na niektórych wiernych. Hipokryzja i niepewność znikają. Musa Cerantonio i salafici, których spotkałem w Londynie, są nie do zatrzymania, nie zająknęli się przy żadnym pytaniu. Jeżeli akceptuje się ich punkt widzenia, są nadzwyczaj przekonujący. Gdyby byli tylko niegroźnymi gadającymi maniakami, mógłbym sądzić, że ich ruch wypali się, ponieważ psychopaci wysadzają się w powietrze lub zostają zabici w akcjach. Lecz ci mężczyźni mówili z akademicką precyzją i zapałem. Nawet dobrze czułem się w ich towarzystwie – i to mnie najbardziej przestraszyło.

Nie-muzułmanie nie mogą powiedzieć muzułmanom, jak mają praktykować swoją religię. Lecz muzułmanie zaczęli tę debatę we własnym gronie już dawno. – Musisz utrzymywać standardy – mówi mi Anjem Choudary. – Ktoś, kto tylko mówi, że jest muzułmaninem, ale toleruje homoseksualizm czy pije alkohol, nie jest muzułmaninem. Nie ma takiego kogoś, jak niepraktykujący wegetarianin.

Istnieje inny odłam islamu, który oferuje fundamentalistyczną alternatywę wobec Państwa Islamskiego – tak samo bezkompromisową, lecz skrajnie odmienną we wnioskach i realizacji. Ten odłam jest atrakcyjny dla wielu muzułmanów, tęskniących za zrozumieniem każdej litery świętych tekstów z najwcześniejszych lat islamu. Zwolennicy Państwa Islamskiego wiedzą, jak zareagować, kiedy muzułmanie ignorują część Koranu: takfirem. Ale zdają sobie sprawę, że niektórzy muzułmanie także studiują Koran wytrwale i stanowią ideologiczne zagrożenie.

Baghdadi jest salafitą. Określenie salafi zostało oczernione, gdyż wielu bandytów bierze udział w walkach właśnie pod flagą salaficką. Tymczasem salafici nie są dżihadystami i większość należy do sekt, które odrzucają Państwo Islamskie. Są, jak zauważa Haykel, zobligowani do rozszerzania Dar al-Islam, terenu islamu, być może nawet z najgorszymi praktykami jak niewolnictwo czy amputacja – lecz dopiero w pewnym punkcie w odległej przyszłości. Ich priorytetem jest przestrzeganie zasad religii, wierzą, że cokolwiek, co przeszkadza tym praktykom, np. wojna, czy zamieszki, które zakłóciłyby życie i modlitwy – jest zabronione.

Żyją wśród nas. Jesienią odwiedziłem meczet w Filadelfii, gdzie imamem jest Breton Pocius, lat 28, salafita używający imienia Abdullah. Jego świątynia znajduje się na granicy dzielnicy o wysokiej przestępczości – Northern Liberties, i dzielnicy, która powoli staje się modna wśród tutejszych hipstersów; można ją nazwać Dar al-Hipster.

Teologiczna alternatywa dla państwa islamskiego istnieje, tak samo bezkompromisowa, ale dochodząca do przeciwnych wniosków.

Pocius dokonał konwersji 15 lat temu. Ma polskie i katolickie korzenie, jest z Chicago. Podobnie jak Cerantonio świetnie zna starożytne teksty i jest przekonany, że to jedyna droga, by uniknąć ognia piekielnego. Kiedy spotykam go w miejscowej kawiarni, ma przy sobie pracę na temat Koranu po arabsku i książkę do nauki japońskiego. Przygotowywał kazanie na temat obowiązków wynikających z ojcostwa dla 150 wiernych na piątkowe modły.

Pocius mówi, że jego głównym celem jest zachęcenie wiernych do życia według halal. Powstanie Państwa Islamskiego zmusiło go do odpowiedzi na polityczne pytania, które zwykle nie są ważne dla salafitów. – W większości mówią, jak się modlić, ubierać, to samo ja głoszę w meczecie. Lecz jeśli chodzi o zagadnienia społeczne, mają poglądy jak Che Guevara.

Kiedy pojawił się Baghdadi, Pocius zaadaptował slogan To nie jest mój kalif. – Czasy Proroka były okresem wielkiego rozlewu krwi – mówi Pocius – i wiedział on, że chaos pogorszy warunki bytowania w umma (muzułmańskiej społeczności). Według Pociusa najlepszym rozwiązaniem dla salafitów jest niestwarzanie nieporozumień przez ogłaszanie innych muzułmanów apostatami.

Jak większość salafitów Pocius uważa, że muzułmanie powinni się odciąć od polityki. Ci mistyczni salafici zgadzają się z tezą Państwa Islamskiego, że istnieje tylko prawo boskie i unikają praktyk jak głosowanie czy tworzenie partii politycznych. Lecz interpretują inaczej słowa Koranu potępiające chaos i niezgodę. Jeżeli to konieczne dla zatrzymania nienawiści, należy poprzeć przywódcę, nawet jeżeli jest grzesznikiem. – Prorok mówi: jeżeli przywódca nie jest kuffr (niewiernym), dajcie mu posłuszeństwo.

Mistycznym salafitom nie wolno robić podziałów pośród muzułmanów, np. przez masowe ekskomuniki. Życie bez bayi robi z ciebie ignoranta. Lecz baya nie oznacza przysięgi wobec kalifatu, a z pewnością nie wobec Abu Bakr al-Baghdadiego, twierdzi Pocius. Może oznaczać, w szerokim sensie, przysięgę na rzecz religijno-społecznych umów i zobowiązanie wobec społeczeństwa muzułmańskiego, obojętnie, czy jest rządzone przez kalifat, czy też nie.

Salafici wierzą, że muzułmanie powinni skierować swoją energię na doskonalenie osobistego życia, modlitwę, rytuały i higienę. W ten sam sposób jak ultraortodoksyjni Żydzi debatują, czy odrywanie papieru toaletowego w szabat jest dozwolone? (czy jest to rozdzieranie szat?), spędzają bardzo dużo czasu, żeby upewnić się, czy ich spodnie nie są za długie, a ich brody są przycięte tak samo. Dzięki temu dokładnemu przestrzeganiu religii Bóg da im siłę oraz liczebność, a może kiedyś też powstanie kalifatu. Wtedy muzułmanie osiągną zwycięstwo w Dabiq. Pocius cytuje kilku współczesnych salafickich teologów, którzy uważają, że kalifat nie może powstać bez woli i interwencji Boga.

Państwo Islamskie oczywiście zgodziłoby się z taką interpretacją, dodając, że Bóg właśnie wyznaczył Baghdadiego do utworzenia kalifatu. Pocius ripostuje i wzywa do pokory. Cytuje Abdullaha Ibn Abbasa, jednego z towarzyszy Proroka, który usiadł z odszczepieńcami, pytając, jak to jest możliwe, że są tak bezczelni, aby mówić większości, że nie mają racji? Sam rozłam, który prowadzi do rozlewu krwi lub do podziału w umma, jest zabroniony. Nawet sposób, w jaki Baghdadi ustanowił kalifat jest niewłaściwy. – Kalifat zostanie ustanowiony przez Allaha – mówi Pocius – będzie też konsensem uczonych od Mekki do Medyny. A to się nie wydarzyło. ISIS pojawił się znikąd.

Państwo Islamskie nienawidzi tego sposobu myślenia, jego zwolennicy tweetują szyderczo na temat mistycznych salafitów. Nazywają ich “salafitami menstruacji” z powodu ich niejasnego tłumaczenia, kiedy kobiety są czyste, a kiedy nie, i innych mniej ważnych aspektów życia. – Teraz właśnie nam potrzeba fatwy, dlaczego jest haram (zabronione) jeżdżenie na rowerze na Jupiterze – tweetował ktoś złośliwie. Anjem Choudary z kolei mówi, że żaden grzech nie zasługuje na większe potępienie, niż uzurpacja wobec prawa Boga. Ekstremizm w obronie monoteizmu nie jest złem.

Pocius nie liczy na żadne oficjalne poparcie ze strony USA jako przeciwwagi dla dżihadyzmu. W istocie toby go zdyskredytowałoby, a i tak jest rozżalony na Amerykę za traktowanie go jak obywatela drugiej klasy. (Oskarża rząd o infiltrowanie jego meczetu, nękanie matki w pracy pytaniami o potencjalne powiązania syna z terroryzmem).

Jednakże jego mistyczny salafityzm oferuje antitodum na dżihadyzm w stylu Baghdadiego. Ludzie, którzy przybywają, aby walczyć za wiarę, nie mogą być zatrzymani, lecz ci, których główną motywacją jest znalezienie ultrakonserwatywnej, bezkompromisowej wersji islamu – znajdą alternatywę tutaj. Nie jest to liberalny islam. Większość muzułmanów uzna go za ekstremalny. Jednak jest to forma, którą głęboko wierzący uznają za właściwą, autentyczną, niebluźnierczą, szczerą. Hipokryzja nie jest grzechem tolerowanym przez młodych ideologów.

Zachodni politycy prawdopodobnie powinni się wstrzymać od wszelkich teologicznych debat. Barack Obama już wpadł w wody takfiri, kiedy uznał, że Państwo Islamskie jest “nieislamskie”. Jest w tej sytuacji pewna ironia – Obama jako niemuzułmański syn muzułmanina sam jest klasyfikowany jako apostata. I właśnie on praktykuje takfiri przeciwko muzułmanom. Niemuzułmanie praktykujący takfir  wywołują chichot wśród dżihadystów (są jak świnia pokryta kałem, radząca innym, jak trzymać higienę – mówił jeden z tweetów).

Przypuszczam, że większość muzułmanów docenia Obamę: jako prezydent stanął razem z nimi przeciwko Baghdadiemu i niemuzułmańskim szowinistom. Bo większość muzułmanów nie jest podatna na hasła dżihadu.

W granicach swojej wąskiej i prymitywnej teologii Państwo Islamskie jest pełne energii, nawet kreatywności. Poza nimi pozostaje ciche i jałowe: wizja życia w skrajnym posłuszeństwie, w zgodzie z przeznaczeniem i porządkiem. Musa Cerantonio i Anjem Choudary mogą przeskakiwać od kontemplacji masowej śmierci, wiecznych tortur do dyskusji nad rozkoszą picia wietnamskiej kawy.

Jednak dla mnie zgodzić się z ich poglądami, to zobaczyć, jak wszystkie zapachy świata przemieniają się w jeden mdły.

Mógłbym dobrze czuć się w ich towarzystwie, ale tylko do pewnego momentu. W recenzji z “Mein Kampf” z marca 1940 r. George Orwell napisał, że nigdy nie byłby w stanie lubić Hitlera, pokazał jego słabe strony, odrażające i tchórzliwe cele. Gdyby miał zabić mysz, wiedziałby, jak sprawić, żeby wydawała się smokiem. Partyzanci IS mają podobną właściwość. Wierzą, że ich walka będzie trwała po ich śmierci, stoją po stronie sprawiedliwych, a walka jest przywilejem, przyjemnością, zwłaszcza jeśli jest ciężarem.

Faszyzm, kontynuował Orwell, jest bardziej koncepcją psychologiczną niż hedonistyczną. Socjalizm, a nawet kapitalizm bardziej lub mniej chętnie mówią ludziom: oferujemy dobrą zabawę. Hitler im mówił – oferuję walkę, niebezpieczeństwo i śmierć – i w rezultacie pociągnął za sobą cały naród. Nie powinniśmy nie doceniać emocjonalnych uwarunkowań polityki i konfliktów!

W przypadku IS to religijna lub intelektualna atrakcyjność. IS ma wypełnić misję Proroka, to sprawa dogmatu, mówi nam o tym zapał naszego przeciwnika.  Przeciwnik, który nawet w obliczu przegranej pozostaje pewny siebie, wierzy, że otrzyma boską pomoc, gdy będzie wierny Prorokowi. Można przekonać niektórych potencjalnych konwertytów, że IS przekazuje fałszywą wiadomość i antywartości. Lecz takie akcje będą miały niewielkie znaczenie i wojna może być bardzo długa, nawet jeżeli nie potrwa do samego Końca.

W górę rzeki (16)

Zbigniew Milewicz

Morze, nasze morze…

Okazji do wystąpienia na scenie w sali gimnastycznej czy na czwartym piętrze w auli Słowaka nie brakowało. Były liczne akademie ku czci…, rozpoczęcia i zakończenia roku szkolnego, wśród zapraszanych gości pojawiali się prominenci. Czasem zaszczycał nas obecnością brat naszego polonisty, słynny tenor operowy, Bohdan Paprocki, a wtedy dokuczała mi trema. Jakże tu bowiem zaśpiewać popisowe Mississippi*, żeby taki zawodowiec później przy rodzinnej herbatce nie zapytał: a skąd żeście wytrzasnęli tego amatora?

W czasie występu miałem więc podzielną uwagę. Z jednej strony starałem się jak najlepiej oddać klimat amerykańskiego musicalu i wcielić w mojego idola- był nim zaś sam Paul Robeson – a z drugiej baczyłem na minę dostojnego gościa. Nie znając oryginału, śpiewałem ten utwór po polsku, ale kto wtedy poza anglistą znał na sali angielski… Chętnie też deklamowałem wiersze przy różnych okazjach, występowałem w konkursach recytatorskich, aż do pamiętnego zjazdu absolwentów chorzowskiej szkoły handlowej, któremu towarzyszył program artystyczny, w Domu Kultury Huty „Kościuszko“. Dziś jest to Teatr Rozrywki.

Na prośbę dyrekcji Słowaka miałem w nim wystąpić z wierszem, który chyba nosił tytuł Szkoła, ale już nie pamiętam, czyjego był autorstwa. Traktował on o uczniu, który miał nauczyć się na pamięć wiersza i odpytywany przez nauczyciela, pogubił się w treści. Czasu na przygotowanie deklamacji było sporo, około tygodnia, tylko za bardzo nie czułem tego tekstu. Jak na mój gust był zbyt liryczny. Wolałem ekspresyjne wiersze, w rodzaju Spotkania Jerzego Jurandota, śmieszne Słówka Boya, lubiłem klimat mickiewiczowskich utworów. Wkułem jednak wiersz na pamięć, a przynamniej tak mi się wydawało, stanąłem za kulisami i czekałem, aż przyjdzie na mnie czas. Najpierw miałem być na scenie czwarty z kolei, później reżyser zdecydował, że pierwszy po przerwie, a w rzeczywistości wyszedłem jako przedostatni. Sala miała około 500 miejsc i zajęta była do ostatniego fotela. Kiedy zmrużyłem oczy pod światłem jupiterów i powiedziałem pierwszą zwrotkę, w głowie zapanowała idealna pustka a suflera pod sceną nie było. Do miejsca, w którym uczeń z wiersza zapomniał słów brakowało dwóch zwrotek, więc jak bym nie kombinował, była klapa. Skonfundowany skłoniłem się przed publicznością, powiedziałem przepraszam i przy brawach wyszedłem za kulisy. Rozpoczynały się letnie wakacje, ze wstydu przez kilka dni nie opuszczałem domu. Mama, która uczestniczyła w tym zjeździe, pocieszała mnie jak mogła, że wyszło naturalnie, wszyscy myśleli, że zagrałem zapominalskiego. Sporo czasu musiało jednak minąć, zanim przełknąłem tę pierwszą, dużą porażkę w swoim życiu.

W harcerstwie nie było złych dni. Nasza drużyna, którą kierował znakomity Maciek Gadomski, stała się wodniacka dopiero w połowie mojej licealnej edukacji. Z początku chodziliśmy, jak to lądowe szczury, z kompasem na azymut, zdobywaliśmy beskidzkie szczyty, a najpierw uczyli się harcerskich praw, żeby móc złożyć przysięgę. Później zdobywało się odznakę ZHP. Moim zastępowym był kolega z klasy, Romek Hardyk, po jakimś czasie sam dochrapałem się tej funkcji, w stopniu ćwika. Kiedy zastępy zamieniły się w załogi, zostałem załogowym. Żeby mieć na czym pływać, pod okiem instruktora wzięliśmy się za budowę kanadyjek, harcówka zamieniła się w pracownię szkutniczą i było to pasjonujące zajęcie. Nie używany magazyn na dziedzińcu szkolnym własnoręcznie wyremontowaliśmy i przerobiliśmy na hangar. W czasie 1-Majowego pochodu nasza drużyna, dwójka , maszerowała ulicą Wolności i z dumą niosła te łodzie na barkach, oczywiście z pieśnią na ustach. Morze, nasze morze, wiernie ciebie będziem strzec… Przyszedł czas na ich zwodowanie, żadna nie wymagała poprawki. Tylko już nie pamiętam, gdzie my na nich pływaliśmy: na Pogorii, w Paprocanach, czy w Goczałkowicach?

wodniacyZ druhem Zdebikiem, chyba w Goczałkowicach.

W Harcerskim Ośrodku Wodnym nad Jeziorem Goczałkowickim zdobywałem patent żeglarski, w warunkach, jak przystało, surowych. Przez trzy czwarte kursu lało jak z cebra, my pod namiotami, albo na dezetach, najpierw na wiosłach, jezioro wzdłuż i wszerz, dzień za dniem. Później stanęły żagle i zaczęliśmy się uczyć od podstaw żeglarskiego rzemiosła oraz egzotycznie brzmiących achterpików, rafów, fałów i halsów. Za przewinienia i psoty na pokładzie czołgaliśmy się za karę w kapokach pod ławkami lub wspinaliśmy na top grota. Stare łodzie musiały lśnić czystością, codziennie pod okiem bosmana szorowaliśmy dek ryżowymi szczotkami, jak na burcie farba się łuszczyła, trzeba było ją zdrapać i położyć nową warstwę. W zamian bosman uczył nas węzłów i opowiadał ciekawe historie. Między innymi o tym, jak powstało to sztuczne jezioro, jak zalano wieś razem z jej cmentarzem i po nocach straszyło, jak pływały trumny z umrzykami, słychać było różne jęki i wycia. Kiedy więc zgodnie z programem zorganizowano nam nocny alarm i kazano wypłynąć na środek jeziora, na jakąś mieliznę i wyskoczyć za burtę, żeby znowu zepchnąć łódź na wodę, było trochę strasznie. Po powrocie do ośrodka, w namiotach zrzuciliśmy mokre mundury, zawinęli w suche koce, każdy dostał kubek gorącej herbaty, chyba z kroplą czegoś mocniejszego i więcej niczego do szczęścia nam już nie brakowało. Oczywiście najpiękniejszą chwilą, jaką zapamiętałem z Goczałkowic, było ogłoszenie wyników egzaminów na stopień żeglarza. Zdali wszyscy, kiedy usłyszałem, że przyznano mi patent, poczułem się jakby mnie pasowano na mężczyznę.

Także letni spływ kajakowy, który nasza drużyna rozpoczęła w okolicach Krzepic na Liswarcie a zakończyła w Bydgoszczy, był dużym wyzwaniem. Płynęliśmy Wartą, Notecią i kanałami do Gopła, a później Kanałem Bydgoskim, zajęło nam to dwa tygodnie, dłonie od wioseł miałem zgrabiałe i kiedy spływ się skończył, odetchnąłem z ulgą. Z drugiej strony miałem satysfakcję, że podołałem trudom tej wyprawy. Ukoronowaniem moich młodzieńczych, wodniackich przygód było bałtyckie, przybrzeżne pływanie, w ramach praktyki po zakończeniu kursu żeglarskiego. Odbywaliśmy ją na starych szalupach z Batorego, przebudowanych na trójżaglowe jachty, z kojami dla dziewięciu osób. Po tygodniu pracy na pokładzie, trudnych, nocnych wacht i wrześniowych sztormów, zawinęliśmy znowu do Gdyni i musiało minąć trochę czasu, zanim ląd przestał nam chybotać pod stopami.

klasazbychaCzęść naszej klasy i grono profesorskie przed egzaminem dojrzałości, autor to ten grubas z tyłu.

Między wakacyjną przygodą i popisami na scenie w liceum trzeba się było uczyć. Szło mi to różnie, ale starałem się traktować naukę poważnie i nie chodziłem na wagary. Nauczycieli mieliśmy na ogół wymagających, jednych darzyło się sympatią, innych nie za bardzo. Z polonistą, prof. Januszem Paprockim nie miałem najlepszego kontaktu, choć sam przedmiot lubiłem. Naszym wychowawcą był nieco kostyczny profesor Jan Brzoza, który nauczał historii; w XI klasie przejęła tę funkcję dla odmiany ciepła w relacjach międzyludzkich profesor Wala Michalska, także historyczka. Profesor Franciszek Gurgacz, pedagog już starszy wiekiem, prowadził szkolną bibliotekę i to on uczył mnie warsztatu recytatorskiego, doradzał wybór lektur, był człowiekiem wielkiej kultury i mądrości, a prywatnie ojcem serdecznej przyjaciółki cioci Irki. Prof. Jazowy, mój surowy nauczyciel łaciny w liceum, mieszkał wraz z rodziną na parterze naszego domu przy ul. Wesołej. Jako dzieciak zawdzięczałem mu ratunek z pewnej opresji; łażąc po wysokim płocie, oddzielającym nasz ogród od podwórka, w pewnym momencie straciłem równowagę i zawisnąłem głową w dół, z nogą między sztachetami. Na szczęście był w domu, kiedy zacząłem się drzeć i wołać o ratunek. Nie mogłem więc obijać się z łaciny, dług wdzięczności trzeba było spłacić.

przebierancy-zbychFizyki nauczał wielki oryginał, profesor Emil Pieczka, zawsze gładko zaczesany do tyłu. Solidnej budowy ciała, latem przychodził do szkoły w pumpach i trampkach, zimą w swych słynnych spodniach i butach narciarskich oraz flanelowej koszuli w kratkę. Siadał bez słowa i cienia wyrazu na twarzy za katedrą, wyjmował czarny, zatłuszczony notes, otwierał go na jakiejś stronie, marszczył czoło i dopiero wtedy zaszczycał nas spojrzeniem. Zgromadzeni w amfiteatralnej sali śledziliśmy lot tej strzały, panowała pełna napięcia cisza, ale czasami nas zwodził. Zatrzymywał np. wzrok na Adamie Kandziorze, a padało nazwisko Milewicz i trzeba było iść do tablicy. Nie pamiętam, żeby ktokolwiek dostał u Emila piątkę, dobry stopień trafiał się bardzo rzadko, natomiast czysta trója stanowiła dla ucznia powód do dumy. Był jednak sprawiedliwym nauczycielem.

Z Krystianem Cichowskim i Krzyśkiem Kozubskim na licealnym balu przebierańców.

O matematyku, profesorze Swadźbie, którego nie można było nie lubić, pisałem w poprzednim odcinku. Z tego, co mówił mi Krystian Cichowski, wynika, że Jasiu nie daje się czasowi. Stuknęła mu już osiemdziesiątka, ale dalej czynnie uprawia turystykę górską w Tatrach i organizuje wystawy filatelistyczne. Z Krystianem przyjaźnimy się od Słowaka, od ponad ćwierćwiecza mieszka w Berlinie. Podobnie jak ja zawsze lubił chodzić po górach, a na nizinie po kawiarniach i sporo tych wędrówek odbyliśmy razem. Z Wieśkiem Polczykiem razem żeglowaliśmy, prześcigali się w zbieraniu znaczków pocztowych i z zapałem grali w ping-ponga. Dobry kontakt miałem z Krzyśkiem Kozubskim, Jurkiem Żakiem, Maćkiem Gibasem, Januszem Durajem, Andrzejem Gregorczykiem, Sewerynem Sowiakiem i Mietkiem Kozłowskim. Z dziewczyn, z Basią Marklowską, Krysią Pudełko i Haliną Delakowicz. Z Krysią sympatyzowaliśmy już w podstawówce, z Haliną uczyliśmy się razem do matury rosyjskiego, który wybraliśmy na przedmiot dodatkowy.

Adresatką moich pierwszych, młodzieńczych amorów była jednak Inga, córka sąsiadki przy ulicy Wolności. Jej mama sprzątała nam czasami mieszkanie, myła okna a zdarzało się, że robiły to razem. Dziewczyna była starsza ode mnie o kilka lat, pewnie miała już za sobą jakieś seksualne doświadczenia i gotowa była się nimi ze mną podzielić, ale ja nie potrafiłem przemóc chorobliwej nieśmiałości w stosunku do dziewczyn, choć niesamowicie mi się podobała. Miała południowy typ urody, bujne kształty, wesoły i bezpośredni sposób bycia, tylko wypadało rwać taką wisienkę.

Z Gienią, którą później poznałem w Słowaku, było podobnie. Dla odmiany blondynka, ale też bardzo aerodynamicznie zbudowana, poruszała się tak zmysłowo, że nie mogłem oderwać od niej wzroku. Miała w sobie coś z Nany, głównej bohaterki powieści Emila Zoli, którą „pożyczyłem“ sobie z księgozbioru cioci Irki i czytywałem w tajemnicy przed dorosłymi. Z rasowej, paryskiej kurtyzany… Takie typy kobiet najbardziej przemawiały do mojej seksualnej wyobraźni. Na pierwsze, niewinne pieszczoty z Gienią pozwoliłem sobie jednak dopiero, kiedy skończyłem 18 lat… Uwierzycie, że nawet wtedy nie posunąłem się dalej…? Taka była ze mnie romantyczna gapa.

* „Showboat”, muz. Jerome Kern a utwór, który śpiewałem nosił w oryginale tytuł Ol`Man River. Po niedawnym odsłuchaniu na youtube znakomitego nagrania z 1936 r., mam nadzieję, że nikt nie nagrywał w liceum moich popisów.

Na pustyniach Australii (2)

Lech Milewski

Daisy Bates – Lato

Uboga lecz elegancka panna z ambicjami i po przejściach poszukuje…

Niestety droga była tylko jedna – zatrudnić się znowu jako guwernantka, korzystając z referencji biskupa Stantona.
Tym razem Daisy spróbowała szczęścia w Nowej Południowej Walii, nieopodal miejscowości Nowra, 150 km na południe od Sydney. Właścicielką posiadłości była pani Catherine Bates, wdowa z szóstką dzieci. Finansowo wspierał ją syn Jack zatrudniony jako drover czyli hmmm… poganiacz bydła. W Australii wiele terminów nabiera innych rozmiarów. Drover był osobą odpowiedzialną za przeprowadzenie wielotysięcznych stad bydła przez tysiące kilometrów pustynnych bezdroży.

Pani Bates nie potrzebowała guwernantki będącej ozdobą towarzystwa, potrzebna jej była intensywna pomoc we wszystkich dziedzinach gospodarstwa.
Na co liczyla Daisy? Nie musiała długo czekać żeby na jej drodze pojawiła się nowa szansa.

Na Boże Narodzenia 1884 roku do domu zjechał Jack Bates, przy okazji przyprowadził duże stado dzikich koni brumby na lokalny pokaz hippiczny.
Jack był przystojny, o kruczoczarnych włosach, pod wąsem, z niebieskimi oczami i zdrową opalona cerą. Spodobał się Daisy, ale rozczarowały ją bardzo jego maniery przy stole i milkliwy charakter.

Jack nie lubił książek, ze szkoły uciekł w wieku lat 14 i przez kilka lat zajmował się łapaniem dzikich koni. Zyskał sobie uznanie jako doskonały jeździec i stockman – nadzorca dużego stada zwierząt. Wkrótce został head stockman w wielkiej stacji hodowlanej – prestiżowa i dobrze płatna praca. Niestety poniósł go nieopanowany temperatent i w napadzie złości ciężko pobił podległego mu Aborygena. Właściciel stacji wyrzucił go z pracy i dołożył starań żeby nikt Jacka nie zatrudnił.

Pozostała mu tylko ścieżka samodzielnej kariery – drover – bardzo odpowiedzialna, ryzykowna i w przypadku sukcesu dobrze płatna praca.
Jack Bates, podobnie jak jego koledzy po fachu przepijał i przegrywał w karty lwią część zarobionych pieniędzy.

Wydaje się, że Daisy liczyła, że pod jej wpływem Jack się unormuje, szybko zgromadzi pieniądze potrzebne na zakup własnej ziemi, wybudowanie domu. A gdy już będzie dom, to ona potrafi stworzyć w nim właściwą atmosferę.

Daisy nie miała problemu z podbiciem serca Jacka. W drugi dzień świąt oznajmił publicznie, że zamierza wziąć z nią ślub przed wyjazdem na kolejne zlecenie. Ze swej strony Jack zaimponowal Daisy umiejętnością ujeżdżania koni i charakterem. Na pokazie, na którym byli jako widzowie, żaden z zawodników nie mógł ujarzmić narowistego konia. Wtedy Jack zgłosił się do konkursu, ujarzmił konia, a zdobytą nagrodę polecił podzielić po równo między wszystkich uczestników konkursu.

Ślub odbył się w lutym 1885 roku. Państwo Bates byli katolikami, więc Daisy nie musiała udawać protestantki. Oczywiście nie wspomniała o małżeństwie z Eddie Morantem i ponownie zadeklarowała swój wiek jako 21 lat.
Trzy dni po ślubie Jack wyjechał, a Daisy została wraz z teściową na gospodarstwie, tym razem musiała pracować tu bez żadnego wynagrodzenia. Dziwnym trafem kilka dni później otrzymała list z Sydney. Pod pretekstem konieczności zakupu niezbędnych sprzętów domowych wyjechała do Sydney, gdzie czekał na nią nie kto inny lecz Ernest Baglehole!

Pamiętacie Państwo? To był syn jej pierwszych pracodawców, jeszcze w Anglii, tam rodzice mieli już dla niego kandydatkę na żonę.
Ernest ożenił się zgodnie z wolą rodziców, ale po kilku miesiącach miał dosyć żony i ustabilizowanego życia. Porzucił wszystko i zaciągnął się jako prosty marynarz na statek Zealandia udający się do Australii. Adres Daisy otrzymał zapewne od jej siostry Kathleen.
Nie ma żadnych informacji o szczegółach spotkania Daisy i Ernesta poza jednym – wpisem w rejestrze małżeństw!
Tak jest – Daisy O’Dwyer, panna, lat 21, protestantka, poślubiła Ernesta Baglehole, kawalera, w dniu 10 czerwca 1885 roku, w kościele św. Stefana w Sydney.
Niedługo później Ernest popłynął w kolejny rejs i wszelki ślad po nim zaginął. Jego żona w Anglii – Jesse – została w 1891 roku uznana oficjalnie za wdowę.

Daisy wróciła na farmę swojej teściowej. W sierpniu 1885 roku wpadł tam na krótko jej mąż, który wkrótce musiał znowu wyjechać do pracy.
Następna pewna informacja, to że w maju 1886 roku Daisy poczuła się słabo, lekarz stwierdził, że jest w ciąży. Jack miał właśnie przerwę między kolejnymi zleceniami więc odwiedziła go w Bathurst w Blue Mountains. Tam 26 sierpnia 1886 urodziła syna – Arnolda Hamiltona.

Arnold Hamilton – skąd takie imiona? Susanne de Vries – źródła 1 – nie ma watpliwości, że Arnold to wspomnienie uczucia do Alfreda Colquhoun z Charters Towers, zaś Hamilton to wspomnienie właścicieli farmy, na której Daisy poznała swego pierwszego męża.
Bob Reece – źródła 2 – powtarza za Daisy, że nadała synowi imiona wybitnego brytyjskiego admirała. Niewątpliwie wersja ta była przeznaczona dla jej męża i ojca dziecka.
Ojca?
Z wyliczeń wynika, że Arnold Hamilton został poczęty w listopadzie 1885 roku. Czy Jack Bates miał wtedy przerwę w pracy? Czy Ernest Baglehole przebywał jeszcze w Sydney? Nie wiemy.
Fakt, że Jack Bates nie nadał chłopcu imienia żadnego z członków swojej rodziny jest dość dziwny.

Poród był bardzo długi i ciężki. Daisy nie odkryła w sobie żadnych uczuć macierzyńskich. Wspominała ciążę jako nieporozumienie, poród jako koszmar i przysięgła sobie nie mieć nigdy więcej żadnych stosunków fizycznych z mężczyznami.
Co na to jej mąż? Nie wiemy, ale skoro pozostali małżeństwem, to widocznie było mu to obojętne. I tak spędzał większość czasu poza domem, a zarobione pieniądze przepijał z kolegami.

Po urodzeniu Arnolda Daisy nie wróciła do teściowej. Straciła zapewne złudzenia co do tego, że jej mąż odłoży kiedykolwiek pieniądza na zakup własnego gospodarstwa. Pozostała wraz z synem w okolicach Sydney, pracując jako guwernantka w dobrych domach.

W 1893 roku, gdy Arnold miał 6 lat, odwiedziła Tasmanię, ten pobyt znajduje wiarogodne potwierdzenie. Korzystając z referencji wspomnianych w poprzednim odcinku biskupów była gościem w domach miejscowej arystokracji i wszędzie oczarowała towarzystwo swym wdziękiem, dowcipem i elokwencją.
Na początku 1894 roku Daisy umieściła syna w katolickiej szkole z internatem, uzgodniła z teściową, że Arnold bedzie spędzał wakacje z babcią, a sama wsiadła na statek i popłynęła do Anglii.
Jej sytuacja finansowa była bardzo kiepska. W Australii była właśnie poważna recesja, Daisy i jej mąż stracili wszystkie niewielkie oszczędności zdeponowane w banku.
Koszty przejazdu odpracowała jako stewardessa.

Po krótkim pobycie w Londynie Daisy popłynęła do Irlandii, do swego rodzinnego miasta. Niewątpliwie chciała zbadać sytuację majątkową rodziny i zorientować się, czy nie nabyła jakichś praw spadkowych. Niestety nie, po kilku tygodniach wróciła do Londynu dysponując kwotą 14 szylingów.
Tu poszukała kontaktów w środowisku, w którym czuła się najlepiej – wśród ludzi pióra. Udało jej się nawiązać kontakt z bardzo poważanym wydawcą Wiliamem Stead i bezceremonialnie poprosiła go o pracę…
– Jaką pracę?
– Jakąkolwiek. Ma pan przecież dużą bibliotekę i biuro. Odkurzę półki, zrobię porządek w biurze, szybko nauczę się czegoś, żeby być przydatna. Proszę, niech pan da mi szansę. Posiadane pieniądze starczą mi tylko do czwartku.

Została zatrudniona za 1 funta tygodniowo. Zostawała po pracy, ucząc się pisania na maszynie. Zyskała sobie szybko sympatię pracodacy, poznała jego rodzinę. William Stead uczył ją dziennikarskiego fachu, techniki prowadzenia wywiadów, edycji.
Mieszkała w St Gabriel Hostel for Young Ladies, za który płaciła 7 szylingów i 6 pensów tygodniowo. Hostel św Gabriela, mimo, że tani, był popularnym miejscem zamieszkania kobiet o niezależnych poglądach i intelektualnych ambicjach. Daisy spotkała tam wiele ciekawych osób i ugruntowała swoje poglądy – była zdecydowaną przeciwniczką feminizmu. Sufrażystki jeżdżące w pantalonach na rowerach uważała za karykaturę kobiet.
Podobnie sprawa się miała z jej stosunkiem do Wiliama Steada. Należał on do Towarzystwa Fabiańskiego i popierał idee socjalistyczne. Prócz tego, zgodnie z ówczesną modą, był mocno zainteresowany spirytualizmem i był pod dużym wpływem madame Blavatsky – twórczyni teozofii.
Daisy była zdecydowaną przeciwniczką obu idei, a madame Blavatsky uważała za skomercjalizowaną czarownicę.
Z drugiej strony bardzo ceniła Steada jako wydawcę, dziennikarza i człowieka. Podczas pracy w jego redakcji miała możliwośc spotkania takich osób jak Cecil Rhodes – ojciec brytyjskiego kolonializmu, H.G. Wells i G.B. Shaw. Miała bliski kontakt z rodziną Stead i wydaje się, że darzyła uczuciem Willie Steada, syna Wiliama. Faktem jest, że porzuciła redakcję w momencie, gdy Willie ożenił się w sierpniu 1897 roku.
Daisy jako przyczynę odejścia podawała utratę zdrowia spowodowaną kontaktami z fanatykami spirytualizmu.

Pozostała w Anglii jeszcze dwa lata, ale brak jest jakichkolwiek śladów jej działalności w tym okresie. Ona sama twierdziła, że pracowała w firmie Jarrold Publishing, należała do klubu myśliwskiego, była gościem wielu domów arystokratycznych i otrzymała dwie propozycje małżeństwa od wysoko postawionych osób.
Żadna z tych informacji nie znajduje potwierdzenia.

Po 5 latach pobytu w Anglii Daisy otrzymała ważny list od męża. Jack nawiązał współpracę z najbogatszym hodowcą bydła na zachodzie Australii, a ten zaproponowal mu kupno bardzo dobrej parceli hodowlanej – Ethel Creek.
Czyżby Jack się unormował? Czyżby marzenia o własnej posiadłości stawały się faktem? Daisy kupiła bilet na podróż powrotną do Australii.
Pod koniec 1899 roku parowiec Stuttgart przybil do portu Fremantle w Zachodniej Australii. Miejscowa gazeta poświęciła Daisy sporo miejsca tytułując ją the lady journalist i podając informację, że jest korespondentką londyńskiego The Times i otrzymała od tej gazety zadanie zbadania losu Aborygenów w Zachodniej Australii.

Po takiej i wielu innych rekomendacjach została honorowym członkiem ekskluzywnego Karrakatta Club i poproszono ją tam o wygłoszenie wykładu.

A pieniądze? Czy Jack zdołał odłożyć pieniądze na kupno ziemi, bydła i budowę domu? Może trochę odłożył, ale to nie był w tej chwili palący problem. Daisy wróciła z Anglii z całkiem pokaźnym majątkiem.

Co, skąd, jak, dlaczego?

Ciąg dalszy za tydzień.

PS. Kilka słów o losie pierwszego męża Daisy, Eddie Moranta. Przez 5 lat pracował jako kowboj w wielu mejscach, bawił się, pił, zadziwiał swoimi umiejętościami jeździeckimi. W 1899 roku rozpoczęła się Wojna Burska i Eddie zaciągnął się do armii. W Afryce szybko awansował. Podczas urlopu spędzonego w Angli zaręczył się. Najwyraźniej podobnie jak Daisy zapomniał o niefortunnym ślubie. Niestety, po powrocie na front poniosły go emocje. Chcąc pomścić śmierć przyjaciela, który zginął na polu bitwy, zarządził masową egzekucję jeńców wojennych.
Sąd polowy skazał go na śmierć. Został rozstrzelany 27 lutego 1902 roku. Szczegóły tutaj – KLIK.

Źródła:
1. Susanna de Vries – Desert Queen.
2. Bob Reece – Daisy Bates – Grand Dame of the Desert.

Wpis okolicznościowy

Zbigniew Milewicz

Wiosna

Osobiście uważam świętowanie Dnia Kobiet w XXI wieku, w Europie za anachronizm. Miłe Panie posiadają więcej praw od nas, mężczyzn, nie ma już niemal zawodu, w którym nie pokazałyby, że są lepsze, jesteśmy na każde ich skinienie, kto tu właściwie powinien obchodzić dzień dyskryminowanej mniejszości? Tak panowie, macie rację, to my, na Czterdziestu Męczenników można by było ustanowić takie święto. Póki co jest jednak 8 marca i mam od głównej animatorki naszego bloga zamówienie na okolicznościowy wpis z tej okazji. Ewa chciała, żeby był pikantny, ale skąd emeryt ma wziąć pieprz, albo chili? Wszystko zwietrzało. Poza tym najwybitniejsze słowa na temat kobiet już zostały w literaturze napisane i niczego nowego, choćby miało moc viagry nad viagrami, już nie wymyślę.

Dlatego oddam głos mojemu ulubionemu poecie, Julianowi Tuwimowi, który dokładnie sto lat temu napisał pikantny wiersz, p.t. Wiosna, zamieszczony w tomie Sokrates tańczący. Ponieważ właśnie nam się zaczyna ta pora roku, będzie na temat, do tego witalnie. W podtytule autor nazwał swój utwór dytyrambem, czyli pieśnią pochwalną, która ma swoje źródło w greckich obrzędach ku czci boga wina i sztuki, Dionizosa. Towarzyszyły im radosne libacje i orgie seksualne, które znajdziemy także w wierszu, tylko zamiast radości jest zwykła zwierzęcość ludzkich żądz. Rozpasany tłum daje im upust w wielkomiejskiej scenerii, może Łodzi, z której poeta pochodził. Tuwim nie oszczędza czytelnika, epatuje dosadnymi słowami, wulgaryzmami, więc współczesna mu krytyka literacka nazwała go pornografem. Czy słusznie? Faktycznie, człowiek we Wiośnie nie brzmi dumnie, kobieta nie ma subtelnych rysów, ale kto zabroni poecie takiej wizji świata.

Gromadę dziś się pochwali,
Pochwali się zbiegowisko
I miasto.
Na rynkach się stosy zapali
I buchnie wielkie ognisko,
I tłum na ulicę wylegnie
Z kątów wypełznie, z nor wybiegnie
Świętować wiosnę w mieście,
Świętować jurne święto.
I Ciebie się pochwali,
Brzuchu w biodrach szerokich,
Niewiasto!

Zachybotało! Buchnęło – i płynie –
Szurają nóżki, kołyszą się biodra,
Gwar, gwar, gwar, chichoty,
Gwar, gwar, gwar, piski,
Wyglancowane dowcipkują pyski,
Wyległo miliard pstrokatej hołoty,
Szurają nóżki, kołyszą się biodra,
Szur, szur, szur, gwar, gwar, gwar,
Suną tysiące rozwydrzonych par,
– A dalej! A dalej! A dalej!
W ciemne zieleńce, do alej,
Na ławce, psiekrwie, na trawce,
Naróbcie Polsce bachorów,
Wijcie się, psiekrwie, wijcie,
W szynkach narożnych pijcie,
Rozrzućcie więcej “kawalerskich chorób”!
A!! będą później ze wstydu się wiły
Dziewki fabryczne, brzuchate kobyły,
Krzywych pędraków sromne nosicielki!
Gwałćcie! Poleci każda na kolację!
Na kolorowe wasze kamizelki,
Na papierowe wasze kołnierzyki!
Tłumie, bądź dziki!
Tłumie! Ty masz RACJĘ!!!

O, ty zbrodniarzu cudowny i prosty,
Elementarny, pierwotnie wspaniały!
Ty gnoju miasta tytanicznej krosty,
Tłumie, o Tłumie, Tłumie rozszalały!
Faluj, straszliwa maso, po ulicach,
Wracaj od rogu, śmiej się, wariuj, szalej!
Ciasno ci w zwartych, twardych kamienicach,
Przyj! Może pękną – i pójdziecie dalej!

Powietrza! Z swych zatęchłych i nudnych facjatek
Wyległ potwór porubczy! Hej, czternastolatki,
Będzie dziś z was korowód zasromanych matek,
Kwiatki moje niewinne! Jasne moje dziatki!

Będzie dziś święto wasze i zabrzęczą szklanki,
Ze wstydem powrócicie, rodzice was skarcą!
Wyjdziecie dziś na rogi ulic, o kochanki,
Sprzedawać się obleśnym, trzęsącym się starcom!

Hej w dryndy! Do hotelów! Na wiedeński sznycel!
Na piwko, na koniaczek, na kanapkę miękką!
Uśmiechnie się, dziewczątka, kelner wasz, jak szpicel,
Niejedną taką widział, niejedną serdeńko…

A kiedy cię obejmą śliskie, drżące łapy
I młodej piersi chciwie, szybko szukać zaczną,
Gdy rozedmą się w żądzy nozdrza, tłuste chrapy,
Gdy ci kto pocznie szeptać pokusę łajdaczną –

– Pozwól!!! Przeraź go sobą, ty grzechu, kobieto!
Rodzicielko wspaniała! Samico nabrzękła!
Olśnij go wyuzdaniem jak złotą rakietą!
“Nie w stylu” będziesz – trwożna, wstydliwa, wylękła…

Wiosna!!! Patrz, co się dzieje! Toć jeszcze za chwilę
I rzuci się tłum cały w rui na ulicę!
Zośki ze szwalni i pralni, “Ignacze”, Kamile!
I poczną sobą samców częstować samice!

Wiosna!!! Hajda – pęczniejcie! Trujcie się ze sromu!
Do szpitali gromadnie, tłuszczo rozwydrzona!
Do kloak swe bastrzęta ciskaj po kryjomu,
I znowu na ulicę, w jej chwytne ramiona!!!

Jeszcze! Jeszcze! I jeszcze! Zachłannie! Bezkreśnie!
Rodźcie, a jak najwięcej! Trzeba miasto silić!
Wyrywajcie bachorom języki boleśnie,
By, gdy je w dół wrzucicie nie mogły już kwilić!

Wszystko – wasze! Biodrami śmigajcie, udami!
Niech idzie tan lubieżnych podnieceń! Nie szkodzi!
– Och, sławię ja cię, tłumie, wzniosłymi słowami
I ciebie, Wiosno, za to, że się zbrodniarz płodzi!

Wszystkie dzieci są nasze

Ewa Maria Slaska

O dzieciach

Wszystkie dzieci są nasze. Pamiętacie to hasło? A czy ktoś pamięta, co ono właściwie miało znaczyć? Dziś myślę, że był to, musiał być, imperatyw moralny, żebyśmy nie przechodzili obojętnie obok krzywdy dzieci. Ale możliwe, że chodziło o podniesienie produkcji śpioszków i kaftaników.

W moim, nader współczesnym, przypadku oznacza to po prostu, że najbardziej lubię dzieci mniej więcej w tym wieku, w jakim jest w tej chwili mój wnuk. Czyli koniec przedszkola początek szkoły. I wszystkie te dzieci są “moje”. I takie właśnie dziecko, chłopczyk, Szymek, stanęło mi na drodze tydzień temu. Właściwie to stanęło mi nie tyle na drodze, co w progu kuchni. Popatrzyłam na Szymka i pomyślałam Malarz.  Czy on jest jakoś specjalnie uzdolniony?, zapytałam, a starsze siostry z dumą odpowiedziały, tak, bardzo dobrze rysuje. Czy miałam rację i czy moja intuicja się sprawdzi, okaże się pewnie za 10 lub 20 lat. W końcu Szymek ma w tej chwili tych lat siedem, ale rzeczywiście bardzo ciekawie rysuje.

rys-szymkaWieje wiatr, powiedziały dziewczyny, zwiał w jednym kierunku wszystkie szaliki i włosy. Patrzę na te włosy, na flagi na masztach, na chłopaków na szczotkach. Chłopaków, choć to przecież czarownice latają na miotłach. Ale tu są na pewno chłopaki. Zanim jednak zadam pytanie, które odarło by mnie ze wszelkiego szacunku, Szymek i jego siostry, wyjaśniają, że to oczywiście mecz quidditcha. Oczywiście!

Mija dobra chwila, nim dotrze do mnie nie ta udawana na użytek maluczkich, lecz prawdziwa oczywistość tego, co widzę. Mecz quidditcha. Harry Potter. W pierwszym tomie Harry Potter złapał znicz. Bogu niech będą dzięki, ten pierwszy tom czytałam. Chłopaki na miotłach grają tak długo, aż któryś z graczy złapie znicz. Wikipedia podaje, że najdłuższy mecz quidditcha trwał trzy miesiące! Znicz jest złoty i nadzwyczajnie szybki.

W międzyczasie Szymek dyktuje Ani tekst wyjaśniający, o co chodzi na rysunku.

tekst-szymkaDawno dawno temu żył sobie Harry Potter i był mecz quidditcha i była straszna burza. Harry jeszcze miał trudniejszą sprawę, bo był turniej trójmagiczny, a wtedy Bazyliszek zaatakował Harrego i o mało co Harry nie zginął, gdyby nie użył patronusa na dementorów, bo dementory wspierali bazyliszka. Bez dementorów bazyliszek nie mógł żyć i bez Lorda Voldemorta i Harry Potter zabił bazyliszka i wszyscy jego zwolennicy poumierali i mecz znowu się zaczął i zaczął padać wielki deszcz i 10 m później mecz się zakończył bo HP złapał znicza.

No!

***
O sztuce dzieci pisałam już TU i TU. A Lech jeszcze komentował sztukę dzieci TU.  Chętnie opublikowałabym kolejne wpisy.