W harcerstwie podczas wojny (1)

karolina2Kolejny wpis o Karusi, ale tym razem oddaję głos jej samej. Już przed wojną Karusia zaangażowała się w działalność harcerską i uzyskała stopień harcmistrzyni. Podczas wojny początkowo zajmowała się chorą mamą (czyli prababcią Eugenią), potem pracowała przez kilka miesięcy w różnych miejscach, używając jednak  nazwiska Mianowska lub pseudonimu Bukowa jagoda. W tym pierwszym okresie wojny pomocy udzielała jej między innymi Irena Dąbkowska (1901-1942? – data i miejsce śmierci nieznane) – dr filozofii (botanika i geologia), nauczycielka, żołnierz Podziemia. To ona wystarała się o fałszywe dokumenty dla Karusi i załatwiła jej pierwszą wojenną pracę, w Muzeum Fizjograficznym PAU w Krakowie. Irena należała do Związku Walki Zbrojnej. Zginęła w nieznanych okolicznościach w walkach partyzanckich na Polesiu.
Karusia natomiast powróciła do Warszawy, znowu pracowała dorywczo u różnych osób, po czym już na stałe przeszła do pracy w domach opieki nad dziećmi w Konstancinie, jako ogrodniczka w ogrodzie i w szklarniach, zaopatrzeniowiec, a wreszcie opiekunka dzieci.

Na prośbę redaktorek książki Harcerki 1939-1945 (tom: Relacje, pamiętniki) opisała kilka zdarzeń z tej pracy. Niektóre zostały opublikowane, inne znalazłam w Archiwum Akt Nowych w Warszawie. Karusia spisała swe wspomnienia ręcznie, przepisała je na maszynie już po jej śmierci jedna z koleżanek-harcerek. Pożółkłe przechowywane w archiwum kartki nie dają się odczytać za pomocą programów odczytujących teksty, a z kolei ja nie miałam czasu, żeby je przepisać. W pierwszej wersji niniejszy wpis zawierał po prostu zdjęcia kolejnych kartek, dość trudne jednak do czytania. W marcu 2015 roku moja kuzynka, córka Mirki, Maria, przepisała tekst na komputer. Zdjęcia kartek zostawiam jednak jako ilustracje.

I jeszcze jedna informacja: to właśnie przez działalność Karusi w harcerstwie Mama (Irena Kuran-Bogucka) w roku 1947 przyjechała na wakacje do Gdańska i poznała Tatę (Dariusza Boguckiego). Tata to opisał i kiedyś opublikuję tu odnośny fragment jego wspomnień.

Karolina Lubliner-Mianowska

Harcerskie domy dziecięce w Konstancinie

Karusia01-maleDo Konstancina przyjechałam jesienią 1941 roku. To było tak: spotkałam na ulicy Józefinę Łapińską. Pyta mnie: co robisz? Na razie mówię, kończę układać na zimę jabłka w piwnicy, u Hani Piotrowskiej w Komorowie. To jak skończysz z tym, mówi Józefina, to przyjedź do nas. Gena Woroniecka ma tam mnóstwo tulipanów do posadzenia, pewnie się na tym znasz, to jej pomożesz. No i w tydzień potem już sadziłyśmy te tulipany z Geną. Po tulipanach trzeba było jeszcze robić porządki w ogrodzie i w szklarni przed zimą. Pod koniec listopada wybuchła w internacie epidemia grypy. Kierowniczka, Marysia Steckiewicz, przy śniadaniu pyta mnie nieśmiało: czy ty umiesz pielęgnować chore dzieci? Pewnie, że umiem. Jakby nie było – instruktorka Z.H.P. od tylu lat. Epidemia trwała kilka tygodni, przeszło 70% dzieci chorowało, było co robić. Pojechałam do Warszawy po nowy transport atrium benzoikum (na kaszel) i na stacji kolejki spotkałam Natkę Hiszpańską. Chodź do nas, zaproponowała, – my widzisz, idziemy na całego. Słusznie – przyjdę do ciebie, tylko – jak się skończy ta grypa u Marysi, na razie jestem tam potrzebna. Nie wiem dokładnie ile czasu po tej rozmowie Natka wpadła i jak wiadomo zamęczyli ją w Oświęcimiu. Pożyteczna okazała się dla mnie ta grypa.

W Konstancinie były w tym czasie trzy domy dziecięce prowadzone przez harcerki (formalnie były one pod opieką R.G.O. – Rada Główna Opiekuńcza, przyp. EMS). Jeden w willi „Corso” – kierowniczką była Maria Wocalewska, gospodynią Aniela Libionka, która dawniej pracowała na Buczu. Drugi w willi „Piaski” pozostawał pod kierownictwem Marii Stockiewicz, instruktorki z Wilna. Gospodynią była osoba „cywilna”, Janina Wąsowska, siostra Józefiny Łapińskiej. Oba te domy miały dzieci starsze, powyżej pięciu lat, w każdym było ich około 40. Trzeci wreszcie dom, w willi „Anusia”, chronił około 30 małych dzieci, od dwóch lat do pięciu. Kierowniczką była Wiktoria Dewitzowa, która sama miała córeczkę w tym właśnie wieku i męża w oflagu.

Karusia02-malePersonel tych domów był przeważnie złożony z harcerek, jedynie pracownice fizyczne były to kobiety wysiedlone z wiosek w zachodnich dzielnicach kraju. Skład osobowy tego personelu był dość zmienny, często zdarzały się zmiany i przesunięcia. Organizacja często przysyłała nam do domów w Konstancinie te jednostki, które trzeba było ukryć i ochronić przed aresztowaniem. Zdarzali się i chłopcy w takich sytuacjach, zatrudniało się ich wtedy w charakterze praktykantów w ogrodzie w „Piaskach”. Były także i harcerki żydowskiego pochodzenia, które znalazły schronienie konstancińskich domach dziecka. Oprócz piszącej te słowa, pamiętam siostry Teresę i Jadwigę Kajfarowicz z Lublina i Annę Wirską z Wilna.

Pracę z dziećmi prowadzono metodami harcerskimi. W pierwszych latach okupacji cała nauka dzieci też była w rękach kierownictwa domu, dopiero później, w 1943 i 44 roku, dzieci chodziły do szkoły podstawowej w Skolimowie. Dużo czasu i wysiłku poświęcano różnym imprezom, które miały na celu urozmaicenie życia. Różne przedstawienia, jasełka, śpiewy, zajęcia w domu i w ogrodzie urozmaicały monotonne dnie. Gorzej było z wycieczkami i spacerami; dzieci przeważnie nie miały odpowiedniego do chodzenia obuwia. Pamiętam, jak raz dzieci poszły popatrzeć na mecz piłkarski, rozgrywany przez miejscową młodzież. Wtem zjawiła się na boisku ciężarówka z żandarmami, którzy zamierzali wyłapać grających w piłkę chłopców. Ci oczywiście umykali w różne strony, a żandarmi odpowiadali strzałami. Nasze dzieci bez tchu przybiegły do domu, dwie wychowawczynie dla pośpiechu przerzucały je do ogrodu przez parkan. Skończyło się szczęśliwie na strachu, ale dzieci długo potem bały się wychodzić poza obręb naszego ogrodu.

Bardzo dużo pracy miały w domach dziecięcych higienistki. Normalnie była tylko jedna na cały dom, tylko w wypadkach nasilenia chorób przydzielano drugą siłę do pomocy. Poważniejszych epidemii udało się uniknąć, dzięki temu zapewne, że każde nowe dziecko przebywało kilka tygodni w szpitaliku, izolowanym od reszty dzieci. Najwięcej kłopotu przysparzało to, że dzieci, bardzo nieodpowiednio odżywiane, łatwo dostawały różnych czyraków, krost i ropni. Każde skaleczenie ropiało i goiło się tygodniami, toteż wieczorem po myciu, długa kolejka czekała zawsze na opatrunki.

Karusia03-maleOdżywianie naszych dzieci było stałym powodem do niezadowolenia ze strony wychowawczyń i kierownictwa, przynajmniej na „Piaskach”. Gospodyni szła tutaj po linii najmniejszego oporu i nie wykazywała tyle pomysłowości i innowacji, ile wykazywały jej harcerki, gdy szło o urozmaicenie dzieciom zajęć. Rano, sześć razy w tygodniu dawano tzw. „mel” czyli mączną zupę. Były to dwa litry grubej razowej mąki, rozrobione zimną wodą i wlane następnie na osolony wrzątek. Całość była okraszona paru litrami zbieranego mleka. Potrawa ta żywo przypominała pierwsze pożywienie prosiąt w racjonalnej chlewni. W niedzielę na śniadanie biała kawa i kartkowy chleb z marmoladą. Na obiad bywała zupa, dwa razy w tygodniu mięso, poza tym kartofle z jarzyną: brukiew, kapusta, buraki, marchew. Była to prawdziwa pasza objętościowa, po której dzieci musiały leżeć najmniej 2 godziny, żeby poradzić sobie z tą masą błonnika, toteż wszystkie miały wzdęte wydatnie brzuszki. Na kolację znów była zupa, najczęściej żur. Personel, który po położeniu dzieci do łóżek miał jeszcze przed sobą dobrych kilka godzin pracy: szycia, prasowania sprzątania etc., dostawał jeszcze o 9 wieczorem po szklance namiastki herbacianej i po kawałku chleba ze smalcem. Był to przywilej, którego dzieci ogromnie nam zazdrościły.

Należałoby tu wymienić nazwiska tych naprawdę ofiarnie pracujących dziewczyn. Większość z nich czynem wyrażała to, co słowem wyraziła Anielka Kowalska, już podczas powstania: „Ja się wcale nie martwię, że pilnuję dzieci, zamiast zabijać Niemców”. Niestety pamięć zawodzi i tylko niektóre już teraz mogę wymienić. Główna wychowawczyni „Piasków” Tamara Zacharow, niewyczerpana kopalnia pomysłów dotyczących zabaw i przedstawień. Zofia Słowikówna – tej specjalnością było przygotowanie dzieci do pierwszej komunii. Przeprowadzała tę akcję po prostu z talentem; nie była to ani formalność, ani obowiązek, tylko niesłychanie cudowne przeżycie. Wianek i biała sukienka nie stawały się, jak to często bywa, głównym celem, tylko nędznym rekwizytem, nic nie znaczącym wobec powagi wewnętrznego doznania. Janina Skalanka, najlepsza z naszych pielęgniarek, opuściła nas jednak przed samym powstaniem.

Karusia04-malePod koniec okupacji losy trzech domów dziecięcych w Konstancinie były różne. „Corso” przeniesiono do Warszawy z początkiem lata 1944 r. Nie pamiętam już dobrze, co było tego powodem, zdaje się że fakt, iż „Piaski” wysiedlili Niemcy w lipcu tegoż roku. Budynek zajęty został na radiostację, która jednak już w początku sierpnia opuściła „Piaski” i przeniosła się dalej na zachód. Dom z „Piasków” umieszczono po drugiej stronie Wisły w osiedlu szkolnym w Rycicach pod Józefowem. Z całego personelu ja tylko zostałam w Konstancinie, gdyż próbowałam jeszcze pilnować mego ogrodu. Dom małych dzieci z „Anusi” W. Dewitzowa w początku sierpnia 1944 r. przeniosła do Zalesia, a stamtąd aż do Zakopanego. Był to wynik niesłychanie trudnych starań i zabiegów, zakończonych jednak pomyślnie. Dewitzowa wystarała się o kilka towarowych wagonów, do których załadowano cały zakład. W jednym urządzona była nawet kuchenka, gdyż podróż trwać musiała kilka dni. Dewitzowa wyjeżdżała ciężko chora na zapalenie płuc i pod koniec dyrygowała cała ewakuacją w pozycji leżącej. W willi „Anusia” pozostała na razie czteroosobowa załoga, ja również do niej należałam. Nie pamiętam już dobrze jej składu – wiem tylko, że była tam miedzy innymi p. Helena Sowińska, matka ośmiorga dzieci i żona oficera W.P., osoba bardzo delikatna i dziwnie bezbronna wobec ciężkich kolei losu. Niedługo potem załoga „Anusi” powiększyła się jeszcze o kilka harcerek, które stanowiły personel jakiejś kolonii letniej, ulokowanej na południe od Warszawy.

Już w pierwszej połowie sierpnia okazało się, że wśród ludzi uciekających z południowych dzielnic Warszawy znajdują się pogubione dzieci. Ponieważ w „Anusi” miałyśmy łóżka, pościel, a także trochę żywności, postanowiłyśmy się zająć tymi dziećmi. Na razie było ich kilkoro, ale szybko widocznie wiadomość o naszym domu rozeszła się po okolicy i coraz częściej przyprowadzano nam zmęczone, brudne i wygłodzone maleństwa. Oficjalnie kierowniczką domu została, przysłana nam przez Dewitzową Janina Klimecka. Pracowała z nami około 2 miesięcy, potem jednak zaczęła chorować i wyjechała do matki, a miejsce jej zajęła pozostająca dotąd bez funkcji Wanda Szlamińska. Personel nasz powiększył się jeszcze o bardzo pożyteczną parę uchodźców z Mokotowa, małżeństwo Brodzińskich, z których ona pełniła funkcję kucharki, a on woźnego, reprezentującego jedyną wśród nas męską siłę. Wkrótce okazała się nowa potrzeba: wiele dzieci przychodziło chorych, nieraz z chorobami zakaźnymi, potrzebny był dziecięcy oddział szpitala. Szpital dla dorosłych (św. Ducha z Warszawy) już był się w tym czasie zainstalował w opuszczonej już przez Niemców willi „Piaski”. Po porozumieniu więc z lekarzami tego Szpitala, zajęłyśmy pustą, maleńką willę „Perełka” i tam umieszczałyśmy chore dzieci, pod opieką jednej z matek. (córeczka jej miała szkarlatynę, a po niej ciężkie zapalenie ucha, była więc na długie tygodnie unieruchomiona w szpitaliku). Drugą pacjentką została dorosła osoba, ale również chora na szkarlatynę, harcerka Marysia Moszyńska z Warszawy. Z tą, mimo opieki lekarskie i naszych starań, nie powiodło się nam. Po szkarlatynie wywiązało się zapalenie wsierdzia, którego nie przeżyła. Było to dla nas szczególnie ciężkie jeszcze dlatego, że śmierć Marysi nastąpiła w dniu kapitulacji powstania i nazajutrz przyszła do nas jej siostra-bliźniaczka, która szczęśliwie ocalała mimo udziału w akcji powstania. Szpitalik w „Perełce” był czynny przez kilka miesięcy i bardzo byłyśmy rade, że w wypadkach chorób nie trzeba było trzymać małych pacjentów w „Anusi”, między zdrowymi dziećmi.

Karusia05-male-kawalekDom w „Anusi”, jako azyl dla pogubionych warszawskich dzieci, przetrwał do lata 1945 r. Potem resztę dzieci, których nie pozabierały rodziny, przekazano do stałych sierocińców, a do „Anusi” wróciły dzieci z dawnego domu „Piaski”, razem z częścią personelu.

Na zdjęciu willa “Piaski” w Konstancinie, w tekście – maszynopis Karusi

Piaski1-domsierotKarusiaKolejne teksty Karusi będą się tu pojawiały w odstępach (mniej więcej) tygodniowych

W górę rzeki(15)

Zbigniew Milewicz

Bat za kredensem

Jako dziecko często zastanawiałem się nad tym, dlaczego babcia siada w kościele zawsze z przodu i najgłośniej ze wszystkich się modli do Bozi, a dziadek stoi z tyłu i umiarkowanie porusza ustami. Tak samo mama z ciocią Irką wolały na niedzielnej mszy siadać na mniej eksponowanych, tylnych ławkach. Pewnie w znacznej mierze wynikało to z charakteru każdego z nich, ale kiedy jako dorosły przeglądałem rodzinne papiery, znalazłem wśród nich kopię dwustronicowego maszynopisu, który zdawał się podpowiadać dodatkowe wyjaśnienie tego zachowania.

Pismo nosiło datę z pamiętnego dla mnie marca 1968 roku i skierowane było przez moją mamę do organizacji partyjnej, tzw. POP-u, przedsiębiorstwa, w którym pracowała (o ile się nie mylę – wtedy Wojewódzkiego Przedsiębiorstwa Handlu Spożywczego w Katowicach) na stanowisku kierownika działu organizacyjno-prawnego. Stanowiło ono odpowiedź na udzieloną jej naganę, w związku z moimi antypaństwowymi wystąpieniami (patrz wpis Papierowych rycerzy ciąg dalszy), za które mogła zapłacić utratą stanowiska i pracy. Broniła się długoletnim stażem w PZPR i tym, że do partii należała zarówno jej siostra jak i ojciec. Wychowano mnie więc w duchu zdrowych pryncypiów ustrojowych, po linii i na bazie, a że zbłądziłem na ideologiczne manowce, można było spisać jedynie na karb młodzieńczej lekkomyślności. O cioci Irce wiedziałem, pracowała w zakładach mleczarskich w Bytomiu i gdyby nie należała do partii, nie zarządzałaby laboratorium. Podobnie moja mama, nie kierowałaby wcześniej kadrami w katowickim handlu, ale partyjny dziadek mnie zaskoczył. Po wojnie pracował, jako urzędnik w Chorzowskim Zjednoczeniu Przemysłu Węglowego i udzielał się w Stowarzyszeniu Właścicieli Nieruchomości, może jako bezpartyjny miałby tam ograniczone możliwości awansu.

Wywodziłem się więc ze środowiska, do którego pasowała stalinowska teza, że Polacy są, jak rzodkiewka, z wierzchu choćby nie wiadomo jak czerwona, a w środku biała. Z pewnością nie brakowało rodzin, które żyły wtedy uczciwiej, zgodnie z własnymi przekonaniami, choć biedniej, ale jakże smakowały mi te lody, które ciocia Irka czasami przywoziła w termosie z mleczarni i kremówka, tak gęsta, że nie można jej było wylać z butelki. Dzięki mamie w niedzielę na obiad były rolady albo schabowy i chociażby za to, w podziękowaniu, paliło się Panu Bogu świecę.

wigiliazciociaIrkaŚwiętujemy Boże Narodzenie na ul. Wolności, z ciocią Irką.

Pamiętam, jak na Wesołej co wieczór klękaliśmy wszyscy do wspólnej modlitwy, jak babcia każdemu przed wyjściem rano z domu kreśliła na czole znak krzyża. Przed progiem wisiała na ścianie kropielniczka z wodą święconą z Jaworzynki, zanurzała w niej swoje chropowate palce spracowanej dłoni, szeptała słowa błogosławieństwa i już nikomu nie mogło przytrafić się żadne nieszczęście. W południe na Wesołej odmawiało się Anioł Pański, w czwartki babcia chodziła do kościoła na adorację Najświętszego Sakramentu, piątki były bezmięsne, a w niedzielę poza mszą świętą maszerowałem na nieszpory. W maju – na nabożeństwa majowe, w październiku na różaniec, a w Wielki Post na Drogę Krzyżową i Gorzkie Żale, które babcia chętnie celebrowała także w domu. Do I Komunii Świętej poszedłem już jako sześciolatek. Babcia miała wobec mnie swój plan, chciała, żebym poszedł do seminarium duchownego i został księdzem, o czym dowiedziałem się od niej dopiero przed maturą. Zachwycony tym pomysłem nie byłem, mama stanęła po mojej stronie, miała sceptyczny stosunek do stanu duchownego i babcia, choć urażona, ustąpiła.

jaselkaPo uroczystości I Komunii Św., z naszą katechetką, stoję w ostatnim rzędzie drugi od prawej

Drugi to już raz ją zawiodłem, bo pierwszy się zdarzył, gdy, chyba w pierwszej klasie licealnej, przestałem chodzić do szkoły muzycznej. Dojadła mi mozolność codziennych ćwiczeń na domowym pianinie, wymagających dyscypliny i pokory. Bat, którym babcia je egzekwowała, był już za kredensem, a ja wiedziałem, jak rozmawiać z mamą, żeby uwolnić się od uciążliwego zajęcia. W dzienniku szkolnym miałem dobre stopnie i dziś żałuję swojego młodzieńczego braku wytrwałości. W domu naprzeciw, na Wesołej, mieszkała pani Kotyczkowa, której syn grał na skrzypcach, ilekroć patrzyłem w ich okna zawsze ćwiczył. Zazdrościłem mu tego zacięcia w pracy z instrumentem, dzięki któremu zdobył później sławę wirtuoza. Pianino zamieniłem na gitarę, którą dziadkowie trzymali w jadalnianej kozetce, w schowku na pościel. Wydawała mi się łatwiejsza od pianina i kiedy przy pomocy Jurka Żaka opanowałem wreszcie ze trzy akordy, którymi można było na siłę okrasić każdy aktualny przebój piosenkarski, uznałem się za spełnionego muzyka. Boże wybacz.

Mieszkanie na ulicy Wolności, z mamą i ojczymem Stefanem, dawało mi więcej swobody, niż Wesoła, co nie znaczy, że zawsze mądrze z niej korzystałem. Mama wracała z pracy w Katowicach późnym popołudniem, albo wieczorem, ojczym różnie, nie zapomnę awantury, jaką zakończyła się pewna moja wyprawa rowerowa z Chorzowa nad Jezioro Paprocańskie. Gdybym wtedy wiedział, że po latach zamieszkam w jego sąsiedztwie, to może uniknąłbym reprymendy, mama na wiele mi pozwalała, ale musiała znać moje plany. Kiedy więc po jakiejś dłuższej grypie nagle zniknąłem z domu, żeby z koleżką pojechać na wycieczkę i wróciłem dopiero o zmroku, zdzieliła mnie szmatą w twarz, bo właśnie myła korytarz. To by jedyny raz, kiedy od niej dostałem. Druga afera wydarzyła się na moje szesnaste urodziny, czy też raczej w ich przededniu. Mama z ojczymem zapowiedzieli, że idą do kina, więc chata była wolna i przyszli dwaj koledzy z prezentami. Dokładnie z winem pisanym patykiem, ledwo postawili butelki na stole, a tu dorośli wracają, bo niby czegoś zapomnieli. Jakże mi było głupio, do dziś pamiętam ten bulgot z butelek opróżnianych przez mamę do zlewu.

Stefan był inżynierem, więc ten jeden pokój w starej kamienicy, w którym mieszkaliśmy, zmyślnie poprzegradzał jakimiś płytami i mieliśmy sypialnio-jadalnię, kuchnię i przedpokój. Do spania dysponowałem rozkładanym fotelem, ubikacja była na korytarzu, a myliśmy się w balii. Poszczególne części mieszkania oddzielały płócienne kotary, zawieszone w przejściach, co nadawało mu pewnej teatralności. Stefan pomagał mi w matematyce i rysunku technicznym, miał poczucie humoru i lekki sposób bycia. Razem, we troje, jeździliśmy na wakacje, wreszcie zobaczyłem morze, ale ciągnęło go do gorzały i jak zaczynał pić, to nie potrafił przestać. Towarzyszyły temu domowe awantury, co z czasem stało się na tyle przykre, że wróciłem do dziadków. Próbował zerwać z nałogiem, kupił motocykl, emzetkę, w czasie przejściowego ocieplenia stosunków rodzinnych babcia dała się nawet namówić na wycieczkę z nim do Zakopanego. Później opowiadano w domu bez końca o tym, jak Stefan nie mógł już szybciej prowadzić motoru, a pasażerka z tyłu pytała, dlaczego tak wolno jedzie. Zasadniczo dziadkowie nie akceptowali jednak wyboru córki, po pierwsze dlatego że kościół nie uznawał cywilnych związków. Drugim powodem był alkohol, trzecim – pochodzenie Stefana. Miał zagłębiowskie korzenie, co dla szanujących się Ślązaków było wtedy wielką ujmą.

nadmorzemPierwszy raz zobaczyłem morze…

Kiedyś przypadkowo znalazłem jego dane osobowe na liście osób poszukiwanych w czasie wojny przez Gestapo. Miał za sobą udział w Powstaniu Warszawskim, ale jaki, tego nie wiedziałem. Kiedy go o to pytałem, zawsze tylko powtarzał, że pędził bimber. Kiedy trunek był gotowy, zwyczajowo musiał wypić garnuszek, później pocałować denko, a na koniec gwizdnąć, co nie zawsze mu się udawało. Kto wie, może taka opowieść była najbezpieczniejsza dla żołnierzy wyklętych. Mama w końcu rozwiodła się ze Stefanem, kochała go, podobnie jak wcześniej mojego ojca, ale przegrała z nałogiem. Osobliwe, że Stefan po latach zmarł w Warszawie, w kolejną rocznicę Powstania.

Liceum Ogólnokształcące im. J. Słowackiego w Chorzowie, do którego uczęszczałem, cieszyło się opinią szkoły o wysokim poziomie i taką ma do dzisiaj. W dziewiątej klasie okazał się on nawet za wysoki dla mnie i zagroziła mi poprawka z chemii. Dzięki Matce Boskiej Częstochowskiej (poskutkowała piesza pielgrzymka do jej sanktuarium) i kuciu z łaciny, skończyło się jednak na strachu. Nasz chemik, prof. Szarszaniewicz, i łacinnik, prof. Jazowy, byli niekonwencjonalnymi pedagogami, pogadali ze sobą, doszli do wniosku, że kariera następcy Mendelejewa raczej mi nie grozi, ale mógłbym podciągnąć się w języku Owidiusza. Dostałem więc poprawkę z łaciny. Z matematyki kulałem nadal, aż w dziesiątej bodaj klasie przyszedł do nas energiczny i wymagający, świeżo po studiach, prof. Jan Swadźba. Życzę każdemu takiego pedagoga. Tak potrafił wszystkich zarazić swoim entuzjazmem do królowej nauk, że na ustnym egzaminie maturalnym dostałem lepszy stopień z matematyki niż z polskiego. Kiedy po latach pojechałem do Chorzowa na zjazd absolwentów Słowaka, z okazji 190 rocznicy urodzin wielkiego poety, Jasiowi Swadźbie zgotowaliśmy najdłuższe owacje. Nie wiedziałem, że tak wielu z was kocha matematykę – podziękował z właściwym sobie humorem, nadal młodzieńczy duchem.

Liceum pozwoliło mi rozwinąć zainteresowania artystyczne, przyjęty zostałem do chóru, który prowadził prof. Norbert Szklorz, do amatorskiego kółka teatralnego i do kabaretu, stworzonego przez naszego rusycystę, prof. Stefana Chaszczyńskiego. W Słowaku wstąpiłem do harcerstwa, do słynnej chorzowskiej dwójki, drużyny wodniackiej i jeździłem na niezapomniane obozy. Był to wreszcie okres, kiedy zwarłem nowe przyjaźnie, kiedy w głowie zawróciły mi najpierw Inga, później Gienia i przez to do szkoły chodziłem czasem niewyspany z marzeń. Ale o tym za tydzień.

Pieredwiżniki III

Tomasz Fetzki

Sięgnąłem przed dwoma tygodniami po starą księgę, aby wspominać. Tego, który mi ją dyskretnie położył przed oczyma. Ale też siebie samego z tamtych lat, z czarodziejskiej krainy dzieciństwa, gdzie czułem się bezpiecznie, bo On był obok.

Które obrazy wtedy wywierały na mnie najsilniejsze wrażenie? Chyba te najbardziej efekciarskie, bo takie najłatwiej przemawiają do wyobraźni dziecka. Prawdopodobnie z tego samego względu są to najlepiej i najpowszechniej znane oraz kojarzone prace Pieredwiżników. Wielkie, kolorowe i bogate freski historyczne: Bojarynia Morozowa i Poranek kaźni strzelców Surikowa czy Procesja w guberni kurskiej Riepina. Bez problemu znajdzie je w Wielkiej Sieci, kto zechce; ja poprzestanę na przywołaniu ich tytułów.

Jako się rzekło, najpierw był gruby kaliber. Gust zaczął mi się wydelikacać i uwrażliwiać z czasem. Dlatego dopiero później potrafiłem należycie docenić prace kameralne, ciche w treści, a w kolorystyce stonowane. Choć to nie do końca prawdziwe stwierdzenie… bo poza wspomnianymi już pracami Riepina i Surikowa od najwcześniejszego dzieciństwa tkwi mi w pamięci inny obraz: historyczny co prawda, a w żadnym wypadku nie pompatyczny ani nie tętniący akcją. Przeciwnie.

po-bitwie-orly(1)Wiktor Michajłowicz Wasniecow,
Po bitwie Księcia Igora Światosławowicza z Połowcami
temat ze „Słowa o wyprawie Igora”

Godzinami potrafiłem wpatrywać się we wschodni przepych zbroi i tarcz, w zadziwiająco młode i blade oblicze poległego rycerzyka na pierwszym planie oraz w ten łuk, zwrócony w kierunku lecącego sępa. Ciągle się zastanawiałem: resztkami sił chce wojownik ustrzelić ptaszysko, czy po prostu w takiej pozie zastygł po śmierci? Byłem za mały na to, by przeczytać tytuł pod reprodukcją (inna sprawa, że te podpisy są jedynie po angielsku, francusku, niemiecku i rosyjsku, więc i tak bym nie zrozumiał), przeto dodatkowo dręczyło mnie pytanie: kto tu z kim walczył i dlaczego.

Zdecydowanie, obrazy Pieredwiżników potrafią przyciągać uwagę już samą kompozycją, kolorem, nastrojem. A kiedy się dorośnie do pojęcia treści i wymowy szczegółów, kiedy się zaczyna rozumieć ich kontekst, ukryte znaczenia, cieniutkie aluzje… wtedy kontakt z tymi dziełami niechybnie wpływa na ukształtowanie określonej wrażliwości, pomaga wypracować pewne postawy i normy moralne. Tym bardziej, że, jak wspomniałem, prawdę na temat biedy, wyzysku, ludzkich słabości czy obłudy członkowie Towarzystwa Objazdowych Wystaw Artystycznych dostrzegali bez złudzeń i pokazywali ją bez ogródek, choć nie używali w tym celu prymitywnej łopatologii – byli na to zbyt wielkimi artystami.

A że były to z grubsza te same postawy i normy, że była to taka sama wrażliwość jak ta, którą kształtował we mnie swoim przykładem Tato? Przypadek? Chyba nie…

przyjecie(2)Wasilij Grigoriewicz Pierow, Refektarz

Ta wrażliwość od niektórych ludzi (nie idzie tu oczywiście o profesję, problem tkwi głębiej) każe się trzymać z daleka…

pracekolejowe(7)Konstantin Apołłonowicz Sawicki, Prace remontowe na kolei żelaznej
…a stawać zawsze po stronie innych.
(Tak na marginesie: gdybyż Sawicki, albo inny Pieredwiżnik mógł przewidzieć budowę Biełmorkanału!)

Wrażliwość moralna swoją drogą, zaś artystyczna swoją. Najlepiej, jeżeli sobie towarzyszą. U kogoś, komu książkę o Pieredwiżnikach podsunął taki człowiek, jak mój Tato, tak być musi. Po prostu. Dlatego nie dziwi fakt, że teraz, jako duży chłopiec, godzinami mógłbym się wpatrywać w inny obraz, choć pozornie nic się na nim nie dzieje.

samowar(5)Wasilij Nikołajewicz Bakszejew, Proza życia

Nic się nie dzieje… Dobre sobie! Tylko, że takie NIC trzeba umieć dostrzec. Aż się prosi o postawienie hipotezy, że Bakszejew namalował go po lekturze Czechowa. Ale to chyba nieprawda: Iwanow już co prawda istniał, lecz Czajka, Wiśniowy sad i Trzy siostry powstaną dopiero za kilka lat.

facet-z-kijem(3)pionWrażliwość artystyczna… Mówią, że Pieredwiżniki byli realistami, naturalistami – to prawda, choć nie do końca. Na światło wrażliwość mieli nie mniejszą od impresjonistów. Tylko, że to rosyjskie światło ponad sto lat temu, to coś zupełnie innego niż w kraju Gallów.

Mykoła (Nikołaj) Ołeksandrowicz Jaroszenko, Palacz

Oto Georges de la Tour, któremu przyszło tworzyć gdzieś nad Wołgą (a może i w Donbasie).

Mało było tego światła. A na dodatek widok tego, co oświetlało, też nie napawał nadzieją. Ale światło to zawsze światło! Nawet, gdy wpada tylko przez jedno, małe okienko.

w-celi(4)-pionpranie(6)pion

X

X

X

X

X

X

X

X

Mykoła Ołeksandrowicz Jaroszenko                         Abram Jefimowicz Archipow
Więzień                                                                                                                                  Praczki

Zdarzyło się kiedyś, że Ten, którego pamięć przywołuję tutaj już trzeci tydzień, jechał pociągiem z wizytą do dziewczyny (kilka lat później to właśnie ona zostanie moją Mamą). W metafizycznym momencie, gdy noc jeszcze nie odeszła, a dzień jeszcze nie powstał, gdy światło i mrok walczą ze sobą, rozmywając kształty i kolory świata, wyjrzał przez okno. Co zobaczył, namalował.

SAMSUNG DIGITAL CAMERACzy w takich okolicznościach ja mógłbym na światło pozostać niewrażliwy? Talentu malarskiego po Nim nie odziedziczyłem, ale na szczęście to nie jedyny sposób ekspresji wrażliwości.

autor-z-tata(7)-pion …gdzieżeś jest, jeśliś jest…

 I tyle. Już.

Na pustyniach Australii (1)

Lech Milewski

Daisy Bates. Wiosna

Australian history does not read like history, but like the most beautiful lies.
Mark Twain – Following the Equator

13 marca 1884 roku w Charters Towers, centrum kolejnej gorączki złota, odbył się ślub świetnie dobranej pary. On, Edward Morant, 21 lat, błyskotliwy angielski dżentelmen spowinowacony z admirałem Digby Morantem. Ona, panna Daisy O’Dwyer, 21 lat, osierocona córka anglo-irlandzkiego protestanta Jamesa O’Dwyer Esquire of Ashberry House. Po śmierci ojca Daisy została otoczona opieką zamożnego arystokraty sir Francisa Outram i wychowywała się razem z jego sześciorgiem dzieci. W rezydencji sir Francisa otrzymała staranne wykształcenie i razem z jego rodziną odbyła podróż na kontynent europejski. Po powrocie do Anglii sir Francis Outram miał zaszczyt gościć w swoim pałacu królową Wiktorię i młoda panna Daisy O’Dwyer złożyła przed królową przepisowy potrójny ukłon.
Po śmierci matki panna O’Dwyer zdecydowała się pojechać do Australii żeby sprawdzić jakie nowe możliwości oferuje ten egzotyczny kraj. Nie bez znaczenia był łagodny klimat Australii, istotny dla osoby, której matka zmarła na chorobę płuc. Panna O’Dwyer opłaciła podróż z własnych środków, w które zaopatrzył ją jej przedwcześnie zmarły ojciec.
Po przybyciu do Townsville panna O’Dwyer złożyła kurtuazyjną wizytę biskupowi George Stanton, który udzielił jej odpowiednich referencji.
Nie powinno więc dziwić, że mając taki start, Daisy O’Dwyer osiągnęła wiele. Na tyle wiele, że w latach 20 ubiegłego wieku jej nazwisko pojawiło się w australijskich podręcznikach szkolnych.

Piękny początek zaowocował sukcesami w dalszym życiu. Prawda?
Rzecz w tym, że nieprawda.

Szydło wyszło z worka już kilka dni po wspomnianym na początku ślubie. Do drzwi mieszkania młodej pary zapukał czcigodny pastor Barlow i upomniał się o niezapłacone wynagrodzenie za ślub. Dużo poważniejsze pretensje zgłosił jubiler, u którego pan młody kupił pierścionek zaręczynowy – czek okazał się być bez pokrycia.
To nie powinno dziwić, angielscy dżentelmeni często nie mają luźnej gotówki, ale przecież w końcu zawsze płacą swoje długi.
Rzecz w tym, że Edward Morant, który za sugestią żony zmienił imię na Harry, nie był w pełnym znaczeniu tego słowa dżentlemenem gdyż dżentelmen nie powinien pracować zaś Eddie ‘Breaker’ Morant pracował jako kowboj na stacji hodowlanej i otrzymywał za to bardzo skromną zapłatę 15 szylingów tygodniowo. Również jego pokrewieństwo z angielskim admirałem nie zostało nigdy potwierdzone. Zapewne liczył, że zwróci dług z zasobów wniesionych przez jego żonę. Kłopot w tym, że Daisy O’Dwyer była córką biednego irlandzkiego szewca na dodatek alkoholika, nie miała żadnego posagu a do Australii przyjechała za symbolicznego funta sponsorowana przez rząd stanu Queensland za co musiała odpracować 5 lat w tym stanie.

Widząc co się święci Harry Morant czym prędzej czmychnął z małżeńskiego gniazdka przy okazji kradnąc siodło i świnię swoim gospodarzom. Policja złapała go już następnego dnia. Na szczęście sędzia był wielbicielem jazdy konnej i miał wielkie uznanie dla umiejętności i manier Harrego, w związku z czym uwolnił go od winy. Harry znalazł natychmiast pracę w jakiejś odległej stacji hodowlanej. Daisy nie próbowała go odnaleźć. Pierścionek zaręczynowy zwróciła jubilerowi.

Powyższy obraz uzupełnię informacją, że ubiegając się o sponsorowany wyjazd do Australii, Daisy zaniżyła swój wiek o 3 lata, zaś Harry ‘Breaker’ Morant biorąc ślub zawyżył swój wiek o 2 lata gdyż 21 lat było wymaganym minimum.
Prawdą pozostaje jednak fakt, że nazwisko Daisy pojawiło się w australijskich podręcznikach szkolnych (i po kilkudziesięciu latach z nich zniknęło).

Zacznijmy więc tę historię od początku korzystając ze sprawdzonych informacji i logicznych konkluzji. Te drugie są bardziej pewne.

Margaret Dwyer urodziła się 16 października 1859 roku w miasteczku Roscrea w Irlandii. Jej rodzicami byli katolicy – James Dwyer i Bridget Dwyer z domu Hunt. Rodzina Dwyer mieszkała w krytej strzechą chacie, gdzie James miał warsztat szewski.
Cztery lata po urodzeniu Margaret jej matka zmarła, a ojciec ożenił się ponownie i wraz z żoną wyjechał szukać szczęścia w Ameryce. Zmarł na pokładzie statku i został pochowany w grobie dla biedaków.
Margaret, która na codzień używała imienia Daisy, i jej starsza siostra Kathleen, spędziły kilka lat pod opieką babci, a gdy osiągnęły wiek szkolny zostały zapisane do Free National School for Catholic Girls prowadzonej przez francuskie i belgijskie zakonnice. W szkole otrzymały bardzo staranne wykształcenie, były elokwentene, potrafiły dobrze przekazać swoje myśli na piśmie, znały dzieła klasyków angielskiej literatury, miały podstawy łaciny i francuskiego, były biegłe w robótkach ręcznych i posiadały nieskazitelne maniery.
Daisy uwielbiała literaturę, szczególnie Dickensa. Prawdopodobnie książki były inspiracją do marzeń o życiu w szczęśłiwej i zasobnej rodzinie.
Razem z siostrą wcześnie zauważyły wielką dyskryminację irlandzkich katolików. Następcy Cromwella dopilnowali, żeby katolicy nie mogli posiadać ziemi na własność, a umowy dzierżawne były krótkoterminowe, aby nigdy nie zdołali się ustabilizować. Być może te doświadczenia uczuliły Daisy wiele lat później na los australijskich Aborygenów, pozbawionych jakichkolwiek praw do ziemi.

Obie siostry doszły do tego samego wniosku – jeśli kiedykolwiek mają się wyrwać z kręgu nędzy i upokorzeń to muszą się wykazać pochodzeniem z anglo-irlandzkiej, dobrze sytuowanej rodziny. Wzorce znalazły w sąsiedniej The Ladies Hibernian School for Protestants. W bibliotece szkolnej znalazły wykazy irlandzkiej arystokracji i ziemiaństwa. Zapamiętały nazwiska, nazwy posiadłości i koligacje.

Brak jest dokładnej informacji o ich młodzieńczych latach, prawdopodobnie po zakończeniu nauki pozostały w szkole jako pomocnice nauczycielek, przygotowując się do zawodu guwernantki.
Guwernantka – to była jedyna droga dla ubogiej panny z ambicjami. Tą drogą podążyły wcześniej siostry Brontë. Wiadomo było, że uwieńczeniem kariery było małżeństwo z kimś z rodziny pracodawców. Była to jednak bardzo ryzykowna ścieżka – przeciwstawić się zalotom mężczyzn, tak żeby nikogo nie zrazić i nie pogrzebać swoich szans.

Kathleen powiodło się – została zatrudniona przez respektowaną protestancką rodzinę, a jej opowieści o arystokratycznych powiązaniach wystarczyły do zgody na małżeństwo z synem pracodawców, oficerem brytyjskiej armii.
Daisy poszła podobną drogą. Udało jej się znaleźć pracę u zamożnej rodziny Baglehole. Udało jej się wywrzeć duże wrażenie na jedynym potomku – Erneście. Niestety rodzice upatrzyli już dla Ernesta właściwą małżonkę i pozbyli się panny Dwyer, gdy tylko zorientowali się, że stanowi ona zagrożenie dla ich planów. Ernest ożenił się zgodnie z wolą rodziców, ale Daisy pozostała w jego pamięci.

Co robić? Próbować jeszcze raz? Daisy nie miała do tego cierpliwości. Zauważyła ogłoszenie rządu stanu Queensland, który werbował sieroty, panny w wieku 17-20 lat, do pracy jako pomoce domowe. 23-letnia Daisy O’Dwyer podała więc wiek jako 20 lat i uiściła 1 funta za bilet. Pozostałe 39 funtów dopłacał rząd Queensland.  W listopadzie 1882 roku statek Almora ruszył w trzymiesięczną podróż do Australii.

Do Townsvile przybili 14 stycznia 1883 roku. Daisy trzymała się z daleka od swoich towarzyszek podróży. Pierwsze kroki skierowała do biskupa Stantona, gdzie powołała się na pokrewieństwo rodziny męża jej siostry z biskupem Browningiem w Hobart. To była święta prawda. Elegancka, przystojna, elokwetna panna zrobiła doskonałe wrażenie na biskupie, ze spokojnym sumieniem polecił ją rodzinie zamożnych hodowców bydła.

Ze swej strony, Daisy nie mogła za bardzo przebierać. Przebywając w Townsville mogła łatwo zostać zdemaskowana przez którąś z towarzyszek podróży. Wylądowała więc na farmie gdzie musiała się włączyć do codziennych prac gospodarskich.
Jej pozycja w Australii nie różniła się zbytnio od tej w Anglii – musiała znaleźć odpowiedniego męża.
Z jednej strony było to łatwe, gdyż Australia cierpiała na wielki niedobór kobiet. Z drugiej strony bardzo trudne, bo niewielu było tu kandydatów na męża, którzy mogliby spełnić jej oczekiwania.
Nie wiadomo jak długo Daisy przebywała na farmie. Według jej relacji wkrótce wyjechała na kilka miesięcy na Tasmanię, gdzie była gościem biskupa Browninga i wielu miejscowych notabli, brała udział w polowaniach i balach. Jej relacje są barwne i pełne istotnych detali, z drugiej strony nie ma można znaleźć żadnego potwierdzenia jej pobytu na Tasmanii.

Faktem natomiast jest, że pod koniec 1883 roku znalazła się w Charters Towers, mieście pulsujacym gorączką złota. Oczywiście swe kroki skierowała do najlepszych domów, poznała ciekawych ludzi, między innymi Thaddeusa O’Kane wydawcę lokalnej gazety The Northern Miner. Ludzie pióra – takie towarzystwo jej odpowiadało. Być może wtedy zaświtał w jej głowie pomysł zajęcia się na poważnie pisaniem. W redakcji pisma spotkała błyskotliwego dziennikarza Arnolda Colquhoun, nawiązała się nić sympatii. Niestety wkrótce Daisy dowiedziała się, że jej sympatyczny znajomy jest chory na syfilis, który wtedy był nieuleczalną chorobą. Teraz musiała dołożyć starań, żeby jakoś wywikłać się z pechowego związku. Jednym z argumentów jakiego używała, było twierdzenie, że jest związana z kimś innym. Czy była? Faktem jest, że jej osobowość zjednywała jej sympatię wielu ludzi, a mężczyźni tracili przy niej głowę. Ona sama twierdziła – lubię się zakochiwać i.. rozstawać.

Arnold, który jednocześnie popadł w długi i inne tarapaty, popełnił samobójstwo. Jakimś cudem osoba Daisy nie została zauważona podczas dochodzeń policji, ale nie mogła dłużej pozostać w Charters Towers. Na szczęście miała przy sobie doskonałe referencje od biskupa Stantona. Bez trudu znalazła pozycję guwernantki u hodowców bydła, państwa Hamilton. Tam nie mogła nie zwrócić uwagi na przystojnego kowboja – Eddiego Morant.

Eddie Morant był podobnie jak ona biednym irlandzkim sierotą. Też zyskał staranne wykształcenie. W szkole poznał i oczarował zamożnego dżentelmena, który zaprosił go do swojej rezydencji jako towarzysza polowań. Tam nabrał idealnych manier i umiejętności jeździeckich. Do Australii przyjechał podobnie jak Daisy na bilet sponsorowany przez rząd. Przez pewien czas pracowal w cyrku, aż znalazł stałą pracę na stacji hodowlanej.
Eddie oczarował Daisy elokwencją, znajomościa literatury i opowieściami o koneksjach jego dobrze sytuowanej rodziny. Co było dalej czytaliście Państwo na wstępie.

Trzy próby, trzy niepowodzenia – co teraz począć?

Ciąg dalszy nastąpi.

Źródła:
1. Susanna de Vries – Desert Queen.
2. Bob Reece – Daisy Bates – Grand Dame of the Desert.

Ciąg dalszy za tydzień

Santiago de Compostela

Ewa Maria Slaska

Ostatni dzień pielgrzymki. 4 października 2007 roku

Przy śniadaniu Manuel (strażak z Frankfurtu) i ja rozmawiamy z dwiema dziewczynami z Izraela o życiu (czy warto być wykształconym?) i o życiu na Camino. O ile nie całkiem jesteśmy zgodni co do konieczności wykształcenia (głosy układają się 3 do 1 – zgadnijcie jak?), o tyle nasze opinie o Camino są zadziwiająco zgodne. Uważamy, że stosunki międzyludzkie na Camino są właściwie rajskie – wszyscy są dla siebie mili, nie ma rasistowskich odzywek, nikt nikogo nie krytykuje, każdy stara się porozumieć z innymi – prawdziwa światowa integracja. Natomiast stosunki między pielgrzymami a Hiszpanami są, łagodnie mówiąc, takie sobie. Trudno powiedzieć, że Hiszpanie są niemili, ale też rzadko są naprawdę mili. Traktują nas jak rodzaj zwierząt hodowlanych. Nie dajemy mięsa, mleka, jajek ani wełny, ale jednak przynosimy pieniądze. I im jesteśmy bliżej celu, tym więcej. Mimo to traktuje się nas tak, jak marni kelnerzy traktują klientów w marnych restauracjach: zapłaciłeś, to spadaj. Tak Górale traktowali ceprów a Kaszubi letników.

Ostatnie 20 kilometrów.

Na trasie potwierdzenie porannej rozmowy. Wchodzę do wioski, gdzie właśnie zajechał samochód z pieczywem. Z daleka pachnie świeżym chlebem. Podchodzę łakomie, ale niestety – na sprzedaż są tylko wielkie bochny. Pytam sprzedawcę, czy nie mógłby mi sprzedać ćwiartki chleba, pytam klientki, czy nie sprzedałyby mi jednej czy dwóch kromek z bochenka, który właśnie kupiły. Nie. W chwilę potem spotykam pielgrzyma, który już wraca – idzie na piechotę z Santiago. Widziałam go na początku trasy, taki brodaty Hiszpan z psem. Szedł bardzo szybko, nic dziwnego, że doszedł do Santiago i już wraca. Witam go, ale mi nie odpowiada.

Zbieram po drodze bukiet z roślin przydrożnych, choć nie wszystkie są naprawdę przydrożne, tylko uciekły z ogrodów. Hortensje, fuksje, róże, lilie, nagietki, nasturcje, dalie. Uciekły na wolność. Myślę o tym, że moja wolność się kończy, ja wracam do ogrodu. W drodze było ciężko, właściwie głodnawo, prymitywnie, ale byłam absolutnie wolna. Tylko ja i moje siły określały, co zrobię danego dnia. Zbieram kwiaty i myślę, że jeszcze nie byłam po drodze tak uważna, jak teraz, gdy układam bukiet dla mojej siostry. Zrywam poziomki na długich łodyżkach, kwiaty passiflory i już wiem, że przegapiłam po drodze tysiące szczegółów

Kawa w barze i dalej, w górę, w dół, w górę, w dół, do Arzua, gdzie upiorny krajobraz, budowa, huk, smród spalin. Lavallo – ostatnie 10 kilometrów. Miasteczko ładne, znowu bar. Kusi mnie, żeby przysiąść, bo to pewnie ostatni taki bar po drodze, a bary były zawsze naprawdę wspaniałym odpoczynkiem, ulgą, powodem i przyczyną dozwolonej przerwy i, mimo że kawa była zazwyczaj beznadziejna, a jadłospis prymitywnie skromny, bary zasłużyły sobie na dozgonną wdzięczność każdego pielgrzyma. Jednak w barze siedzi tłum obcych ludzi i nie chce mi się do nich dosiadać. Nawet nie wyglądają jak cepry i letnicy, może to pielgrzymi z Camino del Norte, która za Melide połączyła się z Camina Franca, czyli z drogą, którą wędrowałam.

Monte del Gozo. Z góry widać już miasto i wieże katedry. Moment zastanowienia, gdy jak każdy pielgrzym staję na szczycie góry i wiem, że zrobiłam to, do czego się sama dla siebie zobowiązałam. Doszłam. Piję ostatnią kawe w Drodze, najpaskudniejszą, gorszą nawet niż gorzka lura u Thomasa w Manjarin. Zawiązuję bukiet sznurkiem od peleryny, pakuję w znalezioną po drodze gazetę i lecę jak na skrzydłach, w dół, przez rondo, koło pomnika i przez park słynnych pielgrzymów. Jakub Sobieski, ojciec króla, Dante, Jan van Eyck, Jan Paweł II. Podchodzi jakiś pielgrzym, wygląda dość południowo. Patrz, mówię po hiszpańsku, Dante tu był, a on na to, że nie rozumie po angielsku.  Pal go diabli, Dante to w każdym języku Dante. Dante, mówię, i pokazuję palcem stosowny napis. Divina Comedia. Facet nadal nic nie rozumie, odwraca się i odchodzi, przekonany, że miał do czynienia z wariatką, taką co to podchodzi do ludzi na ulicy, wtyka im w ręce kwiatki i szczebiocze jakieś bzdury w dowolnym języku. Może ma przekrzywiony kapelusik, może okularki, może wygląda jak Giuletta Masina w La Stradzie.

I już jestem w Santiago de Compostela.

Już jestem!

W świętym Oficjum Pielgrzymkowym pokazałam swój paszport pielgrzyma…

…i dostałam odnośny dokument, zwany Compostelą. Wystawiono go po łacinie niejakiej Evam Mariam Slaska.

O tym, co dalej już pisałam na blogu Kura. Więc przepadło na wieki.

Na ogromnym placu przed katedrą czeka Kasia. Za chwilę pojawi się też mój szwagier. Przyjechali! Obiecali, że przyjadą, ale nie wiem, czy w to naprawdę wierzyłam. Teraz wierzę, bo są.

Daję Kasi kwiaty, a ona mi torbę z czystymi ciuchami. Potem zobaczę, że w torbie są też kosmetyki, buty, czekolada, herbatniki, a nawet nowa szczotka do zębów. Tak trzeba. Trzeba wyrzucić brudne, zużyte na trasie spodnie i bluzki. Gdyby to wciąż było średniowiecze, weszłabym na dach katedry, gdzie spalilibyśmy w beczce symbolicznie moje grzeszne JA, po to by mogło się ujawnić nowe, czyste. Ale jest XXI wiek.

– Co chcesz? pyta Kasia.
– Umyć się, przebrać, wysłać maile do rodziny i zjeść! Zjeść jak człowiek, w normalnej restauracji. Coś dobrego!!!!

Dopiero teraz uświadamiam sobie, jak paskudne było to, co jadłam przez cały ten czas. Droga to 25 dni jedzenia byle czego.

Idziemy do restauracji, którą poleca nam chłopak z knajpki internetowej. Stoły w ogrodzie, na drzewach z rzadka zawieszone lampiony. Cisza, półmrok, pyszne jedzenie. Pokrojone na duże kawałki, zapiekane na oliwie jarzyny. Tylko osolone, żadnych innych przypraw. Dawno nie jadłam nic tak smacznego. A może nigdy?

Reblog z Gazety Wyborczej

Co powiedziałabym sobie samej przed emigracją?

Agnieszka

29.01.2015 , aktualizacja: 30.01.2015 21:33

W Meksyku mieszkam od 4,5 roku. Krótko i długo jednocześnie. Gdybym mogła usiąść na kawę z samą sobą sprzed tych kilku lat, oto co bym powiedziała:

1. Nauczysz się wiele o swoim kraju. Będziesz musiała odpowiadać na najróżniejsze pytania: o liczbę mieszkańców, średnie zarobki, geografię, historię, muzykę, system monetarny… Żeby nie wyjść na błazna, będziesz musiała mieć tę wiedzę w jednym palcu.

2. Poznasz dużo różnych ludzi, przez co z cierpliwością nauczysz się odpowiadać stale na te same pytania: Skąd jesteś? Co tu robisz? Jak długo? Jak się tu znalazłaś? Gdzie jest Polska? W końcu będziesz miała tak opanowane odpowiedzi, że bez zająknięcia wszystko wyrecytujesz. To lekcja cierpliwości.

3. Na początku będziesz tęskniła za wszystkim, co polskie, nawet za rzeczami, których nigdy tak naprawdę nie lubiłaś. Będziesz przywozić tony ptasiego mleczka, krówek, kabanosów i innych produktów, których w Polsce właściwie nie dotykałaś. Fakt, że nie możesz czegoś dostać, sprawi, że zapragniesz tego jeszcze bardziej. Potem trochę wyluzujesz.

4. Ugotujesz swoje pierwsze w życiu pierogi. Najprawdopodobniej ruskie, bo te są najłatwiejsze. Potem ugotujesz swoje pierwsze gołąbki, mielone, barszcz, szarlotkę i staniesz się ekspertką od polskiej kuchni.

5. Poznasz ludzi z całego świata, różnych kultur i języków. Będziesz miała znajomych we wszystkich zakątkach globu. Zawsze będziesz miała kogo odwiedzać i kogoś, kto cię przenocuje, kiedy znajdziesz się w nocy na lotnisku na drugim końcu świata.

6. Poznasz ludzi, których inaczej nigdy byś nie poznała. Twoimi najlepszymi przyjaciółmi zostaną ludzie, o których w Polsce powiedziałabyś, że na pewno się nie dogadacie. Sytuacje, w których się znajdziesz, zmienią twoje poglądy i wymagania wobec życia. Przewartościujesz wszystko, o czym do tej pory myślałaś, że jest dla ciebie najważniejsze albo zupełnie nieistotne.

7. Jeśli zwiążesz się z kimś z innego kraju, poznasz wszystkie plusy i minusy tłumaczenia swojej osobowości na inny język. Problemem może być wyrażanie emocji, konkretyzowanie myśli, ale szybko nabierzesz wprawy. Zorientujesz się też, że to ma swoje zalety. W kryzysowej sytuacji zawsze możesz powiedzieć, że czegoś nie zrozumiałaś albo, że nie to miałaś na myśli!

8. Nabierzesz nowych stereotypów i wyzbędziesz się starych. To zadziwiające, jak szybko będziesz się przyzwyczajać i odzwyczajać. Przejmiesz zwyczaje i w jakimś stopniu myślenie kraju, w którym się znajdziesz i ludzi, z którymi się spotkasz.

9. Będziesz tęsknić. Za rodziną, za przyjaciółmi, za jedzeniem, za ulubioną gazetą i programem w radio/telewizji, nawet za narzekaniem.

10. Staniesz się ekspertem w wyszukiwaniu połączeń i lotów. Odbędziesz podróże do domu, które nie przekroczą 24 h. Może będziesz musiała spać na lotnisku, może na dworcu. Spóźnisz się na lot, zgubią twój bagaż, poznasz na wskroś lotniska i żadna podróż nie będzie ci już straszna.

11. Zawsze przyjeżdżając do Polski, będziesz myślała: “Następna walizka będzie lżejsza”. Będziesz snuła plany, że do podręcznego weźmiesz już tylko 1, a nie 3 książki, a może nawet tylko gazetę. Nie będziesz chciała stresować się nadbagażem. Nigdy ci się to nie uda.

12. Przy każdej wizycie w Polsce przytyjesz. Nieważne, czy zostaniesz tydzień czy dwa miesiące. Zawsze przytyjesz.

13. Zorientujesz się, że mylą ci się słowa “przyjechać” z “wyjechać” i “wracać” z “jechać”. Będziesz mówiła “jadę do domu”, zarówno w jedną, jak i drugą stronę. Będziesz “wracać” także w obie strony. “Dom” stanie się pojęciem bardzo względnym.

14. Ciągle będziesz na coś czekać. Przede wszystkim na powrót do Polski. Będziesz czekać i tęsknić, a potem będziesz czekać i tęsknić w drugą stronę. Będziesz czekać, aż ktoś przyjedzie i cię odwiedzi. Ciągłe czekanie i tęsknota. Ale to dobrze, bo fajnie jest na coś czekać.

15. Tym samym będziesz się ciągle z kimś rozstawać. Będzie trudno. Ale dobre jest to, że zawsze ktoś gdzieś będzie na ciebie czekał. Przyjedzie po ciebie na lotnisko i będzie szczęśliwy, że “już wróciłaś”.

16. Nauczysz się większego dystansu. Zwłaszcza do rzeczy. Nigdy nie będziesz mogła zabrać ze sobą wszystkiego. Nauczysz się wartościować i pewne rzeczy zostawiać. Nie przywiązywać się za bardzo, bo może znowu będziesz musiała się przeprowadzić. W pewnym sensie wyzwolisz się od rzeczy materialnych.

17. Będziesz musiała się nauczyć także wyzwolenia od ludzi, co jest dużo trudniejsze. Otoczysz się ludźmi różnych narodowości, którzy, tak jak ty, będą jeździć po świecie, pojawiać się i znikać. Nauczysz się żegnać z bliskimi znajomymi i przyjaciółmi. Dowiesz się, że wszystko dzieje się etapami, przychodzi i odchodzi. Będzie ciężko. Każdy zostawi coś w tobie i ty też zostawisz coś w innych. Zobaczysz, że jesteś tu, gdzie jesteś, bo inni też ciebie potrzebują. Jeśli to zrozumiesz, doświadczysz niesamowitych relacji z ludźmi.

18. Zawsze gdzieś cię nie będzie. Nie będzie cię w Polsce, gdzie będą działy się ważne rzeczy. Ominą cię śluby, narodziny dzieci, ważne momenty z życia najbliższych. Będziesz się bała, czy zdążysz wrócić do Polski, żeby spotkać się jeszcze z chorą babcią, dziadkiem, a nawet matką i ojcem (nie mówiąc już o ukochanym psie czy kocie). Najbliżsi będą odnosić sukcesy, kiedy ciebie nie będzie; będą przeżywać porażki, kiedy ciebie nie będzie; będą żyć dalej, kiedy ciebie nie będzie; będą też umierać, a ciebie nie będzie. To chyba będzie najtrudniejsze.

19. Pomimo cierpienia, tęsknoty i wszystkiego złego, co cię spotka, nauczysz się życia w bardzo przyspieszonym tempie. Będziesz silna, będziesz zaradna, będziesz cierpliwa. Może nie wszystko przyjdzie szybko, na pewno nie łatwo, ale w końcu przyjdzie. Będziesz starała się wykorzystać każdą chwilę. Będziesz wszystkim, co cię spotkało i każdym kogo spotkałaś. Będziesz umiała porozumieć się w każdym języku i bez słów. Będziesz lepsza, niż byłaś

20. Po 4,5 roku powiesz: Nie zamieniłabym mojego życia na żadne inne.

***
List pochodzi z akcji Gazety Wyborczej  “Polki bez granic” zbierającej doświadczenia Polek z emigracją (więcej przeczytaj na www.wysokieobcasy.pl/polkibezgranic). Czesław Mozil zapowiada, że na podstawie tych listów powstanie druga płyta jego projektu “Księga emigrantów”. Jeśli mieszkasz lub mieszkałaś za granicą, opisz nam, jak Cię zmieniło to doświadczenie. Na listy czekamy pod adresem: polkibezgranic@agora.pl

Sztorm

Joanna Trümner

Za oknem szalał sztorm, myślał o tym, jak szczęśliwi są ludzie, którzy tak jak on mają morze tuż przed drzwiami i przez większość roku słyszą pełen harmonii, spokojny szum fal. Sztorm, który zdarza się tylko kilka razy do roku, zmienia wszystko, wyrywając z ziemi drzewa, łamiąc ich gałęzie i zabierając bezpowrotnie rzeczy. Ale po nim znowu jest błękitnie i spokojnie, inaczej niż było…

Patrzył na telefon i leżącą obok niego kartkę – w międzyczasie znał ten numer telefonu na pamięć – czytał go kilka razy dziennie przez pięć tygodni, które minęło od ich spotkania w pociągu. Siedzieli w przedziale pełnym młodych ludzi, zagłębionych w wirtualnym świecie laptopów i smartfonów. Czy ci młodzi ludzie zdawali sobie z tego sprawę z tego, jak pięknie wyglądał świat za oknem – uginające się pod ciężarem śniegu gałęzie drzew i kłująca w oczy biel, czy trzymali kiedykolwiek w rękach śnieg i czuli jak całe ciało budzi się do życia, jak pulsuje w żyłach krew pobudzona zimnem? Maria uśmiechnęła się do niego, mówiąc wzrokiem „Co to za zwariowany świat?” Nie pamięta, które z nich zaczęło tę rozmowę, kilka godzin podróży minęło bardzo szybko, od dawna nie powiedział do nikogo tylu zdań – to była wewnętrzna eksplozja słów i myśli, które latami gromadziły mu się w głowie. Obydwoje jechali niechętnie do szybko zmieniającej się stolicy – ona wybierała się w odwiedziny do prawie stuletniej ciotki, która wciąż jeszcze mieszkała sama, on jechał na wernisaż z okazji 30-lecia swojej pracy twórczej. Opowiadał jej o tym, jak bardzo boi się o swoje obrazy, które transportowała firma spedycyjna. O tym, jak nie lubi tych wernisaży, tego „targowiska próżności”, powierzchownych rozmów, ludzi, którym wydaje się, że znają się na sztuce, ale trzeba się pokazywać, żeby się przypomnieć. Na rynku jest tylu zdolnych, młodszych od niego malarzy, cieszy się, że ludzie chcą jeszcze oglądać jego obrazy.

Na Dworcu Centralnym zdobył się na odwagę i zaprosił ją na wernisaż. Znalazł ją w tłumie gości i umówili się na wspólny powrót do domu. Znowu godziny minęły na rozmowie. Na dworcu w Sopocie pożegnała go słowami: „To czekam na twój telefon, na razie”.

Od tego wieczoru minęło pięć tygodni – raz udało mu się wykręcić jej numer, ale odłożył słuchawkę, zanim usłyszał jej głos, zdał sobie nagle sprawę z tego, że nie wie, od czego ma zacząć tę rozmowę – „To ja, pamiętasz naszą podróż do Warszawy?” Od tylu lat nie umawiał się z kobietami, czy on jeszcze potrafi z nimi rozmawiać? A może ona już nie pamięta tego spotkania? Poszedł do łazienki i zobaczył w lustrze swoją pomarszczoną, nieogoloną twarz, z wielkim nosem i zakolami – „Czy to naprawdę ja? Kiedy to się ze mną stało?”

Przypomniała mu sie Ala, która pomagała mu opiekować się matką przez ostatnie miesiące przed śmiercią. Tamten wieczór, kiedy siedział przy matce, patrzącej na niego niewidzącymi i zdziwionymi oczami, z tym zupełnie dla niego niezrozumiałym uśmiechem na twarzy. „Ile ona teraz ma lat? Dwadzieścia? Trzydzieści? A może jest małą dziewczynką, zbierającą na łące kwiaty? Jaki sens ma takie życie? To przecież jedno wielkie upokorzenie, komu jest potrzebne to rozpadające się ciało?”

Nagle poczuł, że ktoś położył mu rękę na ramieniu. Spędzili tę noc razem, obudził się czując oddech drugiego człowieka tuż przy twarzy. Nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo mu tego brakowało. Przez kolejne miesiące powstała między nimi jakaś więź, ich rozmowy o zakupach na obiad, o tym, gdzie najtaniej kupić pieluchy dla matki, o tym, że wiosną trzeba będzie posprzątać ogródek i pomalować kuchnię, przypomniały rozmowy długoletnich małżeństw. Nie potrafił jej pokochać – tak inny był świat, z którego pochodziła: to małe miasteczko, do którego wracała w soboty i niedziele, spędzając dwie godziny w pociągu, to, co ją poruszało – małe marzenia małych ludzi, codzienne problemy, programy telewizyjne, to, czego nie wiedziała i co jej nie interesowało, sposób w jaki patrzyła na jego obrazy – „trzeba to sprzedać, tylko zawadza, z czegoś trzeba żyć” – to, czego nie mógłby jej powiedzieć, bo nie potrafiłaby zrozumieć.

Dzień śmierci matki oznaczał koniec tej więzi, w kilka dni po pogrzebie weszła do jego pokoju pytając wzrokiem: ”co teraz z nami będzie?” Unikał patrzenia jej w oczy, wiedząc, że nie będzie w stanie spełnić jej marzeń o wspólnym domu. Odprowadził ją na dworzec „Zadzwoń proszę, chętnie przyjadę cię odwiedzić”. „Na pewno się odezwę”. Patrząc jej w oczy, myślał o absurdalnych sytuacjach, które przynosi życie, kiedy kłamstwo wydaje się nam najlepszym rozwiązaniem. Przez ten krótki moment na dworcu obydwoje udawali, że jest dla nich wspólna przyszłość.

Przyszłość, którą planował z Anną. Na pewno inaczej potoczyłoby się jego życie, gdyby ona nie zdecydowała się na wyjazd do Anglii. „Czego ty w tym syfie szukasz? Malować możesz wszędzie i albo ktoś będzie kupował te twoje obrazy albo nie”. Bał się zostawiać swoje miejsce, bał się innych ludzi, innego języka, odprowadził ją na dworzec i znowu doszło do absurdalnej sytuacji, kiedy obydwie strony wiedzą, że kłamią: „Dojadę do Ciebie” „Będę na Ciebie czekała”.

Wprowadzenie stanu wojennego w kilka miesięcy później podjęło za niego decyzję. Anna została w Anglii, wyszła za mąż, miała dwójkę dzieci, spotkali się po dziesięciu latach. „Są sny, z których nie można nas budzić”, pomyślał, patrząc na tą opuchniętą, niezdrowo wyglądającą kobietę, w której z trudem rozpoznawał swoją wieloletnią muzę, do dzisiaj jednym z największych skarbów wśród jego obrazów jest jej akt – dobrze, że nie sprzedał tego pomnika jej piękna i ich wieloletniej miłości. Anna opowiadała mu o swoim życiu w Anglii, o podróżach, o wielkim mieście, w którym mieszkała, o domku z ogródkiem, o tym, że nie musi pracować i może zajmować się dziećmi. „Czy to wszystko, czego chciałaś od życia?” – pomyśłał. Nie opowiedziała mu o swojej wieloletniej walce z alkoholem, o tym, że mąż zdradza ją od lat z młodszymi kobietami, o tym jak bardzo jest samotna i upokorzona sytuacją w domu.

W kilka miesięcy po jej wyjeździe zdecydował się przyjąć ofertę pracy jako wykładowca malarstwa na Akademii Sztuk Pięknych w innym mieście. Poznał wiele nowych osób, spędził wiele wieczorów na dyskusjach o sztuce, na koncertach, wernisażach, poprzez wiele nocy spędzonych z młodymi studentkami, których imion nie zapamiętał, przestał myśleć o Annie. To był bardzo szczęśliwy okres w jego życiu, gdyby nie choroba matki pewnie zostałby w tym mieście, w którym czuł się szczęśliwy… Czasami brakowało mu tylko morza.

Gdyby nie morze nie zacząłby malować. Pamięta do dziś każdą chwilę tamtego wieczoru, który z grupą kolegów z klasy spędził na skarpie nad morzem. Chłopcy zostawili go samego, bo tylko on chciał oglądać zachód słońca – tę czerwoną kulę chowającą się za linią horyzontu, wpadającą do morza. Wracał sam do domu przez ciemny las, słysząc szum fal i szelest liści pod butami, nie bał się, wydawało mu się, że cały czas ktoś przy nim jest. Po powrocie do domu wziął do ręki niebieską kredkę i namalował twarz niebieskiego ducha, który prowadził go tamtej nocy przez las do domu. I już wiedział, co będzie robił w życiu…

Jego obrazy bardzo się podobały i mógł żyć z ich sprzedaży, ludzie lubili jego niebieskie stwory. Spędzał godziny na malowaniu ich i na rozmowie z nimi. Nawet nie zauważył, że z biegiem lat stały się jego jedynymi przyjaciółmi. Znajomi z czasów uczelni, szkoły, sąsiedzi… pozakładali rodziny, żyli w światach tak innych od jego świata, że często czuł się intruzem, nie chciał być świadkiem urodzin dzieci, chorób, kłótni, rozwodów, znalazł się poza obiegiem tego, co nazywa się normalnym życiem. Z czasem coraz mniej miał kontaktów z dawnymi przyjaciółmi, niekiedy ktoś wpadł ponarzekać na brak pieniędzy, wiecznie marudzącą żonę, kłopoty z dziećmi, ich wiecznymi oczekiwaniami i niewdzięcznością: „Ty to się urządziłeś, masz święty spokój!”

Myślał o wszystkich godzinach, które spędził w kościele na modlitwie o koniec samotności, z latami przestał wierzyć, że Pan Bóg kiedykolwiek go wysłucha, powoli zaczął wątpić w to, że On tam gdzieś w górze na niego patrzy, a może po prostu Go nie ma? On sam stał się takim dziwolągiem, ma swoje przyzwyczajenia, niewiele oprócz obrazów widział na świecie, na pewno będzie nudnym towarzystwem na długie zimowe wieczory. Albo na takie dni jak dzisiaj, kiedy sztorm szaleje za oknami. A może jednak warto spróbować, może ta kartka z telefonem to znak, że jednak skończyły się wszystkie lata wyczekiwania, że będzie się niedługo budził czując oddech innego człowieka na plecach, że jego prośby zostały jednak wysłuchane?

Wykręcił jej numer telefonu. Odebrała po trzecim sygnale: „Bardzo się cieszę, bałam się, że zgubiłeś mój numer”.

W górę rzeki (14)

Zbigniew Milewicz

Nasz plac na wasz plac

Spod rodzinnego klosza na Wesołej co rano wychodziłem do ochronki przy ul. Omańkowskiej, później do szkoły, która była parę metrów bliżej. Z przedszkola zapamiętałem tylko kolorowe obrazki owoców, umocowane przy wieszakach w szatni, i pogrzeb kierownika. Ze szkoły trochę więcej, ale te epizody nie były w żaden sposób ze sobą powiązane.

Naszą pierwszą wychowawczynią była emocjonalna pani Weronika Szymczyk. Kiedy za różne wykroczenia dostawaliśmy po łapach linijką albo piórnikiem, z oburzenia trzęsły się jej płowosiwa grzywka i kok, przywiędłe, pąsowe policzki i ręka, wymierzająca razy. Ty podły chłopcze, ty niedobra dziewczyno – wołała dramatycznym głosem. Udobruchać ją mogły tylko czyste zeszyty, poprawnie napisane wypracowanie z języka polskiego, ładnie wyrecytowany wiersz, najlepiej Marii Konopnickiej, albo bukiet skromnych kwiatów, nazbieranych w parku przez uczniów. Miała swoich klasowych ulubieńców, długo był nim Leszek Kochel, nasz wieczny prymus, póki czymś jej nie podpadł. Wtedy inni dostąpili zaszczytu chodzenia w czasie lekcji do mleczarni po pół litry mleka i do piekarni po rogaliki, które koniecznie musiały być dobrze wypieczone. Przez pewien czas także ja byłem ulubieńcem naszej pani. Moja mama pracowała w branży handlowej, co w latach reglamentacji rynkowej było na wagę złota. Zanosiłem więc wychowawczyni do domu a to kawałek cielęciny, a to parówki i później inni siedzieli w klasie, a ja wywijałem na ulicy młynka bańką z mlekiem i nawet kropli z niego nie uroniłem. Kiedy nasza pani przeszła na emeryturę, zastąpiła ją spokojna pani Wszołek z burzą ciemnych, kręconych włosów. Myślę, że była dobrym nauczycielem, bo dostawałem u niej lepsze stopnie, niż u starej wychowawczyni.

W piątej klasie do szkolnych przedmiotów doszedł nam rosyjski i od razu ten język polubiłem. Myślę, że było to głównie zasługą pani Żurkowej, która umiała uczniów zainteresować nowym przedmiotem. Do dziś pamiętam piękną, kolorową bajkę o koniku Sadko, którą wyświetlano nam w klasie, zdaje się na prześcieradle, rozpiętym na tablicy i melodyjne piosenki, płynące z płyt gramofonowych. Kiedy w 1957 r. na Stadionie Śląskim w Chorzowie szykowano się do pamiętnego meczu Polska – ZSRR, byłem prawdopodobnie jedynym człowiekiem w tym mieście, który wycinał z gazety zdjęcia przeciwników polskiej drużyny i wieszał je na ścianie w swoim pokoju. Obok wisiały już wcześniej wycięte z jakiegoś postępowego czasopisma zdjęcia katiusz i tankistów wkraczających do Berlina i tak się dzisiaj zastanawiam, skąd się to moje młodociane rusofilstwo brało. W szkole robiono nam programowo ideologiczne pranie mózgu, na pewno byłem jego ofiarą, ale myślę, że niechcący przyczynili się do tego także moi dziadkowie. Mój ojciec nie miał u nich dobrych notowań, co dziś jest dla mnie zrozumiałe, ale wtedy nie było. Krótko mówili o nim rus ( oczywiście wtedy, kiedy byli przekonani, że ich nie podsłuchuję, a ja lubiłem to robić ). Ten wielki nieobecny jeszcze bardziej więc u mnie zyskiwał, gdyż należał do narodu, który wedle pani Żurkowej także był wielki, a ja jej wierzyłem. Nie wiedziałem wtedy jeszcze, że faktycznie mój ociec, jako zdecydowany germanofil, nienawidził wszystkiego co rosyjskie.

Mnie natomiast zdecydowanie drażnił niemiecki, którym posługiwali się w domu dorośli, kiedy chcieli coś przede mną ukryć. Czułem się wtedy jak dupek żołędny ( karta w śląskim skacie o niskiej wartości i jednocześnie określenie ludzkiej miernoty ) a kiedy marudziłem z tego powodu, mówili mi nieodmiennie, że muszę się uczyć niemieckiego, wtedy wszystko zrozumiem, ale oczywiście nie chciałem. Przy pomocy rosyjskiego mogłem im więc udowodnić, że też jestem mądry i kiedy z wysiłkiem kaligrafowałem w zeszycie pierwsze bukwy, diabeł mi podszeptywał, że teraz dziadek z babcią niczego nie kapują. Mama pomagała mi je malować, nie znała zupełnie rosyjskiego, ale miała zdolności graficzne i dobre chęci, więc się przy niej nauczyłem. Z polskiego nie trzeba mi było w domu pomagać, ale już w rachunkach tak. Nie przepadałem za wu-ef-em, bo przeważnie graliśmy na szkolnym podwórku w piłkę, a mnie to nie szło zupełnie. Dopiero kiedy cysorz, nasz wuefista zorganizował w sąsiednim parku skoki wzwyż i w dal, nabrałem ochoty na sport.

Na szkolnym podwórku odbywały się też różne, patriotyczne apele, w czasie których śpiewaliśmy ładne pieśni, a na przerwach goniliśmy się, albo tłukli między sobą. To znaczy ja osobiście robiłem to rzadko, chyba, że ktoś mocno mi się naraził. Zapamiętałem dwie poważniejsze bójki z dzieciństwa, z moim udziałem. Na rudego Gatysa rzuciłem się w klasie, kiedy brzydko nazwał moją mamę, myślałem, że go wtedy zabiję i nauczycielka z kolegami musieli nas rozdzielać. Biedny dziadek, miał później dużo pracy z reperowaniem uszkodzonych krzeseł. Z drugiej bójki nie pamiętam przeciwnika, wiem tylko, że był niższy ode mnie, ale bardzo dokuczliwy. Przy każdej okazji dostawałem od niego kuksańce, nawet w kościele na roratach, aż miarka się przebrała, wyłamałem deskę z płotu sąsiadów i oberwał nią po głowie. Z rozmysłem nie umiałem się bić, technikę walk podwórkowych przybliżyła mi dopiero ciocia Irka, przed którą chłopaki z osiedla Ruch miały respekt. Kiedyś jednemu z moich prześladowców spuściła takie lanie, że już więcej mnie nie zaczepiał. Dokuczano mi za to, że wolałem w domu czytać książki, niż brać udział w osiedlowych potyczkach nasz plac na wasz plac ( część willowa osiedla, w której mieszkałem, sąsiadowała z robotniczymi blokami, mniej zamożnym rewirem, więc dochodziło między nami do typowej walki klas ), że stroniłem od gry w nogę i nie należałem do żadnej paczki, że nie mówiłem gwarą. Żeby synkowi kiedyś było lepiej, mówiono ze mną w domu czysto po polsku, a przynajmniej starano się o to.

Nie byłem jednak odludkiem, miałem kolegów i przyjaciół, zwłaszcza na Lutku Czarneckim mogłem polegać jak na Zawiszy. Bity Ślązak, pochodził z rodziny o pięknych, powstańczych tradycjach. Leszek Bulanda, sympatyczny blagier i prześmiewca, mieszkał na ukos ode mnie, jego rodzice byli repatriantami z Kresów. Starszy o kilka lat Mariusz Brachaczek, mądry i życzliwy, pewnego dnia zaciągnął mnie na stadion AKS, gdzie zacząłem pchać kulą. Piegowata Stefcia Szatanek, przez jakiś czas smaliłem do niej cholewki. Heniek Sawaloch, ze swym największym rodzinnym skarbem, mauzerem, który miał po ojcu. Heniek Ey, podobnie, jak ja, chował się bez ojca i miał bardzo miła mamę. Jego imienia niestety nie jestem pewien, a potrafiliśmy godzinami rozmawiać ze sobą, chociażby o naszych planach na przyszłość. Heniek, podobnie jak ja, chciał zostać marynarzem, więc śniliśmy na jawie, że pływamy po największych morzach świata, zwiedzamy egzotyczne porty i przeżywamy różne przygody, także z udziałem pięknych dziewczyn, bo to już był ten wiek.

Pierwsza dziewczyna, która rzeczywiście mi się spodobała na fest, miała długie, jasne włosy i na imię Sylwia. Mieszkała niedaleko skrzyżowania ulicy Hajduckiej z Kordeckiego, którędy regularnie przebiegała moja droga z domu na lekcje religii, przy kościele św. Jadwigi i do szkoły muzycznej, gdzie uczyłem się grać na pianinie. W rejonie tym mieszkała niestety prawdziwa rasa, po zapadnięciu zmroku na ulice wylegały grupy młodocianych barbarzyńców i polowały na dzieci z innych osiedli. Łupiły ich z drobniaków, a jak delikwent nie miał niczego wartościowego przy sobie i nie umiał się bić, to dostawał po pysku. Oczywiście mogłem bezpiecznie chodzić inną, dłuższą drogą, ulicą Dąbrowskiego, ale czego się nie robi dla dziewczyny, z którą właściwie tylko raz udało mi się zamienić parę słów. Udawałem, że się tych dzikusów nie boję i najwyżej dochodziło między nami do niegroźnej szarpaniny. Tylko raz najbardziej agresywny z nich, najmłodszy z braci Wodniczaków, rzucił we mnie granitową kostką z bruku, ale zdążyłem się uchylić. Wtedy zawarłem sztamę z jego starszym bratem, który odsiadywał chyba szóstą klasę, a po szkole handlował pod „Polonią“ biletami do kina i młodszy dał mi spokój.

Kolega Ochudło, zwany w klasie z racji wychudzonej sylwetki kościstym pakrem, pokątnie handlował w szkole szplitrami , pysznymi ciastkami, które piekła jego mama. Mówił, że to jest jego drugie śniadanie, ale chyba je też podkradał mamie, bo czasem miał ich dużo. Kosztowały dziesięć albo dwadzieścia groszy od sztuki, wszyscy w klasie zajadaliśmy się nimi, a on za to kupował sporty w dziesiątkach i palił je chciwie za krzakami w parku. Zęby miał od tego czarne jak smoła, z dziurą z przodu i kaszlał, jak stary gruźlik.

Twarze innych kolegów z podstawówki rozmywają mi się w pamięci, tylko ślepo Ana jest jeszcze wyraźna. Na którejś lekcji biologii dziewczyna odkryła, że przy pomocy ołówka wsadzonego w środek gumki – myszki można sobie sprawić prawdziwą przyjemność, co wzbudziło zrozumiałe ożywienie u klasowego koleżeństwa. U nauczycielki zarobiła jednak ostrą naganę i mama dziewczyny musiała później świecić w szkole oczami.

Zachodzę w głowę, kiedy i na jak długo wyjechaliśmy z mamą do Przygłowa. Związała się ze Stefanem, moim przyszłym ojczymem i konserwatywna babcia, która nie mogła strawić już rozwodu mamy, pokazała jej drzwi. Pamiętam awanturę na Wesołej, dziadka bezskutecznie próbującego pogodzić kobiety, wielki kufer stojący pod domem. Później jakiś pociąg jadący w noc, przystanek kolejowy i ławkę, na której siedzimy w milczeniu, mama, dziadek i ja. W ciepłym mroku widzę robaczki świętojańskie, grają świerszcze. Jakiś wiejski dom, kobieta w kolorowej zapasce, z dzieckiem na ręku, piec, na którym stoją dwa garnki, w jednym ziemniaki, w drugim kapusta, na stole chleb. Mama nie wie, co dać mi na obiad, wczoraj – mówi – też były ziemniaki i kapusta. Nie martw się – pocieszam ją – dzisiaj zjem je na chlebie. Do dziś pamiętam smak tego dania. Ja na łące, opodal jakieś dzieci, recytują pod moim adresem: bocian kle kle, twoja matka w piekle, ojciec siedzi za granicą, pije wódkę nogawicą. Wstydzę się.

Później rzeczka, na brzegu zacumowana łódka, wchodzę do niej, chcę się pokołysać. Wtedy nadbiega z drągiem jakiś mężczyzna, chce mnie nim uderzyć, strasznie wyzywa mnie od złodziei, uciekam, on mnie goni. Upał, jestem w samych majtkach, jedynym ratunkiem dla mnie jest ucieczka w pole wysokich pokrzyw, co rosną obok ścieżki. Muszę je przebiec w poprzek, żeby dotrzeć do domu. Całe ciało mam w bąblach, piecze, mama czymś mnie smaruje. Stefana w tym domu nie pamiętam, a wiózł mnie na rowerze z Przygłowa do pobliskiego Piotrkowa Trybunalskiego. Mocno bolał mnie ząb i jechaliśmy do dentysty, żeby go wyrwać.

Stefan był inżynierem konstrukcji stalowych i coś budował w okolicach Piotrkowa. Później dostał nakaz pracy i wyjazdu do Nowej Huty, więc my z mamą pociągnęliśmy za nim. Mieszkaliśmy w hotelu robotniczym, w wieloosobowym pokoju, łóżka były piętrowe, ja oczywiście spałem na górze, po ścianach chodziły pluskwy. Na korytarzu stał ogromny kocioł z gorącą kawą zbożową i mogłem jej tyle wypić, ile chciałem. Jajecznicę jadłem wprost z patelni, razem z jakimiś wesołymi robotnikami, tyle zapamiętałem z tamtego okresu, a więc nawet nie wiem, czy chodziłem w Przygłowie i Nowej Hucie do szkoły.

Kiedy mama wyszła za mąż za Stefana, zamieszkała z nim w Chorzowie, przy głównej ulicy Wolności, pod osiemnastką. Także ja się tam ulokowałem, ale nie od razu i jakby nie do końca, bo długo na przykład spałem w domu dziadków na Wesołej, a po lekcjach maszerowałem na Wolności. Tak przyzwyczajałem się pomału do egzystowania w dwóch domach, co uprawiam całe życie.

Pieredwiżniki II

Tomasz Fetzki

Wędrujmy dalej po kartach starej księgi. Jeżeli będziemy uważni, odkryje ona przed nami jeszcze niejedną tajemnicę.

Tydzień temu wspominałem o wrażliwości malarzy z kręgu Towarzystwa Objazdowych Wystaw Artystycznych na biedę i jej skutki. Ten temat pojawiał się w ich pracach bardzo często, a widzieli go ostro i bez złudzeń. Chłopstwo, depozytariusz, jak chciał Dostojewski, największych wartości moralnych Świętej Rusi? Nic z tych rzeczy! Ci biedni i rzeczywiście uciemiężeni ludzie byli w swej biedzie i w swym człowieczeństwie, chciałoby się rzec, arcyludzcy. Za pierzynę czy strzęp odzieży mogliby się chyba pozabijać… a już znienawidzić na lata – z pewnością!

Wasilij Maksimowicz Maksimow, Podział spadku

Zresztą, tak było właściwie w każdym przypadku. Chłopi, arystokraci czy artyści, wielka historia czy miałka codzienność: we wszystkich tych pretekstach tematycznych Pieredwiżniki widzieli przede wszystkim człowieka. Tylko człowiek jest ciekawy. Popatrzmy i my. Na jeszcze jednego cara i jeszcze jednego carskiego syna.

Mówią poniektórzy, że współcześni lekarze są w stanie precyzyjnie rozpoznać, na jakie choroby (zwłaszcza weneryczne) cierpieli krakowianie, pozujący Mistrzowi Veitowi Stoßowi, rzeźbiącemu Ołtarz Mariacki. Mistrz Riepin także nie pozostawia wątpliwości co do przyczyn, jakie zabiją jego modela cztery dni po ukończeniu tego obrazu… Bo Mistrz to Mistrz.

Ilia Jefimowicz Riepin, Portret kompozytora Mussorgskiego
Niestety, nie pierwszy to i nie ostatni artysta, który nadwrażliwość duszy odartej ze skorupy cynizmu leczył alkoholem.

O Modeście Mussorgskim wiem to i owo. Ale Pelagia Strepetowa? Nic mi to nazwisko nie mówi. Nie znam tej postaci w ogóle. Za to pewien malarz rodem z ukraińskiej Połtawy poznał tajniki jej duszy, jak się wydaje, bardzo dokładnie. Wręcz niebezpiecznie blisko.

Taka intymność w pewnym momencie zaczyna trochę ciążyć. Ostatecznie – ile można patrzeć z bliska na emocje, namiętności, cierpienie? Wyjdźmy na czyste powietrze, pospacerujmy wśród łanów zboża, powdychajmy aromat igliwia… Przyroda, pejzaż – to dla Pieredwiżnika nic obcego, zwłaszcza, jak się jest Szyszkinem.

SAMSUNG DIGITAL CAMERAIwan Iwanowicz Szyszkin, Żyto
Ale dla mnie w tym obrazie najważniejsze są jednak sosny.

A w taki sposób sosny zobaczył i namalował Ten, któremu zawdzięczam zażyłość z Pieredwiżnikami. Ten, któremu tak naprawdę poświęcony jest tekst niniejszy.

SAMSUNG DIGITAL CAMERASosny widziane i zinterpretowane przez mojego Tatę.

 Za tydzień wspomnień serdecznych odcinek trzeci i ostatni.  

Reblog: Trylogia o… (3)

Ten tekst, tekst sprzed tygodnia i tekst sprzed dwóch tygodni zostały opublikowane na blogu W altanie w styczniu 2015 roku

Lech Milewski

Ciocia Stasia

Moim pierwszym placem zabaw był cmentarz. Matka siedziała zamyślona przy grobie mojego Ojca, a ja bawiłem się w czołg na sąsiednim grobie.
Domem mojego dzieciństwa był dom starców. Rodzice przenieśli się w 1943 roku z Warszawy do Kielc i zamieszkali w domu Fundacji Malskiej dla zubożałej inteligencji i starszych pań z ziemiaństwa. Po zakończeniu wojny dom zamieniono na państwowy dom starców prowadzony przez Siostry Sercanki.
Naturalne więc chyba było, że pierwsze wakacje poza domem spędziłem w zakładzie dla dzieci cofniętych w rozwoju.

Miałem wtedy blisko 5 lat. Jechaliśmy z Matką pociągiem całą noc. Oczywiście Matce nie udało się dostać miejsca siedzącego w przedziale. Jechała na buforach między wagonami w pozycji półkucznej, trzymając mnie na kolanie.
Rano dojechaliśmy do Mierzęcina. Po kilku minutach marszu dotarliśmy do bram zamku. Z dala, w portalu, majaczyła niewielka biała figurka…

 

– To Ciocia Stasia – powiedziała Matka – pobiegnij do niej.
Oczywiście nie posłuchałem, tylko złapałem się jeszcze mocniej matczynej dłoni.
Po krótkich powitaniach Ciocia zaprosila nas na śniadanie. Mój zachwyt wzbudziły misterne porcelanowe filiżanki i talerze ze złotym szlaczkiem. Na śniadanie był chleb, wędliny, jajka na miękko, herbata. Obstukałem czubek jajka i zacząłem je obierać.
– Lusiu, Lesio nie umie jeść jajek na miękko – powiedziała Ciocia do mojej Mamy.
– Ależ Siniu, on nie ma jeszcze 5 lat.
– Och przepraszam Cię, przecież ja nigdy nie byłam matką.

Wieczorem Mama wyjechała, a ja spędzałem całe dni z dziećmi pod opieką sióstr. To były Siostry Samarytanki. Bardzo podobały mi się ich welony. Nad czołem miały szpiczasty daszek – kojarzyły mi się z jakimiś przyjaznymi ptaszkami.

Ciocię widywałem tylko przelotem. Jedynie w niedzielę, po mszy, jadałem śniadania z Ciocią. Lubiłem niedziele. Najpierw msza, wtedy jeszcze odprawiana po łacinie. Siostry pięknie śpiewały, najbardziej podobało mi się Credo: Bóg z Boga, światło ze światłości – Deum de Deo, lumen de lumine – KLIK.
Potem śniadanie. Cieszyłem się na nie, mając w pamięci te filiżanki i talerze ze złoconymi brzegami. Dostawałem jajko przezornie ugotowane na twardo. Ciocia nie jadła, tylko piła kawę i opowiadała mi legendy o początkach Polski. Lubiłem jej głos, cichy, spokojny a jednak czuło się w nim siłę. Taki sam głos miał jej brat czyli mój wujek – kapitan polskich i brytyjskich statków handlowych. Potrafił takim głosem utrzymać w ryzach załogę podczas rejsów do Murmańska i dzikiego strajku u wybrzeży Australii.

Na wakacje do Samarytanek jeździłem przez kilka lat dopóki Ciocia nie uznała, że tamtejsze towarzystwo nie jest już dla mnie odpowiednie.

Dopiero kilka lat później dowiedziałem się o Jej osobistej tragedii. Oczywiście, w Jej obecnosci tego tematu nie poruszaliśmy. Poza Jej plecami też nie, była uważana za swego rodzaju rodzinną świętość.
Matka czasem wspominała Jej role teatralne – Orcio, Puk, Consuela, ślepa Berta. Bardzo lubiłem słuchać jak Matka deklamowała wiersze. Szczególne wrażenie robił na mnie wiersz o księciu Józefie Poniatowskim: “…Epos kona! 0, gwiazdo! Gwiazdo Polski i Napoleona!…”Może ktoś zna tytuł tego wiersza?
Matka miała bardzo silny głos i wyrazistą mimikę.
– Gdy wróciłam z Paryża – wspominała – poznałam Aleksandra Zelwerowicza. – Chwycił mnie za obie dłonie i zawołał:- Dajcie mi ją do teatru! Ale Stasia zasłoniła mnie.
Z łatwością mogłem sobie wyobrazić moją Matkę na scenie w jakiejś dramatycznej roki. Gdy wiele lat później oglądałem w Teatrze Narodowym Matkę Courage w wykonaniu Ireny Eichler doznałem szoku, wydawało mi się, że to moja Matka. Niewiele się myliłem, Irena Eichler rozpoczęła studia pod kierunkiem Aleksanda Zelwerowicza kilka miesięcy po opisanej powyżej scenie.
– A jak było w Paryżu? – pytałem. Matce pochmurniała twarz.
– Komu taki pomysł przyszedł do głowy? Jak moja matka mogła się na to zgodzić? Przecież ja miałam 18 lat. Ja miałam być podporą dla kogoś, kto przeżył taką tragedię? Stasia spędzała całe dni na cmentarzu, a ja siedziałam przy niej. Długie godziny w milczeniu. Czasami Stasia zapominała o jedzeniu, to i ja całymi dniami nic nie jadłam.

Przez wiele lat kontakt z Ciocią był rzadki i przypadkowy. Dwa razy w roku jeździła na rekolekcje i jeśli było jej po drodze to odwiedzała Kielce. Któregoś roku przywiozła książkę Thomasa Mertona – The Seven Storeys Mountain i poprosiła żebym spróbował przetłumaczyć ją na polski. Oczywiście było to ponad moje siły. Teraz też nie podjąbym się takiego zadania. Po prostu Matka nadmiernie zachwalała moją znajomość angielskiego. Tylko za to mogła mnie pochwalić, angielski był jedynym przedmiotem, z którego miałem dobrą ocenę w szkole.
Wtedy zdałem sobie sprawę, że Ciocia to nie jest żywy pomnik, ale żywa osoba, nadal bardzo aktywna umysłowo, zainteresowana najnowszymi wydarzeniami. Może miała jakieś oczekiwania związane z moją osobą? Niestety oddalenie uniemożliwiało bliższe kontakty.

Z cytowanej w poprzednich odcinkach książki – Album z rewolwerem – dowiedziałem się jak bliski i intensywny miała kontakt z autorem, Zdzisławem Umińskim, swoim bratankiem. To dla niego robiła kaftanik podczas pobytu w paryskim więzieniu.
Być może istotne były podobne traumatyczne doświadczenia. Zdzisław w wieku niespełna 18 lat uczestniczył w wykonywaniu wyroków na konfidentach Gestapo.
Zdzisław był pisarzem, według mnie bardzo dobrym. W swej książce wspomina o poczuciu, że Cioci jego twórczość nie zadawalała, że oczekiwała po nim czegoś wielkiego, na miarę Krasińskiego lub Norwida.

Po przejściu na emeryturę Ciocia zajmowała się indywidualnie trudniejszymi dziećmi i spędzała troche czasu w przyklasztornym ogródku – powyższe zdjęcie z archiwum Władysława Noakowskiego.

W roku 1976 Ciocia miała wylew, po którym jej stan fizyczny mocno się pogorszył. Dwa listy napisała odręcznie, bardzo odmienionym charakterem pisma, następne pisały za nią siostry.

Zmarła w dniu Bożego Narodzenia 1977 roku. Pogrzeb odbył się kilka dni później w zakładzie sióstr Samarytanek w Niegowie niedaleko Wyszkowa.
Oprócz mnie przybył Zdzisław Umiński i dwie siostrzenice Cioci. Nie mogli przybyć bratanek i siostrzeniec, którzy przebywali na stałe za granicą. Tylko tyle nas zostało, a przecież Ciocia miała aż dziewięcioro rodzeństwa.

Msza odprawiana była po polsku, ale siostry śpiewały tak jak przed laty – Credo in unum Deum…
Po mszy zgłosiłem się do pomocy przy niesieniu trumny. Siostry przyjęły mnie życzliwie, ale już po chwili okazało się, że niezbyt pasuję do zgranego zespołu.
– Dziękujemy, ale lepiej jak my same poniesiemy, robimy to tak często.
Splotły razem ramiona w siostrzanym uścisku i poszły ze śpiewem na ustach. W bramie zakładu przełożyły trumnę na furkę.
Wiejski cmentarz był po drugiej stronie szosy. Ciocię pochowano w prostym grobie pod drzewami. Od kuzyna, siostrzeńca Cioci, tego który w 1977 roku mieszkał za granicą, dowiedziałem się, że obecnie groby wszystkich zakonnic przeniesiono na teren zakładu.