Poeta rozmyśla o polityce

Nie zgadzam się z Romanem, w każdym razie nie do końca się zgadzam, i wiemy wszyscy – to strasznie trudna i smutna rzecz – ta smutna polskość i jej smutna historia i musimy pamiętać, ale, wierna uczennica Jerzego Giedroycia, zawsze i bez przerwy powtarzam, skoro byliśmy w stanie pogodzić się z Niemcami, to musimy dokonać kolejnego wysiłku i pogodzić się z Ukraińcami.

Roman Brodowski

Smutny wiersz o polskości

Wymyśliłem smutny wiersz o Wołyniu
Położyłem między krzyże pachnące piwonie.
Wyglądały jak białe gołębie czekające lotu…,
Jak dwie w modlitewnik ułożone dłonie.

Odtajniłem żniwo ludzkiej nienawiści
W krwistobarwnej wołyńskiej przeszłości.
Ukazałem dusze czekające czasu objawienia
Czasu prawdy, pamięci, godności.

Dziś ta prawda nikomu nie służy.
Kat Wołynian jest dzisiaj świętością.
A parlament nasz dumny – bo Polski
Dzisiaj darzy go swą przychylnością

Warto jednak pamiętać o faktach,
Które krzyczą z przydrożnych kamieni
O tych, których za polskość, za mowę,
Sąsiad ukraiński, mordując – krył w ziemi.

Tak, – od wieków Polska z krajem ukraińskim
Połączona była skrzepłej krwi świadectwem,
Od czasu gdy setnik, pan Bohdan Chmielnicki
Rozpoczął powstanie – oburzony śledztwem

Po przegranej rozprawie o kobietę, o włości,
Przy pomocy Tatarów i kozackich współbraci
Ruszył zbrojnie na zachód, przeciw polskiej ludności,
By ją z zemsty zabijać, grabić, palić i…zeszmacić.

A gdy Tatar odmówił współpracy przy rzezi
Kiedy zmusił w Zborowie do pokoju kozaków
Znalazł Hetman Chmielnicki inny sposób na zbrodnię..,
Oddał w lenno Caratu, Ukrainę rodaków.

I tak, razem z moskalem, małoruski władyga
Głodny krwi, władzy i wszelkiego bogactwa
Poszedł zbrojnie na króla i na polską koronę.
Niosąc śmierć pośród Słowian, wśród bractwa.

Po Chmielnickim, Mazepa – króla Jana lokajczyk,
Postać znana w historii jako panów trzech sługa
Który umarł w Benderach – nazwa dziwnie mi znana
Umaczany w krwi polskiej…, lecz historia to długa.

Potem jeszcze po drodze, dwa światowe dramaty
I znów „przyjaźń słowiańska” z Ukrainą zakwitła
Na Wołyniu, Polesiu – tam gdzie Polski był Orzeł
Krew i … – właśnie – nikt dziś o to nie pyta.

* * *

Napisałem wiersz o polskiej przeszłości
O tych naszych ojczyźnianych dramatach
O wojenkach, powstaniach…, o sporach
I o śmierci – w ruskich kazamatach.

I o naszych magnatach, którym polski naród
Na piastowskiej ziemi żyjący od wieków,
Był brackim narodem podczas zawieruchy,
A podczas pokoju, częścią pańskich ścieków.

I o Księżnej Zofii z Anhaltów pisałem.
Urodzonej w pruskiej, książcej rodzinie.
O tej, która z wrogości do naszej ojczyzny
Jako Wielka Caryca – Katarzyna, słynie.

Napisałem również o naszej ojczyźnie
Zniewolonej poprzez niezgodę w narodzie,
Przypomniałem tamtej Targowicy chwile,
Bo niezgoda taka, dzisiaj znów jest w modzie,

I znów, tak jak dawniej, jak przed rozbiorami
Naród jest skłócony, w parlamencie wojna
W polityce wciąż jedno – „ trzeba się szykować
Zagrożenie na wschodzie – interwencja zbrojna.

Dzisiaj nikt nie woła, by o pokój walczyć
Retoryka jest inna – „Szykuj się do wojny”,
Rząd kupuje rakiety, czołgi, samoloty.
By Polak – choć głodny – o los był spokojny

Nawet z diabłem cyrogryf podpisać jest gotów
Nawet diabłu przysięgę złożyć może wiernie
Byle tylko moskala wytępić, osłabić
Byle tylko nie stać tak jak inni, biernie.

Cóż, moskale od zawsze byli nam wrogami
Tak głosi najnowsza historia – dzisiejsza.
Więc priorytet walki, zemsty, nienawiści
To dla nas, Polaków, rzecz jest najważniejsza.

My z Bożą pomocą, z bratnią Europą
I siłami NATO…, w tej naszej niedoli,
Musimy pokazać słowiańskie pazury
Musimy rozdrapać ranę, która boli.

Tylko jaką cenę przyjdzie nam zapłacić
Za kolejne, naiwne pomysły „ patriotów ”
Za woj-propagandę, nierealne plany,
Za tych ślepowiernych i… kilku idiotów?

Nikt nie dał nam prawa bawić się historią,
Zwłaszcza tą faktyczną, tą czasem bolesną,
Aby zaspokoić potrzeby „ przyjaciół ”…,
Bo to nas naraża na pogardę, śmieszność.

* * *

To prawda, że wiele krwi i łez spłynęło
Wiele krzywd ojczyzna doznała od wschodu.
Tego nikt wymazać z pamięci nie może.
To zawsze zostanie na kartach narodu.

Katorżnicza praca, i śmierć w kazamatach
Czasy rozbiorowe i czasy komuny
Zsyłki na Syberię, Ałtaj czy Kazachstan
Wszędzie polskie ciała, czasem – polskie trumny.

Na rosyjskiej ziemi leżą pod brzozami
Zabici podstępnie w wojennej przestrzeni
Ci dla których Polska była matką, domem.
Otuleni w całun z nieojczystej ziemi.

Lecz także i w Polsce mogił mamy wiele
Z czasu drugiej wojny, z epoki Hitlera.
W nich ci co przybyli z sztandarem wolności
Zza tamtej granicy – byśmy byli teraz.

Tak, trzeba pamiętać o grobach, o prawdzie,
Szukając pierwiastków drogi pojednania
By nigdy już więcej nie czuć krwi i zgliszczy
By na naszej ziemi nie zabrakło trwania.

Słowiańskie narody i słowiańskie dusze
Dlaczego tak ciężko żyć nam, jak w rodzinie ?
Byliśmy karmieni pramatczynym mlekiem,
A dziś kainowa krew w żyłach nam płynie.

* * *
Napisałem wiersz o przyjaźni do ludzi
O cichych marzeniach noworomantyka
Lecz nikt go słucha, nikt go nie rozumie

A zegar pokoju coraz szybciej tyka.

Berlin, sierpień 2014 – kwiecień 2015

Napisałam Romanowi, że oczywiście opublikuję jego wiersz, ale uważam, że powinniśmy dążyć do pojednania i naszym obowiązkiem jest pomoc Ukrainie. Oto jego odpowiedź:

Do Ewy Marii Slaskiej

Masz rację. Ukrainie powinniśmy pomagać, bo mimo naszej historycznie wspólnie smutnej rzeczywistości, dzisiaj mamy moralny ku temu obowiązek.

Jednakże pewne niewyjaśnione kwestie (jak m.in. Wołyń) powinny być rozliczone. Gdyby Stalin został w Rosjii ogólnonarodowym bohaterem, do którego należałoby się (prawnie – czyli pod presją kary) odnosić z pietyzmem, a co ma miejsce na Ukrainie w stosunku do St. Bandery, walczyłbym także o sprawiedliwość i ocenę faktów. Tak jak powiedział w przeddzień wojny M.S.Z Polski, pan Beck będąc w Berlinie, „nic za wszelką cenę”, powtarzam więc, że nie za cenę pamięci o ofiarach.

Jak już zauważyłaś w utworze umieściłem wiele faktów historycznych, dotyczących naszych stosunków zarówno z Ukrainą jak i Rosją. Celowo pokazałem (jednostronie) to, za co zarówno jednych jak i drugich winimy, to, o co mamy do nich wielki żal, by (co jest puentą całego poematu) zmusić czytającego do reflekcji, do zadumania się nad tym, dlaczego nie potrafimy żyć w zgodzie, dlaczego nie potrafimy wybaczać, szukać tego co łączy, a nie dzieli.

To prawda, że putinowska, bardzo agresywna polityka w stosunku do państw satelitarnych, jest nie do zaakceptowania.

Niestety realia dzisiejszej rzeczywistości, warunki militarne oraz nowe technologie prowadzenia wojen, opracowane przez zarówno USA jak Rosję, nie dają złudzeń co do wyniku ewentualnego konfliktu. Byłyby tylko ofiary, miliony ofiar.

Wiemy, że Rosjanie przyciśnięci do muru są nieobliczalni, tak jak niedźwiedź, który atakuje, będąc osaczony. Gdyby zależało im na Ukrainie, to w przeciągu 48 godzin byliby w Kijowie i…, wierz mi, oddźwięk opinii świata nie byłby inny aniżeli jest.

Boję się, bardzo się boję tego, że karty jakimi grają światowi przywódcy, są dawno rozdane i my – Polacy, (być może, przetargowa blotka w tej grze) będziemy na pozycji, jak zawsze, przegranej.

Tak, jestem przeciwko agresji Rosji na Ukrainę, ale jestem też za pokojowym i dyplomatycznym rozwiązaniem problemu.

Jestem realistą i nikt mnie nie przekona o wielkich przyjaźniach, gwarantujących nam w Polsce spokojny, suwerenny i niczym niezagrożony ojczyźniany byt.

Takie przyjaźnie mieliśmy w przeszłości…, i co? Świat się zmienia, lecz ludzie… No właśnie – biznes to biznes. Zbyt wiele o tym wszystkim wiem. Może za wiele?

Przepraszam – ale pragnę kolejnych lat pokoju

Serdecznie Cię pozdrawiam , ciesząc się jednocześnie, że mamy inne zdania. Inaczej byłoby nudno, żylibyśmy w zabójczej monotonii.

Roman

 

“Podhalem” na Śródziemne (1)

Zbigniew Milewicz

tekst1-winieta

Statek zwie się “Podhale” i od trzech dni stoi przy Nabrzeżu Siarkowym im. Obrońców Poczty Polskiej w Gdańsku. Ma na dziobie parzenicę, a w messie załogowej portret swojej matkichrzestnej spod Nowego Targu, która rada by już zatańczyć “drobnego” na morskiej fali, ale musi cierpliwie czekać, aż taśmociąg “Siarkopolu” przestanie pracować nad ładowniami, przygotowanymi na przyjęcie 15 ton żółtego proszku.

Wreszcie czwartego dnia kończy się załadunek, statek bierze wodę, paliwo i po odprawie celnej oraz WOP, krótko przed północą 4 września wychodzi w morze. W swoją 293 podróż, która wiedzie do Grecji i Syrii.

Załoga liczy 34 osoby, pierwszym po Bogu jest kpt. ż. w. Andrzej Rzeczewski, ja płynę jako pasażer, jeden z dwudziestu, którzy zaokrętowali na ,,Podhale”. Połowa z nich to żony i dzieci członków załogi, drugiej główny ton nadają zadbane panie i dziarscy panowie w jesieni życia. Statek posiada jedno- i dwuosobowe kabiny; dostaję „dwójkę” na poziomie pokładu szalupowego, wspólnie z emerytowanym prawnikiem z Krakowa. Mój przydziałowy współmieszkaniec zaokrętował wcześniej i mając do wyboru koję z prawdziwego zdarzenia, z solidną, drewnianą obudową, z której nie wypada się w czasie kiwania i zwykły tapczan, dokonał rzecz jasna właściwego wyboru.

Poza miejscami do spania kajuta wyposażona jest w stolik, kanapę, szafę na ubrania, parę regałów, lustro, radio i urządzenia klimatyzacyjne, które na razie jeszcze nie działają. Jest też mała łazienka z WC, w której mieszka wielodzietna rodzina karaluchów. Tuż przy koi mam pas ratunkowy, a nad nim instrukcję, jak postępować w razie różnych alarmów, regulamin uściślający zakres swobód pasażerskich na statku oraz zbiór podstawowych informacji o „Podhalu”. Czytam tam, że jest to motorowiec Polskiej Żeglugi Morskiej w Szczecinie, zbudowany w roku 1968, w stoczni im. Adolfa Warskiego. Typ statku – masowiec o ładowności 15686 ton. Silnik – Cegielski-Sulcer o mocy 7.200 KM, długość jednostki – 156 m, szerokość – 20,4 m, zanurzenie – 9,2 m, szybkość –15 węzłów.

statkizbycha (2)

Nie mam pod ręką zdjęć z “Podhala”, na razie więc fota z cyklu “marynarskie zdjęcia rodzinne”. Brat Zdzich na nabrzeżu.

Przed główkami portu rzucamy hole, zdajemy pilota i dalej już o własnych siłach. Następnego dnia przed południem wysiada pompa paliwowa, ale po czterech godzinach awaria zostaje usunięta i 6-cylindrowy silnik znów dostaje swoje średnie 114 obrotów na minutę, przy których statek płynie z najkorzystniejszą dla niego pod względem eksploatacyjnym prędkością 12 węzłów czyli 12 mil na godzinę. Ze względów bezpieczeństwa statkowe przykazania nie zezwalają pasażerom na schodzenie do siłowni, niepożądana jest ich obecność na pokładach manewrowych rufy i dziobu w czasie manewrów oraz w kuchni i na wyższym pokładzie, zwanym namiarowym. W zasadzie też nie powinni pętać się po mostku, z którego prowadzi się nawigację, ale jeśli kapitan zezwoli, to od czasu do czasu im wolno, byle tylko – zaznacza kapitan Rzeczewski – nie przeszkadzali w pracy. Skwapliwie przechodzę tą furtką w regulaminowym murze na południową wachtę II oficera pokładowego, Zbigniewa Zjawina, z którym pełni służbę stojący przy sterze st. marynarz Marian Zadrożny. Żyrokompas, radary, urządzenie „Decca”, zwane deką, pozwalające szybko określić położenie statku w kursie, szczegółowe mapy pokładowe, wszystko mnie interesuje.
– Pierwszy raz w rejsie? – zgaduje dowódca wachty.
– Jako chłopak pływałem trochę po Bałtyku na Czerwonych Żaglach – odpowiadam skromnie.
– Żagle to zupełnie inna sprawa.
– Fakt.
Odmierza cyrklem na podziałce mapy odległość 12 mil, kroczy nim po linii kursu i liczy: „druga, trzecia, czwarta…”, aż do dziewięciu, kwitując to stwierdzeniem, że około dziewiątej wieczorem powinniśmy być już koło Bornholmu. Oczywiście jeżeli maszyna pozwoli i nie pogorszy się pogoda. Od chwili wyjścia z Gdańska niebo jest lekko zachmurzone, ale stan morza dobry, siła wiatru, który wieje z kierunku południowego, skręcającego do południowo-wschodniego, nie przekracza 4 stopni w skali Beauforta. Można by więc dla zdrowia pospacerować po pokładzie albo klapnąć na leżaku – oczywiście nie w stroju plażowym, bo temperatura na zewnątrz wynosi 14 stopni C – gdyby nie wszechobecny, atakujący spojówki i drogi oddechowe pył siarkowy. Z megafonu na mostku pada polecenie, żeby zamknąć w kabinach bulaje, bo szykuje się mycie pokładów i nadbudówki. Słona woda puszczona pod ciśnieniem przez węże gumowe przynajmniej z grubsza spłukuje ze statku siarkowy nalot i już robi się „spacerowy”. Wszystkie statki myje się w morzu, zarówno z zewnątrz jak i od wewnątrz, kiedy opróżnią ładownie i zbiorniki. Między innymi dlatego morza są brudne.

,,Podhale” jest trampem, czyli statkiem, który nie kursuje na liniach regularnych, tylko tam, gdzie armator lub jego agenci widzą aktualnie potrzebę czyli interes. Ustalenia – gdzie, kiedy i z czym taki statek ma popłynąć, zmieniają się, jak w kalejdoskopie i nigdy do końca nie są pewne. Zwykłą rzeczą jest więc, że marynarz rano żegna się z dziećmi i żoną, mówi jej, że płynie np. do Kanady, a wieczorem wraca, bo termin wyjścia w morze został przesunięty na dzień następny, zaś kierunek zmieniono na Bliski Wschód i przez kilka następnych dni sytuacja się powtarza. W rezultacie wypływa, nie pożegnawszy się z rodziną, bo do końca myśli, że pewnie znowu przesuną termin wyjścia, ale będzie to nie na Bliski, tylko Daleki Wschód. Weźmy konkretnie nasz statek. W pierwszej wersji miał popłynąć z siarką do Salonik, stamtąd do Casablanki po fosfat, a termin rozpoczęcia rejsu wyznaczony został na 25 sierpnia. Później zmieniono Maroko na Syrię oraz przesunięto datę rozpoczęcia podróży na 1 września, a następnie na 4, z powodu poślizgu w terminie zejścia statku ze stoczni, gdzie przechodził okresowy remont. „Siarkopolowi” nie pasowało, żeby cały towar przetransportowany został do Salonik, chciał jego część wysłać do Włoch. Na domiar złego niepotrzebnie skierowano „Podhale” najpierw na Nabrzeże Wiślane w Gdańsku, gdzie zbiorniki siarki okazały się wyskrobane do dna, co przedłużyło czas rozpoczęcia załadunku o następnych kilka godzin. Ostatecznie wzięto siarkę na Nabrzeżu im. Obrońców Poczty Polskiej, ale do chwili wyjścia statku w morze trwały przetargi armatora z “Siarkopolem” o porty wyładowcze i z absolutną powagą rozważano kwestię, czy nie należy wymienić przyjętego już towaru na inny jego gatunek, gdyż poniewczasie okazało się, że miała to być masa granulowana, a nie sproszkowana.

Po kolacji w messie oficerskiej chief pokładowy, Walerian Jasiński, opowiada lepszą historię:

Parę lat temu, jeszcze jako drugi oficer, zamustrowałem na statek, który miał iść z węglem do Japonii, a później do Indii po rudę. To był mój imiennik, 36-tysięcznik „Gen. Jasiński” i czas rejsu obliczano na około 100 dni. Z Gdańska poszliśmy na Kanał Sueski, następnie do Singapuru na bunkrowanie i dalej już, bez zatrzymywania się, do Japonii. Po zdaniu ładunku, na wyjściu, agent armatora nie wiedział gdzie mamy płynąć. Były wersje – Indie lub Australia, ale gdzie dokładnie, tego nie potrafił określić. Ruszyliśmy więc wolno na południowy wschód i od wieczora do rana następnego dnia czekaliśmy no dyspozycje. Po 12 godzinach przez radio nadeszła wiadomość –mamy iść do Cedros Island w Zatoce Meksykańskiej. Przez cały Pacyfik szliśmy pod balastem, w Cedros Island załadowaliśmy sól, stamtąd statek pognał przez Kanał Panamski do Bostonu, gdzie nastąpił wyładunek. I dalej pod balastem na Florydę, po fosfat i dopiero z tym wróciliśmy do Szczecina. Z planowanych stu dni rejsu zrobiło się sto pięćdziesiąt i podróż dookoła świata. Nie muszę chyba dodawać, że moja ówczesna narzeczona, a obecnie żona nie była tym rejsem specjalnie zachwycona.

Pani Ewa Jasińska, tym razem towarzysząca mężowi w rejsie wraz z dwójką dzieci, uśmiechem potwierdza to, co powiedział. Każdy, kto pływa przynajmniej kilka lat we flocie handlowej, mógłby opowiedzieć mnóstwo podobnych historii. Wiele takich już słyszałem, dlatego ciekaw jestem, jak to będzie z moim rejsem. Teoretycznie ma on trwać 40-50 dni, ale jaką będzie biegł trasą i kiedy sie praktycznie zakończy, to pokaże czas. Na razie, zgodnie z „rozkładem jazdy” mijamy Bornholm. Mamy wyspę z lewej burty, z odległości kilkunastu mil, w ciemnościach, wygląda jak tajemniczy, wielopoziomowy tort udekorowany tysiącami świeczek.

Umarł Władysław Bartoszewski

Andrzej Rejman

– Aktywność w imię Pamięci –

…muszę przyznać, że bardzo przeżyłem i nadal przeżywam śmierć Władysława Bartoszewskiego.

Dziś już drugi dzień, jak Go nie ma – wyszedłem na rozświetlony słońcem kwietniowy świat, miasto, sobota – ruch, ludzie całymi rodzinami jeżdżą na rowerach pięknymi ścieżkami na warszawskim Ursynowie – autobusy czyste, klimatyzowane, podjeżdżają punktualnie według rozkładu na przystanki, kawiarnie pełne, pełna kultura… – kraj w rozwoju, prawdopodobnie jeden z najlepszych okresów w dotychczasowej historii tej części Europy, Polski? (Wiadomo – wiele problemów, oczekiwań, rozmawiam z młodymi ludźmi, brak satysfakcjonującej pracy, niskie zarobki… no tak, trzeba to zmienić.. jeszcze tyle pracy…)

Bartoszewski odszedł – pozostało pytanie, czy będziemy umieli rozmawiać z Niemcami, Żydami… Rosjanami? z zagranicą? Z pewnością tak. Mądrzy o Jego naukę, przykazania, dbałość o Polskę, patriotyzm, bez zbędnego rozpamiętywania, po prostu służba.

Uświadomiłem sobie, że sam nie wykonuję należycie swych zadań – trzeba zacząć zmiany od siebie.

Odejście Bartoszewskiego przypomniało mi od razu mój stary pomysł – i list do Władysława Bartoszewskiego, który w związku z tym wszystkim przytaczam:

(Dla wyjaśnienia – chodziło o pomysł, który przyszedł mi do głowy po przypadkowym odwiedzeniu cmentarza żołnierzy niemieckich pod Mławą. Zauważyłem tam głównie groby młodych ludzi, rocznik przeważnie 1922, 1923… – w pamięci miałem mojego wuja, urodzonego właśnie w 1922, który zginął z rąk żandarmerii niemieckiej w 1944… Miał 22 lata… magiczna liczba… – no i ci Niemcy – też rocznik 1922… może zestawić ich portrety na wielkich planszach… możę nawet przy autostradzie Monachium-Norymberga, albo Warszawa-Berlin… i wspomnieć po prostu… nie analizując po czyjej byli stronie… byli zmuszeni, pchnięci falą wydarzeń… no i pamięć o nich, takich samych, podobnych do siebie, młodych i niewinnych, stojących po przeciwnych stronach barykad, mogłaby pobudzić do działania pozytywnego… na przekór wszelkim przeciwnościom… tak, jakby wykonując ich marzenia, niespełnione, przerwane śmiercią… marzenia o normalnym życiu po wojnie… Bartoszewski też rocznik 1922…

dopiero wczoraj dotarło to do mnie…)

pomysł: – Aktywność w imię Pamięci –

Pamięć o tych, których życie zostało gwałtownie przerwane – pobudzić może do pożytecznego działania.

Matka utraciła Syna.

Matka Niemka, Żydówka, Polka, Rosjanka, Czeczenka, Bośniaczka….

Zginął człowiek, który żył pełnią życia, kochał, śmiał sie i płakał, który walczył, bawił się, marzył – miał swoje cele, plany, przyjaciół, słabości. Człowiek, który doznawał olśnienia, iluminacji blaskiem idei, pojawiających się jak meteory…

Nie zrealizował planów, nie dokończył miłości, nie uchwycił spadającej gwiazdy,

Uśmiech jego zastygł, łzy zmieszały się z deszczem…

Niech jego niedokończone życie będzie iskrą, która zapali chęć działania u innych, wiele lat później, chęć działania pozytywnego, potrzebnego innym…

To jest również refleksja nad ofiarą, czy była potrzebna?

Na to nie ma i nie będzie zdecydowanej odpowiedzi.

Lecz pamięć o Nim, o Nich – może pobudzić nas do pożytecznej aktywności – w imię planów, marzeń i pragnień osób, które przeminęły.

Szanowny Pan

Prof. Władysław Bartoszewski

Kancelaria Prezesa Rady Ministrów
Biuro Pełnomocnika Prezesa Rady Ministrów ds. Dialogu Międzynarodowego

Al. Ujazdowskie 1/3

PL 00-583 Warszawa

Szanowny Panie Profesorze,

Chciałbym podzielić się z Panem ideą “Aktywności w imię Pamięci“, którą – mam nadzieję – uda się urzeczywistnić w praktycznym wymiarze, w formie konkretnych działań kulturalnych i edukacyjnych.

Materiały załączam.

Mam wielką nadzieję na poparcie przez Pana tej idei.

Myślę, że szczególnie w dzisiejszych czasach potrzebne jest pojednanie we wszystkich dziedzinach i sferach, szerzenie idei pozytywnych i uspokajających emocje społeczne.

Otrzymałem list od p. Reya z Volksbund Deutsche Kriegsgräberfürsorge e.V. wyrażający wstępne zainteresowanie przedstawioną ideą.

Obecnie poszukujemy (wraz z gronem współpracowników-artystów i organizatorów) dalszych słów wsparcia…

łączę wyrazy głębokiego szacunku

Andrzej Rejman

***
listmiszczakaNadeszła odpowiedź od dyr. Miszczaka z Biura Wł. Bartoszewskiego, który był Pełnomocnikiem Premiera d/s Dialogu Międzynarodowego

Szanowny Panie,

W imieniu Min. W. Bartoszewskiego serdecznie dziękuję za list i przedstawienie interesującego pomysłu. Chętnie dowiem się, jaką formę wsparcia projektu przez Ministra ma Pan na myśli. Pan Minister ze względu na wiek nie uczestniczy czynnie w projektach , natomiast wybrane przedsięwzięcia obejmuje honorowym patronatem. Byłbym wdzięczny, gdyby zechciał Pan przybliżyć ideę “Aktywności w imię pamięci”, jeśli znalazła się już na bardziej zaawansowanym etapie przygotowań.

Z poważaniem
(-) Krzysztof Miszczak
dyrektor Biura

No tak… a ja nie miałem żadnych konkretnych możliwości… po prostu taki pomysł… pewnie do prostego urzeczywistnienia (a przynajmniej zainicjowania) w internecie, na Facebooku może? Ale… rzeczywiście wcześniej otrzymałem list od p. Reya z Volksbund Deutsche Kriegsgräberfürsorge e.V. wyrażający wstępne zainteresowanie przedstawioną ideą, w którym to liście p. Rey stwierdzał, że pomysł taki wpisuje się, jak najbardziej, w profil działań edukacyjnych stowarzyszenia…

Po upływie kilku lat mam kilka (z pozoru różnych, a może uzupełniających się) refleksji:

1/ jestem, kim jestem, nie należy wychodzić przed szereg, ale z pomysłami należy się dzielić, jak najbardziej, mogą one zostać zrealizowane w bardziej sprzyjających, innych okolicznościach

2/ trzeba działać w grupie i mieć praktyczny pomysł na rozwinięcie – urzeczywistnienie każdej idei

3/ lub też: trzeba działać w miarę szybko i zdecydowanie, nie czekając. I doprowadzać sprawy do końca.

…właściwie, gdyby znalazła się jakaś fundacja, stowarzyszenie, grupa ludzi… pomysł jest prosty – trzeba pokazać symbolicznych żołnierzy – roczniki podobne, podobne twarze, obie strony barykady… konfliktów nie brakuje… i zrobić coś dla innych, pamiętając o Nich, o ich ofierze, niepotrzebnej? potrzebnej? …chcieli żyć, nie przeżyli ciśnienia konfliktu, sprzecznych interesów, walki… płacz i łzy, pamięć… działanie…

…może to wszystko zbyt idealistyczne… kto w tych czasach to zrozumie…?

Sady Pradziadka i okolice. Berżeniki.

Andrzej Rejman

Z Berżenickiego Sztambucha cz. I.

Ciocia Krystyna (Stankiewiczowa) pokazała mi niedawno piękny zeszyt z zapiskami, zdjęciami i notatkami z lat minionych.

4_Krystyna_Stankiewicz_przeglada_Sztambuch_Berzenicki_20Ciocia Krysia przegląda sztambuch swojej mamy

Zeszyt prowadzony był przez jej matkę, Helenę z Zanów Stankiewiczową (1904-1996), która skrupulatnie zapisywała w nim kto i kiedy odwiedził ich w Berżenikach. O Berżenikach jeszcze kiedyś napiszę dokładniej, na razie tylko powiem, że był to majątek rodziny Stankiewiczów, gdzie zamieszkała po ślubie z Kazimierzem Stankiewiczem, Helena, córka Tomasza Zana (1876-1950) i Teresy Dowgiałło (1884-1945), prawnuczka Tomasza Zana “Promienistego” (1796-1855) – “Pani na Berżenikach”.

3_stoi_Marysia_siedzi_Krystyna_Stankiewiczowne_obraz_KryNa namalowanym przez Krystynę Dowgiałło obrazie jest właśnie ten dwór w Berżenikach wśród kwiatów i zieleni, i córki Heleny – Krystyna i Maria Stankiewiczówny (stoi Marysia, siedzi Krysia)

1_Adam_Hrebnicki_i_Krysia_Stankiewicz_Raj_ok_1935Dziadek Adam Hrebnicki z Krysią

Ciocia Helena (Hala) Stankiewiczowa wspomina:

…mieliśmy stałych gości, którzy gdzie indziej nie chcieli spędzać wakacji – piękne i bogate lasy, owoce leśne, jeziora z łódkami i kajakami zbudowanymi przez naszego stolarza, konie pod wierzch i do bryczki, – wszystko było do ich dyspozycji.

6_widok_na_Berzeniki_ok_1909_fot_St_HrebnickiWokół dobrzy, przyjaźni, uczciwi ludzie. Prawdziwy raj na ziemi. Przyjeżdżała do nas cała rodzina Herbstów – Witold, który był świadkiem na naszym ślubie, jego siostra Jadwiga – później Kaczyńska, rodzice, a później i wnuki. Przyjeżdżali też z rodzinami Okolscy, Meisserowie, Ejsmontowie, Załuscy, Hrebniccy, Zawiszowie. Nie sposób wspomnieć wszystkich, którzy przewinęli się przez dwór w Berżenikach. Eugeniusz Modliński, przewodniczący Chrześcijańskich Związków Zawodowych wpadał w zimie na dziesięć dni, żeby oderwać się od swoich spraw. Mówił, że prawdziwie odpocząć można tylko w atmosferze staropolskiego domu. Co roku rozbijali obóz harcerze…

8_widok_na_Raj_ze_strony_Berzenik_fot_St_Hrebnicki
Widok na Raj od strony Berżenik

(Helena z Zanów Stankiewiczowa – “Pani na Berżenikach”
W. Wiśniewski, wyd LTW 2003)

***

W “Sztambuchu” jest także piękny, wzruszający wiersz Heleny Stankiewiczowej, napisany w czasach kolejnej próby dla Polski – w roku 1980 tym, kiedy już “nie ma czym gości dziś częstować…”, który przytaczam w całości bez zmian redakcyjnych:

7_wiersz_Heleny_Stankiewicz_o_Berzenikach_1980Helena Stankiewiczowa

A tam nad wielkim błękitnym jeziorem
Ścielą się nisko białe mgły wieczorem
A na bagnistej mchem porosłej łące
Rosną smółki różowe, storczyki pachnące
Zdaje się, że czuję ciepło tego mokrego wieczora
Czy to było tak dawno, czy zaledwie wczora
A tak było tam ludno jasno i wesoło
Wszyscy nasi kochani jak spojrzeć wokoło
Tłumnie wchodzili na winem opleciony ganek
Na stole obrus biały, wkoło gości wianek
Rozprawiali beztrosko, szumnie, miło, gwarno
W upale popołudnia, gorąco i parno
Na stole miód, maliny, pachnące poziomki
Róża z masła,* wędliny i razowca kromki
Stosy ogórków świeżych, wszakże wiecie sami,
Przysmak to jest Kresowy, ten miód z ogórkami
Możnaby tak wyliczać z wieczora do rana
Co na tym stole było dzisiaj rzecz niespotykana
Wszystko już przeminęło, te gościnne dwory,
Już są nie aktualne, obiady, wieczory.
Aby gości przyjmować nie ma dziś czym częstować
Pora by te wspomnienia w legendzie zachować

Warszawa, 1980 rok grudzień 30

*/ robione łyżeczką w specjalnej maselnicy szklanej lub glinianej (wyjaśnienie K. Stankiewiczowej, przyp. mój). A na zakończenie filmik:

https://www.youtube.com/watch?v=a_r5PD5XEI4

I jeszcze zdjęcia rodzinne nadesłane na ręce administracji bloga wiele lat później przez Sebastiana Ordę-Sztarka

Na tarasie. Obok: Władysław Stankiewicz, zaś na rewersie dedykacja dla Pradziadka Piotra.
Zdjęcia z rodzinnego archiwum Sebastiana Ordo-Sztarka. Zdjęcie na tarasie wykonane zostało około 1925-1927 roku na werandzie dworu w Berżenikach. Od lewej: n.n., n.n. (być może matka Heleny Stankiewiczowej – do potwierdzenia), Władysław Stankiewicz, poniżej Janina Tyszkiewicz z domu Stankiewicz, Maria – wielka miłość Władysława – jego przyszła żona, dalej mój Pradziadek Piotr Orda-Wnorowski, nad nim Manieczka Hrebnicka (córka pomologa Adama Hrebnickiego-Doktorowicza, twórcy jabłoni odmiany “Ananas berżenicki”), Helena Zan – potem Stankiewicz i jako ostatni Kazimierz Stankiewicz, późniejszy mąż Heleny.

Dwugłos o sześciu apostołach

Jurkowi na imieniny

Wracaliśmy z konferencji w Lublinie. Tomasz odwiózł mnie do Poznania, czy raczej pod Poznań, do domu Loni, babci mojego wnuka. Opowiedziałam jej, że człowiek, który mnie przywiózł to Tomasz, historyk z Żar i… tak powstał dzisiejszy wpis.

Tomasz Fetzki, Żary

Żarska fara. Czyli kościół farny. Czyli parafialny. Kościół parafialny średniowiecznego miasta lokacyjnego (bo był też klasztorny, franciszkański). Najważniejszy i największy kościół Żar. Ale zapytajcie któregokolwiek żaranina, gdzie się znajduje fara, to zrobi oczy wielkie jak stare pięciozłotówki z rybakiem. Jaka fara? Nikt tutaj po wojnie nie używał takiego określenia. Każdy mówi: KATEDRA. Bo wielka, bo monumentalna… Ale to określenie zwyczajowe, gdyż, jako żywo, Żary nigdy nie były siedzibą biskupstwa. Co najwyżej, w czasach protestanckich, nadintendentury, czyli tak plus minus, katolickiego dekanatu. Ale katedra to katedra i nic tego nie zmieni!

stararzezbaKościół powstawał długo, kilkaset lat. Początkowo wybudowany w stylu romańskim, swój obecny, gotycki kształt i rozmiar uzyskał w wieku XV. Rozmiar zaiste imponujący. Na całych polskich Łużycach, poza farą gubińską, nie ma większej świątyni. W ciągu kolejnych kilkuset lat gotycka forma została wypełniona barokową treścią: pseudomarmury, kaplice, dwa piętra empor, organy i malowidła. Skończyło się to wszystko gwałtownie i nieodwracalnie we wtorek po Wielkanocy, 11 kwietnia 1944 roku, gdy niemal setka Latających Fortec B-17 obróciła w gruz większość Żar, poważnie uszkadzając także farę. Miary zniszczenia dopełniło powojenne porzucenie i opuszczenie świątyni.

starewnetrzeW latach 1963-75 parafia polskokatolicka użytkowała prezbiterium, nawy niszczały sobie spokojnie dalej. A potem całość kościoła została przekazana katolikom rzymskim i rozpoczęła się wielka odbudowa. Zdecydowano się nie odtwarzać późniejszego wyposażenia, pozostały gołe gotyckie mury. Stało się tak po trosze z niedoboru funduszy, a po trosze ze względów ideowych: taki zabieg, czyli regotyzacja, miał nawiązywać do prapolskich tradycji tych ziem. Zresztą katedry w Warszawie, Poznaniu i Gnieźnie też regotyzowano podczas odbudowy ze zniszczeń wojennych.

Po nalocieFara została uroczyście konsekrowana, pod wezwaniem Najświętszego Serca Pana Jezusa, w czerwcu 1980 roku. A potem zaczął się, trwający właściwie do dziś, proces zaopatrywania kościoła w niezbędne wyposażenie: ławki, organy, witraże… W połowie lat osiemdziesiątych w prezbiterum pojawiło się sześć posągów, które przedstawiają czterech Ewangelistów oraz dwa filary Kościoła Świętego: apostołów Piotra i Pawła.

wnetrzenowe

Ewa Maria Slaska, Berlin

piotr… a tych czterech ewangelistów i tych dwóch co to, jak opoka, Kościół podtrzymują, wykonał mój współteść (wiem wiem, nie ma takiego słowa, ale jak go użyję, to, mam nadzieję, każdy będzie wiedział, że tak jak ja jestem teściową mojej synowej, to mój współteść jest teściem mojego syna, i to się zdarza w każdej rodzinie, ale u nas jest jeszcze trudniej, bo mój współteść jest na dodatek bratem mojego szwagra i szwagrem mojej siostry… Czyli brata ojca szwagra syn… No… nie warto dochodzić.)

Współteść czyli Jerzy Krenz był zachwycającym człowiekiem. Był, bo niestety cztery lata temu umarł. Był wspaniałym gawędziarzem i wszyscy go podejrzewali, że ubarwia, ale, o dziwo, wcale tak nie było, bo naprawdę przydarzały mu się sprawy niezwykłe. Może zresztą wcale się nie przydarzały, tylko on sam je wywoływał, jak wtedy, gdy jadąc autem zobaczył kątem oka, że tuż obok szosy, koło jakichś zabudowań stoi statek. Tak mu się to spodobało, że zawrócił, znalazł statek, obgadał sprawę i statek ów zakupił, a potem wielką ciężarówką wiózł go do Poznania.

pawelPrzede wszystkim jednak był artystą, rzeźbiarzem, malarzem… Żył trochę tak jak mój Dziadek, pracował dla dworów i kościołów, jak taki dawny, średniowieczny wędrowny artysta. Złotousty Hessego, Colas Breugnon Rollanda. Robił ołtarze, ambony, od drugiej połowy lat 70 również lampy, kandelabry, świeczniki.

Gdy coś dobrze wyszło, robił duplikaty i rozdawał je hojną ręką. Sama dostałam od niego dwa wielkie świeczniki, tacę granitową i kutą lampę. Lubił tę pracę, mówi żona, każdą pracę lubił, bo każda była czymś nowym i stanowiła wyzwanie. Pod koniec życia się ustatkował, osiadł na stałe w rodzinnych pieleszach, w domu pod Poznaniem, nadal pracował dla dworów i kościołów, jeździł po najdziwniejszych kątach zachodnich i śląskich Kresów, ale już bardziej trzymał się rodzinnej skiby…

Dla kościoła w Żarach pracował wraz z kolegą, też plastykiem, Bogdanem Fijałkowskim,
i wykonywali te betonowe rzeźby, naturalnej w końcu wielkości, w pomieszczeniach na Świebodzińskiej w Poznaniu, odlewając je w jakichś wannach. Jak? Nikt już tego nie wie, natomiast rodzina świetnie pamięta, że obaj artyści pracowali na żywych modelach czyli na sobie samych. Jeden odlewał drugiego. Szaty miały jakieś wzorce w innych kościołach, w podręcznikach historii sztuki, ale apostolskie twarze i ręce to po prostu Fijałkowski i Krenz.

ewangelistowczterech

Zdjęcia 1, 2, 3, 4 z sieci, pozostałe – Tomasz Fetzki

W „Katoliku“

Zbigniew Milewicz

Sięganie pamięcią do wydarzeń, które miały miejsce ponad 30 lat temu, przypomina trochę wywoływanie duchów, kościół katolicki gani te praktyki, ale jak nie wywołam, to nie wyjaśnię, jak się w tym czasopiśmie znalazłem. Po wprowadzeniu stanu wojennego w Polsce skreślono mnie z listy pracowników katowickiego „Wieczoru“, w którym miałem etat publicysty, ponieważ psułem generalnie poprawną polityczną statystykę w popołudniówce. Może gdybym posłuchał kierownictwa redakcji, włos nie spadłby mi z głowy, a tak, dzisiaj jestem łysy. Mówili mi: poza redaktor Jarochowską tylko wy należycie do Solidarności, ale Marysia jest już na emeryturze. Co wam szkodzi się wypisać, chyba chcecie dalej u nas pracować? Oczywiście, że chciałem, ale nie za wszelką cenę.

Mojego przyjaciela, Bogdana Szewczenkę, usunięto wtedy z katowickiego ośrodka TV i, żeby zarobić na życie, nocami produkowaliśmy w jego piwnicy huśtawki dla dzieci, które rano zanosiliśmy na targowisko w starych Tychach, ale udało się nam sprzedać tylko jedną sztukę. Żeby nie nazywało się, że utrzymują nas żony, zmieniliśmy towar na ciuchy. Wyciągało się z szafy to, w czym człowiek już nie chodził, albo rzadko zakładał i konfekcja miała większe wzięcie, ale rodziny trudno było z tego wyżywić. Moja żona Mira pracowała wtedy w sekretariacie „Unitry“ w Katowicach, przedsiębiorstwa zajmującego się dystrybucją sprzętu elektrotechnicznego, a Teresa, połowica Bogdana, pisała w tyskim „Echu“. Bez finansowej pomocy moich teściów z Modrzejowa, bez obiadów na Dębowej, u mamy Niny, trudno byłoby nam z Mirą wyżyć. Mira spodziewała się narodzin naszego pierwszego syna, więc dobrze się stało, że krótko po jego przyjściu na świat, udało mi się wrócić do zawodu. W czerwcu 1982 roku ruszyło w Katowicach pismo „Katolik“, w którym i dla mnie znalazło się miejsce.

351px-Katolik_nr_1_1868Numer “Katolika” z 9 lipca 1868 roku

Tytuł nawiązywał do historycznego periodyku, znanego z walki z germanizacją Górnego Śląska. Pismo to wychodziło w latach 1868-1931, a jego najbardziej znanym naczelnym był, pochodzący ze Śląska Cieszyńskiego, Karol Miarka, społeczny działacz, nauczyciel, pisarz, publicysta i drukarz. Pierwszy numer pod jego redakcją ukazał się 1 kwietnia 1869 r. w Królewskiej Hucie, dzisiejszym Chorzowie.

katolikpaxNowy „Katolik“ należał do Stowarzyszenia PAX, o którym Katolicka Agencja Informacyjna pisze, co następuje:

Organizacja katolików świeckich kolaborująca z komunistycznymi władzami Polski Ludowej.

Stowarzyszenie powołane zostało przez Bolesława Piaseckiego i grupę osób związanych z dawnym Obozem Narodowo-Radykalnym Falanga, wydającą od 1945 pismo “Dziś i Jutro”. Stowarzyszenie uzyskało formalny status w 1947 r. “PAX” miał być jedyną, monopolistyczną organizacją katolicką, a zarazem instrumentem służącym rozbiciu Kościoła od wewnątrz.

PAX współpracował z ruchem księży patriotów, krytykował Episkopat Polski, popierał proces bp. Czesława Kaczmarka i uwięzienie Prymasa Wyszyńskiego.

To PAX-owi władze powierzyły w zarząd majątek Caritas i w latach 1953- 56 “Tygodnik Powszechny”, po tym jak redakcja odmówiła wydrukowania nekrologu Stalina.

PAX prowadził działalność społeczną i polityczną. Miał swoje koło poselskie w Sejmie PRL. Od 1947 do 1993 r. wydawał dziennik “Słowo Powszechne”. Posiadał też własny Instytut Wydawniczy.

Mimo daleko posuniętych ustępstw na rzecz władzy, stowarzyszenie, zwłaszcza po 1956 r. usiłowało jednak promować elementy nauczania katolickiego, zwłaszcza w odniesieniu do katolickiej nauki społecznej czy kwestii przerywania ciąży. Wydawało również książki, które gdzie indziej nie mogłyby legalnie się ukazać.

W wyniku przemian demokratycznych w Polsce Stowarzyszenie PAX zawiesiło działalność polityczną. Jego kontynuacją jest od 1993 r. Stowarzyszenie “Civitas Christiana” uznane oficjalnie w 1997 r. dekretem Prymasa Polski kard. Józefa Glempa za organizację katolicką.

© 2005-2007 Katolicka Agencja Informacyjna. Wszelkie prawa zastrzeżone.

PAX miał opinię mocno kontrowersyjną, stało za nim także wielu ludzi, którzy nie zgadzali się z jego negatywnymi ocenami i czego by o stowarzyszeniu nie sądzić, dzięki niemu z PRL-owskiej banicji wróciła do zawodu spora gromada nieprawomyślnych, śląskich dziennikarzy – i za to mu chwała.

RedakcjaRedakcja niemal w komplecie

Interes ubiły obydwie strony, do „Katolika“ przyszli bowiem pracować ludzie z wieloletnim stażem zawodowym, dobrzy rzemieślnicy, m.in. redaktorzy Leopold Kurek, Andrzej Babuchowski i Eugeniusz Łabus z Polskiego Radia, Michał Smolorz z telewizji, Włodek Paźniewski, z którym razem pracowaliśmy dawniej w „Dzienniku Zachodnim”, Edek Szopa, Czesław Ryszka, Janek Lewandowski, Magda Polakowska, niedościgniony fotoreporter, Bogdan Kułakowski, grafik Jurek Miciak… Naczelnym redaktorem początkowo dwutygodnika, a później tygodnika został poseł Jan Waleczek, a faktycznie tytułem kierowali Marian Filipek, Jan Jaśniak i Tadeusz Kurlus.

Zeitungsartikel _Seite_1Nie sprawdziły się czarnowidzkie gderania niektórych kolegów, że będziemy wszyscy za księżmi w procesji dzwonkami potrząsać, albo podlizywać się komunie. Nikt nikomu nie narzucał tematów, choć oczywiście kierownictwo redakcji miało swoje wytyczne i program, ale można się było wymigać od tego, co niewygodne. Krytyki władzy i pochwały opozycji w piśmie nie było. Mogliśmy za to delektować się tematyką kulturalną, wyżywać w społecznej, wydobywać z cienia różne kontrowersyjne fakty z najnowszej historii Polski, pokazywać ludzką krzywdę i interweniować w obronie ofiar. Oczywiście, często mówiło się w redakcji, że „Katolik“ uprawia tzw. zastępcze tematy, ale lepsze to było jednak od sprzedawania pietruszki czy huśtawek na bazarze. Sporo miejsca pismo poświęcało społecznej nauce kościoła, filozofii chrześcijańskiej i – rzecz jasna – pontyfikatowi oraz myśli Jana Pawła II.

Mnie po staremu interesował margines społeczny i tematyka obyczajowa, jeździłem do ludzi, którym działa się krzywda, a kiedy zjawił się w Polsce uzdrawiacz Harris, a po nim tyszanin Nardelli pokazał, co potrafi, zająłem się naturalnymi metodami leczenia chorób. Zrealizowałem także marzenie życia i popłynąłem w prawdziwy, dalekomorski rejs statkiem handlowym, który później opisałem i obfotografowałem radzieckim aparatem marki Zenit, co „Katolik” opublikował. Ten reportaż chciałbym też tutaj przypomnieć w następnych pięciu odcinkach.

Reblog: Ciocia Marysia

Tak to tygodnie spędzone z Karusią zaprowadziły nas siłą rzeczy do jej koleżanki z harcerstwa, a mojej kolejnej ciotecznej babki (miałam ich pewną ilość), Marii Krynickiej. Wszyscy nazywaliśmy ją Ciocią Marysią, choć była oczywiście o pokolenie starsza. Maria z domu Mudryk była żoną Jana, brata mojej babci – Marii „Mity” Boguckiej, mamy mojego Ojca. Stryj Jan był dyrektorem kolei na okręg północny. Cała rodzina Krynickich mieszkała w pięknej starej willi (poniemieckiej) na ulicy Batorego we Wrzeszczu, zawsze i przez wszystkich nazywanej Batorówką. To tam mieszkał Ojciec po wojnie, podczas nauki w technikum i studiów na politechnice, to tam się poznali Mama i Ojciec, to tam chodziliśmy co niedzielę z wizytą, odwiedzać prababcię Jadwigę, mamę wuja Jana i babci Mity. Były tam też dorosłe dzieci Stryjostwa, Dusiek, Maciek i Teresa, ale chyba już ich wszystkich na stałe w domu nie było. Podczas tych wizyt pewnie się coś małego zjadało lub wypijało, ale nic nie pamiętam, oprócz wiszącego na ścianie w kuchni młynka do mielenia kawy, którym ktoś zaraz po naszym przyjściu kręcił, czyli przygotowywano kawę.

Kiedyś przez miesiąc chyba mieszkałam na Batorówce, bo w domu był remont. Pamiętam pokój z podwójnymi, ciężkimi drzwiami, ciemnymi i błyszczącymi, i trzy równie ciemne i błyszczące stoliki podręczne, wsuwane jeden pod drugi. Były chyba jakieś szafy, stoły czy łóżko, ale nic nie pamiętam. Atmosfera była mniej więcej taka, jak w pierwszych rozdziałach Tajemniczego ogrodu. Nocami nasłuchiwałam, czy nie usłyszę płaczu Colina, ale nikt nie krzyczał.

Tekst o Cioci Marysi znalazłam w sieci, ale niestety nie udało mi się odkryć, kim jest jego autor. Nekrologi umieszczone w tym wpisie znalazłam w Archiwum Akt Nowych w Warszawie, gdy skanowałam teksty Karusi.

Darek Szczecina (Darek ze Szczecina?)

Jako Naczelniczka Harcerek w 1938 roku powołała do życia „wojenne” Pogotowie Harcerek, które podjęło opiekuńcze i samarytańskie prace na Zaolziu, a we wrześniu 1939 roku podjęło służbę na terenie całego kraju.

***
Maria Mudryk urodziła się w 1896 roku w Przemyślu w patriotycznej rodzinie pracownika kolei. Rodzeństwo Marii od młodości działało w harcerstwie. Jej brat Franciszek był instruktorem skautowym, uczestnikiem wojny polsko-sowieckiej 1920 roku, został zamordowany przez hitlerowców. Młodsza siostra działała w harcerskiej konspiracji.

Sama Maria podczas nauki w seminarium nauczycielskim w Przemyślu działała w organizacjach patriotycznych Pet i Eleusis. W maju 1911 roku zorganizowała pierwszy w mieście zastęp skautek, który wkrótce rozrósł się do drużyny. Przyrzeczenie skautowe złożyła w tymże roku na ręce samej Olgi Drahonowskiej. Wybuch wojny światowej nie zniechęcił harcerek do działania, wręcz przeciwnie, ich działalność zyskała na popularności. Maria zorganizowała w Przemyślu pomoc dla uciekinierów ze wschodniej Galicji, harcerki opiekowały się także rannymi żołnierzami, pracowały w szpitalu Czerwonego Krzyża. Od 1915 roku Maria kontynuowała naukę jednocześnie prowadząc I Drużynę Skautek im. T. Kościuszki w Przemyślu, organizowała szkolenia. Jej aktywność była szybko zauważona i doceniona, wybrano ją przewodniczącą Rady Drużynowych Harcerek a następnie komendantką. Została delegatką na zjazd zjednoczeniowy organizacji harcerskich i skautowych zwołany do Lublina w dniach 1-2 listopada 1918 roku. Po powrocie do zagrożonego przez ukraińskich nacjonalistów Przemyśla włączyła się czynnie do prac dla wojska broniącego miasta, zorganizowała szwalnię i pocztę harcerską, dołączyła do ekipy Czerwonego Krzyża dojeżdżającej na front po rannych i chorych żołnierzy. Po ustaniu walk jej drużyna zorganizowała pięć ochronek dla dzieci pozostających w mieście bez opieki. Po zdaniu matury Maria rozpoczęła studia na Wydziale Filozoficznym Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie. Jednocześnie nadal czynnie odpowiadała na harcerskie wezwania, m.in. zorganizowała grupę harcerzy wysłanych na akcję plebiscytową na Spisz i Orawę. Latem 1920 roku będąc w składzie Obywatelskiego Komitetu Obrony Państwa organizowała pracę harcerek i harcerzy w ramach Ochotniczej Legii Obywatelskiej oraz Ochotniczej Legii Kobiet. Brała także udział w służbie w pociągach sanitarnych wiozących rannych żołnierzy z frontu. Po ustabilizowaniu się sytuacji Maria Mudryk przeniosła się do Lwowa. Tu kontynuowała studia, jednocześnie została asystentką na Wydziale Rolniczo-Leśnym Politechniki Lwowskiej. Dodatkowo uczyła biologii i chemii w seminarium i liceum, oraz w Żeńskiej Szkole Gospodarczej. Uzyskała tytuł magistra biologii, zdała egzamin nauczycielski z biologii i chemii oraz zdobyła tytuł inżyniera na Politechnice Lwowskiej. W 1926 roku poślubiła Jana Krynickiego, inżyniera kolejnictwa – późniejszego oficera Armii Krajowej. Małżeństwo doczekało się trojga dzieci, córki Teresy i dwóch synów, Maćka i Andrzeja (Duśka). W przyszłości, głównie z powodu profesji głowy rodziny, Kryniccy kilkakrotnie musieli zmieniać miejsce zamieszkania. Okres lwowski dla Marii to nie tylko studia i praca nauczycielki, to również intensywna działalność harcerska. Już od 1920 roku kierowała Działem Kursów Lwowskiej Chorągwi Harcerek. Zorganizowała szereg kursów instruktorskich. Dwukrotnie została wybrana komendantką tejże chorągwi (w latach 1921-1923 oraz 1925-1928), która obejmowała swoim zasięgiem województwa lwowskie, stanisławowskie i tarnopolskie. Weszła w skład Naczelnej Rady Harcerskiej, otrzymała stopień harcmistrzyni. W latach trzydziestych XX wieku rodzina Krynickich przenosiła się kolejno do Tarnowskich Gór, Strzelc Opolskich, Bydgoszczy i Torunia. Wszędzie w różny sposób Maria wspomagała w działalności miejscowe harcerki. Nie zaprzestała działalności na rzecz harcerstwa w Polsce, była we władzach naczelnych, kierowała kursami instruktorskimi – głównie dla nauczycieli. W 1937 roku została wybrana Naczelniczką Harcerek. Stojąc na czele Organizacji Harcerek, hm. Maria Krynicka we wrześniu 1938 roku powołała do życia „wojenne” Pogotowie Harcerek. W ramach pogotowia kilkaset harcerek wzięło udział w pracach opiekuńczych i samarytańskich na Zaolziu. To był wielki sprawdzian dla młodych dziewcząt z gotowości służenia ojczyźnie. Po raz drugi gotowością harcerski wykazały się we wrześniu 1939 roku. Maria Krynicka z Główna Kwaterą harcerek postanowiła o kontynuacji harcerskiej służby w podziemiu. W Warszawie we władzach konspiracyjnego ZHP Krynicką reprezentowała kolejno hm. Maria Wocalewska i hm. Zofia Florczak. Maria z rodziną wojnę spędziła w Łososinie Górnej i Krakowie współpracując z ZWZ-AK. Prowadziła tajne nauczanie i zajmowała się przekazywaniem konspiracyjnych informacji.

Pod koniec wojny, 25 marca 1945 roku rozwiązała dotychczasową Organizację Harcerek i złożyła rezygnację z pełnienia funkcji Naczelniczki Harcerek. Po wojnie Kryniccy przeprowadzili się do Bydgoszczy a następnie do Gdańska. Pracowała w Wyższej Szkole Pedagogicznej jako dziekan Wydziału Biologii i Geografii. Na emeryturę przeszła w 1966 roku. Do służby harcerskiej powróciła w grudniu 1956 roku, gdy odrodziło się harcerstwo. Została doradcą Naczelnej Rady Harcerskiej, zaś w komendzie Gdańskiej Chorągwi Harcerstwa kierowała Wydziałem Kształcenia Starszyzny. Wiek i zdrowie nie pozwoliły na długotrwałą działalność. Zmarła w 1978 roku. Została pochowana w harcerskiej asyście na gdańskim cmentarzu Srebrzysko.

nekrologHarcerek

nekrologiCiociMarysi

Łuna zajmuje pół nieba…

Andrzej Rejman

Napisane w Wielki Piątek 2015

Sięgam do archiwów rodzinnych… tak będzie z pewnością łatwiej coś napisać…

Przeglądam zapiski i zdjęcia sprzed lat.

Kresy. Warszawa. Polska międzywojenna, potem wojenna.

Szukam czegoś o świętach Wielkanocnych. Znajduję święta w cieniu Zagłady.

Moja babcia, Małgorzata Doktorowicz-Hrebnicka, pisała w każdej wolnej chwili.

Były to dzienniki lektur, krótkie zapiski w kalendarzu – co działo się, kto był z wizytą, czyje obchodzono imieniny, jakie rocznice, no i święta. Pisała regularnie, dokładnie, co grają w kinach, do jakich lekarzy chodzili po poradę, co działo się w mieście.

letni_wypoczynek_u_dziadunia_Hrebnickiego_ok_1930_fot_StZ zapisków w latach 1922-1939 dowiadujemy się wiele o minionej Warszawie, letnich wakacjach na Kresach (w opisywanym już poprzednio “Raju”, Dziadunia Hrebnickiego). Potem znowu nadchodzi wojna (która to z kolei?) – którą tym razem Hrebniccy (poza krótkim okresem pierwszych tygodni działań wojennych, gdy wychodzą całą rodziną z Warszawy) spędzają aż do połowy sierpnia 1944 w mieście, w mieszkaniu Instytutu Geologicznego przy ulicy Rakowieckiej 4.

jezioro_Berzenickie_wakacje_ok_1930_fot_St._Hrebnicki***
W roku 1943 babcia pisze:

Malgorzata_Hrebnicka_dziennik_czasu_wojny_1943_Wielkanoc“23 kwietnia

Znowu biorę zupy ze stołówki RGO. (Rada Główna Opiekuńcza przyp. mój). Są lepsze niż dawniej. Ograniczenie gazu doprowadza mnie do rozpaczy. Można spalić tylko 30 m., a w zeszłym miesiącu spaliliśmy 72! Już nie grzejemy wody na naczynia, nie prasujemy, nie gotujemy bielizny, z rana nie pijemy herbaty. Przyszła paczka z Raju (już znowu nie ma granicy… to już po 1941 r., znów we władaniu Niemców, paczki mogą swobodnie przychodzić do Generalnej Gubernii, przyp. mój): kiełbaska, torcik, cukier, pierniczki, mąka.

24 kwietnia

Upiekłam dwa placki i tort biszkoptowy… Zaraz po obiedzie poleciałam po drożdże i do 5-ej godz. ciasto zdążyło podnieść się. Więc będziemy nawet mieli na Święta ciasto! Myślałam, że będzie sam chleb. Kwitną już wiśnie i tulipany. Ładnie się robi na świecie, a tym razem nad ghett’em unoszą się kłęby dymu. Makabra! Jak delikatnie pachną rozwijające się listki, powietrze łagodne i orzeźwiające.

25 kwietnia

Wielkanoc! Zasiedliśmy do uroczystego śniadania – jajka farbowane na czerwono, czerwone i białe tulipany w zielonym wazoniku, tradycyjny baranek z czerwoną chorągiewką (kupiony 20 lat temu w Wołominie). Kiełbaska rajska (z “Raju” od Dziadunia Hrebnickiego, przyp. mój) placek. Po najedzeniu się pojechaliśmy do Anina. Był bardzo chłodny wiatr. Zawieźliśmy Marysi (Maria Chodorek z domu Tyszkiewicz, kuzynka, do dziś mieszka w Aninie, absolwentka SGGW, nauczycielka, wciąż bardzo czynna społecznie i zaangażowana na rzecz Warszawy i Anina, przyp. mój) niebieską bransoletkę szklaną, Jankowi (Jan Tyszkiewicz, kuzyn, brat wspomnianej Marysi, znany i ceniony historyk, profesor UW, mieszka z rodziną w Warszawie, wtedy miał niecałe 4 lata! przyp. mój) zielone drewniane jajeczko i jeszcze kółeczka do serwetek szklane. Jedliśmy szynkę konserwowaną jeszcze przedwojenną! Barszcz na mięsie, króliki i rozmaite ciasta. W domu jak zwykle na kolację spożyliśmy kartofle ze skwarkami, chleb i torcik, do chleba mieliśmy wędzonkę rajską. Było ciepło, zacisznie i przytulnie, błogi spokój, a tymczasem od strony ghett’a wciąż wali dym i łuna zajmuje pół nieba. A przecież Żydzi są też ludźmi… W Aninie urodziły się dwie prześliczne kózki, wesołe, skaczące i merdające krótkimi ogonkami…”

autorka_dziennika_Malgorzata_Hrebnicka_z_dziecmi_ok_1928 -1940(Małgorzata Hrebnicka, Dziennik Czasu Wojny 1939-1944, fragmenty – ze zbiorów A.R. Na lewej fotografii Autorka z dziećmi w roku 1928, na prawej w roku 1940.)

Powrót grafik Buntu / Rückkehr der Bunt-Graphiken

Für Deutsche Version bitte nach unten scrollen

Prace graficzne grupy Bunt wracają do ojczyzny.
O motywach swej donacji dla polskich muzeów opowiada Prof. S. Karol Kubicki

BUNT S Karol Kubicki Communitas Wir Berliner 2009

Prof. S. Karol Kubicki, członek komitetu założycielskiego Wolnego Uniwersytetu w Berlinie i student z legitymacją nr 1. Fragment sceny Communitas w ramach wystawy My Berlińczycy / Wir Berliner. Historia Polsko-Niemieckiego Sąsiedztwa, Instytut Badan Historycznych PAN/ Muzeum Miejskie, Ephraim Pallais, Berlin 2009.

Dzięki inicjatywie prof. S. Karola Kubickiego, jesteśmy dziś świadkami historycznego wydarzenia. Zdecydował się on podarować polskim muzeom prawie sto dzieł artystów polskiej wczesnoawangardowej grupy Bunt z Poznania, które odziedziczył po swych rodzicach, polsko-niemieckiej parze artystów, Margarete i Stanisławie Kubickich. Są to głównie prace graficzne i rysunki, które przez niemal sto lat znajdowały się w jego rodzinnym domu w Berlinie. Choć zawodowo zaangażowany był w medycynę, wiele czasu poświęcił także ich opracowaniu i popularyzacji, podobnie jak czynił to w przypadku twórczości swych rodziców.

3plakatyPlakaty wystawy Bunt w Poznaniu i okładki Die Aktion i Der Sturm, 1918

O swej motywacji przekazania daru dla polskich muzeów prof. S. Karol Kubicki powiedział m. in.:

„W wieku prawie 90 lat przychodzi pora, by zadać sobie pytanie o losy spuścizny po rodzicach. Przede wszystkim dzieła mogące budzić zainteresowanie szerszej publiczności powinny znaleźć wreszcie swoje trwałe i adekwatne miejsce. Ostatnia wojna doprowadziła w Polsce do ogromnych zniszczeń dziedzictwa kultury. Z kolei pierwsze dziesięciolecia historii powojennej nie sprzyjały bynajmniej stworzeniu pozbawionej uprzedzeń oceny jej roli w kulturze europejskiej okresu międzywojennego. Teraz więc nadszedł moment, bym rozstał się z dziełami, które pokochałem.”

„Sztuki plastyczne nigdy nie przestały mnie interesować. Równolegle do medycyny studiowałem więc przez dobrych sześć semestrów historię sztuki i – ze szczególnym zaangażowaniem – archeologię. Przerwałem nawet cykl egzaminów państwowych z medycyny, by wraz z archeologami wziąć udział w wyprawie po Włoszech, skoncentrowanej na zwiedzaniu Rzymu.
Co jednak najważniejsze – przez wszystkie te lata coś nieustannie nakazywało mi, bym porządkował spuściznę mych rodziców oraz ich przyjaciół. Należeli do nich również członkowie grupy Bunt. Wiele ich dzieł – z rozmaitych względów – znajdowało się u nas w domu. Teraz jednak niech powrócą do swej ojczyzny… Taki jest właściwy powód obecnej wystawy.
Wspomnianemu tu zadaniu nie mógłybym nijak sprostać, gdyby nie ogromne wsparcie ze strony pani dr Lidii Głuchowskiej. Także teraz to ona zadbała o organizację tournée niniejszej wystawy po kilku różnych miastach. Serdecznie jej za to dziękuję, w ten bowiem sposób stała się częścią mojego curriculum vitae.”

W odpowiedzi na donację z Niemiec artyści polscy realizują pokazy swych prac pt. „Ulotka” i „Refleks”, właczając się także w trzy dalsze odsłony wystawy donacyjnej pt. „Bunt – Ekspresjonizm – Transgraniczna awangarda” – w Muzeum Okręgowym im. Leona Wyczółkowskiego w Bydgoszczy, Muzeum Józefa Ignacego Kraszewskiego w Dreźnie i Dolnośląskim Centrum Fotografii „Domek Romański” we Wrocławiu. Każdą z prezentacji daru w odmienny sposób, dostosowany do genius loci prezentujących wystawę miast i instytucji, przygotowała kuratorka tournee, dr Lidia Głuchowska, zapraszając do udziału w uroczystościach związanych z jej II, III i IV odsłoną, łącznie ok. 60 artystów współczesnych.

Pierwsza edycja wystawy, skoncentrowana zasadniczo na pokazie grafiki grupy Bunt, odbędzie sie w Muzeum Narodowym w Poznaniu. Uzupełniają ją prace kilkunastu artystów współczesnych z Uniwersytetu artystycznego w Poznaniu składające się na projekt „Refleks”. Jego rezultatem są film i książka artystyczna, zainspirowane programem i twórczością grupy Bunt, 2014.
Projekt „Refleks” stanowi zbiór prac graficznych wykonanych przez artystów z Poznania. Inspiracją ideową dla wystawy są przede wszystkim krytyczne, alternatywne założenia i działania grafików Zrzeszenia Bunt działającego w Poznaniu w I ćwierci na XX wieku. Grafiki będące rezultatem projektu Refleks, podobnie jak prace artystów Buntu, są próbą uniwersalizacji tematów lokalnych. Pomimo zawężonej tematyki włączają się w globalny, szerszy dyskurs społeczno-kulturalny.
Końcowa ekspozycja zagadnienia Refleks ma formę książki, do której rozmiarów dostosowane są prace graficzne. Poprzednio projekt Refleks prezentowany był w maju 2014 w Galerii „Rarytas”.

Wernisaż dziś – w niedzielę, 19.04. 2015 o godz. 12.00.

Logo ekspozycji zaprojektował prof. Andrzej Bobrowski, nawiązując w nim do ekspresjonistycznych autoportretów założycieli ofiarowywanej polskim muzeom kolekcji, polsko-niemieckiej pary artystycznej, Margarete i Stanisława Kubickich z 1917/1918 roku.

prof Bobrowski A pracuje nad LOGO wystawy 2015Prof. Andrzej Bobrowski pracuje nad logo wystawy Transformacja M / S, marzec 2015.

***

Die Grafikwerke der Gruppe Bunt kehren in ihre Heimat zurück.
Über die seine Beweggründe diese Werke den polnischen Museen zu schenken berichtet Prof. S. Karol Kubicki

BUNT S Karol Kubicki Communitas Wir Berliner 2009

Prof. S. Karol Kubicki, Gründungsmitglied der Freien Universität zu Berlin, mit der Matrikelnummer 1. Teil des Arrangements der Szene Communitas im Rahmen der Ausstellung Wir Berliner / My berlińczycy. Geschichte einer deutsch/polnischen Nachbarschaft, Institut für Historische Forschung der Polnischen Akademie der Wissenschaften/ Stadtmuseum, Ephraim Pallais, Berlin 2009. Foto: © Lidia Głuchowska

Dank der Initiative von Prof. S. Karol Kubicki sind wir heute Zeugen eines historischen Ereignisses. Er hat sich entschieden, fast hundert Werke von Künstlern der polnischen frühavantgardistischen Gruppe Bunt [Revolte] aus Poznań, die er von seinen Eltern, dem deutsch-polnischen Künstlerpaar, Margarete und Stanislaw Kubicki geerbt hat, polnischen Museen zu vermachen. Es handelt sich vor allem um grafische Werke und Zeichnungen, die sich beinahe seit hundert Jahren in Berlin befinden, mit denen sich S. Karol Kubicki, wie auch mit dem Werk seiner Eltern, neben seinem medizinischen Forschungsschwerpunkt intensiv auseinandergesetzt hat.

3plakaty

Plakate der Ausstellungen der Gruppe Bunt in Poznań sowie Titelblätter der Sondernummer von Die Aktion i Der Sturm, 1918

Über die seine Beweggründe, Werke aus seiner Sammlung an die polnische Museen zu vermachen, berichtet Prof. S. Karol Kubicki u. a. Folgendes:

„Im Alter von fast 90 Jahren, ist es wohl an der Zeit, mir Gedanken über den Nachlass zu machen. Vor allem die Werke von öffentlichem Interesse sollten endlich einen sinnvollen und dauerhaften Platz finden. Der letzte Krieg hat ja gerade in Polen zu einer immensen Vernichtung künstlerischer Zeugnisse der polnischen Kultur geführt, und die ersten Jahrzehnte nach 1945 waren nicht gerade günstig für eine unvoreingenommene Aufarbeitung der Rolle Polens in der europäischen Kultur der Zwischenkriegszeit. So ist jetzt wohl der Zeitpunkt gekommen, sich von den lieb gewordenen Werken zu trennen.“

„Die bildenden Künste ließen mich nicht ganz los. Und so studierte ich gute sechs Semester nebenher auch Kunstgeschichte und insbesondere Archäologie. Ich unterbrach mein medizinisches Staatsexamen, um mit den Archäologen an einer Exkursion nach Italien, vorwiegend Rom, teilzunehmen.
Über all die Zeit trieb es mich auch immer wieder, das Oeuvre meiner Eltern und die Arbeiten ihrer Freunde zu sortieren, wozu eben auch die Gruppe Bunt gehört. Etliche Werke der Freunde befanden sich – aus welchen Gründen auch immer – in unserem Hause. Sie sollen jetzt in ihre Heimat zurückkehren. Das ist der Grund für diese Ausstellung. Diese Arbeiten wären ohne den kräftigen Beistand von Frau Dr. Lidia Głuchowska nicht zu bewältigen gewesen, da sie auch die vorliegende Wanderung dieser Ausstellung durch etliche Städte vermittelte. Dafür sage ich ihr herzlichen Dank. Sie ist damit Teil meiner Vita geworden.“

Eine symbolische Antwort polnischer Künstler auf die Schenkung aus Deutschland sind ihre künstlerischen Gruppenprojekte „Refleks“ [Reflex] und „Ulotka“ [Flyer]. Einige von denen werden auch auf drei Enthüllungen der die Schenkung würdigenden Ausstellung Bunt – Expressionismus – Grenzüberschreitende Avantgarde vertreten: im Leon-Wyczółkowski-Kreismuseum in Bydgoszcz, im Kraszewski-Museum in Dresden sowie im Niederschlesischen Zentrum für Fotografie „Romanisches Haus“ in Wrocław. Jede dieser Präsentationen hat die Kuratorin der Ausstellungstour, Dr. Lidia Głuchowska, unterschiedlich konzipiert, um das Genius loci der jeweiligen Städte und Institutionen, die sie zeigen, zu berücksichtigen. Zur Teilnahme an den Feierlichkeiten anlässlich der Schenkung während der 2., 3. und 4. Enthüllung der sie betreffenden Ausstellung, hat sie insgesamt etwa 60 Gegenwartskünstler eingeladen.

Die Uraufführung dieser Schau die vorwiegend der historischen Grafik der Gruppe Bunt gewidmet wird, findet im Nationalmuseum Poznań statt. Ergänzt wird sie durch die Werke einiger Gegenwartskünstler aus der Kunstuniversität Poznań, welche ein Gemeinschaftsprojekt Refleks [Reflex] bilden. Sein Ergebnis sind ein künstlerischer Film sowie ein Kunstbuch, welche durch das künstlerische Programm und Werk der Gruppe Bunt inspiriert worden waren. Das Projekt stellt eine Sammlung grafischer Werken dar, die von Posener Künstlern angefertigt wurden. Ideelle Inspiration für die Ausstellung waren vor allem kritische, alternative Prämissen und Aktivitäten der Grafiker der Bunt-Vereinigung im ersten Viertel des vergangenen Jahrhunderts. Grafiken, die aus dem Projekt Reflex hervorgegangen sind, stellen – ähnlich wie die Arbeiten der Bunt-Künstler – einen Versuch dar, der lokalen Thematik eine universelle Dimension zu verleihen. Trotz einer Reduktion des thematischen Spektrums fließt sie in den breiteren, globalen kultursozialen Diskurs ein. Die abschließende Darstellung der Fragestellung um den Reflex hat die Form eines Buches, an dessen Maße die grafischen Arbeiten angepasst worden sind. Das Projekt Refleks [Reflex] wurde zuletzt im Mai 2014 in der Galerie „Rarytas” präsentiert.

Die Vernissage ist für heute, den Sonntag, den 19. April 2015, um 12.00 Uhr geplant.

prof Bobrowski A pracuje nad LOGO wystawy 2015Das Ausstellungslogo wurde vom Prof. Andrzej Bobrowski entworfen. Darin lehnt er sich and die expressionistische Selbstporträts der Begründer der Sammlung, die den polnischen Museen vermacht wird, also des deutsch-polnischen Künstlerpaars Margarete und Stanisław Kubicki. Die ursprünglichen Selbstbildnisse sind in den Jahren 1917/1918 entstanden.

Tajemnice Pomorza Zachodniego

Auf Deutsch

MichalRembas_malyNie wiem, czy już się “rozeszły” wieści, ale zostałam przed miesiącem Przewodniczącą Stowarzyszenia Partnerstwo Miast Kreuzberga-Friedrichshainu ze Szczecinem.

Szczeciniaków i Pomorzan zapraszam na szczególną imprezę, pierwszą z trzech, jakie przygotowaliśmy właśnie z myślą o nich.

7 maja w kinie Regenbogenfabrik będzie się można spotkać z Michałem Rembasem, dziennikarzem i pasjonatem Szczecina, Pomorza, wędrówek i cmentarzy. Michał opowie o tajemniczym Pomorzu Zachodnim, a ja to spotkanie będę prowadziła i tłumaczyła co trzeba na niemiecki.

Dla pierwszych 40 gości Michał przygotował podarunek – książkę (po niemiecku!) o tzw. mapie Lubinusa! Piękna pozycja bibliofilska. Więcej nie będę opowiadać, niech on sam się wypowie.

A w dzisiejszym wpisie przedsmak spotkania – trzy tajemnicze historie z Pomorza, zaczerpnięte z książki pod tym tytułem, zawierającej 37 takich opowieści.

Michał Rembas

Krzyż, grób megalityczny i malowany kościół

krzyzpokutnyImponujący krzyż pokutny stoi w Stargardzie – przypominać ma o ponurej historii sprzed wieków. To rekordzista – największy krzyż pokutny w Europie i drugi pod względem wielkości na świecie. Mierzy 3,77 metra wysokości (ponad ziemię wystaje około 2,77 metra, a około 90 centymetrów schowanych jest w ziemi), waży dwie tony. Z jednej strony na kamieniu widnieje wizerunek Chrystusa na krzyżu i napis w języku dolnoniemieckim: Boże bądź łaskaw dla Hansa Billeke w roku 1542, z drugiej – inskrypcja: Roku 1542 Hans Billeke został zabity żelaznym prętem przez Lorentza Madera jego matki siostry syna.

megalitPod Krępcewem zachował się megalityczny grobowiec, dzieło społeczności hodowców i rolników, zamieszkującej około 5 tysięcy lat temu Europę Środkową. Ponieważ owa ludność pozostawiła po sobie gliniane naczynia o charakterystycznym wydłużonym kształcie, archeolodzy nazwali ją ludem kultury pucharów lejkowatych. Budowla w Krępcewie wyglądała niegdyś nieco inaczej. Głazy były obstawą nieistniejących już, wysokich do czterech metrów nasypów z gliny i kamieni. Miały je zabezpieczyć przed obsypywaniem.

malunkiwCzachowieW kościółku w Czachowie znajdują się frapujące polichromie sprzed wieków, jak się wydaje, dzieło kompletnego nieudacznika.

Wczesnogotycki kościół w Czachowie to jeden z najstarszych kościołów na Pomorzu Zachodnim, zbudowano go jeszcze na początku XIV wieku z granitowych kamieni.