Noc muzeów w Poznaniu – projekt Ulotka

Dr Lidia Głuchowska

Bunt – Ekspresjonizm – Transgraniczna awangarda.
Prace z berlińskiej kolekcji prof. S. Karola Kubickiego
oraz Refleks i Ulotka
czyli 100 lat międzypokoleniowego BUNTU w POZNANIU!

Wyznawców niepokory i krytycznego dystansu wobec społecznego i artystycznego status quo serdecznie zapraszamy na celebrację historycznego zdarzenia, z rodzaju tych, które zdarzają się tylko raz na 100 lat. Oto bowiem po niemal stu latach do Poznania powróciły prace jednego z najradykalniejszych ugrupowań polskiej awangardy, które pragnęło zrewolucjonizować nie tylko obraz sztuki, lecz i społeczeństwa.

Tuż przed odzyskaniem niepodległości literaci i plastycy grupy Bunt wystąpili z pacyfistycznym, antykapitalistycznym i antymieszczańskim apelem, postulując międzyzaborowy i transgraniczny dialog oraz szeroko rozumianą, antyinstytucjonalną „reformę życia”. Latami marginalizowani przez rodzimą krytykę artystyczną i historiografię sztuki artyści Buntu uznawani są dziś w kontekście międzynarodowym za jeden z najbardziej rozpoznawalnych symboli polskiej sztuki międzywojennej. Ikoną ich programu jest grafika Stanisława Kubickiego Wieża Babel z plakatu I wystawy poznańskich ekspresjonistów.

Odpowiedzią na ten ideowo-stylistyczny apel stał się rok temu poznański grupowy projekty artystyczny Refleks zrealizowany przez artystów Uniwersytetu Artystycznego w Poznaniu. Pierwsza odsłona tej realizacji zaprezentowana została wiosną 2014 w galerii fundacji Rarytas.

W tym roku jej kolejna odsłona wzbogacona o prezentację artystyczno-dokumentacyjnego filmu towarzyszy premierze wystawy donacyjnej
Bunt – Ekspresjonizm – Transgraniczna awangarda.
Prace z berlińskiej kolekcji prof. S. Karola Kubickiego
realizowanej w ramach międzynarodowego tournee, obejmującego podadto odsłony w Muzeum Okręgowym im. Leona Wyczółkowskiego w Bydgoszczy, Muzeum Kraszewskiego w Dreźnie i Dolnośląskim Centrum Fotografii „Domek Romański” we Wrocławiu.
Wystawa honoruje fakt, iż syn polsko-niemieckiej pary artystów, Margarete i Stanisława Kubickich, postanowił ofiarować polskim muzeom blisko 100 prac graficznych ze swej kolekcji.

Pierwsza odsłona wystawy donacyjnej trwa do 31 maja w Poznaniu, gdzie prezentacji historycznej grafiki Buntu towarzyszy pokaz projektu “Refleks”.

Kolejne edycje rozszerzone bedą o dodatkowe prace artystów współczesnych z Uniwersytetu Artystycznego w Poznaniu oraz Akademii Sztuk Pięknych we Wrocławiu, składające się m.in. na projekt „Ulotka“.

zap ulotka intzap ulotka int2Kurator projektów „Refleks” i “Ulotka”: Maciej Kurak

„ULOTKA” premiera i wernisaż w Poznaniu
sobota, 16.05.2015, godz. 20.00,
squat Od:Zysk, Poznań

Od 18.05.2015 wystawa będzie prezentowana w klubo/księgarni Zemsta w Poznaniu.

Maciej Kurak o “Ulotce”

Ulotka to druk informacyjny, akcydensowy, niewielkich rozmiarów, służący do szybkiego rozpowszechniania treści informacyjnych lub propagandowych. Rozpowszechniany na wiecach, marszach, demonstracjach, zgromadzeniach wspierał postawę emancypacji i alternatywne idee, pomagał propagować rewolucyjne zmiany. Chwilowość, która wpisana jest w charakter tego typu druku, często nie szła w parze z trwałością zmian, jakie dokonywały się w życiu społecznym czy kulturowym.

Projekt Ulotka gromadzi prace graficzne wykonane przez autorów pochodzących z dwóch różnych ośrodków kulturalnych, co wpływa na pokazanie problematyki zagadnień społecznych z różnych perspektyw.

Wspólnie wystawiamy 31 prac artystów-grafików z Poznania i Wrocławia, a związanych z różnymi uczelniami artystycznymi. Elementem wyjściowym do zrealizowania prac było nawiązanie do idei krytycznej widocznej w postawie grupy artystycznej Bunt.

Artyści zaangażowani w projekt Ulotka, podobnie jak artyści związani z ekspresjonizmem poznańskim, tworzą sztukę zaangażowaną, obnażającą konwenanse i niebezpieczne przejawy prowincjonalizmu społeczeństwa, a szczerość w ich działaniach artystycznych służy zwalczaniu fałszywie idealizowanej rzeczywistości czy eliminowaniu zakłamanych norm socjalnych.

Prace eksponowane są na odpowiednio przygotowanych stelażach, które umożliwiają przeglądanie grafik podobnie jak w przeglądarce do plakatów. Metaforyczny ruch, zmienność, chwilowość – przedstawiona poprzez ulotność ulotki, stelaż do prezentacji prac w formie róży wiatrów – to wartości pomocne przy tworzeniu idei otwartej na nowości kulturowe i społeczne.

Identycznie, jak pierwsza wystawa Buntu w Poznaniu, projekt Ulotka eksponowany jest w miejscu zastępczym – głównie dzięki nieskrywanej niechęci urzędników. Wystawa w squacie Od:Zysk powstała dzięki uprzejmości jego mieszkańców, a dzięki przychylności właścicieli klubo/kawiarni Zemsta możliwa jest jej prezentacja przez dłuższy okres czasu.

Wizyta w ECS

Ewa Maria Slaska

Praca

Dawno nie byłam w rodzinnym mieście, ostatnio znacznie częściej bywam w Warszawie, trzeba jednak było zawitać do Sopotu. W smutny poniedziałek powyborczy pojechałam do Gdańska do Europejskiego Centrum Solidarności. Oczywiście wiedziałam ze zdjęć, jak wygląda, ale jednak nie byłam przygotowana na ogrom tej budowli. Zmasowana masa masy zardzewiałego żelaza, z którego zbudowano skorupę budynku przytłoczyła mnie i wbiła w ziemię.

Zardzewiałe żelazo to ostatnio w muzeach niemieckich materiał używany w budynkach poświęconych cierpieniu i martyrologii lub tych, w których nie wolno zapomnieć o cierpieniu i martyrologii. Szary matowy kamień, ciemne drewno i zardzewiałe żelazo są stylistyką pamięci o ofiarach. A rdza już najbardziej, rdza – krwawe łzy żelaza.

A przecież stoję przed budynkiem, który uświetnia naszą walkę i nasze zwycięstwo! Owszem były w tej walce i ofiary. Nie bez powodu gmach ECS wzniesiono tuż za Murem Stoczni, w najbliższym sąsiedztwie Pomnika Poległych Stoczniowców i jeszcze obok  Ściany Płaczu czy Muru Pamięci, gdzie tablice przypominają różnych innych poległych i zamordowanych za Polskę Wolną i Niepodległą, łącznie ze zmarłymi katastrofy smoleńskiej.

Tym niemniej do budynku wchodzi się przez Bramę Stoczni, tę bramę Stoczni im. Lenina, przez którą przeskoczył Wałęsa, aby objąć przywództwo strajku, a ten zmienić miał oblicze świata, tę bramę, na którą wskoczył, aby, młody i charyzmatyczny, obwieścić owemu światu, że właśnie wygraliśmy. Wygraliśmy wtedy dopiero pierwszą rundę, były i inne, takie, w których lecieliśmy na deski, ale w końcu zawsze udało się nam stanąć na nogi, a zanim kalendarz odliczył do dziesięciu, nie było już Muru Berlińskiego, Żelaznej Kurtyny i Związku Sowieckiego, bo wygraliśmy, wygraliśmy, wygraliśmy!

Szkoda więc, że Centrum Europejskiej Solidarności jest ponure i straszy ciemną krwią poległych.

Ależ nie – powie ktoś. To żelazo to nie pamięć o ofiarach, to statki na stoczni. To stoczniowcy. Odpowiem, że jeśli tak, to jest to symbol nieadekwatny, bo nawet jeśli po stoczni walało się pordzewiałe żelastwo, a wszędzie w komunie walało się pordzewiałe żelastwo, to jednak statki robi się nie z żelaza, a ze stali, a ta nie rdzewieje.

Przytłacza mnie ogrom tego budynku, zwłaszcza, że został zbudowany na pustyni. Nie ma stoczni, nie ma stoczniowców, nie ma statków. W tle, aż po horyzont, postindustrialny ugór, nieużytki, wiatr, klepisko. Ale nigdzie nie wala się zardzewiałe żelastwo, stoczniowe nieużytki zostały schludnie zamiecione. Trochę absurdalny i trochę nie na miejscu jest więc ten budynek pamięci o stoczniowcach, żywych czy martwych, w miejscu, gdzie najpierw oni wygrali, ale potem (za to?) odebrano im pracę i dumę z pracy. Groteskowy grymas paskudnej gęby Historii.

To nie pierwsze na świecie takie miasto przemysłowe, które umarło, gdy skończył się przemysł. W Detroit w dawnych fabrykach hoduje się pszczoły. W Zagłębiu Ruhry i na Łużycach zalano wodą wyrobiska węgla i posadzono kwiaty. Tak powstały obiecane Kwitnące Krajobrazy. Obiecał je 25 lat temu, w dniu Zjednoczenia Niemiec, co też przecież było konsekwencją skoku Wałęsy przez Bramę Stoczni, ówczesny kanclerz – Helmuth Kohl. Blühende Landschaften.

Ale skoro Stocznia mimo całej swej wolnościowej i solidarnościowej symboliki i tak już została rzucona na żer neokapitalizmu Zjednoczonej Europy, to może trzeba było dla celów muzealnych wykorzystać piękne stare hale stoczniowe a nie budować nowe gmachy?

Nie warto debatować, stało się, jak się stało, nikt mnie nie spytał o radę (nikt mnie nigdy nie spytał o radę, a szkoda, po prostu szkoda…), stare hale stoczniowe niszczeją, a przed nami wielki nowoczesny budynek z metalu, kolejna powtórka z Liebeskinda, nawet ładna, ale szkoda że powtórka. Tyle że w tych kilku budynkach Liebeskinda, które widziałam, jednym z elementów tworzących wnętrze ogromnej bryły jest światło. Tymczasem w budynku ECS jest ciemno i ponuro. Wnętrze jest ciekawie rozczłonowane, ale nadzwyczaj ciemne. I mówię to po wizycie tam w słoneczny poranek. Ciekawe jak jest w listopadzie? Całą podłogę i po części ściany zajmują rośliny. Pomysł ciekawy, oryginalny i… nieludzki dla roślin, które rosną w szeregach, karne jak żołnierze, martwe i szare. Patrzę na te rośliny i patrzę, chcę, żeby mi się podobały, ale nie mogę się przemóc. Jest mi tak, jakbym weszła do farbryki, gdzie zatrudniono dzieci. Gdy powstanie ruch społeczny w obronie roślin wykorzystywanych bezdusznie jako budulec architektoniczny, ECS będzie pierwsze w Polsce na liście obiektów walki.

Nie mogę już fotografować, bo, jak zwykle!, wyładował się akumulatorek w aparacie,  mimo to oglądam kamienne ściany, kamienne podłogi, dalekie czarne tunele korytarzy, ogromne przestrzenie westybuli sięgające w górę na kilka pięter. Do góry wjeżdża się ruchomymi schodami. Podnoszę nogę, by wejść na pierwszy stopień, gdy zaczyna się najgorsze…

Dopada mnie młody pracownik firmy Viking (Wiking?), odpowiadającej za porządek i bezpieczeństwo Centrum. Bilet! Nie mam biletu i nie chcę mieć, nie przyszłam na wystawę (zresztą znam ją już), chcę po prostu wjechać na górę i obejrzeć wnętrze z innej perspektywy.  Nie wolno, trzeba mieć bilet. No ale… mówię i milknę. Bo właściwie dlaczego mam płacić za bilet? Dlaczego nie mogę wejść za darmo na wystawę, która nie tylko dotyczy wielkiej i ważnej części mojego życia, ale na którą symbolicznie lub faktycznie składają się elementy tego życia. Dlaczego ja? Dlaczego my wszyscy, którzy wtedy walczyli lub wspomagali tych, co walczyli? Dlaczego my wszyscy, którzy mieszkali w mieście objętym strajkiem, gdzie było tak  nieprawdopodobnie ciężko żyć, a przecież stawiliśmy temu czoła? Dlaczego my, w Polsce, gdzie władza mogła nas w każdej chwili potraktować jako zakładników, i za poparcie dla buntu na stoczni odebrać pracę albo wycofać ze sklepów mięsnych ochłapy, a ze spożywczych masło, jajka, cukier i ser? Dlaczego mamy płacić po 17 złotych (bo tyle kosztuje bilet) za nasze życie wystawione na sprzedaż dla turystów?

Czy powstanie jakiś solidarnościowy ZBoWiD (a może już powstał, tylko ja nic nie wiem) gdzie będą nam odcinać kupony i ustalą taryfę wejścia na wolnościowe wystawy w całym kraju, zostaniemy podzieleni na klasy, klasa I nic nie płaci, klasa ostatnia płaci 17 złotych.

Zamykam usta i patrzę na strażnika.
– Wie Pan co, mówię, strasznie nas wszystkich zmienił kapitalizm. Kiedyś byłoby nie do pomyślenia, żeby nie pozwolił Pan komuś popatrzeć.
– Nie zamierzam przez Panią stracić pracy!
Nie chcę, oczywiście nie chcę, żeby ten młody człowiek stracił pracę, ale…
– Proszę Pana, to przecież nie może być bezwzględny argument w każdej sprawie. Ci, których mamy tu pamiętać, gdy podejmowali decyzje, nie myśleli o tym, że stracą pracę…
– Nie musieli. W komunie była praca dla wszystkich!

***

Bazylu, ja wiem, to nie twoja sprawa! Poglądy i arogancja szczeniaka, zatrudnionego przez firmę ochroniarską, nie mogą zaprzątać myśli dyrektora wielkiej europejskiej instytucji. Ale chciałam ci powiedzieć, że zostałam w twojej firmie potwornie obrażona, ja, a ze mną miliony Polaków.

„Podhalem” na Śródziemne (3)

winietazbych3Zbigniew Milewicz

Niedziela w Ceucie

W kanale La Manche ruch jak na Marszałkowskiej w godzinach szczytu. Na szczęście widzialność jest dobra, w promieniu kilkunastu mil ani śladu mgły, tak typowej dla tego rejonu żeglugi. Drzemie również Zatoka Biskajska, po której cięciwie płyniemy, groźna dla statków i żeglarzy przez znaczną część roku z powodu silnych wiatrów zachodnich i północno-zachodnich, wiejących z głębi Atlantyku w stronę lądu.

Słońce operuje coraz intensywniej, na zawietrznej części głównego pokładu, między ładowniami i na pokładzie szalupowym ,,Podhala“ pojawiają się leżaki a na nich pasażerowie obojga płci i amatorzy opalania się spośród członków załogi, którzy czas pomiędzy wachtami wolą spędzać na świeżym powietrzu a nie w czterech ścianach swoich kabin. Leniwy bezruch dorosłych przerywają dzieci, przynosząc wiadomość, że chief znalazł koło ładowni latającą rybę. Wszyscy więc spieszą ją zobaczyć. Nikt nie ma pod ręką linijki, ani krawieckiego centymetra, żeby zmierzyć skrzydlatego pływaka, ale chief Jasiński twierdzi, że okaz jest stosunkowo duży. Widział już wiele ryb latających i wszystkie były jakoby mniejsze od tej. Chyba pierwszy raz spotyka rybę latającą w tak znacznej odległości od wód strefy równikowej, w których żyje ten gatunek. Co do sposobu, jakim trafiła ona na pokład, przypuszcza, że najpewniej wyrzuciła ją tu jakaś silna fala. Ciekawscy dotykają długich i szerokich płetw piersiowych, wzmocnionych twardymi promieniami i po- dobnie zbudowanej płetwy ogonowej, dzięki którym stworzenie to może utrzymać się w powietrzu ponad 10 sekund i przelecieć w tym czasie ponad sto metrów, zaś Ola, siedmioletnia córka państwa Jasińskich pilnie baczy, czy robią to na tyle delikatnie, żeby go nie uszkodzić. Tata obiecał bowiem zasuszyć rybkę i dać jej, żeby mogła pokazać koleżankom i kolegom w klasie.

rybazbych3Im bliżej Gibraltaru, tym częściej w rozmowach na statku pojawia się pytanie: jak będzie z bunkrowaniem w Ceucie i zejściem na ląd. Do portu w tym mieście, stanowiącym główną część niewielkiej, hiszpańskiej enklawy na północnym wybrzeżu Maroka często zawijają po paliwo polskie statki, które idą na Wschód lub z przeciwnego kierunku, bo jest ono tutaj stosunkowo niedrogie. O wiele tańsze na przykład niż na Majorce, choć oczywiście nam bardziej opłacałoby się wziąć je w Gdańsku, za złotówki. Teoretycznie taka możliwość istniała: „Podhale” płynące z Gdańska do Salonik, z blisko 15 tysiącami ton siarki w ładowniach, ma wystarczająco pojemne zbiorniki, aby pomieścić w nich tyle ton lekkiego i ciężkiego paliwa (mazutu), ile potrzeba na pokonanie całej tej trasy, ale jedna komora wyłączona jest w tym rejsie z eksploatacji z powodu pęknięcia. Dziurawa jest również inna – niestety napełniona – co jednak wychodzi na jaw dopiero na morzu, w czasie kontroli studzienek ładowni, która ujawnia w pierwszej z nich obecność paliwa lekkiego. Fakt ten zostaje odnotowany w dzienniku okrętowym, ale przy pasażerach wiele się o tym nie mówi, chyba że pół żartem w stylu: „na takim paskudztwie jedziemy, że nawet z siarką się nie zapali” albo: „nie ma się czym martwić, statek jest ubezpieczony na wypadek pożaru. Jedynym sposobem usunięcia łatwopalnej cieczy z zenz ładowni jest odpompowanie jej do morza. Cóż, kiedy pech chce, że mamy zablokowaną zasuwę tunelu, biegnącego wzdłuż dna statku, do którego przecieka paliwo z uszkodzonego zbiornika i mija sporo czasu, zanim ludziom z maszyny udaje się ją uruchomić. W dziesiątym dniu rejsu, ,,Podhale” z Bożą pomocą dociera do końca pierwszego etapu podróży. Wchodzi w Cieśninę Gibraltarską i w samo południe staje na redzie Ceuty. Z prawej burty, w odległości 2-3 mil mamy niewielki, grecki kontenerowiec. Nieco dalej, za rufą widać bliźniaczą jednostkę pod banderą tunezyjską, poza tym na redzie pusto. Jawi się więc nadzieja, że „Podhale” nie zapuści tu korzeni, ale kto wie – kraczą pesymiści – czy nabrzeże paliwowe jest wolne. W rezultacie mają rację statkowi optymiści, gdyż po dwóch godzinach oczekiwania podpływa do nas motorówka z pilotem, a później holownik i wchodzimy do portu.

Autor udaje kapitana...Część załogi i pasażerów ma z tego powodu dosyć kwaśne miny. Jest bowiem niedziela, wszystkie sklepy w mieście pozamykane, można co najwyżej pooglądać wystawy. Byliby zadowoleni, gdyby „Podhale” spędziło niedzielę i noc na redzie i w handlowy poniedziałek, z samego rana podeszło do nabrzeża, ale jeszcze na sto procent nie wiadomo, czy w ogóle otrzymamy pozwolenie zejścia na ląd. Kapitan Rzeczewski ma informację, że w tym mieście obowiązują od ubiegłego roku za- ostrzone rygory policyjne, wprowadzone w związku z nasilającym się ruchem miejscowej ludności arabskiej na rzecz zjednoczenia Ceuty z Marokiem.

Na zdjęciu: Autor udaje kapitana

Po trapie wchodzi postawny mężczyzna w granatowym mundurze, z budzącym respekt rewolwerem dużego kalibru, za nim skromniejszej postury cywil z walizeczką, stanowiącą nieodłączny rekwizyt chyba wszystkich celników na świecie. Najpierw składają kurtuazyjną wizytę kapitanowi, później roboczą – ochmistrzowi i siedzą u niego aż do kolacji. Na statku bowiem ochmistrz załatwia formalności paszportowo-celne w portach. U niego też zdeponowane są, od początku do końca rejsu, wszystkie paszporty pasażerów. Żadnemu z nas nawet nie śni się więc o tym, aby zejść samowolnie na ląd. Do zejścia ze statku na obcy ląd upoważniają zresztą wyłącznie przepustki, które lud „Podhala” jako wolny od podejrzeń o zamiary negatywnej działalności na terytorium królewskiej Hiszpanii, wreszcie otrzymuje. Niemal wszyscy pasażerowie idą do miasta, z załogi tylko niektórzy. Na statku zostają ci, którzy będą obsługiwać bunkierkę, albo mają wachty pokładowe, a także tacy, którym się nie chce stąd ruszać, głownie starsi wiekiem członkowie załogi. To jest typowe zjawisko. Starszy marynarz Jan Śwityj pełni służbę przy trapie, ale nawet gdyby miał wolny czas, to też nigdzie by go nie poniosło. Owszem, przez pierwsze lata pływania „nosiło”, ale później mu przeszło. Stwierdził, że w gruncie rzeczy wszystkie miasta portowe na świecie są do siebie podobne i teraz, kiedy nie ma na lądzie niczego konkretnego do załatwienia, to woli siedzieć na statku. Tutaj przynajmniej nie ciągnie go, żeby tracić „zielone” na różne głupstwa, bo, jak mówią, czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal.

Śpieszno mi po raz pierwszy w życiu postawić stopę na afrykańskiej ziemi. Po dziesięciu dniach przebywania na wodzie, ląd trochę się kołysze, kiedy po nim stąpam, ale trwa to tylko chwilę. Na wiszącej przy trapie tablicy wypisana jest kredą liczba 20, co znaczy, że o tej porze wszyscy muszą być z powrotem na statku. Taki przepis. Zbliża się 16.00, myślę, że za cztery godziny zdążę wdrapać się na jedno z czerwonawych, skalistych wzgórz na obrzeżach miasta i zobaczyć, jak prezentuje się ono w całości, a po drodze zwilżyć sobie gardło w jakiejś kawiarnianej oazie. Słońce przypieka bowiem dosyć mocno jak na popołudniową porę i drugą połowę września. Z pocztówkowego błękitu nieba praży rozczochrane czuby palm, rosnących wzdłuż szerokiego bulwaru, dachy białych i żółtych kamienic w bocznych uliczkach, pomiędzy którymi suszy się na sznurach bielizna i ludzi włóczących się w czasie sjesty po mieście. Są to niemal wyłącznie hiszpańscy żołnierze na niedzielnej przepustce i obywatele z „Podhala”. Szanujący się mieszkańcy Ceuty wypoczywają o tej porze w chłodnych wnętrzach swoich domów, za zaciągniętymi przed słońcem żaluzjami okien.

Wybieram złą drogę. Kamienista uliczka na peryferiach miasta, wijąca się w górę pod kątem 19 stopni ( informuje o tym tablica dla zmotoryzowanych, umieszczona na poboczu ) kończy się ślepo. Za murem są koszary. Jakiś żołnierz w fezie, którego pytam o drogę na wzgórza, macha dłonią w przeciwnym kierunku. Tędy nigdzie nie przejdę dalej, bo zaczynają się tereny wojskowe. Rezygnuję więc z dalszej wyprawy w góry i zadowalam się widokiem Ceuty z niskiego lotu ptaka. W górnej części miasta, do której do- tarłem, żyje głównie ludność arabska. Sporo tutaj rozsypujących się starych domów i skleconych z byle czego bud, w których ludzie mieszkają, ale przez uchylone okna widać odbiorniki kolorowej telewizji, a przed ruderami – samochody nie najgorszych marek. lm niżej, tym zamożniej. Coraz więcej dobrze utrzymanych budowli w stylu kolonialnym i nowoczesnej architektury, harmonizującej z naturalnym otoczeniem. Na samym w dole miasto zatrzymuje się na bulwarze z ciągiem dyskotek, barów i sklepów z pamiątkami, dalej jest już morze.

Enklawa Ceuty obejmuje półwysep o powierzchni 19 km. kw., połączony z lądem wąskim przesmykiem i liczy około 90 tysięcy mieszkańców, z których większość mieszka w mieście. W starożytności była to kartagińska, a następnie rzymska kolonia. Od około 711 roku, przez siedem wieków, władali nią Arabowie, później na ponad 160 lat przyłączona została do Portugalii. Do Hiszpanii należy od 1580 roku. W XVII i XVIII wieku stanowiła ważny ośrodek handlowy, między innymi w obrocie żywym towarem. Dziś Ceuta jest atrakcyjna kupiecko dla przybyszów z zewnątrz, m.in. z powodu dużej obfitości stosunkowo taniego sprzętu elektronicznego w sklepach, sprowadzanego z Dalekiego Wschodu. Za niezbyt wygórowaną cenę można również „wejść” w hiszpańską skórę, nabyć owoce cytrusowe, bakalie różnych odmian, miejscowe trunki i przyprawy. Poza portem handlowym funkcjonuje tutaj port rybacki, wojenny, pasażerski, przemysł stoczniowy. Z racji swojego naturalnego piękna Ceuta dobrze zarabia także na turystyce, choć stała obecność armii w tym mieście przypomina, że leżąc nad Cieśniną Gibraltarską stanowi dla Hiszpanii przede wszystkim ważny strategicznie punkt.

W drodze powrotnej na statek udaje mi się trafić na wieczorne nabożeństwo w niedużym, XVII-wiecznym kościółku przy jednej z głównych ulic miasta. Mimo, że nie znam ani w ząb hiszpańskiego, czuję się dosyć swojsko, bo tłoczno tutaj i w modlitewnym nastroju żarliwie jak w polskim kościele. Pod koniec Mszy świętej wierni tradycyjnie zapalają świece przed rzeźbą Piety w bocznym ołtarzu, bardzo sugestywną w wyrazie. Matka Boska Bolesna cieszy się wśród mieszkańców Ceuty szczególną estymą. Na ulicy, ale już daleko poza kościołem, dwie młode Hiszpanki w modnych kreacjach, witają się znakiem krzyża, ten szczegół również wydaje mi się godny odnotowania. Tym bardziej, że w chwilę później mam okazję być świadkiem kolejno jeszcze dwóch, podobnych scen.

Żegnamy się z Ceutą na krótko przed północą. Mruga ku nam „morsem” swoimi światłami, nadając: „do zobaczenia w drodze powrotnej, tym razem w dzień handlowy”. Tak w każdym razie odczytuje to mruganie Kazio Przychodzień, asystent radiooficera, który alfabet Morse’a zna jak własną kieszeń.

24 lutego 1985

O życiu

Joanna Trümner

Serce do podarowania

„Serce do podarowania“ – to ogłoszenie rzuciło jej się w oczy w momencie, kiedy chciała odłożyć przeczytaną gazetę. „Jakie to proste, niepretensjonalne, może warto odpowiedzieć” – pomyślała.

Często później zastanawiała się nad tymi słowami. Nie wiemy przecież, co naprawdę stoi za słowami wypowiadanymi do nas przez innych ludzi – czy są to wielkie słowa dla małych uczuć czy też małe słowa wyrażające sprawy wielkie. Każdy z nas poznał słowa wracające latami jak bumerang, właściwe słowa we właściwym momencie i słowa pełne emocji, których nie da się już cofnąć, słowa za którymi nic nie stoi i słowa za którymi stoi zbyt wiele. Miała nadzieję, że są to szczere, ciepłe słowa, tak samo jak ona tęskniące za drugim człowiekiem.

Odpisała na podany numer skrzynki pocztowej „Moje serce też szuka nowego właściciela, może to Ty?” Wrzucając list do skrzynki minęła kiosk pana Jurka, rozmawiającego ze swoimi zwykle o tej popołudniowej porze już niezbyt trzeźwymi klientami. „Kiedy on ma wolne?” – pomyślała. Kiosk był otwarty codziennie – nawet w Wigilię i Sylwestra można było zobaczyć uśmiechniętego pana Jurka, czekającego na klientów. „Jaki on musi być potwornie samotny, jak dobrze, że ja mam dzieci, koleżanki, za kilka dni będę miała randkę”.

Odpowiedź przyszła po czterech dniach: „Proponuję spotkanie pod Neptunem w niedzielę o 12-stej, będę trzymał w ręku Twój list. Wiem, że się rozpoznamy. Na wszelki wypadek podaję numer komórki, jeżeli nie będziesz mogła, przyślij proszę SMS-a”.

Do niedzieli zostały trzy dni, które spędziła na farbowaniu włosów, maseczkach, sprzątaniu mieszkania i radości. Starała się nie wyobrażać go sobie, nie zastanawiać się nad tą wielką niewiadomą, nie zawsze udawało jej się jednak nadać myślom inny kierunek, uspokoić drzemiące od lat w głowie marzenia, schowane pod maską uśmiechu i problemami codzienności. „Jak pięknie jest znowu na coś czekać, cieszyć się. Może na tym polega cały sens życia?” – pomyślała.

Ostatni rok spędziła pracując jako opiekunka starszej pani, mieszkającej pod Kolonią, nieliczne wolne dni poświęcały cieszeniu się na wyjazd do domu. Układała sobie w głowie opowiadania o tych monotonnych dniach, starała się w każdym z nich doszukać czegoś pozytywnego, śmiesznego. Wiedziała, jak bardzo synowie na nią czekają, jak bardzo nie chcą słyszeć, że czuje się jak maszyna do zarabiania pieniędzy w obcym kraju. Nie będzie im opowiadała o samotności, o nieufności z jaką przyjęła ją córka pani Siebloch, o pokazywaniu kwitów, rozliczaniu zakupów: „Banany w Lidlu były o wiele tańsze, dlaczego ich tam Pani nie kupiła?” Siegrun na pewno nigdy nie robiła zakupów wioząc matkę przez miasteczko na wózku inwalidzkim. To przecież należało do zadań Anny: ledwie zamknęła drzwi, zorientowała się, że trzeba byłoby wrócić i zmienić pani Siebloch pieluchę, umyć ją i jeszcze raz przebrać. Właśnie dlatego nie poszła do Lidla na drugi koniec miasta, tylko do droższego sklepu za rogiem.

Czasami zastanawiała się, czy to rzeczywiście takie szczęście, że dzięki babce – Niemce, która do końca życia nie nauczyła się poprawnie polskiego i z uporem uczyła dzieci i wnuki niemieckiego, mogła rozumieć większość mówionych do niej zdań i wyczuwała tę atmosferę nieufności i niechęci Siegrun, dla której była złem koniecznym: „Dom starców tyle kosztuje, kto za to ma płacić?”

I tak miała szczęście. Pani Siebloch była wdzięczną pacjentką, po wylewie porozumiewała się tylko sylabami, z kolei mycie jej, karmienie i zmienianie pieluch nie były dla Anny po wieloletniej pracy pielęgniarki żadnym problemem. Przez rok przyzwyczaiły się do siebie, gdyby nie śmierć pani Siebloch na pewno by jeszcze tam pracowała. Co dwa miesiące jeździła na kilka dni do domu. Ten dom zaczynał się dla niej już podczas dwunastogodzinnej podróży autobusem do Gdańska. Autobus pełen opiekunek, sprzątaczek, robotników budowlanych wracających do siebie to był jej świat, jej ludzie, przedsmak domu. W końcu można było w swoim języku ponarzekać na wiecznie niezadowolonych mieszkańców tego bogatego państwa, w którym musieli zarabiać pieniądze, opowiedzieć o dzieciach i mężach, o kłopotach, planach i marzeniach w swoim języku.

Z Niemiec wróciła do domu z kilkoma tysiącami zaoszczędzonych euro, pomogła synom wyjechać do pracy do Anglii i postanowiła odpocząć kilka tygodni, zanim rozejrzy się za nową pracą. I pomyśleć w końcu o sobie.

To, że jej małżeństwo rozpadło się w tak dramatyczny sposób, nie znaczy przecież, że i jej nie spotka kiedyś szczęście. To było już tyle lat temu, nie pamięta nawet jak on wyglądał, niektóre z jego rysów poznaje w chłopcach. Często myśli o tym, czy i oni nie noszą w genach tego potwornego nałogu, przez który przeszła piekło. Zaczęło się od kilku piw po pracy z kolegami, z tygodnia na tydzień wynosiła z domu coraz więcej butelek, niedługo nawet jego śniadanie składało się z piwa. Stracił pracę, picie z kolegami odbywało się u nich w domu. Dzieci spały w sąsiednim pokoju, a Anna z trudem mogła się skoncentrować w pracy, myśląc o pijackich awanturach, których świadkami byli chłopcy. Kłótnie, szarpaniny, wizyty milicji, nocne ucieczki do matki z chłopcami prowadzonymi za rękę przez pół miasta. Horror rozwodu, powroty, obietnice, nadzieja, że coś się zmieni – „Pójdę się leczyć, zostań ze mną”. Nie poszedł na leczenie, po rozwodzie stracił kompletnie kontrolę nad swoim życiem i przed kilkoma laty zamarzł nocą na jednej z ławek w Parku Oliwskim.

Nic gorszego od tej historii nie może się przecież zdarzyć. Jakie szczęście, że miała dzieci – nie mogła się poddać, rozczulać się nad sobą, musiała zrobić wszystko, żeby na twarzach chłopców znowu pojawił się uśmiech, żeby zapomniały o tych podniesionych głosach w sąsiednim pokoju i nieprzytomnym ojcu śpiącym na podłodze w łazience.

Nie mogła się doczekać niedzieli. W końcu nadeszła i nadeszła dwunasta pod Neptunem. Podszedł do niej szpakowaty, przystojny mężczyzna z listem w ręku.

Posklejana historia ludzkości

Meine Lieben Deutschen Leser! Unten gibt es auch Beitragsteile auf Deutsch!

Ewa Maria Slaska

…czyli pisanie z doskoku i cytatami o śmierci na morzu, trzęsieniu ziemi, upadku imperiów i zamykaniu bram

Gdy pisałam wypracowania, Mama zawsze mi radziła, żebym jak najczęściej korzystała z cytatów. Bo wtedy, mówiła, przynajmniej część tego, co napiszesz, będzie dobrze napisana. Po latach, już w Niemczech, odkryłam, że Walter Benjamin poważnie rozważał projekt napisania książki złożonej z samych cytatów. Nie pamiętam, do czego jemu miałoby to służyć, ale ja, jego czytelniczka po pół wieku, zobaczyłam w tej metodzie sposób na obejście raf i barier języka niemieckiego. Wycinałam cytaty z gazet Die Zeit (czas) i Der Spiegel (lustro) i chciałam ułożyć opowieść o życiu polskiej imigrantki w Niemczech w latach 80. Miała się nazywać W lustrze czasu. Estetycznie efekty były niezłe, i oczywiście z daleka pachniały anonimowym donosem, i to było dobre, chciałam być anonimem, który donosi na Niemców. Ale opowieść sklejana z cytatów nie mogła mnie zaprowadzić tam, dokąd chciałam dojść, bo autorom, z których wycinałam fragmenty zdań brakowało doświadczeń, o których jako emigrantka chciałam napisać. Na przykład nikomu z nich nie pobrano odcisków palców. W każdym razie nie pisali o tym. Gdy zgłosiłam się na policję, aby złożyć podanie o azyl polityczny (był rok 1985) wykonano mi zdjęcie en face i z profilu oraz pobrano odciski palców. Może gdzieś jeszcze są, bo jeśli 30 lat temu Niemcy uznali, że imigranci muszą zostać zarejestrowani jak więźniowie, to musiała im przyświecać myśl o tym, że jeszcze kiedyś okażemy się podejrzani. A takie prawdopodobne kiedyś nigdy się nie kończy.

Wtedy chciałam napisać o tym, że gdy kolejka mija nieczynne, czarne stacje na terenie NRD, do pociągu wsiada policja zachodnioberlińska i sprawdza dokumenty pasażerów. Ale nie wszystkich, niektórych. A ja, mimo iż moje dokumenty są zasadniczo w porządku, choć niezbyt wysokiej jakości, oddycham z ulgą, gdy się okazuje, że kontrola dotyczy tylko pasażerów o ciemnej skórze. A potem pluję sama na siebie, gdy pomyślę, że tak to musiało wyglądać w czasie wojny, gdy aryjscy panowie świata wyłapywali tylko Żydów. Uczucie ulgi, a potem dojmujący wstyd. A może tylko uczucie ulgi.

Jest jeszcze gorzej. Minęło 30 lat, piszę te zdania w pociągu z Warszawy do Berlina. Mijamy granicę, wsiada niemiecka policja graniczna i kontroluje paszporty pasażerów o ciemnej skórze. Mam papiery w najlepszym porządku i mój status na ziemi niemieckiej jest w najlepszym porządku (a wtedy przed 30 laty nie był, a w każdym razie ja nie byłam tego pewna), nie muszę oddychać z ulgą, pozostaje tylko dojmujący wstyd. Bo ta policja szuka imigrantów z Afryki i Azji, tych nieszczęsny biedaków, którzy od południa i wschodu szturmują mury twierdzy zwanej Europą. Czasem przypływają statkami, czasem toną, właśnie utonęło ich 800, w tym kobiety i dzieci. Czasem docierają do nas przez Bałkany, czasem z Rosji, czasem zostają w Polsce, ale większość z nich podąża dalej, do tajemniczego kraju zwanego ألمانيا, ਜਰਮਨੀ, જર્મની, o którym zapewne gdzieś daleko starcy opowiadają legendy, a młodzież śpiewa pieśni.

To ci sami, którzy przed wiekami przychodzili do równie tajemniczego Rzymu, podchodzili do granicy na Dunaju, stali tam i pokornie czekali, aż ktoś im powie, że mogą wejść. I póki ów Rzym ich wpuszczał, póki mogli się osiedlać w jego granicach, zarabiając na swój udział w bogactwie i przywilejach, póty był spokój, Imperium dostawało legionistów, a osiedleńcy wysyłali wici do pobratymców, że tak, że tu jest dobrze i każdy ma pełną miskę prosa, i żeby przybywali. Aż kiedyś Rzym nie wpuścił Wizygotów za limes, bo skąd mógł wiedzieć, że tam, ze Wschodu już naciera Atylla wódz Hunów, który wybił co do nogi Ostrogotów, i przed którym Wizygoci zdecydowali się uciec. A Rzym ich nie wpuścił za Dunaj, co zamieniło pokojowe wędrówki w rzeź i podbój, i od momentu, gdy 24 sierpnia 410 roku Wizygoci siłą wdarli się do Rzymu po podboje Longobardów w latach 552-567 już nic innego nie było, tylko rzeź i mord.

Czasem zresztą to nie wojna tylko kataklizm wygania przybyszów z ich krajów, tak jak trzęsienie ziemi w Nepalu, gdzie po kilku dniach zaczęły się bójki o wodę, a po tygodniu polowanie na niewolników.

Wydaje mi się, że właśnie tu się znajdujemy, że Państwo Islamskie i Putin to tylko flanki tego, co już ruszyło na Europę, i wystarczy jedna nieopatrzna decyzja, a zaleje ją i zmieni na zawsze. Poprzednie wędrówki ludów, te sprzed półtora tysiąclecia, zniszczyły wszystko, co stworzyła starożytność i trzeba było tysiąca lat, żeby przemóc czarne wieki i wrócić do świata wysublimowanej kultury, eleganckich obyczajów, dobrego jedzenia, skutecznej nauki, efektywnej gospodarki i rozumnej władzy, a przede wszystkim do myśli społecznej, która głosiła, że zadowolony niewolnik pracuje lepiej niż głodny i katowany.

statekuciekinierzyKażda wiadomość może się w symbolicznym sensie okazać ostatnia.
Libię opanowała mafia przemytników, zajmująca się przerzutem arabskich uchodźców do Europy. Uciekinierzy na kutrach, łodziach i pontonach płyną w kierunku Włoch i przybyło ich tam w ostatnich tygodniach 11 tysięcy. W połowie kwietnia jeden z takich statków zatonął, zabierając w ostatnią podróż 800 uciekinierów.

Módlmy się za nich, módlny się za Nepalczyków i módlmy się za nas! Albo może wyślijmy pieniądze na budowę szpitala lub na telefon, który mógłby im uratować życie.

Nepal Help
Das Erdbeben in Nepal hat eines der ärmsten Länder der Welt getroffen. Zehntausende Menschen haben ihr Obdach verloren, sind in großer Not und Verzweiflung. Sie brauchen schnellstmöglich Hilfe.Bitte helfen Sie mit Ihrer Spende für Nothilfe und den anschließenden Wiederaufbau!

Spenden
Was haben wir mit den Toten im Mittelmeer zu tun? Nichts. Sie sind weit weg. Sie sind selbst Schuld. Andere sind schuld, an ihrem Tod. Die Menschen, die übers Meer wollen, und mehr wollen, sind fremde Verdächtige.Die Angst schlägt Wellen. Die Ängstlichen haben das Sagen, versperren die Grenzen und die Herzen, mit Leichenbittermine.Ein Mittelmeer und keine Mittel mehr um Menschen zu retten.Die einen ertrinken im Meer, die anderen im Überfluss. Beiden kann geholfen werden.Wenn das Boot voll ist, bringen wir es zum sicheren Ufer, und alle werden gerne aussteigen.

Es gibt nur eine Menschheit. Auch die, die weit weg sind, sind uns ganz nah,

in ihrem Streben nach Glück und nach Leben

und in ihrer Verletzbarkeit.

Europa soll kein Friedhof sein, sondern eine Hoffnung, eine neue Heimat für die, die alles verloren haben, Warmherzigkeit.

Eine Schleife, schwarz und blau, stecken wir uns an, als Zeichen:

Die im Mittelmeer ertrinken, sind nicht „die Anderen“. Es sind unsere Toten.

Wir trauern um sie.

Anne Frisius und Sabine de Martin

Die Schleifen verschicken wir gegen Spende. Ihr könnt sie euch auch selbst machen, mit zwei Schleifenbändern, schwarz für Trauer, blau für Mittelmeer, ca. 6 mm breit.
Bitte verbreitet diese Mail und die Schleifen. Danke!
Und liebe Grüße von uns.

Bestellung: mittelmeerschleifen@freenet.de
Spenden an:
Sabine de Martin, Stichwort: Mittelmeer Schleifen
Ktonr. 2041 6716 00
BLZ 4306 0967 (GLS Bank)
BIC: GENODEM1GLS
IBAN: DE41 4306 0967 2041 6716 00
Nach Abzug der Material-/Versandkosten geben wir die Spende weiter an das Alarm Phone
Die Alarm-Phone-Initiative hat eine Hotline für Flüchtlinge in Seenot eingerichtet http://www.watchthemed.net/

Szczeciniacy wszystkich pokoleń łączcie się!

MichalRembas_malyDziś o godzinie 20 pierwsze spotkanie w Regenbogenfabrik z cyklu “Szczecin dla berlińczyków”, zorganizowane przez Stowarzyszenie Partnerstwo miast ze Szczecinem.

Michał Rembas

będzie opowiadał o tajemnicach Pomorza, a my pokażemy tu kilka zdjęć z jego najnowszej książki o Szczecinie:

Krasnolud – ul. Piłsudskiego 37, rok 1896
Ponury krasnal pojawia się w roli Atlasa podtrzymującego świat. Według mitologii nordyckiej cztery karły podtrzymywały sklepienie niebieskie, które powstało z czaszki zabitego praolbrzyma Ymira i rozpościerało się nad Midgardem (Śródziemiem), światem zamieszkanym przez ludzi. Nordri czuwał, aby nie zawaliło się niebo nad Północą, Sudri był strażnikiem Nieba Południowego, Austri – opiekunem Wschodu, a Westri – stróżem nieba nad Zachodem.

dziecko-krasnoludDziecko w powijakach – ul. Jagiellońska 44, połowa lat 30 XX wieku

Projektant szpitala dziecięcego (obecnie szpital MSW) inspirował się XV-wiecznym szpitalem niewiniątek czyli przytułkiem dla podrzutków we Florencji. Tę słynną renesansową budowlę zdobią medaliony z wizerunkami niemowląt, dłuta Andrei della Robbii. Niemal identyczny motyw widzimy na szczecińskim szpitalu. Dzieci przedstawione na fasadzie szpitala są obandażowane niczym egipskie mumie. Od starożytności aż po XVIII wiek maluchy ściśle krępowano powijakami czyli długimi płóciennymi bandażami, praktycznie uniemożliwiającymi ruchy. Zwyczaju tego zaniechano dopiero w XVIII stuleciu.

17 orzelOrzeł – ul. Śląska 38, widok od pl. Grunwaldzkiego, rok 1895

Orzeł jest symbolem siły, waleczności i szybkości, jest także ptakiem heraldycznym. Orzeł z ulicy Śląskiej stoi na wiązce strzał i ma na głowie koronę, jest więc z pewnością godłem Prus. Warto zwrócić uwagę na perfekcyjne oddanie upierzenia ptaka.

2.naukaNauka – Zakład opiekuńczy „Bethanien”, ul. Wawrzyniaka 7 g, rok 1880

Centralną postacią medalionu Nauka jest dziewczyna, która przędzie wełnę. Chłopiec po lewej uczy się rachunków – na tabliczce zapisane zostało działanie „6×6=36”. Dziewczynka po prawej szyje lub wyszywa. Na drugim planie płonie kaganek. Artysta ukazał najdrobniejsze szczegóły, nawet sznurowadła butów chłopca czy zdobienia taboretu, na którym siedzi prząśniczka. Udało mu się także przekazać atmosferę spokojnego, pracowitego domu.

regulatorobrotowRegulator obrotów – ul. Sikorskiego 37, rok 1900

Elewację dawnej Królewskiej Szkoły Budowy Maszyn (obecnie Zachodniopomorski Uniwersytet Technologiczny) zdobi koło zębate i pieczołowicie oddany odśrodkowy regulator obrotów zwany regulatorem Watta. Kompozycji dopełniają gałęzie lauru.
– Regulator Watta wykorzystuje siłę odśrodkową do stabilizacji obrotów, a zastosowano go po raz pierwszy w 1788 roku w maszynie parowej – tłumaczy Agnieszka Zakrzewska, fizyk.
– Widoczne na fasadzie urządzenie to regulator grawitacyjny, umożliwiający uzyskanie tylko jednej wartości prędkości obrotowej maszyny. Aby ją zmienić, należało maszynę zatrzymać i wymienić kulki na mniejsze lub większe, ewentualnie, jeśli mechanizm to umożliwiał, przesunąć kulki w dół lub w górę. Umieszczenie tych mechanizmów na fasadzie jest dowodem, jak ważną rolę odgrywały w mechanice.

Książkę Michała Rembasa Cuda na fasadach można będzie dziś kupić podczas spotkania w Regenbogenfabrik.

„Podhalem” na Śródziemne (2)

Zbigniew Milewicz tekst2-winieta

Trzeci dzień podróży, niedziela.

W soboty o 22 i w niedziele o 13 czasu Greenwich z kościoła św. Elżbiety w Gdańsku nadawane są na falach krótkich msze święte dla polskich marynarzy i rybaków będących poza krajem. Nabożeństwa te, od czterech lat transmitowane, przez Polskie Radio, stanowią jedyną okazję do wspólnej modlitwy dla wiernych – ludzi morza, rozproszonych po wodach całego świata. Ilu z tej możliwości korzysta? Chyba sam Pan Bóg tylko wie, bo kościołów na każdym statku jest tyle, ilu jest praktykujących katolików. Każdy z nich w czterech ścianach swojej kabiny tworzy własny, odrębny kościół i fakt jego istnienia zachowuje najczęściej dla siebie. Dlatego trudno tutaj o statystykę.

Płyniemy przez Cieśniny Duńskie, morze nadal spokojne. Dopiero za Skagen, kiedy wychodzimy na Morze Północne, zaczyna trochę kołysać. Powoduje to martwa fala, która bierze „Podhale” pod boki i zrazu delikatnie, a później coraz gwałtowniej przegina go w poprzek, raz na lewą, raz na prawą burtę. W poniedziałek po południu siła wiatru wzrasta raptownie do 7, a następnie do 8 stopni w skali Beauforta, co znaczy, że wieje on z szybkością od 17,2 do 20,7 metrów na sekundę. To już jest prawie sztorm. Wcześniej zarządzona przez chiefa pokładowego kontrola sztormowa statku wykazała, że wszystko jest należycie zabezpieczone – beczki z olejem i paliwem między ładowniami powiązane, bulaje na dolnym i głównym pokładzie pozamykane, podobnie jak włazy do ładowni i drzwi magazynków na baku. Tylko skrupulant cieśla – Michał Bussler, którego wiecznie widać krzątającego się przy różnych pracach na pokładzie, raz jeszcze idzie sprawdzić, czy rzeczywiście wszystkie pomieszczenia na dziobie są dostatecznie dobrze uszczelnione przed dostępem wody. Nie podobają mu się tylko kluzy kotwiczne, niezbyt dokładnie przykryte metalowymi pokrywami. Poprawia je i wraca do swojej kabiny, po drodze rozglądając się jeszcze, czy któryś z marynarzy pracujących przy konserwacji pokładu i pokładowych urządzeń, na tzw. dejmance, nie zostawił jakiegoś kawałka łańcucha, stalówki, albo narzędzia pracy, bo porwane przez falę mogłyby narobić dużo szkody. Te czynności sprawdzające należą do obowiązków cieśli Busslera. Inna sprawa, że dobrze zdaje on sobie sprawę z tego, jak silne potrafi być morze, jak bezbronnym wobec niego bywa wówczas statek i człowiek.

statkizbycha (1)Rodzina na nabrzeżu

W dużym sztormie fala potrafi na przykład wyrwać z pokładu stalowy pal polera do obkładania lin, o rozmiarach najgrubszego zderzaka kolejowej cysterny, i cisnąć nim jak pudełkiem zapałek w mostek. U nas na szczęście jeszcze nie jest tak źle, po kilku godzinach sztormowania „Podhale” ma na razie tylko trochę wgnieciony prawy reling na głównym pokładzie. Żywioł napiera na statek od strony dziobu i prawej burty. O 23 kierujący wachtą na mostku III oficer, Ryszard Prusik, wpisuje do dziennika okrętowego: „Podczas wachty silne przechyły boczne statku, fala i bryzgi fal zalewają pokład i pokrywy ładowni”. Żyropilot – „michałek” w takich warunkach zawodzi, trzeba sterować ręcznie. Marynarze Jan Śwityj i Sławomir Eljaszewicz zmieniają się przy sterze co godzinę, podobnie pełnić będą następne wachty ich koledzy. Jeden przy sterze – pilnuje kursu, który podał mu dowódca, drugi „na oku” – przez lornetkę obserwuje morze, czy jakiś statek nie zbliża się do nas od strony dziobu, albo z boku i nie grozi kolizja, zaś oficer to samo sprawdza na ekranie radaru. Wyjątkowo bowiem mroczna jest ta noc. Nie widać dalej niż na 3-3,5 mili i bez sprawnie działającego radaru statek płynąłby przed siebie jak ślepiec. Coraz więcej wolnych miejsc przy stolikach w messie. Sztorm daje się we znaki kolejnym pasażerom, podobno choruje również ktoś z załogi. Radiooficer, Stanisław Sacharuk, wszystkich pociesza, że tylko patrzeć , jak pogoda się poprawi, że takie są aktualne, radiowe prognozy meteorologiczne. Sprawdza się to, co mówi, bo już przed południem morze się trochę uspokaja.

Około 12 kapitan przekazuje mi otrzymaną z Polski za pośrednictwem „Szczecin-Radio” wiadomość, że nagle zmarła moja matka. W tej sytuacji postanawiam przerwać dalszą podróż i wrócić do kraju pierwszym polskim statkiem, który będzie nas mijał na kursie. W praktyce okazuje się to jednak niewykonalne. W godzinach popołudniowych kpt. Rzeczewskiemu, który zapowiada, że zrobi wszystko, co tylko można w mojej sprawie, udaje się wprawdzie przez radiostację znaleźć taki statek, są to „Gliwice II”, ale po rozmowie z kapitanem oznajmia, że niestety nie mogę tam przejść. Przyznaje, że jest już po sztormie, ale morze nadal wzburzone i z tego powodu nie zaryzykuje opuszczenia szalupy. Nie może nakazać swoim ludziom aby przewieźli mnie na inny statek, bo jest odpowiedzialny za ich bezpieczeństwo. Poszedłby na podobne ryzyko tylko wówczas, gdyby zachodziła potrzeba ratowania czyjegoś zdrowia lub życia, a przecież w moim przypadku – zaznacza – taka sytuacja nie ma miejsca. Dowiaduję się też, że na pewno dodatkowo zapłaciłbym za powrót „Gliwicami II” do kraju, bo przecież jest to firma zarobkowa a nie dobroczynna.

Ponieważ w cenie biletu na statek mieści się także dostarczanie pasażerom rozrywki, więc cztery dni poźniej „pierwszy po Bogu” wydaje w oficerskiej messie wieczór kapitański z tańcami, na który także i ja otrzymuję zaproszenie. Za taktowność najwyraźniej kapitanowi nie płacą, ale z ciekawości uczestniczę w oficjalnym otwarciu imprezy. Wypełnia je krótka mowa powitalna do pasażerów oraz pokaz kultury towarzyskiej przy tradycyjnej lampce wina, kawie i ciastku. Nazajutrz mój współmieszkaniec, 61-letni pan Staszek z Krakowa, szczegółowo relacjonuje mi część artystyczną wieczoru. Mówi, że się dobrze bawił. Statek jest jak dom. W jednym mieszkaniu jest nieszczęście, w drugim wesoła zabawa, w trzecim, czwartym i dziesiątym nie dzieje się nic szczególnego.

Kiedy człowiekowi, w jego domu na lądzie coś nie odpowiada, to zawsze może z niego wyjść. Na statku, w morzu, jest to niemożliwe i pod tym względem bardziej on przypomina więzienie. To prawda – zamieszkiwane dobrowolnie, bywa, że luksusowe i przyjemne dla oka, ale więzienie. Największą jego dolegliwością jest odcięcie od najbliższych. Pierwszy elektryk Andrzej Czepulowski i jego żona Anna mają wieloletni staż małżeński, ich córeczka Klaudia chodzi już do trzeciej klasy, a Szymon ma sześć lat, jednak dopiero po raz drugi, płyną tak sobie razem.
– Czy to firma nie pozwala zbyt często zabierać żony w rejs? – pytam.
– Raczej życie – odpowiada pan Andrzej. – Owszem armator ma w tych sprawach głos decydujący, bo liczy się opinia jaką pracownik ma w przedsiębiorstwie i to, czy statek, na którym pływa, może przewozić pasażerów. Bywa też, że chętnych na zabranie rodzin w rejs jest zbyt wielu i trzeba swoje odczekać w kolejce. Głównie jednak inne sprawy decydują, że człowiek pływa zwykle w pojedynkę – dom, który żona musi sama prowadzić. Dzieci – albo są zbyt małe, by brać je na morze, aIbo już chodzą do szkoły i nie mogą przerywać nauki. Wreszcie sprawy finansowe, ale to już zupełnie odrębny temat. Pani Ania nie widzi powodu, żeby go przemilczeć. Jako żona członka załogi płaci za każdy dzień pobytu na statku 500 zł, za Klaudię połowę tej sumy. Szymon (sześciolatek) płynie za darmo. Mieszkają oczywiście w kabinie męża. Koszt miesiąca rejsu „Podhalem” wynosi dla nich ponad 20 tysięcy złotych. Jest więc trzykrotnie większy od podstawowej, miesięcznej pensji taty, oficera nawiasem mówiąc.
– Mąż wspomniał o domu i dzieciach – mówi pani Anna. – To zrozumiałe, że wszystkie obowiązki domowe i związane z wychowaniem dzieci spadają na mnie, kiedy mąż jest w morzu… Na początku, w pierwszych latach naszego małżeństwa było mi niełatwa samej radzić sobie z nimi, o wszystkim samodzielnie decydować, ale później jakoś okrzepłam. Do samotności można się przyzwyczaić, co nie znaczy, że się za mężem nie tęskni. Chyba najbardziej jednak tęsknią dzieci. Wprawdzie staram się, aby za bardzo nie odczuwały braku ojca, ale przecież zastąpić go nie potrafię. W zamyśleniu stwierdza, że dziwne jest to ich życie. Nie ma chłopa te dwa-trzy miesiące, później znów jest, taka huśtawka. Pan Andrzej słucha wywodów żony z wyraźnym zadowoleniem, co nie umyka jej uwadze. Aby więc zbić go trochę z tropu, zwierza mi się żartobliwie, że kiedy on schodzi ze statku na urlop, to na początku dom staje się za ciasny. Później jednak znów wszystko biegnie swoim torem – dodaje skwapliwie, widząc, że osiągnęła zamierzony cel.

Jak wygląda taki marynarski urlop? Dla p. Ewy Jasińskiej – żony chiefa pokładowego – pobyt męża w domu oznacza święto. Wtedy zapraszają przyjaciół, chodzą z dziećmi na spacery, do kina, w gości. W tym czasie pani Ewa nie wykonuje w mieszkaniu żadnych cięższych prac, inwestycji, przemeblowań, bo tym zajmuje się, kiedy mąż jest w morzu. Nie obarcza go również żadnymi sprawami z dziedziny tzw. „sztuki załatwiania”, bo przecież nie poradziłby sobie. Pani Ewa podziela tu popularną opinię, że ludzie morza, nawet bardzo dobrzy w swoim rzemiośle, często nie potrafią radzić sobie choćby z najprostszymi problemami życia na lądzie.

Pan Mundek, marynarz pokładowy z „Podhala”, nie przepada specjalnie za życiem towarzyskim. Jest typowym domatorem. Większość czasu na urlopach spędza w kręgu najbliższej rodziny, swoich książek i myśli, które przelewa na papier. Zanim został marynarzem, był nauczycielem i jeszcze paru innych zawodów się imał, ale zawsze ciągnęło go pisanie. Nie nazwałby tego twórczością literacką, są to tylko jego refleksje o życiu, zapisywane w formie chyba najbliższej esejowi. Wiele stron poświęcił życiu na statku i jeżeli chcę – proponuje – to możemy spotkać się kiedyś w Szczecinie i pokaże mi te teksty.

Pan Konrad z maszyny, jest miłośnikiem wędkarstwa, amatorsko pisuje wiersze teksty piosenek, gra na gitarze, śpiewa, którymi to zajęciami można znakomicie wypełnić wolny czas zarówno no na morzu, jak i podczas urlopu na lądzie, pod warunkiem, że człowiek nie ma większych zmartwień. Niestety od kilku lat pan Konrad przeżywa poważne kłopoty rodzinne, związane ze starszym synem. Zaczęło się od wypadku, długo po nim chorował. Później zaimponowało mu towarzystwo szpanującej młodzieży, złapał styl i szkoła, dom przestały się liczyć. Matka robiła, co mogła, żeby wyrwać lekkomyślnego chłopaka z tego kręgu. Podobnie ojciec, ale będąc nim jedynie „z doskoku”, miał praktycznie niewielki wpływ na syna. – Parę miesięcy temu – mówi pan Konrad – wdał się z kolegami w chuligańską rozróbę i teraz ma sankcję prokuratorską. A ja jestem w morzu, nie wiem, jak na bieżąco toczy się sprawa i gryzą mnie różne myśli. Jedno panu powiem, w zawodzie marynarskim nie powinni pracować ludzie, którzy mają żony oraz dzieci – zwłaszcza dorastające. Za rozłąkę z rodziną płaci się bowiem prędzej lub później haracz. To są rodziny w swoisty sposób rozbite, a takie nie mogą być w pełni szczęśliwe.

Żona chiefa pokładowego, która ma jeszcze małe dzieci, póki co nie nastręczające kłopotów wychowawczych, przedstawia mi sprawę rozłąki w rodzinie marynarskiej bardziej optymistycznie. Uważa, że takie przerwy w byciu razem cementują małżeństwo. Nie grozi mu nuda, jak winnych stadłach. Minusem życia z mężem, który pływa jest natomiast to, że nigdy niczego nie można zaplanować. Na przykład – wyjazdu z całą rodziną gdzieś na urlop.

Mam więc dwa różne punkty widzenia tego samego problemu. Fakt, że większość ludzi pracujących na morzu stanowią mężczyźni żonaci i posiadający dzieci, świadczy jednak o tym, że przyjmuje się tu rozłąkę z najbliższą rodziną, z wszelkimi wynikającymi z niej konsekwencjami, za mniejsze zło od samotności. Na „Podhalu” wszyscy członkowie załogi są żonaci. Najkrótszy staż małżeński posiada Sławek Eljaszewicz – sympatyczny marynarz z pokładu, liczący 23 lata i prawie dwa metry wzrostu, którym zapracował sobie wśród załogi na pseudonim „Maluśki”. Jest świeżo po wojsku, ma rocznego syna Adriana i mimo młodego wieku – bardzo poważny stosunek do życia, który jego zdaniem wynika z twardej szkoły życiowej, jaką otrzymał w Liceum Morskim w Szczecinie. Ma ambicje w miarę szybkiego osiągnięcia wysokiego standardu bytowego. Jego rękojmią w rodzinie marynarskiej – twierdzi – jest dobra żona, a taką właśnie ma, więc wierzy w powodzenie swoich planów.

Ryszard Prusik, III oficer pokładowy, z którym pełni wachty „Maluśki”, przyznaje rację swojemu podkomendnemu: – Dobra żona właściwie zagospodaruje pieniążki, człowiek nie roztrwoni ich na lądzie i przynajmniej jest szansa, że razem dojdą do czegoś. Dlatego większość ludzi naszego fachu żeni się dosyć młodo, aby wcześniej osiągnąć ten cel. Poza tym im człowiek jest starszy, tym mniejsze ma szanse na znalezienie dla siebie odpowiedniej partnerki życiowej. Mówi się później, że „marynarz szuka żony”, a na takie hasło – wiadomo – nie zawsze idą najporządniejsze panie. „Trzeci” uważa, że do mitycznego obrazu marynarza – wolnego ptaka, który ,,w noc się bawi”, rzuca forsą w portowych tawernach i nie dba o jutro, pasuje niewielu. Przeważają rozsądni ciułacze i on chyba też do nich należy. Takie życie.

Z życia poetki

Joanna Szubstarska

Promień niebieski

Ludzkie życie
Ochraniane błoną
Zabliźnia się,
Powoli zrasta
Ze skórą świata
I promieniem niebieskim.
Niekiedy
Lepkie palce obcych
Spragnione tchnienia
Obmacują fragmenty
Połyskującej powłoki ciała.


Mgła

Ciemna moc nie przeniknie
Finezyjnych ruchów mgły,
Nie podrze jej we wzlocie.
Z natury rozproszona,
Co jest oznaką chwiejności,
Mgła ciągnie swój koniec od początku.


Dzień wybucha brzękiem,
powietrze przesuwa pięciolinię nut
między skrzydłami trzmiela.
Pobrzękują perełki wody
we współczującej ciszy,
w krzyżykach dni.
Słuchacze odkrywają nutę losu.


Pranie w deszczu

Rozciągnięta lina
Przewieszone płótno
Ekran lśni bielą.
Parujący od news’ów,
Zużytych pasaży,
Obmyty powtórnie
Wodą z nieba.


Dzień

Obramowanie dnia,
W świergocie ptaków.
Kłębią się opary ranków,
Pierścionki ciepłych obłoków
W południe tulą się do ziemi.
Wieczór zrywa liście
I w porywach chłodu ciska o bruk;
Mokre plamy trotuarów tężeją
Pod okiem księżycowego pyłu,
Ciężki oddech gasi latarnie.


 

Sady Pradziadka i majowe okolice

Andrzej Rejman

Dziś Trzeci Maja, wszędzie widać flagi, dzień podniosły, ale spokojny, majowy. W mieście cisza, wszyscy na majówce, słońce dopisuje, choć dosyć zimnawo, prawdziwa wiosna powoli, trochę nieśmiało zaznacza swą obecność.

Zrobiłem kilka zdjęć.

maj_3maj_2 maj_1***

Wieczór. Ruch duży. Powroty z majówki.

Wciąż 3 maja, refleksja nad Polską, ale bez przesady – żeby nie wpaść w nadmierne rozmyślania. Po prostu – w razie czego – działać.

Trochę tak, jak w dzisiejszych czytaniach: “…nie miłujmy słowem i językiem, ale czynem i prawdą! …” (1 J 3)

***
No to zobaczmy co działo się kiedyś w maju:

Babcia moja – Małgorzata Doktorowicz-Hrebnicka (1890-1975) pisze: (zapiski codzienne w “Kalendarzu Marjańskim” 1922-1939, nie publikowane, styl i pisownię zachowuję bez zmian)

maj (1926)

Deszczyk majowy, to jak łzy dziecięce, porosił, popłakał i nie płacze więcej.

12-go – Piłsudski następuje na Warszawę, zamach stanu.

14-go – siedzimy siedem godzin w piwnicy w czasie nawiększej kanonady, brania lotniska i wystrzałów karabinów maszynowych po Rakowieckiej.

W dom nasz trafiło osiem kul.

maj (1928)

13-go obchód 35-lecia ślubu Stankiewiczów, na spółkę z rodziną kupiliśmy im lampę.
Oprócz tego kupiliśmy im różową azalię – sobie – białą.

17-go byliśmy z Julcią w kinie na “Wróbelkach” z Mary Pickford.

20-go były dzieci u Julci na czekoladzie.

25-go byłam u p. Kowalczykówny* w sprawie Julci. Zgodziła się ją przyjąć do swojej szkoły.
Nadzwyczaj sympatyczna.

* szkoła żeńska J.Kowalczykówny i J.Jawurkówny w Warszawie (dop. mój)

maj (1929)

Czytam “Świat Kobiecy” Marii Grossek Koryckiej
Niezmiernie mi się podoba, jest mądra, poetyczna, i cudownie prawdziwa

3-go w ogrodzie zoologicznym z Kazikiem

8-go u Jasiów

10-go Baniewiczowa,

Określenie marnotrawstwa – “Hulki, hulki, potem bez koszulki”.

maj (1930)

Byliśmy na dźwiękowym filmie “Moralność Pani Dulskiej”
Ładne melodie Różyckiego. Batycka jest wspaniała.

Potem byliśmy na filmie “Wołga Wołga” – śliczny, doskonały.

Kupiliśmy węgla pół tony = 500kg za 30 złotych.

Jedna miara kartofli kosztuje 1 zł. 20 groszy, jaja po 15 groszy.

maj (1931)

10-go Byliśmy (dzieci i ja) na przedstawieniu “Za siedmioma górami” w teatrze “Jaskółka”.
Dekoracje bardzo prymitywne, stylizowane w stylu ludowym. Takie sobie.

9,10,11 – robiłam wywiady (kolonie dla dzieci), w jednej rodzinie poczęstowali nas wódką!!!!
Musiałam wypić pół kieliszka, by nie obrazić biedaków.
Zrobiłam 26 wywiadów. Bolą nogi.

maj (1932)

6-go został zabity prezydent francuski Paul Doumer

maj (1933)

8-go wybory nowego Prezydenta. Został wybrany ponownie prof. Ignacy Mościcki.

maj (1934)

1,2,3 Śliczna pogoda. Trwa gorąco. Strasznie sucho.

3-go byliśmy u Aliny.

5-go z Kazikiem u dr Korsak, zapisała phosphit z żelazem, jak najlżej ubierać.

6-go byłam z Kazikiem, Zosią i Haneczką na przedstawieniu klasowym i loterii. Julcia wygrałą brudną, podartą, jedwabną chusteczkę, Kazik – obsadkę i tenisówkę.

9-go byli Jasiowie.

12-go Julcia była na wieczorku u pp. Morozewiczów, do domu wróciła o 4-tej.

13-go niespodzianie przyszła c. Misia, która zatrzymała się na jeden dzień w Warszawie, jadąc do Lipna do swojej kuzynki Woyczyńskiej. Jeździłyśmy z nią na Żoliborz, ale ani Mani Mickiewicz., ani Baniewiczowej nie zastałyśmy w domu.

Małpa-szympans – Jędrzejewicz nareszcie wyleciał z premierostwa, może teraz kryzys zacznie maleć, oswobodzony z pod jego cięzkiej łapy. Premierem jest prof Kozłowski, na koniec człowiek wysoce inteligentny, a do tego archeolog-geolog. Hurrrrra!!!

maj (1935)

1-go Oziębiło się bardzo

2-go Zima w całej pełni, zawieja śnieżna przy1 śniegu nawaliło moc, biedne bzy zginają się pod ciężarem, śnieżne okiście i podwiędłe liście zwieszają się smutnie z kasztana, tulipaniki pogrążają się stopniowo w puch śnieżny

12 maja – umarł Marszałek Józef Piłsudski. Byliśmy w Alejach Ujazdowskich w czasie eksportacji zwłok z Belwederu do Katedry. Było już prawie ciemno. W nocy z 16 na 17 go chodziliśmy do Katedry, ale już nie trafiliśmy gdyż o 12 tej zamknęli. W nocy lał deszcz.

17-go patrzeliśmy z góry Instytutu na uroczystości żałobne na Polu Mokotowskim.

W czasie defilady ostatniej przed Marszałkiem na Polu Mokotowskich niebo pokryło się złowrogimi chmurami, a zaraz po ukończeniu salw armatnich rozległ się grzmot i rozpętała się burza. Wkrótce po uroczystościach zmarł na udar serca wiceprezydent Warszawy – Zawistowski, inż Balcerski, który zawiadywał urządzeniem Pola Mokotowskiego – spadł samolotem w Ameryce w czasie nabożeństwa żałobnego p Marszałku.

maj (1936)

12-go Warszawa w głębokim nastroju obchodziła rocznicę śmierci Marszałka.
Dzień też był całkiem żałobny, pochmurny i płaczący.

13-go Kazik jeździł z wycieczką szkolną do Modlina statkiem, wrócił do domu o pierwszej w nocy.

20-go Byłam z Kazikiem u laryngologa w klinice na Litewskiej.

28-go z Kazikiem u laryngologa Szymańskiego (Lecznica Nowy Świat 21)

w końcu maja kot Puk wyszedł z domu i więcej nie wrócił!

maj (1937)

7-go u dra Fisza.

8-go u okulistki, były p. Moszczyńska z córką Wandzią

14-go C. Ola wyjechała do Ostroga. Boleś sprzedał dom.

22-go byli “Rafułkowie”, Władek, Mickiewiczowa, potem Budelcia.

23-go umarła Piotrowska, żona woźnego z chemii.

25-go przyjechał Ignal

30-go byliśmy w Wawrze

maj (1938)

1-go była p. Olga, a potem my oprowadzając ją w Waszkańcach.

7-go wyjechałam z Raju i przyjechałam do Warszawy.

11-go przyjechał Dziadunio Adam Hrebnicki – Profesor

13-go wyjechał

20-go byłam u okulistki

21-go …u d-ra usznego (przepłukiwanie uszu)

znalazł się cudownie pierścionek z granatem, którego szukałam rok cały.

22-go imieniny Julci, moc bzu, konwalii, niezapominajki, maczki pomarańczowe i żółte, białe i różowe. Moc ciastek, 7 osób gości, dwoje dzieci z nimi.

27-go byłam z Julcią na majowym nabożeństwie, lodach włoskich i na filmie “Wrzos” wg Rodziewiczówny.

30-go Staś wyjechał na letnie roboty.

maj (1939)

1-go wyjechał Ojciec Profesor, byli Krzyżkiewiczowie z psem. Krzyżkiewicz przyniósł Julci czekoladki wygrane i robił fotografie.
P. Marychna całowała się i ściskała z Dziaduniem, mówiąc, że ma śliczne oczki.

7-go byliśmy z Krzyżkiewiczami na “Hamlecie”.

8-go była c. Misia, Tyszkiewicz i Łaszkiewicz z Tomkiem.

9-go był Władek, Krzyżkiewiczowie wyjechali

12-go byłam u Baniewiczowej

13-go byłam w kuratorium i dowiedziałam się, że Kazika szkoła jest zlikwidowana.

18-go byłam u Baniewiczowej i razem z nią w kinie na “Banicie”.

19-go byłam u Aliny. Kazik zaczął korepetycje z uczniem IV klasy gimnazjum im. Żeromskiego.

22-go na imieniny Julci była MM z kwiatami, p. Zosia i p. Jadzia.

28-go byłam z Kazikiem na filmie ….. i z p. Wardęską na filmie “Wielki Walc”, śliczny, Strauss i jego walczyki.

________________________

Ileż to się działo w maju!!!! Nawet śnieg był!!!