W harcerstwie po wojnie bolszewickiej

Z jakiegoś względu Karusia dołączyła do wspomnień z okresu II wojny światowej jeden tekst o tym, co jako harcerka robiła w Warszawie w roku 1920, zaraz po zakończeniu wojny bolszewickiej. Tekst zatytułowany jest Chmielna 26. Warto mieć na uwadze, że Karusia urodziła się w roku 1899  i gdy zajmowała się rozhulaną gromadką chłopaków na Chmielnej – miała lat 21.

I – jak to życie dziwne przypadki zarządza – pod tym samym adresem w kilka lat później brat Karusi, Stefan Lubliner, dziennikarz, prowadził agencję wycinków prasowych, WIP – Warszawską Informację Prasową. Zbierał informacje z gazet zagranicznych, tłumaczył, przepisywał i rozsyłał je do redakcji i urzędów w Warszawie, w tym do Sejmu i MSZ, a także rozsyłał przetłumaczone wiadomości z Polski do korespondentów zagranicznych. Zatrudniał około 10 osób, głównie tłumaczy i maszynistki. Tyle że Karusia zajmowała się chłopakami w oficynie, a Stefan prowadził biuro od frontu.

W sieci znajduje się informacja, że WIP wydawał Sprawy Polityczne i Wiadomości Ukraińskie, opublikował też komunikat specjalny, poświęcony życiu wszystkich stronnictw politycznych w Polsce w latach 1918-1939.

Karolina Lubliner-Mianowska (Karusia)

Karusia16-Chmielna-1-mala Karusia17-Chmielna-2-mala

***

Karusia zajmowała się chłopakami na Chmielnej przez kilka miesięcy, ale jej tekst przypomniał osobę wujecznego Dziadka Stefana i jego biura w domu, którego nie ma, a które mieściło się tam przez lat wiele, może nawet 20. Chmielna, kiedyś ulica w połowie żydowska, pełna małych sklepików, a w połowie elegancka, a potem najsłynniejszy w PRL-u deptak handlowy, przestała istnieć. Na miejscu kamienicy numer 26 mieści się nowy budynek autorstwa Lucjana Rosa. W sieci Chmielna wymieniana jest jako jedna z najdroższych ulic w Polsce, ale jednocześnie miłośnicy Warszawy się skarżą, że ulica jest martwa, nieciekawa, zaniedbana i wszystko tu podupada. Wpisy z tekstami Karusi zakończę więc zupełnie anachronicznym akcentem:

Ballada o Chmielnej

słowa Agnieszka Osiecka, śpiewa Alina Janowska

Ach, co to była za ulica…
Panie, to jeszcze jest ulica.
Niech pan się przejdzie raz po Chmielnej
wieczorem przy świetle księżyca.

Panie, w tej bramie – trzecia z lewej –
koło gnojówki stał cadillac.
Ten facet, co go miał, to świnia,
powinien za to dawno siedzieć,
ale nie będzie siedzieć, panie
pan wie, z kim on dziś jadł śniadanie?

Pan słyszał – Chmielnej ma już nie być,
Chmielnej ma nie być już.

W górę rzeki (20)

Zbigniew Milewicz

Przychodzimy, odchodzimy…

Piosenką o takim tytule kończyli zwykle swój występ artyści Piotra Skrzyneckiego, z krakowskiej Piwnicy Pod Baranami, w moich dawnych, studenckich czasach. Dźwięczała mi w uszach przy pisaniu tego odcinka, więc pożyczyłem sobie jej słowa, bo pasują do tekstu. Prąd rzeki zniósł mnie już na rozlewiska w pobliżu ujścia i pora będzie pomału kończyć opowieść, ale wcześniej chciałbym jeszcze – przynajmniej szkicowo – wspomnieć o kilku ważnych wydarzeniach, które wywarły wpływ na moje dalsze życie.

Dziadek Erwin odszedł w wieku 77 lat, babcia Jadzia przeżyła go o 6 lat. W ostatnim okresie życia złagodniała, stała się bardziej wyrozumiała dla otoczenia. Po wylewie nie umiała się już poruszać bez laski, jednak umysłowo nadal była sprawna. Niektórzy w to powątpiewali, bo nagle stała się bardzo hojna, swoim ulubieńcom w rodzinie zaczęła rozdawać różne precjoza, które nagromadziła w ciągu swojego życia, kto jej mógł tego zabronić. Mieszkały z Irką przy ulicy Marchlewskiego w Tychach, niedaleko mojej mamy. Ich M-3 wymagało różnych, technicznych przeróbek, którymi zajmował się między innymi najmłodszy brat dziadka, wujek Feliks. Kiedy czas mi na to pozwalał, starałem się mu pomagać. Niewysoki mężczyzna o krzaczastych brwiach, szopie posiwiałych włosów i bulwiastym nosie, szybko zorientował się, że synek nie mo grajfki do techniki i zamiast przeszkadzać mu przy robocie, byłem za zaopatrzeniowca. Ze sklepu piwo mu przynosiłem, albo jakieś brakujące narzędzia, śrubki i nakrętki z piwnicy, jeszcze dziadkowe. Do pomocy przy sprzątaniu mieszkania przyjeżdżała, jak dawniej, ciocia Gryjta z ulicy Polnej w Chorzowie, już zupełnie zgarbiona i pomarszczona, ale nadal zadziwiająco żwawa i religijna starowinka. Na ciocię Irkę przy domowych zajęciach już nie można było liczyć. Kierowała teraz jednym z działów w Tyskiej Fabryce Serów i kiedy przychodziła z pracy, cały czas poświęcała czytaniu tych swoich romansów. Miała za sobą jeden nieudany związek małżeński, tam gdzie mogła zrobić dobrą partię coś poszło wspak, więc stała się zgorzkniała i jeszcze bardziej opryskliwa w obejściu.

Kasia z AniaKasia z Anią

Babcia doczekała się mojego ożenku z Kasią, który przypadł na początek 1974 roku. Wcześniej wydreptałem u gospodarza Śląska, generała Jerzego Ziętka, spółdzielcze M-3 w Tychach i tam uwiliśmy sobie małżeńskie gniazdko. Oczywiście ożeniłem się z miłości, inaczej być nie mogło i na Mikołaja dostałem piękny prezent, córeczkę, której daliśmy na imię Anna Maria. Trzy lata chodziliśmy z Kasią przed ślubem, zjedliśmy razem małą beczułkę soli, ale nie potrafiliśmy później ułożyć sobie wspólnego życia; formalny związek trwał bardzo krótko, zaledwie około roku. Babcia, pamiętam, była jedyną osobą z kręgu moich najbliższych, która namawiała mnie do cierpliwości i wycofania pozwu rozwodowego. Tej wytrwałości, jak w dawnych latach przy domowym pianinie, niestety mi zabrakło. Nie starczyło też wiedzy i doświadczenia w poskramianiu złośnic, niewątpliwie jednej z trudniejszych sztuk życiowych…

W kopalni Siemianowice- reportazPan reporter w pracy. W kopalni Siemianowice “na reportażu”

Pracowałem wtedy już w redakcji Dziennika Zachodniego w Katowicach, jako szpunciarz w kronice miejskiej i reporter sądowy. Było to zdecydowanie lepsze zajęcie od grzania stołka w państwowej administracji i organizowania widowni w teatrze Wyspiańskiego, którym poświęciłem po studiach pierwsze dwa lata życia zawodowego. Dziennikarstwo dawało mi satysfakcję, chciałem się tu doskonalić i rozwijać, ale jest to temat na inną okazję. Podobnie jak moje drugie małżeństwo, z Mirą, którą poznałem kilka lat po rozwodzie z Kasią. Wytrzymało długo, dwie dekady, z tego związku mam dwóch dzielnych synów.

Niedługo po naszym ślubie, latem 1982 roku, po raz pierwszy odezwał się Zdzich, mój starszy brat po mieczu. Zadzwonił do mamy Niny z uzdrowiska w Wiśle, w Beskidzie Śląskim, gdzie przebywał z żoną Terenią i dziećmi na wczasach. Powiedział, że wie od cioci Marii, ile mamie zawdzięcza, więc postanowił ją odnaleźć, spotkać się i podziękować. Miał szczęście, po rozwodzie ze Stefanem, moim ojczymem, mama wróciła do pierwszego, ślubnego nazwiska, dalej mieszkaliśmy na Śląsku i w domu na Dębowej był telefon, a co za tym idzie – adres w książce telefonicznej, którą wertował w domu wczasowym. Pojechaliśmy do Wisły w czwórkę – moja mama Nina, Irka, Mirka i ja. Plus czworonóg cioci, Filip. Kilkumiesięczny synek został pod opieką mojej kochanej teściowej – to wcale nie żart – mamy Meli z zagłębiowskiego Modrzejowa. Zdzich czekał na nas na peronie, razem z żoną i synami, 11-letnim Krzysiem i 5-letnim Sławkiem. Dziwne było przywitać się na niedźwiedzia z ludźmi, których widzisz pierwszy raz na oczy, ale lody szybko stopniały. Przyjechali w Beskidy z Gryfina, pod Szczecinem. Mój brat miał tam mieszkanie zakładowe z elektrowni Dolna Odra, gdzie pracował jako starszy mistrz. Z okazji naszego spotkania Zdzich z Terenią wydali miłe, skromne przyjęcie w kawiarni domu wczasowego, które zapoczątkowało serię następnych spotkań.

Na dworcu w Wisle mama Nina ze Zdzichem i ZbychemMama Nina ze Zdzichem i Zbychem na dworcu w Wiśle

Po zakończeniu turnusu przyjechali do Tychów, gdzie z kolei my staraliśmy się ich ugościć po staropolsku. Później mama została zaproszona do Gryfina, wtedy spotkała się także z ciocią Marią, która mieszkała na szczecińskiej starówce i z Celiną, drugą żoną naszego ojca, na Dunikowskiego. Wróciła do Tychów zmęczona, ale cieszyła się, że odbyła tę podróż. Po niej my z Mirą pojechaliśmy na Północ, gościliśmy u Zdzicha i Tereni i poznaliśmy pozostałych braci: Mariusza, Ryszarda i Edwarda, ich bliskich oraz przyjaciół i wszędzie były to progi nadzwyczaj gościnne. Wszyscy bracia mieli konkretne, techniczne zawody i poza najmłodszym Edwardem, także już swoje rodziny. W międzyczasie odbyły się chrzciny mojego syna i Zdzich został ojcem chrzestnym.

Od lewejMariuszEdwardZdzich-Ja- Ryszard-SlawekOd lewej Mariusz, Edward, Zdzich, Zbych, Ryszard – mały na dole to Sławek

Tamten bogaty dla mnie w wydarzenia 1982 rok poprzedziła inna, pamiętna data, wprowadzenie stanu wojennego w Polsce. Wszystkie publiczne media zostały zawieszone, a ich pracownicy otrzymali okolicznościowe urlopy, aż do odwołania. Po ciekawej, kilkumiesięcznej próbie sił w Rozgłośni Polskiego Radia na Ligonia, pisałem wtedy w katowickiej popołudniówce, redakcji Wieczoru . Kiedy nadeszła weryfikacja dziennikarskich kadr, z politycznych powodów znalazłem się za burtą (Alles ist eine Reise), czyli znów pogruchotało mi trochę kości. Dziadek Erwin, w poprzednim wpisie, sierdził się na komunę nie bez powodu.

Mój ojciec nie mieszkał już wtedy w Dąbiu. W latach 70 drugi związek małżeński rozsypał mu się, jak i pierwszy, Szczecin mu obrzydł, i tata wyjechał do Wrocławia. Tam zatrudnił się jako kierowca w pewnym przedsiębiorstwie budowlanym i zamieszkał w hotelu robotniczym, w dzielnicy Psie Pole. Na ojcowiźnie, na Goleniowskiej, urządził się syn Mariusz z rodziną, a kiedy pod koniec lat 80 wyjechali do Niemiec, włości przejął Ryszard, kiedy rozstał się z żoną Danką. Dotąd mieszkali z córeczką Olą u teściowej, na pobliskiej ulicy Nysy. Na początku lipca 1983 r. dostałem od braci wiadomość, że zmarł nasz ojciec. Pojechaliśmy do Wrocławia załatwić niezbędne formalności i pochowaliśmy go na cmentarzu w Osobowicach.

ojciec-tereniaZdzichKrzysJedno z ostatnich zdjęć ojca – po lewej Terenia, po prawej Zdzich i Krzyś

Rzeczy, które zostawił po sobie na Psim Polu, z łatwością zmieściliśmy w naszych podręcznych bagażach. Siemistrunnaja gitara przypadła w udziale Mariuszowi, albo Ryszardowi, już nie pamiętam dokładnie, któremu z nich, ja powiedziałem, że chcę dostać jego ciepłą, zieloną kurtkę z wojskowymi pagonami, i była moja. Nosiłem ją później aż do zdarcia, najwyraźniej mieliśmy z ojcem podobny gust jeżeli chodzi o ubiór. Tylko on bardziej niż ja dbał o swój wygląd. Na Goleniowskiej miał w odrzwiach zamontowany drążek, na którym regularnie ćwiczył i kiedy na mnie patrzył, pytał rzeczowo: Zbyszku, a po co ci ten śmietnik? Znaczy brzuch, choć mnie się wtedy wydawało, że w ogóle go nie mam. Ojciec stronił od kościoła, a jednak wśród przedmiotów, które zostawił po sobie, znalazłem obrazek Chrystusa Zmartwychwstałego, taki, jaki dostaje się od księdza po kolędzie. Pamiętam, że mocno mnie on zaskoczył i wzruszył. Położyłem go ojcu na piersi, zanim zamknięto wieko trumny.

***
Przypis od Redakcji. Autor pisze w tekście „do Tychów”, co wstrząsnęło duszą redaktorki, aliści… Proszę poczytać

Rozmyślania poety o nauce

Jan Kozłowski

Pięknisie, pracusie i palaczki (czyli trzy grupy zawodowe
w pewnej instytucji naukowej)

Ach pięknisie,
Ach pięknisie,
Co noc któraś
Komuś śni się!…

Szczypczykami
Biorą ptysia,
Aby ptyś nie
Zbrudził pysia.

Uśmiech z serca –
Równym sobie,
Ten na pokaz –
Mnie i Tobie.
……………………….
Żyją stale
W ambarasie
W strachu, w stresie
W niedoczasie.

Ślepe na to,
Co jest wokół,
Bo co ważne,
To protokół.

Zawsze w normie.
Zawsze w ramach.
To pracusi
Cichy dramat.
………………………
Dym się wije,
Dym się skręca,
Dym palaczkę
Wciąż okręca.

Dym palaczka
Ciągle chłonie,
Chłoną uszy,
Chłoną dłonie,

Chłonie suknia,
Beret, sweter,
Szalik, mufka
I pies seter.

Tamże

Cztery wilki
Idą miedzą.
Tu gęś zjedzą,
Tam gęś zjedzą.

Nie pogardzą
Kuropatwą,
Byle żywą,
Nigdy martwą.

Taka była
Wola Boża,
Że dotarły
Do Wolborza.

Już-już miały
Schrupać wójta,
Gdy niewiasta
Krzyknie: „Stójta!

Wara wilkom
Od Wolborza,
Jakem Kasia,
Dziewka Hoża!

Innowacją
I rozwojem,
Ja z wilkami
Toczę boje!”
Nie minęła
Chwila czasu,
Cztery wilki,
Czmych do lasu!

Wpis świąteczny. Wiosna i jeszcze raz sady Pradziadka

Leon Wyczółkowski, Wiosna w Gościeradzu (1933)

Tak wyglądała wiosna w Gościeradzu nieopodal Bydgoszczy. Pokój w dworku, jaki w roku 1922 ofiarowało artyście Muzeum Poznańskie w podziękowaniu za hojny dar złożony z orientalnych obrazów, porcelany, mebli, kilimów i rzeźb. Artysta, wówczas już w podeszłym wieku, (urodził się 11 kwietnia 1852, zm. 27 grudnia 1936 w Warszawie) oddał Muzeum zbiory swojego życia. Nie jest to pierwszy raz w tym blogu, że szukając inspiracji do wpisu trafię na coś, co wiąże się ze zdarzeniami aktualnymi. Wybrałam ten obraz Wyczółkowskiego (mój ulubiony!) jako wstęp do świątecznego wpisu Andrzeja Rejmana, po raz drugi i zapewne nie ostatni, o sadach jego pradziadka. Wybrałam go, bo jest lekki, wiosenny, szczęśliwy – świąteczny.  Okazało się, że obraz wplątał się po kilkakroć w dziesiejszą rzeczywistość, tę z wpisu i tę w realu. Za kilka dni googlowska czyli 163 rocznica urodzin artysty, który był niemal rówieśnikiem Adama Hrebnickiego (1857-1941), a za niespełna dwa tygodnie w Poznaniu wystawa donacyjna Stanisława K. Kubickiego, o czym będzie jeszcze tu znacznie więcej. A poza tym po prostu wiosna. Kwitnące drzewa jabłoni i grusz…

20_A_Hrebnicki_with_his_fruitsTo oczywiście późne lato lub nawet jesień, a nie wiosna, ale trudno o lepsze zdjęcie pokazujące sens życia Adama Hrebnickiego – sady, owoce, praca niestrudzonego popularyzatora wiedzy… Biurko pełne papierów i owoców. Ideał szczęścia.

Przez lata przyjaźniłam się z ludźmi, którzy mieli sad, wiosną chodziłam jak księżniczka z bajki pomiędzy kwitnącymi drzewami, jesienią cały dom pachniał owocami, latem na rozklekotanym stoliku ustawionym pod drzewami pisałam matryce do podziemnej gazetki Unimoru.

Andrzej Rejman

Sady pradziadka po raz drugi

Byliśmy wielokrotnie na Litwie, gdzie Adam Hrebnicki założył piękny 24 hektarowy sad, i nazwał go Rajem. Nawet planuję zrobić wystawę fotograficzną – Adam z Raju:-)

Tam jest jego muzeum – i pomnik z nazwiskiem Adomas Hrebnickis
http://www.muziejai.lt/ignalina/hrebnickio_muziejus.en.htm

Adam Hrebnicki był Polakiem, ale można śmiało stwierdzić, że był uczonym międzynarodowym, – w rosyjskich źródłach
występuje jako Гребницкий (Докторович) Адам Станиславович, a jego biografia zasadniczo jest bez podania narodowości –
http://sadisibiri.ru/grebnickijAS.html

W źródłach litewskich pradziadek występuje jako Adomas Hrebnickis, co jest ciekawym przyczynkiem do ewentualnych dyskusji na temat imion i nazw własnych w różnych językach różnie brzmiących.

Wielkanoc-AtlasPlodowOstatnio odkryłem, że w jednej z miejscowości w Rosji – wieś Popówka, (Popovka) rejon Koroczański w obwodzie
Orenburskim (Rosja, centralny okreg federalny) – jest ciekawe Muzeum Jabłka, gdzie jednym z eksponatów jest Atlas Owoców Hrebnickiego.

Atlas ten znajduje się też w bibliotece Instytutu Sadownictwa w
Skierniewicach i w Bibliotece Narodowej w Warszawie. Jego nazwa rosyjska to Atlas Plodov – i mam go nawet w pdfie – jest on olbrzymi, ma piękne kolorowe rysunki owoców. Egzemplarz znajduje się m.in. w Bibliotece Narodowej w Warszawie, bywa czasem w antykwariatach w Rosji, gdzie potrafi kosztować ok 250 tysięcy rubli:-) (ok 3 tys. euro)
http://www.rusbibliophile.ru/Book/Atlas_plodov:_100_tablic_

Wielkanoc_Hrebnicki_oryginal_atlasu_1To rękopis jednej ze stron Atlasu

W Polsce Hrebnicki znany jest doskonale przez sadowników,
specjalistów, – a z okazji sesji naukowej poświęconej Hrebnickiemu w 2007 roku która odbyła się w Babtai koło Kowna – dworek-muzeum Hrebnickiego odwiedzili naukowcy z Instytutu Sadownictwa w Skierniewicach, z ówczesnym wicedyrektorem Instytutu – profesorem Żurawiczem.

Sam Hrebnicki był w Warszawie w 1934 roku, gdzie przewodniczył sesji naukowej Towarzystwa Ogrodniczego Warszawskiego.

Towarzystow_Ogrodnicze_Warszawskie_Adam_HrebnickiRosjanie mówią, że był to wybitny uczony rosyjski, Litwini że litewski, a Polacy nie bardzo znają go, chociaż wśród fachowców jest znany i ceniony. A w archiwach pod Kownem, gdzie byliśmy w zeszłym miesiącu, są jego piękne dzienniki, obserwacje i zapiski, pisane oczywiście po polsku. Przecież była to do 1939 roku Polska – gmina Dukszty, powiat święciański.

Trzeba zaznaczyć że Hrebnicki działał na przekór wojnom, granicom, systemom politycznym w myśl zasady że nauka łączy a nie dzieli, i jest dla dobra całej ludzkości. Tak też postępował jego syn, Stanisław Doktorowicz-Hrebnicki, wybitny polski geolog i kartograf.

***

A na zakończenie dzisiejszego wpisu jeszcze dwa zdjęcia rodzinne, z Petersburga w roku 1910.

Zmęczona rodzina przy zastawionym stole i młode pokolenie muzykuje. Ten zastawiony stół towarzyszył nam wczoraj, a i dziś na pewno znowu do niego zasiądziemy. Ale zapewne nie wszyscy z nas, pomiędzy kolejnymi odsłonami tradycyjnej kuchni świątecznej, siądą i do instrumentów. Mówię, bom smutny i sam pełen winy. Też nie gram na żadnym instrumencie. Szkoda, szkoda…

Wielkanoc_Hrebnicki_family_in_Petersburg_ca._1910Wielkanoc_Zygmunt_Alina_and_Maria_Hrebnicki_Petersburg_ca_1910

Wykłady profesora Dąbrowskiego o wyższości…

Dawno nie widziany profesor, tym razem nie tyle może o wyższości co o starszeństwie pogaństwa…

Redakcja przyłącza się do życzeń!

Ryszard Dąbrowski

Z okazji święta wiosny, nazywanego eufemistycznie świętem wielkanocnym, składamy Wam serdeczne życzenia: dużo zdrowia, słońca, pomyślności oraz pogody ducha.

P.S. A teraz na poważnie i bez żartów jak poprzednimi laty.

SAMSUNG CAMERA PICTURESŚwięto wiosny, wraz z zimowym i letnim zrównaniem dnia z nocą, było najważniejszym świętem w religiach „pogańskich”, czytaj w: animizmie, kulcie płodności, szamanizmie oraz megalityzmie.

Kościół katolicki prowadził dwojaką politykę wobec dawnych zwyczajów i elementów „pogańskiej” i ludowej kultury. Część praktyk bezwzględnie zwalczono, a część przyswojono, przejęto i zaadaptowano. Kościół katolicki wprowadził do kalendarza liturgicznego wiele obrzędów szamańskich i ludowych.

1. Początek wiosny, kiedy przyroda budzi się do życia a wszystkie organizmy zwiększają swoją aktywność po zimowej przerwie, zawłaszczono i przemianowano na „Wielkanoc”.

Jako przeciwwagę do „pogańskiego” święta wiosny, na Soborze Nicejskim w 325 roku, wprowadzono „Święto Wielkanocne”.

SAMSUNG CAMERA PICTURES2. W dniu przesilenia zimowego w grudniu, kiedy noce zaczynają być krótsze, a dnie się wydłużają, kiedy zostaje przezwyciężona „ciemność”, dziwnym trafem urodzili się prawie wszyscy bogowie licznych religii. W wielu religiach dzień ten był obchodzony jako święto urodzin słońca. Kościół katolicki dopiero w IV w. wprowadził w tym dniu „Boże Narodzenie”, święto urodzin Jezusa, który w rzeczywistości urodził się w zupełnie innym dniu. Miało to być przeciwwagą do obchodzonych w tym dniu narodzin perskiego boga słońca Mitry. Kult jego traktowany był przez kościół katolicki jako największy konkurent w walce o wiernych w Imperium Rzymskim.

Niezwyciężony Bóg Słońca Mitra „Sol Invictus”, wszystkowidzący i wszystkowiedzący, panował nad światem i prawdą oraz sądził umarłych zapewniając im wieczne „życie” (!). Jego urodziny przez dziewicę (!) w ubogiej grocie (!) przypadały na dzień zimowego przesilenia w grudniu. Czczony w Persji od XIV oraz w Indiach od XII wieku przed narodzeniem Chrystusa. W Cesarstwie Rzymskim bóg ten, nazywany również Mithras, czczony był od ponad stu lat przed narodzeniem Chrystusa do IV w., kiedy religię tą wyparło chrześcijaństwo.

3. Przesilenie letnie, kiedy wydłużają się noce, kościół katolicki zawłaszczył dopiero w XIII wieku i przemienił na „Boże Ciało”. Święto to wprowadzono dla upamiętnienia widzeń (schizofrenicznych halucynacji?) belgijskiej zakonnicy Julianny (1193 – 1258).

SAMSUNG CAMERA PICTURES4. Od 1956 roku, po „zadekretowaniu” przez papieża Piusa XII dnia „1 maja” „Świętem św. Józefa Rzemieślnika” (ojczyma Jezusa), kościół katolicki usiłuje, jak do tej pory, bez powodzenia, zawładnąć tym „świętym” świętem robotników.

„1 Maja” ustanowiono 14 lipca 1889 roku w Paryżu, podczas zjazdzu założycielskiego II Międzynarodówki, jako dzień upamiętniający strajki i demonstracje w maju 1886 roku w Chicago. Wówczas podczas strajków o skrócenie dnia pracy z 12 do 8 godzin doszło do starć z policją, podczas których zginęło kilkudziesięciu robotników oraz siedmiu policjantów. Policjanci ci zmarli na skutek obrażeń odniesionych podczas eksplozji bomby rzuconej, jak dzisiaj wiemy, przez tajnego prowokatora. Ośmiu anarchosyndykalistów, przywódców strajku, skazano na kary śmierci. Wyrok wykonano na czterech skazańcach, jeden popełnił samobójstwo, a trzech ułaskawiono po 6 latach więzienia. W 1890 roku, w dniu 1 Maja zorganizowano, po raz pierwszy masowe strajki i demonstracje na całym świecie, w tym również i na terenach ziem polskich pod zaborami.

Ale kto to wie i pamięta poza starymi dziadkami Mrozem i Mikołajem.

***

Te rysunki (ilustracje) namalowałem „własnymi rencami”. Są to symbole z okresu megalitycznego. Ponieważ pisma wtedy nie używano, albo nic nam na ten temat nie wiadomo, nie zachowały się żadne źródła pisane, co to zacz, liczni naukowcy droga dedukcji i porównań odczytują te symbole w następujący sposób:

– malunek nr 1: spirala, symbol ludzkiego życia,

– malunek nr 2: okrąg podzielony na cztery części, okrąg jest symbolem słońca, te cztery części to pory roku; tutaj dodałbym jeszcze od siebie moje dodatkowe, subiektywne i intuicyjne rozumienie tego symbolu: cztery strony świata oraz cztery światy – nadziemny, ziemny, podziemny i może nasz własny w nas samych, osobisty(?);

– malunek nr 3: statek transportujący słońce ze wschodu na zachód (dzień) i przez cztery pory roku;
moja subiektywna i osobista interpretacja tego symbolu, to także transport duszy ludzkiej po śmierci w zaświaty; właśnie do obowiązków szamanów należało dokonanie tej czynności – szaman towarzysząc duszy zmarłego członka społeczności musiał bardzo uważać, aby tam w tym podziemnym świecie, zamieszkanym przez dusze nie pozostać i wrócić z tej podroży.

Te moje prywatne interpretacje są sterowane genami i wynikają z resztek nadprzyrodzonej wiedzy odziedziczonej po mojej prababci szamance.

Zimy naszego dzieciństwa (3)

Roman Brodowski

Niewidzialna ręka

Wiosna zbliża się szybkimi krokami. Topniejący śnieg odsłania zimowe tajemnice budzącej się do życia przyrody. Przebiśniegi pochylają białe dzwoneczki ku ziemi, a trawa podnosi się coraz śmielej i wyżej, w kierunku tajemniczego ciepła, jaskrawo świecącego ponad głowami, słońca. Nareszcie koniec lekcji. Od jutra rozpoczynają się długo oczekiwane ferie. Tydzień wolności i przerwy od szkolnych obowiązków, zakończony wielkanocnymi świętami. Szkoda tylko, że w tym roku mamy je tak wcześnie. O tej porze noce zazwyczaj są jeszcze bardzo chłodne, a i dni bywają podobne nocom. To oczywiście może uniemożliwić nam dobrą zabawę w lany poniedziałek. Śmigus – dyngus jest przecież najważniejszą częścią obchodów świąt, jest tradycją, która od wieków bawi mieszkańców miast i, takich jak nasza, wsi.

Siedzieliśmy bezczynnie na rozgrzanych przedwiosennym słońcem ruinach ewangielickiego kościoła, spoglądając na otaczające go niby ocean zielone tereny podmokłych łąk.
– Tak, zimy już na pewno nie będzie – powiedział Mirek, wskazując palcem na pasące się w oddali krowy.
– Ano nie będzie – przytaknął Zbyszek, celując kamieniem z procy do stojącej obok pojemnika na śmieci puszki po jakiejś konserwie.
Zawsze, kiedy nie mieliśmy pomysłu na spędzenie wolnego, po zajęciach szkolnych, czasu, przychodziliśmy tutaj, by penetrować częściowo zasypane piwnice w poszukiwaniu (jak głosiła miejscowa legenda) ukrytych przez niemieckich faszystów, zdobyczy wojennych. Wstęp na teren rumowiska był surowo wzbroniony, a stojące wokół tablice informowały o tym, że pod zwałami mogą znajdować się niewypały grożące wybuchem, ale kto by się tym przejmował. Do środka wchodził każdy, kto miał ochotę. Może właśnie dlatego że był zakaz, nieposkromniona ciekawość wymuszała w nas nieposłuszeństwo. To prawda, że czasami udało nam się wykopać kilka łuskek, aluminiowe menażki czy też inne elementy  wyposażenia żołnierzy niemieckich, ale granatów, ostrej amunicji czy też min – nie, na coś takiego, (jak do tej pory), na szczęście nikt z nas się nie natknął.
Kiedyś chłopcy z ulicy Kościelnej wykopali kilka posrebrzanych monet z okresu wojen napoleońskich, kielich mszalny oraz dwie szable z tej samej epoki. Znaleziska te oddali do szkoły jako eksponaty do powstającej właśnie izby pamięci historycznej . Oczywiście fakt ten ugruntował w nas przekonanie, że wnętrza tej niegdysiejszej świątyni kryją w sobie wiele nieodkrytych tajemnic, i pomimo tego że kościół ten wybudowano w latach dwudziestych naszego wieku, byliśmy pewni, że ukryto w nim jakieś skarby.
– Chyba nie będziemu tutaj cały dzień, bezczynnie siedzieć – powiedziałem niby w przestrzeń – musimy coś wymyśleć, bo inaczej umrzemy z nudów. Chłopcy spojrzeli na mnie, potem na siebie, po czym zeskakując z murku, zaczęli jak zwykle kierować kroki do otworu, umożliwiającego wejście do piwnic.
Nagle usłyszeliśmy dobiegający zza naszych pleców groźnie brzmiący głos.
– A wy dokąd? – padło pytanie. – Odwróciliśmy się. Za nami, w odległości kilkunastu metrów stał niemłody już żołnierz z pepeszą przewieszoną przez ramię, a obok niego nowy komendant, naszej, niedawno co powstałej, pszczółkowskiej milicji. – Nie umiecie czytać? – zapytał komendant, wskazując palcem wkopany w ziemię znak ostrzegawczy.
– My – zaczął tłumaczyć przestraszony widokiem mundurów Mirek – chcieliśmy zobaczyć, co jest tam, za tą dziurą, ale nie chcieliśmy… – nie dokończył, bo myśl jego przerwał żołnierz. – Nie chcieliśmy, nie chcieliśmy – powtarzał – a potem, kiedy wydarzy się tragedia, to winny jest każdy tylko nie ci, którzy nie stosują się do poleceń. – Staliśmy jak wryci, nie wiedząc, co z nami będzie. Wojskowy widząc strach w naszych oczach, mówił dalej. – Skoro nie potrafią czytać, i nie ma z nich pożytku, a tylko kłopoty, to powinniśmy ich umieścić w poprawczaku – zwrócił się do milicjanta tak głośno, żeby każdy z nas mógł go usłyszeć.
– No dobrze, już, dobrze – powiedział pojednawczo komendant, ratując nas z opresji. –To dobre chłopaki. Ja im się nawet im nie dziwię, że głupie myśli przychodzą im głowy. Nudzą się i tyle. Gdyby powstał tutaj jakiś klub dla młodzieży, jakieś kółko zainteresowań, boisko sportowe z prawdziwego zdarzenia, to może byłoby inaczej, a tak…? Szukają dziury w całym.
Żołnierz, widząc nas , prawie że dygoczących ze strachu, i słysząc słowa milicjanta, uśmiechnął się lekko, a następnie opowiedział o tragicznym w skutkach wypadku, jaki wydarzył się na tym terenie dzisiejszego poranka.
Okazało się bowiem, że kilku chłopców z „Getta” (tak nazywaliśmy osiedle drewnianych domków, stojących za torami kolejowymi, na obrzeżu naszej wsi) , zamiast do szkoły jak zwykle, udało się do ruin. Podczas przekopywania gruzu znaleźli drewnianą skrzynkę, w której znajdowała się amunicja do karabinu maszynowego. Jeden z nich próbował scyzorykiem wyłuskać proch, który nie wiadomo z jakiej porzyczyny eksplodował. Chłopiec przeżył, ale stracił trzy palce. Właśnie dlatego dzisiaj ma tu przyjechać oddział saperów.
– Widzicie chłopcy – objął jednego z nas – ja też mam dzieci. Młodszy z nich jest w waszym wieku, ma zaledwie jedenaście lat. Co by było, gdyby jemu się coś stało, gdyby nie daj Bóg, to on natrafił na pozostałą w ziemi niespodziankę z ostatniej wojny. Co prawda z każdym rokiem jest ich coraz mniej, ale to dopiero dwadzieścia kilka lat po jej zakończeniu.
Spojrzałem na niego, a potem pomyślałem o moich rodzicach. Co oni muszą codziennie przeżywać, gdy mnie nie ma w domu, gdy wracam wieczorem, gdy wychodzę, nie mówiąc im, dokąd.
– Na szczęście – opowiadał wojskowy – moje dzieci są posłuszne, a zresztą mieszkamy na terenie wolnym od tego paskudztwa. Mają też wiele fajnych zainteresowań. Antek, ten młodszy, należy do klubu „Niewidzialnej Ręki”. Myślę, że słyszeliście o tej telerankowej organizacji.
– Oczywście, że tak – odpowiedzieliśmy prawie że równocześnie.
– Niewidzialna ręka to ci, którzy… – nie dokończyłem, bo w tym momencie nadjechał wojskowy samochód, z którego wyskoczyło kilku młodych saperów.
– Tym razem wam daruję. Uciekajcie do domów i zajmijcie się dobrymi sprawami – zwócił się do nas komendant, kierując się w stronę samochodu.
– Pamiętajcie chłopcy, najważniejsze dbać o zdrowie i rozsądnie wykorzystywać wolny czas – powiedział na odchodne żołnierz, podając nam rękę.
Wracając powoli opustoszałą ulicą do domu, dyskutowaliśmy o tym co usłyszeliśmy i o tym, jak mamy postępować w przyszłości. Zgodnie podjęliśmy decyzję, że w naszej miejscowości…, no właśnie.

Nadszedł poranek wielkopostnego piątku. Na dworze padał deszcz ze śniegiem i zgodnie z naszymi obawami było bardzo chłodno.
Za to na progach prawie wszystkich domów w naszej miejscowości leżały po trzy gałązki bazi związanych czerwoną wstążką oraz laurki ze świątecznymi życzeniami, na których widniał znak „ Niewidzialnej Ręki”.
Poza tym, u niektórych, (starszych schorowanych) mieszkańców stała przed drzwiami, przyniesiona ze studni w wiadrach woda, lub leżało drewno na opał.
Wracaliśmy zmęczeni i przemarznięci na rodzinne pielesze.
– To co? szczęśliwych świąt – powiedział Marek – … i smacznego wielkanocnego jajka – dodał Zbyszek .
– Wszystkiego najlepszego, przyjaciele – odpowiedziałem.
Marek, Zbyszek, Jarek i Ewa oddalali się coraz bardziej, a ja zamykając za sobą furtkę, poczułem satysfakcję, takie dziwne, radosne ciepełko.

Na podstawie opowiadania pod tym samym tytułem z 1986 roku

Rocznica

Zbigniew Milewicz

Zostań z nami

Zszedł ze swego łoża boleści, zanim oficjalnie stwierdzono jego zgon. Dokładnie stało się to wtedy, kiedy w drodze z Niemiec do Polski, tak powszechnej dla mnie jak droga z piekarni do domu, zobaczyłem przez szybę samochodu deszcz meteorytów sypiący się z nieba, a może tylko jedną gwiazdę, która spadając potrąciła sąsiednie, a tamte znowu inne i zrobiło się zamieszanie w tym rejonie nieboskłonu. Po chwili jednak wszystko wróciło do stanu ładu i równowagi, a Główny Księgowy Firmamentu odnotował w swoim laptopie, że Stan Ciał Niebieskich został zmniejszony w wyniku Rotacji Transcendentalnej o jedną wypaloną jednostkę, a następnie zastąpiony nową. Jej potencjał i możliwości energetyczne znał jednak wyłącznie Główny Energetyk.

To znaczy, do światowych mediów poszła informacja, że: Zszedł o 21.37, a tak naprawdę wydarzyło sie to o 21.31. Wtedy, kiedy monitor elektrokardiogramu pokazał linię płaską, a nie, kiedy ustały funkcje mózgu. On bowiem, mimo swojej wybitnej inteligencji, całe życie kierował się przede wszystkim sercem, a nie rozsądkiem. Spojrzał na sponiewierane chorobą ciało, tak, jakby przed chwilą nie należało do niego, na swoją byłą świtę i medyków zgromadzonych koło łóżka i z ulgą opuścił szpitalny apartament.

Przed budynkiem, na placu, niezliczony tłum z zapalonymi świecami modlił się nadal o Jego zdrowie. Wszystko prawie było jak przedtem: ludzie śpiewali religijne pieśni, skandowali Jego imię, odmawiali różaniec, ale na ich twarzach, zamiast zachwytu malował się smutek. Zauważył, że ten smutek ma różne barwy; dominowały ciemne brązy, różne odcienie szarości, czerni, ale zdarzało się, że spod nich przebijał żywy róż, czerwień, błękit, pomarańcz… Mocniej, albo słabiej, ale wyraźnie były widoczne; podobnie wyglądały oblicza niektórych Strażników Tajemnicy, zgromadzonych wokół Sacrum. Ciągnął się za nimi charakterystyczny, siarkowodorowy zapaszek, każda z tych osób wyposażona była w różnych rozmiarów i kształtów Nożyczki Do Obcinania Kuponów. Większość z nich miała kształt krzyża, ale widział także nożyczki w kształcie młota na niesprawiedliwość społeczną, komunizm, faszyzm, aborcję, albo terroryzm, ale tylko… pobłażliwie uśmiechnął się na ten widok. Gdyby żył, pewnie zareagowałby inaczej.

Odczekał chwilę, aż otworzyło się okno na górze i dostojnik w purpurowych szatach obwieścił Urbi et Orbi, że On nie żyje. I zanim na Placu rozlegl sie powszechny lament, opuścił go. Udał się za rzekę, do Braci Biednych i Bezdomnych, którym raz na rok, na wiosnę, obmywał nogi. Od razu go poznali. Ślepy (od denaturatu) Julek posadził go na skrzynce od margaryny i otulił kocem, bo nocne zimno ciągnęło od rzeki. Głupia Ewka z chmarą swoich i nie swoich dzieciaków herbaty w blaszance mu przyniosla, a Stefek-hifek na harmonijce Cicha Noc zagrał, choć przecież Chrystusik już umarł i dopiero co zmartwychwstał. A Cygan Urke powiedział, że jak nie ma się gdzie podziać, to niech zostanie z nimi.

Zawsze jestem z Wami – powiedział.

Monachium, 07.04.2005

W górę rzeki (19)

Zbigniew Milewicz

Marsz, marsz Polonia…

W Lidzbarku Warmińskim był końcowy poligon, rekrucki znój i wreszcie żołnierska przysięga. Wcześniej jednak musieliśmy przez trzy lata, raz w tygodniu, chodzić na zajęcia w studium wojskowym UJ. Siedem godzin można było wytrzymać, wkładało się mundur, buty gwoździami podbite, zimą długi szynel, rogatywkę i maszerowało się na zajęcia w Collegium Novum. Naprzeciw stała podrzędna knajpa, zwana Barceloną, w której po szkoleniu piwko tak smakowało… Na porannym apelu, w drugiej kompanii, „bili do dacha” m.in. bracia Zielińscy, Skaldowie, których popularność dopiero się rozpoczynała.

03Na poligonie w LidzbarkuNa poligonie w Lidzbarku

Szkolili nas starzy frontowcy, musztry uczył podpułkownik, albo major, Bąkowski, ogniowego – mjr Proniewicz, taktyki – mjr Bednarski i każdy z nich był wielkim oryginałem. O naszych przełożonych krążyły liczne anegdoty, wynikały zaś na ogół z frontowych opowieści, na które naciągaliśmy ich, aby skrócić nudny materiał dydaktyczny. Z katedry padało na przykład stwierdzenie, że woda wrze w temperaturze 90 stopni… Student przerywał wykładowcy, że jednak będzie ich 100, na co tamten ripostował, iż w warunkach bojowych wszystko wygląda inaczej… Albo: kąt prosty, jak wiadomo, ma 180 stopni… Ależ, panie majorze, fama głosi, że 90… Powiedzcie famie, że jest głupia…

04Major Bednarski i jego studenciMajor Bednarski i jego studenci

Mjr Bednarski, o poczciwej, kresowej duszy, lubił opowiadać, jak zdobywał wała pomorska i szczerze martwił się, że studenci przychodzą na zajęcia z taktyki nie przygotowani. – Ta idziesz ty z kolegą i dziewczyną na ten przykład do kina – chrząkał. – Czemu nie weźmiesz ze sobą zeszytu z taktyki ? Kolejka długa na kilometr, niech kolega jej pilnuje, a ty z boku stoisz i powtarzasz na głos, co w zeszycie zapisane. Później kolega twój to robi, ty za niego w kolejce i obydwaj zdajecie na piątkę.
– A co z dziewczyną? – padało z sali pełne troski pytanie.
– Ty już, synok, nie martw się, ona sobie poradzi – szczerzył pożółkłe zęby.

Major Proniewicz oczekiwał od nas wiedzy szczegółowej, bo i szkolenie ogniowe tego wymagało. Trzeba było nie tylko umieć sprawnie rozebrać i złożyc np. ręczny karabin maszynowy, ale i nazwać wszystkie jego części. Na końcowym egzaminie mógł niejednego z nas tymi detalami wykończyć, ponieważ jednak lubił sobie wypić, odpowiednio się przygotowaliśmy. Na krakowskim Pasterniku mocno grzało tamtego dnia słońce i ono też było naszym sprzymierzeńcem. Złożyliśmy się na skrzynkę piwa i pół litra czystej, którą ukradkiem został ochrzczony chmielowy napój. Przy trzeciej butelce major był już w świetnym nastroju i stawiał studentom coraz lepsze stopnie. Wszyscy zdali, choć nie dał rady całej skrzynce. Nasi kelnerzy zanieśli go do służbowej Wołgi, a on po drodze z rozrzewnieniem śpiewał Marsz, marsz Polonia. Tej pieśni w czasach PRL-u oficjalnie się nie wykonywało, ale egzaminy dobiegły końca i major był już osobą prywatną.

O1TaniecZwyPod koniec szkolenia wojskowego dopuściłem się pewnego skandalu. Pojechaliśmy ciężarówkami na zajęcia z taktyki, na Pasternik. Porucznik Pietras, dowódca kompanii, ogólnie świetny gość, rozdał nam ślepe naboje, których nie wystrzelałem do końca. W czasie drogi powrotnej usiadłem sobie z tyłu pojazdu, obok koleżka, któremu też coś zostało w magazynku i przy Plantach, na raz – dwa – trzy, odsłoniliśmy plandekę.

Taniec zwycięstwa po przejściu do cywila

Po serii z dwóch kałasznikowów, jakiś starszy mężczyzna spadł z roweru, na ulicy zrobiło się zamieszanie, a my mieliśmy wielką frajdę. Dostaliśmy za ten wybryk ostrą naganę i dwa tygodnie sprzątania magazynów studium wojskowego, co było w pełni zasłużoną karą.

Napisałem o tym szczeniackim numerze, ponieważ przypomniało mi się, że na ostatnim roku studiów znowu pojawił się motyw strzelania, tym razem ostrą amunicją. Był marzec 1968 roku, do studentów, którzy w Żaczku konspirowali przeciw nadużyciom komunistycznej władzy, przeniknęli prowokatorzy bezpieki. Pamiętam obcego, młodego mężczyznę (rozpoznałbym go jeszcze dziś), który mocno namawiał nas do wyłamania drzwi w magazynach z bronią studium wojskowego UJ i do użycia jej w czasie demonstracji, przeciw milicji. Na szczęście nikt gada nie posłuchał.

Zanim rozpoczął się tamten trudny okres, było jeszcze trochę miło. W czasie wakacji, w Międzyzdrojach, poznałem Magdę z Warszawy, studiowała na SGPiS. Zaczęły się wyjazdy do stolicy, razem chodziliśmy na spektakle kabaretowe, do Dudka, Owcy, STS- u. Mieszkała na Targówku, w ładnej willi z ogrodem, poznałem jej sympatycznych rodziców. Czasami przyjeżdżała do Krakowa, wtedy zabierałem ją do Teatru Stu, Krzysztoforów, Jamy Michalikowej. Był i stary hotel w Tomaszowie Mazowieckim, leżącym mniej więcej w połowie drogi między dwoma stolicami. Szlagier o nazwie Tomaszów – słowa Julian Tuwim, muzyka Zygmunt Konieczny – śpiewała wówczas Ewa Demarczyk, gwiazda kultowej Piwnicy Pod Baranami, nie mogliśmy tam więc nie pojechać. Pamiętam nasze rozczarowanie senną mieściną, jednak poeta miał prawo się nią zachwycać. Stamtąd pochodziła jego ukochana żona, Beatrycze – „Panna, Madonna, legenda tych lat”.

02Magda-TomMazZ Magdą w Tomaszowie Mazowieckim

Nie napiszę, że byłem w Magdzie zakochany po same uszy, bo zaraz ktoś powie, że to u mnie nic nowego. Moja mama ją w każdym razie lubiła i chyba nie miałaby nic przeciw naszemu małżeństwu. Kiedy w 1968 r. posadzono mnie na Montelupich, Magda napisała do niej list z prośbą, żeby powiedziała mi, że kończy ze mną znajomość. Mama nie zrobiła tego, zaś ów dokument znalazłem wśród rodzinnej korespondencji dopiero parę lat temu. Verba volant, scripta manent, słowa ulatują, pisma pozostają. Ktoś mi później powiedział, że po studiach wyjechała do Paryża, tam wyszła za mąż i wzięła za konserwację zabytkowych mebli, ale wtedy był to już dla mnie czas przeszły dokonany.

Ponieważ sąd uniewinnił mnie od zarzutu działania na szkodę władzy ludowej (Papierowych rycerzy ciąg dalszy), po wyjściu z więzienia mogłem wrócić na uczelnię. Dokończyłem studia i obroniłem pracę magisterską. W Chorzowie, na Wesołej, gdzie dawno nie byłem, mój niemłody już dziadek Erwin powiedział mi jedno, gorzkie zdanie, którego nie zapomnę: jak oni mogli grozić, że wam pogruchoczą kości, nie takiej Polski chciałem, żałuję, że byłem powstańcem. Była to aluzja do marcowego wystąpienia Edwarda Gierka na wiecu w Katowicach, w którym zapowiadał twardy kurs przeciw opozycji. Zapewniłem dziadka, że nie dam sobie zrobić krzywdy, ale on myślał pewnie o kruchości ludzkiej egzystencji i nietrafności życiowych wyborów w skali ogólnej.

Był na emeryturze, chorował i na przykład wielu pracom remontowym w domu nie mógł już podołać, całe gospodarstwo pozostawało praktycznie na głowie babci, a o sprzedaży posesji nie chciał nawet słyszeć. Wtedy uzmysłowiłem sobie, że jestem cholernym egoistą. Pojawiam się w Chorzowie raz na jakiś czas, przyniosę węgla z piwnicy, narąbię drewna, trochę posiedzę i już mnie nie ma, znikam w swoim wygodnym świecie. Kiedy mój dziadek Erwin zmarł i dwaj pracownicy zakładu pogrzebowego wynosili z mieszkania trumnę, w przedpokoju dźwignęli ją trzykrotnie pod sufit i powiedzieli: gospodorz, pożegnejcie się z domem! Taki był koniec adresu na Wesołej 5. Dom został szybko i tanio sprzedany, babcia z ciocią Irką kupiły dwupokojowe mieszkanie w Tychach i życie potoczyło się dalej, uboższe o jednego bliskiego człowieka.

P.S. Dziękuję Krystianowi Cichowskiemu, że w 16 odcinku tej opowieści skorygował imię naszego wychowawcy ze Słowaka, prof. Brzozy, które brzmi Janusz.

W harcerstwie podczas wojny (5)

To już ostatni odcinek wspomnień Karusi z czasów II wojny. Kolejny nieopublikowany w książce Harcerki. Relacje i wspomnienia. Za tydzień umieszczę tu jeszcze, też zaczerpnięty z Archiwum Akt Nowych w Warszawie, tekst o opiece nad rozbisurmanionymi chłopakami w Warszawie na ulicy Chmielnej 26 tuż po zakończeniu działań wojennych w roku 1920.

A jako przerywnik notatka znaleziona w Przeglądzie Pedagogicznym z lutego 1929 roku.

karusia-wycieczki1 karusia-wycieczki2
Karolina Lubliner-Mianowska (Karusia)

O niektórych naszych dzieciach

M A R E K

Marka zabrałyśmy ze schroniska dla dorosłych uchodźców z Warszawy, które było w jednej z willi Konstancina. Doszły nas bowiem wiadomości, że dziecko jest w bardzo złych warunkach. Istotnie zastałyśmy 3-letniego malca okutanego w szmaty, siedzącego na kolanach babki. Staruszka była tak niedołężna, że nie potrafiła w trudnych warunkach wywalczyć dla dziecka choć trochę ciepłej wody do umycia. Dzieciak był dosłownie zjadany przez wszy. Miejsca znajdujące się w zasięgu rączek były rozdrapane do krwi, a tam, gdzie nie mógł dosięgnąć – wszy siedziały jedna przy drugiej. Oczywiście dokładna kąpiel, ostrzyżenie główki i spalenie całego ubrania było pierwszym zabiegiem naszych młodych opiekunek dzieci. Czym było karmione to dziecko można sobie wyobrazić, skoro pierwszy kubeczek osłodzonej bawarki został przyjęty okrzykami „doble, bajdzo doble”. Marek był na ogół miły, rozmowny i rozgarnięty, tylko bardzo trudno było go nauczyć żeby „wołał” w porę.

W pierwszych dniach maja zgłosiła się po Marka powracająca z Niemiec matka.

M A N I U Ś

Brzdąc miał dopiero kilkanaście miesięcy. Przysłano go do nas razem z jego starszą 6-letnią siostrzyczką. Mała opiekowała się bratem ze wzruszającą troskliwością, a miała przy tym ruchy i gesty dorosłej wieśniaczki, co przy jej wymiarach wyglądało wprost śmiesznie. Ponieważ Maniuś był za mały jak na nasze warunki, zaczęły się staranie o umieszczenie go w rodzinie. Wskazano mi adres w Konstancinie, gdzie podobno ktoś chciał wziąć dziecko. Zastałam w ładnej willi matkę z młodą córką. Obraz wojennego nieszczęścia. Mąż młodej kobiety zginął – nie dopytywałam się w jakich okolicznościach. Maleńki, roczny synek umarł na jakąś infekcyjną chorobę. Młoda matka była zupełnie apatyczna, nie odzywała się ani słowem całkowicie zasklepiona w swojej rozpaczy. Natomiast starsza pani mówiła bez przerwy, miotając się nerwowo po pokoju. Z jej chaotycznej nieco mowy zrozumiałam sytuację. Matka wyobraziła sobie, że obce dziecko zastąpi córce zmarłego synka i pozwoli jej powrócić do życia. Po kilku dniach przyszła do nas, porwała Mańka na ręce, zachwycała się nim głośno. Jednak, skoro poznałam już sytuację tej tragicznej rodziny, postanowiłam twardo nie oddać tam dziecka. Biedna matka łudziła się tylko, że obce dziecko pomogłoby córce. Należało się raczej obawiać, że młoda kobieta znienawidzi dzieciaka za to, że żyje, skoro jej synek musiał umrzeć. Nasze wychowawczynie męczyły się więc czas jakiś z Mańkiem, aż na szczęście odnaleźli się jacyś dalecy krewni, którzy zabrali dzieci do Lublina.

Kordula2

K O R D U L A

Naprawdę nazywała się inaczej – Urszula-Krystyna. Ale druhna Kalina tak ją przezwała, jak tylko przyniesiono nam zawinięte w kocyk półroczne dziecko.

Kordula była urocza. Zdrowiutkie, okrągłe niemowlę o śniadej skórze i czarnych oczkach. Była nieślubnym dzieckiem młodej dziewczyny z inteligenckiego środowiska i przedstawiciela jakiejś obcej nacji. Matka zginęła w powstaniu, a maleńką ktoś przywiózł do Konstancina i tak dostała się do nas. Ogromnie się nam podobała. Miała prześmieszny obronny ruch rączki, kiedy się ją brało na rękę, ruch który robił wrażenie, że chce dać ci po buzi. Więc zaczęłyśmy hodować Kordulę. Trzeba było w tym celu użebrać co dzień choć z pół litra mleka dla Korduli, wyskrobać trochę cukru, nie można wszak było karmić Korduli kartoflanką i kapuśniakiem jak resztę dzieci. Mimo naszych starań okazało się po tygodniu, że Kordula straciła na wadze. Po następnym tygodniu – to samo. Wtedy postanowiłyśmy oddać Kordulę w lepsze warunki. Siostry Szarytki miały duży dom dla podrzutków i sierot w Klarysewie i tam zawiozłyśmy małą. Okazało się jednak, żeśmy dla niej źle zrobiły. Niedługo potem w Klarysewskim domu wybuchła jakaś epidemia i biedna Kordula znalazła się w liczbie tych dzieci, które jej nie przeżyły.

Sady pradziadka

Bardzo mi miło, że zostałem zaproszony do tego blogu.

Przeglądając archiwa (i nie tylko) zaznaczyłem już rzeczy, które mogłyby tu zostać przywołane, opublikowane, z którymi chciałbym się podzielić – i nie tylko chodzi tu o sprawy muzyczne.

Od dawnych lat leży mi na sercu działalność – nazwijmy to pro publico bono – zawsze wydawało mi się, że jest wiele do zrobienia, właściwie – nieskończenie wiele – jeśli chodzi na przykład o namawianie ludzi z pasją, aby tę pasję przekazali innym – inspirowali, podzielili się doświadczeniami, a nawet pocieszyli kogoś, kto chwilowo nie ma siły, aby się swoją pasją z kimkolwiek dzielić.

To jednak na razie temat na następny wpis. Dziś…

Andrzej Rejman

Na Litwie

Dziś chciałbym się podzielić moimi świeżymi wrażeniami z krótkiego pobytu na Litwie, gdzie mój pradziadek Adam Doktorowicz-Hrebnicki miał piękny sad, w którym wyhodował do dziś znane odmiany jabłek. Na przykład “Ananas Berżenicki” – najulubieńsza odmiana jabłek Marszałka Piłsudskiego! (Jak pisze w swoich wspomnieniach Tomasz Zan, prawnuk “Promienistego”…)

Uwaga od Redakcji – tekst przysłany przez Andrzeja Rejmana nie pokazywał tego jabłka, wtrącam się więc, ale zaraz z powrotem oddam głos Autorowi.

Na stronie internetowej Stare odmiany znajduje się opis tego jabłka: Odmiana znaleziona na Wileńszczyźnie w Berżenikach koło Dukszt przez prof. Hrebnickiego jako siewka nieznanej odmiany. Owoce są duże lub bardzo duże, kulisto-stożkowate, lekko zwężające się ku kielichowi, delikatnie żebrowane. Skórka mocna, błyszcząca barwy zielonkawożółtej pokryta delikatnym, rozmytym, różowym rumieńcem. Miąższ kremowy, zwarty, po dojrzeniu kruchy, mało soczysty, winno-słodki, lekko aromatyczny. Dojrzałość owoce osiągają w pierwszej połowie sierpnia. Możliwe jest ich przechowywanie do końca września, szybko ulegają rozpadowi. Owoce typowo deserowe. Drzewa rosną bardzo silnie, tworząc kuliste, średnio zagęszczone korony. Późno wchodzą w owocowanie. Są wytrzymałe na mróz i mało podatne na choroby.

***

Pojechaliśmy z małżonką samochodem do Kowna, gdzie w tamtejszym Instytucie Sadownictwa znajdują się bogate zbiory archiwalne – rękopisy, listy, książki Adama Hrebnickiego. Jest tam piękny manuskrypt wielkiego dzieła pradziadka, które zostało wydane w 1906 roku – ATLAS OWOCÓW, jedno z najważniejszych w owym czasie fachowych wydawnictw tego typu na świecie. Wydane zostało w języku rosyjskim, ale Adam Hrebnicki był uczonym polskim, co zawsze podkreślał.

Poniżej link do stworzonej przez rodzinę strony o pradziadku: http://www.adamhrebnicki.com/index_pl.html

Czytamy tam: W 1886 roku Adam Hrebnicki ożenił się ze Stanisławą Stankiewiczówną, córką Jana i Konstancji z Bejnarów, właścicieli majątku Berżeniki, w powiecie święciańskim, na ziemi wileńskiej. Panna młoda wniosła w posagu część majątku Berżeniki, folwark Staniszki, w 1891 roku nazwane przez Hrebnickiego Rajem.
Folwark Raj został planowo podzielony na kwatery po 100 drzew jabłoniowych w każdej. Drzewa jabłoniowe niskopienne wyprowadzane na pniach, wysokości od 1/2 do 3/4 arszyna, (ok 36-54 cm) uszlachetniane były zrazami, sprowadzanymi przez Hrebnickiego z Warszawy, Zaleszczyk, Rygi, Kijowa, ze środkowej i północnej Rosji i z Ameryki.
Była tu także duża kolekcja dzikich drzew jabłoni ze wschodniej Syberii. Tak powstał jedyny w swoim rodzaju sad pomologiczny w Polsce, obejmujący 512 odmian jabłoni i 256 odmian grusz.
Sad ten stał się terenem bogatych obserwacji i doświadczeń praktycznych, stworzył podstawę do licznych publikacji, opracowań monograficznych i podręczników.

***

Litwa jest pięknym krajem, mimo że patrzymy na ten kraj często przez pryzmat Unii polsko-litewskiej, Litwini bardzo dbają o podkreślanie swojej odrębności kulturowej – w końcu język jest zupełnie dla nas niezrozumiały, a pewne szczegóły (to właściwie zadanie dla antropologa kultury) zbliżają ją wyraźnie do krajów skandynawskich.

Tam nie ma wysokich płotów przy domach na wsi!!! Jak w Skandynawii!

I jest Święto Pieśni, obchodzone z wielką pasją, i zaangażowaniem.

Wszyscy śpiewają w tym dniu…!

Załączone zdjęcia nawiązują do naszych korzeni rodzinnych i przedstawiają moją rodzinę od strony mamy, czyli – Adama Hrebnickiego…

rejman-gra-na-instrumentachWacław Stankiewicz i Adam Hrebnicki
Wacław gra na cytrze.

rejman-gra-na-instrumentachRodzina Hrebnickich i Stankiewiczów w sadzie pradziadka – pierwszy z lewej Adam Hrebnicki, szósta z lewej Helena z Zanów Stankiewiczowa, prawnuczka Zana “Promienistego”, a piąta z prawej – Julia Hrebnicka, później Rejmanowa – moja mama.

Autor obu zdjęć powyżej: Stanisław Doktorowicz-Hrebnicki.