Śpieszmy się szanować ludzi – tak szybko odchodzą…

Aleksandra Puciłowska i Kinga Chojnicka

Śmierć zawsze trudno jest zrozumieć. Śmierć osoby młodej, pełnej energii, marzeń i planów na życie tym bardziej. Majestat i tajemnica tego ostatniego aktu, jaki przyjdzie odegrać każdemu z nas na tej ziemi zawsze zdawały się wzbudzać szacunek – dla tragedii osób bliskich, które pozostają- i dla samej zmarłej osoby. Ten, jakże ludzki i – chciałoby się rzec – naturalny odruch, odszedł już zdaje się jednak do przeszłości. Bo gdy umiera lewak, gdy umiera feministka – lub gdy umiera, nie daj Boże, aktywistka LGBT, to sprawy mają się zupełnie już inaczej.
Kasia Bienias – działaczka Zielonych i Kampanii Przeciw Homofobii – odeszła w niedzielę, 19 lipca. Nagle, niespodziewanie, dużo za wcześnie i w tragicznych okolicznościach. Pozostawiła po sobie ukochaną partnerkę, bliskich i przyjaciół. Oni wszyscy mają imiona, ludzkie twarze, własne emocje i zapewne rozszarpane po tej tragedii serca.

Nie chcę cytować pojawiających się w sieci komentarzy na temat śmierci Kasi, bo nie są one nawet godne czytania. Ale jednak tam są, i wciąż się pojawiają. Na celu mają zapewne obrażenie samejKasi- tej znienawidzonej lewaczki. Bo dziś nie liczy się już człowiek – współcześnie istotna jest tylko przynależność do danego obozu polityczno-światopoglądowego. I jeśli ktoś nie jest z nami, to jest przeciwko nam. Nie należy mu się więc szacunek – ani za życia, ani po śmierci.

I w ten oto sposób, redakcja fronda.pl modli się za Kasię, by Bóg wybaczył jej zło, którego dokonała za życia, a rzesza internautów na dziesiątkach różnych portali prześciga się w opluwaniu – często tak ohydnym, że aż niewyobrażalnym – jej pamięci.
Ona jednak tego nie przeczyta. Zrobią to jej bliscy i rodzina. Nie będą mieli siły zaprotestować. Robimy więc to my. Może i nawet nie protestujemy: zwyczajnie prosimy.
Prosto, z serca. Tak po ludzku.
Prosimy – pamiętajmy: choć komentarze, tak szybko i łatwo pozostawiane w przestrzeni medialnej, są anonimowe, to osoby których one dotykają mają już twarze, imiona i nazwiska.
My, lewaccy aktywiści, też mamy rodziny, partnerów i przyjaciół. A kiedy umieramy, to robimy to naprawdę. A łzy tych, którzy nas opłakują są równie realne. To nie jest internetowa animacja. To życie. Nie utrudniajmy go sobie nawzajem. Jest w nim i tak
wystarczająco dużo cierpienia, które przynosi nam wszystkim los po równo. Śmierć partnerki, córki, siostry i przyjaciółki boli nas wszystkich tak samo – lewaków, prawicowców, lesbijki i katolików. Pokażmy choć raz – w obliczu śmierci – iż łączy nas wszystkich to samo: miłość do drugiego człowieka.

Partnerce, rodzicom i wszystkim innym bliskim Kasi życzymy wytrwałości i siły w tych jakże trudnych chwilach. I żywimy głęboką nadzieję, iż jej śmierć nie pójdzie na marne.
Niech nauczy nas wszystkich szacunku do siebie wzajemnie – czyli tego, o co Ona sama próbowała walczyć za swego krótkiego, lecz intensywnego i pełnego energii życia.

***

* Katarzyna Bienias, założycielka zielonogórskiej filii Kampanii Przeciw Homofobii, współprzewodnicząca koła Partii Zielonych; feministka, ekolożka, kandydatka na posłankę na Sejm RP w wyborach parlamentarnych w roku 2011; zginęła tragicznie w dniu 19 lipca 2015 w Sławie, jedyna ofiara śmiertelna niedzielnej nawałnicy w Polsce. Miała 29 lat.

Z sadów pradziadka do Powstania Warszawskiego

1._Julia_Hrebnicka_z_Adamem_Hrebnickiem_Raj_ok_1934Andrzej Rejman

Julia            

Julia Hrebnicka z Adamem Hrebnickim, Raj, ok. 1934 r.

Zbliża się kolejna rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego.

Z tej okazji warto przypomnieć sylwetkę mojej mamy, uczestniczki Powstania, łączniczki sztabowej płk. “Radosława” – Jana Mazurkiewicza.

Temat jest obszerny, więc rezerwuję sobie nawet kilka odcinków na te szkicowe opowieści.

Tymczasem kilka zdjęć z dzieciństwa i młodych lat Julii.

2._Julia_Hrebnicka_ok_1930

3._Julia_Hrebnicka_z_bratem_Kazimierzem_ok_1930 Na dolnym zdjęciu Julia z bratem Kazimierzem,
oba zdjęcia mn.w. z roku 1930.

4._Julia_Hrebnicka 5._Julia_Hrebnicka_ok_1932

 

 

 

 

 

 

 

Julia Doktorowicz-Hrebnicka urodziła się dokładnie sto lat temu, we wrześniu 1915 w przedrewolucyjnym Petersburgu, gdzie mieszkali jej rodzice. Na petersburskich uczelniach studiowało wtedy wielu Polaków, dla których miasto to było jednym z niewielu miejsc, (prócz Wilna, Dorpatu i Rygi) gdzie mogli się dalej kształcić. Dotyczyło to głównie rodzin pochodzących z zaboru rosyjskiego.

Jak pisze Maria B. Topolska w książce “Historia wspólna, czy rozdzielna” – …W latach 1863-1914 w szkołach wyższych różnego typu w imperium rosyjskim studiowało co najmniej 30 tysięcy Polaków, zaś w okresie międzywojennym co trzeci zatrudniony uczony w II RP był absolwentem tych uczelni…

Losy rodziny Hrebnickich związane są właśnie z tym faktem. Ojciec Julii – Stanisław Doktorowicz-Hrebnicki ukończył petersburski Instytut Górniczy (Gornyj Insitut) i pracował w tamtejszym Komitecie Geologicznym, którego przewodniczącym był także Polak – Karol Bohdanowicz.

Do pełniejszego opisu losów Hrebnickich od przyjazdu z Rosji do niepodległej już Polski – wrócę przy innej okazji.

Tymczasem przyjrzyjmy się bliżej losom okupacyjnym mojej mamy – Julii Doktorowicz-Hrebnickiej.

Na zdjęciach legitymacja szkolna z roku 1936 i Julia w roku 1938

7._Julia_Hrebnicka_ok_1938 6._legitymacja_szkolna_Julii_Hrebnickiej

 

 

 

 

 

 

 

Przed wybuchem wojny uczęszczała ona do Prywatnego Gimnazjum Jadwigi Kowalczykówny i Jadwigi Jawurkówny przy ulicy Wiejskiej,które ukończyła uzyskując maturę w 1934 roku.

W tymże roku wstąpiła na Wydział Ogrodniczy warszawskiej Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego.

Podczas okupacji obroniła (podczas kontynuowanych konspiracyjnie zajęć akademickich) pracę magisterską p.t. „Płynny owoc produkowany w Polsce i jego ocena mikrobiologiczna i chemiczna ze szczególnym uwzględnieniem witaminy C” i uzyskała tytuł magistra inżyniera w 1940 roku – potwierdzony dyplomem w 1946 roku.
Jej patriotyzm i gotowość służenia Krajowi skierował ją do pracy w ruchu oporu.

Zaangażowana początkowo przy kolportażu prasy podziemnej pod pseudonimem „Elżbieta” w 1941 roku zostaje łączniczką kursów szkolenia sabotażowo-dywersyjnego przy Komendzie Głównej Związku Walki Zbrojnej (później AK).

W przeddzień Powstania Warszawskiego przydzielona do sztabu pułkownika „Radosława” jako łączniczka sztabowa bierze udział w walkach na Woli i Starym Mieście. Będąc ranna trafia do szpitala, w którym pozostaje opiekując się ciężko rannymi i nie korzysta z możliwości wyjścia ze Starego Miasta przy ewakuacji szpitala. Tu zostaje powtórnie ranna zawalonym przez bombę stropem, tracąc stopę. Za odwagę i poświęcenie otrzymuje dwukrotnie Krzyż Walecznych i krzyż Virtuti Militari.

c.d.n.

Reblog: Maść do latania

Stanisław Czachorowski (profesor)

O tym jak maść do latania wynalazłem

01.07.2015 sczachor

Słowo wynaleźć ma dwa znaczenia. Po pierwsze wynaleźć czyli odkryć coś nowego, skonstruować wynalazek itd. Niewątpliwie oznacza kreatywność. Po drugie w języku potocznym wynaleźć to wyszukać, wyszperać spośród tego co już jest, tylko gdzieś się zapodziało. Czyli przywrócić na nowo do życia. Maść czarownic do latania wynalazłem na dwa sposoby (efekty). Po pierwsze wyszperałem z zapomnianego dziedzictwa ale i mocno zmodyfikowałem, a więc jest coś na nowo opracowane (nie udałoby się bez współpracy).


Na zdjęciu – Ewa Maria Slaska w kuchni; na stole na pierwszym planie butelka pomalowana przez Autora rok temu, w głębi, za cukiernicą, słoiczek (też pomalowany przez Profesora) z maścią do latania. Właśnie zabieramy się do konsumpcji. Foto: Zofia Wojciechowska

Maść do latania pojawia się w zupełnie nowym kontekście i znaczeniu.

Maść do latania naprawdę kiedyś istniała. A czarownice? Też były ale jedno i drugie miało inne znaczenie niż teraz im przypisujemy. Inaczej te słowa rozumieliśmy. Odtwarzanie maści czarownic jest formą edukacji przyrodniczej i działaniem na rzecz ochrony bioróżnorodności i atrakcyjności turystycznej prowincji. W ten sposób wspieram kreatywnie gospodarkę lokalną i współpracuję z lokalną przedsiębiorczością. Po to właśnie powstało na Uniwersytecie Warmińsko-Mazurskim Centrum Badań nad Dziedzictwem Kulturowym i Przyrodniczym. Kontekst kulturowy z nutą dowcipu jest pomocny w promowaniu lokalnej żywności i dziedzictwa kulinarnego.

Nasi przodkowie świat poznawali organoleptycznie i obserwując skutki. Świadomie i nieświadomie eksperymentowali na sobie, a głód i choroby motywowały do kolejnych prób i poszukiwań. Teraz korzystamy z ogromnego bogactwa roślin i zwierząt jako pokarmu, kosmetyków, leków. Ale poprzedzały to niezliczone próby wielu pokoleń, w tym otruć, śmierci i różnych porażek. Sporo z tego dawnego dziedzictwa zapomnieliśmy. Teraz na nowo je odkrywamy. Przykładem jest pokrzywa, która niedawno wróciła do kulinarnych łask a pomogła konsekwentna promocja i pokazywanie pokrzywy w różnorodnych, kulturowych kontekstach. Liczy się nie tylko smak, ale i opowieść. Jest więc zupa z pokrzywy, pierogi z pokrzywą czy nawet lemoniada pokrzywowa. Lokalna i unikalna specjalność, w sam raz do pogłębionej turystyki. Dla ludzi poszukujących intelektualnej przygody.

To, co jedli nasi przodkowie, czasem leczyło, czasem przynosiło skutki nieoczekiwane. Czasem można było się otruć a czasem pojawiały się wizje, omamy, halucynacje. Dzisiaj wiemy, że to na skutek różnych substancji działających na nasze zmysły i układ nerwowy. W niewielkich ilościach mogą być lecznicze, w większych mogą okazać się trucizną. Tak jak każde lekarstwo.

Dawniej inaczej rozumiano otaczający nas świat, większym stopniu interpretowano go jako połączenie sił duchowych i realnych. Wszystko było ze sobą pomieszane. Jeśli jakieś ziele leczyło… to dlatego, że miało moc magiczną czy przy współudziale demonów i sił tajemnych. Dzisiaj identyfikujemy konkretne związki biologicznie czynne i potrafimy opisać ich reakcję w organizmie. Ba, nawet syntetyzować podobne (np. antybiotyki), bo rozumiemy ich działanie na poziomie molekularnym i fizjologicznym.

Nasi przodkowie odkrywali, że po zjedzeniu niektórych roślin (lub zwierząt) czują się lepiej, są pobudzeni, a czasem mają wizje. Tak odkryliśmy używki takie jak kawa czy herbata, ale i narkotyki. Wiele roślin i grzybów psychotropowych używanych było w przeszłości. Niektóre – do praktyk szamańskich, bo świat przesycony demonami i siłami duchowymi, które można było umiejętnie wykorzystać do własnych celów (unikać niebezpieczeństwa, pozyskać wiedzę lub bogactwo). Tak powstała maść czarownic, z wykorzystaniem różnych roślin trujących a działających na układ nerwowy. A że dostępnośc roślin i grzybów psychotropowych była różna w różnych regionach, to i skład owych specyfików był różny.

Dlaczego czarownice? Bo czarownice, wajdeloci, zamawiacze, szeptuchy to były określenia na ludzi niebezpiecznych, czasem pomagających, czasem szkodzących (rzucających uroki). We współczesnej kulturze filmów i kreskówek, gdy mniej boimy się świata, dawne upiory, zmory, wampiry, czarownice „ucywilizowaliśmy” i sprowadziliśmy do postaci sympatycznych. Tak jak krasnoludki – kiedyś uważane za demony najczęściej szkodzące, przynoszące choroby. Dzisiaj w kulturze krasnoludek to sympatyczny karzełek, pomagający człowiekowi.

Maść czarownic nie służyła do smarowania miotły, ale do „odlotów” duchowych, wizji narkotycznych. Po zażyciu miało się wrażenie lotu… i docierania do innego, duchowego świata. Nie wiem kiedy pojawiała się w popkulturze miotła, ale najstarsze opowieści informowały o wchodzeniu do kotła, po posmarowaniu się maścią. Tłuszcz był elementem konserwującym i rozpuszczającym substancje roślinne. Teraz o tym wiemy. Jednym z wykorzystywanych tłuszczów był smalec gęsi. To na jego bazie przygotowywano maść czarownic, jadło się albo smarowano (w miejscach ciała o cienkiej skórze, by łatwiej wnikały substancje do krwi).

Po przestudiowaniu wielu opracowań historycznych i etnobotanicznych, po odfiltrowaniu treści fantastycznych od przyrodniczych zaproponowałem nowy skład dla maści do latania. We współpracy z kucharzem i restauratorem z Cudnych Manowców powstała manowcowa maść czarownic do latania. Ale w wersji bezpiecznej, bez użycia bielunia czy innych roślin trujących. Odgrzebany stary przepis, nawiązujący do historii oraz dziedzictwa niematerialnego ale przetworzony i na nowo opracowany. Maść czarownic wynaleziona na dwa sposoby.

Dlaczego pozostawiam nazwę na poły fantastyczną – maść do latania? Nie żeby oszukiwać i dawać złudną nadzieję na latania wbrew prawom fizyki, ani by promować dopalacze i inne narkotyki. Po to, by nawiązywać do bogatego dziedzictwa niematerialnego i przywracać zapomniane dziedzictwo kulinarne z wykorzystaniem takich „chwastów” jak bylica pospolita czy bluszczyk kurdybanek. Na nowo eksperymentować w kuchni i korzystając z lokalnej bioróżnorodności wynajdować nowe przepisy… albo odtwarzać stare. Ma to posmak archeologii eksperymentalnej i współczesnej innowacyjności.

Na zdjęciu: bylica (Wikipedia D)

Nie samym jedzeniem człowiek żyje ale i kulturą. Bylicę pospolitą, dawniej uważaną za roślinę magiczną, wykorzystywano także w noc świętojańską. Dlatego debiut manowcowej maści do latania odbył się w Noc Świętojańską. Degustacji towarzyszyły opowieści etnobotaniczne i historyczne oraz przecudna muzyka Ani Brody. Sama nazywa swoje granie jako muzyka elficka. Na starym instrumencie i w nawiązaniu do archaicznych stylów śpiewu (tzw. biały śpiew). Stara tradycja w zupełnie nowej aranżacji. Pełen folkloryzm, czerpanie z dziedzictwa ale i tworzenie czegoś zupełnie nowego, oryginalnego.

Smalec z gęsi… jest zdrowy ze względu na zwartość tłuszczów nienasyconych. W dobie „walki” ze „złym cholesterolem” warto przywrócić gęsinę tradycji kulinarnej. Poza hodowlą fermową polskiej wsi warto przywrócić małe, domowe hodowle i to najlepiej stare rasy zwierząt. Nie tylko polską gęś kołudzką białą ale wiele innych, starych i zapominanych ras. Przy okazji mogą … gęsi robić za kosiarki do trawy. Mamy więc dwa motywy odtwarzania maści do latania: ochronę bioróżnorodności w postaci przywrócenia bylicy pospolitej na polskie i restauracyjne stoły oraz ochronę starych ras gęsi (a przy okazji bioróżnorodności łąki spasanej przez gęsi a nie wykaszanej kosiarką). Trzecim motywem jest dziedzictwo kulturowe. I jest jeszcze czwarty motyw: wsparcie lokalnej turystyki i lokalnych producentów żywności. Żywność wysokiej jakości potrzebuje wsparcia i ułatwienia współpracy małym przedsiębiorcom produkującym żywność, pensjonatom i restauracjom, rękodzielnikom. Maść do latania ma wspierać powstająca sieć współpracy, nazwanej Wimlandią. Jest to jedno z wielu zaplanowanych działań.

Reblog: Jak kupować ubrania

Pytanie: Jak kupować ubrania, żeby być fair?

Anna Piotrowicz

Większość ubrań na sklepowych półkach łączy jedno: miejsce produkcji nadrukowane na metce. Często to, co kończy zdanie „Made in…” kryje za sobą nieludzkie warunki pracy i nieprawdopodobnie niskie wynagrodzenie. Najczęściej dotyczy to Turcji, Europy Wschodniej i Azji. Przykładowo, z takiej koszulki uszytej w Bangladeszu i sprzedawanej za 59 złotych, 39 złotych dostaje sklep, 40 groszy  – szwaczka, resztę zabiera producent.

Długi łańcuch dostaw to norma przemysłu odzieżowego. Twoje ubranie, zanim do Ciebie dotrze, zdąży „zwiedzić” nawet kilkanaście krajów. Każdy z nich odpowiada za inny etap procesu wytwarzania – od produkcji tkaniny, po samo szycie. Przy każdej z tych czynności pracują ludzie. W większości przypadków, wysokość ich zarobków jest o wiele niższa niż wyznaczony przez ONZ próg ubóstwa, który wynosi jedynie 2 USD (około 7 złotych) dziennie. Jakie działania powinna podjąć firma odzieżowa, żeby można było mówić o godnym życiu pracownika?

Podstawową kwestią jest godna płaca!
Dla wszystkich zatrudnionych na wszystkich etapach łańcucha dostaw.

Ty, jako klient, masz na to większy wpływ niż myślisz. Podejmując codzienne decyzje, manifestujesz swoje stanowisko. Na rynku obecne jest multum marek odzieżowych. Spora część z nich nie spełnia wymagań produkcji etycznej. Niełatwo znaleźć ubranie, które wpasowałoby się w nurt odpowiedzialnej mody. Ale spokojnie – jeżeli chcesz robić świadome zakupy, musisz po prostu wiedzieć gdzie szukać informacji i po czym poznać odpowiednie produkty. Więc …

… JAK KUPOWAĆ, ŻEBY BYĆ FAIR?

Nie bój się szukać. Internet to kopalnia wiedzy o produkcji ubrań. Wszystkie zrzeszenia i organizacje walczące o godziwe wynagrodzenie i warunki pracy udostępniają swoje materiały dla każdego.

Kupuj w sklepach internetowych. Powstaje coraz więcej marek odzieżowych, które oferują ubrania potwierdzone certyfikatem. Taka informacja powinna znajdować się na ich stronie internetowej.

Pytaj. Większość firm ci odpowie. Jak nie, to u nich nie kupuj…

Wybieraj marki, które mają lokalnych dostawców i lokalne szwalnie. Skoncentruj się na polskich markach, których z roku na rok jest coraz więcej.

Nie masz czasu? Szukaj szybszych rozwiązań. Jednym z nich jest aplikacja mobilna „Fair Fashion?” To idealne rozwiązanie, jeżeli nie masz czasu szukać odpowiedniego sklepu, a chcesz dokonywać świadomych wyborów. Zawiera bazę danych o najbardziej popularnych sieciówkach.

Zwracaj uwagę na metki. Być może znajdziesz na niej odpowiedni certyfikat. Każdy z nich odpowiada nie do końca za to samo, więc warto je poznać. Taki certyfikat da Ci gwarancje, że dokonujesz lepszego zakupu.

Zasada jest prosta: jeśli na metkach nie ma niczego o tym, że wyrób jest produkowany etycznie, to znaczy, że nie jest.

I wreszcie, zmień sposób ubierania się:

  • Po pierwsze: zminimalizuj ilość kupowanych ubrań. Nie ulegaj impulsom, myśl o tym co można nosić przez kilka sezonów. Korzystaj ze swappingu, czyli wymiany ubrań. Kupuj w lumpeksach – nie będziesz wspierać wyzyskiwaczy, to możesz znaleźć tam prawdziwe perełki.
  • Po drugie: jedno ubranie, wiele możliwości. Pobaw się w projektanta, poprzeszywaj, poprzerabiaj. Znajdź nowe zastosowanie dla swojego ciucha.
  • Po trzecie: inwestuj w tekstylia, które są biodegradowalne lub nadają się do recyklingu.

A więc – możesz. Zawsze możesz coś zrobić! Nie musisz wspierać wyzyskiwaczy. Dowiedz się, jak kupować, aby być fair.

I jeszcze reblog nr 2:

1baner%20koszulka780X370Rozpoczynamy nową odsłonę kampanii „Godna Płaca dla Wszystkich”. Specjalna strona internetowa (w kilkunastu językach) zachęca konsumentów i konsumentki z całej Europy do składania symbolicznej reklamacji ubrań z powodu braku godnej płacy.

Dołącz do kampanii teraz i złóż reklamację do firm odzieżowych >>>>>>>>>>

Zarówno w krajach azjatyckich, jak i w Europie, pracownice globalnego przemysłu odzieżowego z trudem wiążą koniec z końcem, otrzymując zbyt niskie wynagrodzenie. Obecny poziom płac nie pozwala na godne życie. Ustawowa płaca minimalna to zaledwie 19% godnej płacy w Bangladeszu, 31% w Indonezji oraz 35% w Kambodży.

Obecny poziom płac minimalnych powoduje, że pracownicy muszą znosić upokorzenia i życie w ubóstwie bez szansy na poprawę swojego losu. Osoby pracujące w fabrykach odzieżowych od dekady postulują o godną płacę. Wychodzą na ulice, demonstrują i żądają od firm, na zlecenie których szyją, jednego: Godnego życia.

Zachęcamy europejskich konsumentów i konsumentki do przyłączenia się do symbolicznej reklamacji swoich ubrań z powodu wady, jaką jest brak godnej płacy dla osób które je uszyły. Nadszedł czas by przyznać prawo milionom pracowników i pracownic przemysłu odzieżowego do godnego życia. W ostatnich dwóch latach, więcej niż 110 000 europejskich konsumentów i konsumentek podpisało naszą petycję. To pokazuje, że widzą oni potrzebę działania firm i rządów w kierunku wprowadzania godnej płacy.

Kampania zakończy się w Brukseli, podczas Forum „Godna Płaca Teraz”, które odbędzie się 12-14 października 2015 roku. Podczas tego międzynarodowego spotkania Clean Clothes Campaign przedłoży postulaty wsparte przez tysiące konsumentek i konsumentów, dzięki podpisanej przez nich petycji o godną płacę dla wszystkich i wezwie przedstawicieli firm odzieżowych oraz decydentów z krajów UE do podjęcia solidnych działań na rzecz poprawy sytuacji pracowniczej w przemyśle odzieżowym, w obszarze respektowania praw człowieka.

Przypomnij firmom odzieżowym, że są odpowiedzialne za wprowadzenie godnej płacy w całym swoim łańcuchu dostaw! Dołącz to setek tysięcy osób i złóż reklamację >>>>>>

„Buntownicza siódemka” i „Ulotka”

Dr Lidia Głuchowska

… czyli jeszcze raz wystawa w Bydgoszczy

Mianem „Buntowniczej siódemki” w roku 1918 krytycy poznańscy określali tamtejszą grupę ekspresjonistów, którzy wystąpili z transgranicznym programem sztuki zaangażowanej. Do jej dokonań nawiązują twórcy współcześci, którzy przygotowali prezentacje artystyczne na wystawę „Bunt – Ekspresjonizm – Transgraniczna Awangarda. Prace z berlińskiej kolekcji prof. St. Karola Kubickiego”. Wystawa w Muzeum Okręgowym w Bydgoszczy czynna jest jeszcze do 23 sierpnia i prezentuje dialog artystów współczesnych ze sztuką klasycznej awangardy *.

1-2-3Aranżacja wystawy „Bunt – Ekspresjonizm – Transgraniczna Awangarda” w Muzeum Okręgowym im. Leona Wyczółkowskiego w Bydgoszczy. Prace grupy Bunt sąsiadujące z aranżowanymi słupami ogłoszeniowymi oraz stelażem projektu ulotka (po lewej) i prezentacją Ich 7. W tle rzeźba Cerber Małgorzaty Kopczyńskiej (2013) i druk wypukły Andrzeja Bobrowskiego Transfiguration 2 (ok. 2013).

Prace grupy Bunt, w tle po lewej rzeźba Cerber Małgorzaty Kopczyńskiej (2013) i druk wypukły Andrzeja Bobrowskiego Transfiguration 2 (ok. 2013), a po prawej Autoportret Piotra Szurka (2012).

Na pierwszym planie rzeźba Cerber Małgorzaty Kopczyńskiej (2013) i rysunek Jacka Szewczyka Aleja bez pracy (1999)

Relacje z poprzedniej odsłony wystawy, w Muzeum Narodowym w Poznaniu, zamieszczaliśmy w minionych tygodniach: TU, TU i TU. Zapowiadaliśmy też już wystawę i konferencję w Bydgoszczy TU i TU.

Uczestnicy projektu Ich 7, którego nazwa nawiązuje do określenia, którym opisywano grupę Bunt tworzą prace programowo i technologicznie nawiązujące do inspiracji płynących z dokonań ich działających przed niemal stu laty kolegów, które ukazują zarazem trwałość, jak i kierunki reinterpretacji idei oraz estetyki awangardy. Dwujęzyczna nazwa prezentacji Ich 7 to echo dwujęzyczności nazwy grupy Bunt, programowo wyrażającej ponadnarodowe postulaty ekspresjonizmu. Ich po niemiecku znaczy ja. Jest to oczywiście słowo używane przez każdego w codziennym życiu, ale także powszechnie stosowane pojęcie w filozofii i psychologii jaźni.

Prace tworzące projekt posiadają formaty znacznie większe niż dzieła działających u schyłku I wojny światowej i na początku międzywojnia twórców grupy Bunt. Związane jest to ze zmianą form recepcji. U schyłku XIX i w pierwszych dekadach XX wieku dzieła graficzne upowszechniano często za pomocą czasopism artystycznych, które nierzadko przesyłano pocztą nawet do odległych krajów, przyczyniając się do zwiększenia zasięgu ich odbioru, a równocześnie do egalitaryzacji i nobilitacji tego medium.

3-4Słup ogłoszeniowy w obrębie zaaranżowanej na wystawie kawiarni, z reprodukcjami grafiki z czasów Buntu i klasycznej awangardy.

Słup ogłoszeniowy, prace Stanisława Kubickiego i stelaż z prezentacją zbiorowej realizacji grafików współczesnych z pracami w klasycznym formacie ulotki.

Dziś grafika jest nie tylko wyemancypowaną i w pełni respektowaną formą sztuki, ale też całkowicie zdominowała oblicze współczesnej ikonosfery, a prace graficzne osiągają iście monumentalne formaty.

6 Bunt_Kubicki_film Tyszkiewicz_foto LGKontrast formatu dzieł grupy Bunt i współczesnej grafiki. W tle praca Przemysława Tyszkiewicza Magiczne skutki połykania świeżych motyli (2003) .

7 BUNT Ich 7 Tyszkiewicz Gertchen Szurek Kopczynska foto NehrebeckaSłup ogłoszeniowy z reprodukcjami zaginionych dziś prac klasycznej awangardy i dokumentacją jej dorobku z czasopism, plakatów i fotografii. W tle prezentacja Ich 7. Od lewej prace Przemysława Tyszkiewicza, Agaty Gertchen, Małgorzaty Kopczyńskiej i Piotra Szurka.

Prezentacja Ich 7 ma wskazywać nie tylko na tę ewolucję w obiegu komunikacyjnym sztuki, lecz również na szeroką skalę środków ekspresji artystycznej i dominant tematycznych charakterystyczną tak dla twórców grupy Bunt, jak i dla twórców współczesnych czerpiących inspirację z ich dorobku.

8 Szewczyk Aleja bez pracyJacek Szewczyk, Aleja bez pracy, rysunek (1999).

Z pozoru abstrakcyjny rysunek Jacka Szewczyka Aleja bez pracy (1999) jednoznacznie nawiązuje zarówno do tendencji abstrakcyjnych, jak i społecznego zaangażowania ekspresjonistów, wyrażając atmosferę alienacji i lęku zuniformizowanego na pozór morza bezrobotnych. Przygnębiający aktualnością temat zostaje tu pozornie strywializowany poprzez wykorzystanie techniki kameralnej, budząc poczucie obcości i skłaniając do refleksji. Zagęszczenie precyzyjnych linii, nagromadzonych w żmudnym procesie tworzenia obrazu z wykorzystaniem multiplikacji motywu głów z ustami rozwartymi do stłumionego krzyku. Ta aleja nie jest miejscem dla relaksujących się spacerowiczów, a po to kiedyś w miastach powstawały aleje i bulwary, ta aleja emanuje grozą. Jej widok wytrąca widza z poczucia spokoju i zadowolenia.

9 Bunt Szewczyk Tyszkiewkicz Gerchen Kurak Lg BPrace grupy Bunt i prezentacja Ich 7. Po prawej rzeźba Cerber Małgorzaty Kopczyńskiej o raz dwie prace Macieja Kuraka z cyklu Cnoty kardynalne (2015).

Dwie prace Macieja Kuraka – 1. Wiara (Wolność wiodąca lud na barykady) i 3. Miłość (Estetyzacja polityki) z jego tryptyku Cnoty kardynalne (2015) – koncentrują się na treściach ideowych. Z radykalną wymową tych dzieł kontrastuje filigranowy format i delikatność zastosowanej tu techniki akwarelowej.

Rzeźba Małgorzaty Kopczyńskiej zatytułowana Cerber (2013) ma sens metaforyczny. Hades-podziemie, którego strzeże, czy raczej, do którego ma wgląd, zdaje się być azylem chroniącym od rzeczywistości. Cerber to torso pozbawione integralności, wykonane wprawdzie w realistycznej, klasycznej konwencji rzeźbiarskiej, jednak niepokojące widza swą fragmentarycznością jakby rodem z repertuaru chwytów dadaistyczno-awangardowych.

Znacznie bardziej wyciszony i tradycyjny wydaje się Autoportret Piotra Szurka (2012) (por. fot. 2 i 7) wykonany w technice akwaforty i akwatinty. Precyzja kreski i światłocienia przywołują tu na myśl klasyczne ołówkowe portrety tworzone od XVIII wieku do noszonych na piersi medalionów. Jednakże absolutnie nieklasyczny w wymowie jest tu format wielokrotnie przekraczający ludzką skalę. Od akademickiej konwencji portretowej odstaje też wymowa dzieła, które nieco przypomina maskę pośmiertną i nawiązuje do ekspresjonistycznej obsesji introspekcji i autoanalizy cenzurowanych przez społeczną konwencję emocji.

Prace Andrzeja Bobrowskiego Transfiguracja 2 (por. fot. 1, 2) i Agaty Gertchen Failed 05 (fot. 7 i 11) – obie wykonane techniką druku wypukłego, 2013 – wpisują się w typową dla Buntu tradycję druku wypukłego, a zarazem stanowią kontynuację awangardowych poszukiwań sposobów przestawiania czwartego i piątego wymiaru, a więc ruchu i czasu. Są one również przykładem syntetyzacji zaczerpniętych z natury elementów realistycznych i poprzez przeskalowanie – przenoszenia ich w sferę abstrakcji. Andrzej Bobrowski stosując przy tym metodę nacinania druku w celu zwiększenia reliefowości jego powierzchni, uzyskuje w swej pracy efekt tak ważnego dziś 3D.

Akwaforta z akwatintą Przemysława Tyszkiewicza Magiczne skutki połykania świeżych motyli z roku 2003 (fot. 6, 7, 9) odsyła do ekspresjonistycznych i surrealistycznych wizji odzwierciedlających fascynację nieznanymi obszarami ludzkiej psychiki i jaźni elementów. W duchu tradycji swych poprzedników Tyszkiewicz obnaża konwenanse, przejawy prowincjonalizmu i ksenofobii, zwalcza idealizację rzeczywistości w mediach oraz utrwalanie hipokryzji społeczno-politycznej, a także ograniczenia narzucane jednostce przez oficjalne instytucje.

Formy komunikacji medialnej, do których odwołują się projekty Refleks i Ulotka należą do typowych gatunków wypowiedzi Buntu oraz europejskiej awangardy okresu międzywojennego. Były to przede wszystkim: książka artystyczna i druk informacyjno-propagandowy o wymowie politycznej. Kolportowany na wiecach wspierał manifesty artystyczne oraz idee emancypacji społeczno-politycznej.

10 BUNT Bydg Ulotka foto NehrebeckaDwa stelaże prezentacji Ulotka z prezentacją 31 grafik współczesnych.

11 Bunt Ulotka Bobrowski foto LGbStelaże prezentacji Ulotka (widoczny druk cyfrowy Wojciecha Kołacz, Nowy Ład), plakaty I wystawy grupy Bunt (1918) w języku polskim i niemieckim oraz linoryt Andrzeja Bobrowskiego, Transfromacja M/S (2015), logotyp wystawy.

Projekt Ulotka (2015, kurator Maciej Kurak) tworzy zespół 31 prac grafików związanych z polskimi uczelniami artystycznymi, ukazujących problematykę społeczną z różnych perspektyw lokalnych. Realizacje eksponowane na stelażach w formie róży wiatrów ogląda się jak druki w przeglądarce plakatów. Ukazana w ruchu Ulotka staje się metaforą zmienności i synonimem idei otwarcia na innowacyjne wartości kulturowe i społeczne.

12 Bunt Bydg Szewczyk_filmUlotka foto LGJacek Szewczyk, Aleja bez pracy, rysunek (1999), cokół z prezentacją książki artystycznej Refleks (2014) oraz film Bunt –Re-wizje, koncepcja: Lidia Głuchowska, Anna Kraśko, realizacja: Anna Kraśko (2015).

Efektem projektu Refleks (2014-2015) jest instalacja, której najważniejszy komponent stanowi bibliofilska książka, zawierająca oryginalne prace graficzne. Jej pierwszemu pokazowi w poznańskiej galerii Rarytas wiosną 2014 roku towarzyszył afisz zaprojektowany przez Andrzeja Bobrowskiego, stanowiący transformację plakatu pierwszej wystawy grupy Bunt (1918) z linorytem Stanisława Kubickiego Wieża Babel (1917). W miejscu pierwotnej wieży ukazuje on jednak tunel – element aranżacji przestrzeni premierowej prezentacji – metaforę przemiany społecznej.

W 2015 roku na potrzeby wystawy Bunt – Ekspresjonizm – Transgraniczna awangarda powstał film Marka Glinkowskiego, będący częścią ekspozycji.

Zdjęcia we wpisie: Lidia Głuchowska i Mariola Nehrebecka

Dwie dziewczyny z cmentarza w Berlinie

Ewa Maria Slaska

Obie dziewczyny były muzułmankami i zostały pochowane na Landschaftsfriedhof Gatow, w berlińskiej dzielnicy Spandau (dawna słowiańska nazwa tej dzielnicy brzmiała Szpandawa), na Maximilian-Kolbe-Str. 6. Na cmentarzu jest duża kwatera grobów muzułmańskich, gdzie wszystkie groby są zorientowane w kierunku Mekki. Jedna z dziewczyn była Kurdyjką, druga – Syryjką. Obie były mężatkami czyli, podobnie jak w przypadku Julii, chodzi mi o dziewczyny z racji wieku a nie statusu.

Hatun Sürücü (1982–2005), Kurdyjka, była ofiarą tzw. mordu honorowego. Mord honorowy jest karą wymierzaną przez rodzinę za okrycie jej hańbą lub zniesławienie. Hatun została zastrzelona przez brata. Rodzina od lat 70 mieszkała w Berlinie. Hatun miała siedmioro rodzeństwa, dwie siostry i pięciu braci, wszyscy zostali wychowani nader tradycyjnie, a potem wręcz fanatycznie. Ale Hatun była inna, Hatun chciała żyć po swojemu, w żaden sposób nie odpowiadała ideałowi tradycyjnej muzułmańskiej córki, była samodzielna i uparta. Rodzice najpierw zabrali ją ze szkoły, a gdy miała 16 lat, wysłali ją do Istambułu i przymusowo wydali za mąż za kuzyna, z którym zaszła w ciążę. Hatun uciekła od męża i od rodziny, wróciła do Berlina i zamieszkała w ośrodku dla niepełnoletnich matek. Przestała nosić tradycyjny strój islamski. Urodziła syna, wynajęła samodzielne mieszkanie, ukończyła naukę zawodu. I wtedy brat ją zastrzelił.

Portret Hatun na zniczu postawionym na jej grobie w dziesiątą rocznicę śmierci, 7 lutego 2015 roku.

Jej brat, morderca został skazany na 9 lat więzienia. Dziś w dziesięć lat po jej śmierci i on, i jego dwaj starsi bracia, którzy wspierali go w planach zabójstwa, mieszkają w Turcji. Syn Hatun został oddany do rodziny zastępczej.

***

Drugą dziewczynę pochowano na “cmentarzu krajobrazowym” w Gatow przed miesiącem, 16 czerwca 2015 roku. Jest to młoda syryjska mężatka. W grobie leży też jej dwuletnie dziecko. Oboje utonęli w marcu w drodze na Lampedusę. Jej mąż przeżył i przeżyły jej trzy starsze córeczki, są w Niemczech. Mąż złożył podanie o azyl polityczny, ale ponieważ nie jest ono jeszcze rozstrzygnięte, nie dostał pozwolenia na opuszczenie aktualnego miejsca zamieszkania i nie wziął udziału w pogrzebie. Jednak wyraził zgodę na pochówek i na to że przyjmie on formę protestu artystyczno-politycznego. Ciało jego żony zaraz po wypadku zostało pochowane na Sycylii, teraz je ekshumowano i dostarczono do Berlina w ramach akcji “Die Toten kommen” – “Idą umarli”. Akcję zorganizowało “Zentrum für Politische Schönheit” (Centrum Politycznego Piękna) jako protest przeciwko bezdusznej polityce Europy w stosunku do uciekinierów.

Można się zastanawiać, czy ciało ludzkie powinno być używane jako eksponat w akcji artystycznej, nawet jeśli jest ona jednocześnie protestem politycznym w słusznej sprawie. Ale z drugiej strony… Zmarłych uciekinierów chowa się we Włoszech w workach na śmieci, w zbiorowych grobach, ciała czekają niekiedy tygodniami na pochówek. I to nie w lodówce! Tymczasem pogrzeb w Berlinie odbył się po ludzku, ba, więcej, bo zgodnie z muzułmańskimi zasadami. W uroczystości wziął udział imam. Trumnę pokrywał orientalny dywan, leżały kwiaty, przybyli żałobnicy.

W kilka dni później symboliczną wymowę pogrzebu podkreśliła demonstracja na łące przed budynkiem Reichstagu, gdzie koparka wykopała kilka symbolicznych grobów. W akcji wzięło udział pięć tysięcy osób.

W najbliższym czasie mają się pojawić w Berlinie kolejne groby. Prawdziwe i symboliczne. Organizatorzy są zdania, że tylko tak zdoła się wstrząsnąć świadomością rządzących, którzy na co dzień nie muszą się konfrontować ze śmiercią uciekinierów, bo ci umierają daleko stąd, gdzieś na morzu między Azją, Afryką i Europą. Ale, twierdzą artyści, choć umierają daleko od nas, to i tak tu przyjdą, a wtedy będziemy musieli gorzko zapłacić za naszą bezduszną politykę.

Habent sua fata libelli…

Pro captu lectoris habent sua fata libelli, zapisał w III w. n.e. Terentianus Maurus. Zdanie to naprawdę głosiło, że w zależności od tego co wie i pojmie czytający, książka zostanie inaczej odebrana, będzie więc inną książką. Ale dla mnie i, jak sądzę, nie tylko dla mnie, ta sentencja oznaczała, że książki mają swoje losy i że różne się im rzeczy przydarzają…

W tym tekście chodzi o losy książki, raz podziwianej, potem potem potępionej w czambuł, znowu podziwianej, znowu…

Bardzo proszę o komentarze!

Ewa Maria Slaska

Kamienie na szaniec

Ciocia zmniejsza bibliotekę. Po książki Wujaszka przyjedzie kierowca z Głównej Biblioteki Lekarskiej – zostaną włączone do Działu Starej Książki Medycznej. Po książki zwykłe przychodzimy my, wnuczki, siostrzenice, znajomi, dzieci znajomych i ich dzieci. Ciocia pokazuje regały. Można wybierać, co się chce. Biorę Kapuścińskiego, Boya, Reymonta… Kamienie na szaniec odkładam z powrotem na półkę. Jasne, kiedyś to czytaliśmy, ale po co mi takie starocie. Już mój syn tego nie czytał, wnuk na pewno nawet nie spojrzy…

kamienie-cover– A wiesz skąd jest ta książka? – pyta Ciocia.
Oczywiście nie wiem.
– Teresa, siostra Wujaszka została jeszcze przed studiami wysłana na praktykę do Biblioteki i wtedy…
Wyciągam książkę i oglądam strony. Wydanie III krajowe. Spółdzielnia Wydawnicza Warszawa 1946. W lewym górnym rogu na stronie 4 pieczątka: Biblioteka Publiczna m. st. W-wy. Nab. 12564.
Ale nr inwentarzowy znacznie niższy, bo zaledwie 128. Autor wyjaśnia, że dwa poprzednie wydania krajowe to publikacje podziemne z czasów okupacji – pierwsza z 1943 roku, druga – 1944.

– …i wtedy właśnie – ciocia upija łyk soku z żółtej szklaneczki – kierownictwo dostało polecenie usunięcia z biblioteki książek nieprawomyślnych. Najprościej było takie odrzuty spalić, na podwórku przygotowano więc ognisko i pracownicy zaczęli tam gromadzić tomy przeznaczone do likwidacji. Teresie udało się schować Kamienie na szaniec i zabrać do domu.

Patrzę na książkę-bohaterkę, która podlegała prześladowaniom i cudem uniknęła Zagłady czyli całopalenia.

Gdy następnego dnia opowiadam to grupie znajomych, nieco zdziwiona, bo wydawało mi się, że to przecież powieść o bohaterstwie młodych Polaków walczących z okupantem hitlerowskim, i że była to przecież jedna z tych książek, które budowały polski mit, a właściwie Mit, ktoś mówi – Jasne, to przecież książka o przedwojennych harcerzach.

Teraz to ja zabieram do domu Kamienie na szaniec. Po przyjeździe do Berlina sprawdzam w internecie, czy ktoś pisze coś o paleniu książki Kamińskiego, albo w ogóle o powojennym polskim paleniu nieprawomyślnych książek. Ale nic nie ma. Jest historia, jest treść, jest film, są zdjęcia grobów Wojtka, Zośki i Czarnego na Powązkach. Książka była lekturą szkolną w latach 1946-1950. To zapewne właśnie w roku 1950 przeznaczono ją na stos. Wróciła do szkół w roku 1958 i przetrwała tu 10 lat, do roku 1969. Wtedy czytałam ją w szkole. Po kolejnej przerwie Kamienie… wróciły na listę lektur w roku 1978, najpierw we fragmentach, a od roku 1985 w całości.

Okazuje się, że losy tej książki znowu podlec mogą zmianie, że znowu stanie się nieprawomyślna. W internecie znajduję bowiem artykuł o tym, że Kamienie na szaniec są lekturą antysemicką, pochwalającą homoseksualizm i skażoną bohaterszczyzną, która skłoniła młodych ludzi do udziału w bezsensownym Powstaniu Warszawskim. Niezwykły miszmasz argumentów, z lewa, z prawa, byle zaatakować.

Zacytuję tu obszerne fragmenty tej naukowej insynuacji. Sama jestem badaczką, ale co i raz przekonuję się, że my, naukowcy-humaniści, to rzadkie paskudztwo. Wolałabym być chemiczką, jak Babcia Aniela i moja ulubiona Maria C-S.

“Kamienie na szaniec” Aleksandra Kamińskiego to jedna z najbardziej mitotwórczych książek w polskiej historii. Warto spojrzeć na ten mit analitycznie i zastanowić się, co z niego da się ocalić, a co powinno być raczej przestrogą – uważa Elżbieta Janicka z Instytutu Slawistyki PAN. Naukowiec w lekturze doszukała się m.in. wątków homoseksualnych i antysemickich.

Zdaniem Janickiej główni bohaterowie “Kamieni na szaniec” – Alek, Rudy i Zośka – zastygli w postaci zaakceptowanej przez szkolne interpretacje. Ponieważ rozmawiamy w kulturze homofobicznej, gdzie zakwestionowanie czyjejś heteroseksualnej orientacji nie jest konstatacją, lecz denuncjacją, porównałabym Zośkę i Rudego do Achillesa i Patroklesa, pary legendarnych wojowników – podkreśla Janicka (…). Tym samym badaczka sugeruje, że obu mężczyzn mogło łączyć homoseksualne uczucie. (…) Uważam, że to jeden z najpiękniejszych tekstów o miłości nie znającej granic, zaś cała wiedza na temat relacji bohaterów świadczy o niespotykanej sile i głębi tego uczucia – mówi Janicka.

(…) Innym elementem, który wzbudzaja wątpliwości badaczki, jest bardzo silnie zaznaczony w “Kamieniach na szaniec” kult przedwojennego warszawskiego liceum im. Stefana Batorego i działającej przy nim 23 Warszawskiej Drużyny Harcerskiej. Taki kult jest problematyczny, biorąc pod uwagę, że w latach 30 dokonywało się w Batorym “czyszczenie” szkoły i drużyny z osób pochodzenia żydowskiego. (…) “Czyszczono” również harcerstwo, co zresztą miało miejsce nie tylko w 23 WHD, a w ruchu harcerskim w całej Polsce.

(…) Książka była szeroko czytana przez młodych ludzi, wywoływała entuzjazm. Można mówić o niej jako o podręczniku postaw patriotycznych, którego oddziaływanie nie słabło przez siedem kolejnych dekad. Dlaczego to oddziaływanie może wydawać się niepokojące? Bo przedstawia ona jako głęboko moralny i życiowo atrakcyjny wzorzec walki zbrojnej i śmierci “za ojczyznę” bez liczenia się z uwarunkowaniami, realną postacią i kosztami przemocy, także jej konsekwencjami moralnymi. W “Kamieniach na szaniec” śmierć jest przedstawiona jako romantyczna męska przygoda” – mówi Elżbieta Janicka.

Badaczka przypomina, że “Kamienie na szaniec”, wznowione w lipcu 1944 roku, budowały atmosferę, w której wbrew racjonalnym przesłankom przystąpiono do powstania warszawskiego. (…)

Można powiedzieć, że przez pół wieku lektura opowieści o akcji pod Arsenałem była częścią oficjalnej edukacji historycznej i polityki tożsamościowej. Związek Harcerstwa Polskiego kultywował tradycję Szarych Szeregów, organizowano rajdy na Arsenał. W 1977 roku na podstawie książki Jan Łomnicki nakręcił film, który zdobył główną nagrodę na festiwalu filmowym w Gdyni i cieszył się wielką popularnością szkolnej widowni. W przypadku “Kamieni na szaniec” PRL-owski mainstream i opozycja były zgodne, że jest to książka ważna, propagująca właściwe postawy. W 1988 roku Janusz Tazbir, tworząc na łamach “Polityki” listę dzieł – “kamieni milowych polskiej świadomości”, z literatury XX wieku umieścił na niej tylko jedną pozycję – właśnie “Kamienie na szaniec” – dodaje Janicka.

***
I na zakończenie:
Julisz Słowacki, Testament mój.
To stąd zaczerpnął autor tytuł dla swojej książki:

Żyłem z wami, cierpiałem i płakałem z wami,
Nigdy mi, kto szlachetny, nie był obojętny,
Dziś was rzucam i dalej idę w cień – z duchami –
A jak gdyby tu szczęście było – idę smętny.

Nie zostawiłem tutaj żadnego dziedzica
Ani dla mojej lutni, ani dla imienia; –
Imię moje tak przeszło jako błyskawica
I będzie jak dźwięk pusty trwać przez pokolenia.

Lecz wy, coście mnie znali, w podaniach przekażcie,
Żem dla ojczyzny sterał moje lata młode;
A póki okręt walczył – siedziałem na maszcie,
A gdy tonął – z okrętem poszedłem pod wodę…

Ale kiedyś – o smętnych losach zadumany
Mojej biednej ojczyzny- przyzna, kto szlachetny,
Że płaszcz na moim duchu był nie wyżebrany,
Lecz świetnościami dawnych moich przodków świetny.

Niech przyjaciele moi w nocy się zgromadzą
I biedne serce moje spalą w aloesie,
I tej, która mi dała to serce, oddadzą –
Tak się matkom wypłaca świat, gdy proch odniesie…

Niech przyjaciele moi siądą przy pucharze
I zapiją mój pogrzeb – oraz własną biédę:
Jeżeli będę duchem, to się im pokażę,
Jeśli Bóg uwolni od męki – nie przyjdę…

Lecz zaklinam – niech żywi nie tracą nadziei
I przed narodem niosą oświaty kaganiec;
A kiedy trzeba, na śmierć idą po kolei,
Jak kamienie przez Boga rzucane na szaniec!…

Co do mnie – ja zostawiam maleńką tu drużbę
Tych, co mogli pokochać serce moje dumne;
Znać, że srogą spełniłem, twardą bożą służbę
I zgodziłem się tu mieć – niepłakaną trumnę.

Kto drugi tak bez świata oklasków się zgodzi
Iść… taką obojętność, jak ja, mieć dla świata?
Być sternikiem duchami napełnionéj łodzi,
I tak cicho odlecieć, jak duch, gdy odlata?

Jednak zostanie po mnie ta siła fatalna,
Co mi żywemu na nic… tylko czoło zdobi;
Lecz po śmierci was będzie gniotła niewidzialna,
Aż was, zjadacze chleba – w aniołów przerobi.

Nowa polska proza z Australii (2)

Lech Milewski

Sygnał z Kosmosu

Był piękny wiosenny dzień. Przyćmione promienie słońca oświetlały dwie postacie siedzące przy pulpicie kontrolnym w Centrum Badania Inteligencji Kosmicznej.
– Żadnego sygnału? – spytał porucznik Ping.
– Cierpliwości – odpowiedział kapitan Ling – mamy jeszcze sześć godzin.
– Na pewno dostaniemy dzisiaj sygnał?
– Na pewno, sygnał przychodzi zawsze podczas wiosennego zrównania dnia z nocą.
Porucznik Ping zadumał się. Dwanaście lat temu otrzymano pierwszy sygnał z galaktyki Sin-Hai. Już od setek lat szukano śladów inteligentnego życia w kosmosie. Pierwszy problem to jak odróżnić logiczną informację od kosmicznego szumu? Rozwiązanie znaleziono w matematyce. Wybrano ciąg liczb Fibonacciego. Wysyłano w kosmos sygnały o częstotliwościach 2, 3, 5, 13, 89, 233, 1597, 28657, 514229 Hertzów. Czy ktoś w kosmosie zrozumie to pytanie? Bo jeśli zrozumie, to znaczy że umie myśleć i liczyć. I będzie znał odpowiedź. Odpowiedź nadeszła – jednosekundowy sygnał o częstotliwości 433494437 Hz. Był to dzień wiosennego zrównania dnia z nocą, 21 marca 358 roku EPR (Ery Panowania Rozumu). Od tego czasu naukowcy pracowali niezmordowanie nad ustaleniem zasad języka, w którym będzie można się porozumieć z nieznanymi istotami. Wysyłano w kosmos słowniki podstawowych pojęć i próbne teksty w różnych językach. Rok temu osiągnięto taki stopień porozumienia, że zdecydowano się wysłać do nieznanych istot teksty będące fundamentem cywilizacji ludzkiej. A więc: Republika Platona, Trzy zasady Sun Yat Sena i Statut Chińskiego Banku Światowego.

Kapitan Ling przeciągnął się i spojrzał na ekran wyświetlający aktualne wiadomości. Tłumy ludzi zbierały się na placu Wrót Niebiańskiego Spokoju – Tiananmen Guangchang.
– Święto radości – westchnął porucznik Ping.
– Radości wydawania pieniędzy – uzupełnił kapitan Ling.
Porucznik Ling spojrzał na niego uważnie. Kapitan Ping był jednym z najstarszych pracowników ośrodka. Wiadomo było, że miał bardzo gruntowne wykształcenie.
– Kapitanie, powiedzcie mi jak to było w dawnych czasach – poprosił.
– W jak dawnych?
– No, przed naszą erą.
Kapitan Ling zamyślił się. Przed naszą erą. To była era liczona w latach AD – roku pańskiego. Pańskiego? O jakiego Pana chodziło? Tego nikt dokładnie nie wiedział i nikt już nie chciał tego dochodzić. To była era chaosu i przypadkowości. Społeczeństwo rozdrabnione na zwalczające się grupy etniczne. Rozkład i dekadencja.
– Studiowaliście historię i filozofię kapitanie?
– Tak ale przerwałem we właściwym czasie.
Porucznik Ping odwrócił głowę. Niektórzy wspominali, że kapitan Ling spędził kilka lat w obozie reedukacyjnym. Ale to nie wymazało grzechów młodości. Od 20 lat nie awansował. Widocznie stopień kapitana był szczytem jego kariery.
– I teraz obchodzę święto radości wydawania pieniędzy.
– To logiczne. Bo radość wydawania jest napędem dla radości zarabiania.
– A radość zarabiania jest napędem do pracy.
– Pod troskliwą opieką Światowej Partii Chin!
– Amen – mruknął kapitan Ling.
– Co powiedzieliście kapitanie? – zapytał porucznik Ping.
– Co? Ja? Nic nie powiedziałem. Mam chyba czkawkę – odpowiedział kapitan Ling.
Obaj pogrążyli się w milczeniu. To był właśnie kłopot z kapitanem Ling. Te tajemnicze komentarze, w których można było wyczuć jakąś ironię. A co tu ironizować? Życie było proste i szczęśliwe. Na przykład dzisiejsze Święto Radości – przemarsz przed trybunami, na których siedzą wodzowie narodu. A potem każdy dostanie dodatkowy przydział Somy – pastylek radości. A radość zarabiania pieniędzy – porucznik Ping właśnie spłacił raty za wyposażenie mieszkania. Pozostał jeszcze dług za mieszkanie. Czy kapitan Ling ma jakieś długi? Pewnie nie. Ile on może mieć lat? Na pewno ponad 50. Bank Rządowy pilnował, aby obywatele spłacili wszystkie długi przed osiągnięciem wieku odejścia z pracy. Ludzie którzy kończyli pracę byli oddawani do dyspozycji Departamentu Spokojnej Starości. Tam oceniano, czy ich życie jest warte życia.
– Kapitanie Ling, kto wymyślił to powiedzenie: niekontrolowane życie nie jest warte życia?
– Starożytny myśliciel Sok-ha-teh.
Jednak w niektórych sprawach kapitan Ling był nieoceniony. Porucznik Ping zastanawiał się czasem nad tymi słowami i ogarniał go niepokój. A co jeśli departament uzna, że nie warte? Czy dadzą dodatkowe pastylki Somy? A może jakieś inne?

– Jest!!! – kapitan Ling podskoczył na fotelu i wbił wzrok w znaki pojawiające się na ekranie. Nacisnął guzik alarmowy powiadamiający kierownictwo i przerzucił tekst na wielki ekran na ścianie. Sala zapełnili pracownicy Centrum. Wszyscy patrzyli na niezrozumiałe znaki.
– Tłumaczenie, szybko – warknął pułkownik Dong.
– Identyfikacja języka – pojawiło się na ekranie – chiński, arabski, farsi, angielski, hiszpański… Nazwy najważniejszych języków przesuwały się na marginesie ekranu przy każdym ikonka z zasmuconą twarzą. Na sali zapanowała pewna konsternacja. Przecież poprzednim razem wydawało się, że osiągnięto porozumienie. Istoty z Sin-hai były w stanie zrozumieć wysłane im próbne teksty w języku chińskim, arabskim i angielskim. Dlaczego więc odpowiadają w jakimś nieznanym języku?
– Języki starożytne – łacina, staro-grecki, egipski … hebrajski. Hebrajski!? Tak! Na ekranie wyświetlało się tłumaczenie. Wygladało jak jakaś instrukcja:
1. Nie będziesz miał cudzych bogów przede mną.
2. Nie będziesz wzywał imiena Bożego nadaremno.
3. Pamiętaj dzień święty…
– Co to jest? Co to znaczy? – rozlegały się chaotyczne pytania. Przerwał je pułkownik Dong.
– Spokój! – zawołał donośnym głosem. – Spokój!
Nacisnął guzik na pulpicie kontrolnym i wielki ekran zgasł. Po sali przebiegł szmer zawodu.
– Spokój – powtórzył pułkownik Dong – to nie jest czas i miejsce na bezcelowe spekulacje. Tekst został przesłany do Urzędu Badania Myśli, właściwa interpretacja zostanie podana wkrótce do wiadomości publicznej. A teraz proszę wszystkich o opuszczenie sali, przypominam, że za godzinę rozpoczyna się Święto Radości.
Ludzie z wolna kierowali się w stronę wyjścia. Na sali pozostało tylko dwóch oficerów dyżurnych.
– Zrozumieliście coś z tego kapitanie? – zapytał porucznik Ping.
– No cóż, pułkownik Dong wykazał się jak zwykle doskonałym opanowaniem.
– Tak, ale mnie chodzi o ten tekst. Jak to było? Nie będziesz miał cudzych bogów przede mną? Gdzie to jest? – Porucznik Ping przesunął kursor aby odtworzyć poprzednią zawartość ekranu.
– Co do licha?
– O co chodzi poruczniku?
– Nie mogę wrócić do porzedniej sesji. O, dziennik całej konwersacji też jest pusty.
Na ekranie pojawił się nowy komunikat:
– Koniec dyżuru.
– A co z nasłuchem sygnałów z kosmosu? – zapytał porucznik Ping.
Zanim skończył te słowa, na ekranie pojawiła się odpowiedź:
– Projekt Badania Inteligencji Kosmicznej zamknięty. Sygnały z galaktyki Sin-Hai nie pochodziły od istot rozumnych. To był tylko kosmiczny szum.
– Kamienne tablice też zostały strzaskane – mruknął kapitan Ling.
– Co powiedzieliście? Co strzaskane?
– Co? Ja? Nic nie powiedziałem, mówiłem przecież, że mam dziś czkawkę.

Przypisy:
1. Ciąg Fibonacciego – KLIK.
2. Soma – pastylki radości – termin zaczerpnięty z książki A. Huxleya – Nowy, wspaniały świat.
3. Oryginalny cytat Sokratesa to: ὁ δὲ ἀνεξέταστος βίος οὐ βιωτὸς ἀνθρώπῳ. Polska wikipedia tłumaczy to na – Niezbadane życie nie jest warte życia. Preferuję wersję angielskojęzyczną: The unexamined life is not worth living for a human being. 

Nadpalone skrzydło poetki

szubstarska-skrzydlaJoanna Szubstarska

Nowe wiersze

Płomień Ducha

Krążyła
umieraniem dotknięta,
nadpalone skrzydło ćmy.
Płomień rósł,
pęczniało serce,
wola dokarmiana łaski chlebem
wzrastała,
unosiła lekko głowę,
ramiona oddała woli nieba.

Obręcz ognia,
Słoneczna pętla
Południowych miast
Zaciska wierzchołki Alp.
Ludziom pozostaje
Kurz dróg – proch
Dopalającego się płomienia.

Kafka

Franz pisał do Felicji
jak szalony,
list za listem,
im gęściej słów
tym więcej uczucia.
Namiętność
zaistniała podwójnie:
grzała serce w przestrzeni
topiła umysł na kartce.
Franz, nie ufaj
szelestowi papieru,
nie skraplaj duszy
w błędnym atramencie!

Rosa kapie dziś głośniej,
Spada, po jaskini dnia ślizga się,
Łapie ostatnie uroki brzasku,
Prześwietlające tęczę.
Wczoraj dzień pływał obłokami,
Przyjaźnił się z krajobrazem,
Dopóki czyjeś kroki,
Dopóki czyjś krzyk i cios.
Dlatego noc nie przykryła nieba,
W szczelinie horyzontu oczy strachu,
Anioły odlatują nad przyszłym niepokojem
Z ciężarem kryształu.

Pęknięcie

Niedaleko, o rzut kamieniem
Wiedzie droga małego dziecka;
Inne szlaki milczą
A obcy wskazują je palcem.
Za lat kilka trzeba będzie
Przebyć je wszystkie,
Dotrzeć do punktu,
Skąd się rozchodzą.
Tam nastąpi pęknięcie.
Potem już tylko
Samodzielne ranienie stóp.

Reblog: Jan Hus

Dziś mija 500 lat od momentu, gdy Jan Hus został spalony na stosie w Konstancji. Gdy umierał, miał powiedzieć “teraz palicie gąskę, ale za sto lat przyjdzie łabądź i jego już nie spalicie”. Za sto lat przyszedł Luter i zmienił obraz Europy i świata. / Heute vor 500 Jahren wurde auf dem Scheiterhaufen in Konstanz Jan Hus verbrannt. Vor dem Tode sagte er: “Heute verbrannt ihr eine Gans, aber in Hundert Jahre kommt ein Schwan und den wird ihr nicht verbrennen können”. Hus auf Tschechisch bedeutet Gans. In Hundert Jahre kam Luther. Daher gibt es an den evangelischen Kirchen oft die Abbildung eines Schwanes.

husbannerJan Hus (TV film)
Historický / Drama
Česko, 2015, 3×80 min

Režie: Jiří Svoboda
Scénář: Eva Kantůrková, Jiří Svoboda
Kamera: Vladimír Smutný
Hudba: Michael Kocáb

husfoto1Hrají:

Matěj Hádek, Jan Dolanský, Milan Kňažko, Vladimír Javorský, Marika Šoposká, Michal Dlouhý, Jan Plouhar, David Novotný, Petra Špalková, Luboš Veselý, Petr Klimeš, Petr Štěpán, Tomáš Dastlík, Anna Cónová, Petr Stach, Lukáš Melník, Tomáš Karger, Petr Motloch, Petr Lněnička, Hartmut Krug, Pavel Gajdoš, Ivo Kubečka, Václav Jiráček, Ján Sedal, Václav Neužil ml., Martin Finger, Adrian Jastraban, Jaroslav A. Haidler, Ondřej Kavan, Petr Franěk, Jiří Čapka, Hynek Chmelař, Jiří Bartoň, Justin Svoboda, Kajetán Písařovic, Rostislav Novák ml., Matouš Zah

Matěj Hádek v roli výjimečné osobnosti Mistra Jana Husa a synové Karla IV., bratři Václav a Zikmund, ve středověkém dramatu o smyslu pravdy a oběti nejvyšší.

Třídílný televizní film o Janu Husovi je jedním z největších televizních projektů současné České televize nejen svou náročností, ale především svým významem. Tragický osud tohoto velikána naší historie byl naposledy převeden na filmové plátno režisérem Otakarem Vávrou v roce 1954. Spisovatelka a historička Eva Kantůrková se osudem a odkazem betlémského kazatele zabývala dlouhou řadu let. Bylo tedy nabíledni, že se právě její román Jan Hus, poprvé vydaný v samizdatu, dočká nového filmového zpracování. Tvůrci, kteří se u jeho realizace sešli, patří v Česku k nejrespektovanějším filmovým profesionálům, herce nevyjímaje. Díky nim má televizní film Jan Hus všechny atributy mimořádného filmového zážitku a je zároveň důstojnou oslavou historické osobnosti světového významu. Spisovatelka Eva Kantůrková vede diváky příběhem Mistra Jana Husa od počátku XV. století až ke kostnické hranici. Na rozdíl od tradovaného obrazu sociálního reformátora sledujeme Husovo myšlenkové a mravní drama, jež předběhlo o celé století zásadní zlom evropského vývoje. Dramatický děj je ukotven ve spletitém střetu názorů, ambicí a mocenských manipulací církevních i světských autorit – krále Václava IV., jeho bratra Zikmunda, pražského arcibiskupa Zbyňka, ambiciózních kardinálů a tří papežů, kteří si dělají nárok na pastýřský stolec a z toho titulu i na odváděné daně. Západní církev prochází těžkou mocenskou i mravní krizí. Jan Hus, Mistr Karlovy university a Betlémský kazatel, pociťuje spoluzodpovědnost za osud rozštěpené církve ve vztahu k věřícím a dospěje k přesvědčení, že jediným východiskem z úpadku je víra v živého Krista a jeho učení. Volá po mravnosti těch, kteří mají být věřícím duchovními pastýři. To zesiluje zášť ze strany vysokého kléru i konkurujících farářů. Naštěstí se Jan Hus těšil přízni královny Žofie. V kritických okamžicích to byla právě ona, kdo mohl u svého manžela Václava IV. žádat pro Mistra ochranu. Husovým opakem je vzdoropapež Baltazare Cossa, pirát, cynický kořistník, a dokonce snad i vrah. Paradoxně také v Kostnici, kde byl Hus souzen za domnělé kacířství, byl Cossa týmž koncilem sesazen z papežského stolce a uvězněn. Prapodivným nástrojem, který sehrál v pronásledování Husa mimořádnou roli, byla nesourodá koalice ambiciózního pražského kléru, žárlivých kolegů z university, včetně Husova přítele, Mistra Štěpána Pálče. Ten se v Kostnici stal dokonce jedním z hlavních žalobců. Jan Hus chtěl své přesvědčení před Kostnickým koncilem v rámci disputace obhajovat. Koncil však taková pravidla nepřijal, Husovi určil pozici obžalovaného kacíře. Konečným rozsudkem nebyl odsouzen jen on, ale i jeho předchůdce, dávno mrtvý Jan Viklef, jehož kosti nařídil tentýž koncil vykopat, spálit a popel rozptýlit v řece.

Do příběhu vstupujeme ve chvíli, kdy mocenské spory králů Václava a Zikmunda sužovaly Čechy. Zikmund se chtěl zmocnit českého království, uvěznil Václava v Rakousích, nechal drancovat královský poklad, jeho Kumáni vypalovali české vesnice. A odvážný kazatel Jan Hus volal z kazatelny: „I pes, i had si chrání svůj pelech! Jsou snad Češi horší než psi a hadi?” Pak vzbouřil půlku univerzity, když sepsal apelaci všem mistrům a zemskému sněmu. Byl to on, kdo královně Žofii přinesl nabídku vlivných přátel, aby mohla pod jejich ochranou odjet do Bavor k rodině, protože by teď v Praze nebyla v bezpečí. Královna kategoricky odmítla. „Jsem česká královna, mé místo je tady!” Jan Hus veřejně kritizoval nepořádky v církvi, především způsob života Božích služebníků, například že nosí drahé šaty, nebo že vysedávají po hospodách a hrají hazardní hry. Byl přesvědčen, že hříšný kněz nemůže udělovat svátosti, nemůže být služebníkem Božím… Vysloužil si tím jejich nenávist. Stěžovali si na něj u krále, u arcibiskupa, jezdili žalovat papeži. Obviňovali ho z šíření Viklefova učení. A záviděli, že jeho Betlémská kaple byla pravidelně přeplněna věřícími, zatímco jejich kostely věřící navštěvovali jen sporadicky. Neshody na univerzitě kvůli Viklefovu učení eskalovaly a vyústily ve chvíli, kdy král Václav požádal univerzitní mistry, aby jej doprovodili na koncil v Pise. Německá část univerzity odmítla, a protože svými třemi hlasy proti jednomu německému získávala vždy většinu, král se rozhodl křivdu napravit Dekretem kutnohorským. Rozzlobení Němci na protest opustili Prahu. Viklefovo učení bylo vnímáno církevními hodnostáři jako kacířství a tomu obvinění se nevyhnul ani Štěpán Páleč. Přes Husovo varování odjel do Říma, aby se obhájil, cestou ho ale v Bologni nechal zatknout kardinál Baltazar Cossa. Když se po dlouhé době vrátil do Čech, byl to už jiný Štěpán Páleč. Jeho odvahu vystřídal strach. Mezi dosud věrnými přáteli, Husem a Pálčem, se objevily první pochybnosti a názorové neshody.

Jan Hus odsoudil odpustkovou papežovu bulu a papeže nazval Antikristem. Kupčení s odpustky způsobilo velkou vlnu nevole věřících a pro výstrahu ostatním byli uvězněni tři rebelové. Rozhořčená reakce Jana Husa na jejich popravu přivolala papežovu klatbu na betlémského kazatele a na Prahu interdikt. Zákaz všech církevních obřadů, křtů, sňatků i pohřbů. To byla pohroma nejen pro středověké věřící. Jan Hus musel opustit Prahu. Ani doma, v Husinci, však nebyl v bezpečí. Přijal pozvání Jindřicha Lefla a odjel na jeho hrad, kde se mohl ukrýt. Tam ho navštívil Zikmundův posel Jan z Chlumu se vzkazem, aby Hus odjel do Kostnice, kde bude mít šanci se ze svého obvinění hájit. Královský glejt mu měl zajistit nejen osobní bezpečí, ale také možnost vystoupit s disputací před Kostnickým koncilem. Hus souhlasil, nechtěl dál žít v ústraní, jako kazatel chtěl plnit své poslání, lidem vykládat pravdu písma. Věděl, že se do Kostnice sjela církevní elita a doufal, že všichni nebudou k jeho pravdě hluší. Že by si Zikmund neuvědomil, že papež nepodléhá světské moci, tedy králi? Hus nebyl v Kostnici přijat jako host koncilu, ale jako kacíř, který se těžce provinil proti církvi a její jednotě. Kostnický biskup ho zavřel do vězení a koncil ustanovil komisi, která měla posoudit Husovo kacířství. Členem komise byl také Štěpán Páleč a zoufalý Hus se k němu obrátil s nadějí, že konečně bude vypovídat někdo z jeho přátel. Zjištění, že Štěpán Páleč patří k hlavním žalobcům, mu vzalo poslední zbytky naděje i síly.

Ve svých kázáních Jan Hus zdůrazňoval, že opravdovou lásku k Bohu dokazuje jen život podle Kristových přikázání a jen takový může být služebník Boží. Připouštěl, že zbožný laik má větší právo udělovat svátosti, nežli zkažený kněz. Taková kritika církve nejenže nesmírně popuzovala její představitele, ale zároveň je děsila. Především Husův výklad Božího slova považovali za znevažování víry a církevního řádu. Věděli, že jeho vystoupení ohrožují jednotu církve. Nemocný a dlouhým vězněním vyčerpaný Hus ztrácel sílu k obhajobě, přesto se ale nevzdával naděje, že bude konečně pochopen. Ke všem žádostem o jeho propuštění z vězení byla církev netečná. Dokonce ani král Václav a král Zikmund neměli šanci zvrátit rozhodnutí Kostnického koncilu, držet Husa v žaláři a trvat na tom, aby odvolal, co kázal. Jako důkaz k jeho odsouzení měl sloužit výpis článků, které měl Jan Hus napsat ve spisu De ecclesia. Když se ale před Kostnický koncil konečně dostal pravý výpis Husových článků, komise zjistila, že Štěpán Páleč je zfalšoval. Bylo už ale nemožné, aby církev v případě Jana Husa stáhla své obvinění. Betlémský kazatel, jehož názory byly pro věřící nadějí i jistotou víry v Boha, ale nedokázal popřít sám sebe. Nemohl odvolat, co nekázal a nemohl odvolat ani to, co kázal. Byl pro církevní moc příliš nebezpečný. A proti církevní moci byli bezmocní i králové. 6. července 1415 vzplála hranice, na níž byl ke kůlu přivázán Jan Hus. Muž, který zemřel v ohni, protože žil v pravdě. Muž, kterého církev ukrutnou smrtí umlčela, aby jej lidé citovali i po šesti stech letech.