Nowa polska proza 2

Anna Rosner

Niektóre rzeczy się nie zmieniają

14 września 2014

Jakiś czas temu zorientowałem się, że mnie okradziono. Przyznaję, od kradzieży do chwili, w której ją zauważyłem, minęło kilka dni. Stało się tak dlatego, że nie sprawdzam codziennie stanu konta, choć może powinienem. Jestem starej daty i wiem, że błyskawicznie zorientowałbym się, gdyby ktoś włamał się do mojego mieszkania czy bezczelnie wyciągnął mi z kieszeni portfel. Do samej idei złodziejstwa internetowego jeszcze się nie przyzwyczaiłem.

Okazało się, że choć nie grywam w kasynach, moja karta została obciążona wpłatą do jednego z nich. Co więcej, był to wirtualny przybytek oferujący zatracenie się w rozmaitych grach hazardowych, których zasad nawet nie znam.

Szczęściem w nieszczęściu, konto które próbowano mi ogołocić mam tylko na potrzeby transakcji internetowych. Leży na nim nieco pieniędzy, ale jest to kwota niewielka, ot wystarczająca na kupienie książki czy jakiejś płyty. Resztę trzymam w innym banku. Może jestem staromodny, ale nie głupi. Przynajmniej nie aż tak…

Jak każdy myślący trzeźwo człowiek, kiedy już nieco ochłonąłem, zadzwoniłem do banku zastrzec kartę. Odsłuchałem kilku taktów dość irytującej melodyjki i komunikatu o tym, że rozmowa jest nagrywana. W końcu odezwał się automat:

– For English press zero. Jeśli chcesz poznać naszą ofertę kredytów gotówkowych, wybierz jeden. Jeśli chcesz poznać naszą ofertę kredytów hipotecznych, wybierz dwa. Jeśli chcesz poznać naszą ofertę kredytów samochodowych, wybierz trzy. Jeśli chcesz poznać naszą ofertę kart kredytowych, wybierz cztery. Jeśli chcesz połączyć się z konsultantem w sprawie spłaty rat, wybierz pięć. Jeśli chcesz sprawdzić stan swojego konta, wybierz sześć. Jeśli chcesz zgłosić awarię naszego portalu internetowego, wybierz siedem. Jeśli chcesz poznać naszą ofertę dotyczącą lokat krótko- i długoterminowych, wybierz osiem. Jeśli chcesz zablokować kartę, wybierz dziewięć.

Bank twierdzi, że zablokowanie karty zajmuje góra minutę, widać chodzi im o inne minuty, niż te, które znam ja. Lekko zniesmaczony wcisnąłem dziewiątkę. Ze słuchawki popłynęła ta sama, radosna melodyjka – nowoczesna być może w okresie pierwszych komputerów.

– Przepraszamy, w tej chwili wszyscy konsultanci są zajęci, prosimy pozostać na linii lub zadzwonić później – usłyszałem po około dwóch minutach.

Choć kradzieży dokonano kilka dni temu, postanowiłem wykazać się uporem. Mogłem jeszcze wybrać się banku, ale w oddziale najbliżej mojego domu zawsze są kolejki. Lepiej już czekać z kubkiem kawy w ręce, niż wśród zirytowanych klientów.

Komunikat powtórzył się jeszcze raz. Gdy melodyjka po raz trzeci zbliżała się do końca, w słuchawce odezwał się kobiecy głos.

– Dzień dobry, Andżelika Winiarska, w czym mogę pomóc?
– Dzień dobry – odpowiedziałem odruchowo, choć wcale nie uważałem, że był dobry. – Chciałem zastrzec kartę.
– Rozumiem. A czy może jest pan zainteresowany naszą nową linią kredytów? Może pan dostać pożyczkę specjalnie dla pana sprofilowaną, pasującą do pana potrzeb i możliwości…
– Proszę pani – przerwałem jej. – Chciałem zastrzec kartę, okradziono mnie.
– Oczywiście. Proszę pana imię i nazwisko.

Przedstawiłem się i dorzuciłem na wszelki wypadek adres.

– Dziękuję. Jeszcze trzy pytania weryfikujące. Przepraszam, ale muszę mieć pewność, że jest pan osobą, za którą się pan podaje.
– Proszę… – westchnąłem, zastanawiając się, po co miałbym podawać się za kogoś innego i blokować nie należącą do mnie kartę.

Dziewczyna spytała o nazwisko rodowe mojej matki, moje drugie imię i o to, czy mam już kredyt hipoteczny. Bałem się powiedzieć, że nie, ale uznałem, że lepiej nie kłamać.

– Jeśli nie ma pan kredytu hipotecznego – zareagowała błyskawicznie, – może być pan nim zainteresowany. Widzę w komputerze ile ma pan lat, ma pan także regularne dochody. Czas najwyższy kupić sobie mieszkanie, a z naszymi kredytami…
– Proszę pani, ja już mam mieszkanie.
– Rozumiem. Z pewnością przydałoby się panu drugie – skwitowała.
– A po co? – spytałem z czystej ciekawości. Nigdy nie przeszło mi przez głowę, że mogę potrzebować drugiego mieszania, ale może jest coś, o czym nie wiem?
– Własne mieszkanie, nie wynajmowane i nie należące do kogoś obcego, to skarb. Nikt pana nie kontroluje, nie zabrania remontów czy przemeblowania. Jest pan po prostu, że tak powiem, na swoim!
– Ale ja już mam własne mieszkanie. Pytam, po co mi drugie?
– Zawsze może się przydać – odpowiedziała krótko i rzeczowo.

Może uznała, że mam żonę i potrzebuję miejsca, w którym mógłbym się spotykać z kochanką? Tylko, jeśli byłbym żonaty, jak zdołałbym przed nią ukryć fakt wzięcia kredytu na mieszanie dla kochanki? Czy nie tak zaczyna się przynajmniej część filmów dokumentalnych na kanałach telewizji typu Discovery Investigation?

– To ja przedstawię panu naszą ofertę.
– Proszę pani – wypaliłem, nie chcąc marnować ani mojego, ani jej czasu. – Ja nie chcę kredytu. Chciałem zastrzec kartę, której użyto bez mojej wiedzy.
– Rozumiem. A czy ma pan pewność, że karty nie użyły na przykład pańskie dzieci?
– Mam. I to absolutną. Nie mam dzieci, przynajmniej tak mi się wydaje.
– No, to może żona?
– Nie mam żony.
– W takim razie może rodzice?
– Proszę pani…
– Jeśli mieszka pan z rodzicami, mamy szeroką ofertę kredytów hipotecznych…
– Proszę pani – rzuciłem nieco głośniej i ostrzej, niż chciałem. – Czy może pani zablokować tę kartę? Ktoś użył jej do wykonania transakcji elektronicznej bez mojej wiedzy.
– I to nie był pan?
– Nie… To nie byłem ja – warknąłem. Rozmowa nieco mnie przerażała i, szczerze powiedziawszy, dobijała. Wiedząc już, jakim torem krążą przynajmniej niektóre z jej myśli, szybko dodałem:– Nie były to też moje dzieci, moja żona, ani rodzice.
– Rozumiem. Już blokuję.
– Dziękuję…

Już miałem skończyć rozmowę, kiedy przyszło mi do głowy, że mógłbym od razu załatwić jeszcze jedną sprawę. Być może przemawiała przeze mnie naiwność, rozbudzona tym, że już po kwadransie karta była zablokowana? Może po prostu nadmierny optymizm? Nie wiem. Po prostu nagle z moich ust padło pozornie niewinne pytanie:

– A czy przy okazji może pani ustawić w systemie prośbę o wystawienie mi nowej karty?
– Do jednego konta przysługuje tylko jedna karta. No, chyba że chce pan kogoś uprawomocnić do konta. Na przykład żonę, rodzica, albo pełnoletnie dziecko.
– Proszę pani, zablokowała mi pani kartę. Chcą po prostu drugą, w miejsce pierwszej.
– Rozumiem. A czy tę zablokowaną panu skradziono?
– Nie, mam ją przed sobą. Ktoś pewnie przechwycił jej dane, a potem użył. Nie wiem, może skorzystał z danych zostawionych przeze mnie na jakiejś stronie, może zeskanował w jakiejś restauracji…
– Rozumiem. Oczywiście możemy to zrobić, ale musi pan przyjść do naszego oddziału z dokumentem z komendy. Chodzi o przyjęcie zgłoszenia o kradzieży i rozpoczęciu dochodzenia. Takie procedury. Przy okazji dodam, że z takim dokumentem może pan wypełnić wniosek o zwrot skradzionej kwoty. Gdyby ukradziono panu kartę, nic z tego by nie wyszło, ale jeśli przedstawi ją pan w banku, procedura będzie mogła zostać otwarta. Oczywiście rozpatrywanie potrwa zapewne około kwartału, ale zawsze warto napisać takie coś. Pana to nic nie kosztuje, a jeśli to rzeczywiście była kradzież, bank będzie musiał oddać panu pańskie pieniądze. Zresztą, pewnie pan o tym nie wie, bo taka informacja jest niedostępna z profilu klienta, ale ja tu mam wyświetloną informację, że ta wpłata, którą pana obciążona, była piątą próbą z tą kartą. Wcześniejsze opiewały na zbyt wysokie kwoty, tylko ostatnia została zrealizowana.
– Ja to? – spytałem szczerze zainteresowany. Zaskoczyła mnie, że rozgadała się na inny temat, niż kredyty hipoteczne.
– Wszystko działo się w euro. Ktoś próbował najpierw wpłacić tysiąc pięćset, potem tysiąc, pięćset i dwieście. Dopiero przy ostatniej próbie, tej na pięćdziesiąt, okazało się, że miał pan dość środków, żeby wpłata się udała. Udostępnimy te dane policji, kiedy zwróci się do nas o szczegóły. Jeśli zgłosi pan sprawę, będą musieli się do nas odezwać.
– Dziękuję za informację – powiedziałem i rzeczywiście byłem jej wdzięczny. – Co prawda to niewielka kwota, ale taka możliwość bardzo mnie cieszy. Tak jak i to, że nie miałem na tym koncie więcej.
– Cóż, kwota nie jest imponująca. Przepraszam, że tak mówię, w końcu każda złotówka się liczy, ale w zeszłym tygodniu rozmawiałam z kobietą, której ukradziono kilkanaście tysięcy.
– No tak, przy niej moja sprawa to pikuś – przyznałem.
– Mam nadzieję, że się panu uda odzyskać pieniądze. Bank stać na to, żeby je panu zwrócić. Nie puści ich pan z torbami, a szczerze panu powiem, że lubię, jak muszą komuś oddać pieniądze. Wszyscy bankowcy to skur… dranie.

Nie bardzo wiedziałem, jak zareagować na takie wyznanie. Po rozmowie z infolinią spodziewałem się wielu rzeczy, ale nie tego. W końcu, żeby przerwać milczenie, powiedziałem pierwszą rzecz, jaka przyszła mi do głowy:

– Wie pani, że rozmowa jest nagrywana? Był o tym cały komunikat.
– Ach tak, wiem, ale niech się pan nie przejmuje. My te nagrania kasujemy, żeby klient nie mógł złożyć zażalenia. Pan napisze skargę, poda moje nazwisko i godzinę rozmowy, a potem okaże się, że akurat aparatura rejestrująca nawaliła. Bank dba o swoje, za moje zachowanie nikt panu odszkodowania nie wypłaci, chyba że sam pan nagrywa.
– Nie, nie nagrywam – odparłem, w lekkim szoku. Przyznaję, byłem naiwny wierząc w to, że rzeczywiście mnie nagrywają.
– No, to jestem kryta – roześmiała się. – Pan też. Pan się nie przejmuje tymi komunikatami, pic na wodę fotomontaż. Ale wracając do sprawy, musi pan iść na komendę i złożyć zawiadomienie. Tam dadzą panu taki świstek, że wszczęli dochodzenie. Z tym przychodzi pan do nas, prosi o wydanie nowej karty i jednocześnie zgłasza skargę na wadliwe zabezpieczenie tej starej. Oczywiście musi pan tę zablokowaną kartę pokazać, żeby udowodnić, że jej nie skradziono. Od siebie dodam, że skuteczność postępowania wynosi około osiemdziesięciu procent.
– Bardzo pani dziękuję. Miło wiedzieć, że pracownicy banku udzielają i takich informacji. Wyobrażałem sobie, że szczegółowe opowiadanie o takich procedurach nie jest zalecane, a tu taka niespodzianka.
– No i miał pan rację. Generalnie mówią, żebyśmy o tym nie rozpowiadali, ale odkąd nasze płace zależą od ilości udzielonych kredytów, mam to w dupie. Tak jak i moi koledzy. Wie pan, oni z nami pogrywają, to my z nimi też.

Pożegnałem się z panią Andżeliką i uznałem, że około połowy pracy już za mną. Pozostało iść na policję, zgłosić wszystko, dostać kwitek i wpaść do banku. Nie miałem pojęcia ile emocji tego dnia jeszcze mnie czekało…

* * *

Komenda rejonowa (jak to się pięknie nazywa) odpowiednia do mojego miejsca zamieszkania, znajduje się około pięciu minut spacerkiem ode mnie. Wrzuciłem do plecaka książkę, przygotowany na to, że mogę spędzić chwilkę w poczekalni, butelkę wody, nieszczęsną kartę i wydruk ze strony internetowej banku. Przygotowany, jak mi się wydawało, najlepiej jak mogłem, ruszyłem na spotkanie stróżów prawa. Przyznam, nieco się denerwowałem, ale każdy czułby się nieswojo w czasie pierwszej wizyty w takim miejscu. Do tej pory miałem do czynienia z mundurowymi tylko w czasie kontroli na drodze i raz, gdy zaczepiłem patrol, by powiedzieć, że za rogiem ulicy kilku wyrostków demolowało przystanek tramwajowy. Wtedy nawet nie poprosili o moje dane, żeby mnie później przesłuchać.

Komisariat mnie nie rozczarował. Okazał się jednocześnie miejscem fascynującym, nieco surrealistycznym i przerażającym. Wchodząc tu nie miałem pojęcia, w jak niebezpiecznym mieście mieszkam. Teraz już wiem i żyję w przekonaniu, że jestem szczęśliwcem. Nie tylko dlatego, że przez tyle lat nie padłem ofiarą żadnego „poważnego przestępstwa”, ale i dlatego, że miałem okazję posiedzieć na komendzie i zapoznać się z „materiałami prewencyjnymi”.

Za przeszklonymi drzwiami wejściowymi znajdowało się niewielkie pomieszczenie. Stały w nim dwa stoliki i kilka krzeseł. Po przeciwnej stronie dyżurował posterunkowy, dla bezpieczeństwa oddzielony od poszkodowanych, zgłaszających przestępstwa i wykroczenia, kuloodporną szybą – w końcu jak prewencja, to prewencja! Były też drzwi prowadzące w głąb komendy, nie przeszklone, za to wyposażone w panel wymagający wprowadzenia specjalnego kodu.

Stanąłem w kolejce do posterunkowego i czekałem grzecznie na swoją kolej. W międzyczasie siwiejący jegomość opowiadał mu o tym, jak bardzo go prześladowano:
– Proszę pana, panie sierżancie, te gówniarze żyć mi nie dają! Głośna muzyka cały dzień! Wieczorami mażą po klatce schodowej. Wczoraj śmietnik spalili! Chciałem złożyć na nich donos! Jestem dozorcą tego domu i to na mnie spoczywa odpowiedzialność za śmietniki. Wie pan, jakie teraz będę miał problemy?
– A ma pan pewność, że to oni podpalili?
– A kto inny? Panie sierżancie, nie urodziłem się wczoraj! Ja dobrze wiem, że to oni!
– Dobrze, niech pan usiądzie i wypełni druczek. Potem mi go pan odda i jak tylko któryś z policjantów będzie wolny, wezwie pana do złożenia zeznań.
– Dobra – rzucił siwowłosy i szybko dodał: – To znaczy kiedy? Bo wie pan, żona z obiadem czeka! Za godzinę powinienem być w domu!

Policjant wskazał palcem na grupkę czekających petentów i znudzonym głosem poinformował go, że może wyjść przed budynek i zadzwonić do żony, albo wrócić z wypełnionym papierzyskiem później.

Siwowłosy odszedł do jednego ze stolików i zaczął wypełniać. Jegomość przede mną zbliżył nos do niewielkiego otworu w szybie i wymamrotał:

– Żem się zgłosić miał…
– Dowód pan da.
– Co?
– Dowodzik!

Mężczyzna zerknął na mnie z ukosa, jakbym chciał mu wyrwać plastikowy dokument tożsamości, podał go policjantowi i dodał:

– Żem się zgłosić miał. Nakaz mam.
– Zgadza się, tyle że wczoraj się pan miał zgłosić. Dlaczego wczoraj pan nie przyszedł?
– Żem nie mógł, nie?
– A dlaczego? Jest pan niepracujący, na warunkowym. Co ma pan ważniejszego od odwiedzania nas co drugi dzień?
– Panie, z kolegami żem się spotkał, nie? Popiliśmy i żem się zapomniał…
– Tak? A gdzie się wczoraj było? Koło dziewiętnastej? Nie w monopolowym na rogu?
– Ja? Nigdy! To tam jest jakiś monopolowy?
– Dobra, dowodzik zatrzymuję, a wy tu poczekacie na przesłuchanie.

Mężczyzna, klnąc na czym świat stoi, odtoczył się na ostatnie wolne krzesełko, a posterunkowy zatrzasnął mi drzwiczki, chroniące otworki w szybie, przed samym nosem. Odwrócił się do kolegi, sprawdzającego coś w dokumentach:

– Przyszedł Pietraszewski, weźcie go z Mieciem i przemaglujcie. Wczoraj ktoś obrobił monopolowy, ten na rogu. Rysopis się zgadza, wykrywalność nam wzrośnie.

Kolega posterunkowego odłożył papiery, naciągnął na głowę czapkę z orzełkiem, i ruszył szukać tajemniczego Miecia. Posterunkowy zaś wrócił na swoje krzesło, ciężko westchnął i otwierając ponownie okienko, rzucił:

– Co się stało?
– Dzień dobry – zacząłem, ale nie doczekałem się odzewu. – Chciałem zgłosić kradzież.
– Samochód, kieszonkowa czy włamanie?
– Włamanie na konto przy użyciu karty. Przez internet.
– Łatwo nie będzie, od razu uprzedzam – rzucił, szukając odpowiedniego formularza. – Dowodzik pan ma?

Podałem mu dokument i wziąłem papier z nagłówkiem zgłoszenie przestępstwa cyfrowego/internetowego.

– Proszę – powiedział oddając i dowód – niech pan usiądzie i wypełni druczek. Zaraz ktoś pana wezwie. Druczek da pan przesłuchującemu.

Podziękowałem i ruszyłem wypełniać formularz. Wszystkie krzesła były zajęte, stanąłem więc pod ścianą i wyciągnąłem z plecaka książkę. Użyłem jej jako podkładki i wypełniłem wszystkie rubryczki – imię, nazwisko, adres, pesel, karalność, ilość wyroków, paragrafy z których mnie skazano, ewentualne miejsce odbywania wyroku… Zupełnie, jakby z góry zakładali, że byłem karany. Nie było możliwości zaznaczenia „pierwsza wizyta na komisariacie”.

Gdy skończyłem, rozejrzałem się uważniej po pomieszczeniu. Praktycznie całą powierzchnię ścian szczelnie wypełniały korkowe tablice z przyczepionymi plakatami. Najbardziej uroczy wydał mi się ten, informujący o wyborach dzielnicowego roku. Głosować można było na komendzie. Może nawet bym się skusił, ale nie mam pojęcia, kto jest moim dzielnicowym. Zawsze wydawało mi się, że poznaje się go wtedy, kiedy ma się problemy z prawem. Jeśli wszystko jest w porządku, raczej nie mają zwyczaju składać wizyt obywatelom. Mnie przynajmniej nigdy żaden nie zaszczycił… Może głosują na nich poszukiwani? Albo recydywiści?

Interesujący był też ten o możliwości przebadania na komendzie alkomatem. Zgadzam się z tym, że nie należy prowadzić pod wpływem – to dość oczywiste. Plakat nie byłby tak śmieszny, gdyby nie doczepiono do niego informacji o tym, że najbliższy dostępny publicznie alkomat znajduje się w Piasecznie. Dwadzieścia minut jazdy i już wiesz, czy możesz jechać dalej!

Tam, gdzie nie było plakatów, przymocowano stojaki na ulotki. Jedne były mniejsze, inne większe. Od informacji dla maltretowanych żon i ofiar gwałtów aż po poradnik postępowania w przypadku dokonania „zatrzymania obywatelskiego”. Okazuje się bowiem, że myli się ten, kto uważa, że takiego zatrzymania dokonuje się w odruchu poczucia odpowiedzialności cywilnej. Jest to rzecz, do której należy się skrupulatnie przygotować.

Wziąłem jedną z nich, z planem późniejszego przejrzenia. W końcu lepiej wiedzieć jak się zachowywać w takiej sytuacji, niż działać „na wariata”. Nie planuję nikogo zatrzymywać, zawsze wydawało mi się sensowniejsze zadzwonienie po patrol, albo spisanie numerów rejestracyjnych, ale już wiem, że rzeczywistość potrafi zaskakiwać ludzi nieprzygotowanych.

Zaraz obok obwieszczenia o półkoloniach policyjnych dla nastolatków znalazłem wydruki ze strony z najgroźniejszymi, poszukiwanymi zbrodniarzami. Wszyscy wyglądali tak, jakby okradziono ich z uroku osobistego zaraz po urodzeniu. Najszkaradniejszy podejrzewany był o przestępstwa matrymonialne. Do tablicy przypięto też wizerunki kilku morderców, gwałcicieli i rabusiów. Fakt, wyglądali podejrzanie, trzeba im to przyznać. Niesymetryczne oczy, niedopasowane nosy, włosy jak teatralne peruki i czoła wskazujące na wodogłowie. Myślę, że zamiast zajmować się poszukiwaniem tych ludzi, komendant powinien zastanowić się nad możliwością zatrudnienia innego grafika.

Przy klawiaturze numerycznej, pilnującej dostępu do reszty komendy, zauważyłem słuchawkę. Nie był to cały aparat, lecz słuchawka z kablem wychodzącym ze ściany. Obok znajdowało się kilka istotnych porad dla tych, którzy chcieliby skorzystać z telefonu. Przeczytałem je od deski do deski i nie mogłem wyjść z podziwu. Policja myśli o wszystkim, nawet o tym, że może odwiedzić ich ktoś, kto nigdy z takiego urządzenia nie korzystał.

Uwaga, telefon wewnętrzny. Jeśli chcesz zadzwonić, podnieś słuchawkę i wybierz numer wewnętrzny. Numer poda oficer dyżurny – przygotuj nazwisko oficera zajmującego się Twoją sprawą i dowód tożsamości. Jeśli numer jest zajęty, trzeba spróbować za chwilę, ponieważ z pewnością ktoś przez ten telefon rozmawia. Jeśli usłyszysz sygnał, oznacza to, że numer nie jest zajęty i ktoś za chwilę odbierze. Jeśli nie odbiera, trzeba spróbować za chwilę, ponieważ z pewnością ktoś wyszedł na chwilę z pokoju.

Zanim mnie wezwano, zdążyłem zapoznać się ze wszystkimi informacjami. Wiem już, co grozi za obrazę funkcjonariusza na służbie jak i to, że każdy funkcjonariusz jest na służbie całą dobę, nawet na urlopie. Wiem, co trzeba zrobić, żeby dostać pozwolenie na broń i że otrzymanie takowego graniczy z cudem. Wiem jakie są statystyki i wykrywalność kradzieży samochodów, włamań i morderstw w całym mieście (ze szczególnym uwzględnieniem mojej dzielnicy). Zapoznałem się ze wszystkimi telefonami zaufania i możliwością zgłoszenia kogoś do projektu rodziny patologicznej (niestety, nikt nie przewidział nagrody za patologiczną rodzinę roku). Dowiedziałem się, że bimber szkodzi – nie tylko na wzrok, ale i życiorys, w przypadku wykrycia produkcji i aresztowania. Dowiedziałem się jak rozpoznać prawdziwą odznakę od fałszywki i czym powinny charakteryzować się policyjne mundury. Ale nie skorzystałem z możliwości oznakowania roweru, sprawdzenia czy mój samochód nie był kradziony i czy nikt nie używa mojego routera do ściągania niedozwolonych treści pornograficznych. Teraz zastanawiam się, czy to nie był błąd, ale nie mam zamiaru wracać na komisariat, póki ktoś mnie do tego nie zmusi.

W końcu tajemnicze drzwi otworzyły się i młoda policjantka zawołała mnie po nazwisku. Jak w szkole, kiedy matematyczka wywoływała do tablicy…

– Dzień dobry – powiedziałem z przyzwyczajenia. – To ja, chciałem zgłosić…
– Proszę za mną, przejdźmy do pokoiku.

Takiej propozycji nie mogłem odmówić. Ruszyłem za nią, podziwiając stan komendy. Ze ścian łuszczyła się farba i odpadał tynk, połowa jarzeniówek nie działała. Nie widziałem też ani jednego plakatu, widać wszystkie powiesili tak, by umilić czas ludziom w poczekalni. Korytarz był praktycznie pusty, jedynymi osobami poza nami była starsza pani o kulach i towarzyszący jej młody policjant. Kobieta wyraźnie protestowała, a on przepraszając tłumaczył, że w komendzie nie ma windy, a zdjęcia podejrzanych można przeglądać tylko na drugim piętrze.

– Pan wejdzie – odezwała się w końcu pani oficer, mająca się mną zająć. Przytrzymała mi też drzwi, na których powieszono tabliczkę z wygrawerowanym „wydział do spraw walki z cyberprzestępczością”.

Myślałem, że trafiłem w odpowiednie miejsce. W końcu padłem ofiarą przestępstwa w cyberprzestrzeni. Kilku funkcjonariuszy znających się na komputerach z pewnością szybko zdołałoby ustalić, jak doszło do kradzieży. Przy odrobinie szczęścia może nawet udałoby się im złapać dowcipnisia? W końcu ciągle się słyszy, że anonimowość w internecie to mrzonka. Jasne, nie spodziewałem się pokoju pełnego monitorów, ludzi walących w klawiaturę z prędkością światła i mnóstwa migających światełek. To, co ujrzałem, nieco mnie zaskoczyło.

Kobieta usiadła za biurkiem i powiedziała:

– Niech pan siada. Starszy aspirant, Magdalena Obłokowska, spiszemy zeznania i zobaczymy, co da się zrobić.
– Oczywiście… Ma pani zamiar pisać ręcznie?
– A widzi pan tu gdzieś jakiś komputer?
– Nie – przyznałem, choć nie spodobał mi się jej drwiący ton głosu.
– Podejrzewam, że spotkał się pan z powszechną opinią o niedofinansowaniu służb mundurowych, prawda? Otóż nasza komenda stanowi tu jaskrawy przykład problemów finansowych całego sektora – ciągnęła, wyciągając z szuflady ozdobiony pstrokatą okładką szkolny zeszyt i ołówek. – Procedura jest prosta. Spiszę pana zeznania, przeczyta je pan potem i podpisze się pod nimi.
– Mam dyktować?
– Tak. Unikamy w ten sposób nieczytelnego pisma, kiedyś prosiliśmy każdego, żeby sam pisał, ale to się nie sprawdza. Następnie prześlę te dokumenty do stażysty, który wprowadzi je do komputerowego formularza. Po zatwierdzeniu formularz prześlemy do centrali walki z cyberprzestępczością i tam się panem zajmą. Rozumie pan?
– Chyba tak… Ile trwa taka procedura?
– Za około miesiąca dokumenty powinny dotrzeć do odpowiedniej komendy. Nie wiem ile spraw mają koledzy, ale nie spodziewałabym się na pana miejscu szybkiego rozwiązania problemu.
– Rozumiem. A zaświadczenie o wszczęciu postępowania? Wie pani, bank czegoś takiego potrzebuje.
– Ach, takie coś mogę panu od ręki wystawić, nie ma problemu, ale najpierw spiszemy zeznania. O jakiej kwocie mowa?
– Pięćdziesiąt euro – przyznałem, a ona spojrzała na mnie wzrokiem wyrażającym coś z pogranicza litości i niedowierzania.
– I chce się panu takie coś zgłaszać?
– Zostałem okradziony – odparłem po chwili, gdy udało mi się dojść do siebie. – Uczono mnie, żeby w takich sytuacjach zwracać się do stróżów prawa. Bank twierdzi, że może zwrócić mi skradzioną kwotę, co uważam za sprawiedliwe i zamierzam się o to ubiegać. Problem w tym, że potrzebuję od państwa odpowiedniego kwitka, który umożliwi wszczęcie procedury.
– Ja to wszystko rozumiem, ale wie pan, po pierwsze szanse na ustalenie sprawcy są niewielkie, po drugie z taką kwotą sprawa zostanie prawie natychmiast zamknięta z powodu niskiej szkodliwości czynu. Bank może panu te pieniądze odda, ale tylko dlatego, że kwota jest niewielka. Oni na tym praktycznie nic nie tracą, a pan, opowiadając znajomym o ich zachowaniu, zrobi im lepszą reklamę niż najlepszy reżyser i najdroższy aktor w godzinach najwyższej oglądalności telewizji.

Posłałem jej spojrzenie z pogranicza obrazy funkcjonariusza na służbie. Zrozumiała, że wytrąciła mnie z równowagi i rzuciła:

– Jeśli chce pan zgłaszać, lepiej żeby miał pan świadomość, jak to się skończy.
– Mam ją – przyznałem, choć moja wiara w sprawiedliwość została mocno podkopana.
– W takim razie pozwoli pan, że pouczę pana o karze za składanie fałszywych zeznań – mruknęła, podsuwając mi zalaminowany kartonik z adekwatnym paragrafem. – Był pan karany? Jeśli tak, proszę podać paragraf, rok skazania, miejsce odbywania wyroku i jego długość.
– Szczęśliwie nie byłem…
– To widać…

Przez kolejne dwie godziny odpowiadałem na jej pytania, a ona skrupulatnie spisywała każde moje słowo. Dobrze, że mam komórkę z dostępem do internetu, bo jak się okazało, kilka razy musiałem sprawdzić to i owo w sieci – między innymi adres strony kasyna, w którym nigdy nie grałem. Pod koniec rzeczywiście dała mi chwilę na przeczytanie zeznań. Pod ostatnim zdaniem dopisała „transkrybcja st. asp. M.O.” Postanowiłem zachować obywatelską postawę i nie zwracać policji uwagi na ortografię. Niektóre rzeczy się nie zmieniają. Tak samo było kiedyś, tak samo jest teraz. Pewnie mają tyle niedziałających jarzeniówek na korytarzu, bo „na miejscu jest zbyt mało policjantów, by wkręcić żarówkę”.

Pytaniem pozostaje czy zmarnowałem ten dzień, czy nie. Wszystko zajęło mi tyle czasu, że nic już tego dnia nie zrobiłem… poza kupieniem butelki czegoś wysokoprocentowego i obejrzeniem filmu o mafii. Nie napisałem artykułu, który miałem napisać. Nie spotkałem się z kolegami z pracy, nie uzgodniłem z nimi kilku ważnych rzeczy. Jednak bank po zaledwie czterech miesiącach oddał mi moje pieniądze, co sprawia, że uznać można, iż w jeden dzień zarobiłem pięćdziesiąt euro. Pokręcona to logika, a kredytu hipotecznego i drugiego mieszkania nadal nie mam.

Kupała w Skiroławkach

Poprosiłam Zbyszka Milewicza, naszego specjalistę do spraw cielesnych, żeby przygotował jakiś wpis na Kupałę, a ten wykpił się na całej linii, napisał mianowicie: Ewuniu, nie napiszę nic na święto Kupały, bo kawał lenia ze mnie. Chciałem podeprzeć się prozą Zbigniewa Nienackiego, który w Raz w roku w Skirolawkach dał bardzo soczysty obraz tych pogańskich obrzędów, ale nie mogłem nigdzie znaleźć jego książki. Może Tobie by się udało, w Berlinie.

Porządnemu redaktorowi naczelnemu zawsze się udaje spełnić życzenia swoich autorów. Opis wprawdzie nie jest tak soczysty, jak to Zbyszek zapamiętał, ale proszę bardzo, przypomnijmy sobie niewinny świat PRL (był rok 1983!), w którym Skiroławki zakwalifikowane zostały jako ubrana w pozory literatury pornografia. I tak to zapamiętaliśmy, seks na każdej stronie… Ach.

Zbigniew Nienacki

Raz w roku w Skiroławkach
Rozdział 34
O kwiecie paproci i krótkiej chwili szczęścia

Z początkiem czerwca w Skiroławkach noc trwa już zaledwie niecałe osiem godzin, przez co — zdaniem proboszcza Mizerery — diabeł ma mniejszy dostęp do człowieka, gdyż jako Król Ciemności lubi przede wszystkim mrok nocny. Tedy zaraz po święcie Bożego Ciała Mizerera bierze urlop i wyrusza nad morze, gdzie wdycha zapach jodu. W tym czasie duszpasterstwem zajmuje się wikary oraz częściej niż zazwyczaj przyjeżdża pastor Dawid Knothe i po okolicznych wioskach w prywatnych domach lub kaplicach odprawia swoje protestanckie nabożeństwa. Bóg jest bowiem jeden, natomiast zło jawi się w rozmaitych postaciach i na wszelkie sposoby należy z nim wojować. Umówił się więc proboszcz Mizerera z pastorem Knothe, że gdy któremuś z nich urlop się przydarzy czy choroba albo, jak to było w przypadku pastora, że na uniwersytecie przewód doktorski otworzył o pieśniach ludowych zebranych przez pastora Gizewiusza, jak nie jeden, to drugi będą dbali o to, aby do ludzkich serc nie wkradło się zwątpienie czy niewiara.

Myliłby się bowiem ten, kto by sądził, że Szatan tak zupełnie w czerwcu próżnuje. Czy to nie koło świętego Jana zdarzają że od wieków wśród ludu rozmaite zberezeństwa, panny łatwiej tracą cnotę, a mężatki chętniej decydują się na zdradę swych mężów? Tak mówi tradycja, którą szanuje pisarz Lubiński, choć doktor Niegłowicz odrobinę z niej pokpiwa, twierdząc, że kobieta przez cały rok wytwarza ciała naukowo zwane ciałami rujotwórczymi, tedy cały rok skazana jest na cielesne pokusy, ale w czerwcu są one po prostu bardziej widoczne, gdyż noc trwa krócej i ciemność ich nie osłania. Kto ma rację -trudno tę sprawę rozstrzygnąć. Jedno wydaje się pewne, a to mianowicie, że o kobietach, dobrze lub źle, przyjemnie się w czerwcu rozmawia, podobnie zresztą jak w każdym innym miesiącu.

Z początkiem czerwca jezioro zmienia swoją barwę. Z modrego, jak oczy zmarłej córki Jonasza Wątrucha, staje się ciemnoniebieskie, a potem zielonkawe. W Skiroławkach przekwitają bzy, nad łąkami latają motyle, a nocami krąży wokół stodół gacek wielkouch. W zbożach zakwitają pierwsze chwasty — purpurowoliliowe kąkole, ciemnoniebieskie ostróżeczki i rumian polny. A w okopowych kwitnie różowy groszek bulwiasty i żółty szczawik.

Na bagnach i torfowiskach za domem doktora na kępach turzyc pokładają się pędy przytulii błotnej okrytej białym kwieciem. Żółci się tojeść, jak gwiazdy skrzą się kwiaty jaskra wielkiego, a na pełzających po ziemi pędach żurawiny pokazują się malutkie ciemnoróżowe płatki kwiatuszków. W lasach kwitną głogi, kalina, berberys, znaleźć można kwiat lilii złotogłowej, a z nią i fijołek leśny. Na sosnach widać młode szpilki, a na szczytach świerków sterczą czerwonawe szyszeczki podobne do kolorowych świeczek.
Zielonymi liśćmi okryte są już nawet najstarsze dęby, które ostrożnie i nieufnie otwierają pąki. Powiadają ludzie, że w czerwcu w lasach na jedną noc zakwita paproć, a kto ją ujrzy — staje się szczęśliwym. I jest to szczerą prawdą, ponieważ człowiek bywa szczęśliwym tylko na jedną noc, na krótki czas. Nigdzie nie jest powiedziane, że człowiek ma być szczęśliwym zawsze, przez całe swoje życie i to rozumie mędrzec, który tylko czasem, na krótką chwilę, czuje się szczęśliwy. Natomiast głupiec i prostak idzie do lasu, aby szukać kwiatu paproci, znajduje go jednak tylko w baśniach, gdyż głupiec i prostak nie wiedziałby nawet, co robić ze swoim szczęściem.

Wie o tym doktor Niegłowicz i nie chodzi do lasu po kwiat paproci, a tylko leczy ludzi w ośrodku zdrowia. Wie o tym również pisarz Lubiński i dlatego jeśli w czerwcu zagląda do lasu, to tylko po to, aby pani Basieńce przynieść bukiecik leśnych fijołków. Po kwiat paproci wybrała się jedynie pani Luiza, nauczycielka tuż przed emeryturą, gdyż nigdy przez całe swoje życie nie czuła się ani przez chwilę szczęśliwą. Lecz tego dziwnego kwiatu należy szukać o dwunastej w nocy, a ona zawróciła o zmroku, aby, broń Boże, ktoś sobie coś złego o niej nie pomyślał.

Tak naprawdę to ten kwiat znalazła tylko piękna Brygida, lekarka weterynarii z Trumiejek, choć wcale nie poszła po niego do lasu. Ze swoim chorym dzieckiem przyjechała do doktora na półwysep, gdyż tego dnia doktor miał dzień wolny od pracy, a ona nie darzyła zaufaniem pani doktor Kuraś. Niegłowicz osłuchał dziecko, tu i ówdzie dotykał swoimi palcami tak delikatnie, jakby to nie istota ludzka była a jakiś drobny kwiatek. Dał Brygidzie butelkę z kroplami i powiedział, że dziecku już pod wieczór minie gorączka, a za trzy dni będzie zupełnie zdrowe.
— Myślałam, że dziecko wypełni mi cały świat i zabierze całe serce. Ale ono zabrało mi tylko połowę świata i połowę serca — powiedziała do doktora Brygida, jakby tłumacząc się mu, że ma nieślubne dziecko, nawet nie wiadomo od kogo.
Popatrzył też doktor w duże, dziwnie smutne oczy Brygidy, które były jak oczy jałowicy, pogłaskał Brygidę po jej czarnych puszystych włosach i także smutnie się uśmiechnął.
Zapragnęła Brygida powiedzieć doktorowi coś miłego i serdecznego, ale ilekroć znalazła się przy nim, niczym nie wyjaśniony i nawet dla niej samej niezrozumiały gniew ją ogarniał na niego i jego sposób życia. Głośno bowiem było w okolicy, że stara Makuchowa kobiety mu na noc drzwiami z tarasu do sypialni sprowadzała jak loszki do knura. I dlatego, choć winna mu była słowa podziękowania za zbadanie dziecka i lekarstwa na chorobę, szykując się do opuszczenia gabinetu lekarskiego nie potrafiła się powstrzymać, aby nie napytać złośliwie:
— Czy wciąż jeszcze, doktorze, musi pan najpierw kobietę upokorzyć, zanim w nią pan wejdzie?
— Tak — wyznał szczerze.
I ta jego po prostu bezczelna szczerość jeszcze większą złość w niej rozbudziła.
— Pan nie jest chyba zdolny do prawdziwej miłości —zawołała. — Nigdy też pan nie będzie miał do czynienia z kobietą wartą miłości. Bo czy taka kobieta pozwoli się upokorzyć mężczyźnie? Mamy takie same prawa jak mężczyźni, nie jesteśmy gorszymi od mężczyzn istotami. Nie pozwolimy się upokarzać.
— Nie namawiam pani, panno Brygido — odparł jej doktor — choć przyznaję, że jest pani najpiękniejszą kobietą w całej gminie Trumiejki. Wiele razy myślałem, że można by panią zaprosić do mojej sypialni, wiem jednak, że nie da się pani upokorzyć.
— Nigdy! Nigdy! — oświadczyła z mocą Brygida.
— To i lepiej — powiedział doktor.
— Dlaczego “lepiej”? — spytała.
— Nie interesują mnie kobiety warte miłości. Byłem już raz w życiu zakochany. Otrzymałem w zamian tylko cierpienie. Nie pragnę, aby to samo powtórzyło się po raz wtóry.
Ucieszyła się Brygida, że powiedział o niej jako o kobiecie wartej miłości, ogromna radość i wielka tkliwość wypełniła jej serce. Ale nie chciała mu tego okazać. Wzięła dziecko na rękę i zaraz odjechała. Ale była przez chwilę szczęśliwa, chyba bardzo krótko, przez taką chwilę jak kwitnie paproć.

Nadzieję na krótką chwilę szczęścia przeżyła i pani Halinka Turlej, gdy wracając z początkiem czerwca ze szkoły liczyła sobie, ile to jeszcze dni pozostało jej do końca roku szkolnego, a także myślała o tym, że przed trzema dniami zepsuł się silnik w hydroforze leśniczówki, wstąpi więc do Porwasza i zapyta go, czy może wykąpać się w jego łazience ze starą armaturą. Niestety, nadzieja zaraz prysła. Już z daleka zobaczyła, że u Porwasza okna są szeroko otwarte i gruba żona gajowego Widłąga myje szyby, wypinając w stronę drogi swój szeroki zad. Na ten widok zrobiło się pani Halince bardzo smutno, minęła dom Porwasza, a w leśniczówce zrobiła awanturę mężowi, że nie stara się o naprawę hydroforu. Kładąc się spać dwukrotnie przekręciła klucz w drzwiach do swego pokoju.


Wioska Jerzwałd, pierwowzór Skiroławek

Sady Pradziadka. Babcia Małgorzata (1)

Malgorzata_Hrebnicka_zrywa_kartke_z_kalendarza_PetersburAndrzej Rejman

Babcia

Babcia Małgorzata Doktorowicz-Hrebnicka odeszła ostatnia.
Wszyscy jej najbliżsi, oprócz wnuka, piszącego te wspomnienie – zmarli wcześniej. Dwoje małych dzieci pochowała jeszcze w Rosji, tuż po rewolucji.

Syn Kazimierz został rozstrzelany w sierpniu 1944 pod Skierniewicami, gdy miał 22 lata. Nie udało mu się dotrzeć do Sadu Pomologicznego Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego (sad ten był od początku okupacji pod zarządem niemieckim). Kazimierz chciał schronić się u Aleksandra Rejmana, kolegi ze studiów swej siostry Julii. Niestety, nie mając przy sobie dokumentów, został zatrzymany przez żandarmerię niemiecką i na miejscu rozstrzelany 18 sierpnia 1944 roku.
Akurat w tym czasie były alianckie zrzuty i Niemcy przeczesywali teren.

Malgorzata_Hrebnicka_z_corka_Julia_Petersburg_ok_1916Córka Hrebnickich, Julia, jako jedyne ich dziecko przeżyła wojnę, lecz zmarła po ciężkiej chorobie w 1970 w Warszawie, osierociwszy 13 letniego syna, Andrzeja.
Mąż babci – Stanisław Doktorowicz-Hrebnicki odszedł w grudniu 1974 roku przed Nowym Rokiem, w ciszy, niepostrzeżenie, jakby we śnie.

Był od żony starszy o rok. Wykształcony w petersburskiej Akademii Górniczej geolog, kartograf, badacz złóż węgli, zabierał żonę na wyprawy geologiczne. Tak było w latach 1913-1914, gdy pojechali razem na Zabajkale. Byli rok po ślubie. Z wypraw tych babcia Małgorzata przywiozła notatki, rysunki, szkice, i wiele wrażeń i sił do dalszego życia. A czasy były niespokojne. Z drugiej wyprawy na Zabajkale wracali tuż po rozpoczęciu Pierwszej Wojny Światowej.
Babcia skrupulatnie pisała dzienniki podróży, dzienniki lektur, pisała dużo i ładnie, często nawiązując do otaczającej przyrody, dodając swe refleksje nad losem i ludzkością.

Urodzona w styczniu 1890 roku, (w grudniu 1889 wg starego juliańskiego kalendarza, który zmieniono dopiero w 1917 roku) wychowywała się z matką, najpierw w Moskwie, potem w Petersburgu.

Zabajkale_1913_fot_St_Hrebnicki_na_pierwszym_planie_MalgUkończyła z wyróżnieniem (złoty medal) Gimnazjum Żeńskie w Moskwie w 1907 roku, a w 1912 roku uzupełniające kursy pedagogiczne uprawniające do nauczania w niższych klasach szkoły średniej.
Obdarzona nie tylko talentem literackim, ale też oryginalną urodą, żywym temperamentem i humorem, co znalazło wyraz także we wspomnieniach, które pisała.
Większość zachowała się – część z nich została wydana przez Państwowy Instytut Geologiczny w Warszawie – najciekawsze fragmenty przytoczę w następnych odcinkach.

zdjęcia – fot. Stanisław Doktorowicz-Hrebnicki:

1/ Magorzata Doktorowicz-Hrebnicka z córką Julią, Petersburg ok 1916.
2/ Magorzata Doktorowicz-Hrebnicka zrywa kartkę z kalendarza, Petersburg ok 1914.
3/Zabajkale 1913. Na pierwszym planie Małgorzata Doktorowicz-Hrebnicka z koniem

Papież awangardy

slupEwa Maria Slaska

o wystawie Tadeusza Peipera w Warszawie

Stoję w Warszawie przed dworcem i patrzę na słup ogłoszeniowy. Tadeusz Peiper – Papież awangardy. Muzeum Narodowe w Warszawie. Wstyd się przyznać – wcale nie wiedziałam, że był malarzem. Poetą, owszem, ale skoro ma wystawę w Muzeum Narodowym, to widocznie również malował.
Nie mam czasu niczego sprawdzać, nie przygotowałam się więc na całkowite zaskoczenie. Docieram do Muzeum, biorę gazetkę, ale postanawiam ją przeczytać potem.

Wchodzę więc na wystawę i nadal nic nie wiem. Nie, jednak już coś wiem, wiem mianowicie, że na wystawę składają się dzieła artystów współczesnych poecie – Borges, Chaplin, Delaunay, Gris, Kobro,  Leger, Malewicz, Pankiewicz, Strzemiński, Witkacy… Oni też nie wszyscy byli malarzami czy rzeźbiarzami.

plakatWędrując przez sale muzealne, podziwiając portret Nerudy, wiersze Vicenta Huidobro i dzban Władysława Jahla, Polaka, jednego z najważniejszych ultraistów madryckich, wciąż jednak podświadomie czekam na odkrycie, na to, co nieznane, na obraz Peipera.

Dopiero dobrze w połowie wystawy, tam gdzie pojawia się Zwrotnica, pojmuję, że nie będzie żadnego Dzieła, bo Peiper żadnego Dzieła plastycznego nie stworzył. Dobrze wiedziałam.
Kuratorzy, dr Piotr Rypson we współpracy z Moniką Poliwką i Juanem-Manuelem Bonetem, piszą, że być może istniał gdzieś kiedyś jakiś wykonany przez Peipera rysunek, ale że oczywiście Peiper był przede wszystkim poetą, krytykiem literackim, wydawcą.

zwrotnica Na stronie Muzeum Narodowego poświęconej wystawie czytamy:
Tadeusz Peiper znany jest w Polsce jako najbardziej prominentna postać środkowoeuropejskiej awangardy i założyciel Zwrotnicy (1922). Niewiele osób wie o jego związkach ze środowiskiem awangardy hiszpańskiej i hiszpańskojęzycznej. Lata 1915-1920 spędził Peiper w Madrycie, w otoczeniu silnie związanym z hiszpańskim ultraizmem. W tym czasie w stolicy Hiszpanii przebywali Robert i Sonia Delaunay, Guillermo de Torre,  Vicente Huidobro, rodzeństwo Jorge Luis i Norah Borges, Rafael Barradas, a także Polacy – Józef Pankiewicz, Jan Wacław Zawadowski i związani z ultraistami Władysław Jahl oraz Marian Paszkiewicz.

ultraGdy kończy się wojna, Peiper wraca do Polski, do Krakowa, gdzie zakłada pierwszą Zwrotnicę, czasopismo bez którego nie byłoby polskiej sztuki awangardowej. Publikowali tu Władysław Strzemiński i Kazimierz Malewicz, książki i poezje Peipera ilustrowali Juan Gris, Mojżesz Kisling, Fernand Léger. Każdy kto liczył się w polskiej Awangardzie prędzej czy później musiał się pojawić w  Zwrotnicy.
ustaPierwsza ukazywała się w latach 1922-1923, druga w okresie od roku 1926 do 1927, a współpracowali z nią przede wszystkim futuryści i formiści: Leon Chwistek, Stanisław Młodożeniec, Tytus Czyżewski, Bruno Jasieński, Anatol Stern, Aleksander Wat. Dzięki kontaktom nawiązanym przez Peipera w Paryżu i Madrycie w Zwrotnicy pisali tacy przedstawiciele międzynarodowej awangardy jak Filippo Tommaso Marinetti i Tristan Tzara. W drugiej Zwrotnicy pojawili się Julian Przyboś, Jan Brzękowski, Jalu Kurek. Program poetycki Peiper zawarł w szkicach: 1925 – Nowe usta, 1930 – Tędy.

blokAutor wpisu o Peiperze w Wikipedii pisze: Wysiłek poety Peiper porównywał do trudu rzemieślnika, dlatego też wszystko w poezji powinno być zaplanowane, podobnie jak w produkcji. Określił symbole nowoczesności jako: miasto, masa, maszyna, a ich skrót “3×M” stał się hasłem Awangardy. Jego teoria poezji odrzucała melodyjność wiersza, sylabizm, dopuszczała wiersz wolny i tylko takie metafory, które mogą być jednoznacznie interpretowane. 

Rola Peipera jako Papieża Awangardy skończyła sie w latach 30, bo skończył się czas Awangardy – okazała się zbyt naiwna i zbyt idealistyczna, a jej hasła stały się symbolem komercji i populizmu w sztuce, a potem totalitaryzmów, wojny, terroru i katastrofy.

ulicaPeiperPeiper żył jeszcze wiele lat, zmarł w roku 1969, ale nikogo już nie interesował. Tak dalece, że autorzy wystawy zapomnieli napisać, że umarł i kiedy umarł. Dla nich w latach 30 umarł Wielki Symbol, człowiek, który po nim pozostał był bez znaczenia.

 

Reblog: Co się z nami stało???

Z reguły nie interesują mnie poradniki, a jednak… Zaproszenie do zapoznania się z tekstami Bartka Popiela przysłała mi pani Monika Wędrocha z wydawnictwa Złote Myśli. Już od jakiegoś czasu dostaję od nich informacje o nowych publikacjach. Wprawdzie nie pamiętam, jak to się stało, że weszłam na ich listę mailingową, ale zawsze porządnie czytam, co właśnie oferują. Mail sprzed dwóch dni zaczynał się tak:

Złote Myśli * Zmieniamy punkt wi(e)dzenia
_______________________________________________

„Mój dziadek mieszkał na wsi. Miał dużo ziemi,
którą uprawiał i dwa hektary sadu.
Poza tym hodował krowy, konie i świnie.

Jednak praca na roli, to nie było jego
jedyne zajęcie. Był w miejscowej szkole
nauczycielem matematyki.

Poza tym… miał sześcioro dzieci.

Wstawał codziennie o 4:00, żeby wszystko
oporządzić przed wyjściem do pracy.

Nigdy w życiu nie powiedział, że mu się nie chce,
albo, że dzisiaj nie wyprowadzi krów
i nie nakarmi świń, bo…
brakuje mu motywacji do działania.”

Spodobało mi się. Poprosiłam o zgodę na reblog. Pani Monika Wędrocha odesłała mnie bezpośrednio do blogu Bartka Popiela, ten do pani Oli, a ta natychmiast przysłała zgodę. I tak oto w nadzwyczajnym tempie udało mi się uzyskać pozwolenie zreblogowania wpisu, który jednak wcale nie zaczyna się opowieścią o dziadku. Szkoda, bo ta opowieść przypomniała mi wiersz Seamusa Heaneya…

Bartek Popiel

jaksieW poniższym nagraniu poznasz najskuteczniejsze moim zdaniem sposoby na wzbudzenie i utrzymanie motywacji. To moje osobiste TOP 10. Jednak jeśli chcesz poszerzyć wiedzę z tego zakresu, to zachęcam do pobrania ebooka: „Przestań jęczeć i weź się wreszcie do roboty!” Możesz go pobrać w panelu po prawej stronie całkowicie za darmo. Jednak najpierw zobacz video, ok?

No dobrze, a teraz rozsiądź się wygodnie, zobacz nagranie i jeśli masz jakieś pytania, to zapraszam do rozmowy w komentarzach.

***
Nie wiem, czy te porady mogą się przydać, ale na pewno warto co pewien czas przypomnieć sobie opowieść o dziadku, który wstawał o 4 rano.

Nowa polska proza

Uwaga! W tekście są dwa “haczyki” – jeden w miarę prosty do odgadnięcia i drugi, który będzie wymagał pewnej dozy samodzielnej pracy poszukiwawczej. Ten, kto odkryje obie niespodzianki, dostanie nagrodę! Będzie to podpisana przez autorkę antologia opowiadań fantastycznych wydana przez wydawnictwo Posnania, gdzie opublikowane jest inne jej opowiadanie. Zresztą znakomite, warto się zatem postarać o zdobycie nagrody.

Anna Rosner

Bez biletu wysiadasz

Nad Zieloną Górę nadciągała jesienna mgła. Białe pasma owijały klosze latarni starając się opaść coraz niżej. Spowijały miasto i wyciszały je, jakby chciały by to, co skrywały, zostało niezauważalne nie tylko dla oczu, ale i dla uszu postronnego obserwatora.
Cztery osoby wyszły na chłodne, nocne powietrze, z jednej z niewielkich kamienic.
– Co za pogoda – fuknął chłopak z ciężkim plecakiem. Zapiął kurtkę i rzucił do stojącej nieopodal dziewczyny: – Patrz, Iga, wiaduktu nie widać. Tylko światła, kiedy coś przejedzie. Niesamowite.
– Trzeba było zostać do rana, a nie decydować się na kuszetkę. Nie wiem, co wam odbiło, żeby wracać do Warszawy o takiej porze – odparł jego kompan, drżący na zimnie w samym tylko swetrze. – Mogliście przenocować u mnie i wracać rano.
Spojrzał na dziewczynę opatulającą się szalikiem. Gdy pozostała dwójka zajęta była podziwianiem świateł, przyciągnął ją do siebie i przytulił mocno na pożegnanie. Był szczęśliwy, że przyjechała z przyjaciółmi na jego urodziny. Poznali się kilka tygodni wcześniej i choć związek na odległość nie był prosty, na razie wszystko układało się całkiem dobrze. Wypuszczając Ewę z ramion spytał:
– Musicie teraz jechać? Impreza trwa w najlepsze, a wy się zbieracie. Co wam szkodzi…
– Szymek, mówiłam ci już. Mamy w poniedziałek kolokwium. Prześpimy się w pociągu i od rana zakuwanie. Mogłeś zrobić imprezę innego dnia, mówiłam, że tak będzie.
Westchnął, rezygnując z przekonywania ich do pozostania. Kiedy Ewa coś postanowiła, było się na przegranej pozycji. Spojrzał na jej przyjaciela i spytał:
– Bartek, pamiętasz którędy iść?
– Jasne. Cały czas prosto, pod wiaduktem, przez rondo i jesteśmy na dworcu.
Iga, do tej pory robiąca zdjęcia tonących we mgle wiaduktu i pobliskiego boiska, schowała telefon i spojrzała na nich spode łba.
– Ewka, ten pociąg odchodzi za jakieś dziesięć minut. Pośpiesz się.
– Już, już…
Zarzuciła na ramię torbę i ruszyła za przyjaciółmi. Droga na stację kolejową była krótka, ale wyszli później niż planowali i teraz musieli praktycznie biec, by się wyrobić. Wiedziała, że następne połączenie jest dopiero rano, a czekające ją kolokwium wymagało sporo nauki. Jasne, fajniej byłoby zostać, jeszcze fajniej nie pojawić się na konwersatorium i udawać, że zmogła ją grypa czy inne choróbsko. Wolała jednak mieć w zapasie bezkarne nieobecności na zajęciach i nie wykorzystywać ich na samym początku semestru. Poza tym nie miała ochoty udawać, że czyta notatki w drodze do Warszawy, rozkojarzona i zestresowana.
– Ewcia! Odezwij się, jeśli nie wsiądziecie do tego pociągu! Jakby co, materac czeka!
Obejrzała się i pomachała mu na pożegnanie.
* * *
Starali się iść szybkim marszem, czasem tylko podbiegając po kilka metrów. Bartek popędzał dziewczyny. Był podchmielony i denerwowało go, że zostawały z tyłu, szczególnie że to on dźwigał plecak, do którego Iga napakowała nikomu niepotrzebnych gratów.
Gdy minęli rondo Maćkowiaka, zaczął wypatrywać zarysu dworca. W kilka chwil znaleźli się na niewielkim, prawie pustym parkingu. Zapowiadało się na to, że zdążą, może na ostatnią chwilę, ale się uda. Właśnie wtedy jego dziewczyna straciła równowagę, oparła się o maskę samochodu i rzuciła:
– Jezu, chyba obcas złamałam.
– Teraz?! Weź się nie wygłupiaj, Iga! Jak będziecie się tak guzdrać ni diabła nie zdążymy.
– Sam się nie wygłupiaj – warknęła Ewa podchodząc do koleżanki. – Leć po bilety, spotkamy się w środku.
Gdy pobiegł, pomogła Idze zdjąć buty. Cieszyła się, że sama postawiła nie tyle na wygląd, co na wygodę. Stare, znoszone trapery może nie wyglądały zbyt atrakcyjnie, ale do takich sytuacji nadawały się znacznie lepiej, niż szpilki i krótka spódnica.
Poprawiła torbę i podała koleżance buty.
– Biegusiem, Iga.
– Nienawidzę, kiedy dzieje się coś takiego. Boso po chodniku, po prostu bomba.
– Oby tylko dostał te bilety. Usiądziemy w przedziale i zobaczymy czy da się coś z tym zrobić. Ostatecznie urwiemy drugi, jak w tej starej reklamie.
– To nie było śmieszne – skwitowała Iga. – Szmelc z wyprzedaży.
Ruszyły truchtem w stronę dworca. Nie zdążyły jednak dotrzeć nawet do drzwi, gdy zobaczyły wychodzącego na zewnątrz, zdezorientowanego Bartka.
Chłopak omiótł wzrokiem ulicę i machną ręką dając znak, żeby się pośpieszyły. Nie czekając aż znajdą się bliżej, podszedł do niewielkiej, zielonej budki, stojącej obok budynku. Widziały, jak wdał się w rozmowę z kimś w środku. Po chwili wyprostował się i krzyknął:
– W kasach nikogo nie ma. Pan mówi, żeby iść tędy. Pośpieszcie się!
Iga pobiegła za nim, przeklinając pod nosem. Ewa przyśpieszyła kroku, ale na widok miejsca, przy którym przystanął jej kolega, nie mogła się powstrzymać. Wyjęła z kiszeni komórkę, uruchomiła aparat i zrobiła niewielkiej budce zdjęcie. Już miała schować aparat, gdy ujrzała drugą rzecz, godną uwiecznienia – niewielką bramę, przez którą musieli przejść, i zawieszony na niej szyld z nazwą stacji.
Wpadła na peron ostatnia. Bartek stał w drzwiach końcowego wagonu i przytrzymując je pokazywał, żeby się pośpieszyła. Ponad jego ramieniem widać było twarz rozbawionej Igi.
– No dawaj, bo odjedziemy bez ciebie!
Ewa rzuciła okiem na pociąg. Wagony pomalowano kolorami, które nie kojarzyły się jej ani z koleją podmiejską, ani żadnymi przewozami regionalnymi czy połączeniami pośpiesznymi. Nie wiedziała jak długi był skład, wszystko poza dwoma ostatnimi jego elementami tonęło we mgle. To, co widziała, wyglądało nietypowo i archaicznie, a dla osoby przyzwyczajonej do powolnej modernizacji, wręcz odpychająco.
Wskoczyła do środka i zamknęła za sobą drzwi.

* * *

Wnętrze, w którym się znaleźli, wydało się Ewie surowe i nieprzyjemne. Wszystko wyłożono listewkami, nawet ściany i sufit. Nie było przedziałów, zamiast tego dwa rzędy drewnianych ławek i przecinająca je wolna przestrzeń wiodąca do drzwi następnego wagonu. Większość miejsc była zajęta i dziewczyna z zaskoczeniem stwierdziła, że siedzący na nich ludzie wyglądali jak statyści filmu kostiumowego, ubrani w szarawe, podniszczone ubrania, jakie widywało się na zdjęciach z początku XX wieku. Wszystko oświetlały staromodne lampy, umieszczone między oknami na metalowych ramionach.
Bartek ruszył przed siebie, a Iga podążyła jego śladami. W turkocie, jaki rozległ się, gdy pojazd ruszył, Ewa musiałaby krzyczeć, by któreś z jej przyjaciół dało radę cokolwiek usłyszeć. Pozostawiona bez wyboru, podreptała za nimi. Przechodząc między ławkami zerkała ukradkiem po twarzach podróżnych. Niektórzy spali, inni czytali gazety. Kilka osób rozmawiało, kuląc się ku sobie, by przekrzyczeć hałas. Nikt nie zaszczycił ich choćby przelotnym spojrzeniem.
Czemu nie? – Pomyślała i gdy dotarła do końca wagonu, zrobiła zdjęcie pasażerom. Czuła się z tym głupio, nawet idiotycznie. Szybko jednak wytłumaczyła sama sobie, że jeśli ktoś ubiera się taki sposób, musi być przygotowany na przypadkowych fotografów-amatorów.
Zaraz za drzwiami drugiego wagonu znaleźli dwie wolne, zwrócone ku sobie ławy. Pod drewnianym sufitem nie było półek na bagaże. Odłożyli je na twardych siedziskach i usiedli koło nich. Spojrzeli po sobie z widoczną ulgą. Złapanie pociągu okazało się nieco trudniejsze, niż się spodziewali, kosztowało nieco nerwów i wysiłku, ale udało się. Jechali do domu.
Bartek nachylił się nieco do dziewczyn i powiedział głośno:
– Facet w budce powiedział, że bilety kupimy u konduktora. Powie nam też, gdzie jest jakiś pusty przedział, w którym można się przespać.
– Spytałeś się go, czy ten pociąg na pewno jedzie do Warszawy?
– Spytałem o pociąg o trzeciej pięćdziesiąt. Ile pociągów, Ewuś, odchodzi twoim zdaniem o tak nieludzkiej porze z tego dworca? – rzucił, po czym sięgnął do plecaka po puszkę piwa. Otworzył ją i pociągnął solidny łyk. – Wiecie co? Ten z budki mówił do mnie po niemiecku.
Iga przyglądała się swoim butom. Obcas lewego złamał się u samej nasady. O naprawie w takich warunkach nie było mowy. Szewc może coś by poradził, ale póki co zapowiadało się na to, że będzie musiała chodzić boso. Zrezygnowana odłożyła szpilki i spytała:
– No i?
– Nie rozumiesz? Jesteśmy w Polsce, a on do mnie po niemiecku zaczyna!
– I co zrobiłeś?
– A co miałem zrobić? – Wypił kilka łyków i przetarł twarz dłonią zerkając na Igę, niespecjalnie zainteresowaną jego opowieścią. Odwrócił się do Ewy i dodał: – Śpieszyło mi się, co się będę z dziadem kłócił? Przeszedłem na niemiecki i wtedy powiedział, gdzie mamy iść. Po prostu śmieszne, nie spodziewałem się czegoś takiego. Może to jakiś miejscowy żart, którym częstują przyjezdnych?
– Tu wszystko jest jakieś dziwne… Nie podoba mi się ten pociąg.
– No co ty, przecież lubisz retro. Klimat pełną gębą!
– Coś ci pokażę. To, że mówił po niemiecku, to jeszcze nic.
Włączyła ponownie telefon i pokazała jedno ze zdjęć. Nad zieloną budką, wewnątrz której widać było twarz starszego mężczyzny, widniały wyraźne, białe litery: Kartenbüro.
Iga zerknęła na wyświetlacz ze znudzoną miną, po czym wróciła do obserwowania widoków przesuwających się za oknem. Bartek przyjrzał się fotografii i rzucił:
– Może kręcą jakiś film? Widziałaś tych ludzi z tyłu pociągu? Jakby się z planu urwali. Wszystko do siebie pasuje. Pewnie wracają z planu. Potrzebowali go do zdjęć pociągu retro, a teraz muszą jakoś odstawić do kolejowych zajezdni.
– Może… Ale nie jestem przekonana. Takie składy normalnie stoją w muzeach, jeśli nawet się je wypożycza, to nie po to, żeby rozwoziły statystów, ani tym bardziej podróżnych. Poza tym widziałam jeszcze jedną dziwną rzecz.
Przesunęła palcem po wyświetlaczu i pokazała kolejne zdjęcie, które zrobiła przed wbiegnięciem na peron. Widać było na nim wagony, wyłaniające się z mgły podświetlonej ulicznymi lampami. Na pierwszym planie znajdowała się wykuta w metalu, łukowata brama z wyraźnym napisem: Sprottauer Bahnhof.
– To też wygląda jak z planu zdjęciowego – skwitował. – Nazwa kolei, pewnie jakaś fikcyjna, bo nigdy o niczym takim nie słyszałem.
Zerknęła na niego niepewnie. Od kiedy zobaczyła pociąg, miała złe przeczucia. Nie potrafiła ich wyjaśnić, po prostu czuła, że coś jest nie tak. Coś nie dawało jej spokoju. Coś nie pozwalało przyjąć tego wszystkiego tak spokojnie i bez zadawania pytań.
– Zwróciłeś uwagę na to, że wszyscy tu czytają tylko niemieckojęzyczne gazety?
– Nie… – mruknął i wstał na chwilkę, żeby się rozejrzeć. – Rzeczywiście. Jeśli to statyści, to może ściągnięci zza granicy? Wiesz, jak do filmu potrzeba ludzi mówiących po niemiecku, to czasem łatwiej zatrudnić kogoś z miasteczka zaraz za miedzą, niż Polaków. Wypadają wiarygodniej i wcale nie są kosztowniejsi.
Obserwowała go, gdy sięgał po puszkę. Starała się ocenić, czy pojawiają się w nim jakiekolwiek wątpliwości, czy też jest absolutnie przekonany o przeznaczeniu pociągu i zawodzie pasażerów.
– Poważnie uważasz, że to wszystko jakaś scenografia?
– A niby co innego?
– Może jesteśmy w złym pociągu – wtrąciła Iga, do tej pory ledwie zwracająca uwagę na całą rozmowę. Na jej twarzy zakwitł szelmowski uśmiech. Wyjęła z plecaka chłopaka drugą puszkę piwa. Otworzyła, wypiła kilka łyków i dodała:
– Dojedziemy do Berlina, nie do Warszawy. Zobaczycie! Słyszałam, że w tym mieście nie takie rzeczy się zdarzają. Podobno znajomy znajomego kuzynki mojej współlokatorki z akademika…
Ewa miała dość, uwielbiała spędzać czas z Igą, ale kiedy zbierało się jej na opowieści tego typu, miała ochotę ją zamordować. Kolejna legenda miejska, którą znalazła na jakiejś stronie w sieci i po raz setny opowiadała jako najświętszą prawdę. Zamiast się denerwować, rozparła się na siedzeniu i uruchomiła w telefonie przeglądarkę internetową. Chciała sprawdzić co oznaczała nazwa na bramie.
– Szlag by to trafił – mruknęła po chwili. – Nie ma zasięgu.
Zdenerwowała się nie tylko dlatego, że nie mogła poszukać odpowiedzi na nurtujące ją pytania, co przede wszystkim z niemożliwości przedzwonienia do Szymona. Obiecała dać znać czy zdążyli, teraz chciała mu jeszcze opowiedzieć gdzie jest i co się dzieje. Poznać jego zdanie i – choć ciężko jej było się do tego przyznać nawet przed sobą – dać się przekonać do spędzenia tej nocy u niego.
Rozejrzała się po pociągu i nie mając nic lepszego do roboty, włączyła w komórce aparat fotograficzny. Nie należała do ludzi, którzy robią zdjęcia wszystkiego, co tylko się da, a potem wrzucają je na profile w portalach społecznościowych i zamęczają nimi innych. Lubiła za to starocie, a pociąg był ich po prostu pełen. Poza tym uważała, że Iga i Bartek stanowili całkiem ładną parę. Postanowiła zrobić im kilka zdjęć i później przerobić je na wzór starych – czarno-białych lub sepiowych.
Przesiadła się na ławkę po drugiej stronie przejścia i jeszcze kilka razy uruchomiła migawkę. Potem uwieczniła śmieszne lampy, drewniany sufit i ściany. Nie chciała denerwować innych podróżnych, dlatego odpuściła sobie robienie im fotografii. Ta jedna, którą już miała, musiała wystarczyć. Już chciała wracać do znajomych, gdy zauważyła, że na pustym siedzeniu zaraz obok nich, ktoś zostawił gazetę. Wzięła ją do ręki i, zajmując swoje miejsce, przyjrzała się tytułowi.
– Grünberger Zeitung? Ale jaja…
Kątem oka zauważyła, że Bartek przyglądał się jej nowej zdobyczy. Nagle przyłączyła się do nich Iga, nie dlatego jednak, że zainteresował ją nagłówek, tylko by poinformować nieco głośniej, niż było to konieczne:
– Konduktor idzie! Bartuś, schowaj browarki i wyjmij grzecznie portfel!

* * *

W mgnieniu oka puszki zniknęły pod ławami. Ewa sięgnęła do torby w poszukiwaniu pieniędzy. Wsunęła do niej gazetę i spojrzała w kierunku nadchodzących pracowników kolei.
Było ich dwóch, pierwszy wyższy, potężniej zbudowany, zagadywał pasażerów z miną pozbawioną cienia uśmiechu. Wszyscy, których widziała, pokazywali mu niewielkie, kartonikowe bilety, które kasował zawieszoną na szyi maszynką przypominającą dziurkacz do papieru. Drugi, znacznie niższy, trzymał się kilka kroków z tyłu. Raz na jakiś czas udzielał informacji, choć większość czasu zajmowało mu obserwowanie otoczenia niepewnym, rozkojarzonym wzrokiem. Co chwila wyglądał przez okna składu, jakby próbował ocenić gdzie się znajdowali, albo wypatrywał czegoś, co się za nimi czaiło.
– Co ty dziś masz z tym fotografowaniem? – Spytała Iga, gdy Ewa wycelowała aparat w konduktora.
– Nikt mi nie uwierzy, kiedy powiem, że kupiłam bilet u faceta ubranego w pruski mundur. Poza tym pewnie drugi raz w życiu mi się to nie zdarzy.
– Jaki tam pruski mundur…
– A nie widzisz orła? Czarny, z koroną i czerwonymi szponami. Pruski jak nic! Może to nie ekipa filmowa, tylko jakaś grupa rekonstrukcyjna, albo zlot maniaków historii kolejnictwa?
– Czy to ważne? – Wtrącił chłopak. – Istotne, że jedziemy do domu.
Spojrzała na niego i rzuciła:
– Jeśli ten pociąg rzeczywiście jedzie do Warszawy… Jeden z nich wygląda, jakby wcale nie był pewien gdzie się znajdujemy.

Gdy konduktor zbliżył się do nich, Bartek stał obok dziewczyn z portfelem w ręce. Szybko okazało się, że pracownik kolei, tak jak mężczyzna z budki, odmówił konwersacji po polsku. Nie zamierzali się z nim kłócić, chłopak przeszedł na niemiecki i zaczął tłumaczyć dlaczego wsiedli bez biletów.
Ewa nie słuchała jego wynurzeń. Była na kilku lekcjach tego języka, ale szybko zrezygnowała i przepisała się do innej grupy. Z tego, co mówił konduktor, rozumiała tylko pojedyncze słowa. Jej uwagę przykuł drugi mężczyzna. Nosił mundur, lecz dystynkcje zdradzały, że w hierarchii stał niżej od swojego kompana. Początkowo zdawał się roztargniony, teraz wyraz jego twarzy zdominowało przerażenie. Zaczął nerwowo rozglądać się po wagonie, dalej też zerkał przez okna, tyle że jakby z coraz większą determinacją i rozdrażnieniem.
Korzystając z tego, że jego zwierzchnik tłumaczył coś pasażerowi, przecisnął się za jego plecami i stanął bliżej Ewy. Przez chwilę, zwrócony do niej plecami, wytężał wzrok starając się dostrzec cokolwiek we mgle. Nagle odwrócił głowę i spytał tak cicho, że ledwie go usłyszała:
– Po co jedziecie na Grünberg-Schützenplatz?
– Jedziemy do Warszawy…
Zdjął czapkę i nerwowo przeczesał palcami włosy. Zerknął na konduktora, nadal pogrążonego w rozmowie, i wymamrotał:
– Nie… Nie jedziecie do Warszawy, on kończy na Grünberg Schützenplatz. Wszystko się tam kończy. Następna stacja to Grünberg Oberstadt. Wysiądźcie. Uciekajcie…
Nachyliła się do mężczyzny i już miała go spytać o dokładną trasę, polskie nazwy stacji i przede wszystkim o to, dlaczego jako jedyny odezwał się po polsku, gdy nagle przełożony szturchnął go z całej siły. Kolejarz zatoczył się przez przejście i klapnął na jednym z siedzeń. Zakrył twarz dłońmi i wymamrotał krótkie przeprosiny. Konduktor ruszył do ostatniego z wagonów, a on wstał i karnie powlókł się za nim. Nim jednak zniknął w drzwiach oddzielających wagony, odwrócił się i szepnął:
– Bez biletu wysiadasz… Grünberg Oberstadt.

* * *

Przez dłuższy czas patrzyła za sponiewieranym kolejarzem. W głowie nie mieściło się jej, by takie traktowanie podwładnego gdziekolwiek należało do zwyczajowych, czy choćby akceptowalnych. Jeśli to, co widziała, było historyczną rekonstrukcją, należało do tych zbyt dosłownych i brutalnych.
Początkowo cała ta podróż wydała się jej przygodą. Nieco zaskakującą, może bardziej niż by tego chciała dziwną i lekko przerażającą, ale tylko przygodą. Czymś, z czego za kilka dni będzie się śmiać i co będzie wspominać. Teraz jednak coraz mocniej czuła, że powinna wysiąść. Towarzyszące jej od początku wrażenie zagrożenia stawało się coraz silniejsze i trudniejsze do zignorowania. Ktokolwiek podstawił ten pociąg, ktokolwiek zaaranżował to wszystko, zdecydowanie przesadził. Nie chciała brać w tym udziału.
– Widzieliście to? – zagadała Igę i Bartka. – Widzieliście jak go potraktował?
Nie odpowiedzieli. Byli zajęci oglądaniem biletów, które wręczył im konduktor. Niewielkie, szarobrązowe kartoniki z dziurkami wygryzionymi archaiczną maszynką.
– Dla mnie też kupiliście? Zaraz oddam pieniądze, ile kosztowały?
Nie doczekała się żadnej reakcji. Bartek, najwyraźniej niezainteresowany już swoim piwem, opatulił się szczelniej kurtką i oparł o ścianę. Wyglądał, jakby szykował się do snu. Iga położyła swój bilet na siedzeniu i zajęła się chowaniem połamanych szpilek do plecaka, który wcześniej taszczył jej chłopak.
Dziewczyna zerknęła na kartonik i z trudem odczytała wydrukowane gotycką czcionką słowa:
– Sprottauer Bahnhof. Grünberg Hatzfeldstraße – Grünberg Oberstadt – Grünberg Schützenplatz.
Zdawała sobie sprawę, że jeśli Bartek rzeczywiście kupił tylko dwa bilety, powinna pognać za konduktorem i poprosić o jeszcze jeden. Nie miała jednak zamiaru tego robić. Podjęła już decyzję – wysiadała na najbliższej stacji.
Zerknęła ponownie na swoich przyjaciół. Bartek spał, Iga najwyraźniej szła w jego ślady i też szykowała się do drzemki. Żadnego słowa wyjaśnienia, informacji czy choćby cienia min zdradzających, że z niej żartują.
– Odbiło wam? Ej!
Nie doczekawszy się odpowiedzi szturchnęła Bartka. Jedną reakcją, na jaką się zdobył, było poprawienie się na drewnianym siedzeniu.
– Wysiadam na najbliższej stacji, słyszycie? Nie wiem, o co tu chodzi, ale coraz mniej mi się to wszystko podoba. Mam dość. Zbieracie się ze mną?

Pociągiem szarpnęło, gdy wagon pokonał zwrotnicę, pierwszą od początku podróży. Po chwili zaczął nieznacznie zwalniać.
Była zdeterminowana, ale targały nią wątpliwości. Nie chciała jechać dalej, z drugiej strony czuła, że nie powinna zostawiać ich samych. Nie chciała też sama, po nocy, chodzić po nieznanym mieście. Nie miała pojęcia w jakiej dzielnicy zatrzyma się pociąg – równie dobrze mógł stanąć nieopodal jakiejś całkiem ruchliwej ulicy, co w miejscu, w którym nawet za dnia nie chciałaby się znaleźć.
Spróbowała jeszcze raz, głośniej:
– Jaja sobie ze mnie robicie? Ruszcie się! Wysiadam i wracam do Szymka! Złapię pociąg jutro rano! Normalny, a nie coś takiego! Słyszycie?!

Wstała i założyła na ramię torbę, w której miała wszystko, co zabrała z Warszawy. Zachowanie Bartka i Igi w innej sytuacji może i byłoby zabawne, ale teraz doprowadzało ją na skraj wytrzymałości. Skład coraz bardziej zwalniał, a to oznaczać mogło, że zbliżali się do stacji. Tej, na której wysiadała, niezależnie od wszystkiego. Jeśli nie z powodu tego dziwnego uczucia, które nie dawało jej spokoju, to choćby po to, by zrobić im na złość.
– Dobra, róbcie jak chcecie! Widzimy się na zajęciach!
Zerknęła na pozostałych pasażerów. Spodziewała się przynajmniej kilku rozeźlonych twarzy zwróconych w jej stronę, ewentualnie uwag dotyczących jej zachowania. Nikt jednak nie zdawał się nawet zauważać tego, co robiła.
– Idioci – rzuciła pod nosem i ruszyła do drzwi.

Pociąg zatrzymał się. Nie oglądając się za siebie nacisnęła staromodną klamkę i wyszła na peron. Mgła zdążyła opanować miasto, widoczność wynosiła kilkanaście metrów, choć wyraźnie widziała na zaledwie kilka. Zatrzasnęła drzwi i podeszła do okna, przy którym drzemali jej kompani. Miała nadzieję zobaczyć, jak w pośpiechu łapią swoje rzeczy, by do niej dołączyć. Nic takiego jednak się nie działo. Nadal drzemali wciśnięci w kąt przy oknie.
Zapukała w szybę. Nie po to, by ich obudzić i dać szansę na podjęcie decyzji, lecz po to, by niewybrednym gestem oświadczyć, co myśli o ich towarzystwie. Nie zareagowali jednak i na to.
Dziewczyna zmełła przekleństwo i ruszyła wzdłuż składu. Była ciekawa, czy cały wyglądał tak dziwnie. Z każdym krokiem z wszechobecnej bieli wyłaniały się kolejne wagony. W sumie naliczyła siedem identycznych – staromodne, lecz w idealnym stanie. Na ich bokach widniały takie same, jak na mundurach kolejarzy herby, i napisy w języku niemieckim. Nie rozumiała ich, była jednak pewna, że na czterech ostatnich były takie same, na następnych, bliższych lokomotywie, inne.
W końcu jej oczom ukazała się maszyna, która ciągnęła cały skład. Nie była to nowoczesna elektryczna czy choćby spalinowa lokomotywa, lecz parowóz. Dokładnie taki, jaki widziała wiele lat wcześniej na szkolnej wycieczce w muzeum kolejnictwa. Był wielki, czarny i syczał buchając białymi kłębami pary. W otulającej wszystko mgle zdawało się, że to nie ona go spowijała, lecz że to on był jej źródłem.

* * *

Parowóz wydał z siebie nieprzyjemny pisk i skład ruszył mozolnie po torach. Ewa stała na peronie z komórką w ręce. Zrobiła zdjęcie parowozu, spróbowała też uwiecznić wagonowe napisy. Po chwili darowała sobie dalsze próby i patrzyła jak coraz szybciej przesuwał się przed jej oczami. Przez żadne z okien nie udało się jej zauważyć konduktora, mignęli jej za to śpiący przy szybie przyjaciele. Poczuła się paskudnie, zostawiając ich w środku, uważała jednak, że sami są winni przez to, jak ją potraktowali. Poza tym ulżyło jej, gdy tylko znalazła się na zewnątrz. Dziwne uczucie mijało i choć jeszcze nie czuła się pewnie ani spokojnie, było już zdecydowanie lepiej.
Gdy pociąg zniknął we mgle, dziewczyna ruszyła w stronę stacji. Uznała, że tam zdoła uzyskać odpowiedzi na nurtujące ją pytania. Chciała nie tylko dowiedzieć się w której części miasta się znalazła, ale i poprosić o numer do korporacji taksówkowej. Musiała dostać się z powrotem do domu Szymona, a w takich warunkach wolała polegać na doświadczonym kierowcy. Spacer nie wchodził w grę, tak samo jak szukanie przystanku nocnej linii autobusowej.

Murowany, nieotynkowany budynek znajdował się dość blisko, by dała radę ujrzeć go z krawędzi peronu. Z oddali widziała też zarysy sporych rozmiarów okratowanego okna i drzwi, prawdopodobnie prowadzących do dworcowej hali. Zmartwiło ją tylko, że wewnątrz zdawały się panować kompletne ciemności.
– Jasne. Kto by pracował w środku nocy? – mruknęła i mimo wszystko powlokła się w jego stronę. Szarpnęła klamkę, ale drzwi ani drgnęły. Minęła tablicę z rozkładem jazdy i zajrzała do środka przez okno.
Było ciemno, nie widziała wiele, ale dała radę dostrzec, że pomieszczenie poczekalni było obszerne. Pod sufitem, w refleksach odbijanego przez mgłę światła, migotał sporych rozmiarów żyrandol. Przy samej szybie widziała wyraźne zarys oparcia ławki dla czekających na odjazd podróżnych. Trzy, podobne do niej, stały także na zewnątrz.
Skoro nie da się przejść przez poczekalnię, trzeba poszukać innej drogi – pomyślała i postanowiła obejść budynek dookoła. Gdy tylko minęła jego węższą ścianę, jej oczom ukazało się kilka samochodów zaparkowanych w niewielkiej, bocznej uliczce. Poczuła na ich widok ulgę, zupełnie jakby zobaczyła dawno niewidzianego przyjaciela czy element bezpiecznego, oswojonego świata, w którym wszystko wyglądało i zachowywało się tak, jak powinno.
Nagle zatrzymała się i po chwili namysłu wróciła na tyły dworca. Co prawda był zamknięty i nie mogła wypytać o nic jego pracowników, ale przypomniała sobie o rozkładzie jazdy. Postanowiła sfotografować go i sprawdzić później gdzie znajdowała się stacja i dokąd jechał pociąg, z którego wysiadła.

Nim zorientowała się, że wszystko wyglądało inaczej niż zaledwie przed kilkoma minutami, zdążyła dotrzeć aż do wielkiego okna. Tablica zniknęła, podobnie jak ławki. W ścianie nadal znajdował się otwór okienny, jednak zamiast szyb i krat, zasłaniała je dykta, na której miejscowe dzieciaki wypisywały markerami miłosne wyznania i niezbyt wyszukane słowa uznania dla sportowych drużyn z okolicy. Drzwi, wcześniej staromodne, wyposażone w finezyjną żeliwną klamkę, w tajemniczy sposób zmieniły się w ciężkie i metalowe, z zamkami antywłamaniowymi.
Stała przez chwilę zastanawiając się, czy we mgle nie pomyliła budynków. Szybko jednak odrzuciła taką możliwość. Może widoczność nie przekraczała kilkunastu metrów, ale nie odchodziła od dworca na więcej niż pięć, może sześć. Nie mogła pomylić drogi, ani znaleźć się w innym niż wcześniej miejscu. Bryła wyglądała tak samo, zdawała się tylko starsza, bardziej zniszczona i traktowana bez przynależnego zabytkom szacunku. Ciągle patrząc na zabudowania Ewa zaczęła cofać się w kierunku torowiska. W końcu odwróciła się, by nie upaść na tory, ale tam, gdzie powinny być, znajdowała się tylko wylana spękanym asfaltem jezdnia.
Dziewczyna przez chwilę stała w bezruchu próbując dojść do siebie. Wszystko, co widziała, czego doświadczała, było pozbawione jakiegokolwiek sensu. Zaczęła nawet podejrzewać, że ktoś w czasie imprezy u Szymona dorzucił jej czegoś do drinka. Szybko jednak porzuciła tę myśl. Znała swojego nowego chłopaka stosunkowo krótko, ale wiedziała o nim dość dużo, by mieć pewność, że sam nie posunąłby się do niczego podobnego. Goście, którzy przewinęli się przez jego mieszkanie, też nie wyglądali do zdolnych do takich czynów. Nie byli chuliganami, namolnymi podrywaczami z małomiasteczkowych dyskotek czy gangsterami, tylko studentami wyższych lat miejscowego uniwersytetu.
Z zamyślenia wyrwały ją światła jakiegoś samochodu sunącego powoli w jej kierunku. Nie miała ochoty ryzykować zaczepiania nieznajomych, dlatego zeszła z jezdni i przepuściła go mając nadzieję, że kierowca nie będzie jej niepokoił. W końcu czym innym było korzystanie z dobrej woli przypadkowo napotkanego człowieka, a czym innym jechanie z taksówkarzem. Jak na jeden wieczór miała zdecydowanie dość przygód. Szczególnie tych związanych z transportem.
Gdy auto przejechało, odblokowała klawiaturę komórki.
– Jezu, jest sygnał! – Wyrwało się jej mimowolnie. Szybko wybrała numer swojego chłopaka i przytknęła aparat do ucha. – Odbierz… Proszę, odbierz.
Po kilku dzwonkach usłyszała komunikat automatycznej sekretarki. Poczekała na sygnał i wydusiła z siebie:
– Szymek, oddzwoń do mnie, błagam. Nie wiem gdzie jestem. Wszystko poszło nie tak. Złapaliśmy pociąg, ale… Był dziwny i chyba jechał w złą stronę. Wysiadłam, ale jestem sama. Próbuję do ciebie przyjechać. Proszę zadzwoń do mnie…
Rozłączyła się niezadowolona z tego, że głos tak bardzo jej drżał. Podejrzewała, że w świetle dnia wszystko to wyda się jej tylko bardzo dziwną przygodą, której wspomnienie nie będzie wywoływać niczego, poza zażenowaniem. Teraz jednak czuła, że znajdowała się na skraju paniki. Jakkolwiek idiotyczne zdawało się jej to wszystko, nie mogła oprzeć się wrażeniu, że nie było zwidami, lecz całkiem realną rzeczywistością.

Rozejrzała się i postanowiła ponownie obejść budynek dworca. Ulica, która znajdowała się po jego drugiej stronie, wydawała się większa i bezpieczniejsza. Poza tym Ewa wiedziała już gdzie znajdowała się wiodąca w tamtym kierunku ścieżka. Szła powoli, znów przyglądając się zabudowaniom. Cały czas wyglądały tak, jak inne zaniedbane kamienice. Tu i ówdzie obdrapane, pomazane, z kilkoma zaciekami z nieszczelnych rynien. Żadnych ławek, okien skrywających poczekalnie czy jakichkolwiek znaków świadczących o przeznaczeniu innym, niż mieszkalne.

Po chwili znalazła się na parkingu, po tej stronie dziwnej stacji, którą widzieli kierujący się ku pociągom pasażerowie. Budynek od parkingu oddzielał betonowy, pomazany sprejami mur. Nad głównym wejściem nie było żadnej nazwy, ani nawet śladu po tablicy informującej o tym, co znajdowało się wewnątrz. Jedynym, co przywodziło na myśl dworcową infrastrukturę był staromodny zegar, zawieszony między parterowymi oknami. We mgle nie widziała go wyraźnie, miała jednak wrażenie, że znajdował się na nim ciemny kształt, do złudzenia przypominający orła.
Dziewczyna ostatni raz rzuciła na niego okiem i ruszyła przed siebie. Po minucie z bieli wyłonił się znajdujący się po drugiej stronie uliczki sporych rozmiarów parterowy, wolnostojący sklep. W przeciwieństwie do dworca, ewidentnie należał do nowszych obiektów w mieście. Był w dobrym stanie i co najważniejsze położony przy nim parking sąsiadował ze znacznie szerszą ulicą. Dziewczyna dotarła do skrzyżowania i na sporych rozmiarów tablicy informacyjnej odczytała nazwę minimarketu, godziny jego otwarcia oraz adres.
– Ogrodowa. To już jakiś początek.

* * *

Kilka chwil później stała już przy krawężniku i wypatrywała świateł nadjeżdżających samochodów. Pierwszy raz w życiu była szczęśliwa z powodu wandalizmu. Tak chyba bowiem można nazwać nalepianie reklam korporacji taksówkowych na ulicznych słupach informacyjnych. Naklejka nie była w dobrym stanie, zerwano część z nazwą i połowę uśmiechniętego samochodu, zachęcającego do korzystania z usług firmy. Fragment z numerem telefonu pozostał jednak nietknięty. Ewa szybko połączyła się z dyspozytorką, która nie tylko obiecała jak najszybciej wysłać kogoś w okolice, w których znajdowała się dziewczyna, ale jeszcze pokierowała ją na niewielkie rondo, łączące ulicę Ogrodową z Jaskółczą. Teraz, opatulając się szczelniej szalikiem, stała przy czymś, co jak się okazało, było Parkiem Kolei Szprotawskiej i czekała na miłego pana, który miał zawieźć ją pod dom Szymona.
Dyspozytorka uprzedziła ją o konieczności kilkuminutowego oczekiwania, który musiał przyjechać z innej dzielnicy. Wykorzystała ten czas na próby dodzwonienia się do Igi. Nie chodziło nawet o dopytywanie o zachowanie współtowarzyszy, mówienie o tym gdzie jest czy wyzłośliwianie się. Chciała po prostu upewnić się, że jej przyjaciołom nic się nie stało. Ilekroć jednak wybierała jej numer, w uszach odzywał się suchy komunikat operatora dotyczący braku możliwości wykonania połączenia. Tak samo działo się, gdy próbowała połączyć się z Bartkiem. Zadzwoniła też do Szymona. W jego przypadku za każdym razem włączała się sekretarka, a nie bezduszny komunikat.
Gdy zatrzymał się przed nią samochód z podświetlonym na żółto słowem TAXI na dachu, wyjmowała akurat z torby gazetę zabraną z pociągu
– To pani dzwoniła? – Spytał kierowca przez opuszczoną szybę.
Przytaknęła i wskoczyła na tylne siedzenie.
– Na Bema proszę.
Uśmiechnął się do lusterka wstecznego, włączył taksometr i ruszył przed siebie.
– Nie ma sprawy. A jeśli wolno spytać, co pani robi w takiej mgle, o takiej godzinie, i do tego zupełnie sama? Nie boi się pani? Nigdy nie wiadomo, co może czaić się na ulicach.
– Dobre pytania. Szczerze powiedziawszy nie do końca umiem na nie odpowiedzieć. Przepraszam… – rzuciła, gdy rozległ się dzwonek jej telefonu.
Przycisnęła aparat do ucha, z ulgą słysząc głos Szymona. Po chwili powiedziała:
– Tak, już jadę do ciebie. Wyjdź przed dom, proszę. To było coś okropnego! Opowiem ci wszystko, jak się spotkamy. Nie wiem co się stało, ale wysiadłam z tego pociągu i… wiem jak to brzmi, ale tu nawet nie ma torów!
Uspokajał ją obiecując, że zaraz się zobaczą. Zerknęła na przednią szybę i spostrzegła w lusterku minę taksówkarza. Zatroskanie mieszało się z niedowierzaniem.
– Dobrze, zaraz się widzimy. Na razie. – Rozłączyła się i spytała kierowcę: – Niech mi pan powie, co za kolej ma tu dworzec?
– Tu?
– Tak, w takiej bocznej uliczce odchodzącej od Ogrodowej.
Wrzucił kierunkowskaz i stanął przy krawężniku. Obrócił się w fotelu tak, by móc na nią spojrzeć. Przez chwilę milczał, jakby dobierając odpowiednie słowa. W końcu zebrał się w sobie i powiedział:
– Chodzi pani pewnie o Kolej Szprotawską. Przygotowywałem się kiedyś do pracy przewodnika. Nic z tego nie wyszło, jak widać, ale o ile wiem była tam kiedyś stacja. Niemcy wybudowali ją jeszcze w dziewiętnastym wieku. Potem, już po pierwszej wojnie, funkcjonowała kilka lat, ale jeszcze wcześniej chcieli ją likwidować. Po wojnie już nigdy jej nie odtworzono, cały interes zamknięto dawno temu. To, co zostało, to troszkę torów tu i tam. No i maniacy, próbujący ratować jej pozostałości. Dawne dzieje…
– A jakiś działający dworzec?
– Nie… Nic takiego tu nie ma. Wiedziałbym, całe życie tu mieszkam. Przepraszam, że pytam, wiem jak to zabrzmi, ale czy… widziała pani parowóz?
Zastanowiła się co powiedzieć, by kierowca nie wziął jej za wariatkę. Była coraz bardziej zdezorientowana, ale wiedziała, co przeżyła. Widziała ten przeklęty pociąg, siedziała w nim! Widziała wagony, konduktora, pasażerów i dworzec. Widziała poczekalnię, rozkład jazdy i drewniane ławki na peronie. Poza tym miała zdjęcia. Były w telefonie, wyraźne i w niezłej rozdzielczości.
– Wydawało mi się, że słyszałam dźwięk takiego pociągu – skłamała w końcu. – Ale nie widziałam go.
– Rozumiem. Wie pani, naprawdę przepraszam, że pytam, ale kiedy człowiek chce być przewodnikiem, musi nie tylko znać topografię miasta, ale i legendy. Ponoć raz do roku, kiedy nad miasto nadciąga taka nieprzyjemna mgła jak ta, pociąg szprotawski wraca do życia. To oczywiście tylko historyjka do straszenia dzieci – dodał szybko siląc się na uśmiech. – Problem polega na tym, że jest pani drugą osobą, którą zabieram z okolic Ogrodowej w czasie ostatnich trzech lat. Tamten chłopak, bardzo sympatyczny młody człowiek swoją drogą, twierdził, że udało mu się wysiąść, bo ostrzegł go konduktor.
– Serio?
– Jak najbardziej. Twierdził, że podróżował razem z narzeczoną. Kilka dni później przesłuchiwała mnie policja. O ile wiem dziewczyna zniknęła bez śladu. Jego podejrzewali o morderstwo, a mnie przesłuchiwali w roli świadka. Nic mu nie udowodniono, bo nigdy nie znaleziono ciała, ale co nas wymęczyli, to nasze. Wtedy też była taka mgła. Przez te przesłuchania dobrze pamiętam. Mam nadzieję, że pani nikogo nie próbowała zabić. Nie chciałbym znowu przez to przechodzić.
– Nikogo nie zamordowałam. Tego akurat jestem absolutnie pewna.
– To dobrze – odparł i ponownie ruszył. – Takie historie człowiek przeżywa chyba tylko raz w życiu. Taką mam przynajmniej nadzieję, bo na powtórkę nie mam najmniejszej ochoty.

Nie chciała wdawać się w dalsze dyskusje z taksówkarzem. Świadomie unikała też jego wzroku, choć czuła, że zerkał na nią raz po raz. Rozwinęła gazetę i rzuciła na nią okiem, by zająć się czymkolwiek innym. Była nieco pomięta, ale nie pożółkła czy wyblakła. Wyglądała, jakby zeszła z prasy drukarskiej góra kilka dni wcześniej. Dopiero teraz pod tytułem dostrzegła datę: 30 II 1910.


Opowiadanie zostało opublikowane online i analogowo: 2017_10_16_Annales 2016 Arial Narrow 9.5 v7

Dziewczyna z cmentarza w Szczecinie

Ewa Maria Slaska

Toni

Dwa lata temu przygotowałam wspólnie z różnymi ludźmi i instytucjami wystawę o polskich grobach w Berlinie. Pisałam o niej TU i TU. Drugą, niezależną, częścią tej ekspozycji była wystawa o niemieckich grobach na Cmentarzu Centralnym w Szczecinie, przygotowana przez Stowarzyszenie Nasze Wycieczki. Gdy teraz zaczęliśmy z Tomaszem Fetzkim publikować tu wpisy o dziewczynach z cmentarzy, przypomniała mi się też dziewczyna z cmentarza w Szczecinie. Miała na imię Toni. Tyle pamiętałam. Napisałam więc do autorów wystawy i zapytałam, czy pozwolili by mi skorzystać z informacji, jakie znalazły się na wystawie, bądź, może, zechcieliby sami napisać coś o Toni. Przyszła krótka i węzłowata odpowiedź odmowna.

Dla wszystkich, którzy się będą teraz doszukiwać plagiatu i naruszenia praw autorskich, podaję do wiadomości: dane dostarczone na wystawę mam oczywiście nadal w komputerze. Nie skorzystałam z nich jednak, nie zajrzałam tam nawet, aby sprawdzić jak Toni miała na nazwisko. Można mi oczywiście nie wierzyć, ale tak było. Natomiast nie ulega wątpliwości, że to Naszym Wycieczkom zawdzięczam informację o dziewczynie z cmentarza w Szczecinie. Bardzo dziękuję.

Wiedziałam więc tylko tyle, że dziewczyna była jak Julia (ta sprzed tygodnia) naprawdę mężatką, że miała na imię Toni i że młodo umarła. Wrzuciłam do googla hasło Toni grób Cmentarz Centralny  Szczecin i sprawdziłam zdjęcia. Fotografii grobu Toni nie znalazłam. Weszłam więc na informacje słowne i oto niejaki poczciarz podał na stronie o zabytkowych nagrobkach na Cmentarzu Centralnym w Szczecinie następujące informacje:

Nazwa: Nagrobek rodziny Meister
Autor: warsztat nieznany
Rok powstania: 1920
Opis lokalizacji: al. Okólna, przed kwaterą 1B

Pomnik nagrobny rodziny Meister – pas zieleni przy al. Okólnej przed kwaterą 1B. Utrzymany w formach klasycyzującego modernizmu. Dzieło rzeźbiarza Christiana Nüssleina z Cassel. Czas powstania ok. 1920 r. Pomnik o wym. wys. 220 cm x szer. 390 cm x głęb. 102,5 cm, wykonany został z piaskowca z użyciem technik kamieniarskich i rzeźbiarskich. Złożony z umieszczonej na postumencie rzeźby przedstawiającej siedzącą postać kobiety, tulącej nagie dziecko oraz z dwóch niskich, kamiennych ścianek ustawionych po bokach, na narysie półkola. Na niskim cokole, stanowiącym integralną część rzeźby, z lewej strony widoczna sygnatura: „CHR. NŰSSLEIN CASSEL”. Na frontowej (krótszej) stronie właściwego cokołu napis: „MEISTER”. Na stojących po obu stronach cokołu ściankach bocznych inskrypcje: na lewej – „GUSTAV MEISTER/ *31.8.1855/ +21.6.1939”, na prawej – „TONI MEISTER GEB. WOLF/ *11.12.1898/ +3.4.1920”.

To ONA! Toni Meister z domu Wolf. Miała 22 lata. Czytam opis pomnika Toni. Pamiętałam niejasno postać stojącej kobiety, a tymczasem dziewczyna na pomniku siedzi i tuli do piersi noworodka. W zdjęciach, które przed chwila przejrzałam, było i takie. Wracam do google’a. Na hasło toni meister cmentarz szczecin na stronie internetowej Cmentarza Centralnego pojawia się identyczny jak powyżej tekst o nagrobku i trzy zdjęcia.

W Wikipedii znajdzie się kolejna informacja: jest to pomnik kobiety z dzieckiem upamiętniający Toni Meister zmarłą podczas porodu; autorem rzeźby jest Christian Nüsslein z Cassel. Pomnik ten często jest błędnie interpretowany jako przedstawienie Madonny z Dzieciątkiem.

Google podsuwa również artykuł Anny Kamińskiej w Wysokich Obcasach, gdzie znajdę dodatkowe informacje: Toni wyszła za mąż za Carla Meistera, a ich syn miał na imię Wolfgang. Leżący w tym samym grobie Gustav Meister to nie mąż Toni, lecz jej teść.

Krok po kroku gromadzę informacje o dziewczynie z cmentarza w Szczecinie. Już nie jest anonimowa, ma męża, teścia, syna…

Sady Pradziadka, sądy prawnuka (2)

Andrzej Rejman

Polski czerwiec

Z “Kalendarza Marjańskiego” na rok 1938:

CZERWIEC
Czerwiec stały – grudzień będzie doskonały.
Mokre Zielone Świątki dają tłuste Boże Narodzenie.
Na św. Antoni pierwsza się jagódka zapłoni.
Jaki dzień jest w Boże Ciało,
takich dni potem niemało.
Przed św. Janem trzeba o deszcz prosić,
a po św. Janie i sam będzie rosić

Kalendarz_Marjanski_1938_okladka***

Boże Ciało 2015.
Śpiewy, modlitwy, manifestacja wiary na ulicach, pięknie przystrojone ołtarze, pobożne twarze…
Ale wciąż – wiele wewnętrznych sporów, brak jedności w sprawach najważniejszych – od wieków, od pokoleń – w każdej ocenie – więcej sądów niż sędziów…
***
z dziennika lektury: “Zan – Ostatni z rodu” Wojciech Wiśniewski, LTW

Tomasz Zan wspomina:
“… Siedziałem w VI forcie i piekielnie się nudziłem. Ciągłe rozważania o przegranej kampanii 1939 roku, spory, kłótnie, skakanie sobie do oczu, do niczego nie prowadziły. Pojawiały sie tylko podziały, tworzyły się nawzajem zwalczające się grupy, zażarcie broniące swoich racji…”
i dalej – o stosunkach polsko-litewskich:
“…Spałem w dzień, bo w nocy nie ustawały przesłuchania. Nie można było zmrużyć oka. Wciąż na nowo zastanawiałem się, dlaczego doszło do takiej nienawiści między nami. Przecież jeszcze nie tak dawno walczyliśmy razem, ramię w ramię w tych samych oddziałach w 1863 roku. Nie mówiło się: ‘Ten Polak, tamten Litwin’. Tu na tych ziemiach naprawdę trudno było to rozgraniczyć….
…Ale czy my sami jestesmy bez winy? Na nic zdała się odezwa Józefa Piłsudskiego do mieszkańców byłego Wielkiego Księstwa Litewskiego, oni chcieli Wilna. Ukochane miasto, lecz ile zabrało ofiar z jednej i drugiej strony. Czy naprawdę warto oddawać życie, umierać za nawet najpiękniejsze, najukochańsze miejsce na ziemi?…”

Wielu uznało, że warto…przypomniała mi się Warszawa – Miasto Niezłomne, i opowieści rodzinne z Powstania Warszawskiego… ale o tym przy innej okazji.
***
Rzeczpospolita Przyzwoita (RP) – utopia, czy cel?
Tak jak w swoich dziełach pisze święty Josemaría Escrivá de Balaguer o dążeniu do świętości, – tak można też sformułować tezę o potrzebie dążenia do przyzwoitości.
PRZYZWOITOŚĆ bardzo przydałaby się – i Polsce, i światu.
Reszta sama się ułoży, bo pochodnymi przyzwoitości są: zrozumienie, współdziałanie, pomocność, tolerancja, życzliwość, rzetelność, uczciwość itd, itp…
Przyzwoitość władzy wobec obywatela i odwrotnie, a także obywatela wobec obywatela, to po prostu szacunek człowieka dla człowieka.
Przyzwoitość, podobnie zresztą jak patriotyzm – nie jest przypisana do jakiejś opcji politycznej, ideologii, czy grupy.
Przywoitość jest warunkiem niezbędnym prawdziwej pomyślności społecznej, a nie wymuszonej przez ustawy czy kodeksy.
Dużo mówiło się i wciąż mówi w Polsce o potrzebie jedności.
Moim zdaniem – jeśli nastąpi solidarność w przyzwoitości – to będzie już blisko tej właśnie jedności, o którą chodzi.

Pulsary energii

0 Kasia na poczatekJanina Wallis, Lidia Głuchowska

Katarzyna Dziuba – pulsary energii

Katarzyna Dziuba przed pracą serii „Processing”, druk cyfrowy pigmentowy, 2012-2015, na wernisażu wystawy w Galerii Grafiki Biblioteki Sztuki/ Artoteki Grafiki, Wydział Artystyczny Uniwersytetu Zielonogórskiego, 29.05.2015

„Styl Katarzyny Dziuby, łączy tradycyjne techniki graficzne oraz nowoczesną technologię cyfrową, stanowi świeży i oryginalny środek ekspresji. Jej prace ukazują w przekroju współczesne polskie społeczeństwo, w którym tradycyjna kultura i myśl napotykają awangardowe koncepcje z krajów Europy Zachodniej. Wspaniale jest widzieć w abstrakcyjnych formach jej grafik intensywną duchowość, która z pewnością jest owocem szerokich horyzontów i wysublimowanej wrażliwości artystki”, napisał w 2010 artysta grafik, Tohihiro Hamano, Doctor Honoris Causa Akademii Sztuk Pięknych im. Jana Matejki w Krakowie, gdy Katarzyna Dziuba została pierwszą laureatką Nagrody jego imienia, ustanowioną podczas Międzynarodowego Triennale Grafiki, Kraków 2009 i przyznawaną młodym, obiecującym artystom grafikom z całego świata.
Cztery lata później, już w Kagawa w Japonii, przyznano jej nagrodę w ramach Utazu Art Award.

W Zielonej Górze jeszcze do 10 października trwa wystawa Katarzyny Dziuby i naprawdę warto ją zobaczyć. Ta wystawa to utrzymana w optymistycznych barwach, pulsująca energia, w sam raz na lato.

kasiadziuba1-2Z serii „Processing”, druk cyfrowy pigmentowy, 2012-2015

Prezentowane obecnie prace w formacie 90 x 150 cm wyróżniają się w sposób szczególny na tle jej dotychczasowego dorobku. Jest to jeden z ostatnich cyklów graficznych artystki, wykonany w technice druku cyfrowego pigmentowego. Zainicjowała go w roku 2012 i rozwija do dziś.
Artystka zrealizowała dotąd około 90 wystaw indywidualnych i zbiorowych w kraju i za granicą m. in. w Polsce, Czechach, Chorwacji Niemczech, Austrii, Belgii, Irlandii i Wielkiej Brytanii, Szwecji, Hiszpanii, na Białorusi i Węgrzech, w Kanadzie, Japonii oraz w Chinach. Zajmuje się ona grafiką warsztatową i drukiem cyfrowym. Za swoje dokonania artystyczne otrzymała wiele prestiżowych nagród krajowych i międzynarodowych.

W ostatnich latach jej prace były wielokrotnie nagrodzane m. in. na II Międzynarodowym Biennale Grafiki Cyfrowej w Gdynia w 2010 r. (I nagroda), na International Exhibition of Small Form Electrographic Art – Matrices w Budapeszcie (wyróżnienie) w Budapeszcie w 2011(wyróżnienie). Na VIII Triennale Grafiki Polskiej w Katowicach w 2012 roku otrzymała Nagrodę Rektora Uniwersytetu Poznańskiego, a w 2014 IV nagrodę w ramach Utazu Art Award, Kagawa w Japonii.
Na stałe pracując jako kierowniczka Pracowni Druku Cyfrowego i Grafiki Przestrzennej w Instytucie Sztuk Wizualnych w Zielonej Górze oraz Pracowni Podstaw Grafiki Cyfrowej w katowickiej Akademii Sztuk Pięknych, w latach 2008-2010 jako rezydent przeprowadzała zajęcia, wykłady i warsztaty na zagranicznych uczelniach artystycznych m. in: w Cork w Irlandii w ramach Cork Printmakers Residency Award, Universidad de Castilla-La Mancha, Cuenca w Hiszpanii, Academy of Fine Arts Vienna w Austrii, Kagawa Junior Collage, Sakaide w Japonii, Akademii Sztuk Pięknych w Zagrzebiu, Chorwacja.

kasiadziuba3-4W cyklu Katarzyny Dziuby „Processing” najistotniejszym środkiem ekspresji artystycznej jest światło. Odgrywało ono konstytutywną rolę już we jej wcześniejszych pracach graficznych, wykonanych w technikach litografii i algrafii, a w ostatnich latach przede wszystkim w dziełach realizowanych w technologii cyfrowej. To właśnie światło jest tu narzędziem definiowania przestrzeni obrazowej, ewokującym barwę i ruch, a także czynnikiem kształtującym abstrakcyjne, organiczne formy o nieregularnym, dynamicznym rytmie.
Tytuł aktualnej ekspozycji i eksponowanych na niej obiektów odwołuje się do zastosowanej metody pracy artystycznej – jest to obróbka poszczególnych komponentów wizualnych na zasadzie odejmowania i dodawania. Pojedyncze prace cyklu pozostają ze sobą w interakcji, ukazując w addytywnym, horyzontalnym układzie dynamiczny proces odrywania się od siebie pól energetycznych, przypominających płynną rtęć, satelitarne fotografie pomiarów temperatury Ziemi czy komputerowe zdjęcia sfer erogennych podczas badań USG. W tych pełnych pozytywnej energii obrazach dominują barwy konotowane ze szczęściem (róż jak „różowe okulary” i zieleń – kolor nadziei). Emanujący z nich fluorescencyjny blask przywołuje reminiscencje zorzy polarnej i kosmicznych pulsarów.

kasiadziuba5-6
Linearny układ prezentacji o nieregularnym rytmie ukazuje komplementarne segmenty kompozycji pozostające ze sobą w optycznej korespondencji – każda następna praca jest bardziej zaawansowaną, poddaną uproszczeniu i syntezie wersją poprzedniej. Te powiązane w spójny układ obrazy ukazują proces emanacji barwy i światła, stając się symbolem ludzkiej aury emocjonalnej.

7  P1230211_male-1Prace Katarzyny Dziuby znajdują się w wielu muzeach, galeriach i kolekcjach prywatnych w kraju i za granicą, m.in w Ryu Art Group i w Sakima Art Museum-Okinawa w Japonii, w Museum of Bruges i w Library of Royal Academy of Fine Arts of Liege w Belgii, a także w zbiorach Stowarzyszenia Międzynarodowe Triennale Grafiki w Krakowie, Biura Wystaw Artystycznych w Katowicach oraz Sosnowieckiego Centrum Sztuki Zamek Sielecki.

Wystawa: Katarzyna Dziuba – Processing
Galerii Grafiki Biblioteki Sztuki/ Artoteki Grafiki
Wydział Artystyczny Uniwersytetu Zielonogórskiego
ul. Wiśniowa 10
29.05.– 10.10.2015
Kurator: dr Janina Wallis