Sady Pradziadka – kto jeździł do pożaru?

Andrzej Rejman

Berżeniki – wspomnienia, część III

“…Latem siadałam najchętniej na ławeczce pod starym rozłożystym kasztanem, gdzie panował miły chłód. Stamtąd miałam najpiękniejszy widok na mój sad – dwa tysiące jabłoni i grusz. Co roku sadziłam około stu drzewek ze szkółki, które prowadził ogrodnik i sadownik Paweł Muszkiet. Z nadejściem zimy lubiłam patrzeć przez okno na samotną pokrytą szronem brzozę i czekałam, aż zazieleni się na wiosnę. Nie wiem, czy jeszcze tam rośnie…” (Helena z Zanów Stankiewiczowa – Pani na Berżenikach, Wojciech Wiśniewski, LTW 1993)

To jest świat bezpowrotnie miniony, choć mam wrażenie, że wróci w jakiejś postaci, choćby tęsknoty do tamtych bardziej (jak się wydaje) niż dziś uporządkowanych relacji międzyludzkich – wzajemnego szacunku, poszanowania tradycji, czerpania siły z otaczającej przyrody… choć to może wyidealizowany obraz, kto wie? …

1_Berzeniki_malowal_Stanislaw_Doktorowicz_Hrebnicki Berżeniki, malował Stanisław Doktorowicz-Hrebnicki pocz. XX w.

 

 

2._Jezioro_Berzenickie_widok_na_zabudowania_majatku_BerzJezioro Berżenickie, widok na zabudowania majątku – ok 1930, fot. Stanisław Doktorowicz-Hrebnicki

3._nad_jeiorem_Berzenickim_na_pomoscie_Kazimierz_Hrebnic

Nad jeziorem – na pomoście Kazik Hrebnicki (1922-1944), wnuk Adama Hrebnickiego (1857-1941)

 

 

 

 

4._Dukszty_przed_sklepem_ok_1936Dukszty – przed sklepem – ok 1936, fot. StanisławDoktorowicz-Hrebnicki

Bunt

Uwaga uwaga! W Poznaniu ostatni dzwonek!

Finisaż wystawy
Bunt – Ekspresjonizm – Transgraniczna Awangarda
w Muzeum Narodowym w Poznaniu

Dziś, 31.05.2015 dobiega końca premierowa odsłona wystawy „Bunt – Ekspresjonizm – Transgraniczna Awangarda. Prace z berlińskiej kolekcji prof. St. Karola Kubickiego” w Muzeum Narodowym w Poznaniu. Kolejne odsłony obejrzeć będzie można już wkrótce w Muzeum Okręgowym im. Leona Wyczółkowskiego w Bydgoszczy, a następnie w Muzeum im. Kraszewskiego (Kraszewski Museum) w Dreźnie i w Dolnośląskim Centrum Fotografii „Domek Romański” we Wrocławiu.

O wystawie tej pisaliśmy już na naszym blogu (TU, TU i TU).

Ekspozycja w Muzeum Narodowym w Poznaniu skoncentrowana była głównie na prezentacji daru prof. St. Karola Kubickiego, syna polsko-niemieckiej pary artystycznej dla tej instytucji, nie tylko darowizny z 2015 roku, ale i tych wcześniejszych – z roku 1978 i 2004. Ponadto objęła ona prace Stanisława Kubickiego znajdujące się w stałej ekspozycji galerii sztuki 20-lecia międzywojennego i  postimpresjonistyczno-ekspresjonistyczne obrazy tego artysty z zasobów muzeum w Poznaniu.

Wernisaż w dniu 19.04.2015, a także oprowadzania kuratorskie i program dydaktyczny towarzyszący wystawie cieszyły się dużym zainteresowaniem publiczności.

1 BUNT Wernisaz MNP 19 04 15 Adam Socko, Lidia Gluchowska, Agnieszka Salamon
2 BUNT Wernisaz  19 04 15 Adam Socko, Lidia Gluchowska, Agnieszka Salamon
Wernisaż wystawy „Bunt – Ekspresjonizm -Transgraniczna Awangarda”, Muzeum Narodowe w Poznaniu, 19.04.2015, dyr. dr Adam Soćko, dr Lidia Głuchowska, Agnieszka Salamon-Radecka

Na otwarcie wystawy przybyli m.in. krewni prof. St. Karola Kubickiego, który w ramach obecnej i poprzednich donacji ofiarował Muzeum Narodowemu w Poznaniu, Muzeum Narodowemu w Warszawie oraz Muzeum Okręgowemu im. Leona Wyczółkowskiego ponad 90 prac artystów grupy Bunt (1918-1922). Wernisaż uświetnili swą obecnością także tak znakomici badacze sztuki awangardowej i kuratorzy związanych z nią wystaw jak dr Timothy O. Benson (LACMA, Los Angeles) i zasłużony, nieodżałowany poznański historyk sztuki, prof. Piotr Piotrowski (†3.05.2015). Obaj mieli możliwość poznać osobiście prof. Kubickiego i jego kolekcję przy okazji berlińskiej edycji wystawy „Central European Avant-Gardes. Exchange and Transformation 1910-1930” (Martin Gropius Bau 2002-2003).

3 BUNT wernisaz Grazyna Halasa Lidia GluchowskaGoście wernisażu, 19.04.2015, Grażyna Hałasa, kierownik Gabinetu Rycin, dr Lidia Głuchowska, kuratorka tournée

4 BUNT vernissage 19 04 15 Piotr Piotrowski and Timothy O BensonMuzeum Narodowe w Poznaniu, Wernisaż wystawy „Bunt – Ekspresjonizm -Transgraniczna Awangarda”, prof. Piotr Piotrowski, dr Timothy O. Benson

W ramach programu dydaktycznego towarzyszącego wystawie „Bunt – Ekspresjonizm –Transgraniczna Awangarda” prace grupy Bunt, interpretowane w szerszym kontekście sztuki polskiej i powszechnej, przybliżyły publiczności m.in. pani Joanna Bryl z Działu Edukacji w wykładzie pt. „Bunt i ekspresjonizmy europejskie w sztukach plastycznych” w ramach „Nocy Muzeów” (16.05.2015), kurator Gabinetu Rycin, pani Grażyna Hałasa w wystapieniu pt. „Bunt wobec dwóch pokoleń niemieckiego ekspresjonizmu” oraz pani dr Maria Gołąb z Galerii Sztuki Polskiej od XVIII w. do 1945 roku, w prelekcji „Spotkania nowoczesnych. Stanisław Kubicki w Galerii Sztuki polskiej dwudziestolecia międzywojennego“.

5 BUNT Noc Muzeow 16 05 15 Lidia Gluchowska a“Bunt – Ekspresjonizm – Transgraniczna awangarda. Prace z berlińskiej kolekcji prof. S. Karola Kubickiego, czyli 100 lat międzypokoleniowego BUNTU w POZNANIU”

"Bunt – Ekspresjonizm – Transgraniczna awangarda. Prace z berlińskiej kolekcji prof. S. Karola Kubickiego, czyli 100 lat międzypokoleniowego BUNTU w POZNANIU"

Noc Muzeów, 16.05.2015, Muzeum Narodowe w Poznaniu, oprowadzanie kuratorskie, dr Lidia Głuchowska (na zdjęciu z Krzysztofem Kubickim, kuzynem donatora)

7 ULOTKA Squat OdZysk 16 06 15 stelaze

Wernisaz, Ulotka, Od:zysk, Noc Muzeów, Poznan

Noc Muzeów, Poznań, 16.05.2015, squat Od-Zysk, wernisaż projektu „Ulotka”, kurator dr hab. Maciej Kurak, stelaże z prezentacją 31 grafik nawiązujących do twórczości grupy Bunt

Począwszy od edycji bydgoskiej aż do końca serii czyli podczas pokazów w Dreźnie i Wrocławiu projekt ten, podobnie jak projekt „Ich 7” , obejmujący dzieła nieformalnej grupy 7 artystów współczesnych, swym składem nawiązującej do składu grupy Bunt, prezentowany będzie łącznie z pracami z okresu I wojny światowej i początków okresu międzywojennego. W Muzeum Narodowym w Poznaniu natomiast można było obejrzeć zrealizowany częściowo przez tych samych grafików projekt „Refleks” (2014-2015) oraz logo tournée autorstwa prof. Andrzeja Bobrowskiego. Praca ta jest transformacją autoportretów rodziców donatora, Margarete i Stanisława Kubickich z lat 1917/1918, a zarazem ich portretem podwójnym i pars pro toto nie powstałego nigdy zbiorowego portretu grupy Bunt. Graficy współcześni postanowili ofiarować je prof. Kubickiemu wraz z listem intencyjnym jako symboliczne podziękowanie arystów polskich za dar z Niemiec. Uroczyste przekazanie pracy kuratorce tournée nastąpiło na wernisażu projektu „Ulotka” na squacie Od-Zysk w Poznaniu, a ona nazajutrz wręczyła ją prof. Kubickiemu w Berlinie. Całe wydarzenie dokumentowała ekipa filmowa realizująca film na temat tournée (koncepcja i wykonanie: Anna Kraśko, Lidia Głuchowska).

9 ULOTKA Sqat OdZysk praca do przekazania

Noc Muzeów, Poznań, 16.05.2015, squat Od-Zysk, wernisaż projektu „Ulotka”, logo tournée wystawy „Bunt – Ekspresjonizm -Transgraniczna Awangarda” autorstwa Andrzeja Bobrowskiego gotowe do przekazania prof. St. Karolowi Kubickiemu jako podziękowanie artystów polskich za dar z Niemiec

10 ULOTKA artysci podpisuja list a - Kopie
Noc Muzeów, Poznań, 16.05.2015, squat Od-Zysk, wernisaż projektu „Ulotka”, artyści poznańscy, autorzy projektów „Ulotka“ i „ich 7“ podpisują list do prof. St. Karola Kubickiego. Na zdjęciu Małgorzata Kopczyńska i Andrzej Bobrowski

KurakNoc Muzeów, Poznań, 16.05.2015, squat Od-Zysk, wernisaż projektu „Ulotka”, Maciej Kurak w imieniu artystów współczesnych z Poznania przekazuje Lidii Głuchowskiej list do prof. St. Karola Kubickiego

Muzeum Narodowe w Poznaniu uhonorowało donację prof. Kubickiego nie tylko wystawą, lecz i luksusowo wydaną publikacją „Bunt – Ekspresjonizm – Transgraniczna Awangarda. Prace z berlińskiej kolekcji prof. St. Karola Kubickiego” (red. Lidia Głuchowska), dedykowaną pamięci Piotra Piotrowskiego. Poświęcimy jej uwagę w osobnym wpisie.

Koordynator i kuratorka tournée wystawy donacyjnej, Ośrodek Kultury i Sztuki w ramach Dolnośląskiego Festiwalu Artystycznego i dr Lidia Głuchowska serdecznie dziękują Dyrekcji Muzeum Narodowego w Poznaniu, a także współkuratorce edycji poznańskiej, pani Agnieszce Salamon-Radeckiej, jak i wszystkim zaangażowanym w realizację ekspozycji. Szczególne podziękowania należą się Romanowi Nowakowskiemu, kierownikowi Działu Organizacji Wystaw oraz kierowniczce Działu Wydawniczego – Urszuli Namiocie. Wyrazy wdzięczności zechcą przyjąć także panie redaktorki polskiej i niemieckiej wersji językowej tej przepięknej publikacji, Julia Sworowska i Margit Jäkel.

Zdjęcia: Jarosław Łukasik, Anna Kraśko, Mariola Nehrebecka

Slaski Kopciuszek

Ewa Maria Slaska

czyli o zamiłowaniu do czytania napisów

Przyjechałam do Opola w smętne popołudnie wyborcze. Spotkałam się z kim trzeba, ustaliłam co trzeba na dzień następny, odstawiłam walizkę w akademiku, zagłosowałam i poszłam na leniwy niedzielny spacer. Nie miałam nic do roboty, po prostu chodziłam, oglądałam i… czytałam. Opole to miasto do czytania. Jest tu dużo napisów i jeszcze więcej podpisów.

napisy1Zdjęcia są za małe i nie widać. Na czerwonej kartce na słupie został naklejony zakaz naklejania!

wybierajdudeTu z kolei równie nieczytelny przedsmak wyborczego wieczoru. Wśród karteczek naklejonych bez ładu i składu (ale wybitnie patriotycznie!), na dole, na poziomie bruku, obszarpany kawałek gazety zachęcający, żeby wybierać Dudę.
Może stąd wieczorne ogłoszenie wyników nie było zaskoczeniem. Po prostu wiedziałam, że wygra Duda.
Głos ulicy jest głosem ludu, a głos ludu nie może się mylić.

Opole bardzo mi się podoba. Jest ładne, czyste, miłe dla przechodnia. Nic tu nie straszy. Najładniejszą częścią tego nader ładnego miasta jest wzgórze z rzeźbami. Rzeźb różnych ważnych dla kultury ludzi, zjawisk i postaci jest dużo, w Gdańsku siedzi na ławeczce Oskar Matzerath, w Warszawie – Osiecka, w Łodzi – Tuwim,  w innych miastach są krasnoludki i gęsiarki, we Wrocławiu anonimowi przechodnie wchodzą i wychodzą z podziemia, w Berlinie dzieci wyjeżdżają na wieś w ucieczce przed nalotami aliantów, w Opolu stoją i siedzą na Wzgórzu Uniwersyteckim Niemen, Osiecka, Grechuta, Starsi Panowie, Grotowski, a od wtorku doszlusował do nich Osmańczyk, którego ja jeszcze zobaczyłam opakowanego w groszkowaną folię plastikową.

rzezbynagorce4male rzezbynagorce grechutaWiększość tych rzeźb widziałam już kilka lat temu, ale widocznie nieuważnie patrzyłam, bo nagle kawałeczek dalej, wśród muz, jako muza Terpsychora, pojawia się pomnik pięknej pani z harfą, którego przed kilku laty nie widziałam, a na pewno już tu stał.

slaskikopciuszek (2)Zwracam jednak uwagę na tę rzeźbę nie z uwagi na jej walory artystyczne, tylko przez napis, który głosi że jest to SLASKI KOPCIUSZEK. Oczywiście wiem, że kreseczki i ogonki nad i pod literami po prostu szybciej się zatarły niż same napisy, ale przyznaję, że zawsze z przyjemnością znajduję w różnych miejscach na Śląsku moje nazwisko, bo kreseczki zniknęły. Najczęściej robi to oczywiście internet, gdzie są miliony takich nazw jak Slaska Biblioteka Publiczna i Slaski Wywóz Śmieci, ale czasem Slascy i Slaskie bez kreski nad S i ogonka pod A pojawiają się także w realu.

napisy2Po powrocie do Berlina sięgam do internetu, żeby się dowiedzieć, kim była owa pani, nazywana SLASKIM KOPCIUSZKIEM? I czytam o niezwykłej, bajkowej historii. Jak to miło, że bajki czasem się zdarzają naprawdę! Poniższy tekst zaczerpnęłam z Wikipedii, nieco go  skracając i dodając mu nieco literackiego polotu.

Joanna Schaffgotsch z domu Grycik (niem. Johanna Gräfin von Schaffgotsch, ur. 29 kwietnia 1842 w Porembie, obecnie dzielnicy Zabrza, zm. 21 czerwca 1910 w Kopicach) – dziedziczka fortuny Karola Goduli, nobilitowana w 1858 roku z dodaniem do nazwiska von Schomberg-Godula, żona hrabiego Hansa Ulryka Schaffgotscha. Czasami jej nazwisko jest pisane w formie Gryzik. Znana jako śląski kopciuszek.

Ojciec Joanny, komornik, zmarł, gdy dziewczynka miała trzy lata, mama nie miała ochoty zajmować się dzieckiem i Joannę wychowała służąca w majątku Karola Goduli. Właściciel majątku był człowiekiem nadzwyczajnie wręcz majętnym, ale ponurym i nielubianym, a ponieważ zajmował się po amatorsku chemią, lud uważał go za wcielonego diabła. Tymczasem mała Joanna nie bała się mrukliwego brzydala, czym zaskarbiła sobie jego łaski.

Pamiętacie Szaleństwa Panny Ewy? To taka historia!

Godula zaopiekował się sierotką. Wprawdzie zmarł, gdy Joasia skończyła zaledwie 6 lat, ale…

Ustanowił ją swą uniwersalną sukcesorką, a swych krewniaków, do których nie miał zaufania, zadowolił jedynie legatami pieniężnymi. Joanna odziedziczyła: 4 kopalnie galmanu i połowę udziału w kolejnej, 6 kopalni węgla, 4 majątki ziemskie − Szombierki-Orzegów, Bobrek, Bujaków oraz Chudów-Paniówki − łącznie prawie 70 tys. mórg pola i prawie 3,5 tys. mórg lasu. 6 października 1858 roku król pruski Fryderyk Wilhelm IV Hohenzollern nadał jej szlachectwo zmieniając nazwisko na Gryzik von Schomberg-Godula i nadał herb. Znalazły się w nim błękit i złoto, barwy Górnego Śląska oraz górniczy młotek i pyrlik, aby każdy z potomków wiedział skąd wzięła się fortuna Joanny.

Dodajmy dla wyjaśnienia, bo wikipedia tego w tym miejscu nie wyjaśnia, że ów galman to ruda cynku, na masową skalę wydobywana na Górnym Śląsku w XIX wieku, co przyczyniło się do znacznego uprzemysłowienia tego regionu, a więc również wzrostu jego bogactwa. A pyrlik… No, pyrlik w ogóle nie ma odpowiednika w polszczyźnie. Jest to rodzaj narzędzia górniczego przypominającego duży młotek. Razem z żelazkiem, które wygląda jak młotek!, stanowi herb górniczy.
Po lewej pyrlik, po prawej – żelazko.

15 listopada 1858 roku Joanna została żoną hrabiego Hansa Ulryka Schaffgotscha z Cieplic (w 7 pokoleniu potomka generała Hansa Ulryka Schaffgotscha i piastowskiej księżniczki z Brzegu Barbary Agnieszki). Różniło ich wszystko − on raczej niemajętny (rodową fortunę odziedziczył stryj) ze wspaniałym nazwiskiem i koligacjami z europejskimi dynastiami, a ona córka służącej, ale za to bajecznie bogata, z dopiero co zdobytym tytułem szlacheckim.

Choć mariaż był planowany, to podobno okazał się niezwykle udany. W szczęściu i wzajemnej miłości przeżyli ze sobą kilkadziesiąt lat.

Ach te bajki, które się spełniły!

W Kopicach koło Grodkowa małżonkowie wybudowali bajkowy pałac, gdzie mieszkali aż do śmierci. Był to zamek średniowieczny, przebudowany w 1864 r. według projektu architekta Karla Lüdecke z Wrocławia oraz mistrza budowlanego Konstantego Heidenreicha z Kopic. Po przebudowie pałac zyskał charakter neogotycki z elementami neorenesansowymi.

Przed śmiercią Joanna podzieliła swój majątek równo pomiędzy  dzieci i wnuki.

Zmarła 21 czerwca 1910 roku w swojej ukochanej rezydencji w Kopicach. Pochowano ją w mauzoleum rodzinnym obok miejscowego kościoła. W 1945 żołnierze radzieccy wyciągnęli stamtąd ciało jej i męża i sprofanowali. Zwłoki zostały następnie pochowane w zbiorowej mogile obok mauzoleum.

Pałac zniszczał.

„Podhalem” na Śródziemne (5 i koniec)

Zbigniew Milewicz

fosfatyMasyw Olimpu widać z pokładu dosyć wyraźnie. II mechanik nalewa bogom do Zatoki Salonickiej trochę swojego okocimia, smakuje im polskie piwo i pozwalają wejść do portu. Jest sobota po południu, kiedy cumujemy przy nabrzeżu siarkowym. W poniedziałek rano dokerzy mają zacząć rozładunek „Podhala“, termin zostaje dotrzymany, ale pod koniec dnia pracy kapitan otrzymuje wiadomość, że pilnie musimy wycofać się na redę.

Na miejsce „Podhala” ma wejść grecki statek, z ważniejszym od siarki ładunkiem amoniaku i dopiero po nim przyjdzie nasza kolej. Przyjętą rzeczą w pracy portów na świecie jest to, że pierwszeństwo w załadunku i rozładunku mają statki rodzimych bander. Podobnie dzieje się w przypadkach remontów statków w stoczniach. Na przykład w ZSRR zwyczaj ten jest bardzo konsekwentnie przestrzegany, natomiast u nas funkcjonuje dokładnie odwrotny system. Przypływa statek obcej bandery, to Polaka wyganiają z kei, albo ze stoczni. Zwłaszcza, jeżeli zagraniczniak jest ze strefy dolarowej. Dwa dni czekamy na ponowne podejście do greckiego nabrzeża. Później, prawie dwa tygodnie, aż ostatnie tony siarki zostaną wybrane z ładowni. Z powodu awarii taśmociągu w porcie rozładunek statku odbywa się bowiem przy pomocy dźwigów oraz samochodów, które przewożą żółty puder z kei do fabryki, a to w sumie długo trwa. Otrzymane od policji przepustki na ląd upoważniają załogę i pasażerów „Podhala“ do poruszania się tylko w obrębie Salonik, ale dzięki temu mogę je poznać dokładniej, niż niejeden turysta bawiący tutaj tylko przelotnie. Są drugim po Atenach miastem Grecji, stolicą greckiej części Macedonii. Stanowią ważny ośrodek przemysłowy, gospodarczy i kulturalny kraju, znany z corocznych, międzynarodowych targów jesiennych i międzynarodowych festiwali filmowych. Miasto ma bogatą, wielowiekową historię, obfitującą w szereg dramatycznych wydarzeń, często dlań niepomyślnych – krwawe najazdy obcoplemieńców i wojny domowe. W Thessalonikach mieszkał na wygnaniu Cycero, używał życia pisarz Lukian, nawracał pogan apostoł Paweł z Tarsu, który założył tutaj siedzibę gminy chrześcijańskiej. W mieście, którego nazwa brzmiała wtedy Soluń, urodzili się i rozpoczęli działalność słudzy Boży Cyryl i Metody, twórcy rytu słowiańskiego w chrześcijaństwie, czczeni w kościele katolickim i prawosławnym jako święci.

Wielbiciel Grecji klasycznej nie ma właściwie w Salonikach nic do szukania, natomiast fascynują one bogactwem pomników Grecji bizantyjskiej, głównie sakralnych. Najstarszy z kościołów na planie krzyża greckiego – Hagia Sofija, główna świątynia Salonik, stanowi jakby próbę generalną konstantynopolitańskiego kościoła Mądrości Bożej. Hagios Georgios – niegdysiejsze rzymskie mauzoleum Galeriusza, poźniej przez wieki bazylika, a następnie meczet, dziś jest muzeum sztuki bizantyjskiej, obfitującym w bezcenne skarby. Nie brak ich również w Hagia Ekaterini, Hagia Apostoli, Hagios Pantelejmon, Hosios David, Hosios Profitis Ilias i Panagia Chalkedon. We wnętrzach tych kościołów można podziwiać wspaniałe, stare ikony, freski i mozaiki, zaliczane przez historyków sztuki do najwybitniejszych osiągnięć artystycznych budownictwa cerkiewnego. Prawdą jest jednak, że wiele zabytkowych świątyń w Salonikach wymaga pilnej odnowy. Skłamałbym również, gdybym stwierdził, że nie razi mnie widok starej, szacownej cerkwi przydepniętej przez nowoczesne budynki mieszkalne, użyczającej ogrodzenia na reklamę papierosów, czy dziedzińca hałaśliwemu supermarketowi. Najpopularniejszym kościołem w Salonikach jest Hagios Dimitrios. Stoi na rozległym tarasie jednego ze wzgórz salonickich, wysoko ponad dachami ludzkich domostw. Jest świeżo odrestaurowany i właściwie prawie w całości nowy. Dwukrotnie bowiem doszczętnie spłonął – w VII w. i w 1917 roku. Jego patron ma w Salonikach takie znaczenie, jak w Krakowie św. Stanisław. Św. Demetriusz, zabity w salonickim więzieniu 26 października 306 roku, już w 323 r. uczczony został kaplicą, którą po stu latach obudowano kościołem, tak, że kaplica zamieniła się w kryptę. Dzień jego męczeństwa stał się głównym świętem cerkiewnym w Salonikach.

Pomniki kultury bizantyjskiej sąsiadują w tym mieście ze śladami blisko pięciowiekowego panowania osmańskiego. To przede wszystkim meczety, które jednak nie są zbytnio szanowanymi tutaj zabytkami. Mieszczą się w nich sklepy, urzędy, kawiarnie. Przy jednej z cerkwi stoi nie zburzony minaret, do którego przylega cmentarz turecki. Są kioski, gdzie można kupić kasety magnetofonowe tylko z nagraniami tureckiej muzyki. Miesza się ona z grecką nutą, płynącą z otwartych okien i drzwi mieszkań, tawern i warsztatów rzemieślniczych; obydwie tworzą koncert dźwięków, którymi rozbrzmiewa salonicka ulica. Sporo z zapachów i stylu orientu zachował także ruchliwy bazar położony blisko odos Egnatia, jednej z głównych ulic miasta. Chyba najmocniej jednak utrwalił się Wschód w karnacji, rysach twarzy i czerni włosów mieszkańców tej ziemi. Przedstawicieli typowo helleńskiej urody – jasnookich blondynów o kręconych włosach i jasnej cerze widuje się tu rzadko, podobno najczęściej wówczas, kiedy przyjeżdżają orbisowskie wycieczki.

Rejon Salonik, tak jak znaczna część całego obszaru Bałkanów, bywa nawiedzany przez trzęsienia ziemi. 5 października 1984 r., pod koniec pobytu w tym mieście, mam okazję osobiście to poczuć. Pora popołudniowej sjesty, ulice prawie wyludnione. Od kilku dni jest bardzo parno, temperatura w cieniu nie spada poniżej 26° Celsjusza, nieruchome, przesycone samochodowymi spalinami powietrze ma konsystencję waty. Wspólnie z Ewą i Makisem, polsko- grecką parą znajomych z Salonik, popijamy kawę na ocienionym parasolami tarasie kafejonu przy placu Demokracji, kiedy nagle grunt pod nogami zaczyna przesuwać się – najpierw poziomo, później w górę. Wszystko trwa może 3-4 sekundy, ruch ziemi jest nieznaczny i przynajmniej w naszym najbliższym otoczeniu nie pozostawia po sobie trwałych śladów, ale czuć jego siłę. Mnie, mieszkańcowi Śląska, przypomina to „tąpnięcie” w kopalni. Ewa patrzy na zegarek, mówi, że jeżeli w ciągu pół godziny zjawisko powtórzy się, to będzie sygnał, że w nocy może trząść porządnie. Trzy lata temu przeżyła w Salonikach silne trzęsienie ziemi; kilkakrotnie uciekała wtedy wraz z innymi ludźmi z domu na pobliski plac, bo nie zabudowany teren jest najpewniejszym schronieniem. Przez kilka nocy spała przy otwartych drzwiach wyjściowych z mieszkania, ze śpiworem pod głową, aby w razie niebezpieczeństwa móc szybko wybiec na zewnątrz. Twierdzi, że najważniejsze w takiej sytuacji jest zachowanie zimnej krwi. Kiedy na przykład trzęsienie ziemi zastaje człowieka w domu, wtedy trzeba stanąć we framudze drzwi – jej stalowa konstrukcja daje największe prawdopodobieństwo przetrwania. Mija pół godziny, zupełnie spokojnie. Następnego dnia miejscowa prasa podaje do wiadomości, że epicentrum trzęsienia ziemi znajdowało się w odległości 60 km od Salonik, na Morzu Egejskim, a jego siła wynosiła 5,5 stopnia w skali Richtera, nie należało więc ono do najsilniejszych.

Znacznie gorzej znoszą niektórzy nagłe trzęsienie, które 5 października rano robi na statku grecka „czarna brygada”. Celnicy nicują „Podhale” od siłowni po mostek kapitański, ale nic godnego uwagi nie znajdują i w południe schodzą ze statku. 8 października dokerzy kończą wybieranie resztek siarki z ładowni, czyli tzw. trymerkę, uzupełniamy zapas paliwa, słodkiej wody oraz warzyw i owoców i odbijamy od salonickiego nabrzeża. Kurs – port Tartus w Syrii. „Podhale” płynie pod balastem i do celu dociera po trzech dniach podróży. Tartus jest drugim po Latakii portem syryjskim, stąd mamy wziąć fosfaty do kraju. Na drzwiach messy ochmistrz wywiesza karteczkę z informacją, że za wykryte przypadki handlu papierosami i alkoholem grozi w Syrii więzienie. Ale w ogóle nie handlować tutaj nie sposób.

Podobizny Prezydenta Syrii, Hafiza al - Asada sa w miescie wszechobecne.Podobizny prezydenta Syrii Hafiza al-Asada są w mieście wszechobecne

Zaraz po odprawie celnej, na statek wchodzą arabscy robotnicy portowi i wszystkich po kolei pytają: ,,krema, perfuma, masz?” Gotowi są zresztą kupić wszystko i nie można im niczego nie sprzedać, bo tak długo będą człowiekowi wiercić dziurę w brzuchu, aż wydębią od niego choćby starą koszulę flanelową, za którą dadzą ćwierć liwra. Oczywiście, obowiązkowo trzeba się targować. Bodaj nazajutrz po przybyciu do Tartus, podczas jednego z takich handlowych nalotów, przeżywam pewien dosyć ciekawy moment. Do kabiny wchodzi dwóch Arabów, starszy i młodszy, pytają w międzynarodowym slangu portowym, czy mam coś do sprzedania. Na odczepnego pozbywam się starych sandałów. Nagle starszy dostrzega na półce nad koją kolorowe zdjęcie Jana Pawła II, najwyraźniej się do niego zapala, prosi, abym mu je dał. W pierwszym momencie przychodzi mi na myśl, że mój gość należy do kościoła koptyjskiego, ale temu zaprzecza, jest mahometaninem. Z ciekawości pytam więc, po co mu podobizna katolickiego papieża? Składa ręce, jak do modlitwy i daje do zrozumienia. że umieści zdjęcie na ścianie w swoim mieszkaniu i będzie to dla niego duży zaszczyt. Rzecz jasna, chętnie mu je daję.

TakiewidokinienalezawTartusdorzadkosciTakie widoki nie należą w Tartus do rzadkości

W czasie wypadów do miasta próbuję fotografować, również ludzi. Większość ubrana po europejsku, w arabskich strojach paraduje głównie starszyzna. Niektórzy chętnie pozują do zdjęć, inni zasłaniają twarze rękami, lub bardziej nerwowo reagują na widok fotoaparatu i muszę przyspieszać kroku, co nie należy tutaj do łatwych czynności. Powietrze w Tartus jest jak w parowej łaźni, a temperatura w pierwszej połowie października, w cieniu, sięga 30° Celsjusza. Wygląd ulicy zmienia się w zależności od dzielnicy. Blisko portu – wąskie, wyboiste trakty, pełne nieczystości, z zapuszczonymi, niewysokimi domami mieszkalnymi. Handlowa część miasta, czyli suk – pełen gwaru i otwartych na oścież sklepików oraz warsztatów rzemieślniczych. W bogatszych sklepach klimatyzowane wnętrza, zwłaszcza u złotników, gdzie można dostać zawrotu głowy od nagromadzonego bogactwa. W nowej dzielnicy mieszkaniowej – sporo betonu , wysokościowce, kilka bogato wyglądających rezydencji, w bujnej zieleni ogrodów.

chetnychdozdjecjestsporoChętnych do zdjęć jest sporo

W drogę powrotną do Polski wyruszamy 16 października. Sztorm na Morzu Śródziemnym i dłuższa naprawa silnika w Gibraltarze opóźniają nasze tempo podróży, na gdyńskiej redzie stajemy 5 listopada, w 60 dniu rejsu. Odprawa celna i WOP ma odbyć się dopiero nazajutrz, załoga cieszy się z tego – 61 dni w morzu, to już wyższa, trzecia strefa w dodatkach dewizowych, jakie płaci im armator. W drugiej, niższej, marynarz otrzymuje za dzień rejsu 1,35 dolara, a oficer – 2,25. Znam na lądzie lepiej zarabiających „dolarowców”. Część załogi wraz z pasażerami odpływa z redy statkiem białej floty, czyli tzw. ferą, do portu. Schodzą na urlop, reszta zostaje na ,,Podhalu”. Po wyładunku fosfatów weźmie inny ładunek, na statek zamustrują do kompletu nowi członkowie załogi i popłyną w kolejny rejs, nie wiadomo jeszcze dokąd. Takie przeznaczenie statku i marynarzy.

P.S. Reportaż ten pisałem w czasie, kiedy PRL-owska cenzura miała się bardzo dobrze, stąd ani słowem nie wspomniałem w tekście, że u syryjskiego nabrzeża widziałem statki zaprzyjaźnionej, radzieckiej floty wojennej a w porcie paradnych matrosów na przepustce, bo by nie przeszło. Dzisiaj odwaga staniała, więc niniejszym uzupełniam brakujące informacje i zdjęcia, które mi się ostały w domowym archiwum.

Radzieccy marynarze na przepustce...Radzieccy żołnierze na przepustce

Dziewczyna z cmentarza w Sopocie (2)

Anna Przybyszewska-Drozd & Ewa Maria Slaska

cmentarz-dziewczyna-zagadka (08)Tydzień temu napisałam tu o Charlocie Biełousow, która przyjechała do Sopotu z Warszawy, tu umarła w roku 1923 i została pochowana na żydowskim cmentarzu bractwa pogrzebowego Chewra Kadischa. Miała 18 lat.

Za poradą Tomasza Fetzkiego napisałam do Pani Anny Przybyszewskiej-Drozd z Działu Genealogii Żydowskiego Instytutu Historycznego im. Emanuela Ringelbluma w Warszawie czyli  w ŻIH-u.  Odpowiedź przyszła właściwie natychmiast. Tak, Bielousowie to znana rodzina warszawska, zajmowali się między innymi czapnictwem, a Ilja (Hilel) Biełousow ożenił się z Fani Tylewicz z Sopotu (chyba z Sopotu), a więc być może Charlotta przyjechała do Zopott odwiedzić babcię i dziadka, Chasię i Szewela Tylewiczów, a być może nawet przyjechała z Mamą. Mama zresztą też umrze w Sopocie 1 września 1935 roku i tu zapewne zostanie pochowana, choć urzędnik zapisał, że były to Zappaty. Chasia i Szewel też zamieszkali w Warszawie, na Kapucyńskiej 16, o trzy domy od Hilela. Drugich dziadków Charlotty pochowano na cmentarzu żydowskim na ulicy Okopowej w Warszawie (Babcia, Fejga – Fenia – po lewej).

Zacznijmy jednak od tego, że niepoprawnie odczytałam imię ojca Charlotty, Anna P.-D. pisze:

Sądząc z nazwiska i imienia Hilela (Ilja) rodzina pochodzi ze Wschodu (może z Rosji). Wg tworców bazy danych indeksu nagrobkow na cmentarzu w Sopocie ojciec miał na imię Iluscha. Ilja vel Hilel BIELOUSOW, syn Jakuba, zginął w czasie wojny w 1941 roku, jest pochowany na cmenatrzu w Warszawie. Jego ojciec, też Jakub zmarł w roku 1924, jego mama, Fania Fejga RABINOWICZ, pochodzila z Sokolki (Sokółki), urodziła się w 1860 roku, jej ojciec był tam przewodniczącym sądu rabinackiego. Jakub prawdopodobnie urodził się około roku 1860.

Pierwsza wzmianka o Jakubie w Warszawie pojawia się pod koniec XIX wieku:
Warszawa 1896
CZAPNICZE PRZYBORY.
Nalewki 28 Biełousow J
Biełousow Jakób. Nalewki 28. Skł. przyborów do czapek.
W 1901:
Daszki (do czapek). Biełousow Jakób, Winnica, gm. Jabłonna. Poczta Jabłonna, tel. Jabłonna

Syn Jakuba, Hilel vel Ilja, ojciec Charlotty, przemuje interes rodzinny lub również się tym zajmuje:
Warszawa 1908

BIELOUSOW Ilja kupiec, Nalewki 39.

Nie jest jednak wykluczone, że na Nalewkach był sklep czy fabryczka, a rodzina mieszkała na Dobrej 28. Charlotta ma trzy lata. W dwa lata później:

Biełousow J., fabryka daszków do czapek. Rok założenia: 1893. Adres; gub. Warszawska, poczta Jabłonna, w. Dąbrówka. Robotników: 14 (u). Roczna produkcja: 4,500 rb. (u).

Jakub umiera w roku 1924, rok po śmierci Charlotty.

Interes rodzinny dobrze prosperuje, a nawet się rozwija, skoro w roku 1928 (Ilja się ożenił, urodziła mu się córka, skończyły się zabory, powstała Polska, Charlotta umarła) Biełousow Ilja mieszka na Kapucyńskiej 13, a książka telefoniczna z roku 1930 podaje, że:

Biełousow I., fabr. cerat, apteczn., impregn. papier, izolac. elektr. i radjow., opakow. reklamow., daszków do czap., Kapuc. 13
oraz
Bielousów Ilja, fabr. plakatów, i ar— I tecine art.— fabr. de plaques pour réclames, de bottes à mécanique et produits pharmaceutiques, Kapucyńska 13.

Fabryczka istniała aż do wybuchu wojny, a Hilel po śmierci pierwszej żony w roku 1938 ożenił się po raz drugi z Mirą Fisz.

Hilel miał szczęście, bo umarł w  styczniu 1942 roku i został pochowany na cmentarzu. Cóż za niezwykłe żydowskie szczęście mieć w tamtych czasach kamień nagrobny na cmentarzu.

Sady Pradziadka – Ciocia Manieczka

Andrzej Rejman

Manieczka z Raju

1_Stanislaw_Hrebnicki_z_siostra_Maria_okolo_1895Stanisław Hrebnicki z siostrą Marią około 1895. Petersburg.

Jedyna córka Adama Hrebnickiego, Maria, nazywana była w rodzinie Manieczką lub Manią. Ponieważ była rodzoną siostrą mojego dziadka, naturalnie nazwałem ją Ciocia-Baba z Raju.

Ciocia Mania ukończyła petersburską Akademię Sztuk Pięknych około 1915 roku i niewiele więcej wiadomo było dotąd o jej latach młodości. Aż do chwili, gdy odwiedziłem Instytut Sadownictwa w Kownie, i zajrzałem do skromnej, ale przytulnej Izby Pamięci litewskiego sadownictwa, będącej właściwie niewielkim muzeum.

W miejscu tym przechowywane są między innymi rękopisy “Atlasu Owoców” Adama Hrebnickiego, jego listy i pamiętniki z lat 1900-1941 i nieco pamiątek, które pozostały po Hrebnickich.
Oprócz tych, które znajdują się obecnie w Muzeum Adama Hrebnickiego w Raju – Rojus .

Maria Hrebnicka urodziła się w Petersburgu w 1892 roku, gdy jej brat, Stanisław, miał ponad trzy lata. Oboje mieszkali z rodzicami na terenie osady pracowników Instytutu Leśnego w Petersburgu, skąd niedaleko mieli nad Zatokę Fińską.

2._Mania_i_Stanislaw_Hrebniccy_nad_Zatoka_Finska_ok_1900

Manieczka i Staś Hrebniccy nad Zatoką Fińską, ok 1900
fot. Adam Hrebnicki

Wśród zapisków, znalezionych w Instytucie Sadownictwa w Kownie, odkryłem też młodzieńcze wiersze Marii.

Jeden z nich zamieściłem w jednym z poprzednich wpisów.

Poniżej inny, napisany w 1903 lub 1904 roku, gdy Mania miała zaledwie 12 lat…

Na starych zgliszczach mojego domu
Wyrosła sosna dzika
Ona ukryje, nie wyda nikomu
Mnie, pustelnika.

Niech wicher huczy, niech szumią burze,
Mnie nie rozczulą te dźwięki –
Ja będę sadził u siebie róże
I będę śpiewał piosenki.

Nademną sosna zaszumi rzewnie
Ja zawtóruję na flecie,
Jakiś przchodzień usłyszy pewnie
I wspomni o szczęścia komecie.

Bo szczęście – kometa,
Co rzadko się zjawia na niebie przejrzystej oponie,
Jak życie poety,
Co w wielkim zamęcie prędko przygaśnie, przepłonie

3_Maria_Hrebnicka_z_ojcem_w_Petersburgu_ok_1904_fot_StanZdjęcie stereoskopowe – Maria Hrebnicka z ojcem – Petersburg ok 1904, fot Stanisław Hrebnicki

4_Adam_Hrebnicki_z_corka_Manieczka_w_swoim_sadzie_w_RajuAdam Hrebnicki z córką Manieczką w sadzie w Raju

 

 

 

 

5_Maria_Hrebnicka_ok_1915Maria Hrebnicka ok r. 1915

Helena z Zanów Stankiewiczowa w swoich pamiętnikach wspomina:

Profesora Hrebnickiego nazywano w okolicy “Adamem z raju”, a najbliżsi mówili do niego “dziadzieńka”. Ten postawny, wysoki, bardzo wesoły mężczyzna nosił zawsze koszulę z haftem przy szyi, dzieło jego córeczki Manieczki… …zakąskę przygotowywała Manieczka, córka profesora. Miała szesnaście lat, gdy umarła jej matka. Opiekowała się ojcem.

…Była utalentowana malarką. Mam u siebie kilka jej pejzaży z okolic Berżenik i Dukszt. Malowała też portrety i kwiaty. Ładna, z głową o rudowłosych lokach, miała śliczne ręce z długimi, smukłymi palcami i zawsze się uśmiechała. Choć delikatna i subtelna, była równie stanowcza i uparta. Nie wyszła za mąż, bo kochała się nieszczęśliwie w kuzynie Konstantym Hrebnickim… Całe życie czekała na niego. Nawet, gdy się ożenił z inną kobietą wierzyła, iż los sprawi, że kiedyś będą razem. Po śmierci jego żony sądziła, że jej wierność będzie nagrodzona. Pościła tygodniami, modliła się żarliwie, dawała na msze, ale Bóg jej nie wysłuchał i umarła, jako panna.

Gdy w 1945 roku jechaliśmy do Polski, chcieliśmy zabrać Manieczkę, ale ona nie chciała zostawić grobów rodziców, całego dorobku naukowego ojca i ukochanego sadu bez opieki. Została w Raju…

…zarabiała piekąc torty i ciasta po domach weselnych… (oraz przygotowywała dzieci do I komunii św. i młodych do ślubu, przyp. autora) …w Raju powstało muzeum poświęcone profesorowi Hrebnickiemu… w głównej sali wiszą teraz malowane przez nią portrety Dziadzieńka, a także mój i Kazimierza… Kazimierz jest w brązowej zamszowej kurtce, którą dałam mu na gwiazdkę przed samą wojną, a ja mam na sobie białą sukienkę w czerwone paski…

6_obrazy_Marii_Hrebnickiej_w_muzeum_w_Raju_w_prawym_gornObrazy Marii Hrebnickiej w Muzeum Adama Hrebnickiego w Raju (Rojus, Litwa) stan obecny. W prawym górnym rogu Helena z Zanów Stankiewiczowa, w prawym dolnym rogu jej mąż Kazimierz Stankiewicz, z prawej w środku w kapeluszu – Julia Rejman, moja mama, a z wąsami po lewej stronie Dziadunia Adama – Kostuś Hrebnicki w którym kochała się Maria.
Poniżej:
Maria Hrebnicka z bratanicą, Julią Rejmanową

7_Maria_Hrebnicka_z_lewej_z_bratanica_Julia_rejmanowa_ok

Absurdalne rozmowy

Agnieszka Wesołowska

Atelier

Słuchowisko absurdalne w IV krótkich aktach

(Osoby: Ona, On, On [sic], Chochliki
Wszystko dzieje się w atelier lub tuż obok, za ścianą, w magazynie. Dramat opowiada o ludziach, którzy nie do końca potrafią się rozpoznać we współczesnym świecie, a może po prostu w świecie. Dlatego nie mają imion, choć ich używają. Najlepiej byłoby, gdyby wypowiadali je – te imiona – trochę niepewnie, jakby usiłując sobie coś przypomnieć. Może temu towarzyszyć lekki zgrzyt w eterze, fałsz, załamanie dźwięku. Sugerowana muzyka na początku – Bacha „Koncert na dwoje skrzypiec d-moll”. Między aktami i na końcu – tenże koncert przeplatany jakąś etiudą na skrzypce solo.
Mimo że rozmowy są dość błahe, chodzi w nich jednak i o miłość, i o przypadek, i o przeznaczenie, i o różne strachy. Czasem nie chodzi o nic, ale to właśnie jest element czegoś, co można nazwać życiem permanentnym.)

Akt I

(Głosy mocno skontrastowane – kobiecy i męski. Słychać je jakby przez mikrofon. Może być lekkie echo. I oprócz tego cisza)

On: A co panienka robi w tym atelier?

Ona: Nie pojmuję gdzie jestem. Widzę dziewczęta co się puszczają, więc jakby burdel. A w kącie wariatka jakaś płacze z wewnętrznej przyczyny. Może to gabinet psychoterapeuty. Albo pracownia mistrza Witkacego.

On: Panienka nie szasta bo już szastali. Już wyśmiali, już oswoili, już przegadali. Nam tu deja vue nie trzeba. Niech panienka się zajmie pończoszkami, co je panienka ma na sobie. To wstyd tak ciągle zaczynać od nowa. I w takim stylu pretensjonalnym jak sukienka panienki. Kto to widział tak się wyrażać i nosić pończochy. Czy panienka nie rozumie że tu się wszystko liczy. A ta mi tu będzie wywoływać Freuda z lasu. Albo kurtyzany czy nie daj Bóg artystów.

Ona: Kogo tu nie ma, mądralo?

On: Że co?

Ona: Kto wyszedł, zanim przyszłam. Zanim ty przyszedłeś. Do kogo należy to łóżko, krzesło, stolik? Dlaczego tu jesteśmy? Dlaczego możemy tu być?

(Głosy normalnieją. Wymowa staje się naturalna, codzienna. Toczy się zwykła, nieważna rozmowa. Nie ma już echa)

On: Zawsze jest otwarte. Kiedy Max wychodzi otwarte jest zawsze.

Ona: Kiedy wychodzi? Jak to kiedy wychodzi?

On: No bo jak jest, to się zamyka.

Ona: I co robi?

On: A co panienkę obchodzi? Może pisze. Może zarządza. Może okrada ludziom konta.

Ona: Panienka, panienka. Pretensjonalna panienka. A ten twój cynizm, cygaro, ta twoja bezdomność, ta bezgranicznie śmieszna i niewiarygodna paradoksalność twojego życia. Łachy i tytoń. Smród i panienka. Słaniasz się z nóg, bo nie masz gdzie spać i gadasz jak Francuz.

On: Dlaczego Francuz?

Ona: No to jak Niemiec. Nieważne. Naprawdę nieważne.

On: Panienka się uspokoi.

Ona: Ty idioto, rozmawiamy jak bohaterowie spektaklu.

On: Jesteśmy bohaterami, panienko.

Ona: Nawet nie wiesz, co mówisz. Nie wyobrażasz sobie. Nie przeczuwasz..

On: No to… panienko…

Ona: Tak, Michaiłko.

On: Zróbmy przedstawienie.

Ona: Ha! Świetnie. Ogłaszam akt pierwszy. Uwaga, uwaga! Atelier na parterze starej kamienicy, tuż za bramą, u wejścia na podwórze. Łóżko, krzesło, stolik. Na ścianie słomiana mata z małymi karteczkami. Istna awangarda. Na karteczkach krótkie informacje. Kupić chleb. Zadzwonić do Magdy. Egzystencjalizm ma za mało zwolenników i nie da się go przeforsować w sejmie. Członkowie klubu trzymają formę. Żyją. Rewolucja marcowo-kwietniowa upadła. Wymyślić nową. Obraz dla Heńka. Namalować.

On: Panienka w czerwonej sukience i w pończoszkach chodzi w te i we wte. Ma podwiązki, które podtrzymują coś bardzo tajemniczego, coś bardzo kuszącego, coś bardzo…. Pokaż panienko.

Ona: Michaiłku… Wszystko zepsujesz. Musimy się trzymać scenariusza. Czyli przeznaczenia. Rozumiesz. Słyszałeś, że życie jest teatrem.

On: A teatr jest zatęchłą norą, w której zmagamy się z ciemnymi siłami pożądania. Kryzys wartości. Słyszałaś? Słyszałaś kiedyś, kurewko, o kryzysie wartości? O scenie, na której przedmioty grają siebie, a ludzie kogoś innego niż są w rzeczywistości. Słyszałaś o tym? Zobacz, zobacz zresztą jak zaciskasz te nóżki z tymi pończoszkami. Tak, jesteś bohaterką. Jesteśmy bohaterami. Ty dziewicą przyodzianą w habit z czerwonej koronki, ja dżentelmenem, który cię pragnie.

Ona: (tonem zrezygnowanym i przyzwalającym) No dobrze… dobrze…

On: No dobrze?! Ty mi tu będziesz mówiła „no dobrze”!?! W imię czego (pytanie zadane bardzo łagodnym, anielskim głosem)? W imię prawdy? (tak samo). Bo przestraszyłaś się kłamstwa, które chcesz odkupić grzechem (ton banalnego kazania)? Droga poniekąd słuszna. Chyba jedyna.

Ona: Dość, dość Michaił. Oprzytomnij, proszę. Do kogo ty mówisz. Rozejrzyj się. Tu jestem tylko ja. Małgorzata, którą zawsze kochałeś. Prosta Małgorzata z zawikłaną przeszłością. Dziewczyna z domu towarowego. Z domu publicznego. Przecież to się zdarza. Te wszystkie Julie, Beatrycze, Laury. Ludzkie historie. Sens refrenu. Istota przemienienia. (patetycznie)

On: Teraz będziesz mi tu odgrywać zagubioną bystrą dziwkę? Dość, dość Małgorzato. Oboje wiemy, kim jesteś. Porozmawiajmy jak ludzie kulturalni.

Ona: Porozmawiajmy jak ludzie.

On: Kobiety (ironicznie, chwila ciszy). Dobrze, porozmawiajmy jak ludzi… Tak jakby słuchali nas ludzie.

(Słychać brzęk naczyń, wodę z kranu, ktoś myje naczynia.)

Ona: Słyszysz, Michaił?

On: Co?

Ona: Posłuchaj… Cssyt… Szumi woda

On: Tak… To ty zmywasz po kolacji.

Ona: Ale przecież nie jedliśmy kolacji.

On: Przecież także jesteś obok mnie i bynajmniej nie masz umoczonych rączek.

Ona: Więc jak?

On: To pieśń przyszłości. To się rozgrywa na papierze. Wiesz, ta historia z rękopisami. Ohydna sprawa. Jesteśmy jak marionetki. Sami siebie tworzymy. Pociągamy za własne sznurki.

Ona: Byle nie za mocno. Wisielec-widelec. Zmywam naczynka jak grzeczna dziewczynka (szalony, szatański śmiech).

On: Małgorzato, czy my się aby czasem nie zapominamy. O ile się nie mylę, miałaś być kurwą.

Ona: Też tak mi się zdaje, dziubusiu. Tak mi się zdaje, dziubusiu (jak słodka idiotka)

On: (przestraszonym, gwałtownym głosem) Słyszałaś? Spadamy. Max wraca.

Akt II

(Cały czas szeptem, cały czas słychać szuranie w sąsiednim pomieszczeniu, otwieranie i zamykanie szuflad, kroki, nerwowe stukanie palcami w biurko. Ona i On – wciąż ci sami. Gdzieś w magazynie obok)

Ona: Maksymilian to brzmi dumnie. Najwygodniej jest mu w trumnie.

On: Przestań, przestań ciągle wracać do przeszłości. Zrozum, już nie jesteśmy artystami. Ani ty muzą, ani ja pisarzem. Nasze miejsce jest teraz w magazynie atelier tego gościa, co najwyraźniej zapomniał o czymś. Cicho, żeby nas nie usłyszał.

Ona: Tak, chyba o czymś zapomniał. Zobacz. Jaka wielka teczka. Może jest malarzem.

On: Tu chodzi o coś innego. Max jest przedstawicielem klasy minimalistycznej. Rozumiesz. Żyje na maxa minimalnym kosztem. Dlatego się nim interesuję.

Ona: Dlatego się nim interesujesz?

On: Tak, właśnie dlatego. Chcę napisać o nim powieść.

Ona: Ale mówiłeś…

On: Mówiłem, mówiłem (ze złością, ze zniecierpliwieniem wielkim). Sama widzisz jak komicznie wyglądamy w tych rolach. Nie umiesz być kurwą, Małgorzatko. Przykro mi, bo wiem, że się starasz. I w pewnym sensie zawsze nią byłaś. Zawsze miałaś na sobie pończoszki. Nawet w szlafroczku. Nawet na mrozie. Wiem, jakie to upokarzające, kiedy mężczyzna mówi kobiecie, że nie nadaje się do burdelu. Bo burdel to miejsce mimo wszystko poetyckie. Bardziej poetyckie niż zmywak, niż wózek widłowy, niż cała ta Irlandia. Na pocieszenie masz to, że w czasach, w których obecnie jesteśmy i ten czar powoli pryska. Świat zalewa fala francuskich call-girls, japońskich gejsz i innego dziadostwa. Właśnie przez takich ludzi jak Maksymilian. Nie miałabyś ochoty na zawsze zostać moją Małgorzatą w żółtym sweterku?

Ona: Mogę spróbować. Ale…(wybucha strasznym płaczem)

On: Nie rycz. Damy sobie radę. Ty i ja. Mistrz i Małgorzata.

Ona: Ale to jest przecież szaleństwo. To jest niebezpieczne. Supermarkety, sąsiedzi, rezurekcje wielkanocne. Nie mogę ciągle chodzić w tym wytartym swetrze. Kwiaty. Kwiaty w wazonie dawno uschły.

On: Ach, Małgorzato. Reguła rozpustnic jest bardzo surowa, nie na dzisiejsze czasy, a przecież o taki burdel nam chodziło. Interes sypnąłby się, zanim na dobre by ruszył. Poza tym zaraz zaczęliby gadać, że coś musiało się stać. Że może matka, ojciec, kochanek, przyjaciółka, dyrektor teatru, redaktor naczelny, szef kuchni, życie, choroba, śmierć. Poza tym jesteś za wrażliwa, przyjmujesz człowieka w całości, potem płaczesz. A biznes jest biznes. Zostawmy takie sprawy ludziom takim jak Max.

Ona: A my? Co będzie z nami?

On: Każdego wieczora, przez okrągły rok, będę wrzucał do twojej skrzynki na listy kopertę. Będzie w niej złożona poczwórnie kartka papieru. Spiszę na niej wszystko, co przydarzy ci się następnego dnia. Jeśli przetrwamy zimę, to potem jakoś pójdzie. Będziesz istnieć, przysięgam ci, kochana.

Ona: A jeśli zechcę żyć inaczej?

On: Być albo nie być (wyniośle i prześmiewczo). To tak jakbyś mnie opuściła (szorstko i rzeczowo).

Ona: A może ty odejdź? Tak jak Dominik Matei opuścił Weronikę, żeby ta mogła żyć?

On: Nie rozmawiajmy o książkach. Zwłaszcza tych nie napisanych przeze mnie.

Ona: Więc obiecujesz, że się uda?

On: Tak, obiecuję. Oczywiście.

Ona: A co zrobimy z Maxem?

On: Nie wiem, może podetniemy mu skrzydła.

Ona: A może podetniemy mu gardło? Zasłużył sobie. Żałosny Michał Anioł. Spec od fotografii, powieści realistycznych i reklamy.

On: Małgorzato, nawet by nie poczuł. Czas takich okrucieństw dawno minął. Zostawimy mu wiadomość, że żyjemy. Jak Wielka Księżna Anastazja. Jak Herodot.

Ona: Ale dlaczego on nas nie słyszy, ten cały Max?

On: Bo rozmawiamy szeptem, dzisiejsi ludzie nie słyszą szeptu (tajemniczo).

Ona: Czasem cię nie rozumiem, Michaił. Nie rozumiem tych twoich metafor, aluzji. Dzisiejsi ludzie nie słyszą szeptu (z przekąsem). A skąd wiesz?

On: Przesadzasz. To akurat jest proste. Przecież szepcemy na okrągło i jakoś nikt nigdy nas nie słyszał. Jak tylko podniesiemy głosy, od razu chcą z nami dyskutować. Mogą się później chwalić, że znają Mistrza i Małgorzatę. A poza tym o co ci chodzi? Nie powiesz mi chyba teraz, po tym co razem narobiliśmy, że jesteś po stronie takich jak Max?

Ona: Nie zapominaj, że przyszłam właśnie do Maxa. Nie wiedziałam, że tu będziesz. I ta sukienka była dla Maxa. I te pończoszki. I to on po mnie dzwonił. Czekał na mnie, ale się spóźniałam. A kiedy wrócił po… po te, no… projekty, których wcześniej zapomniał, ja byłam już Małgorzatą z twojej bajki. Tak naprawdę wstydzę się go teraz. Dopiero teraz, kiedy spotkałam ciebie.

On: Ach więc to tak? Kopciuszek, dziwka, królowa Margot. Doprawdy zawrotna kariera.

Ona: Michaile, nie prawmy sobie tych złośliwości. Nie zapominaj, że to jednak banał.

On: Teraz mi to mówisz? Teraz, kiedy jesteś skończona…. Skończona idiotka! I co to jest banał? Czy gniew jest banałem, czy moje słowa dla ciebie? Czy może oboje z banału powstaliśmy i w banał się obrócimy?

Ona: Kto to wie.

On: Dobrze. Trudno. Idź z nim i niech ci się powiedzie. Mój świat i tak już się skończył. Jeśli staniecie się arcydziełem, wybaczę wam.

Akt III

(On – Michaił znika. Ma się wrażenie, że nic wcześniej się nie wydarzyło. Po prostu dwoje ludzi próbuje rozmawiać. Liczy się tu i teraz i to powinno być do wysłyszenia)

Ona: Powiedz mi Max, dlaczego ty nie poszukasz sobie kobiety. No wiesz… Dzwonisz do mnie każdego wieczora. Chodzisz w brudnych butach. Nieważne zresztą, sama czasem w takich chodzę. Nie zamierzam ci prawić kobiecych mądrości. O ile mądrość ma płeć, wiesz, to takie pytanie na czasie. Chyba możemy czasem pogadać. Wiem, za co mi płacisz, ale czasem przeglądam ambitne gazety. Nie uważasz, że na swój sposób jestem bizneswoman, nawet kiedy stoję w bramie? No więc nawet nie chodzi o to, że chcę się na czymś znać. Po prostu lubię myśleć. Kiedyś się zamyśliłam nocą w nieodpowiednim miejscu. No wiesz. Zgodziłam się i tak już zostało.

On: Dziwna jesteś, tyle ci powiem. Prawie się nie odzywałaś, ale ja wiedziałem, że jesteś jakaś taka…

Ona: To znaczy jaka? O ile mi wiadomo jesteś artystą. Pewne rzeczy są naprawdę bardzo proste. Zresztą to akurat wiem od Michaiła. A może on ode mnie. Nieważne.

On: Nieważne, nieważne, dla ciebie wszystko jest nieważne (z irytacją; Małgorzacie przypominają się słowa Mistrza, które słychać w oddali: „Mówiłem, mówiłem….. Sama widzisz jak komicznie wyglądamy w tych rolach”). A w ogóle kto to jest ten Michaił?

Ona: Jesteście wszyscy tacy sami. My też jesteśmy takie same. Nawet jeśli cudownie się różnimy, to w którymś momencie pobrzmiewa w nas zupełnie bez sensu identyczny ton. I w was, i w nas. Jesteśmy do re mi w różnych rejestrach. Pośpiewamy? (przy tym pytaniu znowu zaczyna się echo; na początku podkreślało niedorzeczność czy niesamowitość; teraz towarzyszy także rozleniwieniu i znudzeniu; dalsza rozmowa toczy się bez emocji, czyli inaczej niż powinna) Proszę. Chociaż ponućmy. Każdy na swoją nutę. Lubię nucić pod nosem. To takie uspokajające.

On: Kto jest Michaił?

Ona: Wreszcie jakieś sensowne pytanie.

On: Już je zadałem, widocznie nie słyszałaś.

Ona: Widocznie.

On: Więc kto to jest.

Ona: Nie wiem.

On: Jak to nie wiesz.

Ona: Po prostu. Nie wiem. Spotkałam go u ciebie dziś wieczorem.

On: Spotkałaś go u mnie dziś wieczorem?

Ona: Tak, spotkałam go u ciebie dziś wieczorem. I muszę ci powiedzieć, że nie był to niestety duch ani skrzat, pies ani twoje alter ego.

On: Więc kto?

Ona: Człowiek. Jakiś bezdomny. Nie wiem, może imigrant, może cyrkowiec, może czarnoksiężnik.

On: Ale jak? Po prostu był? Po prostu z nim zostałaś? Widziałaś go kiedyś?

Ona: Oooo. Nasz artysta zaczął zadawać dużo pytań. Filozofialno-narcystyczna faza rozwoju. Owszem widziałam. Tylko nie wiem gdzie i kiedy.

On: Ktoś tu chyba oszalał (wciąż tak samo, ospale i bez większego zainteresowania).

Ona: Tak, ktoś oszalał.

On: Chcesz mi powiedzieć że wdałaś się z obcym mężczyzną w pogawędkę w mojej pracowni? A potem po prostu tu zostałaś i czekałaś aż przyjdę, żeby mi o tym powiedzieć?

Ona: Nie nazwałabym tego pogawędką.

On: Nie irytuj mnie.

Ona: Nie irytuj się. A niby po co każdej nocy zostawiasz otwarte drzwi? Czy nie dlatego, że czekasz, żeby coś się wydarzyło? Coś ważnego? Coś na co nie będziesz miał wpływu, tak jak masz wpływ na te swoje powiastki i fotosy? Czy nie rozumiesz, że tam gdzie jest Małgorzata, musi pojawić się Mistrz? Nie pamiętasz, co ona powiedziała? (koniec echa)

On: Jesteś p o p i e p r z o n a. (wolno i z naciskiem)

Ona: Jestem popieprzona (łagodnie i lekko)

On: Posłuchaj, kochanie. Czy nie mogłabyś przypadkiem wyjść i nigdy nie wracać? Byłbym ci naprawdę bardzo wdzięczny. Idź do tego swojego mistrza. Tylko uważaj, bo mistrzowie bywają ulegli.

Ona: Ależ oczywiście, mój drogi Alexandre Dumas. Uwielbiam, jak błyskasz inteligencją. Nie ma nic bardziej uroczego i rozbrajającego. Jak myślisz? Czy my rozmawiamy o sztuce?

On: Myślę, że powinnaś już iść.

Ona: Zaczynasz mi imponować, Max. Niby taki pisarz z atelier, a jednak ma podejście do oszalałej kobiety. Posłuchja, kochanie… Czy nie mogłabyś… Byłbym... No, no. Spokojnie możesz przystąpić do pisania powieści psychologicznej. Tylko uważaj na szczegóły, bo diabła jeszcze ciągle nie umiałbyś wziąć za rogi.

On: Małgorzato!

Ona: Wyjdę, wyjdę Alexandre (z egzaltacją; ale też wiarygodnie). Jeszcze tylko podziękuj mi za te wszystkie noce.

On: Dziękuję, dziękuję…

Ona: Jesteś skończonym durniem. Nigdy nie dziękuj dziwkom. Natomiast z nieznajomymi radziłabym ci jednak rozmawiać. Mimo wszystko.

Akt IV

(Znów nowa sytuacja. Znów przedstawienie zmienia tor. Mężczyźni znikają. Pojawiają się Chochliki – ich głosy są pogrążone w echu, przedrzeźniające, nieznośne. Jeden grubszy, drugi cieńszy. Trochę przypominają głosy Jego i Jej (lub można powiedzieć Michaiła i Małgorzaty) z pierwszego aktu. Ona – w pierwszym akcie pełna życia (podkreślone), w drugim znudzona (podkreślone), teraz przestraszona.)

Chochlik I: Małgorzata jest smarkata

Chochlik II: A smarkata Małgorzata nie dożyje tego lata.

Ona: O mój Boże! Co wy mówicie!

Chochliki (razem): Małgorzata jest dla świata,
xxxxxxxxxxxxxxxxxxa ty nie bądź Małgorzatą
xxxxxxxxxxxxxxxxxxty się zajmij swoją chatą

Chochlik I: No właśnie, kobito. Zobacz, co z tego wyszło. Wszystko się pomieszało. Michaił zniknął. Max się wściekł. Wyrzucili cię z roboty. Gdzie tu miłość? Jak ty komu wytłumaczysz, że pod adresem Kota w Butach 5 była też miłość?

Ona: Spędziłam w tym atelier prawie całe życie. Max nigdy tego nie podejrzewał, ale mieszkałam tam, zanim on urządził sobie pracownię. Przychodzili tam różni ludzie, pewnie też przychodził Michaił. Musiał przychodzić, bo jestem pewna, że znamy się od dłuższego czasu.

Chochlik II: Małgorzatko, lepiej stąd chodźmy. Maksymilian przyjdzie lada chwila. Nie spodziewa się tu ciebie. Myśli, że odeszłaś na zawsze.

Ona: Bo odeszłam. Tak jak od Mistrza. Muszę teraz od nowa wadzić się z historią. Muszę stać się Małgorzatą bez Mistrza. Muszę tu posprzątać.

Chochlik I: Zostaw. Zostaw i już chodź. Odstaw te szklanki. Nie są twoje. Wiesz, do kogo należą.

Ona: A właśnie nie wiem.

Chochlik I: A właśnie wiesz.

Ona: Złośliwe stworzenie z ciebie.

Chochlik I: Że jak proszę?

Ona: Nic tu do nikogo nie należy.

Chochlik I: Z rozmazanej trzydziechy nie masz uciechy.

Chochlik II: Czytaj – to nie jest śmieszne.

Chochlik I: He He. Robota dom robota dom. A chłopcy czekajom

Ona: Wcale że nie mam tylu lat (obrażona). Zresztą niezbyt obchodzi mnie, na co cierpią dwudziestolatki ani trzydziestolatki ani czterdziestolatki ani…

Chochlik I: Jak to? (wtrąca się)

Ona: Jakoś.

Chochlik I: Typowe.

Ona: Co typowe?

Chochlik I: Dla takich jak ty. Dla takich, co im wszystko jedno.

Ona: Mnie nie jest wszystko jedno. (Z naciskiem)

Chochlik I: Oho. To zrób coś. Napisz reportaż, książkę, nakręć film, wyjedź. Zapomnij. No wiesz. O Maxie, Michaile.

Ona: Nie chcę nic robić. Nic poza tym, co pozwala pamiętać. Nic poza tym, co jest konieczne i co przynosi mi radość.

Chochlik II: Małgosia nam się sentymentalnie zamyśliła. Wpadła w nastrój zwany melancholijnym. Ogłaszam alarm! (Słychać werble i takie bezmyślne chochlikowe „tadam”)

Chochlik I: Dlaczego ona jest taka dosłowna? Tak się wyrażać, to nie przystoi młodej damie. Terefere! (Śmiech)

Chochlik II: Może naprawdę już chodźmy. Przecież on zaraz tu przyjdzie.

Ona: No i co? A nie możemy żyć obok siebie? Jest kilka garnków, kilka talerzy, są materace. Odnajdziemy Michała. Pożenimy się i powydajemy za mąż.

Chochlik I: Ech, dzieci…

Chochlik II: Do czego zmierzasz, Małgosiu?

Ona: Nic. Nie zrozumiecie.

Chochlik I: Panienka jeszcze nigdy nie była sama? Panienka może nie ma siły się rozstać?

Ona: Milcz, głupcze.

Chochlik I: Znów ta górnolotność. Już raz nie wyszła panience na dobre.

Ona: Mnie wszystko wychodzi na dobre. Nawet złość. Tylko że ty tego nie możesz zrozumieć, bo jesteś tylko chochlikiem. Błędem w sztuce.

Chochlik I: To niech panienka Homerowi wytłumaczy.

Ona: Nie bądź taki hej do przodu.

Chochlik II: Nie chciałbym się wtrącać, ale trochę nie mogę zrozumieć, po co mielibyście żyć wszyscy razem.

Chochlik I: Jak mnisi tybetańscy. (Chichot)

Ona: A żebyś wiedział! Zresztą nie chodzi o to, żeby razem, ale o to żeby w ogóle. Oni się rozpłynęli. Zostałam sama. Bez rękopisów. Bez telefonów w nocy.

Chochlik I: Znajdzie sobie panienka innego. Ups… Innych. W burdelach też pewnie potrzebują dziewcząt. Niech panienka nie płacze.

Chochlik II do Chochlika I: (Szeptem) Nie rozumiesz, cymbale, że to wszystko to jest taka przenośnia?

Chochlik I: Nie, nie rozumiem. A ty może rozumiesz?

Chochlik II: Nie i ona też nie rozumie. Ani nikt inny. Ale Homer faktycznie pisał coś o radości. Pamiętasz, mówiła coś takiego. A poza tym była też taka książka. O Mistrzu właśnie. Ten Max jest tu chyba trochę na gapę.

Chochlik I: To wszystko się nie trzyma kupy.

Ona: Możecie mówić normalnie. Ja słyszę wszystkie szepty. Niepotrzebnie się kłócicie. Max jest po to, żeby wszystko mogło się rozpaść. Żeby mogło runąć. A ja bym chciała, żeby to atelier przetrwało, dlatego pomyślałam, że gdybyśmy tu zostali…

Chochlik I: To może my spadamy. Cześć panienko. Niech się panienka raczy trzymać, bo panienka jest od jakiegoś czasu pod naszą opieką. Mistrz nas przysyła.

Chochlik II: Zamknij się, idioto.

Ona: Uspokójcie się. Teraz naprawdę wszystko się zacznie. Tak, idźcie sobie, żebym wreszcie mogła chwilę odpocząć. Tu ciągle ktoś czegoś chce.

(Słychać jak chochliki wybiegają)

 Ona: Dzięki Bogu.

(Słychać jak zaczyna myć naczynia. Nuci sobie coś pod nosem. Potem wszystko cichnie, tylko z kranu uporczywie kapie woda.)

Ona: Kap sobie, kap. I tak nikt cię nie naprawi. Panowie poszli. Chochliki poszły. Mam dużo czasu. Mogę zacząć od początku. Tu, w tym atelier. W tej pracowni, w której byli i Max, i Mistrz, i chochliki. Ściany ciągle są na swoim miejscu. A także wiele niepotrzebnych przedmiotów. Za dużo garnków, za dużo jedzenia w lodówce. Ciągle się tu pałętają nasze rozmowy, niezadane pytania, przedwczesne odpowiedzi. Za oknem deszcz. Mżawka. Na szybie kropelka. Bardzo prosty symbol. Łza. Oczyszczenie. Prawie alegoria. Gdyby tak było z nami. Gdyby łatwiej można było nas odczytać. Gdybyśmy sami to potrafili. Chodzi lisek koło drogi… Ale to nic. Ale mogę zacząć od początku. Tu albo i nie tu.

Drzwi się otwierają a potem zatrzaskują. Słychać jak Ona zbiega po schodach.

 Koniec

 

Reblog: Dzienniki statecznej panienki

Mój kuzyn, Jan Kozłowski, ten od kota i Prota, opowiedział mi o dziennikach Róży Łempickiej, spisanych i wydanych w 10 egzemplarzach przez panią Marię Prosnak-Tyszkową. Jeden z tych egzemplarzy znajduje się w Bibliotece Uniwersyteckiej w Warszawie i, zachęcona przez kuzyna, sięgnęłam po to unikatowe wydanie, a jak zaczęłam czytać, to nie mogłam się oderwać, i wreszcie postanowiłam, że przepiszę tu dla moich czytelników maleńki fragmencik tej niezwykłej literatury. I pomyśleć, że to kilkunastoletnia panienka napisała te linijki.  Urodziła się bowiem 9 listopada 1826 roku, miała więc lat 19, a zaczęła pisać dzienniki już kilka lat wcześniej, bo w roku 1841. Zakończyła prowadzenie dzienniczka w chwili zamążpójścia, był to więc dosłownie, Pamiętnik statecznej panienki, przy czym, w przeciwieństwie do Simone de Beauvoir, Róża była – rzeczywiście a nie ironicznie – stateczną panienką, wychowywaną w statecznej polskiej rodzinie szlacheckiej.  Zimę rodzina spędzała w Warszawie i tego własnie okresu roku 1845 dotyczy cytowany tu fragment Dzienników.

A zatem przed 170 laty w Warszawie…

roza1Róża Łempicka

Franciszek Liszt

Rok 1845

15 marca

(…) uśmiecha nam się tylko koncert Liszta, który do nas zawitał. Panna Tekla i kilka innych panien będą brać lekcje od niego w czasie całego pobytu. Lekcja taka kosztuje zp. 200. I my tam będziemy bywać, boć przecie widzieć i słyszeć taką znakomitość już wiele znaczy.

Tak, niewątpliwie widziałyśmy go, słyszały. Bóg piętnem sławy oznaczył go. Franciszek Liszt nie ma dotąd, jako mistrz tonów, wyższego od siebie, a grzmiąca muzyka jego jest wielkością niedościgniętą przez nikogo. Mechanizm rąk jego tak rozwinięty, że nie widząc nie podobna uwierzyć, że ten nawał tonów wywołują dwie ręce tylko. Jest to całkowita orkiestra, którą Liszt wprowadził w fortepian i przywołał zaklęciem do pomocy swojej.

Mówią wszyscy i jest to prawda, że grę jego oznacza jakaś gwałtowność, która być może, że zagłusza i zaciera śpiewność tą szaloną harmonią tonów. Jednakże jest to właśnie nowy typ genialnego poczucia, a jak wróży sam Liszt, są to pierwsze dźwięki muzyki przyszłości, którą on pierwszy rzuca jako treść do rozwinięcia znakomitościom muzykalnym. Nie zbywa jednakże chwilami i Lisztowi na uczuciu, a wszystkie kompozycje Chopina oddaje tak, że płakać nad nimi można. Przyjaźń tych dwóch wielkich muzyków zaznaczyła czułość prawdziwa, a obecnie Liszt mówi, że wiele zawdzięcza wpływowi Chopina i że on odzywa się w nim zawsze, gdy rzewność uczucia zapanowywa w grze jego. Kompozycje Chopina Liszt tylko umie wykonać z całą ich prawdą i przejęciem. Opisać grę Liszta jest mi niepodobna, każda wykonana sztuka okazuje wielkość, a dalszy ciąg muzyki jego wprawia w nienormalny stan. Słyszy się, czuje tam wszystko – i burzę straszną, śmiech i jęki, wiosnę w całej naturze, pełnię życia, szczęście jasne i trwałe, upadek, starość, długie konanie, spokój śmierci – i pamięć, pamięć wszystkiego wieczną.

Liszt w zachwyt wprowadza słuchaczy, których też wdzięczność nie ma granic. Czuję to sama na sobie, jestem w dziwnym jakimś stanie drżenia i uniesienia. Złożyło się na to i pobyt na koncercie kilkogodzinnym i przebyte z nim parę godzin u pp. Brykczyńskich, bo już wszystko minęło, a w mej wyobraźni i słuchu grzmi wciąż ten chaos burz, płaczu i śmiechu. Widziałem coś sześć razy Liszta i oto co się o nim dowiedziałam: ma on lat około trzydziestu, urodził się na Węgrzech niedaleko Pesztu, gdzie ojciec jego był oficjalistą w dobrach ks. Esterhazego i miał wielką przyjaźń z Haydnem. Spostrzegłszy zdolności syna, od szóstego roku zaczął go uczyć muzyki, a pomimo przeszkód w delikatności zdrowia dziecka, młody Franciszek Liszt mając zaledwie lat dziewięć, dał się słyszeć publiczności, a nawet już wtedy słyszano jego własne improwizacje. Te występy zjednały mu protektorów, postanowili oni, aby się kształcił w Wiedniu, tam więc przez lat parę pobierał lekcje od Czernego (Carl Czerny) i sędziwego Sulíriego (Antonio Salieri). Następnie dał się słyszeć publicznie i wtenczas już największych nawet znawców zachwycił, bo wykonywał najtrudniejsze kompozycja Beethovena i Hummla od ręki. Potem udał się do Paryża, a pracując tam usilnie, sam musiał myśleć o dalszym kształceniu, bo jako cudzoziemcowi wszędzie utrudniano drogę. Grając po całych dniach tak wysoce udoskonalił mechanizm rąk, że gdy dał następnie parę koncertów w teatrze Wielkiej Opery, taki sobie zjednał rozgłos, że o niczym nie mówiono w Paryżu, tylko o małym węgierskim artyście, a najwięcej arystokratyczne domy rozrywały go sobie. Sława jego już odtąd stała się głośna, a gdy się udał do Londynu przyjęli go tam z niesłychanym entuzjazmem. Odtąd pracując ciągle jeździł po znaczniejszych miastach Anglii i Francji i dawał koncerty. Żyjąc z osobami wyższymi wytworzyła się w nim chęć świetnienia i w innych umiejętnościach – i to mu się powiodło. Wykształcenie jego i wyrażanie się jest znakomite, posiada wiele języków europejskich, występuje jako literat, posiada dyplom na doktora filozofii Uniwersytetu Królewieckiego. W roku 1835 Liszt rozpoczął prawdziwie tryumfalną podróż po Europie, gdzie spotykają go przyjęcia tak głośne jak żadnego dotąd artystę, uniesienia publiczności dochodzą do szału, zwłaszcza, że Liszt umie ją ująć sobie, a i powierzchowność jego, układność i szlachetność czynów, rozum, wszystko przemawia za nim. Otóż i nas spotkał w tym roku ten zaszczyt, a chcąc nie pokazać się niżej od innych miast Warszawa wysila się na świetna przyjęcie wielkiego mistrza tonów, w czym wszystkie koterie idą jej w pomoc. Odwdzięcza się też on Warszawie za te przyjęcia grając na każdym koncercie i wieczorze zawsze coś narodowego i wpinając w swój amarantowy krawat naszego białego orła. Znam kilka pięknych dam, które biorąc do ręki i przyglądając się temu drogocennemu klejnotowi przedstawiającemu herb naszego państwa obsypują go pocałunkami i łzami. My na wieczorach i lekcjach u pp. Brykczyńskich więcej panujemy nad sobą, choć w sercach naszych jest dużo wdzięczności dla tego, który nam to widzieć i słyszeć daje.

Fi. Liszt jest co się zowie ładnym młodzieńcem, ma zaledwie lat trzydzieści, jest wzrostu średniego, nadzwyczaj zręczny w ruchach. Twarz blada, podłużna, oczy niebieskie, jakby trochę w dole, ale z wyrazem bardzo miłym i inteligentnym, czoło wysokie, otwarte, a z niego błyska ku nam to namaszczenie, które nas odurza i zachwyca. Włosy ma jasno blond, nosi je długie tak, że nawet zarzucone na tył głowy, sięgają pleców. Wymowa, wyrażanie się pełne elegancji, słowem doskonałość kompletna. Zostawił nam wszystkim swoje własnoręczne podpisy, a gdy na pożegnalnym wieczorze u pp. Brykczyńskich wszyscy się do niego cisnęli prosząc o pamiątki, podając papier do podpisu, rwąc rękawiczki, ja nie chcąc się cisnąć i sprawiać mu ambaras, ufając zresztą, że za instancją pokrewnej mu talentem pani Tekli, zawsze pamiątkę otrzymam, siedziałam sobie spokojnie i nawet zdaje się, że w tej właśnie chwili coś zupełnie innego zajmowało myśl moją. Tymczasem Wielkość ta raczyła to spostrzec, a zbliżywszy się ku mnie zapytała, czy nie życzę sobie pamiątki po tym, który szczęśliwy był, że mógł talentem swym zabawić chwilowo cny naród polski, którego on kocha i wielbi jak żaden, bo same już narodowe pochodzenie zbliża go ku nam. Węgrzy tak wiele mają sympatii i uczucia dla nas. Odpowiedziałam, że aczkolwiek nie sądzę, abym kiedykolwiek w życiu mgła zapomnieć, żem widziała i słyszała tak wielkiego mistrza, który w sobie łączy wszystko, by świat cały zdumiewać i zachwycać, jednakże miło by mi było także mieć choć drobną jaką pamiątkę. Z ślicznym ukłonem i minką dosyć zarozumiałą podał mi Liszt bladoróżową rękawiczkę i wypisał aż trzy razy swoje imię i nazwisko – to jest dla mnie i dla rodziców. Nie chcąc krzywdzić te hojne dary umyśliłam zaraz podzielić się tym z takimi, które nie zdołają się docisnąć do łaski pańskiej. Co prawda Liszt popsuty jest tą nieustanną owacją i entuzjazmem, a najwięcej wykwintne damy ukazują mu uwielbienie, że nawet szklanki, kieliszki i wiele innych rzeczy, których on się dotknął lub używał, staja się jakąś drogocenną pamiątką. To mi się znów zdaje trochę za wiele. Najwięcej ujął on sobie publiczność występem swoim w amatorskich porankach muzykalnych na rzecz Dobroczynności, dochód był znaczny, a przewidując to, wdzięczne ubóstwo przybrawszy się w świąteczne szaty otoczyło na końcu Liszta ślicznymi zielonymi wieńcami, którymi on znów dzielił się z występującymi amatorami. Publiczność sypała brawo i okrzyki. Liszt zdawał się rozczulony i mówił, choć z cicha, jednakże słyszeli to wszyscy: “Niech odżyje i żyje szlachetny, gościnny i wielki naród polski”. Pamięć Liszta będzie u nas długo, pisma wszystkie zapełnione nim, a i prywatni składają też na papier wrażenia swoje. (…) Złośliwość ludzka zawsze i wszędzie coś dopatrzeć musi, mówią niektórzy, że Liszt jest Żydem, nie wierzymy jednak temu, bo gdyby tak było – tak świetnie od natury uposażony – potrzebowałby się zapierać swego pochodzenia? Ktokolwiek by on był, geniusz jego stawia go w rzędzie znakomitości europejskich.

roza2

Reblog: Przyjaciele moich rodziców

Maria Hiszpańska-Neumann czyli Mysza

Zobacz TU czyli na Wikipedii, ale przede wszystkim TU czyli na stronie poświęconej jej biografii, jej pracom, a też i rodzinie. Bo rodzina była bardzo słynna – ojcem, dziadkiem i pradziadkiem Myszy byli znakomici szewcy warszawscy.

Była wspaniałą artystką i najbardziej niezwykłą przyjaciółką mojej Mamy. Tak wspaniałą, że nie można napisać wpisu o Myszy. Nie można, bo jest to opowieść na książkę. Dlatego jeszcze się tu nie pojawiła. Ale Bogna, jej córka, a moja przyjaciółka ze szkolnych lat, “wrzuciła” na Facebooka wywiad, jaki katolicka gazeta Droga przeprowadziła z jej bratem, synem Myszy, Michałem. I zaczynam od tego, że przedrukowuję tu ten wywiad.

EMS

Michał Neumann i Ewa Rejman

mysz2winietaZa co Pana Mama trafiła do obozu?

myszfoto1– Oczywiście za to, że III Rzesza uznała, że mama zagraża jej bezpieczeństwu – dwudziestoparoletnia dziewczyna była śmiertelnym zagrożeniem dla III Rzeszy. Kiedy tylko zaczęła się wojna , wielu młodych ludzi pomyślało o tym, że trzeba by Niemcom trochę poprzeszkadzać. Powstał Związek Walki Zbrojnej, w którym znalazła się i moja mama. W ramach dokuczania Niemcom, chodziła po mieście i roznosiła konspiracyjne gazetki. 19 kwietnia 1941 roku po pracy postanowiła wpaść do przyjaciółki, Haliny Siemieńskiej. Niestety, akurat tego samego dnia do taty Haliny – pana profesora Siemieńskiego – przyszło Gestapo i założyło w mieszkaniu kocioł. Mama wdepnęła w ten kocioł. Tu miała szczęście w nieszczęściu – po pierwsze w torebce została jej ostatnia gazetka. Na przesłuchaniu powiedziała, że jakiś nieznajomy wcisnął ją jej w tramwaju. Po drugie – Niemcy byli w czasie śledztwa absolutnie przekonani, że skoro przyszła do profesora Siemieńskiego, to jest z nim konspiracyjnie związana i razem z nim spiskuje przeciw III Rzeszy. Mama oczywiście spiskowała, ale zupełnie niezależnie. W czasie brutalnego śledztwa nikogo nie wsypała, także dlatego że kiedy pytano ją o profesora Siemieńskiego i ludzi z tego grona, dysponowała autentyczną i pełną niewiedzą. Zresztą – była niesamowitym twardzielem i jestem przekonany, że gdyby miała jakieś wiadomości, to też by nic nie pisnęła.
mysz1Po śledztwie najpierw trafiła do więzienia w Radomiu, potem w Pińczowie, a po roku do Ravensbrück. Od więźniarek pracujących w kancelarii obozowej dowiedziała się, że na jej karcie widnieje adnotacja, że jest przewidziana do tego, żeby stąd nie wyjść. Miała popracować, a potem zostałaby zgładzona.

Czy będąc dzieckiem, pytał Pan Mamę o jej przeżycia obozowe?

– Mieliśmy w domu dwóch świadków tamtej rzeczywistości – ciotkę Ragnę i mamę. Mama o sprawach obozowych nie mówiła prawie w ogóle – czasem tylko, jak ktoś na przykład narzekał, że ma do wykonania bezsensowną pracę, opowiadała, jak w obozie kazali im przerzucać łopatą piasek z jednego miejsca na drugie – tylko po to, aby zmęczyć więźniarki. Natomiast ciotka w kontekście obozu mówiła tylko o doświadczeniach ludzkiej solidarności, typu oddanie komuś kromki chleba. Tylko to widziała, a przynajmniej tylko o tym chciała mówić.

Dopytam o Ciotkę? W jaki sposób i za co została aresztowana?

– Postawa ciotki w czasie wojny wiele mówi o mentalności ludzi w tamtym okresie. Pewnego razu poszła na imieniny do przyjaciół. W tym czasie wiele osób chodziło w podobnych płaszczach. Wychodząc wzięła przez pomyłkę nie swój i włożyła rękę do kieszeni. Poczuła, że to nie jest je płaszcz. Wyjęła z kieszeni to, na co natrafiła. To była legitymacja Gestapo. Szybko odwiesiła płaszcz i wyszła już we własnym. Do domu nie dotarła, bo już ją zwinęli. Trafiła na Pawiak, a potem do Ravensbrück.
Babcia czyli mama mamy i ciotki Ragny miała siostrę Jadwigę, a Jadwiga wyszła za mąż za profesora pediatrii, Niemca – bardzo szanowany człowiek, miał dojścia. Dotarł do samego Himmlera. Uzbrojony w list polecający od niego stawił się w obozie. Ciotka została wezwana, potwierdziła, że to jej wuj. Dostała propozycję d komendanta obozu, że może wyjść, ale jako Niemka. A ciotka na to powiedziała, że dziękuje, że bardzo chętnie wyjdzie, ale chce, żeby jej koleżanki Polki też mogły wyjść. Na to oczywiście zgody nie było. Ciotka została.

Rysunek Marii Hiszpańskiej

Po wojnie mocno osłabła na zdrowiu. Nikt nie wiedział, co jej dokładnie jest. Potem okazało się, że choruje na nowotwór. Trafiła na onkologię. Dopiero pod koniec życia powiedziała swojemu lekarzowi, że w obozie w ramach doświadczeń, wszczepiono jej komórki rakowe. Nie mówiła o tym nawet rodzinie.

myszfoto2Pana Mama była wybitną artystką, malarką. Na czym skupiała się w swoich pracach?

– W obozie rysowała sceny obozowe. A jeśli dozorczynie, to nie były to upiększone portrety, raczej szkicowała je bijące i kopiące. Po obozie przez pewien czas kontynuowała tę tematykę, miała potrzebę „zrzucenia” z siebie tego, czego była świadkiem. Później pracowała jako ilustratorka książek; zilustrowała ich ok. 20. W jej pracach królowało średniowiecze, to była epoka, w której czuła się najlepiej. Jako młoda matka oczywiście szkicowała też nas – mnie i moją siostrę. W roku 1960 zdarzyła się dla mamy rzecz cudowna i zupełnie nieprawdopodobna w tamtych czasach – dostała możliwość zorganizowania wystawy w Egipcie i wyjazdu tam. W tym kraju zobaczyła na własne oczy, że „Stary Testament chodzi po ulicach” – od tej pory skupiała się na tematyce religijnej.

Kościół św. Michała Archanioła w Warszawie, mozaika Marii Hiszpańskiej-Neumann

Czy po powrocie z obozu Pana Mama utrzymywała kontakt z przyjaciółkami stamtąd?

– Mama po powrocie z obozu utrzymywała kontakt tylko z kilkoma koleżankami. Nie należała do Związku Bojowników o Wolność i demokrację, bo tam zapisali się też tzw. „utrwalacze władzy ludowej”, czyli ci, którzy po wojnie niszczyli niepodległościowe podziemie. Było zaledwie kilka osób, z którymi się kontaktowała, ale to wszystko poza oficjalnymi strukturami.

A jeździła na coroczne pielgrzymki więźniarek na Jasną Górę?

– Nie, ale w czasie pobytu w obozie złożyła deklarację: „Matko Boska, jeśli stąd wyjdę, to na Jasną Górę pójdę”. Po wojnie nadeszły różne przeszkody, w końcu zwierzyła się z tego postanowienia spowiednikowi. On jej powiedział: „Pani Mario – sprawa otwarta”. Więc mając już ponad 50 lat poszła wraz z córkami, z plecakami – nie była to zorganizowana pielgrzymka. Na zjazdy częstochowskie ja zacząłem jeździć kilka lat temu za sprawą pani dr Wandy Półtawskiej. Poznałem wtedy niektóre więźniarki, ale niestety teraz jest już ich niewiele…

Dziękuję za rozmowę.

„Podhalem” na Śródziemne (4)

Zbigniew Milewicz

Podhalem4-winietaPłyniemy wzdłuż brzegów afrykańskich, kursem na wchód, w kierunku Sycylii, do której mamy z Ceuty mniej więcej trzy doby drogi. Później jeszcze trzy dni i powinniśmy być już na miejscu, w Salonikach, jeżeli oczywiście w międzyczasie nic nie zakłóci biegu podróży „Podhala”.

Za czasów cesarza Augusta i Antoniusza, w okresie wypraw krzyżowych, czy nawet wówczas, kiedy królowały na nim flotylle Filipa II, morze to było wielokrotnie rozleglejsze niż dziś, w epoce statków o sztucznym napędzie, coraz to szybciej przemierzających wodne szlaki. Dawne żaglowce, zdane na łaskę kapryśnych wiatrów, potrzebowały co najmniej tygodnia na drogę z Marsylii do Algieru i dwóch miesięcy na przepłynięcie z Gibraltaru do Stambułu. Jak na gust armatora poruszamy się jednak jeszcze zbyt wolno, bo następnego dnia po wyjściu z Ceuty nadchodzi z kraju drogą radiową polecenie, aby skrócić „przelot” do Salonik. W myśl pierwotnych założeń statek powinien tam dotrzeć w niedzielę, 23 września, teraz mówi się o czwartku, praktycznie wszystko zależy od okrętowego silnika, którego stan techniczny daleki jest od doskonałości. Ostatecznie „Podhale” zwiększa prędkość z l3,5 do 14,5 węzła i to jest górna granica jego możliwości.

zbyt wolno...Jak na potrzeby armatora poruszamy się zbyt wolno

Gdzieś na wysokości Tunisu, w czasie poobiedniej sjesty, podrywają mnie z koi dzwonki – osiem krótkich i jeden długi. Alarm szalupowy. Morze jest gładkie jak stół, nic nie wskazuje na to, aby ze statkiem działo się szczególnego, ale postępuję zgodnie z instrukcją. Łapię pas ratunkowy, po drodze jakiś sweter i wybiegam na pokład łodziowy pod szalupę nr 2, w której mam wyznaczone miejsce na wypadek tego typu akcji. Cichnie maszyna, „Podhale” staje w dryfie, na miejscu zbiórki meldują się ostatni maruderzy. III oficer pokładowy, Ryszard Prusik sprawdza stan liczebny załogi i pasażerów – są wszyscy. Już wiadomo, że uczestniczymy tylko w ćwiczebnym alarmie szalupowym, mającym wykazać, jakie jest przygotowanie ludzi i środków technicznych do sytuacji, w której zachodzi potrzeba nagłego opuszczenia statku w morzu. Przy okazji trochę odpocznie okrętowy silnik, bardzo zgrzany pracą na najwyższych obrotach. Zgodnie z przepisami bezpieczeństwa, obowiązującymi w polskiej flocie, takie sprawdziany przeprowadza się na statku co najmniej raz w miesiącu, podobnie, jak alarmy „człowiek za burtą” i przeciwpożarowy. R. Prusik, czuwający nad sprawnym wykonaniem ćwiczeń, będzie musiał odnotować w raporcie, że zablokowało się urządzenie dźwigowe przy szalupie nr 2, co nie pozwala na opuszczenie jej na wodę. Jedynka z grupą marynarzy na pokładzie już zjeżdża w dół, drugą łódź udaje się uruchomić dopiero po kilkudziesięciu minutach. W międzyczasie okazuje się, że pierwsza ma zepsuty motorek i może poruszać się tylko na flamingu – ręcznym napędzie śruby, przy którym ludzie w szalupie szybko ,,puchną”. Odchodzi więc od statku tylko na odległość 100-200 metrów, po czym wraca i z powrotem wciągają ją na pokład. Chwała Bogu, że jest to tylko ćwiczebny alarm.

Część załogi i wszyscy pasażerowie pozostają na pokładzie. Korkowe pasy, które mamy na sobie, wyposażone są w torebki z proszkiem w kolorze pomarańczowym, co po rozpuszczeniu w morskiej wodzie ma ułatwić znalezienie rozbitka. Służą temu również lampki wpięte w troki, ale brakuje do nich bateryjek. W opinii marynarzy główną wadą tych pasów – powszechnie używanych na polskich statkach – jest ich zła konstrukcja oraz nieelastyczność. Przy skokach do wody z dużej wysokości ryzykuje się w nich połamanie kręgów szyjnych. Przed utonięciem w morzu mają chronić również pneumatyczne tratwy i kola ratunkowe, w które „Podhale” jest kompletnie wyposażone, tyle że pochodzą one z różnych statków, o czym świadczą firmowe napisy na sprzęcie.

– Zwłaszcza między rejsami wiele rzeczy ginie ze statków – tłumaczy mi ,,trzeci”. – O nowe trudno, zwykle stosuje się wtedy przerzuty brakującego sprzętu z innych jednostek armatora, które, dajmy na to, czasowo wyłączone są z eksploatacji. Bywa jednak, że następuje przyspieszenie terminu rozpoczęciu kolejnego rejsu, nie zdąży się uzupełnić tych braków i statek wychodzi w morze na przykład z niekompletnym wyposażeniem ratowniczym. Cieszmy się więc z tego, co mamy.

Dzwonki, koniec alarmu. Telegraf na mostku przekazuje maszynie „całą naprzód” i „Podhale” rusza w dalszą drogę, odbijając trochę w prawo od dotychczasowego kursu. Bliżej tunezyjskiego wybrzeża, które w pewnym momencie ostro wrzyna się w morze skalistym palcem – to przylądek Bon.

Marynarskie rodzinyMarynarskie rodziny na pokładzie

Panowie Stanisław i Jerzy z Krakowa, moi współtowarzysze podróży, wspominają przeszłość. Służyli w czasie wojny w Armii Polskiej na Wschodzie. Pod rozkazami gen. Stanisława Kopańskiego, czyli w Brygadzie Strzelców Karpackich, sformowanej w 1940 roku, w obozie Hims w Syrii. Pan Jerzy był w piechocie, a pan Stanisław w artylerii, gdzie dosłużył się stopnia kapitana. Po upadku Francji wywędrowali do Palestyny, gdzie brygada dołączyła do wojsk brytyjskich. Brali udział w walkach na Wschodzie i Zachodzie. Przerzuty wojsk odbywały się głównie drogą morską, zatem szlak, którym płynie teraz ,,Podhale”, znają dość dobrze. Teraz przemierzają go w celach relaksowo-turystycznych, ale przecież i dla odświeżenia- dawnych wspomnień. Panu Jerzemu towarzyszy w tej wyprawie żona Krystyna, jego wojenny kompanion podróżuje sam, ale dzięki temu – jak twierdzi – ma więcej czasu na uporządkowanie swego „karpackiego dziennika”, pisanego na gorąco przed czterdziestu z górą laty. Chciałby go przekazać kiedyś w spadku synowi.

Wachta na mostkuWachta na mostku – III oficer Ryszard Prusik i st. marynarz Jan Śwityj 

Wieczorem 19 września widać już zarysy Sycylii, mijamy wyspę w odległości około 10 mil. W messie oficerskiej i załogowej gromadzi się przed szklanymi ekranami mnóstwo luda, bo włoska telewizja sypie kryminałami, filmami przygodowymi i programami rozrywkowymi jak z rękawa, a w domu tego nie ma. Bariera językowa stanowi pewne utrudnienie w odbiorze i nie wszystko może się podobać, ale widownia pozostaje pełna aż do późna w nocy. Bo co tu robić z wolnym czasem na morzu, zwłaszcza wieczorem? Dla pasażera sam rejs może być fascynującą, życiową przygodą, dla marynarza statek i morze są jego chlebem powszednim i chciałby go jakoś okrasić. „Podhale” – tak jak obecnie już wszystkie statki pływające pod znakami armatorskimi PZM – wyposażone jest w urządzenie wideofoniczne, ale zestaw kaset, którymi dysponuje ochmistrz nie jest najlepszy. Kompozycja wydaje się najzupełniej przypadkowa: mamy ,,Kobrę” z wczesnych lat siedemdziesiątych, parę wywiadów Ireny Dziedzic, koncert ,,Warszawskiej Jesieni”, kilka odcinków „Świętego”, serial „Dom”, „Przygodę w Acapulco” i program oświatowy o życiu pierwotniaków. Jest też na statku projektor kinowy i trochę filmów fabularnych, których się jednak nie wyświetla z powodu uszkodzonej aparatury.

Te braki w realizacji „programu szerzenia kultury wśród załóg pływających” nadrabia częściowo statkowa biblioteczka. Posiada ona około stu tytułów książek z różnych dziedzin. „Cegieł” tam raczej niewiele, więc czytelnictwo na „Podhalu” kwitnie jak w najlepszych sferach intelektualnych. Największym powodzeniem cieszą się wszak książki z prywatnych zbiorów, zwłaszcza: kapitańska – ,,Cienka, czerwona linia”, asystenta radiooficera, „Raz w roku w Skiroławkach”, kucharza – „Podstawowe zasady radiestezji” i moja „Astrologia i polityka”. Nawiasem mówiąc, radiestezyjne wahadełko jest na statku bezużyteczne, bo za dużo tu metalu, ale gwiazdy wiszą nad Śródziemnym tak nisko i tak wyraziście świecą, że gołym okiem mogę z nich wyczytać, co czeka moje spodnie, jeśli nasz kucharz Jerzy Kostro nie zacznie gorzej gotować.

Kuchnia na statku jest najważniejsza, jedzenie to mimo wszystko główna uciecha marynarza w morzu. Od zdolności kulinarnych kucharza zależą w dużej mierze nastroje załogi, a te z kolei nie pozostają bez wpływu na przebieg rejsu. Posiłki wyznaczają tu rytm dnia, a czasowo sprzężone są ze zmianami wacht. W morzu śniadanie jest o 7.30, obiad o 11.30, podwieczorek – 15.00, kolacja – 17.30. W portach spożywa się posiłki w trochę innych porach.

W Gdańsku załadowano do chłodni m.in. tonę mięsa i kiełbasy, 1,5 tony mleka, taką samą ilość ziemniaków, 150 kg masła, 30 kg smalcu, 40 kg wędzonego boczku, ponad 300 kg mąki, 9 skrzyń po 360 sztuk jaj, 400 słoi kompotów, 200 kg owoców i kucharz Kostro pitrasi z tego różne potrawy dla 52 osób, cztery razy dziennie, starając się, żeby przynajmniej do Salonik ani razu nie powtórzyć obiadowych dań. Dzień pracy Jerzego Kostro rozpoczyna się przeważnie o 6.00 ,a kończy około 20.00. Kiedy do śniadania mają być podane świeże chrupiące bułeczki, wstaje już o 3 nad ranem Chleb piecze wieczorem, raz na trzy dni; średnio 28 bochenków. Wieczorem też ustala wspólnie z ochmistrzem jadłospis na następny dzień i sporządza tzw. nocne porcje, które umieszcza się później w lodówkach pentry załogowej oraz oficerskiej, aby ludzie z nocnych wacht i cierpiący na bezsenność pasażerowie mieli coś na ząb. Jego „prawą ręką” w kuchni jest Marek, pomocnik kucharza. Do skrobania ziemniaków awaryjnie przychodzi młodszy steward, Włodek, ale powszechnie na statku wiadomo, że szef większość prac w swoim królestwie lubi wykonywać sam.

Po półgodzinnym pobycie w kuchni jestem mokry jak po kąpieli. Na sześciu płytach elektrycznych i dużej patelni gotuje się i smaży obiad dla kilkudziesięciu głodomorów, od podłogi grzeje siłownia, z zewnątrz słoneczko, a pomieszczenie nie posiada urządzenia klimatyzacyjnego. Otwarte na oścież bulaje i drzwi nie potrafią go zastąpić. Kucharz Kostro liczy sobie 37 lat, z tego 22 już pływa. Zaczynał na „Darze Pomorza” od szorowania kotłów, jako praktykant Zasadniczej Szkoły Gastronomicznej, która kształciła kucharzy okrętowych. Teraz tej specjalności już nie ma, na morze idą na ogół ludzie nie obznajomieni w tych wszystkich sztukach kulinarnych, które szef kuchni na statku powinien mieć w małym palcu. Tutaj trzeba być jednocześnie kucharzem, garmażerem, cukiernikiem i piekarzem, bo tylu specjalistów nikt na statku handlowym nie zatrudni – stwierdza Jerzy Kostro, zwany wśród załogi żartobliwie „Chińczykiem”, bo rzeczywiście ma w wyglądzie coś z Chińczyka.

Pozuje na dowodce wachty...Pozuję na dowódcę wachty