Dzieciątko z cmentarza w Berehach Horisznich

Tomasz Fetzki

Coś takiego można chyba nazwać podróżą sentymentalną. W poszukiwaniu bezpowrotnie utraconej młodości, he he. Odwiedziny, po trzydziestu latach od pierwszej wizyty, w jednej z bieszczadzkich wiosek.

Pewnych doznań nie da się powtórzyć i to z racji czysto technicznych: pociąg na trasie Przemyśl-Zagórz przez terytorium ZSRR już nie kursuje. A były to doznania co się zowie! Zwłaszcza dla nastolatka: te zasieki na granicy, ci sowieccy sołdaci pod bronią, obstawiający na czas tranzytu wszystkie wejścia do wagonów, świadomość, że mijane rzeki i potoki płyną ku Morzu Czarnemu, egzotyka PRAWDZIWYCH radzieckich miasteczek… Niżankowice, Dobromil i Chyrów z monumentalną bryłą sławnego Zakładu Naukowo-Wychowawczego Ojców Jezuitów (o tym, że klasztor pełnił kiedyś taką funkcję, Viator wtedy jeszcze nie wiedział, ale budynek zrobił na nim wrażenie). Wspomnienia natrętne… No, ale od Ustrzyk Dolnych trasa już ta sama: wielką pętlą bieszczadzką. Tyle, że trzy dekady temu trzeba było tłuc się zapchanym do granic możliwości autobusem, a teraz, gdy człowiek obrósł w piórka, porusza się samochodem. Co posiada tę między innymi zaletę, że można się zatrzymać w dowolnym miejscu, na przykład w punkcie widokowym.


Na horyzoncie Tarnica, Halicz i pasmo połonin. Na planie pierwszym, w dolince, Lutowiska. Zapamiętajmy tę miejscowość i te odległości, bo są ważne dla naszej opowieści.

Za Ustrzykami Górnymi skręt w prawo, jeszcze jedna przełęcz pokonana dzięki malowniczym serpentynom i jesteśmy na miejscu. Tabliczka głosi co prawda, że to Brzegi Górne, ale każdy, kto miał choć odrobinę kontaktu z tymi górami, nie powie inaczej, niż Berehy; Brzegi brzmią w ustach bieszczadnika nienaturalnie, jak zgrzyt. Berehy: taką właśnie, bojkowską nazwę, nosiła wieś, która się tu znajdowała do 1946. Wtedy, jak wszystkie inne okoliczne osady, została w wyniku walk z Ukraińcami zniszczona i wysiedlona. Choć z tymi Bojkami sprawa nie jest do końca oczywista. Na pewno to nie Polacy, lecz podobnie jak Łemkowie, Rusini wyznania greckokatolickiego lub prawosławnego. Ale czy Ukraińcy? Wśród samych Bojków nie ma co do tego jasności (trochę tak, jak wśród Ślązaków): niektórzy uważają swój lud za część wielkiego narodu ukraińskiego, inni twierdzą, że należą od odrębnej, karpatoruskiej nacji. Z Polakami także ich stosunki układały się różnie, nie zawsze dobrze, o czym świadczy choćby krwawy epizod wspólnej historii z przełomu 1918 i 1919 roku, zwany Republiką Komańczańską; zapamiętajmy go, bo jest ważny dla naszej opowieści. Nie Viatorowi te rzeczy rozstrzygać, wystarczy świadomość, że, bez wchodzenia w nadmierne niuanse, wszystkie okoliczne wsie wysiedlono hurtowo w niespokojnych tutaj latach po zakończeniu II wojny światowej. A każda z nich była w zdecydowanej większości rusińska. Średnio na kilkuset Łemków lub Bojków przypadało kilkunastu do dwudziestu kilku Polaków i tyluż Żydów. Tak było i w Berehach, choć źródła, do których dotarł Viator, z jakiegoś powodu są mocno rozbieżne; jedne mówią, że w roku 1921 na 445 grekokatolików przypadało 82 katolików rzymskich, inne, że w tymże roku mieszkało tutaj 497 Rusinów i 2 Polaków. Jak by nie liczyć, Polacy stanowili mniejszość. Znikomą. Najbliższa polska wieś, czyli Polana, znajdowała się około 20 kilometrów stąd… ale w linii prostej, a po drodze było kilka pasm gór i wzgórz. Zapamiętajmy te fakty, bo są ważne dla naszej opowieści.

Teraz w Berehach stoi jeden dom: tak było trzydzieści lat temu i nic się przez ten czas nie zmieniło. Tyle, że pojawiły się jeszcze: spory parking oraz budka mieszcząca sezonowy punkt informacyjny parku narodowego. Niektóre okoliczne wsie, takie jak Wetlina, Ustrzyki Górne czy Nasiczne odbudowano (inna rzecz, że ohydnie, bez cienia pomyślunku o związkach architektury z krajobrazem, ale jednak odbudowano). Berehy pozostały pustkowiem. Dlaczego? Kto wie, może dlatego, że leżą na końcu świata, w odciętej kotlince, wciśniętej między trzy potężne szczyty: Połoninę Wetlińską, Połoninę Caryńską i Wielką Rawkę? Pamiętajmy o tej izolacji, bo jest ważna dla naszej opowieści.

Strome, zdziczałe zbocze Połoniny Wetlińskiej dominuje nad doliną, w której kiedyś rozciągała się wieś.

Ludzi wygnano, domy spalono albo porzucono. Taki los spotkał też, co oczywiste, cerkiew i otaczający ją cmentarz. Który Viator odwiedza raz wtóry po trzydziestu latach. O nim skądinąd myślał, snując swego czasu opowieść o zatartych napisach cyrylicą kutych w kamieniach nagrobnych. Są, tak samo jak były wtedy. Nawet bardziej, bo od tamtego czasu pozostałości cmentarza kilkakrotnie były odnawiane przez miejscowych pasjonatów historii.

Cerkwi już dawno nie ma, a tyle pozostało z greckokatolickiego cmentarza. Na szczęście ktoś dba o to tyle.

Napisy cyrylicą kute w kamieniach nagrobnych. Przez niejakiego Hrycia Buchwaka, miejscowego artystę-samouka. On też wykonał ornamenty, widoczne na tym i innych zachowanych nagrobkach.

Dość dobrze wyrył Viator w swojej pamięci to miejsce. Większość szczegółów się zgadza. Ale nie ten. Tej płyty nagrobnej nie przechował we wspomnieniach. Dlaczego? Przegapił ją? Była zbyt zarośnięta zielskiem? A może jej kawałki tkwiły gdzieś w ziemi, a zostały wydobyte i zakonserwowane podczas jednej z renowacji? Bo przecież gdyby ją wtedy Wędrowiec zobaczył, zapamiętałby niechybnie: różni się wszak od pozostałych wyraźnie.

ATu spoczywa Janina Jankowska. Zmarła w pierwszej wjośnie życia. 14/3 1935.

Nie chodzi bynajmniej o metafizykę unoszącą się wokół grobu dzieciątka (niektórzy twierdzą, że taki grób to dowód à rebours na istnienie czegoś po drugiej stronie, bo przecież taka niesprawiedliwość to już o zbytni absurd się ociera… ale czy mało to innych absurdów na tym świecie, absurdów tryumfujących?) Nie o taką metafizykę chodzi, można jej doświadczyć na kwaterze dziecięcej najbliższego cmentarza, nie trzeba po to jechać na koniec świata, do Berehów.

Viator myśli raczej o matce Janeczki. O jej samotności. Spotęgowanej splotem okoliczności.

Bo koniec świata, bo wyniosłe, przytłaczające szczyty dokoła.

Bo sąsiedzi prawie wszyscy innego języka. Czy życzliwi chociaż? A może raczej wrodzy? Często dawni kresowiacy we wspomnieniach przywołują idylliczne współżycie kilku nacji, zniszczone dopiero przez demona wojny. Tak pięknie chyba nie było, pamięć cukruje Arkadię dzieciństwa. Wzajemna nienawiść, która wybuchła w roku 1939 i szalała kilka kolejnych lat, nie wzięła się znikąd… Nie chodzi o rozliczenia, kto zaczął i kto bardziej winien; na to nie czas tutaj i nie miejsce, zresztą i kompetencji brak Viatorowi do wydawania takich rozstrzygnięć. Idzie jedynie o proste stwierdzenie faktu, że napięcie między Rusinami i Polakami już wtedy było i narastało. Także w Berehach. Wydarzenia związane z Republiką Komańczańską rozgrywały się tylko kilkanaście kilometrów stąd i zaledwie szesnaście lat wcześniej. Pamiętano o nich z pewnością! Nie wyklucza to oczywiście istnienia jednostkowych serdecznych i przyjaznych kontaktów czy relacji. Czy matka Janeczki mogła na takowe liczyć? Czy miała sąsiadki, którym by się wypłakała w zapaskę?

Bo ciemna i mroźna zima. Tak, tak, Wędrowiec pamięta, że był marzec. Ale to są góry i śnieg tutaj czasem zalega prawie do maja. To chyba zima uniemożliwiła pochówek dzieciątka na cmentarzu rzymskokatolickim: najbliższy znajdował się w Lutowiskach – niby niecałe 20 kilometrów stąd, ale przez góry, w śniegu i błocie! Czy dotarł chociaż do Berehów ksiądz obrządku łacińskiego?

Czy mąż stanął na wysokości zadania i, pomimo surowego bieszczadzkiego życia i ciężkiej pracy, dał jej wystarczająco dużo ciepła i wsparcia? Czy miała inne dzieci, dla których mogła żyć?

Co się stało potem? Przeżyła wojnę, czy pochowana jest blisko Janeczki? A może wyjechała stąd gdzieś daleko? I zostawiła Janeczkę samą?

Koniec i bomba, ale kto czytał, ten nie trąba. Bo każda myśl o dzieciątku daje jej ulgę w tej samotności. Ot, taka metafizyka…

Z sadów pradziadka do Powstania Warszawskiego – część IV

Andrzej Rejman

ExLibris_Julii_Hrebnickiej…tym razem kilka wierszy i autentycznych wspomnień, krótkich zapisów, notatek, które znalazłem w archiwach rodzinnych.

Nie publikowany nigdy wiersz Julii Doktorowicz-Hrebnickiej dla “Klary” – Stanisława Wierzyńskiego.
Stanisław Wierzyński (ur. 10 lutego 1910 we Lwowie, zm. 7 września 1988 w Warszawie) – oficer rezerwy piechoty WP, podchorąży (1934), podporucznik (15 sierpnia 1942), porucznik (wrzesień 1944), kapitan (1986). Syn Hieronima Wierzyńskiego, ojciec Macieja Wierzyńskiego i Anny Wierzyńskiej

Julia Hrebnicka
“Klarze”

Kiedyś wyruszał na los nieznany
Dała Ci babcia siwa,
Srebrny, w Jeruzalem poświęcony,
Chrystusa obrazek rzewliwy.

Misterny był to medalion,
Pamiątka rodzinna z przed laty
W szlachetnym metalu rzeźbiony
Boskich rysów ornament bogaty

Gdy błogosławieństw zaklęcia
Staruszka siwa szeptała,
Skacząca jak wróbelek,
Wbiegła córeczka mała.

Kukiełka jasnowłosa
Wspinała się na paluszki
Aż jej z wielkiego wzruszenia
zaczerwieniły się uszki.

I z zaciśniętej piąstki
Podała Ci blaszkę cienką
Odpustowy, biedny medalik
Z Przenajświętszą Panienką
“Tatusiu… powracaj prędko!”

Pewnego wieczoru
Gdy się zdawało, że świat się wali
Te dwa swe klejnoty mi pokazałeś,
I palce Ci drżały…

Umilkliśmy…
I cicho patrzyliśmy daleko.
Miast gruzów spopielałych
Przez zamkniętą powiekę
Wisienkę ujrzałam młodą
Kwieciem okrytą białem…

***
wiersze Julii Hrebnickiej przepisane z rękopisów datowanych ok. 1945-48

Warszawa

Wyrastasz piękne i złote,
Otwierasz martwe powieki…
Choć wróg Cię bił pięścią w oczy,
Choć chciał Cię powalić na wieki

Warszawo – Miasto Niezłomne,
Miasto – tułaczej wiary…
Do życia wstajesz nowego
Blaskiem Virtuti Militari

1944
***
sierpień 1944 na Starym Mieście

Krzywonosa Latarnia
Na niebieskiej ulicy
Broniła dzikim Niemcom
wejścia do piwnicy

A słonecznik,
co na działkach rósł cienki
Chronił przed pociskami
Chłopców i Panienki

W cień, jak w zbroję sprężystą,
Odział się bojaźliwy
I w śmierć własną nie wierząc
Poległ – bardzo szczęśliwy

Wiatr pożary poskramiał
Sen odganiał granaty,
Obłok rany otulał –
Obłok – biały, jak z waty…

Krzyczała i płakała
Oślepła piosenka –
..że: Zwycięstwo, Zwycięstwo!
I, że nikt się nie lęka…

***
Po czem Cię poznam domu rozbity?
Jakże Cię znajdę? Skorupę zamarłą
W rozkwicie cegieł tkwisz,
Groźny spaloną barwą.

Z lękiem do Ciebie się zbliżam –
Wspomnienie bije jak grom –
Macam wokoło jak ślepiec:
Nie boję się już – to nasz dom.

Darował ktoś pomoc przyjazną
I podał ręce ofiarne – lecz
Z kamiennej lawiny ja sama
Twe drżące serce odgarnę!

***
Podróż z Zameczka do Opoczna

Wysoko ze słomy gniazdko się kołysze,
Ciepłem mnie darzy opiekuńcze ramię.
Wokół stawy zastygłę przedwiośnianą ciszą.
Wóz nasz płynie i płyną wciąż chmury nad nami.

Spokój światów uśpionych.
Zda się tu od wieków.
Nigdy nic się nie działo.
Rozpacz ptaka, zwierzęcia, człowieka.

Znikła w krzyku ostatnim? Może nie istniała?
Milcząca maska ziemi cierpienie ukryła.
Swym hełmów szeregiem ponad krwawą treścią.
Pręży grzbiet swój mogiła

Zemsty dumna sytością
Choć próchna krzywiznę
i nędzę i nagość
Starannie tak kryje.

Wybiegły nam na spotkanie
domki Opoczna małe
Kościół we wróblim świergocie;
Kolory czerwono-białe.

Przed wzruszeń zawieruchą
Ramię przyjazne mnie broni
I złe spojrzenia oddala
Ta najtroskliwsza z dłoni…

marzec 1945

***
Autor nieznany – rękopis znaleziony w ruinach Warszawy
(maszynopis przekazany przez Salinę Baniewicz Małgorzacie Hrebnickiej wraz z innymi wierszami)

Długo na mapach krwawą plamą
urągać będzie światu miasto,
w którym dziś giną szepcąc: mamo…
nie ukończywszy lat szesnastu.

Dziecięce palce zamiast piłki, –
na tej tragicznej szkolnej pauzie –
zza barykady filipinki
ciskają w czołgi. Sten, lub mauzer,
w kieszeni jeszcze pięć nabojów –
– oto twe “zbrojne ramię”, Polsko!

Kiedy po latach, w czas pokoju
będzie wam deptać sen to wojsko,
co nie zaznało ust dziewczyny, –
zadrżyjcie syci “krwi i chwały”,

niech wami wstrząśnie ciężar winy,
żeście wynieśli głowy cało, –
dziś medalami wspomnień dzwoniąc –
w rocznicy naszej hekatomby…

A teraz miasto niechaj płonie,
niech ze sztukasów lecą bomby!

sierpień 1944

***
Julia Hrebnicka
(przepisane z rękopisu – odnaleziono tylko fragmenty tekstu)

…lecz skąd się wzięła pośrodku ogródka – wyrwa, wokół której marszczy się wał, świeżej, wilgotnej ziemi?
Od strony ruin zbliżyła się jakaś pani.
Obeszła ogródek. Postała na niewygodnej kupce kamieni.
Czekałam.

“Przepraszam” – spytała – “Czy była pani przy ekshumacji?”
Przy ekshumacji?

Teraz zobaczyłam na bruku ulicy Sapieżyńskiej kilka drewnianych, długich skrzynek, obok wielkiej ciężarówki. Nie było przy nich na razie nikogo.

Ludzie mrowili sie dopiero nieco dalej, wokoło jedynej, ocalałej tutaj kamienicy.
Całkowicie przejęci codzinnymi sprawami ludzi żywych – rozwieszali upraną dopiero co bieliznę,
strofowali dzieci, kłócili się w bramie, naprawiali zepsute krany.
Są dzielni i sprawni.
Na gruzach potrafili wyhodować piękne kartofle.
Słyszy pani – posadzili kartofle! –
deptali po szczątkach męczeńskich bohaterów…

(strona następna)

…a kiedy dobiegłyśmy do gorących gruzów kościoła św. Jacka – była tam już wielka cisza…
Nie, nie będę słuchała zrozpaczonego głosu dr Przemysławy – głosu, który odżywa we mnie jak echo, ilekroć ktoś wypowiada tragiczne słowa – “Kościół Św. Jacka”…
Nie było w ludzkich rękach dość mocy, aby wyszarpać z pod kamiennej lawiny tysiące ciał.

Teraz wejście do kościoła zamknięte deskami, jak miłosierną kurtyną.
A tuż zaraz rozsiadł się jakiś sprzedawca – spokojnie zasłaniający siebie i swój towar wielkim parasolem w pasy.
Nad nimi, z głębokiej wnęki patrzą kamienne twarze Matki Boskiej z Dzieciątkiem.
Smutne milczenie rysów z szarego piaskowca, jest jednocześnie twarde: Tak być musiało…

Ulicą maszeruje kilka harcerzy. Śpiewają.
Pod podeszwami ich mocnych, podkutych butów chrzęszczą i przewalają się cegły.
Są tacy jak tamci, może ci sami…

Wiatr zagrał nagle na żelaznych strunach wywróconych rynien i zerwanych balkonów.
Przypełznął zapach cierpkiej spalenizny.

Tkwiłam nieruchomo wśród cegieł ulicy Świętojerskiej – aż jakaś starowina wysunęła się nie wiadomo skąd i spytała czego szukam…

Warszawa
ok. 1946

Gra cieni (3)

Viktoria Korb

Teluk Betung czyli gdzie pieprz rośnie

– Gloria, jutro zaczyna się doroczne pięciodniowe spotkanie Wspólnoty Pieprzu w Teluk Betung na Południowej Sumatrze – poinformował mnie Fakir Hak. – Ponieważ przygotowujemy z nimi projekt, chciałbym żebyś tam poleciała reprezentować UN PIP.
Ucieszyłam się, na co Fakir pospiesznie dodał, że być może  też tam wpadnie na jeden dzien.
– Uczestnicy niechybnie oczekują, że wygłoszę przemówienie. Nie mogę ich rozczarować – zakończył z udanym westchnieniem.
Gdy poszłam po bilet do BIUROS, agencji podróży w naszym budynku, obsługującej tylko ONZ, poproszono mnie o autoryzację podróży. Nigdy jeszcze o czymś takim nie słyszałam.
Urzędnik zadzwonił do Fakira, który nakazał:
– Wydajcie jej bilet, autoryzację załatwimy po powrocie.
Gdy wychodziłam, rozleciała mi się torebka. Szybko udałam się do “Sarinyh”, jednego z niewielu domów towarowych w Jakarcie. Był on położony naprzeciw naszego biura i droga do niego prowadziła przez most nad Jalan Thamrin. Metalowe płyty mostu klekotały i uginały się przy każdym kroku. Zastanawiałam się, kiedy się zawali, i czy pode mną, oraz co się stanie z rezydującą tam żebraczka z niemowlęciem, której czasem dawałam parę groszy. Ale nie zawsze, by nie nabrała przekonania, że ma do tego prawo.
Tym razem przejście jeszcze się udało. Nie znalazłam odpowiedniej torby, więc poszłam na pobliski bazar. Pac – jakieś błoto wylądowało na moim czole. Aha – tak płacę za bladą twarz i kolonialną przeszłość Holendrów, pomyślałam gorzko.

Nasz szofer Sejnan zawiózł Fakira, który nagle się zdecydował, i mnie na krajowe lotnisko. Nikt nie słyszał o naszej rezerwacji, więc nie dostaliśmy miejsca w samolocie. Przy niezliczonych szklankach letniej indonezyjskiej herbaty “Biały kwiat” czekaliśmy na następny lot, który nie nadchodził. Hak postanowił więc wrócić do pracy, tłumacząc się pilnymi sprawami. Nic dziwnego – na lotnisku panował tłok i dziki upał, a w biurze był miły chłodek. Na wszelki wypadek dał mi swoje czeki podróżne in blanco, bo nie miałam jeszcze własnych. Po jego odjeździe siąpałam dalej herbatę, rozglądając się czujnie dookoła, by nie przegapić odlotu. Był na to tylko jeden sposób – obserwacja koczowania innych pasażerów.
Gdy barwny tłumek wiedziony zniekształconymi zapowiedziami, odwiecznym instynktem lub ruchami na polu startowym rzucał się w jakimkolwiek kierunku, biegłam za nim pytając:
– Teluk Betung?
Po paru godzinach usłyszałam upragnione “si”. Wmieszałam się miedzy podróżników snujących się po polu startowym i palących przy tym krajową specjalność, papierosy z goździkami zwane “kretek”. Przed odlotem przeczytałam w lokalnej gazecie, wydawanej po angielsku “Indonesian Observer”, że samolot, który wczoraj wystartował z Jakarty musiał wkrótce znów wylądować z powodu problemów technicznych. Trzeba było też natychmiast ewakuować pasażerów, “co było o tyle proste, że na szczęście drzwi samolotu były wciąż jeszcze otwarte”.

W Teluk Betung powitał mnie lotnisku dyrektor Wspólnoty Pieprzu, Singhal, Hindus, który wyglądał jak kapitan Nemo z powieści Jules Verne‘a.
Oślepiona wyglądem Singhala i zmęczeniem przespałam się kilkanaście minut, umyłam spoconą głowę i z mokrymi jeszcze włosami udałam się na przyjęcie do zmrożonej klimatyzacją sali hotelowej. Zajął się mną natychmiast Singhal, za którym jak cień ojca Hamleta wlókł się jego zastępca, Malajczyk Willi Willis. Byłam jedyną kobietę na przyjęciu, poza “hostessami” w strojach narodowych – sarongach i bluzkach, z filuternymi szalami na jednym ramieniu. Po bezalkoholowym przyjęciu Singhal, znając życie oraz z niskich pobudek, zaprosił mnie do swego pokoju na Campari. Niskie pobudki były dwojakiego rodzaju – po pierwsze miał nadzieję dostać fundusze od UN PIP, a po drugie zaczął ze mną subtelny flirt.
Pochwaliłam go, że przypomina kapitana Nemo, ale niestety nigdy o nim nie słyszał. To od razu zahamowało moją ochotę na romans. Ktoś, kto nie zna Jules Verne’a? Pomijając genialność  jego pisarstwa, zawsze bardzo wiele dla mnie znaczył – mój ojciec był typem inżyniera z jego powieści – wszechstronnym i oczytanym wynalazcą.
Rzuciliśmy się w wir obrad, przejażdżek jeepem po plantażach i fabrykach pieprzu oraz przyjęć na naszą cześć. Szybko zgłębiałam tajniki pieprzu, jego choroby i techniki marketingowe.
Z dnia na dzień uczyłam się też swej roli w UN PIP. Przede wszystkim głównej zasady, a mianowicie nic nie przyrzekać, ale jednocześnie niczego nie odrzucać kategorycznie:
– Rozpatrzymy wasz wniosek i spróbujemy go zrealizować – powtarzałam co chwilę to motto każdego biurokraty.
W końcu przyleciał Fakir i uwolnił mnie od tej samotnej obrony. Wieczorem gaworzyliśmy razem z Singhalem, który znów dumnie postawił na stole butelkę Campari. Hak oczywiście odmówił picia wina, twierdząc, że podniety pobiera z kawy.
– Każda kultura ma swoje sposoby – skomentowałam tryumfalnie.
Stopniowo rozmowa zeszła na Niemcy, a po chwili oczywiście na faszyzm.
Singhal stwierdził, najwyraźniej chcąc sprawić mi przyjemność, że Hitler musiał być naprawdę  wielkim człowiekiem, aby skłonić Niemców do zrobienia tego, co zrobili w czasie wojny, a szczególnie do zagazowania milionów Żydów.
Nie pierwszy raz przeżyłam takie reakcje ze strony ludzi z Trzeciego Świata, gdy słyszeli, że mieszkam w Niemczech.
Niektórzy z nich uważali się za “prawdziwych Aryjczyków”, a więc sądzili, że wśród samych swoich można rozmawiać otwarcie.
Zawrzałam w głębi ducha, ale nie dałam się ponieść niedyplomatycznej pasji. Oświadczyłam tylko, że większość Niemców już  dawno nie sympatyzuje ani z faszyzmem ani z Hitlerem.
Fakir posumował pojednawczo:
– Zgódźmy się, że Hitler musiał co najmniej mieć ogromną charyzmę.
Spotkanie zakończyło się przyjęciem dla Wspólnoty Pieprzu u gubernatora Południowej Sumatry. Alkoholu wprawdzie i tu nie podano, ale tradycyjne tańce, w których nawet każdy ruch palca ma symboliczne znaczenie, w pełni to skompensowały. Potem ku memu zaskoczeniu Singhal, Hak i ja zostaliśmy wezwani na podium na ceremonialne przemowy. Od zawsze nienawidziłam publicznych występów, ale na szczęście poproszono o przemowę tylko Singhala, jako najstarszego, a więc i najważniejszego w hierarchii.
Singhal upajając się swoim głosem pokazał prawdziwą klasę:– To małe i pozornie niepozorne, szare ziarenko pieprzu, któremu tyle zawdzięczamy w rozwoju naszych regionów, poniesiemy w daleki świat. Od Tokio do Chicago, od Australii do Afryki, od Moskwy do Buenos Aires, wszędzie, na każdym stole znajduje się pieprz z Indii i Sumatry. Statki z pieprzem zawijają w tej chwili do wszystkich portów na świecie…

Drodzy Czytelnicy, opowieść toczy się oczywiście dalej, ale będziemy się z nią mogli zapoznać dopiero, gdy jakieś wydawnictwo ją wyda. Ktoś chętny może?

Przedruk: Żagiew

minabombymyszyFragmenty książki Bomby i myszy, którą autorka opatrzyła podtytułem powieść mieszczańska. Jest to niezwykła opowieść o życiu w getcie warszawskim relacjonowana przez młodą kobietę – Natę. To ona jest tą mieszczanką, to ona, jej mąż Piotr i synek Bobuś są tą mieszczańską rodziną. Powieść ukazała się w roku 1966 w Londynie i chyba nigdy nie pojawiła się w Polsce. Dlaczego? Nie wiem. Nigdy jeszcze takich relacji nie czytaliście i jeśli uda się Wam to znaleźć w bibliotece, to konieczcie sobie pożyczcie. W Warszawie Bomby i myszy są na pewno w Bibliotece Uniwersyteckiej. Pismo, o którym mowa w cytowanym tu fragmencie, „Żagiew”, ukazywało się w getcie w latach 1941-1943. Jego numery zachowały się w Archiwum Ringelbluma.

Człowiek, który założył i redagował „Żagiew”, a którego autorka nazywa Kazimierz, nazywał się naprawdę Stefan Lubliner. Urodził się w roku 1890. Przed I wojną światową był uczestnikiem strajków szkolnych. Brał udział w wojnie, za co w roku 1932 został odznaczony Orderem Niepodległości. Był zwolennikiem bezwzględnej asymiliacji Żydów. Studiował matematykę w Lozannie, po wojnie pracował jako dziennikarz – współpracował z pismem Młodzieży Wyznania Mojżeszowego “Rozwaga”, prowadził na zlecenie Sejmu i Ministerstwa Spraw Zagranicznych RP biuro wycinków prasowych. Stefan Lubliner zginął albo w getcie albo w obozie koncentracyjnym w Trawnikach w roku 1943. 

Mina Tomkiewicz Bomby i myszy

Gryf Publications Ltd Londyn 1966, strona 154 ff

Kiedy Piotr po raz pierwszy wprowadził na strych Kazimierza i Adasia, ci aż zachłysnęli się z wrażenia. Kazimierz obejrzał dokładnie wąskie schody, okno, możliwe wejścia i wyjścia.
„Dobrze” – powiedział i jeszcze raz spytał Piotra, czy zdaje sobie sprawę z tego, co robi i co mu grozi. Spojrzał przy tym na niego uważnie wielkimi zaciętymi oczyma, które zawsze krył pod kobieco wygiętymi długimi rzęsami.

Adaś o nic nie pytał. Już szperał, myszkował między gratami, już wyciągał z tryumfalnym okrzykiem połamane polowe łóżko ze sterczącym włosiem, majstrował coś przy śmiertelnie brudnej lampce, którą trudno było znaleźć tak zlała się szarością i brudem z otoczeniem. Potem Adam wytaszczył z pod skrzynek misternie rzeźbioną mahoniową deskę i stwierdził, że nadaje się cudownie na stolik. Piotr palił papierosa za papierosem. Dopiero na widok mahoniowego kawałka uśmiechnął się kątem warg,
„To część naszego kredensu. Nata zabiłaby cię!”

I znów zapalił papierosa. Adaś, umorusany, z opadającymi kosmykami włosów, z twarzą o komicznie rozłożonych plamach brudu, chciał odłożyć wiśniowy blat na miejsce, krzywiąc się zresztą z odrobiną ironii, ale Piotr machnął ręką z lekceważeniem.
„Zostaw, nieważne!”
Nie upłynęło pół godziny, kiedy na części nacinego kredensu, umocowanej na skrzyni, stanął aparat radiowy, który Kazimierz wypakował z papierowej walizki. Adaś głaskał radio z czułością, jak się pieści ukochane dziecko.
„Nawet się nie obiło, nic a nic. Popatrz!”
Włączył radio do kontaktu, który już zdążył założyć. Zawarczało, zacharkało, przez aparat przeszło rzężenie, jak u chorego. Niemiecka gimnastyka, muzyka, jakieś przemówienie, z początku niewyraźne, potem coraz dostępniej, można łowić słowa obcego, dźwięcznego języka. Po francusku.

Piotr spuścił głowę i uważnie gasi nogą papierosa. Zdaje sobie sprawę, że bierze na siebie odpowiedzialność za życie kilkuset co najmniej osób z całego domu. Wśród nich Nata, Bobuś… matka… cała rodzina. Jak w tanim melodramacie snują mu się pod powiekami wielkie litery Bekantmachungu. Za przechowywanie radia… kara śmierci… kara śmierci… kara śmierci… a tutaj oprócz radia jest jeszcze tajna gazetka, opór, bunt, kilku słabych ludzi wplątanych w beznadziejną robotę podcinania korzeni największej dzisiaj potęgi świata, Niemiec.

zagiew-w-getcie (2)-mala„Żagiew” nazywa się tajna gazetka, za której wydawanie grozi kara śmierci… jednej… dziesięciu, tysięcy śmierci. Na ulicy 6-go Sierpnia zlikwidowali cały dom za znalezienie radia. Na Kruczej wywieźli 60 ludzi za tajną gazetkę. Rozstrzelali, powiesili, wywieźli do Oświęcimia za bunt, za krecią robotę, za marzenie o wolności. I to po aryjskiej stronie. W getcie mogą wszystko wysadzić w powietrze. Różowe łapki Bobusia, zapłakane matczyne oczy w otoku zmarszczek, Nata…
Piotr dusi butem papierosa, który już dawno nie pali się. Kiedy podniósł oczy, napotkał wzrok Kazimierza, ciężki od napięcia, czujny, gorący. Bez słowa Piotr podał mu rękę.
A potem już swobodnie ustawili gdzieś w kącie za pakami powielacz, okurzyli maszynę do pisania i zastanawiali się, jak ulepszyć odbiór. Kazimierz zszedł na dół, żeby sprawdzić, czy nic nie słychać. Ale w codziennym jazgocie podwórza, w krzyku ulicy, zawodzeniach żebraków i turkocie przejeżdżających wozów, roztapiały się dźwięki radia. Radio mogło grać. Grało tak od pierwszej chwili wojny. Wchłaniało grzmiące i puste słowa otuchy, martwiło się niemieckimi zwycięstwami, zapłakiwało nad „planowym” cofaniem tych, na których się liczyło. Radio pierwsze wiedziało, że Narvik, konało pod Dunkierką, załamywało się w Paryżu i traciło resztki nadziei pod Kijowem.

Nasłuchy robił kuzyn Adaś. Jeszcze przed wojną rodzina miała z kuzynem Adasiem ciągłe kłopoty. Bo kuzyn Adaś to stary komunista. Pokłócił się z rodzicami, fabrykantami z Łodzi, nosił zawsze wygniecione ubranie i wystrzępiony wiśniowy krawat. Czupryna była w „artystycznym nieładzie”. To Adasia poszukiwali „tajniacy”, to Adaś był aresztowany, trzeba się było starać dla niego o kaucję. Sprawa, wałówki, adwokaci. To wpadał do mieszkania z plikiem nielegalnej literatury, to Adasia trzeba było schować, lub przenocować jego koleżków. O Adasia dopytywały się zawsze jakieś podejrzane typy „w przebraniach” kelnerów, służących, robotników (Nata zawsze twierdziła, że typy były poprzebierane). Jednym słowem konspiracja. Komunizm.

„Odziedziczy fabrykę ojca, to odechce mu się komunizowania” – przepowiadała ciotka Justyna, badając nerwowo, czy brylantowy pająk dobrze siedzi w czarnej sukni.
„Właśnie zmądrzeje” – mówili rodzice Naty, zadowoleni, że ze swoich dzieci mają pociechę.

Kuzyn Adaś był popularny w rodzinie, można nawet powiedzieć – lubiany. Lubiany, jak nieudane dziecko, z pobłażaniem, z obawą, z litością. Lubili go, owszem, ale każdy po kolei wolał go nie widzieć u siebie z tymi jego tajemniczymi paczkami i arsenałem światoburczych idei. Cóżby dopiero powiedziała rodzina na dzisiejsze zachowanie kuzyna Adasia! Że Adaś, oprócz wielu innych zakazanych czynności, słucha codziennie radia właśnie w domu na Lesznie.

Radio stało się haszyszem Adasia, namiętnością. Czy miał się Adaś obawiać Bekantmachungów, grożących śmiercią, kiedy śmierć była po prostu ukoronowaniem bohaterskiego życia, naturalnym zakończeniem podniebnych lotów. Czy mogły go obchodzić jakiekolwiek gettowe rozkazy, rodzinne niepokoje, kiedy dla niego bliższe i dostępniejsze były kręte uliczki Tobruku, czy bezbrzeżne piaski El-Alamain, niż cała gettowa rzeczywistość.

Bomby nad Barceloną to był jego chrzest bojowy. Teraz najchętniej poszedłby w lasy, ale komórka organizacyjna, do której należał, wyznaczyła mu tę pracę, którą pokochał. Łączność. Często, kiedy w jakiejś zakonspirowanej norze leżał z Wandą na wąskim wyrku, rozsnuwał przed nią wizje dalekiego świata, w którym tętniło życie i śmierć, bohaterstwo i czyn. Wanda, mądra zrównoważona Wanda, łykała jego słowa, jak cudowny szampan w rozdźwięczaną noc karnawałową. Zrósł się Adaś ze swoim radiem, jak Kazimierz zrósł się ze swoim powielaczem, na którym wiernie odbijał radiowe opowieści, tłumacząc je i komentując w podziemnej gazetce o nazwie „Żagiew”.

zagiew-strona copy
Z tych wszystkich, którzy walczyli, Kazimierz był może najbardziej bezkompromisowy. Toczyła go żądza walki, nie miał cierpliwości czekać, każdy jego artykuł, każde przemówienie biczowało inercję, tchórzostwo, brak oporu. Głębokie przemiany dokonały się w Kazimierzu, zanim doszedł do tego stanu.
Kiedyś, wydawałoby się przed wiekami, paradował z koleżkami w kolorowych deklach i śpiewał na komersach „Gaudeamus Igitur”. Asymilatorska korporacja, do której należał, nazywana była „Lutetia”, jej filistrem honoris causa był ramolowaty profesor sanacyjny, który podczas przemówień korporanckich szczypał kelnerki. Wysoko postawieni przyjaciele z ministerstw i ze sfer akademickich, kolacyjki, za które płacił, prezenty, które kupował, inteligenckie pogawędki w kawiarniach. Czarne oczy Kazimierza były pełne żaru, kiedy recytował z pamięci całe strony Norwida czy z Wyspiańskiego, lub opowiadał o rozwoju polskiej sztuki ludowej. Dla polskich kolegów Kazimierza były to przeważnie nowiny, oni nie muszą przecież tego znać tak dobrze. Klepali Kazimierza po plecach, mówiąc „Rzeczywiście nadzwyczajne, że  w ł a ś n i e   p a n a   to interesuje”. Tolerowali Kazimierza, „owszem, żydowski inteligent, ale…” Bariera. Kazimierz chciał złamać barierę, być taki jak oni. Nie szło. „Asymilator”, mówili jego żydowscy koledzy, słuchając z szacunkiem jego wywodów na temat „Wesela”. Ale trzymali się od niego z daleka, nie wtajemniczali go w swoje żydowskie sprawy, jak obcego. Nie należał więc ani do tamtych, tak zawsze naturalnie pewnych siebie Polaków, ani do tych innych, szarpanych wątpliwościami i problemami. Jedni i drudzy, instynktownie, nie mieli do niego zaufania i Kazimierz setki razy zadawał sobie rozpaczliwe pytanie, kim jest.

Niemcy rozstrzygnęli. Jako Żyda zamknęli go w getcie. Niewola i ucisk stały ponad problemami, które dręczyły do tej pory Kazimierza. Walka ze złem była także jedna, niepodzielna. Za murami getta Kazimierz odnalazł siebie.
W getcie Kazimierz prowadzi pracę wolnościową nie szczędząc życia i majątku (…żeby wiedzieli, żeby wiedzieli, że Żyd taki sam, i w dobrym, i w złym…). Prowadzi tajne kursy wojskowe, organizuje bojówki, jest duszą podziemia. „Żagiew” pokochał jak własne dziecko.

Wiernym przyjacielem radia był także Korn, chociaż poglądami różnił się od przyjaciół i „Żagwi”. Korn był przez długi czas „złotym młodzieńcem”. Przed obiadem siedział w Ziemiańskiej, po obiedzie chodził na fajfy do Adrii, a wieczorami na bridża. W międzyczasie studiował filozofię, co rodzina uznawała za zalążek jego przyszłych dziwactw. Bo cóż daje Żydowi ukończenie filozofii?

Pewnego dnia, miał już wtedy ze 25 lat i zrobiony doktorat, rzucił dom, zrezygnował z Ziemiańskiej i został chalucem na farmie rolniczej na Grochowie. Orał ziemię, doił krowy, jego wypielęgnowane ręce popękały i zgrubiały. Nigdy nie chciał mówić o tym, co na niego wpłynęło w kierunku tak radykalnego przeobrażenia.
Rodzina uważała krok Korna za rodzaj spokojnego obłędu. „Można przecież być syjonistą, ale nie od razu jechać do Palestyny i doić krowy z doktoratem z filozofii w kieszeni.” Uważali, że zmiana ta była następstwem rozczarowania spowodowanego nie otrzymaniem asystentury na Uniwersytecie ze względów rasowych. Nata była zachwycona postępowaniem Korna, pewno dlatego, że sama nigdy nie zdobyła się na nic podobnego.
W getcie Korn był członkiem „kibucu” syjonistycznego na Nalewkach, brał na siebie najniebezpieczniejsze roboty, wydawało się czasami, że nie zna uczucia strachu. Pracował jako mechanik samym gnieździe os, w Gestapo w Alejach Szucha, których sama nazwa budziła w ludziach zwierzęcy strach. Udawało mu się nieraz zdobywać tam ważne wiadomości, lub pomagać aresztowanym. Stamtąd dostarczał lamp i części do adasiowego radia. Ostatnio Kazimierz wciągnął go do „Żagwi” i Korn okazał się także i przy tej robocie bardzo pożyteczny. Dzięki swojej przepustce z „Gestapo” kręcił się swobodnie po aryjskiej stronie i mógł przenosić „Żagiew”, którą za pośrednictwem Witolda przekazywano jednej z podziemnych organizacji otrzymując w zamian wolnościowe pisma polskie, których była wielka ilość różnych formatów, poglądów i rodzajów. Co to za tryumf był dla „Żagwi”, kiedy w jednym z takich pism poświęcono jej całą stronicę, przy czym, ubolewając nad niskim poziomem niektórych pism, postawiono „Żagiew” za wzór.

Kilku ich było przy tej gazetce. Wierni, zacięci, żyli stale jak pod hipnozą niewielkiego aparatu radiowego. W jednej z najbardziej ludnych cukierni na Lesznie mieli swoją „skrzynkę”, tam rozdawali swoje „Żagwie”, wypuszczali je w świat, aby niosły słowa pociechy, czy protestu. Tam także odbywały się pertraktacje między tymi „żebrakami wolności”, a ludźmi, którzy dostarczali im papieru, materiałów, czasem pieniędzy.
Kiedy ostatnie mieszkanie paliło im się pod nogami i nie mieli gdzie się podziać ze swoim radiem, maszyną do pisania, hektografem i podejrzanymi wizytami, zwrócili się do Piotra z prośbą o konkretną pomoc. Piotr był w tym okresie bardziej niż kiedykolwiek szarpany sprzecznymi uczuciami.
Przypadkowo któregoś dnia natknął się przy murku na zmasakrowanego trupa dobrej znajomej. Leżała w poprzek ulicy, w jedwabnej bieliźnie, nogi w gazowych pończochach tytłały się w rynsztoku. Zaondulowane fale blond włosów splamione były krwią i błotem. Na górnej wardze pozostał jeszcze wygięty łuk wyrysowany starannie jaskrawą pomadką. Złapana po aryjskiej stronie… Nie pierwszy taki wypadek, tylko że akurat dobra znajoma. Taka ładna, miła kobieta.
W kilka dni później Piotr był przy egzekucji stu osób także złapanych po aryjskiej stronie. Małe dzieci, kobiety, padały pokotem pod salwą policyjnego szwadronu. Wrogowie potężnego Reichu: dziesięcioletni Abuś, który chciał zobaczyć Wisłę, Rywka, która chciała kupić tani chleb. Inni, podobni. Okazało się, że tańsze jest życie.
Płakali mężczyźni przy egzekucji stu szarych ludzi, złapanych po aryjskiej stronie. Piotr nie płakał. Skrystalizował się w nim wtedy bunt, zdławiony do tej pory obrożą obowiązków. Pierwszym jego wyrazem było zaofiarowanie pomocy „Żagwi”.
Wystarał się u kuzynki Dory o pokój dla Kazimierza, który powoli wrastał w społeczeństwo kamienicy. O różnych porach dnia i nocy redagował „Żagiew”, drukował ją i odbijał na hektografie, załatwiał sprawy, o których nikt nic nie wiedział. Wieczorami siadywał w kącie pokoju u Lesserów, bawił się z Józieczkiem, kibicował przy bridżu. Albo czytał, Wyspiańskiego, Tuwima, czasem nawet Mickiewicza.

„Żagiew” zrosła się z kamienicą na Lesznie, jak klub karciany pani Konowej, jak składy gestapowca Erlicha, jak „pierwsze piętro” nędzarzy, jak romans pani Izabelli z Braudowiczem.

(…) O 5.25 jest audycja z Rosji, potem inne. Z Anglii, z Niemiec, z Francji. Trudno się od tego oderwać. Przykręca się gałkę, żeby było ciszej, głowy prawie dotykają skrzynki, bo wydaje się, że tak lepiej słychać. Błyszczy żółtawo tarcza radia z nazwami dalekich wolnych miast, posuwa się igła po swobodnym świeci. Skuleni na podłodze, na skrzynkach czy na połamanym łóżku, siedzą Piotr, Kazimierz, Korn i Adaś, słuchają przerywanego tysiącem zgrzytów i świstów głosu spikera, opowiadającego o bojach, o robocie pozafrontowej. Wsłuchują się w dzikie przemówienia propagandowe Goebelsa, Rosenberga, Hitlera.
Żydzi są wszystkiemu winni! Żydzi wywołali wojnę z Rosją! Żydokomuna! Roosvelt to pachołek żydowski. Zaraza świata! Wytępić! Wygubić! Zniszczyć! Wszystkiemu winni Żydzi, Żydzi. ŻYDZI!
„I cykliści zapomniał dodać! – uzupełnia za każdym razem niemieckich wodzów Adaś, śmiejąc się sam ze starego dowcipu.

(…) Była to wielka chwila odprężenia, gdy przez rosyjskie radio nadano zachłystującym się ze wzruszenia głosem wiadomość o przystąpieniu Ameryki do wojny. To przybliżało koniec koszmaru, zwiększało szanse, zapalało do dalszej roboty. Członkowie grupy dwoili się i troili. Redakcja i kolportaż „Żagwi”, organizacja grupek młodzieżowych, kontakty z aryjską stroną, szykowanie grupek dywersyjnych.

(…) Czasem przychodził do getta Witold, szary żołnierz w podziemnej Armii Krajowej. Przynosił aryjskie papiery. Stanowił łącznik z polską walką, z własnej inicjatywy dodawał ducha i otuchy. Towarzyszył mu często starszy siwy pan, pseudonim „architekt”, którego poglądy polityczne były niejasne. Pomaganie Żydom uważał za rodzaj misji chrystusowej, obowiązek wierzącego chrześcijanina. Wszyscy razem układali apele i sprawozdania dla zagranicy, które Witold posyłał gdzie było trzeba tajnymi drogami polskiego podziemia.

(…) Pomoc z zewnątrz była minimalna, raczej teoretyczna, raczej uczuciowa. Jednostki posiadające siłę wewnętrzną i potrzebę walki bez względu na przeszkody, były nieliczne. (…) Czy mogła w takich warunkach mowa o czymś zakrojonym na większą skalę? Nie tak łatwo połączyć komórki od tylu wieków samowystarczalne. Te wszystkie wątpliwości i sprawy roztrząsali Kazimierz i Piotr w długich rozmowach prowadzonych na strychu przy akompaniamencie stłumionych dalekich słów z graniastej skrzynki.
Z przyjściem Witolda czy „architekta” dyskusja ożywiała się. Dwaj aryjczycy wnosili świeżość, nadzieję, mieli więcej wiary w przyszłość. Było im źle, ale nie tak beznadziejnie, jak tym za murami.

(…) Kiedyś Witold i „architekt” przyszli bardzo zdenerwowani. „Architekt” szarpał rzadkie kępki włosów, poprawiał co chwię krawat, mrucząc przy tym coś pod nosem. Witold wkładał i zdejmował okulary, przecierał je, chuchał w nie, jakby to była najważniejsza sprawa na świecie. Kazimierz obserwował ich uważnie.
„Jakaś wsypa?”
Witold machnął ręką pogardliwie i chrząknął przy tym gwałtownie.
„Są łobuzy… Chrystusa w sercu nie mają… nie nauczyli się kochać bliźniego…” – mruczy „architekt”, a ciekawość Kazimierza wzrasta.
Kazimierz wie, że przyjechał wysłannik z Londynu dla dokonania koordynacji całej prasy podziemnej. Wraz z Piotrem i Witoldem ustalili, aby na komisji koordynacyjnej postawić wniosek o przyjęcie „Żagwi” do wspólnoty pism walczących o wolność. Chcieli, by „Żagiew” miała te same prawa i opiekę rządu londyńskiego jak inne pisma. Kazimierz domyśla się trochę, że zachowanie „architekta” i Witolda pozostaje w związku z tą sprawą. Ale co się stało? Co mogło się stać?
Siwy pan nadal poprawia krawat i mamle o wrogach ludzkości, o braterstwie, o wstydzie. Wreszcie Witold zdecydował się wykrztusić prawdę.
Po aryjskiej stronie wychodziło dwadzieścia kilka pism „podziemia”. Organizacje prawicowe, bardziej rozbite na partie i partyjki i operujące większymi funduszami, miały tych pism z piętnaście, bo każdy odłam i odłamik uważał sobie za punkt honoru takie pismo lepiej czy gorzej, ale wydawać i kolportować. Otóż na komisji koordynacyjnej postawiony przez Witolda wniosek w sprawie „Żagwi” przepadł właśnie owymi piętnastoma głosami. Nie szło „Żagwi” o pomoc materialną, jakoś sobie radzili, chcieli tylko mieć to uczucie łączności, świadomość równouprawnienia we wspólnej walce o ludzkie prawa. Dla grupki ludzi skupionych koło pisemka, „Żagiew” była sztandarem. Ten sztandar został sponiewierany, uznany za gorszy od innych sztandarów, chociaż na równi z innymi był symbolem walki o wolność, która jest jedna.

(…) Trzeba przeżuć w sobie tę sprawę, policzek jeszcze za bardzo piecze, żeby można się było zdobyć na bezstronność. Tyle trudu, tyle dobrych myśli… Biedna „Żagiew” cierpi za swoje żydostwo. Jak my (Treblinka…, Bełżec…, Żydzi, Żydzi, ŻYDZI!!!!). Kazimierz czuje się jak matka, której powiedziano, że najukochańsze dziecko jest brzydkie i głupie, nic nie warte. BARIERA, znów TA BARIERA, chociaż tyle wspólnej krwi już w nią wsiąkło!

„Ano, to będziemy dalej walczyć, żeby i takie rzeczy zwalczyć. Takie jest przecież nasze zadanie. Budować nowy świat, innych ludzi. Dlaczego właściwie tak martwicie się? Przecież każda walka ma swoje zwycięstwo i klęski, wzloty i upadki. Inaczej nie byłaby to walka.”

Wanda mówi po prostu i naturalnie, tylko na matowe policzki wystąpił ślad rumieńca, bo Wanda nie jest przyzwyczajona dużo mówić.

Z zapisków stróża (1)

Zbigniew Milewicz

Stary człowiek i myszy

Emeryt bez jakiegoś konkretnego zajęcia szybko dziadzieje, a mieszkając w tak drogim mieście jak Monachium musi dorabiać do emerytury, bo jest ona skromna. Koszta życia w Niemczech rosną w szybkim tempie, za mocarstwowe ambicje polityków płacą najwięcej przeciętni obywatele tego kraju i kiedy ich już nie stać na piwo z Aldiego, dołączają do śmieciarzy, grzebiących w koszach na chodniku, albo muszą gdzieś dorobić do socjalu, pensji albo renty.

Piwo z Aldiego nie smakuje mi, wolę beczkowego Augustinera, którego cena na dorocznym Oktoberfest przekroczy 10 Euro, więc jak tu dalej nie pracować. Od prawie dwóch lat zasilam personel firmy ochroniarskiej, która pilnuje mienia jednej z niemieckich sieci domów handlowych. Zanim mnie zatrudnią, muszę przedstawić świadectwo niekaralności i zdać branżowy egzamin w izbie handlowo-przemysłowej, później krok po kroku zostaję wtajemniczony w arkana pracy stróża-klucznika. Do moich obowiązków należy wstępnie poranne otwieranie Domu w centrum i wieczorne zamykanie Domu w dzielnicy Schwabing, później odwrotnie. Nigdy nie ciągnę dwóch zmian pod jednym adresem, generalną zasadą pracy w ochronie jest brak zaufania, nawet w stosunku do samego siebie. Gdybym na przykład zapomniał przekręcić klucz w jakichś drzwiach wieczorem, to rano już nie musiałbym ich otwierać, z czego mógłby skorzystać włamywacz. Teoretycznie, bo przecież był jeszcze system alarmowy, który aktywowało się w obiekcie po jego zamknięciu. Rano stróż wyłączał to elektroniczne zabezpieczenie, kontrolując dokładnie czas. Przyspieszenie procedury nawet o minutę – dwie ściągało mu na kark policję, o czym w pierwszym dniu pracy jeszcze nie wiedziałem. Rejonowy komisariat znajdował się nieopodal, podjechali w mgnieniu oka, ale skończyło się na rutynowych pytaniach, typu: kim jestem i skąd mam klucz do Domu.

Na czterech piętrach Dom handlował wszelakimi artykułami codziennego użytku, a w podziemiach żywnością i napojami, była kantyna i bar, więc roiło się tutaj także od myszy. Gryzonie, jak wiadomo, są stworzeniami inteligentnymi i w dzień spały sobie pod sklepowymi regałami i paletami w magazynach, żeby nie straszyć dwunożnej klienteli, ale po zamknięciu interesu ruszały na polowanie, ignorując gniewne przytupywania sprzątaczy i stróża. Personel Domu wyrzucał codziennie do kubłów na odpady masę żywności – resztek z kantyny, produktów, którym kończył się termin ważności, albo coś się rozbiło, zmieniło kolor, straciło dawną jędrność, stworzenia miały więc w czym ucztować. Pracowników obowiązywał zakaz wynoszenia czegokolwiek na zewnątrz, wszędzie były kamery, aktywne przez całą dobę, kto je ignorował, ryzykował w najlepszym razie dyscyplinarne zwolnienie z pracy i zakaz wstępu do Domu. Dlaczego nie przeceniano produktów, którym kończył się termin ważności, nie rozdawano ich dobroczynnym instytucjom w mieście, karmiącym ludzi ubogich i bezdomnych? Trudno było mi uwierzyć w to, że na przeszkodzie stoją przepisy podatkowe, które obciążają darczyńców wysokimi opłatami.

– Skoro tak, to dlaczego nie zamawiacie mniej towarów, żeby ich później nie marnować? – zapytałem któregoś dnia głównego zaopatrzeniowca.
– Klient Domu musi mieć wrażenie, że jest w krainie obfitości, że na niczym nam nie zbywa – odparł.

Podobno w porównaniu ze swoim Wielkim Bratem w centrum miasta, który chętnie odwiedzali bogaci Arabowie i Rosjanie, Dom był na plusie, jeżeli chodzi o dochody. W centrum masę pieniędzy inwestowano w make up, w przepych wystroju wnętrza, miał dużo wyższe ceny niż na Schwabingu i w sumie przynosił straty. Tutaj oszczędzano nawet na podstawowych remontach, przez co od strony zaplecza Dom nieciekawie wyglądał.

Stróż miał swoje miejsce w kanciapie magazynierów, przyjmujących dostawy towarów, przeszklonym kiosku, ustawionym wśród pras do zgniatania plastiku i kartonów, stosów palet, wózków widłowych, przeróżnych skrzyń i kubłów wypełnionych odpadami spożywczymi. Zimą dawało się tutaj wytrzymać, latem roiło się od much, od śmietników ciągnął niesamowity odór, a myszy wypełzały ze wszystkich możliwych zakamarków. Ze względu na sprzedaż artykułów spożywczych w Domu, gryzoni nie można było tępić trutkami, zamiast tego posadzkę wykładano czasami wieczorem, po zamknięciu, deseczkami, posmarowanymi zapachową, bardzo kleistą substancją. Miały one zagorzałych przeciwników wśród obrońców praw zwierząt, ale były bardzo skuteczne. Pamiętam kiedyś, na rannej zmianie, niechcący wdepnąłem butem w taką łapkę i przez dobry kwadrans tańczyłem na jednej nodze, żeby się pozbyć świństwa. Dobrym pomysłem był także niedawny remont jednej ze ścian w magazynie przyjęć towarów, w której myszy lubiły sobie zakładać gniazda i przez pewien czas wydawało się, jakby dały za wygraną. Może te stare już sobie odpuściły. Zresztą, filozoficznie rzecz biorąc, myszy żyją dużo krócej od ludzi i nie zdążą tyle naniszczyć w swoim życiu, co człowiek. Widzę jednak, że mysia młodzież jest w pełni sił i naciera.

Patrzę na nowego, młodego prezydenta kraju, z którego pochodzę. Przychodzi objąć swój urząd z czterema programowymi przemówieniami, na początek, uśmiecha się zwycięsko do milionów ludzi, zgromadzonych przed telewizorami, pręży muskuły, taki jest przywilej młodości. Nie życzę mu źle, bo będzie reprezentował Polskę, nie chciałbym, aby jej interes ucierpiał, trzeba mu także dać czas na przekucie pozytywnych deklaracji w czyny. Odchodzący prezydent wygląda na zmęczonego, rozumiem go, jest raptem tylko parę lat młodszy ode mnie i nie z banalnymi, niemieckimi myszami miał do czynienia w czasie swojej pięcioletniej kadencji, a z milionami Polaków. A Polak potrafi zmęczyć, oj i to jak. W starszym wieku człowiek powinien się bardziej szanować, bo już nie ta forma, co kiedyś, nie to zdrowie. Mój niedościgniony mistrz poetyckiej satyry, Tadeusz Żeleński-Boy, ponad 100 lat temu opublikował w swoich Słówkach następujący wierszyk, który zacytuję na zakończenie w całości:

Gdy się człowiek robi starszy,
Wszystko w nim po trochu parszy-
wieje;

Ceni sobie spokój miły
I czeka, aż całkiem wyły-
sieje.

Wówczas przychodzą nań żale,
Szczęścia swego liczy zale-
głości.

I mimo tak smutne znamię,
Straszne go chwytają namię-
tności…

Z desperacją patrzy czarną
Na swe lata młode zmarno-
wane,

W wspomnień aureolę boską
Pręży myśli swoje rozko-
chane…

Z żalem rozważa w swej nędzy
Każde “nicniebyłomiędzy-
nami”,

Każdy nie dopity puchar,
Każdy flirt młodzieńczy z kuchar-
kami…

Wspomni z jakąś wielką gidią
Swe gruchania, ach jak idio-
tyczne,

I czuje w grzbiecie, wzdłuż szelek,
Jakieś dziwne prądy elek-
tryczne…

Jakąś gęś, z którą do rana
Szukali na mapie Ana-
tolii,

Jakiś powrót łódką z Bielan,
Jakiś wieczór pełen melan-
cholii…

Gdybyż, ach, snów wskrzesła mara,
Dziergana w rozkoszy ara-
beski.

Gdybyż bodaj raz, ach gdyby
Sycić swą CHUĆ jak sam Przyby-
szewski!…

…I wdecha zwiędłe zapachy
Nad swych marzeń trumną nachy-
lony,

I w letnią noc, w smutku szale
Łzami skrapia własne kale-
sony…

Do dzieci i młodzieży/ An die Kinder und Jugendlichen!

filmdzieciZgłaszajcie się!

Czy imigracyjne pochodzenie może być naszą zaletą?
Co wnosimy do kraju, do którego emigrujemy i co otrzymujemy?

Z tymi pytaniami już pod koniec sierpnia zmierzy się grupa młodzieży w wieku
14-18 lat i udzieli na nie odpowiedzi w sposób filmowy.

W ciągu pięciu dni młodzi filmowcy będą mieli okazję stać się aktorami, reżyserami, operatorami, kierownikami planu filmowego, montażystami – jednym słowem, będą mogli wypróbować się w różnych zawodach filmowych.

Film, który powstanie w ramach warsztatów, będzie prezentowany w TV ALEX oraz weźmie udział w konkursach filmowych, przeznaczonych dla młodych twórców.

Warsztaty są darmowe i wciąż są jeszcze miejsca… a więc,

Kamera… akcja!

Zgłoś się pod adres email: aktywnie.prs@gmail.com
lub zadzwoń: 01758595921

Kolejna edycja rusza już pod koniec sierpnia 2015 roku

Ostatnim razem było fantastycznie! Zobaczcie sami!

https://vimeo.com/123721581

***

Meldet Euch an!

Kann ein Migrationshintergrund auch ein Vorteil sein?
Was bringen wir in ein Land ein, in das wir emigrieren und was erhalten wir im Gegenzug?

Mit diesen Fragen wird sich eine Gruppe von Jugendlichen im Alter von 14 bis 18 Jahren bereits Ende August auseinandersetzen und uns ihre filmischen Antworten präsentieren.

Im Laufe von fünf Tagen werden junge Filmemacher/innen die Möglichkeit haben Schauspieler/in, Regisseur/in, Kameramann/-frau, Aufnahmeleiter/in, Cutter/in zu sein – mit anderen Worten werden sie die Möglichkeit haben sich in unterschiedlichen Filmberufen auszuprobieren.

Der Film, welcher im Rahmen dieses Workshops entsteht, wird bei Alex TV ausgestrahlt und bei Filmfestivals für junge Filmemacher eingereicht.

Der Workshop ist kostenlos und es gibt noch freie Plätze, also …
Kamera ab!
Melde Dich einfach an unter
E-Mail: aktywnie.prs@gmail.com
oder telefonisch: 01758595921

Die nächste Runde startet Ende August 2015
Beim letzten Mal hat es sehr viel Spaß gemacht! Schaut rein!
https://vimeo.com/123721581

Natione Polonus, gente… origine…

Tomasz Fetzki

Przeznaczeniem Pielgrzyma jest wędrówka. Ciągła pielgrzymka czasoprzestrzenna. Ale niekiedy pewne rejony odwiedza bardziej intensywnie. Latem na przykład, co zrozumiałe, można się skoncentrować na podróżach po przestrzeni. Tak też czynił Viator przez dwa ostatnie miesiące. Sporo przewędrował: niekiedy były sentymentalne wizyty w miejscach odwiedzonych już lat temu kilkadziesiąt, kiedy indziej rejsy dziewicze w rejony dotąd nieznane.

Dokumentował Viator swe podróże skrupulatnie i cząstkę tych zbiorów chciałby dziś przedstawić. Wszystkiego pokazać nie sposób, przeto fotografie dobrane są według klucza. Dość oczywistego, żadnych subtelności doszukiwać się tutaj nie warto. Tym bardziej, że i tytuł nie pozostawia pola do przesadnej interpretacji. Intencja jest jasna i nieszczególnie oryginalna. Po cóż przeto ten pokaz? Bo ujęcie znanego tematu osobiste? Bo obserwacje przepuszczone, jak mówią, przez pryzmat wrażliwości Wędrowca? Tym bardziej szału nie ma i spodziewać się go nie należy. Dlaczego więc? Aby wprowadzić Czytelnika w odpowiedni nastrój. To sztafaż, entourage, który pozwoli lepiej zrozumieć i, kto wie – może nawet intensywniej przeżyć – historie, które Viator będzie snuł przez kolejne wtorki. Opowieści o tematyce, by tak rzec, nekropolitalnej, częstej ostatnio na łamach blogu, bo też w rzeczy samej dającej duże pole do popisu. Zaczynamy. Na dzień dobry – Dobrodzień.

SSAMSUNG DIGITAL CAMERA
SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Gra cieni (2)

Viktoria Korb

Jakarta

Wychodząc z lotniska musiałam przetrzeć oczy: tłumy, tłumy i tłumy, morze ludzi czekających przed budynkiem i napierających na bariery.
Światowe przeludnienie, to, o czym się w miarę obojętnie czyta, nagle ciałem się stało.
Gdy jechałam do hotelu razem z, jak się okazało, Nurjo, asystentem Fakira i moim, zżerała mnie dalej ciekawość. Jak będę się tu czuła, co mi się tu przydarzy? Po kilku spojrzeniach na rozległe, zadrzewione aleje zdecydowałam, że będzie mi się tutaj podobać. Na ulicach panował absolutny rozgardiasz i dopiero po dłuższym wpatrywaniu udało mi się zorientować, że teoretycznie ruch uliczny jest lewostronny.
Wreszcie dotarliśmy do hotelu Sahid Jaya, należącego, jak szepnął z przekąsem Nurjo, do żony prezydenta. Hotel jest przestronny i pełen luksusu – hotele Europy wyglądają wobec niego jak przytułki Armii Zbawienia.

Do pokoju wkroczył boy hotelowy:
– Mam, czy mam otworzyć pani łóżko?
Zabrzmiało to nad wyraz obleśnie, ale zgodziłam się. Więc “otworzył”, uplasował na poduszce czekoladkę i wyszedł. Wyglądałam z okna swego pokoju na siódmym piętrze i patrzyłam na główną arterię Jakarty, zwaną na tym odcinku jalan Jeneral Sudirman. Wyjrzałam też na druga stronę, gdzie na dachu rozprzestrzeniał się basen, otoczony zwierzęco-ludzkimi posagami. Teraz byłam już pewna, że będę zafascynowana tym krajem. Nad miastem wisiała surrealistyczna atmosfera, coś z obrazów Hieronima Boscha. Ten artysta odegrał ważną rolę w moim małżeństwie z Wernerem, symbolizując naszą ucieczkę od znienawidzonej codzienności. W Indonezji nie trzeba było uciekać od banału, sama była krainą ucieczki, ogrodem rozkoszy, pełnym dziwnych kreatur.
Rano zamówiłam śniadanie do pokoju:
– Poproszę herbatę, sok z grapefruita i dwa jajka na miękko.
– Dwa jajka? – zdziwił się boy.
– Tak, dwa jajka.
– A ile tam jest osób, Mam?
– Jedna.
– A więc jedno jajko, w porządku Mam, zaraz przyniesiemy.
Poddałam się. Byłam przecież pracowniczką ONZ, tolerancyjną wobec innych kultur, a nie na przykład holenderskim kolonialistą. Jeśli więc na głowę przypada jedno jajko, to trzeba to zaakceptować, choć byłam prawie pewna, że w Indonezji nie ma racjonowania.
Boy przybył, przyniósł wszystko jak zamówione i… dwa jajka. Odłożyłam jednak rozwiązanie zagadki na później, bo już była siódma i musiałam wziąć prysznic. A przedtem znaleźć sposób, żeby przy tym nie zarazić się amebą! Jak wiadomo, ameba została wynaleziona w tej części świata, prawdopodobnie w Nepalu i zamieszkuje głównie w nieprzegotowanej wodzie.
Znajomy lekarz w Berlinie zapewniał mnie, że problem z amebą jest identyczny jak z bombą atomową. Poniżej masy krytycznej bomba nie może wybuchnąć, a ameba skutecznie zaatakować. Dopiero po wypiciu na przykład całej szklanki skażonej wody zagnieżdżają się w nas te nieuleczalne pierwotniaki. Mimo że nie całkiem przekonana, postanowiłam być dzielna i po prostu wziąć prysznic, bez takich zabezpieczeń jak na przykład zaklejenie sobie ust plastrem. Następnie też myśląc “raz kozie śmierć” bohatersko umyłam zęby wodą z kranu, nie folgując takim radom znawców tropików, jak mycie ich wodą mineralną czy whisky.
Ale i tak jadąc do pracy czułam się jak pijana. Jednak niełatwo jest przenieść się na równik. Przed budynkiem ONZ stał strażnik tylko po to, by zatrzymywać setki rykszy, rowerów, motocykli oraz samochodów i umożliwić nam wjazd do bramy i na parking. Czteropiętrowy budynek mieścił się też na głównej osi Jakarty i otoczony był luksusowymi hotelami na przemian z resztkami slumsów, chatami i cuchnącą, otwartą kanalizacją. W hali wejściowej siedziała uśmiechnięta recepcjonistka, pani Kusni, jak podawał jej identyfikator, a po lewej stronie zauważyłam stołówkę. Niebieskie strzałki wskazywały drogę do biur poszczególnych podorganizacji fachowych ONZ. I tu widać było, że higiena jest problemem numer jeden – sprzątacz z firmy Bucinco krążył  nieprzerwanie, myjąc podłogi.
Na korytarzach stały ogromne pojemniki z zimną i wrzącą wodą mineralną.
Drzwi biurowe na ogół były otwarte na oścież, amerykańskim zwyczajem przejętym przez ONZ. Miał on wspomagać komunikację, ale może też i kontrolę przez szefów – przemknęło mi przez głowę. Szofer wprowadził mnie do gabinetu Fakira, który odezwał się w doskonałym angielskim:
– Gloria? Witaj! Hilda, proszę podaj nam herbatę.
Dziobata indonezyjska sekretarka skinęła głową i wyszła bez słowa. Fakir Hak, pełniący funkcję szefa PIP w Indonezji, czyli MIAU Main Industrial Advisor of UN, był krępym mężczyzną w średnim wieku o bykowatym sex-appealu. Na środkowym palcu pobłyskiwał wielki syntetyczny szafir. Miał bujne wąsy i przypominał mi Stalina, choć był niewątpliwie bardziej przystojny.
Po uprzejmościowej rozmówce przy herbacie wysłano mnie w szaleńczy obieg po administracji, każąc wypełniać nieskończoną ilość wniosków o karty tożsamości od rządu i ONZ, pozwolenie na bezcłowy zakup samochodu, kartę do sklepu bezcłowego, kartę wstępu na lotnisko, specjalny fotel “menadżerski” i inne nudziarstwa. Na szczęście jako dyplomaci ONZ nie potrzebowaliśmy chociaż pozwolenia na pobyt, które było niemal niemożliwe do otrzymania. Dowiedziałam się, że urzędujemy od 7. 30 do 15. 30.
Rozejrzałam się po moim biurze, zwanym po indonezyjsku: kantor. Nieźle – uznałam.
Wspólny przedpokój, gdzie siedziały dwie sekretarki, prowadził w lewo do biura Fakira, a w prawo do mnie. Pośrodku urzędował Nurjo w oszklonym pomieszczeniu, przypominającym klatkę. Ucieszyłam się, że ja nie muszę siedzieć wyeksponowana w przejrzystej witrynie, lecz mogę schronić się w dużym, odizolowanym pokoju. Jednocześnie uświadomiłam sobie podrzędny status “sił lokalnych”. Przyniesiono mój fotel “menadżerski” i zauważyłam, że Nurjo takiego nie miał – następna manifestacja hierarchii.
Wtedy to przyszedł po mnie Fakir i zaproponował  kawę w moim hotelu. Wyjaśnił z ledwie ukrytą dumą, że nie może na razie zaprosić mnie do domu, bo jego żona jest w zaawansowanej ciąży.
– Ach, to ciekawe – udałam zainteresowanie zastanawiając się, jak wypada zareagować na taką nowinę.
Wreszcie przypomniałam sobie stosowne pytanie na okoliczność prokreacji:
– Czy to wasze pierwsze dziecko?
– Skąd – obruszył się Fakir. – Szóste.
Gdy otworzyłam szeroko oczy ze zdziwienia, wyjaśnił:
– Widzisz, my mamy tylko jednego syna.
– Aha – mruknęłam i spojrzałam na niego tępo.
Fakir wyjaśniał:
– Gdy chcieliśmy mieć następnych, rodziły się nam same dziewczynki. Musimy więc próbować dalej, aż Allah się zlituje i ześle nam następnego męskiego potomka.
Następnego dnia pokornie i bez dyskusji zamówiłam jedno jajko na śniadanie i znowu dostałam dwa.

W naszym międzynarodowym przedstawicielstwie z angielskim językiem roboczym, Fakir wyznaczył mi kilka pomniejszych projektów oraz tak zwaną “pipeline”, projekty w przygotowaniu. Z braku zapewnionego finansowania były one raczej niesprecyzowane i mogły długo lub nawet na zawsze pozostać sztuką dla sztuki. Najwyraźniej była to moja ośla łączka.
Fakir zapytał też, czy umiem pisać na maszynie. Skłamałam, że nie, pamiętając ostrzeżenie Dolores, żeby to robić tylko w domu i to przy szczelnie zasłoniętych oknach. Było powszechną tajemnicą w tak zwanym “Systemie”, że każda kobieta, która wyda się z ta umiejętnością, może szybko zostać obrócona przez szefów w sekretarkę.
Mój pierwszy list służbowy napisałam do “szanownego pana Butel”. Na szczęście Nurjo, który to zauważył, uświadomił mnie, że “Butel” to teleksowy skrót od “Bureau of Telecommunication”.
– Guten Tag – rozległ się jakiś głos od progu i niezwykle długa postać z plastykowym kubkiem z herbatą w ręku wślizgnęła się do pokoju i spojrzała na mnie rybim okiem.
– Guten Tag – burknęłam zdumiona.
– Nazywam się Ruppert von Brodatsch. Jestem asystentem ambasadora i Reprezentanta Programów UN, szefa wszystkich zatrudnionych tu w ONZ, zwanego w skrócie RZEP. Witam cię jako pierwszą rodaczkę w naszym biurze i zapraszam na kolację.
Jak zwykle gdy zbliżali się do mnie nieznani Niemcy, miałam mieszane uczucia. Przecież byłam fałszywą rodaczką. Znałam ich starannie ukrywane zdziwienie, gdy odzywałam się po niemiecku z polskim akcentem. Następnie musiałam czekać na okazję do wtrącenia na pozór obojętnie oczekiwanego przez rozmówcę wyjaśnienia tej zagadki. Zarazem i oni, i ja udawaliśmy, że jest najnormalniejszą rzeczą na świecie, że Niemcy mają polski akcent.
“Ależ Bawarczycy też mają specyficzny akcent” – dodawali niektórzy.
Przy Niemcach poniżej pięćdziesiątki nie trzeba było chociaż łamać sobie głowy nad słynnym pytaniem – “Był czy nie był” czy też “na ile był?”, jak w przypadku ich rodziców.
Na szczęście, Ruppert należał już  do młodszego pokolenia. Za to, w odróżnieniu od poprzedniej generacji, Polska była dla niego raczej egzotyczną krainą. Ale z drugiej strony, kto w Niemczech nie pochodzi z Polski?
Nienawidziłam tego momentu wyjaśnień, postanowiłam więc poczekać z tym do kolacji. W międzyczasie wzmocnię się psychicznie. Nie byliśmy już w Niemczech, gdzie byłam obojniakiem, cielakiem o dwóch głowach. Znajdowaliśmy się na neutralnym terenie, w kraju, którym mało kto wiedział, gdzie leżą Polska czy Niemcy, a co dopiero znał ich wzajemne uwikłania! A w naszej międzynarodowej organizacji nie było dziwniejsze pochodzenie z Polski niż z Libanu, Burmy, Anglii czy Stanów Zjednoczonych. Może  nawet i lepiej było pochodzić z kraju, który nie miał milionów ludzi na sumieniu.

Ruppert przyjechał po mnie do hotelu, mimo że mieszkał na drugim końcu miasta – o ile Jakarta w ogóle ma koniec. Jechaliśmy główną arterią która zaczyna się koło budynku ONZ jako jalan Thamrin, następnie zmienia nazwę na Jeneral Sudirman kolo Sahid Jaya i na końcu zwana jest jalan Fatmawati, na cześć ostatniej żony Sukarno. Jadąc ulica pełną straganów i warungów – jadłodajni składających się z paru krzeseł i drągów obwieszonych płachtami oraz znachorów – dukunów, całą kolorową i rozświetloną jarzącymi się karbidówkami, chłonęłam czar orientu i zaczynałam rozumieć określenie “malownicza nędza”.
Pojęłam, że w Indonezji nie potrzeba kina, telewizji ani innych namiastek życia. Aby zobaczyć widowisko i czary, wystarczy wyjść na ulicę. Była przy tym tylko jedna przeszkoda – brak chodników. Bogaci jeździli, a biedni nikogo nie interesowali. Ale na szczęście poza centralnymi dzielnicami nie było też odgraniczonych jezdni i można było poruszać się jak się chce. Od czasu do czasu przebiegała niemal pod kołami samochodu jednoosobowa chodząca restauracja. Jej właściciel nosił w garnkach zawieszonych na bambusowym pręcie na ramionach gorącą zupę, makaron i dodatki. Wymagało to od właściciela, czyli zarazem kucharza, kelnera i środka lokomocji w jednej osobie, lekkiego truchtu o specjalnym, posuwistym rytmie na wyprostowanych nogach, który amortyzował wstrząsy. Tylko wtedy zupy nie wylewały się. Na skinienie ręki rozpościerał swe skarby na ziemi i podawał potrawę. Podziwiałam tę mistrzowską akrobatykę w samobójczym ruchu Jakarty, gdzie nikt nie zatrzymywał się, aby umożliwić komukolwiek przejście przez jezdnię.
– Uff, dojechaliśmy – Ruppert odetchnął po pół godzinie z ulgą. –To jest jalan Madrasah, nazwana tak od pobliskiej madrasy, szkoły islamu. A ta dzielnica nazywa się Cilandak.
Nagle uświadomiłam sobie zmysłowo, że właśnie zaczęłam pracę w największym muzułmańskim kraju świata.
Małżonka Rupperta, Silvia, powitała nas, leżąc malowniczo na skraju dużego kwadratowego wgłębienia w marmurowej podłodze, w którym stał stolik z napojami. W drugim kącie ogromnego salonu kwitnął ogród nawadniany przez spore wycięcie w suficie. Dom von Brodatschów miał obok salonów, pomieszczeń dla służby i ogrodu z tarasem tylko cztery sypialnie, co, jak zaznaczył Ruppert, ambasada niemiecka uznała za domowisko na skraju nędzy.
– Z jakiej racji ambasada wsadza nos do waszych sypialni? – zdziwiłam się.
– Niemcy uważają płace w ONZ za zbyt niskie i dofinansowują swym obywatelom mieszkania, jeśli ambasada potwierdzi, że nie jest ono zbyt luksusowe – zachichotał Ruppert.
– Wprawdzie te dopłaty są sprzeczne z zasadą równości urzędników międzynarodowych ustaloną jeszcze przez poprzedniczkę ONZ, Ligę Narodów, jednak robi to kilka bogatych państw.
Szybko odkryłam, że Ruppert i jego żona, jak wielu Niemców przebywających długo za granica, byli na większym luzie niż ich rodacy w kraju. Wyjaśnienia na temat mego akcentu i życiorysu przebiegły więc szybko i bezboleśnie.
Rozpływałam się z upału, do czego wydatnie przyczyniało się moje ubranie – obowiązujący w Berlinie mundurek, czyli jeansy i bawełniana koszulka. Nie dotarło do mnie jeszcze, że w tropikach nawet wśród Niemców dozwolone jest zdjęcie tego uniformu. Patrzyłam z zazdrością na Silvię w przewiewnej sukience.
Ruppert nie brał mego biadolenia poważnie:
– Przyzwyczaisz się… Jak widzisz, my nawet nie mamy klimatyzacji w salonie. Dużo gorsze od upałów są tajfuny. Kiedyś wpadłem w taki podmuch lecąc samolotem w Bangla Desh, gdzie ostatnio pracowałem. Po tym, jak obróciło nas parę razy do góry nogami, musiałem latami brać Valium. Piłem też jak gąbka.
– Teraz też sobie chyba nie żałujesz? – spojrzałam na liczne butelki wina.
– Ale nie ma porównania z tym, co wtedy żłopał – obruszyła się Silvia. – Zresztą nie on jeden. Wielu ludzi w “systemie ONZ” i innych “expats”, cudzoziemskich rezydentów, jest na skraju alkoholizmu.
Spojrzałam na nią z niedowierzaniem:
– Wśród takiej elity?
– Za dużo stresów – jęknęła Silvia i łyknęła haust białego wina. – Wieczne przenosiny z kraju do kraju, dopasowywanie się do nowego otoczenia i ludzi. A jak do tego jeszcze dojdą konflikty w małżeństwie albo w biurze…Słyszałam, że masz pracować z Fakirem?
Przytaknęłam i zapytałam, czy go zna.
– Pewnie, jest naszym sąsiadem. Poza tym spotykamy go na różnych oficjalnych przyjęciach
– I co?
Silvia wzdrygnęła się:
– Strasznie śliski typ. Po rozmowie z nim czuję się, jakbym była naoliwiona i musiała się wykąpać.
– Nie uprzedzaj jej do szefa – zaprotestował Ruppert.
– Już w Wiedniu dano mi do zrozumienia, że nie jest łatwy – odrzekłam. – Ale przecież studiował w USA, jest kompetentny i niegłupi. Chyba z inteligentnym człowiekiem zawsze można się dogadać? Przecież istnieją też racjonalne argumenty.
– Wiara w racjonalność to niemiecka mania, która osiągnęła swoje szczyty za nazizmu – zawyrokował Ruppert. – A co do intelektu, to nie ma nic gorszego niż inteligentny przeciwnik.
– Czemu przeciwnik? Mógłby się na przykład ucieszyć, jeśli pomogę mu poprawić napięte stosunki z Wiedniem. Dawali mi do zrozumienia, że coś tam nie gra.
– Centrale mają tendencję do niedoceniania problemów z funkcjonowaniem “w buszu”…
Pojęłam, że chyba niełatwo jest znaleźć swoje miejsce między młotem centrali a kowadłem “biura polowego”, ale służące z jedzeniem i zaproszenie do stołu odwróciło moja uwagę.
Zwróciłam się ku nieznanej potrawie i poprosiłam o wyjaśnienie.
–Wyrafinowanie gotowany i smażony ryz, makaron z krewetkami i różnościami, typowa indonezyjska potrawa – wyjaśniła Silvia.
Patrząc na talerz przypomniałam sobie o śniadaniu:
– A właśnie, w hotelu dręczy mnie zagadka kulinarna. Pozwalają mi zamówić tylko jedno jajo, a w końcu przynoszą dwa. Niepojęte!
Ruppert wyjaśnił wreszcie tę tajemnicę:
– Znaczy to tyle, że dwójka to najmniejsza niepodzielna jednostka w indonezyjskiej kulturze, nastawionej na klan i grupę. Każdy rzemieślnik przychodzi do klienta z kolegą, każda służąca szukająca zajęcia z krewną.
– Tak więc, zamawiając jedną jednostkę jajka, zamawiam dwa egzemplarze?
– Dokładnie. A dlaczego nie? Skoro komputery funkcjonują systemem dwójkowym, to czemu nie ludzie?
Ten argument mnie przekonał.
– A propos służących, to czy zaczęłaś już szukać domu? – dopytywała się Silvia.
Westchnęłam żałośnie, że lada dzień się za to wezmę…
Ruppert zaproponował mi na to mieszkanie u nich przez święta Bożego Narodzenia, wyjeżdżali bowiem na Bali.
Podziękowałam, ale wątpiłam, bym mogła poradzić sobie z gospodarstwem w tak mi jeszcze obcym kraju.
– Nasza kucharka Citi i sprzątaczka Alba robią wszystko same. Powiedz tylko wieczorem, co chcesz jeść następnego dnia. Jeśli czegoś potrzebujesz, wyjdź na taras i syknij “Citi”, a ona się zaraz zjawi. Noszone ciuchy rzuć na podłogę, następnego dnia będą wisiały wyprane i wyprasowane w szafie – tłumaczyła mi rozbawiona moją ignorancją Silvia.
– Co za serwis!– podziwiałam. – Szczególnie, że trzeba tu kompletnie zmieniać przepocone ubranie dwa razy dziennie.
Ruppert zarzekał się:
– Nasz styl życie uchodzi na nader skromny. Większość cudzoziemców i bogatych tubylców ma więcej służby, a do tego prywatnego szofera obok biurowego oraz ogrodnika pełniącego też funkcje jagi, czyli stróża nocnego.
Uznałam to za przesadę, a Ruppert dodał:
– Wielu też nie trudzi się otwieraniem bramy wjazdowej jak ja, nawet jeśli wracają późną nocą. Służba musi na nich czekać tylko w tym celu, mimo, że wstaje o piątej rano na pierwsze modły.
Małżonka wtrąciła:
– Ale nie od razu tak się wypośrodkowaliśmy. Na początku jego kariery, gdy byliśmy w Czadzie, Ruppert miał jeszcze pełno pryncypiów – nie chciał “żyć jak neokolonialista”. Robiliśmy więc wszystko sami.
Pokręciła ironicznie głową:
– To okazało się to niewykonalne i przyjęliśmy boya. Boy jednak ledwie co robił, a do tego Ruppert kazał mi go uczyć francuskiego!
Podziwiałam ich szlachetne postępowanie.
– Niestety nasz boy okazał się znacznie mniej szlachetny i podał nas do sądu, twierdząc, że przez dwa lata nie płaciliśmy mu pensji. Mieliśmy przez to kupę zachodu, bo nie braliśmy od niego pokwitowań, ale za to Ruppert chwała Bogu pozbył się swych żelaznych zasad i skrupułów – uświadomiła mnie Silvia.
Ruppert spojrzał na nią  krzywo, ale zawyrokował, że nawet zagorzali lewicowcy oprócz kompletnych fanatyków szybko dostosowują się do panującego systemu.
Uśmiechnęłam się pod nosem, wspominając berlińskie pokolenie “rewolucjonistów `68”, a Silvia dodała:
– Ci natomiast, którzy chcą żyć w Trzecim Świecie “jak prosty naród”, łapią błyskawicznie miejscowe syfy, bo nie są na nie uodpornieni.
– Mało tego, tubylcy wcale nie łakną wokół siebie białych próbujących ich małpować. Wolą, żeby każdy był dalej sobą i trzymał się trybu życia swej klasy – poparł ją Ruppert
Byłam sceptyczna:
– Ja wprawdzie zawsze wolę mieć służbę, niż jej nie mieć, bo nienawidzę sprzątania i pichcenia, ale czy naprawdę tak trudno tu bez niej przeżyć?
– Szybko zrozumiesz, że jest to praktycznie niemożliwe. A twoi sąsiedzi dziwnie by na ciebie patrzyli, gdybyś myła ubikację…
Spojrzałam na niego z niedowierzaniem, a on zamyślił się i zaproponował zapoznanie mnie z Felicitas, która też szukała domu. Może zechciałybyśmy zamieszkać razem.
– Felicitas? – uniosłam brwi do góry.
Ruppert pospieszył z wyjaśnieniem: – To Filipinka, która wyszła za mąż za Polaka z Ameryki, zatrudnionego w ONZ w Nowym Jorku. Potem został przeniesiony do Etiopii i tam zabity podczas napadu rabunkowego. Felicitas została sama z niemowlęciem przy piersi. Jak zwykle w takich przypadkach ONZ natychmiast ją zatrudniła, z kolei w Indonezji, jako sekretarkę w biurze Komisarza do Spraw Uchodźców.

ciąg dalszy nastąpi

Pożegnanie z Prezydentem

pozegnanie_Prezydenta_PAP_Jacek_Turczykfot PAP/Jacek Turczyk

____________________________________________________________________________________

Andrzej Rejman

Słowa tworzą świat

– ktoś bardzo mądry to powiedział. Dodam – dobre słowa tworzą dobry świat, złe słowa – zły świat. Dobrych słów nigdy nie za dużo, a tym razem będą to słowa podziękowania dla Prezydenta RP Bronisława Komorowskiego za Jego pięcioletnią służbę dla Polski.

Prezydentowi Bronisławowi Komorowskiemu należy się wielkie podziękowanie, za to, że potrafił bezpiecznie przeprowadzić Kraj w okresie burz i naporów z różnych stron – i pełnił swą misję spokojnie, godnie i przewidywalnie.

Był Prezydentem dialogu i porozumienia, a także Prezydentem stabilności i normalności.

Natomiast to, co czeka nas w najbliższym czasie – jest wielką niewiadomą. Ale widać już, że ludzie są zdezorientowani – wiele środowisk wiąże olbrzymie nadzieje z nowym Prezydentem, co przesłania im racjonalne i rozumne spojrzenie na rzeczywistość. A rzeczywistość – zwłaszcza jeśli chodzi o dyskusję publiczną – jest przesycona z jednej strony – nieuzasadnioną merytorycznie kontestacją dotychczasowej władzy, z drugiej zaś olbrzymią radykalizacją ocen i oczekiwań społecznych. Na ile wynika to z koniunkturalizmu, a na ile z rzeczywistego niezrozumienia sytuacji i z marzeń “ponad stan” – nie wiadomo.
Nawet środowiska umiarkowane, jak się wydaje – bez rzeczowej dyskusji oddają pole.

Uważam jednak, że jest mimo wszystko wielka szansa na rozsądny skład przyszłego parlamentu – oparty o rzeczywisty rozkład sympatii społecznych w naszym Kraju.

Polska nie jest skrajna. Polska jest mądra i umiarkowana. Ale żeby to wykazać, frekwencja wyborcza musi być wyższa niż przeciętna, i ludzie nie powinni bać się swoich poglądów.

Mogą bowiem wrócić czasy, gdy piętnować się będzie wyrazicieli innych poglądów niż “jedynie słuszne”, co byłoby wielkim zagrożeniem demokracji.

Na koniec przytoczę dwa podziękowania dla Pana Prezydenta Komorowskiego, swoje i Joanny Kasperskiej, z którą zainicjowaliśmy działanie nieformalnej grupy na rzecz Polski Zgody i Przyzwoitości.

Podziękowania:

Kończy urzędowanie prezydent Bronisław Komorowski. Pożegnamy go uczestnicząc w odprawianej w jego intencji mszy w kościele Wizytek w Warszawie. Po mszy mamy nadzieję wyrazić oklaskami aprobatę dla jego 5 letniej prezydentury. Prezydentury, która nie była łatwa wobec ostrych bezpardonowych ataków opozycji, rozgoryczonej katastrofą smoleńską. Mimo to pan Bronisław Komorowski umiał zachować godność i szacunek dla wszystkich Polaków, niezależnie od ich preferencji politycznych. Umiał łączyć, a nie dzielić swoich rodaków. Był skromny, zawsze na miejscu. Dążył do dialogu wewnątrz i na zewnątrz naszego kraju. Wspierał w swoich programach polską rodzinę, starał się nikogo nie pomijać i nie faworyzować. Powołał Radę Dialogu Społecznego, po to by siły rządowe, związki zawodowe i pracodawcy umiały ze sobą współpracować i wypracowywać słuszny kompromis. Stworzył tez Forum Debaty Publicznej w spornych kwestiach. Podpisał, mocno kontrowersyjną dla niektórych, ustawę o leczeniu niepłodności metodą in vitro, podkreślając przy tym: “nie jestem prezydentem ludzkich sumień”. W sumie podpisał ponad 900 ustaw, a 26 projektów ustaw zaproponował sam.

Największą zaletą odchodzącego prezydenta była jego gotowość do dialogu i dążenie do zgody. Oby jego następca umiał skorzystać z tej jakże ważnej lekcji.

Joanna Kasperska, aktorka, 6 sierpnia 2015

 

***

Dziękuję Panie Prezydencie za Pana mądre i stabilne pięć lat prezydentury, za zaangażowanie na rzecz pomyślności i wielkości mojego Kraju, Polski, o której wolność i niepodległość walczyli m.in. moi i Pana przodkowie. Kraj nasz rozwija się, pięknieje z każdym dniem. Jest jeszcze wiele problemów do rozwiązania, ale gołym okiem widoczny jest olbrzymi skok cywilizacyjny. Dziękuję przede wszystkim za Pana otwartość, szerokie spojrzenie i wrażliwość na problemy społeczne, godne reprezentowanie Kraju za granicą, łączenie różnych środowisk, wsłuchiwanie się w różne opinie, w imię wspólnoty budowania i rozwoju. Ponieważ głosowałem na Pana, jest mi żal, że nie poprowadzi Pan już Polski w następnych latach. Będę jednak z uwagą śledził pracę Pana następcy, choć popierające go środowiska reprezentują zupełnie mi obce poglądy i metody działania. Chciałbym, (choć wiem, że to będzie pewnie trudne) aby nowy Prezydent nie obawiał się zaczerpnąć także z Pana doświadczeń i osiągnięć, zaczerpnąć z Pana wizji Polski – wizji Polski nowoczesnej, stabilnej, różnorodnej, tolerancyjnej, Polski wspólnoty celów i działania, Polski ponad podziałami, Polski europejskiej, Polski łączącej talenty ludzi i, chciałoby się powiedzieć, Polski Jagiellońskiej. Bo o taką Polskę Pan walczył, taką Polskę Pan budował i o taką Polskę została kiedyś przelana krew.

Andrzej Rejman, kompozytor, 4 sierpnia 2015

Na Syberii wilki uczą człowieczeństwa

Roman Brodowski

Podróż do piekła. Na placu przed dworcem

Nagle, niespodziewanie od strony torów kolejowych dobiegł do nich dziwny hałas, przypominający nieco dźwięk turlających się po bruku drewnianych beczek. To żołnierze rozsuwali na oścież drzwi czekających tam wagonów. Do każdego z nich przystawiono zbite z desek podesty w kształcie równi pochyłej, po których najpierw pojedynczo wchodzili wojskowi, by sprawdzić ich ponure wnętrza. Lidzia, tak jak i inni, mimowolnie odwróciła głowę w tamtym kierunku. Widok otwartego wagonu, po którego ciemnobrązowych ścianach tańczyły snopy światła zapalonych latarek, oraz przesuwające się po ich wnętrzu cienie ludzkich sylwetek, nie wiadomo czemu, ale przypominiał jej niedawno omawianą na lekcjii religii, biblijną przypowieść o Jonaszu, którego połknął wielki wieloryb. Wówczas nie całkiem rozumiała jej znaczenie. Nie mogła pojąć, dlaczego Bóg posłał swojego sługę do Niniwy, miasta, w którym oprócz pogan nie było nikogo. Nie rozumiała też postawy samego proroka, człowieka zananego z bezgranicznie silnej wielkiej wiary, który nie wykonał polecenia i zamiast do wskazanego przez swojego Pana, miejsca, skierował swoje kroki do Tarszyszu. – Teraz już wie, na czym polegał błąd pobożnego sługi: pozwolił by strach, przed obcym, wrogim dla Izraelitów narodem, owładnął nim na tyle, że zatracił bezgraniczną dotychczas ufność w moc swojego niebiańskiego ojca.

– Za chwilę i my znajdziemy się we wnętrzu naszej wielkiej „Ryby” – pomyślała. – Boże, dodaj mi sił, spraw, by moja wiara w Ciebie pozwoliła mi i moim najbliższym przetrwać to, co nas czeka. Pomóż bym nigdy nie zwątpiła w Twoją miłość. Pokieruj tak, bym tam, dokąd mnie wysyłasz, wypełniała tylko Twoją wolę – modliła się swoim dziewczęcym bogactwen myśli.

Zakończyła konwersację z Najwyższym, wypowiadając sakramentalne Amen, i spojrzała na Anię. – Ciekawa jestem – zapytała ją – czy w pierwszej klasie tego pociągu, będą łóżka do spania, prysznic i świeża, pachnąca kołderka? Chociaż, szczerze mówiąc, chce mi się tak bardzo spać, że nawet bez wygód, na zwykej drewnianej ławce mogła bym zasnąć, byleby tylko się do kogoś przytulić. – I ja marzę, o tym samym. moja droga przyjaciółko. Zamknąć oczy i śnić o wiosennych, ukwieconych łąkach – odpowiedziała Ania, wysilając się na odrobinę szczerego uśmiechu.

Kiedy ostatni żołnierz zakończył kontrolę i opuścił wagon, nastąpiło coś czego nikt się nie spodziewał. Pod budynek dworca podjechały trzy wielkie,wojskowe samochody, z których wyskoczyło kilkudziesięciu uzbrojonych w karabiny odzianych po cywilnemu, mężczyzn. Okrążyli plac i stojących na nim ludzi. Czekali na czyjeś rozkazy.

W pierwszej chwili w sercach wysiedleńców pojawiła się nadzieja. Byli przekonani, że to partyzanci z pobliskich lasów rozpoczęli akcję, w celu ich uwolnienia. Zdezorientowani, rzucali się sobie w ramiona, dziękowali za ocalenie, płakali. Niestety radość ich była przedwczesna, a nadzieje bardzo szybko okazały się płonne. To nie byli partyzanci, a ochotniczy odział lokalnych komunistów, współpracujących z okupantem, złożony z Ukraińców mieszkających na terenie powiatu włodzimierskiego. Do nich miała należeć ochrona terenu przed ewentualnymi próbami ucieczek wśród przeznaczonych do transportu Polaków.

– Ja ich znam – krzyknął ktoś z tłumu, wskazując palcem na stojących z wycelowaną w nich bronią, cywili. – Jeden z nich, ten wysoki brunet oparty o drzewo, w pilotce na głowie, to szczególny oprawca. Mieszka z rodziną niedaleko mojej wsi – kontynuował – Powiadają, że jesienią wydał Sowietom swojego sąsiada, który powrócił po wrześniowej demobilizacji do domu. Ponoć sam uczestniczył w wymordowaniu całej jego rodziny. Okazało się, że i inni rozpoznawali wśród stojących osoby, które lepiej lub gorzej znali. Im więcej słychać było opowieści, tym większy był strach przekształcający się w panikę. Matki zaczęły osłaniać dzieci przed ewentualną strzelaniną, przytulając je mocno do siebie. Ludzie krzyczęli, przeklinając swój los, chwytali się za ręce, w geście pożegnania. Niektórzy próbowali głośno błagać o litość.

Rosjanie widząc, co się dzieje, nie mogąc okiełzać narastającej fali niepokoju, wystrzelili kilka serii ostrzegawczych z karabinów maszynowych. Kiedy ucichły, wszyscy usłyszeli prawie-że krzyczącego do nich tłumacza. Zapewniał, że nikomu, nic się nie stanie, a ci którzy ich okrążyli, nie przyjechali po to, by dokonać egzekucji, tylko po to, by godnie pożegnać odjeżdżających na „polarną wycieczkę” przyjaciół. W jego głosie było tyle cynizmu i pogardy, że być może w innej sytuacji niejeden słuchający najchętniej by go za te słowa zabił. Ale nie teraz. W chwili, gdy wielu skazańców przekonanych było o tym, że za chwilę dokona się koniec ich żywota, słowa te były błogosławieństwem, uciszeniem i balsamem. Na wielu zmęczonych, zmarzniętych policzkach, ledwie trzymających się na nogach kobiet, mężczyzn i dzieci pojawiły się łzy. Jak na ironię, tym razem nie były to łzy bólu, a łzy ulgi. Bo jak inaczej nazwać łzy, które pojawiają się w momencie, gdy dowiadujesz się, że twój czas nie nadszedł, że masz jeszcze przed sobą tak zwaną przyszłość.

Słońce niemrawo przebijało się przez poranny horyzont. Wrony, niby teatralna publiczność, rozsiadły się na drzewach rosnących wokół dworcowego placu. Kracząc przeraźliwie, oberwały, co się dzieje.

Rozpoczął się końcowy akt preludium do dzieła, jakim jest jednoaktowy dramat pod tytułem „Zsyłka na Sybir”. Wywoływani w alfabetycznej kolejności skazańcy podchodzili do stołu „komandira” i po oddaniu dokumentów tożsamości podpisywali listę, po czym w asyście żołnierzy udawali się po przydział żywnościowy na dwa dni: 900 gramów razowca oraz coś podobnego do margaryny, co jednak śmierdziało naftą. Woda do picia znajdowała się w beczkach stojących w wagonach. Potem ci sami żołnierze odprowadzali deportowanych do wagonów.

Lidzia kurczowo trzymała Antka za rękę i oparta o matkę czekała na ich kolej. – Bigocki! czetery czeławieka! Wychadit! – usłyszała donośny głos wywołującego. Ania, jakby szukając pomocy, spojrzała na Lidzię. Uśmiechnęła się przez łzy. – Będę na Ciebie czekała. Policzyłam Lideczko. Jesteśmy dopiero drugą rodziną w tym wagonie, do którego nas prowadzą. Będę czekała. Będziemy razem, nie bój się – powiedziała, dodając sobie otuchy, po czym rodzina Ani ruszyła w kierunku przeznaczenia. Lidzia długo nie mogła wydobyć z siebie słowa, w końcu krzyknęła do znikającej za plecami Ani. – Nie boję się siostrzyczko, nie boję się, czekaj!

Ciąg dalszy za miesiąc