Reblog. Samochwała w kącie stała

Wpis numer 1003

Ale reszta to nie ja, to Pharlap!

Opowieści z Tysiąca i Jednej Nocy

  Pharlap

Ostatniej nocy na blogu ewamaria2013texts.wordpress.com/ pojawił się 1001 wpis!

EwaOkt2014Szeherezadą, inspiratorką tych tysiąca i jednej opowieści jest, któżby inny jak Ewa Maria Slaska, nasza Panna Główna, Panna Prymarna, Panna nad Pannami, Kura – KLIK.

Proponuję kliknąć w zamieszczone zdjęcie (źródło wikipedia), by włączyć stosowny akompaniament – ostatnia część Szeherezady Mikołaja Rymskiego-Korsakowa.

Jak wiemy Szeherazada opowiadała swe baśnie każdej nocy, a zatem łatwo policzyć, że rozpoczęła w 2013 roku. Jednak w moich snach pojawiła się już, a raczej dopiero, w 2012 roku, właśnie zlinkowanym powyżej blogiem: Jak udusić kurę czyli co każda panna po 30 powinna wiedzieć, a jeszcze nie wie.
Na ten blog trafiłem zupełnie przypadkowo i zaplątałem się od pierwszego wejrzenia. Mało tego, nie zważając na różnice płci i stanu cywilnego, wdarłem się do grona współpracowniczek.

Foto: Krystyna Koziewicz

Zrozumiałe jest, że blog dla panien po 30 nie mógł trwać bez końca. EwaMaria zakończyła go dokładnie w rocznicę powstania. Oczywiste było dla mnie, że Panna Główna, nazywana też czasem Kurą Alfa, nie spocznie na laurach. I nie spoczęła. Nowy blog ma całkiem inny format, jest to – cytuję: “Salon tekstów odrzuconych, porzuconych, zarzuconych, a też, niekiedy, przerzuconych, ale również nowych, po polsku, niemiecku, angielsku.”
EwaMaria ma ogromną zdolność przyciągania – prawie 200 autorek i autorów, 1001 wartościowych wpisów. Jako autor kilku z nich wiem, jak wiele uwagi poświęca każdemu wpisowi.

Skoro zacząłem od tematu Szeherezady, to przypomnę, że ta baśniowa snuła swe 1001 opowieści pod groźbą utraty życia. Moja, Nasza, Szeheredaza swoimi opowieściami dodaje uroku życiu wielu, wielu czytelnikom (i autorom).

EwoMario, dziękuję Ci za te 1001 opowieści, gratuluję osiągnięcia bajkowego rezultatu i życzę wiele siły, energii do prowadzenia nas nadal przez bajkowy a przecież autentyczny świat.

Na potwierdzenie tych ostatnich słów zacytuję fragment pierwszego wpisu we wspomnianym wcześniej blogu dla Panien po 30:
“… opowieść Miry Michałowskiej (pseudonim Maria Zientarowa, autorka “Wojny domowej” i “Drobnoustrojów”) z książki “Przez kuchnię i od frontu” o … duszeniu kury po arabsku. Jest to najkrótszy przepis, jaki w życiu czytałam. Autorka udręczona wojną w Europie i doprawdy makabryczną ucieczką do Afryki, ląduje wreszcie w Maroku, gdzie ją i innych uciekinierów zabiera do siebie jakiś dyplomata. W domu owego pana, przypominającym z opisu pałace z baśni z 1001 nocy, nieszczęśnikom przygotowuje się kąpiel i kolację. Służba podaje kurę, a kura owa smakuje wręcz niemożliwie przewspaniale”.
Podkreślenia moje.

Dwugłos o pamięci rodzinnej

Kasia Krenz i Ewa Maria Slaska

Komentarze do rozdziału z książki Wszystko jest konfabulacją

Spotkałam się w kilka dni temu z Wandzią, przybraną córką naszej ciotecznej babci, Karusi – Karoliny Lubliner-Mianowskiej. Opisałam to i wysłałam tekst mojej siostrze Kasi. Odpisała natychmiast. Ja odpowiedziałam, ona odpowiedziała… Publikuję to tutaj, mimo że pewne rzeczy wyrwane z kontekstu mogą być niezrozumiałe. Zastosowałyśmy metodę wzajemnego przypominania sobie… Taka rozmowa działa jak proustowska magdalenka, wyciąga sprawy całkowicie zapomniane. A że błahe…

wandziaWandzia

Nie wiemy i pewnie się nie dowiemy, czy Karusia chodziła do kościoła? I czy obchodziła święta i w ogóle jakiego była wyznania? Była zasadnicza i prostolinijna, a zatem jeśli nie była katoliczką, no to i świąt nie obchodziła. 

Ja osobiście nie byłabym tego taka pewna. W rodzinie już od czasów Pradziadków obchodziło się Wigilię, w latach 20 w Sylwanie nawet z księdzem, a na pewno z choinką.

Wydaje mi się zresztą, że Karusia chodziła z nami czy tylko ze mną do kościoła na Czarnej. I może na religię. Zresztą zapytamy Wandzię. Ona na pewno była wychowana po katolicku. Widziałam zdjęcia z jej ślubu, z chrztu i ślubów dzieci. Na ścianie wisi wielki obraz Serca Jezusowego. Ten jest stosunkowo nowy, ale przedtem był inny duży obraz święty. Wandzia opowiedziała mi, że gdy Karusia leżała już w szpitalu po operacji, jej troje dzieci klękało przed tym obrazem, i modliło się – Boziu spraw, żeby Babcia Kaja nie umarła!

Podobno to ja nazwałam Karusię Kają, tak jak mój syn nazwał naszą Mamę Abą.

Po drugie ciasteczka i jajeczka. Pamiętam jej postać w naszej kuchni, pochyloną razem z nami nad maszynką do mięsa, z której wysuwały się pokarbowane we wzorki długie pasy kruchych ciasteczek maślanych. Do dziś mam ten metalowy wzornik, który nakładało się zamiast sitka.

Ach, Kasiu, wywołałaś obraz, który ja zgubiłam, a teraz wrócił ze zdwojoną siłą. Ciasteczka maślane! W ogóle my z Karusią w kuchni!

A jajka faszerowane! Nikt nie robi dziś takich pysznych jajek faszerowanych, jakie ona robiła dla nas (i razem z nami). Karusia, moim zdaniem, często nas karmiła, gdy Mama była zajęta grafiką albo jechała do pracowni graficznej w WSSP w Sopocie. Pamiętam również masło. Że to Karusia nauczyła nas, że papierek po maśle należy dokładnie zeskrobać nożem, bo “ja bym tą resztką masła nakarmiła pięcioro dzieci w naszym sierocińcu”, mawiała. I ja do dziś zeskrobuje masło z papierka. “I ziemniaki obieraj cieniutko, bo pod skórką tyle zostawiasz, że można by tym głodne dziecko nakarmić”. I o zgniłych kartoflach od Niemca historię też zapamiętałam. I wspólne zmywanie naczyń. I zakupy na rynku za torami. 

Rynek za torami. A we wtorki i w piątki przed świtem jechały pod oknami wozy konne z towarami na rynek za torami.

Tak, to ten rynek, jest do dziś, ale jakże inny, bez zapachu koni i marchewka już taka umyta, i ziemniaki leżą w stosach na straganach, zamiast stać w jutowych workach wprost na ziemi…

Ja do dziś robię jajka faszerowane, cienko obieram ziemniaki, a jak się spieszę i obieram grubo, to mam wyrzuty sumienia, i też zeskrobuję masło z papierka, ale czy to Karusia mnie nauczyła? Nie wiem, nie pamiętam. Na pewno nie pamiętam żadnej wypowiedzi o sierocińcu, w ogóle nie wiedziałam, że był jakiś sierociniec! Ale też nie wiedziałam, że była szkoła Prababci w Warszawie i Sylwana w Olesinie, i Śródborów, to wszystko się pojawiło dopiero teraz, przy pisaniu tej książki.   

Karusia-u WandySierociniec i opowieść o zgniłych ziemniakach pamiętam doskonale: to był przydział od Niemców, zapasy na zimę, no i przywieźli całą dostawę, ale  zgniłe i czarne. Karusia zapakowała te worki na furmankę i pojechała do tego biura przydzielającego kartki na żywność, wniosła worek tych ziemniaków do komendanta, rzuciła na środek gabinetu i bezbłędną niemczyzną oznajmiła, że takie zgniłki to niech on sam z rodziną sobie je, ale ona dla swoich sierot żąda porządnej dostawy. Po czym wymaszerowala (bez ziemniaków) z gabinetu. Następnego dnia przyszła dostawa pierwszej jakości… 

Karusia z albumu Wandy

No coś Ty?

Mama? Myślę, domyślam się, podejrzewam, że Mama… bała się Karusi, bo Karusia nie przepadała za Mamą za to, że nie była schludną, poukładaną ani gospodarną żoną i matką. Pamiętam, jak kiedyś zawołałam Karusię do kuchni, którą posprzątałyśmy z Tobą na przyjście jakiegoś gościa. Karusia przyszła, spojrzała, ale wcale nie pochwaliła, tylko powiedziała surowo: “Tak powinno tu być zawsze i na co dzień, a nie dla gościa”. 

A ja pamiętam, że Karusia krytykowała Mamę za artystyczny styl życia, za jej licznych gości, zwłaszcza młodszych od niej mężczyzn, w ogóle mężczyzn, których przyjmowała również wtedy, gdy Taty nie było w domu.

Sprzątanie, no tak, tu się zgodzę całkowicie. Wszyscy sprzątaliśmy, tylko nie Mama. Ojciec sprzątał przed przyjściem gości, pani Gapska prała i sprzątała, sprzątały nasze dziewczyny, na przykład Renia… Renię najlepiej pamiętam. Mnie Ciocia Kowalska pokazała, że trzeba sprzątać również zakamarki, szpary i kąty.

Czy to Renia odeszła, napisawszy uprzednio liścik do naszych rodziców: “Odchodzę, adje!”?

Ależ skąd! Tych dziewczyn było kilka i Mama bardzo żałowała, gdy Renia odchodziła, bo szła do szkoły. Ja byłam u Reni z wizytą w wiosce na Kaszubach.

Pamiętam, że Karusia zabierała nas na pokazy filmów botanicznych. Na Farmację? na Politechnikę? Na tych filmach tulipany rozwijały się na naszych oczach.

Oczywiście, też pamiętam. Cudowne filmy Disneya i to Mama nas zabierała do kina!

Nie, nie, to byly filmy naukowe dla studentów i Karusia nas zabrała (może tylko raz?) na taki pokaz i tam były zdjęcia poklatkowe rozkwitających kwiatów. A Disney to oczywiście Mama, i słonik Dumbo też był.

Mama była jak zaczarowana tymi kwiatami. Na przykład kwitnące kaktusy. Jakiś podwójny cud, bo wtedy wszyscy wierzyliśmy, że kaktusy nie kwitną.

Pracowałyśmy z Karusią w ogródku za domem.

szklarniaTak oczywiście. Porzeczki, agrest latem, taki pyszny, gorący, pełen soku. Krzaczki na pieńkach, przywiązane do podpórek. I te kwiaty, które zapamiętała Elżunia, córka Wandzi. Złote kule, białe lilie na procesję na Boże Ciało, smolinosy, irysy, do dziś moje najukochańsze kwiaty. I chodziłyśmy z Karusią do ogrodu ziołowego Wydziału Farmacji we Wrzeszczu i do Oliwy, do ogrodu botanicznego. Tam  po śmierci Karusi została oddana moja palma daktylowa, którą Karusia zasadziła, kiedy się urodziłam. Czasem jeździłam do Oliwy, wchodziłam do szklarni, siadałam na ławeczce i patrzyłam na tę palmę. To były moje rekolekcje w towarzystwie Karusi. Byłam tam na chwileczkę trzy dni temu.

Tu za tą szybą jest moja palma

Ta palma tak wyrosła w rękach Karusi, że zaginała się na suficie, i dlatego pojechała do Oliwy. 

Nie, nie zaginała się na suficie. A nawet jakby! To była moja palma! Najpierw straciłam warkocze, a potem palmę. Po palmie chyba bardziej płakałam niż po warkoczach.

Wyjadałam zielone agresty, dziś aż mnie skręca na to wspomnienie, ale wtedy mniam, im kwaśniej, tym lepiej chrupało. Aha, a na Uphagena rosły leszczyny, tam zbierałyśmy orzechy. I orzeszki buczynowe w lasach przy Jaśkowej Dolinie. Teraz musiałabym ścigać się z dzikami…

A pseudonim Karusi już przed wojną, gdy redagowała to pismo harcerek, Skrzydła, to była Bukowa Jagoda. Później używała go podczas wojny jako pseudonimu konspiracyjnego. No i to drugie jej nazwisko, Mianowska, podobno ot tak sobie, jak “Kasa Mianowskiego”. I też używała tego nazwiska już przed wojną. Dziwne…

wandzia-dzisNie wiem, ile lat ma Wanda, ale pamiętam ją jako dorosłą osobę, która dość szybko wyszła za mąż i zniknęła. Również w moich wspomnieniach jej dom był ciemny i mroczny, ale jakoś kojarzyłam to raczej z tym, że jej mąż pił i chyba ją bił, i ja się bałam.

Wandzia w zeszłym tygodniu. Spotkałyśmy się w tym samym mieszkaniu w Oliwie, gdzie ją odwiedzałyśmy jako małe dziewczynki.

Wandzia ma dziś 82 lata. Ale to pan J., sąsiad z dołu pił i bił swoją żonę i dzieci, do nas wieczorami dobiegały ich okropne krzyki, strasznie się go bałyśmy, choć na trzeźwo był dla nas miły. Nie wiem, czy Czesiek, mąż Wandy pił, może tak, ale na pewno ją zdradzał i dlatego się rozstali.

gróbKarusi-nowatabliczka (1)-malyPamiętam dzień, kiedy Karusia umarła. Wróciłam do domu ze szkoły. Mama siedziała w swojej pracowni przy biurku, tyłem do drzwi. Podeszłam do niej, a ona płakała. Pierwszy raz widziałam, jak Mama płacze. Powiedziała, że Karusia umarła.

A ja pamiętam nas obie, stałyśmy koło siebie w naszym pokoju, potwornie zapłakane. Potwornie zapłakane.

Grób Karoliny Lubliner-Mianowskiej
w Alei Profesorów
na cmentarzu Srebrzysko

XXX
Płakałam też w szkole tak bardzo, że wychowaczyni wysłała mnie do domu.

Przedtem umarli już Babcia Mita i Dziadek Jan Feliks, babci mi potem bardzo brakowało, ale śmierć Karusi to była pierwsza śmierć taka “naprawdę”, taka od pierwszej chwili straszna.

I nikt nie wymawiał głośno słowa „rak” ani „nowotwór”, to były słowa tabu.  

Tak to też prawda, nikt nie mówił, że Karusia jest chora i na co. Dzieci Wandzi wiedziały, że Karusia umiera, my nie. Ja tylko kiedyś weszłam do pokoju Karusi, kiedy się przebierała, i widziałam, że ma bliznę, tam gdzie powinna być pierś. Ale nie miałam odwagi zapytać, dlaczego? A potem umarła.

Ja pamiętam, że tam byłam. Nie wiem, z kim i czy byly to jedyne odwiedziny, ale pamiętam białą salę i Karusię na szpitalnym łóżku.

A ja nic. Nie byłam czy nie pamiętam?

Wtedy dzieci nie zabierało się na pogrzeby.

Tak, Ty byłaś jeszcze dzieckiem, ale ja miałam już 14 lat, chodziłam do Liceum, czytałam Iliadę i Anatola France’a, a ona była moją ukochaną Babcią. Nie rozumiem, dlaczego nie zabrano mnie na pogrzeb? Co gorsza nie rozumiem, dlaczego nie pojechałam sama, nie pytając nikogo o pozwolenie? Czy jest możliwe, że nie wiedziałam, że jak ktoś umarł, to jest pogrzeb? Przecież oglądałyśmy pogrzeby z okna, jechały czarne karety zaprzężone w czarne konie z białymi pióropuszami w grzywach. Pamiętasz?

Kondukty, to się nazywało kondukt. Ja bardzo długo (aż do liceum) nie chodziłam również na cmentarz w Święto Zmarłych. 

17 września 1939

Wpis numer 1000!

Tomasz Fetzki

Nieprzeliczone dzieci Soso

Jacek Kaczmarski tworzył trzy rodzaje utworów: dobre, bardzo dobre i wybitne. Ten, którego za chwilę, Gościu, wysłuchasz, plasuje się gdzieś między drugą a trzecią kategorią. Co jest tym bardziej wyczynem, że powstał w konwencji doraźnej publicystyki, a właściwie – tępej propagandy. Mógłby się obejść bez słowa komentarza z mojej strony, a i tak ciary by Cię, drogi Słuchaczu, przeszły we wszystkich kierunkach.

I taki był pierwotny plan. Zmienił się ze względu na jubileusz tysiącwpisu i na kilka innych okoliczności, o które mniejsza… Ale obiecuję, będzie krótko.

Po co w ogóle obchodzić rocznice, zwłaszcza złe i smutne? Zdarza mi się w różnych okolicznościach, bardziej lub mniej profesjonalnych, popularyzować wśród młodzieży wiedzę historyczną. A młodzież, jak to młodzież, zazwyczaj ma historię w nosie. Nie o to idzie, że zła, zdemoralizowana czy z wypranymi mózgami jest ta dzisiejsza młodzież. Ich po prostu nie interesuje minione, bo nie dostrzegają żadnego przełożenia dawnych wydarzeń na swoje życie. Trzeba im jakoś (łatwo powiedzieć: jakoś!, jak?!) uświadomić, że historia trwa i wszyscy tkwimy w niej po szyję. A to się nijak nie uda bez własnego osobistego przetrawienia przeszłości.

Sporo przeczytałem i obejrzałem na temat Września. Sam, rzecz jasna, nie doświadczyłem tego czasu (łaska późnego urodzenia), więc usiłowałem się wczuć w przeżycia Ówczesnych. I wciąż jestem na początku drogi, jednak wydaje mi się, że musiało być tak: Pierwszy Września to wielki strach, ale podszyty nadzieją i rozgrzany patriotyzmem. Siedemnasty to zimna, bezsilna, naga rozpacz: samobójstwa (z tym najsłynniejszym, w Jeziorach) zaczęły się właśnie wtedy. Pieśń Jacka wyraża tę rozpacz tryumfem i bezsiłę potęgą: à rebours, o ileż dobitniej!

Są tacy, nawet dosyć liczni, którzy, zwłaszcza na okoliczność ostatnich i najbliższych wyborów, śpiewają ochoczo po kościołach Ojczyznę wolną racz nam wrócić, Panie! Chciałoby się im powiedzieć: Stuknijcie się w durnowate łby! Nie da się ukryć, są w Ojczyźnie rachunki krzywd, naprawiajcie je, jeśli potraficie. Ale nie bluźnijcie! Bo zedrzecie gardła na tym zbyt głośnym i zbyt wysokim, kompletnie nie w tonacji, śpiewie. I gdy przyjdzie prawdziwa potrzeba, nie wydacie z siebie nawet jęku. A ona może przyjść, wszak Fortuna dicitur caeca, ostatnio widać to wyraźnie. Dzieci Soso naprawdę są nieprzeliczone, co więcej, w wielu miejscach Ziemi trwa permanentny casting na nowego Soso.

Tak by się chciało im powiedzieć, ale po co? Oni raczej nie zbłądzą na ten blog. Lecz Ty, miły Gościu, słuchaj, pomyśl, poczuj.

Z zapisków stróża (4)

Zbigniew Milewicz

Leniwa niedziela

W niedziele stróże z domów handlowych nie pracują. Włączam telewizor, od kiedy zrezygnowałem z nudnej, jak flaki z olejem TV Polonia, mam tylko niemieckie programy. Mój stary Grundig, który 6 lat temu zniósł przeprowadzkę z Monachium do Berlina, a później drogę powrotną, startuje z programu NDR. Lubię północ Niemiec, ale mieszkam na południu, a tu dzieje się a dzieje. Bawarska telewizja transmituje na żywo sceny z monachijskiego dworca kolejowego z tłumem uchodźców z Bliskiego Wschodu, policją, kierującą ich w zależności od potrzeb – do punktów medycznych, wolontariuszy rozdających jedzenie i napoje, autobusów, które zawiozą przybyłych na razie do namiotów na Messagelände.

Monachium, stolica najbogatszego kraju związkowego Niemiec, jest największym punktem przyjęć uchodźców, podkreśla reporter, na drugim miejscu znajduje się Badenia – Wirtembergia. Pierwsze pociągi z nimi przyjeżdżają z Austrii, ci, którym nie udało się dostać do wagonów i mają w sobie jeszcze siły, idą pieszo w stronę Niemiec. Porażające obrazy z węgierskiej granicy – zdesperowani ludzie, stłoczeni, jak bydlęta na ciasnej przestrzeni przed żelazną kratą, która co jakiś czas przesuwa się zaledwie na tyle, żeby przepuścić pojedynczego człowieka. Dookoła kordon żandarmerii w pełnym uzbrojeniu, pałki nad głowami nakazują nieszczęśnikom, że mają nie pchać się do wyjścia. To jest reportaż z obozu koncentracyjnego. Uciekają z Syrii, Afganistanu i innych krajów Bliskiego Wschodu ogarniętych wojną, do jeszcze w miarę bezpiecznej Europy. Prawie wszyscy chcą znaleźć się w bogatych i ustabilizowanych Niemczech. Każdy ma prawo do lepszego życia, sam z niego w swoim czasie skorzystałem.

Ponad ćwierć wieku temu uciekłem z PRL-u do Niemiec, podobnie, jak wielu innych mieszkańców Europy Wschodniej. Tylko, że pojęcie bytu w sensie nie lingwistycznym a praktycznym paradoksalnie bardziej jest związane z mieć, niż być i w tym pierwszym przypadku poprawiłem sobie życie, a w drugim nie do końca. Życie tłustsze wcale nie musi być lepsze, ale o tym się na początku zwykle nie myśli. Człowiek pragnie mieć tylko bezpieczny dach nad głową, pełen brzuch, chce zmyć z siebie podróżny kurz, założyć czyste ubranie i wiedzieć, że dotarł do celu. Kiedy przyjechałem do Monachium, siostra zakonna w katolickiej misji na Hauptbahnhofie najpierw postawiła przede mną kubek z gorącą kawą i talerz z kanapkami, a później w dobrej wierze dała adres Polskiej Misji Katolickiej przy Hesstrasse, którą kierował wtedy ks. Galiński. Spojrzał na mnie spod okularów i nie czekając na wyjaśnienie, po co do niego przychodzę, grzecznie posłał mnie do diabła.
– Jestem tu prywatnie – wyjaśnił krótko.
Gdyby trafiło na człowieka małej wiary, to może przystałbym wtedy do Świadków Jehowy, jednak doszedłem do wniosku, że skoro uciekłem do Niemiec, to nie mam co liczyć na życzliwość miejscowych rodaków. Spotkałem się z nią nie raz, tyle, że później, kiedy już byłem z grubsza urządzony. Miasto Monachium dało mi zakwaterowanie, na początek w 70-osobowej sali dawnego biurowca, przy Dworcu Wschodnim, darmowe wejściówki do łaźni, pieniądze na jedzenie i ciuchy z Caritasu, posłało na kurs nauki języka niemieckiego. Później to sobie odebrało z podatków, które zacząłem płacić, kiedy poszedłem do pracy, ale bez jego pomocy humanitarnej na starcie, świadczonej zarówno z urzędu, jak i spontanicznie przez życzliwych monachijczyków, byłoby mi bardzo trudno. Nie chcę powiedzieć, że pani kanclerz Merkel pomaga syryjskim uchodźcom z wyrachowania, że kiedyś to sobie odbierze od nich podwójnie, ale kiedy oglądam znowu swój ulubiony NDR, to mnie oświeca pewna myśl: planowanie u Niemców to proces długotrwały, żmudny i z potocznego, polskiego punktu widzenia, nudny. My jesteśmy mistrzami improwizacji. Nasz sąsiad natomiast, jak sobie coś wbije do głowy, umyśli, to nawet za kilka generacji, metodą drobnych kroczków i kiedy trzeba, to różnych objazdów, doprowadzi rzecz do końca.

Pokazują piękne krajobrazy Kilońskiego Fiordu, zadbane gospodarstwa agroturystyczne. W jednym stary młyn z nowoczesną maszynerią, w drugim hodowla bydła. Młyn wybudował dziadek obecnego właściciela, dobroduszny pan z wąsem z portretu w jadalni domu, mniej więcej w tym samym czasie, kiedy inny, mniej sympatyczny wąsik sięgnął po władzę w Niemczech. Drugi dom także od początku w rękach jednej rodziny. Jakaś grupa miejskich dzieci z zachwytem obserwuje pasące się na łące krowy i cielaki, przy korycie czyściutkie świnki, są i puchate owieczki z dzwonkami na szyjach, gospodarz pozwala je dzieciom pogłaskać. Idylliczny obrazek mąci dopiero zdanie reportera, że gospodarz jest wyuczonym rzeźnikiem i pojawia się kadr ze sklepu mięsnego, usytuowanego na parterze domu. Prawie czuję z telewizora smakowity zapach tych wędlin, schludnie ułożonych w sklepowych witrynach, brakuje mi tylko napisu: Die Schweine von heute sind die Schinken von morgen. Oczywiście nie ma w materiale zdjęć z domowej rzeźni, pokazujących, jak zwierzęta zabija się i oprawia, mogłyby zmniejszyć dochody sklepu.

Nazajutrz, w drodze do Domu w centrum, idę na dworzec, aby zobaczyć, jak przebiega akcja przyjęcia zapowiedzianych, kolejnych składów z uchodźcami z Bliskiego Wschodu. Na razie jest pełen stan gotowości, policja i służby porządkowe czekają, ruch kołowy przy Arnulfstrasse częściowo wstrzymany. Nie mam zbyt wiele czasu, ale zanim rozpocznę pracę, widzę sznur karetek pogotowia ratunkowego, jadących na sygnale w stronę dworca. To znaczy, że do Monachium przyjechali nowi ludzie, z nadzieją na lepsze życie.

Reblog: Kobieta bez grobu na cmentarzu

I kolejny post o uciekinierach:

Kilka tygodni temu Maryna Over napisała na Facebooku:

Syryjka, uciekinierka z ogarniętej przerażającą wojną domową, nedzą oraz ludobójstwem ISIS, próbuje utrzymać swoje maleńkie dziecko nad wodą po tym jak łódź z uchodźcami na Morzu Śródziemnym przewróciła się. Ludzie uciekający przed rzezią nigdy nie mają wyboru.

W komentarzu Joleczka Chmiel napisała: wielka tragedia ludzkości, ale też konsekwencja faktu, że bogactwo jednych narodów zgromadziło się kosztem innych. I to od pokoleń. Brak równowagi w rozwoju ekonomicznym i cywilizacyjnym, pazerność korporacyjna, niesprawiedliwość, fanatyzm religijny, biznes wojenny, to rodzi takie tragedie. Świat rozpada się na naszych oczach. Jakiej siły potrzeba, by uporać się z Armagedonem, który już do nas dociera. Bo emigracja zalewająca bogatą Europę to nic innego jak rykoszet okresu niewolnictwa, podporzadkowania sobie krajów Afryki, bogacenia się kosztem ich rozwoju. Tak, jesteśmy im winni, ale czy przygotowani na nierównowagę kulturową? Wątpię, bo już widać, jak na pniu odradza się brunatna zaraza rasizmu.

***
Steven McCallum

This photo shows a Syrian mother trying to hold her baby above the water, after the boat they were on sank in the Mediterranean.

According to the UN, the vast majority of refugees have fled from Syria, where an estimated 220,000 to more than 300,000 people have been killed during its appalling and escalating war. The lack of compassion from many westerners that have been dumbed-down by xenophobic narratives in the mainstream media has been appalling. For once in your life, think for yourself! These people are human beings, our brothers and sisters who are in a perilous and desperate situation (largely caused by imperialism) that require urgent assistance!!

Refugees don’t hide their taxes in the Cayman Islands; Refugees don’t privatise the National Health Service; Refugees don’t influence government cuts to spending; And Refugees don’t scrape together their life savings, leave their loved ones behind, bribe and fight and struggle their way onto the undercarriage of a train, or into a tiny hidden compartment of a lorry with forty other people, watch their friends and loved ones die or get raped, all for the express purpose of bragging about earning £67.46 a week.

Imagine waking your children in the morning, feeding and dressing them, pulling a little girl’s hair into a ponytail, arguing with a little boy about which pair of shoes he wants to wear. Now imagine, as you are doing that, you know later today you will strap their vulnerable bodies into enveloping life jackets and take them with you in a rubber dinghy – through waters which have claimed many who have done the same. Think of the story you’d have to tell to reassure them. Think of trying to make it fun. Consider the emotional strength needed to smile at them and conceal your fear.

Try and envisage how it would feel like when that experience – your frantic flight from war – was then diminished by a vicious, dishonest media that crudely labelled you and your family “migrants,” as if you were a scourge on society. Imagine having little to no voice in countering this description of you so commonly used by governments and journalists.

***

Pozostaje jednak pytanie: Kto zrobił to zdjęcie? Dlaczego robił zdjęcie zamiast pomóc? Czy jednak potem pomógł? Jak to zdjęcie dotarło do nas? Czy ta kobieta i jej dziecko żyją? Czy jest to manipulacja naszymi uczuciami, jak to podobno było ze zdjęciem małego Syryjczyka, którego ciałko zostało znalezione na greckiej plaży 2 września?

 

Zmarli z cmentarza w Starym Czarnowie

Ewa Maria Slaska

czarnowo (4)Cmentarz Wojenny Żołnierzy Niemieckich w Glinnej – od 2009 r. zwany Niemieckim Cmentarzem Wojennym w Starym Czarnowie. Jeden z 13 zbiorczych cmentarzy wojennych w Polsce gdzie pochowani są żołnierze niemieccy, którzy zginęli podczas działań wojennych na terenie naszego kraju.

Dalej i więcej

Byliśmy tam 5 września, my czyli grupa z Berlina ze Stowarzyszenia Städtepartner Stettin oraz mieszkańcy Szczecina. Naszym przewodnikiem był Michał Rembas, który już tu u nas występował na blogu.

czarnowo (1)Michał twierdzi, że na terenie dzisiejszej Polski poległo około pół miliona żołnierzy niemieckich. Chowano ich w rowach, lasach, wykopach, ogrodach… Teraz powoli przenosi się ich szczątki do grobów i na cmentarze. W Glinnej czyli Starym Czarnowie jest w tej chwili ok 20 tysięcy pochówków, oczywiście wszystkie po ekshumacji. Zmarli są wymienieni na tablicach zbiorczych, nie ma tabliczek indywidualnych jakie znamy nawet z innych cmentarzy wojennych.

czarnowo (6)Co mnie uderzyło, to masa polskich imion i nazwisk. Max Wessollowski, Ignatz Palczykowski już mają zniemczone imiona i nazwiska, ale Wladislaus Paczynski wydaje się mimo zniemczenia Polakiem. A Konrad von Jutrzenka? 19 lat. Biedny Konrad.

czarnowo (9)

Rok 1232 – ciąg dalszy

Mieczysław Bonisławski

IV

Mroczko uchylił zbite z bali drzwi. Zaskrzypiało nieprzyjemnie. Komes schylił głowę, ostrożnie wszedł do środka i starannie zamknął je za sobą. Znajdował się w niewielkiej, podłużnej hali. Skąpe światło, wchodzące przez malutkie okienka po bokach nie było w stanie rozproszyć gęstego mroku. Jedynie w drugim końcu, naprzeciw drzwi, kontrastowo jasno paliły się cztery, ułożone w kwadrat pochodnie, wetknięte pod powałę.
Czarno ubrana postać krzątała się w tamtym końcu, w świetlnym sześcianie, a duże, ruchome cienie, które rzucała, przydawały jakiejś demonicznej scenerii całemu wnętrzu.
Kasztelan kilkoma energicznymi krokami przebył długość hali. Na brzęk przypasanego miecza, uderzającego o kamienną posadzkę, czarno ubrana postać odwróciła się twarzą ku wejściu. Mroczko stanął na wyciagnięcie ręki.
– Witam pana brata – zaczął nieco drwiąco, lecz na twarzy tamtego wywołało to taki grymas, że w pół słowa zamilkł.
Prepozyt lubuski, Gerlach, ułapił brata za ramiona i szybko puścił, odwrócił się i odszedł pod ścianę.
– Te drzwi skrzypią niczym potępione dusze…
– Zamilcz! – syknął ksiądz.
– Niezłą świątynie wystawiłeś panie bracie – zda się że posadzka, którą podarowałem, wymusiła na tobie przykrą decyzję…
– Zamilcz kasztelanie, rzekłem!
Mroczko opuścił głowę, bawił się chwilę rękojeścią, po czym postąpił krok ku Gerlachowi. Ten gwałtownie odwrócił się i ruchem ręki powstrzymał go. Komes stanął na skraju świetlnego sześcianu.
– Nie przestępuj tu… – w głosie prepozyta było ostrzeżenie.
Mroczko posłusznie zawrócił. Ksiądz postąpił kilka kroków za nim.
– Mów, czego oczekujesz ode mnie – tym razem ślad prowokującej drwiny wybrzmiał z ust Gerlacha.
Mroczko chwycił brata za ramię. Stali teraz twarzą w twarz. Komes mówił żarliwie:
– To się nie może wydać. Tylko w naszym interesie jest utrzymanie status quo po śmierci tego całego Mojka…
– Ciszej! – syknął Gerlach wpatrzony w małe okienka.
Mroczkiem wstrząsnął dreszcz.
– Sądzisz że ktoś podsłuchuje? – powędrował za wzrokiem tamtego.
– Nie sądzę. – głos prepozyta zabrzmiał beznamiętnie – I ty teraz mówisz o naszym interesie? Dostałeś ziemię i ludzi – łany pola, cetnary ryb, bydło i żelazo – tu, między Lubuszem a Międzyrzeczem… Czy ty to rozumiesz? Nie dziewki i miód… Miałeś pilnować i tej osady i, przede wszystkim, siebie. Być opiekunem mieszkańców… A teraz, ładny dziedzic ci się szykuje…? – zadrwił.
Za ścianą coś zachrobotało.
– A jednak – Mroczko sięgnął do rękojeści miecza i postąpił do okna. Po drugiej stronie odpowiedział głuchy tupot.
Gerlach przytrzymał komesa za rękę.
– To jakiś niedorostek, ciekawi są kościoła…
– Nie o taki plon do Pana się modliłem. – kontynuował – Rzekłeś status quo… Diabli nadali tego Gawła – czyżby Jędrzych się czegoś domyślał? Otacza się coraz to nowymi urzędnikami, nie daje nikomu dobrze zapuścić korzeni.
Mroczko niecierpliwie przerwał.
– Trzeba zamknąć mu gębe, przecie będzie to po rodzinie…
– Zobaczymy. – uciął Gerlach i uśmiechnął się ciepło – Czegóż nie robi się dla swego brata, ale… – zwiesił głos – Pana nie oszukasz. Jak swą winę chcesz zmazać? Zresztą nie czas teraz… Pójdziecie z kanonikiem Witosławem, znasz go jeszcze z Pogorzeli.

Komes odwrócił się i szybko wyszedł. Gerlach chwilę popatrzył za nim i cofnął się do oświetlonego kwadratu.
– Wyjdź – rozkazał.
Uchyliły się niskie drzwi z ciosanych bali i zza tabernakulum wysunął się kilkunastoletni chłopak. Jego ubiór wskazywał na syna bogatego gospodarza lub osadnika, piastującego funkcję w książęcej administracji.
– Byłeś sam? – prepozyt wskazał skinieniem głowy gdzieś za siebie.
– Jakże to, poszli wszyscy za jaśnie wielmożnym panem…
– No, no! – Gerlach przerwał zniecierpliwiony.
Z mroku niszy z boku prezbiterium przywołał jeszcze jedną osobę, której postaci zaaferowany komes nawet nie zauważył.
– Oto wielce uczony pan, opowie ci dziś dalszą część historii.
– Prawda, to będzie?
Nieznajomy położył rękę na ramieniu chłopca.
– Było to w Zielone Świątki, roku 1184, gdy cesarz Fryderyk, Rudobrodym zwany, wydał turniej na cześć pasowania swoich synów na rycerzy. Do królewskiego miasta Moguncji przybył świątobliwy Guiot de Provins i opowiedział to zacnemu rycerzowi Świętego Cesarstwa Rzymskiego, kawalerowi Wolframowi von Eschenbach.
– Dobrze, już dobrze – oschle przerwał mu Gerlach i zwrócił się do chłopca – Zapamiętałeś com ci mówił ostatnio?
-Tak, wszystko – w głosie małego brzmiała zapalczywość i entuzjazm.
– Mów zatem.
Obaj mężczyźni stanęli w rogach oświetlonego kwadratu, sami pozostając w półmroku, twarzami zwróceni do ołtarza. Chłopak stał w świetle pochodni i mówił złożywszy dłonie jak do modlitwy:
– Pan nasz, Święty cesarz Rzymski Narodu Niemieckiego, Fryderyk sycylijski, uzurpator na tronie jerozolimskim…
…Jego dziad, Fryderyk, zwany Rudobrodym, pobił i wygnał Henryka, zwanego Lwem, syna Henryka, zwanego Pysznym z rodu Welfów…
Gerlach i nieznajomy uważnie słuchali słów wypowiadanych przez chłopaka, bacznie pilnując, czy nie pomija on najmniejszego choćby szczegółu.
– …I wtedy cesarz Otton, prawnuk cesarza Henryka, który pobił ród wyrastający z niecnego korzenia Karola, zwanego Młotem, i zabrał mu świętą ziemię w Lotaryngii i przywrócił diadem cesarstwa na prawowite czoło, w powrotnej drodze od księcia Bolesława, zwanego Chrobrym, zatrzymał się tutaj, w grodzie Sulęty.
– Wiesz, że książę, sprowadził tu rycerzy Świątyni? – Gerlach półgłosem zwrócił się do nieznajomego.
Tamten, mimo wyraźnego poruszenia, ściszył głos aż do szeptu:
– Tym bardziej musimy chronić Skarbu i Tajemnicy. Najlepiej by do chwili, gdy nadejdzie czas, w ogóle zatrzeć ślad pobytu cesarza w tej okolicy. Czy ona sama jest bezpieczna? Nikt się nie domyśla? Nic jej nie grozi?
– Zostawimy Strażników. Ani templariusze, ani nikt inny nie zerwie nam naszej maleńkiej szczepki, choćby i przez następne 200 lat.
– Słyszałem pewne plotki…
– Nikomu nie da się wierzyć, nawet własnemu bratu. On teraz książęcy, i duszą i ciałem. Chciwość, złoty cielec. Zresztą na księcia nie liczę, nie musi zatem wiedzieć. Pobożność świętej Jadwigi i jej oddanie Sprawie wystarcza nam za gwarant za ich oboje…
– Nie o tym mówię. Czy to prawda, że nie dopilnowałeś, że sok z naszego grona został zanieczyszczony?
– Najważniejsza jest Tajemnica, a akurat temu krzewowi i tak już nic takiego nie zaszkodzi. Prędzej pomoże. Niech się spokojnie krzewi. Zaowocuje, bo taki jest Plan. Zaś pamięć o cesarzu i jego namiętności tutaj, już dawno płyną podziemnym strumieniem przez Arkadię. – Gerlach roześmiał się – A wiesz, że tu jest nawet dobry klimat do uprawy wina?
Przybysz pokręcił przecząco głową.
– Słyszałem, że ON też jest Saksończykiem. A jeżeli to nie przypadek, jeżeli ktoś realizuje inny, przeciwny naszemu plan, to to jest wyraźny znak. Dobro i zło, szczep i trucizna przychodzą TU, w to miejsce, jedno za drugim z tego samego źródła.
– Zaufaj mi. Ja działam. Ja ochronię. A jeślim ci za mały robak, to zaufaj świętej księżnej, która też działa. Wszakże ja sam… Oboje jesteśmy narzędziem w ręku Pana, w tym w końcu miejże ufność, na Boga!
Chłopak od dłuższej chwili stał już, skończywszy swoją lekcję i słuchał z otwartą gębą.

V.

Ze stoków Winnej Góry dolina Sulęcina wyglądała jak wrzeciono wciśnięte między dwa zalesione grzbiety. Z lewej strony wrzeciono to opływała wąska, ale głęboka Postomia, podążając prosto na spotkanie wysokiej, okrągłej góry, zamykającej widnokrąg od północy. Po wejściu na szczyt nowa perspektywa przydawała zaskakujących wrażeń. Jak okiem sięgnąć, przestronny plan pokrywały równoległe, poprzecinane przełęczami grzbiety, pomiędzy którymi, jasnymi plamami dojrzewających zbóż, ciągnęły się głębokie kaniony. Ich dnem płynęły wąskie rzeczki, zaś w kierunku południowego wschodu – pękł naszyjnik z nanizanych błękitnych koralików jezior. Niezwykły to był widok: sfalowany kobierzec, poprzetykany złotymi, wijącymi się nićmi – jak z tej perspektywy odznaczały się doliny – z idącym na skos błękitnym ściegiem.

Grupka mężczyzn wspięła się na szczyt i przystanęła na brzegu opadającego ku rzece urwiska. Nie było po nich widać oznak zmęczenia, niemniej stojąc przez chwilę nieruchomo, podziwiali wijącą się posłusznie za nitką rzeki, wysadzaną wielkimi ostańcami, ścianę.
– A oto i pozostałości grodu Sulęty – wskazał ręką, odchodząc nieco od skraju, kanonik Witosław.
Nagi wierzchołek stanowił płytki krater o otoczce z bali powbijanych na ukos w ziemny wał. Podstawa owa zachowała się w stosunkowo w niezłym stanie, jeśli porównać ją ze zwieńczeniem. Coś co niegdyś pobudowano jako okrąg ścian, do dziś pozostało już tylko drewnianym szkieletem; gdzie niegdzie, z rzadka wisiały nadpróchniałe deski. Od strony Postomii konstrukcja przypominała wyniosłość wieży, ale tu też ku niebu sterczały tylko ułamane w połowie słupy nośne.
– Jak nam wiadomo – podjął opowiadanie kanonik – łużyccy Lubuszanie zamieszkali tu na długo przed księciem Mieczysławem, który w Bożej łaskawości, zechciał był przynieść na Lubuską Ziemię światło prawdziwej wiary. Od strony dzisiejszego Sulęcina – zatoczył ręką łuk w kierunku, z którego przyszli – było pierwsze lubuskie podgrodzie. Podówczas gród służył wszystkim mieszkańcom jako schronienie w razie napaści…
– Mądrze postąpili ci poganie. Miejsce niedostępne, zdatne do obrony. A wokół pod dostatkiem drewna i zwierzyny; w dole blisko woda i oba trakty na których zapewne często pojawiali się kupcy…? – chwalił rozglądając się Gaweł.
– Książę Mieczysław wprowadził w miejsce tych barbarzyńskich praw, prawa chrześcijańskie i stworzył civitas, przesuwając osadę kmieci i wyrobników w dolinę a w grodzie osadził miejscowego żupana, Sulęta, od imienia którego wieś Sulęcinem nakazał zwać.
– Tu – wyciągnięta ręka wskazała na pozostałość wieży – była mieszkalna czatownia, jako, że zamku nigdy nie wybudowano. Cała była obudowana deskami a na górze był podest, a nad nim wsparty w narożnikach, czteroboczny drewniany dach z masztem i flagą z godłem księcia.
Bero i Gaweł bacznie słuchali słów Witosława. Kasztelan Mroczko wrócił się kawałek w dół do trzymających wartę rycerzy. Pociągnął wina z bukłaku, zamienił kilka słów z Obiesławem i Naściwojem, po czym odwrócił się ku ruinom.
– Wracajmy mości komorniku. Czas na wieczerzę, a i wypocząć trzeba.
Kanonik skończył swą opowieść, spojrzeli więc jeszcze wokół i poczęli schodzić.
– Szczęście to móc ład chrześcijański prowadzić w te piękne okolice – zachwycał się Gaweł – Ale i księcia Jędrzycha nie mniejsza tu będzie zasługa… Rzec można – piękne dokończenie dzieła przez księcia Mieczysława poczętego.
– Zatem, pewne to już? – interesował się ksiądz.
– Będzie tu miasto, na nowym prawie, pieczęcią księcia gwarantowanym.
– Nowe prawo – nowe kłopoty – Witosław spróbował żartem nastroić Gawła do zwierzeń – Czy zwolnienie z dziesięciny in campo obejmie też miejscowych?
– Wszyscy oni tu teraz miejscowi – odpowiedział równie wesoło komornik – Nie widziałem ja jeszcze takiego przemieszania gości…
– Nie starczyło gotowizny, mości komorniku – Mroczko poczuł, że to o nim mowa – Sprowadzić z zagranicy tylu gości, aby zapełnić nimi całą osadę, znaleźć miejsce dla wyrugowanych miejscowych, a potem dać jeszcze wszystkim osadnikom, według książęcego prawa, 16 lat wolnizny – to dla mnie samego – niedostatek i upokorzenie.
– To pewnie i teraz zbyt się nie ucieszyłeś mości panie pogorzelski – konfidencjonalnie prowokował Gaweł – Nowe prawo, to nowe przywileje – i naraz zakończył bardzo poważnie, władczym tonem – Sam widzisz mości kasztelanie ile tu trzeba zrobić, by było miasto! Nowe ulice, nowe domy, nowy kościół, rynek – ale miasta, to porządek w księstwie! To zyski z handlu i rzemiosła, na których księciu bardzo zależy… – warto ponieść pewne obciążenia, mości kasztelanie. Gdy miast wspomagać w budulcu i żywności, będziemy pobierać wszystkie daniny w zbożu i w inwentarzu, osadnikom nie będzie się opłaciło z daleka do nas przyjeżdżać i skąd wtedy weźmiemy, tak potrzebnych, rzemieślników i kupców? A książę przecież widzi i twoje, mości kasztelanie, problemy i dlatego pomaga w tej prywatnej lokacji…
Mroczek odczytał ostatnie zdanie jako naigrywanie z siebie. Ale pozwolił sobie na zbyt nieostrożny dąs:
– Dużo mi z tego przyjdzie!
– Mówiłeś, mości komorniku, o nowym kościele? – wszedł w samo, rozpalające się, ognisko zwady ksiądz Witosław – Szkoda zatem wielka, że książę i z biskupem lubuskim, Wawrzyńcem, nie podpisał nakazu budowania kościołów z kamienia…
Gaweł odgadł o szło kanonikowi, uśmiechnął się więc i rzekł powoli:
– Przeto nie musisz księże Witosławie, ale możesz, ten zacny obyczaj zaprowadzić i tutaj.
Witosław nie przystając, wzniósł oczy ku niebu.
– Niech Panu naszemu, będą dzięki, za pomyślność tego dzieła.
Uszli jeszcze kilkanaście kroków, gdy nagle odezwał się milczący dotąd Bero:
– Mamy tylko problem z obsadzeniem wójtostwa, księże kanoniku. Byłby kandydat, dobry gospodarz, saski osadnik, ale ponoć związał się z miejscową dziewką jakowąś…
– Wybacz Panie Walterowi. Czas przyszedł na niego, mości wójcie średzki, żenić mu się trzeba… Rozprawiałem z nim już o tym – ale jeżeli nie chce słuchać… A tu będzie trzeba postąpić z prawem boskim, nie książęcym.
– Czyżby sprawy zaszły już aż tak daleko? – zmartwił się Gaweł – Szczerze bym żałował, jako że przypadł mi on do gustu.
– To wie tylko Bóg na razie – ksiądz Witosław złożył dłonie – Ja nie. Rady jeno sam szukam. W przewidywaniu i mądrości Pańskiej znajdując upodobanie, póki nie jest jeszcze zbyt późno na wnioski lubo decyzje… – dodał starając się by wypadło to skromnie, by nie wywołać cienia posądzenia o chęć wpływania na decyzje urzędu.
Cała czwórka, poprzedzana parą zbrojnych, powoli weszła między rozrzucone wzdłuż traktu chaty.

VI.

Słońce stało jeszcze dosyć wysoko, ale przebijająca się spomiędzy koron najwyżej rosnących drzew, krwistoczerwona kula wskazywała już na wieczorną porę. Ciemność w dolinie, zwłaszcza latem, zapadała jednak powoli.
Odbywało się długie misterium przechodzenia od dnia do nocy. Różowiejące niebo i opadająca nagle za linię horyzontu ognista kula, nie były widoczne zza ściany lasu – tu niebo z błękitnego stawało się mleczne, potem szare, bardziej szare, aż w końcu bure i pojawiały się pierwsze gwiazdy. Migotały sobie, hen tam wysoko, a z coraz mniej wyraźnie rysującego się po bokach lasu, słychać było chór dzwonków i chrapliwe pokrzykiwania. To wracały na nocleg sulęcińskie stada, poganiane przez pastuchów. Tym ostatnim wtórowały dźwięczne głosiki dojarek, które przygotowały już wszystko do wieczornego udoju i zniecierpliwione wybiegły na spotkanie nie widzianych od obiadu chłopców. Teraz, latem, mogły się nimi nacieszyć, gdyż za chwilę stróże oznajmią porę snu i nikt nie wyjdzie poza pełną siana stodołę. Zimą, jesienią i wiosną przegrywały jednak w długie wieczory z karczmą Odona.

Kwatera komesa Mroczka znajdowała się w domu zmarłego sołtysa, pośrodku wsi. Wiola, sierota po Mojku, przeniosła się wraz z młodszym rodzeństwem, na czas pobytu dostojników do domu swego stryja. W całym obejściu pozostała tylko domowa służba, jako że bydło i owce wraz z zagrodnikami zostały już oddane kasztelanowi bądź rozdzielone między rodzinę.
Budynek mieszkalny stał szczytem do lubuskiego traktu, w rogu prostokątnej terasy wznoszącego się z drugiej strony stromo nad rzeką. Skłon porastały wysokie trzciny i wiklina, a pomiędzy nimi wiła się do góry ścieżka wychodząca między Mojkową oborą i stodołą. Tu, w świetle księżyca, zjawił się odświętnie ubrany Walter. Zbiegł od strony obejścia i stanął w momencie, gdy mu pod butami zachlupotało błoto. Rozejrzał się niecierpliwie, ale Racława już czekała, Wiola jednak zastąpiła ją przy kołysce… Kochana Wiola, nie zawiodła swej przyjaciółki, w ten najważniejszy dla niej dzień, kiedy wszystko miało się wydać i wszyscy mieli uznać ich tajemnicę za swoją. Za prawo, ich prawo, wzięte przecież ze zgody urzędników samego brodatego księcia i jego świętej żony, śląskiej Jadwigi. Jaki ten Walter potrafił być ważny, wspaniały…
Ciepła, czerwcowa noc sprzyjała zabawie na świeżym powietrzu. I chociaż osada miała jeszcze zwolnienie z obowiązku goszczenia ludzi księcia, to przecież brak gospodarza, czynił okazję wyjątkową. Wieczerzano zatem i u komesa Mroczka na specjalnie w tym celu przygotowanym podwórzu, zajadając to co zostawił po sobie nieboszczyk, a czego nie miał już wziąć skarb księcia. Stoły ustawiono w podkowę, tak by siedzący na jej grzbiecie Mroczko miał przed sobą drzwi chaty. Im dalej od kasztelana, tym mniej znaczni ucztowali goście: od książęcego komornika i miejscowego proboszcza począwszy aż po co bogatszych kmieci – osadników – Głąba, Pirosza, Konrada.
– Gdzież to tym razem Bóg cię prowadził, zacny al Sahinie? – dopytywał się kasztelan ryczyński u zakąszającego naczelnika karawany.
Kupiec powstał i skłonił się.
– Jak wiesz panie, jadąc w miesiącu kwietniu z Flandrii i Niemiec złożyliśmy tu, w Sulęcinie, duże zamówienie na miód i skóry, po czym pokładając swą ufność w wszechogarniającej mocy Allacha, podążyliśmy wioząc piękne tkaniny do Gdańska. Wracamy teraz oto, po drodze zawitawszy jeszcze do sławnego miasta Kołobrzegu.
– Długo zamierzacie u mnie gościć? – i widząc niefrasobliwie tkwiącą w swym pytaniu niegrzeczność, komes szybko dodał – Cieszy mnie wielce wasz pobyt, handel daje duże zyski. A ja tu teraz nie mniej sławne miasto mieć będę.
Al Sahin, siedząc już, położył sobie na talerz kurę i odrzekł:
– Niestety, pilnie oczekują nas na dworze. Książę Henryk też ceni nasze towary.
– Słyszałem – wtrącił się Gaweł – że księżna Jadwiga chce podarować trzebnickiemu klasztorowi wyprawę dla 80 mniszek… – popił mięso piwem – Zatem, musicie dużo mieć płótna?
– Tak, i akurat tyle, by móc podarować wspaniałą sztukę i wam panie.
– Chciałem właśnie uczynić taki zakup. Pozostawicie je dla mnie we Wrocławiu. Za kilka dni wracam, jak chcecie możecie poczekać a weźmiemy was aż do Głogowa pod opiekę książęcego pocztu.
– O, to bardzo korzystne rozwiązanie, panie. Niech będzie mi wolno podziękować i dołożyć do podarunku niezwykły, cenny naszyjnik dla jejmości komornikowej.
Głównym tematem przy oświetlonych pochodniami stołach była jednak polityka.
– My nie możemy mieć zaufania do księcia polskiego, nasza wiara jeno przy panu Śląska – perorował swemu najbliższemu otoczeniu Wyprecht. – Ojciec mój wywalczył sobie wolność jeszcze pod księciem Władysławem, ale co to była za wojna. Przed rycerstwem kazał książę przodem puścić jakowąś wiedźmę, coby znaki odczytywała jak wroga podejść. I wszyscyśmy tak czarom zawierzyli, że stosowną ostrożnością wzgardzili i Niemiec, co gród trzymał, wywiedział się o nas i pobił. Wiedźma zaś ze swym przetakiem, co to nim wróżyła, pierwsza ducha swego oddała…
– Nie tak się bije książę Jędrzych – rozmarzył się Menold – Ale i jemu arcybiskup magdeburski Lubusza nie oddał.
– Za to ostatnia wyprawa była udana – chwalił się Witigo – A książę wreszcie ruszył i Ślązaków do walki…
– Wiedział kogo wziąć z sobą na victorię – zażartował Wyprecht – Mój ojciec wywalczył wolność sobie, choć grodu nie obronił. Ja, już wolny, uwolniłem Lubusz.
– Najwięcej myśmy tak zrobili…! – obruszył się Menold – Straty samej tylko nam to przydało… Handel podupadł, w polu nie miał kto robić…
Podobne żale padały i z ust Mroczka:
– Siedem lat jak książę Jędrzych w swej łaskawości zechciał być nadać mi tę ziemię… I co ja z niej mam? – same kłopoty. A gdy jeszcze i na miejscowych padł obowiązek kontygentów wojskowych… – to już zupełna ruina…
Gaweł nie chcąc dłużej tego słuchać, wstał. Dał znak ręką, że chce mówić i gdy przy stołach zaległa cisza, zwrócił się do pozostałych:
– Zebraliśmy się tu dziś wszyscy, mieszkańcy osady, przy boku komesa Mroczka, pana tych ziem z woli księcia, by omówić ważną kwestię. Ukochany pan nasz Jedrzych, prześwietny książę śląski, lubuski i krakowski, pan na Opolu i Sandomierzu, postanowił, w swej wspaniałomyślności, obdarować sulęcińskich osadników prawem magdeburskim. Chciałbym wyjaśnić na czym ono polega.
Kmiecie siedzieli pilnie zasłuchani, nie śmieli tknąć jadła ni picia. Gaweł tymczasem nie siadł bynajmniej, ale żywo gestykulując jął się przechadzać wzdłuż podkowy stołów, mówiąc:
– W związku z nową lokacją zawieszone zostają wszelkie dotychczasowe zobowiązania wasze wobec nas, księcia Śląska, a na rzecz komesa Mroczka i biskupa lubuskiego Wawrzyńca, obywatele miasta otrzymają kolejne 10 lat wolnizny, licząc od dziś. By jednak po raz drugi nie zubażać kasztelana, waszego pana, nadanie wolności nie odnosi się do ludności poddańczej i pozbawionej praw obywatelskich lub własności. Macie poza tym obowiązek udziału w obronie miasta i kontygentu wojskowego – ilość zbrojnych, do których wystawienia, wyłącznie z wolnych obywateli, posiadających jakąś własność w Sulęcinie, miasto będzie zobowiązane, ustalimy wspólnie, z Rada, po spisaniu ludności. Obowiązki wojskowe ponoszą wszyscy równo, zarówno byli goście, jak i dawni miejscowi.
– Po okresie wolnizny będziemy pobierać czynsz, opłatę targową i celną. Handlować będzie wolno tylko w domu kupców, który zbudujemy, a będzie to wyglądało podobnie do tego co już teraz robicie, w karczmie. Od handlu będziecie płacić podatek, w pieniądzu, w określonej kwocie będziecie też uiszczać dziesięcinę.
– Prawo miecza pozostaje przy kasztelanie, który sprawuje je w naszym imieniu. Także samo spory z innymi ludźmi, czy to książęcymi, czy biskupimi, rozstrzyga kasztelan. Niższy sąd dla miasta i całego klucza, który określimy, sprawować będzie wójt. Ma on się opierać o ławę miejską… W zakresie prawa wsi, władzę sprawuje dalej sołtys.
Gdy skończył, przy stołach wszczął się ruch. Tak gorączkowa dyskusja nie przystawała, wprawdzie, osadnikom w obecności komesa, ale nikt jej nie przerywał; komornikowi szło właśnie o to, by kmiecie się teraz wypowiedzieli.
Pierwszy wstał Wyprecht.
– A zatem, będziemy mieli teraz i wójta i sołtysa?
– Tak. Sołtys będzie zarządzał wsią a wójt całym kluczem, którego granice określimy po potwierdzeniu nadania komesowi Mroczkowi.
– Kim mają być ci ławnicy? – dopytywał się Witigo.
– Wybierzecie ich sami z wolnych i posiadających własność obywateli…
– A prawa sołtysa, kto przejmie? Kto będzie rozdawał przywileje: karczmę, połów, kuźnię?
– Przywileje pozostaną przy rzemieślnikach i wyrobnikach, gdyż ich fachowość gwarantuje największe zyski. Handlem mają zajmować się, sprowadzeni zza granicy, i od tej chwili już, w rzeczy samej, miejscowi, kupcy. A kogo będzie stać, może zasadzać, za zgodą pana, nowe wsie. I wtedy jego przywileje pozostają bez zmian – 1/6 wszystkich gruntów, prawo założenia młyna, karczmy, połowu ryb, bez obciążeń na rzecz pana.
– Czy niewolni mogą wchodzić do kontygentu wojskowego?
– Niewolni nie są własnością miasta, ale suwerena! – zdenerwował się Mroczko. – Za dużo byście chcieli. Sami musicie brać udział w wyprawach…
– Może wam się to zresztą przydać – roześmiał się Gaweł – Macie prawo zawiązać straż miejską na wypadek niepokoju. Są tu jacyś grasanci w okolicy? – zwrócił się do proboszcza.
Ksiądz Witosław zrobił ręką znak krzyża.
– Dzięki Bogu, spokojna to okolica… Odkąd książę Jędrzych mocną ręką po nią do Brandenburga sięgnął…
Tak dyskusja zeszła w końcu na wybór sołtysa i wójta. Zapytany przez kogoś wprost, Gaweł najpierw usiadł. Ucichło wokół stołów i dostojnik zaczął spokojnie swą przemowę:
– Jeśli chodzi o sołtysa, to nie widzimy problemu. Pozostała po Mojku sierota dziedziczyć, zgodnie z prawem salickim, nie może, ale jest brat zmarłego…
Stronnictwo Wyprechta odetchnęło, dały się słyszeć jakieś szepty, ale szybko ucichły; Gaweł kontynuował:
– Na wójta trzeba powołać kogoś poważanego i nietępego, choć trochę rozgarniętego. Musi on posiadać autorytet u mieszczan, zgodę kościoła i zaufanie nasze oraz komesa Mroczka. Rozmawialiśmy już z księdzem proboszczem i z wami, i podjęliśmy decyzję – komornik zawiesił głos i pochylił się ku dającemu mu znaki księdzu. Kmiecie nie mogli spokojnie wytrwać i podniósł się szum. Gaweł wzniósł rękę – Musimy przy tym pamiętać o poszanowaniu praw boskich i naszego, ziemskiego, o przyszłości, stanie gospodarstwa i rodziny – chwilę jeszcze kluczył, w końcu znacząco puentował – Kto wolnym będąc na przykład, łączy się z niewolną, traci wolność, taki więc, nie może pełnić żadnych funkcji. Zatem wójtem mianujemy w imieniu ukochanego pana naszego, Jędrzycha, kowala Witigo Bawarczyka i zgodnie z wolą pana miasta Sulęcina, komesa Mroczka z Pogorzeli, kasztelana ryczyńskiego, nadajemy mu 10 łanów flamandzkich i zwalniamy dla podniesienia majątku jego ze wszelkich świadczeń, prócz kościelnych, na zawsze, oraz nadajemy parcelę pod budowę kamienicy przy rynku jak również materiał na nią…

Ruch wokół stołów wszczął się spory. Panowie dozwalali, kmiecie więc świętowali – jedni zwycięstwo, inni… zwycięstwo tych drugich.
Walter wstał i bez słowa usunął się od stołu, po czym pośpiesznie odszedł gdzieś w ciemność. Gaweł wprawdzie później, gdy już ponownie uspokojeni kmiecie słuchali księdza, pana i urzędników, zauważył wolne miejsce między Menoldem a Konradem, ale czy skłonił go ten widok do jakiejkolwiek konkretnej refleksji, należy wątpić. Co najwyżej, mógł się przez mgnienie myśli pozżymać na głupca, który nie potrafił docenić pańskiej gościnności. Miejsce oczywiście pozostało już puste do końca wieczerzy.

VII.

Brzask. Zapiał pierwszy kur. Po obejściu krąży postać opierająca się na kiju. W chacie załkało dziecko – postać zatrzymała się nasłuchując. Nie poznasz, czy ktoś za ścianą się poruszył, ale płacz ustał.
– Jest dziś, została – w głosie stróża słychać ulgę. Derwan spojrzał w stronę, gdzie dopiero co niedawno ucichły głosy rozochoconych winem i polityką kmieci. Tam wśród nich był ON, groźny i czyhający, niebezpieczny Walter. Ale Racława niezagrożona pilnowała tutaj, za ścianą, dziecka tego, który dawał jej chleb i kąt.
Derwan niemal z radością ruszył kolejny raz naokoło obejścia. Rozpierała go duma, że oto może swą pracą podziękować Bogu za to, że tak wspaniale urządził dla tej dziewki świat. Zajęcie u bogatego kmiecia i to w samym jego domu, z jego synem. Kto wie, czy może gdy Pan pobłogosławi i JEJ, to i TAMTO dziecko będzie mogło się wychowywać w domu, i znajdzie w nim dobry chleb i kąt do spania.
Stary spojrzał na jaśniejące coraz bardziej niebo. Bóg zawieruszył gdzieś w pamięci swego wiernego stróża, że w chacie sypia teraz przecież jeszcze jedna niania, bratanica gospodarza… Ludzie, którzy niegdyś powiedzieli mu to wszystko o Racławie, co powiedzieli a potem nakazali mu czynić to, co nakazali, czasem, po latach wydawali mu się jakby nigdy naprawdę nie istnieli, jakby przybyli doń tylko w którymś ze złych snów, dawno przyśnionych i równie dawno zapomnianych. Zapomniał by może ich rzeczywiście, gdyby nie znak, który mu zostawili i który tak boleśnie mu ciągle o sobie przypominał i nie pozwalał sprzeniewierzyć się obowiązkom, którymi go obarczono. Wtedy nie zdawał sobie z tego sprawy, ale obarczono go wbrew jego woli, tak naprawdę nie był stworzony do takich spraw. Trwożyła go wiedza o Racławie i o tym co ta niewolna dziewka, której dziadkiem go uczyniono, znaczyła przez zaistniały splot okoliczności, na który ani on, ani nikt ze znanych mu ludzi nie miał wpływu. Był bardzo zmęczony ciągłym czuwaniem, dźwiganiem ciężaru kłamstwa, którym się posługiwał, gdyż stało się treścią jego życia. Bóg ani nikt z ludzi, którzy go wtedy nawiedzili nie pomagał mu, nie wspierał go. Mógł się zatem w końcu raz pomylić i cieszyć z czegoś co nie miało miejsca, a właściwie – z tego, że nie stało się to, co jednak tak naprawdę się stało.
– Zaraz pora na dojarki – pomyślał trzeźwo Derwan.
Wstawał kolejny dzień czerwca 1232 roku.

Z życia na emigracji

Joanna Trümner

Rodzina

Ze zdziwieniem patrzyłam na księdza wyjmującego z teczki małe skórzane pudełko z miniaturowym świecznikiem na dwie świeczki i małą buteleczkę z olejem. „Zestaw ostatnie namaszczenie” – pomyślałam, zaskoczona, że przemysł zajmuje się produkcją takich przedmiotów.

Odmawiałam wraz z innymi w pokoju modlitwy dawno nie używane, schowane w zakamarkach pamięci słowa i myślałam o tym, że każdy ksiądz jest tylko urzędnikiem. Ten urzędnik nie zadał sobie nawet trudu, żeby zapamiętać twoje imię i kilkakrotnie podczas odmawiania modlitw patrzył najpierw na ciebie a potem na zebranych w pokoju z pewnym zażenowaniem i niemą prośbą o podpowiedź. „Brakuje tylko, żeby życzył ci szybkiego powrotu do zdrowia” pomyślałam – niestety i tego nie zabrakło. Dla niego cała ta absurdalna sytuacja to tylko jeden z terminów, zapisanych w rozliczeniu godzin pracy w rubryce „ostatnie namaszczenie” – wiek, adres, godzina.

Nie mogłam dłużej znieść tej atmosfery śmierci w twoim domu, wyszłam na spacer do niedalekiego parku i siedząc na ławce myślałam o tym, jak różne były nasze drogi na emigracji.

Przyjechałeś do Londynu jako dziewiętnastolatek do ojca, którego znałeś tylko z fotografii i którego obraz coraz bardziej ci się zamazywał. Był jednym z tysięcy żołnierzy armii Andersa, którzy nie mogli po wojnie wrócić do Polski, nie mówiąc już o powrocie do żony i dzieci w Wilnie.

Nie wiem, jak wtedy wyglądało to miasto-moloch, mogę sobie tylko wyobrazić jak przerażony byłeś tym nieznanym językiem, ogromem Londynu i sytuacją rodzinną. Ojciec już odbierając was ze statku w Tilbury oznajmił, że wam pomoże i będziecie z nim mieszkać, a „ona” (nigdy potem nie nazwał twojej matki inaczej) ma załatwioną pracę i mieszkanie gdzie indziej i zawiezie „ją” tam jeszcze dzisiaj. Zobaczyłeś w oczach matki zagubienie i strach – strach, który z latami zmienił się w chorobę psychiczną. Jeszcze tego samego wieczoru, po wspólnej kolacji, z której pamiętasz wściekłe spojrzenia ojca i milczenie przerywane tylko uwagą „Ale z was zrobili Rusków!” zawiózł ją samochodem do nowego mieszkania.

Matka zamieszkała w wynajmowanym pokoju na Finchley Road, który przez następnych 26 lat stał się jej refugium i gdzie, w miarę upływu lat, zamieszkiwało coraz więcej osób – głosy przemawiające do niej z radia, a później z telewizora, jej zmarła przed wieloma laty matka, przyjaciółki z Wilna. Mieszkała w swoim świecie – świat na zewnątrz składał się z drogi z pracy do domu i zakupów u Żyda, który miał sklepik na rogu ulicy. Jej Londyn składał się z dwóch ulic na prawo i jednej na lewo. Gdyby kiedykolwiek odważyła się pójść dalej, na pewno zgubiłaby się w bezmiarze domków podobnych do siebie jak dwie krople deszczu. W torebce zawsze nosiła kartkę z adresem i telefonem ojca, której nie musiała wyjąć ani razu przez 26 lat życia w Londynie.

Ojciec załatwił jej pracę w pracowni kapeluszy, wykonywanych na zlecenie dworu królowej. Matka była prawdziwą mistrzynią, nikt w całym zakładzie nie miał tyle cierpliwości do igły i nici co ona, przed dostarczeniem kapeluszy do Buckingham Palace były one poddawane jej inspekcji – znałazła każdy błąd, niechlujnie skrojony wzór, byle jakie wykończenie. Dzięki temu talentowi przepracowała tam 20 lat, nikomu w pracowni nie przeszkadzały jej podekscytowane rozmowy z nieistniejącymi osobami. Miłość do męża i żal o to, że nie ma przy sobie dzieci, zastąpiła miłością do pieniędzy, wpadła w obsesję oszczędzania, gromadziła funty, pochowane w gotówce w kilku miejscach pokoiku na Finchley Road, nie udało ci się nigdy przekonać jej do założenia konta w banku. Co tydzień w sobotnie popołudnie wyjmowała pieniądze z różnych skrytek w pokoiku, liczyła je i pokazywała wszystkim wyimaginowanym osobom, które z nią mieszkały. Nigdy nie dała się przekonać co założenia konta w banku, przed przeprowadzeniem się do domu starców zaszyła swoje skarby w poduszkach, których prawie nigdy nie wypuszczała z rąk.

Tymczasem ty z siostrą zamieszkałeś w domku kupionym przez ojca na południu Londynu. Zadbał o was, znalazł ci pracę w zakładzie samochodowym. Dzięki życzliwemu właścicielowi – Polakowi – wiele się mogłeś nauczyć i poznałeś kilku rówieśników. Zacząłeś chodzić na potańcówki do polskiego kościoła na Devonia Road i po roku miałeś już spore grono znajomych. Zacząłeś powoli uczyć się angielskiego i zapuszczać korzenie w tym nowym miejscu. Twoje stosunki z ojcem poprawiły się od czasu, kiedy przestałeś poruszać sprawę matki. Opowiedziałeś mu o przesłuchaniach przez KGB w Wilnie i o tym, że tylko jakimś cudem (nie wiedziałeś wtedy, że tym „cudem” była zapłacona przez ojca dziwnymi kanałami łapówka) udało wam się repatriować do Polski i uniknąć wywózki na Syberię. Od tej rozmowy ojciec zaglądał do matki częściej, kupował jej czasami coś do jedzenia albo jakiś kosmetyk. Święta spędzaliście razem – ojciec, matka i dzieci – nieistniejąca rodzina, która przez kilka dni starała się zachowywać pozory normalności.

Zacząłeś poznawać świat ojca i jego podejście do życia. W czasie wojny został ciężko postrzelony przez Niemców i tygodniami walczył o życie. Przyjechał do Anglii bez jednej nerki i jako schorowany mężczyzna nie musiał przechodzić typowej dla byłych żołnierzy armii Andersa drogi – na nich czekały w Anglii najcięższe fizyczne prace w cementowiach, kopalniach i na polach. Ojcu udało się uzyskać rentę z Niemiec, dzięki której nie musiał pracować. Żył jakby każdy dzień był ostatnim dniem w jego życiu – na początku twojego pobytu zachowywał jeszcze pozory, tylko czasami zostawiał was i wychodził wieczorami. W miarę upływu czasu zaczął opowiadać ci o wyścigach psów i pokerze, na których wygrywał i tracił duże pieniądze. „To tylko papier, zdrowia za to nie kupisz” – mówił, pożyczając nieraz od ciebie drobne sumy.

Nie opowiadał ci o kobietach, z którymi spędzał wieczory wolne od wyścigów. Prawdę o nich poznałeś porządkując zdjęcia po jego śmierci. Na jednym z nich uśmiechnęła się do ciebie śliczna, młoda kobieta trzymająca w ramionach niemowlę – „Your Francis”.

Ojciec zapoznał cię też ze światem polityki – podobnie jak dla tysięcy innych, mieszkających w Anglii byłych żołnierzy armii Andersa jedynym legalnym reprezentantem Polski był dla niego rząd w Londynie. Pilnie śledził nowe ustawy i komunikaty, publikowane w polskiej prasie. Tobie, który do dnia przyjazdu do Londynu nie wiedziałeś nawet o istnieniu tego rządu z teczkami, ministerstwami i zmieniającymi się co kilka lat siedzibami – rządu bez kraju, wydawało się to na początku dziwne, momentami nawet śmieszne – nie wyrażałeś jednak swoich opinii bojąc się go zranić. Z czasem przyzwyczaiłeś się do tej fikcji, a z upływem lat spędzonych w Anglii zacząłeś się posługiwać się językiem używanym przez „Dziennik Polski”, pełnym pogardy do „tymczasowych władz komunistycznych w Kraju”.

Matkę odwiedzałeś raz w tygodniu. Nie mogłeś zaakceptować tego, co się z nią działo. Nieraz myślałeś ze złością o ludziach, którzy uciekają od życia. Bo ta jej choroba wydawała ci się, podobnie jak alkoholizm albo uzależnienie od narkotyków, tchórzostwem – ucieczką od realnego świata, pełnego rozczarowań i niespełnionych marzeń, zobowiązań, rachunków, zależności i rezygnacją z codziennej walki. Dopiero po rozmowie z polskimi lekarzami zrozumiałeś, że to nie jest świadomy wybór i że nie wchodzi w grę żadna kuracja, a jedyną alternatywą byłby Szpital Psychiatryczny.

Lata mijały, marzyło ci się założenie własnej rodziny. Miłość, której tak bardzo szukałeś, przyszła do ciebie niespodziewanie jako zdjęcie podsunięte przez kolegę. „Przyjechała tu do ciotki z Manchesteru i nie chce wracać do Polski” – to jedyna informacja, jaką otrzymałeś na temat kobiety, z którą spędziłeś potem pięćdziesiąt wspólnych lat. Na kopercie ze zdjęciem zapisany był numer telefonu w Manchesterze i „Wiktoria – 19 lat”. W kilka miesięcy po pierwszym spotkaniu z Wiktorią zdecydowałeś się przedstawić ją matce. Niewielu rzeczy bałeś się tak bardzo jak tego spotkania. Kiedy po wyjściu z pokoiku na Finchley Road usłyszałeś „Przecież ona nic za to nie może”, wiedziałeś już, że los się do ciebie uśmiechnął i poprosiłeś Wiktorię o rękę. Po kilku latach przeprowadziliście się do miasta, które w porównaniu z Londynem było i jest głęboką angielską prowincją. Znalazłeś dobrze płatną pracę w fabryce samochodów. Kolejne lata mijały. Poznawaliście się, rodziły się dzieci. Tylko te stosunki z resztą rodziny. Ojciec zgadzał się z twoim wyborem i niecierpliwie czekał na wnuki, ale matka nie potrafiła zaakceptować kobiety, która zabrała jej syna, a w tej walce popierała ją twoja siostra, która nie chciała zrozumieć i zaakceptować waszego życia. Na szczęście spotykaliście się tylko tylko dwa razy w miesiącu, no i podczas tych wszystkich znienawidzonych Świąt.

Kupiliście mały domek – nazywałam go Domkiem Barbie, bo nie znam bardziej czystego i poukładanego domu. W salonie na widocznym miejscu wisiał łabądź z koroną – herb naszej rodziny, który twojemu ojcu otworzył drzwi na bankiety u Pani Generałowej i członków Rządu, a tobie dawał w ciężkich chwilach złudzenie, że nie jesteś tylko prostym robotnikiem, że czeka cię lepsze życie, że pójdziesz na studia i będziesz wykonywał łatwiejszą i lepiej płatną pracę.

I w Twoim życiu nie zabrakło pytań bez odpowiedzi: Dlaczego dziewczyna, z którą jeszcze przed Wiktorią chciałeś się związać, zostawiła cię dla kolegi? Dlaczego właśnie ty nie miałeś ani ojca ani matki, tylko pozory rodziny? Dlaczego nie udało ci się nauczyć dzieci dobrze mówić po polsku? Dlaczego dobry kolega – Anglik ukradł wymyślony przez ciebie patent i sprzedał za duże pieniądze jako swój? Dlaczego nie masz wnuków? Dlaczego synom nie zależało na skończeniu studiów? Dlaczego młodszy syn związał się z kobietą starszą o piętnaście lat?

Wróciłam z parku do Domku Barbie, żeby spędzić jeszcze trochę czasu z tobą. Rozmowa bardzo cię męczy, długo cię trzymam za rękę, chcę, żebyś wiedział, że jestem i że bardzo będzie mi ciebie brakowało. Razem z tobą odejdzie jeszcze dalej moje dzieciństwo, równocześnie cieszę się, że mimo tej potwornej, długiej choroby mogłeś ostatnie chwile spędzić w swoim domu, z kobietą, która była miłością twojego życia, z dziećmi i przyjaciółmi.

To dobry bilans.

Z sadów pradziadka do… złóż złota przy granicy chińskiej

Andrzej Rejman

Stanisław Doktorowicz-Hrebnicki

Dziadek był geologiem. Ukończył studia w Instytucie Górniczym w Petersburgu, i był przykładem Polaka, który studiował za caratu w Rosji a potem pracował naukowo, mimo wielu przeciwieństw, wojen i rewolucji. Był według wielu źródeł znakomitym uczonym. Do dziś na stronach miasta Brack nad Angarą wspomniany jest jego pobyt w tym mieście w 1920 roku w kalendarzu wydarzeń ważnych dla regionu.

1._Stanislaw_Hrebnicki_w_Petersburgu_ok_1912Dziadek w Petersburgu rok 1913

Albin Zdanowski (z Oddziału Górnośląskiego Instytutu Geologicznego w Sosnowcu) pisze opisując wyprawy zabajkalskie (1913-1914) St. Hrebnickiego:

2.Stanislaw_Hrebnicki_ok_1913_na_KaukazieDziadek na Kaukazie

“…20 sierpnia 1914 cała grupa zeszła w dolinę Gusinojego jeziora gdzie Stanisław Doktorowicz-Hrebnicki na powierzchni znalazł wychodnie czerwonych iłowców z wkładkami białych piaskowców oraz z pokładami węgla brunatnego przypuszczalnie wieku jurajskiego. To odkrycie zapoczątkowało dalsze badania geologiczne, rozwój przemysłu górniczego, a w konsekwencji budowę miasta Gusinooziersk….”

Czytam w Wikipedii: miasto Gusinooziersk – niegdyś miasto, a obecnie osiedle typu miejskiego w Azji, położone na terytorium Buriacji w Rosji (Syberia). Leży na północnowschodnim brzegu Jeziora Gęsiego w kotlinie gusinoozierskiej. Centrum rejonu selengijskiego Buriacji. 25 400 mieszkańców w 2005.

5._Stanislaw_Hrebnicki_w_pracy_w_Instytucie_GeologicznymDziadek podczas pracy w Instytucie Geologicznym

i dalej:

“…Rok 1916 był kolejnym rokiem poszukiwań wolframu w górach Kukulbej na wychodniach mezozoicznych intruzji granitowo-syenitowo-diorytowych, identycznych do tych na górze Bukuka, choć oddalonych od niej około 50 km na wschód. Takich form geologicznych na Zabajkalu, w pobliżu granicy z Chinami, odkryto kilkanaście.
Szczegółowe badania geologiczne tych struktur, rozpoczęte w 1916 roku m.in. przez S. Doktorowicz-Hrebnickiego, a następnie kontynuowane przez geologów rosyjskich (później radzieckich), doprowadziły do odkrycia złóż polimetalicznych, w tym złota i srebra, których nielegalna eksploatacja rozpoczęła się już w latach 20tych XX stulecia. Złoża w tych strukturach, częstokroć rozpoznanych czy też wykartowanych przez S. Doktorowicz-Hrebnickiego, są do dzisiaj eksploatowane w okolicach Nerczyńska i Sreteńska...”
(Przegląd Geologiczny nr 58/2005)

6a.notka_w_Zyciu_Warszawy_o_jubileuszu_SDH16b._notka_w_Zyciu_Warszawy_o_jubileuszu_SDH2

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Notka z Zycia Warszawy

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Pomyślałem sobie, ciekawe, jak to twórcza myśl jednego człowieka powoduje wiele następstw i wpływa na losy wielu ludzi w przyszłości…

A przecież Stanisław Hrebnicki był człowiekiem niezwykle skromnym, a jednocześnie pełnym poczucia humoru, czasem dość specyficznego, z pewnością bardzo “kresowego”.

Jego pasją i hobby była fotografia. Dzięki temu w archiwach rodzinnych znajduje się dziś wiele cennych zdjęć dokumentujących wyprawy geologiczne, życie codzienne, wiele tu zdjęć znajomych i przyjaciół, oraz rodziny, która była bardzo liczna.

4._Stanislaw_Hrebnicki_z_corka_Julia_Warszawa_lata_30teZ córką Julią w Warszawie 

Reblog: Oliwa

Julita Bielak

OLIWA DLA EWY MARII

Wybiegłam dzisiaj “po sprawach”, Kattinka na pewno uśmiechnie się wyrozumiale.

W Starej Oliwie załatwić można niewiele, tylko zwiedzać, spacerować, siedzieć na ławce w parku, przyglądać się turystom. Zjeść pizzę. I pokolorowaną cukrową watę. Gołębi karmić nie wolno. Z plikiem papierów czy dokumentów należy udać się do Olivia Gate. Po drodze minąć Kościół świętego Jakuba, stoi w najwyższym punkcie starej Oliwy, u zbiegu ulic Opackiej i Cystersów. A przy nim – kamień z charakterystyczną muszlą, spójrz, proszę, Ewo Mario. Powstaje projekt lub już istnieje przywrócenia Pomorskiego szlaku św. Jakuba. Sięgał kiedyś od Królewca przez Gdańsk i Szczecin do Rostoku. Celem projektu jest odtworzenie tego szczególnego szlaku i połączenie istniejącego dziedzictwa z szerszą siecią europejska – czytam na stronie Archikatedry Oliwskiej.

I do kościoła zwanego Jakubkiem, i do kamienia wrócę na pewno nie raz. I dalej, noga za nogą, do katedry, do parku, do Pałacu Opatów. W parku stoi altana.

Padał deszcz, niewielki, ale jednak deszcz. Specjaliści od robót na wysokościach myli okna, faceci.

***
Komentarze

kattinka33: Takie miejsca jak Oliwa budują w nas poczucie trwania. Idąc przez park, zawsze myślę: pamiętam…

juliczka: Choć opadły z tej pięknej, starej wiśni przed Pałacem Opatów kwiaty.

ewamaria030: Och, Juliczko, jak ślicznie. Znam już kilka punktów na kaszubskiej trasie do Santiago de Compostela, m.in. Łebę i Sopot. Oraz, oczywiście, Szczecin. W zeszłym roku widziałam muszle św. Jakuba w Olsztynie. Miejmy nadzieję, że wracamy do średniowiecza i średniowiecznej jedności Europy. Była zapewne równie żywa jak ta dzisiejsza, tylko, może, trochę mniej biurokratyczna. I mniej podlegająca kontroli. Gdzieś czytałam, że gdyby człowiek średniowieczny zobaczył – i pojął! – system kontroli, jakimu podlegamy zawsze i wszędzie, zapłakałby nad naszym losem, bo uznał by, że jesteśmy niewolnikami.

Cudny wpis, Juliczko!

ewamaria030: Oj, narobiłam byków w poprzednim komentarzu. Literówki mi wybaczcie, a jednego byka już tu natychmiast poprawiam. Szczecin jest oczywiście na trasie pomorskiej a nie kaszubskiej. Za to na kaszubskiej powstała fundacja świętego Jakuba, organizująca kaszubskie pielgrzymki.

juliczka: Na stronie internetowej http://www.archikatedraoliwa.pl w zakładce zabytki jest historia kościoła św. Jakuba, bardzo ciekawa. Jest też przedstawiony projekt Pomorskiej drogi św. Jakuba. I wirtualny spacer po katedrze.

Często przebiegam obok żółtego kamienia, zawsze, ale to zawsze przystaję na moment i kieruję myśli w Twoją stronę, Ewo Mario.

ewamaria030 (dialog jednoosobowy):

Juliczko, zrebloguję to u siebie, dobrze?
Dobrze, Ewo Mario.
No to dziękuję, Juliczko.

***

I wakacyjne przypomnienie z Jeleniej Góry. Szlak Jakubowy, który tam przeszłam wiódł z Zapory na Bobrze w Pilchowicach… Dokąd? No do Santiago, oczywiście. Ale ja przeszłam tylko kilka kilometrów dzikim jarem.