Cierpienie zwierząt 2. John Maxwell Coetzee “Hańba”

Hańba to powieść wydawałoby się, że o hańbie, jaką ściągnął na siebie David Lurie, 50-letni wykładowca uniwersytecki, przez romans ze studentką.

Jednak szybko okazuje się, że tak robią wszyscy i nie ta hańba jest tematem książki. Lurie wyjeżdża na prowincję i zamieszkuje u córki, Lucy, która prowadzi życie samotnej farmerki. Uprawia kwiaty i jarzyny oraz prowadzi hotel dla zwierząt, których właściciele muszą wyjechać. Takie nowoczesne rolnictwo, komentuje w myślach Lurie, psy i kwiaty. Przyjaciółka córki, Bev, prowadzi z mężem usypialnię niechcianych zwierząt. Córka ją w tym wspiera.
Również tu dosięgnie Luriego ludzka, społeczna hańba. Trzej czarnoskórzy napadną na farmę Lucy, zdewastują ją i, obezwładniwszy ojca, zgwałcą jego córkę.

„Ryzykuje każdy, kto cokolwiek posiada: samochód, buty, paczkę papierosów. Wszystkiego jest za mało, żeby starczyło dla wszystkich – za mało samochodów, butów, papierosów. Za dużo ludzi, za mało rzeczy. To, co jest, musi wejść w obieg, żeby każdy mógł się nacieszyć chociaż przez jeden dzień. Tak przy najmniej głosi teoria. Nie ludzkie zło, tylko ogromny układ krążenia, w którego funkcjonowaniu litość i zgroza nie odgrywają żadnej roli. Tak trzeba patrzeć na życie w tym kraju.” Tak ocenia Coetzee sytuację, w której Lucy stała się obiektem gwałtu i przemocy i które, jak to się często zdarza, stają się powodem hańby. Jej hańby, nie tych, którzy gwałcili, bili i rabowali.

“Lucy woli nie pokazywać się ludziom. Powodem jest hańba. Powodem jest wstyd. To właśnie osiągnęli niespodziewani goście; to właśnie uczynili tej pewnej siebie, nowoczesnej, młodej kobiecie. Plotka jak plama rozlewa się po okolicy. Nie do kobiety należy jej rozprzestrzenianie, lecz do nich – to oni są właścicielami scenariusza, który mówi, jak wzięli ją w karby, jak pokazali jej, po co jest kobieta.”

Ale i to nie jest prawdziwym tematem tej książki. I wciąż jeszcze to nie jest prawdziwą hańbą. Tematem i prawdziwą hańbą jest bowiem ludzka hańba, to, jak my, ludzie traktujemy zwierzęta.

„– Bev robi niesłychanie wiele dobra. Od lat jeździ do Village, przedtem z ramienia Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami, a teraz na własną rękę, mówi Lucy.

– Chyba z góry skazana jest na porażkę, odpowiada ojciec.

– Tak. Nie dostaje już żadnych dotacji. Na liście narodowych priorytetów nie ma miejsca dla zwierząt.

– Domyślam się, że jest zrozpaczona. Ty pewnie też.

– Tak. Nie. A zresztą, czy to ważne? Zwierzęta, którym Bev pomaga, nie czują rozpaczy, tylko wielką ulgę. (…) Jedynym istniejącym życiem jest to, które dzielimy ze zwierzętami. Taki właśnie wzór próbują dać światu ludzie pokroju Bev. Taki właśnie wzór staram się naśladować. Podzielić się ze zwierzętami częścią naszego ludzkiego uprzywilejowania. Nie chcę odrodzić się po śmierci jako pies albo świnia i prowadzić takie życie, do jakiego pod naszą władzą zmuszone są psy czy świnie.

– Lucy, kochanie, nie złość się. Tak, masz rację, inne życie nie istnieje. A co do zwierząt, to oczywiście, bądźmy dla nich dobrzy. Ale nie zatracajmy poczucia proporcji. Należymy do innej sfery stworzeń niż zwierzęta. Niekoniecznie do wyższej, po prostu do innej. Więc jeśli już mamy być dla nich dobrzy, róbmy to ze zwykłej wielkoduszności, a nie z poczucia winy czy z obawy przed karą.”

Lurie pomaga córce w opiece nad zwierzętami w jej hotelu. Podejmuje się też pomagać Bev.

„Wstaje i wychodzi na podwórko. Młodsze psy strasznie się cieszą na jego widok i zaczynają biegać w tę i z powrotem po swoich boksach, skomląc ochoczo. Ale stara buldożka ledwie się rusza. Lurie wchodzi do jej boksu i zamyka za sobą drzwi. Suka podnosi łeb, spogląda na niego i znów kładzie głowę na łapach; ma stare, obwisłe sutki.

Lurie kuca i łaskocze ją za uszami.

– Zostawili nas, co? – mruczy.

Wyciąga się obok niej na gołym betonie. Nad sobą ma blady błękit nieba. W mięśniach czuje nagły luz. I tak zastaje go Lucy. Widocznie zasnął (…). Weszła do boksu, niosąc kankę z wodą, a suka wstała i obwąchuje jej stopy.

– Zaprzyjaźniasz się? – pyta Lucy.

– Niełatwo z nią się za przyjaźnić.

– Biedna stara Katy, jest w żałobie. Nikt jej nie chce, a ona o tym wie. O ironio, w całej okolicy ma pewnie dzieci, które chętnie gościłyby ją u siebie. Niestety, nie mogą jej zaprosić. Same są tylko częścią umeblowania, systemu alarmowego. Robią nam ten zaszczyt, że traktują nas jak bogów, a my w zamian traktujemy je jak przedmioty.

– Ojcowie Kościoła, mówi Lurie, długo nad nimi debatowali i w końcu uznali, że zwierzęta nie mają dusz. Ich dusze są przykute do ciał i razem z ciałami umierają.

Lucy wzrusza ramionami.

– Nie jestem pewna, czy sama mam duszę. (…)

– Nieprawda. Jesteś duszą. Wszyscy jesteśmy duszami. Nawet jeszcze przed narodzeniem. Co z nią zrobisz? – pyta Lurie.

– Z Katy? Pewnie zatrzymam ją na stałe, jeżeli nie będzie innego wyjścia.

– Nie usypiasz zwierząt?

– Nie. Bev je usypia. Nikt inny nie chce, więc się podjęła. Okropnie dużo ją to kosztuje. (…)

­– Zgoda, pomogę Bev Shaw.”

Od razu pierwszego dnia Lurie musi pomóc w poskromieniu zdenerwowanego zwierzęcia. Bev każe mu pomyśleć coś dobrego, twierdzi, że psy wyczuwają myśli. Lurie ocenia to krytycznie, ale myśli coś dobrego i uspokojenie zwierzęcia się powiodło.

„– Dziękuję, panie Lurie. Ma pan dobrą aurę. Czuję, że lubi pan zwierzęta.

– Czy lubię zwierzęta? Jadam je, więc widać je lubię, a przynajmniej niektóre ich części. (..)

Kobieta zastanawia się nad jego słowami (…).

– Tak, w tym kraju jemy mnóstwo zwierząt – mówi. – Chyba niezbyt dobrze nam to robi. Nie bardzo wiem, jak im się z tego wytłumaczymy.

Wytłumaczymy, myśli Lurie? Kiedy? Na Sądzie Ostatecznym? Chętnie więcej by o tym usłyszał, ale to nie czas po temu.

Luriemu pomału świta, jakiego zadania podjęła się Bev. Ten ponury budynek to nie lecznica, (…) tylko wrota ostatniej ucieczki. Lurie przypomina sobie pewną historię (…). Czy to święty Hubert udzielił schronienia jeleniowi, który z tętentem kopyt wbiegł do jego kaplicy, uciekając przed myśliwskimi psami? Bev Shaw nie gra roli weterynarza, lecz kapłanki: z głową napchaną frazesami Ery Wodnika podejmuje absurdalne wysiłki, żeby ulżyć niedoli afrykańskich zwierząt.

(…)

W ośrodku są na stałe niemal wyłącznie psy, nie te zadbane, rasowe, które trzyma Lucy w swoim hotelu, lecz sfora wychudzonych kundli: tłoczą się w dwóch boksach, przepełnionych do granic możliwości, szczekając, ujadając, skomląc, skacząc z podniecenia.

Lurie pomaga kobiecie nasypać suchego pokarmu i nalać wody do koryt. Opróżniają dwa dziesięciokilogramowe worki.

– Jak pani za to płaci? – pyta.

– Kupujemy hurtem. Czasem urządzamy kwestę. Dostajemy darowizny. Prowadzimy darmowy punkt sterylizacji za stały zasiłek publiczny.

– A kto sterylizuje?

– Doktor Oosthuizen, nasz weterynarz. Ale przychodzi tylko na jedno popołudnie tygodniowo.

(…)

– Czy wszystkie umrą?

– Te, których nikt nie zechce. Uśpimy je.

– I to pani je usypia.

– Tak.

– I nie wzbrania się pani?

– Bardzo. Strasznie. Sama bym nie chciała, żeby uśpił mnie ktoś, kto by się nie wzbraniał. A pan by chciał?

Lurie milczy.

– Wie pani, dlaczego córka mnie tu przysłała? – pyta po chwili.

– Wspomniała, że ma pan kłopoty.

– Więcej niż kłopoty. Można by pewnie powiedzieć, że się zhańbiłem.”

Ta ludzka hańba pojawia się w narracji od czasu do czasu i z reguły coś ją zapowiada. Hańba, jaką jest krzywda zwierząt, może jednak pojawić się w każdym zdaniu. Nic jej nie zapowiada, nie powstrzymuje ani nie ogranicza. Jest wszędzie. „Kraj, w którym psy tak się hoduje, żeby warczały, ledwie zwęszą czarnego.” Albo: „to nie o lodówkę chodzi, tylko o jej zawartość: ochłapy, gnaty, rzeźnickie odpadki dla psów, które już ich nie potrzebują.” Bo zostały bestialsko zabite.

Tylko raz w powieści Coetzeego pojawiają się inne zwierzęta, nie psy.

„Owce długo piją, a potem bez pośpiechu zaczynają się paść. Są to czarnolice owce rasy perskiej, podobnej wielkości i maści, podobne nawet w ruchach. Zapewne bliźniaczki, od urodzenia przeznaczone na rzeź. No cóż, nic szczególnego. Kiedy ostatnio się zdarzyło, że owca padła ze starości?

Owce nie rządzą sobą, ich życie nie jest ich własnością. Istnieją po to, żeby był z nich pożytek, z każdego grama owczych ciał: mięso zjedzą ludzie, kości utrze się na mączkę i nakarmi nią drób. Nic się nie wymknie, może z wyjątkiem pęcherzyka żółciowego, bo jego nikt nie zje. Kartezjusz powinien był na to wpaść. Dusza zawieszona w ciemnej, gorzkiej żółci, ukryta. (…) Owce pożyją do sobotniego ranka, czyli jeszcze dwie doby. Dosyć żałosny sposób na przeżycie ostatnich dwóch dni, jakie ma się przed sobą. Wiejskie obyczaje – tak kwituje to Lucy. Luriemu nasuwają się inne słowa: obojętność, nieczułość. Skoro wieś może osądzać miasto, to i miastu wolno osądzić wieś.”

(…)

„Kiedy tylko może, jeździ do kliniki Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami i robi wszystko, co nie wymaga żadnych umiejętności: karmi, sprząta, myje podłogi.

W klinice zajmują się psami; dla zwierząt gospodarskich Village posiada własną weterynaryjną mądrość, własną farmakopeę, własnych uzdrowicieli. Psy trafiają do kliniki chore na nosówkę, z połamanymi łapami, z zainfekowanymi ukąszeniami, ze świerzbem, z objawami zaniedbania, dobrotliwego lub złośliwego; trafiają tu ze starości, z niedożywienia, z pasożytami jelit, głównie jednak przez własną nadmierną płodność. Jest ich po prostu za dużo. Kiedy ludzie przywożą psa, nie mówią wprost: „Przywiozłem go, żebyście go zabili”, ale tego właśnie oczekuje się od personelu: że zrobi z psem porządek, usunie go ze świata, wyprawi w niepamięć. To, czego się w istocie wymaga, to Lösung (niemiecki zawsze usłużnie podsunie odpowiednio neutralną abstrakcję): sublimacja, taka jak wtedy, gdy z wody sublimuje się alkohol i nie pozostaje żaden osad ani smak.

Toteż w niedzielne popołudnia drzwi kliniki zamyka się na klucz, a potem Lurie pomaga Bev Shaw lösen te psiska, które w danym tygodniu uznano za nadliczbowe. Jednego po drugim wybiera z boksu na tyłach budynku i prowadzi albo niesie do gabinetu. Każdemu z nich w jego ostatnich minutach Bev poświęca bezgraniczną uwagę: głaszcze, przemawia, próbuje ułatwić odejście. Jeśli psy rzadko ulegają tym czarom, to dlatego że przeszkadza im obecność Davida, który wydziela nieodpowiedni zapach („One potrafią wywęszyć ludzkie myśli”), swąd wstydu. Ale to właśnie David je trzyma, żeby stały nieruchomo, zanim igła trafi w żyłę, narkotyk uderzy w serce, łapy się ugną, a ślepia zmętnieją. Myślał, że przywyknie. Ale jakoś nie przywykł. Im więcej ma za sobą egzekucji, tym bardziej jest roztrzęsiony. Gdy w pewien niedzielny wieczór wraca do domu volkswagenem Lucy, musi aż przystanąć na poboczu, żeby wziąć się w garść. Po twarzy płyną mu niepohamowane łzy; drżą ręce. Nie rozumie, co się z nim dzieje. Jeszcze do niedawna zwierzęta były mu mniej lub bardziej obojętne. Chociaż w pewien abstrakcyjny sposób potępia okrucieństwo, nie umie powiedzieć, czy sam z natury jest okrutny, czy dobry. Jest po prostu nijaki. Przypuszcza, że ludziom, których obowiązki zawodowe wymagają okrucieństwa – na przykład pracownikom rzeźni – stopniowo zaskorupiają się dusze. Pod wpływem nawyku człowiek twardnieje: zazwyczaj pewnie tak bywa, ale raczej nie w przypadku Luriego. Chyba nie ma daru twardnienia.

To, co dokonuje się w gabinecie, wstrząsa całym jestestwem Davida. Psy wiedzą, że wybiła ich godzina: jest o tym przekonany. Chociaż cała operacja odbywa się cicho i bezboleśnie, chociaż Bev Shaw ma same dobre myśli, a on też stara się nie mieć żadnych innych, chociaż zwłoki chowa się do hermetycznych worków, psy na podwórku potrafią wywęszyć, co się dzieje w klinice. Kładą uszy po sobie, spuszczają ogon, jakby i one czuły hańbę umierania; zapierają się wszystkimi czterema łapami, tak że trzeba je przeciągnąć, przepchnąć albo przenieść przez próg. Na stole jedne wściekle kłapią zębami, inne skomlą żałośnie; ale żaden nie patrzy wprost na igłę w dłoni Bev Shaw, bo skądś wiedzą, że ta właśnie igła wyrządzi im straszliwą krzywdę.

Najgorsze są te, które go obwąchują i usiłują lizać po ręce. Nigdy nie lubił lizania, toteż w pierwszym odruchu ma ochotę się odsunąć. Po co udawać przyjaciela, skoro w rzeczywistości jest się mordercą? Ale potem ustępuje. Bo i czemu stworzenie, nad którym zawisł już cień śmierci, miałoby czuć, że człowiek wzdryga się przed zetknięciem z nim, jakby sam dotyk przerażał? Daje im więc się lizać, jeśli chcą, tak jak Bev Shaw głaszcze je i całuje, jeżeli tylko jej na to pozwolą.

Nie jest, ma nadzieję, sentymentalny. Stara się patrzeć bez sentymentów na zwierzęta, które zabija, i na Bev Shaw. Pilnuje się, żeby głośno nie stwierdzić: „Nie wiem, jak ty to robisz”, bo w odpowiedzi usłyszałby: „Ktoś przecież musi”. (…)

Ponieważ Bev Shaw zadaje cios igłą, on zajmuje się usuwaniem szczątków. Nazajutrz rano jedzie wyładowanym volkswagenem do szpitala i powierza zwłoki w czarnych workach płomieniom krematorium. Prościej byłoby wozić worki do krematorium natychmiast po sesji i zostawiać je, żeby się nimi zajęli palacze. Trzeba by jednak wtedy porzucić je na wysypisku razem z całym plonem weekendu: śmieciami ze szpitala, padliną zgarniętą z poboczy dróg, cuchnącymi odpadami z garbani – przypadkową, a zarazem okropną mieszanką. Nie umie się przemóc, żeby wydać martwe psy na taką sromotę. Toteż w niedzielne wieczory ładuje worki na tył volkswagena i przywozi na farmę; przez całą noc leżą w aucie, a w poniedziałek rano wiezie je do szpitala. Sam je tam układa, pojedynczo, na wózku podajnika, uruchamia korbą mechanizm, kiedy zaś wózek mija stalową bramkę i wjeżdża w płomienie, Lurie naciska dźwignię, żeby go opróżnić, i za pomocą tej samej korby przyciąga go z powrotem, a robotnicy, których wyręcza, stoją i patrzą.

W pierwszy poniedziałek, kiedy tam pojechał, zostawił im tę robotę. Zwłoki przez noc zesztywniały. Martwe łapy więzły między prętami wózka, a gdy ten wracał z pieca, często przywoził z powrotem psa, osmalonego, wyszczerzonego, cuchnącego przypaloną sierścią, obnażonego, bo plastikowa osłona już spłonęła. Po kilku takich próbach robotnicy zaczęli przed załadunkiem obtłukiwać worki łopatami, żeby połamać skostniałe kończyny. Właśnie wtedy wmieszał się w to i całą pracę wziął na siebie. W krematorium pali się antracytem; elektryczny wiatrak wsysa powietrze w przewody – Lurie przypuszcza, że cała konstrukcja pochodzi z lat 60., kiedy to zbudowano szpital. Krematorium pracuje przez sześć dni w tygodniu. Siódmego dnia odpoczywa. Kiedy ekipa przychodzi do pracy, wygarnia wczorajszy popiół i rozpala piec od nowa. Zanim wybije dziewiąta rano, w wewnętrznej komorze jest tysiąc stopni – wystarczająco gorąco, żeby kość zwapniała. Do późnego ranka uzupełnia się wsad; mija całe popołudnie, nim piec ostygnie. (…) Czemu podjął się tej pracy? Żeby ulżyć Bev Shaw? Gdyby tylko o to szło, dość byłoby zwalić worki na wysypisku i odjechać. Przez wzgląd na psy? Ale one przecież już nie żyją; a zresztą, co psom wiadomo o honorze i dyshonorze?

Czyli robi to dla siebie. Ponieważ tak mu nakazuje własne wyobrażenie o świecie jako miejscu, w którym ludzie nie obtłukują zwłok łopatami, żeby nadać im kształt ułatwiający dalszą obróbkę.

Psy trafiają do kliniki, bo nikt ich nie chce: „albowiem jest nas zbyt wielkie mnóstwo”. I wtedy on wkracza w ich życie. Choć może i nie jest dla nich wybawicielem – tym, dla którego nie jest ich zbyt wielkie mrowie – czuje się na siłach zatroszczyć się o nie, kiedy nie mogą już, zupełnie nie mogą zatroszczyć się o siebie, kiedy nawet Bev Shaw umywa od nich ręce. (…) Lurie został psiarzem – psim grabarzem; psim psychopomposem; harijanem. (…)

Lurie ratuje honor trupów, bo nikt inny nie jest dość głupi, żeby się tego podjąć.”

Jego córka postanawia zacząć życie od nowa.

“– Jakie to poniżające – mówi Lurie. – Takie wielkie nadzieje, a potem taki koniec.

– Owszem, poniżające. Ale może to dobry punkt wyjścia, żeby zacząć na nowo, od podstaw. Od zera. I to bez względnego. Po prostu od zera. Bez żadnych kart w ręku, bez broni, bez majątku, bez praw, bez godności.

– Jak pies.

– Właśnie. Jak pies.

Lurie już na stałe godzi się z tym, że jego życie polega na zabijaniu psów. Nauczył się poświęcać całą uwagę zabijanemu zwierzęciu i dawać mu to, czego już nie wzbrania się na zwać po imieniu: miłość.”

Matka Boska Częstochowska

Tadeusz Rogala

Obraz Matki Boskiej Częstochowskiej z Ludwigsburga w trzech odsłonach

Okres II wojny światowej był czasem wyjątkowo tragicznych doświadczeń dla Polaków. Ludność Polski ginęła nie tylko na polach bitew, walcząc z najeźdźcami, ale również w masowych egzekucjach, obozach koncentracyjnych i łagrach. Szczególnie dotkniętą grupą byli robotnicy przymusowi, którzy siłą byli wywożeni do Niemiec.

Continue reading “Matka Boska Częstochowska”

Zarys historii Ukrainy w pigułce Broma (48). Rzeź wołyńska.

Roman Brodowski (Brom)

II Wojna Światowa – WOŁYŃ

Druga wojna światowa, od początku jej rozpoczęcia to znaczy od września 1939 roku, zwłaszcza do czerwca 1941 roku dla nas, Polaków była dramatem wręcz niepojętym. Naród nasz musiał się zmierzyć nie tylko z agresorem zachodnim czyli faszystowskimi Niemcami, ale także od 17 września z kolejnym okupantem czyli Związkiem Radzieckim. Od początku wiadomym było, że państwo polskie nie jest w stanie obronić swojej suwerenności jednocześnie przed faszyzmem i komunizmem. Nic więc dziwnego że zarówno Niemcom jak i Rosjanom wystarczyło kilka tygodni, żeby całkowicie militarnie pokonać nasz kraj. Pakt Ribbentrop – Mołotow wszedł w życie. Polska podzielona została na dwie strefy wpływów. Zawarte wiosną 1939 roku umowy Polski z Anglią i Francją, które miały być gwarantem militarnego wsparcia w przypadku napadu hitlerowskich Niemiec na Polskę, pozostały tylko na papierze. Bezbronna, pozostawiona na łaskę najeźdźców Polska, bez wojska i bez rządu, który uciekł najpierw do Rumunii, a następnie dalej na Zachód, na kilka lat pozostała w rękach oprawców.

Continue reading “Zarys historii Ukrainy w pigułce Broma (48). Rzeź wołyńska.”

Reblog o wodzie

Od adminki: podoba mi się myśl, że woda to coś więcej niż kranówka i Perrier, tylko ta argumentacja, dokładnie taka jak we wszystkich innych spiskowych teoriach świata. Szkoda! To by się chyba dało inaczej napisać. Np. tak jak w tej wspaniałej książce, która opowiada się za wolnością nauki i prawem do porażek.


Wpis podsunięty mi na Facebooku przez algorytm, algorytmowi spodobał się on u Zbycha Milewicza, jemu to podsunął Ryszard Piotr, a autorem jest…

Continue reading “Reblog o wodzie”

O czym tu pisać?

Ewa Maria Slaska

Upał. Ja nie mam siły wymyślać tematów, ale moi Autorzy najwyraźniej też nie mają siły. A tu tymczasem szykuje się wyjazd na tydzień, kiedy na pewno nie będę miała czasu, żeby znajdować i konstruować jakieś ciekawe wpisy.

O czym tu pisać? Dobrze, że mam wzory smętnego pytania samego siebie, o czymżeż by tu napisać. Przypomnę Wam. Bo znać znacie, ale czy pamiętacie. Jeśli pamiętacie, przepraszam. Ale na berlińskim bruku niektóre z tych uwag po tylu latach nadal uderzają trafnością. A ponieważ moje Czytelniczki i Czytelnicy rozsiani po świecie, to zapytam: a u Was też tak jak tam ongiś na paryskim bruku? Te swary? I to, żeśmy nieproszeni goście? I ten kraj jedyny, jaki się nam ostał, kraj lat dziecinnych?

Continue reading “O czym tu pisać?”

Cierpienie zwierząt 1. Sigrid Nunez, “The Friend”

Ewa Maria Slaska

Gdy moi bliscy angażują się w aktywizm przeciwko cierpieniu zwierząt, mam wrażenie, że i ja powinnam coś zrobić. Oni wychodzą na ulice. Też pewnie powinnam, ale na zasadzie, “nie angażuj się wszędzie, bo będziesz śmieszna”, z reguły starannie wybieram i ulice, i protesty. Zresztą wszyscy aktywiści to wiedzą, nie da się walczyć o wszystko. Ale jednak “cierpienie zwierząt” to bardzo bolesny temat.

Jestem pisarką i blogerką, sięgnę więc do literatury.

Sigrid Nunez, The Friend. Postanawiam przetłumaczyć fragment rozdziału 5, który mną po prostu wstrząsnął. Nie znałam tej pisarki, nie czytałam, niczego co napisała. Ale myślę, że to wielka autorka. “Przyjaciel”, który jest tytułem tej książki, to Apollo, ogromny dog, którego narratorka otrzymuje w spadku po samobójczej śmierci swego ludzkiego przyjaciela.

– Czytałaś o sprawie mastifów tybetańskich?
Rzeczywiście czytałam artykuł w Timesie i próbuję to powiedzieć, ale ta kobieta i tak musi mi go zrelacjonować. Jeszcze kilka lat temu mastif tybetański był w Chinach symbolem statusu, luksusowym obiektem, za który płacono nawet równowartość 200 tysięcy dolarów, a mówi się, że niektóre szczeniaki osiągały cenę miliona dolarów. Gdy gorączka rosła, hodowcy zaczęli produkować coraz więcej mastifów. A gorączka nagle spadła. Uznano, że psy wcale nie są tyle warte, jedzą za dużo i są trudne do okiełznania. A to sprawiło, że na ulicach miast pojawiło się mnóstwo porzuconych mastifów. Władze komunalne nakazały wyłapywanie psów, co odbywało się brutalnie. Niekiedy psy zdychały. Resztę odesłano do rzeźni.
Prawdę mówiąc nie była to historia, którą chciałam usłyszeć jeszcze raz. Gdy idę z Apollem na spacer, niekiedy spotykam tę kobietę, jak wyprowadza na spacer dwie swoje łagodne kundelki, matkę i córkę. Opowiada mi o mastifach, a potem od razu przechodzi do następnego tematu, który jednak dotyczy tego samego – okrucieństwa hodowli psów rasowych. To, czego chciała natura, mówi, to, co powinno istnieć, to kundle. A co mamy? Collie głupie jak but, neurotyczne owczarki, mordercze rotweilery, głuche dalmatyńczyki i labradory, które są tak spokojne, że możesz im wystrzelić nad uchem z karabinu, a one i tak nie będą podejrzewały, że może być niebezpiecznie. To takie jarzyny w futrach, kaleki i idioci, socjopatyczne psy, o za cienkich kościach lub zbyt tłustym mięsie. Takie monstra otrzymujesz, jeśli produkujesz zwierzęta, żeby zaspokoić ludzkie zachcianki. To powinno być traktowane jak przestępstwo. (Myślałam, że kobieta zmyśla, gdy opowiedziała mi o pointerach, które zamarzają w dziwacznej pozie wystawiając zwierzynę i nie można ich przywrócić do normalnego stanu, ale okazało się, że mówi prawdę).
– Jest mi niedobrze, mówi kobieta, gdy pomyślę, o tym jak świat będzie wyglądał za pięćdziesiąt albo sto lat. Czarno to widzę.
Ale potem wzrusza ramionami i mówi, że to i tak bez znaczenia, bo wtedy Ziemia będzie już całkiem zniszczona, po czym zabiera swoje kundelki i odchodzi.
A ja zostaję i muszę myśleć o mastifach. Te psy są znane ze swojej ogromnej postury i grzywy, która sprawia, że przypominają lwy, ale poza tym wiadomo, że są nadzwyczaj lojalne w stosunku do właściciela i obdarzone ogromnym instynktem opiekuńczym. O czym więc myśli mastif wyrzucony przez swojego pana i wraz ze stadem innych mastifów wepchnięty do ciężarówki, która zawiezie je do rzeźni. Czy pies rozumie, że został zdradzony? Myślę, że nie. Myślę, że ostatnią myślą mastifa w drodze do rzeźni jest pytanie, kto się teraz będzie opiekował moim panem?

Aecjusz, Boecjusz i Romulus

Ewa Maria Slaska po inspirującej rozmowie z Viatorem

Jak kończy się nasz świat?

Rozmawialiśmy któregoś dnia z Viatorem, że myśli mamy schyłkowe. Wspomnieliśmy więc Boecjusza, bo to chyba najsłynniejszy pocieszyciel w historii literatury i filozofii. Człowiek, który szykuje się na własną śmierć i pomaga nam spojrzeć w Kres i Bezkres.

Ale, powiedział Viator, Romulus Wielki bardziej by tu pasował, bo na razie nie my idziemy pod katowski topór, tylko świat cały. Dürenmatt, nie wiem, czy pamiętasz? Romulus Wielki, ostatni cesarz rzymski, odchodzi w chwili, gdy świat właśnie upadł. A nie Aecjusz, ostatni Rzymianin?, pytam, bo lepiej pamiętam Parnickiego, niż Dürenmatta

Nie, powiedział Viator, Aecjusz się miota, intryguje, walczy, próbuje ustawić historię na swoją modłę. Dwoi się i troi. Interweniuje. Zabija, mianuje. Marzy mu się nowa dynastia, sława, chwała, splendory. Ratunek dla upadającego cesarstwa.

A Romulus Augustulus hoduje kury, czyta Marka Aureliusza i stopniowo pozbywa się balastu, jakim jest Imperium. Romulus Augustulus, Auguścik, Romulus jak założyciel Rzymu, Augustulus jak taki umniejszony pierwszy cesarz.

Dürenmatt twierdził, że napisał dramat niehistoryczny. Z reguły, twierdzi autor, to Historia powoduje, że bohater musi stanąć na wysokości zadania. My też tak myślimy. Stanąć, powstać, sprzeciwić się, nie pozwolić. A Dürenmatt każe nam spojrzeć na to wszystko, na cały ten zgiełk z innej perspektywy, ujrzeć sytuację, w której bohater nie robiąc zgoła nic, pozwala odejść staremu światu, po to by mógł się zrealizować nowy.

Rzym upadł. Germanie splądrowali miasto i zhołdowali Imperium. Nowym królem zostanie Odoaker. Cesarz i jego świta spędzają ostatnią noc w letniej willi nad morzem w Kampanii. Wszyscy uciekają, ratując, co tylko się da, pensje, stanowiska, łaski nowego władcy, przedmioty. Nie ma statków, łodzi i kutrów. Cesarzowa Julia, córka i żona cesarzy, jak zwykła przekupka zabiera wszystko, co ma jakąkolwiek wartość, aby odpłynąć na tratwie. Tratwa utonie, a wraz z nią cesarzowa, jej córka, służba, czajniki, nocniki, szlafroki, banany i parawany. Cesarz zostaje sam i gotowy na śmierć, z godnością czeka na pogromcę i następcę. Ale nie, Odoaker nie zabija Romulusa, odsyła go na emeryturę. Niezwykły los w historii Cesarstwa Rzymskiego, gdzie podstawową przyczyną zgonu kolejnych władców jest zabójstwo, morderstwo, może kara śmierci.

Romulus nie ma nic, gdy odchodzi ze sceny Historii, trzymając pod pachą ostatnią rzecz, ostatni przedmiot, jaki mu pozostał, popiersie swego słynnego imiennika, tego pierwszego Romulusa, którego wilczyca wykarmiła własnym mlekiem. Odchodzi z najwyższą godnością. Tak nam dopomóż Bóg, obyśmy też tak potrafili.

Rzeki życia

Teresa Rudolf

Rzeka

Każda rzeka swoim stylem 
płynie; czasem  żabką
czasem kraulem,
czasem stoi…

A czasem wzburzona, 
ciche brzegi na kawałki rwie 
przeklinając we wszystkich 
językach znanych tylko rzekom,

nie ma ona ani tłumacza, ani chęci,
by ją rozumieć, bo i po co 
znów “rzucać perły przed wieprze”,
wszystko dawno wiadomo…

Przemądra Natura strajkuje;
“jutro” będą burze, sztormy
huragany, potem upały, susza,
tysiące klęsk żywiołowych…

I rzeka znów popłynie 
własnym stylem, 
czasem kraulem,
czasem żabką,

a czasem będzie
na plecach leżeć,
z życia wysuszona…

Deszcz

Krople  deszczu
pukają cicho w szybę,
czasem zawisną,
czasem spływają w dół.

Błyskawica nagle
rozdziera ciszę,
dziwne, deszczowe
wzory oświetla.

I wróży dzisiaj
z ręki codzienności,
drapiąc się po głowie
nie może nic wyczytać;

wszystko zagmatwane,
wyraźnej linii życia
nie ma, porwana jakaś, 
a z jej strzępów,
niewyraźnie, prawie przezroczyście…

…zwinięta
w kłębuszek,
w pelerynie
cieniutkiej,

Nadzieja
zielona
jak liść
leży…

Zamiast historii Ukrainy w pigułce Broma

Roman Brodowski (Brom)

Drogi czytelniku

od wielu miesięcy daję ci możliwość zapoznania się z naszą wspólną, polsko-ukraińską historią, widzianą oczyma miłośnika i badacza przeszłości.

Jednakże tym razem, w związku ze zbliżającą się kolejną rocznicą naszej narodowej tragedii, dramatu, jaki wydarzył się podczas drugiej wojny światowej, rocznicą ludobójstwa, dokonanego na polskim narodzie na Wołyniu, które początek swój miało 11 lipca 1943 roku, postanowiłem w tym tygodniu upamiętnić tę rocznicę kilkoma wierszami.

Wiem, dla niektórych temat ten jest do dzisiaj tematem tabu.

Punkt widzenia polskich historyków i punkt widzenia ukraińskich historyków jest tu z pewnością różny.

Mówię o dramacie narodu, dramacie ludzi, którzy ze względu na swoją odmienną, nie ukraińską etniczność zostali w bestialski sposób zamordowani, często przez ukraińskich nacjonalistów, niekiedy przez zwykłych przedstawicieli narodu Ukrainy. Wydarzenie to musi zostać nazwane dokonaną przez wspólnotę ukraińską czystką etniczną.

Nie chcę tu opisywać tego bestialstwa, bo i uwierzyć byłoby Wam trudno.

Wszędzie podczas spotkań autorskich, które często dotyczą też tego dramatu, zwykłem powtarzać, że człowiek, który nie zna swojej historii i prawdy o swoich przodkach, prawdy o swojej przeszłości, o swoich korzeniach, pochodzi znikąd, nie istnieje. Żeby budować teraźniejszość, żyć teraźniejszością, musieliśmy posiadać przeszłość. To od nas samych, od tego, jak bardzo chcemy poznać prawdę o naszych przodkach, prawdę historii, zależy to, w jaki sposób będziemy postępowali dzisiaj. Jeżeli przeszłość budowana była prawdą, to budowana przez nas teraźniejszość będzie prawdą i będzie fundamentem prawdy dla przyszłości.

Dlatego też staram się, tak jak inni badacze (abstrahując historyków populistycznych), przypominać również tę konkretną prawdę o Wołyniu.

Pragnę również przestrzec Was przed populizmem. Nauczyłem się nie tylko słuchać, ale również analizować to, co mówią publicyści i historycy, także ci wykorzystywani dla potrzeb politycznych i populistycznych. Staram się nie poprzez emocje, a racjonalne myślenie poszukiwać w ich wypowiedziach prawdy. Bo to o prawdę nam wszystkim powinno chodzić.

W cieniu Prawdy – Wołyń

Odnalazłem groby tamtego Wołynia
Zasadziłem między krzyżami, piwonie.
Wyglądały jak gołębie czekające lotu.
Jak dwie w modlitewnik ułożone dłonie.

Zobaczyłem urodzaj zaoranej ziemi
Ludobójstwo ukryte przed oczyma świata
I Dusze błądzące wrogą im przestrzenią
Czekające prawdy, by narody zbratać

Lecz ta polska prawda powoli zanika.
Kat Wołynia „Gierojem” „złotem jest milczenie”
Spadkobiercy ofiar, zbrodni spadkobiercy.
Tragedię Wołynia niosą w… zapomnienie.

Nam, nie wolno zapomnieć lecz, pamiętać trzeba
Dopóki słychać jęki przydrożnych kamieni
I dopóki kości przodków, naszych braci
W ukraińskiej leżą niegodnie, przestrzeni.

By wybaczyć krzywdy, żyć wewnętrznym mirem
Potrzeba pokory, przyznanie win swoich…,
Lecz jakże wybaczać, za co, no i komu ?
Gdy miast prawdy dzisiaj, naród kłamstwo woli.

Brom 11 Lipca 2024

A ty ziemio.

A ty ziemio znowuż rodzisz.
Rozwichrzone złote włosy
Na nich jako łez pereł sznury
Życiodajny wiszą kłosy

A ty ziemio znowuż wołasz.
Ranną rosą żeńców w łany
Czas postrzyżyn znowuż nastał
Z chabrów wianki plotą panny

A ty ziemio wciąż zapraszasz
Zapach chleba w dal rozsiewasz
Zaś w przestrzeni twej, kresowej
Słowik rzewnie psalmy śpiewa

A ty ziemio, ziemio ojców
W której do dziś Pan Bóg drzemie
Czekasz na twych synów z ucztą
Nadaremnie, nadaremnie

Bo ty ziemio przytuliłaś ich do siebie.
Twym ramieniem snu wiecznego troski
Rodzisz ziarno z krwi i zapomnienia
Tam, gdzie stały na Wołyniu kiedyś wioski

Berlin 02.08.2020

Tylko to pozostało

W zapuszczonej zagrodzie
Historia śpi wciąż spokojnie
Czeka swojego przebudzenia
Kolejnego aktu prawdy

Tylko dziko rosnąca jabłoń
Od zawsze wierna ziemi
Na której kiedyś kwitło życie
Dzisiaj rodzi ocet w owocach

Tylko stary przygarbiony żuraw
Zginając zmurszały kark
Zagląda do pustej studni
Trwa w żebraczej pozie

Gliniany pusty dzbanek
Leży obok jakoby krzyża
Okryty wilgotnym mchem
Przypomina o przemijaniu

I mur z ciemnego kamienia
Podobny nieco do ściany płaczu
Proszący o proste psalmy
W intencji dawno odeszłych

A w starym dębowym pniu
Ukryte dusze przeszłości
Wołają o głos sumienia
Wołają w niemą przestrzeń.