Słowo o patriotyzmie

Roman Brodowski

Festiwal Poloneza

Historia Polski, historia polskiego narodu, zwłaszcza ta na przestrzeni ostatnich dwustu pięćdziesięciu lat pokazuje, jak szybko niezgoda społeczna może osłabić znaczenie państwa i to zarówno pod wzgędem militarnym jak i politycznym.

Pomijając okres przedrozbiorowy, czasy Konfederacji Barskiej i I rozbioru pozbawionej już wcześniej suwerenności na rzecz caratu Polski, dokonanego na mocy układu Rosyjsko-Pruskiego zawartego w lutym 1772 roku, przypomnę nieco późniejsze fakty z naszej historii, czyli czas Sejmu Czteroletniego, uchwalenia Konstytucji 3 Maja oraz II rozbioru, będącego następstwem podziałów w narodzie, jakie nastąpiły w wyniku jej uchwalenia.

Odebranie wielu dotychczasowych przywilejów zarówno magnaterii jak i szlachcie (między innym zakaz udziału szlachty w sejmikach, czy też zmiejszenie wpływów magnatów na wybór króla), zniesienie Liberum Veto oraz zapewnienie równości wszystkim wyznaniom religijnym, istniejącym na terenie królestwa, nie były jedyną „kością niezgody”, ale to właśnie te założenia ustawy doprowadziły do zawiązania się wśród jej przeciwników konfederacji zwanej (od nazwy miasteczka, gdzie się zawiązała) Targowicą.

Targowiczanie (w skład których wchodziły wibitne postaci elity polskiego społeczeństwa jak na przykład: Stanisław Szczęsny Potocki, hetman wielki koronny Franciszek Ksawery Branicki, hetman polny koronny Seweryn Rzewuski oraz znakomita elita kościoła katolickiego) nie mając dostatecznej siły, by zapobiec procesowi wdrażania w życie uchwalonych przez Sejm nowych przepisów prawa, zwrócili się o pomoc do carycy Katarzyny, aby ta nie dopuściła do przeprowadzenia reform. W konsekwencji na Rzeczpospolitą ruszyła stutysięczna armia rosyjska. O wiele mniej liczne Wojsko Polskie pod dowództwem księcia Józefa Poniatowskiego, mimo spektakularnych zwycięstw pod Dubienką i Zieleńcami, nie było w stanie obronić państwa.

Epilogiem wojny polsko-rosyjskiej 1792 roku i rządów Targowicy był II rozbiór Polski, dokonany w styczniu 1793 roku przez Rosję i Prusy. W 1795 roku nastąpił kolejny rozbiór, po którym Polska przestała istnieć na geopolitycznej mapie świata. Kolejne 125 lat naród polski walczył różnymi sposobami o zachowanie swojej tożsamości religijnej i społecznej, o zachowanie języka oraz tradycji.

Pominę tu zrywy patriotyczne Polaków w postaci powstań ogólnonarodowych i lokalnych, tym niech zajmują się historycy – broń Boże pseudo, jakich dzisiaj mamy pod dostatkiem, a skupię uwagę na roli ludzi kultury. To właśnie oni wierszem, prozą, muzyką, pobudzali polski naród do trwania, bezustannie przypominając o jego przeszłości, zaszczepiali nadzieję, nawoływali do walki. Mickiewicz, Słowacki, Norwid, Chopin, Moniuszko, to tyko niektórzy z tych, którym jesteśmy wdzięczni za ich narodowe dzieła.

Wśród nich był ktoś, kogo nie sposób pominąć, ktoś o kim wie prawie że każdy maturzysta, każdy meloman i … każdy Polak. Mowa tu o twórcy Poloneza „Pożegnanie z Ojczyzną”, zwanego potocznie Polonezem Ogińskiego.

Książę Michał Kleofas Ogiński urodził się w 1765 roku był nie tylko kompozytorem, tworzącym polonezy, walce, mazurki czy też marsze (Marsz polskich Legionów w Lombardii), ale był też senatorem w rządzie Aleksandra I, walczącym o sprawy Polaków, żyjących w rosyjskim zaborze.

Dlaczego wspominam właśnie jego i właśnie dzisiaj?

Odpowiedź jest związana z corocznym „Festiwalem Poloneza”, jaki od 23 lat odbywa się w małym prowincjonalnym miasteczku na naszych byłych Kresach a dzisiaj na terenie Białorusi, w Słonimiu nieopodal Kosowa – miejsca urodzin Tadeusza Kościuszki. To właśnie w tym miasteczku przed laty polska patriotka, nauczycielka, więźniarka z Sybiru, pani Leonarda Rewkowska, dla przypomnienia postaci Kleofasa księcia Ogińskiego, zorganizowała po raz pierwszy „Festiwal Poloneza”. Pani Leonarda była pierwszą przewodniczącą oddziału słonimskiego Stowarzyszenia Polaków na Białorusi oraz założycielką Domu Polskiego w Słonimiu. Jako współtwórczyni zespołu folklorystycznego, mimo podeszłego już wieku, do dzisiaj wraz z nim śpiewa nasze polskie narodowe pieśni.

Wracając do festiwalu – na przestrzeni lat z małej lokalnej imprezy przeszkształcił się w wielkie międzynarodowe wydarzenie, odbywające się zawsze w ostatnią sobotę maja. Rozpoczyna się wczesnym porankiem od przemarszu barwnych zespołów folklorystycznych po nadbrzeżnym bulwarze przepływającego przez miasto kanału – Kanału Ogińskiego (nota bene budowniczy kanału, Michał Kazimierz Ogiński, był kuzynem ojca kompozytora).

Następnie na ustawionej na secesyjnym ryneczku scenie odbywa się Konkurs różnych form przedstawiania utworu Ogińskiego (ale nie tylko jego), począwszy od tańca, poprzez interpretacje muzyczne, a na żywym słowie skończywszy. Przegląd trwa zazwyczaj do wczesnych godzin popołudniowych. Po czym zarówno Jury festiwalu jak i jego uczestnicy udają się na wspólny obiad. Po południu wyłonieni zostają laureaci konkursu. Później, po ogłoszeniu wyników i wręczenie nagród (dokonuje tego zazwyczaj przedstawiciel ministerstwa kultury Białorusi), odbywa się występ laureatów. Wieczorem zaś zaczyna się festyn i trwa do północy.

Dzięki moim białoruskim przyjaciołom i ja kolejny już raz będę uczestniczył w tej patriotycznej imprezie, zorganizowanej przede wszystkim dla naszych kresowych rodaków, którzy do dzisiaj walczą o swoją polską tożsamość narodową, przekazując młodszym pokoleniom Kresowian tradycję, kulturę i historię swoich przodków.

Reblog: Pani Irenka 2

Karolina Kuszyk

Targowica

Ooo, w kościele to ja już, pani, dawno nie byłam, bo ciągle mam z tym biodrem. Ale Dawidek mi opowiadał, że ludzie u nas na mszy wychodzili. Na mszy po prostu wychodzili z kościoła. Nie żeby normalnie, na papierosa czy żeby na tych tam komórkach coś napisać. Wychodzili i nie wracali. Tego to jeszcze nie było. Pani do kościoła nie chodzi? Ale tak po prostu niepraktykująca czy jakiegoś innego wyznania pani jest? A, niewierząca. No, ja przecież nic nie mówię, każdy musi po swojemu i ze swoim sumieniem. Ale też czasy teraz takie, że wierzyć trudno. W telewizji pani widziała?

Ja nastawione na jedynkę mam, chociaż syn mówi, niech mamusia już tej jedynki nie ogląda, bo to teraz inna telewizja jest zupełnie. No ale jak tu nie oglądać, jak ja przyzwyczajona jestem całe życie, prawie dzień w dzień. Kazik mój mnie tak przyuczył, zawsze mówił, Irenka, trzeba patrzeć, żeby człowiek wiedział, co się dzieje na świecie, nie tak tylko, jak to mówią, czubek własnego nosa i koniec. Patrz ze mną, aby do tej pogody, sportu już nie musisz przecież. No i ja tak przy nim zawsze dziennik i dziennik. Chociaż czasem to mi nawet ździebko się przykrzyło przy tym dzienniku, do kuchni sobie chciałam wyjść, robotę miałam czy coś, a on tylko siedź i siedź. I jak umarł, to ja już potem nie umiałam bez tego patrzenia. Bo jak sobie na dziennik siadam, to mi się tak nawet jakby ździebko zdaje, że Kazik zaraz też przyjdzie i usiądzie. Czasem to nawet co powiem do tego jego fotela starego.

Ale z tym z kościoła wychodzeniem to znowu o tą całą aborcję się rozchodzi, pani. Podobnież teraz takie ma nastać prawo, że już wcale a wcale ta kobieta nie będzie mogła usunąć, nawet jak dziewczynka taka, nastolatka, pani przecież sama wie, jak jest na świecie, różne rzeczy się zdarzają. Z tych dyskotek wracają. Gwałty nie gwałty, albo tak jest, że dziecko zagrożone albo matka. No a ta sprawa co była, jakiś rok temu czy dwa, co w Faktach o niej pisali i w ogóle wszędzie. Pani! Ja tam nie mówię, życie poczęte musi mieć uszanowanie, ale jak od początku wiadomo, że ono nie przeżyje, to życie, to na co kobiecie było rodzić? Lekarze sumienia nie mają, pani. Ale podpisują. Jak to jest – sumienia nie ma i podpisuje, że coś tam, sumienia. Jak pani mówi? Klauzulę? Niech będzie i klauzulę. Ale sumienia to w tym nie ma żadnego.

wiadomosci

I znakiem tego protestu teraz to z kościoła wychodzenie, i nawet nie że same kobiety, mężczyźni też, nie powiem, i to mi się nawet bardzo podobało, że oni tak też za tymi kobietami. No bo jaki to porządek, pani, żeby księża takie rzeczy nakazywali i jakieś baby takie stare z tej ich partii, jak ja, co już dawno po tym, jak to mówią, klimaterium, co już im się tam mało co przytrafi. Śmieje się pani, a mnie wcale nie jest do śmiechu. No, i jak ta jedna kobieta krzyczała i wyszła z kościoła w końcu, a raczej tak ją bardziej wyprosili, to taka inna wychodzi z ławki i krzyczy za nią targowica, targowica. To się w końcu syna pytam, Mietek, co to ta targowica, czy to jakieś brzydkie słowo obraźliwe jest. Bo to nie pierwszy raz słyszałam, w telewizji ostatnio ciągle targowica to, targowica tamto. A Mietek mówi, że teraz tak oni mówią na tych wszystkich, co przeciwko rządowi są. I że ta targowica to taka umowa była zdradziecka, ale aż dawno, dawno, jeszcze jak ta szlachta była, panowie i wszystko, i jak oni tym zaborcom, Ruskim przede wszystkim, i Niemcom, Polskę oddali na podzielenie, zdradzili można powiedzieć, i to się właśnie nazywało targowica. I potem od tego w Polsce zabory nastały. To ja się pytam, czy to w tym sensie, że się targowali o Polskę z tymi zaborcami, bo czego targowica. Targowica to najprędzej od targu pochodzi. I czy tu też jakieś targowanie odbywa się. Ale syn mówi, że mamusiu, to tak się to miasto nazywało, gdzie oni te rozbiory jakby podpisywali. A potem jeszcze powiedział, i od tego czasu to ja coś za bardzo spać nie mogę, mamusiu, tych zdrajców to oni potem karali przez powieszenie. Żeby z tej targowicy, pani, czasem znowu jakiego wieszania nie było. Tylko co targowica ma do aborcji, tego to już nie bardzo zrozumiałam, a pani wie może?

***
I jeszcze raz to samo? To proszę TU, na blogu o Pani Irence…

Pałac na Marymoncie po śmierci króla

marymontpalac1Co działo się z Pałacem królowej Marysieńki na warszawskim Marymoncie po śmierci Jana III Sobieskiego? Kto w nim mieszkał? Kto go niszczył a kto rozbudowywał?

Jerzy Siemiginowski-Eleuter, Jan III Sobieski pod Wiedniem (Wikimedia Commons)

Anna Dobrzyńska

PO ŚMIERCI KRÓLA…

Przez jakiś czas po śmierci męża, królowa Marysieńka korzystała z pałacu, dopóki nie wyjechała do Włoch. Po jej śmierci pałac odziedziczył królewicz Konstanty – najmłodsze dziecko królewskiej pary, z tych które dożyły dorosłości. Królewicz, który przeszedł do historii jako „utracjusz”, nie przyczynił się do rozkwitu posiadłości, pałac popadł w zapomnienie.

ZA SASÓW…

Następnie pałac został odkupiony przez Augusta II i kolejno przejęty przez jego syna Augusta III. To były dobre czasy dla Marymontu. Rezydencja uległa gruntownej przebudowie, założono ogród ozdobny, duży zwierzyniec, winnice, zbudowano pawilony dla polujących na wilki, pojawiły się domki dla łowczych, organizowano doroczne winobrania oraz występy trup aktorskich.

marymontpalac (2)Waldemar Świerzy „Nowy poczet władców Polski” – Ojciec i syn – August II Mocny i August III Sas

Zarówno ojciec jak i syn organizowali tu przyjęcia i polowania. August II organizował polowania z ogromnym rozmachem. W 100 rocznicę bodaj największego z nich „Kurier Warszawski” napisał, że do lasu wpuszczono wówczas ogromną ilość zwierząt: 4 żubry, 3 niedźwiedzie, 44 jelenie, 200 saren, 80 dzików odyńców, które następnie przez 2-3 dni wybijano. Brało w tym udział łącznie – około  4900 osób: panów, paniczów, strzelców i chłopów naganiających zwierzynę.
Ale syn miał jeszcze większą fantazję łowiecką. Za czasów Augusta III bowiem, już nie tylko wpuszczano do lasu zwierzynę, ale naprędce posadzono dorodny las! Stało się to za sprawą księcia Hieronima Radziwiłła. Drzewa posadzono na terenie rozciągającym się od Lasu Bielańskiego do Marymontu.  Zaangażowano do tego celu tysiące ludzi i wpuszczono: dziki, wilki, łosie, żubry i niedźwiedzie – łącznie 600 sztuk. W polowaniu udział wzięło 300 strzelców i tyle samo sfor ogarów. Po dwóch dniach polowania odbyła się uczta, na której wypito – 300 beczek węgrzyna. Cała impreza kosztowała Radziwiłła – ponad milion złotych…. Za panowania Sasów, pałac został przebudowany na willę myśliwską.

Ale Marymont słynął nie tylko z łowów. Znany był również jako miejsce pojedynków. Tu przyjeżdżali panowie, by w honorowy sposób rozwiązać swoje konflikty, a publika często towarzyszyła takim wydarzeniom. Dlatego też Marymont nazywany był „krwawym”. Między innymi zginął tu Adam Tarło – wojewoda lubelski. Walczył z Kazimierzem Poniatowskim i prawdopodobnie dobity został przez sługę Czartoryskich.

SASCY DZIERŻAWCY…

Wraz ze śmiercią Augusta III skończyły się, dla Marymontu czasy, gdy zamieszkiwały go „koronowane głowy”. Zgodnie z obowiązującym prawem pałac przeszedł na własność elektorów saskich, a ci oddali go w dzierżawę. Nowymi użytkownikami stali się kolejno: poseł angielski –Wrought i marszałek koronny – Franciszek Rzewuski. Sascy najemcy o pałac dbali. Pierwszy – uporządkował posesję oraz wybudował amfiteatr widokowy, udostępnił całość dla publiczności. To sprawiło, że Marymont stał się idealnym miejscem na letniskowe wypady. Drugi zaś najemca – idąc w ślad za Sasami – rozwinął tu tradycje myśliwskie. Organizował polowania, dobudował stajnie, zasadził szpaler krzewów. Ogród i park połączył i ogrodził. W ten sposób teren został – zamknięty – dla osób postronnych… Skończyła się na Marymoncie sielanka dla ludu…

OD INSUREKCJI KOŚCIUSZKOWSKIEJ DO NIEPODLEGŁEJ POLSKI…

Sielanka się skończyła tym bardziej, że wybuchała Insurekcja Kościuszkowska. Na szczęście pałac wyszedł ze starcia z wojskiem pruskim obronną ręką, czego nie można powiedzieć o większości pozostałych budowli na Marymoncie, które zostały doszczętnie spalone. Pałacyk ocalał ale został sprzedany rządowi pruskiemu – w 1796 roku.

Dalsze losy Marymontu były burzliwe jak i losy Polski. Utworzono tu kolejno: Szkołę Agronomiczną, koszary wojsk carskich, schronisko dla nieuleczalnie chorych im. Św. Józefa oraz – po odzyskaniu niepodległości – koszary wojska polskiego w dawnym budynku Szkoły Agronomicznej, a w pałacu, który w tym czasie wydawnictwa II RP opisywały jako pozbawiony prawie zupełnie cech zabytkowych – urządzono kaplicę, którą opiekowało się duszpasterstwo wojskowe.

PRZEBUDOWA…

marymontpalac3

Kapelanem stacjonujących tu żołnierzy był bł. ks. Michał Sopoćko. Dzięki jego staraniom dokonano przebudowy budynku, który rezydujący tu wcześniej żołnierze rosyjscy zamienili w ruinę. Budynek został przebudowany, według projektu ppłk. Henrycha, w stylu eklektycznym, z klasycystycznym tympanonem i barokową attyką.

Kaplica podczas rozbudowy, 1924 rok.

Warto wiedzieć, że ów kapelan był spowiednikiem i duchowym przewodnikiem św. Siostry Faustyny – mistyczki, znanej na całym świecie, która spisała doznane objawienia Jezusa w „Dzienniczku”- przetłumaczonym obecnie na wiele języków. Relikwie błogosławionego kapelana znajdują się w kościele, jak i, od XVIII wieku, relikwie św. Cecylii.

OBECNIE…

Kaplica, odbudowana ze zniszczeń II wojny światowej, pełni do dziś swoje funkcje. Obecnie związani są z nią księża Marianie.  I tu historia zatoczyła w pewnym sensie koło… Gdyż pierwszy właściciel i „budowniczy” pałacu na Marymoncie – Jan III Sobieski był z Marianami bardzo ściśle związany. Bł. O. Stanisław Papczyński – założyciel zgromadzenia był, według świadków, spowiednikiem króla. Właśnie jemu Jan III Sobieski polecał zawierzenie Maryi losów Polski, przed bitwą pod Chocimiem. A po zwycięstwie, już jako król, wsparł tworzący się  Instytut Marianów i nadał mu wiele królewskich przywilejów.

marymontpalac (4)Kościół parafialny pod wezwaniem Matki Bożej Królowej Polski, przekształcony z pałacu królowej Marysieńki. Ul. Gdańska 6a,  2016. Fot. Anna Dobrzyńska

Pamięci Żydów kujawskich

Andrzej Rejman

pro memoria

Bez zbędnych komentarzy, pamiętając – próbując nigdy nie zapomnieć – przypominając innym – upominając…
…
myśląc…
o ofiarach, tej straszliwej wojny, każdej wojny, wszystkich wojen…

udostępniam te wiersze, pieśni i muzykę.

(utwory pochodzą z płyty wydanej przez Centrum Kultury i Sportu w Kruszwicy w 2012 roku)
muzyka: Andrzej Rejman, Alina Sarit Konwińska
wykonanie: Alina Sarit Konwińska i Andrzej Rejman

ELA GALOCH (z tomiku: “Tu zakwitają wiersze”) *

Joel szuka swojej Palestyny
wśród huku wozów, kurzu i obelg esesmana.
Szuka tam, gdzie dzień, godzina,
nawet dziesięć minut może zwolnić.
Bo ma wrażenie, że strach w głowę wkręca śrubkę.
Na każdym kroku czyha brudne miasto,
jak odbicie chaosu panującego w duszy.

Zakłady pogrzebowe obok fryzjera,
prowizoryczny szpital ze stajniami,
a na chodnikach handlarze mydła
i głodni czyściciele butów.
Twarze przechodniów coraz bledsze,
zamazane, jak obrazy na słabo oświetlonej ścianie.

W gettcie już cuchnie z rynsztoków,
ludzie w postrzępionych chałatach
wydają się z innej epoki,
chociaż szewcy wciąż reperują zdarte buty,
krawcy nicują marynarki.
Na progach stare kobiety w połatanych chustach
czekają na Mesjasza.
Jeszcze psy ziewają szeroko,
na niskich dachach wylegające się koty,
Im więcej się wszystko zmienia,
tym bardziej pozostaje bez zmian.

Zielonozłote muchy ścigają się
wokół gasnącej lampy.
Hanah spuszcza głowę:

– Jak będę żyć bez ciebie?
Jak będę żyć…?

Wiem, że kobieta
nie powinna przyznawać się do takich uczuć.
Dziś znów spłonęły tomy kalendarzy do Pisma,
księgi, kabały i traktaty o etyce,
chociaż Żydzi wierzą w siedmioletni ogień,
który urodzi salamandrę.
Mają też swojego rabina- cudotwórcę,
który teraz ociera czoło mycką,
jakby chciał powiedzieć:
Sami sprowadziliście na siebie ruinę.
Bo są już wagony.
Znów są- otwarte
i jeszcze przez chwilę puste…

KRYSTYNA WOŹNIAK (z tomiku: “Ślady dotyku”)*

Boisz się głosu ulicy ,
wciśnięta w ścianę chowasz głowę,
fotel i biel obrusa nie wznowią pamięci.

Kiedy rozczesuję Ci włosy,
chowasz kromkę chleba do kieszeni,
mówisz: jestem głodna.

Dzisiaj płakałaś po stracie nieistniejącego psa,
słyszałam, jak rozmawiasz z lalką,
która została pod gruzami stolicy.
Codziennie topnieje twoja twarz.

Nadal nie wiesz, że masz córkę.
________________________________
* tomiki wydane przez Robotnicze Stowarzyszenie Twórców Kultury oddział w Bydgoszczy przy współpracy m.in. Centrum Kultury w Kruszwicy.

Slaska na niedzielę

Ewa Maria Slaska

Trampki miód malina

Nie jestem jakąś specjalną maniaczką trampek i tenisówek, nie byłam nią też w młodości, ale tak wtedy jak i dziś nie da się funkcjonować bez trampek. Wtedy, gdy chodziłam na rajdy harcerskie, trampki i tenisówki były tanie. Dziś już tanie nie są.

To moje trampki All Stars czyli conversy. Kupiłam je kilka lat temu i zapłaciłam majątek, bo są wysokie do pół łydki i mają różową podszewkę. Znacznie później dowiedziałam się, że wyprodukowano je w Chinach czyli za grosze. To znaczy Chińczykom zapłacono grosze, a ja kupiłam markę i zapłaciłam majątek w euro.

Nie lubię chińskich produktów od czasu, gdy ktoś mi opowiedział, że Chińczycy wyprodukowali jakąś chemiczną papkę, która nie jest miodem, ale pachnie, smakuje i wygląda jak miód. Czyli można zbić majątek, sprzedając durnym Europejczykom miody z taśmy fabrycznej a nie z ula. Drogie miody, a to dlatego, że tanich się nie opłaca fałszować. Właściwie dobra informacja dla tych, którzy nie kupują w drogich sklepach.

Wczoraj przy kolacji dowiedziałam się z kolei, że Chińczycy przysyłają europejskim zielarzom niby to szalenie cenne i drogie zioła, powiedzmy mandragorę, które jednak mandragorą nie są i nie mają żadnych leczących właściwości. Myk polega na tym, że sprzedaje się je w postaci jakiejś brei, a autentyczność takich  papek sprawdza się przy pomocy elektrycznego urządzenia, zwanego spektografem. Papka musi dać wykres podobny do wyniku EKG z pikiem (czyli najwyższym  punktem) w jakimś konkretnym miejscu i konkretnej wysokości. Mandragora tu, liście maliny ówdzie. Kontrolę jakości ziół można też przeprowadzać za pomocą chromatora, który analizuje skład chemiczny i pokazuje wynik jako barwę. Chromatora nie da się oszukać. Ale… No tak, spektograf jest wprawdzie drogi, kosztuje plus minus tyle, co samochód, ale i tak jest mniej więcej sto razy tańczy od chromatografu. Więc wszyscy używają spektografu. A Chińczycy to wiedzą.

Czy to jest jasne? Na pewno nie, mnie trzeba to było trzy razy tłumaczyć. I nadal nie wiem, czy dobrze zrozumiałam, co ci Chińczycy zrobili albo jak do tego doszli, ale pojęłam, że odkryli, iż np. liście malin zmieszane ze sproszkowanymi igłami sosny dają pik dokładnie w tym samym miejscu, w jakim pojawia się pik mandragory. Albo co lepsze – w ogóle nie trzeba ani malin ani sosny, tylko jakaś chemia daje ten pik. Na wykresie poniżej pik liści malin, mandragory w sieci nie znalazłam. Pewnie dlatego, żeby nikt nie ukradł pika.

malinyniemandragora

Mandragora rośnie w Chinach, jest rzadka, trzeba ją sprowadzać i kosztuje majątek, a liście malin można zerwać z krzaka podczas pierwszego lepszego naszego środkowoeuropejskiego spaceru, dlatego sprzedaż malin zamiast mandragory to naprawdę sam miód.

Papka zamiast miodu, liście malin zamiast mandragory, drogie trampki zamiast tanich trampek. Daliśmy się wpakować w pułapkę taniego badziewia i zrobiliśmy to dobrowolnie. Pszczoły umierają, ale hurra! jest przecież papka udająca miód.

I tak dalej, że zacytuję Vonneguta.  To piękny chwyt literacki pozwalający opuścić wywody, które wszyscy znamy i wrócić do sedna rzeczy. Kusi mnie, żeby uznać, iż sednem jest biblijna mandragora, ale będę twarda, po raz kolejny zacytuję mistrza i powiem tylko, że mandragora wygląda jak ludzik, jest męska i żeńska, krzyczy, gdy się ją wyrywa z ziemi, od zawsze była magicznym lekiem i tak dalej…

I tak dalej, proszę państwa, wracamy do trampek. Noszę je nadzwyczaj rzadko i dlatego zdziwiłam się, gdy któregoś dnia obudziłam się rano myśląc o trampkach.

Podczas porannej kawy na balkonie ustaliłam ze swoimi myślami, że rozmyślamy o książce Słoneczne wino / Dandelion wine Raya Bradbury’ego, w której jest piękny rozdział o trampkach. Douglas Spaulding, 12-letni chłopiec budzi się w domu dziadków. Jest pierwszy dzień wakacji w roku 1928, w małym miasteczku na środkowym zachodzie Stanów. Gdy ma się 12 lat, wakacje to cała wieczność pełna niezwykłych niespodzianek. Douglas wie jednak, że nie ma idealnych wakacji bez trampek. Nowych pięknych trampek, które jak magiczny dywan przeniosą go przez wszystkie cudowne dni rozpoczynającego się właśnie lata. Nie ma jednak mowy o tym, żeby ktoś mu te trampki kupił. Idzie więc do sklepu z obuwiem i wygłasza najpiękniejszą przemowę o byciu chłopcem, jaką w życiu można wygłosić tylko wtedy, gdy ma sią 12 lat i czegoś się tak naprawdę, naprawdę chce.  Opowiada jak będzie biegł prędzej niż wiatr, wypełniając wszystkie nałożone mu zadania, aż uzbiera się suma wystarczająca, by kupić trampki…

Dopijam kawę i otwieram komputer. Do roboty, Ewa. W mailach list od Tereski, która pracuje w schronisku dla uciekinierów: Azuz pilnie potrzebuje trampek!

Azuz ma 12 lat. Dzwonię do Tereski i mówię, że kupię mu trampki.

Reblog pro domo sua

gazeta pisarzyNie chciałam, uwierzcie mi, przechwalać się tutaj wywiadem, jakiego udzieliłam Magdzie Parys dla Gazety Pisarzy czyli specjalnego wydania Gazety Wyborczej. No więc – nie chciałam, ale muszę, bo po prostu zalewa mnie potok pytań o tekst wywiadu, a tu ktoś nie ma dostępu, a ktoś limitu, a ktoś znowu cholera wie czego… Publikuję więc tu ten artykuł i będę Wam wszystkim wysyłać linki… I dajcie Wy mi święty spokój, a jak jesteście z Berlina, to przypominam, że pilnie poszukuję rolek i rower(k)ów dziecinnych dla “naszych dzieci”, bo jest wiosna i rok 2016…

A jak ktoś chciałby się więcej dowiedzieć, to zapraszam na stronę założoną przez Viktora Kucharskiego, Polacy w Berlinie bez nienawiści.

razan we wrotkach!

Na zdjęciu Razan, syryjska dziewczynka, w nowych rolkach, dostarczonych jej przez “dobrą wróżkę” – foto Iwona B.

Polacy, spełnijcie swój obowiązek! Polska wolontariuszka opowiada o pomocy uchodźcom w Berlinie

Ważny jest człowiek, który właśnie uciekł przed śmiercią. I którego ty możesz przywitać.

Rozmowa z Ewą Marią Slaską, pisarką, dziennikarką, blogerką, która jako wolontariuszka pomaga w Berlinie uchodźcom. Uciekinierka polityczna, wyjechała z Polski w styczniu 1985 r., a w 1986 r. otrzymała w Berlinie azyl polityczny.

MAGDALENA PARYS*: Polski rząd wzbrania się przed pomaganiem uchodźcom, wielu rodaków to popiera. A jak reagują Polacy mieszkający w Niemczech?

EWA MARIA SLASKA: W Berlinie i na polsko-niemieckim pograniczu mnóstwo Polek pomaga uciekinierom. Wszystkie mówią to samo: “Teraz trzeba się wstydzić, że się jest Polakiem”. Te dziewczyny są wspaniałe. Hania Hakiel zabiera uchodźców do Polski na święta. Magda Więsko zorganizowała zbiórkę rowerów. Ania Alboth wciągnęła pół Polski w akcję zbierania darów. Monika zrobiła wystawę zdjęć z drogi, którą przeszli. Lucy zaprasza na grilla dla uchodźców i mieszkańców swojej przygranicznej wioski… To samo robią Niemcy. Zaraz jadę do wioski, w której wyremontowano domek dla informatyka z Syrii. Mieszkańcy wystąpią jako poręczyciele, by mógł sprowadzić rodzinę. To są wspaniałe akcje. Prawdziwa pomoc to nie tylko dawanie pieniędzy, ale przede wszystkim serce.

Ciekawe, bo we wschodnich Niemczech codziennie płoną schroniska dla uchodźców…

– Wiem, że to do siebie nie pasuje. Nie twierdzę, że tak nie jest, ale sama nie spotkałam się z przemocą. Nawet gdy po moim wykładzie o pomocy uchodźcom protestowali neonaziści, wszystko przebiegło spokojnie.

Powszechnie mówi się, że uchodźcy to młodzi mężczyźni…

– W ośrodku, w którym pracuję jako wolontariuszka, ok. 80 proc. mieszkańców stanowią Syryjczycy i Afgańczycy, głównie rodziny. Mężczyzn jest dużo, ale pamiętajmy, że droga uchodźcy to kilka tysięcy kilometrów na piechotę. Nie każdy chce zabrać żonę w ciąży czy małe dzieci. Ale i ich, niestety, widać na tych niekończących się szlakach.

A komórki i drogie ciuchy, które noszą?

– A co w tym złego? Komórka to zwykły element naszej codzienności. Mało tego, nam mniej potrzebny niż im w drodze do nas. W komórkach są mapy, trasy, drogi. Nawigacja. Jak przejść przez kilkanaście państw bez takiego kompasu? Otrzymują je od tych, którzy organizują im ucieczki. To jest w cenie “usługi”. W czasie drugiej wojny światowej komórek nie było, ale gdyby były, Żydzi całowaliby ręce tych, którzy je wymyślili. Przecież dzięki nim mogliby ratować siebie i swoje rodziny od Zagłady. Przez komórkę możesz się skontaktować z pośrednikiem. A potem z pozostawioną gdzieś daleko rodziną.

Nie jesteś podejrzliwa?

– Mój mistrz z Czerwonego Krzyża Nouri Dehkordi, który przed laty w olbrzymim berlińskim schronisku dla uchodźców kierował pracą opiekunów, powtarzał: nie zadawać pytań. Nie jesteśmy policją. Jeżeli chcę się czegoś dowiedzieć, mogę zapytać, ale on ma prawo nie odpowiedzieć.

Kim był Dehkordi?

– Wspaniały człowiek, Kurd z Iranu, członek Komunistycznej Partii Kurdyjskiej (KPK), dwukrotny uchodźca polityczny – uciekał przed policją szacha Rezy Pahlawiego, a potem przed ajatollahem Chomeinim. Zginął w 1992 r. w zamachu irańskich agentów na grecką restaurację Mykonos w Berlinie, gdzie delegacja KPK prowadziła rozmowy z politykami emigracyjnymi. O tym było swego czasu bardzo głośno.

A jak ty trafiłaś teraz do domu uchodźców?

– Przypadkiem. W sierpniu zeszłego roku robiłam materiał o schronisku, a w międzyczasie okazało się, że potrzebne są ręce do roboty.

Z dziennikarki stałaś się wolontariuszką?

– Telefon znajomego przerwał miły wieczór z rodziną: “Przyjeżdżaj, pomóż wydawać kolację”. Pracowałam do godz. 23, zamierzałam wracać do domu, ale dotarła nowa grupa, dwieście osób. To było latem zeszłego roku. Kilka miesięcy później zaczęłam regularną pracę w tym ośrodku. Ale w marcu zamieniłam ją na wolontariat – bo wolontariusz może pomagać, a etatowiec tonie w biurokracji. Najgorsza jest przepaść między tym, co na górze – kanclerz Merkel i jej “damy radę” – a tym, jak wygląda opieka nad uchodźcami.

Czyli?

– Biurokracja i jeszcze raz biurokracja. Zamiast uprościć procedury, żąda się wypełniania ton papierów. Do pracy przychodzą ludzie, którzy zachowują się jak trybiki wielkiej maszyny. Byle się nie narazić. Plus niekompetencja, negatywna selekcja, ignorancja. Zdarzyło się, że wyrwałam tłumaczowi list z rąk – bo nie zauważył, że to skierowanie dzieci do szkoły. A Nouri w latach 80. i 90. wspaniale zorganizował pracę opiekunów w berlińskim ośrodku dla uchodźców. Nie przywożono paskudztw w kotłach. Na miejscu była pielęgniarka, lekarz, opieka do dzieci. Oczywiście nie oznaczało to, że ośrodek był rajem na ziemi.

Z kolei teraz szybciej następuje uznanie prawa do azylu lub przyznanie statusu uchodźcy, uciekinier szybciej dostaje zwykły zasiłek, kurs integracyjny, prawo do pracy.

Czyli są i zmiany na lepsze…

– To zależy od miejsca. Wiele czasu pożera stanie w kolejkach do urzędów. Uchodźcy trochę się uczą i pracują na terenie schroniska (wolno im przez 80 godz. miesięcznie). Wykonują proste czynności: gotują, wynoszą śmieci, sortują odzież. Zarabiają euro na godzinę i umieją się z tego cieszyć.

Jacy oni w ogóle są?

– Gdy przyjeżdżają, to – Boże! – tacy zmęczeni! Zmęczeni i kochani jednocześnie. Ledwo żyją, ledwo stoją na nogach, ale dziękują. Jest w nich tyle wdzięczności. Zaprzyjaźniłam się z rodziną, która ujęła mnie już pierwszej nocy – ich synek podszedł do okienka, powiedział “drei Kaffee bitte” i uśmiechnął się.

Nie dość, że pracujesz z uchodźcami, to jeszcze mieszkasz blisko dawnego lotniska Tempelhof, obecnie największego ich skupiska w Berlinie. Nie boisz się?

– Gdy wracam po nocy, trochę się boję. Ale nie ich – uchodźców, tylko – ich, mężczyzn. Jak każda kobieta. Ale nie wolno się bać! I nie wolno słuchać wiadomości! Oczywiście, warto wiedzieć, co się dzieje, ale nie wolno zwracać uwagi na zdania: “Zbliżają się miliony uchodźców”. To tylko liczby. Ważny jest człowiek, który właśnie uciekł przed śmiercią. I którego ty możesz przywitać.

Angela Merkel wcześniej też była sceptyczna wobec uchodźców. Pamiętam, jak palestyńska dziewczynka, płacząc przed kamerami, spytała, dlaczego jej rodzina ma być deportowana. Kanclerz odparła: “Niestety, mamy taką politykę”.

– Ale krótko potem obiecała, że Niemcy pomogą wszystkim uchodźcom. Od tego czasu bardzo ją polubiłam. Wygrał czynnik ludzki. W Polsce próbuje się go umniejszyć, mówiąc, że pomoc się Niemcom opłaca, bo Unia płaci za uchodźców. Skoro się tak opłaca, dlaczego Polska ich nie bierze? Szefowa miasteczka namiotowego dla uchodźców na pytanie, czy mam zorganizować zbiórkę darów z Polski, odpowiedziała, że nie, bo wtedy Polacy przestaliby mieć wyrzuty sumienia, a nie o to chodzi. “Wy, Polacy – powiedziała – powinniście stanąć na ulicy i wrzeszczeć na ten swój rząd. Pomoc to nasz chrześcijański obowiązek”.

* Laureatka Literackiej Nagrody UE za książkę “Magik”, za chwilę ukaże się jej najnowsza powieść “Biała Rika”.

gazeta

Foto: Julita B.

Każdy umiera w samotności

Lech Milewski

Samotna śmierć Hansa Fallady

Listonosz Ewa Kluge wchodzi powoli po stopniach schodów domu przy ulicy Jabłońskiego 55. Wchodzi powoli nie tylko dlatego, że jest zmęczona obchodem, ale również dlatego, że ma w torbie jeden z takich listów, których nienawidzi oddawać. I właśnie o dwa piętra wyżej musi za chwilę oddać ten list Quanglom…
Przedtem jeszcze, piętro niżej, doręczy urzędowe pismo Persickom. Persicke jest kierownikiem politycznym lub czymś podobnym w partii – Ewa Kluge ciągle jeszcze nie rozeznaje stanowisk. W każdym razie u Persicków trzeba witać się wołając “heil Hitler” i dobrze uważać, co się mówi.
Uważać trzeba, oczywiście wszędzie…
… zadzwoniła do Quanglów. Trzyma list w ręku i gotowa jest natychmiast uciec. Na szczęście, otwiera jej nie kobieta, która zwykle zamienia z nią parę przyjaznych słów, lecz mężczyzna o ostrej, ptasiej twarzy, cienkich wargach i zimnych oczach. Bez słowa wyjmuje jej list z ręki i zamyka drzwi przed nosem, jak gdyby była złodziejem, którego trzeba się strzec.

Hans Fallada – Każdy umiera w samotności.
Tłumaczył – Jerzy Rawicz.
Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej – 1956

Powyższą książkę kupiła moja Matka, która dobrze pamiętała autora jeszcze sprzed wojny. Przede wszystkim książkę Co dalej szary człowieku (Kleiner Mann, was nun?) – świetny obraz czasów depresji lat 1929-1931.

Książka Hansa Fallady spodobała mi się od pierwszego wejrzenia – wartki język, żywa akcja, duża część książki rozgrywa się w berlińskim półświatku co przypominało mi utwory Bertolda Brechta, Ericha Kästnera a przede wszystkim mistrza reportażu – Egona Erwina Kischa.
Nic dziwnego, podobnie jak oni Hans Fallada był reprezentantem kierunku Neue Sachlichtkeit – KLIK.

Hans Fallada

Hans Fallada – KLIK, prawdziwe nazwisko Rudolf Ditzen, urodził się w 1897 roku w dość dobrze sytuowanej rodzinie.
Wypadek drogowy w wieku lat 16, którego wynikiem była długa kuracja z użyciem dużej ilości leków uśmierzających ból, miał chyba decydujący wpływ na dalsze życie pisarza. Samotność, depresja, uzależnienie od środków przeciwbólowych, doprowadziło go do myśli o samobójstwie. W wieku lat 18, rok 1911, wraz z przyjacielem zdecydowali popełnić samobójstwo, aby jednak nadać mu bardziej stylowy character postanowili zainscenizować je w formie pojedynku.
Rezultat był fatalny – przyjaciel Hansa spudłował, Hans trafił skutecznie. Próbował jeszcze sam się zastrzelić, ale to mu sie nie udało. Sąd uznał go za niepoczytalnego i uniewinnił od zarzutu morderstwa. Tak zaczął się regularny kontakt z instytucjami psychiatrycznymi.
W sanatorium psychiatrycznym zetknął się z pracą na roli i to stało się jego rezerwowym zawodem.

Po zakończeniu I Wojny Światowej Fallada nie mógł już liczyć na pomoc finansową rodziców i znalazł zatrudnienie jako pracownik rolny.
W roku 1920 opublikował pierwszą książkę. W tym samym czasie został skazany na sześć miesięcy więzienia za drobne kradzieże, gdyż jego zarobki nie wystarczaly na pokrycie kosztów uzalenienia od morfiny.
W roku 1926 ponownie wylądował w więzieniu za szereg kradzieży spowodowanych uzależnieniem od alkoholu i narkotyków. Od uzależnienia uwolnił się po kuracji odwykowej w 1928 roku. Rok później ożenił się i jego życie potoczyło sie lepiej – pracował w redakcjach cenionych wydawnictw, publikował artykuły i eseje.
W tym okresie zainteresował się problematyką społeczno-ekonomiczną. Wynikiem była książka Bauern, Bonzen und Bomben, która zyskała mu opinię obiecującego talentu nie wahajacego się podejmowania kontrowesyjnych tematów. Wkrótce później przyszla książka Cóż dalej szary człowieku?, która była wielkim sukcesem czytelniczym i finasowym. Niestety sukcesowi towarzyszyło załamanie nerwowe spowodowane nasilaniem się nazizmu.

Wprawdzie twórczość Fallady nie zawierała niczego co mogłoby nie podobać się Nazistom to jednak fakt, że książka Cóż dalej szary człowieku? została sfilmowana w USA przez żydowskiego producenta spowodował, że Gestapo zainteresowało się Falladą. W 1934 roku został aresztowany w wyniku fałszywego donosu. Z braku dowodów wypuszczona go z aresztu, ale rok później znalazł się na liście niepożądanych autorów.

Przeniósł się na spokojniejszy grunt, zajął się pisaniem książek dla dzieci.

Opublikowana w 1937 rou książka Wolf unter Wölfen (Wilk pośród wilków) pozwoliła mu wrócić na poważną arenę – hitlerowcy odebrali książkę jako ostrą krytykę Republiki Weimarskiej, bardzo pochlebnie ocenił ją sam Józef Goebbels. To zainteresowanie stało się kolejnym problemem, gdyż Goebbels zasugerował napisanie książki z wątkiem antysemickim. Równocześnie nadeszło rządowe zamówienie książki o życiu w Niemczech bezpośrednio przed rokiem 1933.

W wyniku tego zamówienia powstała książka Żelazny Gustaw. Goebbels po przejrzeniu rękopisu zasugerował, aby nieco wydłużyć czas akcji i pokazać, jak dojście nazistów do władzy pomogło rozwiązać wszelkie problemy. Fallada długo borykał się z tym zadaniem. W końcu skapitulował i dodał rodział, w którym syn bohatera powieści zostaje stormtrooperem – KLIK – i to robi z niego prawdziwego człowieka.
Fallada miał duże wyrzuty sumienia z powodu tego kompromisu, w kilku publikacjach próbował wytłumczyć się ze swojej słabości.

Wojna pogorszyła sytuację pisarza. Powrócił do pisania dla dzieci. Sąsiedzi donieśli kilkakrotnie do władz o jego problemach z narkotykami, grozili również donosem o jego zaburzeniach psychicznych, co w III Rzeszy groziło dużym niebezpieczeństwem.
W rezultacie pogrążył się w pijaństwie, jego małżeństwo rozpadło się. Już po rozwodzie próbował zastrzelić byłą żonę, ale z łatwością go rozbroiła.
Policja skierowała Falladę do szpitala psychiatrycznego. Tutaj przypomniał mu się pomysł napisania powieści o wątku antysemickim i pod tym pozorem poprosił o dostarczenie mu racjonowanego wówczas papieru. Wynikiem była autobiograficzna powieść Pijak. Administracja szpitala nie zorientowała się i pod koniec 1944 roku pisarz opuścił szpital.

Kilka miesięcy później ożenił się z dużo od siebie młodszą, zamożną wdową. Jednak jego stan psychiczny znacznie się pogorszył i wrócił do morfiny. Towarzyszyła mu w tym żona, która, jak się okazało, była jeszcze bardziej niż on uzależniona. Skończyło się na roztrwonieniu całego jej majątku i klinice odwykowej.
Większą część ostatniego roku życia spędził w klinikach i tam właśnie powstała jesienią 1946 roku jego najsłynniejsza książka – Jeder stirbt fur sich allein – Każdy umiera w samotności. Napisał ją podobno w ciągu 24 dni.

W 1948 roku książkę przetłumaczono na rosyjski i szwedzki, dwa lata później na polski, na angielski… dopiero w roku 2009. Okazała się bestsellerem, wkrótce sprzedano na rynku anglojęzycznym 200,000 egzemplarzy, co spowodowało wznowienia innych książek pisarza.

Strona tytułowa książki prezentowana na wstępie wpisu to już rok 1956, drugie wydanie. Po jej przeczytaniu zacząłem szukać innych książek tego autora.
Cóż dalej szary człowieku? – to był niewątpliwie ten sam Fallada, ale książka nie mogła dorównać intensywnością ostatniej książce pisarza.
Pijak – relacja nałogowego alkoholika. To był dla mnie szok. Oczywiście znajomy był mi widok sporej ilości zataczających się mężczyzn po sobotniej wypłacie. Słuchałem licznych opowieści o nałogowych alkoholikach, ale teraz przeczytałem relację kogoś, kto znał to od podszewki, do tego kogoś, kto umiał w sposób przejmujący to opisać.

Do lektury Każdy umiera w samotności wracałem kilkakrotnie.
Już podczas studiów, na lektoracie języka niemieckiego, rozmawiałem o tej książce w moją lektorką.
– Gdy Rosjanie zajęłi Niemcy Wschodnie – opowiadała – przydzielali ludzi do różnych robót. Gdy przyszła kolej na Falladę zapytali go o zawód – pisarz. No to będziesz przychodził codziennie do ratusza i pisał książkę. I tak, w ciągu kilku miesięcy, napisał swoją najlepszą książkę

Prawda okazała się ciekawsza. Wkroczenie Armii Czerwonej zastało Falladę w Feldberu w Meklemburgii. Dzięki protekcji pisarza o komunistycznych przekonaniach – Johannesa Bechera – KLIK – zyskał duży respekt u nowych władz i mianowano go burmistrzem miasta, którą to funkcję pełnił ponad rok.
Jak wspominałem wyżej książka Każdy umiera w samotności powstała w klinice odwykowej.
Johannes Becher zasugerował Falladzie tematykę książki – dostarczył mu akta Gestapo dotyczące Otto i Elizy Hampel, małżeństwa, które po utracie na froncie bliskiego kuzyna zaczęło pisać i rozrzucać po mieście karty wzywające ludność do oporu.

Fallada we wstępie do książki pisze:
Wydarzenia opisane w tej książce odpowiadają w ogólnych zarysach treści aktów gestapo, dotyczących nielegalnej działalności pewnego berlińskiego małżeństwa robotniczego w latach 1940-1942. Odpowiadają tylko w ogólnych zarysach – powieść ma bowiem swe własne prawa…

Wracam do książki. Gdzie to ja skończyłem? Aha, Ewa Kluge dostarczyla urzędowy, pisany na maszynie, list. Zgodnie z jej przewidywaniami zakłócił on całkowicie życie spokojnej i pracowitej rodziny. Rezultatem jest karta zaczynająca się słowami:
Matko! Fuehrer zamordował mojego syna…

Już kilka godzin po podrzuceniu karta trafia w ręce doświadczonego oficera Gestapo, komisarza Eschericha…
– Gdybyśmy mieli prawdziwą policję i gra warta byłaby świeczki, to ten, który napisał kartę, siedziałby od kluczem po dwudziestu czterech godzinach…

Komisarz się mylił, upór i desperacja prostych ludzi okazały się silniejsze od logiki godnej Sherlocka Holmesa i niemieckiej skrupulatności. Sprawa ciągnie się grubo ponad rok, a w międzyczasie wkraczamy w świat oszustów, donosicieli, partyjnych karierowiczów.

Dopiero kilka miesięcy temu poszukałem w internecie informacji o życiu autora i teraz wiem, że większość opisywanych sytuacji i osobników autor przeżył lub poznał osobiście.
Właściwie jest mi to obojętne. Na potrzeby tego wpisu szukałem tylko kilku cytatów i utknąłem na dobre – przeczytałem książkę od deski do deski raz jeszcze, mimo że czytałem ją już wiele razy.

Nie mogę się więc oprzeć pokusie zacytawania jedego, charakterystycznego fragmentu:

– Baldur – błagał (swojego syna) znów stary. – Nie wiesz co to za dom. Głodzą człowieka na śmierć, a pielęgniarze wciąż biją. I inni chorzy też mnie biją.
(…)

– Zdarzają się jeszcze o wiele straszniejsze rzeczy. Czasem starszy pielęgniarz daje chorym, który trochę hałasują, zastrzyk z czymś takim zielonym. Nie wiem jak to się nazywa. Ale po tym ludzie muszą ciągle rzygać. Aż duszę z ciała wyrzygają, a potem znikają nagle…

Reakcja syna:
… Mój ojciec dostał taki zastrzyk…
Lekarz zawołał: – To jest wykluczone!…
– Panie doktorze, byłbym panu naprawdę bardzo zobowiązany, gdyby pan pielęgniarzowi, teraz, jeszcze w mojej obecności wydał polecenie natychmiastowego wykonania takiego zastrzyku. Poszedłbym, że tak powiem, uspokojony do domu…

Zawsze jednak jest ucieczka:
… Wróciwszy do swego gabinetu lekarz ciężko opadł na fotel. Czuł, że drży na całym ciele i że zimny pot zrasza mu czoło… Wstał, podszedł do szafki z medykamentami. Powoli wyjąż strzykawkę…
Wrócił na fotel, wyciągnął z zadowoleniem nogi oczekując działania narkotyku… Zmrużył oczy i wyciągnął się. Oddychał z przyjemnością i było mu dobrze na sercu.

Hans Fallada – Każdy umiera w samotności.

Na zakończenie wrócę jeszcze do spóżnionego o 63 lata tłumaczenia książki na angielski.
Po piewsze przyczyna. Wydaje mi się, że była nią cenzura, fakt, że książkę napisał pisarz namaszczony przez komunistycznego dygnitarza – protektor Fallady, Johannes Becher, w momecie publkacji książki, był ministrem kultury NRD.
Ciekawe, że w roku 1940, czyli już podczas wojny, Anglicy nie mieli problemu z wydaniem innej książki Fallady – Żelazny Gustaw – tak, tej pisanej pod protekcją ministra propagandy hitlerowskich Niemiec.
Inna rzecz, że tutaj z kolei mocno napracowała się angielska cenzura. W zgodnym z oryginałem wydaniu w roku chyba 2013 przywrócono około 85,000 usuniętych pierwotnie słów – KLIK.

Ksiązka Każdy umiera w samotności była oczywiście przed wydaniem ocenzurowana w NRD, ale według mnie nie spowodowało to żadnej istotnej zmiany oryginalnego tekstu. Według angielskich źródeł, w wydanej w 1947 roku wersji wszystkie postacie są zdecydowanie czarno-białe, w oryginale są nieco bardziej zróżnicowane.
Moja uwaga – w tej książce nikt nie jest biały/czysty.

Po drugie – tytuł. Tytuł oryginału to: Jeder stirbt fur sich allein. Polskie tłumaczenie – Każdy umiera w samotności – wydawało mi się właściwe dopóki nie dowiedziałem się, że Anglicy przetłumaczyli to na: Alone in Berlin (Sam w Berlinie). Na rynku amerykańskim książka ukazała się pod tytułem – Everyone dies alone, który odpowiada polskiemu tłumaczeniu.
Alone in Berlin – to dziwny pomysł – to zabija całą dramaturgię oryginalnego tytułu, ale… czy w książce ludzie umierają w samotności? Fizycznie jednak nie. I do tego te słowa: für sich – dla siebie. Czy to miało znaczyć – każdy umiera dla siebie samego, na swoje własne konto?
Bardzo proszę osoby używające niemieckiego na co dzień o komentarz.

A jak zmarł Hans Fallada?
W klinice odwykowej, w lutym 1947 roku. Jego najlepsza książka ukazała się już po jego śmierci.

PS. Na hasło stormtrooper google odpowiada – Gwiezdne Wojny – KLIK.

Co czytano w getcie?

Jakie piękne pytanie!

Co czytano w gettach?

Seminarium naukowe

W czerwcu 1942 Emanuel Ringelblum konstatował:

Co czyta ludność? Temat ten ciekawi każdego Żyda, a po wojnie będzie interesował świat. Świat zapyta: Co myśleli ludzie z Musa-Dah, [ludzie] z getta warszawskiego, którzy rozumieli, że nie ominie ich śmierć […]. Czytają pamiętniki Lloyda George’a, powieści światowej literatury o poprzedniej wojnie światowej itp., czytają z upodobaniem te strony, na których opisany jest rok 1918, klęska Niemiec.

Temat „co czytano w getcie” istotnie jest interesujący, a nie doczekał się jeszcze całościowego studium. O jednej z bohaterek fikcyjnej prozy Eva Weaver pisze: „Wertowała kolejne książki, w szczególności Baśnie tysiąca i jednej nocy. Czytała je wszystkie” (przeł. Magda Witkowska). W niefikcyjnej relacji Władysław Dov Kornblum wymieniał: Mały Lord, Książę i żebrak, Sława, Chata wuja Toma. W niemalże wszystkich dokumentach osobistych znajdują się passusy poświęcone lekturom. Justyna Kowalska-Leder, badając dziennik Reni Knoll, zauważyła:

Być może martwota getta, jego odcięcie od przyrody, tłumaczy nieco czytelnicze gusta Reni, na przykład jej zachwyt nad Pojednaniem Heleny Zakrzewskiej […] czy literaturą skandynawską. […] Pod notatką wyrażającą zachwyt Ryszardem Lwie Serce Waltera Scotta Renia umieszcza fragment Kupca weneckiego:

Alboż to Żyd nie ma oczu,
nie ma rąk, organów, zmysłów,
namiętności?

Zapraszamy do udziału w seminarium naukowym, organizowanym przez Żydowski Instytut Historyczny, Instytut Slawistyki PAN i Fundację Józefa Rotblata. Odbędzie się ono we wtorek 14 czerwca 2016 o godzinie 13 w siedzibie Żydowskiego Instytutu Historycznego w Warszawie. Zgłoszenia prosimy wysyłać do 30 kwietnia na adres koordynatorki: joannamroszak@gmail.com

Joanna Roszak

Fundacja Józefa Rotblata, Instytut Slawistyki PAN

Straszne rocznice 2

Zbigniew Milewicz

Czarnobyl

Nikt sobie na Śląsku specjalnie tym głowy nie zaprzątał. Pieprznęło u ruskich, ich zmartwienie, poza tym to było daleko, ile się tego pyłu do nas mogło dostać. Mieliśmy swój – kopalniany, hutniczy, z zakładów chemicznych, cała tablica Mendelejewa wisiała w powietrzu, człowiek był uodporniony na różne świństwa. Internetu jeszcze wtedy nikt nie miał, a cóż wielkiego mogła napisać Trybuna Robotnicza, albo Ludu na ten temat…? Zdarzyła się awaria elektrowni, wszystko jest u towarzyszy radzieckich pod kontrolą, już sprzątają zresztą, więc nie ma co panikować. Dopiero, jak kazali wszystkim przyjść z dzieciakami do przychodni, żeby wypiły Płyn Lugola, to zacząłem się zastanawiać nad powagą sytuacji. A kiedy w drodze na Pomorze, na jakąś konferencję naukową PAX-u, zobaczyłem, że na jezdni co parę metrów leżą martwe ptaki, pomyślałem: to też może być przez tę elektrownię.

Trzydzieści lat temu, 26 kwietnia 1986 r. doszło do katastrofy w Czarnobylu na Ukrainie. O godz. 01.23, w reaktorze jądrowym jednego z bloków energetycznych miejscowej elektrowni atomowej eksplodował wodór, co wywołało pożar i emisję substancji promieniotwórczych. Była to największa katastrofa w historii energetyki jądrowej i jedna z największych katastrof przemysłowych XX w. Razem z awarią elektrowni jądrowej Fukushima została zakwalifikowana do siódmego, najwyższego stopnia w skali INES. Skażenie promieniotwórcze objęło bezpośrednio obszar od 125000 do 146000 km.kw terenu na pograniczu Ukrainy, Białorusi i Rosji, a chmura radioaktywna wyemitowana z uszkodzonego reaktora rozprzestrzeniła się po całej Europie. Z terenów, które najmocniej ucierpiały ewakuowano i przesiedlono ponad 350000 osób.

Budowę elektrowni rozpoczęto w latach 70 ubiegłego wieku. Za główną przyczynę katastrofy uznano błędy konstrukcyjne reaktora, który służył celom militarnym. Produkował pluton i miał konstrukcję modułową, która w razie awarii sprzyjała rozszczelnianiu, przy jednoczesnym samoczynnym wzroście mocy reaktora. Przyczyną wtórną były błędy proceduralne, na które podobnie, jak w przypadku wad konstrukcyjnych położono wówczas polityczną pieczęć milczenia. Po katastrofie władze Związku Radzieckiego obarczyły winą głównie operatorów reaktora.

25 kwietnia 1986 roku personel obsługujący czwarty blok energetyczny prowadził przygotowania do testu, które nieoczekiwanie zastopowała awaria w pobliskiej, smoleńskiej elektrowni. Aby sprostać potrzebom wieczornego szczytu, dyspozycja mocy w Kijowie wydała nakaz przesunięcia testu na wczesne godziny nocne następnego dnia. Do tego czasu reaktor miał wspomagać system zasilania. Według przepisów ów eksperyment powinni wykonać dwa lata wcześniej, przed oddaniem reaktora do eksploatacji, ale elektrownia pod naciskiem politbiura podjęła dzielne zobowiązanie, że szybciej uwinie się z reaktorem, więc test odłożono na później. W ogóle nie można go było uniknąć, bo do projektu w ostatniej chwili zostały wprowadzone zmiany i należało sprawdzić, czy zdadzą one egzamin. Może by i zdały, gdyby nocna zmiana wiedziała dokładnie, co powinna robić. Pierwotnie miała ona tylko czuwać nad systemem chłodzenia wyłączonego już reaktora, bo do samego testu przygotowana była dzienna zmiana, pod nadzorem grupy specjalistów. Może wtedy eksperyment, z Bożą pomocą, udałoby się jakoś pomyślnie przeprowadzić, ale przez feralny Smoleńsk tamtych już dawno nie było w pracy. O północy popołudniowa zmiana przekazała nocnej dokumenty z opisami procedur, pełne ręcznych poprawek i skreśleń, zespół ekspertów, zmęczony bezczynnym oczekiwaniem od rana chyba nie miał za bardzo ochoty na to, by tłumaczyć ludziom, o co generalnie i w szczegółach w tym teście chodzi, a na dodatek operatorem odpowiedzialnym za obsługę reaktora był młody inżynier z trzymiesięcznym stażem pracy.

Nie podejmuję się opisu skomplikowanych, technicznych szczegółów, które bezpośrednio doprowadziły do katastrofy. Powiem tylko, że ten test w opisanych warunkach nie mógł się udać. Doszło do dwóch silnych eksplozji. Poziom promieniowania radioaktywnego w Czarnobylu był 500 razy silniejszy, niż po zrzuceniu bomby atomowej w Hiroszimie. Jego tragiczne, globalne skutki można będzie oszacować dopiero w przyszłości. Radioaktywny izotop Cezu 137 rozkłada się połowicznie dopiero po 30 latach a izotop Strontu po 29. Potrzeba 300 lat aby na skażonym terenie życie wróciło do stanu sprzed katastrofy.

Wkrótce po wybuchu pożaru – czytamy w relacjach z miejsca tragedii – na miejsce przybyła straż pożarna. Pierwsza stawiła się brygada pod komendą porucznika Władimira Prawika, który zmarł 11 maja 1986 w wyniku choroby popromiennej. Strażacy nie zostali poinformowani o niebezpieczeństwie kontaktu z radioaktywnym dymem i odpadami, a możliwe jest też, że w ogóle nie zdawali sobie sprawy, że wypadek to coś więcej niż zwykły pożar instalacji elektrycznych. „Nie wiedzieliśmy, że to reaktor. Nikt nam tego nie powiedział”.

Grigorij Chmiel, kierowca jednego z wozów pożarniczych, relacjonuje później:

Przyjechaliśmy za 10 czy 15 druga w nocy… Widzieliśmy porozrzucany wokoło grafit. „Czy to jest grafit?” – zapytał Misza. Kopnąłem leżący na drodze kawałek, ale jeden ze strażaków podniósł go. „Jest gorący” – powiedział. Kawałki grafitu były różnych rozmiarów. Jedne wielkie, inne tak małe, że dało się je podnieść…
O promieniowaniu nie wiedzieliśmy prawie nic. Nawet ci, co pracowali tu wcześniej, nie mieli pojęcia. W pojazdach nie było wody, więc Misza napełnił zbiorniki i wycelowaliśmy strumień w górę. Potem ci chłopcy, którzy niedługo potem umarli, poszli na dach – Waszczyk Kolia, Wołodia Prawik i inni… Wspięli się po drabinie… i nie widziałem ich więcej.

Ugaszenie płonącego grafitu było bardzo trudne. Potrzeba było do tego kilku tysięcy ton piasku, boru, dolomitu, gliny i ołowiu zrzucanych ze śmigłowców (głównie Mi-26, i mniejszych Mi-8 – ich załogi były tylko prowizorycznie zabezpieczone przed skutkami promieniowania). Zrzucane materiały pod wpływem żaru z reaktora stapiały się razem, tworząc zwartą masę. Jak się później okazało ołów, zastosowany w gaszeniu reaktora, pod postacią par wyrządził ogromne szkody osobom gaszącym ruiny reaktora.

Kiedy zakończono zrzucanie ładunków, nastąpił poważny kryzys. Reaktor był tak zbudowany, że pod jego podstawą, grubą na metr warstwą betonu, znajdowały się zbiorniki rozbryzgowe na wodę z ewentualnych wycieków. W razie przedostania się stopionej masy do tych zbiorników, mógł nastąpić kolejny wybuch, powodując jeszcze większe skażenie. Ponieważ prawdopodobieństwo takiego zdarzenia szacowano na 10-15%, przedsięwzięto akcję zapobiegawczą. Ściągnięto setki wozów strażackich i beczkowozów do wypompowania wody, lecz mimo tej akcji w zbiorniku wciąż pozostawało kilka hektolitrów wody. Trójka inżynierów zgłosiła się na ochotnika i dotarła do zbiornika, by otworzyć dwa zawory główne.

Po otwarciu zaworów przystąpiono do instalowania pod reaktorem agregatów chłodzących. Ponieważ w trakcie prac temperatura reaktora spadła (głównie w wyniku zasypywania go ołowiem), zamiast tego postanowiono wybudować w tym miejscu „poduszkę betonową”, aby w razie przepalenia się reaktora do wnętrza nie doszło do stopienia fundamentów i silnego skażenia terenu. Ponieważ grunt był miękki (Prypeć i Czarnobyl leżą w pobliżu mokradeł), użyto techniki stosowanej w podobnych sytuacjach do budowy metra – w ukośne odwierty wlewano ciekły azot (-196 °C) i doprowadzono do zamrożenia gruntu. 13 maja grupa 450 górników sprowadzonych specjalnie z Tuły (ze względu na podobne warunki gruntowe) rozpoczęła kopanie tunelu o długości 150 metrów. Ukończono go po 36 dniach pracy w trzygodzinnych szychtach (w celu ograniczenia napromieniowania). Górnicy w tym okresie otrzymali dawkę 40-80 rem, w ciągu kilku kolejnych lat 170 z nich zmarło.

Po 10 dniach pierwotna, betonowa podstawa reaktora przepaliła się i radioaktywne szczątki reaktora runęły do zabezpieczonego „betonową poduszką” zbiornika, gdzie pozostają do dziś. Ich wydobycie jest na chwilę obecną technicznie niemożliwe.

Blok 4, stan z roku 2006

W grudniu 1986 roku, po 6 miesiącach dochodzenia, przeprowadzono badania wewnątrz betonowego sarkofagu, gdzie odkryto wysoce radioaktywną substancję w pomieszczeniach poniżej reaktora. Ważąca kilkaset ton bryła została nazwana „stopą słonia” z powodu swojej pomarszczonej powierzchni. Bryła ta jest spiekiem piasku, szkła i dużych ilości radioaktywnego paliwa, które wydostało się z reaktora. Przez betonowy sufit pomieszczeń pod reaktorem przedostała się lawa roztopionych szczątków oraz wcześniej nieznana substancja krystaliczna, która została nazwana czarnobylitem.

Kontrowersje budzi szacowana liczba ofiar. Greenpeace podaje ogólną liczbę 100000 ofiar śmiertelnych Czarnobyla. 134 spośród ratowników, którzy przybyli do płonącego reaktora zachorowało na chorobę popromienną, z czego 28 zmarło w ciągu kilku dni lub tygodni. Organizacja WHO utrzymuje, że około 2200 pracowników elektrowni i członków ekip ratowniczych straciło życie na skutek katastrofy. Raport Lekarzy Przeciw Wojnie Nuklearnej szacuje liczbę wypadków raka tarczycy powstałych z powodu katastrofy na 10 000 i sądzi, że istnieje możliwość kolejnych 50 000 przypadków, do tego doszło do 10 000 deformacji płodów i śmierci 5000 niemowląt. Jednak do tej pory nie zaobserwowano jakichkolwiek negatywnych skutków wśród dzieci urodzonych po awarii. Związek Czarnobyla, organizacja zrzeszająca likwidatorów elektrowni, podaje, że 10% z 600 000 osób pracujących przy tym procesie już nie żyje (20 lat po tragedii), a kolejnych 165 000 jest niepełnosprawnych. Z kolei prof. Wade Allison z Uniwersytetu Oksfordzkiego oszacował ilość śmierci nowotworowych z powodu Czarnobyla na 81. Współcześnie status osoby poszkodowanej w wyniku katastrofy w Czarnobylu posiada 1 milion dzieci i 2 miliony dorosłych.

Trudno jest ustalić całkowity koszt ekonomiczny katastrofy. Według Michaiła Gorbaczowa, ZSRR wydał 18 mld rubli (w tym czasie równowartość 18 mld dolarów) na działania związane z zamknięciem i dekontaminację. Na Białorusi całkowity koszt przez 30 lat szacuje się na 235 miliardów dolarów (wartość dolara z 2005). Bieżące koszty są dobrze znane – z raportu Forum Czarnobyla 2003-2005 wynika, że 5-7% wydatków budżetowych na Ukrainie jest nadal związane z katastrofą w Czarnobylu. Politycznie miała ona wielkie znaczenie dla realizacji nowej polityki sowieckiej głasnosti i sprzyjała zacieśnieniu stosunków ZSRR-USA pod koniec zimnej wojny, ale była jednocześnie przysłowiowym gwoździem do trumny Kraju Rad. Pomogła Ukrainie wybić się na niepodległość.

Pocztówki z Wilna

 Andrzej Rejman

31a_1pozdrowienia_z_Wilna1

Wśród pocztówek znalezionych w archiwach rodzinnych jest jedna szczególnie ładna, bo z otwierającą się harmonijką widoczków… Pocztówka pochodzi z lat trzydziestych i wysłana została 8 grudnia 1937 roku z Dukszt do Warszawy.

31a_3pocztowka_z_Wilna2 31a_2pocztowka_z_Wilna131a_4pocztowka_z_Wilna3

Potem nie było już tak pięknie, pocztówkowo, Wilno było miastem równie mocno dotkniętym skutkami wojny, co reszta kraju, a może nawet bardziej, bo wciąż znajdowało się w ogniu frontów i ścierających się interesów wielu państw.

Jak pisze Helena z Zanów Stankiewiczowa, prawnuczka Tomasza Zana “Promienistego” we wspomnieniach wydanych przez Polską Fundację Kulturalną w Londynie w 1991 r. (Wojciech Wiśniewski “Pani na Berżenikach”) :

W tych ciężkich czasach ludzie garnęli się do Matki Boskiej, “co w Ostrej świeci Bramie”, patronki tych ziem. O każdej porze dnia, na ulicy, i chodnikach pod murem i arkadami klęczały tłumy wpatrzone w Tę, która nigdy nikogo nie opuściła. Ilekroć było mi ciężko na duszy, szłam modlić się tam z nadzieją i błaganiem. Może w tym samym miejscu modlił się kiedyś Promienisty?…

***
Krótkie wspomnienie Wilna tych czasów uzupełnia córka Heleny Stankiewiczowej – Krystyna, której wypowiedź zarejestrowałem w kwietniu 2016 r.:

Krystyna Stankiewicz wspomina w swej wypowiedzi m.in. rodzinę profesora Henryka Niewodniczańskiego, który urodził się 10 grudnia 1900 w Wilnie, zmarł 20 grudnia 1968 w Krakowie – polski fizyk, specjalista w fizyce jądrowej, twórca i dyrektor Instytutu Fizyki Jądrowej w Krakowie (od 1988 noszącym jego imię). Profesor fizyki na uniwersytetach: poznańskim (1937-1939), wrocławskim (1945-1946), Jagiellońskim (od 1946), członek PAU i PAN.