Reblog: Kardynał i aborcja

Obeszliśmy właśnie rocznicę przyjęcia Chrztu przez Polskę. Oficjalne obchody rocznicowe przebiegały w egzaltowanym stylu nowej polskiej dewocji, który jest charakterystyczny dla sposobu kierowania i sterowania państwem stosowanego przez partię rządzącą. Obchodom rocznicowym towarzyszył masowy protest społeczny przeciwko propozycji całkowitej likwidacji prawa do aborcji. Brutalne zestawienie!

To co nas czeka to, jak twierdzi Anna Krenz, zakrwawione koronki. Białe kobiece koronki, koronki sukien, halek, welonów ślubnych, i krew menstruacji lub, niestety, nielegalnej aborcji. Nowa flaga Polski.

W obliczu zaistniałej sytuacji nie widzę innego wyjścia, jak przypomnieć mój własny tekst o rocznicy przyjęcia chrztu  i o … aborcji. Gdy to pisałam rok temu zestawienie słów w tytule wynikało z chronologii moich własnych sytuacji życiowych. Dziś okazało się zastraszająco aktualne. A im bardziej się komuś nie spodoba zestawienie słów Kardynał i aborcja, tym lepiej… Bo to nie ja, tak cudownie zestawiam sacrum i profanum, mnie tylko tak się ułożyło, ale Wy, Wy tak: ”Nie można poprzestać na obecnym kompromisie wyrażonym w ustawie z 7 stycznia 1993 roku, która w trzech przypadkach dopuszcza aborcję. Stąd w roku Jubileuszu 1050-lecia Chrztu Polski zwracamy się do wszystkich ludzi dobrej woli, do osób wierzących i niewierzących, aby podjęli działania mające na celu pełną prawną ochronę życia nienarodzonych”.

Ewa Maria Slaska

Kardynał i aborcja

Mama nie zajmowała się tym, co robimy w szkole. Nie przejęła się nawet zbytnio, jak ciotka Maryta zaprowadziła Kasię-pierwszoklasistkę na test do szkoły baletowej, Kasia test zdała, została uczennicą baletówki, a Mama słowem nie pisnęła, że bez jej zgody, że za dużo obowiązków, że dziecko za małe.

Przyznaję, że nie wiem, kto u nas chodził na wywiadówki w szkole, bo jakoś dziwnie podejrzewam, że nie Mama. Ale mimo to Mama co najmniej dwa razy poszła do szkoły, żeby przeciwstawić się ukaraniu mnie. I w obu wypadkach – nigdy mi tego nie wypomniała.

Myślę, że oba wypadki zdarzyły się w roku 1966.

ja2Był rok Tysiąclecia Państwa Polskiego, rocznica, którą Komuna zmuszona była obchodzić, bo Polska jako kraj nie posiadała innej daty założycielskiej, tylko ten nieszczęsny rok 966, rok Chrztu Polski. Ale jak to Komuna, uroczystość się obchodziło, ale i jednocześnie nie wolno jej było obchodzić. Do Gdańska z okazji rocznicy przyjechał kardynał Wyszyński, wciąż jeszcze, po 10 latach, w aurze męczennika Komuny. Cały Gdańsk wybierał  się na powitanie. Cały Gdańsk podległy Komunie na to powitanie iść jednak nie mógł. Każda instytucja na swój sposób próbowała rozwiązać ten skomplikowany problem. W naszym Liceum, a byłam wtedy w 10 klasie, kazano nam wszystkim iść obowiązkowo do kina na jakiś film o Leninie w Poroninie czy coś w tym rodzaju. Nie wybierałam się na powitanie Wyszyńskiego, nie lubię akcji zbiorowych, i skoro jakoś zawsze udawało mi się wymigać od pochodów pierwszomajowych, to zamierzałam się również wymigać od stania w tłumie i czekania, aż przejedzie Kardynał. No ale przecież nie zamierzałam też iść do kina na Lenina z Poronina. Podobnie jak Kardynał, tak i Lenin nie wchodził po prostu w rachubę.

ja3Poszłam więc na spacer nad morze. Bardzo lubiłam takie spacery. Był 28 maja. Do Katedry Oliwskiej przyjechała kawalkada samochodów wioząca Prymasa i towarzyszących mu ponad 40 biskupów i kardynałów. Był wśród nich również Wojtyła.
Według szacunków PRL-owskich funkcjonariuszy, którzy często mieli zwyczaj zaniżać liczby związane z Kościołem, w Bazylice i na placu przed nią zgromadziło się ok. 30 tys. osób. I to mimo że ówczesne władze starały się odciągać od uczestnictwa w kościelnych uroczystościach. Zorganizowano wojewódzki wiec ludności wiejskiej z okazji Święta Ludowego w Wejherowie, duży festyn kulturalny z okazji zakończenia dni książki, prasy i oświaty na molo w Sopocie, turniej żużlowy z udziałem zawodników czechosłowackich w Gdańsku oraz mecz piłki nożnej pomiędzy Lechią Gdańsk a Ruchem Chorzów. Ponadto część młodzieży szkolnej wzięła udział w kilkudniowych wycieczkach poza teren Gdańska.

Tego samego dnia ze stypendium we Włoszech wróciła Mama. Gdy przyszło pismo ze szkoły, informujące rodziców, że zostałam ukarana za zwagarowanie z obowiązkowego popołudniowego wyjścia całej klasy do kina, Mama poszła do szkoły, pokazała swoje skierowanie na stypendium kulturalne we Włoszech, bilet lotniczy z Rzymu do Warszawy oraz bilet kolejowy na powrót do Gdańska, i oznajmiła, że jej kochająca córka była na dworcu witać wracającą z podróży Matkę. Dano mi święty spokój.
Mama nigdy mi tego nie wypomniała, że wprawdzie nie chciałam ani Lenina, ani Kardynała, ale jednak również jej. Często o tym opowiadała, bo była dumna, że udało się jej wygrać ze szkołą, traktowaną tu jako przedłużone ramię władzy, ale nigdy nie miała do mnie o to pretensji.
Nie wiem, być może już wtedy było wiadomo, że ja na wszystko odpowiadam Nie.

Aborcja

ja1Sprawa z aborcją musiała się zdarzyć albo w tym samym roku, albo, najwyżej, rok wcześniej. W ramach zajęć szkolnych przyszła na lekcję lekarka, która najwyraźniej miała nas nastraszyć. Zostaliśmy najpierw poinformowani o tym, jak odbywa się stosunek seksualny, a potem pani opowiedziała nam, jakie potworne mogą być konsekwencje uprawiania seksu. Była więc mowa o syfilisie, rzeżączce i tryprze, ale i o niechcianej ciąży. Niechcianą ciążę można usunąć w szpitalu, ale często głupie i nieuświadomione dziewczyny udają się do jakichś podejrzanych konowałów lub co gorsza tzw. babek, które usuwają ciążę przekłuwając płód szydełkiem, co w konse…
W tym momencie zwaliłam się z ławki na ziemię, a cucenie mnie zajęło dobre 15 minut. Wychowawczyni odprowadziła mnie do gabinetu higienistki, a sekretarka zadzwoniła po rodziców, żeby mnie zabrali do domu. Moje liceum mieściło się tuż koło bramy Stoczni Gdańskiej, przyszedł więc po mnie Ojciec, który pracował w Biurze Projektowym Stoczni. Następnego dnia Mama musiała się stawić w szkole. Pani Dyrektor poinformowała ją, że skoro tak emocjonalnie zareagowałam na treść lekcji, to znaczy, że albo jestem w ciąży albo ją właśnie usunęłam. Mama zbladła, wstała i przez zaciśnięte zęby powiedziała (o jak dobrze umiem to sobie wyobrazić!), że opowiadanie młodym ludziom takich okropieństw jest niepedagogiczne i że albo szkoła wycofa swoje bzdurne zarzuty, albo ona naskarży w prasie, że najlepsze ponoć liceum w Gdańsku dyskwalifikuje się jako instytucja pedagogiczna.
Tym razem też zostawiono mnie w świętym spokoju.

Na ten temat jednak nigdy więcej nie było mowy, ani w szkole, ani w domu. Sprawa wróciła dziwnym rykoszetem w kilka lat później. Byłam już mężatką. Pewnego wieczora poszliśmy z mężem do znajomych na kolację. Koleżanka właśnie wróciła ze szpitala ginekologicznego i, jak to w Polsce, w trakcie jedzenia opowiedziała nam szczegółowo o wykonanych zabiegach. Otóż trzeba było wykonać kuretaż czyli wy… W tym momencie zwaliłam się z krzesła na ziemię, a cucenie mnie zajęło dobre 15 minut.

Nikt nigdy nie stwierdził, dlaczego tak emocjonalnie reaguję na takie opowieści, a ja też nie wiem.

Wielka zaraza

Ewa Maria Slaska

W Eyam i gdzie indziej

1666Eyam

Christopher Duncan i Susan Scott, Czarna śmierć, wyd. Bellona 2004

XXXX
Andrzej Miszk
10 kwietnia
XXXX
Człowiek z nożem i kastetem – PIERWSZY INCYDENT ATAKU NA PIKIETĘ
xxxx
Doszło dziś do pierwszego incydentu przy proteście głodowym: krótko ostrzyżony człowiek podbiegł do baneru PROTEST GŁODOWY z zamiarem zniszczenia go. Zdążył przeciąć dwie linki zabezpieczające baner i odarł liczby dni głodówki. Jego dalsze działania przerwała Policja, która rzuciła się w pogoń za wandalem politycznym. Został złapany przez policjantów, którzy zapytali organizatora pikiety, czy wnosi oskarżenie przeciwko niemu. Organizator potwierdził.
XXXX
Ten incydent zakończył się bezpiecznie. Ale oczekujemy kolejnych. Spodziewaliśmy się, że od 10 kwietnia zaczną się ataki fizyczne naszych oponentów na pikiete i protest głodowy. I tak się stało. Na razie uszkodzono nam baner. Ale nie ukrywam, że widok wygolonego faceta 2 metry od mojego namiotu demolującego agresywnie naszą pikietę, budzi pewien niepokój. To znaczy, że bardziej zdeterminowani i zorganizowani przestępcy motywowani ideologicznie, mogą bez większego trudu skutecznie zaatakować urządzenia i ludzi z pikiety. Reakcja Policji była skuteczna, ale – w razie zaatakowania ludzi – byłaby spóźniona.
PS. W plecaku zatrzymanego oprócz noża znaleziono też kastet, który uważany jest za broń. Dlatego zatrzymany będzie odpowiadał nie tylko za zakłócenie manifestacji, ale też za nielegalne posiadanie broni. Zatrzymany i skuty w celi przejściowej na komendzie wykrzykiwał, że chciał dać nam sygnał… Możemy przypuszczać, jaki to sygnał i czemu służy i co zapowiada.

W czasach, w których wydaje się, że podłość i oportunizm owładnęły światem, stając się nową Wielką Zarazą, historia ostatnich 15 miesięcy wioski Eyam brzmi jak bajka albo przypowieść ewangeliczna. Dobrze jest przypomnieć sobie, że  istnieją godność, uczciwość, poświęcenie dla innych. Dużo myślę o ludziach z Eyam, w dniach, kiedy Dagmara Chraplewska-Kołcz i Andrzej Miszk czwarty tydzień głodują w namiotach na ulicy, wydani na pastwę głodu, zimna, obojętności a teraz jeszcze agresji. Myślę wtedy o tych, którzy dobrowolnie się spalili w imię wolności, sprawiedliwości i miłości. O lekarzach w getcie, którzy na własnym ciele badali objawy i rozwój choroby głodowej. O tym, że w getcie warszawskim nie zanotowano przypadków kanibalizmu.

PS.

Mija właśnie 350 rocznica wybuchu Wielkiej Zarazy, która miała miejsce w Londynie w latach 1665-1666. Zdaniem badaczy zmarło wtedy od 75.000 do 100.000 osób, około piątej części populacji miasta. Zarazę określa się jako wielką, bo była ostatnią powszechną katastrofą w Europie. Wygasła ostatecznie, gdy 2 września 1666 roku wybuchł wielki pożar Londynu, który zniszczył 2/3 powierzchni miasta.

Jednak największą pandemią dżumy była Czarna Śmierć, która w latach 1340-1350 zniszczyła pół średniowiecznego świata i przyczyniła się do prześladowania osób podejrzewanych o roznoszenie zarazy, Żydów, żebraków, trędowatych, obcokrajowców, generalnie więc innych i obcych… Ciekawe, że wówczas Polska potrafiła obronić się przed zarazą – możliwe, że dzięki kwarantannie wprowadzonej na granicach oraz izolowaniu miast zarządzonym przez Kazimierza Wielkiego.

Taniec śmierci Michaela Wolgemuta inspirowany czarną śmiercią

Czyli nie zawsze Wielka Zaraza musi nas zniszczyć, trzeba się tylko umieć bronić.

Zapomniane, odrzucone, przywrócone

Zapomniany wiersz Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej

Posłuchajcie nas, nieurodzonych,
Dotąd cichych, dotąd bez obrony –
chcemy bowiem przemówić nareszcie!

Nasze prawo – być dziećmi miłości,
powitanym jak najmilszy z gości,
Bez zapału – ku nam się nie śpieszcie!

Nasze prawo – to biała kołyska,
Pierś łabędzia, poznana w uściskach,
pod firanek wzniesionym batystem.

Nasze prawo – krew pełna ekstazy
Pięknych dziewcząt i mężczyzn bez skazy,
I kość cienka i źrenice czyste!

Nasze prawo – to godność człowieka!
Niech nam czoło potem nie ocieka,
Niech nas w kabłąk nie zgina robota.

Nasze prawo – to radość istnienia,
A nie martwa cierpliwość kamienia,
A nie wieczna za śmiercią tęsknota!

– Ktoś nas budzi niespokojną nocą –
Z chmur wyciąga – wolno wiedzieć, po co?
Macie dla nas coś nad sen lepszego?

Nasze prawo pozostać w przestrzeni,
W odległości od świateł i cieni.
Mamy cierpieć? dla kogo? dla czego?

Nie wciągajcie nas, smutni, za sobą,
W wasze życie osnute żałobą,
W przeraźliwą kronikę dzienników.

My nie chcemy ponurych suteren,
Przekleństw ojca! Wzniesionej siekiery,
Kołysanki z rzężenia i krzyku!

My nie chcemy pragnienia i głodu,
Chcemy pięknych, kwitnących ogrodów,
W pełnym słońcu chcemy przeżyć młodość.

Niech nas matki z bezmyślnego tłumu,
W imię Ducha Świętego, rozumu,
Na stracenie bezmyślne nie wiodą!

Więc nie straszcie nas życia rarogiem,
Bykiem strachu, godzącym w nas rogiem,
Kwaśną nędzą o płytkim oddechu.

Cień latarni, posąg na przecznicy,
Prostytutki upiór bladolicy
Niech nas w ciężkim nie urodzi grzechu!

Najpierw dary zgromadźcie bogate,
Piękność, zdrowie, rozum i dostatek.
Potem słońcem ogrzejcie sypialnię,

Potem progi zamiećcie na czysto,
Zanim bytu wielką rzeczywistość
Zaprosicie – już nieodwołalnie.

Kiedy życie poczujemy bliskiem,
Drżąc czekamy, więzieni łożyskiem,
Czy nam piekło czy niebo się ziści?

Monstrualne pochyliwszy czoło,
Wzdęte myślą ciężką, niewesołą,
Jak ślimaki zwijamy się cisi.

Patrząc na bok oczami bez powiek,
Przeczuwamy co świat nam opowie,
Gdy z czułego wyjdziemy ukrycia.

Chcemy prawa dla nieurodzonych!
Od suteren po zamki i trony,
Niech nas broni przeciw grozie życia!

Chcemy prawa, chcemy adwokatów!
I postrachu dla tych dwojga katów,
Którzy w koło chcą nas zapleść krawawe.

Toż i tym co się srebrzą od trądu,
Wolno rodzić nas, rodzić bez sądu,
Na pociechę! na straszną zabawę!

Reblog: Odkrycie Davida Hoenigera…

…czyli jak czasem nie wszystko się widzi za pierwszym, czy drugim razem

Wygląda na to, że do listy tych, którzy piszą “grobowe wpisy”, dołączyła nam nowa Autorka – Małgosia Płoszaj z Rybnika. Były tu już dwa jej wpisy, przedwczoraj o miłości, a kilka miesięcy temu o patriotyzmie chłopaka z żydowskiej rodziny na Śląsku. Dziś kolejna opowieść, tym razem z serii cmentarnej.

Małgorzata Płoszaj

Przez wieki mogli tam mieszkać bez przeszkód, z jakimi niestety stykali się Żydzi w innych miastach na Śląsku. W początkach XIX w. stanowili nawet ponad 50% ogółu mieszkańców Zülz czyli Białej. Moim celem był jedynie cmentarz i miejsce po synagodze. W życiu bym nie przypuszczała, że na cmentarzu odkryję grób i nagrobek rybniczanina. I że to w dodatku będzie nagrobek, który znam od lat i który nawet na zarośniętym cmentarzu jest dość dobrze widoczny z racji wielkości. Weszliśmy sobie rodzinnie na cmentarz, ja jak zwykle osobno, bo wolę ze zmarłymi “se pogadać”, gdy nikt nie słyszy.  Kirkut jest pięknie położony na wzgórzu zwanym Kopiec. W zasadzie jest to grodzisko, na którym założono cmentarz w pierwszej połowie XVII w. Macewy, w większości bardzo tradycyjne, bo taka też była tutejsza społeczność, mimo iż podlegała wpływom Haskali, naturalnie się poddają wpływowi przyrody i czasu.

Biala cmentarz

Biala grob Hoenigera (1) Zeszłam z grodziska w stronę macew i skierowałam się w stronę leżącej macewy z laską i oplecionym wokół niej wężem Eskulapa, symbolem medycyny.

Ileż razy stałam przy tym nagrobku. No, na pewno tyle razy, ile byłam na tym kirkucie, więc z sześć. I nigdy, naprawdę nigdy mnie nie oświeciło, by spuścić ten swój zakuty łeb trochę niżej i poczytać niemieckie literki. Co najlepsze, na starych zdjęciach sprzed lat, mam tę macewę.

Biala 1

Tym razem chyba jednak sam doktor David Hoeniger kazał mi przyjechać na cmentarz, a potem pochylić się nad jego nagrobkiem. Kucnęłam więc i czytam. Dr. David Hoeniger. Już mnie tknęło. U nas byli tacy Żydzi! Czytam dalej: Kgl. Sanitatsrath – Królewski Radca Sanitarny, czyli taki “ober doktor” – szycha. Biorę “brele”, dotykam palcami napisu i ciśnienie mi skacze: Geb. in Rybnick 14 Juni 1815, Gest. in Zülz 16 Sept. 1885. Urodzony w Rybniku, zmarły w Zülz. Mój!!! A raczej nasz rodak! Narobiłam wrzasku, że aż Młoda myślała, że dostaję ataku epilepsji.

Biala 3

Dr Hoeniger chyba chciał, bym ponownie przyjechała na ten cmentarz i to on mnie przywołał. Wierzę w takie “śmoje boje”. Zaczęłam go delikatnie odmiatać, wycierać, zostawiłam mu kamyczek, na odchodnym popieściłam, a z głową pełną skołatanych myśli nie byłam już w stanie zbytnio skoncentrować się na dokładnym robieniu zdjęć reszcie cmentarza. Takie odkrycia są dla mnie niesamowicie ważne, gdyż niewielu z naszych rybnickich Żydów może w spokoju czekać na przyjście Mesjasza.

Po powrocie do domu zaczęłam przekopywanie laptopa i internetu w poszukiwaniu informacji o doktorze. Oczywiście moje zapiski z raciborskiego archiwum potwierdziły, że doktor urodził się w Rybniku. Był drugim synem Moritza i Cecylii.

urodzenie Dawid Hoeniger

Pierworodny Jonas zmarł, gdy miał 10 miesięcy. Może mohel z Wodzisławia coś pokićkał i chłopczyk zmarł po jakimś czasie w wyniku zakażenia, kto wie. Tata Moritz, w księgach podawany jako destylator, kupiec, a z czasem właściciel karczmy, żonie nie odpuszczał :mrgreen: i w rok po śmierci Jonasa przyszedł na świat nasz David. Tym razem, ten sam mohel wsio załatwił jak trzeba, albo chłopczyk był po prostu silny. Nie minęły dwa lata, a narodził się kolejny syn Cecylii i Moritza – Israel. Moritz pozwalał żonie ciut regenerować siły po każdym porodzie i nie możemy powiedzieć, że u Hoenigerów „co rok to prorok” był. Mieli cykl płodzenia i rodzenia dwuletni. Pierwsza córeczka Hanne urodziła się jako szósta. Łącznie Cecylia urodziła 10 dzieci, ostatnie w wieku 39 lat. Mój David ani chybi zdolny był. Tak sobie myślę, że nie pasowało mu stanie za kontuarem i sprzedawanie wódki. Nie doszłam do tego, gdzie skończył szkoły średnie, wiem za to gdzie studiował. Otóż w samej stolicy czyli Berlinie. Pracę doktorską obronił w 1842 r. Jego dysertacja dotyczyła zapalenia oskrzeli. Za trzy lata wziął ślub w Gliwicach z Jette Frohlich.

doktorat Hoenigera 1842

Zulz rynek z widokiem na synagogePodejrzewam, że do Zülz przybył w okolicy roku 1843-1844. Być może zamieszkał przy rynku? Śląska Biblioteka Cyfrowa ma w swoich zasobach kronikę miasta, w której o dziejach tamtejszych Żydów pisał dr Israel Rabin – docent żydowskiego seminarium teologicznego z Wrocławia. Tenże docent, opisując tradycyjne podejście gminy do wielu spraw, jak choćby używanie języka hebrajskiego, nawet przy sporządzaniu zwykłych pism (wówczas już w większości miast pruskich były one pisane w języku niemieckim), podaje przykład protokołu, w którym właśnie wymienia się dra Hoenigera. Ponoć lubianego i bardzo szanowanego. Wspomniana przeze mnie kronika jest napisana niemieckim gotykiem i na jej przeglądnięcie (no bo nie przeczytanie) straciłam jedną noc. Szukałam tylko słowa „Hoeniger”. Znalazłam dwa, ale gotyk to mogę podziwiać w kościołach i na tym koniec. Znajoma coś niecoś skumała, ale nie były to powalające informacje. Był lubiany, a w 1861 został jakby radnym. Domyślam się, że skoro na nagrobku widnieje napis Królewski radca sanitarny, to na pewno był w tym miasteczku ważną i znaną personą.

Znaną osobą został też jego syn, czyli wnuk rybnickiego karczmarza. Tu powinnam właśnie wspomnieć co się stało z rodzicami dra Davida Hoenigera. Otóż ojciec Moritz zmarł w wieku 62 lat 31 stycznia 1848 r. I zaraz zawołał do siebie Cecylię, która odeszła z tego świata mając 56 lat – niecałe dwa i pół miesiąca po swym mężu.

zgon Moritz i Cecylia

Wracam do syna doktora Hoenigera i zarazem wnuka płodnej Cilki i karczmarza Moritza. Johann Hoeniger urodził się w Zülz w 1850 r., więc dziadkowie nie doczekali jego narodzin. Początkowo uczył się w Raciborzu fachu murarskiego, potem zaczął naukę w szkole budowlanej w Höxter w Północnej Nadrenii, by ostatecznie ukończyć berlińską Akademię Architektury. Podróże do Włoch i Francji otworzyły mu horyzonty, został poważanym i uznanym architektem pracującym głownie dla społeczności żydowskiej Berlina. Zaprojektował kilka synagog. Do naszych czasów przetrwała synagoga przy Rykestrasse na 2000 miejsc siedzących. Na jego desce kreślarskiej powstawały projekty m.in. gimnazjum dla dziewcząt, szkoły dla chłopców żydowskich, budynków na cmentarzu przy Schönhauser Alllee, hali pogrzebowej na cmentarzu w Weissensee, prywatnych kamienic, kolonii dla robotników w Weissensee i wiele innych. Jego dzieła stoją w Berlinie do dziś. Zmarł w 1913 r. Jego grób znajduje się na berlińskim cmentarzu żydowskim w Wiessensee. Skromny nagrobek odnowiono jakiś czas temu.

Johann Hoeniger

Pochowana z nim jest żona, której rodowe nazwisko też brzmiało Hoeniger, choć pochodziła z Inowrocławia. Może była córką Samuela Hoenigera – współzałożyciela uzdrowiska w tym mieście? Jak widzicie na zdjęciu obok, pani Hoenigerowa na szczęście nie doczekała dnia, w którym mogłaby zobaczyć, jak płoną dzieła jej męża. Zmarła jeszcze przed Nocą Kryształową, choć w 1938 r. Przy grobie małżonków widać płytę nagrobną ich córki zmarłej w Londynie. Ciekawe w jaki sposób udało jej się wyjechać z nazistowskich Niemiec? Raczej do odpowiedzi na to pytanie nie dojdę. Czy spoczywa wraz z rodzicami, czy to tylko tablica? Nie wiem.

S.HoenigerCilka i Moritz w sumie mieli dziesięcioro dzieci, z czego dwóch chłopców zmarło w niemowlęctwie. Jednego syna przedstawiłam tu na tyle, na ile potrafiłam. Przy okazji szukania informacji o nim, trafiłam jeszcze na zdjęcie grobu najmłodszego z potomków – Samuela urodzonego w 1829 r. To chyba też był kolejny mądraliński w rodzie, bowiem na jego grobie widnieje napis Koenigl. Justizrat, czyli Królewski Radca Prawny, zmarły w Halle a pochowany na tym samym cmentarzu co syn jego starszego brata. Samuela już rozkminiać nie dam rady, bo dochodzi druga w nocy i czas na spanie.

Aaa, a Hoenigerów w Rybniku było multum. Jednak Ci trzej mogą być dopisani do listy „U nas nieznani, a gdzieś uznani”. Bo tym, że wnuk rybnickiego karczmarza został aż tak cenionym i uznanym architektem, to możemy i powinniśmy się chwalić.

Zdjęcia pochodzą ze strony http://data.jewishgen.org/, Śląskiej Biblioteki Cyfrowej oraz z mojego aparatu.

Czterdzieści

Ostatnio cały czas nachodzą mnie myśli o Mongolii, która wzywa mnie z przemożną siłą. A raczej nie Mongolia tylko mongolska część mojego dziedzictwa krwi – Tatarzy, dzicy i nieludzcy, przeraźliwi… Oczywiście od stuleci w rodzinie nie było już takich Tatarów, od XVII wieku byli spolszczeni, spolonizowani, uszlachceni. A przecież jak mój Ojciec spojrzał spode łba, albo inne chłopaki w rodzinie…

Na razie nie wiem, co bym miała napisać. Tylko tak sobie czytam i zbieram myśli, które chodzą jak same chcą, od jednego skojarzenia do drugiego. Ale już teraz wiem, że nawet jeśli uda mi się zebrać razem myśli i materiały, tak by stworzyły książkę, niektóre z tych rozważań na nic się nie przydadzą. Tu jedno z nich… 

Ewa Maria Slaska

23 marca 2016

Jak zaczynasz się interesować, to wszędzie są ślady i smugi pozostawione przez innych, których już dawniej to samo interesowało, a którzy na pewno więcej wiedzieli niż ty.

Kazimierz Truchanowski, pisarz od Boga i ludzi zapomniany, autor niezwykłej książki Totenhorn. Kiedyś mi się wydawało, że to książka o dziwnym mieście, ale byłam widocznie za młoda (powieść ukazała się w roku 1979) i nie zrozumiałam, że to o śmierci i piekle. Po kartkach tego traktatu o znikomości wszelkich dobrych poczynań ludzkich, snują się diabły i szatany, kusicielki i upiory.
Pewnego dnia ulicami Totenhornu przechodzi pochód umarłych. Gdy Matka tuląca do piersi niemowlę (było martwe), zniknęła, ukazała się jeszcze większa rzesza ludzka niż było to na początku. Ludzie sunęli teraz całą gromadą, z zachowaniem hierarchii pokoleń i epok. Gdyby nie istniały te przedziały, byłaby to wielka Wieża Babel Ludów, poczynając od pokoleń najwcześniejszych po dzień dzisiejszy. Szli więc w porządku i kolejności – przedstawiciele Hetytów, Persów, Medów, Greków, Fenicjan, Etrusków, Rzymian, ludów łacińskich, ludów słowiańskich, a tuż obok ciągnęli Chazarowie, Tatarzy, Żydzi, przedstawiciele ludów śródziemnomorskich i zachodnioeuropejskich, szli Skandynawowie, szło mnóstwo innych. Była to wielka wędrówka ludów, wielkie pomieszanie ras i szczepów.

Szukam autora w Wikipedii. Urodził się w roku 1904, zmarł w wieku 90 lat. Prozaik, tłumacz literatury niemieckiej i rosyjskiej. Hmmm, prawie nikt nic o nim nie wie, nawet ja, choć ja przynajmniej już przed prawie 40 laty przeczytałam jego książką, a tu czytam, że był członkiem Rady Krajowej PRON w 1983 roku. To taka paskudna peerelowska fasadowa organizacja pseudowolnościowa i pseudodemokratyczna. Szkoda… Panasa zresztą też było szkoda, bo każdy z nich napisał taką jedną naprawdę dobrą książkę. Truchanowski Totenhorn, a Panas Ewangelię wg Judasza. Truchanowskiego ewidentnie zajmowały sprawy boskie i sprawy szatańskie. W tytułach jego książek, których nie czytałam, powtarza się piekło, niebo i noc…

25 marca 2016

Oczywiście bohater powieści Truchanowskiego już umarł, tylko, jak to często bywa, przynajmniej w wierzeniach ludowych na całym świecie, nie umie się jeszcze oderwać od ziemi, zresztą chyba po prostu jeszcze nie wie, że umarł. Jego pobyt w Totenhornie trwa, trwał, będzie trwał, około 40 dniu, bo na całym świecie się wierzy, że tyle czasu potrzebują zmarli, żeby się pogodzić ze swoją śmiercią i odejść całkowicie lub – tam gdzie się w to wierzy – wcielić się w nową istotę. Upiory zaś to ci, których coś przytrzymało na ziemi dłużej niż 40 dni.

Pośmiertni tułacze potrzebują światła, dlatego umierającemu wkłada się w ręce zapaloną gromnicę. Jeśli wyznawca religii prawosławnej umarł bez świecy, rodzina będzie przez 40 dni chodziła do cerkwi i zapalać mu świecę.

Te 40 dni to sześć tygodni.

Ciekawe co jest czym czego? Skąd się w magicznej rachubie czasu wzięło sześć tygodni? Oczywiście Chrześcijanie powiedzą, że „Kościół co roku przez czterdzieści dni Wielkiego Postu jednoczy się z tajemnicą Jezusa na pustyni”, bo to Pan Jezus pościł przez 40 dni, przygotowując się do Wielkiego Dzieła – śmierci i zmartwychwstania. Ale antropolog kultury zapyta, dlaczego jednak poszedł na pustynię akurat na 40 dni? W 1880 doktor Tanner, Niemiec, postanowił pod opieką lekarzy sprawdzić, czy da się głodować 40 dni i udowodnił, że się da i że przynosi to nawet korzyści.

Norbert Frejek SJ pisze w sieci, że 40 ma wielkie znaczenie w Biblii: 40 dni – popiół i kamienie w sercu:

Rozpoczynamy okres liturgiczny nazywany Wielkim Postem. Ten czas trwa 40 dni. Liczba „40” odgrywa bardzo ważna rolę w Biblii. 40 dni lało, aż stał się potop i 40 dni trzeba było czekać, aż wody opadną. 40 lat wędrował Naród Wybrany przez pustynię, 40 dni przebywał Mojżesz na Górze Synaj, 40 dni Goliat oblegał obozy izraelskie, 40 dni Eliasz wędrował o chlebie i wodzie do Bożej Góry Horeb, 40 dni pozostało mieszkańcom Niniwy na nawrócenie — jak zapowiedział im Jonasz. 40 lat cierpieli Hebrajczycy pod władzą Filistynów i 40 lat panowali najważniejsi królowie Starego Testamentu – Dawid i Salomon. Druga Księga Mojżeszowa ma 40 rozdziałów. 40 dni trwał w kulturze izraelitów połóg po urodzeniu chłopca i 80 – po urodzeniu dziewczynki. Dopiero wtedy kobieta powinna się udać do świątyni i złożyć ofiarę z gołębi lub baranka. W 40 dni po narodzinach Jezusa Maria poszła z dzieckiem do świątyni, gdzie Symeon i Hanna rozpoznali w Jezusie Zbawiciela. To święto matki Boskiej Gromnicznej. Koniec okresu Bożego Narodzenia. Rozbieramy choinki…

Podobnie zresztą chrześcijański połóg trwa sześć tygodni czyli 42 dni, tyle czasu potrzeba kobiecie, żeby oczyścić się lub, jak uważają feministki, po prostu odpocząć po połogu.

Do czasu wywodu położnica ograniczała kontakty ze światem zewnętrznym. Nie wolno jej było chodzić na mszę, przez 7 dni po porodzie doić krów, piec chleba, wychodzić w pole, czerpać wody ze studni, dotykać święconej wody, składać wizyt, przechodzić przez miedzę i wszelkiego typu granice. Za każdym razem kiedy wychodziła z domu, musiała wtykać w ubranie szpilki czy igły lub wkładać na szyję różaniec, bo złe mogłoby jej zaszkodzić.

Wywód był to rodzaj ceremonii kościelnej – „rytualnego oczyszczenia”, wprowadzający ponownie kobietę w zwykły tryb życia. Miał miejsce 40 dni po porodzie, kiedy to powracały podstawowe kobiece funkcje biologiczne, przede wszystkim menstruacja. Kobieta „nieczysta” wchodziła do kościoła bocznym wejściem, przez zakrystię, tak jak katechumeni przed przyjęciem do społeczności wiernych. W ręku trzymała zapaloną gromnicę, a ksiądz, po pokropieniu święconą wodą, dawał jej do pocałowania stułę. Potem przechodziła do głównej części kościoła i przed ołtarzem odmawiała z kapłanem oczyszczające ją modlitwy. Całowała podany krzyż i już sama obchodziła z tyłu ołtarz. Składała do skarbonki ofiarę i pojawiała się z drugiej strony ołtarza.

40 dni pościł Jezus na pustyni i 40 dni upłynęło pomiędzy Zmartwychwstaniem Jezusa a jego Wniebowstąpieniem

Ale też 40 dni oblężenia Jasnej Góry w 1655 roku. 40 dni – tyle maksymalnie powinien trwać tzw cykl miesiączkowy. Jeśli trwa dłużej, jest to już problem ginekologiczny. Ciąża z kolei trwa 40 tygodni.

Nie tego szukam. Ale wreszcie pojawia się w sieci jakiś inny motyw. Zimą w okolicy Murmańska i Workuty słońce znika na 40 dni i 40 nocy. Ale też, jak piszą Christopher Duncan i Susan Scott w Czarnej śmierci, po epidemii dżumy, jeśli przez 40 dni i nocy nikt nie umarł, to znaczy że minęła. I tyle powinna trwać kwarantanna i to właśnie oznacza: quarante, po francusku 40. Istnieje nawet związek pomiędzy oboma tymi faktami. W 1665-1670 roku dżuma spustoszyła Europę od południowych Włoch po Północny Krąg Polarny, gdzie się zatrzymała. Przez trzy lata przemierzyła 3500 kilometrów z południa na północ i zniknęła, podobno nie wiadomo dlaczego.

40 występuje w Biblii tak często, że wydaje się, że Bóg używał tej liczby nie tylko w znaczeniu dosłownym, ale też jako przenośni, tak jak dzieci mówią, że „mój tata czyta tysiąc gazet”. Czterdzieści to być może 4 pomnożone przez magiczny „tysiąc gazet” czyli 10. Dziesięć palców. Dziesięć to cyfrowa pełnia, to 1+2+3+4…

A zatem także 44!

Patrz! – ha! – to dziecię uszło – rośnie – to obrońca!
Wskrzesiciel narodu,
Z matki obcej; krew jego dawne bohatery,
A imię jego będzie czterdzieści i cztery.

A więc cztery. Cztery kwadry Księżyca. I wszystko co się z tej księżycowej czwórki da wywieść. W Zodiaku są cztery znaki kardynalne i cztery żywioły – woda, ogień, ziemia, powietrze. Czterech ewangelistów. Cztery strony świata. Cztery tygodnie w miesiącu.

Niemcy widzą to trochę inaczej i nareszcie dostarczają mi informacji, której szukałam.

Rytm 40-dniowy pojawił się w Babilonie – na 40 dni z firmamentu znikał gwiazdozbiór Plejad, a jednocześnie zaczynał się okres szarug i słot. Potem zauważono, że w tym okresie jest też więcej katastrof, co, jak sądzę, można chyba wytłumaczyć tym, że ciemno i zimno oznacza przeziębienia i depresje, co w obu wypadkach oznaczać może zmniejszoną koncentrację, a to jak wiadomo prostą drogą prowadzi do wypadków. Gdy Plejady powracały odbywał się obrzęd palenia pęczków sitowia złożonych z 40 źdźbeł. Hezjod w Pracach i dniach napisał, że należy zacząć żniwa, gdy Plejady stoją na szczycie nieba, a orkę, gdy odchodzą, by 40 dni spędzić tylko ze sobą. Również egipski kalendarz prac rolnych opierał się na cyklu 40 dni. Czas zniknięcia Plejad utożsamiano z (pozorną) śmiercią Ozyrysa i wędrówką zbolałej Izydy, szukającej syna i kochanka. Był to czas postu.

Stąd (?) liczne świątynie starożytne miały po 40 kolumn. W Persji, w Syrii, w Izraelu, ale też u Celtów. Zadaję sobie pytanie, czy również Stonehenge należy do tej kategorii – pierwsze kręgi kamienne tam wzniesione składały się z dwóch półokręgów zbudowanych z 80 kamieni, zwanych kamieniami niebieskimi (bluestones).

Mezopotamski potop trwał podobnie jak jego biblijny potomek 40 dni. No tak skoro Plejady odeszły i padał deszcz…

W Polsce widać je od października (Plejady to gwiazdozbiór już październikowy pisał Iwaszkiewicz) do grudnia. Najlepiej widoczne są w grudniu koło godziny 23, na przedłużeniu linii łączącej pas Oriona z Aldebaranem. Świecą w znaku Byka.

W islamie liczba 40 oznacza przemianę i śmierć. 40 dni trwa muzułmańska żałoba. Mahomet miał 40 lat, gdy dostąpił pierwszego Objawienia.

Prezydent Republiki Federalnej Niemiec musi mieć co najmniej 40 lat!

No i jeszcze Ali Baba i 40 dni Musy Dagha – to powieść Franza Werfela o genocydzie tureckim na Ormianach. A także (informacja zaczerpnięta z Utraconego serca Azji Colina Thurbon) okrutny i rozpustny, odrażający, jak pisze autor, Chudajar, chan Kokandu w XIX wieku, miał 40 błaznów, którym kiedyś kazał się rozśmieszyć. Gdyby im się nie udało, wszystkich 40 na rozkaz chana by ścięto. Jak to w takich opowieściach – udało się ostatniemu, który wrzasnął: ty matkojebco, czego żeś się do tej pory nie roześmiał? Coś z tobą nie tak? A chan zarechotał na całe gardło…

Ach no i przecież Czterdziestolatek! Jak mogłam zapomnieć. Łuk Karwowskiego i niezapomniania Kobieta Pracująca.

Przepraszam Czytelnika. Z tych rozważań nie wynikają żadne wnioski, nawet więc zgrabną puentę znaleźć trudno. Ale Czytelniku drogi, zwróć uwagę, bo a nuż wiesz coś jeszcze o liczbie 40 i możesz się tym z nami podzielić.

Reblog: Historia być może miłosna

Małgorzata Płoszaj

O miłościach rybnickiej Żydówki

Jak zwykle wiele w tej historii będzie moich własnych przypuszczeń i fantazji, ale nie mam możliwości sprawdzenia, czy to co napiszę było prawdą. Będzie też sporo niezgodności w dokumentach, do których dotarłam, ale rozwiązywanie zagadek sprzed kilkudziesięciu lat nie jest tak proste jak w moim ulubionym serialu kryminalnym.

Seidemann reprezentantZaczynam :-)

16 maja 1921 r., czyli kilkanaście dni po wybuchu III powstania na Górnym Śląsku, w niemieckiej rodzinie żydowskiej w Rybniku przyszła na świat Joanna Seidemann. Już kiedyś o niej wspominałam przy okazji omawiania historii cmentarza żydowskiego i sygnalizowałam, że do niej wrócę. Jej tatą był Fryc Seidemann, zamieszkały przy ul. Sobieskiego 34, mistrz siodlarski, przez długi czas reprezentant Gminy Żydowskiej. Fryc nie wyjechał z Rybnika po plebiscycie, jak większość niemieckich Żydów, a został w naszym mieście. Sama Joasia była po kądzieli spokrewniona z rodziną Kornblumów oraz Lewinów, czyli z ważnymi i cenionymi rodzinami.

Jak wyglądało życie Joasi i jej rodziców przed wojną mogę się domyślać. Po przejściu zawirowań powstańczych dziewczynka na pewno dorastała otaczana miłością rodziców.

Seidemann siodlarzglosowanie

Tak myślę, że tata był cenionym rzemieślnikiem i szanowanym członkiem społeczności żydowskiej, skoro wybierano go do jej władz. Nie należał jednak do krezusów w Rybniku. Wymiar podatku, który płacił na rzecz gminy należał do najniższych. Może więc wręcz przeciwnie, nie był zbyt dobry w swym fachu i dlatego bidował? A startowanie do władz wynikało z chęci bycia kimś, bo w sumie nie był nikim wyjątkowo znaczącym? Wyniki jednego z głosowań nie były dla niego zbyt łaskawe.

Sobieskiego 34

Na zdjęciu kamienica, w której mieszkała rodzina Seidemannów, po lewej dom Kaiserów

Jako siodlarz powinien był współpracować z Krakauerem, który handlował przed wojną końmi. Rodzina mieszkała w kamienicy, która należała do m.in. do Kornblumów. Nie znalazłam żadnych informacji, które wskazywałyby no to, że Joasia miała rodzeństwo.

kaisery

z lewej Kurt Kaiser, z prawej Janek Kaiser, źródło: Yad Vashem

W sąsiedztwie mieszkała rodzina, o wiele majętniejszych, Kaiserów i tam na pewno Joasia często bywała, gdyż Kaiserowie mieli sporą gromadkę dzieci. Może właśnie jako nastolatka kochała się w rok starszym Janku Kaiserze, a może o pół roku młodszym Kurcie?

A może bracia z kamienicy obok rywalizowali między sobą o względy Joasi? Jakieś pierwsze dotknięcie ręki. Całus? Pełno pytań. Ani jednej odpowiedzi.

Czas sobie płynął nieubłaganie i doszedł do godziny „0”. Joanna miała ciut ponad 18 lat, gdy żołnierze Wehrmachtu 1 września przejechali ulicą Sobieskiego. Od grudnia 1939 r. na swej lewej ręce nosiła opaskę z Gwiazdą Dawida jak pozostali i z pewnością nie chodziła już na randki do rybnickich parków. Czy był jeszcze czas na miłość? Młodość ma swoje prawa, więc i Joasia spotykała się z którymś z braci gdzieś na zapleczach kamienic, w których mieszkali.

Niestety, dość szybko Niemcy zadecydowali, iż Rybnik musi być wolny od Izraelitów. Po wojnie w ten sposób Joanna opisała wywiezienie rybnickich Żydów do Trzebini.

Relacja Zajdeman-Gabowicz Joanna (19)

Relacja Zajdeman-Gabowicz Joanna (21)

Do tego miasta trafili też jej koledzy, czyli Janek i Kurt Kaiserowie wraz z siostrami i rodzicami. I to w Trzebini drogi Joasi i braci Kaiserów się rozeszły. Niestety, oni zginęli w Shoah, a Joasia w jakiś niewiarygodny dla mnie sposób trafiła w 1940 r. na tereny zajęte przez wojska radzieckie. Pojęcia nie mam jak, ale przeżyła wojnę na Wschodzie. Wróciła na Śląsk już po wojnie – w 1946 r. – prawdopodobnie z wybrankiem swego serca. Jej przyszły mąż na mur-beton nie był Żydem niemieckim. Pochodził z miasteczka Skidel pod Grodnem, które przeszło do historii z akcji dywersyjnej przeciwko Polakom zainicjowanej przez Żydów i Białorusinów 18 września 1939 r. Jestem przekonana, że wybranek Joanny Seidemann był komunistą i to takim zażartym. Nasuwają się kolejne pytania. Czy była to tzw. miłość z rozsądku? Może Joanna nadal w sercu miała jednego z Kaiserów, ale wojna i chęć przeżycia spowodowały, że dla niemieckiej Żydówki i Ostjude, w dodatku komunista, był właściwą partią? W głębi duszy jestem jednak romantyczna i uważam, że to była miłość bez podtekstów. Ona pokochała komunistę a on Niemkę. Taka miłość w trudnych czasach jest chyba silniejsza i pomaga je przetrwać. I choć wojna dobiegła końca, to dla nich problemy się nie skończyły. Co prawda Joanna miała przed wojną obywatelstwo polskie i mogła wrócić do Polski, to na pewno jej niemieckie korzenie nie były dobrze widziane w tamtych czasach. Swoje panieńskie nazwisko spolszczyła i w papierach podawała się jako Joanna Zajdeman. Z dokumentów w ŻIH’u wynika, iż zamieszkała w Bytomiu i była z zawodu buchalterką, czyli księgową.

Seideman Joanna potem Zajdeman Gabowicz (1)

Dokumenty w ŻIH’u pokazują również, iż wojnę w ZSRR przeżyła też jakaś Erna Seidemann, którą ja osobiście identyfikuję (po rodzicach i dacie urodzenia) jaką mamę Joanny. Zaprzecza temu jednak tzw. „Page of testimony” na stronie Yad Vashem. O tym jednak za chwilę.

Joanna i jej mąż komunista o nazwisku Gabowicz zbyt długo nie pomieszkali w Polsce. Moja teoria o wielkiej miłości się potwierdza 😉 Mąż Joanny, prawdopodobnie dla niej, zgodził się wyjechać do Palestyny.

Fryderyk GabowiczTam, w Tel Awiwie urodził się im syn Fryderyk Gabowicz. Nie pasują mi pewne daty, gdyż jak informuje Internet syn Gabowiczów urodził się w lutym 1947 r., a Joanna jeszcze 9 lipca 1947 r. w Katowicach składała relację ocalonej, ale nie od dziś wiadomo, że Internet czasem błądzi :mrgreen: Syn Joanny, rybnickiej Żydówki i jej męża – żydowskiego komunisty (wg mojej teorii) z białoruskiego sztetla został uznanym fotografem wielkich gwiazd popu. Warto dodać, że niemiecka Wikipedia podaje, iż był synem Niemki i Rosjanina. Fryderyk Gabowicz fotografował m.in. The Police, Aerosmith, Tinę Turner, Modern Talking, Billy Idola, Robbie Williamsa i wielu innych. Przez lata był głównym fotografem czasopisma Bravo i nadwornym portrecistą Sandry. Chyba po mamie czuł się Niemcem, gdyż już w wieku 17 lat wyjechał do Niemiec i tam zmarł w 2007 r.

Joanna Seidemann, po mężu Gabowicz, utożsamiając się z zamordowanymi i czując się jedyną żyjącą cząstką wielu rybnickich rodzin żydowskich, złożyła na stronie Instytutu Yad Vashem dziesiątki „pages of testimony”, które są rodzajem świadectwa śmierci. Takie dokumenty złożyła również dla swej mamy i taty. Dlatego też nie wiem ostatecznie, czy jej mama przeżyła wojnę, czy nie. Zresztą podobne świadectwa składała dla członków rodziny męża, co na pewno świadczy o przywiązaniu i szacunku do rodziny Gabowiczów z bardzo komunistycznego miasteczka koło Grodna.

Mama Joanny Seidemann GabowiczNie wiem kiedy zmarła i czy miała z mężem więcej dzieci. Czuję, że kochała Gabowicza – wschodniego Żyda, którego poznała w czasie wojny gdzieś z dala od rodzinnego Rybnika, w którym urodziła się jako asymilowana niemiecka Żydówka. Żydówka, która na początku 1939 r. być może jeszcze marzyła, że zostanie panią Kaiserową i będzie prowadzić sklep.

P.S. Jak zwykle ciut zmyśliłam, więc proszę nie traktować tego wpisu w całości jako źródła historycznego
Zdjęcie Fryderyka Gabowicza pochodzi ze strony Ludzie Sandry.

Wpis za zgodą Autorki ze strony Szuflada Małgosi. Poprzedni tekst Małgosi tu na blogu: Rudolf Haase, wiąże się z Berlinem, bo ten młody rybnicki Żyd został pochowany w Berlinie.

Jeszcze raz wiosna

Roman nadesłał kilka wierszy wiosennych, ja dodaję  zdjęcia z wiosennego pobytu w Güstrow. Pewnie to już ostatni blogowy wpis o wiośnie w tym roku, bo ile można…

aniol3 klein

Wiszący anioł (Schwebender Engel) – dzieło Ernsta Barlacha w nawie bocznej katedry w Güstrow. Anioł ma rysy twarzy słynnej artystki niemieckiej, Käthe Kollwitz. Rzeźba została wykonana w roku 1927 na zamówienie ówczesnego kaznodziei katedralnego, Johannesa Schwartzkopffa, jako pomnik pamięci o poległych w I wojnie światowej. Zawieszono ją uroczyście podczas obchodów siedemsetlecia katedry i dokładnie w dziesięć lat później, za czasów reżimu nazistowskiego, rzeźba, zaklasyfikowana jako dzieło sztuki zdegenerowanej, została usunięta z katedry i oddana na szmelc. Zachowały się jednak trzy odlewy oryginału, które dziś można oglądać w katedrze w Güstrow, w kościele Antonitów w Kolonii i w muzeum w Schloss Gottorf w Szlezwiku. 

Roman Brodowski

Syberyjska wiosna

Lubię patrzeć przed siebie,
Gdy zima odpływa obłokiem
Wystarczy rękę wyciągnąć
By złapać wiosnę w dłonie.

Lubię patrzeć przed siebie,
Gdy tajga do życia się budzi
Wystarczy podejść do sosny
By ujrzeć zmartwychwstanie.

Lubię patrzeć przed siebie
Gdy wokół wrzawa wiosenna
Wystarczy posłuchać wiatru
By słyszeć ptasie śpiewanie.

Lubię patrzeć przed siebie
W marzeniach tulić nadzieję
Wystarczy wspomnieć o domu
By poczuć zapach polskiego bzu.

Lubię patrzeć przed siebie
Bo za mną jest tylko rozpacz
Wystarczy głowę odwrócić…,
No właśnie – A ja chcę żyć.

Berlin 21.04. 2012

katedra front klein wiosna przed katedra klein

Katedra w Güstrow, typowa przedstawicielka północnoniemieckiego gotyku ceglanego, zbudowana w I połowie XIII wieku.

Ewangeliczna wiosna

Kolejny już raz nadeszła
Pora stwórczego przebudzenia
Śnieżnobiałe szaty snu
Podobne matczynej trosce
Pokryły kolory życia

A ostatnie świadectwa zimy
Niby flisacze rzemiosło
Powoli spływają nurtem
Leniwej o tej porze rzeki
Ku morskiej przystani.

Oceanem bezkresnego nieba
Do opustoszałych gniazd
Coraz śmielej powracają
Zwiastuny nowego urodzaju
Wędrowne polskie bociany.

Nawet przydrożne wierzby
Odziawszy nagość gałązek
Srebrnoszarym puchem
Witają nadchodzące płody
Noworodnej ziemi.

Tylko mój czas spełnienia
Wciąż jeszcze na uwięzi
Czeka wiosennego roztopu.
W bijącej arytmii serca
Śpi nadzieja lepszego świata.

Zmartwychwstanie.

renesansowe figury-klein

strusiepisanki kleinwnetrzekatedry klein

W katedrze. Renesansowy nagrobek ścienny, ręcznie malowane pisanki ze strusich i gęsich jajek oraz słoneczny krzak forsycji rozświetlający mroczne wnętrze.
Kobiety tu pochowane to pierwsza żona księcia Ulryka III Meklemburskiego, księżna Elżbeta Duńska (zmarła w roku 1576) i jego druga żona, Anna von Pommern-Wolgast (1554–1626), siostra księcia szczecińskiego Bogusława XIII i ciotka nadzwyczaj kochanego w Szczecinie Bogusława XIV.

Reblog: Pani Irenka 1

Dawno TU była,  ponad dwa lata temu, ale teraz znowu wraca… Może nawet na dłużej. Pani Irenka…

Karolina Kuszyk

Ziemia

Niech pani wejdzie, na chwileczkę chociaż, bo ja jeszcze ze świąt sernika mam, to by pani sobie spróbowała. Butów nawet nie trzeba zdejmować, bo ja jeszcze przed sprzątaniem. No, po co pani zezuła, kiedy mówię, że nie trzeba. Zaraz jakie papucie pani dam. Oj, co tu było przez te święta, pani. Dawidek z tej Norwegii przyjechał i jak nie mój wnuczek, cały zarośnięty, ta broda taka kręcona, czarna, aż mówię, Dawidek, żeby ciebie czasem za jakiego terrorystę nie wzięli, co teraz z tymi brodami latają. Albo jakiego uciekiniera z tego Iraku czy skąd. A Dawidek mówi, że babciu, nie zna się babcia, taka moda teraz. Jak moda to moda, pani. Jak Mietek na studia poszedł, to też brodę miał zapuszczoną, że coś okropnego, aż nie wytrzymałam kiedyś i mówię, synu, ogól się wreszcie, bo jak do diabła podobny wyglądasz. Ale nie ogolił. Od dziecka uparty był. Ale to jeszcze wtedy tam u nas na wiosce było, to baby gadały, że o, na studia syna wykierowała, a jemu w głowie się poprzewracało i takie tam. A teraz syn na stanowisku i dobrze sobie żyją, pani. No, ale dzisiaj to już żadnej różnicy nie ma, miasto, wieś, każdy chodzi jak chce, i to może nawet dobrze, pani. Ale Mietek to teraz zmartwienie ma, bo ta ziemia, co jeszcze lat temu trochę kupił, żeby mieli, jakby się chcieli pobudować, czy dla Dawidka, albo nawet na sprzedanie, to teraz niby tak uchwalili w sejmie, że już tak łatwo nie sprzeda. Bo podobnież, że chodzi o to, żeby obce nie wykupywali polskiej ziemi. Znaczy tak jakby tylko tym rolnikom wolno sprzedawać, ale pod budowę komu to już raczej nie, albo Kościołowi. To ja się pytam, pani, co z księdza za rolnik. I nic już z tego nijak wyrozumieć nie mogę. A tym rolnikom też teraz więcej ziemi nie można mieć jak… o, widzi pani, zapomniałam, bo tak jakoś trudno mówili w tych Wiadomościach, ale zapisane mam, to może znajdę. Oj pani, to już raz tak podobnie było, za komuny. Pani młoda, to nie pamięta, ale ja jeszcze wiem, jak był taki chłop że bogatszy, to mu wszystko zaraz chaps i że na pegeer. A te pegeery, pani, to bida z nędzą przecież. Wiem, bo u nas na wiosce jeden był, to tylko kradli, pani, pili i na zmarnowanie wszystko szło. Albo do Ruskich. Patrz pani, a teraz Ruskie, że naszych jabłek kupować nie będą. Jabłka polskie im niedobre. To jabłka teraz takie u nas tanie, że na soczki dużo przerabiają, mam nawet, naleję pani, bo mi synowa przyniosła taki pięciolitrowy, z kranikiem, widzi pani, jak elegancko zrobione? Gdzie ja te pięć litrów sama wypiję? Tu mam po tej orenżadzie butelkę, to pani wleję do domu. A nie zimno pani? Ja teraz to tego ogrzewania nawet nie odkręcam, bo na dworze ciepło, wiosna, to po co grzać? Ale takiemu chudziutkiemu jak pani to zawsze zimno, mnie pani nic nie musi mówić, bo jak młoda byłam taka jak pani, to tego samego. Nie odkręcać? Pani, a może my byśmy sobie na balkoniku usiadły, to nawet cieplej teraz jak w domu. Zobaczy pani, jakie prymulki mam ładne. Z ryneczku. W Biedronce też mieli, ale synowa powiedziała, że to pewnie jakie z Chin, niech mamusia lepiej nie kupuje. Nie wiem, czego z Chin mają być gorsze, pani, ale niech jej będzie.

A tu blog o pani Irence i serniczek:-)

domowy-sernik

Reblog: Mężczyzna z cmentarza na Bródnie

Mężczyzna z cmentarza na Bródnie w Warszawie to mój wujek. Zmarł rok temu. Żona, siostra, córki i wnuczki z mężami opublikowały w warszawskich gazetach taki nekrolog:

Dnia 7 kwietnia 2015 roku zmarł w wieku 87 lat

ŚP

dr n. med.

Mieczysław Andrzej Kowalski

Uczestnik Powstania Warszawskiego ps. Kowal. Młodociany więzień KL Gross-Rosen i KL Dora.

Absolwent Akademii Medycznej w Warszawie, lekarz w Szpitalu Dziecięcym na ul. Kopernika. Wieloletni pracownik oddziału ortopedycznego w szpitalu na Solcu, a następnie ordynator oddziału dziecięcego na Piaskach w Stołecznym Centrum Rehabilitacji STOCER w Konstancinie i później wicedyrektor od spraw lecznictwa tegoż szpitala.

Autor artykułów i książek z dziedziny rehabilitacji.

wujaszek

W artykule opublikowanym w Pulsie (to, jak się okazuje również czasopismo medyczne, a nie, jak sądziłam, tylko wydawnictwo opozycyjne z czasów PRL) córki wzruszająco napisały, że Tata…

był po Powstaniu więziony w Gestapo we Wrocławiu, następnie w obozach koncentracyjnych w Gross Rosen i w Mittelbau-Dora, gdzie znalazł się w szpitalu obozowym po ciężkim odmrożeniu i amputowaniu części palców u nóg. Tam, obserwując pracę lekarzy i ich pomocników, patrząc jak w skrajnie trudnych warunkach potrafią nieść pomoc i ulgę w cierpieniu swoim wycieńczonym pacjentom, postanowił, że jeżeli przeżyje, będzie w przyszłości lekarzem. Miał wtedy 16 lat.


Wujaszek udzielił też wywiadu Archiwum Historii Mówionejj.

W życiu codziennym blogerka i administratorka bloga nie może dopuścić do tego, żeby interesujący człowiek nie objawił się również u niej na blogu. Wujek, zachęcony przez jednego z naszych autorów, napisał kiedyś do blogu Qra czyli nowa kuchnia i kultura o tym, czy Powstanie Warszawskie miało sens. A potem kiedyś pojawił się na spokrewnionym blogu, W altanie…, we wpisie Jak Ciotuchna poznała wujaszka.

Ciotuchna

Wpis opublikowany 12 lutego 2013 roku

Jak zobaczycie, że pisze Ciotuchna, złapiecie sie pewnie za głowę – znów będzie o wojnie, albo sama historia! Nie, nie, nie martwcie sie, będę pisać o tym jak poznałam swoją drugą połowę. A historia będzie, bo w niedzielę 3 lutego minęła właśnie sześćdziesiąta druga rocznica naszego cywilnego ślubu – a to historia!!!

W 1945 roku w zburzonej Warszawie ostał się jeden cały gmach szkolny. Cały, ale bez szyb, bez ścian działowych i wewnątrz zasypany ścinkami skór. Okupanci urządzili w nim jakąś fabrykę. Co z tych skór produkowali nie wiadomo, czy kabury do pistoletów, czy paski do karabinów, czy może paski do spodni, żeby im portki nie opadły jak będą uciekać – nie wiadomo? Grunt, że gmach stał, a był własnością Gimnazjum i Liceum nr.VI im Tadeusza Reytana. Budynek przez nauczycieli i uczniów został doprowadzony do jakiego, takiego ładu, tak że można było zaczynać naukę. Na mieście rozklejono na słupach, gruzach i latarniach kartki tej treści: „Gimnazjum i Liceum im. Tadeusza Reytana, Rakowiecka 23, wznawia zapisy uczniów do klas gimnazjalnych i licealnych”.Młodzież pędziła do tej jednej ocalałej szkoły i zapisywała się na listy do klas, że tak powiem, na gębę, bo nikt nie miał żadnych papierów z lat poprzednich. Każdy po prostu mówił do jakiej klasy chce chodzić. Szkoła ruszyła w kwietniu 1945 r., a więc przed końcem wojny.

Szkołę podzielono na dwie części: żeńskie gimnazjum im. Narcyzy Żmichowskiej i męskie gimnazjum im. Tadeusza Reytana. Przed wojną nie było w średnich szkołach koedukacji. No i tu koedukacja była wykluczona, na I piętrze były dziewczęta t.z. Żmichoszczanki, a na II piętrze byli chłopcy Reytaniacy. Na schodach na podeście siedział groźny pan woźny i pilnował, szczególnie na przerwach, czy sie nie robi jakaś koedukacja.

Na parterze była duża sala gimnastyczna, ale oczywiście bez żadnych przyrządów do gimnastyki, w której stał w niej zupełnie dobry fortepian. Pan od śpiewu, prof. Wacław Lachman, wielce dla Warszawy zasłużony twórcą chórów, ze słynną Harf na czele, ogłosił w szkole nabór do chóru. Pobiegłam na przesłuchanie i zostałam przyjęta. Chór był czterogłosowy, po jednej stronie fortepianu stali chłopcy śpiewający glosami tenorowymi i basowymi, a po drugiej stronie stały dziewczęta (nie mówiło się wtedy dziewczyny) sopranistki i śpiewające altem. Uczylismy się zasad śpiewu, piosenek, pieśni i…gapiliśmy się na siebie. Po próbie pierwsi do swoich klas szli chłopcy, a po jakimś czasie dziewczęta.

W grupie chłopców był uczeń, którego profesor zapraszał do fortepianu, mówiąc “mistrzu ty będziesz akompaniował, a ja będę dyrygował chórem”. Ten chłopak, kiedy wracał znów do choru, ustawiał się na przeciwko mnie i nie spuszczał ze mnie oczu. Było to miłe, ale jednocześnie i krępujące. Gapił sie i gapił, ale nie mieliśmy okazji, żeby zamienić choćby słowo. Po lekcjach każdy wsiadał na swój rower i pedałował do domu. Byliśmy wtedy w IV klasach gimnazjum i mieliśmy po 16 – 17 lat.

Po jakimś czasie, gdy wychodziłam ze szkoły, a nie miałam wtedy roweru, od grupy chłopców stojących przed szkołą oderwał sie ten chłopak, podszedł do mnie, przedstawił sie” jestem Mietek” i spytał czy może mnie odprowadzić. Szliśmy w całkowitym milczeniu, bo żadne z nas nie umiało rozpocząć rozmowy.

Od tej pory odprowadzał mnie prawie codziennie, no i juz rozmawialiśmy o rożnych sprawach szkolnych i każde z nas opowiedziało trochę o sobie. Okazało sie, że łączy nas wiele przeżyć z czasów okupacji. Ja przeszłam wiezienie Gestapo, a Mietek był w Powstaniu i w dwóch obozach koncentracyjnych. Czyli oboje” uciekliśmy grabarzowi spod łopaty”.

Zbliżały sie wakacje, ja jechałam na obóz harcerski, a on do rodziny na wieś. Podał mi adres gdzie będzie w lipcu, a ja obiecałam, że napiszę i podam adres obozu harcerskiego. Napisałam do niego w pierwszych dniach obozu, ale nie dostałam żadnej kartki od niego. Jak sie później okazało moja kartka nie doszła.

We wrześniu spotkaliśmy sie w szkole, ale on mi sie ledwo ukłonił, był obrażony.Po kilku dniach szkoły zachorowałam na szkarlatynę i poszłam do szpitala zakaźnego na 6 tygodni. W tym szpitalu nie było żadnych odwiedzin. Wróciłam do szkoły po dwóch miesiącach. Moj dawny “amant” spotkał mnie na korytarzu szkolnym i przywitał takimi słowy ” Żyjesz? A myśmy się nauczyli śpiewać Marsza Żałobnego Chopina, na twój pogrzeb”. Teraz to ja sie poczułam dotknięta, obraziłam się i odeszłam bez słowa.

W szkole działało kółko dramatyczne i tam spotykaliśmy sie, ale nie rozmawialiśmy, bo oboje byliśmy obrażeni.To że w poprzednim okresie “mieliśmy się ku sobie” zauważyła duża cześć jego kolegów i moich koleżanek. Wszyscy byli teraz poruszeni naszym rozstaniem, bo twierdzili, że pasujemy do siebie.

Po paru miesiącach wspólnych prób teatralnych, przy wyjściu ze szkoły Mietek podszedł do mnie i spytał czy może mnie odprowadzić. Wszyscy to zauważyli i cicho się nam przyglądali. Od tego wieczoru staliśmy sie nierozłączna parą.

Byliśmy już w II klasie liceum, Mietek oprócz szkoły chodził jeszcze do konserwatorium muzycznego w klasie organów i grał na organach w kościele Św. Krzyża na Krakowskim Przedmieściu, gdzie również mieszkał. Często, gdy grał na wieczornych nabożeństwach, ja przychodziłam na chór kościelny i słuchałam jak gra. Takie były nasze randki.

Przed maturą dużo dyskutowaliśmy o przyszłości, o wyborze studiów. Ja chciałam iść na psychologie a Mietek marzył o medycynie. Wiedzieliśmy, że przed nami dużo pracy i czasu zanim będziemy mogli założyć rodzinę, o której marzyliśmy oboje. Przyrzekliśmy sobie, że będziemy czekać na siebie niezależnie od tego co i gdzie będziemy studiować.

Takie przyrzeczenie okazało się konieczne, bo ja zdałam do Wyższej Szkoły Higieny Psychicznej w Warszawie, a Mietek po trudach i wielkich nerwach dostał się na medycynę ale…we Wrocławiu. Tak się rozpoczął korespondencyjny okres naszego narzeczeństwa. Mamy z tego czasu 500 listów moich do niego i jego do mnie.Kiedy Mietek mógł się przenieść na studia do Warszawy, ja wyjechałam na drugi fakultet do Łodzi.

Wspomniany na początku ślub cywilny był zabezpieczeniem dla mnie przed “przydziałem pracy”. Kończyłam w Łodzi Pedagogikę Społeczną i władze uznały, że absolwenci tego kierunku będą doskonałymi pracownikami kulturalno-oświatowymi w domach wczasowych.

Ślub z Mietkiem, który studiował i pracował w Warszawie zabezpieczał mnie przed takim przydziałem pracy. No i tak już zostało, na razie 62 lata.


EMS:

W tym roku byłoby tych lat 65. Żelazna rocznica…

 

Reblog z reblogu: Podróże

Żelazną drogą do Berlina

Ponowne otwarcie połączenia kolejowego Wrocław-Berlin przypomniało mi o jednym z pierwszych artykułów w mojej karierze historyka. Dotyczył wyjazdów Polaków do Berlina na przełomie XIX i XX wieku i został napisany do pracy zbiorowej poświęconej podróżowaniu. Dość skrupulatnie zbieram „owoce“ mej produkcji, ale niestety tego akurat artykułu nie zachowałem. Tekstu w wersji elektronicznej też nie mogłem już znaleźć. Trzeba było udać się więc do biblioteki. I to w dodatku aż w Poznaniu. Za pomoc w odszukaniu tej, jak się okazało, rzadkiej książki, dziękuję pani Agnieszce, bibliotekarce naszego Centrum. Pozwalam sobie udostępnić tekst sprzed 20 już lat w nadziei, że może sięgnie po niego ktoś, kto rozważa wizytę w stolicy Niemiec. Podąży tam po ścieżkach wydeptanych już przez wielu naszych rodaków z różnych generacji.

Rozwój komunikacji pod koniec XIX w., zwłaszcza kolejowej, umożliwił masowy ruch ludności i przewóz towarów. Podróż pociągiem była tańsza i dostępna dla różnych grup społecznych, była wygodniejsza i — co było rzeczą ważną — trwała krócej. Różne były powody, dla których Polacy udawali się do Berlina na przełomie wieków. Jedni szukali w mieście nad Szprewą pracy lub załatwiali „interesa”, inni szukali wiedzy, a jeszcze inni przybywali w celach turystycznych. (Ciekawe, że w wielotomowej encyklopedii Orgelbranda z 1898 r. na próżno szukać hasła „turystyka”).

Z podróży prof. Bronisława Gustawicza do Lubeki, Trawemünde, Kilonii i Hamburga zachował się ciekawy tekst wspomnień, w którym autor tak opisuje potrzebę wyjazdów za granicę:

Cudze chwalicie, swego nie znacie, Sami nie wiecie, co posiadacie. Tak mówi nasz poeta. Piękna w tym dwuwierszu zawarta myśl, ale w piękniejszą jeszcze ubrana szatę! Lecz aby swoje dokładnie znać, trzeba i cudze koniecznie poznać. Stąd wyłania się potrzeba zwiedzania obcych krajów, przebywania wśród obcych wykształconych narodów. Każdy, co wyjeżdża za granicę, nie bezmyślnie, nie dla zabicia czasu i trwonienia pieniędzy, lecz z pewnym wytkniętym celem, żądzą wzbogacenia swej wiedzy, musi odnieść dla siebie w niejednym kierunku wielkie korzyści i wraca do kraju swego, jeżeli już nie bogaty w doświadczenie, to przynajmniej pełen wrażeń, które pozostaną mu na długie lata bardzo miłym wspomnieniem.

Dzisiaj taki sposób podróżowania nazwalibyśmy podróżą studyjną.

Podobny cel podróżowania postawił sobie Emanuel Dworski, który w swych wspomnieniach z podróży, opublikowanych w 1904 r. we Lwowie, tak to scharakteryzował:

Jeżeli podróżowanie może się stać przyzwyczajeniem, które ma swoje źródło w żądzy nowych wrażeń, potęgującej się z czasem aż do nałogu, to ja mam na swe usprawiedliwienie nie tyle upodobanie w nowych wrażeniach, ile cel wytknięty moich podróży. Albo zwiedzam — kontynuował Dworski — muzea i szkoły, albo biorę udział w zjazdach towarzyszy zawodowych, a co widzę i słyszę obok tego, to materiał przygodny.

W podróż studyjną do Berlina udała się także komisja miasta Lwowa, której celem było zbadanie wybranych urządzeń sanitarnych pod względem ich przydatności dla stolicy Galicji. W skład komisji wchodzili: I wiceprezydent miasta, dr Tadeusz Rutkowski, fizyk miejski, dr Wiktor Legieżyński i radni, dr Szczepan Mikołajski, dr Wilhelm Pisek i dr Józef Starzeski. Podczas pobytu w Berlinie komisja zwiedziła miejski zakład higieny, obejrzała zakład badania środków spożywczych, zapoznała się z organizacją i funkcjonowaniem berlińskiego pogotowia ratunkowego, odwiedziła szpital miejski im. Virchowa oraz jeden z przytułków dla bezdomnych.

Jest to jedna z najpiękniejszych instytucji humanitarnych Berlina — pisał autor sprawozdania, dr Szczepan Mikołajski. Wszystko w niej wzorowo urządzone, sale noclegowe, sale jadalne, kąpiele, kuchnie, pralnia, wszędzie jak największa czystość i porządek.

Mając na uwadze problemy finansowe miasta Lwowa, które nie rozporządzało wystarczającymi środkami, aby na wzór Berlina zorganizować pomoc dla bezdomnych, Mikołajski stwierdzał, „że niektóre szczegóły organizacji berlińskiej można będzie i u nas z pożytkiem zastosować”.

Tak szczytne cele podróży, jak zbieranie wrażeń, konfrontowanie opinii o sąsiadach czy podziwianie ich zdobyczy cywilizacyjnych, stawiali przed sobą tylko zamożni podróżnicy. Ubodzy Polacy, przybywając do Berlina, mieli na uwadze raczej praktyczne względy:

„Cel był ten, żeby tam, jako w środowisku przemysłu, w swoim fachu gruntowniej się wydoskonalić i możliwie uciułać trochę grosza, gdyż słyszałem, że zarobki są znacznie wyższe niż gdzie indziej” — tak wyjaśniał powody swego wyjazdu do Berlina Władysław Berkan, w przyszłości znany mistrz nożyc, na razie ubogi aspirant krawiecki.

Niestety, ubodzy polscy podróżnicy — poszukiwacze lepszego życia — rzadko pozostawiali po sobie wspomnienia. Stąd też artykuł ten oparty jest głównie na spuściźnie po zamożniejszych naszych rodakach.

Najwięcej trudu zajmowały same przygotowania do podróży. W interesujących notatkach Bolesława Prusa z podróży do Berlina, którą odbył w dniach od 17 maja do 17 czerwca 1895 r., znajduje się opis w Almanachu Hachette’a, w którym w rubryce pt. „Co należy kłaść do walizki?” można dowiedzieć się o następujących szczegółach:

W walizce Madame’y — cytuję za Prusem — powinno znajdować się: 35 gatunków bielizny, obuwia i odzieży (np. kostium kąpielowy, penivar kąpielowy, gorsety, kapelusz itd.), 28 gatunków przedmiotów tualetowych (np. lustro potrójne, woda kolońska, waselina itd). 34 gatunki przedmiotów różnych (np. szpilki i lampka spirytusowa, książka do nabożeństwa, fotografie męża i dzieci itp.).

W sumie kobieta wybierając się w podróż, zabierała ze sobą ponad 100 przedmiotów. Nie mniejszą liczbę rzeczy zabierał ze sobą w podróż mężczyzna. Jeszcze raz przytoczę fragment Almanachu Ilachette’a:

(…) Do walizki Monsieur’a należy włożyć: 31 gatunków bielizny, obuwia i odzieży (kostiumy do jazdy konnej, welocypedu, tenisa, polowania, fechtunku, pływania, kąpieli i alpinistowskie (…). 31 gatunków przedmiotów tualetowych (np. pumeks, szczoteczka do paznokci, pilniczek do paznokci, kleszczyki do paznokci, puder ryżowy itp.). Wreszcie — 24 gatunki przedmiotów różnych, a między nimi: budzik, kawałek flaneli, nici czarne i białe (…).

Razem mężczyzna winien zabrać ze sobą ok. 100 przedmiotów. Dodatkowo winien uwzględnić w swoim bagażu, według tegoż Almanachu, ok. 15 środków aptekarskich, jak: „kitajkę, bizmut, ołówek antimigrenowy, »mamcze szpilki« itp.”.

Tak więc kobieta i mężczyzna, udając się w podróż, winni w sumie zabrać ponad 200 przedmiotów. Niektórzy podróżnicy niewiele przejmowali się takimi zaleceniami. Wspomniany tutaj Prus zbagatelizował zupełnie rady Almanachu i udał się w podróż za granicę bez pościeli i jedynie z małą walizką. Podobnie postąpił przyjaciel Prusa dr Gustaw Gebethner, współwłaściciel firmy „Gebethner i Wolf”, z którym pisarz wybrał się w podróż do Berlina.

Sędzia G. — pisał Prus — także nie posiadał owych 100 przedmiotów wymaganych przez prawidła dobrego tonu. Za to miał na głowie powiewną czapeczkę bez daszka, z której w razie potrzeby można było sporządzić kubek wody, rondelek do nelsońskich zrazów, duży pugilares itd.

Możliwe, że zawartość owego pugilaresu w razie potrzeby mogła zastąpić przedmioty zalecane przez wspomniany Almanach. Między godziną 4 i 5 po południu udał się Prus wraz z rodziną i przyjaciółmi na dworzec Kolei Warszawsko-Wiedeńskiej. Podróż do Berlina miała trwać ok. 12 godzin. (Dla porównania dzisiaj pociąg potrzebuje na pokonanie tej odległości ok. 8 godzin!). Autor Lalki szczególną uwagę w swoim dzienniku poświęcił opisowi wagonu.

Kilka razy w życiu jeździłem Koleją Warszawsko-Wiedeńską pisał Prus — ale jeszcze wagonami starego typu. Były to budy podzielone na cztery części. Każda część miała zewnątrz swoje własne drzwi, a wewnątrz dwie ławy, na których przez 12 godzin mordowały się cztery pary ludzkich istot nie mogących nawet nóg wyprostować bez wkroczenia w granicę indywidualności swoich sąsiadów.

W porównaniu do tych starych wagonów, nowe „mają również po 4 przedziały, a każdy przedział po dwie czteroosobowe kanapki. Ale przedziały te są otwarte na kurytarzyk, po którym można spacerować”.

Ponadto każdy wagon posiadał umywalnię z lustrem i wodą. Przechodzenie między wagonami nie było zbyt bezpieczne. Brak było bowiem ochrony harmonijkowej między nimi. Tę posiadała już kolej pruska.

Pierwsze godziny podróży minęły Prusowi na rozważaniach o charakterze państwa pruskiego, które w tym miejscu pominę. Polacy z terenów zaboru austriackiego podróżujący do Niemiec, przejeżdżali przez Śląsk. Wielu doznawało wtedy wzburzenia uczuć patriotycznych, obserwując „odwieczną dziedzinę Piastów, zagrabioną przez niemieckich zaborców” (E. Dworski). B. Prus i jego towarzysz przekraczali granicę w Toruniu. Tam przeszli skrupulatną kontrolę celną. Przyjaciel Prusa był zmuszony do zapłacenia cła za przewóz zbyt dużej ilości papierosów. Po krótkim postoju na granicy, który obaj podróżni spędzili w knajpie dworcowej, oddając się browarnianym uciechom, i po kupieniu biletów (bilet kosztował 24 marki) wsiedli do nowego pociągu i wyruszyli w dalszą podróż.

Dla Prusa dużym zaskoczeniem było to, że pociąg ruszył bez „dzwonień” i „gwizdań”. Następnie stwierdził:

Nieszczęśliwy podróżny musi pilnować się tabliczki opiewającej: dokąd? i minuty: o której odchodzi pociąg?.

Cytat ten dowodzi dużej punktualności pociągów pruskich. Także i tym razem Prus opisuje wygląd wagonu. Pozwolę sobie przytoczyć obszerne fragmenty tego opisu:

Nasz wagon jest »nowego typu«, czyli posiada kurytarz, po którym można spacerować tak wygodnie jak po warszawskich, a może i wygodniej. Szyby są wielkie, sklepowe, przez które w tej chwili widać tylko noc.

Prus jechał w przedziale II klasy. Wyposażenie przedziału składało się z lampy gazowej z trzema płomieniami, która paliła się przez cały okres przejazdu i fioletowej zasłony. Ponadto w przedziale znajdowały się wygodne kanapy obite pluszem w kolorze oliwkowym, przy oknie był mały stolik, na którym można było grać w szachy. W kącie stała natomiast spluwaczka, na ścianie wisiało lustro, a przy drzwiach widać było guziczek dzwonka elektrycznego na służbę. Uwagę Prusa zwróciły także napisy informujące podróżnych, aby nie otwierali okien, nie wyrzucali przez nie butelek oraz nie wychylali się. W końcu pytał zdziwiony:

Cóż to znowu za ograniczenie swobody osobistej?

W innym miejscu swego dziennika Prus tak opisał przedziały pozostałych klas:

Obok nas, z jednej strony jest przedział pierwszej klasy z amarantowymi pluszowymi kanapami, a ze strony przeciwnej — trzecia klasa z żółtymi drewnianymi ławkami.

Warto dodać, że istniała także cztwarta klasa w pociągu, którą podróżowała najbiedniejsza część ludności, a więc także polscy wychodźcy. Był to najczęściej zwykły wagon, pozbawiony miejsc siedzących (tzw. wagon bydlęcy). Wiele uwagi poświęcił Prus konduktorowi.

Jest to piękny chłop — pisał Prus — tęgo zbudowany, na gębie czerwony i pyzaty, na głowie szatyn, na reszcie ciała granatowy z metalowymi guzikami tam, gdzie były potrzebne. Może mieć 30-40 lat, a odznacza się zadziwiającym spokojem fizjognomii i całej postaci.

Także i w tym opisie Prus nie stronił od porównań.

Przeciętny konduktor naszych dróg żelaznych — dodawał Prus — wyglądałby przy nim na człowieka mizernego i nerwowego.

Po sprawdzeniu biletów, konduktor zapytał autora dziennika, czy chce siedzieć na tym miejscu, które zajmuje. Uzyskawszy odpowiedź twierdzącą, konduktor zażądał 2 marki opłaty, wydał kwit oraz wysunął numer nad miejscem zajmowanym przez Prusa. Około godz. 6 rano pociąg zaczął zbliżać się do Berlina.

Okolica zmieniła się zupełnie: zamiast pól, drzew, zapachów — występują place, murowane budynki, hałasy i dymy. Plant kolei z obu stron gęsto zabudowany robi chwilami wrażenie, jakbyśmy dojeżdżali do Warszawy od rogatek Jerozolimskich.

Ciekawymi spostrzeżeniami dzielił się z czytelnikiem wspomniany wyżej prof. Gustawicz, który przybył do Berlina przez Galicję i Śląsk.

Wreszcie zbliżamy się do Berlina. Olbrzymia stolica państwa wywiera swój wpływ abstrakcyjny na wiele, wiele kilometrów wokoło, bo okolice Berlina, jako nieurodzajne i błotniste, wcale gęsto nie są zaludnione; ale natomiast jak raz wjedziemy w obręb tego miasta i gdy widzimy, jak pociąg nie zwalniając biegu, dalej pędzi ponad dachami domów, a jak tylko oko sięgnie, wszędzie ulice i ulice, poprzeplatane obszernymi placami, pełne rojów ludzi, wozów, tramwajów elektrycznych, omnibusów konnych, gdy mijamy stacyą za stacyą, a my ciągle w Berlinie, — to nie dziw, że nie przyzwyczajonemu zaczyna się w głowie mącić.

Podobnych zawrotów doznawał tak wielokrotnie przeze mnie już cytowany Prus.

Wtem — co u Pana Boga! (…) Mijamy dziwny most, pod którym (…) chodzą ludzie i jeżdżą dorożki (…) A teraz nasz pociąg toczy się tak blisko domów, że z okien wagonu mogę zaglądnąć w okna mieszkań, ale nie parterowych tylko… leżących na pierwszym piętrze! (…).

Nasi podróżni wysiedli na Dworcu Friedrichstrasse. Obaj przekazali interesujące opisy tego miejsca. Wspólne dla obu tych opisów było podkreślenie ożywionego ruchu na dworcu. Gustawicz pisał:

Oto nasz pociąg wpada w olbrzymie arkady dworca na Friedrichstrasse, a pod kołami dudnią rozległe sklepienia mostu, dookoła zaś hałas, krzyk, zgiełk nie do opisania. Ledwie człowiek zdoła wysiąść z wagonu, a pociąg już rusza i po niewielu sekundach znika na drugim końcu krytej hali, by ustąpić miejsca drugiemu, trzeciemu, dziesiątemu pociągowi.

Prus natomiast pisał:

(…) Sędzia G. (Gustaw Gebethner – K.R.) i ja wysiedliśmy z wagonu i, niby dwa kwiaty, znaleźliśmy się w budynku przypominającym olbrzymią oranżerię. Jest to dworzec kolei miejskiej Friedrichstrasse Bahnhof. (…) Wagony, lokomotywy, podróżni wyglądają tu jakby pod kloszem. Dworzec ma ze 200 kroków długości i ze 60 szerokości, jego zaś podłoga dzieli się na trzy pasy: prawy i lewy — po którym jeżdżą wagony i środkowy — gdzie czekają podróżni.

Warto może wspomnieć, że niektóre pociągi z Polski zatrzymywały się także na Lehrter Bahnhof. Wysiadali z nich liczni wychodźcy polscy udający się przez Hamburg do Ameryki.

W polskim przewodniku po Berlinie z 1913 r. można przeczytać takie rady dla wysiadających podróżnych:

Stanąwszy na dworcu woła się do pociągu tragarza (Gepäktreger), w zielonej bluzie z numerem u czarnej czapki, a zapamiętawszy sobie dobrze numer powierza mu się bagaż. Tragarz ma do żądania od każdej lekkiej sztuki 30 fen., za cięższą 5O fen. Za przeniesienie rzeczy do pobliskiego hotelu trzeba się z nim osobno ułożyć. Chcąc wziąć dorożkę, co przy wielkim natłoku przejezdnych czasami nie jest łatwą rzeczą, trzeba odżałować 25 fen. dodatku do taksy i wziąć od stójkowego (Schutzmanna) u wejścia z dworca blaszkę z numerem jednej z czekających dorożek, do której tragarz nosi bagaż. Kto ma więcej pakunków, może powierzyć ‚Bz Bg’, towarzystwu przewozowemu, które ma swe biura na każdym większym dworcu Berlina i które za małą opłatą podług starej taksy dostarczy rzeczy w krótkim czasie na miejsce przeznaczenia.

Na osobną uwagę zasługuje personel dworca Friedrichstrasse, a zwłaszcza woźni.

Jest tu zawiadowca w czerwonej czapce — pisał Prus — sztywny w karku, jakby połknął repetierowy karabin z bagnetem. Jest tu i jego biuro, drewniany budyneczek przypominający warszawskie »szalety«. Nie widzę jednak ani śladu policji, ani konduktorów, pomimo, że kręci się mnóstwo podróżnych. (…) Idziemy tedy; sędzia z torebeczką, a ja z laseczką (obaj podróżni powierzyli już swoje bagaże tragarzowi — K.R.) i — z biletem kupionym w Toruniu. Wciąż śmiać mi się chce z tutejszych porządków i rozmyślam: czy rzucić bilet na podłogę, czy też zachować go jako dowód, że i ja byłem kiedyś za granicą?

Prus nie wyrzucił biletu i jak się później okazało — postąpił rozważnie.

Na nieszczęście przed schodami — kontynuował opis — stoją niby dwa kojce, a w każdym woźny. Rad nierad, wsuwam się między owe kojce, a tymczasem woźny bardzo grzecznie prosi, ażebym mu oddał bilet… Ciż sami woźni oglądają bilety osób przychodzących tutaj z dołu.

Za nieposiadanie takiego biletu woźni mogli nie wpuścić podróżnego na peron. A korzystający z metra bez biletu byli zmuszani do zapłaty za jazdę, co było połączone z wywołaniem małego skandalu.

Nie zawsze woźni wykonywali swoją pracę sumiennie, często nadużywali swoich uprawnień.

Na tym Bahnhofie (na Lehrter Bahnhof — K.R.) — pisał Ludwik Krzywicki w swoich wspomnieniach — wysiedli także liczni wychodźcy polscy (…). I widzę — od każdego przy wyjściu na górną platformę, gdzie odpowiedni dozorca odbiera bilety, ten żąda od każdego 10 fenigów. Widzę i ja, ale przechodzę nie zaczepiony. Dozorca poznał, że przyjechałem inną klasą i że nie jestem bezbronny. Zapytuję się go, jakim prawem pobiera silbergrosze. W pierwszej chwili mina zakłopotana, a później bezczelna odpowiedź: »Dają mi przez grzeczność«. Przy czym odchodzi polecając odbieranie biletów drugiemu dozorcy. Naturalnie, nikt z dalszych wychodźców nie składał tej daniny (…).

Wielu Polaków przybyłych do Berlina zaskakiwał ogromny ruch na ulicach.

Przemykamy się pod szeroką arkadą wiaduktu — zanotował w dzienniku Prus — po którym w tej chwili przejeżdża pociąg i — znajdujemy się na Friedrichstrasse. Jest to jedna z pierwszorzędnych ulic w Berlinie, charakteryzuje się zaś wielkim ruchem i wielką ciasnotą. W tym miejscu nie jest ona szerszą od naszej Chmielnej ulicy, a ruch na niej no mniej więcej taki, jak u nas na Żabiej.

Nie była to jednak jedyna cecha tych ulic. Inną była ich czystość.

Berlin — pisał Paderewski — był już wtedy dużym miastem, z wielkim parkiem i kilkoma pięknymi budowlami. Najpiękniejszym ze wszystkich był naturalnie zamek królewski. (…) Nie mogę powiedzieć, by miasto było wówczas ładne, ale porządek, czystość na ulicach sprawiały, że odnosiło się jednak wrażenie pewnego piękna. Ulice były tak niezwykle czyste, że wzbudziły podziw.

Dokąd udawali się Polacy w poszukiwaniu noclegów? Jak spędzali pierwsze godziny po przyjeździe do Berlina? Jakimi środkami lokomocji jeździli po mieście? Jak spędzali pierwszy wieczór w Berlinie? Co zwiedzali w dniu następnym? Prus i Gebethner udali się do pobliskiego hotelu. Nie wszystkich jednak było na niego stać.

Pobyt w hotelu berlińskim jest wcale wygodny — informował wspomniany przewodnik po Berlinie — ale na dłuższy dystans za drogi. Naturalnie, kto na jeden lub dwa dni wpadł do Berlina, to mu wszystko jedno, ale kogo interesy, czy kuracja, czy jakie studia zatrzymują dłużej nad Szprewą, ten szuka w Charlottenburgu, lub w pobliżu uniwersytetu pokoju umeblowanego, do którego otrzymuje każdego rana kawusię cieniuchną taką, że Boże zmiłuj się!

Ubodzy podróżnicy skazani byli na znacznie gorsze warunki. Tak opisuje miejsce swych pierwszych po przyjeździe noclegów W. Berkan:

Przed pójściem spać trzeba było kierownikowi gospody oddać zegarek, kosztowności i pieniądze do przechowania, bo nuż mogłoby komu w tak licznem i »doborowem« towarzystwie co zginąć, za co kierownik nie brał odpowiedzialności. »Hotel« nasz znajdował się pod dachem i tworzył jeden wielki »salon«, w którym wszyscy się mieścili. Przespanie się w tym salonie kosztowało od trojaka (10 fen.) do trzech trojaków. (…) Wszyscy musieli jak na komendę o jednej godzinie iść spać. (…) Ci, którzy oszczędniej się urządzali, tj. za trojaka, byli »rewidowani« przez »domowych«. Musieli rozebrać się zupełnie do naga i w tym stroju adamowym do łóżka, raczej na pryczę się kłaść, aby zmniejszyć niebezpieczeństwo udzielenia legowisku »współtowarzyszów« noclegowych.

Po zakwaterowaniu się w hotelu albo na stancji, zmęczeni podróżą, udawali się Polacy na odpoczynek, by — późnym popołudniem — udać się do centrum miasta. Do wybranych miejsc mogli dotrzeć różnymi środkami lokomocji: dorożką, kolejką naziemną i podziemną, tramwajem, omnibusem lub parowcem. Ceny biletów były zróżnicowane. Według taryfy dorożkarskiej z 14 maja 1880 r. za przejazd dorożką pierwszej klasy w obrębie dzielnicy policyjnej (do 15 min) podróżny musiał uiścić opłatę 1 marki za jedną albo dwie osoby, 1,5 marki za trzy albo cztery osoby. (Za przejazd drugą klasą: za jedną albo dwie osoby 60 fen., za trzy albo cztery 1 markę).

Dorożki I klasy były elegantsze niż II klasy. Dorożkarz I klasy był ubrany w niebieski mundur z kołnierzem ze srebrną lamówką. Taryfa znajdowała się w dorożce. Dorożkarz musiał jechać z prędkością przynajmniej 160 m na minutę. Do kontroli jazdy służył plan miasta, który posiadał każdy dorożkarz. Na tym planie były zaznaczone długości ulic w metrach, które — dla większej przejrzystości — były podzielone na kolorowe pola. Gdy dorożkarz zażądał za przejazd wygórowaną opłatę — a zdarzało się to podobno często — podróżny mógł poprosić o wystawienie rachunku (czasami dorożkarze obniżali wtedy należność), z którym można było udać się do Prezydium Policji Królewskiej, Oddział Komunikacja, i zgłosić nadużycie. Po kilku dniach podróżny otrzymywał z powrotem nadpłacone pieniądze oraz zawiadomienie, że niesumienny dorożkarz został ukarany. O wiele tańsze były ceny biletów w pociągach śródmiejskich.

W pociągach śródmiejskich — pisał Prus — chodzą tylko wagony II klasy po 10 fenigów miejsce i I po 15 fen., jeżeli nie zawodzi mnie pamięć. W każdym razie jest to jazda bardzo tania, szybka i bezpieczna, o ile kiedy jakiemu pociągowi nie przyjdzie fantazja zeskoczyć z wiaduktu na bruk.

Pierwsze kroki kierowali turyści „pod Lipy” i na „Frydrychówkę”, używając określeń epoki. Tam też mogli spotkać tysiące cudzoziemców oglądających okna wystawowe.

„Brat-Polak — pisał autor przewodnika po Berlinie – dostrzega nagle coś, co omal nie wyciska mu łzy rozczulenia w oku… Oto dojrzał napis: »Tu si mówi po polsku!« Jak się tam po polsku mówi — dodawał — to już inna rzecz, ale w każdym razie mówi się i kwita! Najczęściej mówi tylko kupujący, podczas gdy sprzedający rozumie go zaledwie, a w końcu powiada mu »Do swidania!« Ale dobre chęci są!” Wieczorem, po kolacji, podróżni mogli wybrać się albo do teatru, jak to uczynił cytowany już Emanuel Dworski, albo na spacer „pod Lipami”.

Zresztą do teatru — informował przewodnik po Berlinie — nie zawsze chodzi się w Berlinie wieczorem. Inna jest publiczność nad Szprewą, a inna nad Wisłą, nie mówiąc o Pełtawie. Podczas gdy w Warszawie reżyser farsy lęka się wystawienia czteroaktowej sztuki ze względu na to, że w czasie ostatniego aktu część publiczności stale znika z widowni, w Berlinie nawet tragedia może mieć osiem aktów, a nikt temu nie zaoponuje.

W ten sposób mijał pierwszy dzień pobytu w Berlinie. Kolejne były przeznaczane na zwiedzanie zabytków, oglądanie wystaw, spacery po mieście i wizyty w bardzo licznych restauracjach i kawiarniach.

Wykorzystane źródła i opracowania:

W. Berkan, Życiorys własny, Poznań 1924; E. Dworski, Wrażenia i wspomnienia (kartki z podróży), Lwów 1904; B. Gustawicz, Z wycieczki do Lubeki, Trawemundy, Miel i Hamburga. Wspomnienia z 67. zjazdu niemieckich przyrodników i lekarzy, Kraków 1896; W. Kossak, Wspomnienia, wstępem i przypisami opatrzył K. Olszański, Warszawa 1971; J. 1. Kraszewski, Listy do rodziny 1863-1886, cz. 2: Na emigracji, opr. S. Burkot, Wrocław 1993; L. Krzywicki, Wspomnienia, t. 1, Warszawa 1957; S. Orgelbranda Encyklopedia Powszechna z ilustracjami i mapami, t. 2, Warszawa 1898; I. J. Paderewski, Pamiętniki, spisała M. Lawton, Kraków 1967; Plan-Anhang zu Berlin, Leipzig: Karl Baedeker, 1880; B. Prus, Kartki z podróży, t. 2, Warszawa 1950; Przewodnik po Berlinie i okolicy z planem miasta, Berlin 1913; S. Przybyszewski, Moi współcześni. Wśród swoich, Warszawa 1930; A. Rubinstein, Erinnerungen. Die frühen Jahre, Frank-furt/M. 1973; Słownik geograficzny Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich, pod red. F. Sulimirskiego, t. 1, Warszawa 1980; J. Weyssenhoff, Mój pamiętnik literacki, Poznań b.r.; S. Mikołajski, Z wycieczki naukowej komisyj, wysłanej przez Prezydium miasta Lwowa, w celu zbadania pewnych urządzeń sanitarnych. Spostrzeżenia i wrażenia z Gracu, Wiednia, Monachium, Norymbergi, Beyreuthu, Drezna, Berlina, skreślił…, Lwów 1909; T. Szarota, Berlin w oczach Polaków — przyczynek do stereotypu Niemca, w: Mity i stereotypy w dziejach Polski, Warszawa 1991; W. Schivelbusch, Geschichte der Eisenbahnreise. Zur Industrialisierung von Raum und Zeit im 19. Jahrhundert, Frankfurt/M. 1979.