Schmidt czyta Prousta…

…Ewa Maria Slaska…

…czyta Schmidta

Wiele tygodni temu nieopatrznie przyznałam się na Facebooku, że czytam książkę pewnego pisarza niemieckiego średniej generacji, który opisuje jak czyta Prousta. Dwoje moich facebookowych przyjaciół – Julita Bielak i Marcin Wilk – okazało zainteresowanie tą lekturą, a ja pochopnie napisałam, że ach OK, jak Was to tak interesuje, to zrobię o tym wpis…

Aby Czytelnik zrozumiał, na co się porwałam, muszę się na chwilę odwołać do rachunkowości. W poszukiwaniu straconego czasu Marcela Prousta, powieść wydawana przez kolejne lata od zakończenia I wojny światowej, to Dzieło Przeogromne. Duchem, oczywiście, ale i całkiem przyziemnie – masą. Siedem tomów, każdy średnio – 500 stron, w sumie 3500 stron. Trudnych i żmudnych w czytaniu. Czytałam Prousta mnóstwo razy, z pełnym poczuciem, że przy każdej lekturze odkrywam w tej książce, w kongenialnym tłumaczeniu Boya, coś nowego, czego przedtem nie zauważyłam. Przyznaję jednakowoż, że ostatnio szło mi już coraz gorzej i to nie dlatego że już wszystko znałam na pamięć, przecież nie sposób zapamiętać wszystkich inteligentnych myśli i obserwacji, zgromadzonych na 3500 stronach… i nawet nie dlatego, że to ja już wyrosłam z Prousta, tak jak się wyrasta z Ani z Zielonego Wzgórza. Więc nie, to raczej chyba Proust wyrósł z naszych czasów. Nie uważam, że Douglas Coupland jest lepszy od Marcela Prousta, ale jednak nasz umysł współczesnego człowieka łatwiej buduje synapsy z pokoleniem X niż z neurotycznym proustowskim Narratorem. Może najbardziej mi – dziś – przeszkadza fakt, że Proust, jeden z najsłynniejszych gejów w kulturze europejskiej, wydziwia w swej książce nad homoseksualizmem innych, ale ani słowem się nie zająknie, że on też reprezentuje rasę z Gomory. Mało tego, trzy tomy o Albertynie (W cieniu zakwitających dziewcząt, Uwięziona i Nie ma Albertyny), naprawdę opowieści o lokaju i kochanku, Albercie, tchną dziś straszliwym wręcz anachronizmem. Co gorsza owo zakamuflowanie jest w opisie stosunków z przełomu wieku XIX i XX po prostu wydumane i niezgodne z niczym realnym. O ile bowiem mężczyzna rzeczywiście nie mógł się przyznać, że jest homoseksualistą, to jednak w równym stopniu nie mógł “kupić” sobie od rodziny młodej panny z całkiem dobrego domu i trzymać jej u siebie w niewoli seksualnej, fizycznej i duchowej. Tak się traktowało utrzymanki czyli kokoty, ale z panienkami z dobrego domu chodziło się na spacery albo się je poślubiało.

Od dawna więc nie czytałam już Prousta, wciąż jednak byłam zdania, że jestem ostatnim człowiekiem na świecie, który pokonał siedem tomów Poszukiwania… Dlatego zdziwiłam się, gdy znalazłam na ulicy książkę autora o pokolenie młodszego ode mnie (urodził się w roku 1970), który nie tylko podjął trud tej lektury (nota bene, teraz to on jest zdania, że jest ostatnim człowiekiem na świecie, który…), ale jeszcze ją opisał.

Jochen Schmidt czytał 20 stron dziennie, od lipca 2006 do stycznia 2007 roku. Nota bene po niemiecku to 3900 stron. Opisywał tę lekturę na blogu, a potem wydał jako książkę i płytę. I tu dalszy ciąg rachunków – książka Schmidta liczy 600 stron, sześć razy mniej niż opisywany oryginał, ale mimo to jest to sam w sobie potężny kawał lektury, wymagający czasu. A ja, mimo że czytam bez przerwy, to aż tyle czasu nie mam, zwłaszcza, że ciężki tom Schmidta nie nadaje się jako lektura do metra i na podróż. Być może po to właśnie jest i płyta, ale ja zdecydowanie nie jestem “słuchaczem” książek, nie lubię audiobooków ani nawet czytników, po prostu lubię papierowe książki. Teraz więc, w kilka miesięcy po złożonej obietnicy doczytałam u Schmidta zaledwie do strony 93, on zaś dotarł u Prousta do stron 213-235 tomu W cieniu zakwitających dziewcząt.

Podczas lektury Schmidta borykam się jeszcze z problemem tłumaczenia. Oczywiście czytam Schmidta po niemiecku i to mi w ogóle nie przeszkadza, ale on też czyta po niemiecku i załącza cytaty po niemiecku, a ja w nich  w ogóle nie rozpoznaję “mojego Prousta”! Niech dla uzmysłowienia mojej męki wystarczy fakt, że słynna proustowska magdalenka to Sandtörtchen, torcik piaskowy… Nota bene, co za bzdura, ten tłumacz! doprawdy! nie odróżnia obrazu Holbeina od pola bananowego. A niemiecka Wikipedia za nim. Ciasteczko piaskowe, też coś… Proszę bardzo – TU magdalenki, a TU ciasto piaskowe.

Oczywiście Schmidt czyta… nie jest pierwszą książką o tym, jak się czyta Prousta. Chyba najsłynniejszą napisał Alain de Botton How Proust can change your life (1997), ale Schmidt pisze dokładnie o tym samym.

Nie mogę na razie ocenić całej książki. Powiem jednak, że to co mi się w niej najbardziej podoba, to wcale nie opinie Schmidta na temat lektury Prousta, lecz to co tu i ówdzie pisze o sobie i swoim życiu. Czyta bowiem tego Prousta w Berlinie i w małej wiosce w Brandenburgii, w Odessie i w samolocie z Warszawy do Berlina.

Przytoczę tu jeden z wpisów (str. 89-90), który dobrze to obrazuje.

34. Nie, 20.8., Alt-Lipchen (Stara Lipka), przed południem

Turkot taczek na podwórku. Bzyczenie muchy, które zawsze będzie takie samo i nigdy się nie zestarzeje. Również układ krajobrazu nie wymaga aktualizacji. Dom, w którym każda zmiana będzie zakłóceniem, po spray na muchy z produkcji enerdowskich zakładów aerozoli w Karl-Marx-Stadt, który od trzydziestu lat niezmiennie nieużywany stoi w łazience. Kto dał nam prawo, by go wyrzucić? Każdy szczegół w domu oznacza jakiś problem, który kiedyś ludzie tu mieszkający musieli rozwiązać i nawet jeśli nie wiesz, co to był za problem, bo budowniczy domu dawno umarli, trzeba respektować rozwiązania, które wybrali. Gdyby to ode mnie zależało, należałoby się ograniczyć zaledwie do poprawek, do prowizorki, która latami będzie wypełniała swoje zadania, stosować tylko jakieś znalezione materiały.

Wiatr wróży jesień, przed dziewięciu laty podjąłem tu ostatnią próbę napisania książki, gdyby nie było tego domu, nie byłoby zapewne i książki. Ciekawe, jak Proust dawał sobie z tym radę, w końcu był bogaty, miał służbę, po co właściwie miał pisać?

W cieniu zakwitających dziewcząt, s. 192-213

Czyż Proust nie pisał właśnie przez pół tomu o nieszczęśliwej miłości? A teraz znowu to samo, choć trzeba przyznać, że jako czytelnik nie masz poczucia, że autor się powtarza. Ale też nie jest to aż tak ważne, żeby o tym wspominać. Marcel codziennie spotyka się z Gilbertą, co ją wreszcie nudzi, a jego zmusza do wycofania się i przysparza mu cierpień. Co dzień czeka na pocztę, gdy minie poranek – na listonosza, który przychodzi po południu. Stan ekscytacji staje się chroniczny, bo ledwo emocje oczekiwania miały się czas uspokoić, już przychodziła nowa racja spodziewania się; wreszcie nie było już w dniu ani minuty, w której bym nie odczuwał owego ucisku serca, tak trudnego do zniesienia bodaj przez godzinę. A cóż my mamy dziś powiedzieć, w czasach maili i SMS? Diabelskie wynalazki, które nieszczęśliwie zakochanym wydłużają czekanie na każdą sekundę dnia. Nowoczesne metody komunikacji oznaczają zarówno komunikację jak milczenie.

Aby udowodnić Gilbercie, że radzi sobie bez niej, Marcel regularnie odwiedza salon Odetty, nie zaszczycając obecnością herbaty wydawanej w tym samym czasie przez Gilbertę. Każda wizyta jaką składałem pani Swann bez widzenia Gilberty, była mi okrutna, ale czułem, że tyleż poprawia pojęcie Gilberty o mnie. Jacyż piękni się sobie wydajemy, nieszczęśliwie zakochani, szlachetni w wyrzeczeniu, przygotowani na wszelakie wstrząsy duszy. I doprawdy każdemu rzuci się to w oczy, tylko niestety nie osobie, którą uwielbiamy.

O czym rozmawiają panie w salonie Odetty, możemy sobie szczęśliwie podarować. Jak tragicznym problemem jest być żoną polityka i wciąż mieć do czynienia z tymi samymi nudziarzami w ministerstwach. Widzi  pani, to tak jak z szefem protokołu, który jest garbaty; to murowane, jeszcze nie siedzi u mnie pięciu minut, a już muszę dotknąć jego garbu. Czy lepiej kupować rośliny u Lemaître’a, Debaca czy Lachume’a? A wypieki: Nie potrzebuję pytać o markę fabryczną, wiem, że pani wszystko bierze od Rebatteta. Muszę wyznać, że jestem bardziej eklektyczna. W kwestii ptifurów i w ogóle wszystkich łakoci często zwracam się do Bourbonneux. Ale uznaję, że oni tam nie mają pojęcia, co to są dobre lody. We wszystkim, co się tyczy lodów, kremów czy sorbetu, Rebattet to Sztuka przez wielkie S.

Zapomniane czynności:
– zadać sobie trud, by wymienić całą służbę
– rozumieć, że rolą gospodyni jest tylko pośredniczenie
– widzieć najważniejszy moment dnia nie w chwili przywdziewania toalety, lecz, przeciwnie, w chwili rozbierania się dla mężczyzny.

* Zdania zapisane kursywą – tłumaczenie Tadeusz Boy Żeleński; tłumaczenie Schmidta – ja.

Historia pewnego cmentarza

Dotychczas we “wpisach grobowych” zajmowały nas historie grobów i pochowanych w nich ludzi, ale oczywiście i same cmentarze mają swoją historię…

Izabela Lewandowska  

Gmina żydowska w Barczewie*

Powolne osiedlanie się kupców żydowskich na terytorium Prus Wschodnich datuje się już od XV w. Koleje ich losów są zmienne, raz ich przepędzano, innym znów razem pozwalano się im osiedlać, by płacili podatki i wzbogacali skarb panującego. Dopiero rewolucja francuska i Oświecenie, a następnie epoka napoleońska, wraz z jej radykalnymi ustawami antyfeudalnymi i obywatelskimi, spowodowała przyznanie Żydom swobody osiedlania się w Prusach. Jedną z pierwszych ustaw była ordynacja miejska z 19 listopada 1808 r., a następnie ustawa z marca 1812 r., która dawała im prawo stania się obywatelami państwa pruskiego, osiedlania się we wszystkich miastach, nabywania i posiadania nieruchomości, a jednocześnie nakładała obowiązek służby wojskowej.

Żydowska gmina w Barczewie została założona na podstawie ustawy z dnia 23 Lipca 1847 r., pomimo że Żydów nie było nawet 24. Zachowany w Olsztyńskim Archiwum Statut Gminy Żydowskiej z 30 lipca 1861 r. wspomina już synagogę. Stąd można przypuszczać, że powstała ona w połowie XIX w. W 1870 r. założono cmentarz. W stosunku do roku 1890 pisano w leksykonie Brockhausa, T. 16: „Wartenburg, miasto w powiecie Olsztyn, u ujścia rzeki Kośnej (rzeki Kiermas) do Pisy w zagłębieniu doliny wschodniopruskiej krainy przy linii kolejowej Schneidemühl-Thorn-Insterburg (Piła-Toruń-Czerniachowsk) pruskich kolei państwowych, w 1890 r. 4736 zwłaszcza mieszkańców katolickich pośród nich 648 ewangelików i 98 Izraelitów”.

Sytuacja zmieniła się w 1910 r., kiedy to powiat olsztyński miejski został odłączony od starego powiatu olsztyński ego. W nowo powstałym powiecie olsztyńskim był tylko jeden okręg synagogalny ¬ Wartenburg, gdzie w 130 gminach mieszkali tylko pojedynczy Żydzi. Mała gmina żydowska w mieście Wartenburg liczyła w 1925 r. 56 członków, w 1933 r. – 40, a w 1939 r. było tu już tylko 23 Żydów“. Ich malejąca liczba była wynikiem niesprzyjającej atmosfery i ogólnej niechęci. (…) Złe nastroje powodowały, iż żydowscy kupcy systematycznie sprzedawali swoje sklepy i przeprowadzali sie do Berlina.

Losy żydowskiego cmentarza

Kirkut został założony w 1871 r. na terenie o powierzchni 0,10 ha, przy dawniejszej ulicy Dobromiejskiej 48 (dziś ul. Warmińska), naprzeciwko przedsiębiorcy budowlanego Kensbocka. Teren ogrodzono wysokim płotem i wybudowano drewnianą kostnicę. Drewniany dom przedpogrzebowy usadowiony był także przy tej ulicy w sąsiedztwie budynków mieszkalnych.
Horst Tuguntke, który mieszkał w Barczewie przed wojna około 50 metrów od cmentarza,   opowiada, że znał każdą dziurę w płocie i obserwował z zewnątrz niejeden żydowski pogrzeb. Na cmentarzu nie było wielu starych drzew, bowiem rok czy dwa lata przed wojną, w czerwcu w dniu św. Antoniego, kiedy w mieście odbywał się odpust, przeszedł ulicą Dobromiejska, nazywaną wtedy Maruńskim Przedmieściem [od wsi Maruny] straszny wicher. Poczynił on na cmentarzu i w najbliższym otoczeniu wiele szkód, które jednak szybko naprawiono. Ostatni pochówek miał miejsce w 1940 r. Rozpoczęło się bezczeszczenie ogrodzeń i demolowanie nagrobków. W 1942 r. nagrobki żydowskie – pełne często najwyższego kunsztu artystycznego – zaczęto przerabiać na pomniki dla poległych żołnierzy niemieckich, a co gorsze materiałowo wykorzystywano jako płyty do utwardzania dróg“. Po 1945 r. na cmentarzu przetrwało jeszcze ponad sto dobrze zachowanych nagrobków. Były to proste, pionowe płyty z kamienia naturalnego, piaskowca, czarnego granitu, niektóre z ornamentyką, zakończone w kształcie łuku. Zawierały inskrypcje w języku hebrajskim i niemieckim. Po wojnie, przed połową lat siedemdziesiątych XX w., tak opisywano nekropolię: „cmentarz położony jest na wzgórzu przy ulicy Warmińskiej wiodącej od strony Marun. Otoczony płotem z żelaznej siatki, brama zamknięta, przy bramie tabliczka: „Cmentarz żydowski”. Jedynie z przodu i z tyłu trochę wolnej przestrzeni. Część nagrobków zdewastowana (…).

Na początku lat siedemdziesiątych Ministerstwo Gospodarki Komunalnej zwróciło uwagę na konieczność wzmożonego działania w zakresie spraw związanych z utrzymaniem cmentarzy i przeznaczeniem terenów cmentarnych na inny cel. Podkreślano przy tym, że sprawy te mają poważny akcent polityczny. W związku z ogólną sugestią zarysowaną przez Ministerstwo Prezydium WRN wystosowało pisma do Powiatowych Rad Narodowych uzasadniając: „Sytuacja w tym zakresie na terenie naszego województwa jest szczególnie zaniedbana. Świadczy o tym istnienie na terenie województwa bardzo dużej ilości cmentarzy nieużytkowanych, w stosunku do których nie zostały podjęte decyzje o zamknięciu, bądź likwidacji. Cmentarze te mimo przeprowadzonych w ubiegłych latach renowacji są zaniedbane i w wielu wypadkach utraciły charakter cmentarzy. W najbliższych latach podejmowane działania winny iść w tym kierunku, aby ilość takich nieczynnych i zaniedbanych cmentarzy zmniejszyć do minimum przez prawne zamknięcie i przeznaczenie terenów cmentarnych na inne cele. W tym zakresie należy jednak przestrzegać przepisów zawartych w Ustawie z dnia 31 stycznia 1959 r. O cmentarzach i chowaniu zmarłych (Dz.U. Nr 11, poz 62) W dalszym ciągu pisano, że Prezydium WRN zostało zobowiązane przez Ministerstwo Gospodarki Komunalnej do przyjęcia na lata 1972-1975 znacznie szerszego programu porządkowania cmentarzy.

Zwracano uwagę, że środki z budżetów terenowych mogą być niewystarczające, więc istnieje możliwość otrzymania specjalnej dotacji z Ministerstwa Gospodarki Komunalnej pod warunkiem pełnego zabezpieczenia wykonawstwa. Odręcznie dopisano, jakie cmentarze mają być poddane renowacji, a jakie zlikwidowane w poszczególnych miejscowościach i latach. I tak cmentarze do renowacji to Barczewo – katolicki i ewangelicki 1972 (…) do likwidacji – Barczewo żydowski 1973. Rzeczywiście w sprawozdaniu Wydziału Gospodarki Komunalnej, Przestrzennej i Ochrony Środowiska Powiatowej Rady Narodowej napisano, że „prace porządkowe przy cmentarzach nieczynnych w roku 1973 miały miejsce na terenie m. Barczewa i Olsztynka. Prace te prowadzone były w ramach posiadanych środków finansowych na wydatki bieżące jak również w czynie społecznym. W następnych latach prace te były kontynuowane, co może potwierdzać fakt, że są różne opinie na temat daty likwidacji cmentarza żydowskiego – jedni podają rok 1973, inni 1975. Na terenie ówczesnego województwa olsztyńskiego przeprowadzono lustrację zarówno czynnych, jak i nieczynnych cmentarzy i stwierdzono sporo niedociągnięć w konserwacji i należytym utrzymaniu tych obiektów. Dyrektor Wydziału Gospodarki Komunalnej i Mieszkaniowej Urzędu Wojewódzkiego w Olsztynie mgr Stefan Piątczak skierował w tej sprawie pismo do Naczelnika Powiatu w Olsztynie argumentując, iż cmentarze: „wymagają przeprowadzenia niezbędnych prac porządkowo-konserwacyjnych. W związku z tym proszę Obywatela Naczelnika o wydanie stosownych poleceń odpowiedzialnym jednostkom w celu uporządkowania wszystkich cmentarzy na terenie powiatu. Do akcji porządkowania, oprócz odpowiedzialnych pracowników gospodarki komunalnej, należałoby włączyć w ramach czynów społecznych mieszkańców, a zwłaszcza młodzież szkolną”. Efektem tego było zbadanie sytuacji miejsc pochówku in situ przez odpowiednie organa lokalne. Na temat cmentarza żydowskiego w Barczewie napisano w piśmie poufnym z dnia 3 lipca 1974 r.: „Obiekt został zamknięty zarządzeniem Ministra z 1961 r. Według przestrzennego zagospodarowania m. Barczewa teren cmentarza przeznaczony jest pod budownictwo mieszkaniowe. Ogrodzenie w dobrym stanie z siatki 3/4 pow. pod nagrobkami, nagrobki w dobrym stanie częściowo z kamienia naturalnego, częściowo z betonu“. Sprawa likwidacji cmentarza jednak przeciągała się. Dwa lata później ponownie wymieniano korespondencję dotyczącą tego kirkutu. Urząd Miasta i Gminy Barczewo zawiadamiał Urząd Wojewódzki w Olsztynie, „że zgodnie z przepisami art. 6 ust. 3 ustawy z dnia 31 stycznia 1959 r. o cmentarzach i chowaniu zmarłych wystąpiono do Ob. Wojewody Olsztyńskiega o zezwolenie na likwidację cmentarzy oraz użycie tychże cmentarzy na inny cel. Dotychczasowe cmentarze – jak pisano w piśmie – zostaną zagospodarowane jako zieleńce dostępne dla publiczności. Cmentarz Ewangelicki i Żydowski w obecnym stanie są bardzo zaniedbane, nie widać śladów pielęgnacji mogił, obramowanie mogił i płyty nagrobkowe są częściowo potłuczone i rozrzucone, stanowi to w całości wielkie rumowisko gruzu.(…) Celem uzyskania zezwolenia na likwidację cmentarzy i użycie tych terenów na inny cel przed upływem 40 lat od ostatniego pochówku, niezbędne są opinie na temat jednostek. W związku z powyższym Urząd Miasta i Gminy Barczewo uprzejmie prosi o wydanie opinii w tej sprawie. Pismo dotyczyło także nieużytkowanego cmentarza katolickiego. Zostało ono skierowane do Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków, Wydziału do spraw Wyznań Wojewódzkiej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej oraz Wojewódzkiej Komisji Planowania z prośbą o wypowiedzenie się w tej sprawie. WKZ przesłał to pismo dalej do Muzeum Warmii i Mazur z prośbą o penetrację terenu i opinię. Muzeum przeprowadziło oględziny tych trzech cmentarzy i 12 kwietnia 1976 r. poinformowało konserwatora, iż „w przypadku likwidacji wspomnianych cmentarzy należałoby zabezpieczyć na rzecz muzeum. Cmentarz katolicki : ok. 15 krzyży żeliwnych lub żelaznych; cmentarz izraelicki: 15 nagrobków kamiennych z XIX i XX w., 5 nagrobków marmurowych z XX w. oznaczonych numerami naniesionymi prawdopodobnie przez zarząd cmentarza ; cmentarz ewangelicki: 3 krzyże żelazne, 1 nagrobek w kształcie porcelanowego pulpitu. Wszystkie te obiekty Muzeum Warmii i Mazur oznakuje w najbliższym czasie białą farbą sygnaturą MM tak, aby mogły być w każdej chwili zidentyfikowane. Dyrekcja Muzeum Warmii i Mazur w Olsztynie przeznacza na zmagazynowanie wymienionych obiektów i dla krzyży i nagrobka z cmentarzy katolickiego i ewangelickiego – teren składnicy muzealnej koło kościoła po-ewangelickiego w Barczewie, dla nagrobków z cmentarza izraelickiego – teren zieleńca przy bożnicy w Barczewie. Okazało się, że żadne macewy po likwidacji cmentarza żydowskiego nie znalazły się przy bożnicy, a wszystkie nagrobki przez trzydzieści cztery lata stały na placu, który wraz z kościołem ewangelicko- augsburskim służył za składnicę zabytków ruchomych Muzeum Warmii i Mazur w Olsztynie (do 2009 r., kiedy składnicę zlikwidowano, a kościół ewangelicki oddano pod zarząd miastu Barczewo). Na podstawie protokołu spisanego 13 lipca 1976 r. w sprawie przekazania nieodpłatnego nagrobków zabytkowych pochodzących z likwidacji cmentarzy w Barczewie przez Zarząd Zieleni Miejskich w Olsztynie dla Muzeum Mazurskiego w Olsztynie można stwierdzić, iż „trzyosobowa komisja zgodnie z decyzją Naczelnika Miasta i Gminy Barczewo pismo nr 491/l/76, z dnia 2 czerwca 1976 r., będąc na cmentarzu dokonała przekazania nagrobków zabytkowych dla Muzeum, które zostały przez komisję przeliczone, obmierzone, a następnie 21 nagrobków przez ZZM przetransportowano na plac składowania w Barczewie”. W protokole zaznaczono, że z cmentarza ewangelickiego Muzeum pobrało 2 sztuki krzyży metalowych ozdobnych. Naczelnikiem Miasta i Gminy Barczewo, który podjął decyzję o wyzbyciu się min. zabytkowych nagrobków był pan Stanisław Borys (1976-1979. Wojciech Zendrowski, barczewski historyk podaje, iż część macew trafiła do Olsztyna, kilka zakopano w pobliskiej żwirowni, a inne przetransportowano do Biskupca. Większością pozostałych macew zaopiekowali się przedsiębiorczy kamieniarze. W rozmowie z dziennikarzem „Gazety Warmii i Mazur” w 1995 r. Marian Sawicki, w latach siedemdziesiątych członek władz Barczewa, stwierdził „Ten cmentarz był w dobrym stanie. Zaczęło się po przyjściu na naczelnika gminy Henryka Wariasa. On jakiś antycmentarny był, trzy cmentarze zlikwidował. Były sprzeciwy ze strony społeczeństwa, ale cmentarze podlegały opiece komunalnej. Po likwidacji powiatów służby komunalne przeniesiono do Olsztyna. Wzięli więc i rozebrali. Robili to tak szybciutko, że nie można było interweniować. Żona wtedy w kulturze pracowała. Kilka macew przy kościele ewangelickim ułożono, resztę gdzieś wywieźli. To na pewno nie była normalna decyzja, nawet Niemcy uszanowali przecież ten cmentarz”. Także Zdzisław Liberda, mieszkaniec przy ul. Warmińskiej, mówił „Pamiętam jak go zlikwidowali. Nagrobki powywracali i wywieźli. Co z tym zrobili, nie wiem, naprzód tu śmietnik postawili, potem na tym cmentarzu były chlewy i szopy. Potem je przesunęli dalej, a śmietnik został.”

Po usunięciu miejsc pochówku na terenie dawnego cmentarza urządzono park miejski, z czasem coraz bardziej zaniedbany, o czym świadczyły postawione tam śmietniki. Bez odpowiedniej informacji, ludzie powoli zapominali, że miejscu temu należy się godny szacunek. Być może, gdyby społeczeństwo Barczewa dobitniej reagowało na likwidację cmentarza, nie doszłoby do tego. Ale ludzie zajęci byli swoimi sprawami i troską o zabezpieczenie podstawowych życiowych potrzeb i nie chcieli wzbudzać podejrzeń. Mieszkaniec Barczewa, Edward Cyfus powiedział: „Cztery lata miałem, kiedy przeprowadziliśmy się do Barczewa, a mieszkałem do końca 1981 r. Cmentarzyk był malutki, zaniedbany, z jakimiś krzywymi macewami, na ulicy Warmińskiej. Opuszczony, parę macew, i to wszystko. Daleko było od nas. Widziałem go tylko czasami, przechodząc tamtędy do jakiegoś kolegi i mamy koleżanka mieszkała na ulicy Warmińskiej. Kiedyś jako mały chłopiec wszedłem zobaczyć, co tam jest. Potem już nic o tym nie słyszałem. Dopiero 11 listopada 1976 r. szef Urzędu do Spraw Wyznań wystosował pismo do Wojewódzkich Wydziałów do spraw Wyznań, że „władze państwowe stoją na gruncie zachowania wszystkich istniejących cmentarzy żydowskich. W praktyce oznacza to zakaz naruszania, likwidacji bądź przeznaczania na inne cele aktualnie istniejących cmentarzy tego wyznania, a równocześnie zobowiązuje do dbałości o zabezpieczenie należnego wystroju zewnętrznego zgodnie z charakterem miejsca i obiektu.

Odpowiedzią na to było postawienie na terenie kirkutu kamienia pamiątkowego. W Iatach siedemdziesiątych, jak wspomina mieszkanka Barczewa Gertruda Nikadon – głaz taki postawiono z inicjatywy Ratusza. Wykonał go Andrzej Czerniak, który robił nagrobki. W lutym 1984 r. Generalny Konserwator Zabytków Dyrektor Zarządu Muzeów i Ochrony Zabytków doc. dr Andrzej Gruszecki wysłał do Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków w Olsztynie pismo z prośbą „O przesłanie w terminie do 20 Iutego 1984 r. materiałów dotyczących finansowania obiektów kultu hebrajskiego wg załączonego wzoru. Obiekty te należy podać w podziale na: a) Synagogi kultowo czynne, b) synagogi – użytkowane dla celów kultury, c) cmentarze, d) Judaika, e) ewentualnie inne. Efektem była Iista zaledwie czterech obiektów z terenu ówczesnego województwa olsztyńskiego. Były to w Olsztynie: 1) dawna synagoga przy zbiegu ul. Kołłątaja i Okopowej adaptowana i przebudowana w okresie międzywojennym na budynek mieszkalny; 2) kaplica cmentarna żydowska, przy ul. Zyndrama z Maszkowic nr 2, wzniesiona wg projektu Eryka Mendelsona; 3) dawna synagoga w Barczewie przy ul. Kościuszki, zajmowana przez Stowarzyszenie Społeczno-KuIturalne, Odział w Barczewie i Muzeum Tkactwa Artystycznego; 4) dawna bożnica w Dąbrównie z początku XX w., użytkowana jako magazyny. Za tym poszły dalsze działania skupione na opracowaniu dokumentacji historycznej dotyczącej synagog i kirkutów z terenu województwa olsztyńskiego, które wojewódzki konserwator zabytków Lucjan Czubiel zlecił inż. Mirosławowi WaIoszkowi i WaIdemarowi Kisielowi.

Latem 2010 roku autorka niniejszego tekstu oraz z Edward Cyfus, Warmiak pochodzący z Barczewa, odnaleźli składowane macewy z cmentarza żydowskiego w Barczewie przy budynku dyrekcji Muzeum Bitwy Grunwaldzkiej w Stębarku. Inskrypcje na macewach z szarego i czarnego granitu, w większości wyszczerbionych lub wręcz połamanych na kilka części, w języku niemieckim lub hebrajskim, są trudne do odczytania. Z niektórych udało się wydobyć nazwiska zmarłych (…).

Po wstępnych ustaleniach z ówczesnym dyrektorem Muzeum Warmii i Mazur, Januszem Cygańskim, podległym mu wówczas kierownikiem oddziału w Stębarku Szymonem Drejem, burmistrzem miasta Barczewa Lechem Nikowskim Krystyną Ster, prezesem barczewskiego oddziału Stowarzyszenia Społeczno-Kulturalnego „Pojezierze”, będącym właścicielem synagogi barczewskiej – macewy mają niebawem wrócić na swoje miejsce. Najprawdopodobniej będzie to lapidarium przy synagodze lub cmentarzu ewangelickim w Barczewie.dialogkultur-barczewo

*Fragment artykułu, Dziedzictwo żydowskie w Barczewie, opublikowanego w Dialogu kultur, wydawca Forum Dialogu Publicznego, Olsztyn 2013

Last minute: porady kulturalne dla monachijczyków

Spieszcie się, jeszcze tylko jeden dzień…

Zbigniew Milewicz

Beaty wewnętrzne światy

Wychodzące w Monachium czasopismo polonijne Moje Miasto poświęciło artystce całą piątą stronę. Budzi skrajne emocje. Jedni Beaty nie cierpią, inni są zauroczeni, osobiście należę do tych drugich, muszę się więc pilnować, żeby nie ukręcić tutaj o niej waty cukrowej.

beata0

Śpiewamy w tym samym chórze parafialnym przy Polskiej Misji Katolickiej. Przed ostatnią, kwietniową próbą daje mi obejrzeć filmik nakręcony telefonem komórkowym, z przygotowań do jej wernisażu. Na planie muzyczne trio: Leszek Żądło gra na saksofonie, Małgorzata Szewczyk na flecie i Jolanta Szczelkun na akordeonie, akompaniują Beacie, która śpiewa swoje wiersze. Muzykę ułożyła sama. Na ścianach wisi już parę jej obrazów. Jest wyraźnie podekscytowana tym artystycznym przedsięwzięciem, któremu patronuje Konsulat Generalny RP w Monachium. Wypali, czy nie… Przyjdziesz? – pyta. – Jasne – obiecuję.

beata4

Niestety w ostatniej chwili muszę zmienić plany i na wystawę docieram z tygodniowym poślizgiem. Ekspozycja nosi tytuł: Wewnętrzne światy – między mistyką i erotyką i mieści się w dwóch, średniej wielkości pomieszczeniach przy pryncypialnej Prinzregentenstrasse. W pierwszym króluje Eros, w drugim chrześcijański Bóg, dla wielu dwa antagonistyczne światy, trudne z sobą do pogodzenia. Może dlatego do tej pory żaden z księży z monachijskiej misji, w której Beata dwoi się i troi, między innymi jako psałterzystka, nie zaszczycił wystawy swoją wizytą.

– Czy można pogodzić świętość i grzech? – zastanawia się retorycznie autorka. – Skoro Bóg stworzył nas mężczyznami i kobietami, a później kazał rozmnażać się i czynić sobie ziemię poddaną, to dotykamy rzeczy świętych. Miłość oblubieńcza Boga do człowieka i miłość małżonków są w moim odczuciu sobie bardzo bliskie. Dają pełnię szczęścia. Mistyka to bezpośrednie połączenie duszy z Bogiem. Poprzez akt małżeński następuje najściślejsze zjednoczenie kobiety i mężczyzny. Ale erotyka to szersze pojęcie, tu jest miejsce na zachwyt, radość i tajemnicę. Bóg też jest tajemnicą.

beata5

Jest zadowolona z otwarcia wystawy, której dokonał osobiście konsul ds. Polonii, Aleksander Korybut-Woroniecki, z jej odbioru. Z frekwencją zwiedzających bywa różnie, ale ci, którzy przychodzą zostawiają później miłe wpisy w księdze gości. Do obrazów dołączone są wiersze Beaty, poetycko „komentujące“ ich treść, po polsku i niemiecku. Autorką tłumaczeń jest Nina Kozłowska.

Boską tajemnicą pozostanie, dlaczego Ten na Górze tak nierówno podzielił talenty wśród ludzi. Może więc dlatego niektórzy Beaty zazdrośnie nie lubią, że taka po renesansowemu wszechstronna. Z wykształcenia jest architektem, po Politechnice Warszawskiej, ma otwarty przewód doktorski na Wydziale Architektury TU w Monachium, pisze wiersze, maluje, śpiewa /w 30 rocznicę stanu wojennego wystąpiła nad Isarą z udanym recitalem piosenek Kaczmarskiego i Gintrowskiego/, dokumentuje aparatem fotograficznym i piórem życie misji, robi dekoracje na parafialne uroczystości… Zapracowała więc na ten Złoty Krzyż Zasługi, który niedawno wręczył jej w Monachium Prezydent Andrzej Duda. Poza tym jest właścicielką firmy BM Kunst, w ramach której poza malowaniem obrazów zajmuje się m.in. restauracją cudzych dzieł i projektowaniem. Prywatnie zaś ma męża i dwójkę dzieci w wieku 9 i 13 lat, którzy mieszkają w Warszawie.

– Co dzieci mają z takiej matki? – pytają “życzliwi”.

beata1

Myślę, że najlepiej je o to osobiście zapytać. Ale najpierw zachęcam wszystkich, kto jeszcze nie był, a lubi niekonwencjonalną sztukę do zwiedzenia wystawy, bo warto.

***
beata6Próbka poezji autorki.

Pąki Istnień

Jak pąki Istnień
Co Duchem spowite
Jak ciało nieme
Nagością okryte
Jak Tajemnica
Co się rozpoczyna
Tak życiem wytrwa
w Miłości przyczyna

 

Fotos: Autor

 

Reblog: Czterdziestolatek

Szymon Hołownia przedwczoraj na Facebooku

W ubiegłym tygodniu miałem osiem spotkań autorskich w środkowej Polsce, na Podlasiu i na Śląsku. W sumie tysiąc – dwa tysiące ludzi. Gdy w debacie pojawiały się wątki bieżące, mówiłem (oczywiście machając rękami) o tym, jak zmęczeni chyba jesteśmy polityką. A mimo to wciąż o niej gadamy, bo jest ona jak wrzód na wiadomo czym, o którym człowiek sobie przypomina zawsze, gdy tylko siada. Z jednej strony nas to wyniszcza, z drugiej – jesteśmy jak alkoholik, który nie umie nie pić, bo jeszcze nie zaliczył dna, więc powtarza sobie że da sobie jeszcze z tym radę.

Znaczna część publiczności potakiwała, powtarzała: “dokładnie!”. Robiła to z takim entuzjazmem, że nawet mnie, spotkaniowego wyjadacza, musiało to zastanowić. Kurde, żyjemy w wolnym państwoe, nie ma wojny, a ludzie sprawiali wrażenie śmiertelnie swoim krajem zmęczonych. Jakby nie było już obywateli, a poborowi przymusowo wcieleni do wojska (kilku plemiennych wojsk), tęskniący za odebraną im podmiotowością.

Co daliśmy z sobą zrobić, że już nawet o pogodzie nie można porozmawiać spokojnie. Że jest jak w czasach mojej zamierzchłej młodości, gdzie wszystko było pretekstem do tego, by dowalić komuchom. Tyle że dziś komuchy od dawna są w muzeum, a od paru lat śmiertelną wojnę toczą w Polsce dwie frakcje wywodzące się z “Solidarności”, dzięki którym z tego pojęcia nie zostały nawet strzępy.

Coraz częściej spotykam ludzi, którzy wycofują się za swój płot, budują prywatne szczęście, odpuszczając sobie kontekst wspólnoty. Są zmęczeni widokiem szalejących tam egotyków, szczerze przekonanych że władza to nie służba a majestat. Ci co mieli zapewnić wodę w kranach uznali w końcu państwo za swój akwapark, ci co mieli posklejać Polaków, rozpętali nowe wojny i samomianowali się mesjaszami.

Jedni mają program: “Precz z tamtymi”. Drudzy: “Precz z tymi, co mówią: precz z tamtymi”. Nic nie zmienią kolejne audyty ani marsze. Polska – to moje zdanie – nie potrzebuje Zbawcy ani Obrońcy Przed Zbawcą. Polska potrzebuje SOLIDARNOŚCI.

Przez ostatnie ćwierć wieku wypracowaliśmy tylu nowych Piłsudskich i Che Guevarów, Robin Hoodów i Adamów Smithów, Bolków oraz Lolków, że moglibyśy ich eksportować. Nam teraz przydałby się ktoś, kto realnie umiałby zlepić Polaków wokół jedynej wspólnej idei, jaka nam jeszcze w genach została. Nie wokół historii, narodu, wiary, Europy czy portfela, a wokół solidarności.

Skąd wiem, że jeszcze ją tam mamy? Bo w realu widzę jak zachowują się rodacy, nie gdy każe im się wziąć udział w dyskusji o pomocy innym, ale gdy stają twarzą w twarz z człowiekiem, który znalazł się opałach. Zwykle kończy się jałowe pitolenie na fejsbuniu czy heheszki na twitterkach, ktoś idzie po bandaż, ktoś inny po herbatę, ktoś dzwoni do syna, żeby natychmiast leciał z kocem.

Ten oddolny instynktowny odruch należy na maksa rozdmuchać i przenieść wyżej, jak najwyżej. My się już nigdy nie dogadamy przy użyciu obecnie używanych w debacie publicznej narzędzi. To co sobie nimi możemy zrobić to wyłącznie wzajemna okupacja. Powinniśmy więc cofnąć się o krok i sięgnąć po te, których jako ostatnich umieliśmy używać wspólnie. Właśnie po solidarność. Tę, o której w swoim eseju pisał ks. Tischner – a la Miłosierny Samarytanin, który gdy ktoś krwawi, nie wygłasza przemówień, nie leci tropić winnych, tylko pochyla się i jak umie, tak bandażuje. Tę, o której pisał Karol Wojtyła w “Osobie i czynie” a później w encyklikach: solidarności społecznej, kiedy to ludzie razem biorą odpowiedzialność za to, co mają razem i w ten sposób powstaje coś, czego wcześniej nie było – dobro wspólne. Bo przecież nie wszystko trzeba koniecznie mieć na własność, żeby się tym cieszyć (patrz Tatry albo Półwysep Helski), a jak ja ze swojej dychy oddam złotówkę i sąsiad też odda, to każdy z nas ma odtąd siłę nabywczą jedenastu zeta, tylko się trzeba dogadać.

Czy to się da zrobić, gdy ludzie mają różne poglądy? Jasne, że się da. Żeby zmienić żarówkę nie trzeba się zgadzać w sprawie in vitro. A my mamy w Polsce naprawdę sporo spraw do załatwienia zanim dojdziemy do tych, co do których nigdy się nie zgadzaliśmy i zawsze nie będziemy się zgadzać.

Do tego potrzeba by jednak było kogoś, kto umie zrobić coś więcej niż odbijać kraj, założyć kolejną partię buntu, albo powtarzać, że wszystko jakoś samo sie ułoży, byleby był hajs. Trzeba by było znaleźć gdzieś polityków, o których wierze będziemy się przekonywać nie podczas transmisji wielkich celebracji (wierzący urzędnik z pewnością znajdzie czas na codzienną Eucharystię przed pracą, a nie w ramach pracy), a po tym czy realnie dają ludziom nadzieję (uwaga: kasa to nie to samo co nadzieja), a nie powiększają ich lęki. Trzeba by było znaleźć takich, dla których jedynym pomysłem na europejskość i humanizm nie jest straszenie Ciemnogrodem i powtarzanie banałów o orgazmie jaki zapewnią każdemu pieszczoty św. Postępu oraz niewidzialnych czułych dłoni rynku.

Producenci kos (na sztorc), męczennicy, pasterze owiec, wesołe Romki i posępni Janusze – już byli. Teraz popękanemu krajowi potrzebny jest ktoś, kto oprócz polityki gospodarczej, międzynarodowej oraz historycznej, przede wszystkim umiałby robić klej. Kogo ludzie nie będą wyznawać albo podziwiać, ale zwyczajnie lubić. Kto przypomni, że człowiek najpierw jest człowiekiem, a później wyborcą. Kto umiałby pokazać szacunek, zanim pokaże, że ma rację. I kto oprócz spraw zasadniczych i wielkich, byłby też specem od nie mniej ważnych drobiazgów. Np. organizowałby comiesięczne spotkania liderów partii, Kościołów i (reprezentatywnych) stowarzyszeń przy winie i grillu. Wprowadziłby dla urzędników “erki” obowiązkowy coroczny wolontariat w świetlicy środowiskowej lub w hospicjum. A do bezdomnych nie jeździł opancerzoną kolumną na Wigilię, ale organizował ją w rządowych pałacach, pokazując w ten sposób wszystkim innym, że nie tylko ci co płacą PIT albo mają siłę dźwigać jakiś sztandar, są obywatelami.

Ja – choć jestem obecnie w fazie zbrzydzenia polityką do poziomu zwracania treści – dałbym takiemu komuś wszystko, co może dać szary obywatel, któremu wystarczy, że ma prawo czynne, a nie kręci go bierne. Czyli głos.

I tak sobie w tym ostatnim tygodniu jeżdżąc po kraju pomyślałem, że kurka wodna dość półśrodków i wydawania kasy na znachorów – teraz to ja wytrzymam tak długo, aż przyjedzie LEKARZ. Przez całe dorosłe życie głosowałem nie za kimś, ale przeciw komuś. A dziś mam 40 lat i chyba dorosłem do tego, żeby serdecznie olać “panów mniejsze zło”, i poczekać na kogoś, kto wreszcie zrozumie, że pokoju nie osiąga się wywołując wojnę.

Solidarność o muerte! Że zacytuję klasyka. 🙂

Na marginesie Wielkiej Wojny

Lech Milewski

Nie wiem czy zauważono to w kontynentalnej Europie, ale w Australii już w połowie marca pojawiły się informacje o 100 rocznicy Powstania Wielkanocnego – KLIK.

Nie jest łatwo być niewielką wyspą za plecami dużo większej wyspy.
Już w 461 roku papież mianował pierwszego biskupa Irlandii. Chrześcijaństwo i wierzenia pogańskie istniały w zgodzie do roku 558, kiedy to wiarę chrześcijańską przyjął Wielki Król (High King).

W roku 795 odwiedzili Irlandię Wikingowie. Osiedlili się nawet na stałe w kilku rejonach i zmieszali z miejscową ludnościa, tworząc grupę etniczną Norse-Gaels – KLIK.

W roku 1171 nastąpiła inwazja Anglików pod dowództwem Henryka II Plantegeneta, poparta przez papieża Hadriana IV.
W 1541 Henryk VIII ogłosił się królem Irlandii, która jednak nie uznała go za głowę kościoła i pozostała katolicka.
W roku 1641 wybuchło powstanie, które przyniosło Irlandii pewną niezależność, ale już 8 lat później Cromwell podporządkował Irlandię Anglii, a król Wilhelm Orański to utrwalił.

Marzenia o niepodległości obudziły się w okresie Rewolucji Francuskiej i zaowocowały powstaniem w 1798 r. Powstanie zyskało militarne wsparcie ze strony Francji i udało mu się wyzwolić pewien rejon i utworzyć tam Republikę Connaught – KLIK. Trwała ona tylko 12 dni.

Kolejne nieudane powstanie wybuchło w roku 1848. Był to okres klęski głodu po ziemniaczanej zarazie, która spowodowała śmierć wielu Irlandczyków. Jedno i drugie doprowadziło do masowej emigracji, głównie do Stanów Zjednoczonych, ale również do Australii.
Po tej klęsce pojawiła się inicjatywa uzyskania niezależności na drodze parlamentarnej. Rezultatem były próby wprowadzenia Home Rule (2) – samodzielnego rządu i parlamentu decydującego o wewnętrznych sprawach kraju. W maju 1914 roku rząd Wielkiej Brytanii zaakceptował to rozwiązanie, ale wybuch I Wojny Światowej spowodował wstrzymanie wprowadzenia go w życie.

W niektórych angielskich źródłach (3) znalazłem informację, że Niemcy liczyli na to, że Wielka Brytania, obawiając się poważnych kłopotów z Irlandią, nie przystąpi do wojny.
Te spekulacje nie sprawdziły się – 3 sierpnia 1914 Niemcy wypowiedziały wojnę Francji i wkroczyły do neutralnej Belgii. Anglia zareagowała ultimatum, domagając się natychmiastowego wycofania wojsk z Belgii. Niemcy nie posłuchały i już następnego dnia (4/08/1914) Anglia wypowiedziała Niemcom wojnę.
Nie sprawdziły się również oczekiwania Niemców, że Irlandczycy odmówią służby w angielskim wojsku.

Miesiąc po wypowiedzeniu Niemcom wojny przez Wielką Brytanię, 5 września 1914 roku, działacze Irlandzkiego Bractwa Republikańskiego (4) podjęli decyzję organizacji powstania i zwrócenia się do Niemiec o pomoc.
Ostatecznie wyznaczono termin powstania na Wielkanoc 1916 roku (niedziela, 23 kwietnia).
9 kwietnia 1916 roku Niemcy wysłały w stronę Irlandii statek Aud z 20,000 sztuk broni. Angielski wywiad przechwycił jednak niemiecką depeszę na ten temat i w Wielki Piątek, 21 kwietnia, Anglicy przejęli okręt. Kapitan zatopił go wraz z ładunkiem.
Gdy informacja o tym dotarła do przywódców Irlandzkiego Bractwa Rewolucyjnego wydali oni polecenie odwołania powstania. Ostatecznie zdecydowano się przesunąć je na poniedziałek. Te sprzeczne decyzje spowodowały, że zamiast spodziewanych 5,000 stawiło się tylko 1,200 ochotników.

Przed południem poniedziałek 24 kwietnia oddziały powstańców składające się z Irish Volunteers, Irish Citizen Army i 200 kobiet z paramilitarnej organizacji Cumann na nBan. opanowały ważne punkty w centrum miasta Głównym punktem oporu był gmach poczty głównej.

Powstanie zaskoczyło Anglików, ale już we wtorek, 25 kwietnia, ogłoszono stan wojenny i po 6 dniach walk zmuszono powstańców do kapitulacji.

Bilans powstania 495 zabitych, w tym 126 Anglików, i ponad 2,200 rannych.

Powstanie zostało odebrane w Anglii jako zdrada, również wielu Irlandczyków podzielało ten pogląd. Okazuje się, że sprawa ta nadal budzi żywe kontrowersje – KLIK.
Pierwsza reakcja władz była ostra – 16 przywódców powstania zostało skazanych na śmierć. To z kolei wywołało powszechne oburzenie, głównie w USA, i na dłuższą metę pomogło Irlandii uzyskać niepodległość (w 1923 roku).

Historia walki Irlandii o niepodległość – patrz Źródła (1).

Trwałym śladem powstania jest flaga, którą powstańcy wywiesili na gmachu poczty głównej w Dublinie. Została ona uznana za państwową flagę Irlandii – KLIK…

Flag of Ireland

Zlinkowana powyżej polska strona wikipedii podaje, że kolory flagi symbolizują: zielony – katolików, pomarańczowy – protestantów, biały – pokój między nimi.
Wersja angielska podaje, że kolor zielony symbolizuje gaelickie korzenie Irlandii zaś pomarańczowy protestantów – zwolenników Wilhelma Orańskiego.
Dygresja – nie wiem czy dlla wszystkich było to oczywiste, ale pamiętam, że gdy na lekcjach historii wspominano tego króla, to słowo Orański kojarzyło mi się z Oranem – miastem w północnej Afryce i nie mogłem pojąć co to ma wspólnego z królem pochodzenia holenderskiego. Wilhelm Orański to spolszczenie nazwiska William of Orange – Pomarańczowy Wilhelm – każdy kibic piłki nożnej dobrze wie, że Holandia to Pomarańczowi.

Czerwone mundury

O powstaniu Wielkanocnym dowiedziałem się już kilka lat temu dzięki książce Iris Murdoch – The Red and Green – KLIK. Znowu kolory. Tym razem czerwony – to oczywiście Anglicy, angielskie wojsko.

Fabuła książki jest dość pokrętna. Istotnym elementem jest kazirodztwo. Wydawało mi się, że mogła to być jakaś paralela do anglo-irlandzkich stosunków. Jednak krytycy rozwiali moje spekulacje.

Wariacja na tematy polskie.

Wśród inicjatorów powstania wymieniłem Irish Citizen Army. Wikipedia podaje, że jednym z wybitnych członków tej organizacji była Countess Constance Markievicz.

Polka? Jednak nie – pani Konstancja pochodziła z arystokratycznej anglo-irlandzkiej rodziny Gore-Booth. Podczas studiów artystycznych w Paryżu poznała Kazimierza Markiewicza pochodzącego z zamożnej polskiej rodziny osiadłej na Ukrainie.
Pan Kazimierz używał we Francji tytułu hrabiego (count). Oczywiście rodzice panny Konstancji sprawdzili jego tożsamość. Carska tajna policja powiadomiła ich, że używa tytułu hrabiego bezprawnie, gdyż arystokraci o tym nazwisku nie istnieją. Departament Genealogii w Petersburgu stwierdził jednak, że rodzina ma pochodzenie szlacheckie. To wystarczyło na zezwolenie na ślub.

Po lewej herb rodziny Markiewicz. Żródło – Wyszukiwarka herbów szlachty polskiej – KLIK.

Constance MarkiewiczHistoria życia Konstancji Markiewicz wydała mi się tak ciekawa, że gdybym o niej wiedzial wcześniej, to właśnie jej poświęciłbym ten wpis, a tak to nie pozostało mi nic innego jak odesłać czytelników tutaj – KLIK.
Wspomnę tylko, że podczas powstania Constance zastrzeliła jednego a może nawet dwóch angielskich żołnierzy i została skazana na śmierć. Wyrok zmieniono na więzienie ze wględu na jej płeć. Oczywiście ostro protestowała przeciwko takiej dyskryminacji.

Wrócę jeszcze do zdania otwierającego ten wpis – jak obchodzono rocznicę w Australii?
W Melbourne odbyło się kilka wykładów i zorganizowano wystawę na temat Powstania. Szczegóły tutaj – KLIK.
Na marginesie dodam, że wprawdzie wielu obywateli australijskich miało irlandzkie korzenie i mimo że Australia była niepodległym krajem, to przeważyła lojalność do Wielkiej Brytanii. Australijczycy masowo zgłaszali się na wojnę, na której walczyli pod angielską komendą.
Kilku żołnierzy australijskich przebywających podczas Wielkanocy 1916 roku w Irlandii zostało powołanych do służby w oddziałach tłumiących powstanie.

Dowodem na toleracyjne podejście Australijczyków do własnej i cudzej historii może być to skrzyżowanie:

Spróbowałem wymyślić polskie analogie: ul Suworowa na Pradze? ul Konrada von Jungingen w okolicach Grunwaldu?
Na pociechę znalazłem ul Tatarską w Krakowie. Mam nadzieję, że żaden zapaleniec tego nie zmieni.

Źródła:

1. Historia Irlandzkiej niepodległości – KLIK.
2. Home Rule – KLIK.
3. Easter Rising – KLIK.
4. Irlandzkie Bractwo Republikańskie – KLIK.

I kolejne majowe rocznice

Anna Dobrzyńska

„TO BYŁ MAJ…”

Ewa poprosiła mnie o napisanie tekstu – takiego żeby były w nim moje rysunki. Z przyjemnością, zwłaszcza, że ostatnio mieliśmy trochę wolnych dni majowych, czas na relaks, spotkania z przyjaciółmi i oddanie się swoim pasjom – a zatem rysunków u mnie przybyło :-). Oczywiście „długi weekend” to ważne święta i warto o tym pomyśleć, kiedy tak sobie patrzymy w błękit nieba i opalamy się w promykach wiosennego słońca.

maj ania D

Rys. Anna Dobrzyńska

Nie ma już hucznych pochodów 1 majowych, gdzie w pierwszym szeregu szli hutnicy, górnicy, pielęgniarki – w zależności od miasta, nie ma już tłumów machajacych kwiatami z krepiny, które wcześniej dzieci wykonywały w szkołach na plastyce… /robiłam/, nie ma tych wszystkich zadowolonych ludzi, którzy radośnie pozdrawiają przedstawicieli władzy i ogólnie są zadowoleni z życia i wszystko im się podoba…

Udział w pochodzie był obowiązkowy. Jeśli ktoś by się nie pojawił w owym dniu – miałby potężne nieprzyjemności w pracy łącznie ze wstrzymaniem kartek lub wypowiedzeniem. Ktoś kto miałby zwolnienie lekarskie, też byłby mocno podejrzany. Dlatego na pochodach wszyscy byli, co ważniejsze mieli bardzo dobre humory. W majowym słońcu, w towarzystwie koleżanek i kolegów z pracy, trzeba było tylko przejść – w zasadzie krótki dystans – z wręczoną wcześniej flagą, pozdrowić władzę i wysłuchać jej długich, nudnych przemówień – choć zdarzały się w nich zdania zapadające w pamięć: „Gdybyśmy mieli więcej cieńkiej blachy zarzucilibyśmy świat konserwami! Ale nie mamy mięsa”; „Odkąd krowa została zapłodniona przez człowieka znacznie wzrosło pogłowie bydła”;”Wprawdzie znaleźliśmy się nad przepaścią, ale zrobiliśmy wielki krok naprzód!” – autorem tych cytatów jest Władysław Gomułka.

Jako, że w PRL-u brakowało wszystkiego, popularnością cieszyły się flagi robotnicze. Były całe czerwone i nadawały się świetnie na – poduszkę. Były spore, trzeba było tylko pozszywać i wypchać pierzem… Pierza na pochodach nie rozdawali… to trzeba było już załatwić inaczej. Jedna pani dyrektor przedszkola wykorzystała flagi robotnicze na uszycie stroju dla Świętego Mikołaja. Dzieci były zachwycone, bo czerwień była mocna i błyszcząca, tylko Święty Mikołaj był cały spocony i tchu mu brakowało, bo to jakieś sztuczne tworzywo nie przepuszczające powietrza. Patyk od flagi dobrze się nadawał na drążek do ćwiczeń dla dziecka, albo tyczkę do pomidorów, trzeba było tylko przepiłować na pół, bo był za długi. Trochę stresującym momentem było odłączenie od pochodu, skręcenie w boczną uliczkę i wmontowanie flagi na dwumetrowym kiju do wcześniej zaparkowanego malucha… ale – Polak potrafi.

Cóż, socjalizm to ustrój dla ludzi z wyobraźnią :-). Ok – trochę to niemoralne, zgadzam się ale… takie czasy. „Socjalizm jak wiadomo to ekonomiczny system permanentego niedoboru. Toteż wymyślono, jakie cztery czynniki uniemożliwiają rozwój gospodarczy. To w kolejności: wiosna, lato, jesień, zima” – obrazował tą sytuację popularny dowcip. Socjalizmu nie ma – ale święto pozostało. I słusznie – no bo jak tu zrezygnować z długiego weekendu, a poza tym w demokracji też się pracuje; praca to praca – świętować zawsze warto.

maj ania D (4)

Rys. Anna Dobrzyńska

2 maja – święto flagi państwowej. Oczywiście – flagę państwową należy czcić a skoro i tak już wisi na budynkach między 1 a 3 maja to od 2004 roku – robi to oficjalnie i w ramach państwowego święta.

A jak już wspomniałam o związku flagi z poduszką warto przytoczyć tu historię z pierwszych dni Powstania Warszawskiego, kiedy to Polacy zwyciężali i nagle na wielu budynkach odebranych Niemcom pojawiły się biało-czerwone polskie flagi. Jak to się stało, że raptem, w ferworze walki, Polacy mieli tyle flag, co przecież przez pięć lat okupacji było zabronione? Ano właśnie na prędce szyto je z prześcieradeł i – poduszek, a potem zawisały na kijach od szczotki, miotły, grabi… Opowieść tę mam z pierwszej ręki od jeszcze żyjącego Powstańca Warszawskiego… Historia lubi się powtrzać, dlatego warto się jej uczyć i wyciągać wnioski :-).

maj ania D (3)

Rys. Anna Dobrzyńska

No i 3 maja – święto Konstytucji 1791 roku – I Konstytucji w Europie i II na świecie. Jest się więc czym chwalić i co świętować. Przy tej okazji warto wspomnieć o drugim dokumencie, który był równie pionierski w Europie – Konfederacji Warszawskiej z 1573 roku, który zakładał swobodę wyznaniową i pokój między wszystkimi różniącymi się w wierze, a także równouprawnienie innowierców z katolikami i jednakową opiekę państwa. Dokument uważany jest za początek gwarantowanej prawnie tolerancji religijnej, którą dziś zapewnia uchwalona w 1948 roku – Deklaracja Praw Człowieka. A w Rzeczpospolitej to było już w XVI wieku (!) – i czy to nie jest powód do dumy J? W 2003 roku tekst Konfederacji Warszawskiej został wpisany na listę UNESCO Pamięć Świata. Obydwa te historyczne dokumenty zostały uchwalone na Zamku Królewskim.

A tak przy okazji – kto myślał, że na obrazie Jana Matejki, wnoszony do Katedry i trzymający triumfalnie dokument Konstytucji to król Stanisław August Poniatowski? Z pewnością nikt :-). Ale nawet gdyby ktoś tak pomyślał – nie ma się czego wstydzić, bo wielu ludzi tak uważa, podczas gdy to jest Stanisław Małachowski – marszałek sejmu, a król idzie wcześniej, w czerwonym płaszczu.

W 2014 roku mieliśmy wyjątkową możliwość, aby poczuć wszelkimi zmysłami klimat tego obrazu, gdyż za sprawą grup rekonstrukcyjnych obraz ożył właśnie w dniu 3 maja.

maj ania D (2)

Wydarzenie odbyło się pod patronatem Kancelarii Prezydenta RP – Bronisława Komorowskiego, który wraz z Małżonką obejrzał inscenizację.

Obecnie propozycja miasta przygotowana na świąteczne dni jest bardzo bogata, można np. uczestniczyć w otwarciu sezonu Multimedialnego w Parku Fontann na Podzamczu, obejrzeć widowiska związane z warszawską syrenką, popływać kajakiem po Wiśle czy wziąć udział w rozgrywkach rowerowych – European Cycling Challenge lub wystartować w biegu Konstytucji 3 maja… Chyba najpopularniejsze są jednak wyjazdy za miasto i rekreacja na świeżym powietrzu. Co kto lubi. Ja na przykład lubię rysować – a jeżeli mam możliwość realizowania tego w słoneczny, majowy dzień wśród kwitnących i pachnących kwiatów – pełnia szczęścia :-).

maj ania D (1)

Majowe rocznice

Andrzej Rejman

Marszałek

Pamięć o mojej matce wiąże się nierozerwalnie ze wspomnieniem Marszałka Piłsudskiego, którego darzono w rodzinie nieomal kultem.

Mama wspominała, jak będąc małą dziewczynką, witała z rodzicami w Warszawie Wojsko Polskie i Marszałka podczas jednej z defilad z okazji rocznicy odzyskania niepodległości, rzucając kwiaty przed maszerującą piechotą i końmi kawalerii.

Mówiła, że gdyby Marszałek żył dłużej, nie dopuściłby do wojny…

Józef Piłsudski zmarł w 1935 roku i nie mógł już niestety zapobiec wypadkom, które potem nastąpiły.

Pilsudski“Słowo” z 13 maja 1935 roku – (ze zbiorów rodzinnych)
Słowo – lokalna, opiniotwórcza gazeta codzienna wydawana w Wilnie w latach 1922–1939. Uznawana była za organ prasowy monarchistów, konserwatystów i litewskiego ziemiaństwa skupionych w Stronnictwie Prawicy Narodowej, a następnie po 1926 roku w Organizacji Zachowawczej Pracy Państwowej. (Wikipedia)

Przy tej okazji zapoznałem się z niektórymi pismami Marszałka – wynotowuję to, co zwróciło moją uwagę:

Józef Piłsudski – Jak stałem się socjalistą

…rozmyślania i książki (tu, zniechęcony Spencerem, przeczytałem jeszcze raz Marksa) ugruntowały mię w socjalizmie. Zrozumiałem wówczas, że nie jest on tylko ideą szlachetnych ludzi, marzących o uszczęśliwieniu ludzkości, lecz staje się realną potrzebą ogromnej masy ludu pracującego z chwilą, gdy kulturalny i społeczny rozwój umożliwia mu zrozumienie zasad tej idei.

A gdym się zastanawiał nad narodem. z którym mię wiązało wszystko, co cieszy i wszystko, co boli, wszystko, co we mnie myśli i wszystko, co czuje, przychodziłem do przekonania, że moje dziecinne marzenia i rojenia zespalają się z moim młodzieńczym światopoglądem. Socjalista w Polsce dążyć musi do niepodległości kraju, a niepodległość jest znamiennym warunkiem zwycięstwa socjalizmu w Polsce…

Józef Piłsudski – Wspomnienia o Gabrielu Narutowiczu

Wbrew swoim oczekiwaniom objął najwyższe stanowiska w Polsce i był stanowczo szczęśliwym człowiekiem. Męczyło go jednak pytanie, dlaczego inni tego szczęścia nie czują. Śmiał się, opowiadając mi, że przypomniał sobie swoje młode lata, chadzając na polowania po lasach i błotach i spotykając się z ludźmi prawie takimi samymi, jakich znał w dzieciństwie i młodości. Nie ma dotąd, jak mi mówił, żadnych nieprzyjaciół, ze wszystkimi żyje dobrze i sądzi, że u nas tylko istnieje jakaś dziwna nieumiejętność do współżycia pomiędzy sobą, a zdolność do kłócenia się bez żadnej przyczyny, któraby była dostatecznie zrozumiałą dla niego. Szczerze się śmiałem z niego, twierdząc, że nie przeżył z nami czasów niewoli i że przenosi tak łatwo stosunki, do których się przyzwyczaił w najspokojniejszym kraju europejskim, w Szwajcarji, na nasze chore jeszcze od niewoli warunki życia. Śmiałem się mówiąc mu, że może on ze swoją europejską metodą układania stosunków przejdzie i dalej swe życie bez zadraśnień i nieprzyjaciół, lecz że wówczas bodaj będzie w Polsce wyjątkiem.

We wszystkich sądach G. Narutowicza o innych spostrzegałem niezwykłą w naszych stosunkach względność dla ludzi i nawet usprawiedliwienie wszystkich braków, a nawet wad. Przy pierwszem słowie krytyki jakiejkolwiek działalności, natychmiast usprawiedliwiał pracowników różnemi względami i stale tłumaczył, że ten krótki czas, jakiśmy mieli do urządzenia się w Polsce, nie pozwala zbyt ostro i krytycznie oceniać dotychczasowych prac. Starałem się zanalizować głębiej tę charakterystyczną dla G. Narutowicza względność dla ludzi i dla ich pracy. Wyznał mi on wreszcie otwarcie, że podczas swego życia zagranicą przeszedł przez tyle upokorzeń z powodu krytyk i lekceważących ocen naszej narodowości, że się poprostu wdrożył do natychmiastowej obrony przed modą poniewierania wszystkiego, co polskie. Ten rys charakteru wyrobił się u niego, jak twierdził, być może i z tego powodu, że czuł się zawsze trochę winnym wobec Polski. Przez tyle lat swego życia nic jej nie dał prócz skromnych nieraz ofiar dla celów związanych z życiem polskiem. „Czuję niekiedy — mówił mi — tak, jak gdybym nie miał prawa moralnego robić zarzutów, gdym tak długo do niczego w Polsce ręki nie przykładał.”

Nie mógł znieść łatwo nieprodukcyjności naszej pracy. Przyzwyczajony do innych, większych niż u nas wymagań, nie łatwo dawał sobie radę z naszem przyzwyczajeniem do nieproduktywnego gadulstwa o pracy bez pracy samej. Trudne też było dla niego słuchanie nierzeczowych dyskusyj. Lecz i te najprzykrzejsze wady, z któremi się zetknął, usprawiedliwiał i tłumaczył brakiem obycia się Polaków z pracą państwową i koniecznem, zdaniem jego, w tych warunkach wnoszeniem do pracy przyzwyczajeń z czasów niewoli, w której towarzyskie gawędy zastępowały realną pracę.

Pilsudski (2)Na koniec dla przypomnienia (już kiedyś publikowałem – w zestawieniu wydarzeń majowych różnych lat…)

Małgorzata Hrebnicka pisze w swoim kalendarzu dziennym (pisownia oryginalna):

1935 rok – maj

12 maja – umarł Marszałek Józef Piłsudski. Byliśmy w Alejach Ujazdowskich w czasie eksportacji zwłok z Belwederu do Katedry. Było już prawie ciemno. W nocy z 16 na 17-go chodziliśmy do Katedry, ale już nie trafiliśmy, gdyż o 12- tej zamknęli. W nocy lał deszcz.

17-go patrzeliśmy z góry Instytutu (Państwowy Instytut Geologiczny w Warszawie) na uroczystości żałobne na Polu Mokotowskim.

W czasie defilady ostatniej przed Marszałkiem na Polu Mokotowskich niebo pokryło się złowrogimi chmurami, a zaraz po ukończeniu salw armatnich rozległ się grzmot i rozpętała się burza. Wkrótce po uroczystościach zmarł na udar serca wiceprezydent Warszawy – Zawistowski, a inż Balcerski, który zawiadywał urządzeniem Pola Mokotowskiego spadł samolotem w Ameryce w czasie nabożeństwa żałobnego po Marszałku.

Pilsudski (1)

12 maja 2016

Tajemnice w komputerze…

Kochani czytelnicy. Proszę, byście podczas lektury tego wpisu posłuchali Beethovena. Zanim skończycie, dowiecie się dlaczego?

Ewa Maria Slaska

… czyli poezja i muzyka na niedzielę

Wpis ten zaczął powstawać 4 maja o godzinie 9, zakończyłam jego pisanie 5 maja o godzinie 7; jest zapisem moich poszukiwań, zmierzających do rozwikłania pewnej zagadki. Gdy zaczynałam, nie wiedziałam kompletnie nic.

W przepaściach komputera i szaf, przynajmniej u mnie, kryją się niezwykłe i tajemnicze dokumenty. Wypływają niekiedy na powierzchnię i zadziwiają mnie niezmiernie. Kiedyś tak “spadł mi na głowę” przepisany przez moją Mamę wiersz Krynickiego, znaleziony w pudle z papierami. Dziś poetka z komputera. Właściwie szukałam Emily Dickinson, która zmarła 15 maja 1886 roku (dziś jest 130 rocznica), a znalazłam Ritę Dove. Gołym okiem widać, że Rita będzie tematem obszernym, a Emily się nie zmieści, przypominam więc na wszelki wypadek, że pisałam o niej TU i że jest moim nieodmiennym zachwyceniem.

O Ricie Dove opowiedziała mi Marta, kochająca książki amerykanistka, zajmująca się piszącym w USA kobietami, zaliczanymi do tak zwanej literatury etnicznej i postetnicznej, Louise Erdrich, Amy Tan czy Toni Morrison i Alice Walker. Marta dała mi kiedyś do przeczytania poemat Rity o czarnym muzyku polskiego pochodzenia, nawet była jakaś przymiarka do przetłumaczenia tej opowieści na polski, coś tam przełożyłam i odesłałam do kogoś, ale, jak często – nic z tego nie wyniknęło. I nic też nie pamiętam, wystarczyło jednak, by podczas przeszukiwania komputera nie zadziwić się plikiem zatytułowanym “RitaDoves1” – byłam pewna, że to albo oryginał albo moje próby translatorskie. Przerzuciłam plik na pulpit, by móc do niego szybko wrócić.

Niewiele wiem o Ricie Dove, poza tym, że jest współczesną czarną amerykańską poetką. Piękną. I niech mi wybaczy słowo czarny, bo czarne jest piękne.

A więc… RitaDove napisała kiedyś ów wspomniany już poemat o pochodzącym z Polski muzyku Mulacie, który w czasach Haydna zachwycał Londyn, przede wszystkim zaś – londyńskie damy. A ponieważ tego dnia przy śniadaniu rozmawialiśmy o nim, ucieszyłam się, że nie muszę specjalnie szukać, nawet uznałam, że jak zwykle, skoro czegoś potrzebuję, to się to znajduje. Lecz otóż nie… Otworzyłam plik i zobaczyłam dwa wiersze, których NIGDY nie czytałam, nie widziałam, nie wiedziałam… Ten mały dokument spowodował całą serię zadziwień.

Rita Dove

Black Billy Waters

wersja I

Mężczyźni to żebracy, czarni czy biali
Wierzą w złoto, władzę, stada na hali
Dom mój na plecach dźwigam, nikt go nie spali

Gram na skrzypkach, lubią mnie wielcy i mali
Daj mi monetę, panie – dzięki i niech Bóg cię chwali
Mężczyźni to żebracy, czarni czy biali

Wpadł pieniądz do sakwy, słyszęć go z dali
W słodkiej muzyce na nędznej życia bujam się fali
Dom mój na plecach dźwigam, nikt go nie spali

Kiedyś, gdym był wojakiem, Czarnym mnie zwali
O łąki zielone walczyłem i stada na hali
Mężczyźni to żebracy, czarni czy biali

Bez nogi dziś kuśtykam, wróg mnie powalił
Jestem Black Billy Waters, tak mnie nazwali
Dom mój na plecach dźwigam, nikt go nie spali

Tu wariat, a tam książę w blasku opali
Londyn kocha nowinki, to mu się chwali
Mężczyźni to żebracy, czarni czy biali

A Mulatowi, co serca miasta rozpalił
Radę dam, gdy usłucha, Los go nie zwali
Dom swój na plecach dźwigaj, to nikt go nie spali

Tańczę dla was, choć tacy jesteście mali
Śpiewam wam, choć żeście się rumem uchlali
Mężczyźni to żebracy, czarni czy biali

Weź sznura łokci trzy i bicz korali
I tych wspomnij, co tu już przed tobą skonali
Dom mój na plecach dźwigam, nikt go nie spali
Mężczyźni to żebracy, czarni czy biali

wersja II

Czyś czarny, czy biały, biedak z ciebie i żebrak
Świat w złoto wierzy, władzę i szubienicy hak
A ja dom na plecach dźwigam, bom jest jak ślimak

Gram na skrzypkach, lubi mnie wielki, lubi mały świat
Daj mi monetę, panie – dzięki, dzielny jesteś chwat
Lecz, czyś czarny, czy biały, biedak z ciebie i żebrak

Wpadł pieniądz do sakwy, lecz tak czy owak
Mimo słodkiej muzyki nędznego życia znak
Gdy dom na plecach dźwigam, jestem jak ślimak

Kiedyś, gdym był wojakiem, Czarny był mój znak
O łąki zielone walczyłem, władzę i szubienicy hak
Czyś czarny, czy biały, biedak z ciebie i żebrak

Bez nogi dziś kuśtykam, wróg zostawił ślad
Jestem Black Billy Waters, tak mnie zwie świat
I dom na plecach dźwigam, bom jest jak ślimak

Czy książę, czy Turek, czy mały żebrak
Londyn kocha nowinki, światowy blask
A ty, czyś czarny, czy biały, biedak z ciebie i żebrak

Więc Mulatowi, co w serce miasta ognisty wbił znak
Radę dam, gdy usłucha, nie będzie szczęścia mu brak
Ty też dom swój na plecach dźwigaj i bądź jak ślimak

Tańczę dla was, choć przecież ducha wam brak
i pijani jesteście, a śpiewam wam i tak
Czyś czarny, czy biały, biedak z ciebie i żebrak

Weź sznura łokci trzy i bicz czerwony jak lak
I tych wspomnij, co już przed tobą skonali w łzach
A ja dom na plecach dźwigam, bom jest jak ślimak
Ty zaś, czyś biały, czy czarny, biedak z ciebie i żebrak

Piękne… nadzwyczajne po prostu, ale… Po pierwsze dlaczego to nie jest poemat o “moim”muzyku”? Dlaczego po polsku? Dlaczego dwie wersje? Kto to przetłumaczył? Kto to był Black Billy Waters? Skąd się to wzięło w moim komputerze?

Zaczynam od pytania najprostszego – kim był Black Billy Waters? Wikipedia natychmiast odpowiada – czarny żebrak mieszkający w Londynie na przełomie wieku XVIII i XIX. Jeden z dziesięciu tysięcy Czarnych mieszkających w owym czasie w Anglii. Był beznogi, stąd to porównanie do ślimaka. Podobno był żołnierzem, pływał na okrętach wojennych i stracił nogę w walkach. Miał żonę i dwoje dzieci. Żył w skrajnej nędzy, żebrał przed wejściem do teatrów, śpiewając dowcipne kuplety i przygrywając na skrzypkach.

Portret namalowany najprawdopodobniej przez Sir Davida Wilkie

Cieszył się ogromną popularnością i został umieszczony co najmniej w dwóch utworach, opisujących życie w Londynie pod koniec XVIII wieku, gdy jeden z nich wystawiono na scenie – Black Billy grał tam sam siebie. Nazywano go królem żebraków.

Tłumaczony w tajemniczym dokumencie tekst był swoistym testamentem Billy’ego.

Thus poor Black Billy’s made his Will,
His Property was small good lack,
For till the day death did him kill
His house he carried on his back.
The Adelphi now may say alas!
And to his memory raise a stone:
Their gold will be exchanged for brass,
Since poor Black Billy’s dead and gone.

Wiem, najprościej byłoby już teraz sięgnąć po pomoc do internetu, i na pewno mnie to nie minie, ale na razie rozmyślam sobie o Ricie Dove bez jakiejkolwiek pomocy z zewnątrz.

Oba tłumaczenia na polski są lepsze od zacytowanego tu oryginału,  napisanego przez samego Black Billy Watersa. Ten, kto to przetłumaczył na polski, świetnie się bawił i był mistrzem sztuki wiązania słów. Pierwsza wersja tłumaczenia polskiego jest oparta na jednym rymie będącym polskim odpowiednikiem angielskiego will, druga na rymie lack czyli brak. Tłumacz użył dwóch rymów zastosowanych w oryginale i to jeszcze wybrał rymy męskie, które w polszczyźnie są po prostu przekleństwem i kojarzą się z najtańszymi wypocinami pseudopoetów.

Tyś pchła
Tyś pchła
mię do miłości tej…

Drążę. Czy jest możliwe, by to Rita Doves napisała te dwa doskonałe wiersze po polsku i byłyby to jej wiersze, tak jak spolszczony Giaur był poematem Mickiewicza. Ale oczywiście, nie, nie i jeszcze raz nie. Tak nie potrafiłby chyba pisać żaden cudzoziemiec, a i Polaka zdolnego wykonać taki majstersztyk, długo by szukać.

No ale szukam. Już zaczęłam.

W obu wersjach powtarza się porada Black Willy’ego dla…

Więc Mulatowi, co w serce miasta ognisty wbił znak
Radę dam… / A Mulatowi, co serca miasta rozpalił
Radę dam…

To pewnie ten czarny muzyk z Polski, więc może jednak i Billy Black jest częścią tego poematu…

Rita Dove urodziła się w roku 1952. Jest poetką i literaturoznawczynią, pracuje na Uniwersytecie Virginia. Ciekawe, że hasło w polskiej Wikipedii nie wspomina ani słowem o polskich zainteresowaniach artystki. Ze spisu książek artystki wybieram Sonata Mulattica, New York: Norton, 2009. To właśnie ten poemat. Nawet pamiętam, że okładka była biało-niebieska.

Czarny skrzypek George Polgreen Bridgetower (1780–1860) był zdaniem Rity – synem Polki, wiejskiej dziewczyny z okolic Białej Podlaskiej, zdaniem polskiej i niemieckiej Wikipedii – synem Niemki z Budziszyna, niejakiej Schmidt. Ojcem był “African Prince” z Etiopii bądź, jak twierdzi Rita, z Barbadosu. Słabo pamiętam ten poemat, czytałam go w roku 2009, niemal od razu po wydaniu, ale wydaje mi się, że Rita jest zdania, iż George był nieślubnym dzieckiem, a wikipedyści zakładają, że rodzice wzięli ślub i że George miał jeszcze brata, Friedricha Josepha, wiolonczelistę. Ale może było tak, że matką George’a była Polka, a Friedricha – Niemka. Albo, że Polka z Podlasia czy ze Śląska (jak chce Rita) dopiero po urodzeniu pierwszego syna wzięła ślub ze swym czarnym kochankiem, a wikipedystom z Ameryki Polka czy Niemka to za jedno… A polska i niemiecka Wikipedia za nimi jak za panią matką…

Ojciec George’a był służącym księcia Hieronima Wincentego Radziwiłła w jego podlaskich dobrach w Białej Podlaskiej. W roku 1779 papa przenosi się na służbę do księcia Esterhasego,  dzieciństwo chłopca / chłopców upływa więc na Węgrzech, w majątku, gdzie nadwornym muzykiem był Józef Haydn. Stąd znajomość George’a z wielkimi tamtego świata, Haydnem, Beethovenem, ale też Thomasem Jeffersonem. Jefferson był na występie Bridgetowera w Paryżu i wspomina ślicznego dziewięcioletniego chłopca z kaskadą czarnych loków.

W roku 1790 Bridgetower osiadł na stałe w Londynie. Był członkiem orkiestry króla Jerzego IV (tego, który był jednocześnie księciem hanowerskim i odpowiada za związki Windsoru z dynastiami niemieckimi).

W 1802  Bridgetower wyjechał do Drezna, aby odwiedzić matkę i brata. Rok później wystąpił w Wiedniu razem z Ludwigiem van Beethovenem. Wywarł wielkie wrażenie na austriackim kompozytorze, który zadedykował mu Sonatę skrzypcową nr 9 A-dur (op. 47). Po raz pierwszy została publicznie zagrana 24 maja 1803 r. w wiedeńskim teatrze Augarten – Beethoven grał na fortepianie, a Bridgetower akompaniował mu na skrzypcach.

George Bridgetower, autor Henry Edridge

Kompozytor nazwał swoje dzieło Sonata mulattica composta per il Mulatto Brischdauer, gran pazzo e compositore mulattico.  Już w dedykacji zapowiedział, że jest to dzieło nadzwyczajnie wręcz trudne czyli praktycznie – nie do zagrania. Wkrótce jednak doszło konfliktu między muzykami, w wyniku czego Beethoven zmienił dedykację i zadedykował sonatę Rodolphowi Kreutzerowi (dziś sonata jest znana właśnie jako “Kreutzerowska”). Dlaczego? Najbardziej znana wersja mówi o tym, że Bridgetower obraził kobiety, które okazały się przyjaciółkami Beethovena. Mniej poprawny politycznie wariant zakłada, że młodszy uwiódł czy też oczarował pannę, która podobała się starszemu. Tak to też jest chyba i u Rity.

Nota bene Kreutzer jej nigdy nie zagrał. A Bridgetower – tak.

W roku 2013 powstał film o poemacie, poetce, geniuszu i zapomnianym czarnym muzyku, którego gra współczesny czarny muzyk – Joshua Coyne.

***

Wszystko to nadzwyczaj ciekawe, ale niestety w ogóle nie tłumaczy, co to są za wiersze, te które znalazłam u siebie w komputerze? Czy są częścią Sonaty mulackiej? Znajduję spis treści poematu, a w nim, o tak, wiersz Black Billy Waters. Dobrze, Ewuniu, bardzo ładnie sobie radzisz.

A więc tak, na pewno, przynajmniej według Rity, Billy Waters i George Bridgetower się znali. Mieszkali w Londynie, a łączył ich nie tylko kolor skóry, ale i instrumentum – skrzypce. O tak, Rita sparafrazowała autentyczny testament Watersa.

All men are beggars, white or black;
some worship gold, some peddle brass.
My only house is on my back.

I play my fiddle, I stay on track,
give my peg leg—thankee sire!—a jolly thwack;
all men are beggars, white or black.

And the plink of coin in my gunny sack
is the bittersweet music in a life of lack;
my only house is on my back.

Was a soldier once, led a failed attack
in that greener country for the Union Jack.
All men are beggars, white or black.

Crippled as a crab, sugary as sassafras:
I’m Black Billy Waters, and you can kiss my ass!
My only house weighs on my back.

There he struts, like a Turkish cracker jack!
London queues for any novelty, and that’s a fact.
All men are beggars, white or black.

And to this bright brown upstart, hack
among kings, one piece of advice: don’t unpack.
all the home you’ll own is on your back.

I’ll dance for the price of a mean cognac,
Sing gay songs like a natural-born maniac;
all men are beggars, white or black.

So let’s scrape the catgut clean, stack
the chords three deep! See, I’m no quack—
though my only house is on my back.
All men are beggars, white or black.

A TU można posłuchać, jak poetka recytuje ten wiersz.

***
Już wszystko wiem. Przez 24 godziny przekopałam się od kompletnej niewiedzy do pełnej wiedzy. Poza jednym – bo kto te wiersze przetłumaczył na polski!? Kto mi je przysłał? Co miałam z nimi zrobić (i dlaczego nic nie zrobiłam)? KTO? CO?

POMOCY!

Lato

O Republice Ściborskiej pisałam już tu kilka razy, teraz przyszło zaproszenie na…
Obóz przygodowy z psami w Republice Ściborskiej

Trudniejsza i bardziej rozbudowana forma niż obozy dla ojców z synami

7 dni razem w prawdziwej naturze

obozzpsami1

 

UCZESTNICY: całe rodziny, ale także mogą brać udział osoby indywidualne, rodzice z dziećmi. Osoby niepełnoletnie mogą uczestniczyć z pełnoletnim opiekunem. Minimalny wiek uczestników – 8 lat.

obozzpsami2Prowadzący obóz:

Dariusz Morsztyn Biegnący Wilk

 

obozzpsami3

PROGRAM:

– codzienne zajęcia z psami zaprzęgowymi Biegnącego Wilka (cani cross, jazda zaprzęgiem, dog trekking, wyprawy z psami, zabawy ze szczeniętami, dogoterapia naturalna). Każdy otrzyma na cały obóz do opieki nowego przyjaciela – psa zaprzęgowego.

– niestandardowe zajęcia sportowe (codzienne poranne zaprawy fizyczne, nietypowe sporty i zawody) i hartowanie (kąpiele i czarna bania)

– codzienna wyprawa terenowa (teren górzysty, niezwykłe bagna, dzika rzeka, jeden nocleg w lesie)

– zajęcia indiańskie, eskimoskie, survivalowe, edukacyjne

– praktyka życia w indiańskim i traperskim stylu (nauka posługiwania się nożem, siekierą, piłą, zbieranie ziół i grzybów, praca przy koniach, traperskie gotowanie).

obozzpsami4Każdego dnia będą zorganizowane zajęcia i praca w obozowisku.

Ideą projektu jest przeniesienie się w naturalny świat, którego już nie ma na co dzień.

obozzpsami5

ZAKWATEROWANIE i WYPOSAŻENIE:

– każda rodzina mieszka w tipi, posiłki będziemy przygotowywać w replice autentycznej chaty traperskiej, wodę będziemy brać ze studni założonej w 1784 roku (najlepsza w okolicy), codziennie baniowanie w archaicznej czarnej bani, do dyspozycji kilka miejsc do kąpieli na terenie Republiki, muzeum eskimoskie, indiańskie i Marii Rodziewiczówny, zabytkowa czynna pasieka z 1935 roku, ekologiczny ogród (nasza ziemia od ponad 30 lat nie jest nawożona chemią – kultywujemy zdrowy styl życia), stałe mieszkanie w sąsiedztwie z dziką przyrodą na terenie Lasów Skaliskich (m.in. łosie, jelenie, wilki, rysie, orły…, na naszym terenie żyje stado koni, bobry, żurawie, bociany, 50 psów zaprzęgowych (w tym małe szczeniaki).

My nie inwestujemy w luksus i standard…, jesteśmy cząstką przyrody. Jeśli chcesz przeżyć przygodę w autentycznym, zdrowym miejscu, opartym na starych wiejskich zwyczajach i pracy – zapraszamy do Republiki Ściborskiej!

obozzpsami6WYŻYWIENIE

Żywimy się zdrowo i wegetariańsko. Wszyscy po kolei przygotowują pożywienie. Zioła i część warzyw każdy będzie bezpośrednio pobierał z organicznego ogrodu. Codziennie pięć posiłków.

 

 

obozzpsami8

OBOWIĄZKOWE WYPOSAŻENIE NA OSOBĘ:

– dobry traperski nóż i siekiera (albo weźcie cokolwiek albo sprawcie sobie te dwa narzędzia doskonałe – na całe życie, na obozie umożliwimy zakup dobrych, ręcznie wykonanych noży), wszystko pozostałe jest mniej ważne ale może się przydać: śpiwór, strój traperski (długie mocne spodnie, wysokie buty, koszula z długimi rękawami, nakrycie głowy – do pracy, wędrówek) taki aby nie żal go było brudzić, strój sportowy, strój do pracy (np. przy psach, rękawice do pracy), indywidualna apteczka (indywidualne leki, środki do dezynfekcji i obtarć), moskitiera do spania, przybory do jedzenia i mycia.

Na pewno: schudniesz, zahartujesz się, scementujecie rodzinę, zyskasz wyrobienie, poznasz maszerski fach i wiejskie, prawdziwe życie, wyrobisz się w technikach survivalowych.

NA OBOZIE NIE UŻYWAMY: telefonów komórkowych, smartfonów, komputerów, alkoholu, tytoniu, słodyczy, używek, niezdrowej żywności.

Jak się przygotować:

– lektura: „Porąb i spal” Larsa Myttinga, „Lato Leśnych Ludzi” Marii Rodziewiczówny

– pouczcie się posługiwania siekierą i nożem, palenia ognia, potrenujcie trochę i pogimnastykujcie się przed obozem (mniejsze będą zakwasy pierwszego dnia…)

– dograjcie sobie sprzęt i ubiór, nie idźcie w stronę mody i wyglądu, a praktyczności!

Minimalna ilość osób na obozie – 10, maksymalna – 20.
Minimalny wiek uczestników – 8 lat.

Turnusy: 6-13 sierpnia & 20-27 sierpnia

Ceny:

– osoba indywidualna – 1050 zł
– dwie osoby (rodzic + dziecko, para osób) – 950 zł/osobę
– rodzina (3 i więcej osób) – 850 zł/osobę
– własny pies na obozie – 100 zł

Za odpłatność każdy otrzymuje: 7 dni programu, miejsce zakwaterowania, psy do współpracy, wyżywienie (wspólnie wykonywane), podstawowe ubezpieczenie.

Płatność: 50% z góry w momencie rezerwacji, reszta na obozie gotówką.

Zgłoszenia,info: biegnacy-wilk@post.pl, 604 29 29 97

Uwaga – można się u nas zgłosić na wlontariat lub praktykę studencką. Więcej informacji TU

Dziedzictwo żydowskie

a Izabela Lewandowska

DZIEDZICTWO ŻYDOWSKIE W OLSZTYNIE
– HISTORIA, DZIEŃ DZISIEJSZY,
PERSPEKTYWY NA PRZYSZŁOŚĆ

Warmię i Mazury kojarzymy głównie z zamieszkującymi tu przez wieki Niemcami, Polakami, Warmiakami i Mazurami, rzadziej wspominamy Prusów, starowierców czy Żydów. W obecnych czasach, kiedy wielokulturowość i poszanowanie różnorodności jest wartością samą w sobie, szczególnie interesujące w naszym regionie – być może dlatego, że jeszcze nieodkryte – wydaje się dziedzictwo żydowskie. Było ono po 1945 r. wymazywane z pamięci nowych mieszkańców, ale od ponad dwudziestu lat powoli przebija się do świadomości społecznej, a naukowcy coraz chętniej podejmują tematykę żydowską w swoich badaniach. (…)

Dziedzictwo kulturowe to spuścizna pozostawiona przez poprzednie pokolenia. Spuścizna, o której warto pamiętać i ją szanować. Najbardziej znane jest dziedzictwo materialne – zachowane budowle, elementy architektury, wystrój wnętrz, dzieła sztuki, przedmioty codziennego użytku, krajobraz kulturowy z zachowanym układem przestrzennym wsi i miast. Natomiast dziedzictwo niematerialne przejawia się w tradycjach i zwyczajach danej grupy etnicznej czy narodowej. Istnieje ono, gdy żyją przedstawiciele danej grupy i je kultywują. W niniejszym tekście omówię jedynie spuściznę materialną, nie odwołując się do bogatych tradycji związanej z obrzędami społeczności żydowskiej.

Stan posiadania żydowskiego w Olsztynie
przed II wojną światową

Na Warmii pojedynczy Żydzi pojawiali się od czasów nowożytnych, ale przed 1772 r. było ich niewielu. Dopiero ustawa z 11 marca 1812 r. dawała im prawo stania się obywatelami państwa pruskiego, otrzymali prawo osiedlania się we wszystkich miastach, nabywania i posiadania nieruchomości, a jednocześnie nałożono na nich obowiązek służby wojskowej. W Olsztynie w 1816 r. mieszkało 60 Żydów, w 1831 – 82, w 1852 – 130, w 1880 (po wybudowaniu nowej synagogi) – 331 (co stanowiło wtedy 4,35% mieszkańców miasta), w 1890 r. – 418, w 1910 – 484, w 1925 r. – 612 (1,6% znacznie większej wtedy liczby mieszkańców), w 1939 r. – 139 osób. Do przemysłowców w tym mieście należeli: Segallowie (fabryka mydła), Silbersteinowie (fabryka octu) i Ladendorffowie. Julius Ladendorff w latach siedemdziesiątych XIX w. wybudował fabrykę zapałek przy dzisiejszej alei Piłsudskiego, gdzie stoi dom towarowy „Aura“. W posiadaniu żydowskim był majątek Nagórki.

Żydzi byli właścicielami olsztyńskich tartaków, cegielni, fabryczki octu, zapałek, apteki, banku, hotelu, ale także majątków ziemskich. Jeden z najlepszych hoteli, ulokowany na rogu dzisiejszej ulicy Mochnackiego i Warszawskiej, należał do Hirschberga, bank prywatny do Juliusa Lewina.

Z kupców wymienić trzeba: Barińskiego (towary kolonialne), Levy‘ego (odzież damska), Aronowów (obuwie), Woythalera (handel tabaką). W 1814 r. powstał w Olsztynie dom handlowy braci Simonsohnów w południowej pierzei rynku. Potem dwie posesje w pierzei wschodniej kupił Frankenstein.

Sklep Hirszfeldtów (materiały tekstylne) znajdował się na rogu Rynku i ul. Prostej, sklep Mondrego przy ul. Pieniężnego 13, sklep Mendelsohna przy ul. Staromiejskiej. Raphaelsohn miał wytwórnię waty, L. Mendelsohn polecał materiały odzieżowe, Salzmann termometry, H. Herrnberg wódkę, likiery i spirytus, Woythaler tytoń, Wilhelm Lewin śledzie. Maszyny do szycia można było kupić u J. Barucha, kapelusze u Moritza Simsona, futra tylko u Hirschfeldtów. Wśród Żydów byli też stomatolodzy, lekarze, adwokaci i sędziowie, a także członkowie rady miejskiej.

Na Starym Mieście w Olsztynie do żydowskiej rodziny Mendelsohnów należał narożny pseudoklasycystyczny dom przy Górnej 21 (róg obecnych ulic: Staromiejskiej i św. Barbary), w którym najpierw ojciec słynnego później architekta Ericha, a następnie jego kuzyn – Willy prowadzili sklep z galanterią dla mężczyzn i wyrobami skórzanymi.

Oprócz tego wspólną własnością gminy żydowskiej w Olsztynie był jeszcze budynek na rogu ul. Kopernika i ul. Moltkego (obecnie Kajki), który przed 1933 r. był siedzibą loży pod nazwą „Synowie Związku“, założonej w roku 1902. Sam budynek wzniesiono dopiero w 1923 r.

Pod koniec wieku XIX i w początkach XX Żydzi olsztyńscy szczególnie upodobali sobie rejon dzisiejszego placu Roosevelta, dawnego Targu Końskiego, przy obecnych ul. Knosały, Mochnackiego, Niepodległości oraz Grunwaldzkiej. Chętnie tam nabywano kamienice, budowano fabryki, zakłady, sklepy i restauracje. W 1904 r. Abraham Brün, kupiec i przedsiębiorca handlujący końmi i skórami, zbudował przy ul. Mochnackiego 4 (wówczas Warschauerstrasse) piękny willowy dom w stylu secesyjnym. Budynek stanął między Fabryką Powozów (później montownią samochodów) Juliusa Reitzuga (dziś sklep z używaną odzieżą) a blokiem mieszkalnym, stojącym do dnia dzisiejszego.

W Olsztynie już w 1814 r. gmina żydowska miała swój dom modlitwy przy dzisiejszej ul. Prostej. W 1835 r., gdy starozakonnych było blisko 100 osób, wybudowano pierwszą synagogę na rogu ul. Krzywej i Szańcowej (obecnie róg Okopowej i Kołłątaja). Budynek postawiono na rzucie nieregularnego wieloboku, w klasycznej manierze z cegły ceramicznej. Na jego skromną dekorację złożyły się jedynie podokienne i nadokienne poziome gzymsy oraz pozorujące wieżę zwieńczenie frontonu.

Olsztyn.budynek starej synagogi obecnie

W 1871 r. liczba Żydów podwoiła się, wobec czego zaczęto myśleć o budowie większej synagogi. Zwrócono się o pozwolenie nabycia ogrodu zamkowego, ale duża synagoga naruszyłaby symetrię panoramy najstarszej części miasta i nie wyrażono na to zgody. Ostatecznie gmina żydowska kupiła od parafii ewangelickiej parcelę przy ul. Miłakowskiej (dzisiaj Grunwaldzka 9) za 1500 marek, na której wzniosła w 1877 r. dużą synagogę (pod nr 5) a następnie, w 1906-1907 dom dla starców (pod nr 5a).

Budynek starej synagogi w Olsztynie

Był to murowany, orientowany budynek w stylu mauretańskim. Synagoga była jedną z kolejnych replik synagogi Tempelgasse z Wiednia projektu Ludwiga Förstera. Posiadała trójczęściową fasadę z wyższą częścią środkową. Boczne elewacje przedsionka przykryto dachem dwuspadowym, osłoniętym zębatymi szczytami, a środkowy ryzalit nakryto attykowym zwieńczeniem. W jego narożach znajdowały się kwadratowe wieżyczki, nakryte cebulastymi kopułkami z gwiazdami Dawida, zaś przy bocznych znajdowały się wieżyczki ośmiokątne. Synagoga spłonęła podczas nocy kryształowej. Zaraz potem Niemcy wybudowali na tym miejscu magazyny aprowizacyjne. Podczas wojny urządzono tam magazyn odzieży, bielizny i pościeli dla ludności spod Olecka i Ełku, która opuściła wschodnie tereny Ostpreussen. Większość z nich zatrzymywała się najpierw w Olsztynie i okolicy, zanim ruszyła dalej na zachód.
Natomiast starą synagogę użytkował Żyd Philip Herrnberg, który po remoncie przekształcił ją na dom mieszkalny. Od 1914 r. mieszkał w nim siodlarz Adolf Meltzer, który go rozbudował od strony obecnej ul. Podwale. Mimo przeróbek remontowych, w stylu architektonicznym zachowano odniesienia do tradycji polskich bóżnic doby renesansu, z górną kondygnacją stylizowaną na attykę. W budynku mieścił się warsztat siodlarski i trzy mieszkania czynszowe. Z tego też okresu pochodzi istniejąca do dziś klatka schodowa. Po śmierci siodlarza w 1938 r. właścicielką została wdowa po nim, Zuzanna.

Najsłynniejszym Żydem Prus Wschodnich był Erich Mendelsohn, urodzony w Olsztynie 21 marca 1887 r. Jego matka Emma Esthera z Jarusławskich i ojciec, olsztyński kupiec Dawid Mendelsohn mieli sklep na Rynku Starego Miasta w Olsztynie. Młody Erich w latach 1893-1907 uczęszczał do szkoły podstawowej i gimnazjum męskiego (dziś I LO) w Olsztynie. W okresie olsztyńskim, w 1907 r. namalował kartkę do pamiętnika z akwarelowym widokiem „Źródła zaręczynowego“ w olsztyńskim lesie miejskim. Po maturze podjął studia ekonomiczne w Monachium, ale w 1908 r. porzucił je na rzecz architektury na uniwersytecie technicznym w Berlinie-Charlottenburgu (1908-1910). W tym czasie powstał m.in. widok zamku rodzinnego miasta przetworzony graficznie i wydany w formie kolorowej pocztówki. Następnie ten sam rysunek, który charakteryzują – jak określa to Andrzej Rzempołuch – śmiałe cięcia głównych elementów sylwetki budowli zamkowej, wydano jako plakat z okazji wielkiej wystawy przemysłowej w 1910 r. w olsztyńskim Jakubowie.

Erich Mendelsohn naukę ukończył i dyplom uzyskał na politechnice monachijskiej w 1912 r., gdzie osiadł po studiach. W 1914 r. przeniósł się do Berlina. Podczas I wojny światowej walczył na froncie francuskim, a w 1917 r. na froncie rosyjskim.

Olsztyn.sufit Bet TaharyBet Tahara, dom przedpogrzebowy, dzieło Ericha Mendelsohna z roku 1913, zwany też często Domem Mendelsohna. Dom był prawdopodobnie pracą dyplomową architekta.  Sufit, stan dzisiejszy (zdjęcie autorka). Jak podaje Wikipedia, 21 marca 2013 roku odbyło się oficjalne otwarcie Domu Mendelsohna, które przypadło w 126 rocznicę urodzin projektanta obiektu.

Mendelsohn był artystą wszechstronnym: projektował obiekty przemysłowe, handlowe, mieszkalne, sakralne, malował, zajmował się scenografią, tworzył projekty kostiumów teatralnych, mebli, plakatów. Jego skromnym dziełem, które na szczęście przetrwało w architekturze współczesnego Olsztyna, jest żydowski dom przedpogrzebowy, który Mendelsohn zaprojektował w 1911 r., jeszcze przed uzyskaniem dyplomu ukończenia studiów. Budowę zakończono w 1913 r. Obok stoi budynek przeznaczony dla ogrodnika, który opiekował się pobliskim cmentarzem, założonym w 1818 r. Dom Oczyszczenia w Olsztynie jest jednym z czterech zachowanych w Polsce jego dzieł (Gliwice, Głuszyca k. Wałbrzycha, Wrocław). Jego sztandarowe dzieło to Wieża Einsteina w Poczdamie zbudowana w latach 1920-1921. W latach 1934-1938 Mendelsohn przebywał w Anglii, od 1939 r. w Jerozolimie. Dwa lata później osiadł w USA i objął tam katedrę architektury na uniwersytecie kalifornijskim. Następnie przeprowadził się do Nowego Jorku, gdzie w okresie II wojny światowej robił ekspertyzy dla United States War Department i wykonywał różnorodne projekty. W 1945 r. przeprowadził się do San Francisco. Rok później otrzymał obywatelstwo amerykańskie.

Olsztyński Żyd Erich Mendelsohn uważany jest za czołowego przedstawiciela ekspresjonizmu w architekturze. Był bardzo czynny – udzielał się w stowarzyszeniach i grupach twórczych, wykładał, wystawiał i publikował katalogi własnych prac, pisał rozprawy teoretyczno-krytyczne, dużo podróżował. Zmarł na raka 15 września 1953 r., jako pacjent nowo wybudowanego Maimonides Hospital w San Francisco, którego także był projektantem.

Wiele obiektów żydowskich w Olsztynie i regionie zostało bezpowrotnie zniszczonych w okresie nazistowskiej nagonki, która przybrała na sile po 1933 r. W 1936 r. władze miejskie przejęły okazałą kamienicę w centrum Olsztyna. Najstarszy dom mieszkalny zwany „Burmistrzówką“ wymagał remontu. Wówczas budynek kupił Karl Neumann, jednak pożar, jaki wybuchł niebawem, dopełnił zniszczeń. Neumann odsprzedał kamienicę miastu. Na rok 1939 zaplanowano jego rekonstrukcję, ale przerwano ją z powodu wojny.

Znawca tematu, Rafał Bętkowski, pisał, że w styczniu 1940 r. szczyt elewacji od strony ulicy został rozebrany do miejsca nad łukiem. Rozebrano wtedy i ostrołukowe arkady od strony Rynku. Na zdjęciach z pierwszej połowy lat 40 nie ma po nich śladu.
Informacja ta jest istotna ze względu na powojenny sposób upamiętnienia własności żydowskiej. Neumann przejął także kamienicę po rodzinie Mendelsohnów. Otóż w 1932 r. ojciec architekta wyprowadził się z kamienicy przy ul. Podgórnej 20 i 21 i zamieszkał w podleśnej willi w Olsztynie jako najemca mieszkań. Kamienica drogą spadku przeszła na szwagra architekta, Maxa Silbersteina, także z Olsztyna. Najstarszy brat Ericha Mendelsohna, Max, nadal mieszkał w domu rodzicielskim i trudnił się drobnym handlem. Max zmarł w 1941 r. Pozostali członkowie rodziny Ericha mieszkający w Olsztynie zginęli w obozach hitlerowskich. „By zatrzeć ślad zbrodni, zniszczono starą księgę hipoteczną domów przy ulicy Podgórnej 20 i 21, a w nowej zapisy dotyczące czasów sprzed 21 września 1941 r. uznano za wygasłe. Obydwie kamienice dostały się w ręce montera Karola Neumanna“.

Podobny los spotkał dom towarowy braci Hirschfeldt, który istniał już 75 lat. W 1938 r. przystąpiono do jego „aryzowania“, a właściciel tak się załamał, że popełnił samobójstwo. Warto przy tym pamiętać, że był on szanowanym obywatelem, zaliczanym do tzw. katolickich Żydów, znanym z ofiarności na budowę kościołów, partycypacji finansowej w urządzaniu imprez religijnych, nieodpłatnego przekazywania ubranek dla ubogich dzieci przystępujących do I komunii świętej. Władze niemieckie samobójstwa tego w ogóle nie łączyły z utratą przez niego mienia.

Apogeum nienawiści wobec Żydów była tzw. noc kryształowa z 9 na 10 listopada 1938 r. W Prusach Wschodnich spalono wówczas prawie wszystkie synagogi. Na obszarze dzisiejszego województwa warmińsko-mazurskiego spłonęły synagogi w Elblągu, Kętrzynie, Lubawie, Nidzicy, Olsztynie, Ostródzie, Pasłęku, Szczytnie i Zalewie. Splądrowano też wiele cmentarzy i sklepów.

W 1939 r. mieszkało w Olsztynie 139 Żydów. Po wybuchu wojny wszystkich umieszczono w domu starców, znajdującym się obok spalonej synagogi. W 1941 r. dołączono do nich Żydów z południowych części Prus Wschodnich. Zgromadzeni tam mężczyźni pracowali w zimie przy odśnieżaniu miasta, w lecie – w ogrodnictwie, kobiety zaś w pralni. Z Olsztyna Niemcy wysłali 3 transporty: pierwszy 24 czerwca 1942 r. został skierowany do Mińska. Drugi 2 sierpnia 1942 r. i trzeci 24 sierpnia 1942 r. (inni podają 15 marca 1943 r.) skierowano do Teresina. Niewielu z nich przeżyło. Wtedy też rozpoczęło się masowe tępienie tej nacji i jej dorobku kulturalnego i materialnego. Palono synagogi, bezczeszczono cmentarze, demolowano nagrobki. Przejmowano także budynki fabryk, sklepów i domów mieszkalnych Żydów, które jako mienie pożydowskie były konfiskowane przez władze hitlerowskie na rzecz skarbu państwa Rzeszy. W 1942 r. nagrobki żydowskie – często wytwór najwyższego kunsztu artystycznego – zaczęto przerabiać na pomniki dla poległych żołnierzy niemieckich, a co gorsza, nierzadko wykorzystywano je jako płyty do utwardzania dróg. Pozostawały bezimienne mogiły, cmentarze porastały chwasty, samosiejki drzew i krzewów.

Społeczność żydowska w Olsztynie
w pierwszych latach powojennych

To co zostało po spuściźnie żydowskiej po II wojnie światowej jest dzisiaj nikłym wspomnieniem jej bogactwa z poprzednich lat. Jeszcze po wojnie istniała szansa na odrodzenie tej kultury i zachowanie żydowskiego dziedzictwa. Mimo że synagogi były zniszczone, istniały cmentarze, powstawały nowe domy modlitwy i gdyby Żydzi nie wyemigrowali z Warmii i Mazur, to być może z czasem wybudowaliby tu swoje świątynie.

Społeczność żydowska po wojnie znalazła się na terenie Okręgu Mazurskiego, a następnie województwa olsztyńskiego głównie w wyniku przesiedleń z terenów ZSRR. Jak wynika z dokumentów archiwalnych, Żydzi zamieszkiwali Olsztyn, Barczewo, Kętrzyn, Ostródę, Morąg, Mrągowo i Nidzicę. Poza tym byli to ludzie zdemobilizowani z Wojska Polskiego oraz ci, który szczęśliwie powrócili z różnych obozów zagłady.

21 stycznia 1946 r. w Olsztynie powstał Wojewódzki Komitet Żydowski, który organizował zebrania i składał półroczne sprawozdania do władz centralnych, czyli Centralnego Komitetu Żydów w Polsce (CKŻP). Na pierwsze zebranie przyszło 57 osób, które postawiły sobie za cel dopomóc Żydom w urządzeniu się i otrzymaniu pracy, a także, zorganizowaniu dla nich pomocy materialnej (pieniądze, żywność) i moralnej. Mimo trudności aprowizacyjnych myślano też i o sprawach duchowych. W ciągu I półrocza odbyły się 3 akademie i jeden odczyt. Starano się także o zapewnienie kształcenia dla dzieci i młodzieży, ale ponieważ było ich bardzo mało (9 osób, z tego troje już pracowało, a tylko sześcioro się uczyło), zadanie to nie zostało wykonane.

Natomiast w grudniu 1947 r. „urządzono dla dzieci i młodzieży wieczór chanukowy, w którym udział brała również cała młodzież (deklamacje). Podczas tej uroczystości urządzono loterię fantową dla dzieci i młodzieży. Wydz. Oświaty CKŻP przydzielił na ten cel pewną ilość słodyczy, przyborów szkolnych i różnych zabawek dla dzieci. Z urządzonego wieczoru chanukowego wszyscy wynieśli jak najlepsze i najmilsze wrażenie“.

Olsztyńska społeczność żydowska zaangażowała się także w akcję pomocy walczącej Palestynie. 21 marca 1948 r. wygłoszono specjalny referat poświęcony tej sprawie. Na terenie Olsztyna urządzono zbiórkę pieniędzy dla Palestyny. „Zebrano ogółem i wysłano do W-wy 77 tys. zł. Jest to b. znikoma, w porównaniu do tego, co dały inne komitety suma, lecz zważywszy, że Olsztyn to miasto wybitnie urzędników słabo uposażonych, gdzie ceny na różne artykuły i [pierwszej] potrzeby są znacznie wyższe, niż w innych dzielnicach Polski, akcja ta dała dużo, tym bardziej jeśli ją porównamy z przeprowadzoną akcją na budowę pomnika Bohaterów Getta W-wskiego. W akcji na rzecz pomocy Walcz. Palestynie nie ominięto nikogo“.

19 kwietnia 1949 r. uroczyście świętowano rocznicę Powstania w Getcie Warszawskim. Odbyło się wówczas zebranie w lokalu Komitetu, na którym wygłoszono dwa referaty: prelegent Sokalski omówił „Znaczenie czynu zbrojnego Bohaterów Getta w ogólnej walce o pokój i demokrację“, natomiast prelegent Szafirsztejn wygłosił referat pt. „Żydzi a Państwo Izrael“. Obecnych na zebraniu było 58 osób. Pamięć o poległych bohaterach uczczono minutą ciszy.

Liczba Żydów w województwie olsztyńskim w pierwszych latach powojennych znacznie się wahała. Różnice te wynikały z dużej migracji, a także poszukiwania swych krewnych i lepszego miejsca do życia. Według statystyk i sprawozdań do CKŻP wynosiła ona: 1946 r. – 156 osób (22 stycznia), 237 osób (31 lipca); 1947 r. – 266 osób (1stycznia), 288 osób (30 kwietnia), 237 osób (31 lipca), 213 osób (31 grudnia); 1948 r. – 213 osób (1 stycznia), 219 osób (17 kwietnia), 193 osoby (30 czerwca); 1949 r. – 132 osoby (1 stycznia) i 119 osób (31 marca).

W pierwszych latach po II wojnie światowej można zauważyć politykę poparcia dla kształtującej się władzy komunistycznej w Polsce, o czym świadczą rezolucje oraz okólniki centralnych i lokalnych władz żydowskich. Pokazuje to starania tej społeczności o umocnienie swoich wpływów, a tym samym nadzieję na stabilizację życia i unormowanie własnej odrębności w ramach ludowego państwa. Dla przykładu przytoczę fragment rezolucji, którą olsztyńscy Żydzi uchwalili na wiecu zwołanym 26 czerwca 1946 r. w celu poparcia dla władz komunistycznych w referendum ludowym: „Solidaryzując się w pełni z polityką Rządu Jedności Narodowej“ Wojewódzki Komitet Żydowski zapowiadał swój udział i poparcie „demokracji ludowej“ w mającym się odbyć za cztery dni referendum. „Dnia 30 czerwca wszyscy Żydzi jak jeden mąż idziemy do urn wyborczych z kartkami tak, tak, tak. Nasze trzykrotne »tak« będzie odpowiedzią na wszelkiego rodzaju zakusy reakcji“.

Także przed wyborami do Sejmu Ustawodawczego z 19 I 1947 r. Centralny Komitet Żydów w Polsce wydał okólnik wzywający do materialnego poparcia funduszu wyborczego partii robotniczych PPR i PPS. Zachęcano do poparcia Bloku Demokratycznego oraz organizowania wieców, zebrań wyborczych i prowadzenia agitacji domowej. Jak widać społeczność żydowska szybko oswoiła się z nową władzą i szukała u niej poparcia dla odzyskania dóbr posiadanych przed wojną. Władza ludowa szybko jednak zapominała o zaangażowaniu żydowskiej społeczności, o czym świadczą chociażby odmowy na przejęcie przez nich przedwojennych lokali.

Po wojnie sprawami kultu i dbaniem o miejsca odprawiania modlitw, czyli domy modlitwy, synagogi i cmentarze zajmowała się Żydowska Kongregacja Wyznaniowa z siedzibą w Olsztynie. Nie posiadała odpowiednich środków, by wyremontować istniejące jeszcze, choć zdewastowane synagogi czy zadbać o cmentarze. Zwracano uwagę, że cmentarz przy ul. Zyndrama z Maszkowic w Olsztynie jest w opłakanym stanie i częściowo rozszabrowany. Kilka miesięcy później komitet organizacyjny Żydowskich Kongregacji Wyznaniowych w Polsce zaniepokoił się sprzedażą przez jedną z olsztyńskich firm nagrobków pochodzących z tamtejszego cmentarza żydowskiego i okolicznych miast. Zwrócił się do Żydowskiej Kongregacji Wyznaniowej w Olsztynie z prośbą o zbadanie tej sprawy. Problem ten był już chyba znany w Olsztynie, bowiem dwa tygodnie wcześniej kongregacja podjęła decyzję o uporządkowaniu cmentarza, wybudowaniu ogrodzenia i zatrudnieniu dozorcy. Zwrócono się z prośbą do prezydenta Olsztyna „o wydzielenie 80 m siatki ogrodzeniowej“.

Po wojnie stan prawny własności żydowskiej długo pozostawał nieuregulowany. Wynikało to z generalnego braku ustawodawstwa w nowym państwie polskim. 6 lutego 1945 r. wyszedł okólnik ministra administracji publicznej o tymczasowym uregulowaniu spraw wyznaniowych ludności żydowskiej. Głosi on, iż „cały majątek ruchomy i nieruchomy pozostały po b. Izraelickich Gminach Wyznaniowych pozostaje tymczasowo w zarządzie Państwa do czasu wejścia w życie ustawy o mieniu opuszczonym. Majątek przeznaczony jest w pierwszym rzędzie na cele żydowskich stowarzyszeń charytatywnych, kulturalnych itp.”

Mając to na uwadze Wojewódzki Komitet Żydowski w Olsztynie w lutym 1946 r. starał się o dwa budynki przy ul. Śląskiej (później przemianowanej na Zyndrama z Maszkowic), pisząc w tym celu do prezydenta miasta. Chodziło o dawny dom przedpogrzebowy i dom ogrodnika usytuowane na cmentarzu żydowskim. W obu tych budynkach było 7 pokoi. Zwracano uwagę, że „Przy ulicy Grunwaldzkiej Nr 6 również [są] 2 budynki należące także do wyżej wspomnianej Gminy lecz zamieszkałe przez ludność cywilną“. Wobec braku odpowiedzi, w grudniu prośbę ponowiono, tym razem kierując pismo do Zarządu Miejskiego i powołując się na prawo: „Na mocy art. 12 Dekretu z dn. 6 VI 45 r. o mocy obowiązującej orzeczeń sadowych wydanych w okresie okupacji niemieckiej na terenie Rzeczypospolitej Polskiej Wojewódzki Komitet Żydów Polskich w Olsztynie prosi o przekazanie do dyspozycji W.K.Ż.Pol. w Olsztynie niżej wymienionych nieruchomości, stanowiących własność Gminy Żydowskiej w Olsztynie: 1) dom przy ul. Grunwaldzkiej Nr 5; 2) dom przy ul. Grunwaldzkiej Nr 5 a; 3) dom przy ul. Kajki Nr 2. Podstawą do zwrotu w/w nieruchomości jest »Adressbuch Allenstein« z r. 1929/30“.

Z podjęciem ostatecznej decyzji zwlekano dość długo, bowiem ustawodawstwo nie było w kwestii spuścizny pożydowskiej jednolite. Dla powojennych stosunków własnościowych szczególne znaczenie miał dekret z 8 marca 1946 r. o majątkach opuszczonych i poniemieckich. Poprzedziła go ustawa z 6 maja 1945 r., która wprowadzała pojęcie „majątek opuszczony“ i „porzucony“. W dekrecie wprowadzono jednak pojęcie „majątku poniemieckiego“, co miało szczególne znaczenie na terenach byłej III Rzeszy, które przypadły Polsce na mocy postanowień poczdamskich. Majątek gmin wyznaniowych żydowskich uznawano jako majątek opuszczony, a prawa własności domów mieszkalnych, kamienic czy sklepów należących w latach trzydziestych do Żydów były kwestionowane. Wynikało to z przejmowania mienia żydowskiego przez obywateli niemieckich czy to w końcu lat 30, czy też w trakcie zagłady tej społeczności w latach II wojny światowej. Stąd majątek żydowski był uznawany za mienie poniemieckie i przechodził po 1945 r. na własność państwa polskiego. Obydwa akty prawne (dekret z 1945 r. i ustawa z 1946 r.) przewidywały przekazywanie majątku żydowskich gmin wyznaniowych m.in. organizacjom pomocy dla grup ludności szczególnie prześladowanych przez okupanta. Jednak przerwanie ciągłości prawnej Żydowskich Zrzeszeń Religijnych (Żydowskich Kongregacji Wyznaniowych) z przedwojennymi gminami znacznie ograniczyło dostęp do tego majątku i dysponowanie nim. Sytuację komplikował brak osobowości prawnej zrzeszeń (kongregacji) i całej wspólnoty wyznania mojżeszowego. Zaciążyło to na długie lata nad sytuacją majątkową wspólnoty, a w sytuacjach konfliktowych (i nie tylko) dekret z 1946 r. stał się najczęściej przywoływanym aktem prawnym.

Biorąc pod uwagę powyższą interpretację przepisów, w marcu 1947 r. Okręgowy Urząd Likwidacyjny poinformował, „iż nie wszystkie nieruchomości, o które ubiega się W.K. Ż. stanowiły własność b. gminy żydowskiej w Olsztynie, na przykład nieruchomość przy ul. Kajki 2, jak wynika z niemieckiej książki adresowej m. Olsztyna „Einwohnerbuch“ z 1939 r. była prywatną własnością Niemca Gizeinreicha Waltera. Zgodnie z dekretem z roku 1946 o majątkach opuszczonych i poniemieckich nieruchomość jako majątek poniemiecki przechodzi na własność Skarbu Państwa. W związku z powyższym O.U.L. uznając wniosek za nieuzasadniony anuluje go. Wojewódzki Komitet Żydowski może ubiegać się o przekazanie nieruchomości, jako prawny następca b. właściciela, jedynie po b. gminie żydowskiej“.

Aby udowodnić własność poszczególnych parceli, WKŻ musiał prosić Sąd Grodzki w Olsztynie Oddział Ksiąg Wieczystych o wydanie skróconego wyciągu z tabeli akt gruntowych, za co oczywiście musiał sporo zapłacić. Ostatecznie został im oddany jedynie dom przedpogrzebowy przy ul. Zyndrama z Maszkowic, który do początku lat 50 pełnił funkcję mieszkalną, a jego właścicielem było Zjednoczenie Żydów w Rzeszy.

Pod koniec lat czterdziestych rozpoczęła się wzmożona emigracja Żydów poza granice Polski, głównie do Palestyny. Od 14 maja 1948 r. do końca 1950 r. do Izraela wyjechało ponad 106 tys. polskich Żydów. W tej sytuacji sukcesywnie zmniejszała się ich liczba także na Warmii i Mazurach. Przyczyn tego zjawiska było kilka:
1) Polska stała się „cmentarzem“ ich najbliższych z całym bagażem „piętna getta i krematoriów“,
2) po pogromie kieleckim z 4 lipca 1946 r. nasilił się brak poczucia bezpieczeństwa,
3) wśród wielu Żydów rozpowszechnione było przekonanie o współodpowiedzialności społeczeństwa polskiego za Holocaust,
4) powstanie państwa Izrael dawało szansę na lepsze życie we własnym kraju.

Postępująca stalinizacja Polski doprowadziła do likwidacji wszystkich organizacji żydowskich. 29 października 1950 r. z połączenia CKŻP i Żydowskiego Towarzystwa Kultury powstało Towarzystwo Społeczno-Kulturalne Żydów w Polsce.

Stosunek do miejsc pochówku
i obiektów cmentarnych

Kiedy zabrakło spadkobierców wielopokoleniowej spuścizny żydowskiej, budynki i cmentarze zostały pozbawione prawdziwego opiekuna, mimo to przez pierwsze kilka powojennych lat nie można mówić o jakieś szczególnej znieczulicy społecznej. Jak twierdził Antoni Sołoma spontanicznym wysiłkiem ludności i gospodarki komunalnej zabezpieczano kirkuty, a raczej ich szczątki, przed naturalnym działaniem czasu.

W początkach lipca 1951 r. ówczesny dyrektor Żydowskiego Instytutu Historycznego, profesor Bernard Mark, skierował do Zarządu Głównego Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego Żydów w Polsce pismo w sprawie żydowskich cmentarzy, które trafiło do Urzędu do spraw Wyznań, co było wówczas powszechną praktyką. Nadarzyła się więc okazja, aby centralna instytucja państwowa, odpowiedzialna – przynamniej formalnie – za sprawy wyznaniowe, zwróciła większą uwagę na ten odcinek polityki wyznaniowej. Dla urzędu nie była to zbyt trudna sprawa, gdyż nieco wcześniej zainicjował podobne działania w odniesieniu do nieużytkowanych ewangelickich nieruchomości. Już 19 marca 1952 r. urząd skierował do podległych wojewódzkich referatów do spraw wyznań bardzo szczegółowy kwestionariusz, żądając informacji o cmentarzach, obiektach kultu, użytkownikach, ewentualnie zniszczeniach mienia żydowskiego. Zestawienie zbiorcze wskazuje, że w województwie olsztyńskim w 1952 r. znajdowało się 15 cmentarzy i 9 synagog.

W latach 50 coraz częściej dawały o sobie znać przypadki zderzania się racji gospodarczych z racjami religijnymi. Rozwój aglomeracji miejskich i industrializacja sprawiały, że były to nieuniknione. Tereny cmentarzy stawały się przedmiotem zainteresowania budownictwa mieszkaniowego. Powszechnym zjawiskiem były dewastacje, kradzieże nagrobków i rozbiórki ogrodzeń cmentarnych. W środowiskach wiejskich i małomiasteczkowych nierzadko cmentarze były terenami upraw rolnych czy wypasu bydła. Władze lokalne w przypadku cmentarzy „poniemieckich i opuszczonych“ nie były skore do ich zabezpieczania – wręcz odwrotnie, wolały raczej ich likwidację jako sposób pozbycia się problemu. Nowelizacja ustawy z 1932 r. o cmentarzach przyjęta 31 stycznia 1959 r. dotyczyła także cmentarzy nieczynnych – ich zamykania, likwidacji i przekazania na inne cele. Niezamierzonym skutkiem intencji ustawodawcy było żywiołowe zawłaszczanie ich na najrozmaitsze cele – inwestycyjne, budowlane, rekreacyjne.

Opuszczone cmentarze stały się źródłem kamienia budowlanego dla mieszkańców odbudowujących się miasteczek. Władze nie przeszkadzały, a wręcz niektórymi zarządzeniami wspomagały ten proceder, np. zezwalając na wykorzystywanie kamienia nagrobnego pochodzącego ze zlikwidowanych cmentarzy pozostających w zarządzie i użytkowaniu organów ds. gospodarki komunalnej. Okólnik nr 11 Ministra Gospodarki Komunalnej z 3 VII 1964 r. stwierdzał: „cmentarze żydowskie stanowiące majątek opuszczony (…) przeszły na własność Państwa przez przedawnienie (zasiedzenie)“ w myśl art. 34. ust. 1 tego dekretu (z 8 marca 1946 r.). To właśnie te cmentarze powinny być zamknięte z odwołaniem się do ustawy z 31 stycznia 1959 r.

W przywoływanej tu ustawie zastrzegano, iż „użycie terenu cmentarnego po zamknięciu cmentarza na inny cel nie może nastąpić przed upływem 40 lat od chwili ostatniego pochowania zwłok na cmentarzu“. Zwracano przy tym uwagę, że mimo upływu tych lat trzeba zadbać, by uszkodzeniu nie uległy pamiątki „wartości historycznej, archeologicznej lub artystycznej, pamiątki takie mogą być przeniesione na odpowiednie miejsce za zezwoleniem właściwego organu administracji prezydium wojewódzkiej (miasta wyłączonego z województwa) rady narodowej“.

Likwidacje nieczynnych cmentarzy, głównie ewangelickich, żydowskich, rzadziej katolickich, były na tyle powszechne, że 14 lutego 1972 r. podsekretarz stanu w Ministerstwie Gospodarki Komunalnej, Ludwik Ochocki, wysłał do przewodniczącego Prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej w Olsztynie, Mariana Gotowca, rozporządzenie dotyczące „odzyskanego“ kamienia nagrobnego: „Z uporządkowaniem cmentarzy nieczynnych wiąże się odzysk kamienia nagrobnego ze zlikwidowanych kwater grzebalnych oraz cmentarzy nieczynnych przeznaczonych na inny cel. Wykonawcy robót porządkowych powinni wyłączyć z ogólnej ilości zebranego kamienia – kamienie o dużej wartości użytkowej jak: granit czarny, różowy, sjenit, marmury krystaliczne, labrador oraz nie zniszczone elementy nagrobków z granitów jasnych, posegregować je, zewidencjonować i zmagazynować jako materiał cenny i przydatny do dalszej obróbki na cele nagrobkowe“. W 1973 r. ustalono cenę zbytu 20.000 zł za 1 m3 kamieni pełnowartościowych – marmurów, granitów i labradorytów, pochodzących ze złóż zagranicznych, co spowodowało jeszcze większe zainteresowanie nagrobkami. Ze względu na ich wartość materialną, ludzie z tak zwanego wówczas „elementu społecznego“ mogli zabierać je z miejsca cmentarnego i korzystnie sprzedawać. Sytuacja była na tyle poważna i nagminna w całym państwie, iż zatrwożone Ministerstwo Gospodarki Terenowej i Ochrony Srodowiska Departament Gospodarki Komunalnej w Warszawie rozesłało do urzędów wojewódzkich pismo dotyczące odszkodowań za kradzieże zaistniałe na cmentarzach: „W związku z powtarzającymi się kradzieżami różnych urządzeń cmentarzy i mogił (nagrobki, płyty, krawężniki nagrobkowe itp.) oraz występowaniem osób fizycznych do zarządów cmentarzy o odszkodowanie z tytułu dokonanej kradzieży, Ministerstwo wyjaśnia“, że za te czyny grozi odpowiedzialność karna jak za kradzież i odpowiedzialność cywilna, czyli zobowiązanie do naprawienia szkody. W związku z tym zarząd cmentarza musi ponieść odpowiedzialność cywilną, bowiem jest „odpowiedzialny za roztoczenie należytej pieczy nad terenem cmentarza“.

Aby ocalić pozostałe w krajobrazie, a pozbawione opiekunów cmentarze wiejskie i miejskie Wojewódzki Konserwator Zabytków w Olsztynie Lucjan Czubiel wydał 7 kwietnia 1984 r. specjalne obwieszczenie, zawierające spis zabytkowych cmentarzy godnych ochrony. W wyniku dogłębnych badań terenowych, analizy literatury przedwojennej i sprawozdań władz lokalnych udało się stworzyć wykaz cmentarzy założonych przed 1945 r. na terenie województwa olsztyńskiego. Pozwoliło to zorientować się władzom gminnym i powiatowym, czy dany cmentarz ma walory zabytku i ukierunkować ich dalsze działania związane z porządkowaniem terenów po nieczynnych cmentarzach.

Cmentarz żydowski w Olsztynie

Od 1945 r. w domu ogrodnika przy cmentarzu żydowskim w Olsztynie mieszkał Marian Smoliński oraz dwaj inni Żydzi o nazwiskach Zembrzuski i Malina. Ten ostatni przed 1950 rokiem wyjechał do Palestyny. Smoliński został niebawem wykwaterowany, ale aż do śmierci w 1968 lub 1969 r. opiekował się kirkutem, na którym pochowani zostali m.in. rodzice Ericha Mendelsohna. Różnie potoczyły się losy samego kirkutu i obiektów przycmentarnych, czyli domu przedpogrzebowego wraz z domem ogrodnika. Ponieważ zabudowania cmentarne stanowiły przed wojną integralną całość z kirkutem, ich losy powojenne, choć układające się odmiennie, zostały omówione wspólnie.

Mimo że od wojny minęło kilka lat, w Olsztynie – podobnie jak w wielu innych miastach Polski – brakowało domów mieszkalnych i budynków urzędowych, zaistniała więc potrzeba prawnego uzasadnienia dla wywłaszczenia i zawłaszczenia majątku poniemieckiego, żydowskiego, a nawet prywatnego. Stało się to możliwe po wydaniu dekretu z 26 kwietnia 1949 r. o nabywaniu i przekazywaniu nieruchomości niezbędnych dla realizacji narodowych planów gospodarczych oraz uchwały Komitetu Ekonomicznego Rady Ministrów z 10 marca 1950 r. w sprawie zagospodarowania niektórych majątków znajdujących się w ewidencji Urzędów Likwidacyjnych. Właśnie w zarządzie olsztyńskiego Urzędu Likwidacyjnego znajdowały się zabudowania na cmentarzu żydowskim.

Na jesieni 1950 r. budynkami tymi zainteresowała się Naczelna Dyrekcja Archiwów w Warszawie, która skierowała pismo do Biura do spraw Wyznań z prośbą „o przeznaczenie na cele archiwalne budynków synagog w miastach wojewódzkich, w których gminy wyznaniowe żydowskie przestały faktycznie istnieć, względnie w których znajduje się kilka niewykorzystywanych synagog. W szczególności Naczelna Dyrekcja Archiwów pozwala sobie zwrócić uwagę na gmachy synagog w Krakowie, Kielcach, Rzeszowie. Budynki te niezabezpieczone niszczeją. Przeznaczenie budynków synagog na cele archiwalne, a więc na pomieszczenie kart i dokumentów przeszłości, nosi wszelkie cechy uszanowania pierwotnego przeznaczenia tych obiektów. Archiwa związane są z pracą naukową, mającą charakter poważny i nie wymagają masowej frekwencji publiczności“.

Prośba ta nadała bieg także zmianie użytkownika Bet Tahara w Olsztynie. Już w styczniu 1951 r. Archiwum Państwowe po uzyskaniu zgody przez Referat do spraw Wyznań Prezydium WRN w Olsztynie prosiło o przekazanie „byłego żydowskiego domu przedpogrzebowego położonego przy ul. Zyndrama z Maszkowic w Olsztynie, na cele pomieszczenia magazynu archiwalnego“. Do prośby dołączono szkic sytuacyjny i wyciąg z tabeli hipotecznej. W kolejnym piśmie uszczegółowiono położenie działki i już 9 marca 1951 r. dom przedpogrzebowy projektu Ericha Mendelsohna, jako nieruchomość po byłym Związku Żydów w Olsztynie, przekazano na czas nieokreślony protokołem zdawczo-odbiorczym na potrzeby archiwum olsztyńskiego. Okręgowy Urząd Likwidacyjny w Olsztynie reprezentowany był przez naczelnika Szymona Szafirszteina, a Archiwum Państwowe przez mgr. Tadeusza Grygiera. Przekazania dokonano w obecności przedstawiciela Prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej w Olsztynie, inspektora Adolfa Dujanowicza. Całą transakcję usankcjonowano prawnie na mocy dekretu z 8 marca 1946 r. o majątkach opuszczonych i poniemieckich.

W dokumencie zapisano, iż „przekazane nieruchomości składają się z dwóch budynków murowanych długości 17 i 18 mtr szer. 10 i 17 mtr wys. 2,5 i 3, kryte dachówką w stanie 60 i 20% przy ul. Zyndrama z Maszkowic (dom przedpogrzebowy i synagoga)“. Archiwum zobowiązało się dbać o przejęte nieruchomości i ubezpieczyć je od ognia.

Należy tu zwrócić uwagę, że jeszcze wówczas nie znano wcześniejszego przeznaczenia obu budynków, pisząc, że oprócz domu przedpogrzebowego przejęto także synagogę.

Remont i przebudowa na potrzeby użyteczności publicznej – biura i magazyny – spowodowały zatarcie pierwotnej koncepcji architektonicznej Mendelsohna, m.in. położono strop Kleina nad pomieszczeniem sali głównej Domu Oczyszczenia, zamknięto wyjście na cmentarz w ścianie południowej. Podczas drugiego remontu w 1971 r. wybudowano łącznik pomiędzy Domem Oczyszczenia a domem mieszkalnym, a tym samym połączono je w całość funkcjonalno-przestrzenną. Koszt remontu budynków w latach 1971-1975 wyniósł 1200000 złotych.

Użytkownika ani prawnego opiekuna nie znalazł natomiast cmentarz żydowski, który podobnie jak wiele innych w całej Polsce, uległ celowej dewastacji. Warto czytając poniższe dokumenty, wspomnienia i oceny zastanowić się, ile w tym było złej woli władz polskich, tych centralnych i tych lokalnych.

Czy była to zamierzona dewastacja sterowana odgórnie? Jeżeli tak, to w jakim celu? A może były to po prostu chuligańskie wybryki nieuświadomionego społeczeństwa (młodzieży, pijaków)? Wszak cmentarze stanowiły łatwy łup dla złodziei kamieni szlachetnych, które za korzystną cenę można było sprzedać.

Nota bene po wielu latach propagandy prospołecznej i uświadamiania, czym jest wspólne dobro, nawet w XXI wieku mieliśmy plagę złomiarzy, którzy kradli kable wysokiego napięcia i szyny kolejowe, by zarobić na ich sprzedaży.

Kirkut w Olsztynie był użytkowany do 1934 r., a cmentarz formalnie zamknięto w roku 1955. Chociaż do dnia dzisiejszego nie zachował się ani jeden pomnik, pozostał jednak czytelny układ alei i piękny starodrzew (głównie lipy) w liczbie 69. Szczególnie widoczna jest aleja w dolnej, późniejszej części cmentarza. Zachowały się fragmenty grobowców, w które wrosły drzewa. Lokalny wpływ widoczny na cmentarzu w Olsztynie to cementowe lub kamienne obramienia mogił, które w innych regionach nie były stosowane.

Mimo że społeczności żydowskiej już nie było w Olsztynie, to jednak pojedynczy wyznawcy judaizmu byli bardzo zaniepokojeni stanem cmentarza. W kwietniu 1959 r. napisali list do redakcji ogólnopolskiego żydowskiego pisma „Fołks Sztyme“ (Głos Ludu), który za pośrednictwem Zarządu Głównego TSKŻ został przekazany Ministerstwu Spraw Wewnętrznych. Oto fragment listu opisującego dewastację kirkutu w latach pięćdziesiątych:

„Wspomniany cmentarz jest nieczynny. My atoli, jako stali mieszkańcy miasta wiemy, że jeszcze w r. 1949 byli tu pogrzebani ludzie, a zatem według przepisów prawa nie może on być naruszony i winien się znajdować pod opieką administracji państwowej przez wiele jeszcze lat. Na tym to cmentarzu znajdowało się do ostatnich jeszcze dni wiele drogich sercom potomnych pamiątek po zmarłych członkach ich rodzin w postaci nagrobków wykonanych z bardzo cennego materiału jak: z marmuru, granitu szwedzkiego i innego materiału. Na nagrobkach tych wyryte były poza tym cenne napisy, wersety z Biblii i modlitw, świadczące o głębokim kulcie dla zmarłych. Cmentarz ten był i jest jeszcze stale odwiedzany przez rodziny zmarłych. Ostatnio np., ale jeszcze przed zniszczeniem go, odwiedził tu grób ojca swego znany uczony, profesor Uniwersytetu w Jerozolimie dr A. L. Olitzki, który bawił w Polsce z racji odbywającego się u nas zjazdu Międzynarodowego Naukowców i dziękował nam ze łzami w oczach za opiekę i porządek około grobu.
Prawdą jest, że na pamiątki te, a raczej na cenny materiał, z którego były one wykonane zwrócone były zawsze oczy przeróżnych szabrowników i złodziejów cudzego mienia. Jeden z podpisanych niżej obywateli [Smoliński Marian] poczuwał się do obowiązku pilnowania ich i bronienia przed grabieżą i niszczeniem. Z własnej inicjatywy i bezinteresownie ogradzał on w tym celu cmentarz parkanem i drutem i może przytoczyć dziesiątki przykładów, jak z narażeniem życia spędzał owe hieny ludzkie z cmentarza, grożąc przywołaniem milicji. Jakoż przed szabrownikami udało mu się obronić cmentarz i jego pamiątki. Niestety, w jesieni 1958 r. przybyła na cmentarz jakaś liczniejsza grupa ludzi. Na jego zapytanie czego szukają tu oni odpowiedzieli, że są przedstawicielami Prezydium Miejskiej Rady Narodowej i zadaniem ich jest zabezpieczenie znajdujących się tu materiałów nagrobkowych. Ludzie ci rozkopali najpierw jeden z grobów, wyrzucili z niego kości oglądając je dokładnie. Następnie pozostawiwszy grób otwarty, porozwalali otaczające cmentarz mury wprowadzili traktory i w ciągu kilku dni wywieźli wszystkie wartościowe pomniki, pozostawiając otwarty cmentarz, rozkopane groby i te nagrobki, które nie przedstawiają żadnej wartości materialnej. Próba interwencji wymienionego Smolińskiego w Wydziale Kultury Prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej nie dała rezultatu. Patrzącemu na tę robotę obywatelowi Smolińskiemu wydawało się, iż takiej profanacji cmentarza dokonywanej w biały dzień nie mogli przecież dopuścić się ludzie urzędowi, przedstawiciele władzy państwowej. Wyglądało to raczej na zakrojoną na szerszą skalę akcję szabrowniczą ze strony ludzi nie uznających ani litery prawa, ani kultu religijnego, ani nawet sumienia ludzkiego. O prawdzie naszych słów przekonać się można zresztą jeszcze i dziś, gdyż do dziś dnia cmentarz stoi nieogrodzony, nagrobki zburzone, jakby pod działaniem jakiegoś szczególniejszego kataklizmu i nie widać żadnego zainteresowania się i opieki nad tym obiektem ze strony władz miejskich czy milicyjnych.
W rezultacie cmentarz przestawia dziś jedną wielką ruinę. Otwarty ze wszystkich stron stanowi dziś teren, na którym pijacy i wszelkiego rodzaju chuliganeria urządza orgie, a co gorsza nawet młodzież przedszkolna używa miejsca cmentarnego jako placu zabaw, depce nagrobki, burzy pozostałe pomniki, łamie drzewa i wyprawia niesamowite wrzaski. My zainteresowani w tym obywatele nie wyobrażamy sobie, z czym ta młodzież wejdzie później do szkoły i jak reagować będzie na słowa wychowawców na temat kultu dla zmarłych, skoro dziś nie ma komu zwrócić jej na te sprawy uwagi. A trzeba jeszcze wiedzieć, że tak zdewastowany i sprofanowany cmentarz leży przy ulicy, którą przechodzą codziennie setki młodzieży szkolnej do jednej z nowo zbudowanych szkół przy ulicy K. Jagiellończyka. Taki widok nie jest chyba dla niej dobrym przykładem. Niniejszy list kierujemy do redakcji Głosu z myślą, że zechce ona zająć się zbadaniem tej sprawy i poruszeniem jej u kompetentnych władz, albowiem to, co tu się stało, urąga wszelkiemu prawu i etyce, wychowawczo na otoczenie na pewno nie oddziałuje, a nasze najświętsze uczucia głęboko rani“.

Niestety, oczekiwanego efektu nie było, co potwierdzają inne relacje zebrane przez Magdalenę Bartnik od mieszkańców pobliskich ulic. Krystyna Wiwatowska-Chylińska, kierownik IV oddziału Archiwum Państwowego w Olsztynie, który mieścił się w domu przedpogrzebowym, wspominała, jak wyglądał cmentarz pod koniec 1969 r.: „Pomniki były duże, eleganckie i bogate, z czarnego marmuru, tablice były porozbijane, niektóre pomniki były ogrodzone płotkami, łańcuszkami. Na brzegu były tylko resztki cokołów, obmurowania. Cmentarz kończył się kiedyś murkiem, bo mieściły się tam jakieś warsztaty, i w lewej części, w przejściu w stronę ulicy Jagiellończyka, kończył się murem, natomiast sam środek był pusty, tak jakby była kiedyś tam brama. Przy ścianie następnego budynku pomniki były już wtedy zdewastowane, pozostały tylko cokoły“. Franciszek Sokołowski, kierownik II oddziału Archiwum Państwowego pamiętał, że widział tam piękny różowy marmur i powycinane na nagrobkach arabeski. Natomiast Zbigniew Gosztowtt, który w latach 60 jako licealista przesiadywał z kolegami na cmentarzu wspominał: „Prześliczne pomniki, takich się nie widzi, chyba że na Powązkach. Królował czarny marmur. W dole był piękny pomnik, było to miejsce naszych spotkań“.

Niestety, nie można odszukać żadnej dokumentacji cmentarza, nie została zrobiona ani jedna fotografia. Lucjan Czubiel w rozmowie z Magdaleną Bartnik powiedział, że z nakazu WKZ opiekunem cmentarza był Wydział Gospodarki Komunalnej Urzędu Miejskiego, więc decyzję o likwidacji podjął ten wydział. Tymczasem można przypuszczać, że gdyby konserwator wziął pod opiekę zarówno cmentarz żydowski, jak i ewangelicki, mogłyby one ocaleć. Świadczą o tym dwa dokumenty znalezione w archiwum Wojewódzkiego Urzędu Ochrony Zabytków. Otóż procedura likwidacyjna była następująca: Ministerstwo Gospodarki Komunalnej wnioskowało o „zmianę użytkowania dwóch cmentarzy grzebalnych w Olsztynie 1) cmentarz żydowski przy ul. Zyndrama z Maszkowic, 2) cmentarz ewangelicki przy al. Wojska Polskiego i ul. Rataja“. Zwróciło się w tej sprawie do Ministerstwa Kultury i Sztuki Zarządu Muzeów i Ochrony Zabytków z prośbą o wyrażenie zgody. Wobec tego w kwietniu 1969 r. Zarząd prosił „Obywatela Konserwatora o możliwie szybką informację czy w/w cmentarze nie stanowią obiektu zabytkowego o znaczeniu historycznym lub kulturalno-artystycznym (np. zabytkowe nagrobki itp.)“ Na co, jakby zrzucając z siebie odpowiedzialność, „Wojewódzki Konserwator Zabytków w Olsztynie uprzejmie informuje, że cmentarze grzebalne w Olsztynie zostały zamknięte i nie stanowią żadnego obiektu zabytkowego o znaczeniu historycznym lub kulturalnym i artystycznym“.

Przy skrzyżowaniu ulic Grunwaldzkiej i Zyndrama z Maszkowic mieściła się knajpa „Pod Koniem“ zwana także „Tatar“ (obecnie jest tu sklep z używaną odzieżą). Goście tego lokalu wielokrotnie przenosili imprezy w okolice cmentarne. W 1970 r. na cmentarzu zamordowano kobietę. Niektórzy uważają, że w bezpośredni sposób przyczyniło się to do likwidacji cmentarza.

Mieszkanka domu przy ul. Smętka, Wanda Gosztowtt, wspominała, że: „Najpierw ginęły pojedyncze pomniki, a później była generalna rozbiórka, między 1968 a 1970 rokiem. Plany likwidacji cmentarza były wiadome dawno, mieli zrobić w tym miejscu park“. Krystyna Wiwatowska-Chylińska, pracując w pobliżu cmentarza, zapamiętała szczegóły likwidacji kirkutu: „To musiało być przed 1971 rokiem, zimą. Przyjechała ciężarówka i fura w konie. Jacyś ludzie zaczęli rozbierać co lepsze pomniki, ładować na przyczepy, działo się to w ciągu dnia. Wówczas moja pracownica pobiegła do zamku i zadzwoniła na milicję, powiedziała, że kradną z cmentarza pomniki. Tego samego dnia przyjechała milicja, wylegitymowała rozbierających. To pierwsze podejście do wywożenia skończyło się tym, że ci ludzie zostawili to i wyjechali. Ale za kilka dni przyjechali ponownie i widocznie już mieli pozwolenie, bo ich nikt nie legitymował“. Sytuację tę opisywał też Bolesław Wolski, architekt, który jako pierwszy przypomniał postać Ericha Mendelsohna: „Pomniki wyrywano miejskimi traktorami, widziałem jak ciągniki wywlekały obudowy nagrobków.

Trwało to parę tygodni, nikt się temu nie dziwił. Pamiętam, jak wywozili pomniki, głównie lastrykowe, a te porządniejsze zmagazynowano. Potem zasiano trawkę“. Inny mieszkaniec domu sąsiadującego z cmentarzem, Czesław Kolano, mówił: „Co tam się działo?! W dzień rwali pomniki, wieczorem przychodziła granda ludzi, opryszków, rozkopywali groby, wyrywali zęby, pierścionki. Nikt tego nie pilnował, nie wiem, kto wyrywał, ale wiem, że przychodzili, rozkopywali, wyrywali. Później przyjechał spychacz i wszystko przy ziemi wyrównał i zrobili park“. Natomiast Kazimierz Borowik dopowiedział, że „resztki nagrobków spychali do bagna, jednak gdy zobaczyli, że na powierzchni są ludzkie zwłoki, że do tego bagna spychają ludzkie kości, przestali to robić“.

Jako pierwszy z historyków Jerzy Sikorski zwrócił uwagę na losy macew z olsztyńskiego cmentarza. Powiedział mi, że użyto ich do umocnienia skarpy przy dawnym Klubie Garnizonowym „Casablanka“ pod olsztyńskim zamkiem. (…)

Macewy pozostały tam do lata 2011 r., kiedy to, przy okazji remontu tego obiektu, zostały przekazane Stowarzyszeniu Wspólnota Kulturowa Borussia, które jako właściciel Domu Przedpogrzebowego przy ul. Zyndrama z Maszkowic zamierza urządzić tam lapidarium. Macew naliczono około 80 sztuk. Już pobieżna obserwacja terenowa uświadomiła mi, iż zostały wmurowane napisami do wewnątrz, co je uratowało. Część napisów w języku hebrajskim i niemieckim była widoczna na odsłoniętych częściach płyt. Druga informacja mówiąca o kamieniach nagrobnych dotyczy któregoś ze skrzyżowań ulicy Grunwaldzkiej na wysokości albo ulicy Zyndrama, albo poniżej, gdzie w trakcie prac remontowych macewy wrzucano w wykop. Niestety, do dzisiaj nagrobki nie są stamtąd wydobyte.

Nowe funkcje przedwojennych synagog
i kamienic żydowskich

Zgodnie z uchwałą o przejęciu dóbr poniemieckich, także wiele budynków żydowskich przeszło na własność państwa. Spowodowane to było faktem licznej emigracji Żydów w końcu lat 30 lub też konfiskatą ich własności przez władze hitlerowskie, szczególnie po „nocy kryształowej“. Była to sytuacja typowa dla całego kraju. Przykładem niech będzie Poznań, gdzie w dawnej synagodze, przekształconej w pływalnię jeszcze w czasach okupacji hitlerowskiej, także po wojnie utworzono basen. Nota bene pełni tę funkcję do dzisiaj i dopiero po przełomie 1989 r. umieszczono na budynku tablicę przypominającą, że była to niegdyś żydowska synagoga

Również w Olsztynie dom na rogu ul. Kołłątaja i Okopowej został przejęty przez państwo polskie i przeszedł we władanie Miejskiego Zarządu Budynków Mieszkalnych (później Przedsiębiorstwa Gospodarki Miejskiej). Po wojnie w dawnym domu modlitwy wymieniono jedynie stolarkę okienną i dwa razy odnawiano elewację. Przez lata na parterze był sklep motoryzacyjny, u góry mieszkania. W 1974 r. Wydział Gospodarki Komunalnej, Przestrzennej i Ochrony Srodowiska Urzędu Miejskiego w Olsztynie wydał nakaz opracowania orzeczenia o stanie technicznym budynku. W uzasadnieniu napisano: „Budynek mieszkalny stanowi zabytek kultury materialnej i wymaga starannej opieki ze strony użytkowników. Obecny stan budynku jest niezadowalający. Orzeczenie techniczne określi aktualny stan techniczny oraz potrzeby remontowe“.

Niestety, za tym nakazem nie poszły żadne prace, a stan obiektu pogarszał się z roku na rok. Ostatecznie w połowie lat 80 lokatorów wykwaterowano, a dom przeznaczono do remontu. Czekał na swoją kolej i lepszą kondycję finansową właściciela (tj. PGM-u) kilka lat. Nieużytkowany niszczał i ulegał dewastacji.

Gdy pod koniec lat 80 konserwator zabytków przystąpił do sporządzania dokumentacji budynku, stwierdził bardzo zły stan techniczny. Już wówczas wnętrze było zdewastowane, a instalacje: elektryczna, wodno-kanalizacyjna i gazowa rozkradzione. Postulował natychmiastowy kompleksowy remont kapitalny, z przemurowaniem ścian, wymianą stropów i pokrycia dachowego, podłóg, stolarki“.

Na początku grudnia 1987 r. budynkiem zainteresowało się Przedsiębiorstwo Eksportu Wewnętrznego „Pewex“, które prosiło o przekazanie go na rzecz przedsiębiorstwa, w zamian za przeprowadzenie kapitalnego remontu.

Decyzja konserwatora musiała być szybka. I rzeczywiście, w ostatnim dniu 1987 r. Urząd Wojewódzki, Wydział Kultury i Sztuki, Wojewódzki Konserwator Zabytków w Olsztynie wyraził zgodę na przejęcie i wyremontowanie owej kamienicy. Jednocześnie powołując się na ustawę o ochronie zabytków z 1962 r. nakazano w opracowanej dokumentacji uwzględnić poniższe wytyczne:
– “zachować istniejącą bryłę obiektu i przesklepione kolebkami zabytkowe piwnice,
– tynki zewnętrzne wykonać jako wapienne, gładkie,
– zrekonstruować zniszczony gzyms krenelażowy na elewacji od strony ul. H. Kołłątaja,
– odtworzyć historyczny podział osiowy w poziomie parteru (w miejsce istniejących witryn zaprojektować otwory okienne ze stolarką indywidualną na wzór istniejącej na I-szym piętrze)“.

Wymogi te chyba przeraziły przedsiębiorstwo, które w lipcu 1988 r. wycofało się z chęci przejęcia budynku. Został on później rozebrany i zbudowany od nowa z zachowaniem dawnego stylu architektonicznego.

W 1955 r. odbudowano kamienicę zwaną „Burmistrzówką“, pod numerem 11/16 przy Starym Rynku w Olsztynie, z przeznaczeniem na lokale mieszkalne, a na parterze – handlowe (od wielu lat mieszczą się tam Delikatesy). Badacz architektury Olsztyna – Rafał Bętkowski podaje, że odtworzono ostrołukowe arkady, lecz budynek powiększono przy tym i podwyższono, nadając mu charakter neobarokowy. Podczas odbudowy usunięto też wszystkie ocalałe z wojennej pożogi resztki zabytkowej budowli. Nikt nie zadbał o ich zachowanie. Sredniowieczne piwnice oraz mury magistralne domu, uznanego za najstarszy dom podcieniowy Prus Wschodnich, zostały wyburzone. Jedyny autentyczny fragment – gotycki łuk ponad biegnącym podcieniami pasażem – przetrwał jakby przypadkiem, „wtopiony“ w arkadę sąsiedniej kamienicy nr 10.

Na fasadzie tej kamienicy w latach powojennych (niestety, nie udało się ustalić podczas którego remontu) nad oknami pierwszego piętra wytłoczono ozdoby – gwiazdy Dawida, jako symbol obecności żydowskiej w przedwojennym Olsztynie, znak własności tej kamienicy przed II wojną światową i niejako hołd złożony tej nacji.

Innym budynkiem świadczącym o dziedzictwie żydowskim nie zniszczonym w okresie powojennym jest willa przy ul. Mochnackiego 4. Według opisu miłośnika historii i architektury Olsztyna, Stanisława Piechockiego „najciekawsze dekoracje, przydające willi dyskretnego uroku, występują w pseudoryzalicie środkowym, szczególnie wokół dwóch okien pierwszego piętra zwieńczonych półkolistymi naczółkami. Uważny obserwator dojrzy w tym miejscu, po obu stronach zworników, girlandy podtrzymywane przez syreny, mityczne nimfy morskie przedstawione w postaci kobiet-ryb oraz medalion uformowany w kształcie wieńca z wstęgami. W jego tarczy umieszczono stylizowane inicjały »A.B.« [Abraham Brün] zaświadczające, od ponad stu lat po dzień dzisiejszy, kto był budowniczym i zarazem pierwszym właścicielem domu. Całość wieńczy trójkątny szczyt ze słonecznikiem i obeliskiem sterczynowym. W centralnym punkcie szczytu zawarto przypominającą kartusz dekorację opartą na motywie koła i krzyża maltańskiego z datą »1904« [rok zbudowania domu]“.

Elementy dekoracyjne elewacji, świadczące o przedwojennej kulturze żydowskiej, posiada też do dnia dzisiejszego kamienica z początku XX w. przy dzisiejszym placu Bema w Olsztynie pod nr 3-4. Są to wykonane w tynku elementy zdobnicze oparte na motywach masońskich, judaistycznych i kabalistycznych, w postaci gwiazd Dawida oraz symboli geometrycznych, astronomicznych i botanicznych. (…)

***
Autorka jest pracownikiem Instytutu Historii i Stosunków Międzynarodowych na Uniwersytecie Warmińsko-Mazurskim w Olsztynie; artykuł został opublikowany w: ECHA PRZESZŁOŚCI XVI, Olsztyn 2015


Inne dzieła Ericha Mendelsohna (zdjęcia Wikipedia)

Wieża Einsteina – obserwatorium astronomiczne w Poczdamie, lata 20

Dom Towarowy Rudolf Petersdorff we Wrocławiu (Kameleon)